•  

    Wyobraźcie sobie, że dobry znajomy oddaje Wam samochód - starego klasyka, który ledwo zipie, ale przedstawia niemałą wartość kolekcjonerską i sentymentalną. Przyjmujecie dar nie tylko z grzeczności, zwyczajnie szkoda Wam kultowego auta, więc postanawiacie dać mu drugie życie, odrestaurować je i przywrócić należyty blask. Macie naturalnie świadomość, że nie będzie to łatwa przeprawa, która pochłonie ogromne nakłady czasu i pieniędzy, a ponadto zmusi do poświęceń. Mimo to bierzecie byka za rogi.

    Od razu po tym, jak maszyna trafia do Waszego garażu, zabieracie się do pracy: instalujecie nowe części silnika, wymieniacie opony oraz olej, dolewacie najlepszej jakości paliwa i pucujecie karoserię. Na gruntowny remont nie macie jeszcze środków, lecz nie możecie doczekać się pierwszej przejażdżki i reakcji sąsiada. Początkowe kilometry to wprawdzie jazda po płaskim, gładkim asfalcie, lecz sprawność samochodu i tak budzi pozytywne zaskoczenie - przyspieszacie i hamujecie w wybranym momencie, skręcacie bez problemu, nic nie warczy, nic nie stuka. Pokonujecie nawet całkiem stromą górkę!

    I wtedy, w najmniej spodziewanej chwili, sytuacja zaczyna się komplikować. Auto zwalnia, a co gorsza wydaje niepokojące dźwięki. Nie panikujecie, byliście na to gotowi. Ignorujecie szyderę Mariana, który obserwuje z okna Wasz powrót na tarczy. Przecież nic nie jest w stanie odebrać Wam determinacji w spełnieniu swojego marzenia, a jedyne czego potrzebujecie to czas i pieniądze.

    W bliźniaczo podobnej sytuacji jest Ole Gunnar Solskjaer, który również śni o przywróceniu blasku kultowej marce. Co więcej, Norweg także obiecująco zainaugurował swoją misję. Sprawił bowiem, że Manchester United przez moment radził sobie wyśmienicie, nawiązywał do swoich tradycji oraz utraconej tożsamości. Fakt, że w końcu dotknął go kryzys, był do przewidzenia, wszak na Old Trafford nie doszło jeszcze do znaczących ruchów. Te wymagają nie tylko więcej czasu, ale też zainwestowania sporych funduszy.

    Wiem, że Czerwone Diabły pierwszy raz od 1981 roku przegrały pięć meczów wyjazdowych z rzędu. Wiem, że po raz pierwszy w historii Premier League straciły 48 bramek na przestrzeni jednych rozgrywek, a od 11 spotkań nie potrafią zachować czystego konta, co nie miało miejsca od ponad 20 lat. Mimo to, sądzę, że należy zaufać Solskjaerowi, dać mu czas na działanie i wykazać się cierpliwością w stosunku do długofalowego projektu, za jaki uważam odbudowę Manchester United.

    Mam świadomość, iż futbol na najwyższym poziomie nie cierpi zwłoki. Przegrywasz - nie istniejesz, liczą się tylko zwycięzcy i ich dobre wyniki. Sęk w tym, że klub z Old Trafford nie jest dziś sportową potęgą. On dopiero aspiruje do powrotu na szczyt, co nie stanie się ot tak. Nie ma nic od razu, nie ma nic za darmo.

    Choć nie cieszą mnie ostatnie poczynania Czerwonych Diabłów, daleki jestem od skreślania sympatycznego Norwega. Przecież dopiero co wymienił olej i dolał wysokooktanowej benzyny, a więc zrobił to, co absolutnie niezbędne do tymczasowego funkcjonowania maszyny. Gruntowny remont wciąż przed nim.

    Nie twierdzę przy tym, że w klubie swojego życia Ole na pewno osiągnie sukces. Jako sympatyk Manchesteru United - czekający na powrót lepszych dni już kilka lat - sądzę jednak, iż Solskjaer zasługuje na szansę oraz zaufanie, na które sam sobie zapracował. Co więcej, wciąż wierzę, że uda mu się przeobrazić zardzewiałego rzęcha w uznane auto z klasą.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #united #manchesterunited #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-04-23 21-49-25.jpg

    •  

      Pozwolę sobie skopiować moje słowa z inego miejsca. Tak na dobrą sprawę to odkąd skończyła się era Fergusona to przez tyle lat United mogło ogrywać młodych mieszając ich ze starszymi i bardziej doświadczonymi kolegami, stanowiącymi gwardię Fergusona i przepychać ich powoli do pierwszego składu. Możemy być pewni, że mieliby na pewno większe zaangażowanie niż sanchezy i inne najemniki. Śmieszne jest w sumie, że najlepsze mecze często United gra, gdy pojawia się plaga kontuzji i wychodzą do gry chłopaki z drużyn U i wtedy to wszystko zupełnie inaczej wygląda. Każdy biega i stara się jak tylko niektóre pojedyncze jednostki zarabiające grube miliony. A jeśli chodzi o Ole, to wydaje mi się, że to gość, który potrafi zrobić atmosferę, odświeżyć szatnię, ale mimo najszczerszycy chęci nie będzie potrafił chwycić ich za mordy. Tu potrzeba kogoś pomiędzy LvG, który nie dał wejść sobie na głowę gwiazdom i jak ktoś podskakiwał to lądował na ławce, a Ole, który potrafi stworzyć w szatni atmosferę. W sumie Luis plus Phelan, który potrafiłby go troszkę utemperować i wprowadzić w struktury United mogli by tworzyć ciekawą i zdrową kompozycję o ile LvG byłby w stanie pójść na kompromis, bo na pewno bliżej było mu do tego niż mourinho. Dodatkowo van Gaal powoli odbudowywał tę drużynę i nie pozwolono mu tego dokończyć przy okazji nie zapewniając mu odpowiedniego napastnika bo niestety Rooney myślał o rodzinnych obiadkach, a RvP był nadal w rozsypce po odejściu Fergusona. Sytuacji i strzałów było mnóstwo, ale zawsze brakowało niestety tego wykończenia pokaż całość

      +: StaXik
    •  

      @isthatyouorme: van Gaal już jest na emeryturze

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 35. seria gier angielskiej ekstraklasy (dzisiaj i jutro kilka klubów nadrobi zaległości z poprzednich tygodni). Działo się w niej co niemiara, lecz zanim to, dodam, iż w nawiasach po numerkach, oznaczających pozycję danej drużyny w tabeli, znajduje się liczba rozegranych przez nią meczów.

    1. (35) Liverpool nie miał problemów z Cardiff, dzięki czemu przedłużył serię zwycięstw do dziewięciu spotkań, co po raz ostatni udało mu się w 2014 roku, za kadencji Brendana Rodgersa.

    2. (34) Manchester City wygrał na własnym boisku 25. mecz w tym sezonie, a Phil Foden stał się trzecim najmłodszym zdobywcą bramki w Premier League (młodsi od Anglika byli tylko Micah Richards i Daniel Sturridge).

    3. (34) Tottenham przegrał pięć wyjazdowych starć ligowych z rzędu, co nie zdarzyło mu się od 2004 roku.

    4. (35) Pierwszy raz od ośmiu lat Chelsea straciła w meczu Premier League dwie bramki po stałych fragmentach gry (nie licząc rzutów karnych) i tylko zremisowała z Burnley.

    5. (34) Żaden piłkarz nie strzelił w obecnych rozgrywkach więcej goli w derbach Londynu od Aubameyanga (7), lecz tym razem trafienie Gabończyka nie przełożyło się na zdobycz punktową Arsenalu.

    6. (34) Manchester United stracił w spotkaniu z Evertonem aż 4 bramki, co oznacza, iż w obecnym sezonie Premier League już 48 razy wyciągał piłkę z własnej siatki - to najgorszy wynik Czerwonych Diabłów od kiedy uformowała się angielska ekstraklasa.

    7. (35) Everton w domowych meczach z drużynami Wielkiej Szóstki uzbierał dziesięć punktów - tylko Manchester City (15), Liverpool (13) oraz Chelsea (11) mogą pochwalić się lepszym bilansem.

    8. (34) W trwających rozgrywkach ligowych Watford wygrał sześć spotkań poza własnym stadionem, co jest jego najlepszym wynikiem na najwyższym poziomie od sezonu 1983/84.

    9. (35) Leicester zremisowało z West Hamem, a Jamie Vardy trafił po raz siódmy w siódmym występie pod wodzą Brendana Rodgersa.

    10. (34) Wolverhampton nie zanotowało zwycięstwa od dwóch kolejek i straciło szansę na odskoczenie w tabeli od grupy rywalizującej o prawo gry w eliminacjach Ligi Europy.

    11. (35) West Ham radzi sobie jeszcze słabiej, gdyż nie wygrał od czterech meczów ligowych, co po raz ostatni przydarzyło mu się w 2017 roku.

    12. (35) Crystal Palace pokonało Arsenal, czemu przysłużył się Christian Benteke, który po blisko roku posuchy wreszcie zdobył bramkę w barwach klubowych.

    13. (35) W 2019 roku Newcastle odniosło aż sześć zwycięstw w domowych spotkaniach ligowych - jedynie Manchester City (8) oraz Arsenal (7) mogą pochwalić się lepszym bilansem.

    14. (35) Bournemouth poległo w 4 z 7 meczów Premier League na Dean Court z zespołami, które w dniu starcia znajdowały się w strefie spadkowej.

    15. (35) Pomimo wykonywania najmniejszej ilości rzutów rożnych w stawce (135), Burnley zdobyło dzięki nim 10 bramek, co jest drugim najlepszym wynikiem w lidze.

    16. (34) Southampton nie dało rady Newcastle, co oznacza, że przegrało 3 z poprzednich 4 meczów wyjazdowych.

    17. (34) Brighton nie zdobyło bramki w żadnej z ostatnich pięciu kolejek, lecz tym razem nie przeszkodziło to w dopisaniu do swojego dorobku jednego, jakże cennego w kontekście walki o utrzymanie punktu.

    18. (35) Cardiff czwarty raz z rzędu uległo Liverpoolowi w Premier League i oddaliło się od bezpiecznej pozycji w tabeli.

    19. (35) Fulham wygrało dwa kolejne spotkania w angielskiej ekstraklasie, co ostatnio udało mu się w 2014 roku.

    20. (35) Huddersfield powtórzyło “osiągnięcie” Sunderlandu i przegrało w tym sezonie ligowym 14 meczów na własnym boisku.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-04-22 23-47-46.jpg

  •  

    Bycie innym jest w porządku

    Naśladowanie dźwięków wydawanych przez małpy, rzucanie na murawę bananów lub ich pozostałości, a także kierowanie w stronę zawodników wyzwisk i obelg nawiązujących do koloru ich skóry. To zaledwie kilka z całej masy zachowań rasistowskich, które od dziesiątek lat trawią futbolowe środowisko. O problemie długo nie mówiło się zbyt wiele, lecz jego nasilenie, znajdujące odzwierciedlenie w wydarzeniach minionych miesięcy, przelało czarę goryczy. Czy liczne kampanie, apele i wypowiedzi piłkarzy są w stanie położyć kres dyskryminacji?

    Za twórcę ideologii rasizmu uważa się francuskiego arystokratę, pisarza i filozofa, Arthura de Gobineau, który w połowie XIX wieku opublikował pracę pod tytułem “Szkice o nierówności ras ludzkich”. Zgodnie z poglądami jej autora, mieszkańcy Ziemi dzielą się na białych, żółtych oraz czarnych, a im “czystsza” rasa dominuje w społeczeństwie, tym wartościowsza jest dana cywilizacja. Na przestrzeni lat koncepcja przybierała różne formy i ulegała drobnym modyfikacjom, na co wpływ miała - między innymi - działalność nacjonalistów oraz nazistów, którzy używali jej do celów politycznych. Zawsze polegała jednak na tym samym - dyskryminacji, podziale populacji i uzewnętrznianiu fobii. Zawsze dotyczyła mas i niemal wszystkich dziedzin życia.

    Nie inaczej jest w przypadku sportu, a co za tym idzie, piłki nożnej. Stadiony były, są i zapewne jeszcze długą będą miejscami, w których ludzie prezentują swoje najgorsze cechy, co prowadzi do okropnych, okrutnych zachowań. Wspomniane wcześniej wyzwiska oraz obelgi nacechowane rasizmem są zjawiskami powszechnymi, występującymi niezależnie od kraju i rangi rozgrywek - natkniemy się na nie zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w rodzimej Ekstraklasie. Ba, do incydentów związanych z przestępstwami na tle rasowym dochodzi nawet w meczach z udziałem dwunastolatków w Wielkiej Brytanii, i to właśnie w kraju królowej o rosnącym problemie mówi się najwięcej.

    Według badań organizacji Kick It Out, która stara się przeciwdziałać dyskryminacji w świecie futbolu, w sezonie 2016/17 na angielskich obiektach odnotowano 469 przypadków poniżeń ze względu na szeroko rozumianą inność. W rozgrywkach 2017/18 takowych zajść było już 520, z czego ponad połowa dotyczyła ostracyzmu wynikającego z różnicy pochodzenia. Statystyki te bazują na ilości przyjętych zgłoszeń, co jest dość istotne biorąc pod uwagę, iż w ankiecie przeprowadzonej przez Sky Sports blisko 1/3 z 86% kibiców, którzy byli świadkami rasizmu przyznała, że nie zdecydowała się zawiadomić odpowiednich służb. Większość z nich zwyczajnie nie wierzy w skuteczność działań aparatu państwowego.

    - Jestem zawiedziona wynikami badań, lecz nie zaskakują mnie one. Sądzę, że wykorzystanie futbolu w celu dania upustu swojej dyskryminacji i nietolerancji jest wciąż możliwe. Dane każą sądzić, iż ludzie nie potrafią czerpać radości z uczestnictwa w meczu piłkarskim i nastał czas, by coś z tym zrobić - mówiła Mims Davis, minister sportu Wielkiej Brytanii. Nie jest pierwszym politykiem, który obiecuje zająć się problemem i przeprowadzić zmiany, lecz dotąd wynikało z tego niewiele, przestępcy wciąż śmiało sobie poczynają.

    Przykładów ich “popisów” daleko szukać nie trzeba, albowiem bieżący sezon wręcz obfituje w szykany. W grudniowym spotkaniu Arsenalu z Tottenhamem, w kierunku Aubameyanga rzucono skórkę po bananie. Tydzień później, w starciu Chelsea z Manchesterem City ofiarą rasistów padł Sterling, którego słownie obrażali kibice gospodarzy. Fan Burnley obrał sobie za cel Bonga z Brighton, sympatyk Mew skupił się na Billingu, występującym w Huddersfield, a pasjonat Newcastle zakłócił spokój Zahy, reprezentującego barwy Crystal Palace. Co gorsza, nie tylko Premier League skażona jest genem dyskryminacji. Mecz Czarnogóry z Anglią to fala wyzwisk, która dotknęła między innymi Rose’a, Hudsona-Odoi oraz Sterlinga. Z kolei we Włoszech łatwego życia nie ma Koulibaly, a także Kean, któremu nie pomagają wypowiedzi kolegów z drużyny.

    Podczas potyczki Cagliari z Juventusem, zgromadzony na trybunach tłum starał się wytrącić zawodnika Starej Damy z równowagi, poprzez naśladowanie małpich odgłosów. Młody Włoch zareagował w najlepszy możliwy sposób - zdobył bramkę, po czym rozłożył ręce w geście bycia ponad rasizmem. Bonucci stwierdził jednak, że takie zachowania przyczyniają się do eskalacji problemu, więc wina leży pośrodku. Na szczęście obrońca - lub jego agent - prędko się zreflektował i wydał oświadczenie, w którym oznajmił, iż doszło do pomyłki, a on został źle zrozumiany. Mimo to, stracił uznanie w oczach środowiska, które nie hamowało się w krytyce.

    Jednym z komentatorów zajścia był Raheem Sterling - protagonista w walce z dyskryminacją rasową, człowiek otwarcie i głośno sprzeciwiający się postrzeganiu ludzi przez pryzmat ich pochodzenia. W kontekście niefortunnej wypowiedzi piłkarza Juventusu stwierdził, iż jedyne, co można w tej sytuacji zrobić, to się śmiać. Biorąc pod uwagę działalność Anglika na przestrzeni minionych miesięcy, trudno dziwić się jego reakcji, mającej w sobie nutkę bezsilności oraz niedowierzania.

    Były piłkarz Liverpoolu mocno udziela się bowiem w temacie rasizmu, czemu początek dał wspomniany wyżej incydent z jego udziałem w spotkaniu Chelsea z Manchesterem City. Został wówczas obrażony przez Colina Winga, który za swe haniebne zachowanie zapłacił srogą karę - nigdy więcej nie zasiądzie na trybunach Stamford Bridge, został zwolniony z pracy, a sąsiedzi wstydzą się mieszkać w jego towarzystwie. Jednak to nie na nim skupił się skrzydłowy The Citizens. Dzień po meczu, Sterling wytoczył działa przeciwko mediom, które skrytykował za przekaz, podsycający problem dyskryminacji. Swoje zarzuty poparł przykładami artykułów opisujących dwóch zawodników, którzy za zarobione pieniądze kupili swoim rodzinom nowe domy. Gest Phila Fodena został pochwalony i określony jako szlachetny, natomiast w kontekście Tosina Adarabioyo pisano o rozrzutności. Co różni obu panów? Kolor skóry, jakżeby inaczej.

    I tak rozpoczęła się krucjata poczciwego Raheema, który w kolejnych tygodniach wielokrotnie zabierał głos w niedającej mu spokoju sprawie. Raz po raz zwierzał się z przykrości, z którymi przyszło mu się mierzyć, stawał w obronie kolegów po fachu, a także propagował stanowczy sprzeciw rasizmowi. Wyrósł dzięki temu na lidera ruchu potępiającego dyskryminację rasową, choć sam nie określa siebie w ten sposób. - Moim celem nie było stanie się przywódcą i nie sądzę, że nim jestem. Chciałem po prostu uświadomić innych o istnieniu czegoś o czym długo myślałem, co wielokrotnie widziałem i uznawałem za smutne - mówił w jednym z wywiadów.

    W swoich działaniach Sterling wykazał się niebywałą siłą mentalną i odwagą cywilną. Nie wahał się wyrażać swoich emocji, głosić prawdy i krytykować tego, co uważa za niesłuszne. Niewątpliwie pomogło mu wsparcie środowiska, które stanęło z nim ramię w ramię w walce z rasizmem. Uczynili to między innymi Virgil van Dijk, Paul Pogba, Blaise Matuidi czy Memphis Depay, a obojętny nie pozostał również Gareth Southgate, który po starciu Czarnogóry z Anglią wyraził stanowczą dezaprobatę dla dyskryminacji związanej z kolorem skóry. Poruszył ponadto kwestię przeciwdziałania problemowi:

    - Sankcje mają sens tylko w przypadku, gdy prowadzą do edukacji. Są bezwartościowe, jeśli nie wnoszą niczego, co pomogłoby edukować ludzi. Moje dzieci ani przez chwilę nie zastanawiają się skąd pochodzi dana osoba, jakim mówi językiem i jaki ma kolor skóry. Wśród młodych ludzi panuje jednak niewinność, na którą wpływ mają jedynie starsi. Dlatego też powinniśmy mieć pewność co do tego, że edukacja jest odpowiednia dla wszystkich.

    Selekcjoner Synów Albionu zaznaczył, iż Anglia nie jest wolna od rasizmu, a walka z nim jest bardzo trudna. Można bowiem karać kluby, lecz nie powstrzyma to jednostek od obrażania innych, najważniejsze jest propagowanie właściwych postaw.

    Nie jest to jednak łatwe, kiedy organizacje rządzące futbolem (czytaj: FIFA i UEFA) nie dają przykładu właściwego działania. Ich organom wciąż zdarza się bagatelizować problem i nie reagować w porę, co prowadzi do sytuacji, w których zawodnicy nie widzą sensu w zgłaszaniu przypadków naruszania ich praw, o czym również wspominał Southgate. Jest to niewytłumaczalne i niedopuszczalne. Czyżby panowie w garniturach nie chcieli brudzić sobie rąk? Czyżby nie chcieli narazić się kibicom gwarantującym im milionowe wpływy? Według Emmanuela Frimponga, przyczyna jest znacznie prostsza.

    - Faktem jest, że wszyscy ważni ludzie - zrzeszeni w FIFA, UEFA czy gdziekolwiek indziej, gdzie podejmuje się decyzje - są biali. Nie obwiniam ich, bo jak osoba, która nigdy nie była w takiej sytuacji, może poczuć ten ból? Większość z nich nigdy nie doświadczyła rasizmu na własnej skórze, nie wiedzą jakie to uczucie, więc kary, które wymierzają podyktowane są ich punktem widzenia, a nie punktem widzenia osoby czarnoskórej. Jeśli ma dojść do zmian, komitety powinny składać się z ludzi o różnym pochodzeniu - mówił były piłkarz Arsenalu w wywiadzie, przeprowadzonym przez dziennikarza The Guardian.

    Z pewnością ma on rację, a jego teza jest słuszna, lecz moim zdaniem, do postępu w dziedzinie ograniczenia rasizmu potrzeba znacznie więcej działań. Szczere wypowiedzi i apele zawodników oraz trenerów niestety nie pomagają, wszelkie gesty solidarności i kampanie nagłaśniające problem zdają się na nic. Pora więc na bardziej radykalne środki.

    Być może w momencie usłyszenia wyzwisk zespoły powinny niezwłocznie opuszczać murawę i odmawiać dokończenia spotkania. Widowisko straciłoby wówczas na jakości, a kibice mniej ochoczo przychodziliby na stadiony i nie zasiadaliby tłumnie przed telewizorami, wykupując uprzednio abonamenty. Wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy na rozrywkę trwającą pięć lub dziesięć minut mija się bowiem z celem. Co w takim przypadku zrobiliby odcięci od sporego zastrzyku gotówki panowie w garniturach? Być może zajęliby się rasizmem na poważnie, bez zamiatania problemu pod dywan.

    Dopóki się to nie stanie, dyskryminacja będzie się szerzyć, a niewinni ludzie będą cierpieć. Pojawi się więcej wypowiedzi, jak ta Rose'a, który przyznał, iż z uwagi na napiętnowanie nie może doczekać się końca kariery. Wyznanie Anglika dobitnie ukazało skalę zjawiska oraz jego przygnębiające skutki. Szkoda, że piękny sport, jakim niewątpliwie jest futbol, staje się pretekstem do uzewnętrzniania ludzkich fobii, a osoby, które za tym stoją nie rozumieją podstawowych zasad egzystencji w społeczeństwie opartym na równości i wolności.

    Bycie białym jest w porządku.

    Bycie czarnym jest w porządku.

    Bycie żółtym jest w porządku.

    Bycie innym jest w porządku.

    Bycie sobą jest w porządku.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #pilkanozna #rasizm #premierleague #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: skynews-raheem-sterling-england_4619269.jpg

  •  

    Barwy Tottenhamu przywdziewa kilku zawodników klasy światowej, jakimi z pewnością są Harry Kane, Christian Eriksen oraz Heung-min Son. To oni stanowią o sile ofensywnej Kogutów, to na nich spoczywa największy ciężar za wyniki zespołu. Najważniejszej bramki w najnowszej historii klubu nie zdobył jednak żaden z wyżej wymienionych. Zrobił to Fernando Llorente.

    Hiszpan nie jest podstawowym piłkarzem drużyny Mauricio Pochettino. Często nie jest nawet pierwszym graczem wchodzącym z ławki rezerwowych, o występach w dłuższym wymiarze czasowym nie wspominając. Jednego odmówić mu jednak nie sposób - jest świetnym zadaniowcem, za co ceni go argentyński szkoleniowiec.

    Kane potrzebuje odpoczynku? Llorente na szpicę! Kane jest kontuzjowany? Llorente na szpicę! Sytuacja wymaga wygrywania pojedynków powietrznych? Llorente na szpicę! Sissoko doznał urazu, a Koguty walczą o awans? Llorente na szpicę!

    To nic, że Hiszpan nie zdobył tej bramki z pełną premedytacją. To nic, że piłka zwyczajnie odbiła się od jego biodra i wpadła do siatki. Ważne, że znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, a jego trafienie umożliwiło Tottenhamowi wyjście zwycięsko z wyniszczającego starcia z Manchesterem City, a co za tym idzie, awans do półfinału Ligi Mistrzów.

    Wyczyn Fernando zapisze się w dziejach klubu, który żyje snem i nie przestaje marzyć. Cudownie, że w kolejnej fazie przyjdzie mu zmierzyć się z równie (a może jeszcze bardziej) niepodrabialną drużyną. Wówczas hiszpański talizman z pewnością znowu się przyda!

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #ligamistrzow #tottenham #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 57131036_382051922383597_1281975792858824704_n.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 34. seria gier Premier League (wtorkowe starcie Brighton z Cardiff jest meczem zaległym)! Koniec sezonu tuż-tuż, a co za tym idzie, coraz więcej kwestii staje się jasnych. Co przyniósł miniony weekend?

    1. Liverpool po raz pierwszy od 7 lat pokonał Chelsea na własnym boisku, do czego przyczynił się fenomenalny gol Salaha - Egipcjanin trafił zza pola karnego po raz pierwszy od stycznia 2018 roku.

    2. Liderowi ani na krok nie ustępuje Manchester City (podopieczni Guardioli rozegrali jedno spotkanie mniej), który pokonując Crystal Palace zdobył swoją 150. bramkę w tym sezonie, czym nie może pochwalić się żadna inna drużyna spośród pięciu najlepszych lig Starego Kontynentu.

    3. Tottenham rozgromił Huddersfield, a Lucas Moura stał się pierwszym piłkarzem Kogutów od 2012 roku - nie licząc Harry’ego Kane’a - który skompletował hat-tricka w meczu ligowym (wcześniej dokonał tego Gareth Bale).

    4. Arsenal uporał się z Watfordem, notując przy okazji premierowe czyste konto poza Emirates Stadium w tym sezonie.

    5. Mimo że na tle kandydata do tytułu mistrzowskiego Chelsea zaprezentowała się przyzwoicie, to biorąc pod uwagę rozgrywki Premier League przegrała szóste spotkanie wyjazdowe z zespołem Wielkiej Szóstki z rzędu.

    6. Manchester United ograł West Ham, wyrównując przy okazji swój rekord, dotyczący ilości wykonywanych rzutów karnych w jednym sezonie - w tym Czerwone Diabły miały ich już 12.

    7. Leicester przegrało w bieżących rozgrywkach aż 8 meczów na King Power Stadium - to najwięcej, odkąd obiekt został oddany do użytku.

    8. Od 5 spotkań wyjazdowych Wolverhampton nie potrafi odnieść zwycięstwa, a w sobotę przegrało drugie spotkanie z rzędu, co w tym sezonie dotąd mu się nie przydarzyło.

    9. Everton funduje swoim sympatykom prawdziwy rollercoaster - po pokonaniu Chelsea oraz Arsenalu, pierwszy raz od 2016 roku uległ na wyjeździe beniaminkowi, którym w tym wypadku był spadkowicz z Fulham.

    10. Watford nie dał rady Arsenalowi, na co spory wpływ miało przedwczesne opuszczenie boiska przez Troya Deeneya - od powrotu Szerszeni do Premier League w sezonie 2015/16 żadna drużyna nie obejrzała więcej czerwonych kartek niż ekipa z Vicarage Road (15).

    11. West Ham oddał na Old Trafford aż 18 strzałów (najwięcej od 3 lat), lecz i tak przegrał czwarte spotkanie ligowe poza własnym stadionem z rzędu.

    12. Bournemouth zdemolowało Brighton, a Ryan Fraser zanotował swoją 12. asystę w tym sezonie ligowym (w meczach wyjazdowych uzbierał ich 8 i pod tym względem nikt nie może się z nim równać).

    13. Crystal Palace uległo Manchesterowi City, lecz Luka Milivojević ma powody do zadowolenia, albowiem jest jedynym zawodnikiem, który w trwających rozgrywkach pokonał Edersona zarówno na Etihad Stadium, jak i w spotkaniu domowym.

    14. Burnley wygrało trzy kolejne spotkania różnicą dwóch goli, co po raz ostatni na najwyższym szczeblu udało mu się w 1968 roku.

    15. Newcastle pokonało Leicester dzięki bramce Ayoze Pereza, który jest obecnie kluczowym zawodnikiem w układance Rafy Beniteza - pomocnik miał udział przy 4 z poprzednich 6 trafień Srok.

    16. Z 18 meczów pod wodzą Ralpha Hassenhuttla Southampton wygrało 8, czyli dokładnie tyle samo, ile na przestrzeni 52 gier z Mauricio Pellegrino oraz Markiem Hughesem u steru.

    17. Przegrana 0:5 z Bournemouth była dla Brighton najdotkliwszą porażką od 1973 roku, kiedy to Bristol Rovers Briana Clougha wbiło Mewom 8 goli.

    18. Cardiff poległo trzeci raz z rzędu i do bezpiecznej pozycji w tabeli wciąż traci pięć punktów.

    19. Pomimo braku szans na utrzymanie, Fulham chce pożegnać się z elitą w godnym stylu - w sobotę pokonało Everton i zanotowało pierwsze zwycięstwo od 10 kolejek.

    20. Huddersfield przegrało 26. spotkanie w tym sezonie ligowym, co jest wyrównaniem niechlubnego rekordu Sunderlandu z 2006 roku.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-04-16 00-08-51.jpg

  •  

    Dwa oblicza Bournemouth

    Każdy kij ma dwa końce, każdy medal ma dwie strony, a każdy sezon ligowy składa się z dwóch części. Miejsce w tabeli, które ostatecznie zajmuje drużyna, zależy od jej dyspozycji na przestrzeni całych rozgrywek, co sprawia, że marząc o sukcesie nie może ona pozwolić sobie na dłuższe chwile słabości. Na nic zdadzą się bowiem dobre rezultaty osiągane na początku rywalizacji, jeśli ich następstwem będzie kryzys i utrata recepty na wygrywanie. Najświeższe poczynania Bournemouth są tego wręcz podręcznikowym przykładem.

    Przed rozpoczęciem zmagań w ramach 27. edycji Premier League, głównym zadaniem Wisienek było ugruntowanie pozycji w elicie, czemu miało przysłużyć się przejście przez sezon spokojnym krokiem, z chłodną głową i bez konieczności drżenia o utrzymanie. Cel niewygórowany, adekwatny do potencjału zespołu. Kapitalne wejście w rozgrywki kompletnie odmieniło jednak postrzeganie podopiecznych Eddiego Howe’a, a poprzeczka powędrowała w górę. Nagle, z brzydkiego kaczątka o przyziemnych aspiracjach, ekipa z Dean Court przemieniła się w łabędzia, kandydującego do gry w europejskich pucharach.

    Po dziesięciu kolejkach, Bournemouth z bilansem sześciu zwycięstw, dwóch remisów oraz dwóch porażek zajmowało szóste miejsce w tabeli, zostawiając w tyle między innymi Wolverhampton, Watford, Everton i Leicester, czyli drużyny, które mają obecnie największe szanse na uzyskanie tytułu “best of the rest”, a co za tym idzie, na występy w Lidze Europy. Ba, za plecami Wisienek był także Manchester United, walczący aktualnie o pozycję gwarantującą udział w Lidze Mistrzów. Forma zespołu z Dean Court, jak i prezentowany przezeń atrakcyjny dla oka styl gry, zwyczajnie musiały robić wrażenie.

    Nic więc dziwnego, że w pokonanym polu pozostali nie tylko beniaminkowie z Fulham i Cardiff, ale też West Ham, Crystal Palace oraz wspomniane wcześniej Lisy i Szerszenie. Nie są to wprawdzie ekipy ze ścisłej czołówki angielskiej ekstraklasy, ale o brak ambicji i umiejętności posądzić ich nie sposób. Do remisów z Evertonem i Southampton, Wisienki dołożyły porażkę z Chelsea, która była w tamtym momencie poza ich zasięgiem, a także niespodziewane niepowodzenie w starciu z Burnley. Mimo to, rozpoczęcie sezonu okazało się więcej niż zadowalające, w czym nie było ani krzty przypadku.

    W większości spotkań Bournemouth było bowiem stroną przeważającą - utrzymywało się przy piłce dłużej od przeciwników (średnie posiadanie futbolówki wynosiło 51,3% na mecz) i wymieniało więcej podań (przeciętnie 439,8 na każdy występ). Oddawało też sporo strzałów (w sumie aż 120), a dzięki ich skuteczności zdobywało statystycznie prawie dwie bramki na kolejkę. Naprawdę przyjemnie patrzyło się na współpracę Ryana Frasera z Callumem Wilsonem, którzy strzelili w sumie osiem goli, a przy kolejnych dziesięciu mieli udział w postaci asyst. Całkiem nieźle radziła sobie również defensywa, bo choć Asmir Begović 12-krotnie wyjmował futbolówkę z własnej siatki, to cztery razy zdołał zachować czyste konto.

    Szkoda, że sen o Europie potrwał zaledwie do listopada. Wtedy bowiem drużyna wpadła w dołek, z którego do dziś nie zdołała się wydostać. Być może zawodnicy źle znieśli presję otoczenia, czego poniekąd obawiał się Eddie Howe. - Mam nadzieję, że nie zacznie się o nas mówić zbyt dużo. Chcielibyśmy pozostać w cieniu, występować w roli underdoga - mówił Anglik po rozbiciu Watfordu. Forma jego podopiecznych nie mogła jednak pozostać bez echa, a medialny szum okazał się dla nich destrukcyjny.

    Cztery porażki z rzędu mogły być dla Wisienek sporym ciosem, lecz nie powinny być zaskoczeniem, wszak grono pogromców - poza Newcastle - składało się z zespołów znacznie silniejszych, majętniejszych oraz jakościowo lepszych. Mimo to, w spotkaniach z Manchesterem United, Arsenalem i Manchesterem City, ekipa z hrabstwa Dorset postawiła rywalom twarde warunki, dzięki czemu zminimalizowała rozmiary niepowodzeń. Zwycięstwo z Huddersfield było jednak tylko chwilowym przebudzeniem z letargu.

    Po nim nastąpił kolejny zjazd w postaci przegranych z Liverpoolem, a także Wolverhampton, okraszony odpadnięciem z Pucharu Ligi po batalii z Chelsea. W lidze Wisienki spadły na 11. miejsce w tabeli i definitywnie rozpoczęły okres wegetacji. Co z tego, że pokonały Brighton, skoro pożegnały się z rywalizacją o Puchar Anglii, zremisowały z Watfordem i uległy Tottenhamowi, Manchesterowi United oraz Evertonowi? Co im po ograniu West Hamu i Chelsea, skoro następnie zanotowały serię ośmiu meczów bez zwycięstwa, przerwaną jedynie kolejną wygraną z beznadziejnym Huddersfield?

    Efekty degrengolady przybrały zaskakująco duże rozmiary, a Bournemouth zaliczyło jeden z największych regresów w tym sezonie Premier League. Gdyby rozgrywki zaczęły się w 11. kolejce, podopieczni Howe’a byliby dziś w strefie spadkowej. Niebywałe, że drużyna, która w pierwszych 10 spotkaniach uzbierała 20 punktów, w kolejnych 23 zgromadziła zaledwie 18 oczek. Niewiarygodne, iż po obiecującym początku wygrała jedynie pięć starć, zaś aż piętnaście przegrała. Statystyki każą jednak sądzić, iż nie było w tym ani grama przypadku.

    Zespół z Dean Court przestał dyktować rywalom warunki i nie prowadził już gry - średnie posiadanie piłki spadło o ponad 6%, a przeciętna liczba podań wymienianych co mecz zmalała o 40. Mniej dobrego działo się ofensywie (Wisienki zdobywały statystycznie tylko 1,09 bramki na spotkanie, oddając przy tym niecałe 11 strzałów, spośród których niespełna 4 były celne), natomiast więcej złego w defensywie (aż 49 straconych bramek), na którą lekiem nie okazał się nawet Artur Boruc. Dyspozycji ogółu nie pomogły z pewnością wahania formy liderów w osobach Wilsona i Frasera, wobec których zadowalająca postawa Kinga i Brooksa zdała się na niewiele.

    Nie sądzę, że zawodnicy spoczęli na laurach i zadowolili się fenomenalnym startem. Nie wydaje mi się też, iż trud włożony w pierwsze kolejki wyssał z nich całą energię i pozbawił sił na dalszą część rozgrywek. Być może zwyczajnie nie byli oni gotowi na stanie się kandydatami do gry w europejskich pucharach, a wzrost oczekiwań środowiska źle wpłynął na ich psychikę. Nie jest to jednak usprawiedliwieniem dla nieustającego kryzysu.

    - Najbardziej boli mnie to, że w minionych tygodniach nie dostrzegłem w grze zespołu filozofii, którą staram się mu wpoić. (...) Musimy przeanalizować wszystko, co robimy. (...) Podczas mojej menedżerskiej kariery bardzo rzadko zdarzało się, że patrzyłem na drużynę i nie byłem w stanie dostrzec tego, nad czym pracowaliśmy - wyznał Howe. Anglik jest wyraźnie zawiedziony postawą swoich podopiecznych, czemu trudno się dziwić.

    Bournemouth zaprezentowało w tych rozgrywkach dwa zupełnie różne oblicza. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że zrealizowało przy tym przedsezonowy cel, bowiem na pięć kolejek przed końcem rywalizacji nie grozi mu spadek. Mimo że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a poprzeczka z oczekiwaniami podnosi się z każdym kolejnym zwycięstwem, Wisienki zajmują adekwatną do swoich możliwości, 13. pozycję w tabeli. Początek zmagań nie powinien przesłonić brutalnego, lecz niepodważalnego faktu, że drużyny z Dean Court nie stać na nic więcej, poza spokojną egzystencją w Premier League. A przynajmniej nie w tym, słodko-gorzkim sezonie.

    W kolejnym łatwiej jednak nie będzie, albowiem latem kilka większych klubów wybiera się na południe Anglii i to bynajmniej nie w celach rekreacyjno-wypoczynkowych. Nie od dziś wiadomo przecież, że Fraser, Wilson oraz Brooks kuszą krajowych potentatów, którzy chętnie widzieliby ich w swoich szeregach i zapewne niebawem poczynią ku temu stanowcze kroki. Wszystko wskazuje więc na to, że z trzonu formacji ofensywnej Bournemouth wiele się nie ostanie, wobec czego trudno marzyć o czymś więcej niż utrzymanie w elicie. Cóż poradzić, taki los średniaka...

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #bournemouth #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 20190408_125712.jpg

    •  

      @Czyjatoja: Od sierpnia stawiam na City. Oprócz nich w czwórce widzę naturalnie Liverpool, Arsenal ze świetnym kalendarzem oraz... no właśnie, tu mam problem. Serce podpowiada United, rozum Tottenham. A Ty jak obstawiasz?

    •  

      Serce mówi że Liverpool na mistrza, a w top 4 poza City chyba będzie Spurs i Arsenal. Chelsea i United mają wyraźnie trudniejsze kalendarze, bo grają ze sobą oraz oboje z drużynami walczącymi o mistrza. Tutaj jednak wszystko się może zdarzyć przez kontuzje w Spurs oraz słabą formę Arsenalu na wyjazdach.

      +: StaXik
    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Teriery wracają do budy

    Naukowcy z Uniwersytetu Johna Hopkinsa z Baltimore dowiedli, że pies wyczuwa zły nastrój oraz strach człowieka, dzięki czemu gotowy jest ruszyć mu z pomocą. Potwierdza to tezę, że czworonogi mogą być naszymi najlepszymi przyjaciółmi, lecz jednocześnie powinny rozumieć, iż nie zawsze są najważniejsze, a ponadto znać swoje miejsce w szeregu. Podobnie jest w przypadku Terierów z Huddersfield, które po dwóch latach wylegiwania się na miękkiej kanapie zwanej Premier League, wracają do budy, to jest do Championship.

    Mimo że do końca sezonu pozostało jeszcze 6 kolejek, drużyna z John Smith’s Stadium nie ma już szans na utrzymanie się. Tych pozbawiło ją Crystal Palace, które w zeszłą sobotę pokonało podopiecznych Jana Siewerta 2:0 i sprawiło, że ekipa z hrabstwa West Yorkshire stała się drugim najprędzej opuszczającym angielską ekstraklasę klubem w jej dziejach. Szybciej zrobili to jedynie piłkarze Derby County, którzy w sezonie 2007/08 już 29 marca musieli pogodzić się ze spadkiem.

    Niepowodzenie Huddersfield nie jest żadnym, choćby najmniejszym zaskoczeniem. Przez dwa lata było ono skazywane na pożarcie, wydawało najmniej pieniędzy na pensje zawodników spośród wszystkich drużyn występujących w Premier League i strzelało najmniej goli. Ostatni czynnik jest wręcz znakiem rozpoznawczym Terierów, które przeszły do historii rozgrywek jako zespół z największym współczynnikiem meczów bez zdobyczy bramkowej. Stało się tak aż w 38 na 70 przypadków, co daje 54,3% spotkań “na zero z przodu”. Jednak czego innego spodziewać się po drużynie, która weszła do elity z negatywnym bilansem bramkowym?

    Za Huddersfield płakać nie będziemy, wszak nigdy nie porywało ono stylem gry, ani pasjonującą widowiskowością. Mimo to, warto przyjrzeć się jego kończącej się przygodzie z ekstraklasą, bo choć jej ostatni akt jest smutny, kibice klubu niejednokrotnie mieli powody do radości.

    Takim bez wątpienia był sam awans, wywalczony po 45 latach rozbratu z najwyższą klasą rozgrywkową. Jego okoliczności mogły przyprawić fanów o dreszcze - dzięki lepszej skuteczności w serii rzutów karnych, Teriery wygrały finał play-offów, zostawiając w pokonanym polu Reading. Choć miały być najsłabszym beniaminkiem w dziejach Premier League, świętowaniu nie było końca.

    Latem zarząd wzmocnił kadrę - udało się pobić klubowy rekord transferowy - a sztab trenerski, wraz z zawodnikami, rozpoczął przygotowania do kolejnego sezonu. Te okazały się na tyle efektywne, że zderzenie z elitą nie było dla Huddersfield tak bolesne, jak spekulowały media. Ba, na przestrzeni pierwszych sześciu kolejek ekipa z John Smith’s Stadium przegrała tylko jedno spotkanie. Potem było już znacznie trudniej, a drużyna prowadzona przez Davida Wagnera przeplatała przyzwoite lub nawet fenomenalne występy, jak chociażby wygrana z Manchesterem United, z kompletnie nieudanymi, jak na przykład porażka z późniejszym spadkowiczem ze Swansea. Liczy się jednak efekt końcowy, a tym było 16. miejsce w tabeli, które oznaczało pozostanie w ekstraklasie.

    Radości nie mógł przesłonić fakt, że Teriery należały do ligowych miernot. Odniosły przecież zaledwie 9 zwycięstw i straciły dwa razy więcej goli niż zdobyły. Wszyscy mieli świadomość, jak trudny będzie drugi sezon w Premier League i mimo, że w czerwcu 2018 roku ustanowiono nowy rekord transferowy, pieniądze wydawano rozsądnie. Priorytetem było wzmocnienie najbardziej newralgicznych pozycji, co miało pomóc w walce o przedłużenie bytu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Dziś wiemy już, że były to płonne nadzieje.

    Na pierwsze trzy punkty w nowej kampanii Huddersfield czekało aż do 11. kolejki i starcia z beniaminkiem z Fulham. Rozpoczęło to najlepszy okres drużyny w bieżącym sezonie, który potrwał… 3 mecze. Między 25 listopada a 26 lutego Teriery zdobyły tylko punkt. Cały jeden punkt na 14 spotkań! W trakcie fatalnej serii, statek zdecydował się opuścić jego kapitan i architekt najświeższych sukcesów - David Wagner. Moim zdaniem, był to kulminacyjny moment rozgrywek 2018/19. Moment, który ostatecznie przesądził o losie drużyny z John Smith’s Stadium.

    - David, który jest wspaniałym człowiekiem, przyszedł do mnie i wyjawił, iż potrzebuje przerwy od rygoru pracy menedżera. To bardzo smutny dzień, lecz musimy patrzeć w przyszłość - tak o decyzji byłego reprezentanta Stanów Zjednoczonych wypowiadał się Dean Hoyle, prezes klubu. Rany miał zaleczyć Jan Siewert, sprowadzony z rezerw Borussii Dortmund, lecz Niemiec nie odmienił sytuacji drużyny, która pod jego wodzą wygrała zaledwie jedno spotkanie i w kiepskim stylu pożegnała się z Premier League.

    Słodko-gorzka przygoda z elitą nie obfitowała w piękne chwile, po których fani znajdowali się w stanie ekstazy. Na przestrzeni niespełna dwóch lat ich ulubieńcy odnieśli zaledwie 12 ligowych zwycięstw, 46 razy cieszyli się po strzelonych golach i aż 117-krotnie wyciągali piłkę z własnej bramki. Byli zwyczajnie zbyt słabi, by rywalizować z najlepszymi drużynami w kraju, co po spotkaniu z Crystal Palace przyznał Christopher Schindler, obrońca Huddersfield:

    - W tym momencie jestem pusty. Patrząc na ten sezon retrospektywnie, od początku do końca, nie byliśmy dostatecznie dobrzy, by utrzymać się w najlepszej lidze świata. To frustrujące, trudno jest znaleźć właściwe słowa. Dopóki mi nie powiedziano, nie byłem świadomy, że spadek jest przesądzony, ale musimy być realistami. Od sześciu lub ośmiu tygodni wiedzieliśmy, że będzie nam trudno i potrzebujemy cudu. Nikt nie chce tego doświadczyć, choć oczywiście ostatnie lata były dla klubu znakomite, rozwinęliśmy się, a kiedy nikt nie dawał nam szans na awans, zrobiliśmy to.

    Niemiec dodał też, że w ostatnich kolejkach zespół da z siebie wszystko i postara się wykorzystać ten czas na przygotowania do następnego sezonu. Na tę chwilę wydaje się, iż drużyna z John Smith's Stadium nieprędko wróci do elity, a jedynym pozytywem jest jej sytuacja finansowa.

    Dzięki temu, że zarząd rozsądnie dysponował pieniędzmi, klubowi nie grożą problemy związane z majętnością. Owszem, kadra składa się z 15 najdroższych zawodników w historii Huddersfield, lecz podczas ostatniego okienka transferowego oszczędzano i wydano zaledwie dwa miliony funtów. Ponadto Teriery zostaną objęte programem, który pomaga spadkowiczom w odnalezieniu się w realiach niższej ligi, więc o lukach budżetowych nie powinno być mowy.

    Istotna w procesie odbudowy jest także pozycja szkoleniowca. W tej kwestii kluczowe mogą okazać się decyzje podjęte zeszłej zimy, gdyż właśnie wtedy zespół objął Jan Siewert. Wprawdzie nie sprawdził się on w roli strażaka, ale może przywrócić drużynie blask, formując ją od podstaw na własną modłę. Co ważne, prezes klubu wyraził chęć dalszej współpracy z Niemcem:

    - Wierzę, że Jan wywarł na drużynę duży wpływ. Podjął kilka ważnych decyzji i wykazał się poświęceniem dla klubu. Jestem zadowolony z jego działań i czekam na to, jak zespół będzie wyglądał po przepracowaniu pełnego okresu przygotowawczego. Zarząd ufa Janowi i postrzega go jako człowieka, który jest w stanie odbudować drużynę.

    Dean Hoyle dodał również, iż patrzy w przyszłość z nadzieją i choć ma świadomość poziomu rywalizacji, jaki panuje w Championship, sądzi, że przed jego klubem dobre czasy. Osobiście nie mam co do tego pewności, gdyż nie wierzę w rychły powrót Huddersfield do Premier League. Nie z tak mierną grupą piłkarzy, nie z tak wątpliwą jakością oferowanych przez nich usług. Na znaczące inwestycje w nowych, lepszych zawodników się bowiem nie zapowiada, a bez tego ani rusz.

    Oby zetknięcie z zimną, przeciekającą budą nie było dla Terierów zbyt brutalne.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #huddersfield #championship #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: gettyimages-1139308066-e1553966727417.jpg

    •  

      Drugi sezon zdecydowanie bardziej weryfikuje beniaminkow niż pierwszy. Dodając do tego kasę jaką ich bezpośredni rywale wydali na wzmocnienia, już przed sezonem byli głównym kandydatem do spadku na spółkę z Cardiff. Mimo wszystko chyba nikt nie spodziewał się aż takiego blamazu

    •  

      Ta buda aż tak zimna i przeciekająca nie będzie. Jasne - spadek to spadek, ale w tym sezonie też raczej skupiały się na siedzeniu w budzie i wybieganiu z niej tylko po to, by kąsać przechodniów - przeważnie jednak kończyło się kopniakiem.
      Tam, dokąd idą Terriery ich buda będzie przez sezon przynajmniej najwygodniejszą budą w schronisku - później będzie się dopiero sypać.

      A co do stylu spadku - żegnamy bez żalu. Middlesbrough podobnie męczyło bułę trzy lata temu. pokaż całość

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 32. seria gier angielskiej ekstraklasy. Mimo że formalnie zaplanowano na nią aż 15 spotkań, potyczki wtorkowe i środowe dotyczą kolejek przeszłych lub przyszłych. Podsumujmy więc wydarzenia minionego weekendu, który w Premier League przeciągnął się do poniedziałku.

    1. Liverpool ograł Tottenham, dzięki czemu ustanowił swój nowy rekord punktów (79), uzyskanych na przestrzeni 32 meczów - poprzedni pochodził z sezonu 1987/88 i wynosił 76 oczek.

    2. Manchester City bez problemu uporał się z Fulham, a Bernardo Silva trafił w 3. występie z rzędu, co udało mu się po raz pierwszy odkąd przeprowadził się do Anglii.

    3. Arsenal pokonał Newcastle, do czego przyczynił się Aaron Ramsey, który otworzył wynik spotkania - Kanonierzy nie przegrali żadnej z 17 ligowych potyczek na Emirates Stadium, w których Walijczyk wpisywał się na listę strzelców.

    4. Koguty nie odniosły zwycięstwa od 5 kolejek i z kandydata na mistrza przeistoczyły się w ekipę drżącą o udział w następnej edycji Ligi Mistrzów.

    5. Manchester United wygrał z Watfordem, a bramki zdobyte przez Martiala i Rashforda oznaczają, że pierwszy raz od kampanii 1995/96 czterech zawodników Czerwonych Diabłów może pochwalić się dwucyfrowym wynikiem strzeleckim w rozgrywkach Premier League.

    6. Chelsea uzyskała w bieżącym sezonie 8 punktów z pozycji przegrywającego, aż 6 z nich kosztem Cardiff.

    7. Wolverhampton uległo Burnley i już od 12 spotkań wyjazdowych nie potrafi zachować czystego konta (w początkowych 4 uczyniło to 4-krotnie).

    8. Kolejne zwycięstwo Leicester, kolejny gol Wesa Morgana - Jamajczyk po raz pierwszy w swojej przygodzie z Premier League trafiał w dwóch występach z rzędu.

    9. Everton pokonał West Ham, a przy okazji każdego z trzech minionych spotkań wyjazdowych zdobywał minimum 2 bramki - po raz ostatni taka seria przydarzyła się mu w 2016 roku.

    10. Watford poległ w starciu z Manchesterem United, w czym nie ma niczego zaskakującego, gdyż poza własnym stadionem Szerszenie przegrały poprzednie 14 meczów z przedstawicielami Wielkiej Szóstki.

    11. Młoty nie dały rady The Toffees, przez co ich seria siedmiu ligowych spotkań na London Stadium bez porażki dobiegła końca.

    12. Ostatnie występy Bournemouth każą sądzić, że Wisienki zaliczą kolejny spokojny sezon - na awans do europejskich pucharów nie mają większych szans, lecz na spadek także się nie zapowiada.

    13. Crystal Palace pokonało Huddersfield i tym samym “spuściło” je do Championship - wcześniej Orły skróciły ekstraklasowy byt Hull oraz Stoke.

    14. Newcastle po raz 28. w historii swoich występów w Premier League musiało uznać wyższość Arsenalu - z żadną inną drużyną Srokom nie idzie równie słabo.

    15. Mimo oddania aż 15 strzałów, Brighton nie ukłuło Southampton i przegrało.

    16. Święci stali się dopiero drugą drużyną (po Derby County), która ograła Mewy na Amex Stadium dwa razy w jednym sezonie (Premier League + Carabao Cup).

    17. Burnley pokonało Wolves i godnie uczciło 300. mecz pod wodzą Seana Dyche’a.

    18. Mimo że Cardiff znajduje się w strefie spadkowej, Victor Camarasa może być z siebie dumny, gdyż w tym sezonie zdobywał bramki w spotkaniach przeciwko Arsenalowi, Manchesterowi United oraz Chelsea.

    19. Pierwszy raz od 2010 roku, Fulham nie zdołało oddać celnego strzału w meczu ligowym, rozgrywanym na Craven Cottage.

    20. Huddersfield powtórzyło “wyczyn” Derby County i na 6 kolejek przed końcem sezonu straciło szansę na utrzymanie się w ekstraklasie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: 55916146_398674830683434_8427266880372211712_n.jpg

  •  

    Właściwy człowiek na właściwym stanowisku

    W 27-letniej historii Premier League zaledwie sześć klubów zdołało sięgnąć po tytuł mistrzowski. Nikogo nie dziwi fakt, że w elitarnym gronie znajdują się obie ekipy z Manchesteru, Arsenal, Chelsea czy silne na początku lat 90. Blackburn Rovers. Grupę uzupełnia jednak Leicester, dla którego zdobycie najcenniejszego lauru w angielskim futbolu oznaczało kompletną odmianę tożsamości. Sensacyjny wyczyn sprawił ponadto, iż celem minimum przestało być utrzymanie - nowym stały się europejskie puchary. Problem w tym, że drużynie ani razu nie udało się spełnić pokładanych w niej nadziei. Czy receptą na sukces okaże się zatrudnienie nowego szkoleniowca?

    Od największego osiągnięcia w dziejach klubu minęły dwa sezony. O tym, jak długi to okres w futbolowej rzeczywistości najlepiej świadczy fakt, iż kadrę Lisów zasiliło w tym czasie 26 zawodników, 18 graczy postanowiło opuścić King Power Stadium, a przez gabinet trenera przewinęło się czterech stałych menedżerów. Gdyby tego było mało, w październiku ubiegłego roku w tragicznych okolicznościach zmarł właściciel Leicester - Vichai Srivaddhanaprabha - co odcisnęło swe piętno i musi być brane pod uwagę w kontekście oceny poczynań zespołu w rozgrywkach 2018/19. Wszak każdy człowiek pracujący na chwałę drużyny z East Midlands czuł się związany z tajskim miliarderem i nie inaczej było z piłkarzami, dla których wieść o katastrofie helikoptera była bolesnym ciosem.

    Niewątpliwie nie ułatwiło to pracy ówczesnemu szkoleniowcowi, który za słabe rezultaty osiągane przez jego podopiecznych zapłacił posadą. Claude Puel jest pragmatykiem, człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, nastawionym na efekty długofalowe, na które zarząd Lisów nie chciał cierpliwie czekać. Nie oznacza to jednak, iż podjął on niewłaściwą decyzję. W schyłkowym okresie pracy Francuza zespół prezentował się słabo i próżno było szukać nadziei na odmianę tej sytuacji. Nic więc dziwnego, że misja ta została powierzona innemu fachowcowi.

    26 lutego nowym opiekunem drużyny został Brendan Rodgers, znany z pracy w Swansea, Liverpoolu i Celticu. Największe sukcesy święcił przy okazji pobytu w Glasgow, gdzie wywalczył 2 mistrzostwa Szkocji, 2 puchary kraju oraz 3 Puchary Ligi. Wszystko wskazywało na to, że w kwietniu Irlandczyk z Północy dopisze do swojego dorobku kolejny tytuł, lecz oferta Leicester okazała się bardziej kusząca, a możliwość ponownego sprawdzenia się w silniejszych rozgrywkach atrakcyjniejsza od pozostania w strefie komfortu. Nie był to łatwy wybór, co menedżer przyznał podczas pierwszej konferencji prasowej po powrocie do Anglii:

    - To była bardzo trudna decyzja. Jeśli kierowałbym się wyłącznie głosem serca, zostałbym w Celticu do końca życia, ponieważ to niesamowity klub, któremu kibicowałem od dziecka. (...) Po niespełna trzech latach w Celticu, biorąc pod uwagę wszystko, co osiągnęliśmy, uznałem, że to właściwy moment na kolejne wyzwanie.

    Innego zdania byli fani The Bhoys, którzy drogę obraną przez Rodgersa utożsamiają ze skazaniem się na przeciętność kosztem nieśmiertelności. Ponadto, ze szkockiej posiadłości szkoleniowca skradziono większość medali i trofeów zdobytych przez niego na przestrzeni minionych lat. Doprawdy smutny był to koniec pięknej i udanej przygody.

    Brendan otwiera jednak kolejny rozdział swojej kariery, a władze Leicester liczą na to, że pracując na chwałę ich klubu nawiąże do swoich największych sukcesów - nie bez powodu wydano 9 milionów funtów na zatrudnienie nowego sztabu szkoleniowego. W jego umiejętności wierzą również kibice, którzy ciesząc się powiewem świeżości nie zatracają się w snuciu marzeń i planów. Wręcz przeciwnie, mają świadomość, iż bieżący sezon jest trudny, a nowa miotła nie zamiecie pod dywan wszystkich problemów. Z tego też powodu, przed Brendanem Rodgersem stawia się cele długoterminowe, obiecując przy tym cierpliwość. Przypadek Claude’a Puela pokazał jednak, że jej nadużywanie jest niewskazane.

    Głównym i absolutnie najważniejszym zadaniem Irlandczyka z Północy jest powrót do europejskich pucharów. Jeśli Lisy byłyby bohaterami jednej z wysokobudżetowych produkcji rodem z Hollywood, niewątpliwie można by zakładać rychłe odzyskanie mistrzostwa kraju i ponowne zawitanie na salony, czyli do Ligi Mistrzów. Premier League jest jednak bytem w pełni rzeczywistym, w którym baśniowe scenariusze realizują się stosunkowo rzadko. Co więcej, zdaje się, iż w latach 2015-2016 drużyna z King Power Stadium wykorzystała limit szczęścia na najbliższe kilka dekad.

    Realnym celem jest więc awans do Ligi Europy. W teorii Leicester ma wszystko, czego potrzeba do jego zrealizowania, w praktyce dwa ostatnie sezony zakończyły się niepowodzeniem. Obecnie zespół zajmuje 10. miejsce w tabeli i do lokaty, która może dać szansę gry na Starym Kontynencie traci 3 punkty. Jeśli i tym razem rezultatem starań okaże się fiasko, nikt nie będzie miał pretensji do Rodgersa. Sprawiedliwie rozliczać go będzie bowiem można dopiero na podstawie wyników osiąganych w kolejnych rozgrywkach i to wtedy zetknie się on z prawdziwą presją.

    Na razie były szkoleniowiec Celticu ma czas na dogłębne poznanie kadry, ocenienie jej mocnych i słabych punktów, a także ewentualne korekty składu personalnego. Powinien też czynić pierwsze kroki ku odzyskaniu boiskowej tożsamości drużyny, co stanowi istotną część jego misji w klubie z hrabstwa Leicestershire. Za czasów szczytowej formy pod wodzą Claudio Ranieriego Lisy cechowały się żelazną defensywą oraz doprowadzoną niemal do perfekcji umiejętnością karcenia rywali po kontratakach. Kadencja Puela to natomiast okres bezbarwności i nijakości, połączony z bardziej lub mniej udanymi próbami gry opartej na posiadaniu piłki, z którego często niewiele wynikało.

    Teraz ma się to zmienić, albowiem drużyny prowadzone przez Rodgersa nastawione są skrajnie ofensywnie i prezentują wysoką intensywność. Wszyscy pamiętamy przecież, jak dobrze radził sobie Liverpool, podczas gdy poczciwy Brendan stał u jego steru, jak miło patrzyło się wówczas na grę The Reds, i jak bliscy upragnionego tytułu mistrzowskiego byli wtedy gracze z Anfield. Trudno porównywać tamten zespół z obecną drużyną Leicester, lecz nie ulega wątpliwości, że drzemią w niej wystarczające pokłady jakości, by marzyć o sukcesie.

    Wystarczy powierzchowna analiza składu, by stwierdzić, że nowy szkoleniowiec ma z czego “lepić”. W defensywie doświadczenie łączy się z młodością - Schmeichel, Morgan oraz Evans tasują się z Maguirem, Chilwellem i Pereirą. W środku i na skrzydłach niepodzielnie rządzi młodzież w osobach Ndidiego, Tielemansa, Maddisona, Barnesa oraz Graya. Szpica to natomiast królestwo Vardy’ego, którego giermkiem jest Iheanacho. Grzech nie skorzystać z tak zbalansowanej i utalentowanej kadry, której nie brakuje ani kreatywności, ani pomysłowości, ani determinacji.

    Jak dotąd Irlandczyk poprowadził Lisy w trzech spotkaniach, spośród których dwa wygrał i jedno przegrał. Wprawdzie nie miał wiele czasu na przedstawienie podopiecznym swojej wizji gry, ani na wprowadzenie w życie autorskich pomysłów, lecz spostrzegawczy obserwatorzy dostrzegają w poczynaniach zespołu “rękę Rodgersa”. O wpływie nowego opiekuna ochoczo mówią także piłkarze.

    - Na boisku zwraca uwagę na szczegóły. Jest trenerem preferującym atrakcyjny i ofensywny futbol, co stara się wpoić drużynie. To bardzo dobrze - mówił Youri Tielemans w rozmowie ze Sky Sports. Wtórował mu kapitan, Wes Morgan: - Przyjście Rodgersa było powiewem świeżości. Ma styl i tożsamość, pomysł na grę. To zajmie trochę czasu, ale w końcu staniemy się siłą, z którą będzie trzeba się liczyć.

    Osobiście zgadzam się ze stwierdzeniem Jamajczyka. Jeśli Brendan Rodgers nada zespołowi swój rys, ekipa z King Power Stadium będzie bardzo groźnym rywalem dla każdej drużyny w stawce. Sądzę, że Irlandczyk z Północy jest właściwym człowiekiem na właściwym stanowisku i zdoła tego dokonać. Poradził sobie prowadząc beniaminka ze Swansea, odnalazł się w wielkim klubie z Liverpoolu, zdominował ligę Szkocką i nie widzę przeciwwskazań do tego, by zawiódł Lisy do europejskich pucharów. Jeśli nie w tym, to w następnym sezonie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #leicester #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-27 17-47-31.jpg

  •  

    Podaje wyłącznie do tyłu. Spowalnia akcje drużyny. Jest bezużyteczny, gdyż nie potrafi zanotować choćby jednej asysty. Gra tylko dlatego, że jest pupilkiem szkoleniowca.

    Powyższe zarzuty dotyczą Jorginho, który nie ma łatwego życia w niebieskiej części Londynu. Kompetencje Włocha są często podważane, zasadność jego pozycji w kadrze wielokrotnie poddawana w wątpliwość, a relacje z kibicami dalekie od poprawnych. Gdyby tego było mało, stał się on kozłem ofiarnym kryzysu, jaki dotknął Chelsea na przełomie stycznia i lutego, na co wpływ miały nie tylko względy sportowe, ale także kilkuletnia znajomość oraz współpraca z Sarrim.

    Czy były zawodnik Napoli zasłużył na takie traktowanie? Czy naprawdę nie jest godny miejsca w pierwszym składzie, jak głosi spora grupa fanów?

    Jeśli zestawimy wizualne poczynania boiskowe Jorginho z suchymi statystykami, okaże się, iż część kierowanych w jego kierunku oskarżeń to mity. Weźmy na tapet te nieszczęsne asysty. Według współczynnika mierzącego szanse na zanotowanie ostatniego podania (expected assists), Włoch powinien mieć na swoim koncie 3 takowe zagrania, gdyż w jego przypadku xA wynosi 3.30 (jeśli chodzi o piłkarzy The Blues, jedynie Hazard i Willian mogą pochwalić się wyższym wynikiem, lecz na ich korzyść przemawia wykonywanie stałych fragmentów gry). Fakt, że nie ma ani jednego wcale nie świadczy źle o nim, a o jego kolegach z zespołu, którzy zwykli marnować wypracowywane im okazje.

    Trzeba też pamiętać, iż urodzony w Brazylii pomocnik nie jest rozgrywającym, który zaciekle para się ofensywą. Jego głównym zadaniem jest budowanie ataków od linii defensywnej i rozdzielanie piłek do pozostałych zawodników Chelsea. Bezpośredni udział przy akcjach bramkowych nie powinien być więc dominującym kryterium oceny Jorginho.

    Co z ciągłym zagrywaniem do tyłu? Bzdura. Zaledwie 12% jego passów zmierza w kierunku własnej bramki, za to aż 31% wędruje do przodu (stan na 16.03). Fakt, ponad 56% wszystkich wykonywanych przez Włocha podań stanowią te, które przemierzają boisko w poprzek, lecz w dużej mierze wiąże się to z rolą, jaką zawodnik pełni w drużynie, o czym mowa w poprzednim akapicie.

    Prawdą jest, iż reprezentant Scuadra Azzurra często decyduje się na rozwiązania bezpieczne, obarczone minimalnym ryzykiem. Prawdą jest, że zdarza mu się zmarnować potencjał danej akcji. Twierdzenie, iż jest on kulą u nogi, spowalniającą grę Chelsea, jest jednak sporym nadużyciem.

    Nie zgadzam się również z tezą, iż Jorginho zawdzięcza miejsce w podstawowym składzie wyłącznie parasolowi ochronnemu, jaki roztoczył nad nim Maurizio Sarri. Nie widzę powodu, by podważać kompetencje sportowe Włocha, który jest jednym z najciężej pracujących zawodników w Premier League, a i cech wolicjonalnych odmówić mu nie sposób. Fakt, że nie boi się on wziąć na siebie odpowiedzialności - czy to w przypadku konstruowania akcji, czy też wykonywania rzutów karnych (z różnym skutkiem) - sprawia, iż z całą pewnością jest on piłkarzem na miarę The Blues. O żadnym nepotyzmie nie ma mowy, co w rozmowie z dziennikarzem The Guardian przyznał sam zainteresowany:

    “Mam całkowicie normalną relację z Sarrim. Nie chodzę z nim na obiady. Nie bywam w jego domu. Jesteśmy profesjonalistami: on wyjaśnia, czego oczekuje ode mnie na boisku, a ja staram się to robić. Jestem tylko zawodnikiem, który może pomóc mu we wpojeniu drużynie jego pomysł na grę. Krzyczy na mnie, kiedy zrobię coś źle, tak samo, jak robi to w przypadku pozostałych piłkarzy. Na pewno nie postrzegam siebie jako jego złotego chłopca.”.

    Pomocnik dodał, iż trudna relacja z sympatykami Chelsea bardzo go motywuje:

    “Kibice mają prawo do posiadania własnej opinii i myślenia cokolwiek tylko pragną. To daje mi siłę do dalszej pracy w celu zmiany ich punktu widzenia. Nawet jeśli postrzegają mnie jako człowieka Sarriego, chcę im pokazać, dlaczego Sarri mnie lubi. Chcę pokazać, że jestem dobrym piłkarzem, a oni są w błędzie.”.

    Osobiście sądzę, że Jorginho jest traktowany niesprawiedliwie, a ocena jego działań bywa przesadnie surowa. Rozumiem, że fani The Blues nie są zadowoleni z tego, jak prezentują się ich ulubieńcy, a ponadto nie przekonuje ich do siebie Sarri, z którym włoski gracz jest utożsamiany, gdyż obaj przybyli na Stamford Bridge w “pakiecie”, lecz sam zawodnik nie jest źródłem problemów drużyny. Kierowane w jego stronę zarzuty bywają pochopne i często nijak mają się do rzeczywistości.

    Na szczęście pojawiają się coraz rzadziej. Świadomi kibice częściej dostrzegają bowiem wartość i starania byłego pomocnika Napoli, który może dać drużynie bardzo wiele. Jestem pewny, że jeszcze nieraz to udowodni.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-18 16-24-39.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Trzydzieści serii gier angielskiej ekstraklasy za nami! Co przyniosła ostatnia z nich?

    1. Manchester City nie miał trudności z pokonaniem Watfordu, czemu przyczynił się fenomenalny występ Raheema Sterlinga, który potrzebował zaledwie 13 minut i 12 sekund na skompletowanie hat-tricka (do wyczynu Mane daleko, lecz była to najszybsza potrójna zdobycz od 2016 roku i pokazu fajerwerków w wykonaniu Lukaku).

    2. Liverpool ograł Burnley i stał się pierwszą drużyną w stawce, która zrzesza w swych szeregach 3 zawodników mogących pochwalić się dwucyfrowym wynikiem strzeleckim (Salah ma na koncie 17 goli, Mane 16, a Firmino 11).

    3. Mimo że Harry Kane zdobył swoją 200. bramkę w karierze, Tottenham przegrał w lidze 3. mecz wyjazdowy z rzędu i jeśli dalej będzie sobie poczynał w ten sposób, zakończy sezon poza czołową czwórką.

    4. Arsenal pokonał Manchester United, co oznacza, iż w trwającej kampanii, w meczach z drużynami Wielkiej Szóstki uzyskał 12 punktów - to 2 razy więcej niż w poprzednich rozgrywkach.

    5. Czerwone Diabły zapomniały przywieźć do Londynu skuteczności i przegrały pierwsze spotkanie w Premier League pod wodzą Ole Gunnara Solskjaera.

    6. Jak trwoga to do Hazarda - w ostatnich minutach starcia z Wolverhampton, Belg ustrzelił swojego 50. ligowego gola na Stamford Bridge (wcześniej dokonali tego tylko Lampard oraz Drogba) i zapewnił Chelsea remis.

    7. Wilki także mają powód do optymizmu, gdyż pozostają niepokonane od 6 spotkań angielskiej ekstraklasy odbywających się w Londynie (jeśli chodzi o najwyższą klasę rozgrywkową, jest to najdłuższa passa w historii klubu od 1974 roku).

    8. Watford nie dał rady podopiecznym Guardioli, co nie jest żadnym zaskoczeniem, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Szerszenie przegrały poprzednie 10 meczów, w których przyszło im się zmierzyć z ówcześnie panującym liderem tabeli.

    9. West Ham od 6 starć wyjazdowych nie potrafi odnieść zwycięstwa, a tym razem musiał uznać wyższość Cardiff.

    10. Leicester dało lekcję Fulham, czemu walnie przyczynił się Vardy, który zdobył swoją 100. bramkę w barwach Lisów (ostatnim zawodnikiem, który tego dokonał był Gary Lineker).

    11. Po raz drugi w historii, Everton przegrał wyjazdowe spotkanie w Premier League pomimo dwubramkowego prowadzenia (wcześniej przydarzyło mu się to w 2000 roku, a w roli kata wystąpił Tottenham).

    12. Bournemouth ograło Huddersfield, dzięki czemu zakończyło serię 9 porażek odniesionych poza własnym stadionem.

    13. Newcastle w niesamowitych okolicznościach pokonało Everton i pierwszy raz od 2003 roku odrobiło dwubramkową stratę z nawiązką.

    14. Od startu ubiegłego sezonu, Crystal Palace wywalczyło aż 19 rzutów karnych (o 6 więcej niż którakolwiek z pozostałych drużyn), lecz nawet wykorzystanie jednego z nich nie ustrzegło Orłów przed porażką z Brighton.

    15. Mewy mogą być szczęśliwe, podobnie jak Glenn Murray, który zdobywał bramki w każdym z ostatnich 4 występów przeciwko ekipie z Selhurst Park (warto zaznaczyć, iż to jego były klub).

    16. Southampton wygrało pierwszy mecz ligowy z Tottenhamem od 2016 roku, a James Ward-Prowse ustrzelił swojego 4. gola z rzutu wolnego w Premier League.

    17. W 30 kolejkach obecnego sezonu Burnley straciło więcej punktów z pozycji prowadzącego (10) niż w całych poprzednich rozgrywkach (9).

    18. Cardiff w meczu z West Hamem zachowało swoje 8. czyste konto w trwającej kampanii - to więcej niż chociażby Manchester United czy Arsenal.

    19. Fulham przegrało 14 z 16 spotkań wyjazdowych, w których straciło aż 40 bramek, a spadek zbliża się wielkimi krokami...

    20. Jeszcze bardziej pali się do niego Huddersfield, które od bezpiecznej strefy dzieli już 16 punktów.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-10 23-00-57.jpg

  •  

    Poczwórne spełnienie

    Zdobycie Pucharu Ligi to namiastka sukcesu, traktowana jako dodatek lub nagroda pocieszenia. Wzniesienie w górę Pucharu Anglii to prestiż, przyjmowany z najwyższym szacunkiem i honorem. Wywalczenie Mistrzostwa Anglii to z kolei wyróżnienie za wzorową regularność, przypieczętowanie dominującej pozycji w kraju. Natomiast wygranie Ligi Mistrzów to doścignięcie marzeń oraz uzyskanie przepustki do futbolowego edenu. A gdyby tak skompletować wszystkie trofea w jednym sezonie?

    O poziomie trudności całego przedsięwzięcia najlepiej świadczy fakt, że żadna drużyna w historii nie zdołała tego dokonać. Wprawdzie w kampanii 2008/09 Manchester United sięgnął po kwartet laurów, lecz oprócz Pucharu Ligi i Mistrzostwa Anglii, zaliczały się do niego Klubowe Mistrzostwo Świata oraz Tarcza Wspólnoty. Zdaniem wielu, ta ostatnia nie zasługuje na miano pełnoprawnego trofeum, co oznacza, iż o pełnoprawnej poczwórnej koronie nie ma mowy.

    Obecnie przed szansą na wiekopomne osiągnięcie stoją piłkarze Manchesteru City, którzy wytrwale dążą do zaspokojenia swoich ambicji i nie przestają śnić o zdobyciu wszystkich możliwych szczytów. Co więcej, wizja ta nie jest wcale oderwana od rzeczywistości, a pierwszy krok w kierunku jej realizacji został już nawet postawiony.

    W ostatnią niedzielę lutego drużyna z Etihad Stadium pokonała Chelsea i drugi raz z rzędu sięgnęła po Puchar Ligi. Jak wiadomo, nie jest to najbardziej pożądane i prestiżowe trofeum, a już na pewno nie dla krajowego potentata mierzącego w sukces na Starym Kontynencie. Jest jednak warunkiem koniecznym do spełnienia w przypadku marzeń o poczwórnej koronie i mimo, że wiele drużyn, woląc skupić się na walce o wyższe cele, traktuje rozgrywki sponsorowane przez koncern Carabao “po macoszemu”, Manchester City chce dominować, dawać świadectwo swojej jakości przy każdej możliwej okazji, na wszystkich dostępnych frontach.

    Wspomniany wyżej triumf tylko zintensyfikował spekulacje dotyczące szans podopiecznych Guardioli na zdobycie czterech laurów, czego przejawem między innymi niniejszy tekst. Cały raban niespecjalnie podoba się katalońskiemu menedżerowi, który twierdzi, że nakładanie dodatkowej presji na zespół na tym etapie sezonu jest w stosunku do niego nie w porządku. Ponadto przekonuje o skupieniu drużyny na każdym kolejnym meczu, co potwierdzają niejako słowa Kevina de Bruyne:

    “Nie można traktować zdobycia czterech trofeów jako standard. Jesteśmy szczęśliwi z tego jak nam idzie, chcemy osiągać postęp w każdych rozgrywkach, w których bierzemy udział. Wygranie wszystkich jest prawie niemożliwe.”

    To naturalne, że w interesie The Citizens jest, by o oczekiwaniach mówiło się jak najmniej i jak najciszej. Nie dajmy się jednak zwieść, ekipa z błękitnej części Manchesteru marzy o osiągnięciu “nieosiągalnego”, od tego nie sposób uciec.

    Jej drugim skalpem ma stać się Puchar Anglii. Rywalizacja wkracza w decydującą fazę, a szanse na ostateczny triumf ma osiem drużyn, spośród których tylko dwie można zaliczyć do grona potentatów. Oprócz podopiecznych Guardioli, którzy w ćwierćfinale zmierzą się ze Swansea, w grze pozostaje również Manchester United, któremu los zesłał Wolverhampton typowane do miana czarnego konia rozgrywek. O ile na Molineux może dojść do niespodzianki, o tyle na Liberty Stadium zdecydowanym faworytem będą goście i każdy inny rezultat niż ich zwycięstwo będzie traktowany jako sensacja.

    The Citizens są głównym kandydatem do sięgnięcia po trofeum za najstarsze zawody piłkarskie w historii i zrobią wszystko, by dopiąć swego. Drugi składnik poczwórnej korony nie jest wprawdzie formalnością, lecz drużyna z Etihad Stadium zdaje się go mieć na wyciągnięcie ręki.

    Zdecydowanie trudniej będzie jej o spełnienie pozostałych dwóch warunków wiekopomnego osiągnięcia.

    Wciąż trwa bowiem zacięta rywalizacja o Mistrzostwo Anglii, choć realne szanse na jego zdobycie mają już tylko dwa zespoły. Oprócz aktualnie panującego czempiona, łasy na sukces jest także Liverpool, który na sięgnięcie po graal czeka od blisko 29 lat. Jeszcze do niedawna wiele wskazywało na to, że w maju nastąpi przełamanie, lecz za sprawą wydarzeń zeszłej kolejki na fotel lidera powrócił Manchester City. Jego przewaga jest znikoma, wynosi zaledwie 1 punkt, ale na korzyść podopiecznych Guardioli przemawia doświadczenie nabyte przy okazji poprzedniego sezonu, kiedy przewodzili oni w Premier League przez znakomitą większość trwania rozgrywek. Sprzyja im również dotychczasowa dyspozycja - wygrali najwięcej meczów spośród wszystkich drużyn w stawce i zdobyli najwięcej bramek.

    Manchester City jest w stanie rozprawić się z klątwą i stać się pierwszym klubem od 2009 roku, który obroni tytuł mistrzowski. Przed nim jednak 9 spotkań prawdy, które przybliżą go do poczwórnej zdobyczy lub pogrzebią szanse na zapisanie się w piłkarskich annałach złotymi zgłoskami.

    Ostatnim i prawdopodobnie najtrudniej dostępnym składnikiem poczwórnej korony jest puchar za wygranie Ligi Mistrzów. W długoletniej historii rozgrywek, The Citizens ani razu nie zdołali zdominować futbolu na Starym Kontynencie, a szklanym sufitem, którego dotąd nie udało im się przebić, pozostaje półfinał. W trwającej edycji drużyna z Etihad Stadium bez problemu przebrnęła przez fazę grupową, by następnie trafić na Schalke, które prawdopodobnie wyeliminuje i zamelduje się w ćwierćfinale. Łatwiej już jednak nie będzie.

    W gronie kandydatów do ostatecznego triumfu aż roi się od “grubych ryb”, by wymienić chociażby Barcelonę, lepszego z duetu Liverpool-Bayern, kogoś z dwójki Juventus-Atletico, nieobliczalny Manchester United czy niesamowity Ajax. Manchester City jest więc jednym z wielu, niekoniecznie pierwszym do objęcia tronu. O powodzeniu bądź jego braku może zadecydować dyspozycja dnia, mały detal, jeden błąd.

    W teorii The Citizens mają bardzo silną i zrównoważoną kadrę, która pozwala na pozbawione ryzyka rotowanie w celu umiejętnego gospodarowania energią zawodników. Kiedy odpoczywa Sterling lub Sane, na murawie może pokazać się Mahrez. Kiedy Silva albo de Bruyne skupiają się na regeneracji, ich zadania przejmuje Gundogan. Kiedy Aguero potrzebuje chwili wytchnienia, do gry może wkroczyć Jesus. Wszystko to jednak piłkarze ofensywni, z tyłu nie jest już tak kolorowo. Kontuzjowany pozostaje Fernandinho, dla którego w kadrze nie ma sensownej alternatywy. Uraz leczy również Laporte, czyli najpewniejszy punkt defensywy w obecnym sezonie. W kluczowym momencie może się więc okazać, że na którejś z pozycji brakuje odpowiedniej jakości, z czego skrzętnie skorzystają rywale.

    Bardzo ważna jest także mentalność i nastawienie zespołu. Nie wątpię, że są w nim liderzy i urodzeni zwycięzcy, pytanie tylko czy seryjni? Wprawdzie Pep wpoił drużynie wolę dominacji, a do tego potrafi podsycać głód wygrywania, lecz każdemu zdarzają się chwile słabości, co dobitnie udowodnił poprzedni sezon. Mimo bezpiecznej przewagi w Premier League, Manchester City nie zdołał dostatecznie mocno skupić się na Lidze Mistrzów i poległ w dwumeczu z Liverpoolem. Podobnie jak teraz, wówczas wydawało się, iż ma wszystko, czego potrzeba do zdobycia Pucharu Europy, a jednak coś poszło nie tak…

    Nie bez znaczenia dla całego przedsięwzięcia pozostaje również terminarz zaplanowanych spotkań. The Citizens przyjdzie zmierzyć się ze sporym natężeniem gier (jeśli uda się pokonać Schalke i Swansea, na przestrzeni 19 dni odbędzie się ćwierćfinałowy dwumecz Ligi Mistrzów oraz półfinał Pucharu Anglii, a do tego starcia z Tottenhamem i Manchesterem United), ale finisz sezonu jawi się jako sprzyjający zwieńczeniu sukcesu (12 maja rozegrana zostanie ostatnia kolejka Premier League, tydzień później finał krajowego pucharu na Wembley, a 1 czerwca finał rozgrywek europejskich). Całość może sprawiać wrażenie toru przeszkód ze śmiercionośnymi pułapkami czającymi się na każdym kroku, lecz nie ma w tym nic dziwnego - wyjątkowe osiągnięcia wymagają wyjątkowych okoliczności.

    Przed Aguero i spółką masa pracy wymagającej dyspozycji fizycznej i psychicznej na najwyższym poziomie. Poczwórna korona nie jest iluzją, wytworem wyobraźni niemożliwym do zrealizowania w rzeczywistości, lecz wypełnienie wszystkich warunków będzie bardzo trudne. Osobiście sądzę, iż Manchester City zgarnie Puchar Anglii i obroni mistrzostwo kraju, ale co do powodzenia w rozgrywkach na Starym Kontynencie mam spore wątpliwości. Mimo że drużynę z Etihad Stadium postrzegam jako niemal kompletną, wydaje mi się, iż trafi kosa na kamień czy inną Barcelonę, która w danym dniu może okazać się skuteczniejsza, bardziej skoncentrowana lub po prostu nieomylna. Koniec końców wszystko zależy od postawy The Citizens, którzy mają podstawy, by wierzyć w osiągnięcie dotąd nieosiągniętego.

    Jedno trofeum to zawsze powód do radości. Dwa to bardzo dobry rezultat. Trzy to wynik fenomenalny. Całkowite spełnienie może zapewnić jednak tylko poczwórna korona. Niebawem przekonamy się, czy Manchester City dostąpi zaszczytu jej przymierzenia.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #manchestercity #ligamistrzow #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-06 11-41-08.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Premier League nie zwalnia i dostarcza kolejnych emocji. Co wydarzyło się w 29. serii gier?

    1. Manchester City wrócił na pozycję lidera dzięki pokonaniu Bournemouth, a Riyad Mahrez zdobył swojego 6. ligowego gola w barwach The Citizens, przy czym warto odnotować, że Algierczyk trafiał wyłącznie poza Etihad Stadium.

    2. Liverpool drugi raz na przestrzeni trzech spotkań nie znalazł drogi do bramki rywala (wcześniej zdarzyło się mu to tylko raz w 27 kolejkach), przez co stracił prowadzenie w tabeli.

    3. Tottenham w szczęśliwych okolicznościach podzielił się punktami z Arsenalem, co oznacza, iż 28-meczowa seria Kogutów bez remisu dobiegła końca.

    4. Manchester United okazał się lepszy od Świętych, pomimo że ci prowadzili - taka sytuacja miała miejsce po raz 9. w erze Premier League.

    5. Arsenal nie zdołał zachować pierwszego wyjazdowego czystego konta w tym sezonie i wywiózł z Wembley tylko 1 punkt.

    6. Aż trudno uwierzyć, że gole, dzięki którym Chelsea pokonała Fulham były premierowymi trafieniami podopiecznych Sarriego poza Stamford Bridge w 2019 roku, jeśli chodzi o rozgrywki ligowe.

    7. Wolverhampton odniosło pierwsze zwycięstwo od 3 kolejek, a z dobrej strony pokazał się duet Jimenez-Jota (w ostatnich 7 występach na Molineux Portugalczyk brał udział przy 9 akcjach bramkowych).

    8. Watford ograł Leicester, a Troy Deeney trafił na Vicarage Road pierwszy raz od… września.

    9. West Ham nie dał szans Newcastle, co oznacza, że Młoty pozostają niepokonane od 5 spotkań rozgrywanych na London Stadium.

    10. Everton znowu postawił twarde warunki Liverpoolowi, lecz tym razem ustrzegł się błędu w końcówce i dopisał do swojego dorobku kolejny punkt.

    11. Leicester po raz trzeci w tym sezonie przegrało po golu w doliczonym czasie gry - więcej niż jakakolwiek drużyna w stawce.

    12. Bournemouth dzielnie walczyło, lecz ostatecznie uległo Manchesterowi City, co więcej, pierwszy raz w historii swoich występów w Premier League, Wisienki nie oddały ani jednego strzału.

    13. Crystal Palace bez większych trudności pokonało Burnley i zdobyło kolejne punkty w meczu wyjazdowym - stanowią one aż 61% całego dorobku Orłów w trwającym sezonie.

    14. Newcastle nie dało rady West Hamowi i przegrało swój 75. mecz angielskiej ekstraklasy rozgrywany w Londynie - żadna drużyna występująca w roli gości nie zbliżyła się do tego wyniku.

    15. Brighton ograło Huddersfield, dzięki czemu przerwało serię 7 spotkań bez zwycięstwa.

    16. Burnley oddało aż 18 strzałów (najwięcej od blisko roku), lecz tylko 1 znalazł drogę do bramki, przez co The Clarets ulegli Crystal Palace.

    17. Southampton stało się pierwszą drużyną od 2009 roku, która występując w roli przyjezdnych zdobyła na Old Trafford 2 gole zza pola karnego.

    18. Cardiff nie może zaliczyć ostatniego okresu do udanych - The Bluebirds przegrali 3 mecze z rzędu i stracili w nich łącznie aż 10 bramek.

    19. Fulham poległo w tym roku aż 9-krotnie - żadna drużyna występująca w jednej z 5 najsilniejszych lig Starego Kontynentu nie może “pochwalić się” takim “osiągnięciem”.

    20. Huddersfield ostatnim zwycięstwem z Wolverhampton narobiło swoim kibicom smaka, którym prędko przyszło im się obejść przy okazji porażki z Brighton.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-04 01-50-42.jpg

  •  

    Marność nad marnościami i wszystko Fulham

    Jeśli w krótkim odstępie czasu człowiek podda się serii operacji plastycznych, przeszczepów kończyn i organów, a ponadto zmieni swoje podejście do życia, trudno będzie mu przystosować się do nowych realiów egzystencji. Podobnie jest w przypadku drużyny piłkarskiej, w której w niedługim okresie dochodzi do rewolucji kadrowej oraz przedefiniowania myśli szkoleniowej - nie sposób oczekiwać, że od razu przyniesie to pozytywne rezultaty. Z jakiegoś powodu w Fulham uznano jednak, że warto spróbować.

    The Cottagers awansowali do Premier League dzięki świetnej dyspozycji w drugiej części poprzedniego sezonu oraz dobrej postawie w meczach barażowych. Drużyna prezentowała ofensywny, atrakcyjny styl gry oparty na sile kolektywu, choć wśród członków zespołu nie brakowało wielkich indywidualności jak chociażby Ryan Sessegnon czy Aleksandar Mitrovic. O sukcesie stanowiła jednak dyspozycja ogółu, który realizował założenia nakreślone przez Slavisę Jokanovica i przypominał prawidłowo funkcjonujący organizm.

    Latem, mając świadomość trudności czyhających w angielskiej ekstraklasie, postanowiono wzmocnić kadrę i nieco przemodelować drużynę. Zmiany okazały się jednak więcej niż kosmetyczne, do klubu przybyło 11 nowych zawodników, a Fulham stało się pierwszym beniaminkiem w historii, który w jednym okienku wydał na transfery ponad 100 milionów funtów. Niestety, zamiast dodatkowych pokładów jakości, na Craven Cottage zawitał chaos prowadzący The Cottagers do zguby, czyli natychmiastowego powrotu do Championship.

    Mogłoby się wydawać, iż przyczyna niepowodzenia jest prosta - postawiono na ilość, nie bacząc na poziom usług oferowanych przez nowo przybyłych. To jednak nie do końca tak. Jean Michael Seri, Andre Anguissa, Alfie Mawson czy Andre Schurrle to piłkarze, posiadający odpowiednie umiejętności, by stanowić o sile drużyny mierzącej w utrzymanie się w elicie i pod tym względem ich sprowadzenie jawi się jako w pełni uzasadnione. Problem w tym, że poprzez wprowadzenie do zespołu wielu nowych jednostek zachwiana została równowaga, a także zgranie i wzajemne zrozumienie na boisku. Fulham w odświeżonym składzie personalnym potrzebowało sporo czasu, by wypracować automatyzmy i schematy taktyczne, czego ostatecznie nie udało się dokonać.

    Beniaminek radził sobie słabo, a posadę stracił Slavisa Jokanovic, który okazał się kompletnie bezradny wobec problemów nowo uformowanej grupy zawodników. Zatrudnienie Claudio Ranieriego w niczym jednak nie pomogło - Włoch piastował stanowisko ledwie 106 dni (nie wliczając opiekunów tymczasowych, tylko 6 szkoleniowców w historii Premier League zaliczyło krótsze kadencje) i nie zdołał odmienić oblicza zespołu.

    Zawirowania oraz brak stabilizacji sprawiły, że Fulham z ciekawie zapowiadającego się beniaminka o określonym stylu gry i zrównoważonej kadrze, przeistoczyło się w niefunkcjonalny wrak, który na 10 kolejek przed końcem sezonu zajmuje przedostatnią pozycję w tabeli, a do bezpiecznej strefy traci aż 10 punktów. Czy The Cottagers zdołają oszukać przeznaczenie i przedłużą swoją egzystencję w Premier League? Przed nimi bardzo trudne zadanie.

    Nie ułatwi go terminarz zaplanowanych spotkań, gdyż ekipie z Craven Cottage przyjdzie zmierzyć się między innymi z Chelsea, Liverpoolem i Manchesterem City. Na dokładkę starcia z Evertonem, Watfordem oraz Wolverhampton, czyli z drużynami rywalizującymi o prawo do gry w europejskich pucharach. W sytuacji, w której każdy punkt jest na wagę złota, nie jest to najkorzystniejszy zestaw przeciwników…

    Optymizmem nie napawają też dotychczasowe poczynania boiskowe. Fulham legitymuje się najgorszą defensywą w stawce, która przyjęła w sumie aż 63 ciosy, co daje średnią 2.25 bramek traconych na kolejkę. Ma też trzecią najsłabszą ofensywę, która uzbierała ledwie 26 goli, a więc trafia przeciętnie rzadziej niż raz na każde 90 minut. Mitrovic i Schurrle sami tego wózka nie uciągną.

    Osobiście wiązałem spore nadzieje z powrotem Fulham do Premier League. Obserwując jego popisy na zapleczu sądziłem, że poradzi sobie na wyższym szczeblu i zdoła wywalczyć utrzymanie, lecz obecna sytuacja drużyny jawi się jako kompletnie beznadziejna. Skoro na przestrzeni 28 spotkań zdołała ona odnieść zaledwie 4 zwycięstwa, trudno oczekiwać, że w ostatnich 10 nastąpi cudowne przełamanie, a pasjonaci angielskiej piłki obejrzą kolejny odcinek “Wielkiej Ucieczki”. Moim zdaniem, nie ma na to najmniejszych szans.

    Tak to bywa, kiedy zamiast delikatnej korekty kształtu nosa wprowadza się radykalne zmiany w budowie ciała i nadwyręża kondycję psychiczną. W przypadku The Cottagers nadmiar nowych organów sprawił, że odwagę zastąpiła niepewność, a stabilną równowagę chaos. Tragiczne w skutkach efekty, bo inne trudno dziś zakładać, powinny stać się przestrogą dla przyszłych beniaminków. Przed rozpoczęciem przygotowań do pierwszego sezonu w elicie winny one przeczytać podręcznik pod tytułem "Jak zapomnieć się w roszadach kadrowych i zmarnować swój potencjał" autorstwa Fulham, a następnie postępować dokładnie odwrotnie do przedstawionych w nim wytycznych.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-28 13-45-04.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    28. seria gier angielskiej ekstraklasy już za nami! Jak poradziły sobie w niej poszczególne drużyny?

    1. Liverpool nie pozostawił złudzeń Watfordowi, a gładkie zwycięstwo oznacza, że The Reds pozostają niepokonani na Anfield od 35 spotkań Premier League - to najdłuższa seria od 2012 roku i 37-meczowej passy Manchesteru City.

    2. The Citizens pokonali West Ham dzięki trafieniu Aguero, który śrubuje kolejne rekordy - w 119 występach ligowych na Etihad Stadium brał udział przy 118 akcjach bramkowych.

    3. Dyspozycję Tottenhamu w starciu z Chelsea najlepiej definiuje samobójczy gol Trippiera i brak celnego uderzenia na bramkę rywala, co przydarzyło się Kogutom pierwszy raz od 2013 roku.

    4. Arsenal zmiażdżył Bournemouth, a dobrą formę utrzymał Henrikh Mkhitaryan, który zdobył bramkę i zanotował asystę w dwóch występach z rzędu - ostatnim zawodnikiem Kanonierów, który dokonał tej sztuki był Santi Cazorla w 2015 roku.

    5. Manchester United pokonał Crystal Palace, co oznacza, iż pierwszy raz w historii wygrał 8 meczów wyjazdowych z rzędu.

    6. Chelsea odniosła pewne zwycięstwo nad Tottenhamem, a przy okazji ostatnich 33 domowych starć z Kogutami poległa tylko raz.

    7. Wolverhampton po raz 12. w tym sezonie wybiegło na boisko w takim samym składzie, co kolejkę wcześniej, ale nie przełożyło się to na dobry rezultat w starciu z Huddersfield.

    8. Watford stał się pierwszym klubem w historii Premier League, który tracił minimum 5 goli w 3 wyjazdowych spotkaniach z jednym przeciwnikiem z rzędu (przegrywał z Liverpoolem kolejno 1:6, 0:5 i 0:5).

    9. Everton wygrał 2 mecze ligowe z Cardiff w jednym sezonie, co ostatni raz udało mu się w kampanii 1928/29.

    10. West Ham nie odniósł zwycięstwa od 18 wyjazdowych starć z przedstawicielami Wielkiej Szóstki, a tym razem uznał wyższość Manchesteru City.

    11. Piłkarze Leicester pozytywnie zareagowali na zatrudnienie Brendana Rodgersa i wygrali po raz pierwszy od Nowego Roku.

    12. Bournemouth przegrało poprzednie 9 spotkań rozgrywanych poza własnym obiektem, tracąc przy każdej z okazji minimum 2 gole.

    13. Newcastle odniosło 4 domowe zwycięstwa z rzędu i oddaliło się od strefy spadkowej na dystans 6 punktów.

    14. Crystal Palace uległo Manchesterowi United, a Roy Hodgson przegrał z Czerwonymi Diabłami po raz 12. w swojej menedżerskiej karierze.

    15. Tylko Fulham (14) poległo w większej liczbie spotkań wyjazdowych od Burnley (11).

    16. Brighton jest ostatnią drużyną spośród występujących w 4 zawodowych ligach w Anglii, która w tym roku nie odniosła jeszcze zwycięstwa.

    17. Pierwszy raz od maja 2017 roku, Southampton zdołało wygrać z beniaminkiem, a w pokonanym polu zostało Fulham.

    18. Cardiff nigdy nie zwyciężyło w meczu Premier League rozgrywanym w środku tygodnia, więc porażka z Evertonem dziwić nie może.

    19. Fulham przegrało 7 z ostatnich 8 spotkań i do bezpiecznej strefy w tabeli traci już 10 punktów.

    20. Huddersfield po raz drugi w tym sezonie ograło Wolverhampton, lecz utrzymanie się Terierów nadal jawi się jako mało prawdopodobne.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-28 01-41-13.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 27. seria gier angielskiej ekstraklasy. W jakim stylu Premier League powróciła po dwóch tygodniach przerwy?

    1. Pomimo remisu na Old Trafford, Liverpool ponownie zawitał na szczyt tabeli, co oznacza, że spędził na nim w sumie już 400 dni od uformowania się ligi w obecnie obowiązującej formie.

    2. Manchester City swoje spotkanie w ramach 27. kolejki rozegrał na początku lutego (pokonał Everton), a wczoraj zdołał obronić Puchar Ligi.

    3. Harry Kane powrócił na boisko i strzelił gola, lecz Tottenham przegrał drugi mecz wyjazdowy spośród ostatnich 8 okazji, a pogromcą okazało się Burnley.

    4. Arsenal pozostaje niepokonany od 13 domowych spotkań ligowych, a dzięki zwycięstwu z Southampton awansował do czołowej czwórki.

    5. Manchester United zremisował z Liverpoolem, a jedynym pozytywnym aspektem niedzielnego występu było zachowanie przez de Geę 100. czystego konta w Premier League.

    6. Chelsea poległa w finale Pucharu Ligi, a w ekstraklasie narobiła sobie zaległości.

    7. Watford zmiażdżył Cardiff, czemu przysłużył się hat-trick Deulofeu, który stał się pierwszym zawodnikiem Szerszeni od 1986 roku, który zdobył 3 gole w jednym meczu na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.

    8. Wilki nie potrafią zachować czystego konta w wyjazdowym spotkaniu ligowym od października 2018 roku, a w sobotę tylko zremisowały z Wisienkami.

    9. West Ham pokonał Fulham, co oznacza, że tylko zawodnicy Tottenhamu (15) i Arsenalu (16) uzyskali więcej punktów z londyńskich meczów derbowych od Młotów, które uzbierały 14 oczek.

    10. W historii swoich ekstraklasowych występów Bournemouth nigdy nie przegrało domowego starcia z beniaminkiem, a nie ulegnięcie Wolverhampton tylko potwierdza tę regułę.

    11. Everton swoje spotkanie w ramach 27. kolejki rozegrał na początku lutego, kiedy to przegrał z Manchesterem City.

    12. Pierwszy raz od 2000 roku, Leicester poległo w 4 meczach Premier League na własnym stadionie z rzędu, a porażka z Crystal Palace poskutkowała zwolnieniem Claude’a Puela.

    13. Orły swoją postawą postawiły znak jakości przy osiągnięciu Roya Hodgsona, który stał się najstarszym szkoleniowcem, jaki poprowadził zespół w spotkaniu angielskiej ekstraklasy (w dniu potyczki miał 71 lat i 198 dni).

    14. Zwycięstwo z Kogutami sprawiło, że Burnley pozostaje niepokonane od 8 kolejek, co jest najlepszą serią The Clarets w najwyższej klasie rozgrywkowej od 1966 roku.

    15. Newcastle w starciu z Huddersfield oddało aż 29 strzałów - to najwięcej od meczu Srok ze Swansea w 2012 roku (wówczas ekipa z St James’ Park 32-krotnie uderzała na bramkę rywala).

    16. Brighton odpoczywało, gdyż ich rywal - Chelsea - walczył o Puchar Ligi.

    17. Cardiff przegrało z Watfordem i w spotkaniach na własnym obiekcie straciło już 28 goli - to najgorszy wynik w stawce.

    18. Southampton nie wygrało żadnego z 20 wyjazdowych meczów z Arsenalem, a wczorajsza porażka uniemożliwiła Świętym opuszczenie strefy spadkowej.

    19. Fulham poległo w 9 derbach Londynu z rzędu - żadna inna drużyna w historii rywalizacji nie “zdołała” tego dokonać.

    20. Piłkarze Huddersfield mają na koncie najmniej punktów, ale za to najwięcej razy oglądali czerwone kartki.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-24 22-48-04.jpg

  •  

    Młode Wilki

    Czy beniaminek może stać jedną z najbardziej elektryzujących drużyn w stawce? Czy nieopierzony nowicjusz może wejść do grona najefektowniej grających zespołów w lidze? Przypadek Wolverhampton twierdząco odpowiada na powyższe pytania, a w dodatku nie wywołuje tym przesadnie spektakularnej sensacji.

    Przed startem obecnie trwających rozgrywek, Wilki typowane były do zajęcia miejsca premiowanego szansą występów w europejskich pucharach. Ba, co odważniejsi głosili rychłe poszerzenie elitarnego sekstetu o kolejnego członka, lecz czas pokazał, że na to jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie. Nie zmienia to jednak faktu, że podopieczni Nuno Espirito Santo świetnie radzą sobie w Premier League, potwierdzając teorie swoich zwolenników oraz przekonując do siebie niedowiarków.

    Przekonali także i mnie, choć osobiście do grona nieufających możliwościom Wolverhampton nie należałem. Opowiadałem się natomiast za spokojnym, chłodnym i racjonalnym podejściem do sprawy, ochoczo podpisując się pod tonowaniem nastrojów w kontrze do ogromnych oczekiwań względem drużyny z Molineux. Zdecydowanie bliżej było mi do przyglądania się stopniowemu, naturalnemu wznoszeniu się balonika, aniżeli do natarczywego pompowania go w celu przyspieszenia całego procesu. Tak traktowałem bowiem wymaganie od beniaminka równorzędnej rywalizacji o wyższe cele ze stałymi, długoletnimi przedstawicielami angielskiej ekstraklasy. Niejednokrotnie przekonywaliśmy się przecież o różnicy dzielącej Championship oraz Premier League pod względem poziomu sportowego, niejednokrotnie obserwowaliśmy sytuacje, w których drużyny dominujące na niższym szczeblu, męczyły się i cierpiały na wyższym.

    Mimo wrodzonej zachowawczości doskonale zdawałem sobie sprawę z potencjału drzemiącego w kadrze Wilków, więc ich ekstraklasowe poczynania nie są dla mnie - podobnie jak dla znakomitej większości osób interesujących się angielską piłką - szczególnym zaskoczeniem. Beniaminek zdecydowanym krokiem zmierza ku uzyskaniu tytułu “best of the rest”, a tym samym ku szansie zaprezentowania swoich umiejętności na Starym Kontynencie. Fakt, iż nie wzbudza to sensacji nie oznacza jednak, że nie należy doceniać i chwalić rezultatów pracy Nuno Espirito Santo i jego podopiecznych. Oddajmy więc cesarzowi, co cesarskie.

    Po 26 kolejkach sezonu ligowego Wolverhampton zajmuje 7. miejsce w tabeli, które zawdzięcza 11 zwycięstwom oraz 6 remisom. Ponadto, ma dodatni bilans bramkowy (34:33) i trafia średnio 1.31 raza na mecz, samemu tracąc 1.27 gola co spotkanie. Drużyna z Molineux 6-krotnie zachowała czyste konto, lecz nie da się ukryć, że preferuje futbol ofensywny, opierający się na wymianie sporej liczby podań (przeciętnie 430 na każde 90 minut), a także błyskawicznym przechodzeniu z obrony do ataku w celu skontrowania rywala. Sprzyja to eksponowaniu umiejętności utalentowanych napastników w osobach Joty i Jimeneza, oraz świadomych, odpowiedzialnych, ale przede wszystkim niesamowicie kreatywnych graczy środka pola, takich jak Neves i Moutinho.

    Wilki zasłynęły też ze stawiania twardych warunków drużynom teoretycznie silniejszym - a na pewno bardziej doświadczonym - i na przestrzeni trwającego sezonu kilkukrotnie zaskakiwały potentatów. W starciach z oboma klubami z Manchesteru, Arsenalem, Tottenhamem oraz Chelsea uzbierały w sumie 9 punktów.

    Mimo to, Wolverhampton nie było w stanie nawiązać rywalizacji z przedstawicielami Wielkiej Szóstki w kontekście całej kampanii, przez co traci do nich aż 11 oczek. Wiele wskazuje jednak na to, że ekipa z Molineux uzyska możliwość gry w kwalifikacjach Ligi Europy, co byłoby fenomenalnym rezultatem dla beniaminka, a jednocześnie wypełnieniem przedsezonowych założeń z nawiązką. Nikt o zdrowych zmysłach nie wymagał przecież od Wilków natychmiastowego wdarcia się do elitarnego grona.

    Podopieczni Nuno Espirito Santo nieźle radzą sobie również w Pucharze Anglii - wyeliminowali między innymi Liverpool, a w ćwierćfinale zmierzą się z Manchesterem United. Pomimo tego, że w grze pozostaje także drugi zespół z Manchesteru, wielu upatruje w Wolverhampton poważnego kandydata do ostatecznego triumfu, który rozbudziłby apetyty wygłodniałej watahy.

    Wilki są na właściwej drodze do sprostania krótkoterminowym celom. Co z długoterminowymi? Pomimo ogromnych ambicji, niemałych nakładów finansowych, a także nietuzinkowych umiejętności i potencjału drzemiącego w drużynie, Wielka Szóstka nadal jawi się jako hermetycznie zamknięte grono, do którego bardzo trudno będzie dołączyć. Nie jest to wprawdzie zadanie niewykonalne, lecz wymaga więcej czasu, cierpliwości, doświadczenia, a przede wszystkim regularności (tak, by po pokonaniu Tottenhamu nie przegrywać z Crystal Palace). Być może nadejdzie moment, w którym zaczniemy pisać o Fantastycznej Siódemce, lecz na razie zespół z Wolverhampton powinien skupić się na stopniowym umacnianiu swojej pozycji i pracy nad powtarzalnością, gdyż bez tego ani rusz.

    Choć Raul Jimenez i spółka nie staną się najlepszym beniaminkiem w historii Premier League i nie poprawią, ani nawet nie powtórzą wyczynów Newcastle United i Nottingham Forest, które świeżo po awansie kończyły sezon na najniższym stopniu podium, powrót do elity mogą zaliczyć do udanych. Interesujący się angielskim futbolem winni natomiast cieszyć się z możliwości obserwowania kolejnej drużyny ubarwiającej krajobraz ligowy, a ponadto aspirującej do przełamania dominacji potentatów. Rozgrywki potrzebują świeżej krwi, potrzebują młodych Wilków!

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-21 12-42-57.jpg

  •  

    Miszmasz, czyli Chelsea Sarriego w kryzysie

    Koniec jednego jest początkiem drugiego - takie motto mogłoby przyświecać fanom Chelsea obserwującym zmiany na stanowisku menedżera zespołu w ostatnich latach. Wybory Romana Abramowicza były dobre, lecz krótkoterminowe, co dobitnie ukazują losy Jose Mourinho oraz Antonio Conte, którzy odmieniali drużynę, zdobywali trofea, a następnie odchodzili w niesławie. Kolejnym szkoleniowcem, który miał wzbogacić klubową gablotę z pucharami, stał się Maurizio Sarri, lecz pierwszy sezon Włocha na Stamford Bridge upływa pod znakiem huśtawki nastrojów i wahań formy.

    Skoro było tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? To pytanie z pewnością nie raz w ostatnim czasie zadawali sobie kibice The Blues. Ich ulubieńcy świetnie rozpoczęli obecne rozgrywki, czemu najlepiej dowodzi fakt, iż pozostawali niepokonani aż do ostatniego tygodnia listopada i derbowej potyczki z Tottenhamem. Do tego momentu, w stronę podopiecznych Sarriego płynęły niemal wyłącznie komplementy oraz zachwyty, które sprawiały, iż przez chwilę można było wierzyć, że Chelsea jest poważnym kandydatem do zdobycia mistrzostwa kraju. Koguty jednak zwyciężyły i zasiały ziarno niepewności, które dwa miesiące później zaczęło kiełkować. W 2019 roku ekipa ze Stamford Bridge wygrała 5 spotkań, 1 zremisowała, 4 przegrała i na 12 kolejek przed końcem zmagań ligowych zajmuje szóste miejsce w tabeli. Nie tak to miało wyglądać.

    Kulminacja gorszego okresu nastąpiła w zeszłą niedzielę, kiedy to Londyńczycy ponieśli najbardziej dotkliwą klęskę w historii swoich występów w Premier League. Wiele działo się na boisku, lecz nie mniej ważne były wydarzenia pomeczowe, i wcale nie chodzi mi o niekulturalne zachowanie Sarriego w stosunku do Guardioli. Pep na konferencji prasowej podzielił się bardzo istotną myślą:

    "Ludzie oczekują, że przyjście nowego szkoleniowca w połączeniu ze wzmocnieniami zacznie z miejsca przynosić rezultaty. To wymaga czasu i zależy od zaufania właściciela oraz osób zarządzających klubem. Oni muszą w to uwierzyć."

    Katalończyk nie wynalazł koła na nowo, lecz jego głos może okazać się ważny w kontekście dyskusji na temat problemów Chelsea. Jak najbardziej zgadzam się z jego słowami, a ponadto sądzę, iż zarówno Maurizio, jak i jego zawodnicy stali się zakładnikami swoich osiągnięć z pierwszej części sezonu. Wspomniana wcześniej seria bez porażki, entuzjazm i świeżość dały fanom nadzieję na prędki powrót na szczyt, lecz jednocześnie zwiększyły ich oczekiwania. Presja ciążąca na Sarrim zdaje się go przytłaczać, a spełnienia misji nie ułatwią mu ani wyżej zaznaczony brak szacunku do konkurentów, ani publiczna krytyka podopiecznych.

    Pamiętamy przecież, ile dyskusji wszczęła wypowiedź Włocha po przegranej z Arsenalem. Określił on swoich piłkarzy mianem "niezwykle trudnych do zmotywowania", był wściekły z powodu sposobu w jaki zaprezentowała się jego drużyna i jasno wyraził brak akceptacji dla jej mentalności. Nie mniej frustrujące dla Sarriego muszą być porównania efektów jego pracy do zasług Conte, lecz fakty są takie, że w kilku aspektach Chelsea nie poczyniła postępu względem ostatnich rozgrywek, a w niektórych zrobiła nawet krok w tył. Na tym samym etapie zeszłego sezonu Premier League, The Blues mieli bowiem tyle samo punktów, co obecnie, lecz ich uzbieranie zajęło im o jedną kolejkę mniej. Mniej tracili też bramek (średnio 1 na mecz, obecnie 1.12), a ponadto byli wyżej w tabeli (zajmowali 5. miejsce).

    Dyspozycji ogółu nie pomaga kiepska forma poszczególnych jednostek. Marcos Alonso jest cieniem samego siebie, bo o ile wcześniej dawał sporo w ofensywie, o tyle teraz słabo wypada i z przodu, i z tyłu. Bezustannie krytykowany jest również Jorginho, którego oskarża się o uprawianie sztuki dla sztuki, opóźnianie akcji i wieczne podawanie za siebie. Nic nie pozostało z eksplozji formy Rossa Barkleya, a Kante nie najlepiej czuje się w nowej roli, w której nie może w pełni wykorzystać swoich atutów. Cała nadzieja spoczywa więc we współpracy Hazarda z Higuianem, której zalążki mieliśmy już okazję dostrzec. A wszystko to z marnującym się Hudsonem-Odoiem w tle.

    Zawodnikom The Blues wyraźnie brakuje stabilności, równowagi oraz spokoju w realizacji założeń. Właśnie z tego - między innymi - wynika przeplatanie występów przyzwoitych z absolutnie tragicznymi, czego wzorcowym przykładem są ostatnie rezultaty: 0:4 z Bournemouth, 5:0 z Huddersfield i 0:6 z Manchesterem City.

    Jednak, czy rzeczywiście jest tak źle? Czy Chelsea potrafi ogrywać wyłącznie słabeuszy, do niczego się nie nadaje, a Sarri powinien wrócić do pracy w banku? Ano niekoniecznie.

    Jak wcześniej wspomniałem, w pierwszej fazie sezonu Londyńczycy rozbudzili apetyty kibiców, którzy pragnęliby oglądać wyłącznie udane występy i bezustannie cieszyć się ze zwycięstw, a kompromitacje omijać szerokim łukiem. Tak się zwyczajnie nie da, a tym bardziej nie w momencie wdrażania nowego pomysłu na grę, przyswajania innego stylu i filozofii przy wciąż trwającej przebudowie kadry. Cały proces wymaga czasu i cierpliwości, co można powtarzać jak mantrę, lecz uważam, że włoski szkoleniowiec - pomimo ostatnich niepowodzeń i zrozumiałej frustracji otoczenia - zasłużył na wotum zaufania. Pracując na nie, paradoksalnie, zmierzał w stronę zguby, gdyż drużynę w końcu musiał dotknąć kryzys. Błędy są jednak elementem sukcesu i Abramowicz powinien świetnie zdawać sobie z tego sprawę.

    Cel, którym od samego początku pracy Sarriego był powrót do Ligi Mistrzów, wciąż pozostaje możliwy do spełnienia. Ba, Chelsea nadal ma dwie drogi, by go osiągnąć. Obawiam się jednak, iż Maurizio długo na Stamford Bridge nie zabawi (media spekulują, że ma miesiąc na utrzymanie posady), a jedną z głównych tego przyczyn będzie zimna wojna z piłkarzami, której rozpoczęcie postrzegam jako największy błąd Włocha podczas jego pobytu na Wyspach. Do czasu wyklarowania się sytuacji, fanom The Blues zalecam powstrzymanie się od paniki i zachowanie spokoju, choć wiem jakie to trudne, jestem kibicem klubu z czerwonej części Manchesteru.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-11 11-56-24.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 26. seria gier angielskiej ekstraklasy. Jak tym razem poradziły sobie poszczególne zespoły?

    1. Manchester City zmiażdżył Chelsea i stał się pierwszą drużyną od 1965 roku, która w 15 kolejnych meczach domowych w najwyższej klasie rozgrywkowej zdobywała więcej niż 1 bramkę.

    2. Na własnym boisku dobrze radzi sobie również Liverpool, który pozostaje niepokonany na Anfield od 34 spotkań ligowych.

    3. Tottenham bez większych przeszkód ograł Leicester i umocnił się na pozycji lidera pod względem… kartek otrzymywanych za symulowanie.

    4. Pierwszy raz od 2009 roku Manchester United wygrał 6 meczów wyjazdowych z rzędu (na wszystkich frontach) i właśnie zameldował się w czołowej czwórce.

    5. Arsenal jest jedynym zespołem w stawce, który nie zachował w tym sezonie żadnego czystego konta w starciach poza własnym obiektem.

    6. Chelsea straciła 6 goli i nie strzeliła ani jednego, co oznacza, że odniosła najwyższą porażkę w historii swoich występów w Premier League.

    7. Żadna drużyna angielskiej ekstraklasy nie zdobyła w obecnych rozgrywkach więcej bramek w doliczonym czasie gry od Wolverhampton (5).

    8. Watford zachował 3 czyste konta w ostatnich 4 kolejkach, czyli tyle samo, ile w poprzednich 21.

    9. Marco Silva wygrał jedynie 3 z 13 spotkań, w których jego drużyny występowały na Vicarage Road (w 12 z nich prowadził Szerszeni).

    10. Co z tego, że West Ham nie przegrał z Crystal Palace od 8 meczów, skoro aż 4 z nich tylko zremisował…

    11. Bournemouth ewidentnie nie umie w wyjazdy - poległo 8 razy z rzędu, tracąc minimum 2 gole przy każdej okazji.

    12. Leicester nie wygrało od 5 kolejek, co ostatnio przydarzyło mu się w maju 2018 roku.

    13. Tylko Southampton (12) i Huddersfield (5) zdobyły mniej punktów w spotkaniach domowych od Crystal Palace (13).

    14. Przeciwko Brighton podyktowano w tym sezonie aż 8 rzutów karnych - to najwyższy wynik w lidze.

    15. Burnley pozostaje niepokonane od 7 kolejek, co jest jego najlepszą serią w najwyższej klasie rozgrywkowej od 1975 roku.

    16. Newcastle tylko zremisowało z Wolves, lecz w ostatnich 4 spotkaniach zainkasowało 7 oczek, czyli o 1 więcej niż we wcześniejszych 9.

    17. Cardiff wygrało drugi mecz z rzędu i po raz trzeci w obecnych rozgrywkach zapewniło sobie trzy punkty zdobywając bramkę w doliczonym czasie gry.

    18. Southampton zachowało tylko 1 czyste konto w ostatnich 16 spotkaniach ligowych i właśnie wróciło do strefy spadkowej.

    19. Fulham straciło aż 58 goli w 26 kolejkach - tylko 3 drużyny w historii Premier League miały na tym etapie sezonu gorszy bilans.

    20. Huddersfield jest pierwszym zespołem od 2012 roku, który poległ w 7 domowych meczach angielskiej ekstraklasy z rzędu.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-10 22-37-15.jpg

  •  

    Człowiek ze złota

    6 lutego 1958 roku, Monachium. Samolot linii lotniczej British European Airways w trudnych warunkach pogodowych podejmuje trzecią próbę startu, lecz wypada z pasa, przekracza barierkę okalającą lotnisko i rozbija się o pobliskie domostwo. Poćwiartowany wrak staje w płomieniach. Giną 23 osoby, 21 zostaje rannych. Wśród nich zawodnicy, sztab szkoleniowy oraz pracownicy Manchesteru United, a także dziennikarze związani z klubem, który wracał z Serbii, gdzie rozegrał mecz w ramach Pucharu Europy.

    Smutny dla całej piłkarskiej społeczności dzień odmienił losy i znacząco wpłynął na historię Czerwonych Diabłów. W jednym momencie straciły one niemal całe pokolenie niezwykle utalentowanych futbolistów, ale przede wszystkim bardzo młodych ludzi. "Dzieciaki Busby'ego", "Kwiaty Manchesteru" - te określenia najlepiej oddają status tragicznie zmarłych lub ciężko rannych zawodników. Ośmiu nie przeżyło katastrofy, dziewięciu ocalało, lecz dwóch z nich nigdy więcej nie wybiegło na boisko.

    Ucierpiał też legendarny szkoleniowiec - Sir Matt Busby, który zdołał wrócić na ławkę trenerską, by odbudować zrujnowany klub i sięgnąć po 2 tytuły mistrzowskie, Puchar Anglii i upragniony Puchar Europy. Pomogło mu wiele serdecznych osób, prężnie działał zarząd, drużyny z całego świata oferowały swoich graczy na okres potrzebny do skompletowania nowego zespołu. Kluczowy w całym procesie okazał się jednak inny z uczestników feralnego lotu. Człowiek, który mimo traumy i niszczącego go żalu, otrząsnął się i wszedł na sam szczyt piłkarskiego Olimpu.

    Sir Bobby Charlton, bo o nim właśnie mowa, zrobił to nie tylko po to, by spełnić swoje marzenia, lecz także w celu uczczenia pamięci braci, których stracił. Braci, o których nigdy nie zapomniał.

    "Katastrofa nadeszła w momencie, w którym drużyna przeżywała swój najlepszy okres. Byliśmy pionierami angielskiego futbolu w Europie."

    Tak po latach wspominał swoich kompanów w wywiadzie przeprowadzonym przez redaktorów FIFA.com. Jego kariera jest doskonałym przykładem na to, że niekiedy nawet najdotkliwsza tragedia nie jest w stanie poskromić i przekreślić przeznaczenia, a hart ducha może pomóc w radzeniu sobie z najtrudniejszymi sytuacjami. Mimo monachijskiej katastrofy, Bobby Charlton stał się legendą Manchesteru United, najszczęśliwszym z nieszczęśników.

    Anglik pochodzi z piłkarskiej rodziny - wujkowie oraz kuzyni od strony matki byli zawodnikami Leeds United, Newcastle United, Bradford City, Chesterfield, Leicester City i Rochdale. Nic więc dziwnego, że sam od małego był z futbolówką za pan brat. Grając w szkolnych drużynach z zamieszkiwanej okolicy, Bobby został dostrzeżony przez jednego ze skautów Manchesteru United, w efekcie czego związał się z klubem w wieku 15 lat. Jak się później okazało, niemal na całe życie.

    Co ciekawe, jego matka nie była do końca przekonana do drogi obranej przez syna i nieco obawiała się o jego przyszłość. Nie chciała, by stawiał wszystko na jedną kartę, więc poradziła mu, by kształcił się jako inżynier elektryki. Młody Charlton poszedł za głosem rodzicielki, lecz natchnienie do łączenia nauki i pracy ze sportem prędko ustało. Nieco ponad półtora roku po związaniu się z United, Anglik przeszedł na pełne zawodowstwo i całkowicie oddał się piłce.

    Jego cierpliwość została jednak wystawiona na próbę. Zanim zadebiutował w pierwszej drużynie, przez dwa lata wykazywał się występując w zespołach młodzieżowych oraz w rezerwach, gdzie błyszczał skutecznością. Premierowe spotkanie w piłce seniorskiej rozegrał przeciwko Charlton Athletic, a strzelając dwa gole od razu zwrócił na siebie uwagę fanów. Do końca sezonu zaliczył 14 meczów, w których zdobył 12 bramek, co zasługuje na szczególne wyróżnienie, ponieważ w tym samym czasie Bobby odbywał służbę wojskową. Nie przeszkodziło mu to jednak w utrzymaniu fenomenalnej dyspozycji, która przyczyniła się do sięgnięcia po tytuł mistrzowski przez Manchester United. Ten mógł przy okazji skompletować pierwszy w XX wieku dublet, lecz poległ w finale Pucharu Anglii.

    W kolejnym sezonie Charlton był już podstawowym zawodnikiem Czerwonych Diabłów, które przystąpiły do rywalizacji w Pucharze Europy, czego wcześniej nie dokonała żadna angielska drużyna. Mimo braku doświadczenia na arenie międzynarodowej, zespół poradził sobie bardzo dobrze, odpadając dopiero w półfinale, w którym lepszy okazał się późniejszy triumfator rozgrywek - Real Madryt.

    Manchester United powrócił na Stary Kontynent w kolejnej edycji poprzednika Ligi Mistrzów i powtórzył swoje osiągnięcie awansując do najlepszej czwórki. Występ w półfinale był jednak symboliczny, gdyż w Monachium doszło do rzeczonej katastrofy, w której ucierpiał trzon drużyny.

    Chwilę po tym, jak wadliwy samolot rozpadł się na kawałki, Bobby został znaleziony przez bramkarza drużyny - Harry'ego Gregga. Irlandczyk z Północy uznał go za martwego, lecz zdecydował się odciągnąć ciało od wraku z obawy przed wybuchem wywołanym przez płomienie. Następnie nie wahając się, wrócił po Busby'ego, a kiedy spojrzał w kierunku miejsca, w którym zostawił Charltona, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Okazało się, że Anglik żyje i mocuje się z pasami, które wciąż więziły go w fotelu pasażerskim.

    Bohater niniejszego tekstu spędził tydzień w szpitalu, który opuścił jako pierwszy spośród uczestników katastrofy. Ta, poza zadrapaniami i rozcięciami, wywołała u niego silny szok. W powrocie do normalnego życia pomogła mu rodzina oraz... futbol. Mimo że po części to właśnie przez niego stanął oko w oko ze śmiercią, nie potrafił bez niego egzystować. Przebywając w Ashington, gdzie się wychował, grywał na ulicy z lokalną młodzieżą, co okazało się preludium do powrotu na murawę.

    Doszło do niego 1 marca, a więc niespełna miesiąc po feralnych wydarzeniach z Monachium. Manchester United mierzył się akurat z West Bromwich Albion w Pucharze Anglii i zdołał zremisować, by następnie wygrać w rewanżu. Czerwone Diabły okazały się jednak słabsze od swoich rywali zarówno w finale na Wembley, jak i w półfinale Pucharu Europy, co nikogo nie mogło dziwić. Nie były to momenty szczególnie bolesne, gdyż sukcesem, a może nawet swoistym cudem, była już sama możliwość rywalizacji i stopniowego odbudowywania drużyny.

    Odradzał się również Charlton, który zadebiutował w barwach reprezentacji i w dwóch pierwszych występach zdobył 3 bramki. Trzeci mecz nie był już jednak tak udany, gdyż przy okazji spotkania z Jugosławią w Belgradzie wróciły niemiłe wspomnienia, a Anglia poległa 0:5.

    W tym samym roku zawodnik Manchesteru United pojechał na mundial do Szwecji, lecz ku zaskoczeniu opinii publicznej nie rozegrał na nim ani minuty. Przy okazji kolejnych Mistrzostw Świata, Bobby był już podstawowym graczem Synów Albionu, a w wieku 24 lat mógł pochwalić się 25 golami zdobytymi na arenie międzynarodowej, na co potrzebował zaledwie 38 występów. Anglia odpadła jednak w ćwierćfinale, w którym lepsza okazała się Brazylia, czyli ostateczny triumfator turnieju.

    Sezon 1962/63 był pierwszym prawdziwie udanym w karierze Charltona. Czerwone Diabły wróciły do gry o najwyższą stawkę i sięgnęły po Puchar Anglii, który był pierwszym trofeum od czasu tragedii. Piłkarzowi dobrze wiodło się również w reprezentacji, dla której zdobył 31. gola i stał się najlepszym strzelcem w jej historii. Ówczesna kampania była premierowym krokiem do sportowej wielkości Bobby'ego, który zapisał swoje pierwsze złote zgłoski w historii futbolu. Nie mniej istotne były kolejne rozgrywki, gdyż w czasie ich trwania, boisko połączyło ze sobą trzech utalentowanych zawodników, którzy w następnych latach mieli stanowić o sile United i wywoływać zachwyt u całej piłkarskiej Europy.

    Już po rozegraniu pierwszego pełnego sezonu w tercecie, George Best, Bobby Charlton i Denis Law zapewnili drużynie z Old Trafford mistrzostwo Anglii. Łącznie zdobyli wówczas 48 bramek, a ostatni z wyżej wymienionych stał się królem strzelców First Division i dostąpił zaszczytu odebrania Złotej Piłki.

    Rok później trofeum powędrowało w ręce angielskiej części wielkiego tria. Był to udany okres nie tylko dla zawodnika rodem z Ashington, ale również dla całego kraju, ponieważ Synowie Albionu wygrali organizowany przez siebie mundial i jedyny raz w historii mogli oficjalnie ogłosić się najlepszym zespołem świata. Charlton był jego kluczowym ogniwem - strzelił 2 gole w półfinałowej potyczce z Portugalią. W wielkim finale już jednak nie błysnął, co nie przeszkodziło Anglikom w odniesieniu triumfu nad Niemcami.

    W 1967 roku Manchester United sięgnął po drugie mistrzostwo na przestrzeni trzech lat, czym przypieczętował swoje odrodzenie. Matt Busby mógł być dumny z wykonanej pracy, lecz wciąż pozostawał nienasycony, wciąż brakowało mu solidnej kropki nad i. W jego okazałym dorobku poważną wyrwę stanowił brak sukcesu na Starym Kontynencie, co bezustannie przypominało o monachijskiej tragedii. Nie wypada w tych okolicznościach pisać, że co się odwlecze, to nie uciecze, lecz równo dekadę po katastrofie Czerwone Diabły sięgnęły po Puchar Europy, czcząc niejako pamięć ofiar. Nadal byli więc pionierami, gdyż dokonali tego jako pierwsza angielska drużyna w historii.

    Charlton był wówczas kapitanem zespołu i - jak przystało na prawdziwego lidera - zdobył 2 bramki w meczu finałowym, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:1, a w pokonanym polu pozostała Benfica. W tym samym roku Bobby wziął udział w Mistrzostwach Europy, które Anglia zakończyła na najniższym stopniu podium. Żywa legenda Manchesteru United była na szczycie, a stamtąd można podążać już tylko w dół.

    W latach 70. XX wieku ekipa z Old Trafford nie była już na topie, a jej celem stało się utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Pomiędzy członkami ofensywnego tercetu wybuchł konflikt, który doprowadził do rozbicia przymierza. Współpracując, Best, Charlton i Law wprowadzili United na salony, strzelając łącznie 665 goli w 1633 meczach. Zasłużyli tym samym na upamiętniający pomnik, który od 2008 roku zdobi okolicę stadionu.

    Wracając jednak do nieco bardziej zamierzchłej przeszłości, tuż przed wyjazdem na swój czwarty mundial w karierze, Bobby był zamieszany w aferę, której przedmiotem stała się kradzież bransoletki ze sklepu jubilerskiego w Bogocie. Ostatecznie go uniewinniono, ale zajście nie wpłynęło dobrze na kadrę Anglii, która pożegnała się z turniejem już w ćwierćfinale, w którym lepsi okazali się Niemcy. W efekcie tego, Charlton zdecydował się zakończyć przygodę z reprezentacją i odejść jako rekordzista pod względem zaliczonych występów (106), a także zdobytych bramek (49). O ile pierwsze z osiągnięć zostało prędko wymazane przez Moore'a, o tyle drugie przetrwało aż do 2015 roku, kiedy numerem jeden stał się Wayne Rooney.

    Wychowanek Evertonu zrzucił angielskiego mistrza świata z tronu także w Manchesterze United, który Bobby opuścił w 1973 roku, mając na swoim koncie 249 goli strzelonych w 758 spotkaniach. Charlton pograł jeszcze w Preston North End, a także w mniejszych klubach z Wysp Brytyjskich oraz Australii, by następnie zająć się karierą szkoleniową, która nie przyniosła większych sukcesów. Poza boiskiem Charlton piastował stanowisko dyrektorskie w zarządzie Czerwonych Diabłów, a w 1994 roku otrzymał odznaczenie Commander of the Most Excellent Order of the British Empire, które oznacza nadanie tytułu szlacheckiego.

    Dziś jeden z najbardziej zasłużonych zawodników w historii angielskiego futbolu ma 81 lat. W wolnych chwilach zasiada na trybunie swojego imienia, by z bliska przyglądać się kolejnym pokoleniom grającym na chwałę jego ukochanego klubu. Biorąc pod uwagę to, co przeszedł, można by nazwać go człowiekiem ze stali, lecz moim zdaniem, szlachetniejszym i bardziej odpowiednim określeniem jest miano człowieka ze złota. Jego wkład w los nie tylko Manchesteru United, lecz także całej piłki zasługuje na najwyższe uznanie. Osobiście postrzegam go jako jedną z najważniejszych postaci w historii tej dyscypliny i legendę w najwłaściwszym tego słowa znaczeniu.

    Jeśli istnieje życie po śmierci, "Dzieciaki Busby'ego", dla których 6 lutego 1958 roku był ostatnim dniem wśród żywych, z pewnością są dumne ze swojego kolegi z boiska. Sądzę, że właśnie to jest najcenniejszym osiągnięciem w pięknej, wręcz baśniowej karierze Sir Bobby'ego Charltona.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #manchesterunited #united #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: sir-bobby-charlton-old-trafford-manchester-united_3442210.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 25. seria gier angielskiej ekstraklasy! Co przyniosła?

    1. Liverpool zanotował kolejny remis, a w ostatnich 5 kolejkach stracił aż 7 punktów (po 20 meczach tego sezonu było ich jedynie 6).

    2. Manchester City pierwszy raz od 1937 roku wygrał z Arsenalem 4 spotkania w najwyższej klasie rozgrywkowej z rzędu, a Sergio Aguero skompletował swojego 10. hat-tricka w Premier League - więcej ma tylko Alan Shearer (11).

    3. Rozpędzony Tottenham dobrze rozpoczął zmagania w nowym miesiącu, co nikogo nie może dziwić, gdyż jeśli chodzi o luty, Koguty przegrały tylko 1 z ostatnich 27 domowych meczów angielskiej ekstraklasy.

    4. Chelsea w perfekcyjnym stylu zareagowała na zeszłośrodowy blamaż, a 2 gole Higuaina oznaczają, iż trafiał on 38 razy w 37 ligowych występach pod wodzą Sarriego.

    5. Manchester United pierwszy raz od 2012 roku zwyciężał w 5 wyjazdowych spotkaniach z rzędu (biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki) i awansował na 5. miejsce w tabeli, czego dotąd w tym sezonie jeszcze nie dokonał.

    6. Od początku ubiegłego roku tylko Brighton i Huddersfield przegrały więcej meczów w roli gości od Arsenalu (12).

    7. Wilki wygrywały w każdej z poprzednich 3 kolejek, zdobywając przy okazji po 3 bramki na spotkanie, co w najwyższej klasie rozgrywkowej po raz ostatni udało im się w sezonie 1979/80.

    8. Watford podzielił się punktami z Brighton, a 39. mecz Premier League na ławce trenerskiej Szerszeni zaliczył Javi Gracia - to więcej niż którykolwiek z jego poprzedników.

    9. Everton nadal prezentuje się marnie i przegrał 3 z ostatnich 4 ligowych spotkań na Goodison Park, czyli tyle samo, ile przy okazji 23 wcześniejszych.

    10. Zawodnicy Bournemouth fundują swoim fanom istny rollercoaster - raz zmiażdżą Chelsea, raz polegną z Cardiff.

    11. Klątwa Leicester trwa, to już 17. porażka z Manchesterem United w Premier League (nikt nie pokonywał Lisów częściej).

    12. West Ham jest niepokonany od 3 ligowych spotkań na własnym stadionie - ostatnio udało mu się to równo rok temu.

    13. Biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, Brighton nie zdołało strzelić gola w 3 kolejnych meczach domowych.

    14. Crystal Palace wygrało jedynie 2 z ostatnich 14 derbów Londynu i za każdym razem przeciwnikiem było Fulham.

    15. Newcastle nie zwyciężyło na Wembley od 8 spotkań, czyli od 1955 roku, kiedy to sięgnęło po Puchar Anglii.

    16. Southampton jest niepokonane od 5 meczów ligowych, co jest jego najdłuższą serią od października 2016.

    17. Burnley ewidentnie nie lubi lutego, gdyż pozostaje bez wygranej od 14 spotkań angielskiej ekstraklasy w tym miesiącu.

    18. Cardiff po raz pierwszy zachowało 2 czyste konta z rzędu w Premier League.

    19. Fulham jest jedyną drużyną w historii najwyższej klasy rozgrywkowej, która przegrała 8 kolejnych derbów Londynu.

    20. Huddersfield nie potrafiło zdobyć bramki w 13 kolejkach obecnego sezonu i do bezpiecznego miejsca w tabeli traci już 13 punktów.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-04 01-00-49.jpg

  •  

    Stary człowiek, a może

    Drugi sezon Brighton w elicie można określić mianem względnie spokojnego i stabilnego. Drużyna zajmuje 13. miejsce w tabeli, ma bezpieczną przewagę nad strefą spadkową i wszystko wskazuje na to, że pozostanie w ekstraklasie na dłużej niż 2 lata. Długofalowa wizja menedżera oparta na zaufaniu, doskonale współgra z zawodniczym kolektywem i przynosi oczekiwane efekty. Najważniejszym elementem całej układanki, obok Chrisa Hughtona, jest najskuteczniejszy piłkarz w zespole i najbardziej bramkostrzelny Anglik w lidze zaraz po Harrym Kanie - Glenn Murray.

    Kiedy w 2016 roku Mewy szukały doświadczonego, lecz wciąż głodnego i chcącego potwierdzić swoją wartość napastnika, postanowiły nie ruszać się z południowego wybrzeża kraju. W Bournemouth występował bowiem gracz, który kilkukrotnie pokazał się z dobrej lub nawet bardzo dobrej strony, wciąż szukał swojego miejsca w piłkarskim świecie, a ponadto pragnął zaufania, za które mógłby się odwdzięczyć boiskowymi popisami. Jedną z niebagatelnych zalet jego kandydatury była świadomość realiów Championship, w której to lidze spędził 3 sezony i zdobył 44 bramki zwieńczone awansem wywalczonym w barwach Crystal Palace.

    Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, zarząd Brighton nie wahał się przesadnie długo i zdecydował się go wypożyczyć. Jak się później okazało, był to strzał w sam środek tarczy, gdyż nie dość, że Glenn Murray walnie przyczynił się do awansu klubu do Premier League, to w dodatku znakomicie sprawdził się występując szczebel wyżej. W styczniu 2017 roku na konto Wisienek wpłynęło - śmieszne z perspektywy czasu - 3.5 miliona funtów. Właśnie tyle kosztowało wykupienie napastnika, który stał się wicekrólem strzelców zaplecza ekstraklasy. Upraszczając, właśnie tyle warte były 104 gole w 244 występach.

    Poczciwy Glenn będący rewelacją Championship, po ponownym przybyciu do Premier League stał się prawdziwą sensacją. Występując w zespole zdobywającym stosunkowo niewiele bramek, stworzył efektywny duet z Pascalem Grossem i wyrósł na jednego z najlepszych zawodników ligi, biorąc pod uwagę kandydatów reprezentujących kluby spoza czołowej szóstki. Wszystko to w wieku 34 lat, o czym nie sposób nie wspomnieć mając świadomość intensywności oraz konkurencyjności angielskiej ekstraklasy. Analizując tegosezonowe poczynania Murraya można odnieść wrażenie, iż jest on niczym wino - im starszy, tym lepszy. W obecnych rozgrywkach osiąga bowiem jeszcze lepsze wyniki indywidualne aniżeli w poprzednich.

    W sezonie 2017/18 Anglik zdobył 12 bramek, trafiając przeciętnie 0.34 raza na mecz. Natomiast po 24. kolejkach obecnej kampanii ma na swoim koncie 10 goli, co daje średnią na poziomie 0.42. Wszystko wskazuje na to, iż Glenn poprawi swoje osiągnięcie sprzed roku i na mecie rozgrywek zamelduje się z jeszcze pokaźniejszym dorobkiem strzeleckim. Skorzystać na tym może również Brighton, które ostatni sezon zakończyło na 15. miejscu w tabeli, a teraz plasuje się dwie lokaty wyżej.

    Murray ma 35 lat i przeżywa swoją drugą młodość. Nigdy wcześniej na najwyższym poziomie nie wiodło mu się tak dobrze, nigdy wcześniej nie był tak ceniony i szanowany. Z pewnością ma jednak świadomość tego, że znajduje się po drugiej stronie rzeki i wiele czasu na boisku - przynajmniej tym najbardziej eksponowanym - już mu nie pozostało. Chcąc go w pełni wykorzystać daje z siebie wszystko i dumnie prowadzi Mewy do kolejnego utrzymania. Stary człowiek, a może...

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #brighton #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-02 00-02-50.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 24. seria gier Premier League. Działo się, oj działo! Co konkretnie?

    1. Liverpool zmarnował szansę na powiększenie swojej przewagi nad resztą stawki i drugi raz w tym sezonie nie zdołał wygrać na Anfield.

    2. Manchester City stracił w obecnych rozgrywkach aż 16 punktów, podczas gdy w całych poprzednich było ich 14.

    3. Tottenham męczył się z Watfordem, lecz ostatecznie zwyciężył i wyrównał rekord Premier League pod względem serii meczów bez remisu (takowy nie przydarzył się Kogutom od 28 spotkań).

    4. Arsenal pozostaje niepokonany od 12 ligowych starć na własnym boisku i wreszcie wspiął się na mityczne czwarte miejsce.

    5. Chelsea drugi raz w historii swoich występów w Premier League poległa różnicą 4 goli (poprzednio przydarzyło jej się to w 1996 roku, a w roli pogromcy wystąpił Liverpool).

    6. Manchester United jedynie zremisował z Burnley, lecz Ole Gunnar Solskjaer i tak przeszedł do historii angielskiej ekstraklasy jako szkoleniowiec, którego zespół w pierwszych 7 kolejkach pod batutą nowego menedżera zdobył najwięcej punktów (Czerwone Diabły uzyskały ich 19, czyli o 2 więcej od Chelsea Ancelottiego oraz City Guardioli).

    7. Kolejny mecz wygrało Wolverhampton, w barwach którego błyszczy Diogo Jota, który miał udział przy 7 golach strzelonych przez Wilki w ostatnich 6 spotkaniach (po pierwszych 13 występach miał na swoim koncie zero trafień i asyst).

    8. Everton zwycięża, lecz koszmar Digne trwa - po samobóju przyszedł czas na czerwoną kartkę.

    9. Dobre wejście w mecz nie wystarczyło Watfordowi ani do pokonania Tottenhamu, ani do zremisowania z nim, co oznacza, że Szerszenie przegrały na Wembley po raz 4. z rzędu.

    10. Artur Boruc zachował kolejne czyste konto, a jego Bournemouth zmiażdżyło Chelsea, poprawiając swój wyczyn sprzed roku, kiedy to pokonali The Blues 3:0.

    11. Leicester wyrasta na jednego z najgroźniejszych rywali drużyn z czołowej szóstki, gdyż w tym sezonie pokonywało już zespoły Sarriego i Guardioli, a do tego wyszarpało punkt w starciu z Liverpoolem.

    12. West Ham przegrał 3 wyjazdowe mecze z rzędu i nie zdobył w nich ani jednej bramki - to najdłuższa seria klubu od 2006 roku (wówczas trwała aż 7 spotkań).

    13. Mimo wysiłków Murraya, który po raz 6. w obecnych rozgrywkach otworzył wynik rywalizacji, Brighton poległo w starciu z Fulham.

    14. Newcastle pokonało Manchester City, czym zszokowało cały piłkarski świat i zakończyło 22-meczową serię bez wygranej z The Citizens w lidze.

    15. Crystal Palace straciło 13 punktów w spotkaniach, w których jako pierwsze zdobywało bramkę - więcej oddali jedynie piłkarze Southampton i Fulham.

    16. Święci zanotowali też najwięcej remisów (8) spośród wszystkich drużyn w stawce.

    17. Burnley było bliskie zwycięstwa z Manchesterem United, lecz ostatecznie przedłużyło swoją serię meczów bez wygranej na Old Trafford do 20 potyczek.

    18. Cardiff od 4 kolejek nie potrafi zgarnąć kompletu punktów i do bezpiecznego miejsca tabeli traci obecnie 4 oczka.

    19. Fulham pierwszy raz od 2008 roku odrobiło dwubramkową stratę, do której dopuściło jeszcze przed przerwą.

    20. Huddersfield dokładnie połowę ze swoich dotychczasowych meczów w Premier League zagrało “na 0 z przodu”.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-31 00-53-09.jpg

  •  

    Kurz po transferze Krzysztofa Piątka zacznie za moment powoli (bardzo powoli) opadać, lecz pozwólcie, że dorzucę swoje trzy grosze. Być może nie będzie to popularna opinia, ale w żadnym razie nie traktujcie jej jako wymuszone pójście pod prąd czy silenie się na bycie oryginalnym. Mam świadomość, iż wielu ludzi zapewne podziela moje zdanie. Do rzeczy jednak.

    Nie przepadam za sytuacją, w której ze wszystkich stron zalewają mnie informacje na dany temat, czy to dotyczący sportu czy czegokolwiek innego. Nie czerpię przyjemności z napotykania powielanych treści w każdym możliwym miejscu, nie uśmiecha mi się porzekadłowe dzielenie lodówki z piłkarzami, celebrytami tudzież politykami. Bardzo często obrzydza mi to wizerunek danej osoby czy obraz danej sprawy, mimo że w rzeczywistości może być to aspekt bardzo pozytywny.

    Z tego też powodu, Krzysztof Piątek niejako męczy mnie od lata, choć będąc precyzyjnym muszę zaznaczyć, iż nie chodzi o niego samego, a o ludzi, którzy generują cały ten szum, najpierw a propos wyśmienitej formy snajperskiej, później a propos niekończącej się sagi transferowej. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo cieszę się, iż kolejny Polak radzi sobie w silnej lidze zagranicznej, ba, podbija ją od pierwszego kontaktu z futbolówką. Życzę mu jak najlepiej, niech zgarnie koronę króla strzelców, niech zdobędzie puchar, mistrzostwo, Ligę Mistrzów, niech sięgnie po Złotą Piłkę! Jestem absolutnie ostatnim, który komukolwiek wróży potknięcie.

    Jak najbardziej rozumiem też, że media muszą pisać i mówić - taka ich rola i, paradoksalnie, sądzę, iż świetnie, że to robią. Dobrze, że każdy dowie się o Polaku robiącym furorę na ziemi włoskiej. Nic jednak na to nie poradzę, iż cała ta otoczka zwyczajnie mnie męczy. Z drugiej strony, jest całkowicie uzasadniona, więc nie zamierzam z nią walczyć, pomijając fakt, iż byłby to pojedynek z wiatrakami, z góry skazany na porażkę. Jeśli Piątek ma osiągnąć sukces, niech trąbią o tym dniami i nocami, jeden szaraczek jakoś to przeboleje.

    Na koniec, bardzo chciałbym, żeby Krzysztof poradził sobie w Mediolanie, choć wszyscy wiemy jak trudne czeka go zadanie. Niemniej jednak trzymam kciuki, by z powodzeniem rywalizował o tytuł Capocannoniere i poprowadził Milan do odrodzenia. Niech da fanom to, na co zasłużyli, a niedowiarkom udowodni, że niesłusznie poddają jego umiejętności w wątpliwość.

    P.S. Tak, wiem, ten post jest kolejną kroplą wody w Piątkomaniowej fali zalewającej Was każdego dnia. Przepraszam.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #pilkanozna #seriea #milan #transfery #acmilan #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-24 16-58-48.jpg

  •  

    Dokładnie rok temu doszło do wymiany na linii Manchester United-Arsenal, w wyniku której Alexis Sanchez zawitał na Old Trafford, a nowym miejscem pracy Henrikha Mkhitaryana stał się północny Londyn. Który klub wyszedł na tej transakcji lepiej? Będąc uczciwym, należałoby napisać, iż - podobnie jak na wojnie - w tym zestawieniu nie ma zwycięzców. Ani Chilijczyk, ani Ormianin nie stanowią o sile swoich obecnych drużyn i nie przypominają samych siebie z nie tak odległej przecież przeszłości.

    Alexis w najlepszym momencie swojej kariery był liderem Arsenalu i pierwszoplanową postacią Premier League. Notował sezony, w których udzielał się przy 37 czy nawet 48 bramkach zdobywanych przez jego zespół, stając się ulubieńcem trybun. W pewnym momencie, na The Emirates zaczęło mu się jednak robić zbyt ciasno. Biły się o niego kluby z Manchesteru, co sprawiło, że do czerwonej części miasta wjechał niczym rycerz na białym koniu. Miał stać się motorem napędowym Czerwonych Diabłów, lecz skończył poza wyjściowym składem. Bilans jego starań? 4 gole i 9 asyst.

    Mkhitaryan z kolei, tak naprawdę nigdy nie odnalazł się na Wyspach, nigdy nie pokazał tu pełni swoich możliwości. Jego złoty okres przypada na występy w barwach Borussii Dortmund, gdzie potrafił zaliczyć sezon z 23 trafieniami i 32 ostatnimi podaniami. W Manchesterze United brakowało mu stabilizacji i regularności, więc nic dziwnego, że kiedy tylko pojawiła się okazja do zastąpienia Ormianina, zarząd nie mrugnął nawet okiem. Jak radzi sobie w Londynie? Jak dotąd zdobył 7 bramek i zanotował 9 asyst.

    Mimo podobnych osiągnięć obu panów w nowych miejscach pracy, autorem większego zawodu stał się Sanchez. To z nim wiązano większe nadzieje i nakładano na niego większe oczekiwania. Henrikh był tylko elementem dopełniającym transakcję, który mógł sprawić fanom Kanonierów miłą niespodziankę, a Manchesterowi United niezłego psikusa. Nie zachwyca jednak i on. Koniec końców, żadna strona zeszłorocznej wymiany nie może więc czuć zadowolenia z jej efektów.

    Grafika: Dugout Indonesia

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-22 14-20-04.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 23. seria gier angielskiej ekstraklasy, która upłynęła pod znakiem obfitości strzeleckiej oraz obiecujących występów naszych rodaków. Co poza tym?

    1. Liverpool nie bez przeszkód pokonał Crystal Palace, zdobywając przy okazji swoją historyczną, 1000. bramkę na Anfield od kiedy utworzono Premier League.

    2. Manchester City nie pozostawił złudzeń Huddersfield i stał się pierwszym zespołem spośród występujących w 5 najlepszych ligach Starego Kontynentu, który przekroczył w tym sezonie barierę 100 strzelonych goli.

    3. Tottenham wygrał ligowe spotkanie mimo, że na boisku nie było ani Kane’a, ani Sona, co ostatni raz zdarzyło się w marcu 2014 roku.

    4. Chelsea została zdeklasowana na The Emirates, czego dobitnym wyrazem jest pierwszy celny strzał na bramkę Kanonierów, który The Blues oddali w… 82. minucie spotkania.

    5. Arsenal kontynuuje świetną passę triumfów w derbach Londynu rozgrywanych na własnym stadionie, która trwa od 13 ligowych meczów.

    6. Kolejny błysk Rashforda, kolejny dobry występ Pogby i kolejne, siódme już zwycięstwo Manchesteru United pod wodzą Ole Gunnara Solskjaera.

    7. Z jednej strony Watford przegrał tylko 1 z poprzednich 8 ligowych starć, z drugiej jednak zanotował w tym czasie aż 4 remisy, więc dobra seria nie jest tak obfita w zdobycz punktową, jak mogłoby się z pozoru wydawać.

    8. Wolves wyszło zwycięsko z niezwykle zaciętej potyczki otwierającej tę kolejkę i strzeliło kolejną, 3. już bramkę w doliczonym czasie gry - żadna drużyna nie zdobyła ich tym sezonie więcej.

    9. Leicester natomiast wygrało jedynie 3 z ostatnich 8 spotkań w Premier League, a posada Claude’a Puela wciąż wisi na włosku.

    10. Pierwszy raz od października 2017 roku, West Ham nie zdobył gola w dwóch wyjazdowych meczach ligowych z rzędu.

    11. Strzela za to Gylfi Sigurdsson, lecz mimo to Everton przegrywa - Islandczykowi taka sytuacja przydarzyła się czwarty raz w obecnie trwających rozgrywkach.

    12. Ku uciesze fanów - nie tylko tych z Polski - Artur Boruc wrócił między słupki bramki Bournemouth i przy okazji zachował czyste konto.

    13. Brighton poległo we wszystkich 9 wyjazdowych potyczkach z przedstawicielami czołowej szóstki, notując przy okazji bilans bramkowy na poziomie 2:19.

    14. Crystal Palace stało się pierwszą drużyną od lutego 2018 roku, która zdobyła na Anfield więcej niż 1 gola, lecz i tak poległo w starciu z liderem.

    15. Kolejny świetny występ zaliczył Jan Bednarek, a jego Southampton pozostaje niepokonane od 3 kolejek.

    16. Dobrze radzi sobie również Burnley, które właśnie zanotowało pierwsze czyste konto poza własnym obiektem od 10 meczów Premier League.

    17. Newcastle pewnie pokonało Cardiff, a bohaterem Srok został Fabian Schar, który zdobył 2 bramki (ostatnim obrońcą ekipy z St James’ Park, który dokonał tej sztuki w ekstraklasie był Philippe Albert w 1996 roku).

    18. Cardiff po raz 11. w tym sezonie zagrało “na 0” z przodu i wróciło do strefy spadkowej.

    19. Fulham jest pierwszą drużyną spośród występujących w 5 najlepszych europejskich ligach, która straciła w obecnej kampanii 50 goli.

    20. Huddersfield nie wygrało żadnego z 34 meczów angielskiej ekstraklasy, w których straciło bramkę jako pierwsze i nie inaczej było tym razem, kiedy piłka po strzale Danilo odbiła się od Schindlera, a Manchester City wyszedł na prowadzenie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-20 21-44-53.jpg

  •  

    Londyńska sinusoida nastrojów

    - Co z tym Arsenalem? - głośno zastanawia się wielu. Po bardzo udanej pierwszej fazie sezonu co odważniejsi snuli już mocarstwowe plany i wizualizowali sobie rychły powrót Kanonierów na szczyt. W okresie, w którym drużynie idzie w kratkę, zachodzą natomiast w głowę rozmyślając nad tym, dlaczego targają nią wahania formy. Unai Emery deklaruje z kolei - tak jak robił to zresztą w czasie, gdy jego podopieczni wprawiali opinię publiczną w zachwyt - że realizuje długofalową wizję, której efekty będzie można oceniać dopiero po upływie roku lub dwóch. Upomina przy tym jednego z drugim: "Nie mów hop, póki nie przeskoczysz!".
    Trzeba sobie zdać sprawę z tego, iż podobnie jak nie od razu Kraków zbudowano, tak w czerwonej części północnego Londynu nie od razu zapanuje złota era. Uformowanie nowego Arsenalu to wieloetapowy proces, który z dnia na dzień nie przyniesie wyników gwarantujących trofea, a cierpliwość jest kluczem do szczęścia. Ponadto pozwala ona na przyjrzeniu się sytuacji z innej perspektywy.

    Prawda jest taka, że Kanonierzy jeszcze niedawno byli wrakiem drużyny, tak kadrowo, jak i mentalnie. Wiele pozycji wymagało wzmocnień, wiele głów wymagało motywacji oraz przyswojenia cech prawdziwych zwycięzców. Etap przebudowy zespołu, a także pracy nad zmianą myślenia wciąż trwa i należy założyć, iż trochę jeszcze zajmie. Nie zmienia to jednak faktu, że po nieco ponad pół roku pracy hiszpańskiego szkoleniowca, wyraźnie widać jego wpływ na drużynę. Jak sam zaznaczył, do zrobienia miał wiele:

    "Ważne jest dostrzeżenie dobrych rzeczy - rzeczy, które należy zachować - ale też wyselekcjonowanie elementów, które trzeba zmienić lub poprawić. W tym wypadku było wiele kwestii wymagających zmiany i poprawy."

    Podstawową różnicą między Arsenalem Wengera a Arsenalem Emery'ego jest styl gry zespołu. Obecny szkoleniowiec preferuje bezpośredniość (stąd średnia ilość wymienianych podań w meczach ligowych na poziomie 565.8 względem 619 za kadencji Francuza) opartą na budowaniu akcji od własnego pola karnego. Skutkuje to pokaźniejszą liczbą strzelanych goli, wynoszącą przeciętnie 2.09 na każde spotkanie (wcześniej 1.95), ale też większą średnią bramek traconych - 1.45 do 1.34 przy okazji każdej potyczki.

    Szczytowym momentem obecnego sezonu była najdłuższa od ponad dekady seria meczów bez porażki, której licznik zatrzymał się na 22 starciach. Nadeszła jednak szara rzeczywistość, okres turbulencji, w którym Kanonierzy dobre występy przeplatają słabszymi, wygrywają i przegrywają na zmianę, a do czołowej czwórki tracą już 6 punktów.

    Emery niezmiennie zachowuje spokój i na chłodno analizuje bieżące wydarzenia:

    "Adaptacja klubu i drużyny zmierza w dobrym kierunku. Prawdą jest natomiast to, że w kontekście awansu do Ligi Mistrzów i zakończenia rozgrywek w pierwszej czwórce, co jest naszym głównym celem, nie jesteśmy w zadowalającej sytuacji. Rywalizacja jest bardzo zacięta."

    Dodaje jednak, iż jego podopieczni mają jeszcze sporo czasu na zrealizowanie założeń i podkreśla, że na Emirates Stadium mieli świadomość tego, iż w drodze do celu napotkają wiele trudności.

    Arsenal wciąż szuka balansu oraz stabilizacji, w czym nie pomagają mu ruchy kadrowe. Wiemy już, że po zakończeniu sezonu z zespołu odejdą kończący swoją piękną karierę Petr Cech oraz udający się do Juventusu Aaron Ramsey. Wciąż niepewna pozostaje natomiast przyszłość Danny'ego Welbecka i Mesuta Ozila. Ponadto z klubem ma pożegnać się szef skautingu, Sven Mislintat, który był odpowiedzialny za transfery między innymi Sokratisa i Aubameyanga.

    Forma tego drugiego budzi wśród sympatyków Kanonierów wiele emocji. Z jednej strony zdobywa on bowiem mnóstwo goli i liczy się w rywalizacji o koronę króla strzelców Premier League, z drugiej jednak marnuje sporo sytuacji stuprocentowych (w tym sezonie ligowym zaprzepaścił takowych aż 15). Koniec końców Gabończyk jest liderem drużyny i to na nim w dużej mierze spoczywa odpowiedzialność za jej wyniki.

    Arsenal poczynił naprawdę spory postęp (w Premier League dopisuje do swojego konta średnio 1.9 punktu co kolejkę, względem 1.7 w zeszłej kampanii), czym dał swoim fanom nadzieję na nadejście lepszych czasów. Być może nieco zbyt mocno rozbudził ich apetyty, przez co obecna sytuacja jest dla nich trudna, gdyż chcieliby oglądać zespół grający na miarę tego, co prezentował w okresie od września do grudnia. Nie można jednak zapominać, że Londyńczycy bez przeszkód awansowali do fazy pucharowej Ligi Europy, co oczywiście było ich obowiązkiem, lecz jest też alternatywną opcją powrotu do Ligi Mistrzów w przypadku niepowodzenia w Premier League.

    Wahania formy czy nawet krótkotrwałe kryzysy są naturalną częścią procesu przywracania Kanonierom blasku. Postawię nawet tezę, iż nie sposób ich uniknąć, więc trzeba się z nimi pogodzić. Jeśli ekipa Emery'ego wraz z końcem sezonu nie zrealizuje swoich założeń, będzie można prawić o zawodzie oraz źle wykonanej pracy. Teraz jest na to zdecydowanie zbyt wcześnie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-16 12-30-58.jpg

    •  

      @BuzzKillington: ale Kolasinaca proszę szanować, z przodu jest naprawdę kozak. Łapie asysty, notuje najwięcej kontaktów z piłką w polu karnym rywala i poprawił się w obronie w porównaniu do poprzedniego sezonu. A na Lichtsteinera szkoda strzępić ryja. Dobrze, że tylko na rok przyszedł.

      +: C.............a
    •  

      @BuzzKillington:
      Pozycja Emerego w klubie i pozycja Guardioli jest tak nieporównywalnie różna, że porównywanie jest bezzasadne. Guardiola mówi kogo sprowadzać, Emery zgodził się przychodząc że nie będzie tego robił

      @StaXik:
      Było kilkanaście meczów, gdzie był łatwy terminarz, nieco szczęscia plus brak kontuzji. Nikt poważny chyba nie zaczynał wierzyć, że teraz to oni coś wygrają. Nie da się wygrywać z taką obroną. pokaż całość

    • więcej komentarzy (8)

  •  

    Brazylijski Zbawiciel

    Przychodził do drużyny jako chłopak z wielkim talentem i potencjałem na zrobienie ogromnej kariery. Był porównywany do brazylijskiego Ronaldo, lecz pomimo udanych występów nie był w stanie w pełni przekonać do siebie opinii publicznej. Z jednej strony przeszkadzały mu w tym wahania formy, z drugiej zamiłowanie jego opiekuna do rotacji, a ma z kim rywalizować, gdyż jego konkurentem do gry w pierwszym składzie jest legenda i najlepszy strzelec w historii klubu. Jednak ten sezon, a w szczególności ostatnie jego tygodnie, są w wykonaniu młodego napastnika bardzo obiecujące i sprawiają, że stał jeszcze ważniejszym ogniwem w układance szkoleniowca.

    Gabriel Jesus, bo o nim właśnie mowa, w 27 występach trwającej kampanii zdobył 14 bramek, z czego połowę tylko w okresie od 6 do 14 stycznia bieżącego roku. I o ile należy pamiętać, iż znaczna poprawa jego dorobku jest pokłosiem pucharowych starć Manchesteru City z drużynami z drugiego i trzeciego poziomu rozgrywkowego, o tyle nie sposób nie chwalić młodego Brazylijczyka. Pod wrażeniem wyczynów 21-latka jest między innymi jego były kolega z szatni The Citizens - Yaya Toure:

    "Jest niczym potwór - przepełniony energią, wszechobecny."

    Wyśmienita dyspozycja Jesusa sprawiła, że w ostatnim meczu ligowym Sergio Aguero musiał pogodzić się z zasiądnięciem na ławce rezerwowych, z której podniósł się dopiero w 76. minucie. Jego partner-konkurent zanotował w tym czasie dublet, który powinien natchnąć go do kolejnych świetnych występów. A przynajmniej tak wynika z jego wypowiedzi:

    "Czuję się dobrze, a dzięki zdobytym bramkom wzrosła moja pewność siebie. To dla mnie ważne, gdyż jestem napastnikiem grającym w dużym klubie, w którym otaczają mnie wybitni zawodnicy i świetny personel, muszę strzelać gole."

    Dopóki więc Brazylijczyk nie zdejmie nogi z gazu, Pep Guardiola nie ma podstaw, by zrezygnować z jego usług na rzecz oferty Argentyńczyka. Inna sprawa, że Katalończyk wielu argumentów nie potrzebuje, rotację ma przecież we krwi. Na obniżkę formy Jesusa się jednak nie zanosi, bowiem zdobycie 7 bramek zajęło mu 219 minut gry. Ponadto stał się pierwszym piłkarzem Premier League, który w tym sezonie uzbierał 2 hat-tricki.

    Czy młody napastnik ma szansę na dobre wygryźć Aguero z wyjściowego składu? Biorąc pod uwagę doświadczenie i klasę Kuna trudno mi to sobie wyobrazić. Tuż po przyjściu Gabriela do Manchesteru City dużo mówiło się o rychłym końcu przygody z Etihad Stadium 28-letniego wówczas snajpera. Miał on zostać zdyskredytowany w oczach Guardioli i faktycznie, przez jakiś czas musiał mocno walczyć o swoje. Potem nadszedł okres poszukiwania systemu, w którym obaj panowie czuliby się dobrze i chętnie współpracowali, aż wreszcie Argentyńczyk stał się jedynym pełnoetatowym goleadorem.

    Nie sądzę więc, by teraz łatwo pogodził się z rolą giermka i na dłużej zagrzał miejsce wśród rezerwowych. Wygranie rywalizacji z Jesusem łatwe jednak nie będzie, gdyż ten zdaje się przeżywać najlepszy czas w dotychczasowej karierze, a już z pewnością szczytowy moment, od kiedy przeprowadził się do Anglii. Mimo że to tylko kilka spotkań. Mimo że to tylko potyczki z outsiderami (nie licząc Wolves). Nie zmienia to faktu, iż w rok 2019 Brazylijczyk wszedł z impetem i po słabszym okresie w wykonaniu The Citizens objawił się niczym Zbawiciel. Pytanie tylko, na jak długą serię cudownych występów go stać?

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #transfery #mecz #pilkanozna #premierleague #manchestercity #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-16 00-15-04.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Jeden weekend przerwy od Premier League to zdecydowanie dobra opcja. Jeszcze lepszą jest jednak powrót tego, co tygryski lubią najbardziej. Za nami 22. seria gier angielskiej ekstraklasy! Dla przypomnienia dodam tylko, iż cyfry i liczby poprzedzające każde ze zdań odpowiadają miejscu, które dany klub zajmuje obecnie w tabeli.

    1. Liverpool zdołał otrząsnąć się po porażce w lidze i odpadnięciu z Pucharu Anglii, by w starciu z Brighton zanotować 50. czyste konto odkąd szkoleniowcem drużyny jest Jurgen Klopp i 21. odkąd na Anfield zawitał Virgil van Dijk.

    2. Gabriel Jesus trafia, Manchester City nie przegrywa - tak było przy okazji 20 potyczek The Citizens w angielskiej ekstraklasie, a ostatnią ofiarą Brazylijczyka i jego kolegów padło Wolverhampton.

    3. Tottenham pierwszy raz od maja 2015 roku poległ w 2 domowe spotkania w Premier League z rzędu, a w tym sezonie aż 4-krotnie uznawał wyższość rywali w meczach na własnym stadionie - to więcej niż w 2 poprzednich kampaniach razem wziętych.

    4. Chelsea pokonała Newcastle i kontynuuje swój marsz bez porażki, który trwa od 4 kolejek i jest najdłuższą serią zespołu od czasu 12 premierowych startów pod wodzą Sarriego, kiedy to udało się odnieść 8 zwycięstw i zanotować 4 remisy.

    5. Wszyscy pamiętamy, jakie problemy w meczach wyjazdowych miał w zeszłym sezonie Arsenal, a w tym wcale nie jest w tym względzie o wiele lepiej - Kanonierzy zdobyli zaledwie 2 punkty w poprzednich 5 spotkaniach poza Emirates Stadium.

    6. Dzięki fenomenalnej dyspozycji Davida de Gei - Hiszpan w starciu z Tottenhamem interweniował 11 razy - Manchester United zachował drugie czyste konto z rzędu.

    7. W Watfordzie najwyraźniej lubią, kiedy panuje statystyczny porządek i ład, gdyż Szerszenie strzeliły w Premier League 32 gole, 32 też straciły, a przełożyło się to na 32 punkty, które widnieją na ich koncie.

    8. Leicester to prawdziwy synonim skrajności, gdyż Lisy potrafiły pokonać Chelsea oraz Manchester City, by następnie przegrać z ekipami, które w dniu starcia zajmowały odpowiednio 16. (Crystal Palace), 17. (Cardiff) i 18. (Southampton) miejsce w tabeli.

    9. West Ham pierwszy raz od 2006 roku pokonał Arsenal na własnym boisku, a Manuel Pellegrini pozostał niezwyciężony w 7 domowych spotkaniach z drużynami prowadzonymi przez Unaia Emery’ego.

    10. Everton wygrał z Bournemouth, a kolejny udany występ zanotował Lucas Digne, który w obecnych rozgrywkach miał udział przy 6 golach zdobytych przez The Toffees.

    11. Wilki należą do nielubiących poniedziałków, gdyż przegrały w tym dniu 8 z ostatnich 9 spotkań w najwyższej klasie rozgrywkowej.

    12. Od startu kampanii 2017/18, Wisienki straciły w lidze 103 bramki - więcej niż jakakolwiek inna drużyna.

    13. Brighton przegrało w tym sezonie 4 spotkania na The Amex, czyli tyle samo, ile w całych poprzednich rozgrywkach.

    14. Selhurst Park zdecydowanie nie jest twierdzą nie do zdobycia, gdyż Crystal Palace ulegało przeciwnikom w 6 z ostatnich 11 meczów domowych.

    15. Odradzające się Burnley udowodniło, iż można wygrywać nie uderzając celnie na bramkę rywala, lecz trzeba trafić na takiego, który sam wbija futbolówkę do własnej siatki.

    16. Southampton odniosło 2 zwycięstwa w 4 wyjazdowych starciach pod wodzą Ralpha Hasenhuttla, co za Hughesa udało się osiągnąć w 12 meczach poza St Mary’s Stadium.

    17. Pierwszy strzał w spotkaniu z Huddersfield, Cardiff oddało po upływie 29 sekund gry, by na kolejny czekać do… 70. minuty.

    18. Dorobek 18 punktów po 22 kolejkach, to najsłabszy bilans Newcastle w najwyższej klasie rozgrywkowej od 1989 roku.

    19. Fulham straciło aż 49 goli w tym sezonie Premier League, a notując trafienia samobójcze The Cottagers nie ułatwiają sobie walki o utrzymanie.

    20. Huddersfield zapunktowało pierwszy raz od 9 kolejek, lecz nie zdołało odbić się od dna, co zaowocowało odejściem Davida Wagnera.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #kolejkaw20

    Grafika: Bleacher Report Football
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-14 12-06-36.jpg

  •  

    Szóstka Solskjaera

    Sześć meczów i sześć zwycięstw. To bilans Ole Gunnara Solskjaera, który dokonał tej sztuki jako pierwszy szkoleniowiec w historii Manchesteru United. Norweg przybył do klubu w trudnym momencie, zaraz po dotkliwej porażce Czerwonych Diabłów w starciu z odwiecznym rywalem z Liverpoolu, lecz w bardzo krótkim czasie zdołał odmienić oblicze drużyny. Sprawił, że o ekipie z Old Trafford wielu pisze dziś, jako o samograju, któremu Jose Mourinho zwyczajnie przeszkadzał. Jednak, czy po upływie niespełna miesiąca pracy można dziś prawić o United Solskjaera?

    "Czuję się, jakbym wrócił do domu."

    "To naprawdę przyjemne. Przychodzę i widzę wszystkich tych zawodników, z którymi pracuję, całą tę jakość. To oczywiste, że muszę się tym cieszyć. Przyznaję, iż cieszę się każdą chwilą spędzoną tutaj."

    To zaledwie dwa cytaty z całej masy wypowiedzi, jakich były zawodnik Czerwonych Diabłów udzielił od momentu zatrudnienia go na stanowisku tymczasowego menedżera drużyny. Znakomicie oddają one jego usposobienie i podejście do powierzonego mu zadania. Od samego początku podchodzi do niego emocjonalnie, z nieposkromioną miłością do herbu i barw, na każdym kroku pokazując, ile znaczy dla niego bycie odpowiedzialnym za losy Manchesteru United. W tym zdaje się tkwić cały sekret, Norweg nie traktuje bowiem prowadzenia 20-krotnych mistrzów Anglii jako misji, w której za wszelką cenę musi wypaść jak najlepiej, jako planu, który koniecznie musi wypełnić. Traktuje to jako wielką, niespodziewaną przygodę, która zarówno jemu, jak i klubowi, może wyjść na dobre i przy okazji stać się bardzo udanym epizodem, który może przerodzić się w długofalową współpracę.

    Tym, co zmieniło się niemal natychmiast po zwolnieniu Mourinho - zakontraktowanie Solskjaera tylko ten trend nasiliło - była atmosfera panująca w szeregach zespołu. Komunikat wydany przez zarząd był niczym klucz do kajdan, które udało się dzięki niemu po kilku miesiącach męki zrzucić. Zarówno piłkarze, jak i kibice, poczuli, iż nadchodzi nowa era, rozpoczyna się kolejny rozdział w nowożytnej, postfergusonowskiej historii klubu. Zatrudnienie "zabójcy o twarzy dziecka" tchnęło nową nadzieję w serca fanów oraz świeżą energię w organizmy zawodników. Wokół Old Trafford zapanował niespotykany od dawna optymizm, który poza dopingiem z trybun i banerami przygotowywanymi przez widownię, widać także w wypowiedziach podopiecznych norweskiego szkoleniowca.

    Po meczu z Cardiff - wygranym przez United 5:1 - Juan Mata na swoim blogu pisał tak:

    "Legendarny Ole Gunnar Solskjaer jest naszym nowym szefem i nie mogliśmy zacząć przygody pod jego wodzą w lepszym stylu. Jesteśmy zmotywowani, by dawać rozrywkę naszym fanom, którzy w pełni na to zasługują."

    Podekscytowania nie krył również Luke Shaw:

    "Jest po prostu bardzo pozytywnym menedżerem. Wie, czego potrzebuje klub, a także czego po naszej grze oczekują fani."

    O zmianie nastroju mówił za to Paul Pogba:

    "Wszyscy się dobrze bawią, właśnie tego potrzebowaliśmy. Drużyna cieszy się piłką, współpracuje, a efekty widać na boisku. Wszystko idzie dobrze, kiedy czujesz wolność i zaufanie menedżera."

    Wtórował mu Jesse Lingard, który pokazał też Solskjaera z innej perspektywy:

    "Jesteśmy bardzo szczęśliwi i bardzo pewni. Ole dał drużynie motywację, do stawania się lepszym. To wszystko nie polega jednak wyłącznie na żartach i uśmiechach, pracujemy bardzo ciężko, gdyż szkoleniowiec tego od nas wymaga. W razie potrzeby, potrafi zrobić suszarkę."

    Norweg podkreśla natomiast, jak ważni są dla niego kibice:

    "Są najlepsi na świecie. Jasne, napisałem swoją historię jako zawodnik, lecz całe to wsparcie było dla mnie zaskakujące. Mam nadzieję, iż w nadchodzących 5 miesiącach będę wystarczająco dobry, by skandowali moje nazwisko, kiedy zastąpi mnie ktoś inny."

    Przyjazna atmosfera jest więc tym, co rzuca się w oczy jako pierwsze. Nastał kres spięć na linii zawodnicy-menedżer, ciągłej krytyki i gierek psychologicznych. Wreszcie widać zrozumienie obu stron, które dążą do wspólnego celu, jakim jest dobro Manchesteru United. Wszystko to sprzyja poczynaniom zespołu na boisku, nie od dziś wiadomo przecież, jak wielkie znaczenie dla dyspozycji fizycznej i formy sportowej ma ludzka psychika. Jeśli zawodnicy czują się dobrze mentalnie, łatwiej przychodzi im wykonywać swoją pracę dla drużyny, co doskonale widać nie tylko na przykładzie poszczególnych jednostek, ale także patrząc poprzez pryzmat kolektywu.

    Czerwone Diabły wygrały wszystkie spotkania, jakie przyszło im rozegrać pod wodzą Solskjaera. Dużo mówiło się o tym, że idzie im świetnie, gdyż mierzą się z przeciwnikami z niższej półki, lecz pokonując w niedzielę Tottenham, drużyna udowodniła, iż dobra passa nie jest dziełem przypadku, ani zasługą starć z niewymagającymi rywalami. Śmiało można więc stwierdzić, że od odejścia Mourinho, wiele zmieniło się także pod względem czysto sportowym.

    Manchester United zaczął grać zdecydowanie bardziej ofensywnie, a zawodnicy nie są przytłoczeni wytycznymi taktycznymi, przez co ich akcje są płynniejsze, swobodniejsze i przeprowadzane z należytym dla kunsztu ich autorów rozmachem. Gracze ofensywni czują wolność, dzięki czemu chętniej wykazują się kreatywnością oraz inwencją twórczą, nie musząc myśleć, iż ewentualna strata piłki zakończy się grymasem i złością trenera. Ekipa z Old Trafford oddaje więcej strzałów (średnio 8.3 na mecz), przez co zdobywa więcej bramek (średnio 2.8 na spotkanie). Efektowność idzie więc w parze z efektywnością, co z pewnością cieszy sympatyków drużyny.

    Ponadto, Ole Gunnar Solskjaer wpoił drużynie umiejętność atakowania z kontry. Przed jego zatrudnieniem, Czerwone Diabły były pod tym względem najgorszym zespołem w Premier League z zaledwie 3 szybkimi akcjami ofensywnymi w 17 kolejkach, a od 22 grudnia ubiegłego roku są liderami tej klasyfikacji z 7 kontrami w 5 meczach.

    Jedną z ważniejszych kwestii, z którymi musiał uporać się Norweg, było uporządkowanie linii pomocy. Trzeba uczciwie przyznać, że poradził sobie z tym niemal perfekcyjnie. Przesuwając Pogbę wyżej, postawił na Matica i Herrerę, którzy świetnie stabilizują sytuację w środku pola i wydajnie wspierają defensywę. Sądzę, że ich wpływ na poprawę gry zespołu jest nieco niedoceniany i deprecjonowany. Zarówno Serba, jak i Hiszpana, można bowiem określić mianem generałów, którzy nie wahają się wziąć na siebie odpowiedzialności i wspomóc drużyny w trudnym momencie. Obaj zdobywają ważne bramki, choć istotniejsza zdaje się być ich rola destrukcyjno-defensywna.

    Między innymi dzięki nim, a także wyselekcjonowanemu duetowi stoperów Lindelof-Jones oraz Davidowi de Gei, obrona United wreszcie wygląda przyzwoicie. W 6 meczach udało jej się zachować 3 czyste konta i stracić zaledwie 3 gole. Biorąc pod uwagę, iż w poprzednich 24 starciach przyjęła aż 35 ciosów, widać w tym elemencie znaczną poprawę.

    Jeśli chodzi zaś o indywidualności, największymi beneficjentami pracy z Solskjaerem są Pogba oraz Rashford. Jeszcze za czasów Mourinho pisałem, że Francuz był cichym liderem zespołu, czy się to komuś podobało czy też nie. Oczywiście, że wielokrotnie zawodził i miał słabsze momenty, lecz sezon 2018/19 - poza przełomem listopada i grudnia - może zaliczyć do bardzo udanych. We wszystkich rozgrywkach zdobył 9 bramek i zaliczył 8 asyst, kilkukrotnie błyszcząc w kluczowych dla United chwilach. Jednak prawdziwy rozkwit przeżywa dopiero pod wodzą Norwega.

    W 5 występach za jego kadencji, Pogba miał udział przy 8 trafieniach Czerwonych Diabłów. Udowodnił tym samym, iż menedżer nie mylił się dając mu swobodę i ustawiając zespół w taki sposób, by w pełni wykorzystać atuty francuskiego mistrza świata. Najdroższy piłkarz w historii klubu stał się wreszcie liderem w pełni tego słowa znaczeniu, w czym oprócz zaufania pomogło mu... postawienie na prostotę. Wiemy, iż Paul miał inklinacje do utrudniania sobie życia i wybierania kombinacyjnych rozwiązań, kiedy te są całkowicie zbędne. Zdaje się, iż w końcu wyzbył się tej cechy, na co niewątpliwy wpływ ma praca z Ole, który po spotkaniu z Bournemouth, w którym jego podopieczny strzelił 2 gole i zanotował asystę, mówił tak:

    "To świetny występ dla pomocnika, gdyż był bardzo wszechstronny. Był pracowity, groźny w polu karnym rywala, wygrywał starcia w powietrzu, odbierał piłkę i nie silił się na stworzenie show. Pogba jest najlepszy, kiedy korzysta z prostych rozwiązań."

    Na wyżyny swoich umiejętności wchodzi też wspomniany wcześniej Marcus Rashford. Proces ten rozpoczął się wprawdzie u schyłku przygody z Mourinho, lecz jego efekty w znacznej mierze podziwiamy teraz, kiedy Anglik korzysta z rad Solskjaera. W 5 występach pod jego wodzą zdobył 4 bramki, do których dorzucił też asystę. Podobnie jak w przypadku Pogby, kluczowe było zaufanie szkoleniowca, który uczynił z 21-latka podstawowego napastnika Manchesteru United. Rashford jest dzięki temu pewniejszy siebie i swoich umiejętności, na co wskazuje większa liczba oddawanych strzałów, częstsze próby dryblingu oraz pokaźniejsza ilość szans stwarzanych kolegom. Zadowolenia ze swojego zawodnika nie kryje jego opiekun:

    "Odkąd przyszedłem do klubu, Marcus wszedł na wyższy poziom. Jego pracowitość jest niesamowita, ma potencjał, by stać się topowym snajperem."

    Norweg sprawił naturalnie, iż znacznie więcej graczy spisuje się lepiej, by wspomnieć tylko wyżej wymienionych Herrerę oraz Matica. Wciąż pracuje nad dyspozycją Lukaku i Alexisa, którzy swoje zdążyli już dla zespołu zrobić. Belg, niczym niegdyś jego obecny szkoleniowiec, znakomicie spisuje się po wejściu na murawę z ławki rezerwowych. W sumie, od 22 grudnia rozegrał 154 minuty, podczas których zdobył 3 gole, lecz mimo to, nie jest w stanie wygrać rywalizacji o miejsce w pierwszym składzie z Rashfordem. Natomiast krytykowany szumnie Alexis, jak dotąd spędził na boisku 91 minut, co wystarczyło mu na zaliczenie 2 asyst. Droga do jego odbudowy zdaje się być znacznie dłuższa i bardziej wyboista, lecz są perspektywy na udane jej przebycie. Osobiście sądzę, że w najbliższym czasie obaj mogą stać się ważnymi ogniwami w układance menedżera Czerwonych Diabłów.

    Uważam, iż spokojnie można pisać dziś o United Solskjaera. Nie tylko oczyścił on atmosferę po burzliwym okresie pracy Jose Mourinho i dał zawodnikom swobodę w prezentowaniu swoich umiejętności, lecz sprawił, że stali się lepsi, wpajając im swoją wizję futbolu. Nie zgadzam się z tezą, iż zespół z Old Trafford to samograj, który potrzebował wyłącznie wolności i zrzucenia taktycznych kajdan. W poczynaniach Czerwonych Diabłów wyraźnie dostrzegam pracę wykonaną przez Ole.

    Osobnym tematem dyskusji pozostaje jego przyszłość. Wielu zastanawia się, co musiałby osiągnąć, by latem podpisać długoterminowy kontrakt z ukochanym klubem. Zdobyć Puchar Anglii i zająć miejsce w czołowej czwórce Premier League? Wygrać Ligę Mistrzów? Wiadomo, iż zarząd oczekuje wyłącznie najlepszych wyników i powrotu Manchesteru United na tron, lecz nie sposób stwierdzić dziś, czy Solskjaer jest mu w stanie to zagwarantować. Nie zamierzam więc bawić się w jasnowidzenie, lecz biorąc pod uwagę reakcje kibiców i stopień ich utożsamiania się z Norwegiem, chciałbym, by ten piękny sen trwał jak najdłużej. Jak na razie, Ole zasługuje na szóstkę w szkolnej skali ocen.

    Źródłem wszystkich cytatów jest Sky Sports

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #transfery #mecz #pilkanozna #premierleague #manchesterunited #united #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-14 13-36-34.jpg

  •  

    Manchester City ma jedną z najsilniejszych, jeśli nie najsilniejszą, kadrę w Anglii. O jej potencjale świadczą nie tylko wyniki, ale też niesamowicie zacięte zmagania o miejsce w pierwszym składzie. Na niemal każdej pozycji, o swoje szanse rywalizują przecież co najmniej dwaj zawodnicy klasy światowej lub mocno i nagminnie do drzwi tej klasy pukający, co cieszy w zasadzie wszystkich związanych z The Citizens.

    Wszystkich, oprócz młodzianów chcących udowodnić swoją wartość. Kilku z nich z pewnością odnalazłoby się w większości drużyn Premier League, lecz bogactwo kadrowe zespołu Guardioli sprawia, iż rzadko kiedy dostają oni okazję, by pokazać się choćby w tak mało istotnych rozgrywkach jak Puchar Ligi. Owocuje to z kolei tym, że stają oni przed dylematem i muszą zastanowić się nad tym, czy tkwienie w miejscu, w którym wprawdzie wiele się uczą i wciąż się rozwijają, lecz praktyki zbyt wiele nie uświadczają, ma jakikolwiek sens.

    Błyszczący w Bundeslidze Jadon Sancho jest idealnym przykładem na to, iż czasem warto opuścić strefę komfortu, wziąć przysłowiowego byka za rogi i za wszelką cenę starać się o regularne występy. Nawet w sytuacji wymagającej poświęceń oraz kosztem postawienia się trenerskiemu guru. Młody Anglik zamienił Manchester City na Borussię Dortmund, co okazało się przecież najlepszą decyzją w jego dotychczasowej karierze.

    Teraz jego droga próbuje podążać Brahim Diaz, który przeprowadził się z Etihad Stadium na Santiago Bernabeu i liczy, że w swojej ojczyźnie zyska zaufanie argentyńskiego szkoleniowca i zacznie występować częściej, niż tylko od przypadku do przypadku. O jego możliwościach nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać, choć w seniorskim futbolu zasłynął głównie z dwóch goli wbitych Fulham w Carabao Cup. Nie jest więc może talentem pokroju Kyliana Mbappe, lecz w wieku 19 lat stać go na więcej niż przesiadywanie na trybunach. Pytanie tylko, czy Real Madryt jest mu w stanie to zagwarantować?

    Innym młodzieńcem, o którym mówi się i pisze jako o kolejnym Złotym Dziecku angielskiej myśli szkoleniowej, a który nie potrafi na dłużej zagrzać miejsca na murawie, jest Phil Foden. Wprawdzie dostaje on od Pepa znacznie więcej szans niż otrzymywała swego czasu wyżej wymieniona dwójka, lecz na regularne występy, które mogłyby znacznie przyspieszyć jego rozwój oraz dojrzewanie, liczyć na razie nie może. Z tego powodu, w mediach często spekuluje się na temat jego rozbratu z niebieską częścią Manchesteru. Jednak kataloński menedżer, w kontekście ewentualnego wypożyczenia pomocnika, wyraził się jasno: “Nie ma mowy, to niemożliwe.”. Sam zainteresowany także deklaruje, iż jest cierpliwy i wierzy, że w niedalekiej przyszłości zacznie stanowić o sile drużyny Manchesteru City.

    Każdy zawodnik jest inny, każdy inaczej zapatruje się na swoją karierę. To, że Sancho świetnie odnalazł się po opuszczeniu Etihad Stadium nie znaczy, iż zrobi to również Diaz, i że uczyniłby to Foden. Nie zmienia to jednak faktu, iż młodszy z Anglików obiera prawdopodobnie trudniejszą, choć niekoniecznie mniej słuszną, drogę rozwoju. Czas pokaże, czy wyjdzie mu to na dobre oraz jak dużo ma w sobie wspomnianej wcześniej cierpliwości. Zobaczymy też, jak bardzo - jeśli w ogóle - Manchester City pożałuje utraty Hiszpana, bo fakt poczucia goryczy z powodu odejścia Sancho jest niepodważalny.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #transfery #mecz #pilkanozna #premierleague #manchestercity #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 49594128_302563623611360_3028599985525489664_n.jpg

  •  

    Można go lubić i szanować, co dzieje się chociażby w okolicach Stamford Bridge, można też nienawidzić, jak mają to w zwyczaju w czerwonej części północnego Londynu. Można wytykać mu brak lojalności i niesłowność, momentami nawet chimeryczność, lecz statusu ikony oraz wysokiej pozycji w hierarchii zawodników, którzy w swojej karierze występowali na angielskich boiskach odmówić mu nie sposób. Cesc Fabregas po rozegraniu 500 spotkań na Wyspach, opuszcza je po raz drugi, zamykając piękny rozdział swojej przygody z piłką.

    Hiszpan swego czasu stał się najmłodszym piłkarzem w historii Arsenalu, który wybiegł na murawę w wyjściowym składzie, a następnie najmłodszym, który zdobył dla Kanonierów bramkę. Miał wówczas niewiele ponad 16 lat, więc swoim osiągnięciem przykuł uwagę środowiska, a w kibicach klubu rozbudził nadzieję. Wierzyli oni, iż oto narodziła się gwiazda, ich nowy lider i generał, który przez długie lata stanowić będzie o sile zespołu.

    Sielanka nie potrwała jednak zbyt długo, nie przetrwała nawet dekady. Fabregas u szczytu formy notował po 20 asyst w Premier League, potrafił też strzelać po 15 goli i w końcu zrobiło mu się na The Emirates zbyt ciasno. Zamarzył o powrocie do Katalonii, co stało się faktem wraz z nadejściem sezonu 2011/12. O ile fani Arsenalu czuli smutek oraz rozgoryczenie, o tyle byli w stanie pojąć decyzję ich ulubieńca z uwagi na to, iż jest on wychowankiem Barcelony, która wówczas dominowała w europejskim futbolu.

    Późniejszy transfer do Chelsea przerósł jednak ich empatyczne możliwości, czemu nie można się dziwić. Zawodnik deklarował przecież przed laty, że nigdy w życiu nie założy koszulki innej angielskiej drużyny, a jednak ostatecznie zdecydował się to zrobić. Fabregas nie miał łatwego życia, oj nie miał. Przekonanie do siebie sympatyków The Blues także trochę mu zajęło, lecz uczynił to w jedyny możliwy i słuszny sposób – świetną formą prezentowaną na boisku.

    W 198 występach dla klubu ze Stamford Bridge zdobył 22 bramki i zanotował 57 asyst. Na jego szyi zawisły medale za triumfy w Premier League, w Pucharze Anglii oraz w Pucharze Ligi. Pracował z wieloma świetnymi szkoleniowcami, dzielił szatnię z najlepszymi piłkarzami, aż wreszcie nastał czas pożegnania. Maurizio Sarri chętniej korzysta z usług nie tylko Jorginho, Kovacica i Kante, ale też Barkleya oraz Loftusa-Cheeka, podczas gdy mistrz świata i 2-krotny mistrz Europy przesiaduje na ławce rezerwowych lub na trybunach. Jako że chce jeszcze nieco pograć, a nie tylko odcinać kupony, zdecydował się po raz kolejny opuścić Wyspy.

    Fabregas, występując w barwach Arsenalu i Chelsea, zapisał piękną kartę swojej kariery i miał niebagatelny wkład w rozwój i historię angielskiego futbolu. Śmiało można określić go mianem ikony i wpisać go w poczet najlepszych zagranicznych piłkarzy, jacy biegali po boiskach Premier League i nie tylko.

    Kolejny cel? Połączenie sił z byłym kolegą z murawy i pomoc w utrzymaniu w Ligue 1 AS Monaco.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-06 11-25-57.jpg

    +: Kiszone_ogorki, Maliszak +25 innych
  •  

    Trzej książęta w walce o koronę

    Przy okazji Święta Trzech Króli, obchodzonego dziś przez chrześcijan, pora na opowieść o trzech zawodnikach, którzy rywalizują o to, by wraz z końcem sezonu Premier League uzyskać koronę. Koronę króla strzelców. Marzy o niej wielu, z mniejszym lub większym powodzeniem aspiruje kilku, lecz przewodząca w wyścigu trójca wypracowała dość wyraźną przewagę nad całą resztą. Peleton wciąż może zniwelować ją na przestrzeni jednego spotkania, lecz łatwe to z pewnością nie będzie. Pierre-Emerick Aubameyang, Harry Kane i Mohamed Salah trafiają bowiem jak najęci i niechętnie dopuszczą kogokolwiek do swojego elitarnego grona.

    Spośród wyżej wymienionych, najmniejsze doświadczenie w zdobywaniu najcenniejszego wyróżnienia dla snajperów angielskiej ekstraklasy ma Gabończyk, który nie rozegrał w niej jeszcze ani jednego pełnego sezonu. Egipcjanin dostąpił zaszczytu zasiądnięcia na tronie w poprzednich rozgrywkach, czego przed nim, w latach 2015-2017, dwukrotnie dokonywał Anglik. Historia sukcesów nie ma jednak żadnego wpływu na losy korony w roku 2019.

    Znaczenie mają za to liczby, z których najważniejsze są te, dotyczące ilości zdobytych bramek. Po 21 kolejkach, Aubameyang oraz Kane mają na swoim koncie po 14 goli, a uzupełniający tercet Salah karcił defensywy przeciwników 13 razy. Mimo że każdy z nich rozegrał komplet meczów, najmniej czasu na boisku spędził gracz Arsenalu, któremu uzbieranie 14 trafień zajęło 1648 minut. Ponad 100 więcej, bo 1797, potrzebował natomiast kapitan reprezentacji Anglii, który oddał też więcej strzałów - 70, co przy 54 Gabończyka jawi się jako kolosalna różnica. Fakt, Kane może pochwalić się pokaźniejszą liczbą uderzeń celnych, które stanowią 47% wszystkich jego prób, lecz ostatecznie najlepiej w tym względzie prezentuje się Salah. Lider Liverpoolu strzelał jak dotąd 69 razy, z czego 34 w światło bramki.

    Kolejnym dowodem na to, iż ilość niekiedy idzie w parze z jakością, jest liczba zmarnowanych okazji do zdobycia gola, określanych mianem "stuprocentowych". Jak się okazuje, najbardziej klinicznym snajperem z opisywanej trójki jest piłkarz Tottenhamu, który zaprzepaścił - tylko i aż - 8 dogodnych szans. Egipcjanin zmarnotrawił takowych 11, a najsłabiej wypadający w tym aspekcie Gabończyk w idealnym wariancie powinien mieć o 15 trafień więcej. Nie pomogły mu także słupki i poprzeczki, w które uderzał piłką 3-krotnie, także najwięcej spośród niniejszego grona.

    Konsolidując, najwięcej i najdokładniej strzela Harry Kane, najbardziej niechlujny i jednocześnie najbardziej minimalistyczny jest Pierre-Emerick Aubameyang, a Mohamed Salah uderza najcelniej, choć trafień ma najmniej. Paradoks goni więc paradoks, lecz taki właśnie bywa futbol.

    Nie można jednak stwierdzić, iż obecna sytuacja jest jakimkolwiek zaskoczeniem. Osobiście, przed startem sezonu 2018/19, przewidziałem, iż 2 z 3 wyżej wymienionych zawodników będzie na poważnie liczyć się w walce o koronę króla strzelców. Inna sprawa, że nie trzeba było być żadnym jasnowidzem, by tego dokonać.

    Z uwagi na debiutanckie pół roku Aubameyanga w Anglii, w sierpniu stwierdziłem, iż muszę mieć go w swojej drużynie w Fantasy Premier League, gdyż utrzymując skuteczność swoich poczynań z pewnością zakręci się on wokół tytułu najlepszego strzelca ligi. Następnie uznałem, iż po przygodzie na rosyjskim mundialu, a ponadto utracie tronu na rzecz Salaha, Kane będzie jeszcze bardziej głodny i łasy na trzeciego Złotego Buta angielskiej ekstraklasy w swojej karierze, co oznacza, że równorzędny wyścig dwóch koni mamy jak w banku.

    Typowanie okazało się więc trafne, choć niepełne. Zwątpiłem bowiem w idola The Kop, a w zasadzie całego Anfield. Nie należałem wprawdzie do grona obwołującego Egipcjanina tytułem jednosezonowej gwiazdy, lecz nie wierzyłem, iż jest on w stanie powtórzyć swoje wyśmienite osiągnięcie z poprzednich rozgrywek. Nadal nie sądzę, że da radę to zrobić, ale już zbliżenie się do niego traktuję jako wielce prawdopodobne. Fakt, Mohamed Salah podąża pół kroczku za Gabończykiem oraz Anglikiem, lecz na tym etapie sezonu, a więc ledwie po przekroczeniu jego półmetku, różnica jednego gola znaczy doprawdy niewiele. Tym bardziej, kiedy debatujemy o piłkarzach, potrafiących trafiać nawet po 3-4 razy na spotkanie.

    Co za tym idzie, niezwykle trudno jest przewidzieć, który z nich wraz z końcem sezonu będzie mógł cieszyć się tytułem najlepszego strzelca Premier League. O ile w ogóle któryś z przewodzącej w rywalizacji trójki dopnie swego, gdyż, jak wcześniej zaznaczyłem, peleton nie śpi, a czający się za plecami Aguero i Hazard legitymują się 10 zdobytymi bramkami.

    Kierując się jednak tylko i wyłącznie osobistymi preferencjami oraz uskuteczniając myślenie życzeniowe, postawiłbym na ostateczny triumf Harry'ego Kane'a. Biorąc pod uwagę jego regularność, instynkt snajpera, doświadczenie, a także cały arsenał środków do pokonywania bramkarzy drużyn rywali, skutkujący tym, iż Anglik sprawia wrażenie napastnika kompletnego, czuję się w pełni przekonany do jego kandydatury. Niech subiektywność tego wyboru podkreśli również fakt, iż nie kryję się z sympatią, jaką darzę zawodnika Tottenhamu, którą ten zaskarbił sobie we mnie swoim profesjonalizmem, prezentowanym charakterem oraz podejściem do kariery. Pisząc wprost, cenię Kane'a i jako piłkarza, i jako człowieka, więc jego ewentualny sukces jest mi bliższy aniżeli triumf któregoś z pozostałej dwójki czy kogokolwiek z goniących czołówkę.

    Na ten moment trzeba uczciwie przyznać, iż walka o tytuł najlepszego strzelca Premier League, nie odstaje zaciętością od boju o miano najlepszej drużyny w Anglii. Oby obie rywalizacje cieszyły nasze oczy jak najdłużej, a ich uczestników stale napędzały do utrzymywania wysokiej formy.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #liverpool #lfc #tottenham #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 49468788_2017111668586716_2468999548249309184_n.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    21. seria gier angielskiej ekstraklasy już za nami! Dla kogo rok 2019 rozpoczął się dobrze?

    1. Na pewno nie dla Liverpoolu, który pierwszy raz od kwietnia 2018 stracił 2 gole w meczu ligowym i zanotował premierową porażkę w obecnym sezonie.

    2. Zupełnie inne nastroje w Manchesterze City, który dzięki dobrej dyspozycji między innymi Aguero (Argentyńczyk od 2011 roku zdobył dla The Citizens aż 37 goli w występach przeciwko ekipom z Top 6) i Sane (Niemiec miał udział przy 26 akcjach bramkowych w 25 spotkaniach Premier League rozgrywanych na Etihad Stadium) wygrał z The Reds i zniwelował różnicę punktową do 4 oczek.

    3. Tottenham bez problemu pokonał Cardiff i pozostał bezkompromisowy, co oznacza, iż Koguty stały się 9. zespołem w historii najwyższej klasy rozgrywkowej, który nie zremisował ani jednego z pierwszych 21 meczów danego sezonu.

    4. Chelsea w 3 z ostatnich 5 spotkań ligowych na Stamford Bridge nie zdołała zdobyć bramki, tracąc punkty kolejno z Evertonem, Leicester i Southampton.

    5. Żaden menedżer w Premier League nie ma takiego nosa do zmian, jak Unai Emery - zawodnicy wchodzący z ławki strzelili dla Arsenalu aż 10 goli.

    6. Manchester United pokonał Newcastle i po raz kolejny udowodnił, iż lubi grać w styczniu - wygrał 68 ze 100 meczów rozgrywanych w tym miesiącu.

    7. Z kolei Leicester potrafi prędko zapomnieć o sylwestrowej zabawie i dobrze rozpocząć nowy rok, gdyż zwyciężało w 5 z 6 spotkań zaplanowanych na pierwszy jego dzień, a tym razem okazało się lepsze od Evertonu.

    8. Watford po szalonym widowisku zremisował z Bournemouth, a głównym aktorem spektaklu okazał się Troy Deeney, który zdobył dla Szerszeni 2 gole i zaliczył 1 asystę.

    9. Wolverhampton zanotowało zaledwie 1 celny strzał w starciu z Crystal Palace i po raz 5. na przestrzeni 7 meczów poległo na Molineux.

    10. Marko Arnautovic skompletował swój pierwszy dublet w Premier League od marca 2018 roku i poprowadził West Ham do podziału punktów z Brighton.

    11. Everton znacznie obniżył loty i poległ w 4 z poprzednich 5 kolejek, czyli tyle samo, ile w pierwszych 16 w obecnym sezonie.

    12. Bournemouth w starciu z Watfordem oddało 12 celnych strzałów, co jest ich rekordem, jeśli chodzi o przygodę Wisienek z angielską ekstraklasą.

    13. Zaledwie 125 sekund potrzebowali piłkarze Brighton do wyjścia na 2-bramkowe prowadzenie w meczu z West Hamem, lecz niewiele więcej (131) zajęło im roztrwonienie wypracowanej przewagi.

    14. Crystal Palace, pierwszy raz od kwietnia 2017, wygrało 2 wyjazdowe spotkania w Premier League z rzędu.

    15. Newcastle jest w coraz trudniejszej sytuacji, a 1 zwycięstwo na przestrzeni 8 kolejek nie daje nadziei na progres.

    16. Odradza się za to Burnley, które wygrało 2 z 2 ostatnich meczów.

    17. Cardiff w starciach z przedstawicielami Top 6 straciło aż 25 bramek - to więcej niż jakakolwiek inna drużyna.

    18. Pierwszy raz od października 2018 roku, Southampton zachowało czyste konto w lidze, co zaowocowało remisem z Chelsea.

    19. Claudio Ranieri nie zaznał smaku wygranej w żadnym z 11 spotkań, w których jego zespoły mierzyły się z Arsenalem i nie inaczej było w miniony wtorek, kiedy Fulham poległo na The Emirates.

    20. Huddersfield ma na koncie zaledwie 2 zwycięstwa i do pierwszego miejsca poza strefą spadkową traci już 8 punktów.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-04 00-23-12.jpg

  •  

    Po ogłoszeniu przez Chelsea dojścia do porozumienia z Borussią Dortmund w kwestii transferu Christiana Pulisica, w mediach zawrzało. Rumor nie dotyczy jednak ceny - bagatela 64 miliony euro - a zasadności i celu takiego ruchu. Wielu zastanawia się, na ile jest on spowodowany względami sportowymi, a na ile czysto biznesowymi oraz marketingowymi.

    Amerykanin nie jest bowiem piłkarzem lepszym ani od Williana ani tym bardziej od Hazarda. Nie byłby w stanie wygrać z nimi rywalizacji o miejsce w wyjściowym składzie, skoro nie jest nawet pierwszoplanową postacią BVB. Jakie są więc jego główne atuty, które prawdopodobnie skusiły Romana Abramowicza? Po pierwsze narodowość, a po drugie wiek, a co za tym idzie - potencjał.

    Premier League jest produktem globalnym, podbijającym rynki w najdalszych zakątkach świata. Angielskie kluby chcą istnieć w świadomości ludzi zamieszkujących całą planetę i zarabiać dzięki temu jeszcze więcej pieniędzy. Nie bez powodu rozgrywają przecież przedsezonowe mecze w Stanach Zjednoczonych czy w Azji. Nie bez powodu też ściągają do siebie piłkarzy różnorakich narodowości. Łatwiej przecież utożsamiać się z drużyną, w której gra nasz rodak, łatwiej wydać niemałą część naszych zarobków na koszulkę z jego nazwiskiem.

    Chelsea zakontraktowywując Pulisica zyskuje więc uwagę Amerykanów, którzy coraz bardziej kochają futbol i coraz bardziej kibicują swojej reprezentacji, której liderem jest właśnie Christian. Marketingowo więc, sprowadzenie go z Niemiec może okazać się strzałem w dziesiątkę, gdyż pozyskiwanie kolejnych fanów oznacza pozyskiwanie kolejnych pieniędzy.

    Co z aspektem sportowym?

    Pulisic trafi na Stamford Bridge latem, gdyż do tego czasu pozostanie na wypożyczeniu w klubie z Dortmundu. Biorąc pod uwagę możliwości jego rozwoju, a także potencjalne odejście Hazarda, jest to swoista inwestycja w przyszłość. Nietania i niepewna, ale inwestycja. Na ten moment, Amerykanin nie jest zawodnikiem, który mógłby stanowić o boiskowym obliczu The Blues, lecz niewykluczone, iż wkrótce tego poziomu sięgnie. Inna sprawa, iż o zastąpieniu nim wspomnianego wcześniej Belga doprawdy trudno marzyć.

    Sporo ludzi krytykuje decyzję Chelsea i uważa całą transakcję za całkowicie pozbawioną sensu. Sądzę jednak, iż nie jest to wcale taki zły ruch. Budzący wątpliwości owszem, ale nie zły. Jeśli Pulisic nie zawojuje Premier League, to z odzyskaniem pieniędzy za jego przyjście kłopotu być nie powinno. A o to przecież chodzi w inwestycjach, o to chodzi w biznesie i o to chodzi w piłce nożnej. Przynajmniej z perspektywy jej możnowładców.

    #sport #pilkanozna #premierleague #transfery #chelsea #bvb #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-02 12-57-44.jpg

  •  

    Czy na Selhurst Park marnuje się potencjał?

    Po przekroczeniu półmetku sezonu, Crystal Palace zajmuje 14. miejsce w tabeli Premier League i z 20 spotkań wygrało zaledwie 5. Moim zdaniem, to zbyt mało jak na możliwości posiadanej kadry, którą stać na zdecydowanie więcej. Wszystko rozbija się jednak o formę poszczególnych zawodników. No, prawie wszystko.

    Jeśli bowiem przeanalizujemy, kogo do swojej dyspozycji ma Roy Hodgson, bez problemu dojdziemy do wniosku, że Orły pod względem personaliów nie odstają ani od Watfordu, który nieźle radzi sobie w obecnych rozgrywkach, ani od Bournemouth, które nieźle radziło sobie w początkowych etapach sezonu, ani nawet od zeszłorocznego Burnley, które zyskało przecież szansę pokazania się w eliminacjach do europejskich pucharów.

    Sądzę, iż Crystal Palace powinno pokusić się o coś więcej niż bezcelowe wegetowanie w ekstraklasie. Sądzę, iż Crystal Palace stać na stanie się solidnym beniaminkiem. Nie uda się to jednak w sytuacji, w której kluczowi piłkarze nie prezentują pełni swojej jakości, a potencjał drzemiący w pozostałych członkach drużyny zdaje się pozostawać uśpiony.

    Czy taki Mamadou Sakho, któremu momentami było już za ciasno na Selhurst Park, nie mógłby bronić lepiej? Ano mógłby.

    Czy para bocznych defensorów - Wan-Bissaka i van Aanholt - nie potrafi dać z siebie więcej w ofensywie? Z pewnością potrafi, udowodniła to już kilkukrotnie.

    Czy tak kreatywny i dobrze czujący się w Premier League pomocnik jak Max Meyer, nie mógłby notować lepszych cyferek, stwarzać większego zagrożenia pod bramką przeciwnika? Mógłby, jak najbardziej.

    Czy Jordana Ayew naprawdę nie stać nawet na danie drużynie impulsu po wejściu z ławki rezerwowych? Sądzę, że stać.

    Czy Wilfred Zaha nie potrafi być regularny? Owszem, potrafi.

    Jeśli dorzucimy do tego grona leczącego kontuzję Christiana Benteke, który w swoich najlepszych chwilach zdobywał nawet 15 bramek w Premier League, Jasona Puncheona, który mógłby być solidnym uzupełnieniem kadry, a także Jairo Riedewalda, który ma warunki, by stworzyć parę stoperów z Sakho, dostrzeżemy naprawdę spory kapitał do walki o coś więcej niż spokojny byt w elicie. Na ten moment, pozytywnie wyróżnić można jednak jedynie Milivojevica oraz Townsenda.

    Poza formą, Crystal Palace brakuje kolektywu. I właśnie to zdaje się być największą różnicą między Londyńczykami a Watfordem czy Bournemouth. Nie wiem, ile w tym “winy” szkoleniowca, lecz Hodgson od dawna jawi mi się jako bezpieczna opcja przy walce o utrzymanie, natomiast przy myśleniu o czymś więcej, może on okazać się blokadą. Zarząd, po przygodzie z Frankiem de Boerem, ma chyba jednak uraz do eksperymentów i ja to rozumiem. Sęk w tym, że nie da się ewoluować bez podejmowania ryzyka.

    Orły mają warunki i potencjał, by latać wyżej. Nie twierdzę, że od razu na poziomie Top 6 czy nawet europejskich pucharów, lecz górna połowa tabeli zdaje się być w ich zasięgu. Potrzeba do tego iskry, która wznieci ogień, silniejszego strumienia kropli, które wydrążą skałę. Niby tak niewiele, a jednak tak wiele.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-01-02 09-15-54.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Co przyniosła ostatnia w tym roku seria gier angielskiej ekstraklasy?

    1. Liverpool pierwszy raz od grudnia 2017 przegrywał w Premier League na Anfield, lecz ostatecznie gładko wygrał z Arsenalem, przedłużając serię bez porażki na własnym stadionie do 31 spotkań.

    2. Manchester City odkuł się po niepowodzeniach, choć od 10 meczów o stawkę nie potrafi zachować czystego konta, co jest najdłuższą serią klubu od 2015 roku.

    3. Od kiedy szkoleniowcem Tottenhamu jest Mauricio Pochettino, Koguty pierwszy raz przegrały z beniaminkiem i prędko spadły z drugiego stopnia podium.

    4. Chelsea ograła Crystal Palace, co oznacza, iż The Blues przełamali trwający od 5 spotkań impas w ligowych derbach Londynu, rozgrywanych poza Stamford Bridge.

    5. Arsenal wybrał się do Liverpoolu z nadzieją na zwycięstwo, lecz po raz 20. z rzędu nie zdołał wygrać wyjazdowego starcia z ekipą z czołowej szóstki i po raz 4. w historii Premier League stracił 4 bramki w pierwszej połowie.

    6. Manchester United pierwszy raz od kwietnia wygrał 3 mecze ligowe z rzędu, choć w obecnym sezonie zachował najmniej czystych kont (2, na równi w Fulham) spośród drużyn występujących w angielskiej ekstraklasie.

    7. Wolverhampton dość niespodziewanie pokonało Tottenham, choć mając w pamięci poprzednie spotkania Wilków z przedstawicielami Top 6, ta sytuacja szokować nie może - podopieczni Nuno Espirito Santo przegrali jedynie 2 z 7 takich starć.

    8. Leicester uległo Cardiff i znowu nie zdołało zanotować zdobyczy punktowej przy okazji ostatniej kolejki roku - 12 miesięcy temu lepszy od Lisów okazał się Liverpool.

    9. Watford przeplata dobre występy z absolutnie bezbarwnymi, czego efektem jest dopisanie do ligowego konta zaledwie 10 oczek w poprzednich 10 meczach.

    10. Everton nie potrafi wygrać 2 spotkań wyjazdowych z rzędu od września 2016 roku i po zmiażdżeniu Burnley, okazał się słabszy od Brighton.

    11. West Ham po bardzo dobrym okresie wpadł w turbulencje i przegrywał w 2 z 3 ostatnich kolejek.

    12. Coraz niżej stacza się natomiast Bournemouth, które wygrało zaledwie 2 z poprzednich 10 meczów Premier League.

    13. Brighton po 9 spotkaniach bez zachowania czystego konta wreszcie zagrało “na 0 z tyłu” i pokonało faworyzowany Everton.

    14. Crystal Palace nie dało rady Chelsea, lecz nie oddając ani jednego celnego strzału na bramkę rywala, nie można myśleć o uszczknięciu choćby punktu.

    15. Dobra dyspozycja Rondona, który w poprzednich 8 występach zdobył dla Newcastle 5 goli, nie wystarczyła do pokonania Watfordu.

    16. Cardiff pierwszy raz od kwietnia 2014 roku wygrało wyjazdowe spotkanie w Premier League i konsekwentnie pnie się w górę tabeli.

    17. Słynące z wychowywania młodych zawodników Southampton, wybiegło na starcie z Manchesterem City w najmniej doświadczonym składzie od 5 sezonów - średnia wieku wyniosła 24 lata i 274 dni.

    18. Burnley pokonało West Ham, a Tom Heaton zachował czyste konto w Premier League pierwszy raz od września 2017 roku.

    19. Fulham rzutem na taśmę ograło Huddersfield i uniknęło bezbramkowego remisu, który nie przydarzył się na Craven Cottage od 158 meczów ligowych.

    20. Teriery kończą rok na dnie tabeli i utrzymanie pozostaje na razie w sferze ich marzeń.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-31 01-48-23.jpg

  •  

    Drużyna roku Premier League

    Moja drużyna roku Premier League. Zaimek dzierżawczy jest konieczny i warty podkreślenia, gdyż wybrana przeze mnie jedenastka jest bardzo subiektywna, momentami zapewne także kontrowersyjna. Owszem, statystyki poszczególnych zawodników były ważnym kryterium, naturalnie zwracałem na nie uwagę, lecz w żadnym razie nie były elementem przeważającym i decydującym. Niekiedy równie istotna była rola danego kandydata w poczynaniach macierzystego zespołu lub jego boiskowa prezencja - składowa czysto estetyczna. Rozpocznijmy więc tę wyliczankę.

    Na starcie zaznaczę jeszcze, iż zdecydowałem się na ustawienie 1-4-1-2-1-2, z nieco rozciągniętym rombem w środku pola. Taki zabieg pozwolił mi na pomieszczenie wszystkich graczy, których chciałem za miniony rok wyróżnić. No, prawie wszystkich.

    Między słupkami stawiam na mistrza Anglii i reprezentanta Brazylii - Edersona. Wprawdzie nie zdobył on Złotej Rękawicy za sezon 2017/18 ani nie przewodzi w rywalizacji o nią w obecnych rozgrywkach, lecz w ostatnich 12 miesiącach był najbardziej regularnym spośród bramkarzy występujących na poziomie Premier League. Kampania 2018/19 w wykonaniu Davida de Gei jest jak dotąd co najwyżej poprawna, a Alisson przybył do Liverpoolu w lipcu, więc nie ma sensu oceniać go w skali roku.

    Wracając jednak do golkipera Manchesteru City, odnotujmy, iż zachował on 14 czystych kont (przed nim jeszcze jeden występ), lecz nie one były w moim mniemaniu najważniejsze. Za bardziej istotne uważam bowiem wprowadzenie bramkarskiej gry nogami na wyższy, nieznany dotąd w Anglii poziom. I o ile zgadzam się z tezą, że podstawową rolą zawodnika stojącego między słupkami, podobnie zresztą jak i defensora, jest bronienie, o tyle znakomite wznowienia, długie i dokładne podania zaskakujące przeciwnika, które przyniosły Brazylijczykowi asystę, były czymś spektakularnym, wyjątkowym i godnym podziwu. Stanowiły ponadto tajną broń jego drużyny. Co ważne, Ederson kopiąc nie zapomina o łapaniu, czego połączyć nie zdołał wcześniej Claudio Bravo.

    Z prawą flanką obrony miałem naprawdę spory kłopot. Kyle Walker jawił się jako łatwy wybór, lecz jego występy zbyt rzadko mnie poruszały, wywoływały choćby namiastkę zachwytu. Trent Alexander-Arnold z kolei, nie przekonywał mnie na przestrzeni całego roku, choć niewątpliwie drzemie w nim ogromny potencjał. Zdecydowałem się postawić na dość niepopularną opcję, jaką jest Kieran Trippier. Zdaję sobie sprawę, że Anglik nie był wzorem regularności, ale jego zwinność, zawziętość, nieustępliwość oraz inklinacje ofensywne, z których największe wrażenie robią niezwykle precyzyjne centry w pole karne rywala, przeważyły szalę. Pisząc wprost, na grę zawodnika Tottenhamu patrzyłem z niekrytą przyjemnością. Ponadto, w 2018 roku udało mu się zdobyć jednego gola i zanotować 4 asysty.

    Na pierwszego środkowego obrońcę mianuję Cesara Azpilicuetę. Z uwagi na to, że w obecnym sezonie Hiszpan biega przy linii, w mojej jedenastce pełniłby rolę defensora półprawego. Był jednym z najpewniejszych punktów Chelsea za kadencji Antonio Conte, jest nim i teraz, w erze Maurizio Sarriego. Nie jest ani najwyższy ani najszybszy, a jednak świetnie wywiązuje się ze swoich obowiązków na własnej połowie - Londyńczycy 13-krotnie zachowywali czyste konto, kiedy reprezentant La Roja przebywał na boisku. Potrafi też odnaleźć się pod polem karnym przeciwnika - ustrzelił jednego gola i dorzucił 2 asysty (dziś rozegra jeszcze jedno spotkanie, więc ma szansę poprawić te statystyki). Jest też inteligentny i silny mentalnie, co zauważyli jego szkoleniowcy, raz po raz powierzając mu opaskę kapitańską.

    Drugim stoperem musiał zostać Virgil van Dijk, zmierzający, według niektórych, po miano najlepszego obrońcy w historii Premier League. Nie ulega wątpliwości, iż Holender odmienił oblicze defensywy Liverpoolu, która z drewnianego, rozpadającego się płotu z dziurami, przemieniła się w bardzo trudny do skruszenia, betonowy mur. Wielomilionowy transfer przeprowadzony w styczniu był szumnie i głośno kwestionowany oraz krytykowany, lecz, jak pokazał czas, był to strzał w sam środek tarczy, być może kluczowy w kontekście walki o najwyższe cele. Van Dijk niemal natychmiast stał się szefem swojej formacji, która w minionym roku 20 razy zagrała "na zero z tyłu". Holender przejawia cechy obrońcy kompletnego, czyli szybkość, siłę, nieustępliwość, skoczność, agresywność, a do tego jest nieprzejednany w pojedynkach powietrznych.

    Na lewej flance o miejsce w mojej drużynie zacięcie rywalizowali Marcos Alonso i Andrew Robertson. Ostatecznie wygrał Szkot, który w razie braku umiejętności piłkarskich swobodnie mógłby wybrać karierę maratończyka. Zdaje się bowiem mieć niespożyte siły, dzięki którym co spotkanie pokonuje niewyobrażalne odległości mierzone w dwucyfrowej liczbie kilometrów i zasługuje na określanie go drugim płucem Liverpoolu, zaraz obok Jamesa Milnera. Były zawodnik Hull City jest członkiem żelaznej defensywy The Reds, a ponadto często, gęsto i efektywnie poczyna sobie w ofensywie - w 2018 roku zdobył w lidze 1 gola i zaliczył 7 asyst.

    Nie ukrywam, iż miałem kilku faworytów, jeśli chodzi o pozycję cofniętego pomocnika, lecz nie mogłem powstrzymać się przed wybraniem Fernandinho. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego boiskowej prezencji, łączącej w sobie odpowiedzialność ze świadomością taktycznych mechanizmów. Brazylijczyk, pisząc kolokwialnie, zna swoje miejsce w szeregu i nie pcha się do wykonywania czynności, które sprawniej i lepiej wyjdą jego kolegom. W mistrzowskim sezonie Manchesteru City był jednym z kluczowych ogniw drużyny, zawodnikiem od "czarnej roboty", często jedynym defensywnym graczem środka pola. Również w obecnych rozgrywkach, jest jednym z liderów drużyny, czym niesamowicie mi zaimponował, gdyż wyróżnianie się na tle tak utalentowanej grupy piłkarzy to prawdziwa sztuka.

    Prawym pomocnikiem, elastycznie przyjmującym także rolę skrzydłowego musiałem mianować Mohameda Salaha. Wszelkie uzasadnienia są w zasadzie zbędne, wszyscy wiemy, kim dla Premier League stał się Egipcjanin. Król strzelców poprzednich rozgrywek nie zwolnił tempa w obecnie trwającej kampanii i udowodnił niedowiarkom, iż jego popisy nie były jednorazowe. W 2018 roku zdobył w lidze 28 bramek i zanotował 13 asyst. Moim zdaniem, to najlepszy zawodnik, jaki biegał po angielskich boiskach w minionych 12 miesiącach. Być może w kolejnych przyjdzie mu świętować także sukcesy drużynowe.

    Lewą flankę opanował natomiast Eden Hazard, który miał poważnego konkurenta w postaci Leroya Sane. Zadecydował jednak fakt, iż w kończącym się roku wreszcie w pełni doceniłem kunszt Belga, który dostarczył ku temu sporo przesłanek. Liderem Chelsea jest nie od dziś ani nawet nie od wczoraj, lecz zdaje się coraz rzadziej znikać w trudnych dla drużyny chwilach, a jego magiczne sztuczki wreszcie są związane stricte z futbolem. W potyczkach ligowych Eden 17-krotnie wpisywał się na listę strzelców oraz 11-krotnie asystował przy golach kompanów z murawy. Nie są to może statystyki kosmiczne (wciąż może je poprawić, gdyż przed nim jeszcze jeden występ), ale z pewnością wystarczające, by zyskać moją sympatię, która owocuje wyróżnieniem w niniejszym zestawieniu.

    Nie mogłem też pominąć Raheema Sterlinga, który z konieczności został przeze mnie przekwalifikowany na ofensywnego pomocnika, jak czyni zresztą niekiedy Gareth Southgate, korzystając z usług 24-latka. Gdyby nie kontuzja, przez którą Kevin de Bruyne stracił połowę rozgrywek 2018/19, pozycja ta byłaby zapewne zarezerwowana właśnie dla niego. Wspomniany wcześniej Anglik niczym jednak nie odstaje, co udowadniają jego liczby: 14 goli oraz 15 asyst w samej tylko Premier League (dziś rozegra jeszcze jedno spotkanie). Zawodnik Manchesteru City był pierwszoplanową postacią w zeszłosezonowym sukcesie klubu, a i w tym robi, co może, by pomóc zespołowi w obronie tytułu mistrzowskiego. Aby misja zakończyła się sukcesem, Sterling będzie musiał wspiąć się na absolutne wyżyny swoich umiejętności.

    Pierwszym ogniwem wyborowego duetu napastników jest kapitan reprezentacji Anglii - Harry Kane. Zawodnik Tottenhamu jest według mnie "dziewiątką" kompletną, co w przyszłości pozwoli mu na pobicie rekordu Alana Shearera. Podstawowym warunkiem jest oczywiście pozostanie na Wyspach przez znakomitą większość kariery, co w związku z podpisaniem długoterminowego kontraktu z klubem z Londynu jest całkiem możliwe. W 2018 roku lider Kogutów zdobył w lidze 25 bramek i choć dał sobie wydrzeć koronę króla strzelców, to po raz kolejny dał świadectwo swojej klasy. Nie ukrywam, iż Kane jest aktualnie jednym z moich ulubionych piłkarzy i w niemal każdym występie dodatkowo potęguje moją sympatię.

    Ostatnim członkiem mojej drużyny roku Premier League jest natomiast Pierre-Emerick Aubameyang, który występuje na angielskich boiskach od lutego. W 26 ligowych spotkaniach w barwach Arsenalu ustrzelił 23 gole, co bez wątpienia zasługuje na uznanie. Jest jednym z topowych specjalistów od karania defensyw rywali i mimo swoich ograniczeń, a także boiskowego minimalizmu, znajduje się w gronie najbardziej elektryzujących zawodników angielskiej ekstraklasy. Moim zdaniem, Gabończyk stał się także najlepszym wzmocnieniem spośród piłkarzy przybyłych na Wyspy w minionym roku.

    Postanowiłem wyróżnić też menedżera, który w moim mniemaniu w minionych 12 miesiącach wykonywał swoją pracę najlepiej. Mimo grudniowych perypetii, wybór mógł być tylko jeden, a jest nim, rzecz jasna, Pep Guardiola. Pasjonat futbolu, innowator i człowiek żyjący piłką 24 godziny na dobę udowodnił, że Anglia mu nie straszna, a jego filozofia w zderzeniu z Premier League wcale nie jest skazana na porażkę. W niebieskiej części Manchesteru stworzył potwora, który przez znakomitą większość roku dominował i patrzył na resztę stawki z góry. Katalończyk zyskał moje względy kosztem Eddiego Howe'a, Mauricio Pochettino, Rafy Beniteza oraz Chrisa Hughtona.

    Wiadomo jak to bywa z drużynami marzeń, połączenie najlepszych zawodników nie zawsze daje oczekiwane skutki. Sądzę jednak, iż wybrany przeze mnie zespół liczyłby się w rywalizacji o najwyższe cele, choć nie przesądzam, czy faktycznie byłby w stanie cokolwiek osiągnąć.

    Jak wyglądałaby Wasza jedenastka roku Premier League?

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: CollageMaker_20181226_144237548.jpg

    •  

      @StaXik: Z wiekszością wborów i argumentów się zgadzam (np. Trippier zamiast Walkera,czy Ederson zamiast Alissona - ale tu tak jak napisałeś dlatego że oceniamy rok a nie pół sezonu). Trochę nie pasuje mi wybór Guardioli. Ok, wygrał ligę w cuglach, bez dwóch zdań za poprzedni sezon należy mu się uznanie, ale jesli chodzi o rok kalendarzowy to jednak Klopp. Po pierwsze nic z Guardiolą nie przegrał, po drugie bardzo trafne transfery, nie tylko pod względem pozycji które wymagały wzmocnienia ale i doboru piłkarzy którzy mają przyjść.

      Jeszcze kilka słów na temat Fernandinho. Niektórzy piszą o nim, że najbardziej niedoceniany, wg mnie był najbardziej przecenianym, ale muszę uderzyć się w pierś. Fanem nie jestem, ale ostatnie mecze City bez niego pokazały ile znaczy dla drużyny. I tu też kamyczek do ogródka Pepa, że nie znalazł żadnego zastępcy.
      pokaż całość

      +: StaXik
    • więcej komentarzy (10)

  •  

    “Moim zdaniem, powinno się doceniać każde kolejne zwycięstwo, każdy kolejny komplet punktów, a na koniec także kolejną kwalifikację do Ligi Mistrzów. Bo na to Tottenham zdecydowanie stać. Ewentualny krajowy puchar można potraktować jako bonus, lecz kluczowa jest kolejna cegiełka do muru opatrzonego szyldem „stabilizacja”. Tylko wymuszenie na właścicielu zainwestowania funduszy w transfery, co z uwagi na nowy obiekt łatwe nie będzie, może w przyszłości skłonić kibiców do wymagania czegoś więcej.”

    To fragment tekstu, który zamieściłem na stronie 9 listopada bieżącego roku. Tottenham zajmował wówczas czwarte miejsce w tabeli angielskiej ekstraklasy i mimo 24 punktów na koncie - drugi najlepszy bilans w historii występów klubu w Premier League - nie był poważnym kandydatem do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Na podium były bowiem 3 niepokonane drużyny, z którymi Koguty wówczas równać się nie mogły.

    Końcówka roku, a co za tym idzie wyśmienita forma zespołu Mauricio Pochettino, skłania jednak do zastanowienia się nad tym, w jakim stopniu jego szanse na zajęcie pierwszej lokaty na koniec sezonu wzrosły. Od wspomnianego wcześniej początku listopada, Londyńczycy wygrali 8 ligowych spotkań, tracąc jedynie 3 punkty w starciu z Arsenalem. Niemoc pozostałych potentatów pozwoliła im natomiast na wdrapanie się na drugie miejsce, lecz do pole position jeszcze daleko. Do lidera z Liverpoolu tracą bowiem aż 6 oczek.

    Sprawia to, że wciąż trudno wyobrazić sobie Hugo Llorisa wznoszącego w maju trofeum za wygranie Premier League i skaczących w ekstazie zawodników Tottenhamu. Przewaga The Reds nie pozwala mi też na określenie obecnej sytuacji w czubie tabeli jako wyścig trzech koni. Owszem, trójca, którą uzupełnia Manchester City, wysunęła się nieco przed szereg, lecz o ile Koguty oraz Obywatele zrobili jeden krok, o tyle podopieczni Kloppa postawili solidne dwa.

    Nie zmienia to jednak faktu, że aktualna forma drużyny z północnego Londynu robi spore wrażenie. 11 bramek zdobytych w 2 ostatnich meczach i 3 czyste konta w poprzednich 4 kolejkach to efekt wyśmienitej dyspozycji poszczególnych zawodników.

    Na pierwszy plan wysuwają się naturalnie ci ofensywni, czyli Harry Kane, który w samym tylko grudniu zdołał strzelić 5 goli, Hueng-Min Son, który w tymże miesiącu zdobył 6 bramek i zanotował 4 asysty, a także Christian Eriksen, który zaczął wreszcie regularnie grać, co zaowocowało 3 trafieniami i 3 ostatecznymi podaniami. Swoje robią też Lucas oraz Dele, którzy są jednak nieco mniej regularni.

    Defensywa może nie jest murem nie do skruszenia, lecz wobec bilansu bramkowego, wynoszącego w ostatnim miesiącu roku 19:7, nie ma o co kruszyć kopii. Rotacja pozwoliła na zabłyśnięcie Kyle’owi Walker-Petersowi, który potrzebował zaledwie 35 minut, by w starciu z Bournemouth zaliczyć 3 asysty.

    Mimo wszystko, sądzę jednak, iż na sytuację Kogutów należy patrzeć z dystansem i chłodną głową. Warto doceniać ich starania i doprawdy efektowne, a także efektywne poczynania w ostatnim czasie, lecz wiceliderowanie w końcówce grudnia jeszcze o niczym nie świadczy. Szanse na ostateczny triumf wciąż są niewielkie, gdyż dogonienie lub ewentualne dotrzymanie tempa Liverpoolowi będzie niezwykle trudne, być może w porównywalnym stopniu do odpierania ataków naciskających na Tottenham drużyn.

    Wymaganie od podopiecznych Pochettino nawiązania równorzędnej walki jest coraz bardziej uzasadnione, lecz podtrzymuję moją opinię z początku listopada i uważam, że uznawanie zdobycia najcenniejszego w Anglii lauru przez Kane’a i spółkę za konieczność byłoby sporym nadużyciem. Kolejna cegiełka dołożona do muru opatrzonego szyldem “stabilizacja” urosła natomiast do zaskakujących rozmiarów i na ten moment znacznie wykracza ponad najodważniejsze oczekiwania kibiców. Powinno to cieszyć, ale w żadnym wypadku nie zamazywać całościowego obrazu sytuacji. Tottenham nie jest głównym pretendentem do tytułu mistrzowskiego i nie zapowiada się, by w najbliższym czasie miał się nim stać.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #tottenham #spurs #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-29 00-02-53.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Jesteśmy równo na półmetku sezonu Premier League. Sprawdźmy, co wydarzyło się w 19. serii gier!

    1. Liverpool powiększył swoją przewagę nad wiceliderem i stał się czwartym zespołem w historii, który w połowie rozgrywek pozostawał niepokonany.

    2. Tottenham zdobył 11 bramek w poprzednich dwóch spotkaniach, co zrobiło spore wrażenie, lecz przede wszystkim pomogło Kogutom we wdrapaniu się na drugi stopień podium.

    3. Manchester City męczył się z Leicester w Pucharze Ligi (ostatecznie wygrał po rzutach karnych), męczył się i w lidze, lecz tym razem poległ, przegrywając drugi mecz z rzędu w Premier League pierwszy raz od 2 lat.

    4. Chelsea udowodniła, iż potrafi grać w Boxing Day - w tych okolicznościach jest niepokonana od 14 występów.

    5. Arsenal tylko zremisował z Brighton i w dziewiątym kolejnym wyjazdowym meczu ligowym stracił gola - to najdłuższa seria klubu od 2010 roku, kiedy licznik zatrzymał się na 11 starciach.

    6. Manchester United wygrał drugie spotkanie pod wodzą Ole Gunnara Solskjaera, który stał się piątym szkoleniowcem w historii Czerwonych Diabłów, który uzbierał 6 punktów w 2 pierwszych kolejkach swojej pracy.

    7. Leicester w odstępie czterech dni pokonało dwóch przedstawicieli czołowej szóstki (Chelsea i Manchester City), co poprzednio zajęło mu 19 meczów z tego typu rywalami.

    8. Everton szybko pozbierał się po laniu od Tottenhamu i tym razem sam 5-krotnie trafiał do bramki rywala w wyjazdowym starciu angielskiej ekstraklasy, co ostatnio udało mu się w 1996 roku.

    9. West Ham uzbierał w grudniu 15 punktów, co jest klubowym rekordem pod względem zdobyczy w jednym miesiącu rywalizacji na poziomie Premier League.

    10. Watford ulegał przeciwnikom w 3 z poprzednich 5 domowych spotkań, lecz i tak utrzymał miejsce w górnej części tabeli.

    11. Wolverhampton przegrało 1 mecz rozgrywany w Londynie na 8 ostatnich okazji i chyba mało kto spodziewał się, iż zaledwie zremisuje z zamykającym wówczas stawkę Fulham.

    12. Bournemouth poległo różnicą 5 goli pierwszy raz od 2013 roku i starcia z Szerszeniami, jeszcze na poziomie Championship.

    13. Brighton niby ledwie aspiruje do miana średniaka, lecz w starciach na własnym stadionie jest niemal bezbłędne - przegrało tylko 2 z poprzednich 12 ligowych spotkań.

    14. Crystal Palace oddało 31 strzałów - najwięcej od sezonu 2003/04 - by bezbramkowo zremisować z Cardiff.

    15. Newcastle nie miało żadnych szans na Anfield, gdzie ponieśli najdotkliwszą porażkę od grudnia 1987 roku.

    16. Southampton straciło w tym sezonie 15 punktów z pozycji prowadzącego w danym meczu - więcej niż jakakolwiek inna drużyna.

    17. Cardiff nie wygrało w Boxing Day od 5 spotkań, lecz Neil Warnock od 10 meczów jest niepokonany na Selhurst Park.

    18. Burnley w 19 kolejkach tego sezonu straciło 41 bramek, czyli o 2 więcej niż w całej poprzedniej kampanii.

    19. Dzięki remisowi z Wilkami, Fulham po 8 seriach gier odbiło się od dna ligowej tabeli.

    20. Huddersfield jest czwartym zespołem w historii rozgrywek, który przegrał 6 spotkań w jednym miesiącu kalendarzowym.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-28 01-06-25.jpg

  •  

    Nominalni napastnicy Chelsea - Morata i Giroud - zdobyli w tym sezonie 12 bramek. Dla porównania, Pierre-Emerick Aubameyang tuzin uzbierał w samej tylko Premier League. Wobec niemocy swoich snajperów, Maurizio Sarri zdecydował się posłać na szpicę Edena Hazarda, lecz ten, pomimo niewątpliwie udanej kampanii - przewodzi w ligowej klasyfikacji najlepszych asystentów - występując jako najbardziej wysunięty zawodnik drużyny, traci część swoich atutów. I chociaż nadal zalicza podania otwierające kolegom drogę do bramki, to sam tylko raz wpisał się na listę strzelców.

    Cała sytuacja, w obliczu posłanych na wypożyczenie Batshuayia oraz Abrahama, jawi się dość niezrozumiale. Owszem, Belg nie gra sezonu życia w Valencii, lecz poprzednie rozgrywki może zaliczyć do obiecujących w swoim wykonaniu. Reprezentując barwy Borussii Dortmund nawiązał do swoich najlepszych chwil, jeszcze z czasów występów w Olympique Marsylia, co z pewnością dawało mu nadzieję na otrzymanie poważnej szansy na Stamford Bridge. Takowej nigdy nie doświadczył, gdyż Antonio Conte stawiał na niego niechętnie lub wcale. Przyjście Sarriego niczego nie zmieniło, ponieważ ten nie obdarzył Michy’ego cieniem zaufania.

    Jak wspomniałem, 25-latkowi nie wiedzie się w Hiszpanii, wobec czego brytyjskie media podają, iż Chelsea planuje ściągnąć go do Anglii w styczniu, by… wypożyczyć następnie do Crystal Palace. Nie ma tematu sprawdzenia Belga w układance włoskiego szkoleniowca, poszukania nowego wariantu ustawienia. Jeśli Batshuayi wróci do Londynu, to zamiast na Stamford Bridge zawita na Selhurst Park.

    Na tymczasową banicję skazany jest także Tammy Abraham. Młody Anglik w obecnym sezonie Championship zdobył 13 bramek w 17 występach, jest liderem Aston Villi i znajduje się w ścisłej czołówce najlepszych strzelców zaplecza Premier League. W jego przypadku wypożyczenie jest bardziej uzasadnione z uwagi na poprzednie rozgrywki, w których kompletnie zawiódł na poziomie ekstraklasy, przywdziewając barwy późniejszego spadkowicza ze Swansea.

    Mimo wszystko uważam jednak, iż zasługuje on na szansę pokazania się w Chelsea. Ocenianie go przez pryzmat grania z partnerami o wątpliwej jakości piłkarskiej, a takich miały w swoich szeregach Łabędzie, jest nieco na wyrost, by nie napisać niesprawiedliwe. Spekulacji o rychłym powrocie Abrahama jednak brak.

    Głośno natomiast o chęci sprowadzenia Gonzalo Higuaina, który pod wodzą Sarriego zdobywał w Napoli szczyty indywidualnych osiągnięć. Argentyńczyk miałby zamienić się miejscami pracy z Alvaro Moratą. Oprócz niego, do transferu na Stamford Bridge przymierzani są między innymi Jamie Vardy, Callum Wilson, a także… Robert Lewandowski. Tę ostatnią opcję należy jednak włożyć głęboko między bajki.

    The Blues nie są najbardziej bramkostrzelną ekipą, biorąc pod uwagę czołówkę ligowej stawki wypadają najsłabiej. Ewidentnie brakuje rasowego snajpera z prawdziwego zdarzenia, bez którego bardzo trudno będzie powalczyć o najwyższe cele. O ile Giroud na krótszą metę przejawia śladowe szczątki instynktu kilera, o tyle Morata pudłuje na potęgę nawet w najdogodniejszych i z pozoru najłatwiejszych sytuacjach, a do tego trapią go kontuzje.

    W żadnym wypadku nie twierdzę, iż lekiem na całe zło oraz gwarancją goli jest Batshuayi czy Abraham. Rozumiem i szanuję koncepcję ogrywania ich w innych drużynach, lecz nie pojmuję braku prób sprawdzenia ich przydatności dla Chelsea w większym wymiarze czasowym. Sądzę, że udowodnili, iż przynajmniej na tyle zasługują.

    Jasne, postawienie na napastnika z wyższej półki jest w przypadku Sarriego, potrzebującego zwycięstw, punktów i awansów, łatwiejszym i logicznym wyjściem. Pytanie tylko, czy jedynym słusznym i, w szerszej perspektywie, korzystniejszym dla klubu Romana Abramowicza?

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 48425194_313269706062981_1719040465287774208_n.jpg

    •  

      @StaXik: Napastnicy Chelsea to prawdziwy temat rzeka. Morata wybrany przez Conte na początku spisywał się więcej niż dobrze a później wiadomo jak było. Michy to typowy transfer ery Emenalo. Człowiek wrzucony do drużyny bez konsultacji z trenerem, skąd my to znamy. Giroud miał być solidnym rezerwowym i nikim więcej a niestety oczekuje się od niego dużo więcej niż to było pierwotnie zakładane. Abraham... nie od dziś wiadomo, że Tamy kontakt z bazą stracił jeszcze przed wkroczeniem do pierwszej drużyny Chelsea ale to jego wypożyczenie do Aston Villi to jakieś nieporozumienie.
      Przyjdzie Igła? Spoko ale to tylko potwierdza, że w Chelsea panuje chaos. Jeszcze przed sezonem tylko trener go widział a teraz już się nadaje? I tak jest w każdej formacji. W ostatnich latach polityka od ściany do ściany przynosiła skutek głównie przez nieudolność u rywali. Tylko, że Arsenal zaczął układać swoje klocki we właściwy sposób. Klopp wyprostował L'pool a Poche już od dawna nadał świetny kształt Spurs. O City chyba nie trzeba wspominać.
      Wydaje mi się, że prawdziwe problemy dopiero w Chelsea się zaczną a obecnie widać tego pierwsze symptomy.
      pokaż całość

    •  

      @Kristof7: Zgadzam się. Chelsea w pewnym sensie podąża drogą Manchesteru United

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    18. seria gier Premier League dobiegła końca! Co ciekawego wydarzyło się na angielskich boiskach tym razem?

    1. Tylko dwie drużyny w historii uzbierały na tym etapie sezonu więcej punktów niż obecnie ma ich na koncie Liverpool, który nie przegrał od 10 spotkań wyjazdowych, co jest jego najlepszą serią od 1992 roku.

    2. Manchester City poległ 2-krotnie w ostatnich 3 ligowych meczach - tyle samo, ile w przypadku 61 poprzednich, a sobotnia porażka z Crystal Palace była pierwszą doznaną w domowym starciu z ekipą spoza TOP 6 od lutego 2016.

    3. Po raz czwarty w historii Premier League, Tottenham w potyczce wyjazdowej strzelił 6 goli i, co ciekawe, 2-krotnie uczynił to mierząc się z drużynami prowadzonymi przez Marco Silvę.

    4. Drugi raz na przestrzeni 4 spotkań rozgrywanych na Stamford Bridge Chelsea nie zdołała zdobyć bramki i przegrała pierwszy mecz ligowy na własnym obiekcie w tym sezonie.

    5. Pewnie wygrał natomiast Arsenal, który prowadził do przerwy z Burnley, co ostatnio udało mu się w pożegnalnej kolejce Arsene’a Wengera.

    6. Efektowny debiut na ławce trenerskiej Manchesteru United zaliczył Ole Gunnar Solskjaer, lecz nie jest to żaden ewenement, gdyż od odejścia na emeryturę Sir Alexa Fergusona 4 z 5 nowo zatrudnionych menedżerów było świadkami zdobycia przez drużynę minimum 3 goli (w przypadku Moyesa i Giggsa były to 4 trafienia, a Mourinho 3).

    7. Watford pokonał West Ham, kończąc niechlubną serię 7 spotkań bez zachowania czystego konta w Premier League.

    8. Wygrało także Bournemouth, które jest liderem w dość nietypowej klasyfikacji - jego przeciwnicy w obecnie trwających rozgrywkach aż 5-krotnie oglądali czerwone kartki i kończyli mecze w osłabieniu.

    9. Leicester niespodziewanie ograło Chelsea, a duet Vardy-Maddison po raz kolejny dał o sobie znać (napastnik w 15 starciach z przedstawicielami czołowej szóstki zdobył 13 bramek, a pomocnik wykreował w tym sezonie aż 41 okazji do wpisania się na listę strzelców).

    10. Wolverhampton dość przeciętnie radzi sobie na Molineux, gdyż przegrało tam 4 z poprzednich 6 meczów w Premier League.

    11. Everton nie wygrał od 5 kolejek, w czym nie pomaga dyspozycja Jordana Pickforda - żaden inny zawodnik nie popełnił więcej błędów (3) prowadzących bezpośrednio do utraty gola.

    12. Zakończyła się świetna passa West Hamu, lecz 2 porażki w 9 spotkaniach to w przypadku Młotów bilans więcej niż dobry.

    13. Chris Hughton nigdy nie doświadczył smaku zwycięstwa, kiedy Brighton mierzyło się z Bournemouth, więc sobotnia przegrana nie jest dla niego żadnym szokiem.

    14. Zaskoczyło za to Crystal Palace, które do wbicia Manchesterowi City 3 goli potrzebowało zaledwie 3 celnych strzałów.

    15. Newcastle nie poległo od 4 kolejek, lecz remis z zamykającym tabelę Fulham powinien być traktowany jako zbędna strata punktów.

    16. Ralph Hasenhuttl zanotował 2 zwycięstwa w 3 meczach za sterami Southampton, czyli zaledwie 1 mniej niż jego poprzednik w 22 próbach.

    17. Cardiff znów przegrało, a Neil Warnock doznał 50. porażki w Premier League, co zajęło mu 92 spotkania - tylko 3 menedżerów w historii potrzebowało mniej.

    18. Burnley nie jest w stanie opuścić strefy spadkowej, lecz notując najgorszy bilans punktowy w najwyższej klasie rozgrywkowej od 1970 roku nie może oczekiwać cudów.

    19. Huddersfield doznało porażki w 9 z poprzednich 12 meczów na własnym stadionie i zdobyło w nich zaledwie 4 bramki.

    20. Fulham wprawdzie zachowało pierwsze czyste konto w Premier League od kwietnia 2014 roku, lecz samo także nie zdołało strzelić gola i ani drgnęło z dna.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-23 11-36-48.jpg

  •  

    Mały Książę Anfield

    Do 69. minuty przebywał na ławce rezerwowych wśród graczy, którzy nie zostali desygnowani do gry w podstawowym składzie, a jego zespół - mimo przytłaczającej przewagi - remisował z odwiecznym rywalem. W 70. pojawił się na boisku i już 180 sekund później cieszył się z gola, który dał gospodarzom prowadzenie. Po upływie kilku chwil, po raz kolejny wpisał się na listę strzelców, kompletując dublet i ustalając wynik spotkania. Dzięki znakomitej zmianie, której bohaterem stał się Xherdan Shaqiri, Liverpool po raz pierwszy od 8 spotkań ograł Manchester United w Premier League i umocnił się na pozycji lidera. Szwajcar udowodnił, nie pierwszy zresztą raz, że sprowadzenie go latem na Anfield było znakomitą decyzją.

    The Reds za niezwykle dobrze zbudowanego pomocnika zapłacili spadkowiczowi ze Stoke niecałe 15 milionów euro. Niecałe 15 milionów za zawodnika, który przychodził jako uzupełnienie składu i wsparcie dla ofensywnego tria, a który w 5 miesięcy wywarł na nową drużynę większy wpływ niż Alexis Sanchez na ekipę z Old Trafford przez rok. A trzeba pamiętać, że Chilijczyk miał z miejsca stać się liderem i odmienić oblicze Czerwonych Diabłów.

    Wracając jednak do byłego gracza między innymi Interu Mediolan i Bayernu Monachium, niedzielne wydarzenia nie były dla niego nowym doświadczeniem. Nie było nim rozpoczęcie meczu poza murawą, gdyż na początku sezonu Shaqiri był w zasadzie etatowym rezerwowym i dopóki Jurgen Klopp nie zdecydował się na ustawienie 1-4-2-3-1, dopóty Szwajcar nie był członkiem pierwszej jedenastki. Żadnym novum nie były też bramki zdobyte w starciu z Czerwonymi Diabłami, ponieważ 28 lipca, podczas swojego nieoficjalnego debiutu w ramach International Champions Cup, także wpisał się na listę strzelców, a The Reds rozgromili United 4:1.

    Nie zmienia to jednak faktu, że Szwajcar zanotował bardzo udany - choć nie najdłuższy - występ w ligowych Derbach Anglii i jest obecnie jednym z najważniejszych ogniw zespołu z Merseyside. Jego osiągnięciu nie mogą umniejszać okoliczności, w jakich padły oba gole. Jasne, rykoszety, po których piłka odbiła się od zawodników rywala i zmyliła bramkarza bardzo mu pomogły, lecz Xherdan był w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, oddał dostatecznie silne uderzenia i mógł celebrować ich rezultaty wraz z kolegami. Nie pierwszy zresztą raz.

    Pomocnik ma na swoim koncie 5 bramek zdobytych w tym sezonie Premier League. Do ich skompletowania potrzebował 18 strzałów, spośród których 7 było celnych. Jeśli więc futbolówka zmierza już między słupki, to w 71% przypadków ląduje w siatce. Shaqiri w żadnym razie wybitnym kreatorem nie jest - posyła średnio 1 kluczowe podanie w każdym występie - ale 2 asysty zdołał, jak dotąd, zanotować. Co ciekawe, niespecjalnie często wchodzi też w drybling (przeciętnie raz na spotkanie), lecz przy 30% skuteczności takowych prób, trudno mu się dziwić.

    Szwajcar stał się drugim graczem w historii Liverpoolu, który w swoim pierwszym oficjalnym meczu przeciwko Manchesterowi United zanotował dublet. To osiągnięcie jedynie wzmocniło sympatię, jaką kibice z czerwonej części miasta Beatlesów darzą zawodnika sprowadzonego podczas letniego okienka transferowego. Shaqiri już od pierwszych kopnięć piłki w nowych barwach zjednał sobie fanów, a dziś jest jednym z ulubieńców publiczności. Tej jesieni zasłużył na tytuł Małego Księcia Anfield i wcale nie zamierza rezygnować z walki o tron. Na krytyczne słowa twierdzących, jakoby nie nadawał się do reprezentowania wielkich klubów odpowiedział w najlepszy możliwy sposób - świetną dyspozycją sportową.

    Czy po latach chudych w sukcesy nastanie w jego karierze czas sukcesów?

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #lfc #liverpool #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-16 23-45-12.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    17. seria gier angielskiej ekstraklasy już za nami! Co wiemy po jej rozegraniu?

    1. Liverpool okazał się lepszy w Derbach Anglii i zanotował najwyższą domową wygraną z Manchesterem United w Premier League od 2011 roku.

    2. Manchester City wraca na zwycięską ścieżkę, a Raheem Sterling udowadnia, że ma głowę na karku, strzelając 2. gola w Premier League tą częścią ciała (pierwszego zdobył w 2015 roku).

    3. Bramki w doliczonym czasie gry potrzebował Tottenham, by zwyciężyć 100. ligowy mecz pod wodzą Mauricio Pochettino.

    4. Chelsea ograła Brighton, a Willian stał się 3. Brazylijczykiem, który wziął udział przy 50 trafieniach w Premier League.

    5. Arsenal po raz 17. w tym sezonie nie prowadził do przerwy, lecz po końcowym gwizdku był na minusie pierwszy raz od 22 spotkań.

    6. Aż do 36 strzałów dopuściła defensywa Manchesteru United w starciu z Liverpoolem - to najwięcej od kiedy prowadzi się statystyczne bazy danych, a więc od sezonu 2003/04.

    7. Wilki wygrały trzecie spotkanie z rzędu, do czego przyczyniła się bramka zdobyta przez Jimeneza - piąta w tym sezonie, piąta zdobyta na Molineux.

    8. Od momentu przyjścia na Etihad Stadium Pepa Guardioli nikt nie strzelił Obywatelom więcej goli w Premier League od Evertonu, lecz ten sobotni był jedynie honorowym.

    9. West Ham wygrywa, a Snodgrass, mający udział przy 5 trafieniach zespołu w poprzednich 4 występach, nawiązuje do swoich najlepszych chwil w ekstraklasie, kiedy był liderem Hull City.

    10. Watford zwyciężył w lidze pierwszy raz od października, a Domingos Quina stał się najmłodszym zdobywcą bramki (19 lat i 27 dni) dla Szerszeni w Premier League.

    11. Bournemouth straciło 16 goli w ostatnich 7 kolejkach i nadal nie potrafi wyjść z dołka.

    12. Formą nie imponuje też Leicester, które nie wygrało ani jednego z poprzednich dziesięciu spotkań ligowych rozgrywanych w Londynie.

    13. To niewiarygodne, ale Brighton w całej historii swoich występów w Premier League tylko 6 razy poległo na własnym stadionie - 5-krotnie z przedstawicielami żelaznej TOP 6.

    14. Newcastle, po raz pierwszy od 2012 roku, pozostaje niepokonane od 4 ekstraklasowych meczów poza St James’ Park.

    15. Luka Milivojevic po raz kolejny potwierdził swoją wartość dla drużyny Crystal Palace, a od jego debiutu żaden zawodnik Orłów nie strzelił więcej goli w Premier League od niego.

    16. Cardiff pierwszy raz w tym sezonie zdobyło dwie bramki w jednym meczu, co poprzednio udało się Walijczykom w 2014 roku, lecz i tak poległo w starciu z Watfordem.

    17. Southampton wygrało pierwsze spotkanie od września, notując 3 trafienia po uderzeniach piłki głową.

    18. Po raz 3. w tej kampanii, Burnley nie było w stanie oddać celnego strzału przez 90 minut gry.

    19. Od startu rozgrywek 2017/18, Huddersfield aż 29-krotnie zagrało “na 0” z przodu - żadna inna drużyna nawet nie zbliżyła się do tej liczby.

    20. Fulham straciło już 42 gole (słownie: czterdzieści dwa) - z tak mocarną defensywą trudno myśleć o utrzymaniu.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-16 23-44-08.jpg

  •  

    Syn niemarnotrawny

    Płakał, gdy jego Korea Południowa odpadła z rosyjskiego mundialu, nie wychodząc nawet z grupy. Wiedział bowiem, że przed przerwaniem znakomicie prowadzonej kariery, której rozwój w poprzednim sezonie znacznie przyspieszył, na rzecz przymusowej służby wojskowej, może uchronić go już tylko jedno - triumf w Igrzyskach Azjatyckich. Jeśli właśnie pożegnałeś się z turniejem życia, tego typu osiągnięcie jawi ci się jako iście karkołomne zadanie. W tym kontekście, rozpacz zawodnika dziwić nie może. Minęły jednak 2 miesiące i na twarzy Hueng-min Sona znów pojawił się uśmiech. Z Indonezji wrócił ze złotem na szyi i spokojem w duszy. Od tego momentu mógł całkowicie poświęcić się piłce, wszelkie koszary przestały być mu straszne.

    Ze wszystkich stron napływały do niego gratulacje oraz pochwały, środowisko cieszyło się, iż nie straci możliwości podziwiania błyskotliwego skrzydłowego. Jednak pośród całej radości pojawiły się także ostrzeżenia i przestrzeżenia. Koreańczyk miał mieć trudności z powrotem do wyjściowej jedenastki Mauricio Pochettino, z uwagi na doskonałą formę Lucasa Moury, który pod nieobecność Sona notował świetne występy okraszone bardzo dobrymi liczbami. Ich wagę podkreśla choćby tytuł Zawodnika Miesiąca odebrany przez Brazylijczyka w nagrodę za sierpniowe osiągnięcia.

    Przyznajmy, że taki stan rzeczy mógł nieco zakłócić spokój świeżo upieczonego azjatyckiego czempiona i przyprawić go o sporą dawkę stresu. Mógł, ale tego nie zrobił. Son zakasał rękawy - lub raczej nogawki - i wziął się do pracy. Nie zamierzał odpoczywać czy przesadnie długo świętować sukcesu. Chciał natomiast jak najszybciej wejść do gry i faktycznie, zrobił to w błyskawicznym tempie. Już niespełna 2 tygodnie po finale rozegranym w Dżakarcie, pojawił się na murawie w starciu z Liverpoolem, a tydzień później znalazł się w podstawowym składzie na mecz z Brighton. Występy a znaczące poczynania ofensywne to jednak 2 różne kwestie.

    Na pierwszą zdobycz w Premier League Koreańczyk musiał poczekać aż do listopada i spotkania Tottenhamu z Wolverhampton. Zanotował w nim asystę i od tego czasu maszyna ruszyła. Dziś ma na koncie 3 gole (jeden uzyskał nawet tytuł najładniejszego w listopadzie) i 2 ostatnie podania, a w ostatnich 4 kolejkach ponownie był kluczowym elementem w układance argentyńskiego szkoleniowca. Syn niemarnotrawny powrócił w wielkim stylu.

    Jego bardziej szczegółowe statystyki nie są wprawdzie równie imponujące, co w poprzednim sezonie, lecz nadal wskazują na to, jak wysoki poziom na murawie gwarantuje Son. Jego uderzenia w 42% sytuacji zmierzają w kierunku bramki przeciwnika, co przy średniej ilości strzałów na każdy występ, wynoszącej 2.2, złym wynikiem z pewnością nie jest. Jeśli chodzi o podania, trzeba szczerze przyznać - szału nie ma. Koreańczyk wykonuje niespełna 1 kluczowy pass na spotkanie i wykreował swoim kolegom jedynie 1 stuprocentową okazję do zdobycia gola. Zdecydowanie lepiej jednak drybluje - na 1.7 prób aż 1.1 stanowią te udane.

    Jak wspomniałem wcześniej, Koreańczyk znowu jest pierwszoplanową postacią w zespole Tottenhamu. To na nim w dużej mierze spoczywa odpowiedzialność za poczynania ofensywne Kogutów, z której to powinności rzetelnie się wywiązuje. Tworzy symbiozę z Kanem, świetnie rozumie się z Dele i dobrze współpracuje z Lucasem, z którym miał przecież rywalizować o miejsce w pierwszym składzie. Pod jego nieobecność drużyna nie cierpiała katuszy, ale momentami brakowało jej błysku, drapieżnego pazura. Teraz ma i to, i Sona w wyśmienitej dyspozycji. Z tymi komponentami swobodnie może mierzyć w kolejny awans do Ligi Mistrzów poprzez zajęcie miejsca w czołowej czwórce Premier League. Z kolei reprezentant Korei Południowej - jako oddany i wierny ojczyźnie obywatel, spełniający wobec niej swoje obowiązki - może w pełni oddać się temu, co lubi najbardziej i potrafi najlepiej - uprawianiu futbolu na najwyższym poziomie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #tottenham #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-13 13-06-52.jpg

  •  

    "Tacy sami, a ściana między nami"

    Futbol schodzi na ziemię. Użycie małej litery na początku ostatniego wyrazu pierwszego zdania w żadnym razie nie jest pomyłką. Nie mam bowiem na myśli odebrania Złotej Piłki kosmitom w postaciach Messiego oraz Ronaldo i ponowne sprowadzenie jej na naszą planetę przez Modricia. Chodzi o trend panujący w tej pięknej dyscyplinie sportowej na najwyższym światowym poziomie, dotyczący wzrostu zawodników. Zapewne nie uszedł Waszej uwadze fakt tego, że najlepsze zespoły coraz częściej i gęściej składają się z graczy uznawanych powszechnie za niskich. Doskonale widać to na boiskach Premier League.

    W ścisłych czołówkach wszelakich klasyfikacji plasują się gracze pokroju Sterlinga, Frasera czy Shaqiriego, którzy swoimi centymetrami mierzonymi wzwyż nie imponują. Hazard, Bernardo Silva i David Silva także do wielkoludów nie należą. To tylko kilka przykładów na to, iż szkoleniowcy preferują styl gry, oparty na krążeniu futbolówki od nogi do nogi po ziemi, wyszkoleniu technicznym i szybkości, a długie podania i walka w powietrzu stopniowo odchodzą do lamusa, są rzadkością w arsenale potentatów. Wśród ekip z dolnej części tabeli naturalnie nadal są pielęgnowane i czasem nawet zdają egzamin, jak chociażby w przypadku Cardiff.

    Co ciekawe, moda na niższych nie dotyczy wyłącznie graczy usposobionych skrajnie ofensywnie, czego dowodem jest chociażby korespondencyjna rywalizacja o panowanie w londyńskim środku pola. Po jednej stronie utytułowany, uwielbiany i doskonale znający realia angielskiej ekstraklasy N’Golo Kante. Po drugiej nie mniej lubiany, niezwykle waleczny, lecz na brytyjskie salony dopiero wkraczający Lucas Torreira. Ich boiskowe poczynania przynoszą niemal identyczne skutki.

    Francuz ewoluował pod wodzą Sarriego i jest dziś pomocnikiem nie wahającym się przy okazji podłączania się do przeprowadzanego przez jego zespół ataku. Znaczenie częściej pojawia się pod polem karnym rywali, co w zmaganiach ligowych zaprocentowało zdobyciem 2 goli i zanotowaniem 2 asyst. Nie zapomniał jednak o swoich zadaniach defensywnych, na co wskazuje średnia liczba odbiorów w każdym występie na poziomie 1.8 oraz przechwytów - 1.3.

    Urugwajczyk z kolei, przychodząc do Arsenalu miał łatkę piłkarza biegającego od jednej “szesnastki” do drugiej i w rzeczy samej, to właśnie robi. Ma bliźniaczo podobne statystyki ofensywne do wyżej wymienionego, z tym, że na ich wypracowanie potrzebował o 5 występów mniej. Nieco lepiej radzi sobie natomiast broniąc, gdyż futbolówkę odbiera w spotkaniu średnio 1.9 razy, a przechwytuje ją przeciętnie 1.4 razy.

    Obaj są świetni w swoim fachu, obaj nie najwyżsi (mierzą po 168 centymetrów), obaj mają podobne cele: dominować i zwyciężać. Trudno na ten moment ocenić, który z nich jest lepszy, więc uznajmy, iż dorównują sobie klasą. Być może na koniec sezonu o rozstrzygnięcie tej rywalizacji będzie łatwiej. Być może na koniec sezonu jeden z nich zawiesi na szyi medal za triumf w tych czy innych rozgrywkach, a drugi tylko obejdzie się jego smakiem. Tak czy inaczej, nie ma wątpliwości, iż Chelsea oraz Arsenal mają w swoich szeregach prawdziwe skarby, których zazdrości im niejedna drużyna. Może nie są one największe gabarytowo, lecz pod względem umiejętności i determinacji mało kto może się do nich zbliżyć.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #chelsea #arsenal #zycienaokraglo

    Grafika: Bleacher Report Football
    pokaż całość

    źródło: IMG_20181211_193929.jpg

    •  

      @Kristof7 Nie potrafili, dlatego większość z nich była w składach co wygrywały Mundial, LM czy ligi krajowe? :P

    •  

      @Ragnarokk: Nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodziło. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Kiedyś wielu piłkarzy bazowało na mentalu czy przygotowaniu fizycznym i to w zupełności wystarczało. Dziś szkolenie poszło tak do przodu, że opieranie się na powyższych już na topowym poziomie po prostu nie wystarcza.
      Na pewno pamiętasz Denisa Wise, który był kapitanem Chelsea. Jak grał dla Wimbledonu i w początkowych etapach dla Chelsea to bazował głównie na agresji i twardych wejściach czym maskował swoje słabe warunki fizyczne. W pewnym momencie nauczył się grać w piłkę. ¯\_(ツ)_/¯ Nawet niezgorszy to miało efekt dla jego kariery, szkoda, że tak późno do tego doszedł. pokaż całość

    • więcej komentarzy (9)

  •  

    “Nikt nie ma wątpliwości, że młody Anglik ma potencjał, by stać się wielkim zawodnikiem. Wydawało się, iż niezwłocznie zapuka do bram z napisem „klasa światowa”, lecz wciąż brakuje mu najważniejszego, a więc wspomnianej wcześniej regularności. Coś lub ktoś blokuje i hamuje jego rozwój, który mógłby przebiegać znacznie szybciej.” To fragment tekstu zatytułowanego “Marcus niepospolitus”, który pojawił się na łamach mojego bloga w połowie października.

    Rashford znajdował się wówczas w dość trudnej sytuacji, jeśli chodzi o swoją pozycję w klubowej hierarchii. Grał stosunkowo niewiele, w żadnym stopniu nie imponował też liczbami. Paradoksalnie, lepiej radził sobie w Reprezentacji Anglii niż w barwach Manchesteru United, gdzie w teorii miał więcej szans na złapanie odpowiedniego rytmu. Nic nie układało się jednak po jego myśli.

    I nagle nastał grudzień, a wraz z nim Marcusowe przebudzenie mocy. Wychowanek Czerwonych Diabłów zdobył 2 bramki i zanotował 4 asysty w 4 występach i był w tym okresie liderem drużyny Mourinho. Zaufanie, którym Portugalczyk obdarzył swojego podopiecznego, niewątpliwie zaprocentowało i zdaje się, że właśnie tego młody zawodnik potrzebował najbardziej.

    Jeśli Rashford ma stać się graczem światowego formatu, to teraz nastał właściwy czas, by wszedł na wyższy poziom. Jak dotąd, ostatni miesiąc 2018 roku jest dla Anglika bardzo udany, a jego boiskowe poczynania udowadniają, iż przy regularnych występach ma on szansę na systematyczne postępy i stanowienie o sile swojego zespołu. Byleby tylko “nie odleciał” mentalnie, a menedżer nie zakuł go w taktyczne kajdany, zabijające jego kreatywność i pewność siebie. Przecież dopiero co je zrzucił…

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #united #manchesterunited #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-13 01-00-48.jpg

  •  

    Młoty wyższej jakości

    Każda szanująca się ekipa budowlano-remontowa musi spełnić kilka warunków, by móc dobrze funkcjonować. Przede wszystkim powinna składać się z członków prezentujących określone umiejętności wymagane do pracy w zawodzie, posiadać człowieka, który potrafi kierować działaniami grupy, a także kogoś odpowiedzialnego za pozyskiwanie kolejnych zleceń lub, jak to się kolokwialnie określa, "fuch". Wszystko to byłoby jednak niczym, gdyby nie sprzęt potrzebny do wykonywania poszczególnych zadań. Ekipa o nazwie Premier League od dłuższego czasu miała kłopot ze skompletowaniem wszystkich narzędzi. Obecnie wygląda na to, że kryzys dobiega końca, albowiem odnalazły się zaginione Młoty.

    Dziesiąte, trzynaste, dwunaste, siódme, jedenaste, trzynaste. Takie pozycje zajmował West Ham United na koniec każdego z ostatnich 6 sezonów, czyli od czasu ponownego awansu do Premier League. Ta wyliczanka zdaje się jedynie potwierdzać tożsamość klubu, który od zawsze był raczej solidnym średniakiem niż potentatem grającym o najwyższe cele. Nadzwyczaj dobre wyniki w kampanii 2015/16 zaowocowały jednak prawem do wzięcia udziału w eliminacjach Ligi Europy i rozbudziły apetyty właścicieli, działaczy, piłkarzy oraz kibiców. Jak wiemy, drużyna nie zdołała wówczas awansować do fazy grupowej rozgrywek na Starym Kontynencie, a szybko i brutalnie zakończona przygoda okazała się swoistym "pocałunkiem śmierci".

    Kolejna lata to stopniowa degradacja, zjazd w ligowej tabeli oraz zatracenie boiskowego stylu i charakteru. Nie pomogła zmiana szkoleniowa, na nic zdały się wielomilionowe transfery.

    Wobec takiego stanu rzeczy, początek obecnego sezonu nie mógł napawać sympatyków Młotów optymizmem. Niby przyszedł nowy, utytułowany i znający realia Premier League menedżer, niby dokonano kolejnych wzmocnień, a korzystnych wyników wciąż nie było. Po pierwszych 4 kolejkach, Londyńczycy mieli na koncie 4 porażki, a ich bilans bramkowy wynosił 4:8. Nie oszukujmy się, nie tak to miało wyglądać.

    Potem jednak coś ruszyło, duch drużyny został pobudzony i mimo kolejnych przegranych spotkań, West Ham potrafił notować 3-meczowe cykle bez ulegania przeciwnikom, a teraz śrubuje zwycięską serię, która trwa od 3 kolejek, a która to zaprowadziła go na 11. miejsce w stawce. Biorąc pod uwagę przydługi, nudnawy, a ponadto nieudany prolog, akt drugi jawi się zachęcająco.

    Zdaje się, że Manuel Pellegrini wreszcie ukształtował zespół na własną modłę, co wymagało dłuższej chwili, lecz przynosi oczekiwane efekty. Porównując obecnie trwające rozgrywki z poprzednimi, Młoty zdobywają więcej bramek na mecz biorąc pod uwagę średnią (1.44 do 1,26), na co niewątpliwy wpływ ma ilość celnych strzałów oddawanych w każdym spotkaniu (4,4 do 3,5). Przekłada się to na liczby poszczególnych zawodników, spośród których najjaśniej błyszczy sprowadzony latem Felipe Anderson. Brazylijczyk strzelił w lidze 6 goli przy wysokiej, 57% skuteczności uderzeń zmierzających do siatek rywali.

    Niewiele mniejszą legitymują się dwaj pozostali najbardziej bramkostrzelni zawodnicy West Hamu. Marko Arnautovic ma na koncie 5 trafień przy 47% skuteczności, a Chcharito 4 przy 53%. Warto zaznaczyć, że Meksykanin jest dopiero 13. w klubowej klasyfikacji pod względem rozegranych minut (574), co dodatkowo potęguje jego wpływ na poczynania ofensywne drużyny.

    Poza ilością zdobywanych bramek, na atrakcyjniejszy styl gry Młotów oddziałuje także liczba wykonywanych podań. W poprzednim sezonie, w każdym meczu było ich średnio 378, a w tym aż 410. Spójnik "aż" odnosi się rzecz jasna do postępu, jaki zanotował zespół, gdyż do czołówki, której przewodzi Chelsea z 691 passami, podopiecznym Pellegriniego jeszcze daleko.

    W dziale kreacji wyróżnia się Robert Snodgrass, który może pochwalić się dorobkiem 3 asyst, w zaliczeniu których niewątpliwie pomogło posyłanie 1,7 kluczowego podania na każdy występ. W tej statystyce ustępuje jedynie wspomnianemu wcześniej koledze z Kraju Kawy, który notuje takowych 1,8. Futbolówka najwięcej razy przechodzi przez nogi Marka Noble'a, który wykonuje przeciętnie 50 passów na spotkanie.

    Defensywa Młotów monolitem nie jest, na co wskazuje choćby ujemny bilans bramkowy. Jak się jednak okazuje, i w obronie zaobserwować można progres. Londyńczycy tracą 1,56 gola co kolejkę, a w kampanii 2017/18 ich średnia liczba wynosiła 1,79. Drużyna notuje też więcej odbiorów, w czym bryluje kolejny piłkarz występujący w klubie od minionego lata - Fabian Balbuena. Ważnymi członkami defensywy są również Issa Diop oraz Pablo Zabaleta.

    Całej formacji z pewnością pomaga fakt posiadania za plecami niezwykle solidnego bramkarza, jakim jest Łukasz Fabiański. Co prawda Polak na koncie zaledwie 2 czyste konta, a w sieci 25 piłek, lecz sam popełnił jedynie 1 błąd bezpośrednio prowadzący do zdobycia gola przez przeciwnika. Przeoczeniu nie może ulec konieczność interwencji w aż 62 sytuacjach, co w tym względzie daje golkiperowi Reprezentacji Polski drugie miejsce w stawce (przewodzi Joe Hart z 70 obronami). Niedawno Fabian przypomniał też, iż "umie w rzuty karne", za co spłynęły na niego pochwały z całej piłkarskiej Anglii i nie tylko.

    Po erze marazmu późnego Bilica oraz mizernej przygodzie z Moyesem u steru, nastał czas zdecydowanie bardziej odważnego Pellegriniego. Dziś, już bez wahania, można przyznać, że zarząd wykonał dobrą robotę ściągając Chilijczyka z Chin, okazując mu zaufanie i dając swobodę w działaniu. Ten dobrał sobie odpowiednich ludzi, wyselekcjonował określoną grupę zawodników i wpoił jej swoją filozofię gry. West Ham nie jest może drużyną z czołówki, lecz uczciwie napisać trzeba, iż jego mecze ogląda się z przyjemnością, co jeszcze rok temu wydawało się nie do pomyślenia.

    W głowach wielu rodzi się zapewne pytanie o to, na co realnie stać Młoty oraz o to, czym zakończy się dla nich ta kampania. Otóż, moim zdaniem, zbyt wcześnie, by marzyć o europejskich pucharach, patrząc na to, co prezentują Everton, Bournemouth czy choćby Leicester. Z Pucharem Ligi Londyńczycy pożegnali się w 1/8 finału, ulegając Tottenhamowi, a rozgrywki Pucharu Anglii to za wysokie progi, by mierzyć w ostateczny triumf. Sądzę, że miejsce w okolicach środka tabeli Premier League przy spokojnym doskonaleniu schematów, docieraniu się jako grupa i realizacji założeń nakreślonych przez menedżera byłoby dobrym fundamentem pod stawianie sobie wyższych celów w następnym sezonie. Co więcej, uważam, iż to całkiem realistyczny scenariusz.

    Premier League, jako jedna z najbardziej szanowanych ekip budowlano-remontowych, potrzebuje wysokiej jakości narzędzi, w tym Młotów. Te niedawno odzyskane spełniają jej oczekiwania i umożliwiają pracę przy wymagających projektach, a dodatkowo dają nadzieję na zarobek poprzez wypożyczanie ich innym majsterkowiczom, choćby tym spod znaku Ligi Europy. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie za kilka chwil, lecz wykazując się cierpliwością przez dłuższy okres, można liczyć na tego typu efekty. Na razie jednak pozostaje skrupulatne wykorzystywanie sprzętu i poddawanie go kolejnym testom. Tylko tak da się go w pełni poznać oraz sprawdzić.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #whufc #westham #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-11 15-19-09.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Trzecia seria gier w przeciągu tygodnia z małym okładem już za nami. Co wiemy po 16. kolejce Premier League?

    1. Jedynym niepokonanym na polu bitwy pozostał Liverpool, który korzystając z hat-tricka Salaha wskoczył na najwyższy stopień podium.

    2. Manchester City uległ w lidze po raz pierwszy od 22 spotkań, a Guardiola po raz trzeci przegrał z Chelsea w angielskiej ekstraklasie - więcej niż z jakąkolwiek inną drużyną.

    3. Tottenham uzbierał dotąd 36 punktów, co jest najlepszym wynikiem na tym etapie sezonu w historii występów klubu w Premier League.

    4. Chelsea pokonała mistrza, lecz początek meczu wcale obiecujący nie był - gol zdobyty przez Kante w 45. minucie był pierwszym uderzeniem na bramkę w wykonaniu The Blues tego wieczoru (poprzednio tak długie oczekiwanie na strzał przydarzyło im się w sezonie 2006/07).

    5. Emery lubi dokonywać zmian w przerwie spotkania, a w obecnie trwającej kampanii zdecydował się na to aż 14-krotnie - więcej niż jakikolwiek inny menedżer w stawce.

    6. Juan Mata zdobył w Premier League 50 bramek i zanotował ponad 50 asyst (może się pochwalić takim dorobkiem jako trzeci Hiszpan po Davidzie Silvie oraz Cescu Fabregasie), a jego Manchester United w efektownym stylu pokonał Fulham.

    7. Everton zdołał doprowadzić do remisu w starciu z Watfordem w doliczonym czasie gry, a trafienie Lucasa Digne jest drugim najpóźniejszym w tej kampanii (Francuz wpisał się na listę strzelców, gdy na zegarze widniało 95:08, a Barkley w meczu przeciwko Czerwonym Diabłom dokonał tego w 95. minucie i 27. sekundzie).

    8. Od startu sezonu 2015/16 Bournemouth strzeliło 8 goli samobójczych - najwięcej spośród ekip występujących w tym czasie w ekstraklasie.

    9. Od powrotu Leicester do najwyższej klasy rozgrywkowej, jego bramkarze podczas starć z Tottenhamem wyciągali piłkę z siatki aż 22 razy.

    10. Wolverhampton po 16 kolejkach ma na koncie 6 zwycięstw, czyli więcej niż podczas całej kampanii 2011/12.

    11. West Ham trzeci raz z rzędu wygrał mecz zdobywając 3 bramki, co ostatnio udało mu się w 1982 roku.

    12. Watford w upływie zaledwie 2 minut i 10 sekund przeszedł od stanu 1:0 do stanu 1:2, lecz nie wywiózł z Goodison Park kompletu punktów.

    13. W poprzednich 3 spotkaniach pomiędzy Brighton a Burnley padł zaledwie 1 gol, na nieszczęście Mew, nie dla nich.

    14. Na fali wznoszącej utrzymuje się Cardiff, które wygrało 4 z ostatnich 5 meczów domowych w Premier League.

    15. Newcastle niby ma barwy czarno-białe, ale po cichu lubi kolor czerwony, gdyż aż 82 kartki tego koloru oglądali jego zawodnicy w historii angielskiej ekstraklasy (jedynie gracze Evertonu i Arsenalu uzbierali więcej).

    16. Crystal Palace przegrało swoje 50. derby Londynu rozgrywane w ramach Premier League, co zajęło im 91 występów.

    17. Burnley zanotowało swoje 4. czyste konto w tym sezonie - dla porównania, w poprzednim sezonie miało ich na tym etapie 8.

    18. Huddersfield z 10 trafieniami legitymuje się najgorszą ofensywną w stawce i otwiera strefę spadkową.

    19. Efekt nowej miotły nie zadziałał i posucha zwycięska Southampton trwa już od 14 meczów we wszystkich rozgrywkach.

    20. Fulham nie potrafi zachować czystego konta od 20 kolejek angielskiej ekstraklasy (biorąc pod uwagę poprzednie przygody The Cottagers w Premier League), a w tym sezonie ligowym straciło już 40 bramek.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #kolejkaw20

    Grafika: ZEZO CARTOONS
    pokaż całość

    źródło: 47505294_904887856382729_5383565592265490432_n.jpg

  •  

    500. Tyle występów w Premier League ma na koncie James Milner, który uczcił swój wczorajszy jubileusz efektownym zwycięstwem z Bournemouth, zapewniającym Liverpoolowi pierwsze miejsce w tabeli. Anglik jest 13. zawodnikiem, któremu w rozgrywkach angielskiej ekstraklasy stuknęło pół tysiąca spotkań. Wcześniej dokonali tego między innymi Gerrard, Ferdinand, Lampard i Giggs, a rekordzistą pod tym względem jest Gareth Barry, który ma w swoim dorobku 653 mecze.

    51 goli i 78 asyst - statystyki Milnera na kolana nie powalają. Doskonale oddają jednak jego usposobienie. Nigdy nie był zawodnikiem porywającym tłumy z powodu niesamowitych zagrań, wymyślnych dryblingów, sztuczek technicznych czy niezwykle silnych i precyzyjnych strzałów. Zawsze jednak był i wciąż jest graczem solidnym, oddanym drużynie, zdolnym do poświęceń, zdeterminowanym, by osiągnąć cel, zagrzewającym kolegów do walki oraz dającym z siebie wszystko, co może i co ma najlepsze. Nie można mu też odmówić uniwersalności, gdyż dobrze czuje się w środku pola, w przeszłości występował na bokach pomocy, a jak trzeba, to i obie flanki obrony obskoczy bez najmniejszego problemu czy chwili zawahania.

    James to także synonim szczęśliwego talizmanu. Kiedy bowiem trafia do bramki rywala, jego drużyna nie przegrywa meczu. W gruncie rzeczy jednak, 32-latek jest zwyczajnym, normalnym facetem, który zna się na swoim fachu i po prostu robi swoje. Nie wywołuje skandali, nie ma ambicji, by znajdować się na okładkach gazet i nigdy nie zależało mu, by być na “świeczniku”. Preferuje spokojne, poukładane życie profesjonalisty, w pełni skupionego na pracy. Ta zwykłość to w dzisiejszych czasach niezwykłość. Inna sprawa, że na Twitterze furorę robi karykaturalne konto o nazwie “Boring James Milner”. Anglik jak najbardziej zdaje sobie sprawę z jego istnienia i niejednokrotnie okazywał dystans względem tym podobnych żartów.

    Ulubieniec trybun, oddany żołnierz, lider i urodzony kapitan. Tak pokrótce opisać można zawodnika Liverpoolu. Cały ten tekst jest laurką z cyklu: dla kończących karierę. Anglik ani myśli jednak o zawieszeniu butów piłkarskich na kołku, gdyż wciąż stanowi o sile swojego zespołu. Przy pomyślnych wiatrach jeszcze w tym sezonie wskoczy na 6. pozycję wszech czasów pod względem ilości rozegranych spotkań i niewykluczone, że na jego koniec co nieco na swej szyi zawiesi. Tego, a także zdrowia, należy Milnerowi życzyć przy okazji składania gratulacji za zgromadzenie 500 występów w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. Należy odtąd do, jakby nie patrzeć, elitarnego grona najwytrwalszych graczy w historii Premier League.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #lfc #liverpool #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2018-12-09 00-23-52.jpg

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #zycienaokraglo

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:1,0:1

Archiwum tagów