•  

    Dziś spotkanie Radwańskiej z Muguruzą w półfinale Wimbledonu. Na moment proponuję jednak podróż w czasie do roku 2001.

    Niewiele zdawało się wskazywać na emocje i dramaturgie, których świadkami byli kibice zgromadzeni między 25 czerwca, a 9 lipca. Wielkim faworytem męskiego turnieju był nr 1 na świecie Pete Sampras. Amerykanin między 1993 r., a 2000 r. przegrał na Wimbledonie jeden mecz - ćwierćfinał 1996 roku z Richardem Krajickiem, późniejszym sensacyjnym triumfatorem turnieju. Mimo, że forma Samprasa ewidentnie spadała, a od Wimbledonu 2000 nie wygrał żadnego turnieju, to ciężko było wskazywać rywala dla niego. Niektórzy wskazywali na Agassiego, inni na finalistę poprzedniego roku - Pata Raftera.

    Sampras niespodziewanie poległ w IV rundzie. I była to wówczas sensacja ogromnego kalibru. Mający passę 31 wygranych z rzędu na kortach Wimbledonu Amerykanin przegrał z niezbyt znanym, 19 - letnim żółtodziobem ze Szwajcarii, który nigdy wcześniej nie przekroczył bariery I rundy. Prawie 4 godziny walki, wspaniałych wymian, akcji serve&volley. 7:6, 5:7, 6:4, 6:7, 7:5 dla niejakiego Rogera Federera. Dziś wiemy, jak ogromną symboliczną wartość miał tamten pojedynek. Koniec ery dominacji jednego, stał się początkiem wspaniałej kariery drugiego. Umarł król, niech żyje król. Było to ich jedyne w karierze starcie. Mecz dla Szwajcara okazał się na tyle wyczerpujący, że w ćwierćfinale uległ bohaterowi gospodarzy - Timowi Henmanowi.

    Ale to wcale nie była jedyna historia związana z tamtym turniejem. Przez lata największym rywalem Samprasa był Goran Ivanisevic. Potężny Chorwat, z atomowym serwisem, w latach 90-tych świetnie radził sobie zwłaszcza na kortach trawiastych. Ale był również ogromnym pechowcem. W '92 w półfinale ograł Samprasa, ale w finale musiał uznać wyższość Agassiego. Wynik? 7:6, 4:6, 4:6, 6:1, 4:6. Dwa lata później, ponownie Sampras, ale tym razem w finale. Wynik? 6:7, 6:7, 0:6. Rok później okazja do rewanżu w półfinale. Ponownie wygrywa Sampras: 7:6, 4:6, 6:3, 4:6, 6:3. Wreszcie, rok 1998, Ivanisevic ponownie dociera do finału i ponownie musi mierzyć się z Samprasem. Przeklętym Petem Samprasem. 7:6, 6:7, 4:6, 6:3, 6:2. Po tym meczu kariera Chorwata załamała się. Pogłębiająca się kontuzja ramienia, pośrednio związana ze stylem gry Chorwata, spowodowała znaczny spadek jego pozycji w rankingu. Rok 2000 był dla niego szczególnie upokarzający - jedynie w Australii przebrnął I rundę. A początek następnego sezonu to już kompletna tragedia - w Australii nie przebrnął kwalifikacji, a do Francji nawet nie pojechał. Wydawało się, że pozostanie olbrzymim pechowcem, a marzenia o tytule pozostaną niespełnione.

    Przed Wimbledonem Ivanisevic był 125. w rankingu ATP, a to oznaczało, że do turnieju musiał się kwalifikować. Przez wzgląd na jego wspaniałe wyniki w przeszłości, organizatorzy oszczędzili mu kłopotu i przyznali dziką kartą. Nie ukrywajmy jednak - miało to jedynie wyrazić szacunek dla jego dawnych dokonań i nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że Chorwat może na Wimbledonie zabalować dłużej niż 2-3 rundy. Każda kolejna runda miała być ostatnią, każdy kolejny mecz wydawał się być dla niego finałem. Żywiołowe reakcje, odprawiane w trakcie spotkań ceremoniały - całowanie piłek, specyficzne gesty - wszystko sprawiło, że Chorwat szybko odzyskał sympatię publiczności i gromadził na swoich pojedynkach tłumy. Pokonał kolejno kwalifikanta Jonssona, Moyę, Roddicka i Rusedskiego, by ku zdumieniu całego świata tenisowego wygrać z czarnym koniem imprezy - Maratem Safinem.

    Półfinał z Timem Henmanem to jednak oddzielna historia. Po raz pierwszy Ivanisevic nie miał za sobą publiczności. W rozegraniu pojedynku przeszkadzały również deszcze. Mecz wielokrotnie przerywano. Trwający 3 dni pojedynek był pełen dramatów i zwrotów akcji. Ostatecznie Ivanisevic wygrywa 7:6, 6:7, 0:6, 7:6, 6:3. Henman nigdy potem nie będzie tak blisko finału ukochanego Wimbledonu.

    I wreszcie finał przeciwko Rafterowi. Wyjątkowo rozegrany w poniedziałek. Wyjątkowy, bo na trybunach pełno Chorwatów i Australijczyków, żywiołowo dopingujących swoich faworytów, a to na Wimbledonie niezbyt częsty obrazek. A wreszcie wyjątkowo, bo pierwszy raz w historii mistrzem Wimbledonu zostaje zawodnik z dziką kartą. Nigdy wcześniej i nigdy później to się na turnieju Wielkiego Szlema nie powtórzy. Ivanisevic jest również zawodnikiem z najniższym rankingiem, któremu udało się to dokonać.

    Chorwata już do końca kariery prześladować będą kontuzje. Nie odniesie żadnego innego sukcesu. Ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

    Moim skromnym zdaniem, to jedno z najbardziej niesamowitych rozstrzygnięć w historii sportu. Scenariusz, o którym powiedzielibyśmy, że jest zbyt piękny, aby mógł się wydarzyć naprawdę. A jednak, tak właśnie się stało.

    #tenis #wimbledon

    źródło: youtube.com

    •  

      @rooger: super tekst. To zawsze są niesamowite historie jak zawodnik po wielu niepowodzeniach wreszcie zdobywa tytuł. Z drugiej strony bywa też, że ostatecznie się nie udaje - do dzisiaj mi szkoda Roddicka po finale z 2009 r., trzeci przegrany finał z Federerem, do tego 16-14 w piątym secie.
      Z tego samego powodu mam nadzieję, że Djokovic kiedyś wygra w Paryżu.

      źródło: youtube.com

    •  

      Chorwata już do końca kariery prześladować będą kontuzje. Nie odniesie żadnego innego sukcesu. Ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

      @rooger: Utkwiło mi w pamięci (mimo niezbyt dużego wieku), że Ivanisević powiedział po meczu, że teraz może już przegrać wszystkie turnieje do końca życia.

Gorące dyskusje ostatnie 12h