•  

    Warszawscy urzędnicy złamali prawo, przekazując Jeziorko Gocławskie na własność osobie prywatnej - orzekło Samorządowe Kolegium Odwoławcze. Sędziowie przyznali jednak, że tej decyzji nie da się unieważnić, bo wywołała "nieodwracalne skutki prawne". Urzędniczka, która ją podpisała, nadal pracuje w ratuszu

    - Odcięli nas od jeziorka! - takie skargi kilka miesięcy temu były powszechne wśród mieszkańców Gocławia. Irytację budziły płoty, które otoczyły plac budowy osiedla firmy Dom Development. Domy o wysokości od czterech do sześciu pięter powstają tuż obok Jeziorka Gocławskiego. Ludzie byli przyzwyczajeni, że do jeziorka jest swobodny dostęp, więc się zdenerwowali, gdy od strony ul. Jana Nowaka-Jeziorańskiego trzeba się było przeciskać ciasnym przesmykiem pomiędzy wysokimi płotami. Złe wrażenie robiły także płoty ustawione prawie nad lustrem wody po obu stronach kanałku zasilającego jeziorko.

    Jeziorko Gocławskie: własność prywatna

    Dziś większość płotów znikła, bo domy są albo gotowe, albo ich budowa dobiega końca. Po obu stronach kanałku znów można chodzić. Deweloper na swój koszt zbudował tam chodnik i wygodną ścieżkę rowerową, postawił oświetlenie, zasadził wypielęgnowaną zieleń. Rozebrał też ogrodzenia tworzące ciasny przesmyk - w tym miejscu jest dziś kilkudziesięciometrowa przerwa między domami i wygodne schodki prowadzące nad jeziorko.

    - Obiecywaliśmy, że osiedla nie ogrodzimy i zostawimy swobodny dostęp do jeziora. Słowa dotrzymaliśmy - mówi Radosław Bieliński z Dom Development.

    Do jeziorka rzeczywiście może podejść każdy. Korzystają z tego wędkarze ("Biorą, biorą. Leszczyki są i płocie" - mówi pan łowiący ryby na brzegu) i okoliczni mieszkańcy, którzy opalają się nad wodą. Jednak choć w jeziorku żyją ryby i żaby, pływają po nim kaczki i łyski, to jest ono brudne - w wielu miejscach unosi się kożuch z plastikowych i szklanych butelek.

    - Nie możemy tego sprzątać. Jeziorko nie jest własnością dzielnicy, tylko prywatną. Jedyne, co możemy zrobić, to nasłać straż miejską, by wystawiła właścicielowi mandat - słyszymy od jednego z dzielnicowych urzędników.

    Jak to się stało, że jeziorko trafiło w prywatne ręce? Przed wojną ten teren był własnością rodziny Potockich. Po wojnie jeziorko wraz z okolicami znacjonalizowano dekretem Bieruta. Roszczenia od spadkobierców Potockich kupili biznesmeni, którzy pod koniec lat 90. wystąpili o zwrot gruntów wokół jeziorka (sprzedali je później deweloperowi) i samego jeziorka. W 2000 r. urzędnicy ówczesnej gminy Warszawa- -Centrum oddali im ziemię w użytkowanie wieczyste. Użytkownicy powołali się na ustawę z 1997 r. i złożyli wniosek o przekształcenie użytkowania we własność. Taką decyzję gmina Warszawa-Centrum wydała w październiku 2002 r. Było to kilka dni przed wyborami samorządowymi, po których prezydentem Warszawy (i burmistrzem gminy Centrum) przestał być Wojciech Kozak z Platformy Obywatelskiej, a zastąpił go Lech Kaczyński z Prawa i Sprawiedliwości.

    O tych decyzjach mało kto wiedział, bo jeziorko przez lata wyglądało tak samo. Sprawa wyszła na jaw, kiedy swoje bloki zaczęła budować firma Dom Development. Wtedy społecznicy zaczęli wertować dokumenty z przeszłości. Decyzję o przekazaniu jeziorka w prywatne ręce zaskarżyła do prokuratury Liga Ochrony Fauny i Flory RP założona przez mieszkańców Gocławia. Prokuratura dla Warszawy-Pragi w ubiegłym roku zwróciła się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego o unieważnienie decyzji o przekształceniu użytkowania we własność.

    Ratusz odwołał się od wyroku

    "Stołeczna" dotarła do uzasadnienia wyroku, który SKO wydało w tej sprawie wiosną. Kolegium potwierdziło, że przekazanie własności jeziorka w prywatne ręce było rażącym naruszeniem prawa. Bo przepisy ustawy z 1997 r. pozwalały na przekształcenie użytkowania wieczystego we własność, ale tylko jeżeli prawo użytkowania zostało nabyte przed październikiem 1998 r. "Treść przepisu ustawy z 1997 r. nie budzi wątpliwości interpretacyjnych, które mogłyby skutkować innym jego rozumieniem. Naruszenie prawa jest zatem niewątpliwe" - stwierdzili sędziowie SKO.

    - To dyskusyjny pogląd - twierdzi Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego ratusza. Według niego obowiązujące w 2002 r. przepisy i orzecznictwo mówiły o przekształceniu użytkowania wieczystego we własność bez względu na termin, kiedy byli właściciele otrzymali zwrot. Ratusz odwołał się od wyroku SKO.

    Decyzję, która według SKO rażąco złamała przepisy, wydała z upoważnienia burmistrza gminy Warszawa-Centrum Jolanta Raba. Pracuje w stołecznym ratuszu do dziś, w biurze gospodarki nieruchomościami.

    Choć SKO uznało decyzję za niezgodną z prawem, odmówiło unieważnienia jej, tłumacząc, że wywołała "nieodwracalne skutki prawne" - grunt zaraz potem został sprzedany, a zmian własnościowych nie można cofnąć na drodze administracyjnej. Trzej adresaci decyzji z 2002 r. zmarli, a obecnie jeziorko jest własnością jednej osoby. Od tego wyroku odwołała się prokuratura, podtrzymując żądanie unieważnienia decyzji.

    tekst na GW

    #warszawa #goclaw #pragapoludnie