Przeglądasz archiwalną wersję wpisu.
  •  

    Jestem pewna, że nie uwierzycie w to, co mi się dzisiaj przytrafiło.

    Wstaję rano, ważny dzień, obrona pracy licencjackiej. No i od tego momentu rozpoczyna się seria niefortunnych zdarzeń, którą zgotował mi złośliwy los. Po przebudzeniu niewyspana i zestresowana nadchodzącymi wydarzeniami poszłam do toalety nie wiedząc jeszcze, że będę mieć dzisiaj więcej stresu i więcej niespodzianek niż ustawa przewiduje. Bowiem po kilku minutach spędzonych w toalecie okazało się, że drzwi zatrzasnęły się na amen. Zepsuła się klamka. I co teraz?

    Szybka analiza sytuacji wykazała, że:
    - nikogo nie ma w domu, wszyscy w pracy,
    - nie mam przy sobie telefonu, nie mam jak zadzwonić po pomoc,
    - poza podstawowymi akcesoriami toaletowymi nie mam nic czym mogłabym sobie pomóc w otwarciu drzwi.

    Jednym słowem: kurwa mać. Nie poddaję się jednak i zaczynam kombinować jakby tu otworzyć te drzwi. Szarpanie za klamkę w niczym nie pomaga, zepsuta i już. W akcie desperacji zaczynam walić w drzwi z barku, ale metalowe framugi wcale nie ułatwiają sprawy, drzwi ani rusz, a ja też nie jestem dwumetrowym drabem, który wywala drzwi z łokcia. Myślę sobie, no nie. No po prostu kurwa no nie! Za 3h mam obronę pracy licencjackiej, no przecież nie mogę nie przyjść!

    Zaczęłam się rozglądać po toalecie szukając czegoś, co pomogłoby mi otworzyć te cholerne drzwi. Zdemontowałam więc wieszak na papier toaletowy i wydobyłam z niego metalowy pręt. Zaczęłam majstrować przy wkładce, żeby zatrzask jednak zechciał wyjść z framugi, ale męczyłam się bardzo długo na przemian grzebiąc z zamku i próbując wyważyć drzwi. Usiadłam w końcu zrezygnowana na sedesie, byłam już na granicy rozpaczy, nie wiedziałam która jest godzina. Spojrzałam na drzwi, mają one okienko ze szklaną szybką. Zaczynam się zastanawiać czy uda mi się przecisnąć przez to okienko, jeśli rozbiję szkło.

    Po szybkiej kalkulacji wywnioskowałam, że na styk jestem w stanie się przecisnąć, ale problem tkwi w tym, że okno jest na wysokości mojej głowy. W akcie rozpaczy postanowiłam tak czy siak zdewastować te drzwi. Wzięłam pręt, wykonałam kilka mocniejszych uderzeń i szyba w drzwiach zamieniła się w odłamki leżące pod drzwiami. Zaznaczyć tu trzeba, że byłam boso, więc przy okazji tych manewrów pokaleczyłam sobie trochę stopy. Zdesperowana zaczęłam próbować się przecisnąć przez to okienko, ale muszę przyznać, że bardzo kiepsko mi to szło. Toaleta była na tyle daleko od drzwi, ze nie dało się na niej stanąć, by wleźć w to okno. Jak już jakoś przecisnęłam się do połowy, to miałam przed sobą perspektywę upadku na głowę i na ręce na odłamki szkła leżące po drugiej stronie. Po kilkunastu próbach w końcu się poddałam.

    Teraz pozostało mi się już tylko modlić o to, że mój starszy brat wróci do domu. Obrona pracy licencjackiej miała się odbyć o 12:30. Ja do toalety weszłam koło 9:00. Siedziałam tam i emocjonalnie przechodziłam ze skrajności w skrajność. Na początku było niedowierzanie, później panika, następnie desperacja i chęć uwolnienia się, rezygnacja, rozpacz, w miarę upływu czasu znów panika, a na końcu to już krzyk spowodowany złością i bezradnością.

    Nie wiem ile czasu minęło, nie miałam zegarka, ale pewnie ze 2h. Usiadłam na sedesie sięgnęłam po gazety, które są nieodłącznym elementem polskich toalet i przekonana o tym, że już nie zdążę na obronę pracy licencjackiej zaczęłam sobie je czytać czekając aż ktoś wróci do domu i mi pomoże. Jak mi się znudziło, to sięgnęłam po długopis i naparzałam krzyżówkę za krzyżówką, chociaż nie lubię ich rozwiązywać. Cały czas czekałam na dźwięk otwierających się drzwi od mieszkania, ale odpowiadała mi tylko głucha cisza.

    W pewnym momencie zadzwonił domofon. Ha! Myślę sobie, pewnie mój leniwy brat, nie chce mu się kluczy wyciągnąć z kieszeni, więc dzwoni! Jestem uratowana, może jeszcze zdążę na obronę? Czekałam aż wejdzie do mieszkania, jednak to nie nastąpiło. To musiał być listonosz albo jakiś inny ulotkarz. W międzyczasie jeszcze słyszałam, jak kilka razy dzwonił mój telefon, nigdy tak bardzo nie chciałam odebrać telefonu! Taka bezradność.

    Siedziałam więc z pokaleczonymi nogami i rękami dalej rozwiązując krzyżówki. Nagle ktoś łapie za klamkę od drzwi do mieszkania, taaaak kurwa, taaaaaaaak! Zerwałam się z klopa, wystawiłam ryjek przez okno bez szyby, patrzę: mój brat! Nigdy jeszcze nie cieszyłam się tak ja jego widok. Z początku minę miał co najmniej zdziwioną. Zaczęłam do niego krzyczeć, że musi mnie wypuścić, że która jest godzina, bo ja o 12:30 mam obronę pracy licencjackiej. Patrzył na mnie i się śmiał, bo trzeba przyznać, że sytuacja zdecydowanie komiczna. Spojrzał na zegarek i mówi, że 12:00. Kurwa, jeszcze jest nadzieja! Na szczęście mój brat jest złotą rączką, więc od razu wziął się za otwieranie tych drzwi. Pierwsze próby nie dały efektu. Mówię mu więc, żeby przyniósł mi taboret, stanę na nim i przecisnę się przez okno, on mnie po drugiej stronie przytrzyma. Tak też zrobiliśmy, jakoś w końcu udało mi się przecisnąć i zostałam uwolniona. Nigdy nie byłam taka szczęśliwa! Brat śmiał się ze mnie do rozpuku, ja nie wiedziałam czy mu dziękować, czy się śmiać z nim czy płakać ze szczęścia.

    Szybko się ogarnęłam, przemyłam te rany, które były na widoku, ubrałam się w pierwsze z brzegu eleganckie ciuchy i razem z bratem pobiegliśmy do jego auta. Na obronę dojechałam dosłownie kilka minut przed czasem. Byłam kompletnie nieprzygotowana, bardzo zestresowana tymi wszystkimi wydarzeniami, zapraszają mnie na salę. Już na wstępnie się poplątałam próbując powiedzieć jaki jest temat mojej pracy. Po chwili jednak się rozluźniłam i płynnie odpowiadałam na pytania komisji. Podziękowali mi, wyszłam z sali i czekałam na wyniki. Po chwili zaprosili mnie do środka i powiedzieli:

    pokaż spoiler Gratulujemy, zaliczyła Pani obronę pracy na 5.


    P.S. Już nigdy więcej nie pójdę do toalety bez telefonu, a brat będzie się dziś cieszyć kratą zimnego piwa.

    #rozkminyfaminy

    źródło: IMAG0677a.jpg