•  

    #pasta
    Mój ojciec został wróżbitą i znachorem. Jednocześnie. To nic, że z wykształcenia jest elektrykiem, a jedyna wróżba, która w jego życiu się spełniła to "Łojezu, patrz, bo zara pierdolnie z tego kabla!". Naoglądał się jakichś gównoprogramów w nocy i wymyślił, że on też ma dar. Przypomniało mu się, jak kiedyś ożył mu wigilijny karp po tym, jak wlazł do wanny się z nim kąpać, bo matka zabroniła spuszczać wodę, no więc wlazł i kąpał się razem z nim. Karp niby ożył, chociaż ja wiem, że wcale nie umarł, bo stary nie potrafił go pierdolnąć niczym w głowę i po prostu czekał, aż zakończy swój rybi żywot.
    No i on teraz uznał, że to uzdrowienie i w ogóle, i ma dar, bo jak ciotce Halinie poszło oczko w rajstopach to powiedział: "Oj, Halina chyba taka kusicielka z ciebie trochę, hehehe", no i się sprawdziło, bo okazało się, że Halina od roku wali swojego męża po rogach i daje dupy komukolwiek, kto zechce ją dotknąć czymś innym niż kijem przez szmatę.
    Ojciec nazwał się Wróżbitą Ryszardem - super, kurwa, oryginalny pseudonim - i chciał założyć sobie stronę internetową. Dowiedział się, że to wcale nie jest za darmo i zrezygnował, bo on jebanym złodziejom nie będzie płacić, więc wydrukował swoją wąsatą mordę, skserował 50 razy i porozlepiał na osiedlu. Podał numer domowy i codziennie musiałem odbierać telefony od jakichś kryś i grażyn, które dzwonią i pytają, czy to słynny wróżbita, z czego wróży, ile kosztuje wróżba i czy na pewno się sprawdza. Odkładałem słuchawkę bez słowa, ale stary wybiegał do przedpokoju w skarpetach, owinięty pokrowcem na tapczan, który matka kiedyś uszyła z takiej świecącej szmaty a'la celofan i darł na mnie mordę, że mu płoszę klientelę.
    Klientela wyglądała zawsze, jakby właśnie stała w długiej kolejce po orzeczenie o umiarkowany stopień upośledzenia. Mój stary zapraszał, sadzał delikwenta na wypierdzianym fotelu i zaczynał odprawiać różne czary. Za którymś razem usłyszałem, że cytuje kawałek Biblii, potem trochę jakichś słów w nieznanym języku, ale dałbym się zabić, że słyszałem "...parostatkiem w piękny rejs". Potem podpalał kawałek szmaty, machał nim nad głową klienta i mówił, że odpędził już wszystkie uroki i że należy się, heheheh, 70 złotych, jak dla pani, heheheh.
    Raz jakiejś babie doradził, że w niedalekiej przyszłości w jej życiu pojawią się duże pieniądze, ale jej aura wskazuje na to, że musi się ogolić na łyso. Przyszła więc taka grażyna następnym razem z łbem jak strusie jajko, które poobijało się o schody i dziękowała, całowała mego ojca w dłoń mówiąc, że faktycznie, dostała zasiłek, bo się nie pokapowali, że poprzedni przechlała i teraz jest znowu bogaczką.
    Najgorsi byli ci, którzy oczekiwali uzdrowienia. Ojciec wmawiał babom, że mają chore dupy i cycki i musi koniecznie je wymacać swoją aurą, zanim matka wróci, bo ona jest na niższym etapie rozwoju i nie zrozumie, tylko przypierdoli mu kawałkiem starej glazury z przedpokoju, którą zwyczajowo trzyma na złodziei, ale i na starego się nada. Baby się zgadzały, a on nucił pod nosem Bogurodzicę i jeszcze liczył sobie za uzdrowienie 50zł. Myślałem, że okurwieję, ale przegiął w momencie, kiedy postanowił, że wychowa mnie na swojego padawana.
    Mówi do mnie: "Patrz, synek, co ci tatuś znalazł" i pokazuje jakąś aksamitną, świecącą szmatę, którą, jak mówi, ktoś wyjebał na śmietnik, bo nie czuł jej aury. Kazał mi się w to zawinąć i wsłuchać w wewnętrzną energię, a ona podpowiadała mi, że stary debil się nie obroni, kiedy rzucę się, żeby go udusić. Matka skrobała rzepę w kuchni i udawała, że nie widzi, co ojciec ze mną wyprawia.
    W pewnym momencie cofnął się po jakieś wahadełko i dotknął plecami kabla, który wisiał niezabezpieczony. Jak jebnęło, jak zaśmierdziało palonym knurem, jak nie ryknął na całą chatę. Matka odłożyła rzepę na stół i mówi: "A widzisz, stary durniu. A sam mówiłeś, że w końcu z niego pierdolnie."
    Jeszcze nigdy surówka z rzepy tak mi nie smakowała, jak tego dnia.