•  

    1209487 - 415 - 7 - 8 - 12 = 1209045

    Katowice – Bratysława

    Podobnie jak w zeszłym roku, postanowiłem podjąć wyzwanie #festive500, a że tym razem w okresie poświątecznym musiałem jeszcze iść do pracy, a święta chciałem spędzić z rodziną, to czasu zrobiło się niewiele.

    Obserwowałem z wielką uwagą prognozy na ostatnie dni w roku, by uskutecznić jakąś dłuższą trasę, najlepiej wzorem roku poprzedniego, w dniu moich urodzin :) Wtedy udało się dojechać do czeskiej Pragi:

    http://www.wykop.pl/wpis/15877091/40-304-407-39-897-katowice-praga-w-prawdzie-od-dlu/

    Tym razem miałem w planach, by dojechać do Wiednia przed zmrokiem dnia następnego, gdzie chciałem przenocować w jakimś motelu, a następnie udać się do Bratysławy rowerowym szlakiem wzdłuż Dunaju, którym miałem przyjemność jechać z moją Lubą w 2012 roku z sakwami :)
    Dzień przed wyjazdem - standardowo szykowanie roweru, czyli mycie, smarowanie itp. Rano jeszcze do pracy, wiec trzeba przygotować jak najwięcej. Zakładam czysty łańcuch, kręcę korbą by wskoczył na swoje miejsce i okazuje się, że mogę sobie kręcić w miejscu, bo zapadki kasety się nie blokują, czyli bębenek nie napędza koła :) Luzy na łożysku zrobiły swoje – woda i WD-40 dostały się do środka siejąc spustoszenie. Walczę przy wsparciu małżonki dobre 3 godziny, ale niestety nie udaje się wskrzesić piasty. Czyli – myślę sobie- z wyjazdu nici.

    Rano z pracy dzwonię jeszcze za jakąś używką, ale gościu ma 2 zmianę w pracy i nie mam jak odebrać koła. Pod koniec przypominam sobie, że kiedyś do starego MTB kupowałem, tez doraźnie, gotowe kółko z Krossa i pomimo niewielkiej ceny trochę się udało je przeciorać. Na obecne warunki w sam raz. Szybki telefon do sklepu i akurat mają gotowe w moim rozmiarze. No to jadę! Cena? 99zł ;)

    W domu przekładam kasetę, tarczę hamulcową i wszystko śmiga. Choć opory toczenia zdecydowanie większe niż na zajechanych maszynówkach ze starego koła. Ale grunt, że się kręci! ;)

    Niestety reszta majdanu nieprzygotowana, dodatkowo jeszcze wyskoczyły inne sprawy, więc o wyjechaniu zgodnie z wcześniejszym planem mogę zapomnieć. Rozważam zmianę trasy, jednak przegląd mapy nie przynosi skutku w postaci alternatywnych kierunków.

    Ostatecznie wyjeżdżam następnego dnia chwilę przed południem. To oznacza, że muszę odpuścić zaplanowany nocleg i jechać non-stop, co z kolei niesie za sobą zarwanie całej nocy, a więc 13 godzin w mrozie i ciemnościach ;) Na gorąco zgaduję się jeszcze z @Makyo, który postanawia dołączyć do mnie na odcinku do czeskiego Bohumina. Ruszamy więc wspólnie i po 50 km meldujemy się w Maku w Wodzisławiu Śląskim. Tutaj wykupuję mobilnie 2 dni ubezpieczenia na Europę i ruszamy dalej.

    Po przekroczeniu granicy słońce zaczyna chować się za horyzont i niebo nabiera ciekawych barw. Robimy jeszcze wspólnie odcinek do Ostravy, gdzie każdy odbija w swoim kierunku. Tu trochę fotek na Stravie Michała -> https://www.strava.com/activities/814911839 Dzięki za wspólna jazdę ;)

    Pamiętając moje przygody z zeszłorocznego wyjazdu do Wiednia, gdzie Strava z centrum Ostravy prowadziła mnie po ścieżkach leśnych uczęszczanych chyba tylko przez zwierzęta oraz wzdłuż torów(!) po wiadukcie kolejowym, tym prazem planuję trasę tak, by ominąć to miasto trochę łukiem.
    Na drodze wylotowej zatrzymuje mnie jakiś gościu, który czeka na mnie na poboczu na światłach awaryjnych. Pyta dokąd jadę. Gdy orientuje się, że jestem z Polski, pyta czy przypadkiem nie jestem z Rybnika. Od razu skojarzyłem, że myli mnie z Gustavem. Okazało się, że śledzi jego filmy na YT.

    Dyskutujemy chwilę i gdy pyta o wiek, zdradzam mu, ze cała wycieczka odbywa się też w związku z tym, że jutro są moje #urodziny. Okazuje się, że również urodził się 30 grudnia :D Przybijamy piątkę i trochę dyskutujemy o skarpetach, w związku z ujemnymi temperaturami. Okazuje się, że właśnie był w sklepie i zakupił jakąś wersję termo, po czym stwierdza, że mi się mogą przydać i dostaję w prezencie jedną parę  Okazało się, że mieszka niedaleko Prudnika, po czeskiej stronie i zaprasza na jazdę po Jesenikach, oferując nocleg na… plebani, bo jest księdzem ;) Tak więc kolego – jeśli to czytasz, to dzięki wielkie za skarpetki i na wiosnę chętnie podjedziemy z chłopakami 

    Ruszam dalej, jednak po chwili łapię kapcia. Na szczęście blisko jest oświetlony przystanek autobusowy. Wymieniam dętkę, jednak w mrozie idzie mi to dosyć opornie. Niestety w tym momencie pozostaję bez zapasu, wiec każda kolejna guma może mnie uziemić na dobre. Podpytuję okolicznych mieszkańców i ustalam, że w pobliżu mojej trasy, za około 10 km jest sklepik rowerowy przy prywatnym domu, więc gdy zapukam, to powinno się udać kupić coś na zapas. Posilam się trochę i ruszam dalej, by po przejechaniu kilku metrów usłyszeć syk powietrza uchodzącego z koła w ciągu zaledwie sekundy. No i masz! Dętka ma podłużne przecięcie, więc prawdopodobnie nieumiejętnie założyłem ją na obręcz i gdzieś była przytrzaśnięta. Czarny scenariusz się ziścił. Do wspomnianego sklepiku dobre 2 godziny wędrówki, więc zdecydowanie przesada. Znajduję na mapie Decathlon, jednak jest w przeciwnym kierunku. Szybkie wyznaczanie trasy i Garmin pokazuje ponad 7 km. Włączam uwzględnienie dróg gruntowych i robi się niecałe 6 km. No to idę, bo co mi pozostaje. Tym sposobem prowadzę rower w ciemnościach jakimiś kompletnymi zadupiami przez ponad 1,5h. Są zmrożone kałuże, błoto, łąki, drogi i ścieżki leśne. Czasem ścieżek nie ma, więc idę „na azymut”. Jeszcze tylko przenoszę rower nad 7 (liczyłem!) powalonymi drzewami i jestem przy torach kolejowych. Co widzę? Wiadukt! Z zeszłorocznego wypadu do Wiednia ze ścieżką wzdłuż torów :D

    Jeszcze trochę przedzierania i jestem na parkingu pod Deca. Ale czy będzie czynny? Na szczęście tak. Kupuję 3 dętki i zestaw naprawczy z klejem, bo już więcej spacerów nie chciałem urządzać. W pobliżu jest Mak, więc postanawiam zrobić przerwę, bo to prowadzenie i przenoszenie roweru mi dało w kość. Przez całą akcję tracę niestety kilka godzin, więc morale trochę szybują w dół.

    Ponieważ zboczyłem z zaplanowanej trasy, a sugerowany przez Garmina powrót na nią wiedzie przez wiadukt ;) dalej ruszam trochę na czuja, z zamiarem powrotu na nią gdzieś dalej. Trafiam jednak na zakazy dla rowerów i trochę błądzę. Krótki postój na herbatkę z termosu połączony z wertowaniem mapy i postanawiam zaryzykować kilka km pod zakaz, by w końcu się wydostać na sensowną drogę.

    Niestety jest już kilka stopni poniżej zera i każdy taki postój powoduje „lekki” wypizg. Oczywiście – jak to w Czechach – jazda polegała na ciągłym męczeniu małych hopek, co strasznie wybijało z rytmu i oznaczało ciągłe grzanie się na podjazdach, bo po chwili marznąć na zjazdach. Dla zobrazowania ich ilości podam, że różnica wysokości na całej trasie o długości 415 km wynosiła zaledwie około 200m w pionie, a Garmin wskazywał, że uzbierałem prawie 3000m przewyższeń, z czego większość właśnie na terenie czeskim, więc na jakichś 200 km trasy.

    Gdy wydostaję się w końcu na sensowne drogi w pożądanym kierunku, jedzie się całkiem przyjemnie. Noc jest bezchmurna i gwieździsta. Standardowo wyłączam sobie czasem oświetlenie i podziwiam niebo w trakcie jazdy. Ruch jest znikomy - mija mnie średnio 1 samochód na godzinę.

    Niedługo po północy zaczynam odczuwać skutki niskiej temperatury, szczególnie w palcach u stóp. Uświadamiam sobie, że do wschodu słońca jeszcze jakieś 6-7 godzin, więc zaczynam poszukiwania jakiejś całodobowej stacji benzynowej, by ogrzać się trochę i zjeść coś na ciepło. Niestety w każdej z trzech mijanych kolejno miejscowości wszystkie stacje były zamknięte. U nas w Polsce jest pod względem dostępy do takich przybytków prawdziwe eldorado. Znajduję na mapie stację Shell i pomimo, że nie leży na mojej trasie, postanawiam trochę zboczyć, z nadzieją, że taka marka ugości mnie na bogato ;) Nie ugościła wcale, bo jest zamknięta. Zauważam opodal w ciemności radiowóz i postanawiam podpytać, bo takie jeżdżenie w ślepo nie miało sensu. Chyba ucinali sobie drzemkę, jednak gdy tylko podjeżdżam szybko wyskakują z auta na baczność :) Dowiaduję się, że w okolicy nic nie ma, jednak zapewniają, że znajdę coś w miejscowości Kromieryż. Ponowni zbaczam z trasy i gdy w końcu docieram na miejsce jest godzina 3. Biorę zestaw zmarzlucha i ładuję telefon. Wcale nie mam ochoty się ruszać dalej i tym sposobem spędzam na tej stacji ponad 2 godziny, w międzyczasie dobierając podobny zestawik ;)

    W końcu się mobilizuję i zbieram się w drogę, bo do Austrii kawał drogi. Przed wyjazdem proszę jeszcze o wrzątek i robię nowy zapas herbaty w termosie. Dalsza droga prowadzi wzdłuż niewielkiego pasma górskiego o nazwie Chrziby. Tutaj wita mnie powoli poranek. Droga przyjemna i spokojna, choć chropowata. Po tylu godzinach ciemności, bardzo przyjemnie jest witać wschodzące słońce.

    Dalsza droga w kierunku Austriackiej granicy długim odcinkiem prowadzi elegancką ścieżką rowerową – tak mi rób!. Przekraczam ją niedaleko miejscowości Brzecław. Tutaj weryfikuję swoje plany i za jedyną rozsądną opcję uważam jazdę wzdłuż granicy AT-SK. Czyli muszę odpuścić wizytę w Wiedniu, bo w innym wypadku, oznaczałoby to walkę z czasem, a nie takie były założenia tej wycieczki. Postanawiam dojechać do Hainburga nad Dunajem, gdzie chciałbym podziwiać drugi już zachód słońca w trakcie tego wyjazdu.

    Tereny Austrii zdecydowanie bardziej płaskie. Mijam sporo małych i zadbanych miejscowości. Widać, że ordnung must sein ;) W pewnym momencie łapie mnie spory kryzys snu. Istnieje ryzyko przyśnięcia za kierownicą, więc muszę uważać. Postanawiam się na chwilę zatrzymać na mijanym przystanku. Drzemka odpada, bo bardzo szybko by mnie wychłodziło, więc tylko na chwilę zamykam oczy, by wybić się z monotonii jazdy. Szybkie przestrojenie fal mózgowych pomaga i po chwili ruszam dalej.

    Za miejscowością Mannersdorf przez nieuwagę zjeżdżam w niewłaściwa drogę, przez co odbijam na zachód. Orientuję się po kilku kilometrach, gdy zauważam zmianę nazw miejscowościach na tabliczkach kierunkowych. Krajobrazy nie są bynajmniej grudniowe. Niebawem niebo nabiera barw. Nad samym Dunajem łapię resztki tego spektaklu. W Hainburgu robię małe zakupy w markecie, uskuteczniam austriackie drożdżówkarstwo i już po ciemku ruszam w dalszą drogę w kierunku Bratysławy. Tutaj ruch jest dosyć spory. Zaraz po przekroczeniu granicy zjeżdżam na ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż rzeki do centrum miasta.
    Na stacji kolejowej kupuję bilet na pociąg do Skalite – Serafinov (miejscowości graniczącej z polskim Zwardoniem) z przesiadką w Żylinie. Do odjazdu mam dobrych 5 godzin, więc trochę krążę po mieście i udaję się do chińskiej restauracji, bo potrzeba ciepłego i pikantnego jedzenia na rozgrzanie jest mocna ;)

    Na dworzec wracam na dobrą godzinę przed odjazdem pociągu i obserwuję jego życie. Klimatem przypomina nieco dawny dworzec katowicki sprzed remontu. Jest godzina 23, a ruch podróżnych wydaje się być spory. Jednak po dłuższej obserwacji można dostrzec, że duża część tych ludzi, to mieszkańcy dworca. Krążą grupkami, załatwiają jakieś sprawy, ktoś gra na skrzypcach. Widać, że się znają. Ktoś inny chodzi po maszynach z jedzeniem i co chwilę sprawdza, czy ktoś nie zapomniał zabrać reszty drobnych. Kilka osób śpi na posadzce. Wszystkiego pilnuje patrol dwóch policjantów ;)
    Na przesiadkę w Żylinie też mam sporo czasu, bo ponad 2 godziny. Krążę więc chwilę po centrum. Jest 3 w nocy i -8 stopni. Okazuje się, że pociąg do Skalite jedzie bezpośrednio do Zwardonia, gdzie mam kolejną godzinę. Gdy wysiadam z pociągu trochę zaskakuje mnie śnieg.

    Pociągiem mógłbym podjechać bezpośrednio pod dom, jednak wysiadam 2 stacje wcześniej, by dokręcić 9 km brakujące do #festive500

    Wypad zaliczam do udanych, choć warunku dały mi nieco popalić. Liczyłem się z tym jednak :) Przedwczoraj, czyli 2 dni po powrocie odczuwałem największe zakwasy jakie przyszło mi mieć dotychczas, bo nawet dotyk bolał dość mocno. Zastanawiałem się skąd aż taki efekt, jednak przecież w grudniu w zasadzie odpuściłem rower, ze względu na warunki i wszechobecny nieprzyjemny smog, a spacer z rowerem tez pewnie dołożył swoje ;)

    Ale się rozpisałem. Jak ktoś dobrnął do końca, to jeszcze dorzucę krótkie podsumowanie mojego rowerowego roku 2016 wg statystyk Stravy:
    Dystans całkowity: 16 841 km

    Najdłuższy przejazd na raz: 658,5 km – z Katowic na Hel

    Największe przewyższenie w trakcie jednego podjazu: 1585 m – droga Transfagaraska podczas sakwiarskiego wypady do Rumunii
    Udało mi się ukończyć 2 ultramaratony w zadowalającym dla mnie czasie:
    1. Maraton Podróżnika - 533 km
    2. Maraton Północ Południe - 987 km
    Dodatkowo odbyłem 2 dłuższe wyjazdy z sakwami, czyli tydzień eksploracji Gran Canaria i 1,5 tyg. wypad w Karpaty Rumuńskie.
    Wpadło też trochę nowych gmin do #zaliczgmine jednak niewiele było wyjazdów konkretnie w tym celu. Na mapce rok 2017 oznaczony na różowo. Trochę szkoda mi wolnego czasu na kręcenie po mieścinach, gdy można w tym czasie zrobić coś ciekawszego ;)

    Dziękuję wszystkim z którymi miałem przyjemność jeździć i odliczać kilometry do wykopowego równika, oraz życzę jak najwięcej przyjemnych chwil na rowerze w 2017! :)

    #byczysnarowerze #rower

    W tym tygodniu to już 466km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km

    źródło: s24.postimg.org

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    Przypominam,że niedawno niektórzy robili z konona niewinnego krzysia misia
    #kononowicz

    odpowiedzi (15)

  • avatar

    Proszę mi tu wyplusować moje wypociny.
    Nie po to straciłem 25 minut mojego cennego jak pękający beton na 4 piętrze życia żeby dostać jakieś marne 20 plusów.

    pokaż spoiler ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #heheszki #aferabetonowa #beton #leroymerlin #remontujzwykopem #remont pokaż całość

    odpowiedzi (12)

  • avatar

    Dyżur 10 - dzień

    1. Powód wezwania: Ból brzucha - od klatki piersiowej, nagły - w skali 0-10 ocenia na 9, promieniujący do żeber po stronie lewej

    Mężczyzna lat 58, miejsce publiczne, nagły rozdzierający ból w lewym podbrzuszu promieniuje do pachwiny, pacjent bardzo bólowy - ciężko mu się oddycha. Ocenia ból jako 10 na 10. Bez podobnych dolegliwości w przeszłości. Brzuch miękki, bez oporów patologicznych, bez objawów otrzewnowych. Dodatni objaw Goldflama po stronie lewej. Mocz oddaje normalnie. Stolec rano normalny. Ostatni posiłek wczoraj. Podano leki dożylnie - po kilku minutach ból 5/10 a po około pół godzinie (już w trakcie transportu) 2/10. Podejrzenie kolki nerkowej. Przewieziony na SOR.

    Stan nagłego zagrożenia? Tak

    2. Zasłabnięcie, ciąża

    Kobieta lat 30, 9 tydzień ciąży. Zasłabła w miejscu publicznym. Chwile wcześniej była na pobraniu krwi. Zgłasza, że zawsze robi jej się słabo przy pobieraniu a dziś zamiast poczekać to szybko wyszła z laboratorium bo śpieszy się do pracy. W momencie naszego przyjazdu płacze. Źle znosi pierwszy trymestr. Zbadana-parametry ok. Czuje się lepiej. Pozostawiona w miejscu wezwania.

    Stan nagłego zagrożenia? Tak

    3. Zasłabnięcie, stan po utracie przytomności.

    Kobieta lat 55, radca prawny w dużej ogólnopolskiej firmie - jeden z oddziałów. Wzywają koleżanki z biura bo będąc na korytarzu usłyszały huk, weszły do biura i znalazły panią leżącą na podłodze w utrudnionym kontakcie.

    Badamy. Parametry w normie, źrenice szerokie, sposób zachowania dość nietypowy. Próbuje głaskać nas po twarzy, mówi że nas kocha, podśmiechuje pod nosem, oczy mętne, spionizowana nie potrafi utrzymać równowagi, na pytania odpowiada wybiórczo i w sposób spowolniały. Nie trudno się domyślić, że albo Pani jest neurologiczna albo pijana. Kierowniczka organizuje alkomat z portierni. Pacjentka początkowo zgadza się na badanie by po chwili stwierdzić "proszę nie róbcie tego". Zostajemy z nią sami. W rozmowie przyznaje się do wypicia butelki wina przed pracą. Ma problem alkoholowy - wie o tym. Wiąże to z nadmiarem obowiązków w pracy. Pije od dawna. Chcemy żeby dmuchnęła w alkomat - nie chcemy wzywać policji. Próbuje ale nie potrafi wykonać badania prawidłowo. Alkomat wskazuje, że jest alkohol ale nie podaje stężenia. W rozmowie z kierowniczką oddziału przekazujemy info, że jej pracownik jest pod wpływem alkoholu. Nie wzywamy policji-niech wyciągną konsekwencje w pracy jak wytrzeźwieje. Kierownik oddziału przekazuje info do centrali gdzieś w województwie. Tam pada szybka decyzja o wezwaniu patrolu policji - chcą mieć pewność o stężeniu alkoholu po badaniu alkomatem z legalizacją. Przyjeżdża policja a pani nie godzi się na badanie. W zasadzie i tak jest w sytuacji bez wyjścia - jak dmuchnie to kaplica, jak nie dmuchnie to dyrekcja może przypuszczać czemu odmawia badania. Z naszej strony tyle. Kobieta zostanie odwieziona do domu przez współpracowników-zgadza się na to. Jutro bedzie miała ciężki dzień.

    Stan nagłego zagrożenia? Nie

    4. Urazy kończyny dolnej

    Pacjentka 17 lat, w szkole uderzyła kolanem w kaloryfer-potknęła się. Nie chciała żeby zgłaszać na ratownictwo ale taką decyzję podjął dyrektor "bo oni przecież nie mają kompetencji żeby ocenić". Staw kolanowy bez obrzęku, obrys prawidłowy, ruchomość pełna, przy obciążeniu staw stabilny, chodząca - niewielki ból. Powiadomiono matkę, że ma odebrać córkę i obserwować. W razie obrzęku lub innych objawów niepokojących związanych z funkcjonowaniem stawu kolanowego zgłosić się do ortopedy w warunkach SOR dziecięcego.

    Stan nagłego zagrożenia? Nie

    Niestety jest sporo wizyt w szkołach. Sporo wizyt bzdurnych i niepotrzebnych. A to drobny uraz a to gorączka. Nauczyciele dzwonią bo boją się rodziców - takie czasy. Jak nie dzwonią to przyjeżdża rodzic i często sam dzwoni a wcześniej robi zadymę - takie czasy.

    "mnie się należy! ja płacę składki! nie będę w kolejce na sorze siedział 5 godzin. proszę nas zawieźć bo od tego państwo są!". I tak po kolei.

    No dobrze. Zawieziemy ale zazwyczaj myślę wtedy: o ty chuju, zaraz zobaczysz czy nie będziesz czekał. W szpitalu ląduje na końcu kolejki tak jak każdy kto przyjdzie z ulicy. Przy okazji idziemy mu zrobić dobry PR u pracowników SOR żeby wiedzieli z kim mają do czynienia. No cóż - takie czasy.

    Pewnie teraz część pomyśli sobie o mnie "co za chu...". No ok. Może i tak ale skoro tłumaczysz komuś, że karetka to nie taksówka a ten ktoś traktuje cię jako wjazd tylnym wejściem na diagnostykę to nie rozumiem dlaczego miałbym go stawiać wyżej niż innych oczekujących w tym samym czasie w kolejce do lekarza.

    Tu też apel do rodziców. Jak twoje dziecko w szkole zachoruje (ból brzucha, ból głowy, drobny uraz, który nie wyklucza chodzenia - ze stłuczonym stawem skokowym można spokojnie skakać na jednej nodze) to nie dzwoń po karetkę bo to i tak nic nie zmieni. Jak dziecko się uśmiecha bo bawi go fakt, że przyjechała karetka to serio jej potrzebuje? Jeśli uznasz, że trzeba przeprowadzić diagnostykę to weź dziecko do auta i jedź do szpitala/lekarza bo często będziesz tam szybciej niż do ciebie dojedzie ZRM. A nawet jak dojedzie to przecież będziesz musiał jechać jako opiekun. Do pracy już dziś nie wrócisz.

    P. S. Oczywiście wykluczam z tych sytuacji zdarzenia faltycznie niebezpieczne typu urazy głowy z utratą przytomności, ewidentne złamania ze zmianą obrysu i niefizjologicznym ułożeniem kończyny, sytuacje w których widzisz, że twoje dziecko jest na prawdę ciężko chore a jego stan pogarsza się szybko - znasz je przecież najlepiej i nie raz byłeś/byłaś przy jego chorobie.

    5. Duszność, stan po udarze, przewlekła obturacyjna choroba płuc, na koncentratorze tlenu

    Mężczyzna lat 85, wzywa syn bo „tata się strasznie trząsł, nie mógł mu zmierzyć ciśnienia i usta mu zsiniały”. Na miejscu pacjent korzystający z koncentratora tlenu około 6 godzin dziennie. Jest po udarze ale obecnie bez istotnych deficytów neurologicznych. Jak na wiek i przebyte choroby to sobie radzi – popołudnie spędził na dworze. A trząsł się bo? Bo miał gorączkę prawie 40 stopni, której rodzina nie wychwyciła. Zmiany osłuchowe na płucach – pacjentowi jest duszno od paru lat i zmiany osłuchowe ma trwałe. Chodzą do poradni chorób płuc. Nie zgłasza duszności bardziej intensywnej niż zwykle – wysycenie krwi tlenem 92% więc jak na POChP całkiem spoko. Ciśnienia nie mogli zmierzyć bo oczywiście mierzą elektronicznym aparatem, który przy niezachowaniu odpowiednich warunków pomiaru głupieje. W trakcie naszego badania 140/80. Pacjent dostał leki przeciwgorączkowe dożylnie. W trakcie wizyty się uspokoił. Ani On ani rodzina nie są jakoś bardzo zainteresowani konsultacją czy leczeniem szpitalnym – „bo jak był w szpitalu to tylko wrócił gorszy.” W związku z powyższym zalecono kontrolę temperatury, podaż leków przeciwgorączkowych co 4-6 godzin, uzupełnianie płynów. Pacjent chodzący – syn zobligował się, że jak nie będzie poprawy do wieczora to weźmie go do lekarza nocnej i świątecznej pomocy a jak będzie ok to jutro i tak pojadą do lekarza rodzinnego.

    Stan nagłego zagrożenia? Nie - rodzina spanikowała. Jak słyszę, że pacjent się trzęsie to najczęściej ma gorączkę… albo nerwicę. Co prawda tak wysoka gorączka u osoby starszej jest istotnym zagrożeniem zdrowia a jeśli utrzymuje się dłuższy czas i jest nieleczona to nawet życia. Oczywiście u pacjenta należy znaleźć przyczynę infekcji i to nie podlega dyskusji ale samo wezwanie spowodowane było niezrozumieniem przez rodzinę występujących objawów – syn sam przyznał, że jakby wiedział, że tata ma gorączkę to by nie dzwonił.

    6. Cukrzyca, dziadek wzywającej prawdopodobnie w śpiączce – bez kontaktu, nie reaguje na bodźce bólowe. Hipoglikemia 43mg%

    Pacjent po 80 r.ż. przewlekle leżący, po udarze, niedawno wrócił ze szpitala – ma dopiero co rozpoznaną cukrzycę insulinozależną. Nie ma apetytu i prawie nie je – pomimo tego nadal otrzymuje dawki insuliny takie jak zalecono w szpitalu. Niestety nikt rodzinie nie wytłumaczył jak należy postępować z takim chorym. Stoją koło łóżka „bo on taki dziwny od 3 godzin był a teraz to w ogóle już nieprzytomny”. W końcu wpadli na to żeby zmierzyć glikemię po czym wezwali ZRM. My też mierzymy – 40mg%. Dostał glukozę dożylnie i „wrócił do żywych”.

    Udzielono porady i pozostawiono w miejscu wezwania – zalecono słodkie płyny i w miarę możliwości posiłek. Wnuczka pojechała po nutri drinki. Poinformowani, że jeśli pacjent nie przyjmuje odpowiedniej ilości pokarmów to przed podażą insuliny muszą mierzyć poziom glikemii. Skontaktować się z lekarzem żeby ustalić dalsze dawkowanie leków.

    Stan nagłego zagrożenia? Tak – choć w zasadzie wizyta wynikła z niewiedzy rodziny (bo nikt im tej wiedzy nie przekazał). Gdyby zareagowali wcześniej to mogli by próbować podnieść poziom glikemii choćby słodkimi płynami. 

    #prawdziwe999
    pokaż całość

    odpowiedzi (81)