•  

    1209487 - 415 - 7 - 8 - 12 = 1209045

    Katowice – Bratysława

    Podobnie jak w zeszłym roku, postanowiłem podjąć wyzwanie #festive500, a że tym razem w okresie poświątecznym musiałem jeszcze iść do pracy, a święta chciałem spędzić z rodziną, to czasu zrobiło się niewiele.

    Obserwowałem z wielką uwagą prognozy na ostatnie dni w roku, by uskutecznić jakąś dłuższą trasę, najlepiej wzorem roku poprzedniego, w dniu moich urodzin :) Wtedy udało się dojechać do czeskiej Pragi:

    http://www.wykop.pl/wpis/15877091/40-304-407-39-897-katowice-praga-w-prawdzie-od-dlu/

    Tym razem miałem w planach, by dojechać do Wiednia przed zmrokiem dnia następnego, gdzie chciałem przenocować w jakimś motelu, a następnie udać się do Bratysławy rowerowym szlakiem wzdłuż Dunaju, którym miałem przyjemność jechać z moją Lubą w 2012 roku z sakwami :)
    Dzień przed wyjazdem - standardowo szykowanie roweru, czyli mycie, smarowanie itp. Rano jeszcze do pracy, wiec trzeba przygotować jak najwięcej. Zakładam czysty łańcuch, kręcę korbą by wskoczył na swoje miejsce i okazuje się, że mogę sobie kręcić w miejscu, bo zapadki kasety się nie blokują, czyli bębenek nie napędza koła :) Luzy na łożysku zrobiły swoje – woda i WD-40 dostały się do środka siejąc spustoszenie. Walczę przy wsparciu małżonki dobre 3 godziny, ale niestety nie udaje się wskrzesić piasty. Czyli – myślę sobie- z wyjazdu nici.

    Rano z pracy dzwonię jeszcze za jakąś używką, ale gościu ma 2 zmianę w pracy i nie mam jak odebrać koła. Pod koniec przypominam sobie, że kiedyś do starego MTB kupowałem, tez doraźnie, gotowe kółko z Krossa i pomimo niewielkiej ceny trochę się udało je przeciorać. Na obecne warunki w sam raz. Szybki telefon do sklepu i akurat mają gotowe w moim rozmiarze. No to jadę! Cena? 99zł ;)

    W domu przekładam kasetę, tarczę hamulcową i wszystko śmiga. Choć opory toczenia zdecydowanie większe niż na zajechanych maszynówkach ze starego koła. Ale grunt, że się kręci! ;)

    Niestety reszta majdanu nieprzygotowana, dodatkowo jeszcze wyskoczyły inne sprawy, więc o wyjechaniu zgodnie z wcześniejszym planem mogę zapomnieć. Rozważam zmianę trasy, jednak przegląd mapy nie przynosi skutku w postaci alternatywnych kierunków.

    Ostatecznie wyjeżdżam następnego dnia chwilę przed południem. To oznacza, że muszę odpuścić zaplanowany nocleg i jechać non-stop, co z kolei niesie za sobą zarwanie całej nocy, a więc 13 godzin w mrozie i ciemnościach ;) Na gorąco zgaduję się jeszcze z @Makyo, który postanawia dołączyć do mnie na odcinku do czeskiego Bohumina. Ruszamy więc wspólnie i po 50 km meldujemy się w Maku w Wodzisławiu Śląskim. Tutaj wykupuję mobilnie 2 dni ubezpieczenia na Europę i ruszamy dalej.

    Po przekroczeniu granicy słońce zaczyna chować się za horyzont i niebo nabiera ciekawych barw. Robimy jeszcze wspólnie odcinek do Ostravy, gdzie każdy odbija w swoim kierunku. Tu trochę fotek na Stravie Michała -> https://www.strava.com/activities/814911839 Dzięki za wspólna jazdę ;)

    Pamiętając moje przygody z zeszłorocznego wyjazdu do Wiednia, gdzie Strava z centrum Ostravy prowadziła mnie po ścieżkach leśnych uczęszczanych chyba tylko przez zwierzęta oraz wzdłuż torów(!) po wiadukcie kolejowym, tym prazem planuję trasę tak, by ominąć to miasto trochę łukiem.
    Na drodze wylotowej zatrzymuje mnie jakiś gościu, który czeka na mnie na poboczu na światłach awaryjnych. Pyta dokąd jadę. Gdy orientuje się, że jestem z Polski, pyta czy przypadkiem nie jestem z Rybnika. Od razu skojarzyłem, że myli mnie z Gustavem. Okazało się, że śledzi jego filmy na YT.

    Dyskutujemy chwilę i gdy pyta o wiek, zdradzam mu, ze cała wycieczka odbywa się też w związku z tym, że jutro są moje #urodziny. Okazuje się, że również urodził się 30 grudnia :D Przybijamy piątkę i trochę dyskutujemy o skarpetach, w związku z ujemnymi temperaturami. Okazuje się, że właśnie był w sklepie i zakupił jakąś wersję termo, po czym stwierdza, że mi się mogą przydać i dostaję w prezencie jedną parę  Okazało się, że mieszka niedaleko Prudnika, po czeskiej stronie i zaprasza na jazdę po Jesenikach, oferując nocleg na… plebani, bo jest księdzem ;) Tak więc kolego – jeśli to czytasz, to dzięki wielkie za skarpetki i na wiosnę chętnie podjedziemy z chłopakami 

    Ruszam dalej, jednak po chwili łapię kapcia. Na szczęście blisko jest oświetlony przystanek autobusowy. Wymieniam dętkę, jednak w mrozie idzie mi to dosyć opornie. Niestety w tym momencie pozostaję bez zapasu, wiec każda kolejna guma może mnie uziemić na dobre. Podpytuję okolicznych mieszkańców i ustalam, że w pobliżu mojej trasy, za około 10 km jest sklepik rowerowy przy prywatnym domu, więc gdy zapukam, to powinno się udać kupić coś na zapas. Posilam się trochę i ruszam dalej, by po przejechaniu kilku metrów usłyszeć syk powietrza uchodzącego z koła w ciągu zaledwie sekundy. No i masz! Dętka ma podłużne przecięcie, więc prawdopodobnie nieumiejętnie założyłem ją na obręcz i gdzieś była przytrzaśnięta. Czarny scenariusz się ziścił. Do wspomnianego sklepiku dobre 2 godziny wędrówki, więc zdecydowanie przesada. Znajduję na mapie Decathlon, jednak jest w przeciwnym kierunku. Szybkie wyznaczanie trasy i Garmin pokazuje ponad 7 km. Włączam uwzględnienie dróg gruntowych i robi się niecałe 6 km. No to idę, bo co mi pozostaje. Tym sposobem prowadzę rower w ciemnościach jakimiś kompletnymi zadupiami przez ponad 1,5h. Są zmrożone kałuże, błoto, łąki, drogi i ścieżki leśne. Czasem ścieżek nie ma, więc idę „na azymut”. Jeszcze tylko przenoszę rower nad 7 (liczyłem!) powalonymi drzewami i jestem przy torach kolejowych. Co widzę? Wiadukt! Z zeszłorocznego wypadu do Wiednia ze ścieżką wzdłuż torów :D

    Jeszcze trochę przedzierania i jestem na parkingu pod Deca. Ale czy będzie czynny? Na szczęście tak. Kupuję 3 dętki i zestaw naprawczy z klejem, bo już więcej spacerów nie chciałem urządzać. W pobliżu jest Mak, więc postanawiam zrobić przerwę, bo to prowadzenie i przenoszenie roweru mi dało w kość. Przez całą akcję tracę niestety kilka godzin, więc morale trochę szybują w dół.

    Ponieważ zboczyłem z zaplanowanej trasy, a sugerowany przez Garmina powrót na nią wiedzie przez wiadukt ;) dalej ruszam trochę na czuja, z zamiarem powrotu na nią gdzieś dalej. Trafiam jednak na zakazy dla rowerów i trochę błądzę. Krótki postój na herbatkę z termosu połączony z wertowaniem mapy i postanawiam zaryzykować kilka km pod zakaz, by w końcu się wydostać na sensowną drogę.

    Niestety jest już kilka stopni poniżej zera i każdy taki postój powoduje „lekki” wypizg. Oczywiście – jak to w Czechach – jazda polegała na ciągłym męczeniu małych hopek, co strasznie wybijało z rytmu i oznaczało ciągłe grzanie się na podjazdach, bo po chwili marznąć na zjazdach. Dla zobrazowania ich ilości podam, że różnica wysokości na całej trasie o długości 415 km wynosiła zaledwie około 200m w pionie, a Garmin wskazywał, że uzbierałem prawie 3000m przewyższeń, z czego większość właśnie na terenie czeskim, więc na jakichś 200 km trasy.

    Gdy wydostaję się w końcu na sensowne drogi w pożądanym kierunku, jedzie się całkiem przyjemnie. Noc jest bezchmurna i gwieździsta. Standardowo wyłączam sobie czasem oświetlenie i podziwiam niebo w trakcie jazdy. Ruch jest znikomy - mija mnie średnio 1 samochód na godzinę.

    Niedługo po północy zaczynam odczuwać skutki niskiej temperatury, szczególnie w palcach u stóp. Uświadamiam sobie, że do wschodu słońca jeszcze jakieś 6-7 godzin, więc zaczynam poszukiwania jakiejś całodobowej stacji benzynowej, by ogrzać się trochę i zjeść coś na ciepło. Niestety w każdej z trzech mijanych kolejno miejscowości wszystkie stacje były zamknięte. U nas w Polsce jest pod względem dostępy do takich przybytków prawdziwe eldorado. Znajduję na mapie stację Shell i pomimo, że nie leży na mojej trasie, postanawiam trochę zboczyć, z nadzieją, że taka marka ugości mnie na bogato ;) Nie ugościła wcale, bo jest zamknięta. Zauważam opodal w ciemności radiowóz i postanawiam podpytać, bo takie jeżdżenie w ślepo nie miało sensu. Chyba ucinali sobie drzemkę, jednak gdy tylko podjeżdżam szybko wyskakują z auta na baczność :) Dowiaduję się, że w okolicy nic nie ma, jednak zapewniają, że znajdę coś w miejscowości Kromieryż. Ponowni zbaczam z trasy i gdy w końcu docieram na miejsce jest godzina 3. Biorę zestaw zmarzlucha i ładuję telefon. Wcale nie mam ochoty się ruszać dalej i tym sposobem spędzam na tej stacji ponad 2 godziny, w międzyczasie dobierając podobny zestawik ;)

    W końcu się mobilizuję i zbieram się w drogę, bo do Austrii kawał drogi. Przed wyjazdem proszę jeszcze o wrzątek i robię nowy zapas herbaty w termosie. Dalsza droga prowadzi wzdłuż niewielkiego pasma górskiego o nazwie Chrziby. Tutaj wita mnie powoli poranek. Droga przyjemna i spokojna, choć chropowata. Po tylu godzinach ciemności, bardzo przyjemnie jest witać wschodzące słońce.

    Dalsza droga w kierunku Austriackiej granicy długim odcinkiem prowadzi elegancką ścieżką rowerową – tak mi rób!. Przekraczam ją niedaleko miejscowości Brzecław. Tutaj weryfikuję swoje plany i za jedyną rozsądną opcję uważam jazdę wzdłuż granicy AT-SK. Czyli muszę odpuścić wizytę w Wiedniu, bo w innym wypadku, oznaczałoby to walkę z czasem, a nie takie były założenia tej wycieczki. Postanawiam dojechać do Hainburga nad Dunajem, gdzie chciałbym podziwiać drugi już zachód słońca w trakcie tego wyjazdu.

    Tereny Austrii zdecydowanie bardziej płaskie. Mijam sporo małych i zadbanych miejscowości. Widać, że ordnung must sein ;) W pewnym momencie łapie mnie spory kryzys snu. Istnieje ryzyko przyśnięcia za kierownicą, więc muszę uważać. Postanawiam się na chwilę zatrzymać na mijanym przystanku. Drzemka odpada, bo bardzo szybko by mnie wychłodziło, więc tylko na chwilę zamykam oczy, by wybić się z monotonii jazdy. Szybkie przestrojenie fal mózgowych pomaga i po chwili ruszam dalej.

    Za miejscowością Mannersdorf przez nieuwagę zjeżdżam w niewłaściwa drogę, przez co odbijam na zachód. Orientuję się po kilku kilometrach, gdy zauważam zmianę nazw miejscowościach na tabliczkach kierunkowych. Krajobrazy nie są bynajmniej grudniowe. Niebawem niebo nabiera barw. Nad samym Dunajem łapię resztki tego spektaklu. W Hainburgu robię małe zakupy w markecie, uskuteczniam austriackie drożdżówkarstwo i już po ciemku ruszam w dalszą drogę w kierunku Bratysławy. Tutaj ruch jest dosyć spory. Zaraz po przekroczeniu granicy zjeżdżam na ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż rzeki do centrum miasta.
    Na stacji kolejowej kupuję bilet na pociąg do Skalite – Serafinov (miejscowości graniczącej z polskim Zwardoniem) z przesiadką w Żylinie. Do odjazdu mam dobrych 5 godzin, więc trochę krążę po mieście i udaję się do chińskiej restauracji, bo potrzeba ciepłego i pikantnego jedzenia na rozgrzanie jest mocna ;)

    Na dworzec wracam na dobrą godzinę przed odjazdem pociągu i obserwuję jego życie. Klimatem przypomina nieco dawny dworzec katowicki sprzed remontu. Jest godzina 23, a ruch podróżnych wydaje się być spory. Jednak po dłuższej obserwacji można dostrzec, że duża część tych ludzi, to mieszkańcy dworca. Krążą grupkami, załatwiają jakieś sprawy, ktoś gra na skrzypcach. Widać, że się znają. Ktoś inny chodzi po maszynach z jedzeniem i co chwilę sprawdza, czy ktoś nie zapomniał zabrać reszty drobnych. Kilka osób śpi na posadzce. Wszystkiego pilnuje patrol dwóch policjantów ;)
    Na przesiadkę w Żylinie też mam sporo czasu, bo ponad 2 godziny. Krążę więc chwilę po centrum. Jest 3 w nocy i -8 stopni. Okazuje się, że pociąg do Skalite jedzie bezpośrednio do Zwardonia, gdzie mam kolejną godzinę. Gdy wysiadam z pociągu trochę zaskakuje mnie śnieg.

    Pociągiem mógłbym podjechać bezpośrednio pod dom, jednak wysiadam 2 stacje wcześniej, by dokręcić 9 km brakujące do #festive500

    Wypad zaliczam do udanych, choć warunku dały mi nieco popalić. Liczyłem się z tym jednak :) Przedwczoraj, czyli 2 dni po powrocie odczuwałem największe zakwasy jakie przyszło mi mieć dotychczas, bo nawet dotyk bolał dość mocno. Zastanawiałem się skąd aż taki efekt, jednak przecież w grudniu w zasadzie odpuściłem rower, ze względu na warunki i wszechobecny nieprzyjemny smog, a spacer z rowerem tez pewnie dołożył swoje ;)

    Ale się rozpisałem. Jak ktoś dobrnął do końca, to jeszcze dorzucę krótkie podsumowanie mojego rowerowego roku 2016 wg statystyk Stravy:
    Dystans całkowity: 16 841 km

    Najdłuższy przejazd na raz: 658,5 km – z Katowic na Hel

    Największe przewyższenie w trakcie jednego podjazu: 1585 m – droga Transfagaraska podczas sakwiarskiego wypady do Rumunii
    Udało mi się ukończyć 2 ultramaratony w zadowalającym dla mnie czasie:
    1. Maraton Podróżnika - 533 km
    2. Maraton Północ Południe - 987 km
    Dodatkowo odbyłem 2 dłuższe wyjazdy z sakwami, czyli tydzień eksploracji Gran Canaria i 1,5 tyg. wypad w Karpaty Rumuńskie.
    Wpadło też trochę nowych gmin do #zaliczgmine jednak niewiele było wyjazdów konkretnie w tym celu. Na mapce rok 2017 oznaczony na różowo. Trochę szkoda mi wolnego czasu na kręcenie po mieścinach, gdy można w tym czasie zrobić coś ciekawszego ;)

    Dziękuję wszystkim z którymi miałem przyjemność jeździć i odliczać kilometry do wykopowego równika, oraz życzę jak najwięcej przyjemnych chwil na rowerze w 2017! :)

    #byczysnarowerze #rower

    W tym tygodniu to już 466km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km

    źródło: s24.postimg.org

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    Czołem Mirki ( ͡° ͜ʖ ͡°) Nie jesteśmy cierpliwi, żeby czekać, aby stać się pomarańczką, więc dajemy znać o sobie teraz i oczywiście zaczynamy od #rozdajo. W ten i następne razy mamy i będziemy mieli coś dla Mirków spod tagów #motocykle #motocykleboners #motomirko.

    Krótko o nas: jesteśmy firmą, która sprzedaje odzież i akcesoria motocyklowe, a także części do motocykli - od wielu lat na rynku. W naszej ofercie znajdziecie produkty takich marek, jak Alpinestars, SHOEI, Nolan, Shark, Fly, Ixon, Adrenaline, Oxford. Wbijajcie na naszą stronę oraz na nasz butik z prezentami świątecznymi, a także do sklepów stacjonarnych. Będziemy się mocno zmieniać, ale o tym już w przyszłym roku.

    W dzisiejszym #rozdajo do zgarnięcia 1 x zestaw chemii motocyklowej do konserwacji jednośladu ze zdjęcia + kubek firmowy Inter Motors i parę gadżetów marek, którymi dystrybuujemy (ale to szczęśliwiec zobaczy dopiero po otworzeniu paczki).

    Zasady są następujące:
    1. Plusujecie ten wpis, dzięki czemu bierzecie udział w grze (do jutra, 19 grudnia, do godz. 20).
    2. Zielonek nie uwzględniamy w losowaniu (o, ironio losu ( ͡° ͜ʖ ͡°))
    3. Losujemy przez Mirkorandom.
    4. Wysyłka po Nowym Roku.

    Powodzenia!
    pokaż całość

    odpowiedzi (38)

  • avatar

    Przedświąteczne kursowe #rozdajo

    Do rozdania mam 3 kupony na dowolny płatny videotutorial na Videopoint.pl - video kursy grupy Helion.
    Jeśli Wam się poszczęści, to dostaniecie kupon na na kurs, który sobie wybierzecie.
    Zielonki również mogą brać udział - warunek jest taki, że muszą mieć konto ponad 24h. Wyniki jutro.

    Dla tych, którzy nie załapią się na rozdawanie: kupon JAVADEV -30% na kursy od 30zł (kupon ważny do 26.12.17).

    Gdybyście byli zainteresowani rozdajo innych produktów grupy Helion, to piszcie śmiało na PW - wykorzystam kontakty i coś zorganizuję. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #javadevmatt #programowanie #naukaprogramowania #kursy
    pokaż całość

    odpowiedzi (19)

  • avatar

    Historia z sali sądowej, która miała miejsce x-lat temu. Otóż pewien przedsiębiorca umówił się z właścicielem kantoru na wymianę dużej sumy pieniędzy na walutę obcą. W celu realizacji zamówienia miał pojawić się w kantorze o konkretnej godzinie - powiedzmy, że 16:00. Jednak przez roztargnienie pomyliły mu się godziny i przyjechał do kantoru na 17:00, a tam... A tam policja, radiowozy i tłumy gapiów. Okazało się, że kilkanaście minut po 16 na kantor napadli zamaskowani bandyci, którzy zrabowali wszystkie pieniądze. Przedsiębiorca został przesłuchany, wytłumaczył co i jak, po czym pojechał do domu. I tu w zasadzie historia mogłaby się skończyć, ale po kilku tygodniach przyszedł pozew. Zdziwiony przedsiębiorca przeczytał w nim, że właściciel kantoru żąda od niego zapłaty kwoty, na jaką się umówili w związku z niedoszłą transakcją wymiany. Sprawa zakończyła się w sądzie - wygrał właściciel kantoru, a przedsiębiorca został zobowiązany do zapłaty całej wyżej wspomnianej kwoty. Niestety, nie dokopałem się do uzasadnienia wyroku, a szkoda, bo mogło być bardzo ciekawe... #sadowehistorie #prawo #ciekawostki pokaż całość

    odpowiedzi (65)