•  

    Z Raleigh wyruszyłem wypożyczonym samochodem na Wschód. Przez wiele mil spokojnych pól i dróg otoczonych lasem, wręcz wyjętych z The Walking Dead, dotarłem w tereny wymagające przeprawy przeze rosłe wzgórza gór Great Smoky Mountains. Widoki mógłbym porównać do Tatr po słowackiej stronie, pełne skalisk, widocznych przy drodze, i szczytów widocznych w oddali.

    Droga w tym obszarze dzieli się sprytnie na dwoje – jedna część należy do kierowców ciężarówek, którzy nie mają zakazu wyprzedzania, mając za to ograniczenie prędkości mniejsze o 10MPH względem innych, oraz inne samochody, które mkną lewą stroną jezdni. Amerykańskie poczucie obowiązku widać wśród obu stron – ani jednej wyprzedzającej ciężarówki, oraz ani jednego kierowcy osobówki, który w znaczy sposób starałby się przekroczyć prędkość. Wszystko to służy naprawdę pięknym widokom.

    Postanowiłem w pewnej chwili, pod wpływem pięknej architektury sakralnej, zjechać z autostrady by sprawdzić, czy będę mógł uraczyć się jakimś swojskim jadłem. Miejscowość, do której zjechałem, nosi nazwę Swananoa. Tam skusiła mnie knajpa o wdzięcznej nazwie Okie Dokies Smokehouse, serwująca grillowanego kurczaka. Środek niczego, w niewyczuwalnym pobliżu autostrady, pełen lokalnych przysmaków – magia. Tam również usłyszałem pierwsze oznaki zmiany klimatu – południowy akcent.

    Późna godzina zmusiła mnie do zatrzymania się w pobliżu – padło na jeden z wielu moteli w Asheville. Chcąc wykorzystać pozostały czas, wyruszyłem na podbój barów w Downtown. Jak się okazało, okolice Asheville są od lat zagłębiem browarnictwa południowych Stanów. Hell yeah!

    Wielu z Was pyta jak to jest z ludźmi w USA? Czy faktycznie są tacy otwarci? W jednym z barów poznałem Chrisa, pochodzącego z Greensboro, który w trakcie rozmowy, w pewnej chwili poprosił barmankę o kartkę i długopis, po czym zaczął wypisywać mi miejsca, które według niego powinienem odwiedzić w trakcie podróży. W dodatku nie były to miejsca, które znajdzie się w każdym przewodniku po USA. To chyba najlepiej opisuje stosunek „tubylców” do odwiedzających.

    Rano kolejnym, a zarazem głównym celem podróży zostało Nashville. Tam czekał mnie kolejny pewny nocleg u Christine. Droga nie przebiegła tak gładko, jak bym sobie tego życzył – temperatura wynosiła około 27 st. C, co miało spowodować gwałtowny deszcz okraszony fleszami błyskawic w samym mieście. Widoczność nagle spadła do kilku metrów, co można było odczuć na klasycznych amerykańskich skrzyżowaniach z czterema znakami STOP, kiedy nikt nie wiedział kiedy ruszyć dalej. Na szczęście nie przeszkodziło to bezpiecznie dostać się do zaklepanego mieszania.

    Samo Nashville – za długo by opisywać. Za poleceniem swojej gospodyni udałem się do Hattie B’s Hot Chicken. Trudno przypomnieć mi sobie coś lepszego, co jadłem w życiu! Mimo 20 minut stania w kolejce do lokalu – było warto. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Następnym celem był bar, położony blisko restauracji. Zdjęcie z niego w komentarzy. Następnie drugi bar – zdjęcie w drugim komentarzu. Po tym, gdy deszcz troszkę złagodniał, trzeci bar, w trzecim komentarzu.

    Nashville nie jest miejscem muzyków ani producentów. Jest to miejsce dla songwriter’ów. Jakby jeden wielki uniwersytet dla kompozytorów. W tym wszystkim chodzi o… piosenkę. Nie działa to jednak według zasady „mam piosenkę to ją wykonam i będę gwiazdą”. Nawet Willie Nelson nie był zbyt mile widziany za to, że nie oddawał swoich piosenek. To miasto kocha kompozytorów i kocha wykonawców. Niekoniecznie razem. Stąd zdjęcie z Owenem Bradley, mającym przed sobą kompozycję „Crazy” Willy’ego Nelsona, w głównej mierze znanego dzięki Patsy Cline.

    Rytuałem tutaj się stało „granie w kole”. W większości miejsc, do których można się udać, spotyka się 2-3 osoby na scenie z gitarami, które przedstawiają publiczności to, co właśnie napisały. Na tym polega siła Nashville – ci artyści współżyją razem na scenie. Nie walczą, bo tutaj nie ma na to miejsca. Trudno właściwie znaleźć lokal, w którym ktoś nie występuje właśnie na żywo. Tutaj chodzi o muzykę…

    Poza tym jest cholernie gorąco. Zważywszy na szerokość geograficzną nie ma się co dziwić, ale mimo wszystko stanie w słońcu przez więcej niż kilka minut jest porównywalne z polskim szczytem lata. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się dotrzeć do jeszcze cieplejszych regionów.

    Aha, trasa uległa zmianie – Wielkanoc czeka mnie w Alabamie i Nowych Orleanie! Mam nadzieję, że to dobra zmiana. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    @AnnaJ dzięki za wskazówki! Niestety byłem już w Tennessee, gdy napisałaś. :(

    Dorzucam zdjęcie z autostrady między NC a TN.

    #usamusictrip #usa #ameryka #podrugiejstroniebajora #country #nashville

    źródło: IMG_1291.JPG

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • odpowiedzi (15)

  • odpowiedzi (10)

  • avatar

    Ostatnia cyfra po wciśnięciu plusa to sposób w jaki umrzesz:

    1. Trafia Cię piorun podczas wchodzenia na giewont
    2. masz zeznawać w sprawie sądowej, siedzisz w więzieniu z wrogami, giniesz powieszony na prześcieradle
    3. Utknąłeś w wąskiej szczelinie głęboko w tatrzańskiej jaskini
    4. Wypadasz w nocy ze swojej motorówki na haju, jesteś bogatym=wpływowym człowiekiem sukcesu
    5. Wylew krwi do mózgu w więzieniu, rok przed terminem wyjścia po wyroku za planowanie zamachu na władzę
    6. giniesz potrącony na pasach przez znanego, miernego polskiego piłkarza
    7. podczas akcji charytatywnej na scenie dźga cię jakiś psychol, jesteś lokalnie wpływowym politykiem
    8. w świąteczny poranek skaczesz z 9 piętra swojego bloku w katowicach, jesteś znanym muzykiem
    9. umierasz w himalajach w samotności,zostawiony pod szczytem góry
    0. robisz karierę w Hollywood jako kompozytor, twój najebany ziomek upuścił cię na głowę, umierasz

    #glupiewykopowezabawy #czarnyhumor
    pokaż całość

    odpowiedzi (49)