•  

    W Nashville wszystko obraca się wokół muzyki. Najbardziej zdumiewające jest to, że właściwie o każdej porze, oprócz godzin przedpołudniowych, wszędzie w mieście rozbrzmiewa muzyka. Głównie country oczywiście. W kawiarniach można wciąż znaleźć szafy grające, tzw. jukebox, na których oprócz starych standardów, wręcz dóbr kulturowych tego miasta, znajdują się winylowe single dzisiejszych wykonawców. Na ulicach znajdują się skrzynki, przypominające amerykańskie kosze na śmieci, grające single! Idąc ulicą usłyszałem „Blue Ain’t Your Color” i szukając źródła dźwięku zauważyłem czarną skrzynkę, obklejoną wizerunkiem Keitha Urbana. Największe wrażenie robi jednak muzyka w najczystszej formie – grana na żywo.

    We wcześniejszym wpisie opisywałem songwriterów grających w kole. To jedna strona medalu, lub może bardziej jedna z aktywności tych muzyków. Po jednej z sesji in the circle którą miałem przyjemność obserwować, wymieniłem kilka zdań z jednym z artystów, dostając przy okazji płytę za napiwek. Jakie było moje zdziwienie, gdy dokładnie tego samego gościa zobaczyłem w klubie The Stage na II piętrze po drugiej stronie miasta, w czasie gdy wykonywał kolejny utwór „na zamówienie” wraz z całym zespołem!

    Dlaczego napomknąłem o II piętrze? Ponieważ kultowe miejsca, jak Tootsie’s czy The Stage posiadają nie jedną, a TRZY sceny, kolejno na parterze, piętrze i drugim piętrze lub też… na dachu. Nie zmienia to faktu, że aby dotrzeć na piętro w Tootsie’s i tak potrzebowałem kilku minut, bo klub dosłownie pękał w szwach. Muzyka wylewająca się przez otwarte okna wprost ze sceny działa wabiąco na wszystkich przechodniów – i tych zwabionych perfekcją dźwięków, i „wzrokowców”, widzących zaangażowanie muzyków, którzy grających praktycznie na witrynie. I tak wygląda to w KAŻDYM kolejnym lokalu na Broadwayu, oddzielonym od poprzedniego kilkudziesięciocentymetrową ścianą.

    Różne kapele mają różne formuły na zdobycie słuchaczy i tym samym ściągnięcie klienteli do lokalu, co pozwala im zarobić. Jedni zaczynają w roku 1950 i grają rok po roku jeden wybrany hit z konkretną datą wydania. Inni chałturzą, grając tylko to, co dostaną na karteczce z przypiętym banknotem, lub przy braku dużej publiczności – nawet bez niego. Do Nashville ściągają młodzi (choć nie tylko) muzycy z całego kraju. Tutaj spełnienie marzenia i rozpoczęcie profesjonalnej kariery wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Z rzeszy ludzi napływających do miasta by się wybić, szansę dostają najlepsi, a idzie za tym jedna rzecz, która we wszystkich wykonaniach na żywo jest niezmienna bez względu na podjętą strategię - są świetni w tym, co robią!

    Nie przesadzę, jeśli powiem, że tak wielu wirtuozów w tak krótkim czasie i tak dostępnym dla wszystkich (od 21 lat wzwyż oczywiście) nie zobaczy się nigdzie indziej na świecie. Ich siła leży jednak w świadomości gdzie jest ich miejsce w tym wszystkim. Nie są to więc cyrkowe wręcz pokazy wirtuozerii – oni tworzą razem muzykę. Nieistotne, czy to ich własne kompozycje czy częściej klasyczne tematy. Wszystko jest odpowiednio wyważone, brzmi jak niepodzielna całość, do tego ciągła gra dynamiką, a w to wszystko razem tchnięte życie, energia bijąca ze sceny i elektryzująca wszystkich słuchaczy. Obserwując wykonujący skład wiesz jednocześnie, że ten gitarzysta, ten skrzypek, tamten gość grający na kontrabasie jak u Elvisa czy jeszcze inny gość grający na banjo jest cholernym wirtuozem. Dodatkowo ten umiejętnie podciągany niski wokal z nutą twangu, tak typowy dla country, by w następnej frazie trafiać dźwiękami dosłownie w punkt + świetny kontakt z publicznością skłaniał mnie do myślenia, że wszedłbym tego posłuchać nawet gdybym musiał zapłacić za wejściówkę.

    Skąd w ogóle wzięło się Music City USA, zwane też „światową stolicą country”? Z radia. W czasach, gdy elektryczność była domeną dużych miast, na wsiach posiadano jedynie radia na baterie. Mówimy o pierwszej połowie XX wieku. Za kreowanie trendów odpowiadały wtedy audycje radiowe. Nashville również posiadało kilka rozgłośni, z których jedna, o nazwie WSM, rozpoczęła nadawanie audycji Grand Ole Opry. Jeżeli ktoś interesuje się muzyką country, to serce powinno szybciej zabić. Ideą Grand Ole Opry było organizowanie koncertów, które transmitowane były w audycji. Z biegiem lat wszystko w Nashville zaczęło kręcić się wokół tej audycji. Jak bardzo? Przywołując wypowiedź Dolly Parton: „nie byłeś artystą country, jeśli nie grałeś w Grand Ole Opry”.

    Co zmieniło się do tej pory? Nic. Grand Ole Opry jest najdłużej nadawaną nieprzerwanie audycją w historii amerykańskiego radia i nadal spełnia swoją rolę. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie dostał biletów na koncert „Opry Country Classics”, organizowany w historycznym Ryman Auditorium, dawnej mormońskiej świątyni, dostosowanej do potrzeb organizacji koncertów i de facto audycji. Klimatu i brzmienia tego miejsca nie opiszę, bo nie umiem dobrać słów. W czasie doskonałego show, trochę nostalgicznego względem czasów, którym sam nie mogę pamiętać, przez salę zdawały się przepływać duchy przeszłości – Johnny Cash, Emmylou Harris, Hank Williams, George Strait, Willie Nelson, Ray Price, George Jones, oczywiście Dolly Parton – wszyscy oni wykonywali kiedyś swoje ponadczasowe piosenki na tej scenie, na tych deskach, dosłownie kilka metrów przede mną.

    To uczucie utrzymywało się jeszcze nazajutrz, w ogromnym Country Music Hall Of Fame. Muzeum posiada ogromne zbiory, począwszy od gitar Hanka Williamsa i Emmylou Harris i innych instrumentów (często prawie stuletnich), przez stroje Dolly Parton, Johnny’ego Casha czy Dixie Chicks, nagrody Grammy, oddane do zbiorów przez Zac Brown Band, Brada Paisleya, Alabama, aż po… cadillac Elvisa! Wszystko na wyciągnięcie ręki. Te minione lata, te kultowe już przedmioty muzyków owianych nieśmiertelną sławą – wszystko tworzyło emocjonalną więź z tym, co znam i pamiętam, a co było ot tutaj, ledwo za szybą.

    Dziś po południu z krwawiącym sercem zostawiłem Nashville za sobą, mknąć na południe międzystanową 65 przez piękne wzgórza i lasy Tennessee i Alabamy, pełne małych domków, pickupów i nieodłącznych elementów krajobrazu - burgerów i steków pasących się na łąkach. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Z pewnością coś jeszcze wspomnę o Nashville w przyszłości. Obecnie znajduję się w miejscowości Irondale, AL. W głowie lekko pobrzmiewa Lynyrd Skynyrd, Goose IPA trochę ssie, ale cisza tego ciepłego wieczoru na werandzie wiejskiego domku pośród drzew przy rzeczce tworzy niezapomniany klimat.

    #usamusictrip #usa #ameryka #podrugiejstroniebajora #country #podroze, trochę #ciekawostkimuzyczne i #ciekawostki ogółem i na zdjęciu #ladnapani - Ashley Campbell gościnnie w czasie czwartkowego Grand Ole Opry. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    źródło: ashley_opry.jpg