•  

    724187 - 653 = 723534

    Maraton Tour de Silesia, dystans 540 km.

    Zapisując się na maraton wiedziałem, że będzie szansa poprawić swoją ubiegłoroczną życiówkę. Ale co to za poprawa o ledwo 10 km. To się nie opłaca jechać. Postanowiłem więc na miejsce startu dojechać rowerem i tak samo wrócić później do domu.

    Wyjeżdżam chwilę przed 8.00 w sobotę rano i po dwóch godzinach jestem już w Świerklanach, w bazie maratonu, która ulokowana jest na terenie ośrodka sportu przy lokalnej szkole podstawowej i gimnazjum. Zaczynają zjeżdżać się zawodnicy startujący na długim dystansie. Wersja mini licząca 370 km ruszała o 7.30, więc na trasie już od kilku godzin byli m. im. @Arczi-S i @Limon2g.
    Na drugie śniadanie zjadam makaron z kurczakiem, który miałem ze sobą i kręcąc się po terenie spotykam @bynon'a, a później @byczys'a (pozdrowienia dla żony!). Coś tam pogadaliśmy i trzeba powoli przygotowywać się do startu. Wszyscy trzej jesteśmy w ostatniej, piątej grupie, czyli planowo powinniśmy ruszać o 11.20. Jeszcze jakaś przedstartowa odprawa Gustava, który jest jednym z głównych organizatorów i wypuszczane są poszczególne grupy. Każda liczy ok. 13 osób, w sumie startuje 60-kilka.

    Spodziewałem się szybkiego początku, ale to przypominało raczej typową ustawkę w tygodniu niż maraton dookoła województwa. Po kilku km wyprzedzamy pierwsze, pojedyncze osoby z wcześniejszych grup. Po kilkunastu całą czwartą grupę. Część osób przyłącza się do nas. Pierwszy punkt kontrolny, w Krzyżanowicach, to tylko wejście do sklepu po pieczątkę i szybko jazda, żeby nie zgubić grupy. Pomiędzy Raciborzem a Rudami widać skutki nawałnicy, która przeszła tutaj w piątek. Na poboczach dróg mnóstwo połamanych gałęzi i przewróconych drzew.
    PK2 mieścił się na Orlenie w Pyskowicach. Był to zdaje się 103 km trasy i średnia z tego odcinka przekroczyła 36 km/h. To było dla mnie trochę za dużo. Postanowiłem zrobić o kilka minut dłuższą przerwę i dalej jechać sam albo z kimś napotkanym po drodze. @byczys i @bynon pognali z grupą.
    Ruszamy ze stacji w kilka osób, ale po pierwszym podjeździe zostaję tylko z gościem w stroju Bałtyk-Bieszczady Tour. Jedziemy po zmianach i byłoby bardzo przyjemnie, gdy nie silny boczny wiatr. Po wspólnych 50 km łapie nas deszcz. Postanawiam zatrzymać się na przystanku i założyć ochraniacze na buty. Tamten pojechał dalej. W sumie w deszczu jadę jakieś 20 minut. Jest ciepło, więc drogi szybko wysychają i już na PK3 koło Olesna zdejmuję ochraniacze i wiatrówkę.
    Na stacji spotykam parę osób, ale one właśnie się zbierają. Kupuję jakąś tortillę, bo o hot dogach zapomnij, jeśli przed chwilą przewinęło się tutaj kilkunastu ludzi...

    Prawie cała droga do punktu żywieniowego w Kłobucku mija szybko za sprawą wiatru w plecy. Gdy skręcam do restauracji, @byczys i @bynon z grupą właśnie wyjeżdżają. Oferta obiadowa jest całkiem bogata, wybieram kurczaka z ryżem i zestaw sałatek. Do tego w pakiecie 2 litry wody i dwie saszetki izotoniku. Robię niecałą godzinę postoju i w dalszą trasę zabieram się z dwójką, która przyjechała tam jakiś czas przede mną.
    Spokojnym tempem jedziemy na wschód do Koniecpola, gdzie zlokalizowany jest kolejny punkt kontrolny. Czas mija nam głównie na rozmowach na tematy okołorowerowe. Jarek, który na maraton przyjechał spod Wrocławia, traktuje go jako przygotowanie do pełnego Iron Mana, w którym będzie startował na początku września w Malborku. Z Bartkiem znamy się trochę z naszej lokalnej ustawki - Czwartkowej Rundy.
    W Koniecpolu pieczątka na stacji, chwila odpoczynku i skręcamy na południe. Jest już grubo po zmroku, a trasa z płaskiej przechodzi w jurajskie pofałdowanie. Jedna hopka za drugą. Tempo siłą rzeczy spada, ale przynajmniej nie jest nudno i nie chce się spać. W okolicach Pilicy Jarkowi kończy się picie, ale jako że nie napotykamy żadnej stacji ani otwartego sklepu, ratujemy go własnymi zapasami i jedziemy dalej. Czynną stację znajdujemy dopiero w Kluczach i tam też robimy przerwę na kawę itp. Tego było mi trzeba, bo oko już zaczynało się niebezpiecznie przymykać.

    Po ok. półtorej godziny, który to czas upływa na bezustannej jeździe góra-dół, meldujemy się na drugim punkcie żywieniowym zlokalizowanym w Bolęcinie. Tutaj już wyboru nie ma i każdy dostaje filet drobiowy z ryżem i sałatkę. W sumie zjadłbym dwie takie porcje, gdyby dawali. Kolejna godzina odpoczynku. Jarek nawet przekimał kwadrans na podłodze, bo kryzys snu miał spory. Gustav coś tam nagrywał, więc może znajdziecie nas później w jakimś filmiku na jego kanale.
    Na start dostajemy temperaturę poniżej 10 st., mgłę i podjazd do Płazy. Ale to nawet dobrze, bo od razu się człowiek rozgrzał. Kawałek przed Wieprzem, gdzie na Orlenie jest kolejny PK, spotykamy @Kuchasz'a. Wcześniej umówiliśmy się, że po mnie wyjedzie i nie zawiódł ;)
    Od Andrychowa zaczynają się góry. Na dobry początek Kocierz. Pomimo 470 km w nogach, podjazd wchodzi całkiem nieźle. Na górze ściągam nogawki i czekamy z Rafałem chwilę na pozostałych kompanów. Zjeżdżamy do Żywca i dalej kierunek na Węgierską Górkę, gdzie standardowo na Orlenie mieści się punkt kontrolny.
    Jarek i Bartek są już mocno zajechani i postanawiają zrobić dłuższą przerwę przed czekającymi ich jeszcze podjazdami. Wcinam więc tylko dwa hot dogi, zapijam kawą i ruszamy z @Kuchasz'em do Milówki. Stamtąd drogą serwisową wzdłuż S1 jedziemy do Koniakowa. Droga wojewódzka 943 na tym odcinku to jest jakieś nieporozumienie. Nie dość, że dziury, łaty i muldy, to jeszcze kilkaset metrów bruku. Od Istebnej na szczęście jest już normalnie.
    Podjazd na Kubalonkę całkiem w porządku, chociaż różnica w "świeżości nogi" pomiędzy mną a @Kuchasz'em jest widoczna gołym okiem. Przez Wisłę i Ustroń kierujemy się na Cieszyn. Przejazd przez ten ostatni mocno nadszarpuje moje siły. W zasadzie całe miasto to seria krótkich, sztywnych podjazdów. Pieczątka na Orlenie, cola, lody i jedziemy dalej, zgarniając ze sobą napotkanego na stacji maratończyka.

    Ostatnie 40 km dłuży mi się niemiłosiernie. W końcu o 12.45 docieramy do bazy maratonu, gdzie odbieram pamiątkowy medal i kończę udział w zabawie z czasem 25h 31m. Podobno dało mi to 15. czas wśród startujących na dystansie mega. Nawet spoko, bo spodziewałem się, że z czasem powyżej 25h będę jednak w ogonie stawki.
    Zjadam dwie miseczki bogracza, bo kiełbasy z grilla bym nie przełknął, a tylko takie dania są dostępne. Jeszcze chwila odpoczynku, żegnam się z Gustavem i obsługą maratonu i ruszam do domu, bo do przejechania jeszcze ponad 50 km.
    Zaraz po wyjeździe na główną drogę Garmin informuje mnie, że "Wygrałeś! Trening ukończony" i... wyłączył się. Włączam go, a tam nie ma możliwości kontynuowania trasy, ani nawet samej trasy zapisanej! Fuuuuuuuuuuuck! No ale co zrobię? Nic nie zrobię. Trzeba w domu podpiąć do komputera i zobaczymy.
    Jedziemy z @Kuchasz'em spokojnie, bo też moje nogi nie chcą pozwolić na nic więcej, a w dodatku ciągle myślę o niezapisanej trasie. By to jasny ch... Cała radość z przejechanego maratonu wyparowała niczym przebity balonik. Wkurw na maksa.
    W Pszczynie robimy przerwę na lody, żegnamy się i ostatnie kilometry do domu jadę już sam.

    Pierwsze co, to oczywiście Garmin do komputera i szukam trasy. Jest! Ale tylko 270 km... Załamka :( Szczęśliwie @Marcin_od_Tribana dobrze ogarnia takie tematy, podsunął parę pomysłów i udało się odzyskać ślad trasy. Humor od razu poprawiony :D Bo wiadomo, że jak czegoś nie ma na Stravie, to tak jakby tego w ogóle nie było.

    W imprezie tego typu startowałem pierwszy raz, więc nie będę podejmował się oceny organizacji, bo nie wiem jak to powinno wyglądać ani jak wygląda gdzieś indziej. Mogę tylko powiedzieć, że niesamowicie mi się podobało, atmosfera była bardzo przyjazna i z niecierpliwością czekam na przyszłoroczną edycję. A Gustav już zapowiedział, że łatwiej na pewno nie będzie.

    pokaż spoiler Jeszcze 2 tygodnie temu nie spodziewałem się, że Triban dostanie szansę przejechania czegoś więcej niż 100 km, a tu proszę. W pięknym stylu wrócił z emerytury. I po co te wszystkie karbony i elektroniczne przerzutki? ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #rower #szosa #wykoptribanclub #100km #200km #300km #400km #500km #600km (nr 1)

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: TdS.jpg

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    Przypominam,że niedawno niektórzy robili z konona niewinnego krzysia misia
    #kononowicz

    odpowiedzi (15)

  • avatar

    Tak jak obiecałam, wrzucam podsumowanie mojej terapii. Postanowiłam zrobić to trochę w postaci takiego Q&A (też w oparciu o to, o co już byłam pytana, ale niech będzie w ładnie w jednym miejscu), co by wyglądało to w miarę czytelnie. Ostrzegam, ściana tekstu.

    Dlaczego w ogóle zdecydowałam się na terapię/z czym walczyłam?

    Przede wszystkim zależało mi na pogodzeniu się z przeszłością – jako dziecko byłam ofiarą przemocy psychicznej, a nawet też w pewnym momencie fizycznej. Miałam też styczność z osobą uzależnioną od alkoholu. Ponadto jestem córką rozwodników (i przy okazji żywym dowodem na to, że oddawanie dziecka pod opiekę matki wcale nie jest takie świetne); a mój rodzinny dom „nauczył” mnie wielu złych, wręcz toksycznych, schematów zachowania: problem z panowaniem nad emocjami, agresywne reakcje w momentach „zagrożenia” albo przy poczuciu utraty kontroli nad sytuacją, nie można było ze mną w ogóle dyskutować, bo każde negowanie mojej opinii/zwrócenie mi na coś uwagi traktowałam jako atak, do tego w kryzysowych momentach dochodziły ataki paniki i samonakręcanie się na najgorszy możliwy scenariusz, brak asertywności i uległość – wolałam przepraszać i płaszczyć się przed innymi, żeby tylko się pogodzić, niż trzymać się swojego zdania, ale narażać się na spór (nigdy też nie wiedziałam czy faktycznie mam rację czy to moje spierdolenie daje o siebie znać). W klasie maturalnej w dość burzliwy sposób zmieniłam miejsce zamieszkania (zostałam przez bliską mi osobę po prostu wywieziona stamtąd) i zamiast uczyć się do matury to ciągałam się po sądach w niekończących się rozprawach o alimenty. Byłam naprawdę na dnie; ale na szczęście miałam przy sobie ludzi, którzy nie pozwolili, żeby stała mi się krzywda. I chociaż na przestrzeni tych kilku lat dużo nad sobą pracowałam, to nadszedł taki moment, w którym przekonałam się, że wcale sobie sama z moim problemem nie poradziłam: sytuacja z życia sprowokowała zachowania, z którymi się zmagałam; a jednocześnie doszłam do wniosku, że sama już więcej nic nie zrobię, że osiągnęłam wszystko co mogłam w pojedynkę i potrzebuję kogoś z zewnątrz do pomocy.

    Jakie problemy do listy moich dodał psycholog?

    Nadmierna chęć bycia idealną – córką, siostrą, przyjaciółką itd. Wchodzenie w rolę partnerską/rodzicielską w relacjach z rodzicami/rodzeństwem. „Syndrom Matki Polki”, która za bardzo chce chronić (głównie młodsze rodzeństwo) przed złem tego świata oraz zbyt często przekłada dobro innych ponad swoje własne. Zbyt duże przykładanie wagi do sztywnego definiowana świata i ludzi z mojego otoczenia (nadmierna potrzeba kontroli nad wszystkim). I największa dla mnie niespodzianka: zerojedynkowość.

    Jakiego rodzaju terapię przechodziłam i dlaczego taką?

    Zdecydowałam się na terapię poznawczo-behawioralną; chociaż po pierwszej wizycie zostało mi zasugerowane, że może powinnam rozważyć psychodynamiczną. Zależało mi jednak dużo bardziej nad pracą tu i teraz; a nie rozwlekaniu aż tak mocno tego, co było. Skusiła mnie perspektywa zadań domowych, dzięki którym widziałam „na papierze” efekty; poza tym z tego co poczytałam, to psychodynamiczna nie ma potwierdzonego działania.

    Ile trwała terapia, ile miałam spotkań, i ile mnie to kosztowało?

    Terapia trwała 5 miesięcy. Łącznie z zaplanowaną wizytą za miesiąc wyjdzie ich 16, po 1h. Koszt jednej wizyty to 100zł, co łącznie daje 1600zł.

    Czy brałam leki?

    Nie.

    Jak szukałam terapeuty?

    Korzystałam z internetu. Czytałam po prostu opisy i opinie, aż trafiłam na takiego, który wydał mi się ok. Dwie „głupie” rzeczy: wybrałam mężczyznę, bo stwierdziłam, że kobiecego spojrzenia nie chcę już (w przeszłości nacięłam się na kobiety już) i wybrałam takiego, który ma imię jak mój Tata, bo kojarzy mi się to z bezpieczeństwem.

    Jak wyglądała sama terapia?

    W związku z tym, że jednak źródłem moich problemów była przeszłość; zaczęłam (pierwsze zadanie domowe) od narysowania wykresu mojego życia: na osi rzędnych zapisana była skala od 0-10, a na osi odciętych lata mojego życia. Było to naprawdę strasznie trudne zadanie, a dzisiaj w sumie narysowałabym go lekko inaczej. Później omawialiśmy (drugie zadanie domowe) moje relacje z ludźmi – kto i w jaki sposób na mnie wpływa. Następne zadanie domowe polegało na spisywaniu sytuacji, w których przejawiłam (lub nie) zachowania, z którymi chciałam walczyć. Miałam je oceniać – pozytywne/negatywne i później omawialiśmy je na moich wizytach: dlaczego zareagowałam tak a nie inaczej co zrobiłam dobrze, co mogłam zrobić inaczej. Później zostałam poproszona o ocenianie tych sytuacji w skali od 1-10, czyli pokazanie mi, że istnieje też „mniejsze zło”, a w końcowym etapie miałam oceniać te relacje na zasadzie: uległe-asertywne-agresywne. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że moje schodzenie wiecznie z drogi w kłótniach i przepraszanie tak „pro forma” jest złe – dowiedziałam się o tym rychło w czas, ale o tym w następnym podpunkcie. Na samym końcu poza ocenianiem siebie, miałam też obserwować moje otoczenie i zapisywać jak z sytuacjami, które dla mnie byłyby trudne radzą sobie inni. Miało to pomóc mi spojrzeć na siebie z boku.

    Jak wyglądał mój największy kryzys?

    Kilka dni po tym, jak zostałam poproszona o ocenianie moich „kryzysowych” sytuacji jako uległe-asertywne-agresywne odbyłam kłótnię z bardzo ważną dla mnie osobą. Po raz pierwszy nie uległam i nie przeprosiłam, bo naprawdę nie miałam za co. Przez chwilę byłam z siebie dumna, bo zastosowałam w życiu wszystko to, czego się nauczyłam. Tej osobie moja asertywność się nie spodobała, usłyszałam wręcz, że wychodzi na to, że moja terapia mi nic nie daje – i był to dla mnie tak ogromny cios, że cały luty był dla mnie jednym wielkim dołem – opowiadając o tym na wizycie po raz pierwszy się rozpłakałam. Co mnie zaskoczyło, przy następnej okazji widzenia się z tą osobą, wszystko było tak, jakby nic się nie stało. Jeszcze dziwniejsze było dla mnie to, że psycholog powiedział, że to wcale nie oznacza, że jest to dla mnie przegrana sytuacja. Po prostu „rozeszło się po kościach”.

    Jak radziłam sobie z negatywnymi myślami?

    I tutaj ciężko mi powiedzieć. Wychodziłam po prostu z założenia, że jestem tylko człowiekiem i mam prawo mieć gorszy dzień. Skupiałam się wtedy mocno na tym, co mam do zrobienia i czekałam na następny dzień – bo wierzyłam, że będzie lepszy. Mimo całego tego burdelu w życiu jestem naprawdę wielką optymistką – niektórzy mówią, że aż zbyt wielką. Ale z dwojga złego wolę przesadzać w tę stronę.

    Czego się nauczyłam?

    - Nie muszę być idealną: córką, siostrą, przyjaciółką, partnerką; żeby być szczęśliwym człowiekiem. Że idealne jest wrogiem dobrego, że ideałów nie ma; a moja chora potrzeba zadowolenia wszystkich dookoła była dla mnie gorzej niż zła. To samo tyczyło się idealizowania niektórych osób w moim życiu.
    - Nie ma szansy na to, żebym pomogła wszystkim dookoła. Tak się nie da. Nie jestem żadną „Matką Polką”, nie mam monopolu na dobre porady i po prostu nie mam takich możliwości/umiejętności, żeby zmienić życie tych potrzebujących na lepsze. Szczególnie, że wielokrotnie robiłam to kosztem samej siebie. (Co nie znaczy, że zaprzestanę swoich prób.)
    - Oduczyłam się myślenia zero-jedynkowego. Nauczyłam się i uczę się dalej, że pomiędzy 1 i 10 jest coś więcej.
    - Znalazłam w sobie „dźwignię”. W kryzysowych momentach zamiast dać ponieść się całkowicie emocjom, potrafię się na chwilę zatrzymać i podjąć decyzję odnośnie mojej reakcji. Oczywiście, to nie jest tak, że zawsze wybieram spokój; ale już sam fakt, że mam wybór (a nie ślepo poddaje się złym odruchom) to mój wielki sukces.
    - Nie jestem już uległa. Nie biorę na siebie niesłusznej winy za wszystkie złe rzeczy, które mają miejsce pomiędzy mną i ludźmi z mojego otoczenia, chociaż nie jest łatwo. Psycholog nauczył mnie, że bycie uległym jest tak samo złe jak bycie agresywnym, bo żadna ze skrajnych reakcji nie jest dobra. Teraz dążę do asertywności.
    - Choćby nie wiem jak bardzo zależało nam na ludziach z naszego otoczenia, tych toksycznych trzeba z niego wyeliminować. Albo inaczej: trzeba wybrać albo swoje, albo ich dobro. Ja od teraz wybieram swoje. (Nie chcę tutaj tego opisywać, ale dzięki terapii zakończyłam jedną znajomość, która była dla mnie po prostu szkodliwa.)
    - Umiem „wyjść z siebie” i spojrzeć na swoje zachowania z zewnątrz. Ocenić co zrobiłam dobrze, co zrobiłam źle i jak mogłabym to zmienić, żeby było lepiej.
    - Pogodziłam się z przeszłością. Nie na zasadzie wymazania jej, ale zaakceptowania i wyciagnięcia wniosków. Wiem jak postępować, żeby przerwać błędne koło, jakie można zaobserwować w mojej rodzinie kilka pokoleń wstecz.

    Jeszcze jedna rzecz na koniec. Przy pierwszej (tej zapoznawczej) wizycie usłyszałam, że mam naprawdę wszystko bardzo ładnie poukładane i wiem czego chcę (co było bardzo miłe). Zapytał mnie czy już kiedyś chodziłam do psychologa – a tak się składa, że chodziłam. Generalnie było to moje trzecie podejście do terapii. Poprzednie dwa podejścia skończyły się fiaskiem po kilku wizytach, głównie ze względu na niepoważne podejście psycholożek (dlatego tym razem chciałam iść do mężczyzny). Piszę o tym dlatego, żeby pokazać, że to wcale nie jest tak super, że do razu trafiłam na super specjalistę i miałam tak fajnie. Nie miałam. Co więcej, żeby nie rzucić tej terapii poprosiłam mojego przyjaciela, żeby mnie kontrolował czy aby na pewno chodzę (dzwoniłam i zdawałam mu relację z każdej wizyty). Bałam się. Strasznie się bałam. Każdej jednej wizyty. Ale chciałam lepszego życia i to było moją siłą napędową. I strasznie się cieszę, że się nie poddałam – szczególnie w tych gorszych momentach. Bo naprawdę jestem dzisiaj innym człowiekiem niż byłam w październiku. Oczywiście, to nie jest tak, że moja praca się skończyła. Zapewne będę musiała całe życie na siebie uważać, bo niektórych rzeczy po prostu nie zmienię – ale mogę je kontrolować. I to się dla mnie liczy najbardziej.

    Gratuluję każdemu, kto dotarł do tego miejsca. Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania – to już odpowiem w komentarzach. Jeżeli moje wypociny pomogą chociaż jednej osobie – będę bardziej niż szczęśliwa.

    Mirki, naprawdę warto walczyć o siebie. Szczególnie, że nikt inny tego za Was nie zrobi. Trzymajcie się cieplutko i miłego weekendu! ʕ•ᴥ•ʔ

    #psychologia #psychoterapia #wygryw

    PS. Proszę się nie śmiać, ale nie umiem into mirkolisty więc wołam ręcznie. XD

    pokaż spoiler @13ooK @zjem_twoj_bigos @Adolf_Wojtyla @Makiszka @13czarnychkotow @MisieRzadza @kjut_dziewczynka @Leninzone @briskmann @aloszkaniechbedzie @Anhed @zwirooo @skylerdw @Xune @Mu_H @HomeMadeGames @S7-1500 @Wygrywka @kuee @Arnhem5 @Riannon @Talar_ @Waleczny_ramol @molski @Nito @1Bartosz1 @Minister_Braku_Kultury @quiksilver @lomszyk @agitator_potyliczny @orbitowski @yols @raichu_z_reichu @Cesarz_Polski @occisor @Mainframe @comer123 @Maestro_PM @ruszka @Aigre
    pokaż całość

    odpowiedzi (73)

  • odpowiedzi (12)