•  

    716459 - 546 = 715913

    Pierwsza edycja Maratonu Tour de Silesia zaliczona!

    Trasa 540 km dookoła województwa śląskiego. Blisko, sporo znajomych nazwisk na liście startowej, więc nie mogłem odpuścić ;)

    Wraz z @Mortal84 i @bynon startujemy w piątej, ostatniej grupie. Tempo od razu jest wyżyłowane. Lecimy grupą około 10 osób po zmianach parami, a wskazanie prędkościomierza rzadko schodzi poniżej 40km/h. Szybko doganiamy resztę uczestników i wychodzimy na czoło całego maratonu. Na PK1 (37km) tylko podbicie pieczątek i w drogę. Na jednej ze zmian łapie mnie kolka, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło na rowerze. Wydaje mi się, że przyczyną jest zwiększona kadencja, jaką sobie przyjąłem jakiś czas temu, by oszczędzać stawy. Boli mocno, ale po kilku minutach udaje się to jakoś ogarnąć. A tempo ciągle jak na ustawkach szosowych, bo na drugim PK (106 km) średnia wskazuje ponad 36 km/h. Tutaj już kilka minut przerwy. Uzupełniamy bidony i kto gotowy rusza dalej. Nasza grupka liczy teraz 8 osób i w tym składzie przejedziemy kolejne 200 km, równo pracując na zmianach. Przed PK3 (170km) łapie nas zawierucha i deszcz. Wieje, leje, ale tempo maleje tylko nieznacznie. Ktoś proponuje przeczekać gdzieś największy deszcz, ale nie zyskuje aprobaty grupy ;) Na punkcie większość ubiera kurtki, choć w sumie już nie pada. Ja zostaję na krótko, z nadzieją że dzięki temu uda mi się lepiej przeschnąć przed nadejściem nocy. W Kłobucku, na 216 km trasy, mamy zorganizowany punkt żywieniowy. Smaczny obiad, trochę dłuższy odpoczynek, ale już słyszę jak grupa woła czy jadę dalej z nimi. Postanawiam jeszcze trochę pociągnąć z nimi, a gdy zaczną się większe pagórki, zacząć jechać już swoje.

    W dalszej części kilka razy jesteśmy filmowani przez drona. Fajna zabawka i pamiątka: https://www.youtube.com/watch?v=Q0qdS0DakdE&t=0s

    Zaraz za PK4 w Koniecpolu (280km), droga coraz bardziej zaczyna się piąć ku górze. Gdy na liczniku wybija 300 km, a średnia wskazuje 34,4 km/h stwierdzam że to już ten moment i na jednym z podjazdów po prostu odpuszczam. Dalsza próba trzymania tempa mogłaby się skończyć kontuzją, bo już lekko pobolewał mnie achilles. Szkoda było zaprzepaścić tak wypracowaną przewagę i zakończyć imprezę wycofką ;)

    Robi się ciemno, ale drogę doświetla piękny księżyc w pełni. Mniej więcej w tym samym czasie z mojej grupy odłączyły się jeszcze 2 uczestników. Jeden z nich zostaje z tyłu, a drugiego doganiam i sobie gawędzimy. Nie jedziemy po zmianach, a po prostu trzymamy się w miarę blisko siebie, bo tempo mamy podobne. W Olkuszu postanawiamy zatrzymać się na stacji benzynowej. Jemy hot-dogi i kolega rusza dalej, ale ja postanawiam jeszcze trochę odpocząć, bo doskwiera mi ból pleców.

    Wrzucam na siebie kurtkę, bo jest bardzo mgliście i ruszam dalej. Po chwili mijam jednego z uczestników, który coś kombinuje na przystanku. Pytam czy wszystko ok i gdy potwierdza, mknę dalej do przodu w kierunku punktu żywieniowego nr 2 w Bolęcinie (373 km). Tu zjadamy jakiegoś kuraka z ryżem i sałatką. Niestety jest to tak suche, że ledwo przechodzi mi przez gardło. Żuję i żuję, a kolega już się zbiera do odjazdu. Mi z tym żuciem schodzi jeszcze dobre 15 minut. Po prostu wmuszam to w siebie, bo szkoda mi tracić posiłku.

    Za cel stawiam sobie złapanie kolegi uciekiniera jeszcze przed górami. Cisnę więc i cisnę wśród mgieł i blasku księżyca, aż w końcu po dobrej godzinie zauważam czerwony migający punkt na horyzoncie. Chodź tu mój zajączku ;)

    Wyprzedam go, ale na PK5 w Wieprzu (403km) znów mnie dopada i rusza przede mną. Po chwili znów jestem z przodu i zaczynam pierwszy z większych podjazdów, czyli wspinaczka na Przełęcz Kocierską (718m). Robi się gorąco, ale nie ściągam jeszcze kurtki, bo wiem co mnie czeka podczas zjazdu. Zaczyna świtać, więc robi się rześko. W Węgierskiej Górce na PK6 (447km) postanawiam zjeść Hot-Doga, więc ponownie się spotykamy. Tym razem jednak wyruszam pierwszy. Góry witają mnie pięknym porankiem. Teraz czeka mnie długi, w zasadzie 30 km podjazd do Koniakowa. Możliwość oglądania takich widoków sprawia, że stwierdzam: "warto było się męczyć całą noc :)" Tym bardziej, że do mety już zaledwie setunia ;)

    Ostatni dłuższy podjazd pod Kubalonkę i zjazd do Wisły. W Ustroniu odbijam w lewo w kierunku Cieszyna, gdzie znajduje się ostatni, siódmy punkt kontrolny (507km). Ku mojemu zaskoczeniu spotykam tam 4 uczestników. Jeden leży na kafelkach, więc coś mi nie pasuje, bo przecież czołówka która była przede mną, by sobie nie robiła takiego popasu 35 km przed metą :) Okazuje się, że to chłopaki z dystansu 370 km. Trochę się z nimi zagaduję i zapominam o moim zajączku, który nagle wpada na stację, bije pieczątkę i od razu ucieka na ostatnią prostą. Szybko zeruję colę i udaję się w pościg. Po kilku km wyprzedam go i pozostaje tylko dociągnąć do mety. Dosyć szybko znika na horyzoncie, więc jeszcze pozwalam sobie na sik-stop. Analizuję godzinę i już wiem, że uda mi się zmieścić w czasie mniejszym niż 1 doba (a przed startem sobie takim przyjąłem jako ambitny cel).

    Na metę docieram z czasem 22 godziny 44 minuty, więc sporo poniżej oczekiwań. Ciepłe przywitanie przez żonę :) Zostajemy jeszcze na mecie dobre 2 godziny, dyskutujemy i witamy przybywających na metę. Próbuję sobie urządzić w namiocie drzemkę, ale jest za duszno, bo słońce już daje lampę. Udaje mi się trochę zdrzemnąć na hali gimnastycznej, po czym pakujemy majdan, żegnamy się i jedziemy do Rybnika na pociąg. Ufff... teraz trzeba trochę odespać, bo jutro powrót do rzeczywistości.

    Super organizacja i towarzystwo. Jeśli za rok trasa będzie poprowadzona inaczej (nie lubię jeździć tego samego), to będę obowiązkowo ;)

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km

    źródło: i.imgur.com

    •  

      @byczys: Szacunek. Już wiadomo, że jak @byczys chwilę nie wrzuca na rr to walnie z czymś na grubo ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      A tak pobocznie, to czy taka pozycja dość wyprostowana nie spowalnia Cię bardzo (mimo lemondki)?

      +: byczys
    •  

      @byczys: Będzie inaczej. Wstępna wersja na 2018 - http://m.gpsies.com/map.do?fileId=xbhuevdmrwnkkdme

      Świetna relacja jak zwykle. W sumie to nie wiedziałem, że do pk2 wyprzedziliśmy wszystkich...

      +: byczys
    •  

      @byczys: fajnie sie bylo znow spotkac w trasie:-) Pisalem wczesniej do organizatorow, zeby dodali nas z @Mortal84 do jednej grupy startowej, wiec chyba dzieki Twojej slawie trafilismy do najmocniejszej ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      @radoslaw-szalkowski dzięki :)

      @trace_error na pewno spowalnia, ale jest wygodna. Mam problemy z karkiem przy dłuższej jeździe, więc typowo wyścigowa geometria odpada. Lemondkę mam bardziej dla zapewnienia większej mnogości chwytów. O aerodynamiķę tutaj raczej nie chodzi ;)

      Generalnie ten rower nie jest stworzony do ścigania, a do szybkiej i wygodnej turystycznej jazdy. Już sama waga 13 kg mówi sama za siebie. Szczególnie właśnie w górach ma to znaczenie. Dodatkowo sztywność pozostawia wiele do życzenia. Konstrukcja jest przecież stalowa.

      Pewnie na jakiejś szosce 5 kg lżejszej z geometrią endurance odczułbym sporą różnicę, ale jakoś nie mam ciśnienia by zmieniać czy kupować nowy rower. Na tę chwilę wystarczy. W czołówce ultra nigdy i tak nie będę, a poza tym takie napieprzanie od startu do mety to nie moja bajka. Czasem można, ale lubię się też podczas jazdy zatrzymać, zrobić zdjęcie itp. Podczas jazdy w grupie to niemożliwe. Z tego samego powodu nie pojechałbym drugi raz tej samej trasy. A już na pewno nie kilka razy, jak niektórzy w BB tour :)

      @Mortal84 dzięki. No wszystkich, wszystkich. Normalnie konie po betonie ;)

      Pozdr :)

    •  

      @byczys: no to tempo na 300km odnoszę wrażenie, że jedna wielka czasówka i lecieliście w czołówce. Na aero sporo do zyskania. Taki Mark Beaumont czy na Indipac większość na sportach z lemondkami i wysokie stożki.

    •  

      @trace_error: takie CK, albo OTR strong, tyle ze ciut dluzej ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • odpowiedzi (19)

  • avatar

    Historia z sali sądowej, która miała miejsce x-lat temu. Otóż pewien przedsiębiorca umówił się z właścicielem kantoru na wymianę dużej sumy pieniędzy na walutę obcą. W celu realizacji zamówienia miał pojawić się w kantorze o konkretnej godzinie - powiedzmy, że 16:00. Jednak przez roztargnienie pomyliły mu się godziny i przyjechał do kantoru na 17:00, a tam... A tam policja, radiowozy i tłumy gapiów. Okazało się, że kilkanaście minut po 16 na kantor napadli zamaskowani bandyci, którzy zrabowali wszystkie pieniądze. Przedsiębiorca został przesłuchany, wytłumaczył co i jak, po czym pojechał do domu. I tu w zasadzie historia mogłaby się skończyć, ale po kilku tygodniach przyszedł pozew. Zdziwiony przedsiębiorca przeczytał w nim, że właściciel kantoru żąda od niego zapłaty kwoty, na jaką się umówili w związku z niedoszłą transakcją wymiany. Sprawa zakończyła się w sądzie - wygrał właściciel kantoru, a przedsiębiorca został zobowiązany do zapłaty całej wyżej wspomnianej kwoty. Niestety, nie dokopałem się do uzasadnienia wyroku, a szkoda, bo mogło być bardzo ciekawe... #sadowehistorie #prawo #ciekawostki pokaż całość

    odpowiedzi (65)

  • odpowiedzi (29)