•  

    512246 - 620 - 353 - 296 = 510977

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja, przygotowania i garść zdjęć

    O MRDP pierwszy raz usłyszałem podczas jego poprzedniej edycji w 2013 roku (maraton odbywa się w cyklu czteroletnim). Wystartowało wtedy 19 osób. Czytałem relacje uczestników i wyczyn był to dla mnie niewyobrażalny. Postanowiłem wtedy, że za 4 lata… żartuję – wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wziąć w czymś takim udział :) Najdłuższym przejechanym przeze mnie jednorazowo dystansem było wtedy 90 km z prędkością 23 km/h i pełnymi sakwami. Mimo wszystko byłem dumny z tego przejazdu i chyba z 5 razy wracałem do zapisu śladu i go sobie podziwiałem. Dojechałem wtedy z okolic Zawiercia do Tychów!

    Jeszcze tego samego roku, w październiku, podjąłem wyzwanie które dłuższy czas miałem w głowie i postanowiłem spróbować dojechać do rodziny na Kujawach (pozdrawiam!) rowerem. Spakowałem namiot, wydrukowałem jakieś mapki i po 3 dniach i 340 przejechanych kilometrach dotarłem na miejsce, po drodze zaliczając swój pierwszy samotny nocleg na dziko. Nie pospałem wtedy za dobrze – obok przebiegała ruchliwa linia kolejowa, a każdy szelest trawy wzbudzał mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Bardzo mnie tego typu jazda wciągnęła, więc w kolejnych latach odbyłem sporo kilkudniowych wycieczek z namiotem po Polsce i nie tylko (również z przyszłą jeszcze wtedy małżonką ;)).
    Zachęcony opisem zmagań rowerzystów z forum z jednorazowymi długimi dystansami, zacząłem próbować swoich sił również w tym kierunku. Uszosowiłem trochę swój rower MTB i zacząłem zaliczać samotnie coraz dłuższe wycieczki w systemie non-stop. Jednego roku złamałem barierę kolejno 200 , 300 (na Kujawy – tym razem na raz;)), i 400 km. Po zmianie roweru na bardziej szosowy (choć nie typowo), zacząłem nieśmiało spoglądać w kierunku trasy nad Bałtyk bezpośrednio z domu. Tym sposobem, za trzecim podejściem (jedno zakończone w Tczewie, drugie też już na Pomorzu, jednak z winy sprzętu) pokonałem trasę Katowice – Hel, tym samym łamiąc barierę 600 km.

    W międzyczasie zaliczałem też kilku i kilkunastodniowe wypady z namiotem m.in. do Rumunii i po Gran Canaria. Chociaż lubię jeździć samotnie, to zacząłem interesować się startami w bardziej zorganizowanych imprezach. Tym sposobem w 2016 roku wystartowałem w Brevecie 200 km i niedługo później w bardzo fajnym Maratonie Podróżnika na dystansie 530 km. Tu czas przejazdu zdecydowanie powyżej swoich oczekiwań (22h35m) i tym samym uzyskałem oficjalną kwalifikację do startu w Maratonie Północ – Południe (Hel – Głodówka k/Zakopanego) na dystansie 930 km. Przez własne gapiostwo (zgubienie portfela) mój dystans się wydłużył do 990 km, jednak mimo wszystko udało się dojechać na metę na 12h przed limitem wynoszącym 72h. Piękna przygoda i sporo zdobytego doświadczenia, w trudnych, jesiennych warunkach.

    Na mecie mieszczącej się w schronisku Głodówka, zaczęły się toczyć dyskusje dotyczące przyszłorocznego MRDP. Gdy pomyślałem wtedy, że miałbym jeszcze jechać kolejne 7 dni przy podobnym obciążeniu, to myśli o starcie szybko odsunąłem na bok. Tym bardziej, że byłem nieźle zmiękczony mokrą i zimną, górską końcówką  Jednak gdy już wróciłem do domu i doszedłem do siebie, myśl o starcie nie dawała mi spokoju. Okazało się, że jazda w formule samowystarczalnej to coś dla mnie. W pełni świadomy tego, że na jakąkolwiek rywalizację z innymi uczestnikami o miejsce w czołówce nie mam szans (własne ograniczenia fizyczne, sprzętowe, ale też dużo mniejsze doświadczenie), postanowiłem za jedyny cel obrać sobie ukończenie trasy w limicie 10 dni. Od tego momentu „choroba” MRDP ogarnęła mój umysł na blisko rok, w trakcie którego czyniłem przygotowania do startu. W zasadzie moją przygodę z tym maratonem można liczyć już od tego momentu, bo uważam że są one (przygotowania) nieodłącznym i także emocjonującym elementem całości :) Pewnie każdy startujący wie o czym mówię, ale moja małżonka zdecydowanie też jest w temacie :D (buziaki ;))

    Przygotowania polegały głównie na kompletowaniu i testowaniu sprzętu, ale również przygotowaniach organizmu do wysiłku. Moją największą zmorą przy długich dystansach był dotąd ból ramion, karku i kręgosłupa w odcinku szyjnym, który pojawiał się zawsze po 2-3 dniach intensywnej jazdy i tutaj upatrywałem najbardziej prawdopodobnej przyczyny potencjalnej porażki.
    Zacząłem więc stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające – nie stosowałem tu jednak jakiegoś wielkiego reżimu. W każdym razie przyniosło to efekt :)

    Strategia noclegowa również ewoluowała. Początkowo zapisałem się do kategorii Extreme, mając w planach 2 wcześniej przygotowane miejsca noclegowe. Jednak gdy jedno z nich mi wypadło, to postanowiłem jechać z własnym sprzętem noclegowym i przeniosłem się do kategorii Total Extreme, gdzie wsparcie z zewnątrz jest zakazane i trzeba być całkowicie samowystarczalnym. Dodatkowo lepiej wpisywało się to w mój ulubiony styl jazdy. Kupiłem więc mniejszy i lżejszy namiot, jednak tygodniowy, testowy wyjazd po kilku krajach na południe od PL pokazał, że w moim przypadku taka opcja na maratonie nie sprawdzi się. Za dużo czasu zajmowało mi składanie i rozkładanie majdanu.

    Ostatecznie zdecydowałem się na jazdę z samym śpiworem i dosyć lekkim (600g), dmuchanym materacem, a ewentualne noclegi pod dachem załatwiać spontanicznie w zależności od warunków i samopoczucia na trasie. Sam materac udaje mi się przetestować tylko raz, podczas maratonu Karpacki Hulaka, w którym wziąłem udział na 3 tygodnie przed startem. Sprawdziło się to wtedy nieźle – dobra izolacja od podłoża i całkiem akceptowalna wygoda, pomimo niewielkich rozmiarów.

    No, dosyć już tego wstępu, czas przejść do właściwej relacji ;)

    Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski.
    Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej. Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP :) Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

    Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony  Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki

    Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców ;) Robię pamiątkowe zdjęcie i odbieram trackera, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie. Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku ;)

    MRDP Dzień 1-2
    620 km | 3348 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1144005044

    Ostatecznie po krótkiej odprawie ruszamy o 12:10, czyli z małym opóźnieniem. Pierwszy odcinek, to wspólny przejazd do przeprawy promowej Świbno, znajdującej się na 90 km trasy. Jednocześnie jest to pierwszy punkt kontrolny. Jazda przez aglomerację trójmiejską to kompletna porażka. Ruch jest olbrzymi i wiele odcinków jest całkowicie zakorkowanych. Trzeba przeciskać się między samochodami, często zjeżdżać na pseudo – ścieżki rowerowe, lub walić na zakazie, bo innej alternatywy nie ma. Aż dziwne, że nie interweniowały tu żadne służby. Za Gdańskiem robi się w końcu luźniej. Trochę gawędzę z Gustavem oraz Stanisławem Piórkowskim. Przed promem zjawiam się na około 10 minut przed zaplanowanym kursem o 16:00. Korzystając z okazji robię jeszcze małe zakupy. Gdy wracam, prom z częścią zawodników jest już po drugiej stronie. Musza oni jednak na nas czekać, bo dopiero po przeprawie ma się tu odbyć start ostry i odtąd każdy musi już jechać wg zasad swojej kategorii.

    Dalej ruszam jako jeden z ostatnich. Planuje jechać od początku swoim tempem, więc wolę by nie mieć najmocniejszych w zasięgu wzroku i nie dać się ponieść instynktowi stadnemu ;) Mijam jeszcze transparent, ustawiony przez kibiców, informujący jak niewiele już zostało do mety :)

    W trakcie mijania kolejnych uczestników, rozpoznaję awolowego kolegę, Sylwka Banasika. Chwilę rozmawiam, bo wcześniej nie mieliśmy się okazji spotkać na żywo. W Braniewie planuję pierwszy postój na pizzę i ładowanie zapasów do jazdy nocą. Przejeżdżając przez Frombork, sprawdzam godziny otwarcia restauracji i okazuje się, że mogę nie zdążyć. Zatrzymuję się więc tutaj na zakupy i znajduję inny lokal. Robi się chłodno, więc ubieram cieplejsze ciuchy, pakuje resztę pizzy i ruszam w otchłań nocy ;) Tuż za miastem zauważam rowerzystę stojącego na poboczu. Podjeżdżam zapytać czy wszystko ok, a tu okazuje się, że to wykopowy @Qardius czeka tu na mnie ponad godzinę i jest już nieźle wymarznięty. Widział na mapie, że dojeżdżam do Fromborka, ale nie przewidział mojego postoju. Szacun że wytrwał i doczekał :D Odprowadza mnie kawałek do swojego Braniewa.

    Nocą wypatruję przed sobą kolejne migające światełka i wyprzedzam kilkanaście osób. Mazurskie drogi nie rozpieszczają jakością. Mamy też dużo hopeczek, więc nudno nie jest. Około godziny 3 mijam Stasia Piórkowskiego i Marcina Nalazka. W Węgorzewie zajeżdżam na Orlen, gdzie po chwili dojeżdża też Marcin. Hot-dog, wymiana wrażeń i dalej w drogę. Poranek witam w rejonie Puszczy Romnickiej. Czas na przejazd przez Suwalszczyznę, którą bardzo lubię. W Rutka – Tartak zatrzymuje się na śniadanie w przydrożnym sklepie. W trakcie jego konsumpcji zaczyna padać deszcz, więc chowam się pod wiatą. Po chwili słyszę głuche uderzenie. Samochód wyjeżdżający spod sklepu wyjechał pod koła motocykliście i ten przyładował w jego bok. Poszkodowany zwija się trochę z bólu, a wokół zbiera się kilku wiejskich gapiów. Przyglądam się sytuacji i widzę, że ludzie naskakują na niego i twierdza ze jechał za szybko i to jego wina i w ogóle młody wariat i mógł ich przecież wyminąć a nie się ładować na maskę. Ten jest w lekkim szoku i stwierdza że nie będzie dzwonił po policję. Polecam mu, żeby jednak to zrobił, bo wina jest ewidentnie kierowcy samochodu, nawet jeśli jechał trochę za szybko i pomijając uszkodzony sprzęt, to może się okazać że ucierpiało także jego zdrowie. Wtem doskakuje mnie jakiś dziadek i wyklina mnie od najgorszych. Grozi że zaraz stąd wyjadę z dwoma śliwami pod oczami i chce wziąć od drugiego krykę żeby mnie sprać :D Mówię, że niech tylko mnie spróbuje dotknąć… ale wtedy przypominam sobie że jadę maraton i szkoda go zakończyć w taki głupi sposób. Oczywiście w żadną bójkę bym się nie wdawał, ale sytuacja zmierzała w złym kierunku ;) Mój niedoszły napastnik uciekł do sklepu coś mamrocząc jeszcze pod nosem, a ja po przebraniu w strój przeciwdeszczowy ruszam dalej zanim zjawi się policja. Kilka km dalej mijam radiowóz.

    Za Gibami, po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Augustowa, ktoś macha do mnie spod wiaty i zaprasza do siebie. Niestety nie pamiętam imion, ale to jakaś rowerowa para kibiców częstuje wodą i naleśnikami. Twierdzą, że to dla wszystkich, więc postanawiam się skusić na jednego – dzięki, był pyszny  Trochę ciężko się stamtąd ruszyć, bo pada nieprzerwanie od rana, a teraz jakby jeszcze mocniej. Jadąc dalej, postanawiam dociągnąć tego dnia do Krynek, gdzie podobno znajdę jakieś schronisko młodzieżowe. Jestem kompletnie przemoczony, więc nocleg na dziko nie wchodzi w grę. Im bliżej wieczora, tym zimniej się robi. Ponura aura potęguje senność i zmęczenie. Jadę praktycznie bez przerwy, bo postoje nie są w tych warunkach przyjemnością. Do Krynek docieram nieźle wypruty, jednak myśl, że zaraz zrzucę z siebie to wszystko dodaje mi otuchy.

    Dopytuję policjanta o schronisko młodzieżowe ale nie jest w stanie mi pomóc. Zaczynam podejrzewać najgorsze. Dopytuje jeszcze jakąś panią i nakierowuje mnie na szkołę. Jest schronisko! Zamknięte! A numer telefonu nieaktywny. Stoję w tym deszczu podłamany i kombinuję co dalej. Do następnej opcji noclegowej prawie 50 km. Muszę jeszcze coś podziałać lub jechać dalej. Spotykam jeszcze raz tę samą kobietę i daje mi namiary na jakiś inny nocleg w tej pipidówie. Podjeżdżam pod dom, światła się świecą – jest nadzieja. Pukam, nikt nie otwiera. Znajduję numer i dzwonię, jednak kobieta od razu mówi że nie ma miejsc i się chce rozłączyć. Zagaduję jednak, że maraton, że cały dzień w deszczu, że mam materac i śpiwór, że tylko suchy kąt potrzebny, że może być garaż lub cokolwiek.
    Po chwili namysłu stwierdza, że w sumie to ma jeden pokój, ale nieposprzątany… i nie wie czy mi taki będzie odpowiadał. Mówię, że biorę na pewno :) Nalega, bym najpierw zobaczył. Okazuje się, że to porządny pokój z 3 łózkami i łazienką, a jedyny „bałagan” polega na tym, że na dwóch łóżkach jest używana pościel ;) Proponuje 20 zł, więc tym bardziej biorę z pocałowaniem ręki. Wyskakuję jeszcze na drugą stronę ulicy do karczmy na pierogi, dalej szybki prysznic i po ustawieniu budzika na 4h momentalnie zasypiam.

    MRDP Dzień 3
    353 km | 1239 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1145583685

    Śpię bite 4h bez przerwy, aż do budzika. Okaże się, że to najdłuższy nieprzerwany sen w trakcie całego maratonu. Wszystkie ubrania są nadal kompletnie mokre, bo w pokoju chłodno. Cudowne uczucie wkładać na siebie to wszystko z powrotem i wyjść o 2:30 w nocy na zewnątrz ;) Plus jest taki, że w końcu przestało padać, więc pedałując odpowiednio dynamicznie można to mokre odzienie na sobie jakoś ogrzać.

    Ruszam więc żwawo, ale po chwili coś mi nie pasuje. Dlaczego jadę na północ? Ok, jadę w złym kierunku, dobrze że się zorientowałem odpowiednio wcześnie 
    Po ciemku pokonuję jedyny szutrowy odcinek trasy (ok 5km). Po deszczach jedzie się tu dosyć kiepsko, ale bez tragedii. O poranku zajeżdżam do Hajnówki, spragniony normalnego jedzenia. Udaje mi się upolować jakiś hotel, gdzie o tej godzinie podają już śniadanie w formie bufetu. Za 20 zł mam niezłą wyżerkę, ale czasu schodzi mi tu sporo, bo nie umiem przestać jeść ;)
    Około południa ląduję w Siemiatyczach. Jestem dopiero 4 godziny po porządnym śniadaniu, ale widok baru mlecznego wywołuje u mnie taki głód, że muszę się zatrzymać. Warto było, bo w pół godziny solidnie pojadłem i jeszcze zabrałem pyszne krokiety na drogę. W Neplach przed Terespolem obowiązkowe foto z czołgiem.
    Kawałek dalej doganiam Daniela Śmieję. Dziś naszą trasę przecina sporo komórek burzowych, które gdy nadchodzą warto przeczekać, bo opad trwa chwilę, a nie jest się ponownie mokrym. Momentami wjeżdża się w rejony, gdzie kałuże są olbrzymie, a woda nadal spływa strumieniami i widać że przed chwilą lało solidnie. Robimy z Danielem taki krótki postój pod wiatą, ale ponieważ jedziemy solo, to ja zostaję jeszcze na krokieta i tym sposobem się rozdzielamy ;)
    Dalej doganiam Emesa, który poluje na jakiś sklep. Robimy wspólne zakupy we Włodawie, dołączając ponownie do Daniela. Zjadamy tutaj też wspólną kolację. Gdy zbieramy się do wyjścia, w lokalu zmienia nas Stasiu Piórkowski. Po pewnym czasie wyprzedzam Emesa, który wyjechał trochę wcześniej. Tutaj chyba widzimy się ostatni raz na trasie – odtąd będę miał do niego ciągłą stratę kilku godzin aż do mety.
    Jadąc wzdłuż Bugu docieram do Dorohuska. Zapowiada się zimna noc. Śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie jak jeden z uczestników (nie pamiętam kto) przed startem obiecywał sobie, że jak dojedzie do Bugu właśnie, to się w nim wykąpie – powodzenia ;) Ale mało kto spodziewał się, że o tej porze roku warunki tutaj będą tak fatalne.

    Mijam Biedronkę całodobową, ale w sumie mam jeszcze sporo zapasów, więc zaczynam szukać miejsca pod materac. Znajduję jakiś zespół szkolny i rozkładam się pod drzwiami. Pomimo bardzo chłodnej nocy śpię całkiem komfortowo około 4h. Oczywiście nie obyło się bez pobudek w trakcie, bo człowiek pomimo olbrzymiego zmęczenia jest ciągle nakręcony.

    MRDP Dzień 4
    296 km | 2111 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1147430592

    Około 4:30 jestem z powrotem na rowerze. W końcu mamy słoneczny poranek. W towarzystwie nadbużańskich mgieł zjadam zimne pierogi, które wiozę od Włodawy. Dalej przejeżdżam przez Zosin, czyli najbardziej na wschód położoną miejscowość w Polsce. W Hrubieszowie zahaczam o Orlen. Przed Tomaszowem Lubelskim, jakośc przed południem dopada mnie największy dotąd kryzys. Jestem kompletnie wykończony i ledwo jadę. Dodatkowo jestem bardzo śpiący i po prostu czuję się bardzo kiepsko i niepewnie. Gdy wjeżdżam na dosyć ruchliwą drogę robi się już zbyt niebezpiecznie, więc po prostu wchodzę w las, kładę rower, zjadam cokolwiek i tak jak stoję ładuję się na ściółkę tuż obok i momentalnie zasypiam. Po około pół godziny budzę się i oceniam swój stan. Jest trochę lepiej, ale nie jest to forma z jaką mógłbym dalej jechać. Kulam się wiec do Tomaszowa, gdzie robię duże zakupy w Biedronce i znajduję bar mleczny, gdzie posilam się porządnie. W mijanym sklepie militarnym wypatruję jeszcze odblaskową opaskę, która okazuje się idealnie pasuje na mój kuferek.
    Na tym wszystkim schodzi mi 1,5 godziny, ale warto było, bo poczułem się zdecydowanie lepiej.
    Za Narolem zaczyna padać deszcz. Na szczęście przelotny i późnym popołudniem wychodzi słońce, więc i morale idą w górę. Pierwsze góry są już w zasięgu ręki. Do Przemyśla dojeżdżam wieczorem. Robię zakupy i zamawiam jakiś makaron. Całkiem smaczny, ale nie jest to porcja maratońska ;)

    Mimo wszystko pierwsze podjazdy idą mi całkiem dobrze. Niebo się klaruje i widać pięknie gwiazdy, jednak robi się bardzo zimno. Na podjeździe pod Arłamów wyprzedzam jednego z zawodników. Prowadzi rower pod górę, jest trochę zrezygnowany. Chwilę dyskutujemy i jadę dalej. Po dość długim i zimnym zjeździe łapie mnie senność i postanawiam się zdrzemnąć. Znajduję jakieś wiaty, zaczynam się rozkładać ze śpiworem, ale przejeżdżające auto daje mi światłami po oczach, uświadamiając że nie jest to dobra miejscówka na sen. Dodatkowo zdałem sobie sprawę jak jest zimno i że najlepiej będzie rozejrzeć się za normalnym noclegiem.

    Ruszam dalej i po pokonaniu kilku wzniesień jestem w Ustrzykach Dolnych. Dzwonię na dzwonek do jakiegoś hoteliku – nikt nie otwiera. W innym trwa jakaś impreza, ale postanawiam spróbować – brak miejsc. Błądzę po jakichś uliczkach, tracąc tylko czas. Zrezygnowany i zmęczony ruszam dalej, bo co innego mi pozostało. Już przy wyjeździe z miasta dostrzegam jakiś gościniec (zdjęcie robione już o poranku), gdzie drzwi wejściowe są otwarte i nawet świeci się światło. Wchodzę do środka, ale nikogo nie ma. Znajduję numer telefonu i pomimo że jest 1 w nocy, postanawiam zadzwonić. Niestety nikt nie odbiera. Wchodzę jeszcze raz nieśmiało i rozglądam się po wnętrzu. W jednym z pokoi nasłuchuję jakieś rozmowy. Pukam więc, ale rozmowy cichną i nikt nie otwiera. Po jakimś czasie ktoś powoli otwiera drzwi. Pytam o możliwość noclegu, ale tłumaczą że sami ledwo znaleźli miejsce na nocleg i raczej kiepsko z tym będzie. Postanawiam jeszcze raz zadzwonić. Odbiera pan z zaspanym głosem. Pomimo późnej pory spokojnie odpowiada że niestety nie ma miejsc. Przepraszam za późną porę i tłumaczę sytuację. Że maraton, że śpiwór mam, że na 4 godziny itp. Mówi, że nie ma go na miejscu, bo jest obecnie na Śląsku, ale dodaje: „Pan posłucha. Proszę sobie wejść na pierwsze piętro, tam na korytarzu jest kanapa, to proszę się przespać. Niżej jest kuchnia, można zrobić herbatę itp. Jest też łazienka. Jak rano ktoś będzie pytał, to Pan ze mną rozmawiał. Powodzenia.”
    Ale ulga! Szacunek dla tego Pana za podejście :) Ostatecznie ląduję na czymś takim. Jest dobrze! Dobranoc :)

    __________________________________________________________

    Niestety czasu na pisanie relacji mam niewiele, a dodatkowo wiem, że ciężko przebrnąć jednorazowo przez taką dużą ilość tekstu, więc pozostałe części (dni 5-6-7 oraz dni 8-9-10 czyli zachód, wybrzeże i finisz) napisze w miarę możliwości niebawem. Powinno być optymalnie. Przepraszam, jeśli ktoś czuje niedosyt, ale lepsze to niż przesyt ;)

    Wszystko oczywiście pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #rower #mrdp #szosa #kolarstwo #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km

    źródło: image.ibb.co

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    Papryk Vege prezentuje "Kasjerki w Biedrze":

    -Mogę być winna grosika?
    - W chuju mam twojego grosika, dawaj całą resztę suko!!

    TEGO LATA

    -Ty, ja mu mówię że pomidory po 99 groszy kilo, a ten się kurwa pluje, że na półce po 80, chuj złamany

    SCENARIUSZ NAPISANY WRAZ Z PRACOWNIKAMI NAJWIĘKSZYCH DYSKONTÓW

    JANUSZ CHABIOR
    - poszukujemy kasjerów myślących niekonwencjonalnie, poza schematami, potrafiących owinąć sobie klienta wokół palca, praca w stresie, na pełnej kurwie
    CZARNA PLANSZA
    -musimy zinfiltrować to środowisko, za wszelką kurwa cenę....

    W 2017 21,37% KASJEREK NIE WYDAŁO POPRAWNIE RESZTY

    BOGUSŁAW LINDA
    - Dobra, należy się 138,52 zł i wypierdalać

    KATARZYNA WARNKE
    -hahahaha, za takiego świeżaka to się jeszcze nie ruchałam, hahahaha

    AGNIESZKA DYGANT
    - co kurwa nigdy klientowi torebki foliowej nie wcisnęłaś?

    TOMASZ OŚWIECIŃSKI
    - hehe paragon kurwa już!!!

    PIOTR STRAMOWSKI
    - jeśli jeszcze raz zobaczę, że kupujesz w Lidlu,to Cię znajdę i zajebię, rozumiesz to kurwa???

    W KINACH

    JANUSZ CHABIOR
    - kurwa, ciężko się tutaj pracuje....
    pokaż całość

    odpowiedzi (12)

  • avatar

    Historie VATowców vol 2

    D. był niczym niewyróżniającym się chłopakiem – typowy przeciętniak, od urodzenia mieszkający na wsi kilkanaście kilometrów od większego miasta. Z wykształcenia dekarz, pracował przez kilka lat w zawodzie, ale nie było to coś, co chciałby robić w życiu. Bardzo imponował mu wujek, który był przestępcą liczącym się w mieście X. Drogie auta, piękne dziewczyny, „rządzenie” na dyskotekach, narkotyki – to był świat dalece odległy od szarego życia dekarza, jakim żył D.

    Swoją karierę przestępczą D. zaczął od brania telefonów na tzw. łochów – temat bardzo prosty, fałszowało się świadectwo zatrudnienia, łoch szedł do salonów różnych operatorów i brał w każdym po telefonie na abonament. W ten sam dzień telefony zanosiło się do komisów, łochowi odpalało parę groszy, a resztę zostawiało dla siebie. Rachunków oczywiście nikt nie zamierzał płacić. Tak właśnie robił D. – udało mu się kilkanaście takich oszustw, ale w końcu został zatrzymany i poszedł siedzieć do sprawy na kilka miesięcy (o ile dobrze pamiętam, a było to kilkanaście lat temu, nie odpowiadał z wolnej stopy ponieważ zastraszał świadków).

    W areszcie śledczym D. znalazł się w jednej celi z jednym z bossów przestępczego półświatka w X i to był pierwszy poważny przełom w jego przestępczej karierze. Panowie chyba się polubili, ponieważ boss zaproponował D. pracę u niego po wyjściu z więzienia. I tak D. został „asystentem” bossa, wykonując dla niego różne prace przestępcze, o których nie będę tutaj pisał w szczegółach. D. okazał się całkiem dobry w tej robocie, a do tego na skutek zażywania sterydów znacznie się rozrósł i zaczął mieć szacunek w półświatku. Został więc prawą ręką bossa i za jego pozwoleniem miał swoje własne biznesy – kilka burdeli w X i komis samochodowy. Pożyczał też pieniądze na lichwiarski %. To wszystko jednak było za mało, aby awansować do tzw. pierwszej ligi.

    W okolicach 2010 roku boss D. wkręcił się w karuzelę VATowską (o czym wiedział chyba każdy na mieście, oprócz skarbówki i policji) i zaczął zarabiać naprawdę potężne pieniądze. D. patrzył na niego z zazdrością, ale niestety był za chudy w uszach (czyt. zbyt biedny), aby wejść w ten biznes jako liczący się gracz – co najwyżej mógł dostarczać „prezesów” i zadowalać się małym udziałem w zyskach. I tak też robił, czekając na dobrą okazję. No i okazja się wreszcie trafiła, do tego w osobie całkiem ładnej dziewczyny - roboczo nazwę ją Karyna. Karyna miała pewną, bardzo poważną zaletę: jej rodzice byli naprawdę zamożni. Dość powiedzieć, że przepisali na nią dom wart ponad 1 milion PLN, kupili nowe auto z salonu, sponsorowali wyjazdy zagraniczne itd. D. miał więc dobre podejście do uzyskania kapitału. I wykorzystał je – nie pamiętam już, jak dokładnie to rozegrał, ale udało mu się przejąć na własność dom Karyny, z którą zresztą wkrótce się rozstał. I to okazało się być drugim przełomem w jego przestępczym życiu.

    Mając do dyspozycji spore pieniądze ze sprzedaży domu wyłudzonego od Karyny D. wszedł w karuzelę VATowską (paliwa) jako poważny partner i zaczął energicznie działać – z powodzeniem. Do jego majątku można zaliczyć: kilka drogich aut (w tym jeden z najszybszych w Polsce Mercedesów CLS 63 AMG podkręcony na ok. 800 koni), kilka mieszkań w X. oraz zakupioną niedawno willę o powierzchni kilkuset m2, oczywiście z krytym basenem. O skali luksusu może świadczyć fakt, że sam sprzęt audio kosztował D. ponad 150 tys. PLN. Jak na bogatego gangstera przystało, D. wiedzie rozrywkowe życie – dość powiedzieć, że często urządza przyjęcia, na których prostytutki roznoszą pomiędzy gośćmi tacę z kokainą o wartości kilkudziesięciu tys. PLN. Przez pewien czas spotykał się także z dziewczyną podającą wodę w pewnym znanym programie TV. D. podobno od niedawna ma też sporo udziałów w dużej firmie budowlanej wykonującej roboty na terenie Niemiec, ale jest to niepotwierdzona do końca informacja. Jako ciekawostkę na koniec dodam jeszcze, że D. w piwnicy swojej willi ma… wierną kopię celi z zakładu karnego (pisałem o tym w jednym ze swoich wpisów kiedyś). Po co mu ta cela, nie wiem – może chce przywołać wspomnienia, może ma fantazję zabawiać się tam z panienkami, a może zwyczajnie się oswaja z możliwością odsiadki, ciężko powiedzieć…

    Spodobała Ci się ta historia i chcesz przeczytać więcej? Dodaj do obserwowanych mój hasztag #vatowcy ( ͡° ͜ʖ ͡°) No i przy okazji wszystkich zainteresowanych tematem VATu zapraszam do obserwowania profilu na FB, na którym coś napiszę od czasu do czasu:
    https://www.facebook.com/PolskaAkademiaVAT/

    #vatowcy #vat #podatki #prawo #pieniadze #przestepczosc #highlife
    pokaż całość

    odpowiedzi (78)

  • avatar

    Dziś od samego mieszkania do pracy (ok 9km) jechała za mną laweta. Troszkę się speszyłem bo jeżdżę Alfą, ale koniec końców uciekłem jej do podziemnego parkingu ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

    #heheszki #alfaromeo #wygryw #zycienakrawedzi

    odpowiedzi (16)