•  

    494978 - 228 - 315 - 272 = 494163

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja z dni 5-7 i garść zdjęć

     

    Pierwsza część, czyli opis przygotowań oraz relacja z pierwszych 4 dni TUTAJ

     

    MRDP Dzień 5

    228 km | 2673 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159511260
     

    Budzik miałem ustawiony jakoś na 3-4 godziny, ale pomimo zmęczenia śpię niespokojnie i kilka razy się budzę. Raz jest mi po prostu zimno, więc ściągam jakąś narzutę z kanapy obok i się nakrywam. Trzeba było skorzystać od razu ze śpiwora.

    Nie budzi mnie budzik, a głosy młodzieży która powoli budzi się do życia w pokojach za ścianą. Nie pozostaje nic innego, jak się zacząć zbierać. Ogarniam się w łazience, po czym schodzę zerknąć na dół do jadalni, bo stamtąd też dobiegają jakieś odgłosy życia. Kilka pań nakrywa do stołu dla dobrych kilkudziesięciu osób. Pytam o możliwość zamówienia śniadania. Wołają „szefowo”, która informuje mnie, że śniadanie jest w prawdzie od 8, ale może mi cos na boku przygotować.  Dostaję więc dzbanek gorącej herbaty i jedzenie. Dziwi się jednak gdzie spałem, bo przecież nie ma miejsc ;)

    Po napełnieniu żołądka, czas uregulować należność. Szefowo wycenia posiłek na 8 zł, więc zostawiam dyszkę i chwilę po godzinie 7 wyruszam w Bieszczady właściwe ;)

     

    Przejazd odcinkiem wielkiej pętli w towarzystwie deszczu. Widoki nie zachwycają – jest mokro i ponuro. Chwilę przed południem, zachęcony sms z relacji forumowego Hipka, zajeżdżam do oberży Biesisko w Przysłupie na placka po bieszczadzku. Fakt, jest PRZEOLBRZYMI, jednak smak pozostawia wiele do życzenia i po prostu wmuszam w siebie jakąś połowę.

     

    Kolejny postój planuję w Komańczy, bo zapasy się kończą, a w tych rejonach o sklep wcale nie jest tak łatwo. Szyld kierujący do delikatesów wskazuje w złym kierunku, bo przejeżdżam całą miejscowość, a sklepu brak. Muszę wracać 2 km do skrzyżowania, czyli kolejne 4 gratis do puli. Ładuję prowiant i przebieram się na krótko, bo nawet wyszło słońce. Wiem, że niedługo wieczór i zrobi się chłodno, ale inaczej bym się zagotował.

     

    Przez Beskid Niski jedzie mi się bardzo przyjemnie, choć wiatr za wszelką cenę chce mnie spowolnić. Mijam kilka bardzo klimatycznych agroturystyk i myślę sobie, że kiedyś trzeba tu będzie przyjechać z rodziną na kilka dni. Bardzo podobają mi się okolice – jest jakoś tak sielankowo.  W Chyrowej cykam fotke ładnie położonej cerkwi. Pod wieczór niebo ciągle straszy deszczem, ale mam nadzieję go uniknąć, bo nie uśmiecha mi się moknąć przed nocną jazdą. Pomimo zachmurzenia, zapowiadana jest kolejna zimna noc.

     

    Zachód słońca podziwiam na pofalowanej drodze za Nowym Żmigrodem. Przed Gorlicami szybki Hot-Dog na stacji plus jeden na wynos. Czując nadchodzący chłód, wpadam jeszcze na chwilę do Biedronki, z nadzieją na zakup jakiegokolwiek cieplejszego ciuszka na górę.  Niestety nic takiego nie znajduję, więc ruszam dalej. Za miastem droga pnie się stopniowo ku górze, by tuż za Ropą zaatakować porządniejszymi procentami.  Dziś jazdę nocą planowałem pociągnąć jak najdłużej, jednak chcieć to jedno, a móc to co innego. Sen mnie muli już nieźle, więc pomimo stosunkowo wczesnej godziny, postanawiam przespać się 2-3 h i dalej ruszyć bardzo wcześnie rano.  Po zjechaniu do Brunar analizuję profil wysokościowy i widzę, że przede mną kolejny solidny podjazd, w sam raz na poranną rozgrzewkę po wyjściu ze śpiwora. Obok boiska wypatruję niewykończone jeszcze budynki, mające chyba spełniać funkcję szatni itp. Niestety wszystkie drzwi i okna już są wstawione i pozamykane. Wjeżdżam na teren szkoły i już klasycznie rozkładam się pod dobrze osłoniętymi od wiatru drzwiami wejściowymi. Niestety namierzają mnie miejscowe psy i zaczynają ujadać zza płotu opodal.  Przy tym akompaniamencie zasypiam, lekko zaniepokojony wskazaniami licznika. Niecałe 230 km to zdecydowanie za mało. Jeszcze jeden taki dzień i szanse na dojazd w limicie będą marne. Jutro trzeba coś podgonić.

     

    MRDP Dzień 6

    315 km | 3745 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1159514411
     

    W trakcie zaplanowanych 3,5h snu, psy oczywiście musiały zrobić ze 2 pobudki, bo tyle nieprzerwanego snu, to byłby zbytni rarytas. O godzinie 3 nieśmiało wysuwam się ze śpiwora. Jest mega zimno, więc postanawiam jak najszybciej znaleźć się na rowerze. Mój Hot-Dog na wynos również ma temperaturę w okolicach 5 stopni, więc na samą myśl że miałbym go ugryźć przechodzi mnie dreszcz i ruszam bez jedzenia. Trzeba było go wziąć ze sobą do śpiwora…

     

    Po szybkim zwinięciu posłania, wsiadam na rower i uświadamiam sobie – ale jestem wyspany!  To uczucie mija po jakichś dwóch minutach, zmieniając się z powrotem w zamułę. Mimo wszystko fajnie było poczuć się wyspanym choć chwilę ;) Zgodnie z wczorajszymi planami od razu zaczyna się podjazd. Fajnie, zaraz będzie mi cieplej. Niestety nie jest tak kolorowo, bo jest bardzo stromo, a zastane po nocy mięśnie, ścięgna i stawy krzyczą, że potrzebują spokojnej rozgrzewki, a nie katowania. W Banicy po skręcie w prawo jest tylko gorzej. Dostaję pod koła nachylenie kilkunastoprocentowe, więc największą koronkę kasety szybko opatula łańcuch. Mimo wszystko jadę zygzakiem, co można nawet dostrzec na śladzie z zapisem trasy ;)

    Nadal jestem bardzo śpiący, nie umiem pobudzić organizmu do działania. (Z perspektywy czasu wiem, że dużym błędem był brak jakiegokolwiek posiłku. Powinienem wmusić w siebie cokolwiek, jednak wtedy nie czułem głodu i wcale o tym nie myślałem). Kładę się na kolejnym napotkanym przystanku i zasypiam. Nawet nie nastawiam budzika, bo wiem że w tych warunkach nie zaśpię na pewno. Postój momentalnie mnie wychładza i po niecałych 10 minutach przeraźliwy chłód szybko stawia mnie do pionu. Jeszcze jedna solidna ściana i w końcu zjazd do Tylicza. Gdzieś tutaj nocowałem pierwszej nocy podczas zeszłorocznego wyjazdu do Rumunii. Wtedy też było mokro, ale teraz poza wilgotnością 100% jest jeszcze bardzo zimno.

     

    Kolejne kilkadziesiąt kilometrów zjazdu w kierunku Muszyny to istna katorga. Jadę w dół w porze gdy temperatura jest najniższa. Trzęsę się z zimna i marzę o stacji benzynowej, bo dodatkowo potrzebuję skorzystać z toalety. Chcę by się to skończyło jak najszybciej, ale trwa dobre 2 godziny. Jadę, bo po prostu nie mam innego wyjścia. Pocieszam się myślą, że mógł przecież jeszcze padać deszcz.

     

    W Muszynie zawód – nie ma stacji. Całe szczęście po wjechaniu w Dolinę Popradu robi się cieplej. Na tyle, że mogę się zatrzymać na przystanku i coś zjeść. Hot – Doga popycham batonem i od razu czuję się lepiej. Za Żegiestowem przez mgłę zaczynają się przebijać pierwsze promienie słońca. W Piwnicznej w końcu wymarzona stacja. Zajadam się zapiekankami i nawet zdejmuję część ubrań.

     

    Od Starego Sącza zaczynam się stopniowo piąć ku górze w kierunku Pienin. Przed Tylmanową wracają wspomnienia z Karpackiego Hulaki. Spotkałem tu wtedy Krzyśka Sobieckiego. To było zaledwie 3 tygodnie temu a ja znowu katuję te góry ;) Teraz jedzie się lepiej, bo ruch jest mniejszy. Odzywa się do mnie @Cymerek – jest w okolicy i chciałby dołączyć  i trochę potowarzyszyć. Jednak jest jeszcze daleko, więc za Krościenkiem zajeżdżam do karczmy i zamawiam to, co dostanę najszybciej - pomidorową. Dziś nie ma czasu na stołowanie się. Wyciągam wczorajsze bułki, serek topiony i już po 17 minutach jadę dalej, całkiem syty.

     

    Przejazd przez Pieniński Park Narodowy idzie sprawnie. W końcu czyste błękitne niebo i piękne widoki. Widać pierwsze zarysy szczytów tatrzańskich. Czas na malowniczy podjazd przez Łapsze aż do Łapszanki, skąd rozpościera się piękna panorama Tatr. Tutaj jedzie mi się bardzo dobrze. Mijam sporo rowerzystów, w tym jednego z naszych, a kolega Cymerek również coś nie może mnie dogonić. Czekam na niego w Brzegach, przy okazji napełniając bidony. Podjazd pod Głodówkę jedziemy wspólnie. Fajnie z kimś pogawędzić – dzięki za towarzystwo. Na górze ja odbijam do schroniska, a kolega jedzie dalej.

     

    Spotykam tu Emesa, Daniela Śmieję i Marcina Nalazka. Oni jednak zbierają się do odjazdu, a ja dopiero zamawiam obiad. Wymieniam nadajnik GPS, ale także zakładam nową przetwornice napięcia z dynama. Dobrze że kilka dni przed startem zamówiłem i zabrałem nową. Tak przeczuwałem, że ta stara może już długo nie pociągnąć. Specjalnie zaplatałem nowe koło na dynamie, a zostałbym bez zasilania przez kawałek kabelka ;)

     

    Po obiedzie staję się senny, więc pytam czy za spanie na stole wypraszają ;) Dowiaduję się, że uczestnicy mają tutaj wynajęte 2 pokoje i można z nich skorzystać. Super! Szybka łazienka, budzik na 20 minut i jestem w łóżku. Chwilę przed alarmem przypadkiem budzą mnie dziewczyny z obsługi. No to w drogę.

    Godziny popołudniowe i przejazd przez Zakopane – to się nie dodaje. Tłumy ludzi i chmary samochodów. Chcę stad uciec jak najszybciej, ale nie jest to takie łatwe. Za miastem długi zjazd do Czarnego Dunajca. W końcu wjeżdżam w „swoje rejony”. W tym miasteczku mam sprawdzoną jadłodajnię, ale zastanawiam się czy czasowo mogę sobie pozwolić na taki rarytas. Wiem jednak, że podają jedzenie szybko, a porządny posiłek przyda się przed kolejnym górskim odcinkiem. Zamawiam więc obiad i szybko jadę do Biedronki. Ładuję do koszyka sprawdzone produkty i gdy dochodzę do kas uderzają mnie dwie olbrzymie kolejki na co najmniej 20 minut. Już chcę zrezygnować z zakupów, ale wypatruję jedną zamknięta kasę, gdzie pani kasuje ostatniego klienta. Udaje mi się ją uprosić by jeszcze mnie skasowała. Inni patrzą na mnie trochę krzywo ;)

     

    Gdy wracam do lokalu, obiad już na mnie czeka. W trakcie jedzenia udaje mi się znaleźć w sieci opcję noclegową zaraz przy trasie. Umawiam się z gospodarzem, że wejdę tylnymi drzwiami, a on pokój zostawi otwarty. Pieniądze mam zostawić pod telewizorem ;) A wszystko dlatego, że do przejechania mam jeszcze ponad 100 km, więc planowo będę w samym środku nocy. Dzięki takiemu zagraniu mam na dziś ambitny cel, by pokonać ponad 300 km w górskim terenie.

     

    Jeszcze przed Krowiarkami żegnam się ze Słońcem. Sam podjazd pod przełęcz to dla mnie przyjemność, bo bardzo lubię te rejony. W Zawoi, już po ciemku, odbijam w lewo w kierunku Stryszawy. Sam podjazd jest mi dobrze znany. Jakość asfaltu zawsze była tu kiepska, jednak tym razem cała nawierzchnia jest kompletnie przeryta. Fajnie że się za to wzięli, jednak teraz trzeba się tłuc po wyrwach i błocie. Po chwili doganiam Marcina Nalazka i Jarosława Krydzińskiego. Z tym drugim mijałem się od przez ostatnie 3 dni kilka razy. Trochę dyskutujemy, ale dalej postanawiam wyrwać trochę do przodu, bo mam przecież swój cel na dziś. Wg profilu trasy, przede mną jeszcze 2 niewielkie podjazdy, później kolacja na stacji w Węgierskiej Górce i jestem „w domu”.  Niestety okazuje się, że podobnie jak dwa pierwsze dzisiejszego dnia (przed Tyliczem), to również dwa ostatnie będą bardzo ciężkie. Na jednym z nich kompletnie opadam z sił, kładę głowę na lemondce i piszę sms do relacji: Wyczerpanie kompletne. Prowadzę rower. To jedyny odcinek na którym prowadziłem rower w czasie trwania maratonu. Jakieś 20 kroków. Nie było jakoś stromo, ale po prostu chciałem być bliżej noclegu, a stojąc się przecież nie zbliżałem. Piszę sms z siostrą, motywuje mnie.

     

    W końcu około godziny 1 docieram na miejsce. Godzinę później niż planowałem. Szybki prysznic z użyciem płynu do naczyń i jestem w łóżku. W końcu upragniony nocleg. Właśnie… człowiek dociera na miejsce odpoczynku po długich zmaganiach. Wielka ulga, jednak po chwili uświadamia sobie, że trzeba ustawić budzik na 3 godziny i ciągnąć to dalej. Czy to nie chore? A przecież nikt nie każe – wszystko na własne życzenie. Dostaję jeszcze motywującego sms od Gustava, że jest szansa na limit, żeby jechać. Zasypiając słyszę impulsy elektryczne przepływającprzepływające e w głowie, jakby ktoś nastrajał radio. Bum, świadomość wyłączona.

     

    MRDP Dzień 7

    272 km | 2681 m

     

    Strava: https://www.strava.com/activities/1160538805

     

    Gdy się budzę, stoję obok łóżka i coś majstruję przy rowerze. Chyba śniło mi się że zaspałem i nerwowo zacząłem się zbierać do jazdy. Patrzę na zegarek, a od zaśnięcia minęły dopiero dwie godziny. Wskakuję z powrotem do łóżka, po czym dociera do mnie, jak bardzo bolą mnie kolana. Zasypiam z myślą, że chyba je załatwiłem i  dalej nie pojadę. Gdy dzwoni budzik jest jeszcze gorzej. Próbując założyć spodenki, odkrywam też skalę moich obtarć. Koniec, dalej nie dam rady. Wracam do łóżka i postanawiam się po prostu wyspać. Kilkanaście kilometrów stąd jest przecież żona z synkiem na wczasach. Jakoś się do nich dokulam i w końcu się zobaczymy – będzie po wszystkim.

     

    Budzę się po godzinie i jestem załamany. Żal mi że tak to się skończy. Łzy same cisną się do oczu i kapią na ekran telefonu. Kompletne rozstrojenie. A pogoda za oknem taka piękna. Tak sobie dumam i dochodzi mnie myśl, że przecież oba kolana bolą mnie tak samo. Gdyby to była kontuzja, to raczej bolałoby jedno, lub chociaż któreś mocniej. Może to rozjeżdżę? Mam jakieś tabletki przeciwbólowe, ale to awaryjnie, gdyby trzeba było dociągnąć jakąś końcówkę przed metą. A przede mną jeszcze grubo ponad 1000 km. Nie chcę tłumić bólu, wolę się wsłuchiwać w organizm. Nigdy nie brałem żadnych specyfików tego typu podczas jazdy. Nawet kawy nie piję – jak kofeina to tylko ta z coli.

     

    Podejmuję decyzję – próbuję. Przede mną wieś Szare, a na jej końcu najbardziej stromy odcinek całej trasy. Na jego szczycie albo skręcam w lewo do rodziny, albo w prawo ku mecie ;) Na tyłek leci podwójna warstwa sudocremu, a na kolana trochę jakiejś maści, która kupiłem na szybko przed wyjazdem. Gdy ruszam jest już ciepło i słonecznie (moje rozterki zajęły mi sporo czasu), więc wszystkie długie ciuchy lecą do kuferka. Pierwszy raz jadę całkiem na krótko. Kulam się ostrożnie i o dziwo ból powoli ustępuje.  Kulminacyjny odcinek z ażurowymi płytami podjeżdżam w całości. Czyli jest dobrze. Ochodzita wchodzi również bez problemu. Jadę dalej! :) Po dziurawym zjeździe do Koniakowa zatrzymuję się z zamiarem wysłania do relacji sms, że jest dobrze. Odwracam się i odkrywam że kuferek jest otwarty. Szybka kontrola inwentarza i stwierdzam, że brakuje materacyka. Zerkam na podjazd, ale nie widzę żeby coś leżało. Postanawiam podjechać z powrotem na górę. Niestety nie znajduję zguby. Stoję na szczycie i morale znów pikują w dół. Jak mam jechać dalej, to nie mogę się więcej wracać. Zjeżdżam ponownie po tych dziurach. Na dole znów orientuję się, że kuferek jest otwarty! Tym razem brakuje nogawek i rękawiczek. Czyli pakując wszystkie zbędne ubrania do kuferka przeładowałem go i otwiera się samoistnie. Ponownie wracam pod ten przeklęty podjazd i zbieram z ulicy swoje fanty. Nigdy go nie lubiłem ;)

    Przepakowuję się i ruszam pod Kubalonkę. Po zjechaniu do Wisły robię zakupy w Biedzie. W Ustroniu odbijam w kierunku Cieszyna, gdzie nieśmiało spoglądam w kierunku McD. Jest jednak za wcześnie na dłuższy postój. Dalej wjeżdżam do Czechów. Jedyny zagraniczny odcinek trasy. Całe 3 km ;) Po chwili na poboczu rozpoznaję kolegę z pracy, Dawida. Czatował tu na mnie i towarzyszy mi przez najbliższe kilometry. Większą część trasy jechałem całkiem samotnie, więc fajnie jest podzielić się z kimś wrażeniami.

     

    Teraz czeka mnie trochę odpoczynku od gór. Aż pod Sudety będzie względnie płasko, jednak niestety – pod wiatr. W Krzyżanowicach w powietrzu wyczuwam zapach domowego jedzenia. Jakby rosół czy coś. Muszę to mieć! Zajeżdżamy więc na obiad. Jest wymarzony rosół i grillowana pierś z kurczaka z ananasem. Pycha. Kawałek dalej Dawid odbija w swoją stronę – dzięki za towarzystwo.

     

    Już wieczorem jestem w Głuchołazach, gdzie robię ładowanie zapasów na noc. Kawałek dalej,  na zjeździe przed Gierałcicami, ktoś z pobocza krzyczy: _stój! _ Zawracam i już rozpoznaję. To kuzyn z żoną polowali na mnie z transparentami. Specjalnie dla mnie wyjechali na trasę z Wrocławia. Mało tego! Wiedząc o mojej zgubie, chcą mi wręczyć nowy materac :) Niestety formuła maratonu zabrania tego typu wsparcia na trasie, więc jestem zmuszony odmówić. W każdym razie wielkie dzięki! To bardzo miłe. Mam tylko nadzieję, że nie był kupiony specjalnie dla mnie ;)

     

    Po dalszych zmaganiach z wiatrem, około 1 w nocy zajeżdżam do Złotego Stoku. Tutaj zaczynają się dalsze zmagania z górami. Na pierwszy rzut podjazd pod Przełęcz Jaworową. Nogi dają radę, jednak senność daje się ponownie we znaki. Na zjeździe w kierunku Lądka, gdy ciśnienie krwi spada, a w uszach pojawia się jednostajny szum, zaczynam przysypiać za kierownicą. Musze się bardzo pilnować żeby nie wypaść na którejś z serpentyn, więc postanawiam poszukać miejsca na sen. W samym miasteczku wchodzę na plac zabaw i układam się pod jakąś drabinką. Materaca brak, więc pozostaje mi po prostu trawnik. Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

     

     ______________

    Ostatnie 3 dni zmagań pojawią się w kolejnym wpisie, gdy tylko znów uda mi się znaleźć trochę czasu. Tak jak myślałem, relacja robi się obszerna, więc taki podział całości wydaje się sensowny :)

     

    Mój tag -> #byczysnarowerze

    Pokrewne:

    #rower #szosa #kolarstwo #mrdp
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km

    źródło: image.ibb.co

    •  

      Komentarz usunięty przez autora wpisu

    •  

      @byczys: Jeszcze raz gratulacje! Szkoda, że nie udało się pokręcić razem więcej km.

      +: byczys
    •  

      @byczys: W sumie to ciekawe czy w PNT by to wydali, przeciez patrząc na artykuły z zeszłego numeru to opisujesz to barwniej niż jakiś tam wege ziomek i puścili to do druku

    •  

      @byczys: super :) kolejny odcinek za tydzień? :)

      +: byczys
    •  

      @byczys: dzięki, znalazłem odpowiedź na pytanie z ostatniej relacji ;) czekam na ostatnią część :)

      +: byczys
    •  

      @byczys: Jak zwykle świetnie się czytało. Czekam na ostatnią część ;-)

      +: byczys
    •  

      @byczys: Super sią to czyta! Wrzucaj szybko tą 3 część, bo z takim cliffhangerem się ludzi nie zostawia :D

    •  

      W sumie to ciekawe czy w PNT by to wydali, przeciez patrząc na artykuły z zeszłego numeru to opisujesz to barwniej niż jakiś tam wege ziomek i puścili to do druku

      @Myszoskocznia: Oj nie sądzę :) Przede wszystkim takich opisów wyjazdów i ultramaratonów jest w sieci sporo. Wiele z nich jest naprawdę fajnie napisane. Moje relacje są pisane "na kolanie" pod presją czasu, a w zasadzie jego braku. W wyniku tego wydaje mi się że panuje w nich lekki chaos, szczególnie w składni zdań. Żeby miało to ręce i nogi, to ktoś musiałby to przeczytać i przeredagować. Tymczasem najczęściej nawet ja sam tego nie robię i tylko pobieżnie przeglądam tekst przed dodaniem i poprawiam błędy. Z drugiej strony może nadaje to opisom specyficzny charakter, jest bardziej naturalnie. ;)

      Gdy zacząłem opisywać swoje wycieczki, to robiłem to przede wszystkim dla siebie. Żeby mieć pamiątkę i żeby móc później sobie do nich wracać. Dlatego są one dość rozlazłe, bo staram się opisać swoje odczucia w miarę szczegółowo. Nadal jest to tylko ułamek całości wrażeń. To, że komuś spodobały się moje wpisy bardzo mnie cieszy. Gdyby nie to, pewnie z czasem przestałbym to robić, lub opisywał tylko wybiórczo i pobieżnie. Także dzięki za motywację :)

      Pozdr! :)

      +: laurab
    •  

      super :) kolejny odcinek za tydzień? :)

      @sargento: postaram się zmieścić w tygodniu, bo wspomnienia się rozpływają ;)

      @AdamTorpeda: sorry, jakoś mi umknęło to pytanie. Oczywiście dość miałem nie raz :) Każdy na tego typu imprezach miewa kryzysy. To nie jest tak, że jak ktoś przejedzie 1000 km w 2 doby, to później jest to dla niego pestka. Zawsze trzeba się przyłożyć, a warunki na trasie rzadko są takie same. Im więcej się jeździ, tym lepiej człowiek poznaje siebie, swoje granice i słabości. Z czasem uczy się jak sobie z nimi radzić.

      Jak zwykle świetnie się czytało. Czekam na ostatnią część ;-)

      @Mortal84:

      Super sią to czyta! Wrzucaj szybko tą 3 część, bo z takim cliffhangerem się ludzi nie zostawia :D

      @Karabekian:

      no to się cieszę, że nie zanudziłem ;)

    •  

      Tym razem pozwalam sobie na 2 godziny snu. Niestety nawet ten skromny plan ktoś musiał mi pokrzyżować…

      Świetne pióro, @byczys. Potrafisz umiejętnie zbudować napięcie, zaciekawić i porwać czytelnika tylko po to by na końcu niespodziewanie zostawić go z uczuciem irytującego niedosytu:)

      +: byczys

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    Niedawno pisałem że rozjebalem auto xddd
    Dzisiaj hmm

    Maska 220
    Szpachla 32
    Sprej strukturalny 26

    Do tego kawałek plastiku i wkręty , wkrętarka

    Doświadczenie przy lepieniu zderzaka - bezcenne
    Rezultat pokarze jutro tak że kto chce byś zawołany to pisać ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #samochody #motoryzacja #wypadek moze trochę #blacharstwo xdd pokaż całość

    odpowiedzi (56)

  • avatar

    Kurr pamiętacie te czasy w #licbaza kiedy wielkim problemem było przygotowanie się z poprzedniego tematu na kartkówkę, albo rozdziału omawianego z podręcznika na sprawdzian? A na #studbaza chuj kurwa 3 książki na za tydzień XD
    #heheszki

    odpowiedzi (65)

  • avatar

    #zalesie
    Idą święta, więc powiem coś. Murki zamawiający ZA POBRANIEM. Weźcie się ogarnijcie i odkładajcie kasę od razu po zamówieniu, a nie przy kurierze w drzwiach szukacie po portfelu drobnych, albo wyskakujecie z 200zł, mając do zapłaty 38,74. Kurier to nie bankomat i NIE MA obowiązku wydawać reszty. Ma pełne prawo odmówić wydania paczki, jeśli kwota nie jest wyliczona. Marnujecie czas kurierów, a już szczytem bezczelności jest "to ja zejdę do sklepu rozmienić", albo "proszę podjechać jeszcze raz za godzinę". Kurier przy 150 paczkach NIE MA CZASU na to. Zrozumcie, wasza paczka nie jest tą najważniejszą, uprzywilejowaną. Nie jedzie TYLKO do was, tylko ma jeszcze 100 innych adresów i ma w dupie czy wasza paczka będzie doręczona dziś czy nabije awizo i wróci na magazyn. Nie utrudniajmy sobie nawzajem życia. Wy zwykle od kilku dni znacie dokładną kwotę pobrania, ale tylko takie leniwe k@tasy mają to w dupie i wyskakują z tekstem "ale ja nie mam drobnych". Grrrrr...!!! pokaż całość

    odpowiedzi (125)