•  

    Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, że krztusiec to niegroźna choroba....
    Dla uczulonych na fb:

    Piszę do państwa, żeby podzielić się naszą historią, ku przestrodze. Przed urodzeniem Zuzi duży czytałam o szczepieniach. Chcąc dla niej jak najlepiej nie zdecydowałam się zaszczepić jej w pierwszej dobie, skrupulatnie wybrałam szpital, poznałam zdania i frazy, których należy użyć, aby nie zostać zaszufladkowana jako „antyszczepionkowiec” i zgłoszona. Po urodzeniu odmówiłam szczepienia w szpitalu, z potem oczytana na internetowych forach, odmawiałam kolejnych i kolejnych. Po roku takiego przeciągania, pediatra zgłosiła nas do sanepidu. Byłam przygotowana na taką okoliczność, przeglądając strony stop-nopu bez problemu znalazłam wiele wzorów pism, podań, odroczeń. Cały czas czułam, że działam w jak najlepszym interesie dziecka, czułam, że moja walka z „systemem” to mój obowiązek, czułam się ważna i potrzebna, miałam misję, cel. Chodziłam na różne lokalne spotkania grup, czytałam podsuwane przez nich informacje, czułam olbrzymie wsparcie, taką prawdziwą wspólnotę. Dziś Zuzia ma 3 lata. Pod koniec września moja córeczka zaczęła chorować. Błaha infekcja, katar, kaszel, niewielka gorączka. Pediatra zaleciła odpoczynek i jakieś podstawowe leki. Po około dwóch tygodniach objawy wcale nie ustępowały. W nocy, Zuzia zaczęła się dusić, sinieć, nie była w stanie nabrać powietrza, trwało to długo. Karetka, przewiezienie na SOR, natychmiastowy transport na Oddział Intensywnej Terapii. Rozpoznanie: ostra niewydolność oddechowa. Musiała zostać podłączona do respiratora. Nieprzytomna spędziła tak dwa dni. Młoda lekarka, która przyszła rano rzuciła hasło: KRZTUSIEC. Zapytałam się jak to możliwe, przecież to błaha choroba, a jesteśmy na oiomie. Okazało się, że nie. Badania z krwi potwierdziłī rozpoznanie, kilka dni później Zuzia została przewieziona na oddział zakaźny, a tydzień później wypisana do domu. Lekarze zatroszczyli się, abym zrozumiała, że prawie zabiłam własne dziecko. A ja zrozumiałam, że mieli rację. Jak jest dzisiaj? Wciąż źle. Zuzia co noc zanosi się kaszlem, wymiotuje z jego powodu, potem znów kaszle i znów wymiotuje Kaszel-wymioty z kaszlu to nasza codzienność. Bardzo schudła, na obojczyku wciąż ma dużą bliznę po wkłuciu założonym na OIOMIE, ma znacznie osłabione nerki po lekach, które dostawała w szpitalu. A ja umieram z nerwów, czy znów nie zacznie się dusić i sinieć przy każdym takim kaszlowym napadzie. Trwa to już 2 miesiąc i ani na chwilę choroba nie odpuściła. Czuję się winna, że dałam się omotać osobom, które choć mówiły, że działają w interesie mojego dziecka, były osobami całkowicie niekompetentnymi w ocenie, co jest dobre, a co złe. Nigdy sobie nie wybaczę, że moje jedyne dziecko naraziłam na to, co przeszło, odmawiając jej szczepień. Opisując naszą historię na forach, które kiedyś z upodobaniem czytałam, po kilku minutach post został skasowany, a ja zbanowana. Gdy tylko Zuzia poczuje się lepiej, zapiszemy się do poradni, żeby ustalili dla nas najlepszy kalendarz i obiecuję, że będziemy się go trzymać.

    #bekazantyszczepionkowcow #szczepienia #medycyna

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • odpowiedzi (13)

  • odpowiedzi (36)

  • avatar

    Zaginięcie Brianny Maitland

    Brianna urodziła się 8 października 1986 roku w stanie Vermont i od zawsze była zabawna, spontaniczna i pełna życia. Miała mnóstwo przyjaciół i była bardzo ambitna. Ufała ludziom do tego stopnia, że zawsze brała autostopowiczów i nawet zapraszała ich do swojego domu, co martwiło jej matkę. W okolicy swoich 17 urodzin (październik 2003) postanowiła się usamodzielnić i wyprowadzić od rodziców. Początkowo dorosłe życie szło jej dosyć topornie. Rzuciła liceum i pomieszkiwała u przyjaciół. Przez pewien czas mieszkała nawet z dwoma różnymi facetami i ich rodzinami. W lutym 2004 roku wynajęła mieszkanie ze współlokatorką, znalazła dwie prace (w restauracji Black Lantern Inn w Montgomery i restauracji w St. Albans), zapisała się do szkoły wyrównawczej i postanowiła zdawać egzamin GED.

    W piątek 19 marca udało jej się zdać ten egzamin. Tego dnia wybrała się ze swoją matką na zakupy i świetnie się bawiły. W pewnym momencie Brianna zobaczyła coś lub kogoś przed sklepem i wyszła. Gdy jej matka wyszła na parking zobaczyła spiętą i wstrząśniętą córkę, która jednak nie powiedziała o co chodzi. Powiedziała tylko, że musi wracać do domu, bo nie chce spóźnić się do pracy. Około 15:00 dotarła do mieszkania, napisała współlokatorce kartkę, że po pracy od razu przyjedzie do domu i wyjechała do Black Lantern Inn. W pracy zachowywała się normalnie i około 23:20 wyszła do domu. Współpracownicy chcieli zaprosić ją na kolację, jednak odmówiła tłumacząc, że rano ma zmianę w drugiej restauracji. Nigdy więcej jej nie widziano. Rodzice wspominają, że tego wieczoru przejeżdżali obok jej pracy. Matka chciała ją odwiedzić, jednak ojciec uznał, że to może ją zawstydzić. Do dzisiaj żałują, że jednak tego nie zrobili.

    W sobotę kilku przechodniów wezwało policję do auta znajdującego się około 1 mili od restauracji. Samochód uderzył bagażnikiem w ścianę opuszczonej stodoły stojącej przy drodze. W środku znaleziono dwa czeki z Black Lantern Inn wystawione na nazwisko Brianny, jej leki na migrenę, soczewki kontaktowe i mnóstwo drobiazgów. Przy samochodzie leżała butelka wody, drobne pieniądze i niezapalony papieros. Nie było jednak kluczyków od auta. Policjanci uznali, że samochód był prowadzony przez pijanego kierowcę i postanowili go odholować. Jeden z nich pojechał do restauracji, żeby uzyskać jakieś informacje, ale ta była zamknięta, a więc olał temat. Mimo, że samochód zarejestrowany był na matkę Brianny, nikt jej nie poinformował o odholowaniu. Zdjęcia porzuconego samochodu zostały zrobione przez przypadkowe osoby przejeżdżające drogą w sobotę rano i trzeba przyznać, że mają w sobie coś niepokojącego.

    W poniedziałek wieczorem Jillian Stont (współlokatorka Brianny) wróciła do mieszkania po weekendowym wyjeździe i zobaczyła kartkę pozostawioną w piątek. Zadzwoniła do rodziców Brianny i zapytała, czy wiedzą co się dzieje z ich córką. Na początku nie zmartwili się zbytnio i uznali, że na pewno jest u jakichś przyjaciół. Obdzwonili jednak wszystkich znajomych nastolatki i nikt nic nie wiedział. We wtorek lub czwartek (według różnych źródeł) zaginięcie zostało zgłoszone na policji. Policjanci jednak początkowo zbagatelizowali zgłoszenie i uznali, że Brianna mogła po prostu gdzieś wyjechać. Dziewczyna często wspominała, że chciałaby opuścić Vermont i zamieszkać w jakimś dużym mieście.

    Zdesperowany ojciec postanowił przeszukać samochód i łomem otworzyć bagażnik. Obawiał się, że znajdzie w nim ciało córki, jednak nic takiego nie miało miejsca. Dopiero 30 marca, policja postanowiła dokładnie przeszukać samochód. Nie ujawniono jednak czy znaleziono w nim jakiekolwiek ślady walki czy DNA. Zaczęto przeszukiwać teren z psami, jednak te nie podjęły żadnego tropu. Rodzice Brianny zgłosili się do fundacji pomagającej w poszukiwaniach zaginionych. Od 3 do 5 kwietnia 500 ochotników przeszukiwało teren w promieniu 5 mil od miejsca znalezienia auta, nie natrafiono jednak na żaden ślad. Zaangażowano prywatnego detektywa, a ojciec Brianny przez kilka miesięcy praktycznie nie pracował, ponieważ cały swój czas przeznaczał na poszukiwania.

    Rozpoczęły się telefony od różnych osób, które dawały wskazówki, w większości nic nie znaczące. Dzwoniła nawet rodzina zaginionej 5 tygodni wcześniej Maury Murray, której samochód też został porzucony w dziwny sposób. Podejrzewano, że może za obydwoma zaginięciami stoi ta sama osoba, jednak poza porzuconym samochodem i podobnym czasem, tych dwóch spraw nic nie łączyło.

    Znaleźli się świadkowie, którzy widzieli auto Brianny w noc z piątku na sobotę. Pierwszy przejeżdżał koło samochodu między 23:30 a 0:30 (10 minut lub godzinę i 10 minut od wyjścia Brianny z pracy). Zeznał, że światła były włączone i nie widział nikogo w samochodzie lub okolicy samochodu. Drugi świadek przejeżdżał obok ok. 0:00-0:30 i wtedy światła były wyłączone, ale migał jeden z kierunkowskazów. Trzecim świadkiem był były chłopak nastolatki, który zauważył samochód około 4:00 rano i nawet zatrzymał się, żeby sprawdzić, czy to samochód Brianny. Nie był jednak pewien, nikogo nie było w pobliżu, a więc odjechał.

    Podczas śledztwa okazało się, że Brianna (pod wpływem matki) zgłosiła pobicie kilka tygodni przed zaginięciem. 27 lutego była ze swoim chłopakiem i przyjaciółmi na imprezie, podczas której flirtowała z chłopakiem Keallie LaCrosse. Zazdrosna dziewczyna złamała jej nos i poturbowała tak mocno, że Brianna miała wstrząs mózgu. Oczywiście po zaginięciu 17-latki zarzuty oddalono. Policja zbadała ten wątek, jednak uznano, że Keallie nie miała nic wspólnego z zaginięciem.

    Ktoś wykonał też anonimowy telefon i poinformował, że dziewczyna jest przetrzymywana w piwnicy domu wynajmowanego przez Ramona Ryansa i Nathaniela Jacksona. Policja przeszukała budynek, nie było w nim jednak śladu Brianny. Znaleziono za to broń, marihuanę, kokainę i crack. Sami mężczyźni byli dealerami i według zeznań licznych świadków znali 17-latkę. Może miała wobec nich długi?

    W latach 1999-2000 w Vermont działała szajka zajmująca się handlem żywym towarem. Było kilka przypadków zmuszania kobiet do prostytucji. Może Brianna też tak skończyła?

    W styczniu 2006 roku ktoś zgłosił, że widział kobietę łudząco podobną do Brianny w kasynie w Atlantic City. Była w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Policja sprawdziła nagrania z kamer i pokazała je rodzinie dziewczyny. Film był jednak tak złej jakości, że rodzice nie mogli ani potwierdzić ani zaprzeczyć, że to ich córka. Nie wiadomo kim była tajemnicza kobieta i towarzyszący jej mężczyzna. W czerwcu 2007 ponownie zgłoszono, że widziano ją w tym mieście, jednak znów nie można było stwierdzić, czy to na pewno Brianna.

    W marcu 2016 roku policja oświadczyła, że w samochodzie Brianny znaleziono DNA, które może należeć do osoby zamieszanej w zaginięcie. Nie powiedziano jednak nic więcej. Nie podano do wiadomości publicznej, czy DNA pochodzi z włosa, krwi czy spermy. Nie można nawet dywagować, czy należało do zabójcy/porywacza, czy osoby, którą Brianna wcześniej gdzieś podwoziła. Skoro przez tyle lat nie znaleziono tej osoby to musiało należeć do kogoś, kto nigdy nie był karany i jego danych nie ma w bazie.

    Sprawa wciąż jest niewyjaśniona i nie ma żadnych podejrzanych. Według policji jest „wiele skrajnych tropów, które wciąż są badane”. Rodzice Brianny nie wierzą, że dziewczyna wciąż żyje, ale nie ustają w poszukiwaniach i wciąż dążą do rozwiązania zagadki zniknięcia córki.

    Źródła: nbcnews, trace-evidence, niediegetyczne

    #historieriley #kryminalne
    pokaż całość

    odpowiedzi (97)