•  

    #depresja #samobojstwo #neurologia #psychologia #psychiatria #swietokrzyskie #kielce

    Wpis długi, odnoszący się do tego co napisałem przed usunięciem poprzedniego konta jakoś pod koniec października. Powrót czysto spontaniczny, dokładnie to samo co ostatnio robiłem, ale także pokazujący co się ogólnie dzieje z takimi ludźmi jak ja i jak zapatrują się na pewne rzeczy.

    Ostatnio poruszony przeze mnie temat, to testowanie pistoletu czarnoprochowego. Teraz ogólnie będzie więcej informacji. Jakieś 2 tygodnie przed swoimi 30 urodzinami, postanowiłem w końcu sprawdzić czy działa. Wcześniej wszystko zaplanowałem i przygotowałem, jednak jak to u mnie bywa… impuls i wszystko poszło się jebać. Poszedłem, przechodząc obok Dyckerhoff Beton Polska Sp. z o.o., w stronę pobliskich terenów. Wybrałem je głównie dzięki temu, że są w miarę puste, bez ludzi, na skraju osiedla. Trzęsły mi się ręcę, wyjąłem pistolet, nałożyłem kapiszon, strzał. Odrzut znikomy, potem dym, huk poczułem w uchu, echo wystrzału rozeszło się po okolicy, psy zaczęły szczekać. Jeśli ktoś to słyszał, przepraszam, naprawdę, mieszkańców okolicy ul.Malików. Po wszystkim wróciłem do domu, planować kolejne podejście.
    13 grudnia nastał. Bębenek ma miejsce na 6 kul, załadowałem całość i poszedłem, tym razem dalej, oczywiście znów w stronę terenów odległych. Dogodnym miejscem, tak mi się wydawało, okazał się lasek w pobliżu rzeki Sufraganiec. W sumie zajęło mi wszystko z powrotem ponad 2 godziny, z czego po przybyciu na miejscu, po jakiejś chwili zacząłem się śmiać, a potem uklęknąłem i zacząłem płakać. Strzeliłem raz, techniczny problem. Pewna rzecz nie dawała mi spokoju. Wróciłem do domu i kiedy zobaczyłem i usłyszałem swoją matkę, stwierdziłem “powinienem się zajebać”. Tego samego dnia, umówiłem się, ze swoim psychiatrą [Marta Cholewicka]. Pierwszy wolny termin był na 03.01.2018, napisałem w wiadomości co się stało i udało mi się dostać termin na 15.12.2017 o godz. 8.00 [przyjmuje na ul.Wspólna 1/2]. Pojawiłem się, no i niestety zgrzyt. Jednakże, zanim rozwinę ten temat, muszę stwierdzić, iż nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego zgłosiłem się na wizytę, skoro każde spotkanie zawsze przebiega tak samo, z równie podobnymi rezultatami. Na miejscu wyszło na to, że ostatni raz byłem 2 lata temu, miałem ze sobą sznur, oddałem go Pani dr, gdyż mi nie był już potrzebny. W żadnym miejscu w którym byłem, nie było odpowiednich drzew na których mógłbym się powiesić. Miałem także ze sobą swoje zapiski i list pożegnalny, które zostawiłem. Pani Marta miała się ze mną skontaktować na początku przyszłego tygodnia i to omówić, jednak nic takiego się nie stało. Zabrałem także buteleczkę z rozdrobnionymi wszystkimi swoimi tabletkami. Teraz powracając do tego, dlaczego moja wizyta okazała się być niewypałem. Wcześniej wizyty były godzinne, ja mam co powiedzieć i po to głównie przychodzę, chcę żeby ktoś mnie wysłuchał. Kurwa, 30 lat czekam i szukam kogoś, kto by chciał mnie wysłuchać, może ktoś by mi coś doradził, albo nie wiem, cokolwiek. Godzinne spotkania zostały skrócone do 30 minut, kilka pytań i recepta, czyli kolejna wyjebka, znowu sugerowanie mi szpitala, po raz kolejny musiałem napisać “nie zgadzam się na pobyt w szpitalu psychiatrycznym + podpis”, potem tradycyjnie leki [teraz padło na: Sulpiryd, Depakine], które w żaden sposób nie zmienią mojej sytuacji, ani nic, sugerowanie terapii. Zapytałem o eutanazję, ale odpowiedź odmowna. W ciągu tych kilkudziesięciu minut udało mi się coś tam powiedzieć, ale to kropla w morzu moich potrzeb. Myślę, a nawet i wiem, że Pani Marta już podchodzi do swoich pacjentów, jak do klientów, a nie ludzi w potrzebie, patrzy na nich przez pryzmat książkowej regułki, szufladkuje. Skończyło się osobiste podejście. Teraz jest “dzień dobry, co się stało, recepta, 100 zł, wypierdalaj”. Źle się po tym poczułem, bardzo, oczywiście wspominałem, że to nie koniec i kwestia czasu zanim znów pójdę do lasu.

    Zrobiłem to w następnym tygodniu. Za każdym razem wybieram inne miejsce, teraz padło na ul.Białogońska i pobliskie tereny. Dzień wcześniej kupiłem sobie wino, a wspomniany wcześniej miks tabletek, zmieszałem w drugiej butelce z resztkami trunku. Szedłem wzdłuż drogi, aż w końcu znalazłem kilka drzew i usiadłem sobie pod jednym z nich. Wyjąłem wino i zacząłem pić. Po jakimś czasie było mi tak zimno, iż zacząłem się trząść, drugą butelkę zostawiłem na miejscu i tak włóczyłem się ok. 6 godzin po Kielcach. Powrót do domu i wtedy się zaczęło, łzawiły mi oczy, katar, kaszel, temperatura, minęło po kilku dniach.

    Powitałem kolejny tydzień, jako wciąż żywy człowiek i nie powinno nikogo dziwić, że znów wyruszyłem do lasu, tym razem po raz 4. Znów ta sama droga, znajome okolice, tradycyjnie jeszcze dalej, w okolice Brusznia. Problem polegał jednak na tym, iż zboczyłem celowo z drogi, aby wejść w głąb lasu i gdzieś tam sobie przycupnąć i się zastrzelić. Natrafiłem jednak na metalowe druciane ogrodzenia, gdzie tylko spojrzeć z wąskim przejściem. W pewnych miejscach były drabinki, nie mam pojęcia po co to wszystko. Trochę pochodziłem, zacząłem myśleć o dziwce, którą sobie upatrzyłem na Roksa.pl, wokół mnie coraz ciemniej, zimniej, aż w końcu wróciłem.

    Za każdym razem jak wychodzę, czuję się świetnie, nastaje błogi spokój i japa sama mi się cieszy, ale na miejscu, czuję co innego. W mojej głowie jest pełno myśli pokroju “a może gdyby”, “jest tyle możliwości, to nie może tak się skończyć”, “muszę jeszcze to zrobić” i inne tego pokroju, ja się nie bronię, to broni się coś w mojej głowie, jeszcze, chociaż za każdym razem posuwam się coraz dalej i wiem, że za którymś razem już tam zostanę. Więc idę do tego kurewskiego lasu, wyjmuję ten pistolet i przykładam sobie go tu i ówdzie, przeważnie do czoła pomiędzy oczami [wcześniej myślałem o sercu] i myślę, ale za chwilę dochodzę do innych wniosków. Wszystko jest takie dziwne. Prawdę powiedziawszy, to ja nawet nie pamiętam dokładnie dat, kiedy wychodziłem. Czuję się jak by od tych wydarzeń minęło już kilka lat, a przecież nie minął nawet i miesiąc. Gdzieś gubię dni i naglę dociera dociera do mnie, że np. jest środa, a mi wydawało się, iż jest poniedziałek. Mój sen się pogorszył, tu również czasem kładąc się, nie mam pojęcia kiedy się budzę, często wstaje, albo leżę bez możliwości zaśnięcia do np. 5, a 8 odpływam, czy budzę się o 15.

    Psychiatra, tradycyjnie drążył w kierunku schizofrenii, jednak jest mi to obce, chociaż ostatnio zacząłem się zastanawiać, czy ja, jestem jeszcze sobą, czy już nie, ile jest mnie we mnie? Co do wielu rzeczy nie ma wątpliwości, dwubiegunowa wygrywa, wahania nastroju, jak nigdy i to właśnie wtedy wychodzę do lasu. Od tak, bez powodu, jakiś impuls i idę, a na miejscu do mnie dociera gdzie jestem i co chciałem zrobić.

    W tym tygodniu przyszła do mnie kurtka w kamuflażu Flecktarn, co prawda za duża o jeden rozmiar, wydawało mi się, że lepiej będzie jak wezmę te kilka cm na zapas, ale wyszło inaczej. Mam w sumie już gotowy zestaw i wkrótce znów idę się przejść, tylko nie wiem zbytnio które okolice teraz wybrać. Na pewno wejdę gdzieś głęboko w las, znajdę sobie jakąś dziurę. Przez ostatnie wichury jest sporo połamanych gałęzi, zbiorę je, przykryję się i zdechnę. W liście pożegnalnym i reszcie moich zapisków oznajmiłem, iż nie chcę pochówku, dla mnie będzie lepiej jak zgniję w lesie. Tym razem nic nie zabiorę poza dokumentami, nie chcę mi się nosić tyle papieru, mieć zajętę ręce, na kompie folder jest już przygotowany, tylko pewnie znów trzeba będzie nieco zmienić treść. Format też zrobiony, dysk zewnętrzny ma trochę zawartości, ale specjalnie zostawiłem na nim pierdoły, wszystko co miało wartość jest usunięte.

    Dzień następny i kolejny jest już za mną. Poprzednio dodawałem mniejsze wpisy w przeciągu kilku dni, teraz ograniczę się do 1 dłuższego, konta nie usunę, zostawię to wszystko.

    Ostatnio często słucham One More Light - Linkin Park, albumu, który swoją drogą nie zachwyca, a wręcz przeciwnie. Kilka utworów jakoś się wybija, ale nie ze względu na aranżację, a tekst, jeśli chodzi o całokształt, to tytułowe One More Light wyciska ze mnie łzy. Przesłuchałem w bieżącym tygodniu całą dyskografię LP, jednak tym razem wsłuchałam się w tekst i szukałem drugiego dna. Osobiście, potrafię się w tym wszystkim odnaleźć. Problem polega jednak na tym, że jako osoba, która ma 30 lat, co jakiś czas przychodzi mi zmierzyć się ze śmiercią kogoś, kogo co prawda realnie nie było mi dane poznać, ale w jakiś sposób był częścią mojego życia. Jeśli zgon wystąpił z przyczyn naturalnych, wtedy mniej mnie to rusza, co innego samobójstwo. Ludzie, którzy można by rzecz mieli wszystko, wybrali takie, a nie inne wyjście. Byli przykładami, nie wiem jak to ująć w słowa, z racji tego, że wychowałem się bez ojca, patrzyłem na pewnych ludzi w określony sposób, iż oni zawsze będą. Okazuje się być inaczej, ich już nie ma, a ja wciąż trwam. Może to jest właśnie powód dla którego wtedy w lesie się rozpłakałem? Wcześniej tego samego dnia, dodałem wpis na Facebook’a, głównie była tam zbieranina ludzi napotkanych gdzieś w internecie, kilka ze świata realnego. Wziąłem ze sobą telefon, z każdym krokiem coraz mniej wierzyłem, że ktokolwiek zadzwoni. Liczyłem na pewną osobę, ale cóż, wyszło inaczej. Do dziś, brak kontaktu z niczyjej strony. I w sumie jest mi tak dobrze. Niech myślą, iż zdechłem. Jeśli ktoś tutaj dotarł, to gratuluję. Wpis nie jest dla “atencji”, chyba. Gdybym chciał uwagi, to przez ostatnie ponad 15 lat nie zamknąłbym się kompletnie na cały świat, co jak pisałem wcześniej na starym koncie, pozwoliło mi oszukać wszystkie osoby z jakimi miałem doczynienia. “Jestem niczym teatralny aktor, przywdziewam maskę i odgrywam swoją rolę.” Taka prawda, ludziom trzeba wiele rzeczy mówić wprost, a ja akurat zawsze działałem odwrotnie. Mówiłem, robiłem, zachowywałem się tak jak oni tego chcieli, dzięki czemu przestali mi pomagać, niektórzy tak to sobie tłumaczyli. Dla mnie było do kompletnie przeciwne odczucie. Nie można kogoś zamykać w szpitalu i mówić, że to dla jego dobra i robić całej masy innych rzeczy, tylko dlatego, iż Tobie wydaje się... . Czy ja jestem jakimś zwierzakiem, czyjąś własnością? Nie chcę nic nikomu mówić, nie chcę iść po pomoc, chciałbym, żeby to mnie ktoś odnalazł i do mnie wyciągnął rękę, zwracam uwagę na detale. Często się wycofuję, nie chcę brać udziału w wyścigu szczurów. Świat rządzi sie jednak pewnymi prawami i jeśli nie biegniesz z motłochem, to kończysz samotnie, nie liczy się kto ma rację, wszystko przestało mieć znaczenie. Presja społeczna również robi swoje. Chciałbym być różowym paskiem, patrzeć na tych wszystkich rycerzy, którzy przybyli pod mój blok chcąc mnie uratować, ale jako niebieski, mogę tylko zasilić policyjną statystykę i być poświewiskiem samców alfa.

    Czasem chciałbym kogoś zranić, chciałbym, żeby ktoś na chwilę mógł być mną, albo przeżyć to co ja. Odnoszę takie wrażenie, że to mnie tutaj trzyma, fakt, iż nikt, dosłownie nie zauważy mojego zniknięcia, nikt nie zapłacze, nie powstrzyma mnie przed tym wszystkim. Wielokrotnie zastanawiałem się, czy nie skończyć gdzieś w miejscu publicznym, specjalnie, tylko po to, żeby ktoś zareagował. To ma sens, chwilowy, a potem co? Deja vu i powrót do rzeczywistości. Wymuszone ludzkie reakcje są nic niewarte, z tego też powodu lepszy jest las. Umrzeć samotnie, tak jak i żyłem samotnie. Co mi po takich ludziach, którzy teraz są, a za chwilę już ich nie będzie? To boli bardziej niż samotność. Przerabiałem już takie relacje. Dokładnie tak samo jest z osobami, które są niby od pomagania. Nie wiem ilu już psychologów i psychiatrów przerobiłem. Zawsze zaczyna się i kończy tak samo. Wizyta raz na ileś tam, siedzisz te 30 minut, czy tam godzinę i tyle, wychodzisz. Człowiek jest pozostawiony sam sobie. Odnośnie Pani Marty Cholewickiej, odradzam jeśli ktoś jest w stanie podobnym do mojego, ale polecam jeśli ktoś ma błahe problemy i żyje w matrix’ie będąc przekonanym, że tabletka to wszystko to czego im potrzeba.

    Kilka dni temu na głównej był wpis o tym, że ludzie w depresji są realistami, natrafiłem też na kilka ciekawych wpisów.
    Sporo osób twierdzi, że z tego co mi dolega łatwo wyjść, przykładów cała masa, chociażby znajdź sobie hobby, zajęcie. Mam, zawsze miałem, tylko nigdy nie byłem w stanie tego realizować, u mnie w mieście niestety tego nie ma. Inne rzeczy owszem, ale przeważnie odbijam się od tego, przez brak pieniędzy. Idąc dalej tym tropem, pewnych rzeczy po prostu mi się nie chce nie robić, bo nie dość, iż są bezcelowe, to nie odczuwam kompletnie nic. Od grudnia, do chyba ostatnich kilku dni nawet konia nie waliłem, ostatni raz tak długą przerwę miałem ponad 15 lat temu. Jeść też mi się nie chce, ani pić, nic. Pewne rzeczy można by zmienić jak bym miał jakieś towarzystwo, tak mi się wydaje, ale to może być błędne założenie. Może ja tylko sobie tak to tłumaczę, a jak by przyszło co do czego, to by się skończyło jak zawsze. Zawsze byłem marzycielem i szukałem perfekcji, gardziłem tym czym nie powinienem, nie korzystając. Patrzyłem gdzieś tam na odległy horyzont, cały czas wmawiając sobie, iż wkrótce tam się znajdę. Teraz niestety wiem, że nie warto patrzeć przed siebie w dal, a prosto pod nogi. Nie wybrzydzać, aż tak, żyć dniem dzisiejszym. W pewnym okresie swojego życia miałem takie podejście, iż nie warto z byle kim, ani byle czym. Potem trafiła się Justyna ze Skarżyska Kamiennego. Nic nas kompletnie nie łączyło. Napisała do mnie na Gadu-Gadu, a ja to dalej pociągnąłem. Kilka spotkań i w sumie tyle. Gorzej mi było z nią, niż samemu. To wszystko sprawiło, że jednak utwierdziłem się w tym, iż nie może być mowy o przypadku w moim życiu i byle jakich wyborach, czego jak widać dzisiaj żałuję. Cały czas uważam, że to podejście dobre, ale w mojej kwestii, kiedy nie ma nic, lepsze jest cokolwiek. Problemy w domu i inne takie, przymusowy wyjazd do Warszawy, ośrodek San Damiano w Chęcinach [Iwony nigdy nie zapomnę]. Justyna była mi najbliższa, co oczywiście nie podobało się nikomu, matka wmawiała mi jakieś rzeczy pokroju, że ona jest chora, nie dla mnie i żebym ją zostawił. Dzwoniła do niej. Najgorszy okres mojego życia to były właśnie te lata. Dużo osób miało przez mnie nieprzyjemności, przez co izolowałem się od nich, żeby nie mieli problemów, aby moja sytuacja w domu im się nie udzielała. Po jakimś czasie skończyłem z Justyną i wygarnąłem jej też prawdę. Po latach kiedyś tam do mnie napisała, iż chce wrócić, oznajmiła nie wiem czemu "już nie jestem dziewicą", jednak dla mnie to był koniec. W sumie poznawałem jakieś tam dziewczyny, zawsze było jakieś ale, zawsze, za każdym razem i tak się skończyło, że mam 30 lat jestem prawiczkiem i umiem konia walić oburącz. Nie warto było, trzeba korzystać, brać to co jest. Teraz rozumiem dlaczego ludzie narkotyki biorą i są alkoholikami, ten świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia, a jak ktoś sobie spierdoli życie, to do końca swoich będzie ponosić tego konsekwencje. Najgorsze w tym wszystkim to, że światem rządzi przypadek. Jeden będzie synem Donald'a Trump'a, a drugi dzikusem biegającym z fiutem na wierzchu, dzidą w łapie, ganiając małpy w lasach Amazonii. Żałuję, że zawsze gardziłem. Powinienem korzystać jak była okazja, jebać, pić, ćpać. Nie mam żadnych wspomnień. Na portalach całe lata byłem zarejestrowany, ostatnio się jakaś niedorozwinięta odezwała, na grupach Facebook wcale nie lepiej. Samotnie matki, czy wiekowo do mnie zbliżone. A jak nawet się kogoś pozna, to co robić. Pytania i inne takie. Z doświadczenia wiem, że kłamstwa kiedyś wyjdą, a jak prawdę powiem, to już na starcie do siebie zniechęcam.

    Zawsze o tym powtarzałem, żyję przeszłością, mam dziurę w rzeczywistości i tego nie da się nadrobić, tych wszystkich lat. Wpadłem w wir. Nie da się ruszyć do przodu.

    Prawdziwa miłość istnieje, Kotwicz i cała masa osób, która kogoś sobie znalazła, ale nie mam już siły szukać, na nic. Chyba tylko z litości ktoś by chciał się ze mną spotkać, albo jak bym płacił.

    Rozważałem nawet udział w "Mirek szuka żony", ale po chwili do chodzi do mnie, że jest cała masa lepszych kandydatów i nie warto w to brnąć.

    Dziś 16.01.2018, kolejny bezdech senny, w ciągu ostatnich dni, to 3 raz, tiki nerwowe podczas snu też się nasiliły, najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mam nad tym kontroli, nie panuje nad tym, a wszystko czuję.

    No i to by było na tyle. Zebrało mi się jakoś na podsumowanie.

    •  

      @lilost: Mógłbym się podpisać pod większością rzeczy które napisałeś. Już mniej więcej od końca listopada próbuję to zakończyć, ale też mam te chwile zwątpienia. Teraz już z własnej obserwacji wiem w których momentach jest większe prawdopodobieństwo na powodzenie. Ostatnio już wisiałem, ale pasek się urwał i powiem szczerze, że nie wiem czy dam radę wytrzymać te kilkanaście sekund, bo ból jest niekomfortowy i do tej pory odczuwam podrażnienie gardła. Byłem u lekarza, ale trafiłem chyba na najgorszego jakiego mogłem, bo dosłownie śmiał mi się w twarz i nie są to moje urojenia, tylko dosłowinie w pewnym momencie się zaśmiał. Po powrocie od niego pierwsze co zrobiłem, to poszedłem kupić papierosy którch już nie paliłem od dobrych kilku lat. Gość dosłownie rozwalił mi głowę. Teraz już ciężko mi cokolowiek powiedzieć więcej. Dosłownie mnie zamknął. Dodatkowo sam sobie od zawsze rzucałem kłody pod nogi i potrafiłem spierdolić wszystko czego się dotknąłem.

      Mógłbym potwierdzać praktycznie wszystko po kolei co piszesz. Widocznie mamy te same schematy myślowie jak i wahania nastrojów. Ja mam momentami tak, że dosłownie z płaczu potrafię w mniej niż sekundę przejść w "ostry" śmiech.

      Zawsze o tym powtarzałem, żyję przeszłością, mam dziurę w rzeczywistości i tego nie da się nadrobić, tych wszystkich lat. Wpadłem w wir. Nie da się ruszyć do przodu.

      Wpadłem chyba w ten sam wir z którego ciężko jest się wydostać.

    •  

      tiki nerwowe podczas snu też nie bede mila ale staram sie jak moge
      @lilost: tiki nerwowe podczas snu też je mialam bardzo nie przyjemne tak przejawia sie lek, zaakceptuj sytuacje i przestan wmawiac sobie depresje. depresja jak wiele innych chorob jest wymyslona przez firmy farmaceutyczne ,,Kilka dni temu na głównej był wpis o tym, że ludzie w depresji są realistami, natrafiłem też na kilka ciekawych wpisów.
      Sporo osób twierdzi, że z tego co mi dolega łatwo wyjść," da sie rada wypierdol ten pc przez okno albo odlacz na 2 tyg internet

      +: g......a
    •  

      @lilost: 15 lat izolacji heh dlugo , malymi kroczkami ...zacznij wychodzic z domu i przestan sobie wmawiac ten strach bo zginiesz , rozumiesz ? zacznij od rana. zapomnij o kompie i wypad na zewnatrz. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      Nie warto było, trzeba korzystać, brać to co jest. Teraz rozumiem dlaczego ludzie narkotyki biorą i są alkoholikami, ten świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia, a jak ktoś sobie spierdoli życie, to do końca swoich będzie ponosić tego konsekwencje. Najgorsze w tym wszystkim to, że światem rządzi przypadek

      @lilost: Nie przypadek a mala grupa ludzi. Tylko czlowiek,ktory sie przebudzi jest naprawde wolny. Przebudz sie i wyrwij z systemu a twoje zycie stanie sie lepsze. KAZDY Z NAS JEST OD DZIECKA zaprogramowany jak maszyna , to kim bedzie zalezy od Ciebie.

    •  

      @iwaify: Ja pierdole... No patrze się na ten migający kursor już 45 sekund i naprawdę nie wiem co i jak ci napisać aby oddać w choć najmniejszym stopniu to jak bardzo jestem zażenowany tym co napisałaś/eś.

      PC to w wielu wypadkach jedyne co może pomóc zapomnieć. Ten gość dosłownie wsi na cienkim włosku nad przepaścią. Świadomie lub też nie ratuje się przez pisanie co czuje. A ty chcesz go jeszcze bardziej odizolować.
      W ogóle czy jest możliwym bardziej się wyrwać z systemu niż on.

      Po za tym nie lubię tego ani mówić ani pisać bo brzmi to dla mnie jak bym miał 1000 lat i wiedział wszystko a tak nie jest bo mam 25 i gówno wiem. Ale gdy miałem mniej lat też chciałem się "wyrwać" i nie było to trudne bo wszystko temu sprzyjało. Ale potem zrozumiałem że aby wygrać grę trzeba w nią grać, nawet jeżeli nie chce, nie umie czy źle mu idzie. Bo żyjemy w świecie graczy a tutaj nikt się nie przejmuje tymi którzy sądzą inaczej.

    •  

      jestes dzieckiem systemu, staram sie pomagac nie zabijac nadzieje.... obejrzyj sobie ten 17 min film moze cos zrozumiesz. https://www.youtube.com/watch?v=HgvxMepJa-w nic bym nie napisala gdyybym nie byla pewna co mowie, takim pisaniem wciagasz go w ten system jeszcze bardziej!!!!!! daj mu sie uwolnic

    •  

      @lilost: zaufaj mi podpowiem co Ci pomoze Energia Drzew.....BUK pomaga odzyskać pewność siebie, uspokaja; pozytywnie wpływa też na naszą koncentrację, pobudza krążenie. Jeśli straciliśmy pogodę ducha, kontakt z tym drzewem pozwoli nam ją przywrócić. O przytuleniu się do buka powinni pomyśleć przede wszystkim pesymiści, osoby „po przejściach” oraz ci, którzy nie radzą sobie ze stresem. ( ͡° ͜ʖ ͡° )つ──☆*:・゚ BRZOZA uważana za najbardziej przyjazne drzewo człowiekowi – neutralizuje szkodliwe promieniowanie i tak jak buk – uspokaja, napełnia wewnętrznym spokojem. Brzoza może też wzmocnić nasz organizm, zlikwidować napięcia, przyspieszyć gojenie ran. Kontakt z tym drzewem polecany jest szczególnie osobom, które nie mogą pochwalić się dobrym samopoczuciem, i tym, którzy szukają inspiracji twórczej. Iteraz cos w co ja wierze brzoza jest wstanie pochlonac Twoja chorobe ....NIE MUSISZ SIE DO TYCH DRZEW PRZYTULAC WYSTARCZY ZE KILKA MINUT DZIENNIE OPRZESZ SIE O NIE , POSIEDZISZ POD NIM

    •  

      @iwaify: tak, siedzenie w samotności na pewno pomoże osobom w depresji. Weź się rozpędź i uderz głową w lipę - podobno drzewo to znacząco odświeża umysł.

Gorące dyskusje ostatnie 12h