•  

    10000126 - 606 = 9999520

    Maraton Tour de Silesia 600 km

    Była to druga edycja maratonu, a że ubiegłoroczną wspominałem bardzo dobrze, to postanowiłem wystartować i teraz. Bo przede wszystkim blisko i znajome twarze ;) Wtedy dystans liczył 540 km i do lekkich nie należał. Dodatkowo po pierwszych 300 km mieliśmy wtedy w grupie średnią 34,4 km/h! W tym roku postanowiłem się aż tak nie zarzynać i starać się jechać swoje, czyli raczej solo. Ale parametry nitki wyrysowanej przez Pawła i Sebastiana (CFC Fan & Gustav) nie pozostawiały złudzeń, że będzie to sielankowa wycieczka po górach. Na pokonanie 600 km i około 7000m przewyższeń przewidziano limit 36 godzin. Postanowiłem po prostu przejechać całość w wyznaczonym czasie, po drodze jednak szlifując trochę dyscyplinę jazdy i postojów, która często u mnie kuleje, a będzie miała kluczowe znaczenie podczas startu w NorthCape4000.

    Na miejsce startu dojeżdżamy samochodem dobre 2 godziny przed startem, razem z kolegą z czasów technikum, którego namówiłem na sprawdzenie się na krótszym dystansie 350 km. Pierwsze grupy już startują, a my idziemy odebrać numerki itp. Dostajemy też worki na przepak. Początkowo zastanawiam się po co mi to i nie zamierzam nic nadawać na punkt w Prudniku, ale po namyśle postanawiam zrobić małe zakupy, by zaoszczędzić czas który musiałbym stracić w sklepie gdzieś na trasie ;) Spotykam wykopowego kolegę @Mortal84 a jakiś czas później witam się jeszcze z @fixie. Trochę gawędzimy, ale koledzy po kolei ustawiają się do startu i w końcu zostaję sam. Zajadam wielką porcję swojej mikstury i obserwuję jak towarzystwo stopniowo się uszczupla. W końcu odbieram lokalizator GPS, który przypina mi do ramy Paweł i ustawiam się z przedostatnią grupą, której start jest przewidziany na godzinę 9:00. Za nami startują już tylko kompletni wyjadacze, którzy walczyć będą o pierwsze miejsca.

    Ruszamy nieśpiesznie. Po kilku kilometrach jeden z zawodników wyrywa do przodu. Dla mnie tempo też jest zdecydowanie za powolne, ale postanawiam potraktować to jako porządną rozgrzewkę, by organizm wkręcił się na właściwe obroty. Mimo wszystko po kolejnych kilku kilometrach zaczyna mnie to męczyć i ruszam do przodu by jechać swoje. Gdzieś przed granica z Czechami, na horyzoncie za moimi plecami zaczyna majaczyć zarys grupki kolarzy startujących po nas ;) Gdy mnie dogania, podpinam się pod nią i wspólnie jedziemy kilkadziesiąt kolejnych kilometrów, po drodze wyprzedając sporo wcześniej startujących zawodników. Grupa stopniowo się uszczupla, aż w końcu również ja postanawiam ją opuścić, bo utrzymanie się w niej kosztuje mnie coraz więcej wysiłku. Pogoda jest super, ale nasz pierwszy poważny cel jakim jest szczyt Pradziada tonie w chmurach. Gdy zbliżam się do podnóży, zaczyna siąpić deszcz. Jest jednak dosyć ciepło, więc postanawiam nie cudować z żadnym przebieraniem się, tylko traktuję to jako dobre orzeźwienie ;) Gdy zostaję sam, orientuję się, że moje ładowanie telefonu z dynama nie działa. Odkrywam pozrywane kabelki, ale postanawiam spróbować zająć się tym dopiero na którymś z postojów. Pierwszą okazją jest punkt zorganizowany na parkingu będącego początkiem właściwego podjazdu. Zjadam tu kołoczka, uzupełniam bidony i po podłączeniu kabelków ruszam bez zbędnej zwłoki w dalszą trasę. Na podjeździe mijam sporo osób w towarzystwie parującego asfaltu. W pewnym momencie rozpoznaję tez zjeżdżającego Mortala, ale nie słyszy moich nawoływań. Na ostatniej części podjazdu spory ruch turystów, pojawiają się też jakieś większe procenty. Już przed samym szczytem wyprzedzam Fixiego. Jest trochę zdziwiony moim widokiem i narzeka na jakieś skurcze. Cykam fotki bo widok ładny i po ubraniu kurtki mkniemy na dół, gdzie mamy jeszcze okazję zamienić kilka słów, po czym życząc sobie powodzenia rozjeżdżamy się każdy w swoim kierunku, bo trasy dla obu dystansów pokrywały się tylko do tego miejsca. Oczywiście Tomek straszy mnie jeszcze podjazdami wchodzącymi w skład jak to nazwał Korony Jeseników i wyraża współczucie w moim kierunku ;) Kontynuuję zjazd do Rymarova. Przede mną seria 4 trudnych następujących po sobie podjazdów. Doganiam tutaj Szafara i najtrudniejszy z nich pokonujemy wspólnie. Tempo i intensywność naszych oddechów rosną wraz z nachyleniem asfaltu, by ostatecznie przerwać nasze rozmowy ;) Jest ciężko, ale okolice są bardzo spokojne i urokliwe. Na zjeździe zostaję na fotkę nad zbiornikiem. Ruch samochodowy jest bardzo niewielki, jednak wyścigi urządzają sobie tutaj chmary motocyklistów, jeżdżących w tę i z powrotem. W pewnym momencie z naprzeciwka nadjeżdżają pojazdy na sygnale. Policja, karetki pogotowia, straże, służby leśne i inne… nie jadą bynajmniej na wezwanie. Wszystkie błyskają kogutami, ludzie w oknach do mnie machają, śmieją się i krzyczą. Jedna wielka feta. Nie wiem o co chodzi, ale całość trwa dobrych 10 minut, bo tych samochodów jest co najmniej setka. W każdym razie jest fajnie :D

    Granicę przekraczam chwilę po 19. Przypominam sobie słowa Fixiego, który przed startem straszył mnie, że dziś to nie ma szans żebym wjechał do Polski. Jestem prawie 5 godzin przed północą, więc chyba nie jest źle ;)

    Na punkcie żywieniowym w Prudniku (ok 270 km) dostajemy porcję makaronu. Są tutaj przepaki, więc uzupełniam prowiant, wrzucam na siebie cieplejszy ciuch do jazdy nocą i ruszam dalej, podczas gdy na miejsce akurat zajeżdża kolega Artur.

    Kolejny cel pośredni, to... baza maratonu w Godowie :) Dojazd na miejsce to 130 płaskich kilometrów, jednak ze sporo gorszymi asfaltami. Jedynym akcentem na trasie jest Góra Świętej Anny. Większość z nich pokonuję z poznanym dopiero kolegą z Katowic. Jedziemy głównie obok siebie, więc zysk z takiej jazdy czysto towarzyski ;) Na w wspomniany punkt (405km) zajeżdżamy wspólnie około 2 w nocy. Dostajemy obiad, jest też okazja by skorzystać z toalety i skusić się na butelkę coli. Na miejsce zjeżdżają uczestnicy dystansu 350 km, dla których jest to koniec zmagań. Dla trasy 600 km trzeba jednak jechać dalej, na pętlę poprowadzoną po Beskidzie Małym i Śląskim. Sporo osób z dłuższego dystansu rezygnuje w tym właśnie miejscu.

    Gdy kolega rusza, ja postanawiam jeszcze odpocząć z 10 minut i jechać sam. Dalsza droga prowadzi w kierunku Pszczyny. Strasznie łamie mnie tutaj senność. Ciągle myślę tylko gdzie się tu położyć ;) Po kilku kilometrach zamulania, zatrzymuję się gdzieś z boku i zamykam oczy na jakieś 2 minuty.

    Poranek jest bardzo ładny. W dajszej drodze ku Beskidowi Małemu mijam jednego z zawodników, który siada mi na koło. Chcę jednak jechać sam, więc podkręcam tempo i po kilku kilometrach, na jednym z podjazdów kolega zostaje z tyłu ;) W dalszej części doganiam grupę 3 osób. Do Porąbki trzymają się w pewnej odległości za mną, jednak pierwszy z beskidzkich podjazdów (Przegibek) robimy wspólnie. Nie ma rozmów. Każdy jest skupiony na sobie powoli kula się w górę. Jechałem tu kilkakrotnie, ale z 500 km w nogach nachylenie jest jakby większe ;)

    Przede mną ostatnich 100 km i 2 długie podjazdy. Jestem już nieźle wypruty, więc po oszacowaniu czasu postanawiam nastawić się na złamanie 30 godzin. A to oznacza, że śmiało mogę odbić z trasy 2,5 km i zahaczyć o McD w Bielsku :D Po prostu wiem, że bez normalnego posiłku będzie ciężko, bo zawartość kieszonek mnie już tylko brzydzi.

    Po zjedzeniu śniadaniowego zestawu ruszam ku długiemu podjazdowi pod Salmopol. Ciężko to nazwać jazdą. Wlekę się tu okropnie, a wyprzedzają mnie nawet ludzie na mtb :) Nic nie umiem z tym zrobić, po prostu jadę by nie stać. No lekko nie jest.

    Na Białym Krzyżu zaczepia mnie jakiś góral handlujące futrem i namawia żeby nie jechać do Wisły przez zameczek, bo przecież bezpośrednio jest bliżej! A jeśli już jestem przy zameczku, to muszę przyznać, że nie spodziewałem się tam takiej stromizny. Albo mi się wydawało? Muszę to sprawdzić raz jeszcze na świeżo ;)

    Zjazd do Ustronia przez Wisłę kiepski, szczegolnie przez duży ruch samochodowy nie lubię tej drogi. W jakiejś Żabce robię szybką colę i ruszam na ostatnią "prostą". Pamiętam te rejony z przejazdu podczas MRDP, więc liczne podjazdy nie zaskakują mnie. Jeszcze tylko drobny akcent przez Czechy i w końcu jest Godów! :) Na ostatnim kilometrze towarzyszy mi miejscowy kolarz, kolega Pawła.

    Są oklaski, medal, ulga i śląski obiad :) Czas całkowity to 28 godzin 11 minut, co daje mi 18 miejsce. Jest dobrze, bo powyżej oczekiwań! Zobaczyłem też kilka nowych miejsc, szczególnie w Jesenikach.

    Organizacyjnie też super. Chłopaki zrobili dobrą robotę i za to należą się podziękowania, bo przecież musieli poświęcić sporo swojego prywatnego czasu, byśmy my mogli porządnie się skatować ;)

    Jeśli chodzi o formę pod kątem startu w NorthCape 4000, to myślę że jest optymalnie. Oczywiście bolało, ale przy jednorazowym obciążeniu tego typu nie może być inaczej. Ból to nieodłączny kompan tej zabawy. Pozostaje dograć do końca ekwipunek i można lecieć do Włoch. Trasę organizatorzy wyrysowali na 4300 km. Pierwsze z nich już za 58 dni!

    Strava: https://www.strava.com/activities/1599760006

    Galeria zdjęć: https://photos.app.goo.gl/wuTkDimr8Wa9ZnKp2

    #byczysnarowerze

    W tym tygodniu to już 606km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km

    źródło: preview.ibb.co

Gorące dyskusje ostatnie 12h