•  

    #rower #gravel #bikepacking
    Ukończyłem rowerowy #ultramaraton Wisła 1200. Pewnie jakieś podsumowanie by się przydało.
    1139km w 113h 3m (4d:17h:3m)

    Dzień 1
    204,5km
    czas brutto: 12:21
    czas netto: 10:52
    Start 6 lipca o 8:00. Już przed startem widziałem, że nie jest źle ze mną choć ostatnio mało jeździłem. Start spod schroniska w Przysłopie a żeby dam dojechać to trochę podjazdu trzeba zrobić i czułem się tam nieźle. Przed startem szybka odprawa i polecieliśmy. Starałem się trzymać czołowej grupy ale po godzinie odpadłem kiedy chciałem podnieść jakieś zawiniątko, które wypadło komuś ale grupy nie dogoniłem bo mieliśmy przejście przez tory i akurat jechał pociąg. Na słynnym jeziorze Goczałkowickim byłem jeszcze w czubie ale co tam się działo.. Trawy po pachy przez kilkanaście km. Kląłem pod nosam przy każdej nierówności - średnia tam to 11km/h, typow MTB. Pierwsze myśli o rezygnacji. Potem długo sam lub kilkuminutowe jazdy z kimś. Ogólnie wymęczony byłem początkowym sprintem, trochę mało piłem i jadłem, skwar okrutny i klasyczna bomba. Do końca dnia jechałem "na oparach" Przed Krakowem złapała mnie burza która "goniła" mnie od kilku godzin. W Krakowie straciłem mnóstwo czasu na szukanie pizzerii aż odpuściłem i noclegu zacząłem szukać za Krakowem. Tam spotkałem księdza, u którego przespałem się w altance (miałem ze sobą materac i śpiwór). Poczęstował mnie herbatą i mogłem wziąć prysznic. Spać poszedłem o 22:30.

    Dzień 2
    268km
    czas brutto:15:00
    czas netto: 12:33
    Pobudka o 4 ale przez noc może spałem 2h. Jakoś nie dałem rady wypocząć. Ciężko się zbierałem do jazdy, ciuchy jakoś mokre od porannej wilgoci. I tu największy błąd tego wyścigu - nie posmarowałem tyłka sudokremem. Odparzenia miałem już do końca wyścigu. No i tak ruszyłem konkretnie o 5. Trasa po wałach i w ogromnej większości całego dnia po asfalcie. W sporej części po tzw WTR. Śniadanie gdzieś we wsi o 7. Po braku w kaloriach z poprzedniego dnia wiedziałem, że muszę jeść więcej. No to na śniadanie zjadłem całą paczkę parówek, mnóstwo wody, zapasy na drogę - banany, żelki, batony. Już wcześnie rano czuję, że wewnętrzne strony dłoni bolą niemiłosiernie po tylu godzinach spędzonych na rowerze a o bólu tyłka nawet nie wspominam. Co 5 min muszę wstawać na korby bo nie jestem w stanie jechać. Później ok. 11 za Szczucinem też przystanek w barze na stacji paliw - micha rosołu, pierogi i piwo bezalkoholowe. Morale poszybowały mocno w górę. Od godziny 14 jechałem z jednym z zawodników - Robertem, z którym okaże się, że będziemy jechać razem przez dłuższy czas. W Sandomierzu meldujemy ok 15:30 i szybko na stację coś zjeść. Postój nie za długi i za Sandomierzem "atrakcja" Mamy wnieść rowery pod Górę Pieprzową Jakieś 70m w górę. Po raz kolejny przeklinam organizatora. Dalej coś co sprawiało mi niezłą frajdę - pagórki. Okolice Słupi Nadbrzeżnej. Kilka podjazdów i zjazdy. Dojeżdżamy do Solca nad Wisłą - szybkie zakupy na kolację, śniadanie i drogę na następny dzień. W Solcu Robert załatwił kwaterę i śpimy jak królowie. 22:30 już w łóżku

    Dzień 3
    237,7km
    czas brutto:16:45
    czas netto: 14:18
    Klasycznie pobudka o 4, konkretne śniadanie i o 5 już jedziemy. Początek ciężko. Mówię Robertowi niech jedzie sam bo nie ma sensu żebym spowalniał. Jakoś kilka godzin jednak jedziemy razem. Początek trasy to jakieś łąki, jakieś wały, płyty. Nic przyjemnego. Do Dęblina bez przystanku, swoim tempem. W końcu wiem, że szybka jazda spowoduje tylko niepotrzebne ujechanie się. Po jakimś czasie mały przystanek w sklepie we wsi. Klasycznie paczka parówek. Dalej trasa leciała przez drogę techniczną przy wale - betonowe płyty z wielkimi otworami. Przez kilkadziesiąt kilometrów. Rower skakał, ja na nim, Dostawałem po tyłku, po nadgarstkach, ramionach i jeszcze upał. Niezliczone ilości przekleństw... Znowu chciałem zrezygnować i odpuści ale jadąc jeszcze z Robertem mówił o barze przed Wilgą. Tam dojeżdżamy i razem jemy. Pierogi, chłodnik, piwo, toaleta (nawet nie wiecie ile daje spokojne posiedzenie na kibelku). Posmarowałem łańcuch i już nie świszczy.
    Robert zostaje odpocząć a ja lecę dalej bo wiem, że Warszawa tuż tuż a żona czeka ;) Do mostu w Górze Kalwarii super gravele, potem odcinek singlowy pod MTB, który już objechałem 2 tyg wcześniej. I tak dojeżdżam na Plażę Romantyczną w Warszawie i już żona z przyjaciółmi czekają i dopingują. Nawet banery zrobili ;) Szybko lecimy do Maka bo potrzebowałem czegoś ciepłego co ma dużo kalorii. Zestaw + 3 cheesburgery dają mocy na cały pozostały dzień i kawałek następnego. Półmetek za mną i miałem znowu ochotę zrezygnować ale widziałem ile osób mi kibicuje i trzyma kciuki. Opocząłem i poleciałem dalej. Przy moście Północnym jeszcze piąteczka z kumplem i morale na tyle wysoko, że lecę dalej a było dosyć późno. Ostatecznie 21:30 ląduję na plaży w Modlinie, rozbijam się, kąpię w Wiśle (planowałem choć raz się wykąpać w rzecze i w końcu się udało). Spać idę ok północy.

    Dzień 4
    200,9km
    czas brutto:16:02
    czas netto: 13:18
    Pobudka o 4:30 i start o 6. Początek sporo singli, krzaki, pokrzywy ale nie jest tragicznie. Gdyby nie ból rąk i tyłka to byłoby znośnie. Po godzinie jazdy w trudnym terenie nagle widzę kartkę "Woda" i stolik z dzbankami z wodą. Okazuje się, że Ludzie mieszkający obok są fanami MTB i maratonów i przygotowali taki jakże cenny poczęstunek. Była nawet pompka serwisowa i stojak. Czapki z głów. Świetni kibice. Śniadanie i zapasy na drogę w Wyszogrodzie ok 9. Już bez parówek bo mi zbrzydły, ale konkretna drożdżówka dorzuciła co nieco do pieca. Droga całkiem ok asfalty, szutry. W Płocku przerwa. Jest godzina 13 więc czas na upragnioną pizzę. Dorzucam piwo i colę i znów morale wysoko. A przypominam o bólu tyłka. Do Włocławka asfalt. Całkiem szybko poszło. A potem zaczął się dramat. Las pełen piachu. Na moich oponach 35 nie byłem w stanie jechać. Przekleństwa leciały na prawo i lewo. Trwało to wieki aż mi wody zabrakło a upał straszny. Więcej rower prowadziłem niż jechałem (może przesada ale kilkadziesiąt minut prowadzenia było) Pod Toruń dojechałem na oparach. Szybko na jakąś stację - cola, herbata, woda, żelki, batony i telefon do żony. W tym momencie miałem 3 opcje: - jechać na dworzec i spadać do domu, jechać dalej przez noc, szukać noclegu w Toruniu. Żona mówi nocleg - no to nie będę się sprzeczał. W hostelu jestem o 22:30, kąpiel i spać. Najtrudniejszy dzień. Wyczerpał mnie ze wszystkich sił. Ale znowu głowa jest najważniejsza. Kilka pozytywnych myśli i nie odpuszczasz. Jedziesz dalej.

    Dzień 5
    252,7km
    czas brutto:19:11:48
    czas netto: 17:02:00
    Pobudka o 5 i szybkie sprawdzenie trackera - Robert już jest przede mną, trzeba gonić. Startuję o 6 i dosyć szybko spotykam April i Jasona. Już poprzedniego dnia jechaliśmy prawie równo i mijaliśmy się wielokrotnie. Tutaj szybka wymiana zdań, April ma kontuzję kolana ale da radę - zajmie pierwsze miejsce wśród kobiet. z Jasonem trochę dłużej pogadałem i to jest człowiek, który jechał dwukrotnie TransAmBikeRace czy TransAtlanticWAy. On czeka na April ja lecę dalej. Cisnąłem do Chełmna bo chciałem tam zrobić postój przy sklepie. Droga łatwa, większość asfalt. W Chełmnie wchodzę do Żabki i akurat spada deszcz. Szybkie zakupy i uciekam pod wiatę na rynku. Spokojnie jem i czekam na koniec deszczu. Robert gdzieś jest w Chelmnie ale przy rynku nie mogłem go znaleźć - potem dowiaduje się, że wynajął pokój żeby się zdrzemnąć. Poleciałem dalej i za Świeciem podobno miał być najtrudniejszy odcinek. OWszem był trudny bo to szlak pieszy i taki single track pod MTB, duż obłota, drzew, nierówności. Ale mnie się podobał. Bardzo malowniczy. No i Towarzyszył mi Krzysiek. "Kibic" mieszkający obok. Sporo czasu pogadaliśmy. Potem znowu trochę asfaltów ale nie da się rozpędzić bo nieprzyjemny wiatr północny. Do Tczewa jakoś się dotoczyłem a potem znowu armagedon. Kilkanaście(dziesiąt) kilometrów łąkami przy Wiśle. Zdychałem tam. Trwało to wieki. I jeszcze mnie wyprzedziło dwóch zawodników. Morale siadły. Dotoczyłem się do śluzy i wiedziałem, że już blisko. Godzina 22, ciemno a ja w lesie tzn. przy ujściu Wisły. Tutaj znowu przekleństwa bo przez 40 min prowadziłem rower po kamienistym brzegu aż do ujścia. Potem jeszcze długi odcinek przez nadbrzeżny las w zupełnej ciemności. W Gdańsku zastałem zamknięty szlaban kolejowy na którym stałem 15 min i wtedy przegoniło mnie dwóch kolejnych zawodników. Ostatecznie dojechałem o 01:05.

    źródło: IMG_E0016[1].JPG

Gorące dyskusje ostatnie 12h