•  

    Dlaczego pseudonaukowcy wygrywają wojnę o ludzkie umysły?

    Dowody anegdotyczne, miejskie legendy, emocjonalne opowiastki. Pseudonaukowcy i siewcy teorii spiskowych stosują metody dalekie od naukowych, mające jednak jeden niezaprzeczalny plus: są atrakcyjne z punktu widzenia tego, jak działa ludzki mózg.

    Znajoma mojego kolegi miała w zeszłym miesiącu dosyć przykrą przygodę z medycyną.

    Skorumpowany lekarz kardiolog jednego z warszawskich szpitali zażądał koperty z łapówką. Zobaczył, że jest tam 500 złotych, schował do kieszeni i powiedział, że to za mało. Gdy znajoma odpowiedziała mu, że więcej nie da, bo nie ma, wyjął z powrotem kopertę i powiedział, że w takim razie niech mu dupy nie zawraca. W domu okazało się, że lekarz pomylił koperty i oddał taką, w której było 3000 złotych...

    Są dwa problemy z tą historią: mniejszy – jest kompletnie nieprawdziwa, większy – roznosi się lepiej niż dowolne zapewnienia o uczciwości i kompetencji polskich lekarzy.

    Ta historia to tak zwana miejska legenda, w bibliografii podaję link gdzie o niej poczytacie. Zresztą nawet gdyby był prawdziwa to logicznie rzecz biorąc nie wynika z niej praktycznie nic. Ot, jakiś lekarz jest skorumpowany – równie dobrze może to być część jakiegoś masowego zjawiska jak i odosobniony przypadek. Kiedyś widziałem psa o trzech nogach. Jednak daleko mi do wyciągania wniosków, że wszystkie psy mają trzy nogi, albo nawet, że większość psów tak jest właśnie zbudowana.

    Skąd więc popularność takich historii?

    Ludzki mózg ma pewną ciekawą właściwość. Wspaniałą, gdyż dzięki niej możemy przeżywać losy bohaterów filmu oraz powieści. Przerażającą – jeżeli spojrzymy na takie jej skutki jak miejskie legendy. W każdym razie chodzi o to, że my, czytając w domu czy tramwaju o zachłannym lekarzu psychicznie wcale nie znajdujemy się w domu. Z punktu widzenia naszej psychiki znajdujemy się w tym fikcyjnym lekarskim gabinecie.

    W przeprowadzonym 20 lat temu badaniu zbadano reakcje na dwa krótkie teksty, różniące się tylko pierwszym zdaniem.

    Tekst pierwszej grupy zaczynał się od zdania „John ZAŁOŻYŁ bluzę przed bieganiem.”, drugiej - „John ZDJĄŁ bluzę przed bieganiem.” Potem były dwa zdania odnoszące się do czegoś innego i trzecie, które znowu dotyczyło bluzy. I tu mamy bombę – ludzie, którzy wcześniej przeczytali, że John bluzę zdjął, musieli zrozumieniu tego zdania poświęcić wyraźnie więcej czasu niż osoby z grupy, w której John miał bluzę na sobie.

    Otóż ta zdumiewająca właściwość na tym właśnie polega: czytając, słuchając lub obserwując jakieś zjawisko przeprowadzamy w głowię jego symulację i aktywujemy dokładnie te same obszary mózgu, które byłby aktywne, gdybyśmy dana czynność wykonywali naprawdę.

    Jest to aktywność co prawda nieco słabsza niż „oryginał” jednak w dalszym ciągu olbrzymia. Gdy ktoś czytał o tym, że John zdejmował bluzę wczuwał się w jego rolę i później musiał sobie na nowo wyobrazić jak to jest mieć tą bluzę na sobie. A to przecież nie o czytelnika chodziło, tylko o bohatera tekstu! Dlatego właśnie oglądając scenę szybkiego pościgu czujemy się jakbyśmy naprawdę w tej policyjnej bryce byli, a widząc, jak bohater traci dziecko przeżywamy to, jakbyśmy naprawdę byli doznali wielkiej straty.

    Krótko mówiąc: miejska legenda o skorumpowanym lekarzu roznosi się lepiej niż jakiekolwiek dane statystyczne o uczciwości lekarzy, gdyż tą pierwszą mózg traktuje, jakby odbyła się naprawdę i to z naszym udziałem. Dane jedynie przyjmujemy do wiadomości. I to niestety dotyczy wszystkich dziedzin życia.

    Skoro już jesteśmy przy krytyce służby zdrowia: Jakie dowody na forach altmedowych padają na poparcie tezy, że picie naparów z liści pierdolnika szarego (w naszym sklepie za jedyne 199,99 zł/g) leczy raka lepiej niż chemioterapia? Wyniki badań, statystyki? No bez jaj:

    „Znajoma mojej babci piła i wyzdrowiała....”, „2 lata chodziliśmy po lekarzach, było jeszcze gorzej, wywary pomogły od razu”, „Wywar z pierdolnika kuzynce mojej znajomej nie tylko wyleczył raka, ale również pomógł ustąpić wysypce, której dostała o leków zapisanych przez lekarza”.

    Historie, historie i jeszcze raz historie. Nie tylko z życia wzięte, ale również bajki o niepokornych naukowcach mordowanych przez koncerny farmaceutyczne, cudownych ozdrowienia gdzieś w Ameryce, o których celowo milczy skorumpowana prasa, i tak dalej. W każdej z tych historii jesteśmy w stanie wejść w skórę bohatera i przeżyć to „na własne oczy”. A naukowcy? Co nam powiedzą?

    „Jak wynika z badań przeprowadzonych w (tu lista badań na pół strony) ziele pierdolnika szarego nie posiada właściwości antynowotworowych. Zawarte w nim pierdoliksyny powodują jedynie dyfuzję substancji takich i siakich, w wyniku której... bla, bla, bla...” Wybaczcie, jestem słaby w parodiowaniu żargonu medycznego, który na tle anegdotek ma jeszcze jedną wadę:

    Jest cholernie niekonkretny.

    Przeprowadźmy eksperyment! Mam takiego znajomego: chłop jest dobrze zbudowany, średnio wysokiego wzrostu, szatyn, niebieskie oczy, owalna twarz, minimalnie cofnięty podbródek, dosyć wysokie czoło, jak na trzydziestolatka zdecydowanie zadbany. Wyobrażacie sobie coś? Nie bardzo?

    To może inaczej: Gość jest cholernie podobny do Roberta Lewandowskiego, ale ciut od niego niższy. No, teraz już chyba łatwo wyobrazić sobie mojego (fikcyjnego) znajomego.

    Nasz mózg posługuje się schematami poznawczymi. Jak słyszy jakieś słowa, próbuje je zakwalifikować do jakiejś znanej mu kategorii. I mózg bez problemu to robi, jeżeli chodzi o kategorię „podobny do Lewandowskiego”, natomiast nie jest to takie oczywiste w przypadku „średnio-wysokiego wzrostu” czy „owalnej twarzy”. Co więcej, wielu z Was się zapewne ze mną nie zgodzi, że Lewandowski ma owalną twarz albo wysokie czoło, sam się nad tym długo zastanawiałem, bo jest to tak nieostra kategoria, że można pod nią podciągnąć pod nią naprawdę wiele różnych od siebie twarzy.

    Dokładnie ten sam problem jest z wyrazami, jakich pełno jest w języku naukowym

    Gorąca sprawa – sądy. Kojarzycie plakaty o tym jak „sędzia ukradł kiełbasę”? „Sędzia który ukradł kiełbasę” to coś skrajnie konkretnego, skrajnie obrazowego. Druga strona próbowała to kontrować, wykazując nieadekwatność takiego dowodu, pokazując ile było spraw dyscyplinarnych wśród sędziów, ilu zostało skazanych itp. itd... ale co z tego? Załóżmy, że zostało skazanych kilkunastu sędziów w latach takich i takich na tylu i tylu członków grupy zawodowej. Jak to przełożyć na struktury poznawcze mózgu? Nie mamy struktury „odsetka” czy „kilkunastu spośród kilku tysięcy” - trzeba naprawdę dużo więcej wysiłku, żeby zrozumieć takie statystyki (i zgodzić się z nimi!) niż „sędzia ukradł kiełbasę!”. Droga opozycjo, trzy historie sędziów którzy uratowali samotnym matkom alimenty, za które mała Kasia czy inny Tomuś dostali biurko, przy którym pierwszy raz w życiu odrobili w cywilizowanych warunkach lekcje robiłyby znacznie lepszą robotę!

    Co gorsza, konkret ma jeszcze jeden straszny skutek: bardziej wierzymy w szczegółowe historie, niż takie abstrakcyjne

    W 1986 roku dwóch psychologów z Uniwersytetu w Michigan zrobiło pewien eksperyment. Badani mieli ocenić, czy pewna kobieta powinna mieć odebrane prawa rodzicielskie, czy nie. W obu grupach dano 8 argumentów „za” i 8 „przeciw”. Jednak w pierwszej argumenty „za” były bardziej szczegółowe (np. zamiast „Pani Johnson pomagała myć zęby synowi” było „Pani Johnson pomagała myć synowi zęby jego szczoteczką w kształcie Lorda Vadera”). W drugiej to argumenty przeciw miały więcej detali (zamiast „Pani Johnson źle opatrzyła zadrapanie syna i wysłała go tak do szkoły, a opatrunek musiała poprawiać pielęgniarka” było „Pani Johnson źle opatrzyła zadrapania i wysłała go do szkoły, a gdy pielęgniarka poprawiała opatrunek na jej fartuch polała się krew”).

    Teoretycznie, obie grupy dostały to samo. Praktycznie, pierwsza (gdzie bardziej szczegółowe były zalety) w 58% wsparła panią Johnson, w grupie gdzie szczegółowe były wady było to jedynie 43%.

    Dokładnie to samo zjawisko dzieje się w miejskich legendach – nie ma mowy o „samochodzie” tylko o „czarnej Wołdze”, a nawet w tym co pisałem na początku dodałem kilka szczegółów pisząc o warszawskim lekarzu i o tym, że był on kardiochirurgiem. Tak samo działają altmedowcy i rosyjskie fabryki trolli – najbardziej rozchodzące się historie są bogate w szczegóły.

    Jakie są z tego wnioski?

    Zapewne dla wielu mogą być bolesne. To smutne, że o przyznaniu praw rodzicielskich może decydować szczegółowość opisu szczoteczki do zębów dziecka, a o odrzuceniu porad lekarza historia „znajomej znajomej”.

    Niestety, produkowanie fake newsów to łatwa sprawa o czym sam miałem kiedyś okazję się przekonać. Z ciekawości jaki przyniesie to skutek wrzuciłem na Wykop historię o tym jak rzekomo zdradziła mnie dziewczyna, dopisując kilka ujmujących emocjonalnie szczegółów. Pisałem może 10 minut a historia była jednym z hitów w gorących dyskusjach! Kłamców ogranicza jedynie własna wyobraźnia. Ludzie, którym zależy na prawdzie tych przywilejów nie mają.

    Nie oznacza to jednak, że nie mamy szans. Wielki starożytny chiński strateg Sun Tzu wskazywał, jak ważne jest po pierwsze – dokładne rozpoznanie przeciwnika i terenu, a po drugie – narzucenie w ramach tychże własnej inicjatywy. Wszyscy ci, którzy wierzą jeszcze w istnienie tego, na czym cywilizacja zachodu została założona – prawdy - muszą przestać obrażać się na rzeczywistość i zrozumieć, że dziś to nie oni robią łaskę dla przysłowiowego janusza, że mówią. To janusz robi łaskę im, że słucha. Albo się dostosujemy, albo zginiemy.
    -------
    Moi drodzy, tym akcentem chciałem Wam wszystkim serdecznie podziękować za dotychczasowe śledzenie mojej działalności na blogu „Filozofia dla Januszy”. Jest bardzo, ale to bardzo prawdopodobne, że ten blog moooocno zmieni się pod kątem formy w najbliższym miesiącu i myślę, że wielu z Was będzie tym albo zachwycona, albo oburzona. Napiszę jeszcze co i jak, ale jeżeli uważacie, że to co do tej pory robiłem warte jest podziękowania rozważcie wsparcie poprzez podlinkowaną stronę. Widzimy się za kilkanaście dni!

    Bibliografia:
    http://atrapa.net/legendy/pomylonekoperty.htm (miejska legenda o lekarzu)
    C. Heath, D. Heath: Made to Stick: Why some ideas survive and others die

    Obserwuj: #filozofiadlajanuszy Polub: na Facebooku Wesprzyj: finansowo lub bezpośrednio na Patronite

    #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mikroreklama #psychologia #nauka #pseudonauka

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    Dobra, przekonaliście mnie, już się z żoną nawracamy czytając pismo święte. Alleluja.
    #bekazkatoli #nsfw

    odpowiedzi (185)

  • avatar

    Zrobiłem takie coś dla mojej #rozowypasek. Ciekawe czy się spodoba ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #tworczoscwlasna #kwiaty #pracbaza

    odpowiedzi (64)

  • avatar

    Znieczulałam dziś młodą ciężarną, 24 tydzień ciąży. Operowana ze wskazań "ból brzucha". Ogólnie od kilku tygodni brzuch ją pobolewał, miała dość niską hemoglobinę (wskaźnik "ilości" krwi). W USG ciąża prawidłowa, koło jajnika jakaś dziwna torbiel, która prawdopodobnie dawała te bóle plus trochę płynu.

    Po rozpoczęciu zabiegu okazało się, że w brzuchu jest pełno starej i nowej krwi, torbiel nie jest torbielą a wielkim skrzepem starej krwi. Po jego wyciągnięciu operator znalazł rozdarcie macicy w bliźnie po cięciu cesarskim, które - z braku skrzepu - momentalnie zaczęło krwawić (utrata około 1 litra krwi w ciągu 5 minut).

    Z naszej, anestezjologicznej, strony właściwie od momentu wykrycia krwi w brzuchu pełna mobilizacja, pełen schemat "Masywna utrata krwi", czyli natychmiastowe wezwanie krwi (i pochodnych, czyli osocza i płytek) na salę, podłączenie od razu 2 worków krwi i po chwili kolejnych dwóch osocza, założenie wkłucia do tętnicy aby pobierać szybko badania na poziom hemoglobiny i ewentualnego niedotlenienia, plus do bezpośredniego pomiaru ciśnienia (czyli widać natychmiastowo spadek ciśnienia albo jego wzrost). Ponieważ musieliśmy obniżyć poziom leków (większość leków anestezjologicznych obniża dodatkowo ciśnienie) kobieta dostała również pomiar głębokości snu - żeby nam się przypadkiem nie obudziła. Założyłam też dwa kolejne wkłucia do szybkiego toczenia płynów, wezwałam drugi zespół (lekarz plus pielęgniarka) na salę - przy takich akcjach cztery ręce to stanowczo za mało. Razem zajęliśmy się ściąganiem kolejnych leków (wapń, fibrynogen, czynniki krzepnięcia) na salę, podłączaniem tego wszystkiego - w momencie gdy ktoś traci duże ilości krwi, sama, czysta "krew" nie wystarcza, bo człowiek traci całe krzepnięcie, wszystko ucieka razem z krwotokiem i wszystko trzeba uzupełnić.

    W międzyczasie ginekolodzy wypchali brzuch chustami i wezwali swoją pomoc - konsultację położniczą i neonatologiczną. W tym konkretnym wypadku dziecko było położone w takim miejscu, że próba zszycia macicy była dość ryzykowna, a przy tak krwawiącym narządzie jak macica kobieta pewnie skrwawiłaby się zanim dojechalibyśmy na salę operacyjną. Szanse dotrwania do końca ciąży właściwie zerowe. W związku z tym konsylium podjęło decyzję o natychmiastowym zakończeniu ciąży i próbie zatamowania krwawienia. Płód został wydobyty i oddany pod opiekę położnym. Ze względu na jego wiek nie podejmowano żadnych prób resuscytacji. Po urodzeniu dziecko nie podjęło żadnej próby oddechu, po chwili zanikła również akcja serca.

    Po wydobyciu płodu udało się załatać dziurę w macicy, nam powoli udało się wyrównać ciśnienie i ustabilizować pacjentkę. Jedna prosta decyzja - kończymy ciążę tu i teraz - właściwie sprowadziła naszą walkę do "normalnej i nudnej" pracy. Po operacji pacjentka została przekazana na intensywny nadzór, gdzie w obecności psychologa została poinformowana o całej operacji, co i dlaczego zostało zrobione. Pewnie już dziś pójdzie na oddział ginekologii, czuje się wystarczająco dobrze.

    I tak się tylko zastanawiam. Według prawa to była aborcja ze względu na zagrożenie życia matki. Decyzja została podjęta błyskawicznie i właściwie bez dyskusji, każdy z lekarzy niemal wyłącznie potwierdził słuszność postępowania. Ale patrząc na to co się dzieje obecnie w PL, wcale nie jestem pewna czy za chwilę taka decyzja jednak nie będzie trudniejsza. I czy nikt nie będzie na siłę próbował "ratować dziecka", żeby nie pójść pod sąd. Płód wiekiem na granicy przeżycia, a może by jednak zszyć i potrzymać choć tydzień, dwa dłużej, ryzykując "tylko" kolejny krwotok i operację. Albo chociaż zaintubować tego malucha i pomęczyć trochę, może nawet osiągając "sukces" - ciężko niepełnosprawne dziecko które "przeżyło".

    Marzy mi się, żeby wszędzie i zawsze takie decyzje były podejmowane nie ze względu na religię i ideologię, naciski rodziny albo straszenie prokuratorem, ale tylko i wyłącznie ze względu na szanse i dobro pacjentów.

    #medycyna #zdrowie #ratownictwo #aborcja #religia #bekazkatoli (ten ostatni tag to trochę prowokacja do dyskusji, bo trzymając się wykładni co poniektórych katolików, należałoby zakazać badan i operacji w ciąży, które mogłyby zaszkodzić dziecku - więc gdzie jest granica?)
    pokaż całość

    odpowiedzi (103)