•  

    #godelpoleca #muzyka #jazz #ambient #experimental

    Podsumowanie 2018 - Albumy

    #6. Eli Keszler - Stadium

    Gatunki: avant-garde jazz, ambient, electroacustic
    RIYL: Necks, Tortoise, Taylor McFerrin, Sun Ra, długie spacery, zapach Amolu

    chyba każdy muzyczny-świr zna to uczucie, kiedy na jego radarze pojawia się album "kradnący serce" już od pierwszego spojrzenia na okładkę. często po zderzeniu z samym materiałem czujemy zawód, sporadycznie dostajemy to czego potrzebujemy, a czasami musimy przetrawić coś zupełnie mijającego się z oczekiwaniami. Stadium Eliego Keszlera, jest dla mnie świetnym przykładem tej ostatniej kategorii, którą w tym przypadku mógłbym dodatkowo uzupełnić notatką o "miłym zaskoczeniu".

    darujmy sobie na chwile te ckliwe rozkminy i skupmy się na samej muzyce. bo w tym przypadku, czynności obczajająco-korygujące nie pomagają w odbiorze, tu trzeba po prostu "puścić krążek w obieg". jak już nam krąży co trzeba, to na dzień dobry wybudzamy się w środku akcji, zawierającej w sobie tyle samo, jak nie więcej, frapującej materii i prowokującego minimalizmu co na okładce. Keszler będący dosyć utalentowanym perkusistą, sprawnie "doklepującym" eksperymentalnym wizjom chociażby Laurel Halo, czy post-industrialnym obskurom Daniel Lopatina, zdążył wyrobić sobie pewnego rodzaju zmysł "intuicyjnego" traktowania swoich instrumentalnych umiejętności. w obecnej formie są one dla niego czymś w rodzaju płynnej materii. żywego tworzywa, które może modelować i koordynować bez ograniczeń, w poczuciu pełnej kontroli nad każdym jej ruchem, szelestem i bezwarunkowym świstem.

    swoboda ale jednocześnie spójna wizja tego co chciał przedstawić na Stadium, jest może nie tyle co kompromisem, ale koherencją muzycznego doświadczenia i wyobraźni do malowniczego operowania dźwiękiem.
    snute na przestrzeni albumu perkusyjne, asymetryczne pulsacje ciągną się za naszymi plecami, dyktując tempo wędrówki na drodze usłanej symetrią elektroakustycznych wyładowań. ten miejsko drgający rytm jest konstrukcją, zBITą instalacyjną bryłą, na którą rzucane są coraz to inne kolory, światła i znaczenia, przez co jej wydźwięk, myśl przewodnia tkwi w permanentnym zawieszeniu i niekończącej się reorganizacji.

    ten jazzowo-urbanistyczny ambient momentami wybrzmiewa soundtrackowym zacięciem. w tej kwestii też musimy się pożegnać z tradycyjnie pojmowaną kategorią "ścieżki dźwiękowej". bo to ona, sama w sobie, narzuca i definiuje świat obrazu a nie na odwrót. nie jest jedynie powiewającą w tle próbą dogrania się pod zwarte i zamknięte koncepty.
    dlatego z grającym na słuchawkach Stadium, podczas rutynowego spaceru ulicami dowolnego miasta, jego architektura, samoorganizujące się ludzkie byty i zaklęty w nim nastrój, zaczynają nabierać zupełnie innych znaczeń. Keszler zamienia swoją muzykę w gwiezdny pył osiadający na konturach miejskiej dżungli, która na moment staje się czymś innym niż zawsze. staje się żywą tkanką uprawiającą swój peformance artystyczny, w którym my też się znajdujemy. ale tylko w roli obserwatora, któremu wydaje się, że wyciąga z szarej rzeczywistości coś więcej.

    i wracając do okładki, to jednak jest ona wybitna. po przesłuchaniu płyty jeszcze bardziej. bo ukazując na niej jedynie skrawek dachu na tle błękitnego nieba, zaczynamy podejrzewać, że ktoś specjalnie tam spojrzał. buntowniczo odwrócił wzrok od dziejącego się poniżej cudu, w który i tak nam nikt nie uwierzy.
    "niezauważalne na co dzień cuda". o nich właśnie jest ta płyta.

    źródło: youtube.com