•  

    Mirki, noszę się z zamiarem uruchomienia bloga, na którym spontanicznie zamieszczałbym swoje liczne przemyślenia na różne tematy. Z drugiej jednak strony gryzie mnie, że nikt go nie znajdzie, a tutaj mam Was całą masę.

    Dzisiaj chce wyrzucić z siebie temat problemu złapania w życiu równowagi, poukładania sobie wartości i celów, złapania jakiegoś rytmu, wiatru w żagle. Nie wiem jak Wy, ale stale mam takie odczucie i pewnie tak jest, że gdy tylko dostrzegam, że w jednym z obszarów mojego życia (np. kontakt z najbliższą rodziną) mi ucieka albo w ogóle przestaje istnieć to zaczynam się w niego angażować. Co się okazuje po czasie? Kosztem uwagi poświęconej naprawianiu ucieka mi inny obszar, np. skupienie na swoich celach osobistych takich jak sport czy inne zainteresowania. Co się dzieje wtedy? Chyba się już domyślacie.

    Zaliczyłem już sporo takich błędnych kół i chyba dopiero teraz zaczynam dojrzewać (26 lvl here) do tego by obniżyć swoje oczekiwania (krótkoterminowe) względem siebie i zacząć małymi kroczkami układać wszystko na nowo w trwających chaosie.

    Wychowałem się w domu gdzie miałem różne wzorce - te dobre i złe. Moja mama to osoba, która mogła spokojnie usiąść dopiero jak wszystko, co miało być zrobione to było. Po pracy nigdy nie siadała na dupie przed TV i pachniała. Zawsze dba o dom, zawsze myśli, co w nim poprawić, zawsze myśli o innych - jest moim wzorem pod kątem samodyscypliny i wykrzesywania w sobie energii do działania.

    Z kolei mój tata to osoba, która jak wykonała swoją pracę to resztę dnia spędzała na kanapie. Podejrzewam, że już w pracy myślał o kanapie i nie mógł się doczekać. Oprócz kanapy oczywiście 24/7 leciał sport. Każdy sport. To mnie najbardziej zadziwia. Piłka nożna, piłka ręczna, tenis, tenis stołowy, skoki, olimpiady, biegi, f1, raidy, walki - wszystko, dosłownie wszystko.

    Niestety, ale mocno nasiąkłem jego postawą. Ile razy łapałem się na tym, że jak tylko pojawiał się cień zmęczenia we mnie to pierwsze o czym marzyłem to, żeby jebnąć się na łóżku i bezmyślnie leżeć. Przeglądać telefon, odpalić film, słuchać muzyki, grać w gry. Nie byłoby to problemem gdyby nie fakt, że olewałem podstawowe rzeczy by zajmować się właśnie tymi łatwymi przyjemnościami. Totalna masakra. Jak tylko łapała mnie chwila refleksji to czułem ogromne wyrzuty sumienia i czułem do siebie baaardzo mało szacunku. Widziałem lenia i panikowałem, że będę robolem.

    Najzabawniejsze było to, że równoległe słuchałem Briana Tracy i innych osób tego pokroju. Wpędzało mnie to w jeszcze większe poczucie winy, ale jednocześnie pokazywało mi, że to jak postępuje jest złe, że mam na to wpływ, że mogę coś ze sobą zrobić itd. tylko, że poziom mojej dyscypliny i mentalnej dojrzałości był tak bardzo niski, że powinienem zaczynać od drobnych, malutkich, najmniejszych rzeczy.

    A co robiłem? Nie ćwiczę więc od teraz robię to 5 x w tygodniu, pompki, bieganie, przysiady, podciąganie itd. ogień ma być i oczywiście postępy 200% każdego tygodnia. Nie czytam? Od dzisiaj każdego dnia czytam godzinę dziennie. Słabo się uczę? Od teraz będę mieć średnią 4.0, odrabiać codziennie lekcje itd. Takich planów miałem setki. Setki też miałem planów dnia, harmonogramów, spisanych celów itd. Tyle razy samo setek nic z tego nie wychodziło. Nooo, może czasem łapałem tydzień czy dwa jakiegoś rytmu.

    W końcu zacząłem się zastanawiać, co we mnie jest takiego spierdolonego, że nie potrafię się wziąć za najłatwiejsze rzeczy (wtedy takie mi się wydawały). Zacząłem dostrzegać, że mam na ogół mało energii, motywacji, że tak na prawdę to ja mam nie małą depresję. W dodatku to nie był najmocniejszy okres mojej rodziny. Mieliśmy poważne problemy finansowe, rodzinne. Było źle, a ja czułem się jak jebany robak.

    Mimo wszystko zawsze we mnie budziła się ta myśl, to poczucie, że ja to zmienię, że będzie lepiej, że poradzę sobie, że zacznę zarabiać więcej, że będę mieć zajebistą formę, że będę mieć zajebistą cerę (ryj jak pizza xD), że będę mieć dziewczynę (chociaż wtedy uważałem sam przed sobą, że jestem zbyt wielkim gównem by ją mieć) i to mnie jakoś napędzało. Dziesiątki razy spisywałem plany, cele i wizje i dziesiątki razy upadały, ale koniec końców, po tygodniu, miesiącu, czy kwartale, znowu wracałem do tematu, znowu mi brzydło to jak jest i znowu podnosiłem się do walki.

    W miarę jak czas płynął moje sparingi ze sobą były co raz dłuższe, cały czas czytałem, rozmawiałem, praktykowałem i jednocześnie cały czas się opierdalałem, nic nie robiłem, gniłem. Dwa kroki do przodu i dwa kroki wstecz. Przynajmniej zawsze tak myślałem.

    Dzisiaj patrzę na to z perspektywy jakichś 10 lat - i wiecie co? Zawsze coś z tego zostawało, zawsze.Tylko, że w środku mnie, odciskało się to na mojej psychice, na moim doświadczeniu, na moim postrzeganiu świata, na nawykach. Na swój pojebany sposób się kształtowałem z gówna za które tak bardzo się miałem.

    I jak tak sobie teraz myślę to każdy rok był inny, lepszy. Mimo, że z perspektywy roku tego nie widziałem tak teraz widzę, że każdy był schodkiem, a teraz jestem piętro wyżej i wszystko wygląda już znacznie inaczej.

    To daje mi wiarę, że uda mi się ogarnąć to, co mnie tak teraz dręczy, ale jednocześnie uczy mnie to pokory, że zmiany wymagają olbrzymiej ilości czasu. Jako gówniarz myślałem, że od tak mogę się zmienić, a teraz widzę i czuję, że to proces na całe życie. Zawsze byłem niecierpliwy, teraz też jestem, ale świadomie staram się to kontrować i przypominać sobie, że droga jest kręta i długa. Odnośnie tego, że jest kręta..

    Nie mam pojęcia, co w świecie jest prawdą, a co nie i co jak działa i dlaczego działa, ale...

    Często używałem afirmacji, wizualizacji, powtarzania sobie najważniejszych dla mnie rzeczy w myślach (np. w drodze do pracy) i mimo, że zapominałem o tych rytuałach itd. z perspektywy kilku lat uświadamiam sobie, że wypełniło się dokładnie to o czym tak marzyłem. Najśmieszniejsze, że do wszystkiego doszedłem w zupełnie inny sposób niż sobie wyobrażałem. To kolejne doświadczenie, które pozwala mi sobie ufać, że mimo, że teraz nie rozumiem dlaczego jest jak jest i że nie widzę sensu w tym, co się dzieje, to ufam, że to po prostu etap, moment, rzeka, przez którą trzeba przejść. Pamiętajcie o tym w chwilach zwątpienia - to napawa mocą.

    Dziś mam u boku piękną narzeczoną, tak bardzo się dogadujemy ^^. Nasz związek jest moją perełką w życiu. Jesteśmy ze sobą kilka lat, od niedawna mieszkamy razem, a nadal potrafimy się kochać jakby to były początki. Piękna jest siła miłości. Miłość odmienia jakość życia. Warto dbać o ten kwiat, bo jak dla mnie to jest jednym ze składników długotrwałego szczęścia i sukcesu.

    Materialnie się wciąż odbijam, ale żyje mi się już bardzo wygodnie pod tym kątem. To czego chce teraz to zachcianki i życie ponad stan - jednak nie to dominuje w mojej głowie.

    Aktualnie jestem na etapie, w którym pogłębiam wgląd w siebie i zaczynam dostrzegać ile destrukcyjnych mam nawyków, zachowań, schematów, przekonań, iluzji, badziewi, które mącą mi w życiu. Moim najsilniejszym pragnieniem jest wyplewić te chwasty i urządzić w środku piękny ogród. To jest aktualnie przygoda mojego życia. Cała reszta to tylko wynik tego, co we mnie rośnie. Uwielbiam ten (nie)banalny motyw, który prawdopodobnie w tym momencie mocno zniekształcę, ale zachowam sens. W naszym wnętrzu żyją dwa wilki, które od zawsze ze sobą walczą - zły i dobry - każdy odpowiada za jakieś cechy i zachowania. Pytanie - który wygra - ten, którego karmisz? Od nie dawna ma to dla mnie dużo głębsze i poważniejsze znaczenie.

    Kiedyś słyszałem i czytałem masę takich przypowiastek, ale nigdy ich nie dopuszczałem do swojego serca i świadomości. Czytałem zapominałem, a teraz gdy słucham nawet piosenek (np. Grubsona) to uderza mnie ile razy już o czymś słuchałem, a byłem głuchy. Czasem tak proste rzeczy mogłyby nam pomóc w poradzeniu sobie (o ironio) ze sobą, że wprawia mnie to w zadumę.

    Zdecydowanie kluczowe jest to jaką mamy percepcję, na co się nastawiamy, w co wierzymy, jakie mamy cele, jaki mamy pogląd na siebie, ale nie ten, który dyktuje nam EGO. Jak bardzo chce mi się śmiać gdy przypominam sobie sytuację typu

    Jesteśmy na boisku, widzę osiedlowego cwaniaczka, który tańczy z piłką po czym mówi, ale nie no, ja to słaby jestem. Minutę później podpuszczasz go rzucając hasło "ale lamisz", a on odwdzięcza się przemową na temat swojej wspaniałości. To jak to w końcu jest z tą samo oceną? Wydaje mi się, że najwięcej odpowiedzi na swój temat można uzyskać leżąc w łóżku, przed spaniem. Z dala od szumu informacyjnego, który zakłóca nasz wgląd w siebie. Szczerze? Byłem w takim stanie, że nie mogłem zostać sam ze sobą ani minuty, bo meksyk, który we mnie się kłębił doprowadzał mnie do szaleństwa (dosłownie). Na myśl o tym, że zbliżał się czas spania, spinałem się niesamowicie. Czuje ogromną wdzięczność, że to już za mną.

    Właśnie, wdzięczność to coś, co warto w sobie wzbudzić. Zwłaszcza za drobne rzeczy. Ile razy słyszeliście - naucz cieszyć się z małych rzeczy, bo nie będziesz umieć z dużych? Czy jakoś tak :) Zawsze to mówiłem, a potem miałem to w dupie. Ocknąłem się gdy zrozumiałem jak bardzo nieszczęśliwy jestem. Tak więc wdzięczność, za pyszną kawę, za leniwy dzień na kanapie bombardując netflixa z ukochaną, za pyszny posiłek, za słońce za oknem, za to, że mam zdrowie i pracę, i kochaną rodzinę i masę innych rzeczy, których trzeba szukać powoduje, że człowiek czuje się szczęśliwy, a radość z tytułu większej sprawy jest wtedy jak spełnienie.

    Ekscytuje się na myśl, że to dopiero początek tej drogi, drogi, która odsłania moją naturę, tą złą i dobrą. W sumie nie ważne jaka ona jest, najważniejsze jak ją ukształtuję.

    Czemu to napisałem? Bo lubię gadać i kocham pisać, mam tendencje do roztrząsania wszystkiego na czynniki pierwsze i składania tego znowu. Do skakania w przyszłość i przeszłość (tylko z lądowaniem tu i teraz mam problem). Dla przyjemności stukania w klawiaturę, dla chęci dzielenia się tym czego się dowiedziałem, mam też małą nadzieję, że znajdzie się jakiś #przegryw który znajdzie w tym coś dla siebie. No i dla oczyszczenia głowy, w której dzisiaj się kotłuje.

    Czemu tutaj? A czemu nie :D Tutaj jak w moim środku jest wszystko i nic.

    #historiazycia #truestory #tldr #rozwojosobisty #wygryw (moja wciąż niska samoocena mówi, że nie zasługuje na ten tag, ale chrzanić to xD) #pamietnik #wtf no i trochę #heheszki

    PS: nie mam ochoty na korektę tekstu i ortografii - surowa forma to najlepsza forma xD

    PS2: nie wiem czemu, ale jestem zadowolony, że to napisalem

    PS3: Wiem, że penis was to obchodzi

    PS4: bo tak xD