•  

    Siedzę i tak mi jest cholernie smutno że nikt za dzieciaka nie nauczył mnie gospodarowania pieniędzmi.

    Oczywiście często się słyszało przy urodzinach czy świętach kiedy do kieszeni wpadało 20/50/100 (rzadko) złotych żebym je odłożył i kupił sobie za jakiś czas coś co sobie wymarzyłem. Brzmiało pięknie, ale od dzieciaka podświadomie wpajano mi że pieniądze zaraz stracę więc lepiej je wydać.

    8 lat, komunia i to co przeżyła raczej większość z nas. Prezenty a wśród nich dużo pieniędzy. Pamiętam do teraz że uzbierało się z nich 1600-1700 zł plus jeszcze ekstra 100 dolarów (wtedy stał jakoś po 4,01), jeden srebrny i jeden złoty medalik, oraz rower górski. Z roweru cieszyłem się jak jasna cholera i to przez długi czas natomiast z pieniędzmi wiadomo jak było. Zniknęły i nigdy już ich nie widziałem choć rodzice obiecali że mi kupią nową oryginalną grę na PSOne (a nie jakiegoś tam pirata z bema za 15 zł). Grę oczywiście zobaczyłem tak samo jak pieniądze.

    10 lat, październik i 4 klasa podstawówki. Raz w osiedlowym sklepie z zabawkami zauważyłem samochód sterowany radyjkiem. Cena zaporowa bo aż 40 polskich złotych. Ale mały Filip się zaparł i postanowił że wszystko będzie odkładał do swojej skarbonki i kupi zabawkę. Dni mijają, udało się odłożyć kilka złotych oraz były w międzyczasie imieniny to wpadło trochę pieniędzy i razem było już niecałe 30 zł. Cieszę się że już niedługo kupię sobie samochód, ale w międzyczasie wróciłem od kolegi pół godziny po czasie. Kara musi być tak więc matka zabiera wszystkie pieniądze z mojej skarbonki i kupuje za nie podręcznik do informatyki (nigdy nie używany). Ja oczywiście załamany bo tak wytrwale zbierałem i odkładałem każdy grosz, a tutaj zostało mi wszystko zabrane tak po prostu. Może i brzmi to śmiesznie, ale kiedy miałem 10 lat strasznie mnie to dotknęło. Właściwie to od tamtego czasu utkwiła mi w głowie myśl że nie warto odkładać pieniędzy bo przecież mogą zostać ci odebrane w każdym momencie, a sam nic nie będziesz mógł z tym zrobić.

    12 lat, PSOne już się znudziło, ale chętnie pograłbym w coś nowego na komputerze (prezent od babci), internetu nie ma więc rozrywek multimedialnych mało (kiedy chciałem oglądać Pokemony na Polsacie oglądałem je z rozdwojone z dużą domieszką zieleni i różu w obrazie). Pieniędzy niestety żadnych, kieszonkowego nigdy nie dostawałem (raz na jakiś czas dostałem kilka złotych na coś do picia, słodkiego czy loda). Ale sąsiad z naprzeciwka, partner dobrej koleżanki mojej matki chętnie by kupił moją konsolę. Dogadaliśmy się na 200 zł ale da mi je przez matkę jak przyjdzie mu wypłata. Okej, mi to pasuje. Mijają dwa tygodnie, nic. Mijają kolejne dwa i postanowiłem zapytać matkę co z pieniędzmi za konsolę. Okazało się że dostała już te pieniądze, ale pojawiły się jakieś wydatki i musiała je wydać. Kolejny raz zabrano pieniądze i nie mogłem nic z tym zrobić. Z tego co pamiętam to dostałem je jakieś dwa może trzy miesiące później, ale tak jakby z łaską że w ogóle się o nie upominałem

    W gimnazjum raczej podobnych sytuacji nie było. Zdarzały się raczej sytuacje że matka pożyczała na miesiąc, dwa ode mnie pieniądze kiedy dostawałem je na święta ale zawsze oddawała i problemów z tym nie było. Kiedy ojczym pracował przez jakiś czas za granicą i pieniądze ledwo starczały na jedzenie wiadomym było że jak dostawałem jakieś pieniądze to sam od razu dawałem je matce. W końcu razem z młodszym (o 10 lat) bratem razem musieliśmy coś jeść, a ona na gospodarowaniu pieniędzmi najbardziej się znała. Było kilka prób oszczędzania pieniędzy na coś większego, ale za każdym razem strach że pieniądze będą mi zabrane zwyciężał i je przepuszczałem.

    16 lat, technikum. Jako że mój komputer od dawna był już przestarzałym złomem (a w międzyczasie padła w nim karta graficzna, przyjaciel wymienił mi za grosze na jakąś starą bez akceleratora 3D byle po prostu chodził) więc postanowiłem zaoszczędzić na niego pieniądze. Z tyłu głowy cały czas siedziała mi sytuacja gdzie matka zabrała mi ot tak pieniądze ale postanowiłem być wytrwały jak nigdy wcześniej. Przygotowałem sobie specjalną skarbonkę z masy papierowej zrobioną tak że pieniądze można by wyciągnąć tylko i wyłącznie poprzez jej zniszczenie. Dodatkowo kupiłem jakiś cienki zeszyt i zapisywałem w nim każdą wrzucaną monetę i papier, dopisywałem datę oraz w jakich ilościach co było. Wrzucałem tam wszelkie monety zaczynając od 10 gr, potem 20 gr i tak dalej. Z dwóch-trzech złotych które dostawałem na śniadanie kupowałem jakieś tanie bułki po 20 gr, najtańszy sok a całą resztę regularnie wrzucałem do skarbonki, która stała dumnie na moim biurku robiąc się pomału coraz cięższa. Minęły jakieś dwa miesiące, uzbierałem jakieś 76 złotych i znów przychodzi, a raczej woła do siebie matka. Siedzi nad jakąś kartką i mówi że chce żebym jej pożyczył na jakiś czas uzbierane przez siebie pieniądze. Nieśmiało odzywam się że wolałbym nie. Ta już zła pyta że przecież oddam, że potrzebuje itp. Odzywam się znów tłumacząc że od tamtego wydarzenia gdy miałem 10 lat mam problemy z oszczędzaniem i jeśli z tej oszczędzonej sumy podbierze choć złotówkę to wiem że wszystko się rozejdzie, nawet jak odda. Koniec końców pieniądze musiałem jej pożyczyć, a ja znów zostałem z przekonaniem że to co odłożę może zostać zabrane ot tak.

    17 lat, rok później. Znów próby oszczędzania połączone z dorabianiem przy koszeniu trawy na drugim końcu miasta. 7 godzin poza domem i 40 zł wpadało. Część szła na przyjemności, a mała część była odkładana za co po pewnym czasie kupiłem sobie pierwsze glany, kostkę, dwie koszulki z nazwami zespołów i trzy naszywki.

    18 lat, kolejny rok. Za sprawą swojej przyszłej dziewczyny (a potem byłej niestety) postanowiłem się postawić matce i powiedziałem że chcę otrzymywać część alimentów, które ona dostaje na moje utrzymanie. Po krótkiej i niezbyt miłej dyskusji stanęło na 100 zł z przelewanych 500 zł. Pierwszy raz zacząłem dostawać regularnie jakieś znaczące pieniądze, ale o odkładaniu nawet nie myślałem mając nieustannie z tyłu głowy poprzednie przykre wydarzenia. Choć nastąpiła mała obraza i już sam musiałem sobie doładowywać telefon, aby być z matką w kontakcie (a być musiałem), więc w sumie zostawało mi z tych 100 zł jakieś 60/70. Pomiędzy trzecią, a czwartą klasą w wakacje zacząłem pracować w KFC na cały etat i kupiłem sobie ramoneskę i 3DSa

    19 lat, klasa maturalna, chodzę do szkoły i jednocześnie weekendowo pracuję w KFC aby móc sobie kupić jakąś grę na PS2 czy wyjść do kina bo o internecie mogę pomarzyć, tak samo jak o sprawnym komputerze. Udało się odłożyć kilkaset złotych na używany komputer od kolegi z pracy, w końcu mogę pograć w jakieś nowsze gry (Skyrim śmigał na średnich).

    20 lat, 1 sierpnia po skończeniu technikum niemal natychmiastowo wyprowadzam się z domu wynajmując pokój za 550 zł miesięcznie co stanowiło połowę mojej wypłaty z KFC. Pieniądze rozchodzą się praktycznie natychmiastowo, z rzadka mogę sobie pozwolić na jakiś ciuch nawet taki z second handu, ale jestem na "swoim" z czego się cieszę jak cholera. W końcu mogę iść spać, o której chcę, kiedy się kładę śpię sam w pokoju i żaden telewizor mi nie świeci ani nie hałasuje.

    25 lat, teraz. Patrząc z perspektywy czasu i mając więcej samozaparcia widzę że było wiele sytuacji kiedy mogłem odłożyć większą sumę pieniędzy ale brakowało mi siły woli po tych nieprzyjemnych incydentach kiedy to matka brała czy pożyczała wręcz siłą ode mnie pieniądze. Sytuacja rodzinna myślę że nie była zła, ale raczej wszystko wynikało ze złego zarządzania pieniędzmi. Matka pracowała na początku przy sprzedaży ubrań gdzie sama mówiła że zarabiała naprawdę przyzwoicie wtedy (potem coś się zmieniło i pracowała przy sprzątaniu w różnych miejscach, w sumie robi tam do teraz bo stabilnie w państwówce), ojczym też pracował, a do tego dostawała jeszcze na mnie alimenty (wpierw 350 zł, potem 500 zł), ale masa pieniędzy szła im na pewno na papierosy, gdzie każde paliło po paczce dziennie. Mieszkanie wynajmowali i z tego co pamiętam to miesięczne koszty wynosiły jakieś 1600 zł (choć duże prawdopodobieństwo że się mylę), pamiętam też że cały czas rozmawiali o jakichś kredytach do spłaty czy też częste wizyty kobiety z Providenta, ale na co mogli wydawać pieniądze to nie mam pojęcia.
    Rozmawiając te 5 czy 10 lat temu ze znajomymi pamiętam jak przykro robiło mi się kiedy mówili że dostawali jeszcze w podstawówce regularne, tygodniowe kieszonkowe, a poza tym obfite śniadania tak że w zasadzie wszystkie pieniądze mogli faktycznie odłożyć, a w dodatku nikt ich im nie zabierał. Mieli regularne pieniądze, mieli lepszą sytuację finansową w rodzinie lub przynajmniej rozsądniejszych rodziców i byli w stanie się nauczyć gospodarowania, a mi jest zwyczajnie przykro i zazdroszczę że sam takiej możliwości nie miałem.
    Właściwie to dopiero teraz, 5 lat od usamodzielnienia się potrafię pomału odkładać jakieś sumy pieniędzy i ich nie ruszać aż nie uzbieram na to co chcę, choć przez większość swojej "kariery" zarabiałem śmieszne pieniądze będące niewiele większe niż pensja minimalna (nie licząc czasu kiedy pracowałem na półtora czy dwa etaty)

    Przepraszam jeśli jest zbyt chaotycznie, wiem też że jest już nocna i nie powinno się tagować za co przepraszam, ale chciałbym żeby jednak do kogoś kogo to zainteresuje jednak trafiło. Nie oczekuję współczucia czy pocieszania, po prostu zwyczajnie chciałem się wyżalić bo zbierało się to we mnie już długo

    #zalesie #oszczedzanie #dziecinstwo #komunia #pieniadze #smutek