•  

    Cysterna mnie jebła w #peru

    Zanim zignorujesz ten wpis wiedz, że pierwsze zdanie to nie jest żaden rodzaj clickbaitu. Kiedyś słyszałem jak pewien dobry scenarzysta twierdził, że to jak silną masz fabułe można ocenić po jednozdaniowym opisie. Jeśli jedno zdanie nie wystarczy żeby kogoś zaciekawić to albo twoja historia nie jest tak ciekawa, albo twoje jedno zdanie jest do bani. Moim zdaniem są właśnie te trzy słowa: "jebła mnie cysterna".

    Teraz kiedy już wiesz że faktycznie oberwę z cysterny to mam nadzieję że siedzisz wygodnie, bo będzie to długa historia.

    Godzina - kilkanaście minut po szesnastej. Jestem tego pewien, bo minutę wcześniej liczyłem, czy w niecałe dwie godziny - tyle miałem do zachodu słońca - jestem w stanie zrobić zakupy i wyjechać z miasta: Trujillo, kojarzysz nazwę? Sądzę, że mało kto o nim słyszał mimo że to trzecie największe miasto Peru o populacji bliskiej miliona. Też byłem w szoku. W każdym razie, do sklepu jakiś kilometr, wystarczy skręcić w lewo na rondzie i zaraz powinien być widoczny.

    Na środku ronda stała ogromna, głowopodobna rzeźba. "Robić fotę czy nie?", zastanowiłem się. Powinienem był zrobić. Wtedy byłby kolejny nudny dzień... te nudy nie były takie złe. Ale jechałem.

    Kawałek za mną na lewym pasie jechał też kierowca cysterny. Całkowicie ignorując moją obecność na drodze nagle skręcił w prawo, przy tym uderzając w moje przednie koło.

    Można powiedzieć że mam ogromnego pecha. Poparzona noga od kilku dni już jest w porządnym stanie i nie sprawia mi żadnych problemów, a tu nagle takie zdarzenie. A wystarczyło gdzieś w trakcie dnia jechać pół kilometra na godzinę wolniej, być na rondzie dwa metry w tył i zdążyłbym wyhamować...

    Z drugiej strony, jakie ja mam szczęście. Wystarczyło gdzieś w trakcie dnia przez kilka sekund jechać pół kilometra na godzinę szybciej, być pół metra dalej, i zamiast oberwać w przednie koło to sam bym wpadł pod koła.

    Oczywiście przewróciłem się. Pierwszy raz zostałem mocno potrącony. Grupka ludzi stojących obok coś pokrzyczała, zanim wstałem dwóch zgarnęło rower i sakwy na pobocze, a któryś podawał mi rękę, chcąc pomóc mi wstać. Nie byłem pewien czy to dobry pomysł, bo podobno czasem po takich wypadkach - które dotychczas znałem tylko z opisów innych osób, głównie takich, które nigdy w takich nie uczestniczyły - czasem jest się w szoku, ale adrenalina (czy coś) sprawia że człowiek normalnie chodzi mimo np. złamanej nogi. Nie chciałem chodzić ze złamaną nogą więc próbowałem ocenić co się stało i czy coś mi jest.

    Nie jestem pewien ile leżałem, raczej nie długo, zgaduję że mniej niż minutę, aż się odwróciłem i zobaczyłem przednie koło roweru. Nigdy nie widziałem tak wygiętego koła. Wrzucę gdzieś niżej zdjęcie. Kręcić się to nie będzie. To był moment, w którym wszyscy świadkowie, z których kilku próbowało do mnie zagadywać, zapewne zaczęli się zastanawiać czemu powtarzam "zakręt".

    Załamałem ręce i zacząłem się zastanawiać co teraz. Szybki bilans obrażeń; kolano coś boli, jeden bark też, o, i koszulka zakrwawiona obok brzucha. Walnie się plaster i pojedzie dalej... nie?

    Kierowca cysterny już dawno odjechał. Uznał chyba, że dzień jak codzień i nie ma po co się zatrzymywać.

    Zarezerwowalem jeden z tańszych hosteli i chciałem tam iść (po drodze kupując plastry), ale przyjechała karetka. Któryś tubylca po nią zadzwonił, ja o niczym nawet nie wiedziałem. Wyskoczył ratownik medyczny który, zadziwiająco, znał Angielski. Zapewniałem go, że nic mi nie jest ale nalegał żebym zabrał się z nimi do szpitala, żeby lekarze obejrzeli ranę przy brzuchu. Oczywiście, jako że szpitali nienawidzę i trochę boję, wiele razy pytałem czy to serio konieczne.

    Gdzieś w międzyczasie przyjechał policyjny radiowóz i ruszył w pościg za cysterną. Nie znam szczegółów co do tego jak go znaleźli ale to zrobili i zmusili do zapłaty za mój pobyt w szpitalu. Nie poprzedzajmy jednak faktów! Kierowca cysterny jeszcze się pojawi.

    Drugi raz w życiu w karetce, tym razem na sygnale. Za pierwszym jechałem ze skręconą kostką ileśtam lat temu i bylo mi smutno, że uznali mnie za tak mało ważną osobę, że nie odpalili syren.

    Po drodze pogadałem sobie z peruwiańskim ratownikiem, powiedziałem mu co porabiam, pokazałem dotychczasową trasę, był pod wrażeniem i dał followa na instagramie. Szkoda, że nic tam nie wrzucam.

    W szpitalu spędziłem pięć godzin. Policjant przyniósł mi sakwy i powiedział żebym po rower wpadł na komisariat jak mnie wypuszczą. Chyba też wspomniał że dorwali kierowcę cysterny i zapłaci on za pobyt w szpitalu. Miło, bo nie wiem jak się używa ubezpieczenia, a nie mogę zapłacić i za nowe koło i za pobyt w szpitalu. Z dwojga wybrałbym koło. Ono mnie boli najbardziej w tym wszystkim. Fajne było.

    Niektórzy lekarze coś potrafili powiedzieć w języku innym niż latynoski, ale nie był to płynny poziom. Porobili mi jakieś badania, w tym rentgeny, i jeździli mi czymś po brzuchu, co pokazywało moje wnętrzności na ekranie, co było dla mnie dość fascynujące i chciałem popatrzeć, ale kazali mi leżeć.

    Większość tych pięciu godzin spędziłem na czekaniu na... coś. Nikt mi nie mówił co się dzieje, tylko żebym czekał. Najpierw popisałem ze znajomymi, ale siedem godzin różnicy sprawia, że szybko poszli spać. Co chwilę pytałem czy mogę coś zjeść, bo już przed wejściem do karetki mówiłem że jestem głodny, ale nikt mi nie pozwolił. Nie mogłem nawet pić wody, z niezrozumiałego dla mnie powodu zostałem podpięty do kroplówki (co to za dziwne uczucie! Jakbym sikał ręką. Fuj.).

    Ach, kroplówka! Igły to taki mój kryptonit. Nienawidzę ich. Potwornie się ich boję. Nawet jeśli tylko ktoś je wbija w siebie na filmie to ja nie mogę na to patrzeć. Tydzień przed wyjazdem byłem się zaszczepić na jakieś kolumbijskie choroby. Pielęgniarka mnie próbowała zagadywać o podróżach, a ja się zastanawiałem czy jest za późno żeby uciec.

    Kilka godzin też zajęło żebym doprosił się o plaster na ranę. No, w końcu dostałem gaze a nie plaster. A potem inny lekarz stwierdził że to za mało i trzeba zaszyć. Mówiłem jak bardzo boję się igieł?

    Typ od szycia wyciągnął strzykawke ze znieczuleniem. Odwróciłem się i czekam aż ją wbije, a ten mi podmosi rękę. Nie wiedziałem o co chodzi, a ten mówi że musi to wbić w tą rane.

    ŻE CO NIE CHYBA OSZALAŁEŚ AAAAA.

    Mniej więcej taka była moja reakcja. Dla pewności że przekaz zostanie zrozumiany użyłem słowa "loco". Jak można wbijać strzykawki w rany!? Nie mieściło mi się to w głowie, milion razy pytałem czy to NA PEWNO konieczne, on chciał tylko żebym sam na tą rane spojrzał, ale wolałem nie.

    Wiedziałem że mu na to pozwolę. Nie miałem wyboru. Mimo to miałem naprawdę mocne opory psychiczne przed odsłonięciem rany, żeby to odwlec wolałem powiedzieć że muszę iść do łazienki, na szczęście ci (lekarz od szwów i pielęgniarka) akurat nie wiedzieli, że sikałem dziesięć minut wcześniej.

    Naprawdę, ja jestem typem człowieka dla którego spotkanie twarzą w twarz z niedźwiedziem jest okej, chodzenie po ciemnym lesie to wręcz codzienność, wchodzenie dla zdjęcia na nieoznaczone góry na środku pustyni z których spadnięcie jest bardzo prawdopobne to pikuś a przejazd przez slumsy pełne zabitych dechami okien to coś, co po prostu trzeba czasem zrobić. Wedle niektórych definicji pewnie nawet jestem odważny (wedle większości dość głupi, nie wiem ku której bardziej się skłaniam).

    Ale igły? SZWY!? Nie, to dla mnie za dużo.

    Po prawdopodobnie zbyt długim czasie panikowania zamknąłem oczy i dałem się operować. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się że pielęgniarka trzymała mi ręce żebym nie machnął w stronę rany żeby ją znowu blokować. Jestem za to pewiem że przez całe szycie nie byłem cichy przez dłużej niż trzy sekundy. Nie wiem czy mnie słuchali albo rozumieli, nikt nie odpowiadał, ale ciągłe gadanie mi w jakiś sposób pomagało. Trochę mnie ciekawi czy często się to zdarza podczas operacji.

    Za tydzień mam wrócić do szpitala zdjąć szwy. Już się boję. W dodatku za tydzień to ja już chcę być w Ekwadorze.

    Gdzieś tam w międzyczasie spotkałem kierowcę cysterny. Nie wiem co mu zrobili policjanci ale nagle z typa który uciekł z miejsca wypadku stał się typem który twierdzi że zapłaci za wymianę koła (to było jedyne co od niego chciałem i o co go spytałem). Te chęci mu minęły jak dostał rachunek za szpital i nagle stwierdził że go nie stać i wrócił spytać czy dorzucę stówę. Lol nie.

    W końcu, jak już przejrzałem cały internet, miałem zszyty brzuch, skończyłem książkę i obejrzałem z lekarzem swoje rentgeny powiedziano mi że mogę iść. Na recepcji dowiedziałem się jednak że policja ma mój paszport i mam dalej czekać. Ostatnio go widziałem jak wchodziłem do szpitala, nie wiedziałem że opuścił recepcję.

    Na komisariat trafiłem po północy. Coś musiałem podpisać i zostałem przez policję odwieziony do centrum, żebym znalazł hostel. Co najlepsze: w protokole policyjnym mam na imię Kraków Zbigniew Adam. Powód? Jakiś geniusz musiał spisywać moje dane z wizy do USA, gdzie nad imieniem jest "miejsce wystawienia", które, nie rozumiejąc po amerykańskymu, uznał za moje imię. W dodatku wspomniałem, że byłem pewien godziny wypadku jako "po szesnastej"? Protokół twierdzi, że była siedemnasta. Aż sprawdziłem filmy; mam nagranie jak stoję przy karetce o 16:16.

    O prawie drugiej w końcu poszedłem spać.

    O siódmej mnie obudzono. Kierowca cysterny się pojawił w hostelu, przyjechał niby prosto z komisariatu, tam dostał adres (wspominali w nocy że "chciał znaleźć rozwiązanie" i żebym zostawił kontakt, co by mnie mógł znaleźć, na co się zgodziłem), a jakiś mówiący po Angielsku Peruwiańczyk już tu był i pomógł nam w komunikacji. Musieliśmy jeszcze coś podpisać dotyczącego wypadku i - tu szok - gość faktycznie zaoferował dorzucić trochę do koła. Tak z połowę tego o co go "prosiłem" dzień wcześniej ale przystałem na jego ofertę uznając że to lepsze niż nic, a pewnie ciężko było by dużo więcej wyciągnąć. Nie pokryło to kosztów koła, ale jakoś złagodziło ból.

    Znalazłem dość ogarnięty rowerowy, naprawa poszła dość sprawnie i kosztowało to trochę mniej niż jak wymieniałem tylnie w Los Angeles trzy lata temu, ale zobaczymy czy jest równie wytrzymałe.

    Jeszcze w szpitalu, jak znajomi którzy o wypadku dowiedzieli się jako pierwsi zasnęli, wrzuciłem na instagrama fotę ze szpitala. Przez dwadzieścia cztery godziny kiedy fota była widoczna odezwała się do mnie MASA ludzi, w dużej części takich, z którymi rozmawiam albo sporadycznie albo prawie wcale lub w ogóle nie odzywałem się do nich od paru lat. To strasznie miłe było, aż zacząłem myśleć że ktoś się przejmie jak już umrę, w dodatku jakoś pomogło mi to na szpitalną nudę; najpierw odzywali się ludzie albo z Ameryki, albo tacy robiący dziwne rzeczy w nocy (wiedzieliście że np. niektórzy studenci uczą się do czwartej?), a po mojej dwudziestej trzeciej nawet niektórzy normalniejsi ludzie zaczęli wstawać, a w dzień to już w ogóle żem spam dostał taki, że w którymś momencie tylko kopiuj wklej leciało, ale pozwoliło mi to opanować opowiadanie tej historii... tak właśnie skończyliśmy z moim najdłuższym dotychczasowym wpisem. Dzięki za zainteresowanie, doceniam to.

    Jutro wsiadam na #rower i próbuje jechać dalej. Zobaczymy jak mi pójdzie.

    (Jak kogoś interesuje cała rowerowa #podroze po Ameryce południowej to od prawie trzech miesięcy wrzucam codzienne relacje na fejsa: "Zbylu Jedzie na Skróty", facebook.com/zbyl2 chyba działa, i jeszcze przez cały maj będę to relacjonował. Chyba że umrę)

    źródło: 1556714382704.jpg

Gorące dyskusje ostatnie 12h