•  

    O tym jak poznałem “Prawdę” dzięki Świadkom Jehowy

    Link do poprzedniej części

    Część II w której spierdolenie rozwija się z całą mocą

    Co z tym spierdoleniem? Na mój żądny wiedzy i chłonny umysł nałożyło się “nauczanie katolickie” i wizja historii w której kościół był zawsze pozytywną siłą. Bardzo, ale to bardzo chciałem w to wierzyć. Widziałem jak odmieniło to moją mamę i ile dobrego dało nam jako rodzinie. Moi rodzice, mimo wszystkich ludzkich wad, byli i są jednymi z najlepszych ludzi jakich kiedykolwiek dane było mi poznać. Zawsze chętnie pomagali (także finansowo) wszystkim którzy o to prosili, nawet zupełnie obcym. Robią tak zresztą do dzisiaj mimo ostrego ideologicznego skrętu narodowokatolickiego. Wróćmy jednak do spierdolenia. Mariaż mojej głowy z katolickim nauczaniem zaowocował tym, że mniej więcej od gimnazjum musiałem jakoś godzić fakty i informacje (oraz inne wierzenia, byłem np. ostrym korwinistą) z moim katolicyzmem. Jest to o tyle problematyczne, że one często są trudne do pogodzenia albo wręcz niemożliwe. Od tamtego czasu nie mogłem zaznać spokoju- prowadziłem niemal nieustający dialog w swojej głowie, czytałem książki i niestrudzenie próbowałem udowodnić sobie, że da się pogodzić jedno z drugim.

    Byłem takim wewnętrznym apologetą (te “dialogi” nie wychodziły w większości przypadków poza moją głowę) niemal nonstop. Czytałem krytyki i argumenty przeciw i układałem sobie do nich odpowiedzi i następnie powtarzałem je jak mantry, szukając słabych punktów i poprawiając argumentację. Już wtedy przeczuwałem, że to wszystko się średnio trzyma kupy, że te wytłumaczenia są naciągnięte jak przysłowiowa plandeka na Żuku etc. ale tak bardzo chciałem pogodzić jedno z drugim, że brnąłem w to dalej. Czytałem i słuchałem więcej i więcej. Z racji zainteresowania historią były to głównie rzeczy historyczne. Niekończący się dialog trwał. Napędzało go jeszcze to, że (choć wtedy tak tego nie formułowałem) poznałem “Prawdę” w religii, czyli to jak świat powinien wyglądać i jak ludzie powinni się zachowywać. Oczywiście on tak nie wygląda a ludzie zachowują się różnie- i z tego tytułu wewnętrznej polemiki i przekonywania się było więcej i więcej. Nie wiem czy dociera do was to co piszę- ta batalia w mojej głowie naprawdę mnie wyczerpywała, ale nie potrafiłem przestać na dłuższa metę.

    Ironią jest to, że teraz, patrząc z perspektywy czasu, już w mniej więcej liceum byłem de facto mało religijny. Na msze niedzielne raczej chodziłem, ale na zasadzie odstania swojego. Modlitwy, posty, spowiedzi? Robiłem to jak due diligence- odhaczyć i tyle. Myślę, że już wtedy nie widziałem w tym sensu (paradoksalnie- dzisiaj myślę, że to są jedne z nielicznych rzeczy, które w religii naprawdę mają sens), ale robiłem to “bo tak robi dobry katolik a przecież katolicyzm to Prawda”. Gonitwy myślowe zelżały (co nie znaczy, że ich nie było) mniej więcej w 2 licbazie gdyż miałem fajną klasę z którą nonstop kręciliśmy inby. Potem jeszcze mocniej poprawiło mi się w III klasie bo poznałem swoją przyszłą żonę i byłem zaaferowany tym, że pierwszy raz w życiu miałem dziewczynę tak na serio. Wszystko to jednak zaczęło wracać na początku studiów gdy pojawiły się ruchy polityczne wyciągające na sztandary coś co można nazwać “kulturowym katolicyzmem”.

    Jako, że byłem wówczas mocno zaaferowany kibicowaniem (zapewne czytając ten tekst wyobrażaliście mnie sobie jako małego, chudego szczurka- intelektualistę. Otóż nie, od mniej więcej gimnazjum, miałem 1.90m wzrostu. W liceum zacząłem trenować najpierw BJJ a potem dorzuciłem stójkę, w szczytowej formie ważyłem 100 kg i nie był to tłuszcz) zanurkowałem w ich ideologii bardzo mocno i tutaj niekończące się rozkminy powróciły z pełną mocą. Oczywiście argumentum ad "nadejdzie islam" znakomicie upewniało mnie, że pomimo wszystkich wątpliwości katolicyzm jedyną drogą dla kraju #pdk i zbawieniem cywilizacji łacińskiej. I tak kilka lat studiów spędziłem wierząc, pi razy drzwi, w konieczność walki z islamistami, genderami i kultywowania katolicyzmu, niechby nawet jako zwyczaju żeby było to bardziej strawne dla ludzi dookoła. Nadal jednak nie potrafiłem odejść od kościoła i sporadycznie się w nim pojawiałem, przyznawanie się do wiary i przynależność do tej instytucji były częściami mojej tożsamości.

    #ateizm #katolicyzm #religia #kosciol #swiadkowiejehowy #chrzescijanstwo #zainteresowania