•  

    167911 + 320 = 168231

    weekendowa wyprawa pod hasłem, że są takie dni kiedy lepiej nie wychodzić z domu oraz o tym, że pomiędzy uporem a głupotą jest cienka granica

    po ostatnich tygodniach posuchy rowerowej spowodowanej ciężkim okresem w pracy i remontem w domu nadszedł czas, żeby pojechać gdzieś dalej. Plan był, żeby pojechać w nowe dla mnie rejony na dwa dni i wybór padł na trasę Opole -> Wrocław -> Wałbrzych -> Jelenia Góra -> Zielona Góra -> Poznań.

    Warunkiem jechania było to, że najpierw trzeba skończyć remont, a więc dopiero w czwartek było wiadomo, że weekend będzie wolny. No i już tutaj zaczynają się problemy. System rezerwacji biletów nie pozwala zakupić biletu na rower na jedyny bezpośredni pociąg z Łodzi do Opola. Ale podobną sytuację miałem już kilka razy i zawsze udało się zabrać, a później nawet okazywało się, że byłem jedynym rowerzystą w pociągu - ale nikt nie jest w stanie zrozumieć systemu PKP IC. Przy okazji mały protip dla osób podróżujących pociągami z niektórych większych miast - PKP IC ma promocję Bilet Taniomiastowy - w moim przypadku bilet do Opola kosztowałby mnie 55zł, a do Wrocławia do którego było dalej tylko 34,90.

    Dlatego mimo braku biletu postanawiam jechać na dworzec i spróbować się zabrać. O 23 kładę się przespać godzinkę, a po północy jem śniadanie i pakuję się. I tu pierwszy pech tego dnia - przelewam izotonika do bidonów i okazuje się, że mimo tego, że był fabrycznie zamknięty jest skiśnięty. Niestety na dworcu okazuje się, że pociąg dojeżdża zapchany na maksa, wszystkie wieszaki rowerowe zajęte, a nawet na niektórych wiszą po dwa rowery. Pomimo tego, że z kierownikiem pociągu rozmawiało się miło i nawet oprowadził mnie po pociągu w poszukiwaniu wolnego miejsca tym razem nie udało się pojechać. Wracam wnerwiony do domu, ale przecież kierownik pociągu nie powstrzyma mnie przed pojechanie czegoś. Nawet nie rozpakowuje roweru tylko siadam do komputera szukając jakieś alternatywy. Niestety kolejne pomysły upadają wraz ze sprawdzeniem wolnych miejsc na rower. Ostatecznie wybór pada na tą samą trasę co miałem jechać wcześniej, ale ze startem we Wrocławiu. Ogarniam też jakieś noclegi w okolicach Bolesławca - mniej więcej w połowie drogi. Ostatecznie kładę się przed 3 spać, ale nie mogę od razu zasnąć. Pobudka o 5 i niemiła niespodzianka - budzę się z problemami żołądkowymi i dłuższą chwilę spędzam w toalecie. Mimo tego jednak decyduję się na wyjazd: tym razem trochę dalej bo pociąg jedzie z Widzewa.

    Pociąg przyjeżdża o czasie, ale z powodów remontów na trasie, dojeżdża do Wrocławia z 40 minutowym opóźnieniem. Cztery i pół godziny do Wrocławia to lekkie nieporozumienie, zwłaszcza porównując to do tego, że rowerem tę trasę ostatnio zrobiłem w nieco ponad 8 godzin. Ale nic się z tym nie zrobi, trzeba wsiadać i jechać. W miarę sprawnie udaje się wydostać z Wrocławia i czas ruszyć w kierunku Jeleniej Góry. Trasa jest praktycznie cały czas pod górkę, a dodatkowo wiatr mimo tego, że nie jest jakiś bardzo mocny, ale zdecydowanie nie pomaga. Widoki z każdym kilometrem stają się coraz lepsze, jadę głównie bocznymi drogami i kilometry powoli wpadają.

    W okolicach Świdnicy robię przerwę na Orlenie na hot-doga i kawę. Sprawdzam pogodę i okazuję się, że w niedzielę od 5 rano mają być burze. Na drugi dzień w planach miałem trochę ponad 200 kilometrów, a burze mogą utrudnić zdążenie na pociąg do Poznania. Szukam alternatywy i wybór pada na pociąg o 5:34 z Zielonej Góry. Postanawiam zrezygnować z noclegu i zaliczyć nocną jazdę by zdążyć na ten pociąg, co nie wygląda na trudne bo z obliczeń wychodzi, że powinienem mieć z 3 godziny zapasu. Bilet kupiony i można jechać dalej.

    Jadę spokojnym tempem, górki pojawiają się coraz większe. Niestety podjazdy wchodzą gorzej niż się spodziewałem - trzeba będzie wrócić do jeżdżenia po łódzkich pagórkach przed Rajdem wokół Tatr. I nagle pod rozpiętą do połowy koszulkę wpada osa. Na szczęście udało mi się ją zabić zanim zdążyła użądlić. Zatrzymuję się i wyciągam żądło które weszło tylko do połowy. Trochę robi się czerwona skóra wkoło, ale można jechać dalej.

    Około 19.30 docieram do Jeleniej Góry. Kusi trochę najlepsza restauracja dla rowerzystów, ale postanawiam zadowolić się tylko Knoppersem i spróbować przejechać jak najwięcej kilometrów za widoku. Okazuje się, że to dość dobry pomysł bo ostatnia poważna górka ma średnią nawierzchnię i zjazd z niej zdecydowanie bezpieczniejszy jest gdy jest jeszcze jasno. Gdy robi się szarówka docieram do Lwówka Śląskiego, gdzie robię przerwę. Standardowy zestaw kawa + hot-dog i uzupełnienie zapasów picia. Po około pół godziny ruszam dalej. Do końca zostaje mi około 120 kilometrów i trochę ponad 8 godzin, więc sytuacja wygląda bardzo dobrze.

    Jadę drogą wojewódzką 297, która ma dobrą nawierzchnie i jedzie się całkiem przyjemnie mimo nocy. Po kolejnych 60 kilometrach zaczyna się w oddali błyskać, ale jadę dalej mając nadzieję, że może burza przejdzie bokiem. O jak bardzo się myliłem. Z każdym kilometrem jest coraz gorzej, a do najbliższego miasta mam 7 kilometrów. Cisnę ile sił i docieram do Szprotawy - błyska się z każdej strony, wiatr wieje masakrycznie, zaczynają latać gałęzie i śmieci. Skręcam w prawo z głównej drogi bo zauważam znak, że jest tam stacja benzynowa, ale okazuje się, że to mała stacja z gazem LPG i dodatkowo zamknięta. Robi się niebezpiecznie, a ja nie mam się gdzie schować. W ostatniej chwili dostrzegam otwartą klatkę schodową w małym bloku i tam się chowam. Okazuje się, że to nie zwykła mała burza, a cały front burzowy. Piszę wiadomość do Bandy Metaxy czy ktoś na komputerze może sprawdzić jakąś ewentualną możliwość objechania tego, ale ani @metaxy ani @edicsson nie ma dla mnie dobrych informacji. Nie pozostaje nic innego jak przeczekać chociaż burze.

    O 2.15 sytuacja się poprawia i postanawiam startować dalej. Pozostają 52 kilometry i 3 godziny - nadal nie ma tragedii.
    Trochę pada, ale nie jest źle. Zjeżdżam na boczną drogę i klimat staje się trochę jak z horroru: jedyne światło emitują moje lampki, na drodze po burzy pełno piasku, liści, gałęzi, nad asfaltem unosi się mgła z parującego asfaltu, po prawej stronie co chwila niebo się błyska, a za chmur wygląda księżyc. Dodatkowo co chwila dochodzą z lasu odgłosy jakiś zwierząt. Nie polecam osobą ze słabym sercem ;) Ale to jeszcze nie był koniec przygód tego dnia :D

    Na 40 kilometrów przed końcem łapie kapcia. W środku lasu. W zupełnej ciemności. Nigdy jeszcze w takich warunkach nie zmieniałem dętki. Ale nie ma czasu na zastanawia się - trzeba się uwijać bo czasu coraz mniej. Ruszam dalej i po około 4 kilometrach słyszę syczenie - zatrzymuję się i gdy poświeciłem lampką na przednie koło widzę dwa miejsca na mokrej oponie z których wypływają bąbelki powietrza. Nie pozostaje nic innego jak kolejna wymiana dętki w zupełnej ciemności.
    Sytuacja staję się dramatyczna - 35 kilometrów do końca, jest ciemno, jestem pośrodku niczego - nawet nie byłoby kogo poprosić o pomoc, już bez żadnej zapasowej dętki, dodatkowo głodny, bo postój miałem w planach, a burza sprawiła, że nie było już czasu na szukanie jakiejś stacji. Czasu coraz mniej, sił coraz mniej, a pogonić też nie można, bo trzeba uważać, żeby kolejnego kapcia nie złapać.

    Na szczęście udaję się dotrzeć do tabliczki Zielona Góra, ale do dworca jest jeszcze z 12 kilometrów. Jestem padnięty a zaczyna się ostatni większy podjazd. Na sam szczyt ledwo się wdrapuję ostatkiem sił i w tym momencie pierwszy raz załamuję się - zostaje mi 20 minut, 7 kilometrów, przejazd przez miasto, którego zupełnie nie znam i brak sił. Zdaję sobie sprawę, że może się nie udać dojechać i jestem tak padnięty, że rozważam odpuszczenie sobie tej walki. Ale postanawiam jednak zawalczyć i nie wiem skąd wziąłem na to siły, ale udało się przelecieć przez miasto mając prawie cały czas prędkość powyżej 30 km/h. Na pewno pomógł też fakt, że było pusto na drogach, ale udało się dotrzeć na dworzec 5 minut przed odjazdem.

    Wracałem pociągiem TLK gdzie dla roweru wieszaków brak, więc miałem do wyboru albo początek albo koniec składu. Dodatkowo o zjedzeniu czegokolwiek można zapomnieć. Przypinam więc rower, pakuje cenne rzeczy do kieszonek, bo wiem, że nierównej walki ze snem nie wygram tym razem. Wysyłam jeszcze tylko wiadomość do żony, żeby mnie odebrała z dworca w Kole, ustawiam budzik i odpływam... i to koniec przygód na ten długi dzień.

    Ostatecznie wyszło 320 kilometrów oraz 2600 metrów przewyższeń oraz wpadło 30 nowych gmin.

    #rowerowyrownik #rowerowalodz #ruszlodz #wykoptribanclub #100km #200km #300km (nr 4) #zaliczgmine (+30)

    źródło: IMG_20190720_164355.jpg

Gorące dyskusje ostatnie 12h