•  

    Powiem Wam, że wiele się ostatnio mówi o szkoleniu prawniczej młodzieży. Że trzeba stwarzać jej odpowiednie warunki do rozwoju, wyzwalać odwagę, pobudzać kreatywność, dawać szansę na wykazanie się intelektem i przede wszystkim - wiele wybaczać, jakby to nie była prosta papierkowa robota, a co najmniej przygotowanie do lotów w kosmos i zwalczania agresywnej rasy robali na odległej planecie.

    Równolegle do tego podnosi się coraz więcej głosów oburzenia, że od młodych ludzi na prawniczej ścieżce wymaga się może zbyt wiele. Bo przecież nie każdy musi od razu wiedzieć, że np. sprzeciw należy nadać do sądu. Przecież na studiach nikt tego nie tłumaczy, więc taki praktykant ma prawo sądzić, że jak wrzuci pismo procesowe do kibla i spuści wodę w ostatnim dniu terminu, to popłynie ono rurami prosto do klopa we właściwym sądzie, gdzie jakiś biedny referendarz złapie je w siatkę i wklei do akt sprawy stwierdzając skuteczne wniesienie środka zaskarżenia. Bo niby dlaczego nie? Przecież nikt mu nigdy nie powiedział, że to nie zadziała, więc nikt mu nie może tego zabraniać.

    Zresztą kiedy oni mają się uczyć, jak na świecie teraz tyle pokus. Kodeks karny zawsze będzie durny i będzie czas go zakuć, a Lucyna siedząca dwie ławki z przodu nie zawsze będzie promować się na Tinderze hasłem – „Jestem łatwiejsza niż Twój egzamin z historii doktryn!”.

    Wybaczcie mi bluzg, ale napiszę wprost - wkurwia mnie to.

    Wkurwia nie dlatego, że komuś zazdroszczę, bo w gruncie rzeczy wszystkiego nauczyłem się pokonując kolejne przeciwności losu, ale dlatego, że moje pokolenie nie miało taryfy ulgowej, ani Tindera, a mimo to nigdy nie narzekało i nie prosiło o zmianę poziomu trudności życia z „Nightmare” na „Easy”.
    Swoją aplikację wspominam jako unikalne połączenie lądowania w Normandii i oblężenia Leningradu. Nie dość, że wiecznie byliśmy głodni, to jeszcze ciągle do nas czymś strzelano. Było tak biednie, że na widzenia do więźniów z urzędówek chodziliśmy tylko po to, żeby im zajebać miskę zupy. A gdy akurat któryś z nas trafiał tylko na urzędówki z cywila, to albo nauczył się tysiąca i jeden przepisów na zupę z patyków, albo umierał z głodu. Sam też poznałem, jak smakuje potrawka z kitu do uszczelniania okien na liściach rabarbaru i nie narzekałem.

    Było biednie, ale było godnie, bez jęczenia, że życie boli.

    Jak się tak nad tym zastanowię, to dochodzę do wniosku, że to kwestia przykładu, który szedł z góry. Moja generacja nie była uczona przez lamusów odzianych ni to w jeansy, ni leginsy - jakich pełno teraz na uniwersytetach, obwieszczających studentom piskliwym głosem: „Jestem Marcin, Wasz nowy Pan od ekonomicznej analizy prawa”, ale przez grono przedwojennych profesorów, starych prawniczych wygów, na których życie połamało nawet nie kije, ale metalowe pręty.

    Najlepszym przykładem takiej osoby był zresztą mój patron na aplikacji adwokackiej, jak i późniejszy promotor na studiach doktoranckich - prof. Ferdynand Volkszmaier. Nie znacie? No pewnie, że nie znacie, w końcu facet nie był mistrzem Sandomierza w Fortnite, tylko profesorem wyższej uczelni, który zbudował fundamenty polskiej myśli prawnokarnej.

    Nie było o nim głośno, bo nie interesowały go zaszczyty. Nigdy nie pchał się do polityki, ani na stanowiska, unikał pokazywania się w mediach; zupełnie inaczej niż współcześni prawnicy, co jak patrzysz na ich ryje – z miejsca zastanawiasz się, czy kojarzysz ich z konferencji o RODO, czy z „Big Brothera”.

    Profesor Volkszmaier to był zupełnie inny kaliber z zupełnie innej bajki, a przy tym tak barwna osobność, że nie wiem nawet czy możemy mówić o nim w liczbie pojedynczej. Postawny, umięśniony, całkowicie łysy, ale z potężnym, misternie zakręconym wąsem - tak mocnym, że gdy raz krzywo wszedł przez drzwi do pomieszczeń Katedry w Collegium Novum, to zostawił głębokie zadrapanie na drewnianej framudze.

    Wśród studentów wywoływał unikalną mieszaninę autentycznego, pierwotnego przerażenia, ale jednocześnie głębokiego szacunku i miłości. Patrzyło się w końcu na człowieka, który walił wódę z Makowskim i Rappaportem, a Makarewiczowi zasadził z zaskoczenia taką mukę, że ten do końca życia uskarżał się na ból biodra.

    O jego życiorysie krążyły zresztą legendy. Podobno bił się w kampanii wrześniowej, a potem w Tobruku i pod Monte Cassino, gdzie ostatniego stawiającego opór Niemca w klasztorze pozbawił życia wciskając mu w gardło rękopis Rozporządzenia Naczelnego Nadzwyczajnego Komisarza do Spraw Walki z Epidemjami z dnia 1 grudnia 1934 r. Po sowietyzacji Polski, powrócił do kraju, na ukochany Uniwersytet Jagielloński, gdzie pomimo jego zdecydowanego antykomunizmu i kontrowersyjnych poglądów - przez szacunek dla jego wiedzy i charyzmy - dopuszczono go uczenia studentów. Trzeba podkreślić, że przez cały ten okres nic sobie nie robił z komunistycznego terroru szalejącego wokół. Już w 1954 r. na konferencji w Lublinie powiedział Bierutowi, żeby spierdalał; potem ciężko obraził Gomułkę w kolejce po lodówkę w Bytomiu; a na koniec publicznie nawrzucał Jaruzelskiemu i Kiszczakowi, że gdyby to od niego zależało, obaj obciążyliby na sznurach konstrukcję latarni przy Rynku Głównym w Krakowie.

    Ale to jego bohaterstwo, upór i krzepa ujawniały się także w życiu codziennym. Gdy raz zatruł się bułką ze spleśniałym ogórkiem, to potem przez rok żywił się pleśnią, aż się kompletnie nań uodpornił. Dzień zaczynał od tysiąca pompek i dwóch tysięcy brzuszków - w ramach rozgrzewki. Potem samodzielnie pchał do Wieliczki pozbawiony silnika autobus z dziećmi i wracał do centrum Krakowa truchtem, czasami dla urozmaicenia tyłem, lub na rękach. Jak na święta zabijał karpia, to żeby zwierzęcia nadmiernie nie krzywdzić i oszczędzić mu cierpień, sam w zimie, na golasa wchodził do stawu i zabijał w najmniej stresujący sposób – ni to dusząc, ni to topiąc rybę, w jej wodnym środowisku. Krążyły też plotki, że na Zjedzie Katedr Prawa Karnego w Sanoku gołymi rękami udusił potężną lochę dzika.

    Jeżeli chodzi o dydaktykę, to tak jak wspominałem – był dość zasadniczy. Nigdy nie podnosił głosu, ale potrafił połamać studentowi palce, gdy ten zaczął mówić „o winie umyślnej”. Nie tolerował też spóźnień (kopał spóźnialskich w krocze) i jedzenia na wykładach (wykręcał za to stawy), a najbardziej irytowało go nieprzestrzeganie postu w piątek. Osobiście byłem świadkiem, jak ciężkim wojskowym butem wykopał jakiemuś chłopakowi bułkę z szynką z ręki, wybijając mu przy tym kilka zębów.

    Na ścianie w Katedrze trzymał obraz ze sceną Jezusa wypędzającego biczem kupców ze świątyni, bo opowiadał się za wojowniczą wersją chrześcijaństwa sprowadzoną do hasła: „Gdy Ci ktoś zawinił, wpierw obij mu pierwszy policzek, a potem drugi, a dopiero potem przebaczaj. Inaczej niczego się nie nauczy.” To było jego motto.

    Na egzaminach, gdy ktoś przyszedł nieprzygotowany – potrafił wyrzucić przez okno Collegium Novum nie tylko indeks, ale i samego delikwenta. Pewnie Was ciekawi, czemu nikt nie stawiał oporu, ani nie zgłaszał tego rektorowi? Otóż nie stawiał, bo ludzie go szanowali. Wyrzuceni przez okno pilnowali tylko żeby w trakcie lotu zachować właściwą pozycję. Bo on zresztą tak wyrzucał że nigdy się nikomu nic poważnego nie stało – ot kilka otwartych złamań miednicy czy kręgosłupa - bo zawsze, albo to do trawnika dorzucił, albo na jakiś wóz z sianem. Tak odprawieni z wykładu czy z egzaminu studenci mówili potem – „wprawdzie pobił, wprawdzie wyrzucił przez okno, ale lekko i z wyczuciem. Nie mam doń żalu.”

    Uczył zresztą po godzinach skoków z dużych wysokości bez spadochronu. To była jedna z jego pasji obok narciarstwa głębinowego, którym bez sukcesów próbował zarazić swoich przyjaciół – Karola Wojtyłę i Winstona Churchilla. Miał takie powiedzenie: „Życie nie raz wyrzuci Cię przez okno, a Ty musisz wiedzieć jak wylądować."

    Przemocą się mimo wszystko brzydził. Powtarzał – „Ranię, gdy muszę. Niestety do niektórych przemawiają tylko czyny, nie słowa." Miał z tego tytułu zresztą nieprzyjemności na uniwersytecie. Gdy raz, jakaś banda wyrostków znęcała się nad jakimś kotem lub jeżem, powiedział, że znajdzie ich i skarci. Potem ich znaleziono z powyrywanymi kończynami. Skąd mogliśmy wiedzieć, że gdy mruczał do siebie, że im nogi z dupy powyrywa, nie posługuje się tak lubianą przez siebie metaforą? Ale nawet oni – tak okrutnie okaleczeni, mówili – „wyrywał je lekko, z wyczuciem. Nie mamy żalu, wiemy że źle zrobiliśmy.”

    Jak każdy prawdziwy mężczyzna uwielbiał koty. Ale te domowe były dla niego zbyt delikatne, zbyt niewinne, dlatego w domu trzymał jaguara o imieniu „Ptysio”. Początkowo żywił się on mięsem, głównie akwizytorów i listonoszy (profesor chwalił się, że kociak bezbłędnie wyczuwał, który skurwel chciał zostawić awizo), ale potem jakoś go przekonał do wegetarianizmu. Na starość, a Ptysio dożył naprawdę sędziwych lat, razem zagryzali kiełki przy szklaneczce whisky, oglądając na Eurosporcie finały Snookera.

    Poza tym kochał prawo karne. Wiedział o nim wszystko. Co ciekawe, początkowo chciał zająć się filozofią państwa i prawa, ale tłumaczył – „ze znajomości Grocjusza nie można wyżyć, a ja nie mam głowy do handlu antykami”. Pytany o genezę zainteresowań naukowych opowiadał, że to nie on wybrał prawo karne, a prawo karne wybrało jego, gdy w 1926 r., jako dzieciak, dokonał zaboru Kasztanki Piłsudskiego w celu krótkotrwałego użycia. Szczęśliwie dla niego - jako pięciolatek nie mógł odpowiadać jak dorosły.

    Był naprawdę wielki w tym co robił. Popełnił setki artykułów i dziesiątki komentarzy. Potrafił wyprodukować tysiąc stron na temat jednego przepisu, kazuistycznie wymieniając wszystkie sposoby na jakie dany czyn może być popełniony. Prof. Andrzej Zoll tak go uwielbiał, że chciał przełamać rodzinną tradycję i nazwać na jego cześć syna, ale lokalne stowarzyszenia wolnomularzy nie wyraziły zgody. Gdy potem profesor dowiedział się, że syn prof. Andrzeja chce się zająć prawem cywilnym, jako jedyny miał odwagę powiedzieć mu na zebraniu Katedry: "Jędruś, coś Ty mu zrobił?"

    Pół żartem – pół serio, profesor wyznał mi też kiedyś, że tak dobrze zna prawo karne, bo udało mu się popełnić prawie połowę czynów zabronionych wymienionych w kodeksie karnym i nigdy nie został złapany. Hobbystycznie zajmował się też prawem podatkowym. Podobno raz na urlopie w Wałbrzychu, przy gąsiorku bimbru napisał sobie przez noc ustawę o VAT, w oczach ekspertów dużo lepszą niż obecna (co oczywiście nie jest żadną sztuką, bo lepszą podyktowałaby morsem nawet klapa od kibla rytmicznie stukająca w sedes podczas przejazdu pociągu).

    Jeżeli już zresztą jesteśmy przy bezsensownym pieprzeniu, to trzeba podkreślić, że libido też profesor miał legendarne. Na wyjazdy katedralne zawsze brał żonę, a i tak do pokoju pakowało mu się po 4-6 innych dziewczyn naraz, które potem trzeba było stamtąd omdlałe wynosić. Nie wiem co on im tam robił, ale regularnie do niego wracały. Wypowiadały się zresztą o nim z zachwytem. Mówiły, że profesor zna się na rzeczy, a w sypialni nie znosi rutyny. Zresztą podobno podczas jednej z takich upojnych nocy doszło do tego incydentu z dzikiem, o którym pisałem Wam powyżej.

    Ale zostawmy już te plotki, domysły i legendy, tym bardziej, że leśniczy zeznał potem, że profesor „może i udusił, ale lekko, z wyczuciem, a to zła locha była. Inne zwierzęta leśne nie miały o to do niego żalu.”

    Sam pamiętam jak dziś, gdy stanąłem przed nim po raz pierwszy, jako moim potencjalnym patronem. Był poważny, zadumany i srogi. Wcześniej dostałem najwyższą notę na roku, bo wywodziłem się z okolic Wieliczki, więc mój ówczesny polski nie pozwalał na oratorskie popisy i zmuszał do wypowiedzi chłodnej, precyzyjnej i oszczędnej, a profesor Volkszmaier lubił konkret. Pamiętam, że przed podjęciem przezeń decyzji o objęciu nade mną patronatu, referowałem mu kontratypy. On wysłuchał mnie i powiedział, że w normalnych okolicznościach powiedziałby mi, żebym przestał pierdolić, ale gdy tak na mnie patrzy, to dochodzi do wniosku, że jeszcze nawet nie zacząłem.

    Gdy następnie nagle wstał, byłem już gotowy do lotu przez okno, ale okazało się, że profesor chce tylko rzucić ochłap mięsa Ptysiowi.

    Powiedział mi wiele lat potem, że wprawdzie nic nie umiałem, ale byłem w stanie zapewnić mu niezbędny w życiu element rozrywkowy. Innymi słowy – zabrał mnie na pokład swojego okrętu, z powodów dla których kapitan piratów zabiera nań małą, zabawną małpkę.

    Jeżeli chodzi o to jak wyglądał patronat, to profesor oczywiście był bardzo wymagający i surowy. Nigdy nie chwalił i nigdy nie wybaczał nawet najmniejszego błędu. Spojrzenie miał przy tym tak srogie, że zazwyczaj nawet nie musiał podnosić ręki, by skarcić niewydarzonego aplikanta. Byłem świadkiem, jak kolega, który zapomniał numeru przepisu w Kodeksie karnym, pod wpływem posępnego oblicza profesora sam wymierzył sobie karę, łamiąc rękę w łokciu.

    Co istotne, profesor egzaminował nas co tydzień z praktycznej znajomości Kodeksu Karnego. Dodatkowo, żeby nauczyć nas pracy pod presją czasu, podczas sesji pytań ustawiał na stole dziurawą klepsydrę i wraz z szybko upływającym czasem zręcznie ładował strzelbę.

    Można było wybiec i ocalić życie, kryjąc się za zaroślami Collegium Novum, ale oznaczało to koniec patronatu. Profesor na szczęście nie strzelał zbyt dobrze, bo wolał walkę wręcz.
    W ramach zajęć praktycznych od czasu do czasu zmuszał nas do popełniania drobnych przestępstw na innych członkach zespołu naukowego Katedry, żebyśmy się przekonali „jak to naprawdę jest”. Odmówiłem mu tylko raz, z powodów zdrowotnych, gdy dostałem na zadanie domowe popełnienie czynu z art. 121 KK. Na sprzeciw zareagował wyjątkowo łagodnie, łamiąc mi tylko nos i trzy żebra.

    Mimo wszystko – kilka lat później – naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Byłem mu potrzebny przede wszystkim do naprawy komputera za pomocą którego testował popełnianie nowych, jeszcze niesklasyfikowanych rodzajów przestępstw, a także do spisywania (ostatecznie niewydanych) wspomnień oraz dolewania Ptysiowi whisky. Przesiadywaliśmy wieczorami w jego hacjendzie w Kłaju, a on godzinami opowiadał o swoim życiu, poglądach i przemyśleniach, dbając bym je spisywał w odpowiednio lekkiej i żartobliwej formie. Powtarzał: „Pamiętaj Maciuś, nigdy nie zagrałem ani jednej ballady; ani jednej ballady.” Miało to oznaczać, że nigdy w życiu nie narzekał, ani nie smęcił.

    Jeżeli chodzi o Internet, to szczerze się nim brzydził. Nie rozumiał też o co chodzi w porno. Twierdził, że przypomina mu ono współczesną politykę. Tą ostatnią raczej się nie interesował, uważając że to strata czasu, ale historię powszechną uwielbiał jak dobrą whisky. Opowiadał o niej jakby sam to przeżył. Kto go zresztą tam wie, może i naprawdę bił się z Persami pod Salaminą?

    Jedyne zaś, czego się naprawdę obawiał to katastrofa klimatyczna. „Każdy powinien spróbować świata i życia, a tak głupio je sobie odbieramy.” - powtarzał.

    Taki był i tak żył. Mój mentor. Profesor Ferdynand Volkszmaier. Wspomnijcie go czasem, gdy zachce się Wam narzekać lub po prostu przy okazji przeglądania Kodeksu karnego.

    Nie żeby mu na tym zależało, ale wspomnijcie.

    pokaż spoiler zajebane z pism procesowych napisanych na odpierdol (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■)


    #pasta #heheszki #prawo