•  

    SZCZECIŃSKA DEFILADA ŚMIERCI

    Dokładnie 57 lat temu, 9 października 1962 roku, podczas defilady wojsk Układu Warszawskiego w Szczecinie doszło do tragicznego wypadku. Polski czołg typu T-54A, nad którym załoga straciła panowanie, wjechał w tłum widzów. Na miejscu zginęło co najmniej 7 osób, głównie dzieci, 21 zostało rannych, a kolejne 22 poturbowane w wyniku paniki, jaka wybuchła po tej katastrofie.

    „Szczecin witał sojusznicze wojska jesiennym słońcem, kolorami flag, serdecznym uśmiechem. Szczeciniacy (!) wylegli tłumnie na trasę przemarszu oddziałów radzieckich, NRD i Wojska Polskiego” – czytał lektor słowa komentarza utrwalone w jednym z ostatnich wydań Magazynu Filmowego Radar (wojskowej kroniki filmowej) w roku 1962. Widzom, głównie żołnierzom służby zasadniczej i zawodowej oraz rodzinom tych ostatnich, pokazano wielką defiladę w Szczecinie. Przeszła, a raczej przejechała ona ulicami tego miasta we wtorek, 9 października 1962 roku, na zakończenie ćwiczeń wojsk Układu Warszawskiego zorganizowanych pod kryptonimem „Gryf Pomorski” na terenie Pomorza Zachodniego i w północnej części ówczesnej NRD.

    Ćwiczących żołnierzy odwiedzili wówczas I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR Władysław Gomułka, premier Józef Cyrankiewicz i marszałek Sejmu PRL Czesław Wycech, co legło u podstaw pogłoski, że ci przywódcy Polski Ludowej przyjechali również do Szczecina na defiladę. Gdy o godzinie 15:00 dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego, generał dywizji Czesław Waryszak, meldował ministrowi obrony narodowej PRL, generałowi broni Marianowi Spychalskiemu, gotowość wojsk do defilady, na trybunie honorowej Gomułki i Cyrankiewicza nie było. Był zaś dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, marszałek Związku Radzieckiego Andriej Greczko. Obok niego stali generałowie radzieccy, enerdowscy i polscy oraz przedstawiciele władz województwa szczecińskiego, z I sekretarzem KW PZPR Antonim Walaszkiem na czele. Po przemówieniach Spychalskiego i Walaszka ruszyła defilada, którą zainaugurowała część lotnicza.

    Nad Szczecinem przeleciały śmigłowce, bombowce i myśliwce, a ulicami centrum miasta przejechały kolumny sprzętu bojowego Armii Radzieckiej, Narodowej Armii Ludowej NRD i Wojska Polskiego. Jechały ciężarówki ciągnące armaty, rakiety i transportery opancerzone, ciągnęły czołgi. Przed defiladą przedstawiciele wojska, milicji oraz lokalnych władz administracyjnych ustalili ogólne zasady bezpieczeństwa.

    Żołnierze WSW mieli strzec porządku i bezpieczeństwa w rejonie trybuny honorowej, a na pozostałej części śródmiejskich ulic, którymi miał przejechać sprzęt wojskowy trzech armii, zadanie to scedowano na Milicję Obywatelską. Ponadto widzowie mieli oglądać defiladę z chodników dla pieszych i pod żadnym pozorem nie wchodzić na jezdnię.

    Tymczasem świadkowie wspominali, że niektórzy, także dzieci, przebiegali jezdnię alei Piastów w trakcie defilady, a chodniki nie mieściły tłumów, które przyszły oglądać rakiety i czołgi. W wielu miejscach ludzie stali na jezdni, mniej więcej metr od krawężnika, a nawet nieco więcej. A że ludzie stali z obu stron, jezdnia dla jadącego sprzętu wojskowego skurczyła się o dwa, a w niektórych miejscach nawet o trzy metry. To bardzo dużo. Ponadto na wspomnianej naradzie dotyczącej bezpieczeństwa ustalono, że kolumny wojsk zmotoryzowanych poruszać się będą z prędkością 20 kilometrów na godzinę. To ustalenie złamali już Rosjanie, którzy defilowali jako pierwsi. Ich wozy bojowe i rakiety jechały szybciej. O ile? Nikt tego nie mierzył. W każdym razie świadkowie twierdzili, że wojsko jechało bardzo szybko, aż drżała ziemia.

    Nie tylko na dzieciach robiło to duże wrażenie. Były wiwaty i oklaski, zagłuszane przez ryk silników pędzących pojazdów. Niektórzy szczecinianie rzucali kwiaty. Po Rosjanach i kolumnie wojsk wschodnioniemieckich na ulicach Szczecina zaprezentowały się pojazdy Wojska Polskiego. Defiladę zamykały czołgi T-54A, nowość na wyposażeniu naszej armii, rzadko pokazywane publicznie. Radiostacja czołgu o numerze taktycznym 0165 z 1. Kompanii Czołgów 5. Dywizji Pancernej w Słubicach odebrała słowa dowódcy pancerniaków, pułkownika Wojnara: „Dołączyć! Dołączyć!”, co było skutkiem narzucenia ostrego tempa przez defilujące pododdziały Armii Radzieckiej.

    „Staraliśmy się dostosować. Bo rozkaz to rozkaz. W poprzek przechodziły szyny tramwajowe. I poślizg. […] Nie straciłem zimnej krwi i krzyknąłem do mechanika-kierowcy: »Karol, hamuj! Zaciąg[nij] drążki do tyłu i co będzie, to będzie. Tylko nie manewruj!«. A ludzi było tyle, że nie mieścili się na chodniku. Stali też na ulicy [tu w znaczeniu jezdni – przyp. L.A.]. I w tej panice jeden drugiego wpychał pod gąsienice” – wspominał po latach Bronisław Bieniarz, wówczas dowódca czołgu 0165. Jego kierowcą-mechanikiem był wspomniany Karol, czyli starszy szeregowiec Karol Gieliszkiewicz.

    Wbrew temu, co przez lata twierdzili niektórzy szczecinianie, stalowy kolos nie wjechał na chodnik. Zatrzymał się przed krawężnikiem, zabijając lub raniąc osoby, które stały na jezdni. Były to głównie dzieci z pobliskich szkół, zwłaszcza ze Szkoły Podstawowej numer 1, koło której doszło do tragicznego wypadku. „Mordercy!” – zaczęli krzyczeć ludzie. „Zamknęliśmy się w czołgu. Nie wiem, jak długo czekaliśmy, ale chyba dziesięć minut później ktoś zapukał we właz. Przyjechała obstawa z WSW. Wychodzę z czołgu, patrzę: krew, włosy, strzępy ludzkich ciał” – wspominał dalej Bronisław Bieniarz.

    Ani operatorzy filmowi z wytwórni „Czołówka”, realizujący film dokumentalny o ćwiczeniach wojsk Układu Warszawskiego i materiały do magazynu „Radar”, ani operator raczkującej wtedy Telewizji Szczecin, ani żaden z fotoreporterów prasowych i fotografów-amatorów nie utrwalił tragicznego wypadku na alei Piastów w pobliżu skrzyżowania z ulicą Jagiellońską. W każdym razie nigdzie takie zdjęcia się nie pojawiły, a wiele by nam one powiedziały. Zachowały się jednak zdjęcia z samej defilady i setki metrów taśmy filmowej wówczas naświetlonej przez operatorów „Czołówki”. I wszędzie widać jedno: tłumy ludzi, których setki zeszły z chodnika na jezdnię.

    Załogę czołgu 0165 przewieziono od razu do prokuratury wojskowej, a potem do pobliskiego szpitala MSW na badania krwi i moczu. Badania takie przeprowadzono dwukrotnie. W organizmach żołnierzy nie znaleziono śladów alkoholu, bo jest mało prawdopodobne, by wówczas – był wszak rok 1962 – szukano w organizmach żołnierzy Wojska Polskiego śladów jakichś środków odurzających. Ze szpitala czołgiści wrócili do prokuratury i dopiero 11 października zostali zwolnieni do macierzystej jednostki. W środę, 10 października, czytelnicy„Głosu Szczecińskiego” znaleźli ledwie widoczną notatkę, zatytułowaną „Komunikat”, następującej treści:

    „Z głębokim bólem i żalem donosimy, że w dniu wczorajszym – w czasie przejazdu polskiej jednostki zmechanizowanej przez nasze miasto w pobliżu skrzyżowania ulic Jagiellońskiej i Piastów – zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. W wyniku doznanych obrażeń zmarło sześć osób, w tym pięcioro dzieci. Jednocześnie z przykrością stwierdzamy, iż mimo wielu apeli, w których proszono o zachowanie zdyscyplinowania na trasie przemarszu wojsk, część mieszkańców Szczecina nie wykazała właściwej postawy. Szczególnie przykrym jest fakt, iż wielu rodziców pozostawiło swoje dzieci bez właściwej opieki. W celu szczegółowego ustalenia przyczyn wypadku powołana została specjalna komisja”

    Tylko tyle i aż tyle.

    „Głos Szczeciński” podał, że pod gąsienicami czołgu 0165 zginęło sześć osób, w tym pięcioro dzieci. Tymczasem na tablicy pamiątkowej przytwierdzonej do ściany Szkoły Podstawowej numer 1, przy alei Piastów, widnieją imiona i nazwiska siedmiorga dzieci. Są to: Bogumiła Florczak lat 8, Leszek Kolczyński lat 9, Ryszard Krawczyński lat 7, Henryk Sikuciński lat 6, Ryszard Stachura lat 9, Fryderyk Zawiślak lat 12 i Marian Zdanowicz lat 10. Pod nazwiskami jest także informacja, że 21 osób zostało rannych. Między pisaną na gorąco informacją prasową a tablicą pamiątkową nie musi być wcale sprzeczności. Gdy redagowano tę pełną przemilczeń notkę, dwie z siedmiu wymienionych na tablicy osób mogły jeszcze żyć. Szczecińscy lekarze twierdzili później, że ofiar wśród dzieci było więcej, ale nigdy nie udało się tego potwierdzić w sposób niebudzący żadnych wątpliwości. Jeden z lekarzy zapamiętał dziewięcioletniego chłopca Leszka Lipińskiego, który zmarł na stole operacyjnym. Takiego nazwiska nie ma na tablicy.

    Weryfikacja nazwisk ze szkolnej tablicy pamiątkowej była i jest mocno utrudniona. W czasach PRL, a przynajmniej do końca sierpnia 1980 roku, nikt by się tego nie podjął, a po 1989 roku okazało się, że ze szpitalnych kartotek usunięto karty z zapisami dotyczącymi tego wtorku i kilku następnych dni. Prawdopodobnie wkrótce po defiladzie…

    Jeszcze raz okazało się, że w Polsce Ludowej o wypadkach z udziałem wojska nie wolno było mówić i pisać. Śledztwo jednak trwało. Przesłuchano dziesiątki osób, przeprowadzono eksperymenty dowodowe. Całą dokumentację z wojskowego śledztwa zniszczono jednak w stanie wojennym. Zachowały się z niej zaledwie okruchy informacji. Wiemy wprawdzie, że przed defiladą mających w niej uczestniczyć kierowców pojazdów wojskowych przewieziono jej trasą, ale próbnej defilady nie było. Ponadto kierowcy-mechanicy czołgów nie byli przeszkoleni do ich prowadzenia po ulicach. Śledczy uznali również, że nieskutecznie odgrodzono tłum od jezdni, a ludzie nie słuchali milicjantów każących im się cofnąć.

    Mimo tych niedociągnięć uznano, że przy organizacji defilady w Szczecinie nie popełniono błędów i 9 marca 1963 roku, równo pięć miesięcy po tragedii w alei Piastów, Prokuratura Śląskiego Okręgu Wojskowego śledztwo umorzyła. Dowódcy czołgu 0165 i jego kierowcy-mechanika nikt nie ścigał. Przesłuchano ich jeszcze kilka razy i sprawa została zamknięta…

    Na zdjęciu:
    Tablica pamiątkowa na murze Szkoły Podstawowej nr 1, w okolicy której doszło do wypadku. Jej uczniami było czworo z dzieci, które zginęły w wypadku

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #szczecin #ciekawostkihistoryczne #prl #kalendarium #wypadek #wojsko

    źródło: 800px-Szczecin_tablica_pamiatkowa_SP_Nr_1_al_Piastow.jpg