•  

    #dzicyzapylacze
    Zakładając konto na Facebooku dla swojego bloga, założyłam również dla siebie :) Śledząc tam wpisy w grupach pomagających pszczołom, nabrałam pewnych wątpliwości co do słuszności pewnych działań ekologicznych. O tym dzisiejszy wpis.

    Poniżej cały artykuł.
    Jeżeli ktoś chce obejrzeć z ilustracjami, to zapraszam tu: http://dzicyzapylacze.pl/bomby-nasienne-oraz-ogrodnictwo-partyzanckie/

    BOMBY NASIENNE ORAZ OGRODNICTWO PARTYZANCKIE

    Cieszy mnie, gdy słyszę o akcjach zakładania nowych łąk dla pszczół. To dobry znak, że dzieje się coś w kierunku pomocy dzikich zapylaczom. Jednak w dzisiejszym artykule chciałabym podzielić się swoimi wątpliwościami na temat dwóch form działań noszących miano „ekologicznych”.

    Ostatnio w Polsce modny jest pochodzący z Ameryki ruch Guerilla Gardening, czyli ogrodnictwo partyzanckie. Zwolennicy przywracają świetność nieużytkom, zaniedbanym trawnikom, terenom ruderalnym poprzez sadzenie kwiatów i warzyw. Wybierają miejsca opuszczone i zaniedbane, niebędące własnością prywatną. Robią to bez oficjalnych pozwoleń.

    Innym typem działań są tzw. bomby nasienne (ang. seed ball, niem. Samenbombe), czyli kulki składające się z mieszanki nasion zawiniętych w glinę. Ten typ działań promują różne organizacje ekologiczne. Bomby takie rzuca się na tereny, które w ocenie „partyzanta” potrzebują pomocy, a także w miejsca, do których dostęp jest ograniczony. Brzmi super! Ale czy na pewno?

    Dlaczego uważam, że to jest złe?

    Cały czas opowiadam o tym, że należy tworzyć bazę pokarmową dla pszczół, sadzić kwiaty, siać dzikie rośliny a tu marudzę na ogrodniczą partyzantkę?

    Przyznaję, że idea ogrodnictwa partyzanckiego jest szczytna, jednak równocześnie bywa krótkowzroczna. Bomba nasienna rzucona na tereny poprzemysłowe, stare żwirownie czy inne nieużytki może mieć katastrofalne skutki. Wymienione przeze mnie tereny z punktu widzenia ochrony przyrody mogą stanowić olbrzymią wartość. Pozornie nieużywane ugory często oferują rzadkim zwierzętom idealne warunki środowiskowe. Bywa, że ogrodzone niedostępnym płotem nieużytki stanowią enklawę dla zwierząt. Wtedy przerzucone przez płot bomby mogą stać się puszką puszką Pandory.

    Bomb nasiennych nie tworzą entomolodzy czy botanicy. Tworzą je najczęściej amatorzy. Dlatego może zdarzyć się, że w skład bomby wejdą rośliny obce lub inwazyjne. Przykładem tutaj może być chociażby nawłoć (gatunek bardzo inwazyjny), która często uważana jest za gatunek rodzimy. W skansenach archeologicznych, wioskach słowiańskich niejednokrotnie widziałam ją wśród suszonych ziół podwieszonych pod powałą.

    Niepokojąca może być więc nie tylko nieznajomość składu mieszanek nasiennych, ale też ich wpływ na środowisko. Wypierając gatunki roślin znajdujące się już na danym terenie, zmienia się skład nie tylko flory, ale i fauny. Owady często związane są przecież z określonymi roślinami! Formy ogrodowe maków czy chabrów mogą mieszać się z dzikimi, wypierając te naturalne ze środowiska. Nie dość, że obniżają bioróżnorodność, to często nie mają żadnej wartości pokarmowej dla pszczół. Niewłaściwie dobrany skład nasienny bomby może przynieść więc katastrofalne skutki.

    Należy też pamiętać, że pszczoły ziemne oprócz bazy pokarmowej potrzebują jeszcze miejsca do gniazdowania, więc zazielenianie każdego skrawka gołej ziemi też nie jest działaniem właściwym.

    Czy uważam te ruchy za bezwartościowe?

    Myślę, że – prowadzone z głową – są świetnymi inicjatywami. I chociaż burzy to całą frajdę z partyzanctwa, niezbędna jest współpraca zwolenników ruchu z pracownikami Urzędu Miasta, ekspertami lub organizacjami, które mogą wskazać zdegradowane miejsca potrzebujące działań. Opieranie się na opinii przypadkowych działaczy ekologicznych niestety często bywa złudne. Pięknym działaniem mogłoby być odzyskiwanie terenów opanowanych przez rośliny inwazyjne, jak np. nawłoć czy rdestowiec. Wycinając je i zastępując rodzimą roślinnością zrobimy coś dobrego. Polecam stronę, gdzie znajdziecie listę gatunków inwazyjnych w Polsce: http://www.iop.krakow.pl/ias/gatunki/rodzaj-organizmu

    Zanim rzuci się bombę czy przekopie samodzielnie kawałek nieużytku, warto potwierdzić, czy swoim działaniem nie skazujemy na śmierć jakichś gatunków zwierząt.

    Każdy działacz ekologiczny powinien pamiętać, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Cały czas powtarzam sobie, że należy wciąż mieć wątpliwości i nie przyjmować wszystkiego za pewnik, bo gdy człowiek ma wątpliwości – zaczyna myśleć wielopłaszczyznowo i perspektywicznie. Oby ta myśl towarzyszyła mi i Wam zawsze.

    -----------------------
    -----------------------
    I na koniec coś w zupełnie innym temacie.
    Super, że popularyzujecie tematykę dzikich pszczół kopiując moje teksty i zamieszczając je na Facebooku. Jednak spotkałam się z sytuacją zamieszczania moich zdjęć i ucinania napisanej na niej nazwy strony (jest to dla mnie niezrozumiałe - zrozumiałabym brak podanego źródła, ale celowe usuwanie znaku wodnego ze zdjęcia?).
    Zdjęcia podpisuję, bo są one efektem moich wielogodzinnych wyczekiwań przy dziurce w ziemi czy kwiatku, nierzadko w niewygodnej pozycji i upalnym słońcu (wszak pszczoły to dzieci słońca). Strona, którą prowadzę pozbawiona jest reklam, nikt mi nie płaci za robienie, zamieszczanie tych zdjęć, pisanie artykułów, budowanie pomocy gniazdowych, kupowanie zagranicznej naukowej literatury, która kosztuje majątek, amortyzację i zakup sprzętu foto. Moje działania kosztują mnie również mnóstwo czasu. Praca pszczół dzikich nie jest policzalna, tak jak miodnej, więc pszczoły liczyć muszą na fanatycznych wolontariuszy, którym się zechce poświęcić za darmo swój czas. Jestem jednym z nich.


    pokaż spoiler #zwierzeta #owady #przyroda #ciekawostki #ekologia #pszczoly #pszczelarstwo #rosliny #natura

    źródło: dzicyzapylacze.pl

    •  

      puszką puszką Pandory

      @Megachilidae: Wystarczy jedna puszka. :-)

    •  

      @sedros: dzięki za zwrócenie uwagi. Poprawiłam na stronie.
      Chyba podświadomie chciałam podkreślić grozę sytuacji i przerażające widmo skutków - i mi się podwoiło.
      a przecież wystarczyłaby nawet mała puszeczka ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    •  

      @Megachilidae: A wyszła puszka do kwadratu. ;-)

    •  

      @Megachilidae:

      Pięknym działaniem mogłoby być odzyskiwanie terenów opanowanych przez rośliny inwazyjne, jak np. nawłoć czy rdestowiec.

      Jaki to jest ogromny problem widzę u siebie. Na przykład nad Wisłokiem królują w większości wspomniana nawłoć i niecierpek gruczołowaty są też spore łany rudbekii oraz dżungle z rdestowca czy z topinamburu. Niestety w przypadku gatunków inwazyjnych jedna osoba niewiele zdziała, nawet mi się wydaje że organizacje proekologiczne są na to za słabe. Tutaj potrzeba jakiś działań systemowych, ale poza zwalczaniem barszczu sosnowskiego to nie słyszałem, żeby ktokolwiek się tym przejmował.

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    •  

      @aaadam91: Adamie, zdecydowałam się poprawić tamten komentarz.Nie mogłam na niego patrzeć. Taka kobieca fanaberia ( ͡º ͜ʖ͡º)

      1.

      poza zwalczaniem barszczu sosnowskiego to nie słyszałem, żeby ktokolwiek się tym przejmował

      Zerknij, że działania w celu zwalczenia roślin inwazyjnych czasami są skuteczne i że w ogóle są, co jest optymistyczne:
      https://czlowiekiprzyroda.eu/wp-content/uploads/2017/07/zwalczanie_inwazyjnych.pdf

      2.

      Jaki to jest ogromny problem widzę u siebie. Na przykład nad Wisłokiem królują w większości wspomniana nawłoć i niecierpek gruczołowaty są też spore łany rudbekii oraz dżungle z rdestowca czy z topinamburu.

      Prezentuję rolnicze tereny dolnośląskie, gdzie króluje monokultura. Ciężko tu nawet o miedzę. A co dopiero mówić o jakichś kwitnących roślinach. Nawet nawłoci, która jest szczególnie widoczną rośliną - nawet z daleka, jest raptem kilka sztuk. Gdy widzę, to niszczę.
      Jesienią pojechałam do rodzinnego miasta. Byłam w szoku, że łączka, którą pamiętam z dzieciństwa, aktualnie jest nie do przebycia - cała zarośnięta topinamburem i rdestowcem (wycięłam trochę na pomoce gniazdowe).
      Gdy pewnego sierpnia byłam na Lubelszczyźnie - w całym swoim życiu nie widziałam tyle nawłoci! Było piękne i przerażające :/

      3.

      Niestety w przypadku gatunków inwazyjnych jedna osoba niewiele zdziała, nawet mi się wydaje że organizacje proekologiczne są na to za słabe.

      W pobliżu mnie są ruiny zamku, gdzie zapanował rdestowiec. Wolontariusze dwa lata temu wypowiedzieli mu wojnę i starają się usunąć go z terenu. Walka jest nierówna, ale wierzę w nich ;) To są te samodzielne ruchy, o których mówię. Jeżeli masz rzucać byle gdzie i bez przemyślunku, to idź i usuwaj rośliny inwazyjne. Niech to stanie się modne. Wystarczy to ładnie zareklamować. Niektóre organizacje wydają miliony na speców od marketingów i nieźle im wychodzi wmawianie różnych rzeczy ludziom - niech działają ;)

      Aktualnie jest moda na różne ruchy ekologiczno-społeczne. I to jest fajne. Jednak z drugiej strony promują one tyle byle jakich treści. Przekłada się to na dofinansowania projektów ekologicznych. Gdy słyszę, że wygrywają warsztaty, pt. sadzenie lawendy do doniczek lub coś w tym stylu, zamiast realnych działań pomagających pszczołom, to robi mi się słabo.

      4. Mój ogród jest specyficzny, bardzo suchy, o charakterze kserotermicznym. Mam w nim sporo ciekawych gatunków owadów. Gdybym zaczęła go obsadzać roślinami, zatrzymywałby więcej wody a to byłoby ze szkodą dla gatunków tu mieszkających. Do tego silne wiatry wyjaławiają glebę i nie mogę terenu osłaniać od wiatru. Szukam książek i artykułów na ten temat, żeby nie popełnić błędu - jak zapewnić pokarm, ale też utrzymać miejsca gniazdowania dla owadów.
      Widząc mój ogród niejeden partyzant stwierdziłby, że z korzyścią byłoby tu wrzucić bombę nasienną!
      Gdy siedzisz sobie w małym ograniczonym systemie i go obserwuje. Te zależności między roślinami i zwierzętami, zaczynasz dostrzegać te powiązania i że każde nasionka, każde obce zwierze może Ci zaburzyć to poletko.

      Czasami zastanawiam się czy nie mam zbyt radykalnego podejścia do wszystkiego :/

    •  

      @Megachilidae: Dzięki za publikację, wiem że to tylko takie pojedyncze działanie, ale cieszy, że robi się cokolwiek.
      Chętnie bym zobaczył zdjęcia jak taki ogród o charakterze kserotermicznym wygląda, chociaż teraz już prawie zima i pewnie trzeba będzie czekać do wiosny.
      Ten ogród to jest na jakimś wzniesieniu czy na płaskim terenie? Masz też jakieś źródło wody dla swoich owadów?

      Czasami zastanawiam się czy nie mam zbyt radykalnego podejścia do wszystkiego

      Skoro tam myślisz to pewnie tak jest.
      Ale masz do wyboru dwie drogi. Albo idziesz razem z tłumem w tym samym kierunku, albo się wychylasz i liczysz na to, że ktoś za tobą też pójdzie. Bo czy bycie radykalnym w słusznej sprawie to coś złego? Szczególnie, że jeżeli większość odchyla się w jedną stronę to próba nakierowania na właściwe tory jest nazywana radykalizmem.

    •  

      @aaadam91: Myślę, że wiosną zrobię więcej zdjęć takich ogólnych, gdy kwitną kwiaty i zamieszczę na stronie. Zawsze chodzę z jednym obiektywem do makro a ogród widzę na co dzień, stąd nie czuję potrzeby uwieczniania go na zdjęciu. Zdjęcia owadom też robię nie artystycznie, lecz w ramach dokumentacji.
      Ogród to za dużo powiedziane, ale nie wiem, jak nazywać ten kawałek ziemi. Kseroterma to też nie jest do końca. Kawał suchego placka, silnie nasłonecznionego. Załączam zdjęcie, by pobudzić Twoją wyobraźnię ;)
      Tereny pofałdowane.

      Mam miskę z wodą, bo ziemia miejscami jest gliniasta a są gatunki, które korzystają ze źródła wody do budowy: http://dzicyzapylacze.pl/odynerus-reniformis-bolica-rogata/.
      W tym roku zostawiłam głęboką miskę z wodą, przez przypadek i zapomnienie i utopił mi się mazurek! Bardzo to było przykre. Zjadły go potem osy.

      Twoje podejście do radykalizmu wskazuje mi, że chyba podążamy w tym samym kierunku ;)

      źródło: IMG_1179.JPG

    •  

      Tu inna miejscówka. W maju. Latem wszystkie trawy są żółte.

      źródło: IMG_5818.JPG

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    #skoki dzisiaj: 0,7 W PLECY, ANULUJEMY DRUGĄ SERIĘ
    #skoki 20 lat temu:

    odpowiedzi (29)

  • avatar

    Plusujesz jak wiesz co to jest

    odpowiedzi (50)

  • avatar

    Kilka tygodni temu Mirek o nicku @Najk997 napisał na mikroblogu post w którym opisuje jakoby został oszukany przez agencję pracy w Holandii. @Najk997 dostał informację od agencji, że praca na niego czeka i może przyjeżdżać, po przyjeździe okazało się jednak, że pracy nie ma, a on został sam - za granicą, bez pracy i pieniędzy. Poprosił więc wykop o pomoc. Przed rozpoczęciem nowego życia w Holandii sam spotkałem wielu pomocnych ludzi którzy umożliwili mi asymilację w tym kraju, wiele razy również otrzymałem pomoc od samych wykopowiczy, postanowiłem więc, że teraz moja kolej żeby się odwdzięczyć, zadelkarowałem się, że mu pomogę.

    https://www.wykop.pl/wpis/46731483/mirki-i-mirabelki-od-lipca-mieszkam-w-holandii-pra/

    Od początku byłem skupiony na tym, żeby pomóc mu znaleźć pracę, żeby mógł się tutaj odnaleźć i zacząć normalne życie. Dostał ode mnie namiary na agencję pracy, opisałem mu jak wygląda sytuacja z szukaniem pracy w Holandii etc. Po wymianie kilku wiadomości na wykopie, przenieśliśmy się na WhatsApp. Dostałem od niego wiadomość, że znalazł pracę, że jest wdzięczny, że agencja zapewnia go, że nie zostawi go na lodzie, ale! ale potrzebuje 60 euro. Ostatnie noce spędził na stacji kolejowej i chciałby się umyć, wyspać i zjeść coś przed rozmową o pracę. Jako, że nie miał konta w Holenderskim banku, postanowiłem się z nim spotkać, porozmawiać i ewentualnie dać mu trochę gotówki. Na spotkaniu dostał 60e w zamian za jego przedawnioną kartę kredytową. Na następny dzień dostałem informację, że otrzymał pracę, ale niestety nie może otrzymać agencyjnego zakwaterowania. Ogarnął inne mieszkanie, ale potrzebuje pieniędzy na depozyt, zgodziłem się - ma pracę, potrzebuje tylko mieszkania, mam jego dane, odda jak się odkuje, poszło kolejne 120 euro. Cała historia ciągnęła się przez kilka kolejnych tygodni, @najk997 opowiedział mi o swoich problemach, o tym jak miał wypadek w Polsce i rozwalił samochód znajomego, o tym jak popadł w długi, o tym jak wszyscy się od niego odwrócili, o tym jak wpadł w depresję i że ma myśli samobójcze, ale za każdym razem zaznaczał, że jest już bliski wyjścia z tego syfu, że potrzebuje tylko 100 euro na spłatę raty długu, że potrzebuje tylko 100 euro na depozyt, że wszystko mi odda jak tylko z tego wyjdzie, spotkaliśmy się kilka razy, podczas jednego ze spotkań dostałem jego dowód jako zabezpiecznie, wymieniliśmy setki wiadomości na WhastAppie. Nie będę streszczał tutaj każdej z naszych wiadomości, bo jak się później okazało, prawdopodobnie wszystko to okazało się kłamstwem.

    Za bardzo zaufałem temu człowiekowi i popełniłem wiele błędów, mogę być zły tylko na siebie. Kwoty jakie mu pożyczyłem przekraczają w sumie grubo ponad 5000zł, większość pieniędzy poszło przelewem na 'konto jego znajomego'. Po wykonaniu ostatniego przelewu kontakt się urwał. Telefon wyłączony, zero kontaktu, od jego ostatniej aktywności minęło 8 dni. Dotarłem do osoby z którą miał kontakt tutaj w Holandii, usłyszała od niego całkiem inną historię niż ta, którą przedstawiał mi. Jeżeli ktoś z Was miał podobną historię lub może w jakikolwiek pomóc, proszę o kontakt. Posiadam zapis naszych rozmów, jego zdjęcia, próbki jego głosu, prawdopodobnie podrobiony polski dowód osobisty i nieważną brytyjską kartę kredytową na nazwisko z dowodu.

    #holandia #emigracja #csiwykop #suwalki
    pokaż całość

    odpowiedzi (86)