•  

    #rosja #bialorus #ruskapropaganda
    Genialny przykład ruskiej propagandy w jej naturalnym środowisku.
    W Mińsku Białorusin pochodzenia ormiańskiego poprosił w kawiarni o filiżankę herbaty. Ekspedientka zażądała, by mówił po rosyjsku. Odrzekł, że przecież nie odzywa się do niej po chińsku, tylko w oficjalnym języku urzędowym. Ekspedientka zagroziła wezwaniem ochrony. Klient wpisał się do książki zażaleń i później został przeproszony przez kierownictwo sklepu, a dodatkowo opisał sprawę w sieciach społecznościowych.
    Incydent został nagłośniony natychmiast przez rosyjską prasę. Ale jak!
    Wersja białoruska:
    Ekspedientka zażądała od klienta, aby zwracał się do niej po rosyjsku, a nie po białorusku i zagroziła wezwaniem ochrony. Klienta przeproszono.
    Wersja rosyjska:
    Ekspedientkę oskarżono o to, że odpowiedziała po rosyjsku, a nie po białorusku. (продавщицу обвинили в том, что она ответила по-русски, а не по-белорусски.)
    A dalej, no to już wiadomo. Głos zabrał rosyjski senator Igor Morozow. "Nacjonalizm można porównać do dżina wychodzącego z butelki. On podnosi łeb na Białorusi dzięki wpływom z Ukrainy. Pojawienie się negatywnych działań w stosunku do języka rosyjskiego na poziomie życia codziennego, to nowa sytuacja, wobec której wladze Białorusi nie powinny zostac obojętne. Trzeba nad tym zapanować na poziomie legislacyjnym."