•  

    Plusujcie Vincenta Priessnitza (1799-1851) człowieka, który zapisał się w dziejach jako prekursor hydroterapii.

    Vincent za młodu miał nieco pod górkę. Gdy doczekał 12 wiosny - co na początku XIX wieku wciąż było niemałym sukcesem - jego ojciec wziął i oślepł. Jakby tego było mało jego najstarszy brat podniósł poprzeczkę wyżej niż staruszek i umarł. W wyniku splotu tych niezbyt fortunnych okoliczności musiał się on zająć rodzinnym gospodarstwem, a jak wiadomo dziecko + praca w gospodarstwie = wypadek + kalectwo. Źródła mówią różnie, według jednych Vincent opowiadał - "tu spadłem z kucyka", według innych - " a tu mnie wozem przejechali". Tak czy inaczej jego żebrom było to absolutnie obojętne, nie wytrzymały tak brutalnego traktowania i się połamały. W owym czasie takie obrażenia można już było leczyć, ale jeśli jesteś biedakiem, robakiem jak nasz bohater no to przykro mi, ale jednak nie. W sumie i tak nieźle, bo wystarczyło pieniędzy na to aby lekarz postawił diagnozę. Nie trzeba być jednak tytanem intelektu aby sobie uświadomić co ostre połamane żebra mogą zrobić organom wewnętrznym - a mogą np. zrobić pyszne pierogi z płuckami. Bez fachowej pomocy nasz pacjent ustawiał się w kolejce do odwiedzin u starszego brata. Vincent nie zamierzał jednak podążać jego śladami i postanowił zaprząc swoje obserwacje natury do pomocy.

    Kojarzycie tych fanatyków co potrafią cały dzień siedzieć zamaskowani tylko po to by zrobić zdjęcie jak dwa ptaszki kopulują? Nie wiem co te zboki z tymi zdjęciami potem robią, ale to na pewno nie są to rzeczy godne oczu i uszu prawego człowieka. Vincent na szczęście dla siebie był takim perwersem - podglądał sarenki i takie tam. Jedna sarenka szczególnie pobudziła jego zmysły. Nie dość, że ładna to jeszcze postrzelona w nogę przez jakiegoś pijanego myśliwego, który już pewnie widział łeb tego co wydawało mu się dzikiem zawieszony gdzieś dumnie w jego posiadłości. Owa sarenka moczyła nóżkę w rześkim źródełku i co najlepsze wyzdrowiała. Obserwacje te poprowadziły młodego Priessnitza do stworzenia kompresów wodnych, które przykładał na złamane żebra i dodatkowo ciasno bandażował chustami. Wymyślona przez niego terapia w krótkim czasie postawiła go na nogi i przyniosła niemały rozgłos na terenie jego rodzinnego Śląska.

    Odtąd sprawy potoczyły się już szybko. Leczył miejscowych i rozwijał swoją terapię, dodając do niej ćwiczenia i dietę. W wieku 27 lat otworzył zakład leczniczy, w którym stosowano wodolecznictwo według jego zasad. Sam mówił o swojej terapii następująco : "skutek leczenia nie tkwi w samym chłodzie, ale w cieple, które wywołane jest przez zimną wodę". Oczywiście "prawdziwych" lekarzy kłuł w oczy jego sukces i oskarżyli go uuuu znachorstwo. W sądzie oskarżający lekarze mogli co najwyżej fakać bobla , bo nie byli w stanie udowodnić szkodliwości wody. Kilka lat później władze austriackie wydały mu specjalne zezwolenie na otwarcie zakładu stosującego wodolecznictwo. Jego zakład wkrótce stał się uzdrowiskiem i "jeżdżenie do wód" stało się niezwykle modne. Kuracjusze mogli korzystać m.in. z natrysków na świeżym powietrzu wymyślonych przez Priessnitza. Polskie słowo "prysznic" pochodzi od nazwiska naszego bohatera. Jego natrysk w żaden sposób nie przypominał dzisiejszych prysznicy i był po prostu rynną, którą woda spływała z wysokości na ciała kuracjuszy.

    Vincent Priessnitz zmarł w 1851 roku w wyniku apopleksji czyli jak w dawnych czasach nazywano udar. Jako przyczynę udaru wskazywano znaczne pomniejszenie wątroby i

    pokaż spoiler przewodnienie XD.


    Teraz już wiecie dzięki czyjemu niezwykłemu pomysłowi el presidente Leszke brał kąpiele chłodzące zanim wskoczył gorące Dd.

    #historiajednejfotografii #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki

    źródło: przysznic.jpg