•  

    341 + 1 = 342

    Tytuł: Dżentelmen w Moskwie
    Autor: Amor Towles
    Gatunek: literatura piękna
    Ocena: ★★★★★★★★☆☆

    Bo w życiu nie liczy się to, czy nagrodzą nas oklaskami, lecz to czy będziemy mieli odwagę iść naprzód mimo braku gwarancji uznania.

    Jeszcze trochę Rosja, a już jednak Związek Radziecki. Upada carat, a do władzy dochodzą bolszewicy. W takich okolicznościach poznajemy przesłuchiwanego przez NKWD Aleksandra Ilijcza Rostowa. Hrabiego Rostowa. Który, po wspomnianym przesłuchaniu zostaje skazany za wiersz. Wiersz opublikowany pod jego nazwiskiem. Karą za ten spektakularny zamach na władzę ludową jest dożywotni areszt domowy, którą hrabia - "były człowiek" będzie odbywał w moskiewskim hotelu Metropol. To, co dzieje się w czasie tej kilkudziesięcioletniej kary jest właśnie opowieścią, która jest zawarta w książce. Oprócz tego jest tam też dużo innych, fantastycznych rzeczy.

    Tę pozycję ja odebrałem jako gorzką komedię. Nie bardzo gorzką, ale jednak. I jako spojrzenie, może w trochę krzywym, ale jednak - zwierciadle, na naturę ludzką. Bo nie ma tutaj ani "epickich" scen, ani jakiejś porywającej akcji. Poza opowiedzianą historii - rwanej, z przeskokami czasowymi, która jest trochę sekwencją różnych scen mamy mnóstwo tego, co uwielbiam - dygresji. Na wszelkie tematy. Od użyteczności zegarów, poprzez dobór wina do dania po spojrzenie na rewolucję (jako taką, niekoniecznie bolszewicką). Przywiązanie do szczegółu. Zarówno po stronie narratora, jak i bohatera. To, o czym zostało jedynie napomknięte urasta w kolejnych rozdziałach do istotnego faktu, to od strony narratora. Od strony bohatera z kolei stanowi wisienkę na torcie "dżentelmenowatości" hrabiego Rostowa.

    Kolejną rzeczą, która mnie urzekła jest wspaniały język z niesamowitą ilością subtelnego, błyskotliwego (i jak pisałem wcześniej czasami gorzkiego) humoru. I piękny język. Uparcie będę powtarzał w takich przypadkach o wielkim uznaniu dla tłumacza.
    Pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań ze sporego zbioru cytatów, który sobie zaznaczyłem:

    Oddajcie cesarzowi co cesarskie - powiedział - a Bogu, co boskie. Po tych słowach rozkazał swoim ludziom, by zawlekli opata na dzwonnicę i zepchnęli go z wieży w ramiona jego Stwórcy.

    Bolszewicy nie tylko zdawali się zajmować codziennie takimi samymi sprawami, lecz także celebrowali swój wąski zestaw poglądów za pomocą tak ograniczonego słownictwa, że człowiek nieuchronnie nabierał wrażenia, iż wszystko to już kiedyś czytał. Dopiero przy piątym artykule hrabia zdał sobie sprawę, że rzeczywiście to już czytał. Miał bowiem w rękach wczorajszy numer.

    Przynajmniej jednak powiodło mu się lepiej niż Ławrientijowi Berii. Były szef tajnej policji (...) został odznaczony przez partię strzałem w głowę.

    W książce jest mnóstwo nawiązań do historii (nie tylko Rosji), kultury i sztuki, czy filozofii. Jakaś tam wiedza w tej dziedzinie pewnie pozwoli lepiej wczuć się w to, co autor chciał przekazać. Jej brak raczej nie zaszkodzi, a nawet można go trochę zmniejszyć. Ja na przykład dowiedziałem się, czym w ZSRR była kara "minus sześć".

    Na koniec jeszcze jedna rzecz. Drugi raz w czasie czytania książki miałem taką refleksję, że jej część można by z powodzeniem delikatnie przeredagować, tak, żeby nie wymagała kontekstu całej powieści i z czystym sumieniem wydać jako opowiadanie. Chodzi o

    pokaż spoiler scenę narady w sali balowej, kiedy to towarzysze zastanawiają jakim słowem należy zastąpić inne w którymś z pism. W iluż to tak bezsensowych, acz podniosłych zebraniach zdarzało mi się uczestniczyć. A sam tego nie ubrałbym tego w słowa tak dobrze jak autor. Do znudzenia - do spółki z tłumaczem. :)


    Wpis dodano za pomocą strony: https://bookmeter.ct8.pl

    #bookmeter

    źródło: cdn-lubimyczytac.pl

    Gorące dyskusje ostatnie 12h