•  

    325 687 + 714 = 326 401

    Race Trough Poland #4.

    Na tego ultrasa byłem zapisany już w 2020 r., ale wskutek sytuacji na świecie był przekładany i w końcu w maju tego roku odbyła się kolejna edycja. Zasady na szybko – organizator wyznaczył odcinek startowy, metę oraz 4 odcinki pomiędzy nimi – całą resztę wyznaczał sobie każdy sam, wg uznania – z pominięciem dróg krajowych dłuższych niż 1 km w PL/CZ i 2 km na SK. Wiedziałem, że nie będzie łatwo – wyrysowana trasa mała nieco ponad 1500 km i 21 tys. metrów w pionie. Nie zawsze miało być fajnie po asfalcie.

    Wystartowaliśmy o 5 rano z krakowskiego rynku, do granic miasta eskortowała nas policja. Fajne przeżycie, jechać sobie bezkarnie środkiem przez miasto. W ogólnie start miał odbywać się w deszczu i burzy, na szczęście front poleciał już na wschód, więc jedyne co nam groziło, to przelotne opady. Tuż za miastem peleton się rozleciał i czołówka pognała naprzód. Do Puszczy Niepołomickiej wszyscy jechali tym samym obowiązkowym śladem, dalej trasa poszczególnych zawodników się nieco różniła. Następny obowiązkowy segment był dopiero w Bieszczadach po polskiej i słowackiej stronie. Ja wybrałem wariant przez Brzesko, Bochnię, w miarę omijając dość ruchliwe w tym regionie wojewódzkie do Dukli. Za Bochnią łapie mnie deszcz, który towarzyszy mi aż po Pogórze Ciężkowickie, więc jadę już cały przemoczony. Sporo osób wybrało inny wariant, ale ich też ulewy złapały w rejonie Zakliczyna.

    Dalej przestaje padać, wychodzi słońce. W Dukli uzupełniam zapasy i jadę dalej. Przede mną pierwsza większa ścianka, czyli Przymiarki. Część osób pojechała dołem, przez Tylawę – ten fragment jednak miał nieco po 1 km po krajówce, więc albo było rzeźbienie w krzakach, albo część osób świadomie złamała zakaz, więc mogą posypać się kary czasowe (na oficjalnie wyniki trzeba będzie poczekać). Z tych rejonów, do Przełęczy nad Roztokami, gdzie zaczyna się CP1 większość jedzie tą samą trasą. Lubię te tereny, więc jedzie się przyjemnie. Kawałek przed Cisną jadę chwilę, jak się okazuje z @Dewastators, ale to dopiero zauważyłem na powtórkowym trackingu Odbijam do Cisnej na jedzenie i zapasy, bo zamierzam jechać pierwszą noc.

    Wspinam się na Przełęcz, na szczycie spotykam rodziców, którzy zrobili mi niespodziankę. Kolejne kilkanaście km to szutry ze starym, rozpieprzonym asfaltem, ale sam zjazd z Przełęczy na słowacką stronę jest poprawiony. Szału nie ma, ale było gorzej. Na CP1 melduję się praktycznie o zachodzie słońca, dojeżdżam tutaj dopiero na 45 pozycji. Pieczątka, odpalam światła i jadę dalej. Na szutrowym odcinku za Uliciem, tuż przy granicy z Ukrainą zaczepia mnie wojsko i pytają czemu tak jeździmy jeden za drugim i czy nie boimy się niedźwiedzi. Panie, taka trasa. Dojeżdżam do Sniny, tu kończy się obowiązkowy fragment. Hotdog i kawa na Slovnafcie i mknę dalej, do CP2, który znajduje się w Beskidzie Sądeckim z finałem na Przehybie. W miarę kojarzyłem te drogi, więc przelot przez Słowację zajmuje mi całą noc, ale za to po dobrych nawierzchniach.

    Nad ranem i rano mam mega kryzys, jest to ok. 500 kilometr trasy. Dupa boli, zmęczenie konkretne, dodatkowo szykuje się dobrych kilkadziesiąt km pod wiatr. Dotaczam się do Ujścia Gorlickiego, piję coś ciepłego na stacji i poziomuję się na parę minut na ławce. Trochę odżywam i lecę dalej na Nowy Sącz i Velo Dunajec. Kawałek dalej zaczyna się CP2 z masakryczną ścianą w Łukowicy – nie ma szans jechać, większość podjazdu prowadzę. Może na świeżo dałbym radę. Na zjeździe potrącam kota i prawie ląduję w rowie, kot żyw ucieka. Jeszcze parę górek i rozpoczynam podjazd na Przehybę. Nie jest źle, co prawda jest długo i konkretnie nachylone na całym odcinku, ale da się jechać. Na Przehybie koniec CP2, pieczątka, okazuje się, że sporo nadrobiłem, bo jestem 13. Szybki żurek w schronisku i trzeba lecieć dalej. Pierwotny plan zakładał powrót na północną stronę asfaltem i jazda przez Velo Dunajec, by dotrzeć w Pieniny. Decyduję się jednak na zejście szlakami pieszymi prosto do Szczawnicy, dzięki temu oszczędzam ponad 35 km. Od połowy zejścia nawet da się jechać. Dalej wzdłuż Dunajca docieram do Czerwonego Klasztoru i znów wjeżdżam w Słowację, w kierunku CP3. Kawałek dalej, żeby ominąć krajówki w rejonie Popradu obijam lekko na wschód, w Góry Lewockie. Same góry to ex poligon słowackiego wojska. Wojsko wyniosło się lata temu i zostawiło mnóstwo całkiem niezłych dróg. I rzeczywiście, długi czas jadę idealnie ułożonymi betonowymi płytami. Dopiero sam zjazd do Lewoczy jest po totalnych ujebach. Lewoczę osiągam już po ciemku, kilka km dalej docieram do miejscowości Harichovce, gdzie ugrany mam nocleg. Odcinek pierwszy kończę po 714 km i 8800 m w górę.
    CDN.

    #rowerowyrownik #kwadraty #700km #ultramaraton #szosa #rtpl

    Skrypt | Statystyki

    źródło: IMG_29052022_132346_(1080_x_1080_piksel).jpg