•  

    334 915 + 804 = 335 719

    Race Trough Poland #4

    Part 2

    Skoro miał to być jedyny cywilizowany nocleg na trasie, to postanowiłem się wyspać. Budzik nastawiony za 6h, zasypiam w moment. Rano punkt 6 opuszczam nocleg. Jeszcze tylko śniadanie na stacji benzynowej plus uzupełnienie zapasów i ruszam na CP3. Tu zaczynają się konkretne góry, ale jedzie się dobrze – jednak sen i prysznic robią robotę. Cisnę obowiązkową drogą 533 i krajówką 66. Jest sporo górek, bo jedziemy granicami Rudaw Spiskich i Słowackiego Raju. W Telgarcie po raz kolejny uzupełniam zapasy, głównie płyny, bo za chwilę czeka mnie wspinaczka na Kralovą Holę. Z krajówki odbijam na Sumiac i tu rozpoczyna się podjazd, lekko ponad 1100 metrów do góry. Podjazd idzie powoli: do wysokości ok. 1700m jest niestety szuter i kamienie, co dla opon 28mm stanowi nie lada wyzwanie. Najgorzej się zatrzymać i wypiąć z SPD, później ciężko jest się wpiąć i ruszyć. W połowie podjazdu koło zakopuje się w szutrze i ląduję na plecach w kamieniach. Straty to zgnieciony banan w plecaku. Od momentu z asfaltem idzie lepiej, powoli kręcę do góry. Po ok. 2 h od rozpoczęcia podjazdu jestem na szczycie (1946m). Krótka przerwa, być w takim miejscu i nie pooglądać widoków to nawet na wyścigu grzech. Przede mną gorsza część Kralovej, czyli zjazd. Trzeba uważać, żeby nie rozwalić koła, w najlepszym wypadku opony. Po niecałej godzinie zaciskania hamulców jestem na dole, ruszam z kopyta dalej. Jeszcze zjazd się dobrze nie skończył i trzeba było odbić na północ, gdzie znów trzeba się wspiąć na wysokość niemal 1200m na Przełęcz Prehyba. Dalej dłuuugi zjazd, lokalnymi drogami przez Niżne Tatry docieram do krajówki 66, gdzie ponownie obijam, tym razem na północ i rozpoczynam wspinaczkę do CP3, czyli na przełęcz Certovica, położonej na wysokości ponad 1200m. Droga jest mocno ruchliwa, sporo tirów. Końcowy fragment na przełęcz jadę jakąś lokalną drogą z kiepskim asfaltem, samą końcówkę już pcham. W taki sposób osiągam CP3 i standardowo: pieczątka, coś ciepłego i spadam. Na miejscu spotykam kilku zawodników, część zostaje tu na noc.

    Ja jadę dalej, czas na długi zjazd tą samą drogą. Zjazd iście alpejski, krajówka jest szeroka i z dobrym asfaltem, więc hamulce można puścić. W taki sposób dojeżdżam do Liptovskiego Mikulasza, gdzie kończy się obowiązkowy fragment. Zaopatrzam się konkretnie na stacji, bo nockę zamierzam jechać. Sporo, chyba nawet większość osób z tego miejsca wali dalej na zachód przez Słowację i Czechy. Ja z kolei wybrałem wariant przez Zuberzec i dalej przez Orawę w stronę Beskidu Śląskiego. Dystans w zasadzie podobny, przewyższenia też. Niestety mam problem, bo przejazd przez Orawę w nocy, bez długich rękawiczek (zostały w domu) strasznie mnie wychładza i mimo sześciu warstw ubrań na sobie, nie mogę się rozgrzać. Długie zjazdy nie pomagają w tej sytuacji. Do Polski wkraczam przez przejście w Ujsołach, już zaczyna się robić jasno. Dojeżdżam do Rajczy, z tego co widziałem jest tam Orlen. Niestety jest otwarty dopiero od 6, a jest 4.30. Cholera, zimno, że aż mną telepie, a miałem nadzieję się tu rozgrzać. Podjeżdżam do budynku dworca PKP w nadziei, że będzie otwarte. Oczywiście jest zamknięte, a sam budynek wystawiony na sprzedaż. Wracam więc do Rajczy, na szczęście jakiś market w centrum otwierał się o 5, więc tam się chwilę zagrzałem.

    Kilka minut późnie ruszam dalej. Wjeżdżam na ostatnie (póki co) większe górki, przez Koniaków, Istebną i zjeżdżam do Cieszyna. Dalej przez kolejne kilometry trzymam się mniej więcej granicy, jadę przez Karwinę, Gorzyce, Racibórz. Za Raciborzem remont na mojej trasie, muszę jechać jakimś objazdem ze strasznie zmasakrowanym asfaltem. Powoli pojawiają się przede mną góry, w które mam niedługo wjechać i widzę, że cały czas tam leje. Czyli wybrałem słuszny wariant, bo póki co jechałem suchą stopą. Oczywiście niedługo się to zmienia: w okolicy Prudnika zaczyna padać i już pada sobie cały czas, mniej lub bardziej. Wjeżdżam w Góry Opawskie, dalej przez Jesionik kieruję się w stronę Stronia Śląskiego, jednak muszę to zrobić przez Stare Miasto pod Śnieżnikiem, żeby uniknąć krajówek. Do Stronia wjeżdżam już w nocy, wciąż w kropiącym deszczu. Znów mam zamiar jechać przez noc, ale wiem, że bez odpoczynku nie ma na to szans. Odbijam więc na bok do Lądku Zdroju, gdzie w Orlenie standardowo: zapasy, ładowanie sprzętu, nawet „kładę” się na siedząco pod stołem i próbuję zamknąć oczy. Spanie to nie było, ale przez godzinę mózg się trochę zresetował, oczy też przestały boleć. Dziękuję panom z Orlenu za pomoc i wracam na trasę.

    Trasa obowiązkowego CP4 prowadzi niemal dookoła Kotliny Kłodzkiej, w większości górą. W rejonie Międzygórza łapie mnie świt i deszcz, który już nie odpuszcza praktycznie do końca wyścigu. Dalej łapię jakieś straszne zamułki, ledwo co się wspinam, głowa mi leci na podjazdach, raz nawet na zjeździe obudziło mnie szarpnięcie szyi. W dodatku momentami leje mocno. Zatrzymuję się pod jakąś restauracją w Górach Orlickich, przy której na zewnątrz, pod dachem stały stoły z obrusami. Ściągam te obrusy, obwijam sobie wokół nóg i siadam na dwadzieścia minut na krześle. Ogólnie nie miewam problemów z kolanami, ale na takiej trasie, mokre i wyziębione zaczynały dawać o sobie znać.

    No ale co zrobić, jakoś specjalnie nie wyschnięty wstaję i jadę dalej. Na szczęście deszcz jakby zelżał, a przede mną były głównie podjazdy, więc jakoś się rozgrzałem. Kierowałem się w stronę końca CP4, czyli Masarykovej Chaty w Zieleńcu. Kilka km przed punktem okazuje się, przede mną jeszcze jeden ostry zjazd i finalny podjazd przed Chatą. Przed zjazdem wymieniam okładziny hamulcowe, bo były starte już praktycznie do zera. Oczywiście przy tym marznę, ze względu na kilkuminutowy brak ruchu i zimną mgłę, a właściwie chmurę. Rozgrzewam się na podjeździe, w końcu osiągam CP4. Pieczątka, knedlicki, naleśniki. Z Chaty miałem zamiar zjeżdżać naokoło, ale znów decyduję przyoszczędzić kilometrów, zwłaszcza, że do mety zostało już niecała setka. Zjeżdżam więc częściowo singlem dla dzieci, resztę schodzę. Ekspresem przez Duszniki, wbijam na Kręgielny Trakt, gdzie łapie mnie konkretna zlewa. Tuż za mną jest kilka osób, więc na sam koniec włącza się duch walki i postanawiam jechać mimo to. No to jadę, na Szosie Stu Zakrętów asfalt mokry jak cholera, więc jadę wciąż z zaciśniętymi hamulcami. Z przednich klocków też już nic nie zostaje, ale nie ma czasu na wymianę. Wtaczam się na ostatni większy pojazd pod Wambierzyce i lecę w stronę Kłodzka. Przestaje w końcu padać. Za Kłodzkiem Wahoo się buntuje i włącza się odzyskiwanie trasy, nic nie mogę zrobić. Miałem już tak w tamtym roku na Wiśle, też około osiemsetnego kilometra. Szybko przełączam się na telefon i nim nawiguję. Po dziesięciu minutach licznik wraca do życia, ale czuję, że mam mega problem z szyją – pojawiają się objawy tzw. karku Shermera, czyli po prostu głowa mi sama leciała w dól. Co jakiś czas pomagałem sobie ręką podnosząc łeb. Spróbowałem nawet przyczepić plecak z tyłu do kasku, żeby głowę ciągnęło do tyłu, ale za bardzo bujało. W taki sposób, chwilę przed zachodem słońca docieram do mety.

    Objechałem nieco ponad 1520 km, w górę 20 667m. Zajęło mi to 4 dni, 14 godzin i 26 minut. W kategorii solo dojechałem na 15 miejscu, co było wynikiem sporo powyżej oczekiwań. Awarii sprzętu żadnych (!), zdrowotnych prawie też – kark już nie boli, prawa dłoń, a szczególnie palce jeszcze są lekko zdrętwiałe. Czy wybrałbym się następnym razem? Jeszcze jak!

    #rowerowyrownik #kwadraty #800km #ultramaraton #szosa #rtpl #everesting

    Skrypt | Statystyki

    źródło: IMG_30052022_130458_(1080_x_800_piksel).jpg

Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    No to szach mat p0lki, bo kibieta kończy się na 60 kg ( ͡° ͜ʖ ͡°) #homorobrazkowy #heheszki #logikarozowychpaskow

    odpowiedzi (106)

  • avatar

    Czy domy modowe robią sobie już jawnie jaja z klientów i badają w jak bardzo obciachowym gównie są w stanie się pokazać byle byłoby markowe? Ja uważam że tak.
    XDDD
    #modameska

    odpowiedzi (41)

  • avatar

    Widzę, że niektórym wciąż zdaje się, że Stanowski w czasach Fryzjera to był jakiś tam gówniarz z PS i pewnie jak miał styczność z Fryzjerem, to sporadyczną. Tymczasem ta relacja była znacznie bliższa, niż sympatyczny redaktor stara się to teraz przedstawić.

    Kilkukrotnie opisuje anegdotki z obiadów/kolacji swoich z Fryzjerem i jego świtą. Dlaczego taki młokos był w ogóle zapraszany na prywatne spotkania z szefem piłkarskiej mafii? Można rozmyślać. Śpiewanie kolęd w Wigilię tłumaczone jest tym, że Fryzjer był walnięty i pewnie do wszystkich, których znał tak dzwonił i śpiewał. No, tak było.. Znana jest już sytuacja, gdzie Forbrich pomógł Stanowskiemu w de facto szantażu na sędzim, by wycofał się z pozwu. Ale co niby Fryzjera miałoby obchodzić to, że jakiś gówniarz jest straszony pozwem, jeśli faktycznie był tylko dzieciakiem z PS?

    To anegdotki, które sam spisał w książce, a w takich sprawach najważniejsze rzeczy się zazwyczaj pomija i ciekawi mnie, ile przemilczał Stanowski. Nie ustawiał meczów, ale relację z Ryśkiem miał bliską.

    Na koniec wyśmiewany przez wszystkich Romek Kołtoń, mówiący o Stanowskim, że "szczekał, jak mu Fryzjer klaskał" (34:41). W tamtym czasie Stano lubił go podszczypywać, ale nie przypominam sobie, by ten zarzut gdzieś odbił: (https://youtu.be/nK9MiBc5IX0?t=2154)

    I teraz wyobraźcie sobie gościa krzyczącego "Won z mafią", samemu w przeszłości będąc podnóżkiem mafii piłkarskiej.

    #kanalsportowy
    pokaż całość

    odpowiedzi (41)