•  

    Na wizytę w podobno najlepszej restauracji w Polsce zbierałem pieniądze bardzo długo. Ceny były bardzo wysokie ale słyszałem o tej restauracji bardzo dużo więc postanowiłem się wykosztować i w końcu iść i zobaczyć o co chodzi.
    Kiedy dotarłem na miejsce zdziwiło mnie, że lokal z zewnątrz nie prezentował się zbyt okazale. Zawahałem się przez chwilę, myśląc, że nie dotarłem we właściwe miejsce. Na wszelki wypadek zapytałem przechodzącego obok bezdomnego czy to jest to słynne Atelier. Bezdomny zapewnił mnie, że tak po czym dodał, że podają tam najlepsze foie gras w Polsce. Okazało się, że nie był bezdomnym tylko słynnym krytykiem kulinarnym, Magdą Gessler w przebraniu ale o tym innym razem. Wszedłem do środka, w szatni stał niemłody już szatniarz:
    - Pan da tę kurtkę, powiesimy.
    Po czym dał mi numerek, zrobiony chyba na technice przez gimnazjalistę i zapewnił, że szatnia nie odpowiada za zgubione kurtki.
    Wszedłem do właściwej sali. Było bardzo tłoczno. Podszedłem do kobiety, która stała za małym stolikiem z napisem EZERWACJA. Tak, EZERWACJA. R smętnie zwisało gdzieś na dole.
    -Miałem rezerwację, nazwisko Gałczyński.
    -A tak, pan Gałczyński, stolik dla jednej osoby, hehe a co nie mógł pan sobie znaleść dziewczyny na lunch hehe.
    Zdębiałem, nie spodziewałem się, że ktoś uderzy mnie w mój czuły punkt. Zacząłem mamrotać coś o tym, że nie mogła przyjść, że źle się czuje chociaż jedyna kobieta jaką chciałem zaprosić to moja mama, ale ona powiedziała, że nie będzie wpierdalać surowego mięsa albo "tego no suszu ze śmierdzącej ryby dla kitajców".
    Usiadłem widząc lekko cyniczną twarz kelnerki.
    Natychmiast podszedł do mnie kelner z kartą dań, taksując mnie spojrzeniem
    -Zanim dam panu kartę muszę zapytać, czy na pewno stać pana na zapłacenie za posiłek. nie wygląda pan na kogoś kto jest naszym stałym bywalcem.
    Drugi raz poczułem zimny uścisk w żołądku. Wymamrotałem, że mam pieniądze i wyciągnąłem z kieszeni mokry już od potu zlepek dwudziestozłotówek, żeby udowodnić, że stać mnie na jedzenie.
    Dostałem kartę ale anoni, nic z niej nie rozumiałem. Nazwy mi nic nie mówiły! Zamówiłem zestaw 3 daniowy, na przystawkę głowa jelenia na kiju, na drugie danie szczodry turbacz stąpający po leśnej łące a na deser zatomizowane japko (sic!). Z niecierpliwością czekałem na swój posiłek nerwowo popijając wodę i rozglądając się po sali. Siedziały tam same gwiazdy np. Gosia Andrzejewicz, świętej pamięci Andrzej Gosiewicz, gdzieś w kącie siedział pan prezes Janusz Korwin-Mikke, ze smakiem wcinał jakąś papkę zmieloną pan profesor Bartoszewicz a całkiem niedaleko siedział Biedroń z Pirogiem zajadający się nakrapianym ptaszkiem.
    Po dłuższej chwili kelner przyniósł moje danie, był to długi patyk świerkowy wciśnięty w kulkę mięsa, obok leżało mnóstwo jeżyn i innych darów lasu. Nie wiedziałem zbytnio jak się zabrać za jedzenie więc chwyciłem za patyk i zacząłem go ogryzać jak nóżkę od kurczaka. Usłyszałem głośne szepty (patrz co on robi, dzikus) najwyraźniej popełniłem jakiś błąd! Dojadłem szybko przystawkę. jadłem tak szybko, że najadłem się też igieł i kory z patyka. Gdy tylko skończyłem kelner, taksując mnie spojrzeniem, przyniósł mi drugie danie. Pod grubą otuliną sosu grzybowego leżał (chyba) kawałek mięsa. W smaku bardzo nijaki i bardzo twardy i ciągnący się. Nie spodziewałem się tego, byłem rozczarowany. Na końcu dostałem zatomizowane jabłko, które okazało po prostu antonówką w cukrze, która rzekomo zaostała przyrządzona w bulbulatorze atomizującym wymyślonym przez Hestona Blumentala. W smaku? Zwykłe kwaśne jabłko i łyżka cukru. Kelner przyniósł mi rachunek. Jakie było moje zdziwienie, gdy suma na nim była większa od tej na karcie. Zacząłem się pocić strasznie, miałem tylko odliczoną kwotę na jedzenie! Okazało się, że do każdego rachunku doliczają 15% napiwku! Pszypał!
    Kelner był wyraźnie zniesmaczony, poszedł do szefa. Z kuchni wyszedł ON, sam szef Amaro. Był dla mnie bardzo miły i zaproponował mi, żebym dyskretnie pozmywał kilka naczyń na zapleczu i pomógł im w kuchni przez godzinę to nie będzie wzywał policji. Oczywiście zgodziłem się.
    Zmywałem dość długo patrząc na pracę kuchni. W pewnym momencie przyjechała dostawa warzyw, Amaro kazał mi rozpakować je i zanieść do chłodni. Powiedział, że to ostatnie zadanie i będę mógł sobie iść. Poszedłem na zaplecze i wziąłem kratę z warzywami i skierowałem swoje kroki w stronę chłodni. Kiedy otworzyłem drzwi warzywa wypadły mi z wrażenia, ANONI CAŁA CHŁODNIA była wypełniona oponami! Po samą górę! Na środku siedział jeden gość, który ciął je na mniejsze kawałki. Byłem w szoku. Poszedłem do Amaro i zapytałem co jest grane z tymi oponami. Czy on to podaje ludziom? Odpowiedział, że tak, owszem. Gwizadka Michaelin do czegoś zobowiązuje, po czym cała kuchnia zaczęła się śmiać. Amaro wziął kawałek opony do ust i zaczął ją żuć wciąż się śmiejąc. Uciekłem z kuchni. Próbowałem przebić się do prasy z tą informacją ale wciąż mnie zbywali.

    tl dr

    pokaż spoiler nie polecam wizyty w atelier amaro.


    #pasta #heheszki #byloaledobre #gotujzwykopem #amaro

    Gorące dyskusje ostatnie 12h