•  

    Koń trojański w szeregach Czerwonych Diabłów

    W jednym meczu niczym żelbetonowy mur nie do przeskoczenia i nie do obejścia, w kolejnym bardziej jak drewniany, pochylający się przy każdym podmuchu wiatru płotek. Tak w początkowej fazie sezonu prezentuje się Victor Lindelof. Które oblicze Szweda jest tym prawdziwym?

    Czerwone Diabły nie mogą zaliczyć startu rozgrywek 2019/20 do szczególnie udanych. Po obiecującej inauguracji zmagań ligowych - okraszonej zwycięstwem 4:0 z Chelsea - podopieczni Ole Gunnara Solskjaera nie wygrali żadnego z trzech następnych meczów. Ogranie Leicester poprzedziło z kolei męczarnie z Astaną, porażkę z West Hamem oraz turbulencje w starciu z drugoligowym Rochdale. Targany kontuzjami atak nie był dostatecznie skuteczny, pomoc wyglądała jałowo zarówno w grze do przodu, jak i do tyłu, natomiast obrona, mimo ogólnie przyzwoitej dyspozycji, raz po raz przypominała bardziej starą, sparciałą uszczelkę, aniżeli nieprzepuszczalną, świeżo skonstruowaną zaporę. I to właśnie problemy ostatniej z wymienionych formacji dziwią najbardziej.

    Przecież w letnim oknie transferowym klub z Old Trafford wydał na wzmocnienie defensywy 125 milionów funtów. Przecież pobił światowy rekord, jeśli chodzi o sumę zapłaconą za obrońcę. Przecież sprowadził filar reprezentacji Synów Albionu w osobie Harry’ego Maguire’a oraz jednego z najlepiej prosperujących prawych flankowców rodem z Anglii w postaci Aarona Wan-Bissaki. Wszystko to jak krew w piach. W ośmiu meczach United zachowało jedynie trzy czyste konta, a nowicjusze nie byli w stanie zapobiec błędom popełnianym przez ich kolegów. Wśród tych niechlubny prym wiedzie Victor Lindelof.

    Ten sam Lindelof, który w okresie tymczasowych rządów sympatycznego “zabójcy o twarzy dziecka” stanowił o sile swojej formacji, a w trakcie ostatniego mercato znalazł się w kręgu zainteresowań Barcelony. Duma Katalonii doceniła umiejętności Szweda - tak defensywne, jak i ofensywne (czytaj: swoboda w wyprowadzaniu piłki) - lecz o przeprowadzce na Camp Nou nie było mowy. Czerwone Diabły ani przez moment nie rozważały oddania piłkarza, który szykowany był do stworzenia duetu z najdroższym obrońcą świata. Pary, która miała nawiązać do czasów Ferdinanda oraz Vidicia. I choć w teorii wizja ta nie miała poważniejszych defektów, w praktyce współpraca obu panów nie przynosi oczekiwanych efektów. Z drugiej strony, trudno, by było inaczej, skoro jeden z nich przeplata występy bardzo dobre z absolutnie koszmarnymi, robiąc przy tym za swoistego konia trojańskiego, który zdobywszy zaufanie kompanów zawodzi ich przy pierwszej lepszej okazji.

    W inauguracyjnej potyczce z Chelsea Lindelof zaprezentował się więcej niż przyzwoicie. Wprawdzie w pierwszych minutach spotkania umożliwił Tammy’emu Abrahamowi oddanie strzału, lecz były to tylko złe miłego początki. Przez resztę widowiska Szwed był niemal nie do przejścia, wygrał trzy pojedynki, zablokował jedno uderzenie, zaliczył odbiór, a do tego trzykrotnie wybijał futbolówkę w groźnych dla jego zespołu sytuacjach. Według wielu wypadł lepiej od Maguire’a, mimo że ten zanotował udany debiut w nowych barwach. I o ile w starciu z Wolverhampton Victorowi nadal szło nieźle, o tyle występ przeciwko Crystal Palace chciałby całkowicie wymazać ze swojej pamięci.

    Wszystko przez błąd, w rezultacie którego Jordan Ayew wpisał się na listę strzelców. W 32. minucie meczu bramkarz gości, Vicente Guaita, posłał długie podanie na połowę przeciwnika. Zwykły, niezobowiązujący pass, który powinien bez większych komplikacji paść łupem przeciwnika. Lindelof dał się jednak uprzedzić Schluppowi, który wygrawszy starcie w powietrzu zaoferował napastnikowi Orłów stanięcie oko w oko z de Geą. Hiszpan był bez szans. Fani ekipy z czerwonej części Manchesteru nie kryli rozczarowania postawą szwedzkiego defensora, lecz obwinianie go za porażkę nie skłoniło Solskjaera do zreformowania duetu stoperów. Efekt? Kolejny kiks byłego gracza Benfici i kolejna strata punktów drużyny z Old Trafford. Tym razem lepszy od 25-latka w pojedynku główkowym okazał się obrońca Southampton - Jannik Vestergaard, a różnicę zrobiła nie tylko przewaga wzrostu Duńczyka - bagatela, 12 centymetrów - ale też timing wyjścia do dośrodkowania oraz ocena toru lotu piłki. - Lindelof jest głównym winowajcą. [...] Jeśli ustawiłby się lepiej, Vestergaard nie mógłby mu zagrozić - ocenił na antenie BT Sport Rio Ferdinand.

    Nie sposób stwierdzić, co wpłynęło na Victora bardziej - słowa wielkiego poprzednika czy niezłe występy w narodowych barwach okraszone golem, ale po powrocie z przerwy reprezentacyjnej znów zaimponował. W zwycięskich dla Czerwonych Diabłów zmaganiach z Leicester Szwed był jednym z najlepszych piłkarzy na boisku. Nie dość, że wygrał wszystkie trzy pojedynki, jakie przyszło mu stoczyć, zaliczył dwa odbiory oraz osiem wybić, to w dodatku do spółki z Maguirem skutecznie unieszkodliwił Vardy’ego. - Partnerstwo rozwija się za sprawą wspólnych występów, a my rozegraliśmy dotąd zaledwie pięć meczów razem. Będziemy lepsi. Ja lepiej zrozumiem jego, a on lepiej zrozumie mnie - stwierdził po meczu z Lisami najdroższy obrońca świata. Potyczka z West Hamem nie okazała się jednak kolejną cegiełką w formowanym na bieżąco murze, United przegrało 0:2. Najbardziej wymowną scenką owego niedzielnego popołudnia na London Stadium była sytuacja z rozgrzewki, w trakcie której Lindelof zanotował kolejne felerne zagranie, mijając się z piłką rzuconą w kierunku jego głowy. Znamienne, że w tym samym czasie Jose Mourinho prawił w studiu Sky Sports o problemach 25-latka z grą w powietrzu…

    W jednym meczu niczym żelbetonowy mur nie do przeskoczenia i nie do obejścia, w kolejnym bardziej jak drewniany, pochylający się przy każdym podmuchu wiatru płotek. Które oblicze piłkarza rodem z Vasteras jest tym prawdziwym? Ani jedno, ani drugie. Zdaje się, że Victor jest czymś pomiędzy - barierą z metalu lub innym ogrodzeniem ze stali. Niewystarczająco regularny, by powstrzymać każdego, ale jednocześnie dostatecznie solidny, by nie czuć paraliżującego respektu przed byle rywalem. Pytanie tylko, czy gracz z takimi kwalifikacjami jest odpowiednim kandydatem do występów w wyjściowej jedenastce Manchesteru United?

    Nowy kontrakt, za sprawą którego Lindelof związał się z dwudziestokrotnymi mistrzami Anglii do 2024 roku, świadczy o tym, iż władze klubu widzą defensora w swoich planach na przyszłość. Sam zainteresowany przyznał z kolei, że dobrze czuje się na Old Trafford i jest zdeterminowany, by w czerwono-biało-czarnych barwach sięgnąć po liczne trofea. I choć jego pozycja wciąż pozostaje niezagrożona, w blokach startowych czekają już nie tylko Jones oraz Rojo, ale też - a w świetle spotkania z Rochdale przede wszystkim - Tuanzebe. W meczu 1/16 finału Pucharu Ligi młodzian zaprezentował się z bardzo dobrej strony, a opaska kapitańska na jego ramieniu stanowi niezbity dowód na rosnące zaufanie ze strony Solskjaera. Victor nadal ma nad Axelem przewagę pod względem doświadczenia i ogrania na najwyższym poziomie, lecz niewykluczone, że następny błąd nie ujdzie mu już płazem. A wtedy nie pomoże mu ani długoterminowa umowa, ani wszelkiego rodzaju deklaracje.

    Kolejny poważny test już dziś. Do czerwonej części Manchesteru przyjeżdża niepokonany od trzech kolejek Arsenal ze strzelającym jak na zawołanie Aubameyangiem.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #united #manchesterunited #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: victor-lindelof-manchester-united-2018-19_27zeze5x5tlb13fyexbcv0gii.jpg

    •  

      @Czyjatoja: Ja nie przeczę temu co autor o nim napisał, ani Twojej opinii. Po prostu określenie "koń trojański" tu nie pasuje, bo ma inną definicję. Jakbyśmy już mieli nazywać piłkarza "koniem trojańskim", to mógłby to być np. Alexis, którego podłożył nam Arsenal.

    •  

      @radian1337: > znaczenia:
      związek frazeologiczny
      (1.1) przen. o czymś pozornie wyglądającym na przyjacielski podarunek, w rzeczywistości będącym niebezpieczeństwem; ukryte niebezpieczeństwo; spisek, podstęp

      I właśnie według mnie Lindelof jest wspaniałym tego przykładem.

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

    Jeszcze do niedawna pozostawał jednym z kilkudziesięciu wychowanków Chelsea, błąkających się po świecie w poszukiwaniu szans na regularne występy. Wobec braku przekonania Antonio Conte przywdziewał barwy Bristol City oraz Swansea, nie otrzymawszy zaufania od Maurizio Sarriego grał na chwałę Aston Villi. Cierpliwość i determinacja w dążeniu do zaistnienia w macierzystym klubie w końcu jednak popłaciły. Dziś Tammy Abraham, bo o nim właśnie mowa, jest nie tylko podstawowym napastnikiem The Blues, ale też symbolem nowej ery na Stamford Bridge.

    - Jestem tu od szóstego roku życia, lecz dotąd nie było lepszej okazji do ciężkiej pracy na rzecz miejsca w wyjściowym składzie. Z nowym menedżerem wszystko wydaje się możliwe, więc zarówno młodzi zawodnicy, jak i wszyscy inni, mają powód, by w siebie uwierzyć - mówił 21-latek w przedsezonowej rozmowie ze Sky Sports. Już wtedy zdawał sobie sprawę z tego, że znalezienie wspólnego języka z Frankiem Lampardem będzie znacznie łatwiejsze niż w przypadku poprzednich szkoleniowców, i nie miało to nic wspólnego z ich pochodzeniem, ani nawet znajomością angielskiego. Antonio Conte oraz Maurizio Sarri zwyczajnie nie odważyli się nań postawić, obdarzyć choćby kropelką zaufania. Z drugiej strony, czy wypada im się dziwić?

    Żaden z wyżej wymienionych Włochów nie przybył przecież do niebieskiej części Londynu w celu odmłodzenia kadry tudzież poświęcenia większej uwagi produktom klubowej akademii. Wszystko to było nieistotne, liczyły się wyłącznie zwycięstwa oraz trofea. Tylko naiwniak wybrałby w tej sytuacji nieokrzesanego Abrahama kosztem doświadczonego Diego Costy, obytego z piłką na najwyższym poziomie Alvaro Moraty czy choćby przygaszonego, acz zawsze groźnego Gonzalo Higuaina. Tym bardziej, że ani za kadencji obecnego opiekuna Interu, ani w okresie rządów palacza zamieszkującego aktualnie Turyn, Tammy nie był gotowy na sprostanie wyzwaniu pod tytułem Premier League. I to pomimo faktu, iż w przeszłości bił rekordy strzeleckie w każdym młodzieżowym zespole Chelsea, w jakim przyszło mu grać - od U8 aż po U23 - a Guus Hiddink już w 2016 roku dał mu możliwość debiutu w drużynie seniorskiej. Świadomy swoich braków ruszył więc w świat.

    Pierwszym przystankiem trzyetapowej tułaczki napastnika rodem z Camberwell okazała się ekipa z dolnych rejonów tabeli Championship - Bristol City. Nie było to może najbardziej prestiżowe miejsce do gry w piłkę, lecz dla młodziana pragnącego cennych dla rozwoju minut pasowało jak ulał. Już w inauguracyjnym występie w czerwono-białych barwach Abraham bliski był wpisania się na listę strzelców w wyniku stałego fragmentu gry, ale po sporym zamieszaniu w polu karnym trafienie przypisano jego koledze z zespołu, Hordurowi Magnussonowi. Co się odwlekło w potyczce z Wigan, to nie uciekło podczas starcia z Wycombe. Osiemnastoletni wówczas piłkarz nie tylko zdobył w nim bramkę, lecz również zapewnił swojej drużynie awans do kolejnej rundy Pucharu Ligi. I choć wszyscy w klubie z Ashton Gate byli wypożyczonym snajperem oczarowani, mało kto spodziewał się, iż udany początek stanowił zaledwie preludium do wyśmienitego sezonu w jego wykonaniu.

    Rozochocony Tammy ani myślał oglądać się za siebie. Jeszcze w sierpniu skompletował premierowy dublet w seniorskim futbolu, zaś cztery ligowe gole we wrześniowych zmaganiach The Robins pozwoliły mu na sięgnięcie po tytuł Gracza Miesiąca Championship. O ile kolejne tygodnie były już znacznie chudsze - przy czym należy pamiętać, że wahania formy są dla zawodników w tym wieku rzeczą absolutnie normalną, jeśli nie nieuniknioną - o tyle na przełomie grudnia oraz stycznia Anglik znowu błyszczał. Nie dość, że trafiał do siatki w czterech kolejnych występach, to w dodatku za sprawą bramki w meczu z Sheffield Wednesday stał się pierwszym nastolatkiem w nowożytnych dziejach zaplecza Premier League, który w jednej kampanii przekroczył barierę szesnastu goli. Kto wie, do ilu zdołałby finalnie dobić, gdyby nie uraz stawu skokowego, przez który stracił sześć spotkań?

    Koniec końców, Abraham zakończył sezon jako wicekról strzelców (skuteczniejszy od niego był tylko Chris Wood z Burnley), a łączny dorobek 26 skalpów zaowocował następnym unikatowym osiągnięciem. Nikt wcześniej nie zasłużył bowiem na miano Piłkarza Roku Bristol City, Młodego Piłkarza Roku Bristol City oraz Najlepszego Strzelca Klubu w jednych rozgrywkach. - Podczas sezonu spędzonego w Bristol City zyskałem pierwsze doświadczenie w prawdziwie męskiej piłce. Dało mi to niezwykle cenną perspektywę na to, czego oczekiwać - przyznał po latach mierzący metr dziewięćdziesiąt napastnik. Czy przekonało to Antonio Conte? Nic z tych rzeczy. Kiedy na Stamford Bridge przeprowadzał się najdroższy wówczas zawodnik w historii The Blues - Alvaro Morata - 21-latek był już w Swansea.

    Napisać, iż pobyt w Walii nie należał do szczególnie udanych, to jak stwierdzić, że Amazonka jest całkiem pokaźnym strumykiem. Awans na wyższy poziom rozgrywkowy zwyczajnie przerósł Abrahama. Na przestrzeni trzydziestu dziewięciu spotkań młodzieżowy reprezentant Synów Albionu uzbierał jedynie osiem trafień, do których dorzucił pięć asyst. Na pewnym etapie sezonu szło mu tak słabo, iż nie zasługiwał na miejsce w wyjściowej jedenastce walczących o utrzymanie Łabędzi. Ba, momentami nie łapał się nawet do kadry meczowej! Klub z Liberty Stadium spadł ostatecznie do Championship, a urodzony w południowym Londynie piłkarz wrócił do Chelsea z podkulonym ogonem.

    Jako że Premier League stanowiła zbyt wysokie progi na jego nogi, usługami Tammy’ego nie zainteresował się ani nowy boss ekipy ze Stamford Bridge - Maurizio Sarri, ani żaden inny szkoleniowiec ekstraklasowej drużyny. Fachowcy z pierwszej ligi wręcz przeciwnie. Rywalizację o wypożyczenie Anglika wygrała ostatecznie Aston Villa, a przenosiny młodego napastnika do Birmingham okazały się strzałem w sam środek tarczy. Tak dla niego, jak i dla The Villans.

    Mimo przeciętnego początku sezonu w wykonaniu zespołu prowadzonego przez Steve’a Bruce’a, Abraham nieźle odnalazł się w nowych realiach. Trafieniem otwierającym wynik starcia z Rotherham natchnął swoich kompanów do zwycięstwa, trzema golami w trzech kolejnych październikowych spotkaniach udowodnił, iż nie zatracił instynktu seryjnego kilera. Jak ryba w wodzie poczuł się jednak dopiero miesiąc później, kiedy metody pracy świeżo zatrudnionego menedżera - Deana Smitha - zaczęły przynosić oczekiwane efekty. Podczas siedmiomeczowego cyklu, w którym zespół z Villa Park nie zaznał goryczy porażki ni razu, wychowanek Chelsea stanowił o sile i obliczu ofensywy. Nie dość, że jego konto strzeleckie powiększyło się wówczas aż o osiem bramek, to w dodatku popisowym występem przeciwko Nottingham Forest zapisał się w annałach historii, stając się pierwszym zawodnikiem Aston Villi w XXI wieku, który na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut czterokrotnie karcił defensywę rywala. Tytuł najlepszego gracza Championship w listopadzie został przypieczętowany w cuglach.

    Za sprawą wyśmienitej formy Tammy’ego, w mediach coraz częściej i głośniej mówiło się o rychłym powrocie Anglika na Stamford Bridge. Spekulacje nasiliły się jeszcze bardziej, kiedy jasnym stało się, iż w zimowym oknie transferowym burzliwy związek klubu z Moratą dobiegnie końca. I choć w styczniu Hiszpan faktycznie wrócił do ojczyzny, jego miejsca w kadrze nie zajął wcale 21-latek, a stary, dobry znajomy Sarriego - Higuain. Odrzuciwszy zaloty Wolverhampton pochodzący z Londynu napastnik skupił się więc na rywalizacji o awans do Premier League z Grealishem i spółką, a także na… biciu kolejnych, epokowych rekordów.

    Jeszcze w premierowym miesiącu Anno Domini 2019 Abraham wyrównał osiągnięcie Pongo Waringa, który chwilę przed wybuchem II Wojny Światowej trafiał do siatki w siedmiu kolejnych występach domowych w barwach klubu z bordowo-niebieskiej części Birmingham. Kilkanaście dni później powtórzył wyczyn Petera White’a, który trzydzieści osiem lat temu jako ostatni zdobył dla The Villans dwadzieścia bramek w sezonie, natomiast w kwietniu został pierwszym piłkarzem Aston Villi od 1977 roku, który na przestrzeni jednych rozgrywek zebrał dwadzieścia pięć skalpów. Kampanię 2018/19 Tammy zamknął ostatecznie z dwudziestoma sześcioma golami na koncie, drugim w karierze tytułem wicekróla strzelców zaplecza angielskiej ekstraklasy (tym razem wyprzedził go fenomenalny Teemu Pukki) oraz nominacją do najlepszej jedenastki ligi. Co zaś najważniejsze, wydatnie przyczynił się do promocji jego tymczasowego klubu do elity. I choć po zwycięskim finale play-offów stwierdził, że pobyt na Villa Park dał mu wiele satysfakcji, zapytany o powrót do kadry The Blues przyznał wprost: - Jeśli Chelsea stwierdzi, iż mnie potrzebuję, dam z siebie wszystko.

    Jak zapowiedział, tak czyni.

    Wraz z nadejściem lata, na Stamford Bridge nastała nowa era. Era posthazardowa, era zakazu transferowego, lecz nade wszystko era Franka Lamparda. Legendarny pomocnik został zatrudniony w celu oczyszczenia atmosfery powstałej w okresie pracy Maurizio Sarriego, a także przeprowadzenia klubu przez najtrudniejszy etap w jego nowożytnej historii. Kto, jak nie on, mógł wziąć na siebie tak ogromną odpowiedzialność? Kto, jak nie on, miał wreszcie postawić na wychowanków, w tym piekielnie skutecznego Abrahama? Jeśli 106-krotny reprezentant Synów Albionu miał co do młodego Anglika jakiekolwiek wątpliwości, jego asystenci - znający 21-latka z drużyn młodzieżowych - prędko wyperswadowali mu je z głowy. I tak Tammy stanął przed upragnioną okazją zaistnienia w wyśnionym miejscu.

    Pierwszym akordom świeżo namaszczonej “dziewiątki” bliżej było jednak do koszmaru, aniżeli do wizji szczęścia. O ile bezbarwny występ w starciu z Manchesterem United dało się usprawiedliwić kiepską dyspozycją całego zespołu, o tyle w przegranej potyczce o Superpuchar Europy snajper rodem z Camberwell powtórzył niechlubny wyczyn Romelu Lukaku, nie wykorzystując decydującego rzutu karnego. I tak, jak Belg w trakcie swojego krótkiego pobytu we Włoszech, tak i Abraham spotkał się z falą rasizmu, która doprowadziła jego mamę do łez. - Zastanawiała się: “Dlaczego on? Dlaczego on?”. Słuchanie tego [rasistowskich wyzwisk] nie jest miłe, szczególnie, jeśli dotyczy Twojego syna - mówił napastnik w rozmowie ze Sky Sports. Mimo okrutnego incydentu pozostał na szczęście skupiony na swoim celu.

    Pomogło mu w tym niewątpliwie wsparcie szkoleniowca. Po porażce z Liverpoolem Lampard nie stracił zaufania do Tammy’ego, bo choć pozostawił go na ławce w trakcie spotkania z Leicester, przed rywalizacją z Norwich motywował go przekonując, iż to będzie jego dzień. Kilka godzin później obaj cieszyli się z premierowego wspólnego triumfu, a 21-latek stał się trzecim najmłodszym zdobywcą dubletu w historii występów Chelsea na poziomie Premier League. Zeszłoweekendowy hat-trick w potyczce z Wolverhampton wywindował go natomiast na sam szczyt rankingu o roboczym tytule “Laureaci potrójnej zdobyczy ligowej w barwach The Blues z najmniejszą liczbą wiosen na karku”. Swoje dotychczasowe osiągnięcia Anglik skwitował w następujący sposób: - Ciężko pracowałem i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to może być mój sezon. Nie pozostaje mi nic innego, jak udowadniać menedżerowi w każdym meczu oraz na każdej sesji treningowej, że bardzo pragnę sukcesu.

    Nowy idol Stamford Bridge to wciąż piłkarz z dużymi rezerwami i całkiem pokaźnym polem do poczynienia progresu. Nadal musi pracować nad poszczególnymi elementami warsztatu, jak chociażby gra kombinacyjna, zastawianie się czy uderzenia z dystansu, co zresztą regularnie czyni w trakcie lub po treningach. Nikt nie ma jednak wątpliwości co do tego, że w trakcie swojej trzyetapowej tułaczki po Bristol City, Swansea oraz Aston Villi Tammy Abraham dojrzał do występów na szpicy Chelsea. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #chelsea #cfc #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-09-17 13-21-43.jpg

  •  

    Kolejka w 20 punktach #5

    Wyczekiwanie zakończone, odliczanie zamknięte. Po emocjach - lub ich braku - związanych z meczami reprezentacji, wróciło to, co tygryski lubią najbardziej - Premier League! Co działo się na angielskich boiskach w minionej serii gier?

    1. Wobec niepowodzeń Manchesteru City oraz Leicester, Liverpool - jak przystało na lidera - pozostał jedynym zespołem w stawce, który w bieżących rozgrywkach nie zaznał jeszcze goryczy porażki. The Reds ograli Newcastle, w czym nie przeszkodziło im nawet fenomenalne trafienie Jetro Willemsa, otwierające wynik meczu. Z drugiej strony, czy wypada się temu dziwić, biorąc pod uwagę, iż podopieczni Jurgena Kloppa wygrali każde z poprzednich czterech spotkań domowych, w których tracili gola jako pierwsi?

    2. Dwadzieścia pięć meczów i basta. Manchester City po raz pierwszy od 2015 roku poległ w starciu z beniaminkiem. Gracze Pepa Guardioli nie dali rady Norwich, znowu popełniając błędy przy stałych fragmentach gry. Znowu, bo osiem spośród poprzednich dziewięciu straconych przez The Citizens bramek padło właśnie po akcjach ze stojącej piłki. Nieobecność Aymerica Laporte’a daje się we znaki już nie tylko przy okazji kiksów Otamendiego…

    3. Tottenham bez najmniejszych problemów uporał się z Crystal Palace, w czym wielka zasługa Heung-Min Sona. Koreańczyk dwukrotnie skarcił defensywę Orłów, co zresztą nigdy nie sprawiało mu większych trudności. Od przybycia do Londynu, 27-latek trafiał do siatki w każdym z czterech domowych występów przeciwko ekipie z Selhurst Park.

    4. W trakcie sobotniego meczu z Leicester Victor Lindelof udowodnił, iż w powiedzeniu, że prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym jak zaczynają, a po tym jak kończą może tkwić ziarnko prawdy. Mimo błędu, który w pierwszych minutach niemal zakończył się trafieniem Maddisona, Szwed został architektem drugiego czystego konta Manchesteru United w tym sezonie. Momentami można się było nawet zastanowić, czy to nie on jest przypadkiem tym obrońcą, dla którego Czerwone Diabły rozbiły zeszłego lata bank.

    5. Leicester jechało na Old Trafford z wielkimi nadziejami, jako jedna z trzech niepokonanych drużyn w stawce. Niestety, w starciu z dwudziestokrotnymi mistrzami Anglii Lisy długimi chwilami prezentowały się dość bezbarwnie, a “popisy” defensywne Ceglara Soyuncu uniemożliwiły im zneutralizowanie gospodarzy. Jeśli na King Power Stadium poważnie myślą o wdarciu się do czołowej szóstki, takie występy winny zostać czym prędzej wyeliminowane.

    6. Chelsea w efektownym stylu rozbiła Wolverhampton, a Tammy Abraham dopisał do swojego dorobku nie tylko kolejne bramki, ale też następne unikatowe osiągnięcia. Nie dość, że Anglik stał się najmłodszym zdobywcą hat-tricka w historii występów The Blues w Premier League, to w dodatku został trzecim piłkarzem w dziejach rozgrywek, który przed ukończeniem 21. roku życia strzelał minimum dwa gole w trzech meczach z rzędu. Wcześniej tej sztuki dokonali Cristiano Ronaldo oraz Dele Alli.

    7. Gdyby obrona Arsenalu była równie skuteczna, co jego atak, podopieczni Unaia Emery’ego mogliby po cichu marzyć o włączeniu się do walki o mistrzostwo. Ale nie jest. Od początku zeszłego sezonu Kanonierzy popełnili czternaście (!) błędów prowadzących do utraty bramki. Co im po świetnej dyspozycji Aubameyanga, skoro Luiz do spółki z Sokratisem co rusz niwelują jego wysiłki?

    8. Po dwóch zwycięstwach West Ham zremisował z Aston Villą. W rywalizacji o pełną pulę nie pomogła zapewne czerwona kartka, którą w 67. minucie gry obejrzał Arthur Masuaku. Co ciekawe, od powrotu Młotów do elity (2012 rok) jedynie Newcastle częściej kończyło spotkania w osłabieniu (26 do 22).

    9. Bournemouth odprawiło z kwitkiem Everton, a Callum Wilson dopisał do swojego dorobku kolejne dwa trafienia. Od startu ubiegłych rozgrywek snajper Wisienek wziął udział w 26 akcjach bramkowych swojego zespołu, co daje mu drugie miejsce (ex aequo z Vardym) wśród najproduktywniejszych ofensywnie Anglików występujących na poziomie Premier League. Fakt, że 27-latek nie może liczyć na miejsce w podstawowym składzie reprezentacji prowadzonej przez Garetha Southgate’a mówi wszystko o potencjale Synów Albionu.

    10. Dzięki widowiskowej akcji Moussy Djenepo Southampton odniosło trzecie wyjazdowe zwycięstwo bez straty gola z rzędu. Po raz ostatni Świeci dokonali tej sztuki ponad 33 lata temu!

    11. Pięć kolejek za pasem, a Everton nadal nie zaliczył w pełni przekonującego spotkania. Niedzielna porażka z Bournemouth była kolejnym pokazem niemocy w ataku, niezdecydowania w obronie i kompletnego braku determinacji. Marazm, marazm i jeszcze raz marazm.

    12. Crystal Palace zebrało w sobotę srogie baty od Tottenhamu, a najlepszym podsumowaniem występu Milivojevicia i spółki zdaje się być pomeczowa wypowiedź ich opiekuna. - Cieszę się, że skończyło się na czterech [straconych golach]. To wystarczająco źle, nie pragnąłem więcej - przyznał Roy Hodgson.

    13. Norwich po raz kolejny udowodniło, iż nie ma absolutnie żadnych kompleksów w stosunku do przedstawicieli Wielkiej Szóstki. Co więcej, po obiecujących, acz przegranych meczach z Liverpoolem oraz Chelsea wreszcie przyszła pora na wygraną. I to z samym mistrzem! Kanarki niespodziewanie wyrwały trzy oczka Manchesterowi City, w czym spora zasługa, a jakże, Teemu Pukkiego. Gol i asysta oznaczają, że Fin w swoich premierowych pięciu występach na poziomie Premier League maczał palce w ośmiu akcjach bramkowych swojej drużyny. Więcej, bo dziewięć, uzyskał swego czasu jedynie Kun Aguero.

    14. Podczas gdy Brighton dwoiło się i troiło w ofensywie, Burnley uderzyło w światło bramki raz, a porządne. Płaski strzał z dystansu w doliczonym czasie gry okazał się zarówno próbą na wagę jednego punktu, jak i wyjątkowym uczczeniem setnego występu na poziomie Premier League jego autora - Jeffa Hendricka. Remis na The Amex oznacza natomiast, że The Clarets nie przegrali żadnego z ostatnich ośmiu ligowych meczów z Mewami.

    15. Sheffield United poległo w drugim spotkaniu na własnym stadionie z rzędu. Co ciekawe, w historii ekstraklasowych występów The Blades taka sytuacja miała miejsce tylko raz, w marcu 1993 roku.

    16. Mimo przyzwoitego występu, Brighton tylko zremisowało z Burnley. Nie pomogła kolejna bramka Maupaya, na nic zdała się przewaga w posiadaniu piłki oraz w liczbie oddanych strzałów. Po zwycięstwie na inaugurację sezonu, Mewy nie potrafiły zgarnąć pełnej puli w żadnej z pięciu ostatnich kolejek.

    17. Aston Villa podzieliła się punktami z West Hamem, a dorobek czterech oczek w pięciu meczach stanowi najgorszy start sezonu The Villans w najwyższej klasie rozgrywkowej od 1997 roku. Na ich szczęście, w stawce są zespoły radzące sobie jeszcze mizerniej.

    18. Spektakularne uderzenie Jetro Willemsa było premierowym golem Holendra podczas jego czterdziestu dziewięciu występów w pięciu najsilniejszych ligach Starego Kontynentu. Niestety był to jedyny pozytywny akcent Newcastle w trakcie sobotniego popołudnia na Anfield. Po porażce 1:3 Sroki zawitały do strefy spadkowej.

    19. Źle się dzieje na Molineux. Po pięciu kolejkach Wolverhamtpon pozostaje jedną z dwóch drużyn bez zwycięstwa na koncie, a w minionej serii gier straciło aż pięć bramek. Po raz ostatni Wilki były tak bezradne w defensywie w 2012 roku, kiedy zakończyły sezon spadkiem. Oby była to jedynie smutna ciekawostka, a nie żaden prognostyk…

    20. Może i Quique Sanchez Flores zaliczył przyzwoity powrót na ławkę trenerską Watfordu, lecz Szerszenie nadal okupują ostatnią pozycję w tabeli. Co gorsza, nadchodzące starcia z podrażnionym Manchesterem City oraz łaknącym przełamania Wolverhampton mogą skutecznie uniemożliwić zmianę niniejszego stanu rzeczy. A ligowego zwycięstwa jak nie było, tak nie ma.

    Mimo że za nami zaledwie pięć serii gier, niniejszy wpis jest ostatnim z cyklu “Kolejka w 20 punktach”. Po roku cotygodniowych podsumowań postanowiłem odpuścić tworzenie materiału, który od dłuższego czasu nie daje mi ani frajdy, ani satysfakcji. Poświęcanie każdemu zespołowi kilku słów jest w moim odczuciu zbyt płytkie, mija się z celem i moją wizją pisania. O wiele więcej sensu, moim zdaniem, ma skupienie się na jednym konkretnym temacie i dokładne jego zgłębienie. Mam nadzieję, że uszanujecie tę decyzję. Na kolejny tekst zapraszam już jutro!

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #astonvilla #norwich #zycienaokraglo #kolejkaw20

    Zdjęcie: Norwich City
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-09-16 13-06-54.jpg

  •  

    Dwufrontowe wycie Wilków

    W eliminacjach Ligi Europy niczym nowiusieńkie Ferrari z połyskującą karoserią, w Premier League bardziej jak Ford Mondeo z drugiej ręki. Takie właśnie jest Wolverhampton w początkowej fazie sezonu. Co będzie dalej? Czy drużyna prowadzona przez Nuno Espirito Santo jest w stanie pogodzić oba fronty?

    Dziesięć spotkań w trzydzieści dziewięć dni. Podróże do Belfastu, Erywania, Leicester, Turynu oraz Liverpoolu. Funkcjonowanie pod ogromną presją, w ciągłym stresie i pośpiechu. Wszystko to poprzedzone wizytą w Chinach, celem wystąpienia w Asia Trophy - towarzyskim turnieju organizowanym przez władze angielskiej ekstraklasy.

    Napisać, że zespół z Molineux ma za sobą intensywne lato, to jak stwierdzić, iż Rów Mariański jest całkiem głębokim dołkiem, to określić Burj Khalifa mianem pokaźnego wieżowca czy przyrównać Morze Kaspijskie do sadzawki w babcinym ogródku. Nie da się opisać tego wysiłku, nie ujmując mu rozmiarów, nie łagodząc jego katorżniczości. Nie mniej daremne zdaje się zresztą jednoznaczne i kategoryczne ocenienie jego rezultatów. O ile bowiem eliminacje Ligi Europy stanowiły sielankę, o tyle zmagania ligowe skutecznie zapobiegły popadnięciu w samozachwyt.

    Jako się rzekło, w potyczkach międzynarodowych Wilki poradziły sobie wyśmienicie. Na śniadanie wciągnęły Crusaders FC (6:1 w dwumeczu), na obiad spałaszowały Pyunik (8:0), zaś na kolację schrupały Torino (5:3). Żaden z rywali nie był w stanie przeciwstawić się sile Jimeneza i spółki, żaden nie potrafił spłatać im figla. Mimo 29-letniej banicji, ekipa z West Midlands nie zapomniała, jak gra się na Starym Kontynencie. Komplet zwycięstw i pewny awans do fazu grupowej złożyły się na powrót na salony w iście imponującym stylu.

    Na krajowym podwórku już tak kolorowo nie było. Podopieczni Nuno Espirito Santo zaczęli od bezbramkowego remisu z Leicester, następnie podzielili się punktami z Manchesterem United oraz Burnley, a w ostatni weekend przed przerwą reprezentacyjną przegrali z Evertonem. Optymiści, optujący za szklanką w połowie pełną, zauważą, że Wolverhampton mierzyło się z bardzo wymagającymi rywalami i mając w nogach zdecydowanie więcej minut od nich aż do czwartej kolejki pozostawało niepokonane. Pesymiści, widzący naczynie w połowie puste, zwrócą z kolei uwagę, iż drużyna z Molineux dotąd nie odniosła ligowego zwycięstwa, co ostatnim razem zakończyło się spadkiem do Championship. Wszyscy zgodzą się jednak co do tego, że początek rozgrywek angielskiej ekstraklasy w wykonaniu trzykrotnych mistrzów ojczyzny futbolu nie należał do najbardziej udanych.

    Co będzie dalej? Czy Wilki są w stanie zerwać z łatką zespołu o dwóch obliczach i pogodzić oba fronty?

    Biorąc pod uwagę odważne ambicje właścicieli Fosun - chińskiego konsorcjum zarządzającego klubem - nie mają innego wyjścia. I wcale takowego nie pragną. Zarówno członkowie sztabu szkoleniowego, jak i kadry zawodniczej, doskonale wiedzą, ile pracy i poświęcenia kosztowało ich dotarcie do miejsca, w którym znajdują się dzisiaj. Pamiętają mordercze batalie na zapleczu elity, zeszłosezonowe zmagania z najlepszymi ekipami w kraju, a także niezwykle intensywne lato. Niczego nie dostali za darmo, nikt nie podarował im prawa do występów w Premier League oraz w Lidze Europy w prezencie. Sami je sobie wywalczyli, toteż ani myślą o traktowaniu którychkolwiek rozgrywek po macoszemu. O żadnych półśrodkach nie ma mowy.

    Wręcz przeciwnie, Wolverhampton chce czerpać z uzyskanej szansy pełnymi garściami. Dowieść swojej wartości na Starym Kontynencie i zanotować kolejny awans w hierarchii drużyn z własnego podwórka. - Dlaczego nie mielibyśmy zakończyć sezonu na jednym z sześciu czołowych miejsc? - pytał Raul Jimenez w rozmowie ze Sky Sports. - Musimy myśleć, że jesteśmy w stanie tego dokonać. Mamy odpowiedniego szkoleniowca, piłkarzy i strukturę, by to osiągnąć. Biorąc pod uwagę potencjał zespołu, trudno sądzić, by Meksykanin był w swojej deklaracji odosobniony.

    Świadomość dzierżonej okazji, a także determinacja, by jak najlepiej ją wykorzystać i skonsumować, świadczą o poważnym, dojrzałym podejściu do tematu. Zdaje się, że nieprzypadkowa grupa ludzi nie przypadkiem znalazła się w nieprzypadkowym miejscu. A to już solidny argument, dla którego podopieczni Nuno Espirito Santo mogą spełnić ambicje - tak swoje, jak i szefostwa. Jest to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej, wszak dobrych omenów jest więcej.

    Weźmy takie doświadczenie. Doskonała większość podstawowej jedenastki Wilków zna smak europejskich pucharów. Rui Patricio reprezentował w nich Sporting (93 występy), Willy Boly Bragę i Porto (13), Jonny Celtę Vigo (12), Ruben Neves Porto (20), Leander Dendoncker Anderlecht (53), Joao Moutinho Sporting, Porto oraz Monaco (118), Diogo Jota Porto (8), a Raul Jimenez Atletico Madryt i Benficę (22). Tegoroczna przygoda nie jest dla nich niczym nowym. Wiedzą z czym wiąże się gra na kilku frontach, robili to w przeszłości. Pozostali udowodnili natomiast, iż są elastyczni i prędko adoptują się do zastanych realiów. Przecież zawodnicy pokroju Conora Coady’ego, Matta Doherty czy Romaina Saissa jeszcze do niedawna nie znali smaku Premier League, co najwyżej jej woń. Jak radzili sobie w zeszłym sezonie ligowym - wszyscy wiemy.

    Dalej idzie nastawienie menedżera oraz fanów - wbrew pozorom, dość istotny czynnik. Zarówno Nuno, jak i kibice wypełniający 32-tysięczne Molineux przy każdej możliwej okazji, zdają sobie sprawę z tego, że rezultaty nie przyjdą ot tak. Wszystko wymaga czasu oraz cierpliwości. Z tego powodu Portugalczyk po wielokroć prawił o metodzie małych kroków, stopniowym i harmonijnym rozwoju, stawianiu ewolucji nad rewolucją. Chwilowe problemy czy kryzysy nie są w stanie odwieść go od realizacji długofalowej wizji i trzymania się założeń (w przedsezonowym wywiadzie udzielonym The Guardian 45-latek porównał to do Coca-Coli, która eksperymentuje ze smakami, ale nigdy nie zmienia receptury) tak, jak gorsze wyniki na jednym z frontów nie sprawiają od razu, iż sympatycy klubu zaczynają psioczyć na swoich ulubieńców. Mimo słabego startu w kampanii ligowej, dla większości z nich szklanka pozostaje w połowie pełna.

    I choć doświadczenie piłkarzy, filozofia szkoleniowca oraz wsparcie trybun to szalenie ważne części składowe, koronnym argumentem sukcesu zawsze są umiejętności. I tu kolejny plus dla Wolverhampton. Nie dość, że wierność ofensywnemu, ekspansywnemu stylowi gry zdała egzamin po awansie do Premier League, to w dodatku skład personalny drużyny nie odbiega jakością ani od Besiktasu, ani od Bragi, ani tym bardziej od Slovana Bratysława, czyli grupowych rywali Wilków na arenie międzynarodowej. Ekipa, która w minionych rozgrywkach wyszarpała szesnaście punktów potęgom z Manchesteru i mocarzom z Londynu nie może czuć paraliżującego respektu przed przeciwnikami z Turcji, Portugalii i Słowacji. Pytanie tylko, czy tym nie jest przypadkiem bliżej do zespołów plasujących się w dolnych rejonach tabeli angielskiej ekstraklasy, ze starć z którymi Coady i spółka uzyskali w zeszłym sezonie zaledwie czternaście oczek, aniżeli do Wielkiej Szóstki?

    Czyżby więc klub z West Midlands miał wszystko, czego potrzeba do pogodzenia zmagań ligowych z potyczkami na Starym Kontynencie? Nie do końca. Solidną łychę dziegciu w beczce miodu stanowią bowiem liczebność oraz głębia kadry.

    Nuno Espirito Santo może zarzekać się, iż ma do dyspozycji sześćdziesięciu graczy, lecz rzeczywistości nie oszuka - Wolverhampton posiada jedną z najskromniejszych załóg w Premier League. Oczywiście, w drużynach młodzieżowych znalazłoby się zapewne kilka ciekawych jednostek, co pokazuje chociażby przykład Morgana Gibbsa-White’a, ale w dłuższej perspektywie nieobyci z seniorskim futbolem piłkarze nie zrobią pożądanej różnicy. To, czy uczynią to sprowadzeni latem Vallejo, Cristovao, Jordao, Neto i Cutrone także pozostaje zresztą kwestią dyskusyjną, wszak wybranie jakości zamiast ilości w celu podtrzymania motywacji członków wyjściowej jedenastki - o czym na każdym kroku trąbi sztab szkoleniowy - może w tym wypadku odbić się czkawką. Różnica klas między składem podstawowym a rezerwami jest zwyczajnie zbyt duża, by rotować personaliami bez zwiększonego ryzyka poniesienia porażki. Odrodzenie Adamy Traore jest niczym więcej, niż jedną jaskółką w kontekście nadejścia wiosny.

    Poprzednich przedstawicieli angielskiej ekstraklasy, którzy występowali w europejskich pucharach (tudzież w eliminacjach tychże) za sprawą uzyskania tytułu “best of the rest”, dosięgał swoisty pocałunek śmierci. Nie był wprawdzie tak brutalny, jak w przypadku ich polskich odpowiedników, lecz ani West Ham, ani Everton, ani Burnley nie potrafili pogodzić rozgrywek Premier League z Ligą Europy, zawodząc jednocześnie na obu frontach. Mimo wąskiej kadry, istnieje szereg argumentów każących sądzić, że Wilki nie podzielą ich losu. I choć szanse na wdarcie się pomiędzy potentatów z Wielkiej Szóstki są znikome, a wobec coraz potężniejszego Leicester i nabierającego kształtów Evertonu powtórzenie finiszu minionej kampanii ligowej będzie szalenie trudne, bieżący sezon powinien przynieść kibicom Wolverhampton wiele radości oraz satysfakcji. Według wszelkiego prawdopodobieństwa ich ulubieńców stać na uplasowanie się w środku stawki na krajowym podwórku i owocną przygodę na Starym Kontynencie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #ligaeuropy #zycienaokraglo

    Zdjęcie: Wolverhampton Wanderers
    pokaż całość

    źródło: IMG_20190905_172509.jpg

  •  

    Kolejka w 20 punktach #4

    Pierwszy miesiąc rywalizacji na angielskich boiskach już za nami! Było gorąco i ciekawie, lecz tak, jak uczniowie wracają do szkoły, tak piłkarze wybierają się na zgrupowania swoich reprezentacji. Zanim nieszczęsna przerwa od zmagań ligowych rozpocznie się na dobre, sprawdźmy, co wydarzyło się na stadionach Premier League w miniony weekend.

    1. Dziesięć z poprzednich dwunastu drużyn, które do końca sierpnia pozostawały liderem, nie zdołało sięgnąć po mistrzostwo. Mimo to, trudno sądzić, iż niniejsza passa jest w stanie zepsuć humory na Anfield. Nie, kiedy Liverpool wygrał właśnie trzynaste ligowe spotkanie z rzędu, stając się drugą ekipą w dziejach, która przy okazji każdego zwycięstwa zdobywała minimum dwie bramki. W 1960 roku tej samej sztuki dokonał Tottenham.

    2. Ile celnych strzałów oddał w tych rozgrywkach Sergio Aguero? Sześć. Ile ma trafień? Sześć. Argentyńczyk mocno wszedł w nowy sezon i przewodzi w rywalizacji o Złotego Buta. Niebywałe, iż dotąd zdobył go tylko raz…

    3. Piłkarze Leicester uczcili pięćsetne spotkanie w menedżerskiej karierze Brendana Rodgersa efektowną wygraną z Bournemouth. Biorąc pod uwagę, iż po murawie hasał Jamie Vardy, wprost nie mogło być inaczej. Od momentu zatrudnienia Irlandczyka z Północy Anglik zaliczył 14 ligowych występów, w których miał udział przy 14 akcjach bramkowych Lisów. Dobrana parka.

    4. Jordan Ayew wyrasta na lidera Crystal Palace! Ghańczyk strzelał gole w dwóch meczach na poziomie ekstraklasy z rzędu, co po raz ostatni udało mu się w 2015 roku. Jak na ironię, był wówczas zawodnikiem Aston Villi, którą skarcił w minioną sobotę.

    5. Kolejny występ i kolejny popis defensywy Arsenalu. Od początku sezonu 2017/18 Kanonierzy popełnili trzynaście błędów prowadzących do utraty bramki (sam Leno zawinił sześciokrotnie!), co tym razem skrzętnie wykorzystali piłkarze Tottenhamu. Remis w derbach jest w dużej mierze zasługą ofensywy. I choć mawia się, że to właśnie ona jest najlepszą obroną, wątpliwe, by takie podejście zdało egzamin w dłuższej perspektywie.

    6. Po szalonym meczu na Goodison Park, Everton pokonał Wolverhampton. W rolę bohatera gospodarzy wcielił się zdobywca dwóch goli - Richarlison, lecz niewiele mniejsze pochwały należą się Lucasowi Digne, który zaliczył asystę przy decydującym trafieniu Brazylijczyka. Francuz jest jednym z trzech obrońców, którzy od startu ubiegłych rozgrywek wzięli udział w dziesięciu akcjach bramkowych. Pozostali dwaj to naturalnie Andy Robertson oraz Trent Alexander-Arnold.

    7. West Ham z pierwszym czystym kontem w sezonie i drugą przekonującą wygraną z rzędu! Młoty nie dały większych szans Norwich, a Manuel Pellegrini w pomeczowym wywiadzie zwrócił uwagę właśnie na dobrą grę obronną. Dodając do niej postawę w ofensywie, Chilijczyk podsumował występ swoich podopiecznych stwierdzeniem, iż zespół starał się być kompletny.

    8. Kolejna rakieta Daniela Jamesa i kolejna strata punktów Manchesteru United. Jak tak dalej pójdzie, za rok Walijczyk będzie grał w Realu Madryt czy innej Barcelonie, natomiast Czerwone Diabły znowuż w Lidze Europy. A i to niekoniecznie.

    9. Do pierwszej minuty doliczonego czasu gry otwierającej połowy potyczki z Arsenalem, Koguty miały wszystko: prowadzenie, przewagę psychologiczną, kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami i wiarę w sukces. Potem fenomenalnie uderzył Lacazette i wszystko runęło niczym domek z kart. Zmarnowanie dwubramkowej przewagi zdaje się być perfekcyjnym streszczeniem początku rozgrywek w wykonaniu drużyny Pochettino. Inauguracja - tak sezonu, jak i derbów - była niezła, lecz z każdym kolejnym tygodniem - tudzież minutą - Londyńczycy gaśli. Przerwa reprezentacyjna dobrze im zrobi.

    10. Sheffield United rzutem na taśmę wywalczyło oczko w starciu z The Blues i, jak przyznał Chris Wilder, niniejszy rezultat powinien dać drużynie zastrzyk pewności oraz wiary w siebie. Może i Stamford Bridge nie stanowi twierdzy nie do zdobycia, lecz remis z przedstawicielem Wielkiej Szóstki, to remis z przedstawicielem Wielkiej Szóstki.

    11. Frank Lampard przekonał się, iż młodość niekoniecznie chodzi w parze z punktami. Anglik posłał w bój najmniej doświadczoną jedenastkę w historii występów Chelsea w Premier League - średnia wieku wyniosła zaledwie 24 lata i 158 dni - lecz ta nie zdołała stłamsić The Blades. Nie pomógł Willian, na nic zdało się danie szansy Batshuayiowi. Kolejny dublet Abrahama starczył tylko do remisu.

    12. Wydaje się, iż ofensywa Liverpoolu jest na tyle skuteczna, że nie trzeba jej specjalnie pomagać. A jednak Burnley było na tyle miłe. Niefortunny rykoszet od ciała Chrisa Wooda oznacza, iż od startu rozgrywek 2016/17 The Clarets zaliczyli osiem trafień samobójczych. Więcej - dziewięć - zanotowało jedynie Bournemouth.

    13. Southampton kontynuuje przyzwoitą passę i po ograniu Brighton oraz Fulham, zremisowało z Manchesterem United. Radości Ralpha Hasenhuttla nie odroczyła nawet czerwona kartka Kevina Danso. Co ciekawe, austriacki obrońca stał się pierwszym piłkarzem w historii Świętych, który w premierowym występie w Premier League na St Mary's Stadium został wyrzucony z boiska.

    14. Mimo kilku dogodnych okazji do skarcenia defensywy przeciwnika, Newcastle tylko zremisowało z Watfordem. I choć punkt, to zawsze punkt, należy zastanowić się, czy przy obecnej formie Szerszeni nie była to raczej strata dwóch oczek, aniżeli zysk jednego.

    15. Od startu ubiegłego sezonu Ryan Fraser oraz Callum Wilson współpracowali przy 13 akcjach bramkowych Bournemouth. Niestety najświeższa z nich wystarczyło jedynie do uratowania honoru Wisienek w potyczce z Lisami.

    16. Brighton jechało na Etihad Stadium niczym na ścięcie i faktycznie, w Manchesterze doszło do egzekucji. Mimo dwunastu ligowych prób, obiekt The Citizens pozostaje dla Mew wyłącznie miejscem tortur.

    17. Może i Wolverhampton awansowało do fazy grupowej Ligi Europy, lecz na własnym podwórku pozostaje jednym z dwóch klubów, które w bieżącym sezonie nie zaznały jeszcze smaku zwycięstwa. Czyżby śmierć malowała już usta przed pocałunkiem?

    18. Po przełamaniu z Evertonem Aston Villa zainkasowała kolejny cios na korpus. Porażka z Crystal Palace oznacza, że The Villans nie wygrali żadnego z poprzednich 20 wyjazdowych spotkań na poziomie elity, przegrywając ostatnich 9. Jeśli Villa Park nie stanie się twierdzą, o utrzymanie może być trudno.

    19. W sytuacji, w której Pukki nie strzela, Norwich nie ma co liczyć na punkty. Kanarki po raz pierwszy od awansu do ekstraklasy zagrały “na zero z przodu” i wciąż czekają na pierwszą zdobycz wyjazdową.

    20. Minuta i osiemnaście sekund - tyle wystarczyło Willowi Hughesowi do otwarcia wyniku w potyczce Srok z Szerszeniami. Drugi najszybszy gol w historii występów klubu w Premier League (prędzej uczynił to tylko Etienne Capoue) nie wystarczył jednak do zwycięstwa. Premierowy punkt stanowi marne pocieszenie wobec ostatniego miejsca w tabeli…

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #astonvilla #norwich #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-09-01 20-48-23.jpg

  •  

    Projekt pana Ralpha

    Piłkarze Southampton nie mogą zaliczyć startu bieżącego sezonu do szczególnie udanych. Mieli zainaugurować zmagania ligowe z przytupem, lecz dostali srogie baty od Burnley. Chcieli skorzystać na napiętym, wycieńczającym psychicznie i fizycznie terminarzu Liverpoolu, ale The Reds dali im wyrafinowaną lekcję futbolu. Pragnęli odkuć się przekonującym zwycięstwem z Brighton, jednak męczyli się pomimo gry w przewadze jednego zawodnika. Ba, nawet z występującym klasę niżej Fulham szło im jak po grudzie. Wypadek przy pracy? A może preludium do kolejnych rozgrywek naznaczonych marazmem? Na co naprawdę stać zespół Ralpha Hasenhuttla?

    Złoty okres w najnowszych dziejach klubu z St Mary’s Stadium, w którym drużyna cztery razy z rzędu kończyła ekstraklasowe zmagania w górnej połowie tabeli, to z perspektywy jej kibica prehistoria. Nie o ramy czasowe się tu jednak rozchodzi, a o ogrom przeobrażeń, jakich Święci doświadczyli w minionych dwóch latach. W kadrze nie ma już ani generała defensywy - Virgila van Dijka, ani architekta ofensywy - Dusana Tadicia, ani nawet żadnego z trójki mniej lub bardziej zasłużonych snajperów - Manolo Gabbiadiniego, Charliego Austina oraz Jaya Rodrigueza. Przez ławkę trenerską przewinęło się aż czterech szkoleniowców, pryncypium stawiania na młodzież trafiło do szafy z nieużywanymi płaszczami, a ekspansywny, atrakcyjny dla oka styl gry został skutecznie stłumiony. Co zaś najważniejsze i zarazem najsmutniejsze, Southampton przeistoczyło się z ekipy nieustępliwie walczącej o prawo do występów w europejskich pucharach w uśpionego średniaka drżącego o utrzymanie. Ewolucja? Owszem. Problem w tym, że wsteczna.

    Przyczyn degrengolady było wiele, by wymienić tylko niewłaściwe wybory menedżerskie, wątpliwej jakości wzmocnienia i starzejący się, tracący potencjał skład. Rzetelnych działań w celu odmiany sytuacji - mniej niż słusznych decyzji sędziów korzystających z systemu VAR w ostatniej kolejce Premier League. Kulminacją fatalnej passy zarządu było awansowanie Marka Hughesa z szeregowego strażaka w pełnoprawnego szefa brygady, który miał przywrócić drużynie należyty blask. Trudno o dobitniejszy dowód desperacji i chaosu. O pojęcie, jakim cudem te same osoby decyzyjne zdołały przekonać do współpracy Ralpha Hasenhuttla - nie łatwiej.

    Austriak, zwany niekiedy - ku swojemu niezadowoleniu - Alpejskim Kloppem, to przecież fachowiec, co się zowie. Zanim trafił do Anglii, całą menedżerską karierę spędził w Niemczech, gdzie malutkie VfR Aalen wprowadził na drugi poziom rozgrywkowy, ze skromnym Ingolstadt awansował do Bundesligi, a z nowobogackim beniaminkiem z Lipska sięgnął po wicemistrzostwo kraju. Rzetelną, owocną pracą zyskał całkiem pokaźne grono zwolenników, z włodarzami Bayernu Monachium na czele. Po ponownym odejściu Juppa Heynckesa na emeryturę, Uli Hoeness oraz Karl-Heinz Rummenigge rozważali ponoć kandydaturę Hasenhuttla, lecz 52-latek nie czuł się gotowy na tak wymagające wyzwanie. Zamiast do stolicy Bawarii, kilka miesięcy później przeprowadził się więc na południe Wielkiej Brytanii.

    O tym, iż grudzień jest wyjątkowo nieprzyjaznym miesiącem na stawianie pierwszych kroków w angielskiej ekstraklasie, nikogo nie trzeba przekonywać. Zimniej i mokrzej niż zwykle, spotkań w bród, czasu na aklimatyzację tyle, co kot napłakał. Jeśli trafisz do któregoś z Manchesterów, Liverpoolu lub jednej z londyńskich potęg - pół biedy. Przejęcie zespołu bijącego się o utrzymanie, a więc dalekiego od spokoju i porządku, to dopiero wymagający test! A tak się niefortunnie złożyło, że owego piątego dnia ostatniego miesiąca 2018 roku, kiedy były opiekun Byków z Saksonii zdecydował się osiedlić w malowniczym Southampton, miejscowa drużyna okupowała osiemnastą pozycję w tabeli. Niby najwyższą z najniższych, lecz wciąż w strefie zagrożenia. I choć przybycie brawurowego Ralpha stanowiło spore ryzyko - tak dla niego, jak i dla klubowych działaczy - przyszłość pokazała, iż warto było je podjąć.

    Od momentu zatrudnienia Austriaka, do końca sezonu 2018/19, Święci rozegrali 23 mecze ligowe, w których odnieśli 8 zwycięstw i zdobyli 30 punktów (dla porównania, na identycznym dystansie za kadencji Hughesa sięgnęli zaledwie po 17 oczek). Na pierwszy rzut oka nie jest to może bilans zwalający z nóg, ale jeśli dodamy, iż ekipa z St Mary’s Stadium pokonała Arsenal, Tottenham oraz Wolverhampton, a do tego zremisowała z Chelsea, wygląda on o niebo lepiej. Piłkarze biegali znacznie więcej, zakładali wysoki, zorganizowany pressing - element nieznany drużynie prowadzonej przez wspomnianego wyżej Walijczyka - i osiągali przyzwoite wyniki strzeleckie, prześcigając w tej kwestii Leicester czy chociażby Bournemouth. Co zaś najważniejsze, wykaraskali się ze strefy spadkowej, by zająć ostatecznie szesnaste miejsce. Gruntowna metamorfoza bez precedensu.

    Wszystko to odbyło się się bez kilkutygodniowego okresu przygotowawczego, w którym Hasenhuttl miałby komfort wpojenia zespołowi swojej filozofii, i bez wielomilionowych wzmocnień w zimowym oknie transferowym. Zamiast tego posiłkowano się nielicznymi w perspektywie intensywnego półrocza sesjami treningowymi oraz jednostkami dotąd przygaszonymi - młodymi Bendarkiem i Valerym tudzież nieco bardziej doświadczonymi Romeu, Redmondem oraz Wardem-Prowsem.

    Nic dziwnego, iż w związku z letnimi poczynaniami Southampton, spośród których ciężka praca w Stablewood okazała się akurat najmniej istotna, oczekiwania i nadzieje kibiców osiągnęły niespotykany od dawna poziom.

    Optymizm wywołała przede wszystkim forma sportowa Hojbjerga i spółki. O ile remis ze średniakiem austriackiej ekstraklasy, SCR Altach, i pokonanie drugoligowego Preston nie było szczególnie znaczące, o tyle odprawienie z kwitkiem Guangzhou R&F, w którym występuje obecnie Mousa Dembele, Feyenoordu oraz beniaminka Bundesligi, FC Koeln, mogło zrobić wrażenie. Tym bardziej, że w pięciu przedsezonowych sparingach Święci zdobyli aż trzynaście bramek, samemu tracąc jedynie trzy.

    Drugą płaszczyzną, na której klub zaimponował swoim sympatykom, były natomiast roszady personalne. Nie dość, iż St Mary’s Stadium opuścili przeciętni i dłużej nieprzydatni Forster, Austin, Davies oraz Clasie, to w dodatku kadrę zasiliła grupa młodych, zdolnych i głodnych sukcesu zawodników. Z Birmingham przybył strzelec 22 goli w zeszłej kampanii Championship - Che Adams. Ze Standardu Liege sprowadzono niezwykle dynamicznego, ale i całkiem produktywnego (11 bramek i 6 asyst w ostatnich rozgrywkach) Moussę Djenepo. Zaś Augsburg przystał na ofertę wypożyczenia świetnie zbudowanego Kevina Danso. Perspektywiczne trio uzupełnił ponadto już nie taki młody, acz wciąż obiecujący Danny Ings, który od startu ubiegłego sezonu pozostaje najskuteczniejszym piłkarzem zespołu.

    I choć owocne działania w obu sferach - zarówno sportowej, jak i personalnej - uradowały wszystkich związanych z Southampton, na kibicach wieszczących swym ulubieńcom miejsce w górnej części tabeli poczynając, a na zadowolonym z wykonanej pracy Ralphie Hasenhuttlu kończąc, austriacki szkoleniowiec zachował chłodną głowę. - W zeszłym sezonie opieraliśmy się na dobrych fundamentach, a teraz pragniemy się rozwijać - mówił 52-latek w rozmowie z klubowymi mediami na początku sierpnia. - Próbujemy nowych rzeczy, chcemy szybciej operować piłką z przodu, zminimalizować ryzyko i nie tracić głupich bramek. Sądzę, że w przedsezonowych spotkaniach wypadliśmy pozytywnie i zanotowaliśmy niezłe rezultaty, lecz to tylko sparingi. To miłe, ale nikt nie wie, jak dobrzy naprawdę jesteśmy, a wyniki zaczną się liczyć dopiero za chwilę.

    Jeśli słowa te były przestrogą przed hurraoptymizmem, kolejne powinny stanowić antidotum na rozczarowanie początkowymi meczami sezonu. - Wiem, iż każdy chciałby usłyszeć, że zakończymy rozgrywki w pierwszej dziesiątce, ale osobiście tak nie myślę - wyjawił Austriak. - Staram się obierać mniejsze cele, dążąc do poprawy poszczególnych elementów. Jeśli tak robisz, na koniec otrzymujesz to, na co zasłużyłeś. Mam nadzieję, iż pójdzie nam lepiej niż ostatnio i jestem pewien, że regularne zdobywanie punktów nam to umożliwi.

    Mimo zmieniającej się co rusz atmosfery wokół klubu boss prawi więc jasno: stawiam na długofalowość. I to widać.

    Ani zimą, ani latem, na St Mary's Stadium nie trafili zawodnicy będący u szczytu kariery lub, co gorsza, powoli ze swojego Everestu schodzący. Wręcz przeciwnie, pomijając Ingsa, Hasenhuttl wziął pod opiekę piłkarzy dopiero zaczynających pisać własną historię w dorosłej piłce, niezmanierowanych, a nade wszystko pragnących czynić progres, stale uczyć się nowych rzeczy. Wszak sympatyczny Ralph wie, że doświadczeni rutyniarze bywają niczym kredyty chwilówki - mogą dać ci natychmiastowy efekt, lecz w szerszej perspektywie stanowią kulę u nogi na drodze rozwoju. A Austriak rozwijać chce i potrafi, co udowodnił pracując w RB Lipsk. Ba, nawet w trakcie bądź co bądź krótkiego pobytu na ziemi angielskiej szkoleniowiec rodem z Grazu pomógł poszczególnym graczom wejść na wyższy poziom albo przynajmniej odzyskać utracony blask.

    I tak Jan Bednarek z rzadko używanego rezerwowego przeistoczył się w jednego z solidniejszych środkowych obrońców, spośród występujących w klubach spoza Wielkiej Szóstki. Yan Valery, wszedłszy do seniorskiego futbolu z przytupem, stał się kolejnym obiecującym prawym defensorem swojego pokolenia. Oriol Romeu do spółki z Pierrem-Emilem Hojbjergiem na nowo stworzyli niezwykle zadziorny duet w centralnej strefie boiska. James Ward-Prowse wreszcie zaprezentował pełnię swoich możliwości (gole w trzech kolejnych spotkaniach w styczniu oraz w marcu), co pozwoliło mu na powrót do Reprezentacji Anglii. Natomiast Nathan Redmond zaliczył najlepsze liczbowo rozgrywki od kiedy występuje na poziomie ekstraklasy i został uhonorowany tytułem Piłkarza Sezonu według kibiców Świętych. Tylko patrzeć, jak w ich ślady pójdą obiecująco zapowiadający się Danso lub chwalony zewsząd Djenepo.

    Odmłodzenie kadry - średnia wieku podstawowej jedenastki oscyluje obecnie w okolicach 24. roku życia - to z jednej strony element długofalowej wizji, z drugiej zaś swoisty powrót do korzeni. Nie inaczej jest zresztą w przypadku stylu gry, jaki Hasenhuttl stara się wpoić swoim podopiecznym. I choć Hojbjergowi i spółce wciąż daleko do pogodzenia efektywności z efektownością - o ofensywnym polocie oraz finezji z czasów, gdy za sterem stali Mauricio Pochettino i Ronald Koeman nie wspominając - zespół prowadzony przez Austriaka prezentuje się nieporównywalnie bardziej atrakcyjnie, aniżeli w minionych dwóch latach.

    Na ralphowe credo składają się trzy podstawowe elementy. Po pierwsze - wybieganie. Od momentu zatrudnienia 52-letniego szkoleniowca Święci są jedną z najchętniej przebierających nogami drużyn w angielskiej elicie (w 16 pierwszych występach pod wodzą nowego trenera aż 15-krotnie dystansowali w tym aspekcie rywali), co nieodłącznie wiąże się drugim składnikiem uskutecznianej wizji - pressingiem. To właśnie dzięki niemu - czy może raczej przez niego - były menedżer Ingolstadt porównywany jest do Jurgena Kloppa, lecz o ile piłkarze Niemca bazują na nieustannej gonitwie, o tyle Hasenhuttl wymaga przecinania konkretnych linii podań, wybijania przeciwników z rytmu oraz wymuszania możliwie jak najbardziej ryzykownych decyzji. Niniejszy plan zdał egzamin choćby w niedawnym starciu z Liverpoolem, kiedy Adrian nastrzelił piłką Ingsa, który skierował futbolówkę do siatki. Ostatnią cząstką filozofii Austriaka jest natomiast intensywność. Ekipa z St Mary’s Stadium jest w ciągłym ruchu, w mig przechodzi z obrony do ataku i z powrotem, a do tego przeprowadza swoje akcje na dużej prędkości. Czyż nie jawi się to miło dla oka?

    Może i początek sezonu w wykonaniu Southampton nie jest szczególnie przekonujący, ale w zespole z Hampshire tkwi ogromny potencjał. Co więcej, Hasenhuttl konsekwentnie zmierza do jego uwolnienia i z każdym tygodniem zdaje się być bliżej upragnionego celu, czego dowodem coraz częstsze korzystanie z preferowanej od lat formacji (1-4-2-2-2). Koniec końców jest to jednak proces długofalowy. Mimo ogromnej metamorfozy i namacalnego postępu, projekt pana Ralpha pozostaje na etapie realizacji. Czy tego chcemy, czy nie, z miarodajnym ocenianiem Świętych należy wstrzymać się przynajmniej do ostatniego gwizdka sędziego w bieżących rozgrywkach.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #southampton #southamptonfc #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-08-29 10-50-34.jpg

  •  

    Kolejka w 20 punktach #3

    Wygrana Liverpoolu, gol Pukkiego, asysta de Bruyne, blamaż Watfordu - Premier League staje się coraz bardziej przewidywalna. Czy nużąca? Wręcz przeciwnie! Sprawdźmy, co wydarzyło się na angielskich boiskach w trzeciej serii gier.

    1. Jako się rzekło, z hitowego starcia na Anfield zwycięsko wyszli gospodarze. Mimo drobnych komplikacji w pierwszej połowie, w drugiej The Reds zagrali koncertowo, przy czym najgłośniej śpiewał Salah. Dublet Egipcjanina oznacza, że przy okazji ostatnich sześciu spotkań z Arsenalem były skrzydłowy Chelsea wziął udział w siedmiu akcjach bramkowych (5 goli + 2 finalne podania). Kat to mało napisane.

    2. Manchester City urządził sobie niedzielę jubileuszów na Dean Court. Nie dość, że David Silva rozegrał swój 400. mecz w barwach The Citizens, a Sergio Aguero po raz 400. w karierze wpisał się na listę strzelców, to w dodatku Kevin de Bruyne zanotował swoją 50. asystę w Premier League, osiągając to najszybciej w historii ligi (Belg potrzebował zaledwie 123 występów). A wszystko to przypieczętowane pewnym, bezsprzecznym zwycięstwem.

    3. O czym myślał David Luiz ciągnąc Mohameda Salaha za koszulkę we własnym polu karnym? Być może o tym, jak doszło do tego, że to właśnie on został wytypowany do wzmocnienia defensywy Kanonierów. Na razie niniejszy plan spalił na panewce, wszak ekipa Emery'ego w pierwszych trzech kolejkach zachowała tylko jedno czyste konto. Jak na ironię, Brazylijczyka nie było wówczas na boisku…

    4. Leicester wreszcie z potrójną zdobyczą! Lisy nie bez problemów ograły Sheffield, w czym spora zasługa niezawodnego Jamiego Vardy’ego, który nie miał litości dla swojego byłego klubu. Od momentu zatrudnienia Brendana Rodgersa w marcu bieżącego roku, Anglik zdobył w lidze aż dziesięć bramek i ani myśli zwalniać. Lata lecą, a on dalej swoje. Niczym wino!

    5. Im dalej w sezon, tym z formą Manchesteru United gorzej. Po rozbiciu Chelsea i świetnej pierwszej połowie z Wolverhampton z piłkarzy Solskjaera jakby uszło powietrze. W meczu z Crystal Palace brakowało im werwy, pomysłu, a przede wszystkim konkretów. W tej sytuacji nawet cudowne trafienie nowego Pana Old Trafford - Daniela Jamesa - zdało się na nic.

    6. Jedynie Sergio Aguero (16) oraz Sadio Mane (15) zdobyli w 2019 roku więcej ekstraklasowych goli od Ashleya Barnesa. Fenomenalny wolej napastnika rodem z Anglii dał Burnley kolejny cenny punkt.

    7. Tottenham podąża niejako śladami Czerwonych Diabłów, i o ile remis z Manchesterem City ma większą wartość niż podział oczek z Wolverhampton, o tyle przegrana z Newcastle boli nie mniej od porażki z Crystal Palace. Kogutom nie pomógł ani wprowadzony z ławki rezerwowych Christian Eriksen, ani nawet blisko 80% posiadanie piłki. Mając w pamięci zeszłotygodniowy szlagier nie sposób nie stwierdzić, iż trafiła kosa na kamień.

    8. Idiotyczne, niewytłumaczalne, kompletnie bezsensowne zachowanie Florina Andone, słusznie wycenione przez sędziego na czerwoną kartkę, pozbawiło Brighton szans na wyrównaną potyczkę z Southampton. Strata punktów smuci tym bardziej, że Mewy obiecująco weszły w sezon i na papierze wcale nie odstawały od Świętych.

    9. Nosiło Sheffield razy kilka, ponieśli i Sheffield. W sobotę The Blades doznali pierwszej porażki od momentu awansu do Premier League, lecz niczym Mariusz Pudzianowski tanio skóry nie sprzedali. Na gola Vardy’ego odpowiedział McBurnie, który od startu rozgrywek 2018/19 zdobył aż osiem bramek po uderzeniach piłki głową, i choć ostatecznie nic to nie dało, Chris Wilder nie może mieć do swoich piłkarzy większych zastrzeżeń.

    10. Orły jechały do czerwonej części Manchesteru po najniższy wymiar kary, a tu proszę - premierowe zwycięstwo w sezonie! Jeśli cokolwiek ma zapewnić podopiecznym Roya Hodgsona spokojną kampanię, to właśnie pragmatyzm, a może wręcz cynizm, który zaprocentował w potyczce z 20-krotnymi mistrzami kraju.

    11. Mimo kolejnego zjawiskowego gola Harry'ego Wilsona Bournemouth nie zdołało przeciwstawić się Manchesterowi City. Biorąc pod uwagę, że to już dziewiąta nieudana próba w najwyższej klasie rozgrywkowej, o zaskoczeniu nie ma mowy.

    12. Po trzech kolejkach sezonu Everton jest jedną z najbardziej nieprzekonujących ekip spośród tych, które celują wyżej niż spokojne utrzymanie. Remis z Crystal Palace, zwycięstwo wydarte Watfordowi i porażka z Aston Villą to bilans cokolwiek mizerny, a widoków na progres szukać próżno. No chyba, że w sprowadzonym latem Alexie Iwobim, który w starciu z The Villans dał dobrą zmianę. Pytanie tylko, czy Nigeryjczyk będzie w stanie odmienić oblicze ofensywy The Toffees w większym wymiarze czasowym?

    13. Mają to! Zawodnicy Chelsea przy czwartej próbie odnieśli premierowe zwycięstwo pod wodzą Franka Lamparda, a wszystko to przy wielkim udziale Tammy'ego Abrahama. Niespełna 22-letni Anglik jest trzecim najmłodszym piłkarzem w historii The Blues, który skompletował dublet na poziomie Premier League (wyprzedzają go jedynie Mark Nicholls oraz Eddie Newton).

    14. Po dwóch kolejkach męczarni West Ham pokazał pazur. I choć pokonanie Watfordu nie stanowi w tym sezonie wyjątkowego osiągnięcia, przekonujące zwycięstwo musi cieszyć. Tym bardziej, że zapewnił je zakontraktowany niedawno Sebastien Haller. Dwa gole Francuza oznaczają, iż bramki na poziomie Premier League zdobywało dla Młotów aż 150 różnych graczy. To absolutny rekord.

    15. Trzeci mecz i trzeci remis - z jednej strony nie jest to wymarzony początek zmagań dla Wilków, z drugiej utrzymywanie statusu niepokonanych w obliczu znajdującego się na wyciągnięcie ręki awansu do fazy grupowej Ligi Europy jest niczego sobie osiągnięciem. Nawet, jeśli punkt w spotkaniu z The Clarets uratował pewnie wykorzystany rzut karny Raula Jimeneza w 96 minucie i 55 sekundzie widowiska. To najpóźniejszy gol w Premier League od stycznia 2017 roku, kiedy Alexis Sanchez trafił do siatki w 97 minucie i 14 sekundzie potyczki Arsenalu z… Burnley.

    16. Brazylijczycy nigdy nie byli szczególnie opłacalną inwestycją w historii Aston Villi. Wystarczy napisać, że żadna z pierwszych 1079 bramek drużyny z Villa Park na poziomie Premier League nie została zdobyta przez przybysza z Kraju Kawy. Niedawno sytuacja uległa jednak diametralnej zmianie - autorami dwóch ostatnich goli byli właśnie zawodnicy pochodzący z ojczyzny Pelego. I o ile zeszłotygodniowe trafienie Luiza nie przyniosło beniaminkowi żadnych punktów, o tyle piątkowy popis Wesleya walnie przyczynił się do premierowego zwycięstwa po awansie. Jak tak dalej pójdzie, w zimowym oknie transferowym zespół zaleje grupa Latynosów.

    17. Drużyna Norwich od początku rozgrywek prezentuje się całkiem przyzwoicie, lecz daleko jej do podążania śladami wydeptanymi w poprzednim sezonie przez Wolverhampton. O ile bowiem Wilki raz po raz karciły przedstawicieli Wielkiej Szóstki, o tyle Kanarki w starciach z największymi uzbierały dotąd okrągłe zero oczek. Oby efekt końcowy, to jest finalne miejsce w tabeli, było choć minimalnie zbliżone do poprzednika w roli beniaminka.

    18. Po dwóch porażkach w słabym stylu podopieczni Ralpha Hasenhuttla wreszcie sięgnęli po trzy punkty. Swoistym katalizatorem przebudzenia okazał się sprowadzony latem Djenepo, który tydzień temu pokazał się z dobrej strony po wejściu z ławki rezerwowych, a w meczu z Brighton otworzył wynik spotkania zjawiskowym trafieniem z dystansu. Co ciekawe, od startu ubiegłych rozgrywek jedynie Tottenham zdobył więcej bramek zza pola karnego od Southampton (17 do 15).

    19. Obudzili się Święci, oczy otwierają również gracze Newcastle. Kto spodziewał się, iż zrobią to akurat w wyjazdowym starciu z Tottenhamem? Sroki pokonały przedstawiciela Wielkiej Szóstki poza własnym boiskiem pierwszy raz od 2015 roku. Co ciekawe, ich rywalem był wówczas nikt inny, jak Harry Kane i spółka.

    20. Czy to ser szwajcarski z dużymi dziurami? A może sitko z nadzwyczaj pokaźnymi oczkami? Nie, to defensywa Watfordu! Szerszenie nie potrafią zachować czystego konta na poziomie ekstraklasy od 14 spotkań i niebezpiecznie prędko zbliżają się do niechlubnego rekordu z przełomu tysiącleci, kiedy nie potrafili zagrać na zero z tyłu w 20 kolejnych meczach. Nic dziwnego, że szorują dno tabeli.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #astonvilla #norwich #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-08-25 23-19-29.jpg

  •  

    Obieżyświat na ziemi obiecanej

    Jeszcze do niedawna pozostawał królem własnego, skandynawskiego podwórka. Każda próba wyściubienia nosa poza jego granice kończyła się niepowodzeniem lub - w najlepszym wypadku - poczuciem głębokiego niedosytu. Nie odcisnął swojego piętna na lidze hiszpańskiej, niemiecka elita brutalnie zweryfikowała jego umiejętności, zaś w Szkocji było mu znacznie trudniej niż uprzednio przypuszczał. Dziś ma natomiast na koncie tytuł najlepszego strzelca angielskiej Championship, a na poziomie tamtejszej ekstraklasy skompletował tyle samo hat-tricków, co Dennis Bergkampa czy Cristiano Ronaldo. Kim właściwie jest ten cały Teemu Pukki?

    - To jeden z moich najlepszych występów w trakcie pobytu w Anglii. Kilka lat temu nawet nie marzyłem o zdobyciu hat-tricka w Premier League - stwierdził po starciu z Newcastle rozemocjonowany Fin. I choć na pierwszy rzut oka - jego słowa mogą zostać odebrane jako świadectwo braku wiary we własne możliwości lub dowód na niskolotne ambicje, pomeczowa wypowiedź doskonale oddaje wyboistość drogi, którą napastnik Kanarków poruszał się przez dwanaście długich sezonów.

    Wszystko zaczęło się w Kotce, czyli jednym z największych miast południowej Finlandii. To tam Teemu przyszedł na świat, wychował się, dojrzał i - co dla niniejszego tekstu najważniejsze - po raz pierwszy kopnął piłkę. Jako że w mig zaprzyjaźnił się z okrągłym przedmiotem, chętnie brał udział we wszelkiego rodzaju turniejach szkolnych, a kiedy upewnił się, iż futbol jest jego przeznaczeniem, wkroczył na profesjonalną ścieżkę. Okoliczności były więcej niż sprzyjające, bowiem w rodzinnej miejscowości obecnego zawodnika Norwich swoją siedzibę miało KTP (Kotkan Työväen Palloilijat). I choć nie był to klub najwyższej rangi - ekipa z Arto Tolsa Areena występowała wówczas na czwartym poziomie rozgrywkowym - na początek pasował jak ulał.

    Napisać, że Pukki był obiecującym młodzieńcem, to jak stwierdzić, że Mount Everest jest pokaźnym pagórkiem. Mając zaledwie piętnaście wiosen na karku napastnik przerastał jakością zespół do lat dziewiętnastu, co nie uszło uwadze szkoleniowca pierwszej drużyny. Jouko Alila nie bał się postawić na chłopaka z okolicy, a ten odpłacił mu się za zaufanie na tyle udanym debiutem, że zapracował na powołanie do młodzieżowej kadry Finlandii. Wszystko układało się po jego myśli, marzenia ziszczały się jedno po drugim. Z perspektywy czasu należy się jednak zastanowić, czy łatwość pokonywania kolejnych barier nie przeszkodziła Teemu w radzeniu sobie z problemami na kolejnych etapach kariery? Czy błyskawiczny rozwój talentu nie sprawił, iż Fin zbyt prędko skosztował życia w bańce?

    Bańce, która pękła chwilę po zamknięciu 29-stronicowego rozdziału pod tytułem KTP.

    Po rychłym opuszczeniu Skandynawii Pukki trafił do Hiszpanii. Zetknięcie z kompletnie inną kulturą, zupełnie odmiennym klimatem oraz mentalnością ludzi było dla osiemnastoletniego piłkarza nie lada szokiem, lecz największe wyzwania czekały na boisku. Bycie oczkiem w głowie trenerów nieodwołanie dobiegło końca, w Sevilli Teemu był jednym z wielu zawodników rywalizujących o szansę gry. Niestety batalię tę przegrał z kretesem.

    W trakcie dwóch sezonów spędzonych w stolicy Andaluzji Fin zaliczył jeden występ w barwach pierwszej drużyny. Choć słowo “występ”, to prawdopodobnie lekkie nadużycie w kontekście marnych 27 (słownie: dwudziestu siedmiu) minut w ligowym starciu z Racingiem Santander. Obecny napastnik Kanarków dwukrotnie zasiadł jeszcze na ławce rezerwowych, lecz na więcej okazji w La Liga bądź Pucharze Króla nie zasłużył. Zamiast tego kopał w drugim zespole Rojiblancos, a i to szło mu jak po grudzie - w 17 meczach zdobył 3 bramki. - Byłem nastolatkiem i przeskok był dla mnie zbyt duży. Mieszkałem daleko od domu i byłem bardzo młody. Poza tym, w Sevilli było zbyt gorąco w porównaniu z klimatem, do którego przywykłem w Finlandii - przyznał po latach Pukki. Nie pomogła mu także nieśmiałość oraz nieznajomość języka. Nic dziwnego, że kolejnym przystankiem w jego karierze były Helsinki.

    W tamtejszym HJK świeżo upieczony reprezentant kraju doświadczył swoistego katharsis. O ile końcówka kampanii 2009/10 nie była jeszcze specjalnie imponująca - choć tytuł mistrzowski, do którego Teemu przyczynił się dwoma golami w siedmiu meczach, w połączeniu ze srebrnym medalem Pucharu Finlandii, to żaden wstyd - o tyle następne rozgrywki stanowiły prawdziwą demonstrację siły. W siedemnastu spotkaniach rodzimej ekstraklasy pochodzący z Kotki napastnik zdobył jedenaście bramek, do których dorzucił osiem asyst. Był nie do zatrzymania i to pomimo faktu, że aż czterokrotnie zjawiał się na murawie w roli zmiennika. Wyśmienity okres został przypieczętowany kolejnym mistrzostwem, pucharem oraz nominacją do drużyny sezonu Veikkasuliiga. Na transfer do wyżej notowanego klubu trzeba było jednak chwilę poczekać.

    Konkretnie do 31 sierpnia 2011 roku. Kilka dni wcześniej HJK mierzyło się z Schalke 04 w kwalifikacjach do fazy grupowej Ligi Europy. Mimo sukcesu w pierwszym meczu (2:0), w rewanżu Niemcy zmiażdżyli ekipę z Helsinek 6:1 i jeśli ktokolwiek z pokonanych mógł być z siebie dumny, był to właśnie Pukki. 21-letni wówczas zawodnik strzelił w dwumeczu trzy gole, czym oczarował działaczy z Gelsenkirchen, którzy zapragnęli mieć go w swoich szeregach. A wszystko to w myśl zasady: skoro nie możemy go powstrzymać, zakontraktujmy go. Jak założyli, tak postąpili.

    Początek przygody Teemu z klubem z Zagłębia Ruhry był całkiem niezły. Wprawdzie 74-krotny reprezentant kraju znad Bałtyku był jedynie rezerwowym - na szpicy rządził i dzielił Klaas-Jan Huntelaar - ale 603 minuty gry na poziomie Bundesligi wystarczyły mu do wzięcia udziału w sześciu akcjach bramkowych. Co więcej, za sprawą znakomitego występu w potyczce z Hannoverem stał się trzecim Finem, który skompletował dublet w niemieckiej ekstraklasie. Niestety, jak się później okazało, był to jedyny moment w trakcie dwuletniego pobytu u naszych zachodnich sąsiadów, w którym napastnik zaprezentował pełnię swoich możliwości. Z każdym kolejnym miesiącem gasł, aż wreszcie po fatalnej kampanii 2012/13 (3 gole i 2 asysty) przeprowadził się do Szkocji.

    W zielono-białej części Glasgow Pukki miał wejść w buty Gary’ego Hoopera - najlepszego strzelca drużyny w każdym z trzech poprzednich sezonów - który odszedł do… Norwich. Oczekiwania oraz presja były ogromne. I choć na ogół zdobywanie bramek pomaga, tym razem było zupełnie odwrotnie. Po pierwszych dwóch występach ligowych, w których nowy nabytek The Bhoys dwukrotnie trafił do siatki, wymagania fanów poszybowały jeszcze wyżej. O taryfie ulgowej w związku z obiecującym startem nie było mowy, tym bardziej, że nikt nie spodziewał się, iż był to jedynie miły złego początek. Po drugiej kolejce Fin zawieruszył receptę na radzenie sobie z bramkarzami rywali. Nie pomógł mu ani fakt bycia podstawowym napastnikiem zespołu, ani dominacja Celticu, który bez większych problemów radził sobie z kolejnymi przeciwnikami. Najlepszym podsumowaniem jesieni w jego wykonaniu zdaje się być niniejsza statystyka: spośród 31 goli strzelonych przez ekipę z Celtic Park, Teemu miał udział w jednym - asystował przy trafieniu Anthony’ego Stokesa.

    Zimą i wiosną było niewiele lepiej. Owszem, snajper rodem z Kotki zapewnił podopiecznym Neila Lennona trzy punkty w starciu z Hibernian, trafił w potyczce z Hearts oraz ukąsił Inverness i St. Johnstone, lecz łączny dorobek siedmiu goli i dwóch asyst nie zrobił na nikim wrażenia. A jeśli już, to negatywne. - Kiedy przychodzisz do Celticu za niemałe pieniądze (2,5 miliona euro), musisz strzelać gole, a on nie był snajperem z krwi i kości. Sądzę, że nieco sobie folgował. Nie zdołał zaprezentować pełni swoich możliwości - przyznał ówczesny menedżer zespołu z Glasgow. Sam zainteresowany doszedł zaś do wniosku, iż prawdopodobnie faktycznie był nieco leniwy - szczególnie jeśli chodzi o pracę w defensywie - status i wielkość klubu go przerosły, a szkocka piłka okazała się znacznie bardziej wymagającą, niż mu się wydawało. Po dwóch bramkach w eliminacjach do Ligi Mistrzów Fin wrócił do Skandynawii z podkulonym ogonem. Znowu.

    Mimo niepowodzeń w dwóch kolejnych krajach, Broendby przyjęło Pukkiego z otwartymi ramionami. W końcu futbol nordycki od zawsze był jego żywiołem, a wypożyczenie nie wiązało się z żadnym ryzykiem. Wręcz przeciwnie, obie strony mogły na niniejszym ruchu tylko zyskać, co zresztą prędko stało się faktem. 24-latek jak zwykle zaliczył udane wejście do drużyny i za sprawą czterech trafień w czterech październikowych spotkaniach został nagrodzony tytułem Piłkarza Miesiąca duńskiej ekstraklasy. Wreszcie spełniał pokładane w nim nadzieje, błyszczał nie mając sobie równych. I choć nie uniknął kryzysów w postaci kilkumeczowych serii bez gola, a dyspozycję z początku sezonu odzyskał dopiero w maju - zdobywał wówczas bramki w trzech kolejnych występach - i tak był najskuteczniejszym zawodnikiem drużyny z Kopenhagi w rozgrywkach 2014/15. Zarząd nawet nie mrugnął okiem przy podejmowaniu decyzji o wykupieniu Teemu z Celticu.

    Wbrew pozorom nie było to tak oczywiste postanowienie. Siedemset tysięcy euro piechotą nie chodzi, a reprezentant Finlandii nigdy na dobre nie ustabilizował swojej formy. Co gorsza, miał tendencję do osiadania na laurach. Najwidoczniej jednak trzyletni kontrakt z Broendby nie był aż tak sytym kąskiem, bowiem Pukki ani myślał zwalniać. W kampanii 2015/16 ponownie stanowił o sile ofensywnej swojego zespołu (13 goli i 1 ostatnie podanie), lecz najlepsze nadeszło dopiero w następnym sezonie, kiedy obecny napastnik Kanarków skompletował 29 trafień (w tym dwa hat-tricki) oraz dziesięć asyst w 46 występach. Był alfą i omegą ofensywy ekipy Alexandra Zornigera, która zdobyła wiecemistrzostwo oraz srebrny medal Pucharu Danii. Rok później sięgnęła natomiast po pierwsze trofeum od dekady - upragniony puchar kraju - a Teemu z 19 bramkami i 11 finalnymi passami znowu był jej niepodważalnym liderem.

    - Lata spędzone w Danii zmieniły mój styl gry. Ostatnie dwa były szczególnie dobre. Strzeliłem dużo goli i po trudnym okresie odzyskałem pewność siebie. Trener Broendby zredefiniował moje podejście do futbolu oraz moją etykę pracy - podsumował swój pobyt w Kopenhadze Fin. Mimo ogromnej wdzięczności i otrzymania propozycji nowego kontraktu ponownie nabrał jednak ochoty na zagraniczny wojaż. Wyścig o jego podpis wygrało Norwich.

    Wraz z przybyciem Pukkiego na Carrow Road spełnił się mokry sen Stuarta Webbera. Dyrektor sportowy klubu obserwował napastnika jeszcze zanim ten dołączył do Celticu, toteż trudno dziwić się jego desperacji, by wreszcie wziąć chłopaka z Kotki pod swoje skrzydła. I choć Walijczyk wnikliwie śledził każdy jego występ, nie mógł spodziewać się, iż wymarzony nabytek odciśnie na drużynie Daniela Farke’a tak ogromne piętno. I to niezwłocznie po przywdzianiu nowych barw.

    Kanarki przystępowały do rozgrywek 2018/19 bez większej presji oraz wymagań. Poprzedni sezon zakończyły na czternastym miejscu w tabeli Championship, więc przed świeżym rozdaniem nie stawiały sobie wygórowanych celów. Ot zaliczyć spokojny rok i poczynić progres w grze. Z tego względu mizerny początek zmagań, kiedy zespół zdobył jeden punkt w trzech spotkaniach, nikogo specjalnie nie obruszał. Tym bardziej, że w kolejce numer cztery nadeszło przełamanie w postaci wygranej z Preston. Maszyna na dobre ruszyła jednak dopiero w siódmej serii potyczek, i mam tu na myśli zarówno zespół, jak i Teemu, który do starcia z Middlesbrough uzbierał dwa trafienia i jedną asystę.

    Przez wrzesień podopieczni Farke’a przeszli suchą stopą, a czteromeczowa seria zwycięstw pozwoliła im na awans z lokaty siedemnastej na piątą. Żółto-zieloni odprawili z kwitkiem wspomnianą drużynę z Riverside Stadium, Reading, QPR oraz Wigan, a wszystko to przy wielkim udziale Fina, który był autorem trzech z pięciu goli zdobytych przez Norwich w owym okresie. Znamienne, że kiedy szło mu słabiej - jak przy okazji bojów z Derby i Stoke - ekipa z Carrow Road również zwalniała. I choć w trakcie trzech spotkań absencji lidera uzyskała komplet oczek, po jego powrocie stała się siłą wręcz niemożliwą do zatrzymania. Do końca roku Kanarki poległy tylko raz, a Pukki strzelił dziesięć goli i zaliczył trzy asysty.

    O tym, że dwukrotni zdobywcy Pucharu Anglii będą jednym z faworytów do awansu, wiadomo było u schyłku listopada, kiedy po raz pierwszy zasiedli na fotelu lidera. Mało kto spodziewał się jednak, iż już w drugim miesiącu Anno Domini 2019 definitywnie zdetronizują Leeds i do zamknięcia rozgrywek nie dadzą sobie wydrzeć miana najlepszej ekipy zaplecza Premier League. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę wyczyny fińskiego asa, zwyczajnie nie mogło być inaczej.

    Esencja jego kunsztu wypłynęła na światło dzienne na przełomie stycznia oraz lutego. Na przestrzeni sześciu występów ligowych zdobył on wówczas osiem bramek, dorzucając do wyśmienitego dorobku dwa finalne podania. Był nieuchwytny dla najszczelniejszej defensywy w stawce, jaką mogło pochwalić się Sheffield United, o miernotach z Boltonu czy Ipswich nie wspominając. Do końca sezonu trafił natomiast sześciokrotnie, co złożyło się na łączny bilans 29 goli i koronę króla strzelców, a w dodatku przypieczętowało promocję jego klubu do ekstraklasy. Według Daniela Farke’a to właśnie ostatnie z osiągnięć było dla 29-latka najważniejsze. - Zasługuje na wszystkie komplementy, ponieważ jest wybitny. [...] Mimo to, nie dba specjalnie o indywidualne rekordy, skupia się na pracy dla drużyny - oznajmił Niemiec w rozmowie z talkSPORT. - Jako jednostka możesz błyszczeć tylko wtedy, kiedy twój zespół odnosi sukcesy.

    Po dwóch kolejkach nowego sezonu trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Norwich będzie równie efektywne w roli beniaminka Premier League. Wiadomo zaś, iż wraz ze zmianą poziomu rozgrywkowego Pukki nie stracił instynktu kilera. W ekstraklasowym debiucie napastnik Kanarków skarcił najlepszą obronę ubiegłych rozgrywek - Liverpool - a tydzień później skompletował hat-tricka w starciu z bezradnym Newcastle. Co odważniejsi wieszczą mu rychłe sięgniecie po Złotego Buta, lecz wnioskując z wypowiedzi jego szkoleniowca, snajper nie zaprząta sobie tym głowy. Celem numer jeden niezmiennie pozostaje utrzymanie w elicie.

    Po dwunastu latach tułaczki, chwil euforii oraz załamania, czynienia postępów i cofania się, Teemu - obieżyświat jakich mało - odnalazł swoją ziemię obiecaną. Na wschodzie Anglii jest uwielbiany i czczony z nie mniejszym entuzjazmem niż w Finlandii, gdzie jest nie tylko liderem reprezentacji, w której wystąpił dotąd 74 razy, ale też idolem dla najmłodszych adeptów szkółek piłkarskich. I choć jego kariera tylko krótkimi fragmentami przypomina baśniową opowieść, za to pełna jest zakrętów oraz komplikacji, trudno o właściwszy wzór dla chłopaków z Kotki, Helsinek czy Lahti. Im prędzej wyciągną oni wnioski z błędów swojego autorytetu i zrozumieją, że najważniejsza jest ciężka praca oraz sumienne pielęgnowanie talentu, a po kroku w tył mogą nastąpić dwa w przód, tym większa szansa, iż Pukki doczeka się całej rzeszy utytułowanych następców. Kto wie, czy nie uzna wówczas, że właśnie to stanowi jego największe osiągnięcie?

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #championship #norwich #zycienaokraglo

    Zdjęcie: Norwich City
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-08-23 12-57-51.jpg

  •  

    Kolejka w 20 punktach #2

    Za nami drugi weekend z angielską piłką na najwyższym poziomie. Tak, jak przed tygodniem, tak i teraz przyszło nam obejrzeć hitowe starcie ekip z Wielkiej Szóstki, niemrawe poczynania drużyn aspirujących do miana “best of the rest” oraz kolejne boje beniaminków. Kto po dwóch seriach gier może chodzić z uniesioną głową, a kto winien czym prędzej zapomnieć o swoich ostatnich występach?

    1. Ukontentowani są z pewnością piłkarze Liverpoolu, którzy mimo wycieńczającej potyczki z Chelsea w późny środowy wieczór, w sobotę ograli Southampton. The Reds kontynuują 11-meczową serię zwycięstw ligowych, która po raz ostatni przydarzyła im się w pamiętnej kampanii 2013/14. Oby tylko jej zakończenie było mniej bolesne niż ówczesny poślizg Gerrarda. Henderson, wiesz czego nie robić!

    2. Sześć oczek po dwóch pierwszych kolejkach sezonu - Arsenal nie był w równie komfortowej sytuacji od rozgrywek 2009/10. Po pokonaniu Newcastle Kanonierzy rozprawili się z Burnley, i choć styl nadal pozostawia nieco do życzenia, w tabeli liczą się punkty, nie ilość koronkowych akcji. Tych z każdym tygodniem pobytu Daniego Ceballosa w Anglii siłą rzeczy powinno tylko przybywać.

    3. Mimo wyraźnej dominacji, przewyższania rywala w niemal każdym aspekcie i kontrolowania prawie wszystkich boiskowych wydarzeń, Manchester City tylko zremisował z Tottenhamem. Wysiłki Kevina de Bruyne poszły na marne, na nic zdał się współczynnik expected goals na poziomie 3.0 (o 2.78 wyższy od Kogutów!). Nie jest to wprawdzie odpowiedni moment, by dywagować nad wpływem sobotniego rezultatu na batalię o tytuł mistrzowski, lecz podopieczni Guardioli nadspodziewanie wcześnie stracili punkty.

    4. Manchester United młodnieje z meczu na mecz (tym razem średnia wieku wyjściowej jedenastki wyniosła 24 lata i 173 dni), jest coraz żwawszy oraz pewniejszy w rozegraniu piłki. Gdyby jeszcze wykorzystywał więcej sytuacji strzeleckich… Niestety, na razie nieskuteczność Pogby, Martiala i Lingarda uniemożliwia Czerwonym Diabłom przetestowanie miękkości fotela lidera.

    5. Po raz pierwszy w historii swoich występów w Premier League Brighton nie zaznało goryczy porażki w żadnej z dwóch pierwszych kolejek sezonu. W sobotę Mewy podzieliły się oczkami z Młotami, a Potter dalej czaruje w najlepsze.

    6. Nie wiem, czy Mauricio Pochettino ma jakiekolwiek doświadczenie w ringu, ale skorzystanie z taktyki: podskocz, przypierdol, odskocz - stosowanej niekiedy przez pięściarzy - umożliwiło jego drużynie zremisowanie meczu z Manchesterem City. I to mimo oddania zaledwie trzech strzałów! Tak, jak w starciu z Aston Villą, tak i w rywalizacji z The Citizens, kluczowy dla Kogutów okazał się impuls z ławki rezerwowych, który tym razem dał Lucas Moura. Brazylijczyk ustalił wynik spotkania w pierwszym kontakcie z piłką, 19 sekund po wejściu na boisko.

    7. Harry Wilson dopiero co przybył do Bournemouth, a już błyszczy. Bramka w zwycięskim meczu z The Villans była dziesiątym trafieniem Walijczyka zza pola karnego od startu ubiegłego sezonu. Żaden zawodnik, spośród występujących na profesjonalnym poziomie w Anglii, nie może się z nim w tym względzie równać.

    8. Sheffield United w niezłym stylu uporało się Crystal Palace i wciąż pozostaje niezwyciężone. Wszystko to przy wielkim udziale piłkarzy urodzonych na Wyspach, wszak Chris Wilder jest pierwszym szkoleniowcem od 1995 roku, który w początkowych dwóch kolejkach zmagań wystawił do gry jedenastki złożone z samych Brytyjczyków oraz Irlandczyków. Poprzednio uczynił to Gary Megson.

    9. Uwzględniając końcówkę ubiegłego sezonu, Everton wygrał na własnym boisku pięć kolejnych meczów, a do tego zachował tam sześć czystych kont z rzędu. Graczom Marco Silvy nie pozostaje więc nic innego, jak tylko popracować nad regularnym punktowaniem na wyjeździe - tak, by porażki z drużynami na poziomie Fulham odeszły w niepamięć - i może ich europejskie ambicje przerodzą się wreszcie w stan faktyczny.

    10. Sean Dyche przegrał wszystkie dziewięć spotkań ligowych, w których jego Burnley mierzyło się z Arsenalem. Cóż, być może do dziesięciu razy sztuka…

    11. Norwich gładko rozprawiło się z Newcastle, a Teemu Pukki stał się pierwszym piłkarzem Kanarków od 1993 roku, który skompletował hat-tricka na poziomie angielskiej ekstraklasy. Fin nad wyraz dobrze odnalazł się w nowych realiach (ma już tyle samo potrójnych zdobyczy w angielskiej ekstraklasie, co Bergkamp i Ronaldo!), a różnica poziomów, dzieląca Championship oraz Premier League, nie robi na nim większego wrażenia.

    12. Choć Leicester nie może zaliczyć startu rozgrywek do szczególnie udanych, drużyna Rodgersa powoli nabiera rozpędu. Po oddaniu tylko jednego strzału w pierwszej połowie starcia z Chelsea, w drugiej Lisy zanotowały aż jedenaście prób. Ostatnim zespołem, który równie często niepokoił bramkarza gospodarzy na Stamford Bridge była… ekipa z King Power Stadium w 2016 roku.

    13. Mimo że Wolverhampton przegrywało na własnym obiekcie z Manchesterem United, zdołało odrobić straty i uzyskać niezwykle cenny remis. Wychodzenie z opresji w potyczkach z 20-krotnymi mistrzami kraju staje się powoli specjalnością Wilków, wszak podobna sztuka udała im się po raz trzeci z rzędu! Tym razem zbawcą okazał się Ruben Neves, który w trakcie przygody z angielską ekstraklasą zdobył więcej bramek (5) niż zaliczył kontaktów z piłką w polach karnych rywali (3).

    14. Trzeci raz w przeciągu czterech lat Crystal Palace nie jest w stanie wygrać żadnego z pierwszych dwóch spotkań sezonu. Ba, Orły nie potrafią nawet strzelić gola! Stare porzekadło mówi jednak, iż prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym, jak zaczynają, a po tym, jak kończą. Niewykluczone więc, że i tym razem londyńczycy wybudzą się z marazmu w porę.

    15. Przełamania potrzebuje również Chelsea. Co z tego, że zespół ze Stamford Bridge wreszcie uniknął porażki, skoro ledwie zremisował z Leicester? Frank Lampard stał się natomiast pierwszym menedżerem The Blues od rozgrywek 2012/13, który nie wygrał żadnego z pierwszych trzech meczów od momentu zatrudnienia. Poprzedni nieszczęśnik pracuje obecnie w Chinach i prowadzi wojenki z władzami Newcastle.

    16. - Nie przegranie dzisiejszego spotkania było ważne, ponieważ graliśmy na wyjeździe, tydzień po doznaniu porażki. Dwie przegrane z rzędu byłyby powtórką z zeszłego sezonu i oznaczałyby trudny start - stwierdził po remisie z Brighton Manuel Pellegrini. Nie takiego progresu pragnięto jednak na London Stadium…

    17. Gol Douglasa Luiza znów był tylko łyżką miodu w beczce dziegciu, którą niosą na swoich barkach piłkarze Aston Villi. Zwycięska posucha na najwyższym szczeblu rozgrywkowym trwa w ich przypadku od lutego 2016 roku, a końca nie widać. Za tydzień łatwiej o przełamanie z pewnością nie będzie, wszak na Villa Park przyjeżdża rozochocony Everton.

    18. Steve Bruce stał się następnym, piątym z kolei menedżerem Newcastle, który przegrał pierwszy mecz wyjazdowy na ławce trenerskiej Srok. Wobec zerowej liczby oczek na koncie towarzystwo Alana Pardew, Johna Carvera, Steve’a McClarena oraz Rafy Beniteza stanowi marne pocieszenie.

    19. Święci nie zdołali wykorzystać słabszej dyspozycji Liverpoolu i nadal czekają na premierowe punkty w nowym sezonie. Jedynym pozytywem pozostaje więc gol Ingsa, który z ośmioma trafieniami jest najskuteczniejszym zawodnikiem zespołu z St Mary’s Stadium od początku ubiegłych rozgrywek.

    20. Watford poległ w starciu z The Toffees, a Goodison Park pozostało dla niego niezdobytą twierdzą. Szerzenie nie wygrały żadnego z trzynastu spotkań w niebieskiej części Merseyside, co jest to o tyle intrygujące, że przy okazji ostatnich czterech wizyt aż trzykrotnie obejmowały prowadzenie w meczu.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #astonvilla #norwich #zycienaokraglo #kolejkaw20

    Grafika: Goal.com
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-08-19 23-47-43.jpg

  •  

    Co dwie strzelby, to nie jedna

    Napisać, że Romelu Lukaku zaliczył udany debiut w barwach Interu Mediolan, to jak stwierdzić, iż Arktyka jest całkiem chłodnym miejscem - znaczące niedopowiedzenie. Cztery gole, jakie Belg zdobył w pierwszym kontakcie z włoskim futbolem, stanowią bowiem prawdziwe wejście smoka. Nawet pomimo faktu, że rywalem był jedynie czwartoligowy Virtus Bergamo. I choć Antonio Conte już zaciera ręce na myśl o współpracy z nowym podopiecznym, na razie niewiele wskazuje na to, by na Old Trafford prędko uroniono łzę tęsknoty.

    Żaden angielski klub nie wydał w letnim oknie transferowym więcej pieniędzy od Manchesteru United. Dwudziestokrotni mistrzowie kraju zainwestowali we wzmocnienia aż 148 milionów funtów, za sprawą których zespół zasiliło trzech piłkarzy - Daniel James, Aaron Wan-Bissaka oraz Harry Maguire. Dużo to czy mało, każdy oceni sobie sam. Nie ulega jednak wątpliwości, iż ruchy były przemyślane i jakościowe, co potwierdziło inauguracyjne spotkanie z Chelsea. Jego wynik pokazał zaś, że wbrew powszechnie kolportowanej opinii, brak zakontraktowania następcy Lukaku wcale nie musi wiązać się z ofensywną bezpłodnością Czerwonych Diabłów.

    Kiedy jasnym stało się, że Romelu opuści Old Trafford, brytyjskie media zażarcie prześcigały się w podawaniu informacji o potencjalnych dziedzicach szpicy. O krok od przenosin do Anglii był ponoć Paulo Dybala, niedużo brakowało do transferu Mario Mandzukicia. Mimo to, żaden nowy snajper nie trafił pod skrzydła Ole Gunnara Solskjaera, co spotkało się z nie lada nagonką. No bo jak można opierać całą przednią formację na Marcusie Rashfordzie? Jak można wierzyć, iż 21-latek wreszcie wejdzie na wyższy poziom i na dobre zerwie z chimerycznością? Nonsens, kompletne szaleństwo.

    Szaleństwo, w którym jak dotąd jest metoda.

    W pierwszym oficjalnym występie w sezonie 2019/20 wychowanek Manchesteru United zdobył dwie bramki. Nie rozwiał tym wszelkich wątpliwości, nie sprawił, że dotychczasowi krytycy wznieśli peany na jego cześć, ani nie przekonał wszystkich niedowiarków, iż jest napastnikiem klasy światowej, który w pojedynkę zapewni drużynie satysfakcjonującą siłę rażenia. Wspomniane wyżej starcie z The Blues pokazało jednak, że wcale nie musi tego robić. Okazałe zwycięstwo nie było bowiem spektaklem jednego aktora, namacalny udział mieli w nim również Anthony Martial oraz Daniel James, strzelcy pozostałych goli. I o ile Walijczyk wciąż pozostaje niewiadomą, o tyle Francuz, grający w Anglii od czterech lat, niejednokrotnie dowiódł swoich nietuzinkowych umiejętności snajperskich. Dlaczego więc w związku z odejściem Lukaku o obliczu ofensywy Czerwonych Diabłów nie miałby stanowić duet Rashford-Martial?

    36 milionów funtów, jakie w 2015 roku United zainwestowało w sprowadzenie Anthony’ego, wywołało lawinę zdziwienia z domieszką oburzenia. - Czy jest wart takiej sumy pieniędzy? Jeśli zapytacie Francuzów, stwierdzą, że nie - przyznał w rozmowie z BBC Philippe Auclair, dziennikarz i autor książek o Thierrym Henrym oraz Ericu Cantonie. - Na wieść o niniejszej kwocie Francja zaniemówiła. Po drugiej stronie Kanału La Manche było wręcz przeciwnie. Brytyjscy eksperci ochoczo podważali sensowność transferu, upatrując w działaniach klubowego zarządu chaotyczności i karygodnej rozrzutności. Krytykowanie ekipy z Old Trafford zawsze sprzedawało się niczym ciepłe bułeczki. Inna sprawa, iż tym razem były ku temu podstawy - dziewiętnastoletniemu Martialowi bliżej było do jednego z talenciaków z Football Managera aniżeli do zawodnika ogranego na najwyższym poziomie.

    Jakież zaskoczenie zapanowało w mediach, kiedy świeżo upieczony reprezentant Trójkolorowych zdobył bramkę w debiutanckim występie w nowych barwach. Po wejściu na murawę w 65. minucie. W starciu z Liverpoolem.

    Miło zdumiony musiał być również Louis van Gaal, opiekun Czerwonych Diabłów. Wprawdzie Holender głęboko wierzył w najdroższego ówcześnie nastolatka w historii futbolu i pokładał w jego potencjale ogromne nadzieje, lecz jednocześnie tonował nastroje, apelując o cierpliwość. Anthony miał stopniowo wdrażać się w realia Premier League, rozwijać się z meczu na mecz. Gol w spotkaniu z The Reds, poprawiony dubletem przeciwko Southampton, nie tylko zadał niniejszej tezie kłam, ale też - a może przede wszystkim - skutecznie uciszył hejterów. Francuski napastnik w mgnieniu oka przeistoczył się z przepłaconego dzieciaka w kolejne wcielenie Henry’ego.

    Wahania formy - jakże naturalne dla gracza w tym wieku - nie były w stanie przyćmić jego fenomenu. Pochwała goniła pochwałę, pochlebne artykułu wypełniały prasę, a fora kibicowskie kipiały od zachwytów. Martialowi pomagał niechybnie fakt, iż długimi miesiącami pozostawał najjaśniejszym punktem zespołu, bo choć nie zawsze strzelał gole lub asystował, nigdy nie brakowało mu energii, świeżości oraz motywacji. Kiedy Manchesterowi United nie szło - co w owym czasie zdarzało się dość często - nadziei na odmianę sytuacji upatrywano właśnie w sprowadzonym ostatniego dnia letniego okna transferowego piłkarzu. To on był gwiazdą w ciemności, mistrzem świata w radości. Alfą omegą, hymnem, kolędą. Wszystkim, co utrzymywało drużynę przy życiu i jedynym Czerwonym Diabłem, który spełniał oczekiwania menedżera.

    Aż do 25 lutego.

    Podczas rozgrzewki przed rewanżowym starciem z Midtjylland w ramach 1/32 finału Ligi Europy Anthony doznał urazu stawu skokowego. Nie była to kontuzja, która zniweczyła końcówkę sezonu w jego wykonaniu, ale z Duńczykami nie zagrał. Jego miejsce zajął niejaki Marcus Rashford - skromny chłopak z sąsiedztwa, związany z klubem z Old Trafford od siódmego roku życia. Któż spodziewał się, iż młodziutki Anglik nie tyle nie zawiedzie, co zostanie gwiazdą wieczoru? Któż przewidywał, że w pierwszym kontakcie z dorosłą piłką odciśnie na wyniku jakiekolwiek piętno? Poza rodziną i przyjaciółmi, zapewne nikt. A jednak stało się! Osiemnastolatek strzelił dwa gole - na 2:1 oraz 3:1 - poprowadził drużynę do awansu i rozkochał w sobie publiczność. Ta nie okazała podobnej euforii od… wrześniowego debiutu Martiala.

    Czy była to symboliczna zmiana warty? Niezupełnie. Choć wychowanek United robił prawdziwą furorę - w spotkaniu z Arsenalem zaliczył kolejne dwa trafienia, do których dorzucił asystę, a kilka tygodni później stał się najmłodszym zdobywcą bramki w dziejach derbów Manchesteru - przebojowy Francuz nie odszedł w zapomnienie. Korzystając ze szczęśliwego zbiegu okoliczności van Gaal utworzył duet, który do końca rozgrywek strzelił dziesięć goli oraz zanotował cztery finalne podania. Kto wie, czy wzbogacenie kadry o Anthony’ego i Marcusa nie było największym sukcesem Holendra w trakcie jego pobytu na Wyspach Brytyjskich? Z perspektywy czasu, przyniosło to klubowi znacznie więcej korzyści niż Puchar Anglii, zdobyciem którego były szkoleniowiec Oranje pożegnał się z posadą.

    Wraz z przejęciem sterów przez Jose Mourinho, na Old Trafford nastała nowa era. Portugalczyk nie zamierzał opierać się na zasobach ludzkich, zgromadzonych przez poprzednika, czego efektem stało się sprowadzenie do Anglii Bailly’ego, Mkhitaryana, Pogby oraz Ibrahimovicia. I to właśnie transfer ostatniego z wymienionych ukrócił działalność pary Martial-Rashford. Szpica należała odtąd do Zlatana - podobnie, jak koszulka z numerem dziewięć, przywdziewana uprzednio przez francuskiego goldenboya - a młodzi z partnerów przeistoczyli się w konkurentów o miejsce na lewym skrzydle.

    Niniejszy stan rzeczy utrzymywał się przez całą kadencję The Special One. Co z tego, że Ibrahimović spędził w Manchesterze tylko półtora roku, skoro w jego buty prędko wszedł podebrany z Evertonu Lukaku? Wysoki i silny napastnik stanowił dla Mourinho nieodłączny element wyjściowej jedenastki, wobec czego Anthony i Rashford nie mieli na dłuższą metę wstępu do centralnej części ataku. Rywalizacja na flance stała się ich chlebem powszednim. Niestety nigdy nie były to zmagania wyrównane.

    Jako że stosunki na linii portugalsko-francuskiej nie należały do najcieplejszych - Jose nie ufał Martialowi, a krytyka spływająca na piłkarza tylko pogarszała jego postawę na treningach oraz w meczach - zdecydowanie więcej szans na grę otrzymywał Marcus. W pierwszym sezonie pod opieką byłego szkoleniowca Chelsea, Interu czy Realu Anglik spędził na murawie 3068 minut, w drugim 2676, a w trzecim - do momentu zwolnienia “Ze”, jak mówią na swojego rodaka w Setubal - 1242. Dla porównania, jego konkurent uzbierał odpowiednio 2517, 2337 oraz 1262, w sumie blisko 900 mniej. Mimo to, w statystykach ofensywnych obaj byli bardzo porównywalni.

    W rozgrywkach 2016/17, w których Czerwone Diabły sięgnęły po Tarczę Wspólnoty, Puchar Ligi i Ligę Europy, Rashford zdobył 11 bramek i zaliczył 6 asyst. Z najlepszą dyspozycją wpasował się akurat w okres kontuzji Zlatana, kiedy to niemal w pojedynkę wprowadził drużynę do finału zawodów na Starym Kontynencie (gol i dwa ostatnie podania w dwumeczu z Anderlechtem, trafienie oraz decydujący pass w boju z Celtą Vigo). Poza fenomenalnym uderzeniem z rzutu wolnego w starciu z Hiszpanami, w pamięci kibiców zapadł z pewnością zwycięski strzał w końcówce spotkania z Hull City w trzeciej kolejce angielskiej ekstraklasy. Anthony równie wyjątkowych osiągnięć nie miał, lecz i tak wziął udział w 16 akcjach bramkowych swojego zespołu.

    W kolejnym sezonie było już bardziej wyrównanie, jeśli chodzi o chwile uniesień. Podczas gdy Francuz błyszczał w spotkaniach z CSKA Moskwa, Tottenhamem, Stoke oraz Burnley, Anglik brał na siebie odpowiedzialność mierząc się z Benficą, Liverpoolem, Watfordem i Burton Albion. Udział w zdobywanych przez United golach? 22 do 20 z korzyścią dla wychowanka, który - przypomnijmy - spędził na boisku 339 minut więcej. A wszystko to pomimo przybycia do klubu Alexisa, który miał zawładnąć lewą stroną ofensywy. Gdzie dziś jest, każdy widzi.

    W feralnej i zarazem finalnej kampanii Mourinho, górą znowu był Rashford, który zdobył cztery bramki oraz zaliczył pięć asyst względem ośmiu trafień Martiala. I tak, jak odejście portugalskiego menedżera było dla klubu zaczerpnięciem głębokiego hausta świeżego powietrza, tak zatrudnienie Ole Gunnara Solskjaera stanowiło dla obu piłkarzy szansę na lepsze jutro. - Być może wreszcie otrzymam więcej zaufania? - zastanawiali się zapewne. - Być może nowy szkoleniowiec będzie na mnie chętniej stawiał? Być może nie będzie mnie krytykował przy pierwszej lepszej okazji? I choć nadzieje nie okazały się bezpodstawne, zdecydowanie lepiej na zmianie trenera wyszedł 21-letni Reprezentant Anglii.

    Do końca rozgrywek 2018/19 Marcus wystąpił w 26 spotkaniach. W znakomitej większości przypadków wybiegał na murawę jako środkowy napastnik, co jednoznacznie wpłynęło na jego statystyki - w drugiej części sezonu dorzucił do swojego dorobku dziewięć goli i cztery asysty. Po raz pierwszy w karierze zanotował dwucyfrową liczbę trafień w Premier League, po raz pierwszy czuł się na tyle pewnie, by z zimną krwią wykorzystać rzut karny, który przesądził o awansie Manchesteru United do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Zwolennicy jego talentu nie mogli posiąść się z radości, a norweski szkoleniowiec zasypywał go komplementami, wśród których nie zabrakło porównań do Harry’ego Kane’a. Najważniejsze było jednak to, że wychowanek klubu z Old Trafford wreszcie prezentował się na miarę swoich możliwości.

    A Anthony? Anthony nieco usunął się w cień. Wprawdzie regularnie pojawiał się na boisku i zawsze stanowił dla drużyny wartość dodaną, lecz w porównaniach do niedawnego konkurenta wypadał blado. Minuty spędzone na zielonym dywanie? 2049 do 1065. Piłki wpakowane do siatki rywala? 9 do 4. Ostatnie podania? 4 do 3. Mimo to, Solskjaer ani myślał skreślać Francuza. Ba, słynny “Zabójca o twarzy dziecka” już w lutym mówił o nadziejach, jakie wiąże ze współpracą Rashforda oraz Martiala. - Obaj są bardzo dobrzy w ścinaniu z lewego skrzydła do środka, więc powinni wypracować między sobą nić porozumienia - prawił Norweg w rozmowie z dziennikarzami z klubowej strony internetowej. - Jeśli natomiast jeden z nich zostanie ustawiony centralnie, drugi musi wykonywać ruchy odwrotne do działań partnera: wchodzić do środka, kiedy nominalny napastnik przemieści się w bok i zajmować pozycję na flance, kiedy nominalny skrzydłowy pojawi się w centrum. Już wychodzi im to nieźle, więc sądzę, iż w kolejnych latach będziemy świadkami wielu kombinacji tego duetu.

    Okres przygotowawczy do nowego sezonu w połączeniu z inauguracją zmagań ligowych tylko utwierdziły menedżera w jego przekonaniu. Nie dość, że angielsko-francuska para dobrze zniosła reżim treningowy, narzucony latem przez sztab szkoleniowy - na szczególną uwagę Solskjaera zasłużyło martialowe podejście do pracy - i była skuteczna w sparingach, to w dodatku w pierwszym oficjalnym meczu zdobyła w sumie trzy bramki. Współpraca, o której kilka miesięcy temu mówił Ole, powoli, acz konsekwentnie nabiera rumieńców. Wymienność pozycji w formacji ataku, możliwa między innymi dzięki uniezależnieniu się od obecności Lukaku, świetnie sprawdziła się w starciu z Chelsea, której defensywa zwyczajnie nie była gotowa na tak intensywną mobilność. I choć wyciąganie daleko idących wniosków na podstawie jednego udanego występu byłoby mocno naiwne, nie sposób nie spostrzec potencjału drzemiącego w ofensywnym duecie Czerwonych Diabłów.

    Trzy i pół roku po tym, jak drogi Martiala oraz Rashforda przecięły się po raz pierwszy, obaj ponownie stoją przed szansą stanowienia o sile ataku Manchesteru United. Na krótszą metę robili to już wcześniej, lecz nigdy razem. Zdobywali worki bramek, lecz nigdy razem. Przesądzali o zwycięstwach drużyny, lecz nigdy razem. Teraz ma się to zmienić. I o ile jest zdecydowanie zbyt wcześnie, by wspominać w ich kontekście wyczyny Yorke’a oraz Cole’a czy chociażby popisy Rooneya i Ronaldo, o tyle wypełnienie luki po Lukaku nie powinno sprawić im większego problemu. W końcu co dwie strzelby, to nie jedna.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #united #manchesterunited #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 67956725_2947328438642852_2102696343217635328_o.jpg

  •  

    Kolejka w 20 punktach #1

    Wróciła! Zjawiskowa, emocjonująca, rozpalająca zmysły i zaspokajająca pragnienia Premier League znowu cieszy nasze oczy. A skoro inauguracyjna seria gier już za nami, sprawdźmy co wydarzyło się na angielskich boiskach w miniony weekend. Przypominam, że kolejność drużyn odpowiada ich aktualnej pozycji w tabeli.

    1. Pierwszy mecz, pierwsze zwycięstwo i pierwszy rekord. Wygrana 5:0 z West Hamem stanowi najokazalsze wejście w sezon w historii występów Manchesteru City w najwyższej klasie rozgrywkowej. Sterling i spółka nie dali Młotom najmniejszych szans na pozytywne wspomnienia z sobotniego popołudnia i wygodnie rozsiedli się w fotelu lidera.

    2. Po piętach depczą im rywale zza miedzy, którzy w imponującym stylu rozprawili się z Chelsea. Ole Gunnar Solskjaer posłał do boju najmłodszy zespół premierowej kolejki (średnia wieku wyjściowej jedenastki wyniosła 24 lata i 277 dni), co znalazło odzwierciedlenie w energii oraz żywiołowości Czerwonych Diabłów. Na szczególne wyróżnienie zasłużył zdobywca dwóch bramek - Marcus Rashford. Jak na razie, no Lukaku, no problem.

    3. Cztery spotkania i piętnaście goli - bilans inauguracyjnych potyczek Liverpoolu pod wodzą Jurgena Kloppa robi wrażenie. Nie inaczej jest zresztą ze stylem, w jakim The Reds uporali się z beniaminkiem z Norwich: lekko, pewnie, z pełną kontrolą i swoistą rutyną. Salah miał strzelać, więc strzelił, Arnold miał asystować, więc asystował, Firmino miał kreować, więc kreował. I tylko łydka Alissona nadwyrężyła nieco humory na Anfield.

    4. Najmniejszych powodów do zmartwień nie mają natomiast w Burnley. The Clarets bardzo mocno weszli w sezon i po raz pierwszy od 1966 roku rozpoczęli zmagania ligowe od wygranej różnicą trzech trafień. Jeszcze nie pora na nawiązania do znakomitej kampanii 2017/18, niemniej start bieżących rozgrywek jest w wykonaniu Tarkowskiego i spółki cokolwiek obiecujący.

    5. Czy to Midas? A może MacGyver? Nie, to Potter, Graham Potter. Niech pierwszy napisze komentarz ten, kto spodziewał się, iż Brighton ogra Watford. I to 3:0! Jeśli tak mają prezentować się Mewy w nowym, lepszym wydaniu, skazujący ich na pożarcie prędko odszczekają swoje słowa. A ja razem z nimi.

    6. Pomimo przeciętnego występu - nie licząc ostatnich dwóch kwadransów - Tottenham pokonał Aston Villę. Jednak nie wynik a pozytywne przejście kolejnego testu charakteru zdaje się w tej sytuacji najważniejsze. Koguty nie zniechęciły się ani szybko straconym golem, ani sukcesywnym biciem głową w mur podtrzymywany z drugiej strony przez Mingsa oraz Heatona. Determinacja z domieszką kunsztu Kane’a przyniosły upragnione trzy punkty.

    7. Łatwej przeprawy nie miał również Arsenal. Być może było to pokłosiem braku Pepe oraz Lacazette’a w wyjściowym składzie lub docierania się poszczególnych elementów i schematów, niemniej na premierowe i zarazem jedyne trafienie w starciu z Newcastle przyszło Kanonierom czekać aż do 58. minuty. Autorem zwycięskiej bramki - a jakże - Pierre-Emerick Aubameyang. Od debiutu Gabończyka w angielskiej elicie tylko Mohamed Salah zdobył więcej bramek od niego (36 do 33).

    8. Prawdziwe wejście smoka do ekstraklasy zaliczył Billy Sharp. Za sprawą pierwszego strzału w historii swoich występów (całych trzech) na poziomie Premier League Anglik zdobył gola na wagę remisu Sheffield z Bournemouth. Oznacza to, iż The Blades są jedynym beniaminkiem, który w inauguracyjnej serii gier zasłużył na jakiekolwiek punkty.

    9. Choć podopieczni Eddiego Howe’a przegrali tylko jedno z ostatnich dwunastu starć z ligowymi nowicjuszami, rezultat meczu z ekipą Chrisa Wildera (1:1) nie mógł ich usatysfakcjonować. Z drugiej strony, oddawszy skromne trzy uderzenia w światło bramki Wisienki same napytały sobie biedy. Na razie bliżej im do robaczywek, aniżeli do dojrzałych owoców.

    10. Mimo że piłkarze Evertonu dobrze weszli w mecz z Crystal Palace i mieli swoje okazje do wyjścia na prowadzenie, ostatecznie nie udało im się udokumentować swojej przewagi. Z każdą upływającą minutą, z każdym kolejnym bezowocnym atakiem wzbierała w nich frustracja, która znalazła ujście w czerwonej kartce, jaką obejrzał Morgan Schneiderlin. W efekcie, zamiast zażartej walki do ostatniego gwizdka sędziego The Toffees starali się utrzymać bezbramkowy remis. Nie tak początek rozgrywek wyobrażał sobie Marco Silva…

    11. - Wraz z rozwojem spotkania szło nam coraz lepiej i jeśli któraś z drużyn miała odnieść zwycięstwo w drugiej połowie, byliśmy to my - stwierdził po starciu z Evertonem Roy Hodgson, któremu trudno nie przyznać racji. Im dłużej trwało widowisko, tym Orły były groźniejsze, a przede wszystkim porządniej zorganizowane. Może i bramki zdobyć się nie udało, ale punkt uzyskany z potyczki z kandydatem do występów na Starym Kontynencie należy uszanować.

    12. Osiemdziesiąt trzy minuty czekali kibice Leicester na pierwszy celny strzał ich ulubieńców w meczu z Wolverhampton. Nie oddał go ani Perez, ani Maddison, ani nawet Vardy, a młody Barnes, który niespełna kwadrans wcześniej pojawił się na murawie w miejsce Choudhury’ego. Choć rywal nie był przypadkową zbieraniną kopaczy, ofensywa aspirująca do gry w europejskich pucharach musi prezentować się znacznie lepiej.

    13. Bezbramkowy remis nie zadowala również Wilków, które za sprawą eliminacji do Ligi Europy mają w nogach już cztery oficjalne spotkania. Na plus zachowanie pierwszego czystego konta w ligowej potyczce wyjazdowej od października ubiegłego roku, na minus brak skuteczności w ataku. Kolejne tygodnie pokażą, czy była to kwestia poziomu przeciwnika, czy może przeciążenia organizmów kluczowych zawodników.

    14. Na rozpoczęcie pracy w nowym klubie Steve Bruce przegrał swój dwudziesty mecz - licząc jedynie karierę menedżerską - z Arsenalem. Choć jego piłkarze dzielnie stawiali opór Londyńczykom, długimi momentami byli zwyczajnie bezbarwni. Być może dostosowali się do atmosfery, jaka w niedzielne popołudnie panowała na St James’ Park…

    15. Fatalna passa Jacka Grealisha trwa w najlepsze. Angielski pomocnik poległ w dziewiętnastu (!) spotkaniach Premier League z rzędu i ustanowił tym samym niechlubny rekord. Z perspektywy jego doświadczeń trudno dziwić się, że po otwierającym wynik meczu z Tottenhamem golu McGinna był pierwszym, który tonował nastroje kolegów. Niestety na nic się to nie zdało.

    16. O ile po piątkowym wieczorze na Anfield piłkarze Norwich nie napiszą książki pod tytułem "Jak zainaugurować sezon po awansie do Premier League", o tyle popełnienie dzieła "Jak przegrać 1:4 i nie stracić godności" nie jest nieuzasadnione. Defensywa Kanarków nie była w stanie przeciwstawić się sile ofensywnej Liverpoolu - tak, jak nie zrobi tego znakomita większość rywali The Reds - lecz atak z Teemu Pukkim na czele zaprezentował się obiecująco (12 strzałów, z czego 5 w światło bramki, to na tle najlepszej obrony minionych rozgrywek nie w kij dmuchał). Dodając do tego fakt, iż klub z Carrow Road wygrał zaledwie jedno z ostatnich siedemnastu spotkań otwierających sezon, kibice żółto-zielonych mogą patrzeć w przyszłość z umiarkowaną, stonowaną nadzieją. W końcu nie co tydzień gra się z mistrzem kontynentu i wicemistrzem kraju.

    17. Pomimo udanych przygotowań, początek zmagań ligowych nie napawa fanów Southampton optymizmem. Pół biedy, że ich ulubieńcy nie zdobyli bramki - takie rzeczy zdarzają się każdemu. Zainkasowanie trzech ciosów na Turf Moor to natomiast spory wyczyn (poprzednio przytrafiło się to Bournemouth, blisko rok temu). Święci winni czym prędzej wymazać wątpliwej przyjemności wydarzenie z pamięci i rzucić się w wir pracy nad uszczelnieniem tyłów.

    18. - Musimy się poprawić. Być może to dobre przebudzenie w kontekście reszty sezonu - skomentował blamaż Watfordu Javi Gracia. Fakt, jeśli Szerszenie potrzebowały kubła zimnej wody, 0:3 z Brighton pasuje jak ulał. Pytanie, czy nie dało się otrzeźwieć bez straty punktów?

    19. Porażka 0:4 z Manchesterem United stanowi najdotkliwszą przegraną, jakiej Frank Lampard doświadczył na poziomie Premier League od 2000 roku. Anglik był wówczas pomocnikiem klubu z Upton Park, który poległ w starciu z Czerwonymi Diabłami 1:7. O ile wtedy legenda The Blues potrzebowała wsparcia menedżera, o tyle teraz sama musi podnieść swoich podopiecznych na duchu.

    20. West Ham nie wygrał czwartego z kolei spotkania inauguracyjnego i po raz kolejny liczy na złe miłego początki. Co z tego, że w potyczce z The Citizens niezwykle aktywny był Lanzini, a swoich szans niezmordowanie szukał Haller, skoro blok defensywny nadal przypomina szwajcarski ser z dużymi dziurami? Dopóki niniejszy stan rzeczy nie ulegnie zmianie, dopóty traktowanie piłkarzy Manuela Pellegriniego jako poważnych kandydatów do gry w europejskich pucharach będzie jedynie myśleniem życzeniowym.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #astonvilla #norwich #zycienaokraglo #kolejkaw20

    Grafika: Bleacher Report Football
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-08-11 21-57-32.jpg

    •  

      @Snibu: Nie ma,że nie zasłużyli byli ewidentnie gorszym zespołem i tyle.

    •  

      @chim3ra: atak pozycyjny nie istniał właśnie przez wiek i właśnie przez wiek była gra kontrą, żywiołowość i energia objawiały się właśnie w samotnych rajdach, co ty chcesz w pozycyjnym energię i żywiołowość? Popatrz jak grają młodzieżówki a jak seniorzy i którzy są lepsi w ataku pozycyjnym. Trudno żeby 23 latek z 21 latkiem rozklepali kombinacyjnie obronę.

      Akcje po kontratakach umożliwiło również przygotowanie fizyczne. United zapierdalało po prostu 90 minut, Wan-Bissaka był wszędzie i zawsze na pełnym gazie nawet jeśli czasem łamał linię albo gubił krycie, Martial grał padakę bo jedyne czego próbował to rajdy i dryblingi, Pogba tracił bo chciał zagrać takie podanie jak to przy 3 bramce, tak więc tak, na pewno energia i żywiołowość była. Nie było spokojnego budowania akcji zgodnie ze schematami taktycznymi, ale energia i żywiołowość ma się do tego nijak.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Kolejka w 20 punktach #0

    Jeśli śledzicie moją twórczość od dłuższego czasu, kojarzycie zapewne cykl "Kolejka w 20 zdaniach". (Dla niewtajemniczonych - po każdej serii gier Premier League pisałem post, składający się z dwudziestu ponumerowanych zdań, opisujących poczynania drużyn w danej kolejce.) W zbliżającym się sezonie zamierzam kontynuować serię, lecz dojdzie do drobnej modyfikacji. Jako że poświęcanie poszczególnym zespołom tylko jednego zdania było mocno ograniczające i na dłuższą metę męczące, postanowiłem z tym zerwać. Od teraz na każdy klub przypadną trzy-cztery zwarte i konkretne sentencje, podsumowujące kolejkę w jego wykonaniu. Reszta pozostaje bez zmian, uszeregowanie ekip wciąż zależeć będzie od ich pozycji w tabeli (stąd odrestaurowana nazwa cyklu - “Kolejka w 20 punktach”), a ja nadal będę starał się urozmaicać opisy ciekawostkami oraz statystykami.

    Przechodząc od teorii do praktyki, zapraszam Was do zapoznania się z "zerowym" odcinkiem serii, w którym pokrótce zapowiadam zbliżające się rozgrywki z perspektywy każdej z drużyn. Tym razem wyjątkowo obowiązuje kolejność alfabetyczna.

    1. Po pobiciu własnego rekordu transferowego i sprowadzeniu Nicolasa Pepe, Arsenal ma w kadrze trzech napastników klasy światowej. Naiwnością byłoby jednak sądzić, iż siła ataku zniweluje wszelkie braki w defensywie, której jedynym przedstawicielem trzymającym fason pozostaje Sokratis. Ku rozczarowaniu fanów, niewiele wskazuje na to, by kolejna, trzecia z rzędu próba powrotu do Ligi Mistrzów zakończyła się innym rezultatem niż dwie poprzednie.

    2. Po trzech latach banicji Aston Villa wkracza do ekstraklasy z misją utrzymania się oraz… szatnią pełną świeżo sprowadzonych zawodników. I choć na pierwszy rzut oka sytuacja łudząco przypomina zeszłoroczne poczynania Fulham, zdaje się, że The Villans wyciągnęli wnioski z błędów poprzednika. Wzmocnienia są o wiele bardziej przemyślane, jakościowe i perspektywiczne. Dobrym omenem dla Grealisha i spółki jest również fakt, iż spośród sześciu ostatnich beniaminków, którzy przed powrotem do Premier League wydali na transfery ponad 50 milionów funtów, aż pięciu uniknęło spadku.

    3. O potencjalnych odejściach Wilsona, Kinga, Frasera czy Brooksa mówiło się w mediach od miesięcy, lecz żaden z liderów Bournemouth nie opuścił latem drużyny. Mimo to, trudno oczekiwać, by w zbliżających się rozgrywkach Wisienki rywalizowały o coś więcej niż bezstresowy byt w elicie. Następne dziesięć miesięcy powinny być dla Eddiego Howe’a równie spokojne, co dobiegające końca okno transferowe.

    4. Po bardzo słabym sezonie i dramatycznej walce o uniknięcie relegacji, władze Brighton doszły do wniosku, iż zespół potrzebuje impulsu oraz świeżego spojrzenia z ławki trenerskiej. Era Chrisa Hughtona dobiegła końca, miejsce architekta największych sukcesów w historii klubu zajął Graham Potter. Niestety, jeśli zbieżność nazwisk okaże się przypadkowa i przechwycony ze Swansea Anglik nie zna tajników magii, utrzymanie Mew w Premier League będzie zadaniem iście karkołomnym. Na tę chwilę ekipa z The Amex jest jednym z głównych kandydatów do spadku.

    5. Zeszłoroczny powrót do europejskich pucharów przyniósł Burnley nie tylko rozczarowanie, ale też sporą dawkę stresu na krajowym podwórku. Tym razem ma być zgoła inaczej - zespół Seana Dyche’a skupia się na rywalizacji ligowej, stawiając na stabilizację oraz sprawdzone metody radzenia sobie z rywalami. Powtórzenie sukcesu sprzed dwóch sezonów wydaje się niemożliwe, ale odzyskanie utraconego DNA powinno zapewnić The Clarets spokojne rozgrywki.

    6. Na Stamford Bridge nie ma już najważniejszego zawodnika Chelsea w ostatnich latach, Edena Hazarda, jest za to powracający w roli szkoleniowca Frank Lampard. Zatrudnienie Anglika było decyzją tyleż romantyczną, co ryzykowną, lecz na tę chwilę zdaje się on odpowiadać wszelkim potrzebom The Blues. Dość napisać, iż natychmiast poprawił atmosferę wokół klubu, podczas pracy w Derby County chętnie stawiał na młodzież, która wobec zakazu transferowego Londyńczyków może odegrać niepoślednią rolę w zbliżających się zmaganiach, a preferowany przez niego styl gry diametralnie odbiega od znienawidzonego przez kibiców Sarriball. Nie zdziwię się, jeśli w maju fani stwierdzą, że trofeów nie ma, ale też jest zajebiście.

    7. Johann Wolfgang von Goethe zauważył niegdyś, iż kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Zarząd Crystal Palace nic sobie jednak ze słów znamienitego poety nie robi, wszak po zainkasowaniu 45 milionów funtów za Wan-Bissake nie sprowadził na Selhurst Park żadnego gracza, który jakkolwiek podniósłby poziom kadry. Cała odpowiedzialność za wyniki Orłów znów spoczywać będzie na barkach Zahy oraz Milivojevicia, którzy wyżej dwunastego miejsca nie podskoczą, a i to w niniejszych okolicznościach byłoby rezultatem cokolwiek przyzwoitym.

    8. Znacznie wyżej mierzy Everton, który wreszcie zakontraktował perspektywicznego napastnika. Nie jest rzecz jasna przesądzone, że w osobie Moise Keana Livepoolczycy znajdą upragnionego następcę Romelu Lukaku, lecz Włoch słabszy od Cenka Tosuna i Dominica Calverta-Lewina z pewnością nie będzie. Z nowym snajperem szanse The Toffees na odzyskanie miana “best of the rest” diametralnie wzrosły.

    9. Chrapkę na europejskie puchary ma także Leicester, przystępujące do pierwszego pełnego sezonu pod wodzą Brendana Rodgersa. Irlandczyk z Północy dysponuje jednym z najbardziej ekscytujących i utalentowanych zespołów, łączących doświadczenie z młodością oraz rutynę z fantazją. Ba, nie ulega wątpliwości, iż dzisiejsze Lisy są o wiele silniejsze od mistrzowskiej ekipy z 2016 roku. I o ile Vardy i spółka nie mają większych szans na tytuł, o tyle powrót do zmagań na Starym Kontynencie jest celem z gatunku możliwych do spełnienia.

    10. Królowie Europy niezmiennie marzą natomiast o odzyskaniu korony na krajowym podwórku. W zeszłym roku podopieczni Kloppa zbliżyli się do perfekcji, lecz i to okazało się zbyt mało, by przechytrzyć Manchester City. Tym razem łatwiej nie będzie, gdyż przed Liverpoolem szereg dodatkowych spotkań: poza rozegranym już, przegranym przez The Reds starciem o Tarczę Wspólnoty, potyczka o Superpuchar Europy oraz Klubowe Mistrzostwa Świata. Nawet jeśli niemiecki szkoleniowiec będzie umiejętnie szafować siłami swoich piłkarzy, a ci unikną poważniejszych urazów, natłok obowiązków może skutecznie uniemożliwić klubowi z Anfield przerwanie 29-letniej posuchy mistrzowskiej.

    11. A skoro już o tytule mowa, głównym kandydatem do jego zdobycia znów jest ekipa z Etihad Stadium. The Citizens stoją przed szansą stania się pierwszą drużyną od 2009 roku, która obroni święty graal angielskiego futbolu dwa razy z rzędu. I choć wielu spodziewało się, iż aktualni czempioni skupią się na Lidze Mistrzów, Pep Guardiola zaznaczył, iż nieporównywalnie bardziej satysfakcjonuje go sukces na dystansie 38 aniżeli 7 (Katalończyk uważa, że wyjście z grupy jest dla klubu tego kalibru formalnością) meczów. Hegemonia nigdy się nie nudzi.

    12. Za miedzą już tak kolorowo nie jest, Ole Gunnar Solskjaer ma jasno wyznaczony cel - awansować do najbardziej prestiżowych rozgrywek europejskich i uczynić Manchester United znowu wielkim. W tym celu znacząco wzmocnił defensywę, zaordynował ciężkie treningi, a do tego nieustannie pracuje nad wszczepieniem podopiecznym mentalności prawdziwych Czerwonych Diabłów. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że ciągłe wspominanie przeszłości i złotego okresu za rządów Sir Alexa Fergusona traci moc. Mimo perfekcyjnego okresu przygotowawczego (6 zwycięstw, 0 remisów, 0 porażek), przed drużyną z Old Trafford kolejny sezon przejściowy.

    13. Na St James’ Park niezmiennie panuje napięta atmosfera: Mike Ashley nie ustępuje, kibice protestują, a najlepszy menedżer ostatnich lat oraz gwiazdy odchodzą. Sytuacji nie poprawiło ani zatrudnienie Steve’a Bruce’a, ani wydanie sporych pieniędzy na nowych piłkarzy (pozyskanie Joelintona kosztowało 40 milionów funtów, Saint-Maxim przybył za 20). Wszystko to sprawia, iż Sroki są mocno nieprzewidywalne - z jednej strony klimat wokół klubu nie sprzyja osiąganiu dobrych wyników sportowych, z drugiej kadra zespołu wygląda całkiem przyzwoicie. Jeśli były szkoleniowiec Sheffield Wednesday będzie choć w połowie tak zaradny, jak Rafa Benitez, Newcastle wcale nie jest skazane na pożarcie.

    14. Aż 67% beniaminków, którzy od sezonu 1995/96 wkraczali do Premier League jako mistrzowie Championship, utrzymywało się w elicie w pierwszym roku po awansie. Czy w ich ślady pójdzie Norwich? Na papierze zespół nie robi większego wrażenia, lecz dokładnie tak samo było dwanaście miesięcy temu, kiedy Kanarki były rzekomo zbyt słabe, by myśleć o promocji do wyższej ligi. Gdzie dziś są, każdy widzi, pochopne wróżenie im spadku jest niewskazane.

    15. Ostatnim nowicjuszem w stawce jest Sheffield United, które wraca na salony po dwunastu latach przerwy. Kadra The Blades składa się niemal wyłącznie z Brytyjczyków - jedynym rodzynkiem pozostaje sprowadzony z Bournemouth Lys Mousset - i podobnie jak w przypadku Norwich, nie powala na kolana. Wprawdzie w bramce znowu stanie Dean Henderson, obronę doświadczeniem wspomoże Phil Jagielka, a w ataku rządzić będzie niezawodny Billy Sharp, lecz na większości pozycji może zwyczajnie zabraknąć jakości. Niewykluczone, że ekipa Chrisa Wildera będzie bić się o utrzymanie do ostatnich kolejek sezonu.

    16. Na St Mary’s Stadium nie gaśnie pragnienie wyjścia z marazmu, spowijającego klub od dwóch lat. W grudniu ubiegłego roku zatrudniono Ralpha Hasenhuttla, a latem zrewitalizowano nieco zmurszały skład - odeszli wiekowy Davies oraz wypalony Clasie, przyszli perspektywiczni Adams i Djenepo. Efekty widać jak na dłoni, z pięciu przedsezonowych sparingów Southampton wygrało cztery i jeden zremisowało. Zdaje się, iż drużyna powoli wraca na właściwe tory, toteż zbliżające się rozgrywki powinny być lepsze od poprzednich.

    17. W białej części Londynu liczą natomiast na to, że po bardzo obiecującym sezonie 2018/19, tak w lidze, jak i w pucharach, do gabloty trafi pierwsze trofeum od dwunastu lat. W osiągnięciu celu pomóc ma rzetelnie przepracowany okres przygotowawczy, w którym udział wzięli wszyscy najważniejsi piłkarze w układance Mauricio Pochettino - miła odmiana względem ubiegłego lata - pobicie klubowego rekordu transferowego przy okazji sprowadzenia Tanguya Ndombele oraz pozostanie w szeregach Kogutów kluczowych piłkarzy. Ostateczny sukces w dużej mierze zależeć będzie jednak od kondycji zdrowotno-sportowej liderów. Powtórzenie lub poprawienie rezultatów z minionych rozgrywek stanowi nie lada wyzwanie.

    18. Nieco podobnie, z zachowaniem odpowiednich proporcji, sprawy mają się w przypadku Watfordu. Dobre wyniki w Premier League w połączeniu z dotarciem do finału FA Cup rozbudziły apetyty wszystkich ludzi związanych z Szerszeniami, od piłkarzy po kibiców. Nikt nie myśli już wyłącznie o utrzymaniu się w elicie, od drużyny oczekuje się wejścia na wyższy poziom. Problem w tym, iż angielska klasa średnia - z Leicester, Evertonem oraz Wolverhampton na czele - rośnie w siłę w zastraszającym tempie i bardzo trudno będzie dotrzymać jej kroku. Choć Javi Gracia udowodnił, że potrafi wyciągać ze swoich podopiecznych maksimum możliwości, niewykluczone, iż w poprzednim sezonie ekipa z Vicarage Road musnęła szklany sufit, którego w najbliższych latach nie przebije.

    19. Wśród klubów, którym spokojny byt w ekstraklasie nie przynosi już większej satysfakcji, jest także West Ham. Młoty zaciekle pragną europejskich pucharów, co objawia się między innymi w poczynaniach zarządu na rynku transferowym - do stolicy Anglii przybyli Sebastian Haller, Pablo Fornals oraz Goncalo Cardoso. I to właśnie dwóch pierwszych ma stanowić o sile ofensywnej zespołu, a przynajmniej na to liczy Manuel Pellegrini. Jeśli obrona nie zniweczy całego wysiłku ataku, Londyńczycy powalczą o tytuł “best of the rest”.

    20. Obecnie dzierży go Wolverhampton, które według wszelkiego prawdopodobieństwa wystąpi w kolejnej edycji Ligi Europy. Oznacza to zwiększenie ilości rozgrywanych spotkań, co zgubiło w ostatnich latach niejednego średniaka. Wilki chcą jednak czym prędzej awansować w hierarchii ekstraklasowiczów i stać się jednym z potentatów, a radzenie sobie z grą na kilku frontach jest w tym przypadku nieodzowne. Przed Nuno Espirito Santo i jego podopiecznymi sezon prawdy. Pogodzenie zmagań na Starym Kontynencie z rywalizacją na krajowym podwórku może otworzyć im drzwi do restauracji, w której na razie biesiaduje wyłącznie Wielka Szóstka.

    P.S. Nie przejmujcie się nieco dłuższą formą niniejszego wpisu, natłok informacji zrobił swoje. Kolejne odcinki cyklu będą bardziej zwięzłe!

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20

    Grafika: Football Whispers
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-08-06 21-23-15.jpg

  •  

    Kolejne Fulham? Nic z tych rzeczy!

    Do pierwszego gwizdka sędziego w nowym sezonie Premier League pozostało osiem dni. Choć minione rozgrywki zakończyły się ledwie kilkanaście tygodni temu, dla Aston Villi rozbrat z ekstraklasą trwał znacznie dłużej. Po trzech latach nastał jednak kres banicji. The Villans wracają na salony z misją utrzymania się oraz... szatnią pełną świeżo sprowadzonych zawodników.

    Kiedy w 2018 roku drużyna pod batutą Steve’a Bruce’a poległa w finale play-offów, wokół klubu zapanowała posępna atmosfera marazmu. Szansa na upragniony awans została zaprzepaszczona. Cały trud, włożony w dziesięć miesięcy zmagań, poszedł na marne. Marzenia piłkarzy oraz kibiców legły w gruzach. Zespół miał spędzić kolejne rozgrywki na zapleczu elity, z dala od najlepszych ekip w kraju, najpiękniejszych stadionów i największych pieniędzy. Co gorsza, niewiele wskazywało na to, iż prędko nadarzy się równie dobra okazja na powrót do ekstraklasy. W progres względem sezonu 2017/18 wierzyli nieliczni.

    Niniejszego stanu rzeczy nie zmienił z pewnością początek rozgrywek 2018/19. Mimo że zawodnicy z Villa Park wygrali pierwsze dwa mecze ligowe, z każdym kolejnym tygodniem szło im coraz słabiej. O ile wysoką porażkę w starciu z Sheffield United można było usprawiedliwić klasą rywala, o tyle remisy z późniejszym spadkowiczem z Ipswich czy ze słabiutkim Reading były niewytłumaczalne. Sytuacji nie poprawiła nawet wygrana z Rotherham, wszak jej następstwem była seria rozczarowujących występów. Po jedenastej kolejce, i podziale punktów z Preston, stało się nieuniknione - Bruce stracił pracę. Zadanie ratowania sezonu zostało powierzone Deanowi Smithowi.

    Jeśli zarząd liczył na efekt nowej miotły, w krótkiej perspektywie mógł poczuć zawód. Owszem, Grealish i spółka zwyciężyli pierwsze spotkanie pod wodzą byłego szkoleniowca Brentford, lecz w następnych dwóch meczach zdobyli okrągłe zero punktów. Bilans bramkowy? Dwa gole strzelone, cztery stracone. Szesnaste miejsce w tabeli po piętnastu seriach gier nie zwiastowało niczego dobrego.

    I wtedy nastąpił niespodziewany zwrot akcji. Od 2 listopada do 23 grudnia Aston Villa nie zaznała goryczy porażki. Zespół z Birmingham triumfował w tym okresie pięć razy, dorzucając do okazałego bilansu trzy remisy. Metody Smitha wreszcie zaczęły działać, skutecznością imponował Tammy Abraham, świetnie spisywał się Jack Grealish, swoje robiła defensywa. Sposobu na The Villans nie znalazło ani Middlesbrough, ani West Brom, ani nawet Derby County. Dobrą passę przerwało dopiero Leeds United z Marcelo Bielsą u steru. Choć Pawie okazały się tylko minimalnie lepsze (3:2), ekipa z Villa Park bardzo źle zareagowała na niepowodzenie. Następne jedenaście spotkań przyniosło zaledwie dwanaście punktów.

    Mimo że sezon powoli chylił się ku końcowi, bordowo-niebiesko-biali krzątali się w okolicach środka stawki, tracąc do strefy play-off sześć oczek. W perspektywie dwunastu kolejek - niedużo. Biorąc pod uwagę dyspozycję zawodników w poprzednich meczach oraz zbliżające się starcia z Norwich, Leeds czy Bristol - całkiem sporo. Wśród kibiców próżno było wówczas szukać optymistów, nadzieja na wyśniony awans ulatniała się w tempie powietrza umykającego z balonika, który nadział się na igłę. Nikt nie mógł spodziewać się, iż drużyna wygra dziesięć spotkań z rzędu, zremisuje z zespołem Mateusza Klicha i rzutem na taśmę zamelduje się w czołowej szóstce Championship. Że w dramatycznych okolicznościach odprawi West Brom z kwitkiem, by na Wembley górować nad Derby County. A jednak stało się. Rok po porażce z Fulham, The Villans mogli świętować powrót do elity.

    - Premier League to właściwe miejsce dla Aston Villi. (...) Zrobiliśmy wiele, by awansować. Kilka razy upadliśmy. Ostatni sezon był bardzo trudny dla każdego, kto doświadczył porażki na Wembley z Fulham. Słowa uznania należą się również Steve’owi Bruce’owi, który ściągnął obu piłkarzy, którzy strzelili gole w finale. Teraz musimy kontynuować pracę. Z takimi właścicielami potencjał jest olbrzymi - stwierdził chwilę po triumfie rozemocjonowany Dean Smith. Jego słowa prędko znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości - kiedy drużyna udała się na zasłużone wakacje, zarząd wspierany środkami Nassefa Sawirisa i Wesa Edensa ruszył na zakupy. Kadra wymagała wzmocnień, o oszczędzaniu nie było mowy. Pytanie tylko, czy mnogość nowych jednostek wyjdzie ekipie z Birmingham na dobre?

    Na osiem dni przed startem rozgrywek, w szatni zespołu z Villa Park znajduje się dziesięciu świeżo sprowadzonych zawodników. Według danych portalu Transfermarkt.de, łączny koszt ich zakontraktowania wynosił - bagatela - 127 milionów euro. To zdecydowanie więcej niż zeszłego lata wydały Wolverhampton oraz Fulham, które były przecież pierwszymi beniaminkami, inwestującymi w transfery ponad sto baniek. Mimo że na razie The Villans mają więcej wspólnego z The Cottagers - awans poprzez play-offy, ilość nowych graczy - włodarze klubu mają nadzieję pójść śladami Wilków.

    Głównym celem zarządu, w dobiegającym końca okienku, było wykupienie uprzednio wypożyczonych piłkarzy - Tyrone’a Mingsa, Axela Tuanzebe, Anwara El-Ghaziego i Tammy’ego Abrahama. Fantastyczna czwórka stanowiła o sile zespołu w zeszłym sezonie, toteż logicznym wydawało się permanentne sprowadzenie jej po awansie do elity. O ile jednak 20 milionów funtów (mogące finalnie wzrosnąć nawet do 25) przekonało Bournemouth do pozbycia się pierwszego z wyżej wymienionych, a 8 baniek wystarczyło do pozyskania holenderskiego skrzydłowego z Lille, o tyle Manchester United oraz Chelsea zapragnęły skorzystać z rozwoju swoich piłkarzy osobiście. O kolejnym wygnaniu Tuanzebe i Abrahama nie było mowy. Po połowicznym spełnieniu swojego pragnienia, Aston Villa została zmuszona do szukania wzmocnień pośród jednostek dotąd niesprawdzonych.

    Jedynym wyjątkiem od tej reguły okazał się Kortney Hause. 24-latek rozegrał w minionych rozgrywkach czternaście spotkań w bordowym trykocie, lecz wątpliwe, by po definitywnym transferze z Wolverhampton stworzył podstawowy duet stoperów z Mingsem. Zdecydowanie większe szanse ma na to Ezri Konsa, sprowadzony z Brentford za 12 milionów funtów. Reprezentant Anglii do lat 21 był podporą Pszczół i jednym z najbardziej eksploatowanych graczy w drużynie (w poprzednim sezonie zaliczył aż 42 występy na poziomie Championship), a teraz ponownie połączy swe siły z Deanem Smithem. - Jest zawodnikiem o ogromnym potencjale i wierzę, że sprawdzi się w Premier League. Nie mogę się doczekać naszej wspólnej pracy - mówił o swoim byłym, a zarazem obecnym podopiecznym szkoleniowiec The Villans. Zastąpienie wychowanka Czerwonych Diabłów jest nie lada wyzwaniem, lecz pochodzący z Londynu obrońca zdaje się mieć wszelkie atrybuty, potrzebne do sprostania zadaniu.

    Blok defensywny zasilili również Bjorn Engels oraz Matt Targett. Ekstraklasowe doświadczenie (43 spotkania) drugiego z nich może okazać się szalenie istotne w ewentualnej walce o utrzymanie.

    Nie mniej ważna będzie dyspozycja piłkarzy środka pola. Choć McGinn, Hourihane i Grealish stanowili w poprzednich rozgrywkach niemal nierozerwalny tercet, zarząd zdecydował się pozyskać Douglasa Luiza z Manchesteru City. Po opuszczeniu ojczyzny Brazylijczyk wzbudzał spory entuzjazm wśród fanów The Citizens, lecz wskutek braku pozwolenia na pracę na Wyspach musiał zostać wypożyczony. W barwach Girony radził sobie ponadprzeciętnie, a po dodaniu do siebie wszystkich ciepłych słów i pochwał stwierdził, że ławka rezerwowych na Etihad Stadium niespecjalnie go kręci. Po transferze na Villa Park 21-latek zapowiedział, iż będzie liderem drużyny, której pomoże tak werbalnie, jak i sportowo. A wszystko to mimo zerowego obycia z angielską piłką.

    Zgoła inaczej sprawy mają się w przypadku Joty. Nie dość, że Hiszpan, podobnie jak wspomniany wcześniej Konsa, grał już pod wodzą Deana Smitha, to w dodatku ma w swoim dorobku ponad 140 występów na zapleczu Premier League. - Spędziłem kilka lat w Championship. To trudna liga, mnóstwo kontaktów z rywalami i mało czasu przy piłce - stwierdził skrzydłowy w rozmowie ze Sky Sports. - Starałem się znaleźć sobie trochę przestrzeni i być może w Premier League będzie o to łatwiej z uwagi na większą jakość. Jestem bardzo szczęśliwy, pewny, że sobie poradzę i będę robił różnicę. W swoim najlepszym okresie były zawodnik Brentford zdobył piętnaście bramek, do których dorzucił pięć asyst. Mimo że nieźle radzi sobie w przedsezonowych sparingach, do wejścia w buty Alberta Adomaha wciąż mu daleko. Na szczęście w odwodzie pozostaje jeszcze Trezeguet, pozyskany z tureckiej Kasimpasy za 8,5 bańki.

    A skoro już o następcach mowa, do załatania wyrwy po Tammym Abrahamie wytypowany został Wesley Moraes. Siedemnaście trafień w połączeniu z dziesięcioma ostatnimi podaniami, jakie Brazylijczyk zaliczył w barwach Club Brugge w minionym sezonie, przekonały zarząd Aston Villi do pobicia klubowego rekordu transferowego i przelania na konto belgijskiego potentata okrągłe 22 miliony funtów. Jest to inwestycja tyleż w umiejętności, co w potencjał, wszak napastnik ma zaledwie 22 lata. W porównaniu z graczem Chelsea, nowy nabytek The Villans jest nieco słabszy z piłką przy stopie, za to lepiej porusza się i ustawia w polu karnym oraz jego okolicach. Czy atrybuty te wystarczą do zastąpienia wicekróla strzelców Championship? Dla osoby, która mając dziewięć wiosen na karku straciła ojca, po piętnastu sama miała potomka, a do tego posiada jedną nogę krótszą od drugiej o blisko trzy centymetry, różnica poziomów, dzieląca Premier League oraz Jupiler Pro League, może okazać się niczym szczególnym. Z drugiej strony, najświeższe transfery snajperów z krajów Beneluksu na Wyspy nie przyniosły niczego dobrego (patrz: Vincent Janssen czy chociażby Jurgen Locadia).

    W momencie powstawania niniejszego tekstu, bliscy przenosin na Villa Park są Marvelous Nakamba i Tom Heaton. Jeśli ich przeprowadzki dojdą do skutku, kadra ekipy z bordowej części Birmingham liczyć będzie dwunastu nowych piłkarzy. I choć sytuacja łudząco przypomina zeszłoroczne poczynania Fulham, dyrektor generalny klubu, Christian Purslow, uspokaja: - Oczywiście, znajdą się osoby, które nie śledząc dokładnie naszych ruchów stwierdzą, iż jesteśmy kolejnym beniaminkiem, który sobie nie poradzi i prędko spadnie. Tutaj nikt, a już na pewno nie ja lub Dean Smith, nie wierzy w taki scenariusz. Nie mógłbym być bardziej pewny tej drużyny. Sądzę, że czeka nas fantastyczny sezon.

    W rzeczywistości wszystko zależeć będzie od tego, jak pozyskani latem gracze odnajdą się w nowych realiach, i jak wkomponują się w zespół. Na ich korzyść przemawia wiek - ośmiu z nich nie ukończyło jeszcze 25. roku życia - oraz jakość. W porównaniu do nieszczęsnych nabytków The Cottagers pokroju Le Marchanda, Mawsona czy Schurrle, Konsa, Mings i El-Ghazi prezentują zdecydowanie wyższy poziom. Co więcej, część z nowicjuszy w szeregach The Villans pracowała już z Deanem Smithem, nie wspominając o tych, którzy reprezentowali barwy klubu w poprzednich rozgrywkach.

    Spośród sześciu ostatnich beniaminków, którzy przed powrotem do Premier League wydali na transfery ponad 50 milionów funtów, aż pięciu zdołało utrzymać się w elicie. Czy Graelish i spółka pójdą w ich ślady? Jak pokazał przypadek Fulham, samo wydawanie pieniędzy nie gwarantuje sukcesu. Dotychczasowe działania Aston Villi każą jednak sądzić, że wnioski z błędów poprzednika zostały wyciągnięte.

    Grafika: Aston Villa

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #transfery #astonvilla #championship #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-07-31 17-04-51.jpg

  •  

    Jakby ktoś chciał się podzielić kodem na flixbusa na priv, to byłbym bardzo wdzięczny. #flixbus

  •  

    Nowa era, stare motto

    Kiedy Liverpool przegrał finał Ligi Mistrzów w Kijowie, wielu prawiło o zmarnowaniu wiekopomnej szansy. Jurgen Klopp oraz jego piłkarze nie zaniechali jednak starań i rok po porażce z Realem Madryt sięgnęli po upragnioną "uszatkę". Klęskę udało się przekuć w sukces, a niepowodzenie zamiast zdemotywować, zmobilizowało do większego wysiłku. Na podobny scenariusz liczy Tottenham. Nadchodzący sezon ma być jeszcze lepszy od poprzedniego.

    Finał Ligi Mistrzów, czwarte miejsce w Premier League, półfinał Pucharu Ligi. Na rozkładzie między innymi Manchester United, Chelsea, Arsenal, Borussia Dortmund, Manchester City oraz Ajax. Trudno pisać o spełnieniu, gdy w gablocie z trofeami wciąż brakuje nowych eksponatów, lecz minione rozgrywki w wykonaniu Kogutów należy ocenić co najmniej dobrze. Podopieczni Mauricio Pochettino nie tylko ugruntowali swoją pozycję na krajowym podwórku, ale też - a może przede wszystkim - zasiedli do stołu z najlepszymi klubami Starego Kontynentu i wstali od niego długo po tym, jak potentaci opuścili bal. Co więcej, osiągnęli to mimo natłoku problemów natury pozaboiskowej, z jakimi przyszło im się borykać na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy.

    Korzenie niełatwego okresu sięgają roku 2017. Wtedy wyburzono stare, poczciwe White Hart Lane, wtedy rozpoczęła się budowa pięknego i ze wszech miar awangardowego stadionu. Zanim jednak ten stał się nowym domem Tottenhamu, stanowił dla Londyńczyków istną puszkę pandory. Paradoks polegał na tym, iż w odróżnieniu od mitologicznego naczynia, obiekt wywoływał nieszczęścia na wiele miesięcy przed otwarciem.

    Z uwagi na przeciągające się prace wykończeniowe, Koguty przez większą część sezonu 2018/19 podejmowały gości na Wembley. Znowu. Choć zawodnikom udało się okiełznać świątynię futbolu, ta nadal nie wyznaczała strefy komfortu, nie stanowiła twierdzy na miarę White Hart Lane. O poczuciu przewagi własnego boiska nie było mowy. Gdyby tego było mało, inwestycja w nowoczesny stadion pochłonęła zdecydowanie więcej pieniędzy, aniżeli było to planowane. Efekt? Brak wzmocnień zarówno w letnim, jak i w zimowym oknie transferowym. Złościł się zdający sobie sprawę z braków kadrowych Pochettino, swoje niezadowolenie wyrażali pragnący kolejnych gwiazd kibice. Eksperci wyrokowali zaś jasno: przesadnie eksploatowanych piłkarzy prędzej czy później dopadną urazy, a wobec wąskiej ławki rezerwowych drużyna wpadnie w kryzys. Stało się, jak zapowiedzieli - dziewiętnastu graczy zmagało się z bardziej lub mniej poważnymi kontuzjami, natomiast w końcówce rozgrywek Tottenham wygrał zaledwie dwa z ośmiu spotkań.

    Z pozaboiskowego punktu widzenia, miniony rok nie należał do najprzyjemniejszych. Czysto sportowo - wręcz przeciwnie. Przyzwoite wyniki na ziemi angielskiej w połączeniu z zaskakująco dobrymi rezultatami w rozgrywkach europejskich przyniosły nie tylko radość oraz satysfakcję, ale również wzrost apetytów w związku z nadchodzącym sezonem. - Sądzę, iż nastała dla nas nowa era - stwierdził Lucas Moura w rozmowie ze Sky Sports. - Mamy więcej pewności siebie. Wraz z dotarciem do finału Ligi Mistrzów i przeprowadzką na nowy obiekt weszliśmy na wyższy poziom. Fani wierzą w nas jeszcze bardziej, więc pora potwierdzić, że jesteśmy wielką drużyną, wielkim klubem i posiadamy świetny skład. Nadszedł czas, by zdobyć trofeum - to nasz główny cel. Zrobimy dla niego wszystko, co w naszej mocy.

    O wpływie wyników w europejskich pucharach prawił również Harry Kane: - Myślę, że to motywuje do stawania się lepszym. Wystąpiwszy w finale Ligi Mistrzów, chcesz cały czas grać w wielkich meczach. W kwestii Mistrzostwa Anglii napastnik zadeklarował natomiast jasno: - To zawsze stanowi nasz cel. (...) Cokolwiek wydarzy się do końca okienka, wiemy, iż mamy wystarczająco silny skład, by rywalizować. Wielka Szóstka jest mocna, więc chcemy po prostu dać z siebie wszystko.

    Jan Vertonghen postawił zaś tezę, iż ekipy Manchesteru City oraz Liverpoolu nie będą w kolejnych rozgrywkach na tyle silne, by zdystansować resztę stawki. - Prawdopodobnie jest sześć zespołów, które chcą powalczyć o tytuł i wszyscy wiemy, o kogo chodzi. Postrzegam nas jako jedną z trzech, czterech najlepszych drużyn w lidze.

    Nie trzeba być psychologiem sportowym, by dostrzec, jak wiele dał piłkarzom ostatni sezon. Z ich wypowiedzi bije determinacja, pozytywna pewność siebie, a także świadomość własnej wartości oraz możliwości. O swoich dążeniach mówią jasno i konkretnie, nie tracą czasu na pustosłowie. Co zaś najważniejsze, w nadejście lepszych czasów wierzą równie mocno - jeśli nie mocniej - co kibice.

    Swojej nadziei nie kryje również Mauricio Pochettino. - Jeśli rezultat finału byłby inny, być może pomyślałbym: “Okej, nastał dobry moment na opuszczenie klubu i danie mu szansy na otwarcie prawdziwie nowego rozdziału z nowym sztabem szkoleniowym” - wyznał Argentyńczyk na jednej z przedsezonowych konferencji prasowych. - Jednak po finale poczułem, że nie jest to najlepsza decyzja. Nie jestem osobą, która unika mierzenia się z problemami lub trudnymi sytuacjami. Kocham wymagające wyzwania. Misja odbudowania mentalności, potrzebnej do powtórzenia podobnego sezonu, bardzo mnie ekscytuje i motywuje.

    Cel Kogutów jest więc klarowny - sprawić, by kolejne rozgrywki były nie gorsze od poprzednich, a ponadto zdobyć pierwsze trofeum od dwunastu lat. Czego potrzeba do wcielenia planu w życie?

    Przede wszystkim spokojnie, rzetelnie przepracowanego okresu przygotowawczego. I tu pierwsza różnica względem roku ubiegłego. Jako że zeszłe lato upłynęło pod znakiem rosyjskiego mundialu, a aż dziewięciu piłkarzy Tottenhamu było członkami kadr, które dotarły do półfinałów turnieju, drużyna Pochettino zmuszona była do trenowania bez swoich najważniejszych członków. Lloris, Vertonghen, Trippier, Dele czy chociażby Kane wrócili z urlopów znacznie później niż reszta. Tym razem jest zgoła inaczej. Poza Aurierem, Sanchezem i Wanyamą, którzy reprezentowali swoje kraje na Pucharze Narodów Afryki lub Mistrzostwach Ameryki Południowej, a także Dierem oraz Daviesem, którzy kontynuują rehabilitację pourazową, wszyscy zawodnicy, znajdujący się w kręgu zainteresowań menedżera, udali się na tournee do Azji. Tam, w ramach International Champions Cup, Londyńczycy zmierzyli się z Juventusem (3:2), a w czwartek podejmą Manchester United. Po powrocie do Europy wezmą natomiast udział w Audi Cup, gdzie rywalizować będą między innymi z Realem Madryt, a na zakończenie przygotowań rozegrają sparing z Interem Mediolan.

    Zespół wreszcie ma więcej czasu na wspólne zajęcia przed rozpoczęciem zmagań o najwyższe cele. Fakt ten niewątpliwie cieszy sztab szkoleniowy, wszak to dobra okazja nie tylko do szlifowania rozwiązań taktycznych i nauki schematów wykonywania stałych fragmentów gry, ale też do przyjrzenia się nowo sprowadzonym jednostkom. Tych wciąż jest jednak zbyt mało.

    Jako że Jack Clarke, zakontraktowany przez zarząd na początku lipca, najbliższy sezon spędzi na wypożyczeniu w Leeds United, jedynym nowicjuszem w kadrze Tottenhamu pozostaje Tanguy Ndombele. Pozyskany z Olympique Lyon za rekordowe w dziejach klubu 63 miliony funtów 22-latek znany jest ze swoich umiejętności taktycznych i technicznych, potrafi dryblować, odbierać piłkę oraz rozpoczynać akcje ofensywne z głębi pola. Poza tym, jest bardzo dynamiczny i wytrzymały kondycyjnie, co dopełnia zestaw atrybutów, których środkowej linii Kogutów zdecydowanie brakowało. Istnieje tylko jeden problem. Francuz nie zagra jednocześnie w pomocy, na bokach obrony oraz w centralnej części ataku. Tam świeża krew jak dotąd nie dotarła, a z uwagi na transfery wychodzące powinna.

    Wraz z końcem czerwca stolicę Anglii opuścił Fernando Llorente, który nie otrzymał propozycji przedłużenia umowy. W jego ślady poszli pragnący nowych wyzwań Kieran Trippier oraz marzący o odbudowaniu formy Vincent Janssen, natomiast Danny Rose wciąż pieczołowicie poszukuje kolejnego pracodawcy. Następców zaś ani widu, ani słychu. Owszem, Daniel Levy przejawiał zainteresowanie Ryanem Sessegnonem, Danim Alvesem, Hiroki Sakaim czy Lucasem Digne, lecz do żadnych poważnych rozmów nie doszło. O chęci sprowadzenia rezerwowego napastnika nie wiadomo absolutnie nic. I choć Lucas do spółki z Sonem udowodnili, iż potrafią zniwelować absencję Kane’a, nie ulega wątpliwości, że kapitanowi Synów Albionu przydałby się dubler z prawdziwego zdarzenia.

    Rywalizacja na czterech frontach wymaga właściwie skonstruowanej, wyrównanej jakościowo kadry. Na ten moment Tottenham takowej nie posiada i jeśli do końca okienka nic się w tej kwestii nie zmieni, o sukces będzie niezwykle trudno. Nie da się bowiem grać co trzy dni tym samym składem, a rotacja bez zwiększenia ryzyka poniesienia porażki jest aktualnie niemożliwa.

    I tu płynnie przechodzimy do kolejnego warunku powtórzenia lub nawet poprawienia wyników z zeszłego sezonu, jakim jest odpowiednie zarządzanie siłami zawodników. W minionych rozgrywkach Mauricio Pochettino nie miał w tym aspekcie większego komfortu. Dysproporcja jakościowa, dzieląca piłkarzy wyjściowej jedenastki i rezerwowych, była zbyt duża. W efekcie czołowi piłkarze nie mogli liczyć na pełną regenerację między występami i raz po raz doznawali urazów, po których w ekspresowym tempie przechodzili rehabilitację, by czym prędzej wrócić na boisko. Niekiedy pośpiech tylko pogarszał sprawę - na przestrzeni ostatnich dziesięciu miesięcy Aurier, Dele czy Kane zmagali się z dwoma, a nawet trzema kontuzjami. To w żadnym razie nie może się powtórzyć, lecz ponownie, jeśli do końca okienka zarząd nie poczyni wymagających inwestycji, próżno wypatrywać poprawy w kwestii rotacji.

    Do odniesienia sukcesu Kogutom niezbędna będzie także wysoka, równa dyspozycja liderów. W zeszłym sezonie tylko Christian Eriksen nie schodził poniżej pewnego poziomu, nie miewał długotrwałych kryzysów. Inna sprawa, że Duńczyk jako jeden z nielicznych uniknął poważniejszych urazów i nie opuszczał drużyny z powodu obowiązków reprezentacyjnych, jak Heung-min Son. O ile jednak Koreańczyk niezwłocznie po powrocie z absencji wchodził na najwyższe obroty - czego dowodem 20 goli i 10 asyst - o tyle przerwy spowodowane nieszczęsnymi kontuzjami kompletnie wybijały z rytmu Harry’ego Kane’a oraz Dele.

    - To był dla mnie bardzo trudny sezon, prawdopodobnie odniosłem więcej urazów niż kiedykolwiek wcześniej - przyznał angielski pomocnik w wywiadzie udzielonym Sky Sports. - Przyglądanie się z boku, kiedy chcesz być na boisku i pomóc drużynie, jest trudne zarówno mentalnie, jak i fizycznie. Jednak musisz to przetrwać i starać się nie myśleć przesadnie negatywnie. Wykorzystałem ten czas, by poprawić rzeczy, które nie funkcjonowały dobrze, by odbudować się i wrócić silniejszym. Sądzę, że mi się udało. Pracowałem nad tym na przestrzeni całego sezonu. Uważam, że dobrze spożytkowałem ten czas.

    Jeśli Eriksen i Alderweireld zostaną w północnym Londynie, Son ponownie wzniesie się na wyżyny swoich możliwości, Kane oraz Vertonghen unikną problemów zdrowotnych, a Dele nawiąże do najlepszych momentów w dotychczasowej karierze, Pochettino może być spokojny o trzon zespołu. Odpowiednio obudowany jest on w stanie poprowadzić Tottenham do wielu zwycięstw.

    Jak widać, warunków sukcesu jest całkiem sporo, a czasu do pierwszego gwizdka sędziego w nowym sezonie coraz mniej. Za piętnaście dni rozpocznie się rywalizacja o mistrzostwo Anglii, następnie rozegrane zostaną wstępne rundy Pucharu Ligi, a we wrześniu ruszy Liga Mistrzów. Czy Koguty zrealizują swoje plany? Czy podążą śladami Liverpoolu i przekują porażkę w triumf? Na tę chwilę sprawa pozostaje otwarta, wszystko zależy od dalszych poczynań zarządu oraz kondycji zdrowotno-sportowej piłkarzy. Jedno jest pewne - odwagi im nie zabraknie. Od tej zaś, zgodnie z klubowym mottem, krótka droga do czynu.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #ligamistrzow #tottenham #spurs #zycienaokraglo

    Zdjęcie: Tottenham Hotspur
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-07-24 10-39-48.jpg

  •  

    Napastnik potrzebny od zaraz

    Od przeprowadzki Romelu Lukaku z Goodison Park na Old Trafford minęły dwa lata. Belg może niedługo ponownie przywdziać nowe barwy i związać swoją przyszłość z czarno-niebieską częścią Mediolanu, a klasowego napastnika w Evertonie jak nie było, tak nie ma. Najwyższa pora, by niniejszy stan rzeczy uległ zmianie.

    Transferowe lato w pełni. W mediach roi się od plotek, piłkarze co rusz opuszczają dotychczasowe miejsca pracy tudzież grymaszą w celu wymuszenia zgody na "zrealizowanie marzeń", a kluby ochoczo inwestują w sprowadzanie ich następców. W Anglii, jak zwykle, zbroi się, kto może. Według danych portalu Transfermarkt.de przedstawiciele Premier League wydali w bieżącym oknie już ponad 750 milionów euro, a na tym z pewnością nie koniec. Każdy pragnie zatrudnić zawodników, którzy wniosą do drużyny nową jakość lub zapewnią konkurencję. Każdy chce czym prędzej zniwelować braki, wzmocnić newralgiczne pozycje.

    Nie inaczej sprawy mają się w niebieskiej części Liverpoolu. Kadrę The Toffees zasiliły dotąd trzy jednostki - Jonas Lossl, Fabian Delph oraz Andre Gomes. O ile duński golkiper, pozyskany za darmo ze spadkowicza z Huddersfield, przystał na rolę dublera - numerem jeden w bramce Evertonu pozostaje niezmiennie Jordan Pickford - o tyle angielski pomocnik ma serdecznie dość przesiadywania na ławce rezerwowych i na Goodison Park zamierza grać pierwsze skrzypce. Tercet uzupełnia wykupiony z Barcelony Portugalczyk, który dobrze odnalazł się na Wyspach i stanowił ważny punkt zespołu Marco Silvy w zeszłym sezonie. Kwota 25 milionów euro nie stanowiła dla zarządu żadnego problemu.

    Mimo że wszystkie dotychczasowe ruchy jawią się jako sensowne, podstawowa potrzeba drużyny pozostaje niezaspokojona. W kadrze klubu aspirującego do gry w europejskich pucharach wciąż brakuje rasowego snajpera.

    Ostatnim napastnikiem, któremu udało się spełnić oczekiwania niebieskiej części Merseyside był Romelu Lukaku. Belg spędził w Evertonie cztery sezony, w trakcie których rozegrał 166 oficjalnych spotkań i zdobył 87 goli. Trafiał do siatki statystycznie co 161 minut, karcił wielkich oraz małych, korzystał zarówno ze swoich warunków fizycznych, jak i z instynktu. Był motorem napędowym, liderem oraz najważniejszą postacią zespołu, więc nic dziwnego, że po jego odejściu na szpicy The Toffees zapanowało bezkrólewie. Żaden z następców brązowego medalisty ostatniego mundialu nawet nie zbliżył się do jego osiągnięć, o powtórzeniu tychże nie wspominając. Inna sprawa, że w gronie dziedziców próżno szukać piłkarzy najwyższej klasy.

    Pierwszym, który miał wejść w buty najskuteczniejszego zawodnika w historii Reprezentacji Belgii był Sandro Ramirez. Hiszpan przybył do miasta Beatlesów po bardzo udanych rozgrywkach w barwach Malagi - w 31 występach strzelił 16 goli - prosto z Młodzieżowych Mistrzostw Europy, na których La Rojita zajęła drugie miejsce. Choć charakterystyką i budową ciała znacznie odbiegał od Lukaku, zarząd wiązał z nim spore nadzieje, a co odważniejsi brytyjscy dziennikarze wieścili mu rychły podbój Premier League. Czterdzieści bramek w debiutanckim sezonie? Pestka, w końcu mowa o wychowanku słynnej La Masii.

    Niestety oczekiwania nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości. 24-latek nie zaaklimatyzował się w nowym środowisku, a w skutek braku zaufania szkoleniowców - najpierw Ronalda Koemana, a następnie Sama Allardyce’a - pojawiał się na murawie bardzo rzadko albo wcale. Zaledwie pół roku po transferze wrócił do ojczyzny z podkulonym ogonem, lecz ani pobyt w Sevilli, ani przygoda z Realem Sociedad nie odmieniły jego sytuacji w Evertonie. Kolejne rozgrywki znów spędzi w Hiszpanii, a nieudaną próbę podboju angielskiej ekstraklasy usprawiedliwia nieadekwatnym do jego predyspozycji stylem gry drużyny z Goodison Park. Nic nie wskazuje na to, by Hiszpan miał kiedykolwiek załatać wyrwę po Romelu.

    Nie zrobi tego również Oumar Niasse, który wprawdzie zdobył dla The Toffees kilka ważnych bramek, lecz szczytem jego osiągnięć pozostaje dziewięć trafień w sezonie 2017/18. Poza tym, Senegalczyk kompletnie nie wpisuje się w filozofię Marco Silvy, czego dowodem ostatnie wypożyczenie do Cardiff.

    Nieco więcej cierpliwości okazuje się natomiast Cenkowi Tosunowi. Nie sposób stwierdzić, czy wynika to z jego umiejętności, czy może z kwoty (ponad 20 milionów euro), jaką pochłonęło sprowadzenie go do Liverpoolu, lecz fakty są takie, że dotychczasowe wysiłki Turka nie powalają na kolana. W 43 meczach z herbem Evertonu na piersi strzelił on jedynie dziewięć goli i o ile świeżo po przyjeździe ze Stambułu był członkiem wyjściowego składu, o tyle w minionych rozgrywkach występy od pierwszej minuty przeplatał z przesiadywaniem na ławce rezerwowych. Ba, na finiszu zmagań niemal całkowicie wypadł poza kadrę. Mimo to, zarząd nie zamierza skazywać go na banicję - czy to czasową, czy permanentną - a sam zainteresowany twierdzi, iż nie złoży broni w walce o miejsce w podstawowej jedenastce. Na razie idzie mu cokolwiek mizernie.

    Swoje szanse w centralnej części ofensywy otrzymywał również sprowadzony zeszłego lata Richarlison. W trzynastu występach w roli “dziewiątki” Brazylijczyk wziął udział w sześciu akcjach bramkowych, co tylko potwierdziło, że zdecydowanie lepiej czuje się na skrzydle (9 goli i asysta). Ostatnim “wymysłem” Marco Silvy stał się zaś Dominic Calvert-Lewin, który w drugiej części sezonu pełnił funkcję podstawowego napastnika. Efekt? Cztery trafienia oraz dwa kluczowe podania. Z szumnych zapowiedzi - na łamach brytyjskiego Expressu Anglik zarzekał się, iż jest gotowy na zostanie głównym snajperem zespołu - wynikło niewiele.

    Od przeprowadzki Romelu Lukaku z Goodison Park na Old Trafford minęły dwa lata. Belg może niedługo ponownie przywdziać nowe barwy i związać swoją przyszłość z czarno-niebieską częścią Mediolanu, a klasowego napastnika w Evertonie jak nie było, tak nie ma.

    Wiele wskazuje jednak na to, że The Toffees nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w bieżącym oknie transferowym. Nie dalej, jak w pierwszym tygodniu lipca, brytyjski Mirror podał, iż właściciel klubu z Merseyside, Farhad Moshiri, chętnie widziałby w swojej drużynie Diego Costę. Co więcej, nie jest to pragnienie niemożliwe do spełnienia. Nie dość, że Hiszpan nie ma najlepszych relacji z władzami Atletico Madryt, to w dodatku chętnie wróciłby na Wyspy, gdzie w latach 2014-2017 występował z sukcesami w barwach Chelsea. Zdaniem Sama Allardyce’a sięgnięcie po 30-latka pozwoliłoby Evertonowi włączyć się w rywalizację o prawo do gry w Lidze Mistrzów.

    W razie fiaska rozważana jest natomiast kandydatura Mario Mandzukicia. Jak donosi The Telegraph, Marco Silva jest fanem talentu Chorwata i z przyjemnością przyjąłby go pod swoje skrzydła. Mimo zaawansowanego wieku, wicemistrz świata wydaje się stworzony do gry w Premier League i niewykluczone, iż sprawdziłby się w niej nie gorzej niż Costa. Pozostaje tylko przekonać dyrektora sportowego The Toffees, Marcela Brandsa, który jest przeciwnikiem sprowadzania piłkarzy z tyloma wiosnami na karku.

    Zainwestowanie w napastnika jawi się jako nieodzowne. Albert Einstein stwierdził niegdyś, iż szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. Na zdrowy rozsądek Everton nie ma więc wyjścia - chcąc liczyć się w grze o najwyższe cele nie może po raz kolejny skazać się na brak rasowego snajpera. Dopóki takowy nie znajdzie się w kadrze, dopóty ekipa z miasta Beatlesów będzie oglądać plecy Wielkiej Szóstki i Wolverhampton, a niedługo także Leicester oraz West Hamu.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #transfery #premierleague #everton #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-07-18 20-17-31.jpg

  •  

    Kupiony za orzeszki, sprzedany za... orzeszki

    Marko Arnautović odchodzi z West Hamu. Po burzliwych negocjacjach i naciskach na władze klubu piłkarz dopiął swego, a jego nowym miejscem pracy staną się upragnione Chiny. W całej sytuacji nie byłoby niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że ledwie sześć miesięcy temu Austriak przedłużył kontrakt z Młotami.

    Kiedy w 2017 roku Londyńczycy zdecydowali się na sprowadzenie byłego napastnika Interu Mediolan, wielu łapało się za głowy. Wprawdzie był on liderem Stoke i jak na realia drużyny z Britannia Stadium notował przyzwoite statystyki goli oraz asyst, ale żeby od razu płacić za niego dwadzieścia milionów funtów? Okrutna pomyłka. W retoryce krytyków niniejszego posunięcia Arnautović był zbyt niestabilny sportowo i niestały mentalnie, by spełnić pokładane w nim nadzieje, a West Ham miał srogo pożałować pobicia własnego rekordu transferowego.

    Stało się zgoła inaczej.

    Początek przygody Marko w bordowo-niebieskiej koszulce faktycznie nie należał do udanych. Nie dość, że piłka po jego strzałach nie znajdowała drogi do bramki, a podania rzadko zamieniały się w asysty, to w dodatku pojawiły się problemy z dyscypliną na boisku - uderzenie piłkarza Southampton sędzia wycenił na czerwoną kartkę. Gdyby tego było mało, drużynie lepiej wiodło się, kiedy Arnautović przebywał poza kadrą meczową (7 punktów w 4 meczach ligowych), aniżeli w momentach, w których biegał po murawie (3 oczka w 11 spotkaniach angielskiej ekstraklasy). Przeciwnicy jego osoby święcili triumfy.

    Zarząd West Hamu nie zamierzał jednak obarczać napastnika odpowiedzialnością za całe zło, które spotykało wówczas Młoty. Owszem, spodziewano się po nim więcej, lecz mianowanie go kozłem ofiarnym byłoby naiwnością. Nieunikniona okazała się za to zmiana na stanowisku szkoleniowca. Wypalonego i nieco zasiedziałego Slavena Bilicia zastąpił ubiegający się o odbudowanie swojej pozycji w futbolowym światku David Moyes.

    Pod wodzą Szkota ekipa z London Stadium notowała znacznie lepsze wyniki, co pozwoliło jej na zakończenie rozgrywek na trzynastym miejscu w tabeli. I choć nie wystarczyło to do utrzymania posady - na niekorzyść byłego opiekuna Evertonu przemawiały brak regularności oraz nieatrakcyjny styl gry - pobyt 56-latka w stolicy nie był całkowicie bezowocny. Za mały sukces należy wszak uznać przesunięcie Arnautovicia ze skrzydła na szpicę. Banalna z perspektywy czasu decyzja okazała się punktem zwrotnym w londyńskiej przygodzie piłkarza.

    Odkąd Austriak zadomowił się w centralnej części ataku, West Ham zyskał lidera w najczystszej postaci. Marko nie tylko otworzył swoje konto strzeleckie, które pielęgnował z tygodnia na tydzień, ale też stał się jednym z najefektywniejszych kreatorów w drużynie. Do końca rozgrywek wziął udział w 17 (11 trafień i 6 asyst) z 36 akcji bramkowych Młotów, co dobitnie obrazuje jego wpływ na zespół w ówczesnym okresie. To na nim opierała się gra, to od niego zależało najwięcej. Nic dziwnego, że w kwietniu 2018 roku fani wybrali go Graczem Sezonu.

    Tak oto Arnautović z transferowego niewypału przeistoczył się w najważniejszą postać drużyny. Do zjednania sobie kibiców i udowodnienia krytykom, jak bardzo mylili się w ocenie jego osoby wystarczyło mu niespełna pięć miesięcy występów w roli napastnika.

    Pomimo zainteresowania ze strony Manchesteru United, zeszłego lata snajper rodem z Wiednia nie zmienił barw klubowych. Życie w Londynie w połączeniu z uwielbieniem trybun całkowicie go satysfakcjonowały, a nowy menedżer, Manuel Pellegrini, zamierzał uczynić go kluczowym elementem swojego projektu. Opuszczanie stolicy mijało się z celem, Marko miał stać się symbolem ery chilijskiego szkoleniowca w West Hamie.

    Początek ich współpracy dawał nadzieję, że rzeczone oczekiwania nie były czynione na wyrost. Wprawdzie Młoty fatalnie weszły w nowe rozgrywki ligowe - na pierwsze punkty przyszło im czekać do piątej kolejki - ale Austriak nie zawodził. Trzy gole oraz asysta na przestrzeni 370 minut, jakie spędził na boisku, stanowiły wizytówkę jego możliwości. Wszystko, co dobre dla zespołu, było dziełem Fabiańskiego i Arnautovicia właśnie. Znamienne, iż odpowiedzialność za wyniki ekipy z London Stadium znów spoczywała na barkach ostatniego z nich.

    W drugiej połowie września 2018 roku sytuacja uległa jednak zmianie. Wraz ze wzrostem formy pozostałych zawodników, znaczenie Marko stopniowo, acz konsekwentnie malało. Choć były piłkarz Stoke nadal stanowił o sile West Hamu i zdobywał ważne bramki, jak chociażby w starciu z Manchesterem United, określenia pokroju “lider” czy “gwiazda” częściej wymieniało się w kontekście sprowadzonego z Lazio Felipe Andersona. Duma Arnautovicia została podrażniona, a nastroju nie poprawił ani dublet w spotkaniu z Brighton, ani tym bardziej uraz uda. Austriak zapragnął transferu.

    Wiele można 30-latkowi zarzucić, ale na pewno nie to, iż jest niekonkretny. Wręcz przeciwnie, Marko nie zwykł kryć się ze swoimi intencjami. Kiedy chciał opuścić Britannia Stadium, wprost powiedział o tym władzom The Potters. Kiedy uzasadniał swoje przenosiny do stolicy stwierdził, że West Ham jest większym i ambitniejszym klubem niż Stoke. Kiedy natomiast zamarzył o grze w Chinach, nie wahał się powiadomić o tym zarządu Młotów. Tak rozpoczęła się jedna z najdziwniejszych sag zimowego okienka transferowego.

    - West Ham kupił Marko za orzeszki. Zapłacili za niego 20 milionów funtów, czyli tyle co nic, jak na dzisiejsze realia - przekonywał wówczas agent i jednocześnie brat piłkarza, Danijel Arnautović. - Kupili go, żeby pomógł im się utrzymać w Premier League i zrobił to. Zgarnął w klubie wszystkie nagrody: zawodnika sezonu, transferu sezonu oraz nagrodę piłkarzy. Teraz West Ham ma fantastyczną ofertę. Mogą zarobić blisko dwa razy więcej niż zainwestowali. On chce odejść i rywalizować o tytuły. Właśnie tego pragnie. Marzy o tym, by West Ham zaakceptował ofertę z Chin - dodawał w rozmowie z talkSPORT.

    Mimo nacisków i protestów ze strony zawodnika oraz jego środowiska, władze klubu pozostały nieugięte. Wszelkie oferty były konsekwentnie odrzucane, zaś Austriak otrzymał propozycję podpisania nowego kontraktu, na mocy którego miał zarabiać 120 tysięcy funtów tygodniowo. Ku uciesze Manuela Pellegriniego, napastnik przystał na niniejsze warunki i zagwarantował, iż bez względu na wszystko kocha West Ham. Żyli (nie)długo i szczęśliwie. Do lipca.

    Po styczniowych zawirowaniach Arnautović długo nie potrafił odnaleźć właściwego rytmu. Co gorsza, każdym kolejnym występem bez gola na koncie podkopywał wiarę we własny instynkt, z każdą kolejną minutą posuchy wzrastała jego frustracja. Kiedy wydawało się, iż sezon zakończy bez przełamania, w przedostatniej kolejce nadeszło wyczekiwane trafienie. Po kolejnych dwóch wróciła chęć opuszczenia klubu.

    Pragnienie zmiany miejsca pracy stosunkowo krótko po podpisaniu nowej, lukratywnej umowy może jawić się jako niedorzeczność. W przypadku Marko nie jest jednak niczym nowym. - W zeszłym roku włożyliśmy wiele starań w porozumienie się w sprawie długoterminowego kontraktu, a pierwszą rzeczą, o jakiej powiadomił nas po powrocie z wakacji, była chęć odejścia - wyznał rozgoryczony prezes Stoke, Peter Coates, po tym, jak Austriak przeprowadził się do Londynu. Na nieszczęście West Hamu piłkarzowi nadal obce jest pojęcie lojalności, a historia lubi się powtarzać.

    Wraz z otwarciem letniego okienka transferowego do klubu wpłynęła oferta pozyskania Arnautovicia. Opiewające na niespełna 20 milionów funtów zapędy Chińczyków nie mogły jednak skusić władz Młotów, które nie zamierzały pozbywać się swojego napastnika. A już na pewno nie za tak niską kwotę. I wtedy do akcji wkroczył Marko, który wbrew podstawowym zasadom moralności ponownie zażądał zgody na opuszczenie Londynu.

    - On nie jest krową czy koniem, którego prowadzi się na rynek. Jest utalentowanym piłkarzem, którego West Ham zwyczajnie wykorzystuje. Jest dla nich jedynie liczbą. Do ostatniej minuty styczniowego okienka transferowego starali się pozbyć Marko i nadal chcą to zrobić. Jest dla nich towarem - skarżył się agent zawodnika w rozmowie ze Sky Sports. O ile styczniowe dążenia braci Arnautoviciów rozeszły się po kościach, o tyle tym razem sprawy zawędrowały za daleko. Według doniesień brytyjskich mediów, w klubie mieli serdecznie dość Austriaka. Jego odejścia pragnął już nie tylko menedżer i jego sztab, ale też koledzy z szatni. Zrezygnowany zarząd nie miał wyjścia, pomimo niesatysfakcjonującej oferty - zaledwie 22,5 miliona funtów - porozumienie z Shanghai SIPG zostało osiągnięte. Burzliwy związek dobiegł końca.

    Ze sportowego punktu widzenia odejście najlepszego strzelca drużyny w minionych dwóch sezonach może okazać się brzemienne w skutkach, lecz władze West Hamu podjęły jedyną słuszną decyzję. Kondycja psychiczna oraz morale grupy są istotniejsze niż wiara w umiejętności jednostki, która nie chce dłużej bronić klubowych barw. Poza tym, może i Marko Arnautović był liderem, ale do statusu alfy i omegi (czytaj: Dimitriego Payeta) wciąż mu daleko. Jego pobyt w Londynie należy ocenić jako udany, lecz wątpliwe, by ktokolwiek za nim zapłakał.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #transfery #premierleague #westham #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-07-08 15-21-25.jpg

  •  

    Ander Herrera podpisał kontrakt z Paris Saint-Germain. Nie pamiętam, kiedy ostatnio odejście piłkarza z Old Trafford wzbudziło we mnie porównywalny żal.

    Wayne Rooney w dość naturalny sposób zamknął za sobą rozdział pod tytułem Manchester United. Z Robinem van Persiem nie zdążyłem się zżyć, choć w żadnym wypadku nie odbieram mu zasług w koszulce Czerwonych Diabłów. Chicharito oraz Nani nigdy nie byli mi szczególnie bliscy, a Danny Welbeck - mimo całej sympatii, jaką go darzyłem - nie stanowił o obliczu drużyny. Wywodzący się z Kraju Basków pomocnik to natomiast jednostka, która opuszcza klub w sile wieku, po uprzednim rozkochaniu w sobie fanów i staniu się niezwykle istotnym punktem zespołu. Opuszcza go, ponieważ zarząd nie spełnił jego wymagań finansowych.

    Herrera spędził na Old Trafford pięć sezonów. Na przestrzeni 189 występów okazał się jednym z najbardziej wyrazistych oraz charakternych zawodników United ery postfergusonowskiej. Zawsze gotowym do poświęceń, nielękającym się “czarnej” roboty, nieodstawiającym nogi w stykowych sytuacjach. Zauroczonym klubem niczym wychowanek, reprezentującym go z estymą godną legend. Nie ma przypadku w tym, że wielu upatrywało w nim przyszłego kapitana.

    Dwudziestokrotni mistrzowie Anglii tracą jednak nie tylko postać, z którą kibicom łatwo było się utożsamiać. Z Manchesteru wyprowadza się przede wszystkim bardzo dobry piłkarz.

    Owszem, podczas swojego pobytu na Wyspach Ander nie zdobył oszałamiającej liczby bramek (20), ani nie zanotował robiącej kolosalne wrażenie ilości asyst (27), ale zarówno motorycznie, jak i w destrukcji, często nie miał sobie równych. Biegał od pola karnego do pola karnego, wielokrotnie przerywał groźne akcje rywali, odbierał oraz przechwytywał setki piłek. Potrafił wcielić się w rolę zadaniowca i cały swój występ podporządkować jednemu celowi, jak chociażby neutralizowanie Edena Hazarda poprzez podążanie za nim krok w krok. W obecnej kadrze Czerwonych Diabłów nie ma drugiego takiego gracza i niewykluczone, iż przez dłuższy czas nic się w tej materii nie zmieni.

    Trudno dziwić się Herrerze, że nie zdecydował się związać swojej przyszłości z Czerwonymi Diabłami. W Paryżu będzie rywalizował o najwyższe cele, a do tego zarobi sporo pieniędzy. Wreszcie nie będzie musiał zastanawiać się, dlaczego będąc członkiem wyjściowej jedenastki inkasuje w skali tygodnia grubo ponad 200 000 funtów mniej od rezerwowego Alexisa.

    Manchester United pożałuje straty Baska, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Szkoda, iż klub opuszcza zawodnik, dla którego Old Trafford nie było jedynie kolejnym przystankiem w karierze futbolowego celebryty. Dopóki jednak osoby decyzyjne nie zwrócą się ku długofalowości i nie przestaną traktować jednej z dwóch najbardziej utytułowanych ekip w historii angielskiej piłki jako marketingowej zabawki, dopóty przy Sir Matt Busby Way będzie dochodzić do podobnych historii. W ten sposób nie da się nawiązać do czasów świetności.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #transfery #premierleague #united #manchesterunited #psg #zycienaokraglo

    Fot. PSG
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-07-04 22-22-46.jpg

  •  

    Zdrowe, stabilne sportowo i finansowo kluby, pragnące liczyć się w rywalizacji o najwyższe cele, nie pozbywają się zawodników, którzy mogą stanowić o sile drużyny. Dopóki gracz o nietuzinkowych umiejętnościach nie zamierza “szukać nowych wyzwań”, dopóty czerpią z jego potencjału pełnymi garściami. Manchester United nie jest jednak ani zdrowy, ani stabilny sportowo, dlatego Romelu Lukaku może niebawem opuścić Old Trafford.

    Belg z całą pewnością nie ma za sobą sezonu życia. Na przestrzeni trzech tysięcy minut, jakie spędził na murawie, zdobył piętnaście bramek i zaliczył cztery asysty, co nie jest satysfakcjonującym bilansem dla napastnika tej klasy. Wielokrotnie brakowało mu precyzji (w samej Premier League zmarnował 15 stuprocentowych okazji do wpisania się na listę strzelców), instynkt płatał figle, a piłka nie słuchała poleceń nóg. Lukaku daleko było do szczytowej dyspozycji, jeszcze dalej do miana lidera zespołu. Co gorsza, w drugiej części rozgrywek stracił miejsce w podstawowej jedenastce. “Szpica” stała się królestwem Marcusa Rashforda.

    Młody Anglik skorzystał nie tylko na gorszym momencie w karierze swojego kompana, ale też na przyjściu do klubu nowego szkoleniowca - Ole Gunnara Solskjaera. Hierarchia napastników uległa wówczas zmianie. Podczas gdy reprezentant Synów Albionu pięcioma golami w sześciu występach odpłacał się Norwegowi za zaufanie, Romelu poznawał realia ławki rezerwowych. Na pierwsze spekulacje odnośnie ewentualnego transferu Belga nie trzeba było długo czekać.

    Mimo że do końca sezonu Lukaku rozegrał szereg spotkań w podstawowej jedenastce i zdobył kilka ważnych bramek, temat nie ucichł. Wręcz przeciwnie, o odejściu drugiego najdroższego piłkarza w historii Czerwonych Diabłów mówi się coraz głośniej, a zainteresowany jego usługami jest ponoć Inter Mediolan. Co więcej, zdaniem brytyjskich mediów, Manchester United jest skory do oddania zawodnika, jeśli jego przyszły pracodawca zaoferuje 75 milionów funtów. Przed dwoma laty dokładnie tyle samo uzyskał Everton.

    Jak na całą sytuację zapatruje się 26-letni snajper? Z jednej strony oświadcza, iż nie zamierza nakręcać plotek, z drugiej podgrzewa atmosferę wokół własnej osoby. - Dobrze, że Conte trafił do Interu, według mnie to najlepszy szkoleniowiec na świecie. (...) Jestem wielkim fanem Serie A, ci, którzy znają mnie lepiej, wiedzą, że zawsze chciałem występować w lidze angielskiej oraz włoskiej: kocham Włochy - wyznał dziennikarzom Sportmediaset. Jednocześnie zaznaczył, że wszystko zależy od klubu z Old Trafford, a on skupia się na grze w piłkę. Roberto Martinez, reprezentacyjny opiekun Lukaku, stwierdził natomiast, że Romelu i United muszą znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony, a jeśli takowym okaże się rozstanie, kluczem będzie wybranie dla piłkarza odpowiedniego klubu.

    Sęk w tym, iż Czerwone Diabły nie mają żadnego interesu w pozbyciu się napastnika tego kalibru. I to co najmniej z trzech powodów.

    Po pierwsze, przy obecnych realiach rynku transferowego, uzyskanie rzeczonych 75 milionów nie wystarczy na zakontraktowanie “dziewiątki” klasy światowej. Skoro Coutinho i Dembele kosztują grubo ponad 100, a Benfica za moment zarobi 120 na Felixie, żaden klub nie wypuści swojego asa za marne grosze. Do Manchesteru nie przybędzie ani Cavani, ani Lewandowski, ani tym bardziej Kane. Ba, nawet jeśli PSG, Bayern czy Tottenham nagle uznają, że pieniądze to nie wszystko, trudno będzie nakłonić wyżej wspomnianych zawodników do rezygnacji z występów na najjaśniejszej scenie piłki klubowej - w Lidze Mistrzów. Zastąpienie Romelu lepszym snajperem graniczy z cudem.

    Po drugie, niemożliwym zdaje się sprowadzenie piłkarza o porównywalnym do Lukaku doświadczeniu w Premier League, będącego jednocześnie w wieku, pozwalającym liczyć na wspięcie się na dotąd niezdobyte wyżyny. Belg ma na koncie 252 spotkania oraz 113 trafień na poziomie angielskiej ekstraklasy, a przecież najlepsze lata kariery wciąż przed nim. Wielce prawdopodobne, iż nie wykorzystał jeszcze pełni swojego potencjału i naiwnością byłoby zrezygnowanie z jego usług z powodu zaliczenia przezeń słabszych rozgrywek. Nie na tym polega długofalowość.

    Po trzecie, opieranie siły ofensywnej na Marcusie Rashfordzie może w dalszej perspektywie okazać się zgubne. Owszem, Anglik ma za sobą dość owocny sezon, zaimponował Solskjaerowi i jest najlepszym produktem klubowej akademii od lat, lecz wciąż miewa problemy z ustabilizowaniem formy. Nadal przeplata fenomenalne występy z totalnie nieudanymi zmaganiami, a po serii meczów z golem na koncie zdarza mu się wpaść w dołek. Chimeryczność pozostaje domeną jego wieku, więc logicznym byłoby posiadanie planu B na wypadek kryzysu. Po co szukać go w sprowadzaniu nowego napastnika, mając do dyspozycji Romelu, który nie tylko wesprze Rashforda, ale i powalczy o miejsce w wyjściowej jedenastce?

    Zdrowe, stabilne sportowo i finansowo kluby nie pozbywają się zawodników, którzy mogą stanowić o sile drużyny. Dopóki ci nie pragną “nowych wyzwań”, dopóty należy czerpać z ich potencjału pełnymi garściami. Wprawdzie Lukaku flirtuje z Interem, ale z jego wypowiedzi nie bije paląca potrzeba opuszczenia Old Trafford. Pozbywanie się go nie ma żadnego sensu. Jeśli Ed Woodward stwierdzi inaczej, będzie to kolejny dowód na degrengoladę Manchesteru United.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #transfery #premierleague #united #manchesterunited #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-07-01 20-17-09.jpg

  •  

    Nigdy szczególnie nie interesowałem się futbolem młodzieżowym. Wprawdzie oglądałem pojedyncze spotkania Centralnej Ligi Juniorów, widziałem kilka finałów Mistrzostw Europy czy Mistrzostw Świata i śledziłem turnieje rozgrywane w naszym kraju, lecz zazwyczaj odbywało się to mimochodem, z braku innych rozrywek piłkarskich. Nie czułem satysfakcji z podziwiania popisów przyszłych gwiazd, a odkrywanie nieoszlifowanych diamentów nie sprawiało mi frajdy. Nie byłem też w stanie emocjonować się występami Polaków, bowiem za mojego świadomego życia Orlątka nie istniały na arenie międzynarodowej.

    Aż do czerwca 2019 roku.

    Będąc szczerym, nie wierzyłem, iż EURO U-21 okaże się imprezą przełomową. Przecież podopieczni Czesława Michniewicza dostali się na nią rzutem na taśmę, po barażowym boju z faworyzowaną Portugalią. Przecież trafili do grupy z potężnymi Włochami, zjawiskową Hiszpanią oraz produkującą talent za talentem Belgią. Przecież lecieli do Italii po najmniejszy wymiar kary, samo znalezienie się w elitarnym gronie traktowaliśmy jako sukces. Nie marzyliśmy o tym, by wisienka na torcie była słodka, a o tym, by nie okazała się zbyt kwaśna. Nawet przez moment nie pomyśleliśmy o wyjęciu z szafy pompki do nadmuchania balonika. Jako kibice, byliśmy do bólu pragmatyczni.

    I to między innymi dzięki temu, występ Biało-Czerwonych sprawił nam tyle radości. Między innymi, bo Kownacki i spółka ujęli nas nie tylko zaskakująco dobrymi wynikami.

    Na nie mniejsze uznanie zasługuje determinacja w realizacji założeń selekcjonera, a co za tym idzie, w uwypuklaniu zalet przy jednoczesnym tuszowaniu wad. Nie byliśmy w stanie grać pięknie, więc postawiliśmy na skuteczność. Brakowało nam techniki, więc skupiliśmy się na fizyczności. Nie potrafiliśmy przeciwstawić się sile ofensywnej Belgów, więc wykorzystaliśmy nasz potencjał w ataku. Nie mogliśmy rywalizować z Włochami w sposób otwarty, więc staraliśmy się uprzykrzyć im życie, wybijając ich z rytmu. Jasne, Hiszpanie dali nam srogą lekcję, lecz dopóki starczyło energii, dopóty graliśmy swoje. Reprezentacji Polski nieczęsto zdarza się to na dużych imprezach…

    Michniewicza i jego piłkarzy należy pochwalić również za spokój oraz siłę mentalną. Ani na chwilę nie ulegli presji, ani przez moment nie zjadły ich nerwy. Pokora w połączeniu z wiarą w siebie zawiodła kadrę na ziemię włoską, a następnie pozwoliła jej na godne zaprezentowanie się światu.

    Nie sposób nie wspomnieć także o atmosferze, jaka panowała wewnątrz grupy wyselekcjonowanej przez byłego opiekuna między innymi Lecha Poznań i Pogoni Szczecin. Wszyscy zawodnicy wiedzieli po co zakładają trykoty z orzełkiem na piersi, jeden wspierał drugiego, jeden drugiemu pomagał. Były wspólne śpiewy i tańce, nie zabrakło szydery oraz żartów, a całość pomogła piłkarzom w zbudowaniu silnej więzi nie tylko ze sobą nawzajem, ale też z kibicami. Osobiście świetnie bawiłem się oglądając wszelkie wywiady czy vlogi na kanale Łączy nas piłka.

    Mimo że przygoda skończyła się bez happy endu, to jest bez awansu do fazy pucharowej, a także na Igrzyska Olimpijskie, możemy być dumni z naszych reprezentantów. Osiągnęli znacznie więcej niż oczekiwaliśmy, dali nam więcej emocji i radości niż mogliśmy sobie wymarzyć. Mam nadzieję, iż w przyszłości jeszcze nieraz nas zaskoczą, czy to w dorosłej kadrze, czy to w piłce klubowej. Gratulacje i powodzenia!

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #reprezentacja #polska #zycienaokraglo

    Fot. Łączy nas piłka
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-06-23 13-06-52.jpg

    •  

      @DonMisiek1906: No nie wyszło, bo przeciwnik był - niespodzianka - pod każdym względem, po prostu lepszy. Jak weźmiesz amatorów i będą grali oni przeciwko chociażby IV ligowym zawodnikom, to nawet przy żelaznej dyscyplinie, po prostu dostaniesz wpierdol, bo różnica klas jest ogromna.

      Poza tym

      Gdyby Michniewicz wystawił silniejszy środek pola to byśmy przegrali powiedzmy te 3:0, ale może udałoby nam się postraszyć Hiszpanów kilkoma akcjami i byśmy powalczyli o bramkę honorowa. A tak to Michniewicz wystawił samych obrońców i dziwić się, że przegraliśmy. Niespodzianka!

      Sam piszesz, że byśmy przegrali nawet przy silniejszym środku pola, a jednocześnie ironicznie piszesz, że to kwestia obrońców i że zdziwienie, że przegraliśmy xDDD

      Kurwa serio, ja nie wiem w jakim świecie FM wy żyjecie, ale to jest po prostu śmieszne. Grupa z Włochami, Belgią i Hiszpanią, gdzie każdy się spodziewał oklepu od wszystkich 3 drużyn i może, ale to MOŻE po cichu liczył na jakiś wyszarpany remis czy wygraną z Belgią, a tutaj 2 wygrane spotkania w takiej grupie, a potem czytasz:

      Brak zgrania, zbieranina graczy z różnych klubów.

      To trzeba być debilem na poziomie Dietmara Hamanna żeby coś takiego napisać, serio.
      pokaż całość

    •  

      @bezbekpol: lepiej przegrać po walce 3:0 i postraszyć przeciwnika atakiem niż bronić się jak frajer przy 5:0 jedenastką w polu karnym, żeby przeciwnik łaskawie przestał nas kompromitować. Ten turniej tylko udowodnił to co inteligentni ludzie widzą w polskiej piłce od dawna. Nie produkujemy piłkarzy środka pola, którzy mają przegląd pola. A nawet jeżeli tacy piłkarze się objawiają to przegrywają walkę o skład z obrońcami bo inwestujemy w piłkarzy krótkowzrocznie. Jeżeli pojawia się ktoś dobry w środku pola to jest momentalnie wypychany przez agentów na zachód jak Kapustka byle tylko agenci się obłowili. W kadrach juniorskich wszyscy inwestują tylko w zawodników bazujących na warunkach fizycznych bo tak jest łatwiej zdobyć trofeum na tym poziomie.

      Ten turniej nie pokazał jak jesteśmy silni tylko właśnie jak jesteśmy słabi. Ten turniej to jest tylko wypadek przy pracy. Taktyką Michniewicza można wygrać jeden mecz, ale nigdy nie zdobędziesz trofeum grając w taki sposób. Powiesz mi, że Portugalia w taki sposób wygrała ME 2016, a ja powiem, że w meczu Portugalia - Francja w finale posiadanie było 47%:53%. Portugalia miała 2x mniej sytuacji bramkowych, a nie 65% do 35% posiadania oraz 8x mniej sytuacji bramkowych tak jak my z Hiszpanią.

      Sposobem to możesz wygrać jedno, dwa, trzy spotkania, ale nie cały turniej! Turniej weryfikuje kto umie grać w piłkę, a kto jest tylko statystą. Na następnym turnieju dostaniemy oklep albo w ogóle się na niego nie zakwalifikujemy i będzie zdziwienie, że jak to? Przecież Czesiu Michniewicz potrafił wygrywać z najlepszymi!
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (18)

  •  

    Czeski film rodem ze Stamford Bridge

    Gdyby piłka nożna była branżą filmową, jednym z najbardziej cenionych festiwali zostałaby angielska Premier League. To tam laury i sławę zyskują najwybitniejsi aktorzy oraz najlepsi reżyserzy, to tam swój wzrok kierują miliony widzów, łaknących rozrywki na najwyższym poziomie. Tę zapewniają prężnie działające wytwórnie, które tydzień w tydzień stają w szranki, by zaprezentować światu efekty wykonanej pracy. A skoro już o wysiłkach owych koncernów mowa, co kręci się obecnie na Stamford Bridge?

    Kilkanaście dni temu Chelsea zamknęła sezon pełen wzlotów i upadków. Nie zabrakło w nim chwil, w których oczarowani grą The Blues obserwatorzy ustawiali Londyńczyków w jednym szeregu z faworytami do tytułu mistrzowskiego, lecz nie obyło się również bez momentów totalnego zwątpienia i rozczarowania. Ostatecznie wszystko zakończyło się niczym w starej, dobrej komedii rodem z Hollywood - happy endem w postaci zajęcia trzeciego miejsca w Premier League i wygrania Ligi Europy. Cel minimum został osiągnięty, Kante i spółka powrócili do Ligi Mistrzów.

    Mimo to, radość nie trwała zbyt długo. Klub Romana Abramowicza, podobnie jak każdy poważny gracz na futbolowej scenie, pragnie rozwoju, przekraczania kolejnych granic możliwości i sięgania coraz wyższych szczytów. Poczucie nasycenia jest w tym wypadku niewskazane, wszak najlepsi stale patrzą przed siebie, nie myśląc o tym, czego dokonali wczoraj, a o tym, co mogą osiągnąć jutro. Zamiast zaglądać do gabloty z trofeami w celu odświeżenia pięknych chwil, ciężko pracują na treningach, by wyjątkowych momentów było jeszcze więcej. Są niczym producenci, którzy po otrzymaniu Oscara niezwłocznie dążą do opublikowanie następnego hitu.

    Problem w tym, że na planie filmowym Stamford Bridge panuje srogi rozgardiasz...

    Wszystko zaczęło się od decyzji dotychczasowego reżysera - Maurizio Sarriego - który tuż po ostatnim spotkaniu w sezonie 2018/19 obwieścił swoim mocodawcom, że ma stanowczo dość pracy w niesprzyjających warunkach i zamierza czym prędzej opuścić Londyn. Pragnął docenienia oraz zaufania, a nie wysłuchiwania kolejnych obelg ze strony widzów i niepewności w relacji z szefostwem. To niespecjalnie kwapiło się do odwiedzenia Włocha od jego postanowienia, lecz jednocześnie nie ułatwiało mu zrealizowania powziętej wizji. Koniec końców broniły go przecież wyniki, a zainteresowanie jego usługami ze strony potężnej wytwórni z Turynu kazało skrupulatnie rozważyć wszelkie za i przeciw odpuszczenia nietuzinkowego fachowca.

    Szkoleniowiec z Kampanii siedział więc na walizkach, władze Juventusu zacierały ręce, a Chelsea nie wiedziała, czego właściwie chce. Status quo utrzymywało się aż do zeszłego czwartku. Wtedy świat obiegła informacja o dojściu do porozumienia między klubami, Stara Dama dopięła swego.

    Trudno dziś jednoznacznie ocenić, czy Roman Abramowicz nie popełnia błędu rezygnując z dalszej współpracy z Sarrim. Mimo że stosunki między menedżerem a zarządem dalekie były od poprawnych, drużyna zaliczyła udane rozgrywki i osiągnęła stawiane przed nią cele. Teraz znowu przyjdzie jej poznawać metody działania nowego trenera (którym prawdopodobnie zostanie Frank Lampard), budować relacje z przełożonym od początku. Dotychczasowy reżyser odszedł, zabierając ze sobą autorski scenariusz.

    Na tym pożegnań jednak nie koniec. Stamford Bridge opuścił także pierwszoplanowy aktor wielu dzieł sygnowanych marką The Blues, a ponadto kluczowa postać dla sukcesów Londyńczyków w minionych latach - Eden Hazard. Belg od dawna wyróżniał się na tle swoich kolegów, a także całej Premier League. Na przestrzeni siedmiu sezonów, jakie spędził w Anglii, zanotował najwięcej udanych dryblingów (909) spośród wszystkich piłkarzy występujących w lidze, wywalczył najwięcej stałych fragmentów gry po faulach (638), a także wykreował najwięcej okazji do zdobycia bramki (595). Jeśli dodamy do tego strzelenie 85 goli oraz zaliczenie 54 asyst, otrzymamy profil zawodnika, który zasługuje na reprezentowanie klubu, rywalizującego o najwyższe cele. Takowym nie jest aktualnie Chelsea.

    Choć odejście błyskotliwego skrzydłowego wydawało się nieuniknione, trudno jest wyobrazić sobie trzecią siłę angielskiej ekstraklasy bez niego. Kto będzie nadawał ton jej grze? Kto weźmie na siebie odpowiedzialność w krytycznym momencie? Kto wprowadzi publiczność w stan ekstazy? Przecież żaden aktor ze stajni The Blues nie robił tego skuteczniej od Edena, żaden nie poruszał się po scenie z równie szlachetną gracją i wizją. Nie ma ludzi niezastąpionych, lecz znalezienie dublera Hazarda będzie iście karkołomną misją.

    Co gorsza, nie łatwiej będzie o wzmocnienie pozostałych pozycji. Z powodu przekroczenia przepisów, dotyczących sprowadzania obcokrajowców przed ukończeniem przez nich osiemnastego roku życia, FIFA ukarała londyński klub zakazem transferowym, na podstawie którego Chelsea nie może rejestrować nowych graczy do czerwca 2020 roku. Na nic zdały się apele i odwołania, Gianni Infantino pozostał nieugięty. W związku z tym, poszukiwania personaliów, które mogą dodać jakości pierwszej drużynie, należy ograniczyć do akademii oraz zawodników przebywających ostatnio na wypożyczeniach.

    Kluczem do sukcesu będzie więc zaufanie i cierpliwość, czyli wartości, z którymi trudno utożsamiać The Blues. Ich przyszłość zależy w dużej mierze od tego, jak na Stamford Bridge zaaklimatyzuje się Christian Pulisic, i czy Tiemoue Bakayoko, Michy Batshuayi, Kurt Zouma oraz Tammy Abraham wykorzystają kolejną szansę gry w niebieskich barwach. Za nimi udane rozgrywki, lecz nie przesądza to o gotowości do występów na chwałę sześciokrotnego mistrza Anglii.

    Bez dotychczasowego reżysera, bez czołowego aktora, bez możliwości zakontraktowania nowych artystów i bez scenariusza - tak prezentuje się obecnie plan zdjęciowy wytwórni Romana Abramowicza. Zdaje się, że kręcą tam czeski film, lecz nie ma to nic wspólnego z zatrudnieniem Petra Cecha w roli dyrektora sportowego. W Chelsea po prostu nic się nie zgadza i nie wiadomo o co chodzi.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 960158672.jpg.0.jpg

    •  

      @StaXik: Z jednej strony żałuję, że nie będzie dane wam przekonać się jak spartoliłby 2. sezon, ale z drugiej jednak dobro klubu ważniejsze więc cieszę się, że odchodzi. Czekam aż Sarri udowodni swoją wartość w Juve odpadając w 1/8 LM. Wiadomo, że w przyszłym sezonie nie ma co marzyć o mistrzostwie, ale TOP4 jest na luzie do osiągnięcia. Odejście Edena zaboli ale bez przesady. Wreszcie zacznie się budowa drużyny, a nie opieranie jej na jednym zawodniku tak jak to zrobił Sarri. 49%(!) udziału w dorobku bramkowym drużyny, żadna drużyna nie była tak uzależniona od jednego gracza jak Chelsea Sarriego, więc sorry, ale jak czytam o "reżyserze" i "scenariuszu" to śmiać mi się chce. Liczę na Lampsa mocno, super że to jemu daje się szansę prowadzenia drużyny kiedy dostajemy bana. Nie będzie presji, parcia, będzie mógł skupić się spokojnie na własnym pomyśle, a za rok go uzupełnić. Kadra nie jest idealna, ale TOP4 jest osiągalne. Manchester to już bym skreślił z 4 bo nie wierzę, że oni są powalczyć o cokolwiek z Solskjaerem na ławce, daje mu czas maksymalnie do Stycznia. Tottenham też ma swoje problemy, mimo osiągania wyników ponad stan w ostatnich latach (moim zdaniem), to ich czas się właśnie kończy. Nie są atrakcyjnym kierunkiem dla świetnych zawodników, a coraz trudniej im będzie zatrzymać swoich kluczowych zawodników. Alderweireld, Vertonghen i Eriksen mają tylko rok kontraktu. Czy go przedłużą? W Alderweirelda i Eriksena wątpię, zwłaszcza, że Duńczyk zarabia śmieszne pieniądze jak na warunki Premier League, bo tylko 75tys£. Przykładowo Fred w Manchesterze zarabia £120tys, więc nawet jeśli uważam, że obecnie Tottenham jest lepszą drużyną od MU, to i tak to Czerwone Diabły będą przyciągać do siebie piłkarzy, a nie Tottenham. Co do Arsenalu to też nie zanosi się na żadną rewolucję, czeka ich złudna walka o TOP4, może się załapią, moim zdaniem konkurencja będzie słabsza niż w tym sezonie. Wracając do Lampsa, TOP4 i przyzwoity wynik w LM, powiedzmy 1/4, uznam za sukces. Najważniejsze jednak będzie dla mnie wprowadzenie nowego projektu i budowa nowej drużyny, wprowadzanie chłopaków z akademii i elastyczność taktyczna. Jeśli wszystko będzie zmierzało w dobrym kierunku, to nawet miejsce poza czwórką nie będzie dla mnie problemem jeśli będzie widać postępy i rozwój zespołu. pokaż całość

    •  

      @StaXik: Co do Sarriego - może to i lepiej, że odszedł, bo coraz częściej jego gra taktyczna 1001 podań była po prostu nudna, bo nie dawała jakiś kosmicznych wyników a była samym kopaniem dla kopania. Liczę, że Franki wprowadzi do tej taktyki trochę skuteczności w postaci wykończenia.
      Co do Lamparda - legenda, ma dopiero jeden sezon za sobą, notabene dość udany jak na debiut, ale liczę, że poukłada tę układankę
      Co do Hazarda - szkoda, nie ukrywajmy ale straciliśmy jednego z najlepszych zawodników na świecie, jednak mamy młodych chłopaków, którzy może jeszcze nie teraz ale z biegiem czasu i dobrego zarządzania drużyną będą w stanie zastąpić tę lukę w formacji
      Krótko mówiąc - uważam, że o mistrzostwie możemy zapomnieć w najbliższym sezonie, niemniej jednak TOP4 jest jak najbardziej w zasięgu, zwłaszcza patrząc na postawę pozostałych ekip z tzw. TOP6 Premier League (pomijam Man City i Liverpool, bo oni chyba odjechali wszystkim na najbliższe 2/3 sezony).
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Niedoceniany w Londynie, oczekiwany w Turynie

    “Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem” - tymi słowami Juliusz Cezar obwieścił rzymskiemu senatowi wiktorię w bitwie pod Zelą. Teraz z ikonicznej frazy skorzystać może Maurizio Sarri, który ma za sobą udany sezon debiutancki na angielskiej ziemi, w którym doprowadził Chelsea do triumfu w Lidze Europy, trzeciego miejsca w Premier League oraz finału Pucharu Ligi. Wiele wskazuje jednak na to, że niebawem nastąpi kres jego kadencji na Stamford Bridge, bowiem zainteresowanie usługami krewkiego palacza wyraża Juventus, a Roman Abramowicz nie zamierza uparcie krzyżować planów giganta z Turynu. Czy nie jest to zbyt pochopna decyzja?

    Przed zeszłotygodniowym starciem z Arsenalem, były opiekun Napoli odcinał się od spekulacji łączących jego osobę z hegemonem z Półwyspu Apenińskiego, mówiąc, iż darzy miłością swoich piłkarzy, a także cały angielski futbol. Choć obrazki z ostatniej sesji treningowej w Baku, podczas której rozwścieczony i zrezygnowany Sarri opuścił murawę kopiąc swoją czapkę, nieco gryzły się z tymi słowami, emocjonalna wypowiedź nie została podważona. Dwa dni później świat obiegły jednak doniesienia o rozmowie szkoleniowca z dyrektorem The Blues, Mariną Granovskaią, w trakcie której Włoch miał zakomunikować chęć opuszczenia klubu. Czar prysł.

    Czy można dziwić się, że Maurizio pragnie uwolnić się od toksycznej atmosfery, jaka panuje w Londynie? Że ma dość obrażających go kibiców oraz nieufającego mu zarządu? Że powrót do ojczyzny, wiążący się z pracą w nieporównywalnie stabilniejszych warunkach, ze znacznie bardziej zbalansowaną, posiadającą więcej jakości kadrą, jawi mu się jako korzystne rozwiązanie? Wydarzenia minionych jedenastu miesięcy życia urodzonego w Kampanii menedżera wykluczają zdumiewanie się jego decyzji.

    Sarri przybył do Londynu 14 lipca 2018 roku. Choć los jego poprzednika - Antonio Conte - od dawna był przesądzony, to właśnie młodszy z Włochów rozpoczął z drużyną przygotowania do nowego sezonu. Starszy miał zaledwie 28 dni na zaadoptowanie się w zupełnie obcym miejscu pracy, przyjrzenie się odziedziczonej grupie zawodników, dokonanie ewentualnych roszad kadrowych - ku jego niezadowoleniu w tej kwestii na niewiele mógł sobie pozwolić - oraz przedstawienie zespołowi swojej wizji gry. Czas nie działał na jego korzyść.

    Juliusz Cezar po dotarciu do Zeli ujrzał tysiące wojowników rodem z Pontu, Maurizio po zjawieniu się na pierwszych zajęciach z nowymi podopiecznymi zobaczył drużynę zmęczoną współpracą z poprzednim szkoleniowcem, częściowo wyczerpaną mundialem, a do tego funkcjonującą w zupełnie innym systemie taktycznym niż preferowany przez ex bankiera. Niewiele czynników mogło pogorszyć tę sytuację. Mimo to, były opiekun ekipy ze Stadio San Paolo zakasał rękawy, zrobił zapas papierosów i wziął się do roboty. Choć nie było mu dane przeprowadzić wymarzonych roszad kadrowych - Chelsea wzmocniła się Kepą, Jorginho i Kovacicem, podczas gdy Sarri pragnął zwiększenia opcji skrajnie ofensywnych - a drużyna nie była w stanie przyswoić jego filozofii na przestrzeni niespełna miesiąca wspólnej pracy, początek sezonu w wykonaniu The Blues był zjawiskowy.

    Londyńczycy nie przegrali żadnego z pierwszych dwunastu meczów ligowych, odprawiając z kwitkiem między innymi Arsenal i zaskakująco skuteczne Bournemouth, a także remisując z Liverpoolem oraz Manchesterem United. Zespół dzielnie dotrzymywał kroku duetowi, który później zdominował całą rywalizację, a włoski menedżer pobił rekord Franka Clarka, nie doznając porażki w dwunastu kolejkach otwierających rozgrywki. Co odważniejsi dostrzegali w ekipie ze Stamford Bridge kandydata do tytułu mistrzowskiego, a zasłużone zachwyty nie milkły po meczach na innych frontach: Chelsea wygrała cztery spotkania w Lidze Europy i awansowała do ćwierćfinału Pucharu Ligi. Błyszczał Eden Hazard, przyzwoicie spisywała się defensywa.

    Pierwsze niepowodzenie nadeszło dopiero w końcówce listopada, kiedy lepszy od The Blues okazał się Tottenham. O podcięciu skrzydeł nie było jednak mowy, przed zamknięciem roku Londyńczycy odnieśli siedem zwycięstw, nie dając szans nawet Manchesterowi City. Wszystko układało się dobrze aż do przełomu stycznia i lutego. Wtedy Kante i spółka stracili dziesięć bramek na dystansie trzech meczów. Rozpoczęły się problemy Sarriego.

    Cztery ciosy od Bournemouth były nokdaunem, sześć od piłkarzy Guardioli niemal jak nokaut. Urażeni występami swoich ulubieńców sympatycy Chelsea, dając upust odczuwanej złości, oskarżyli włoskiego szkoleniowca o przesadne przywiązanie do nazwisk przy wyborze wyjściowego składu - najwięcej zastrzeżeń budziło stawianie na Jorginho i Marcosa Alonso - oraz kompletny brak elastyczności taktycznej, objawiający się w postaci forsowania autorskiego pomysłu, pomimo braku odpowiednich wykonawców. Nie były to zastrzeżenia wyssane z palca w przypływie niezadowolenia, a całkiem trafna ocena sytuacji. Atmosfery nie poprawiło odpadnięcie z Pucharu Anglii po batalii z Manchesterem United, ani tym bardziej porażka w finale Pucharu Ligi. Posada Maurizio zawisła na włosku.

    Ostatni gwizdek sędziego na Wembley wywołał lawinę spekulacji na temat przyszłości Sarriego. Brytyjskie media prześcigały się w doniesieniach o rychłym końcu jego londyńskiej przygody, konflikcie z zawodnikami, a także trudnych relacjach z Romanem Abramowiczem. Warunki do pracy dalekie były od sprzyjających - Włoch nie miał wsparcia ani w kibicach, ani w zarządzie, ani nawet w podopiecznych, czego najlepszym dowodem słynna niesubordynacja Kepy. Mimo to, niepowodzenie w rywalizacji o krajowe trofeum okazało się punktem zwrotnym dla losów minionego sezonu.

    Od nieszczęsnego finału, The Blues wygrali trzynaście spotkań, pięć zremisowali i zaledwie dwa razy zmuszeni byli do uznania wyższości rywala. Nie starali się już wymieniać tysięcy podań (średnia liczba passów na mecz spadła o ponad sto), ograniczyli ryzyko przy podejmowaniu kluczowych decyzji, postawili na bezpośredniość, skuteczność i nutkę pragmatyzmu. Sześćdziesięcioletni szkoleniowiec udowodnił tym samym, iż potrafi zrezygnować ze swoich ideałów, a i danie prawdziwej szansy dotąd “oszczędzanym” graczom (Emerson, Hudson-Odoi, Loftus-Cheek) wcale go nie przerasta. Dzięki tym ruchom, jak również za sprawą niesamowitej dyspozycji Hazarda, który bardzo chwali sobie współpracę z Włochem, Chelsea wygrała Ligę Europy i zajęła trzecie miejsce w końcowej tabeli Premier League. Porażkę udało się przekuć w sukces, Sarri zwyciężył.

    Teraz prawdopodobnie przyjdzie mu odejść. O ile dla niego dołączenie do Juventusu wiąże się z samymi superlatywami i może mu wyjść na dobre, o tyle dla klubu ze Stamford Bridge oznacza cofnięcie się do punktu wyjścia i przystosowywanie do metod pracy szkoleniowca od początku. To zaś zawsze wiąże się ryzykiem, więc postawa Abramowicza wobec dalszych losów Włocha dziwi podwójnie. Rosyjski oligarcha nie tylko naraża drużynę na niepowodzenie, ale też - a raczej przede wszystkim - rezygnuje z usług świetnego szkoleniowca. Tego, który zapewnił The Blues udział w Lidze Mistrzów po roku banicji. Tego, który przeszedł suchą stopą przez całe rozgrywki Ligi Europy i zgarnął trofeum. Tego, który zaprowadził Chelsea na najniższy stopień podium ligi angielskiej. Wreszcie tego, który mimo wszelkich przeciwności zanotował aż 39 zwycięstw w debiutanckim sezonie u steru londyńskiego giganta (więcej zaliczył jedynie Jose Mourinho). Nie jest to roztropna decyzja.

    Maurizio Sarri osiągnął sukces na miarę dostępnych środków. Od menedżera zatrudnionego w celu realizacji długofalowej wizji trudno wymagać więcej po zaledwie jedenastu miesiącach pracy. To tak, jakby Juliusza Cezara rozliczać z podboju świata kilka chwil po objęciu przezeń urzędu konsula. Nie wypada. Jeśli pochodzący z Neapolu menedżer obwieści, że po przybyciu, zobaczeniu i zwyciężeniu odchodzi, na Stamford Bridge będą mieli czego żałować.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #ligaeuropy #premierleague #seriea #juventus #juve #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-06-03 13-08-30.jpg

    +: j...k, nexetpl +20 innych
  •  

    Gdyby Liga Mistrzów była wyścigiem kolarskim, bez wątpienia osiągnęłaby rangę Tour de France. Żadne inne rozrywki nie gwarantują przecież tak intensywnych emocji, żadne nie piszą tak zaskakujących i nieprawdopodobnych scenariuszy, żadne nie skupiają tak wielu znakomitych zawodników. Zwycięzcy zyskują chwałę, przechodząc do historii, przegrani winni czym prędzej przełknąć gorycz porażki, by ponownie stanąć na linii startu. Komu przypadnie rola triumfatora po finalnym etapie edycji 2018/19?

    Na ostatniej prostej szansę na upragnioną wiktorię mają podopieczni Jurgena Kloppa oraz zespół Mauricio Pochettino. Choć ich rywale jeszcze przed chwilą przewodzili grupie uciekającej, teraz zostali daleko w tyle, tracąc angielskich liderów z zasięgu wzroku. Wystarczył moment dekoncentracji, krótka chwila słabości... Jak to w sporcie.

    Mimo że do mety już niedaleko, maraton przeistoczył się w sprint, a duet przesuwa się do przodu łeb w łeb, finisz ma swojego faworyta. To Liverpool, sunący na czerwonym, smukłym rowerze o idealnie napompowanych oponach (brak poważniejszych urazów). Wszystkie części zdają się być świetnie dopasowane i perfekcyjnie współgrające (zbalansowana, utalentowana kadra), nic nie trzeszczy (szczelna defensywa), nic nie rzęzi (skuteczna ofensywa). Z uwagi na to, iż The Reds przegrali niedawno jeden z wyścigów (Premier League), teraz są zdeterminowani - lub nawet zdesperowani - by zgarnąć pełną pulę. Problem w tym, że nie inaczej sprawa ma się u ich przeciwnika.

    Ten korzysta z białego jednośladu, który lubi płatać figle - tu coś stuknie, tam coś gruchnie (kontuzja Winksa, niepełna gotować Kane'a). Wielu prawi, że nic już nie musi, a wszystko może, wszak jego obecność w gronie uciekinierów jest nie lada niespodzianką. Nie po to jednak dotąd dawał z siebie wszystko, by teraz spuścić z tonu. To w ogóle nie wchodzi w rachubę, gdyż w minionych latach nie miał wielu okazji do świętowania. Nie wiadomo, ile przyjdzie mu czekać na kolejną.

    Ostatnie metry zwiastują zaciętą rywalizację do samej mety. O rozstrzygnięciu zadecydować mogą centymetry, drobne detale lub niuanse - ktoś mocniej dociśnie pedał (tudzież precyzyjniej przyceluje piłką), ktoś lepiej zniesie presję. A może kogoś złapie mordercza kolka? Jedno jest pewne, finisz zapowiada się pasjonująco!

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #ligamistrzow #liverpool #lfc #tottenham #zycienaokraglo

    Grafika: Emilio Sansolini
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-31 00-21-48.jpg

    •  

      @SirMattBusby: popatrzyłem na Twoje wpisy... skąd w Tobie tyle jadu? to tylko piłka nożna, do tego te dwa kluby (united i lfc) są 2k km dalej, a spinasz się jakby to było własne podwórko, wyluzuj Mirek ( ͡° ͜ʖ ͡°) chociaż czuję że zaraz wylejesz tonę jadu na mnie za zwrócenie uwagi xD

    •  

      @Killua: jakie 2k km dalej? chodze na mecze United od dziecka, a mieszkam tu dluzej niz przecietni uzytkownicy wykopu chodza po tym swiecie ( ͡° ͜ʖ ͡°) LFC to naprawde podludzie, gdzie nie pojada tam zrobia rozpierdziel. Po prostu za dlugo zyje na tym swiecie, zeby akceptowac to bydło i kibiców klubu, którzy szczycą się morderstwami. O ich wybrykach trylogie by mozna bylo napisac takze nikt mnie od tego nie odwiedzie. Gardze

      +: Dryblas
    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Finał europejskich rozgrywek klubowych to zawsze wyjątkowe wydarzenie dla piłkarzy, menedżerów oraz kibiców. Epilog dziesiątej edycji Ligi Europy, a więc starcie Chelsea i Arsenalu, nie jest odstępstwem od tej reguły, o czym doskonale wie Petr Cech, dla którego będzie to ostatnie spotkanie w zawodowej karierze sportowej. Zanim jednak jego rękawice wylądują na kołku, legendarny golkiper chciałby zdobyć kolejne trofeum w swojej pięknej przygodzie z piłką, podczas której zapisał się złotymi zgłoskami nie tylko w historii obu londyńskich klubów, ale też w dziejach światowego futbolu.

    - Najlepszy bramkarz w grze nogami? Pepe Reina. W powietrzu wskazałbym na Neuera. Ze względu na operowanie dłońmi: Casillas. Natomiast przekrojowo najlepszy jest dla mnie Cech - chwalił kolegę po fachu Gianluigi Buffon.

    - Jeden z najlepszych bramkarzy, jakich kiedykolwiek widziałem - pisał o Czechu Iker Casillas.

    - Dziękuję za twoją pomoc podczas mojego pierwszego roku w Chelsea, Petr. Gratuluję niesamowitej kariery! Byłeś wyjątkowym kolegą, przyjacielem i wzorem dla mnie, a także wszystkich bramkarzy. Powodzenia w przyszłości! - dodał Thibaut Courtois.

    To tylko kilka z całej masy komentarzy, które zalały media społecznościowe po ogłoszeniu przez Cecha decyzji o zakończeniu boiskowej działalności. Szacunek i uznanie dla jego dokonań wyrazili nie tylko zawodnicy i fani, ale też menedżerowie - swoje trzy grosze dorzucili między innymi Jose Mourinho oraz Arsene Wenger. Wszystkie ciepłe słowa tylko potwierdzają, jak cenionym i znamienitym futbolistą był czeski bramkarz, a także jak wiele uczynił dla podniesienia poziomu uprawianej dyscypliny.

    W czasach swojej świetności, Petr stanowił przeszkodę niemożliwą do pokonania dla wielu przeciwników. Zawsze znakomicie ustawiony, przewidujący nadchodzące wydarzenia, czytający w myślach rywali. Strącający uderzenia nie do strącenia, łapiący piłki nie do złapania, sięgający nieosiągalnego, wyskakujący i latający wyżej niż reszta. Był koszmarem i postrachem dziesiątek napastników oraz wybawicielem i ostoją dla kolegów z drużyny, którym często udzielał rad oraz pomocnych wskazówek.

    Jak przystało na klasowego bramkarza - szczególnie tego starszej daty - Czech posiadał niezwykle silną osobowość, determinującą jego zdolności przywódcze. Te pozwoliły mu na stanie się jednym z liderów szatni The Blues, a także jednostką, z którą liczył się każdy piłkarz Arsenalu. Nigdy nie wahał się wyrażać swojego zdania, nie stronił od pokrzykiwań na partnerów z bloku defensywnego. Wiele wymagał od innych, ale nie mniej od samego siebie, co objawiało się w nieustannym dążeniu do perfekcji, do bycia najlepszym, jak również w pragnieniu ustanawiania nowych rekordów i sięgania po kolejne trofea.

    Dzięki licznym sukcesom właśnie, Cech zapisał się w historii, a także w pamięci miłośników futbolu. W barwach Chelsea czterokrotnie sięgał po Mistrzostwo Anglii i Puchar Anglii, trzykrotnie po Puchar Ligi, dwukrotnie po Tarczę Wspólnoty, a po razie po Ligę Mistrzów oraz Ligę Europy. Zdaje się, iż nie mógł sobie wymarzyć lepszego momentu przeprowadzki na Stamford Bridge, aniżeli początek rządów Romana Abramowicza. Barw Arsenalu Petr bronił krócej, więc i laurów skompletował nieco mniej, lecz puchar oraz dwa “superpuchary” kraju to wciąż dorobek godny odnotowania. Tak samo zresztą, jak Młodzieżowe Mistrzostwo Europy, wywalczone z reprezentacją jego ojczyzny.

    Każdy z tytułów kosztował Czecha sporo pracy, a o skali jej trudności najlepiej świadczą wyróżnienia oraz osiągnięcia indywidualne, których w jego karierze również nie zabrakło. Był bramkarzem sezonu na ziemi francuskiej i angielskiej (dwukrotnie), a także najlepszym na przestrzeni dwunastu miesięcy w Europie (trzykrotnie, według UEFA) oraz na świecie (według IFFHS). Ponadto aż dziewięciokrotnie mianowano go piłkarzem roku naszych południowo-zachodnich sąsiadów oraz jednorazowo Zawodnikiem Sezonu Chelsea. Wszystkie nagrody były owocami równej, stabilnej formy, która pomagała dodatkowo w śrubowaniu osobistych, bądź też obowiązujących w danych rozgrywkach rekordów.

    Na poziomie Premier League nikt nie zachował więcej czystych kont od Cecha, który czynił to aż 202 razy, z czego 24-krotnie w jednym sezonie. Konsekwentna gra “na zero z tyłu”, umożliwiła mu czterokrotne sięgniecie po Złotą Rękawicę angielskiej ekstraklasy i podzielenie się tytułem rekordzisty pod tym względem z Joe Hartem. Warto jednak zaznaczyć, iż Petr jako jedyny zdobywał statuetkę reprezentując dwa różne kluby. Co ciekawe, od momentu jego debiutu w brytyjskiej elicie, żaden bramkarz nie zanotował większej liczby interwencji (1136), a jeśli chodzi o Reprezentację Czech, nikt nie rozegrał w jej barwach więcej spotkań od golkipera Arsenalu.

    Zapewne większość z tych unikatowych osiągnięć nie zostanie poprawiona, ani nawet powtórzona przez długie lata, co potęguje znaczenie piętna, jakie Petr odcisnął na futbolu. Ten nie dał mu jednak nic za darmo. W czasie swojej kariery, czterokrotny mistrz Anglii musiał wykazać się nie tylko umiejętnościami sportowymi, determinacją oraz profesjonalizmem, ale też niezłomnością w najczystszej postaci. Jej nieodłącznym symbolem jest kask, przywdziewany przez Cecha nieprzerwanie od 2007 roku.

    Nietypowe dla piłkarza okrycie głowy jest efektem koszmarnej kontuzji, której czeski as nabawił się w wyniku starcia z zawodnikiem Reading - Stephenem Huntem. Kolano Irlandczyka w niefortunnych okolicznościach spotkało się z głową bramkarza, który natychmiast trafił do szpitala, gdyż uraz zagrażał jego życiu. Szczęśliwie skończyło się “tylko” na zdeformowaniu czaszki, a kilka dni po całym zajściu Czech wrócił do treningów, by po kilku miesiącach wystąpić w spotkaniu ligowym.

    Golkiper nawet przez moment nie rozważał rozbratu z piłką, w czym niewątpliwie pomógł fakt, iż nie pamiętał wypadku z Madejski Stadium. Niemniej, powrót na boisko po tak groźnej kontuzji wymagał nie lada odwagi. Niejeden odpuściłby sobie dalsze starania, wybierając bezpieczniejsze zajęcie, ale Cech ani myślał dać za wygraną. Co więcej, nie zamierzał grać na alibi czy odpuszczać w stykowych sytuacjach. Starcie z Huntem naznaczyło jego los, lecz nie przekreśliło marzeń.

    Przed nim jeszcze jeden cel do osiągnięcia, jeszcze jeden szczyt do zdobycia. W starciu ze swoim byłym - a biorąc pod uwagę doniesienia o zainteresowaniu posadą dyrektora sportowego The Blues być może także przyszłym - pracodawcą Czech musi stłumić sentyment oraz zignorować wszelkie koneksje, wszak wygranie Ligi Europy byłoby wyjątkowym zwieńczeniem pięknej, bogatej w sukcesy kariery. Niezależnie jednak od wyniku spotkania finałowego w Baku, Petr zawiesi rękawice na kołku jako legenda futbolu, ikona swojego pokolenia i wzór dla tysięcy adeptów szkoły bramkarskiej na całym świecie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #ligaeuropy #arsenal #chelsea #zycienaokraglo

    Grafika: Bleacher Report Football
    pokaż całość

    źródło: 59710972_326190638066033_4317989549067206656_n.jpg

  •  

    O atutach Manchesteru City można by pisać i mówić godzinami, wszak to jedna z najbardziej efektywnych i efektownych drużyn na świecie. Spośród wszystkich zalet The Citizens najbardziej imponują mi jednak niezaspokajalny głód - zgarniając mistrzostwo kraju natychmiast zaczynają myśleć o jego obronie, a wygrywając 4:0 dążą do zdobycia kolejnych bramek - oraz świadomość jednostek, potrafiących podporządkować się interesowi ogółu - uzdolnieni, świetnie zarabiający piłkarze nie buntują się z powodu braku miejsca w podstawowej jedenastce. Oba aspekty są źródłem sukcesów podopiecznych Pepa Guardioli, gwarantujących im dominację na angielskiej ziemi, przy czym drugi z nich jawi się jako prawdziwy majstersztyk.

    Zarządzanie zasobami ludzkimi jest szalenie istotną umiejętnością w działalności współczesnych szkoleniowców. Empatia, zrozumienie i szczerość w kontaktach z zawodnikami znacznie ułatwiają egzekwowanie decyzji oraz poleceń, a co więcej tworzą dogodną atmosferę do pracy. Apodyktyczność, zaborczość i bezwzględność w połączeniu z nieprzyjaznym usposobieniem prowadzą natomiast do konfliktów i komplikują zmierzanie do wspólnego celu. Kataloński menedżer doskonale zdaje sobie z tego sprawę - zna przecież najświeższe losy Jose Mourinho - dlatego opiera swoje relacje z podlegającymi mu graczami na wzajemnym szacunku oraz rzetelności. Nie każdy jest jednak w stanie znieść brak regularnych występów, i choć nikt nie grymasi otwarcie, nie dziwota, iż ten czy inny piłkarz myśli o przyszłości poza Etihad Stadium.

    Od tego typu rozważań nie stroni Leroy Sane, a więc jeden z najbardziej uzdolnionych skrzydłowych na Starym Kontynencie. Niemiec ma za sobą trudny rok, przepełniony skrajnymi emocjami. Z jednej strony walnie przyczynił się do zdobycia czterech trofeów przez Manchester City i kolejny raz notował fenomenalne liczby (16 goli i 18 asyst), z drugiej ominął go mundial, a w zespole klubowym rozegrał zaledwie 2694 z potencjalnych 5490 minut. W znakomitej większości drużyn, zmagających się na co dzień w najlepszych ligach w Europie, 23-latek byłby zawodnikiem podstawowego składu, lecz z uwagi na bogactwo kadrowe The Citizens, Pep Guardiola nie może mu tego zapewnić.

    Co innego zainteresowany usługami piłkarza Bayern. Uli Hoeness oraz Karl-Heinz Rummenigge chętnie widzieliby Sane w barwach bawarskiego giganta, przechodzącego małą (?) rewolucję. Reprezentant Niemiec miałby wejść w buty Francka Ribery’ego i stanowić o sile Die Roten, co z uwagi na jego możliwości oraz bundesligowe doświadczenie jest scenariuszem wielce prawdopodobnym. Dla dwóch z trzech podmiotów taki obrót sprawy byłby korzystny - Monachijczycy zyskaliby światowej klasy zawodnika, a Leroy na Allianz Arena mógłby wreszcie grać pierwsze skrzypce. Sęk w tym, że Manchester City nie ma ambicji, ani chęci pozbywania się swojego skrzydłowego. Właściciel nie potrzebuje pieniędzy, szkoleniowiec ceni umiejętności piłkarza, a ten legitymuje się odpowiednią jakością. Należy jednak pamiętać, iż z niewolnika nie ma pracownika. Niemiec z pewnością chce się rozwijać i przesuwać granice swoich możliwości, co znacznie ułatwiłoby mu pełne zaufanie menedżera, który stawiałby na niego w każdym spotkaniu.

    Czy ewentualne odejście skrzydłowego natchnie kolejnych zawodników do szukania szczęścia (czytaj: regularnej gry) poza Etihad Stadium? Czy stanie się początkiem końca dominacji The Citizens? Na tę chwilę trudno wyciągać daleko idące wnioski. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że niemożność zapewnienia tak utalentowanemu piłkarzowi warunków do prezentowania pełni swoich umiejętności, a w efekcie utracenie go, prawdopodobnie odbije się czkawką. Dla Sane dalszy pobyt w Manchesterze może okazać się zwyczajnie niekorzystny.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #bundesliga #premierleague #manchestercity #bayernmonachium #bayern #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-25 12-36-53.jpg

  •  

    Według starego polskiego przysłowia, lepsze jest wrogiem dobrego. Co za tym idzie, zmienianie właściwie działających rzeczy nie zawsze jest wskazane, a silenie się na progres bez poczucia wyższej potrzeby niekiedy mija się z celem. Nowy, ładniejszy samochód niekoniecznie jest bardziej funkcjonalny od starszego, nieco obskurnego auta. Nowa, markowa kurtka niekoniecznie jest wygodniejsza od dotąd noszonej kufajki. Nowe, większe mieszkanie niekoniecznie jest przytulniejsze od skromnej kawalerki. Pozornie lepsze nie zawsze jest właściwsze.

    Każdy kij ma jednak dwa końce. Czasem nowy samochód okazuje się niezawodny, nowa kurtka cieplejsza, a nowy dom ulokowany bliżej centrum miasta. Niekiedy warto więc “zaryzykować” i zmienić coś w swoim życiu.

    Wiedzą to władze Brighton, które postanowiły zakończyć współpracę z Chrisem Hughtonem. Decyzja wywołała oburzenie opinii publicznej, podnoszącej larum w geście krytyki. No bo jak można zwalniać człowieka, który dał Mewom pierwszy w historii awans do Premier League? Jak można pozbywać się szkoleniowca, który dwukrotnie utrzymał wątpliwej jakości drużynę w ekstraklasie? Otóż można, a biorąc pod uwagę wydarzenia minionych rozgrywek prawdopodobnie nawet trzeba.

    Nie ulega wątpliwości, że angielski szkoleniowiec wykonał świetną robotę w klubie z Amex Stadium, z którym osiągnął niemały sukces. Nie zawsze miał idealne warunki do pracy, lecz sumiennie realizował stawiane przed nim cele oraz założenia. Mimo to, obojętność wobec poczynań jego podopiecznych w ostatnim sezonie jest niewskazana.

    Brighton przyzwoicie rozpoczęło zmagania w lidze, a i w grudniu radziło sobie nienajgorzej. Druga połowa rozgrywek to jednak zupełnie inna para kaloszy. Wprawdzie Mewy dotarły do półfinału Pucharu Anglii, lecz w 2019 roku wygrały zaledwie dwa z osiemnastu meczów Premier League i gdyby punkty zaczęto liczyć w styczniu, drużyna zajmowałaby przedostatnią pozycję w tabeli. Utrzymanie w ekstraklasie jest zasługą bycia najlepszym z najgorszych, a co za tym idzie, mizerności Huddersfield, Fulham oraz Cardiff.

    Biorąc pod uwagę niniejsze okoliczności, trudno jest dziwić się zarządowi klubu, który nie chce stoczyć się po równi pochyłej do Championship. Chris Hughton jest solidnym fachowcem - zainteresowanie jego usługami ze strony West Bromwich Albion tylko to potwierdza - i dokonał z Mewami wielkich, jak na ich realia, rzeczy. Cały mechanizm działa jednak coraz gorzej, a jedną z dróg prowadzących ku zapobiegnięciu całkowitej degrengoladzie jest zaaplikowanie mu świeżego spojrzenia z ławki trenerskiej.

    Nie uważam, iż władze Brighton łamią przytoczone na początku przysłowie, próbując zamienić dobre na lepsze. Ich drużyna ledwo uratowała byt w elicie, a nie przegrała rywalizację o prawo do gry w Lidze Mistrzów na ostatniej prostej. W hrabstwie East Sussex dopiero dąży się do właściwego funkcjonowania.

    Kilka lat temu w podobnej sytuacji znalazło się Leicester, które po słynnym “great escape” rozstało się z Nigelem Pearsonem, by zakontraktować Claudio Ranieriego. Gdyby nie niezrozumiały dla wielu ruch, rok później Lisy prawdopodobnie nie cieszyłyby się z tytułu mistrzowskiego. Mewom to raczej nie grozi. Ktokolwiek przejmie schedę po Hughtonie, nie sprawi automatycznie, iż zespół zacznie osiągać fenomenalne wyniki, zapominając o statusie głównego kandydata do spadku. Mimo to, lepiej działać w celu zmiany niekomfortowej sytuacji, aniżeli biernie trwać w bylejakości.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #brighton #facup #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-19 21-39-26.jpg

  •  

    Troy Deeney w drodze na kolejny szczyt

    Największymi osiągnięciami w 121-letniej historii Watfordu są wicemistrzostwo kraju oraz srebrny medal Pucharu Anglii, zdobyte za kadencji Grahama Taylora w ósmej dekadzie ubiegłego wieku. Od tego czasu Szerszenie bez znaczących sukcesów krążą między pierwszym a drugim poziomem rozgrywkowym, usiłując nawiązać do swojego okresu świetności. Dzisiaj stają przed kolejną szansą na spełnienie marzeń, albowiem na Wembley wystąpią w finale najstarszych zawodów piłkarskich na świecie, dokąd zaprowadził je ich lider - Troy Deeney.

    Przed startem sezonu 2018/19 nic nie wskazywało na to, że drużyna z Vicarage Road ponownie zostanie medalistą krajowego pucharu. Ba, z uwagi na jej niestabilność i brak konsekwencji w działaniach - będące lustrzanym odbiciem poczynań właścicieli, zmieniających szkoleniowców niczym rękawiczki - wielu zalecało skupienie się na rozgrywkach ligowych, wróżąc jednocześnie problemy z utrzymaniem się w elicie. Watford podążył jednak swoją drogą i nie dość, że długo liczył się w rywalizacji o prawo do zaprezentowania się na Starym Kontynencie, to w dodatku dotarł do finału FA Cup.

    Pierwszym architektem tego sukcesu jest Javi Gracia, który zyskał zaufanie rodziny Pozzo i stał się najdłużej pracującym menedżerem klubu od 2013 roku. Hiszpan dobrze odnalazł się w zastanym chaosie, a formując zespół na swoją modłę zaprowadził w nim porządek. Oddzielił ziarna od plew, zaprojektował i wprowadził w życie nowy system taktyczny, młodszym piłkarzom pomógł się rozwinąć, a starszym udowodnił, że na progres nigdy nie jest zbyt późno.

    Od dawna wie to natomiast Troy Deeney, który jest nie tylko drugim architektem osiągnięcia Szerszeni, ale też kapitanem i grającą legendą ekipy z hrabstwa Hertfordshire. W doliczonym czasie półfinałowej potyczki z Wolverhampton Wanderers, Anglik wykorzystał rzut karny i przedłużając nadzieję swojej drużyny na awans do wielkiego finału, znalazł się na ustach całego kraju. Dokonał czegoś, o czym jeszcze kilka lat temu nawet nie ważył się marzyć, albowiem jego życie przypomina raczej thriller z elementami kryminału, aniżeli baśniową opowieść dla dzieci.

    Troy przyszedł na świat w Birmingham, gdzie wraz z piątką rodzeństwa dorastał pod okiem pracującej na trzy zmiany matki. Biologiczny ojciec, lub jak określa go syn - dawca spermy, opuścił rodzinę zanim obecny piłkarz Watfordu wydał z siebie pierwszy dźwięk, natomiast Paul Anthony Burke, z którym związała się Emma Deeney, zajmował się handlem narkotykami. Częściej niż w domu przebywał jednak w zakładzie karnym, co ukrywał przed dziećmi pod pretekstem wyjazdów delegacyjnych lub wakacyjnych podróży. Mimo to, napastnik Szerszeni przyznaje, iż ojczym był jego bohaterem, a ponadto wpoił mu ważne wartości, jak odpowiedzialność czy szacunek.

    Z uwagi na środowisko, w którym mieszkał, Deeney nie miał przed sobą specjalnie obiecujących perspektyw, lecz za wszelką cenę nie chciał podążyć śladem przybranego ojca. Postawił więc na sport i już w wieku piętnastu lat bliski był podpisania kontraktu z Aston Villą, która zaprosiła go na testy. Chłopak pokpił jednak sprawę i pojawił się zaledwie w trakcie jednego z czterech dni próbnych, zniechęcając do siebie działaczy The Villans. Rok później rzucił szkołę, by pracować jako murarz i występować w lokalnym Chelmsley Town.

    Nie był to dobry okres w życiu Troya. Po latach przyznał, iż bywały tygodnie, w których codziennie spożywał alkohol w celu zapomnienia o swoich problemach i ucieknięcia przed trapiącymi go obawami. Znamienne, że w spotkaniu, w którym zdobył siedem bramek, a w którym wypatrzył go skaut Walsall, grał będąc nietrzeźwym. Co więcej, mało brakowało, a po raz kolejny straciłby szansę przejścia na zawodowstwo, lecz jego trener wyciągnął go z łóżka, opłacił taksówkę i wysłał do centrum kraju, gdzie piłkarz przeszedł testy i związał się z The Saddlers.

    Po powrocie z wypożyczenia do Halesowen Town, Deeney strzelił swojego pierwszego gola w profesjonalnej karierze, ale wcale nie okazało się to momentem przełomowym. Przez następne półtorej roku występował bowiem na pozycji prawoskrzydłowego, na której nie czuł się komfortowo, i dopiero objęcie zespołu przez Jimmy’ego Mullena, który dojrzał w zawodniku instynkt snajpera, ukazało pełnię potencjału Troya. W dwunastu występach na szpicy zdobył on dziewięć bramek, a niedługo potem podpisał nowy kontrakt. Najwyraźniej dało mu to poczucie stabilizacji, gdyż w rozgrywkach 2009/10 popisał się czternastoma trafieniami, dzięki którym został najlepszym strzelcem oraz zawodnikiem sezonu Walsall.

    Drużyna z Bescot Stadium występowała wówczas w League One, co przestało satysfakcjonować obecnego zawodnika Szerszeni. Zapragnąwszy nowych wyzwań, złożył on żądanie transferowe, co nie uszło uwadze klubom Championship, w tym także Watfordu, który w sprowadzenie Anglika zainwestował 500 tysięcy funtów. Początek przygody Deeneya na Vicarage Road nie należał do udanych. W pierwszym sezonie znów grał na skrzydle, przez co w 40 występach tylko 3-krotnie wpisał się na listę strzelców, natomiast drugi zainaugurował na ławce rezerwowych. Zbawieniem po raz kolejny okazała się zmiana szkoleniowca - nowo przybyły Sean Dyche nie zamierzał marnować talentu Troya, który w roli napastnika zdobył dla Szerszeni najwięcej bramek w rozgrywkach 2011/12.

    Kiedy na boisku zaczęło się układać, poza nim wszystko runęło niczym domek z kart. Stacey - partnerka Deeneya, z którą ten posiadał dziecko - miała dość trybu życia piłkarza, który poświęcał zbyt dużo czasu na imprezowanie z fałszywymi przyjaciółmi, ochoczo korzystającymi z jego hojności. Podczas gdy kobieta rozważała odejście, na Anglika spadł kolejny cios - jego ojczym zmagał się z nowotworem w zaawansowanym stadium. Przybrany syn, nie potrafiwszy poradzić sobie z diagnozą, zdecydował się utopić żal w alkoholu. Ten wieczór z “kolegami” zapamięta do końca życia.

    Po wyjściu z baru, daleki od trzeźwości Troy usłyszał, iż ktoś zaatakował jego brata, więc bez chwili namysłu dołączył do bijatyki. Uderzał każdego, kogo napotkał na swojej drodze, włącznie ze studentem, który zainkasował kopnięcie w głowę i bezwiednie upadł na ziemię. - Ten człowiek mógł umrzeć, gdyż jestem bardzo silnym mężczyzną. Nie przemyślałem tego. Kiedy policjanci pokazali mi nagranie wideo, nie mogłem na to patrzeć - przyznał skazany na dziesięć miesięcy aresztu Deeney. Jego ofiara skończyła ze złamaną szczęką.

    Trzy dni przed usłyszeniem wyroku, zawodnik Watfordu stracił ojczyma, który przegrał walkę z chorobą. Anglik był z nim na tyle mocno związany, iż poświęcił mu niemal całą rękę - jego prawe ramię zdobi podobizna Paula Anthony’ego Burke’a, wraz z datami jego narodzin i śmierci. Jedynym pocieszeniem w koszmarnej sytuacji, była dla Troya decyzja Stacey, która obiecała, iż nie opuści swojego partnera i będzie go wspierać.

    Po niespełna trzech miesiącach pobytu za kratkami, Deeney został uwolniony w nagrodę za dobre sprawowanie. Jako że wstydził się swojego postępowania, postanowił zerwać z niechlubną przeszłością i stać się zupełnie innym człowiekiem. - Trafienie do zakładu karnego było najlepszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mi się przydarzyła. Zanim do tego doszło, sądziłem, że picie z kolegami i płacenie za ich zabawę sprawia, iż jestem prawdziwym mężczyzną - zwierzał się po odzyskaniu wolności. Nie zamierzał dłużej funkcjonować w ten sposób, a przyjęcie powitalne, zorganizowane przez jego “przyjaciół”, tylko go rozsierdziło. - Po powrocie do domu, nie chciałem, by był w nim ktokolwiek poza moją partnerką oraz dzieckiem. Mówiąc szczerze, byłem zakłopotany. Byłem zawstydzony. Wracałem po pobycie w areszcie, a nie po wygraniu ligi. To nie był czas na świętowanie - wyznał po latach.

    W znalezieniu się na właściwych torach pomógł mu, rzecz jasna, futbol oraz psycholog, który wpoił mu umiejętność oddzielania sportowej złości od emocji w życiu prywatnym. Troy już kilka tygodni po opuszczeniu zakładu karnego wrócił na boisko i mimo, że jego nogę okalała opaska, umożliwiająca policji monitorowanie zachowania, zdobył bramkę, dającą Watfordowi zwycięstwo z Huddersfield. Pół roku później klub przedłużył z nim kontrakt.

    Deeney zakończył sezon z dwudziestoma trafieniami, które doprowadziły Szerszenie do finału play-offów na Wembley, lecz nie dały upragnionego awansu do Premier League. W kolejnych rozgrywkach nie było lepiej, ale Troy nie przestawał strzelać. Pozwoliło mu to na zanotowanie premierowego hat-tricka w karierze oraz stanie się pierwszym piłkarzem klubu z Vicarage Road od 1983 roku, który w dwóch kampaniach z rzędu zdobywał minimum dwadzieścia bramek. W uznaniu za swoje osiągnięcia mógł cieszyć się tytułem Zawodnika Sezonu w Watfordzie.

    Kiedy Manuel Almunia zakończył karierę, Giuseppe Sannino - szkoleniowiec drużyny z hrabstwa Hertfordshire - powierzył angielskiemu napastnikowi opaskę kapitańską. Ta natchnęła go do kolejnych dwudziestu goli, które tym razem zaowocowały awansem Szerszeni do ekstraklasy. Zespół z Vicarage Road wracał do elity po dziewięciu latach, Deeney wchodził do niej po raz pierwszy.

    Zanim zaliczył swoje premierowe trafienie na poziomie Premier League, dwukrotnie odrzucił możliwość reprezentowania Jamajki. Choć początkowo sądził, iż może bronić barw Irlandii Północnej (ostatecznie uniemożliwił mu to brak jakichkolwiek przodków, związanych z tym krajem), ówcześnie marzył o grze z trzema lwami na piersi. Do tego nigdy jednak nie doszło, selekcjonerzy nie byli entuzjastami talentu Troya.

    Ten zaskakująco dobrze poczynał sobie w najwyższej klasie rozgrywkowej. W listopadzie i grudniu 2015 roku zanotował serię czterech meczów ze zdobyczą bramkową na koncie, skarcił defensywy między innymi Manchesteru United oraz Chelsea, a wypracowanie 21 goli dla drużyny wydatnie pomogło jej w utrzymaniu się w elicie. Deeney świetnie rozumiał się z Odionem Ighalo, lecz w odróżnieniu od Nigeryjczyka, który skusił się na ofertę z ligi chińskiej, kapitan Szerszeni przedłużył swój kontrakt z klubem. Pod względem zarobków nie mógł równać się z zawodnikami, uprawiającymi futbol na kontynencie azjatyckim czy też w Stanach Zjednoczonych, lecz zaskarbił sobie uwielbienie kibiców oraz zaufanie właścicieli Watfordu.

    Podczas gdy ci żonglowali trenerami, Troy zapewniał drużynie jakość na boisku. W kolejnych dwóch rozgrywkach należał do najlepszych strzelców zespołu, który bez większych ambicji wegetował w angielskiej ekstraklasie. To zmieniło się dopiero wraz z zatrudnieniem Javiego Gracii, który po niemrawym początku pracy, w obecnym sezonie nadał ekipie z Vicarage Road nowe, lepsze oblicze.

    Troy Deeney nadal jest jej liderem, kapitanem, postacią wiodąca, wreszcie legendą. W przeszłości doświadczył wielu przykrych i trudnych chwil, znalazł się na zakręcie, a od stoczenia się w przepaść dzieliło go zaledwie kilka kroków. Wyciągnął jednak wnioski, które pozwoliły mu na zmianę podejścia do otaczającego go świata i stanie się lepszym człowiekiem. Dziś może zdobyć swoje pierwsze trofeum w piłkarskiej karierze i wejść na kolejny, tym razem sportowy, szczyt. Pierwszy ma już dawno za sobą - uporządkowanie spraw poza boiskiem i wyjście na życiową prostą było jego osobistym Mount Everest.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #watford #facup #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-16 13-22-46.jpg

  •  

    Indywidualności w 20 zdaniach

    Za nami niesamowity sezon angielskiej ekstraklasy, w którym nie zabrakło pięknych goli, fenomenalnych asyst, spektakularnych interwencji oraz widowiskowych dryblingów. Na uznanie zapracowały nie tylko drużyny jako kolektywne wspólnoty, ale też reprezentujące je indywidualności. Kto zasłużył na szczególne wyróżnienie w każdym z dwudziestu zespołów, występujących w Premier League w rozgrywkach 2018/19? (kolejność odpowiada miejscom w tabeli, które zajęły kluby wymienionych piłkarzy)

    1. David Silva dopisał do swojego dorobku nie tylko następny tytuł mistrzowski, ale również kolejne asysty przy trafieniach Sergio Aguero - Hiszpan ma ich na koncie 18, co oznacza, iż tylko trzech graczy w historii angielskiej ekstraklasy zanotowało więcej ostatnich podań do swoich ulubionych kompanów (Anderton do Sheringhama - 20, McManaman do Fowlera - 20 i Lampard do Drogby - 24).

    2. W Liverpoolu wiedzą, iż najskuteczniejszą obroną jest atak, co wyraża się w poczynaniach Trenta Alexandra-Arnolda, który w minionych rozgrywkach zaliczył aż 12 asyst, co jest najlepszym wynikiem defensora w dziejach ligi.

    3. Eden Hazard zgarnął nagrodę dla Playmakera Sezonu, a w zespole Chelsea sam był sobie sterem, żaglem i okrętem.

    4. Christian Eriksen po raz kolejny nadawał ton grze Tottenhamu, zdobywając przy okazji 10 bramek (biorąc pod uwagę wszystkie fronty, na których występowały Koguty) - Duńczyk robił to w pięciu z sześciu kampanii, w których przywdziewał barwy londyńskiego klubu.

    5. W swoim pierwszym pełnym sezonie w Premier League, Pierre-Emerick Aubameyang strzelił 22 gole i podzielił się Złotym Butem z Sadio Mane oraz Mohamedem Salahem - Gabończyk jest jednym z sześciu graczy, którzy w minionych czterech latach skompletowali sto trafień w pięciu najsilniejszych ligach Starego Kontynentu.

    6. Po wielu perypetiach i kontuzjach, Luke Shaw zaliczył solidny, równy rok w barwach Manchesteru United, za co uhonorowany został tytułem zawodnika rozgrywek zarówno według kibiców Czerwonych Diabłów, jak i kolegów z szatni.

    7. Conor Coady jest jedynym piłkarzem Premier League, który w ubiegłym sezonie rozegrał wszystkie mecze na wszystkich frontach w pełnym wymiarze czasowym.

    8. Kluczowym piłkarzem Evertonu jest natomiast Gylfi Sigurdsson, który w minionych dziesięciu miesiącach był najlepszym strzelcem (13 trafień ex aequo z Richarlisonem) oraz najlepszym asystentem (6 ostatnich podań) The Toffees w angielskiej ekstraklasie.

    9. James Maddison zanotował świetny debiut w elicie, stając się jej jedynym przedstawicielem, który wykreował 100 okazji do zdobycia bramek.

    10. Łukasz Fabiański dobrze odnalazł się po powrocie do Londynu, czego dowodem 148 udanych interwencji - żaden bramkarz nie zanotował ich więcej.

    11. Trzeci w tej klasyfikacji był za to Ben Foster, który niejednokrotnie ratował swoją drużynę z opresji, dzięki czemu zasłużył na miano Zawodnika Sezonu w Watfordzie.

    12. Luka Milivojević został najlepszym strzelcem Crystal Palace (drugi rok z rzędu), przy czym warto zaznaczyć, że aż 10 z jego 12 goli padło po rzutach karnych.

    13. Ayoze Perez stał się kluczową postacią w Newcastle, dla którego w minionych rozgrywkach zdobył 12 bramek, ustanawiając jednocześnie osobisty rekord.

    14. Ryan Fraser stworzył najwięcej stuprocentowych okazji do strzelenia goli (28) spośród wszystkich zawodników występujących w Premier League i zanotował dzięki temu 14 asyst.

    15. Ben Mee to jeden z trzech piłkarzy (nie licząc golkiperów), którzy w ubiegłym sezonie ligowym nie opuścili ani jednej minuty gry.

    16. Jan Bednarek zaliczył bardzo udane rozgrywki, podczas których stał się podstawowym obrońcą Southampton i zanotował najwięcej przechwytów w drużynie.

    17. Glenn Murray strzelił dla Brighton 13 goli, co oznacza, iż 36% bramek Mew w historii ich występów w elicie jest dziełem Anglika.

    18. Nathaniel Mendez-Laing - broniący barw Cardiff - zaliczył więcej trafień (2) na Old Trafford niż Alexis Sanchez.

    19. Ryan Sessegnon był jednym z najczęściej występujących nastolatków w Premier League, a do tego zanotował najwięcej ostatnich podań spośród graczy Fulham.

    20. Jonas Lossl może i stracił aż 54 gole, ale za to był najlepszym asystentem wśród bramkarzy (ex aequo z Edersonem).

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20

    Grafika: Bleacher Report Football
    pokaż całość

    źródło: 57459344_333040250692271_8522365689757958144_n.jpg

  •  

    Liga pięciu prędkości

    Koniec i bomba, a kto nie oglądał, ten trąba! Parafraza zdania wieńczącego dzieło Witolda Gombrowicza pod tytułem “Ferdydurke” zdaje się znakomicie oddawać krajobraz Premier League po ostatnim gwizdku sędziego w sezonie 2018/19. Sezonie ze wszech miar wyjątkowym, trzymającym w napięciu od pierwszej do trzydziestej ósmej kolejki, pełnym emocji oraz wrażeń, wreszcie na tyle zjawiskowym i uzależniającym, że nie sposób wyobrazić sobie sytuacji, w której miłośnik futbolu w wydaniu angielskim byłby w stanie go przegapić. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy.

    Mimo smutku i żalu, jest również dobra strona zaistniałego stanu rzeczy. Znamy przecież wszelkie rozstrzygnięcia i odpowiedzi na pytania, które dręczyły nas przez minionych dziesięć miesięcy. Wiemy kto sięgnął po tytuł mistrzowski, kto zagra w kolejnej edycji europejskich pucharów, a także kto opuścił elitarne rozgrywki. Elitarne, lecz nie egalitarne, albowiem Premier League stała się ligą pięciu prędkości.

    Pierwszą tworzą naturalnie jej najlepsze, najrówniejsze i najskuteczniejsze drużyny, a więc Manchester City oraz Liverpool. Byli niczym James Hunt i Nicki Lauda, Muhammad Ali i Joe Frazier, Roger Federer i Rafael Nadal czy Magic Johnson i Larry Bird. Niedoścignieni, niezłomni, niestrudzeni wyniszczającym pojedynkiem o prym, bliscy ideału. Na przestrzeni całego sezonu zarówno jedni, jak i drudzy, wykazali się niebywałą determinacją, nienaruszalną wiarą w swoje umiejętności, siłą psychiczną oraz odpornością na presję wywieraną przez rywala. Kiedy podopieczni Pepa Guardioli podnosili poprzeczkę, piłkarze Jurgena Kloppa niezwłocznie przez nią przeskakiwali, natomiast kiedy The Reds przesuwali granicę, The Citizens natychmiast do niej docierali.

    Dzięki ich wzajemnemu napędzaniu się, mogliśmy być świadkami najbardziej spektakularnej walki o mistrzostwo Anglii w ostatnich latach. Stety lub niestety, zwycięzca może być tylko jeden, a o tym, że finalnie okazał się nim zespół z Etihad Stadium, zadecydowały detale, mikroskopijne szczegóły, a także... milimetry. To one zaważyły na tym, iż Liverpool nie wyszedł na prowadzenie w bezpośrednim starciu obu drużyn w styczniu bieżącego roku (świetna interwencja Stonesa), jak i na tym, że Manchester City pokonał w kwietniu Burnley (gol Sergio Aguero). Obie sytuacje nie tylko dodały całej rywalizacji dramaturgii, ale też spotęgowały wrażenie jej zaciętości.

    Oddając cesarzowi, co cesarskie - The Citizens obronili tytuł jako pierwsi od dekady - nie bójmy się wyrażać uznania dla wyczynu The Reds, którzy stali się najznamienitszymi wicemistrzami w historii i jako jedyni w stawce dotrzymywali tempa machinie Guardioli. Reszta ekstraklasowiczów została bowiem brutalnie zdystansowana, i o ile rywalizacja o prymat przy całej swojej “maratoniczności” miała cechy sprintu, o tyle walka o prawo do gry w kolejnej edycji Ligi Mistrzów przypominała - zwłaszcza u schyłku sezonu - wyścig żółwi z udziałem przedstawicieli drugiej prędkości Premier League.

    W jej skład wchodzą pozostali członkowie żelaznej Wielkiej Szóstki - Chelsea, Tottenham, Arsenal oraz Manchester United. Każdy z nich zmagał się ze swoimi problemami, każdego z nich dotknął bardziej lub mniej poważny kryzys, a efekt końcowy w dużej mierze zależy od tego, jak poradzono sobie z rzeczonymi turbulencjami.

    Tabela sugeruje, iż najlepiej wyszło to klubom z niebieskiej oraz białej części Londynu, gdyż osiągnęły one swój podstawowy cel - w następnym sezonie wystąpią w fazie grupowej najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywek - a dodatkowo świetnie zaprezentowały się na Starym Kontynencie. W przypadku The Blues kluczowym czynnikiem okazała się cierpliwość zarządu, który w krytycznym momencie wytrzymał naciski mediów i kibiców, domagających się zwolnienia Maurizio Sarriego. Bez stabilizacji na stanowisku menedżerskim nawet forma Edena Hazarda mogłaby nie wystarczyć do sukcesu. Z kolei Kogutom niezbędny był upór i konsekwencja, które umożliwiły przezwyciężenie demonów w postaci braku wzmocnień niewystarczająco rozbudowanej kadry oraz przedłużającego się oczekiwania na otwarcie nowego stadionu. Sprawne omijanie rzucanych pod nogi kłód stało się specjalnością Mauricio Pochettino i jego podopiecznych, co może zaowocować również w przyszłości.

    Poprzez rozgrywki krajowe do Ligi Mistrzów nie dostał się Arsenal. Wyśmienita dyspozycja zespołu z jesieni ubiegłego roku, okraszona 22-meczową serią bez porażki, została przyćmiona przez brak koncentracji u schyłku kwietnia, kiedy Aubameyang i spółka przegrali trzy spotkania z niżej notowanymi rywalami. Wynik finału Ligi Europy zaważy więc na tym, czy w kolejnych tygodniach debatować będziemy o pozytywnej przemianie Kanonierów pod wodzą Unaia Emery’ego, czy może o zaprzepaszczonej przez nich szansie powrotu na salony.

    Podobnego dylematu nie ma w przypadku Manchesteru United, który minione rozgrywki musi spisać na straty. Od sierpnia ubiegłego roku nad Old Trafford kłębiły się ciemne chmury, które zrodziły burzę z piorunami w postaci zwolnienia Jose Mourinho. Rezultatem zatrudnienia Ole Gunnara Solskjaera było pojawienie się tęczy, lecz ni stąd, ni zowąd, spadł grad, a wraz z nim forma Czerwonych Diabłów. Sinusoidalne wahania ze skrajności w skrajność nigdy nie idą w parze z dobrymi wynikami sportowymi, więc nic dziwnego, że fani najbardziej utytułowanego angielskiego klubu chcieliby o ostatnich dziesięciu miesiącach jak najszybciej zapomnieć.

    Za sprawą rewelacji sezonu, Wolverhampton Wanderers, druga prędkość Premier League płynnie przechodzi w trzecią. Cechuje ją permanentny brak regularności i powtarzalności w dążeniu do celu, którym od startu rozgrywek było uzyskanie przepustki do Ligi Europy.

    Wspomniane wyżej Wilki - imponujące stylem gry, bazującym na dużej wymienności pozycji, szybkości oraz kreatywności zawodników - zaskakująco dobrze radziły sobie w starciach z przedstawicielami Wielkiej Szóstki, którym urwały aż szesnaście oczek, lecz gubiły punkty z teoretycznie słabszymi przeciwnikami pokroju Huddersfield, Cardiff czy Brighton. Everton notował serie trzech, a nawet pięciu spotkań bez wygranej, by następnie na przestrzeni siedmiu kolejek odnieść pięć zwycięstw. Z kolei marnujące potencjał za rządów Claude’a Puela Leicester rozkwitło po zakontraktowaniu Brendana Rodgersa, lecz na nadrobienie straconego czasu było już zbyt późno.

    Mimo perypetii, wszystkie trzy drużyny długo liczyły się w rywalizacji o miano “the best of the rest”, czego nie sposób napisać o zespołach reprezentujących czwartą prędkość angielskiej ekstraklasy. Jest to najliczniejsze grono spośród wyżej i niżej wyróżnionych, borykające się z piętnem bycia za słabym na włączenie się do walki o europejskie puchary, i jednocześnie za dobrym, by drżeć o utrzymanie.

    O czymś więcej niż tylko spokojny byt w elicie marzył między innymi West Ham, lecz fatalny początek zmagań w połączeniu z późniejszymi kryzysami - by nadmienić jedynie czteromeczowe maratony bez wiktorii - negatywnie zweryfikowały jego mrzonki. Traktując pierwszy sezon pod wodzą Manuela Pellegriniego jako okres przejściowy, konieczny w procesie dostosowania drużyny do filozofii szkoleniowca, należy przyznać, iż Młoty zaprezentowały się nieźle, lecz wciąż mają rezerwy.

    Tajemnicą Javiego Gracii pozostaje fakt, czy podobnie jest w przypadku Watfordu. Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż Hiszpan wycisnął z podlegającej mu kadry wszystko, co najlepsze, przemieniając chaos i brak stabilizacji w porządek i względną równowagę. Mimo to, a raczej dzięki temu, trudno odbierać Szerszeniom szansę na zaliczenie kolejnego progresu, wszak mowa o drużynie, która z kandydata do spadku przerodziła się w finalistę Pucharu Anglii.

    Podczas gdy Crystal Palace wraz z Newcastle zaliczyły dość spokojne rozgrywki, w czym spora zasługa obdarzonych zaufaniem, doświadczonych menedżerów, Bournemouth zaprezentowało światu dwa zupełnie różne oblicza. Po pierwszych dziesięciu kolejkach Wisienki miały na koncie sześć zwycięstw, dzięki którym wdarły się do czołowej szóstki stawki, by następnie w dwudziestu ośmiu meczach ligowych wygrać zaledwie siedmiokrotnie i zakończyć zmagania w dolnej części tabeli. Z jednej strony przed tym, bądź co bądź, małym klubem kolejny rok w Premier League, z drugiej po obiecującym starcie pozostał spory niedosyt.

    Słynny “pocałunek śmierci” dosięgnął natomiast Burnley, które nie zdołało pogodzić występów wewnątrzkrajowych z międzynarodowymi, czego efektem przedwczesny brexit oraz początkowe trudności na własnym podwórku. Ostatecznie zespół odzyskał jednak swoją tożsamość, dzięki czemu angielska ekstraklasa nie uświadczy braku Mourinho. Rudego, bo rudego, ale zawsze.

    Święci z St Mary’s Stadium spędzili kolejny rok w czyśćcu, nie spoglądając nawet w kierunku utraconej aureoli. Choć pod wodzą Ralpha Hasenhuttla odżyli podobnie jak Lisy za sprawą Brendana Rodgersa, przed Southampton znacznie dłuższa droga do odbudowy, aniżeli przed Leicester.

    Piąta prędkość Premier League - przy czym słowo “prędkość” nie jest tu do końca adekwatne - to absolutni outsiderzy, drużyny niegodne miana ekstraklasowiczów, którego większość została skutecznie pozbawiona. Wyjątek od reguły stanowi Brighton, które utrzymało się w elicie tylko i wyłącznie dzięki byciu najlepszym z najgorszych. Koszmarna końcówka rozgrywek - brak wygranej w ostatnich siedmiu spotkaniach - zaowocowała utratą posady przez Chrisa Hughtona i wiele wskazuje na to, iż w kolejnym sezonie Mewy będą jednym z głównych kandydatów do spadku.

    Tym razem nie uniknęło go Cardiff, które nie było przygotowane do występów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym, a gdyby tego było mało, los naznaczył je tragedią w postaci śmierci nowo zakontraktowanego zawodnika. Według Neila Warnocka, Emiliano Sala zdobyłby dla walijskiego klubu co najmniej dziesięć bramek, które zapewniłyby upragnione utrzymanie. Do tego jednak nie doszło, a The Bluebirds - zgodnie z oczekiwaniami - prędko wracają, skąd przybyli.

    Posłusznie robią to także piłkarze Fulham, które zawiodło na całej linii. Wydawało się, iż klub z Craven Cottage zaznaczy swoją obecność w Premier League, wnosząc do niej coś ciekawego, lecz latem zarząd przekombinował z transferami i wprowadził do drużyny zbyt wiele nowych jednostek, skazując się tym samym na niepowodzenie. Późniejsze zwolnienia szkoleniowców i próby ratowania sytuacji w zimowym mercato to klasyczny efekt domina, dopełniający obrazu nieszczęścia.

    W następnym sezonie Championship wystąpi również Huddersfield, które wygrało najmniej spotkań spośród wszystkich ekip w stawce, a do tego zdobyło najmniej bramek. Gwoździem do trumny Terierów było odejście Davida Wagnera, który stał za ostatnimi sukcesami klubu, a który doznał uczucia wypalenia. Zdawszy sobie sprawę z dotarcia do granicy możliwości podlegającej mu kadry, Niemiec zdecydował się opuścić tonący okręt, który wraz z bezradnym Janem Siewertem u steru powędrował na dno.

    Mimo że angielska ekstraklasa jest najbogatszą ligą piłkarską świata, obowiązuje w niej spore rozwarstwienie. Zacięta rywalizacja toczy się w obrębie kilku grup, których członkowie starają się zrealizować swoje cele i założenia kosztem pozostałych drużyn. Prawdziwie szczęśliwych jest niewielu, reszta musi zadowolić się półśrodkami i namiastkami sukcesu. Na pocieszenie - uczestników widowiska oraz nas, jego obserwatorów i adoratorów - pozostaje pamiętać, że w sierpniu wszystko zacznie się od nowa, każdy otrzyma czystą kartę, która zapełni się kolejnymi emocjami, wrażeniami i rozstrzygnięciami.

    Dwudziesty siódmy sezon Premier League to już przeszłość. Edycja numer dwadzieścia osiem już za rogiem!

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20

    Grafika: Bleacher Report Football
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-13 14-49-09.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Miło było, ale się skończyło. Ostatnia seria gier, jak i cały sezon angielskiej ekstraklasy, już za nami. Co wydarzyło się na boiskach Premier League w minioną niedzielę?

    1. Manchester City odniósł czternaste zwycięstwo ligowe z rzędu, dzięki czemu przypieczętował kolejny tytuł mistrzowski.

    2. Liverpool ograł Wolverhampton, a powiększając swój dorobek do 97 oczek stał się najlepiej punktującą drużyną w historii Premier League (w jej aktualnym formacie), która nie zakończyła rozgrywek na pierwszym miejscu w tabeli.

    3. Chelsea zanotowała czwarty bezbramkowy remis w tym sezonie i umocniła się na najniższym stopniu podium.

    4. Tottenham podzielił się punktami z Evertonem, co pozwoliło mu na czwarty finisz w pierwszej czwórce stawki z rzędu - to najlepsza seria Kogutów od 1964 roku.

    5. Po czterech kolejkach bez zwycięstwa, Arsenal wygrał z Burnley, a Pierre-Emerick Aubameyang dogonił Mohameda Salaha oraz Sadio Mane, z którymi stworzył trio najskuteczniejszych graczy minionych rozgrywek.

    6. Manchester United uległ kolejnemu spadkowiczowi - tym razem z Cardiff - i w zakończonym sezonie zachował jedynie dwa czyste konta na Old Trafford, co jest najgorszym wynikiem Czerwonych Diabłów na najwyższym poziomie od 56 lat.

    7. Wolverhampton poległo w starciu z Liverpoolem, lecz i tak może być z siebie dumne, bowiem stało się najlepszym beniaminkiem od kampanii 2000/01, w której Ipswich Town uplasowało się na piątym miejscu.

    8. W zakończonych rozgrywkach Everton stracił aż szesnaście bramek po stałych fragmentach gry (nie licząc rzutów karnych) - żaden zespół nie zainkasował ich więcej.

    9. Leicester zremisowało z Chelsea, a Brendan Rodgers przedłużył swoją serię bez wygranej z The Blues do 9 meczów.

    10. West Ham zdeklasował Watford, do czego dwubramkową zdobyczą przyczynił się Mark Noble - tylko Paolo di Canio (47) strzelił dla Młotów więcej goli w Premier League od Anglika (42).

    11. Pomimo porażki w ostatniej kolejce, Szerszenie zaliczyły najlepszy sezon w elicie od 1987 roku, kiedy uplasowały się na dziewiątym miejscu.

    12. Crystal Palace po raz trzeci w historii Premier League zdobyło pięć bramek w jednym meczu, a Roy Hodgson stał się najstarszym szkoleniowcem, który osiągnął barierę 100 wygranych spotkań w najwyższej klasie rozgrywkowej.

    13. Newcastle rozgromiło zdegradowane do Championship Fulham i wywiozło z Craven Cottage pierwsze trzy punkty od 2007 roku.

    14. Bournemouth uległo Crystal Palace 3:5, co świetnie oddaje cały sezon w wykonaniu Wisienek, które zdobyły 56 bramek, same tracąc przy okazji aż 70.

    15. Burnley przegrało z Arsenalem, lecz Ben Mee i tak ma powody do radości, bowiem stał się jednym z trzech piłkarzy, którzy nie stracili w minionych rozgrywkach ani jednej minuty gry.

    16. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu miesięcy żadna drużyna nie skorzystała w lidze z większej liczby zawodników niż Southampton (30), a w dodatku żadna nie może pochwalić się tak pokaźną ilością zdobywców bramek (16).

    17. Brighton nie utrudniło Manchesterowi City obrony mistrzostwa kraju i utrzymało się w Premier League tylko dzięki byciu najlepszym z najgorszych.

    18. Cardiff wygrało wyjazdowy mecz ligowy z Manchesterem United po raz pierwszy od 1954 roku, co wystarczyło jedynie na otarcie łez po spadku do Championship.

    19. Fulham pożegnało się z elitą porażką 0:4 i w pełni zasłużyło na miano najgorzej broniącej drużyny w stawce.

    20. Huddersfield zremisowało z Southampton i stało się drugim zespołem w historii Premier League (w jej aktualnym formacie), który zakończył sezon z różnicą bramkową wynoszącą -50 (pierwszym było Derby County).

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-13 00-14-24.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami przedostatnia seria gier angielskiej ekstraklasy w rozgrywkach 2018/19. Co ciekawego wydarzyło się na boiskach Premier League w miniony weekend?

    1. Manchester City odniósł kolejne ważne zwycięstwo, a spektakularny gol, strzelony przez Vincenta Kompany’ego, był 100. trafieniem The Citizens na Etihad Stadium w tym sezonie.

    2. Liverpool w dramatycznych okolicznościach pokonał Newcastle, co nie udałoby się bez wsparcia z ławki rezerwowych w postaci Shaqiriego i Origiego - w kończących się rozgrywkach zmiennicy zdobyli dla The Reds aż 12 bramek, co stanowi najlepszy wynik w stawce.

    3. Eden Hazard zanotował swoją 15. asystę w tym sezonie Premier League (pod tym względem jest najlepszym graczem spośród występujących w pięciu najsilniejszych ligach Starego Kontynentu), a Chelsea ograła Watford i zapewniła sobie udział w kolejnej edycji Ligi Mistrzów.

    4. Tottenham przegrał szóste spotkanie wyjazdowe w angielskiej ekstraklasie z rzędu, a Heung-Min Son stał się pierwszym Koreańczykiem z Południa, który otrzymał w niej czerwoną kartkę.

    5. Arsenal nie wygrał od czterech meczów ligowych, a na domiar złego, w drugim kolejnym sezonie stracił 50 bramek, co nie zdarzyło mu się od 1984 roku.

    6. Manchester United jest jedyną drużyną Premier League, która nie zwyciężyła żadnego z dwóch starć z Huddersfield na John Smith’s Stadium.

    7. Wolverhampton pokonało Fulham, a Matt Doherty wziął udział przy dziewiątym golu swojego zespołu w bieżących rozgrywkach - spośród obrońców, jedynie Andrew Robertson i Trent Alexander-Arnold mogą pochwalić się lepszym bilansem.

    8. Everton nie miał większych problemów z Burnley, co pozwoliło mu zachować piąte czyste konto na własnym boisku z rzędu - po raz ostatni udało mu się to w 2013 roku.

    9. Leicester stało się pierwszą drużyną w tym sezonie ligowym, która przez 60 minut spotkania na Etihad Stadium grała “na 0 z tyłu”, lecz ostatecznie poległo.

    10. Watford tracił bramki w każdym z poprzednich 40 starć z drużynami Wielkiej Szóstki, a tym razem przyjął trzy ciosy od Chelsea.

    11. Zdaje się, iż West Ham wreszcie zadomowił się na London Stadium, gdyż w tym sezonie zdobył na nim rekordowe dla siebie 31 punktów.

    12. Crystal Palace pokonało Cardiff, co oznacza, iż w kończących się rozgrywkach wywalczyło poza własnym obiektem aż 29 oczek - więcej uzyskali jedynie piłkarze Manchesteru City, Liverpoolu oraz Tottenhamu.

    13. Bournemouth ograło podopiecznych Mauricio Pochettino, a Nathan Ake ustrzelił swojego drugiego gola w doliczonym czasie gry w tym sezonie.

    14. Mimo dołożenia wszelkich starań, Newcastle uległo Liverpoolowi, lecz Salomon Rondon i tak ma powody do zadowolenia, gdyż po raz pierwszy w historii swoich występów w Premier League zdobył dwucyfrową liczbę bramek na przestrzeni jednych rozgrywek.

    15. Burnley strzeliło w tym sezonie więcej goli w meczach wyjazdowych, aniżeli w kampanii ubiegłej, lecz paradoksalnie zgromadziło dzięki nim mniej punktów.

    16. Southampton poległo w starciu z West Hamem i przedłużyło serię meczów bez wygranej do czterech.

    17. Brighton zremisowało z Arsenalem, co oznacza, że po raz pierwszy w historii swojej przygody z angielską ekstraklasą, Mewy uniknęły porażki na stadionie drużyny z Wielkiej Szóstki.

    18. Cardiff po raz drugi spada z Premier League po zaledwie jednym sezonie pobytu w elicie.

    19. Fulham przegrało 25. mecz w tych rozgrywkach, co stanowi najgorszy wynik beniaminka od 2008 roku i “wyczynu” Derby County.

    20. Huddersfield niespodziewanie zremisowało z Manchetserem United, a Jonas Lossl zanotował swoją drugą asystę w starciach z Czerwonymi Diabłami.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-07 00-20-22.jpg

  •  

    Kadrę Manchesteru City można porównać do konstelacji gwiazd, która nie przestaje świecić. Co więcej, dzięki transferom zawodników pokroju Bernardo Silvy czy Aymerica Laporte'a stale się rozrasta i ciągle przybiera na blasku. Kluczowe momenty końcówki bieżącego sezonu należą jednak do piłkarzy, których bez problemu określić można grającymi legendami klubu.

    Tydzień temu, The Citizens długo męczyli się na Turf Moor. Mimo miażdżącej przewagi, natarczywej ofensywy i konsekwentnego napierania, nie potrafili przełamać bloku defensywnego Burnley. Tym, który znalazł wytrych okazał się Sergio Aguero - napastnik od zadań specjalnych, specjalista od ważnych bramek, najlepszy strzelec w historii drużyny z Etihad Stadium, wreszcie weteran, który w błękitno-białych barwach spędził najlepsze lata swojej kariery.

    Dziś podopieczni Pepa Guardioli stanęli przed równie trudnym, jeśli nie trudniejszym zadaniem, albowiem do Manchesteru przyjechało walczące o udział w europejskich pucharach Leicester. Gospodarze znowuż długo szukali sposobu na skarcenie obrony rywala, który ani myślał ustąpić. Jednak cierpliwość mistrza popłaciła, a drogę do bramki znalazł Vincent Kompany - kapitan z krwi i kości, ikona, wzór dla setek młodych obrońców, wreszcie weteran, który w błękitno-białych barwach spędził najlepsze lata swojej kariery.

    Dwa kluczowe zwycięstwa, dwa bardzo ważne gole, dwaj legendarni zawodnicy. Nie ma przypadku w tym, że to właśnie oni wykazali się niebywałą determinacją oraz niezłomną wiarą w powodzenie misji. W takich okolicznościach rodzi się sukces, w taki sposób zdobywa się trofea.

    Zdaje się, iż obrona tytułu mistrzowskiego jest dla The Citizens formalnością. Nie zdziwię się, jeśli zwycięską bramkę w starciu z Brighton zdobędzie David Silva - magik rodem z Hiszpanii, wybitny technik, wreszcie - a jakże - weteran, który w błękitno-białych barwach spędził najlepsze lata swojej kariery. Stara gwardia nie rdzewieje.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #manchestercity #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 59604978_574934069668766_1761009760422854656_n.jpg

  •  

    Życie kibica nie jest usłaną różami bajką. Wzloty i upadki ulubionej drużyny skutkują odpowiednio euforią i dramatem, radość miesza się ze smutkiem, hossa z bessą, a ekscytacja z marazmem. Poczucie szczęścia ma w świecie futbolu wyjątkowo krótką ważność, o czym przekonał się każdy, kto utożsamia klubowe barwy z czymś więcej, niż tylko zbitkiem kolorów.

    Brutalna rzeczywistość nie oszczędziła sympatyków Tottenhamu, którzy w kończącym się sezonie doświadczyli niemal wszystkich powyższych stanów.

    Szansa ich pupili na włączenie się w rywalizację o Mistrzostwo Anglii wywołała ekscytację, która prędko przerodziła się w smutek, wynikający z utraty marzeń o tytule. Momenty ligowej nieporadności podopiecznych Pochettino u niejednego objawiły się poczuciem marazmu, natomiast awans do półfinału Ligi Mistrzów to chwila szalonej euforii, błyskawicznej hossy. Pierwsza część dwumeczu z Ajaxem to z kolei bessa, pogłębiona sobotnią porażką z Bournemouth. Niebywałe, jak wiele może zmienić się na przestrzeni kilku tygodni i jak stosunkowo udany sezon może w mgnieniu oka przemienić się w stracony czas, okupiony zbędnym trudem.

    Do tego Kogutom jeszcze daleko, lecz fakty są takie, że większości problemów, z którymi boryka się obecnie drużyna z północnego Londynu, można się było spodziewać. No bo czy brak wzmocnień w letnim, jak i w zimowym okienku transferowym nie zwiastował ograniczonych możliwości rotacji kadrowych? Czy nie szło to w parze z podwyższonym ryzykiem odniesienia urazów przez kluczowych graczy? Czy rażąca różnica jakościowa między zawodnikami wyjściowej jedenastki a rezerwowymi nie była alarmujące w kontekście ewentualnych wymuszonych zmian?

    Wszystko to było logiczne, pozornie banalne do przewidzenia, a jednocześnie… bardzo trudne do uniknięcia. Powód? Budowa nowego stadionu, która pochłonęła nadspodziewanie gigantyczne środki i wyjawiła, iż konto bankowe właściciela nie jest studnią bez dna, przez co przy planowaniu inwestycji należało coś poświęcić. Tak się składa, że padło na transfery.

    Biorąc pod uwagę wszelkie niedogodności, poczynania Kogutów długo prezentowały się zadowalająco. Menedżer szył z tego, co miał, piłkarze zazwyczaj dawali z siebie wszystko, a cel minimum, którym od początku było uzyskanie kwalifikacji do kolejnej edycji Ligi Mistrzów, cały czas pozostawał na horyzoncie. Teraz powodzenie misji stanęło jednak pod znakiem zapytania. Zdziesiątkowany Tottenham uległ Bournemouth, a w ostatniej kolejce sezonu zmierzy się z rozpędzonym Evertonem. Wcześniej czeka go jeszcze rewanżowe starcie z Ajaxem, co wobec niekończącej się listy zawodników, z których Pochettino nie może korzystać, jawi się jako niezwykle niebezpieczny tor przeszkód. Jeden fałszywy ruch i cały plan legnie w gruzach.

    Londyńczycy z pewnością dołożą wszelkich starań, by nie zaprzepaścić szansy na wypełnienie założeń. Walczą jednak o coś więcej, niż o udział w kolejnej edycji najbardziej elitarnych europejskich rozgrywek klubowych. Walczą o to, by uczuciowy bagaż ich fanów nie powiększył się o dramat.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #ligamistrzow #tottenham #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-05 01-14-37.jpg

    •  

      @StaXik: jak widać Tottenham jest słaby psychicznie i w decydujących momentach zawsze zawodzi. Podobna tendencja była widoczna w Liverpoolu jeszcze do niedawna. Nawet tak świetnie grający zespół jaki złożył Klopp byłby bez szans na mistrzostwo, gdyby nie silna psychika i umiejętność wgrywania meczów w których coś nie idzie. Przykładem jest chociażby wczorajsza potyczka z Newcastle. Jeszcze 2 lata, a może nawet rok temu mecz skończyłby się remisem i szanse na mistrza by zniknęły. Najlepiej jednak jest się tutaj odnieść do Manutd z ery SAF, gdzie potrafili wygrywać przegrane mecze grając takimi zawodnikami jak Fletcher czy Anderson.

      Dlatego wielu kibiców i ekspertów bardziej ceni wygranie ligi od LM. Tutaj przez 38 meczów musisz pokazać klasę i silną psychikę. Nie wystarczy motywacja na kilka ważnych spotkań.
      pokaż całość

    •  

      @StaXik: mistrzostwo zdobywa się regularnością i szerokim składem. A Tottenham uwielbia oszczędzać. Pochetino powinien jebnac ta drużyna, szefostwo ma ambicje, ale nie chce do tego dopłacać.

  •  

    Przełom lipca i sierpnia to okres ostatnich przygotowań do rozpoczęcia sezonu angielskiej ekstraklasy, odliczania dni do upragnionego pierwszego gwizdka sędziego oraz typowania rozstrzygnięć zbliżających się rozgrywek. Dla entuzjastów Fantasy Premier League to natomiast burzliwy moment wyborów, dotyczących zestawienia zawodników, którzy w pierwszych kolejkach zmagań mają zapewnić cenne punkty. Nikt nie chce popełnić błędu, nikt nie chce zostać w tyle.

    Nie inaczej było w roku ubiegłym. Rosyjski mundial dodatkowo utrudnił wówczas zadanie internetowych menedżerów, którzy unikali stawiania na piłkarzy, uczestniczących w turnieju do końcowych jego etapów. Logicznym było, że będą zawodnicy potrzebować odpoczynku, przez co nie przepracują porządnie sezonu przygotowawczego, a co więcej, nie rozpoczną rozgrywek w pełni sił. Sytuacja dotyczyła gwiazd pokroju Harry’ego Kane’a, Paula Pogby czy Raheema Sterlinga, toteż żaden z nich nie pojawiał się w drużynach dmuchających na zimne graczy. Co innego Aaron Wan-Bissaka.

    Mimo nikłego doświadczenia na poziomie ekstraklasy, Anglik przykuł uwagę uczestników zabawy udanymi występami w sparingach oraz niskim kosztem, wymaganym do pozyskania go w Fantasy Premier League. Wszystko wskazywało na to, iż obrońca będzie pierwszym wyborem Roya Hodgsona na prawej flance defensywy Crystal Palace, więc co odważniejsi umieszczali go w swoich wyjściowych jedenastkach. Inni widzieli go wśród rezerwowych, lecz mało kto wyobrażał sobie kadrę bez wychowanka Orłów. Nikomu nie przeszkadzał fakt, iż w wymiarze globalnym, był on piłkarzem anonimowym, mogącym pochwalić się zaledwie siedmioma występami w seniorskiej piłce.

    W sezonie 2018/19 Wan-Bissaka udowodnił jednak, że posiada nietuzinkowy talent, dzięki któremu w przyszłości może stanowić o sile nie tylko reprezentacji swojego kraju, ale też największych europejskich klubów. Prawy defensor rozegrał dotąd 37 meczów we wszystkich rozgrywkach, opuszczając jedynie sześć spotkań, z czego dwa z powodu urazu i jeden w wyniku pauzy za czerwoną kartkę. Jego głównymi atutami są szybkość, zwrotność, umiejętność odbioru piłki, jej przechwytywania oraz blokowania strzałów i dośrodkowań. Szczególnie dobrze radzi sobie w trzech ostatnich elementach, w których jest obecnie czwartym najlepszym zawodnikiem w lidze angielskiej (według portalu WhoScored). W ofensywie idzie mu nieco słabiej, lecz i tak zdołał stworzyć swoim kolegom trzy stuprocentowe szanse do zdobycia bramek, które zaowocowały trzema asystami.

    Kilka miesięcy po tym, jak miłośnicy Fantasy Premier League zaufali niepozornemu obrońcy, o Aaronie mówi cała piłkarska Anglia. Eksperci doceniają jego błyskawiczny rozwój i wróżą mu świetlaną przyszłość, fani i piłkarze Crystal Palace mianowali go Graczem Sezonu w klubie, a większe marki, z Manchesterem United na czele, już wyrażają zainteresowanie jego usługami. Ten mówi jednak wprost: - Jestem związany kontraktem z Crystal Palace i będę grał tu w przyszłym sezonie.

    Oświadczenie to niezmiernie ucieszyło nie tylko kibiców Orłów, ale także Roya Hodgsona, który ceni talent swojego podopiecznego. Oby nie była to radość przedwczesna. Świat futbolu doświadczył przecież tysiąca podobnych deklaracji, z których część okazała się fałszywa, a zarzekający się uprzednio piłkarz ostatecznie zmieniał pracodawcę. Nie zamierzam poddawać uczciwości Wan-Bissaki w wątpliwość, lecz nie jestem w pełni przekonany, jak zachowa się on w obliczu konkretnej oferty od zespołu z Wielkiej Szóstki. Szansa gry o najwyższe cele niejednego już skusiła…

    Wszystko to jednak melodia bliższej lub dalszej przyszłości. Na razie Anglik winien w spokoju dokończyć przełomowy dla siebie sezon, w którym pomógł swojej drużynie w przedłużeniu jej egzystencji w elicie, a miłośnikom Fantasy Premier League zapewnił kilkadziesiąt dodatkowych punktów, uzyskanych stosunkowo niskim kosztem. W kolejnej edycji cena wzrośnie, i to niezależnie od barw, które w następnych rozgrywkach przywdziewać będzie jeden z najbardziej obiecujących brytyjskich obrońców.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #pilkanozna #premierleague #fpl #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-05-03 00-27-31.jpg

    •  

      @StaXik: już stał się legendą FPL. Sam miałem go przez 33 kolejki, zaczynając od pierwszej.

      Faktycznie jeden z największych talentów ostatnich lat w Anglii, ale na jego nieszczęście na prawej obronie gra również TAA, który będzie stanowił dla niego wielką konkurencję w reprezentacji, zwłaszcza patrząc na jego grę ofensywna.

      +: StaXik
  •  

    Z czym w minionych latach kojarzył się Liverpool? Z nieporadną, chaotyczną defensywą oraz spektakularną, wybuchową ofensywą, które determinowały preferowaną przez zespół taktykę, polegającą na tuszowaniu słabości obronnych popisami w ataku. Drużynie z Anfield obce były pojęcia regularności, a także powtarzalności, co nagminnie objawiało się w rozgrywkach ligowych, w których The Reds potrafili pokonać Arsenal lub uporać się z Manchesterem City, by następnie przegrać ze Swansea czy zremisować z West Bromem. W takich okolicznościach trudno było rywalizować o wyższe cele.

    W sezonie 2018/19 podopieczni Jurgena Kloppa przeszli jednak metamorfozę i zaprezentowali światu lepszą wersję siebie. Udało im się poczynić znaczące postępy w grze obronnej i nie zapomnieć przy tym o swoich atutach ofensywnych, dzięki czemu Liverpool legitymuje się dziś najszczelniejszą defensywą w Premier League oraz jednym z najskuteczniejszych ataków w europejskiej piłce. Mimo że robi to spore wrażenie, wcale nie jest najistotniejsze. Tym mianem należy bowiem określić zwiększenie koncentracji oraz skupienia na konsekwentnym stawianiu małych kroczków, które prowadzą do wielkich rzeczy. Pisząc wprost - w czerwonej części Merseyside wypracowano długo wyczekiwaną powtarzalność i harmonię, czego efekty widać gołym okiem.

    Wprawdzie Salah i spółka znowu prędko wypisali się z rozgrywek o Puchar Ligi oraz Puchar Anglii, lecz o najważniejsze trofea zamierzają bić się do samego końca. To nic, że szanse na upragnione mistrzostwo Anglii topnieją z każdą kolejką, a panem sytuacji jest przewodzący w tabeli Manchester City. To nic, że w Lidze Mistrzów los zesłał potężną Barcelonę, którą bardzo trudno będzie pokonać w dwumeczu. Odmienioną, pewną swoich umiejętności i zrównoważoną drużynę The Reds stać dziś na wszystko i nikt nie może zabronić jej marzyć.

    Całą tę pozytywną metamorfozę świetnie symbolizują celebracje zdobywanych bramek, które ostatnimi czasy uskutecznia wspomniany wyżej Egipcjanin. Po skarceniu Chelsea zaprezentował on pozycję rodem z jogi, oznaczającą równowagę i stabilność, a po zranieniu Huddersfield wyraził gotowość do medytacji. I taki właśnie jest obecny Liverpool - wyważony, pragmatyczny i skupiony na celu. Zakłócenie jego spokoju graniczy z cudem, niezależnie od tego czy jest się muchą pokroju Cardiff, czy komarem w postaci Tottenhamu. Niebawem przekonamy się, jak z tym zadaniem poradzi sobie osa rodem z Katalonii.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #ligamistrzow #liverpool #lfc #fcbarcelona #barcelona #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: D5G419MWAAEDhRs.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 36. seria gier angielskiej ekstraklasy, meta już za rogiem. Co wiemy po wydarzeniach minionego weekendu?

    1. Manchester City nie miał łatwego zadania na Turf Moor, lecz dzięki trafieniu Sergio Aguero ostatecznie wygrał - Argentyńczyk stał się przy okazji drugim zawodnikiem w historii Premier League, który strzelał 20 goli w pięciu kolejnych rozgrywkach.

    2. Liverpool zmiażdżył Huddersfield i od 19 meczów na wszystkich frontach pozostaje niepokonany, a Mohamed Salah jako trzeci piłkarz w dziejach klubu zdobywał minimum 20 bramek w dwóch sezonach ligowych z rzędu.

    3. Biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, w trwającej kampanii Tottenham przegrał 17 spotkań, co stanowi najgorszy wynik Kogutów od 10 lat.

    4. Chelsea po raz trzeci w tym sezonie nie zdołała pokonać Manchesteru United, co wcześniej przydarzyło jej się ponad półtorej dekady temu.

    5. Arsenal w trzeciej kolejce z rzędu nie dopisał do swojego dorobku ani jednego punktu i po raz trzeci stracił trzy gole - ostatnio taka sytuacja z udziałem Kanonierów miała miejsce w 1966 roku.

    6. Manchester United nie wygrał żadnego z ostatnich czterech meczów (najgorsza seria od ponad trzech lat), podczas których David de Gea popełnił trzy błędy, prowadzące do utraty gola.

    7. Wolverhampton pokonało Watford, do czego przyczynił się Raul Jimenez, który w tym sezonie miał udział przy 20 bramkach jego drużyny - to czwarty najlepszy wynik zawodnika spoza Wysp Brytyjskich, reprezentującego barwy beniaminka.

    8. Leicester ograło Arsenal, co oznacza, że od momentu zatrudnienia Brendana Rodgersa zdobyło już 16 punktów - w tym okresie więcej uzbierał jedynie Manchester City oraz Liverpool.

    9. Everton mimo oddania 22 strzałów zremisował bezbramkowo z Crystal Palace, czemu nie sposób się dziwić, biorąc pod uwagę, że z ostatnich 20 spotkań rozgrywanych w Londynie, The Toffees wygrali zaledwie 2.

    10. Przy okazji poprzednich dziewięciu meczów domowych Watford odniósł jedynie trzy zwycięstwa, a tym razem nie dał rady Wolverhampton.

    11. West Ham niespodziewanie pokonał Tottenham i po raz pierwszy od grudnia zachował czyste konto poza London Stadium.

    12. Crystal Palace ósmy raz w tym sezonie ligowym nie zdołało zdobyć bramki na własnym boisku - więcej razy ta “sztuka” udała się jedynie spadkowiczowi z Huddersfield (9).

    13. Newcastle zremisowało z Brighton i straciło 13. gola po uderzeniu piłki głową w trwających rozgrywkach - więcej zainkasował jedynie zespół Terierów (14).

    14. Bournemouth podzieliło się punktami z Southampton, a Callum Wilson po raz szósty w tym sezonie zdobył bramkę i zaliczył asystę podczas jednego występu - żaden inny piłkarz Premier League nie może pochwalić się takim bilansem.

    15. Burnley w starciu z Manchesterem City skupiło się na obronie do tego stopnia, że oddało tylko 2 strzały, co jest najgorszym wynikiem The Clarets w historii ich występów w angielskiej ekstraklasie.

    16. Southampton straciło aż 27 punktów z pozycji prowadzącego - to więcej niż jakakolwiek inna drużyna w tym sezonie.

    17. Mimo że Brighton nie wygrało od siedmiu kolejek, nadal utrzymuje miejsce poza strefą spadkową.

    18. Cardiff uległo Fulham, a Neil Warnock przedłużył swoją ekstraklasową serię bez wyjazdowego zwycięstwa w Londynie do 16 meczów.

    19. Fulham po raz pierwszy od 2012 roku wygrało trzy spotkania Premier League z rzędu.

    20. Huddersfield poniosło w tym sezonie ligowym 28 porażek, co jest wyrównaniem klubowego rekordu z rozgrywek 1887-88.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-04-28 20-34-37.jpg

  •  

    Wyobraźcie sobie, że dobry znajomy oddaje Wam samochód - starego klasyka, który ledwo zipie, ale przedstawia niemałą wartość kolekcjonerską i sentymentalną. Przyjmujecie dar nie tylko z grzeczności, zwyczajnie szkoda Wam kultowego auta, więc postanawiacie dać mu drugie życie, odrestaurować je i przywrócić należyty blask. Macie naturalnie świadomość, że nie będzie to łatwa przeprawa, która pochłonie ogromne nakłady czasu i pieniędzy, a ponadto zmusi do poświęceń. Mimo to bierzecie byka za rogi.

    Od razu po tym, jak maszyna trafia do Waszego garażu, zabieracie się do pracy: instalujecie nowe części silnika, wymieniacie opony oraz olej, dolewacie najlepszej jakości paliwa i pucujecie karoserię. Na gruntowny remont nie macie jeszcze środków, lecz nie możecie doczekać się pierwszej przejażdżki i reakcji sąsiada. Początkowe kilometry to wprawdzie jazda po płaskim, gładkim asfalcie, lecz sprawność samochodu i tak budzi pozytywne zaskoczenie - przyspieszacie i hamujecie w wybranym momencie, skręcacie bez problemu, nic nie warczy, nic nie stuka. Pokonujecie nawet całkiem stromą górkę!

    I wtedy, w najmniej spodziewanej chwili, sytuacja zaczyna się komplikować. Auto zwalnia, a co gorsza wydaje niepokojące dźwięki. Nie panikujecie, byliście na to gotowi. Ignorujecie szyderę Mariana, który obserwuje z okna Wasz powrót na tarczy. Przecież nic nie jest w stanie odebrać Wam determinacji w spełnieniu swojego marzenia, a jedyne czego potrzebujecie to czas i pieniądze.

    W bliźniaczo podobnej sytuacji jest Ole Gunnar Solskjaer, który również śni o przywróceniu blasku kultowej marce. Co więcej, Norweg także obiecująco zainaugurował swoją misję. Sprawił bowiem, że Manchester United przez moment radził sobie wyśmienicie, nawiązywał do swoich tradycji oraz utraconej tożsamości. Fakt, że w końcu dotknął go kryzys, był do przewidzenia, wszak na Old Trafford nie doszło jeszcze do znaczących ruchów. Te wymagają nie tylko więcej czasu, ale też zainwestowania sporych funduszy.

    Wiem, że Czerwone Diabły pierwszy raz od 1981 roku przegrały pięć meczów wyjazdowych z rzędu. Wiem, że po raz pierwszy w historii Premier League straciły 48 bramek na przestrzeni jednych rozgrywek, a od 11 spotkań nie potrafią zachować czystego konta, co nie miało miejsca od ponad 20 lat. Mimo to, sądzę, że należy zaufać Solskjaerowi, dać mu czas na działanie i wykazać się cierpliwością w stosunku do długofalowego projektu, za jaki uważam odbudowę Manchester United.

    Mam świadomość, iż futbol na najwyższym poziomie nie cierpi zwłoki. Przegrywasz - nie istniejesz, liczą się tylko zwycięzcy i ich dobre wyniki. Sęk w tym, że klub z Old Trafford nie jest dziś sportową potęgą. On dopiero aspiruje do powrotu na szczyt, co nie stanie się ot tak. Nie ma nic od razu, nie ma nic za darmo.

    Choć nie cieszą mnie ostatnie poczynania Czerwonych Diabłów, daleki jestem od skreślania sympatycznego Norwega. Przecież dopiero co wymienił olej i dolał wysokooktanowej benzyny, a więc zrobił to, co absolutnie niezbędne do tymczasowego funkcjonowania maszyny. Gruntowny remont wciąż przed nim.

    Nie twierdzę przy tym, że w klubie swojego życia Ole na pewno osiągnie sukces. Jako sympatyk Manchesteru United - czekający na powrót lepszych dni już kilka lat - sądzę jednak, iż Solskjaer zasługuje na szansę oraz zaufanie, na które sam sobie zapracował. Co więcej, wciąż wierzę, że uda mu się przeobrazić zardzewiałego rzęcha w uznane auto z klasą.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #united #manchesterunited #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-04-23 21-49-25.jpg

    •  

      Pozwolę sobie skopiować moje słowa z inego miejsca. Tak na dobrą sprawę to odkąd skończyła się era Fergusona to przez tyle lat United mogło ogrywać młodych mieszając ich ze starszymi i bardziej doświadczonymi kolegami, stanowiącymi gwardię Fergusona i przepychać ich powoli do pierwszego składu. Możemy być pewni, że mieliby na pewno większe zaangażowanie niż sanchezy i inne najemniki. Śmieszne jest w sumie, że najlepsze mecze często United gra, gdy pojawia się plaga kontuzji i wychodzą do gry chłopaki z drużyn U i wtedy to wszystko zupełnie inaczej wygląda. Każdy biega i stara się jak tylko niektóre pojedyncze jednostki zarabiające grube miliony. A jeśli chodzi o Ole, to wydaje mi się, że to gość, który potrafi zrobić atmosferę, odświeżyć szatnię, ale mimo najszczerszycy chęci nie będzie potrafił chwycić ich za mordy. Tu potrzeba kogoś pomiędzy LvG, który nie dał wejść sobie na głowę gwiazdom i jak ktoś podskakiwał to lądował na ławce, a Ole, który potrafi stworzyć w szatni atmosferę. W sumie Luis plus Phelan, który potrafiłby go troszkę utemperować i wprowadzić w struktury United mogli by tworzyć ciekawą i zdrową kompozycję o ile LvG byłby w stanie pójść na kompromis, bo na pewno bliżej było mu do tego niż mourinho. Dodatkowo van Gaal powoli odbudowywał tę drużynę i nie pozwolono mu tego dokończyć przy okazji nie zapewniając mu odpowiedniego napastnika bo niestety Rooney myślał o rodzinnych obiadkach, a RvP był nadal w rozsypce po odejściu Fergusona. Sytuacji i strzałów było mnóstwo, ale zawsze brakowało niestety tego wykończenia pokaż całość

      +: StaXik
    •  

      @isthatyouorme: van Gaal już jest na emeryturze

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 35. seria gier angielskiej ekstraklasy (dzisiaj i jutro kilka klubów nadrobi zaległości z poprzednich tygodni). Działo się w niej co niemiara, lecz zanim to, dodam, iż w nawiasach po numerkach, oznaczających pozycję danej drużyny w tabeli, znajduje się liczba rozegranych przez nią meczów.

    1. (35) Liverpool nie miał problemów z Cardiff, dzięki czemu przedłużył serię zwycięstw do dziewięciu spotkań, co po raz ostatni udało mu się w 2014 roku, za kadencji Brendana Rodgersa.

    2. (34) Manchester City wygrał na własnym boisku 25. mecz w tym sezonie, a Phil Foden stał się trzecim najmłodszym zdobywcą bramki w Premier League (młodsi od Anglika byli tylko Micah Richards i Daniel Sturridge).

    3. (34) Tottenham przegrał pięć wyjazdowych starć ligowych z rzędu, co nie zdarzyło mu się od 2004 roku.

    4. (35) Pierwszy raz od ośmiu lat Chelsea straciła w meczu Premier League dwie bramki po stałych fragmentach gry (nie licząc rzutów karnych) i tylko zremisowała z Burnley.

    5. (34) Żaden piłkarz nie strzelił w obecnych rozgrywkach więcej goli w derbach Londynu od Aubameyanga (7), lecz tym razem trafienie Gabończyka nie przełożyło się na zdobycz punktową Arsenalu.

    6. (34) Manchester United stracił w spotkaniu z Evertonem aż 4 bramki, co oznacza, iż w obecnym sezonie Premier League już 48 razy wyciągał piłkę z własnej siatki - to najgorszy wynik Czerwonych Diabłów od kiedy uformowała się angielska ekstraklasa.

    7. (35) Everton w domowych meczach z drużynami Wielkiej Szóstki uzbierał dziesięć punktów - tylko Manchester City (15), Liverpool (13) oraz Chelsea (11) mogą pochwalić się lepszym bilansem.

    8. (34) W trwających rozgrywkach ligowych Watford wygrał sześć spotkań poza własnym stadionem, co jest jego najlepszym wynikiem na najwyższym poziomie od sezonu 1983/84.

    9. (35) Leicester zremisowało z West Hamem, a Jamie Vardy trafił po raz siódmy w siódmym występie pod wodzą Brendana Rodgersa.

    10. (34) Wolverhampton nie zanotowało zwycięstwa od dwóch kolejek i straciło szansę na odskoczenie w tabeli od grupy rywalizującej o prawo gry w eliminacjach Ligi Europy.

    11. (35) West Ham radzi sobie jeszcze słabiej, gdyż nie wygrał od czterech meczów ligowych, co po raz ostatni przydarzyło mu się w 2017 roku.

    12. (35) Crystal Palace pokonało Arsenal, czemu przysłużył się Christian Benteke, który po blisko roku posuchy wreszcie zdobył bramkę w barwach klubowych.

    13. (35) W 2019 roku Newcastle odniosło aż sześć zwycięstw w domowych spotkaniach ligowych - jedynie Manchester City (8) oraz Arsenal (7) mogą pochwalić się lepszym bilansem.

    14. (35) Bournemouth poległo w 4 z 7 meczów Premier League na Dean Court z zespołami, które w dniu starcia znajdowały się w strefie spadkowej.

    15. (35) Pomimo wykonywania najmniejszej ilości rzutów rożnych w stawce (135), Burnley zdobyło dzięki nim 10 bramek, co jest drugim najlepszym wynikiem w lidze.

    16. (34) Southampton nie dało rady Newcastle, co oznacza, że przegrało 3 z poprzednich 4 meczów wyjazdowych.

    17. (34) Brighton nie zdobyło bramki w żadnej z ostatnich pięciu kolejek, lecz tym razem nie przeszkodziło to w dopisaniu do swojego dorobku jednego, jakże cennego w kontekście walki o utrzymanie punktu.

    18. (35) Cardiff czwarty raz z rzędu uległo Liverpoolowi w Premier League i oddaliło się od bezpiecznej pozycji w tabeli.

    19. (35) Fulham wygrało dwa kolejne spotkania w angielskiej ekstraklasie, co ostatnio udało mu się w 2014 roku.

    20. (35) Huddersfield powtórzyło “osiągnięcie” Sunderlandu i przegrało w tym sezonie ligowym 14 meczów na własnym boisku.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-04-22 23-47-46.jpg

  •  

    Bycie innym jest w porządku

    Naśladowanie dźwięków wydawanych przez małpy, rzucanie na murawę bananów lub ich pozostałości, a także kierowanie w stronę zawodników wyzwisk i obelg nawiązujących do koloru ich skóry. To zaledwie kilka z całej masy zachowań rasistowskich, które od dziesiątek lat trawią futbolowe środowisko. O problemie długo nie mówiło się zbyt wiele, lecz jego nasilenie, znajdujące odzwierciedlenie w wydarzeniach minionych miesięcy, przelało czarę goryczy. Czy liczne kampanie, apele i wypowiedzi piłkarzy są w stanie położyć kres dyskryminacji?

    Za twórcę ideologii rasizmu uważa się francuskiego arystokratę, pisarza i filozofa, Arthura de Gobineau, który w połowie XIX wieku opublikował pracę pod tytułem “Szkice o nierówności ras ludzkich”. Zgodnie z poglądami jej autora, mieszkańcy Ziemi dzielą się na białych, żółtych oraz czarnych, a im “czystsza” rasa dominuje w społeczeństwie, tym wartościowsza jest dana cywilizacja. Na przestrzeni lat koncepcja przybierała różne formy i ulegała drobnym modyfikacjom, na co wpływ miała - między innymi - działalność nacjonalistów oraz nazistów, którzy używali jej do celów politycznych. Zawsze polegała jednak na tym samym - dyskryminacji, podziale populacji i uzewnętrznianiu fobii. Zawsze dotyczyła mas i niemal wszystkich dziedzin życia.

    Nie inaczej jest w przypadku sportu, a co za tym idzie, piłki nożnej. Stadiony były, są i zapewne jeszcze długą będą miejscami, w których ludzie prezentują swoje najgorsze cechy, co prowadzi do okropnych, okrutnych zachowań. Wspomniane wcześniej wyzwiska oraz obelgi nacechowane rasizmem są zjawiskami powszechnymi, występującymi niezależnie od kraju i rangi rozgrywek - natkniemy się na nie zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w rodzimej Ekstraklasie. Ba, do incydentów związanych z przestępstwami na tle rasowym dochodzi nawet w meczach z udziałem dwunastolatków w Wielkiej Brytanii, i to właśnie w kraju królowej o rosnącym problemie mówi się najwięcej.

    Według badań organizacji Kick It Out, która stara się przeciwdziałać dyskryminacji w świecie futbolu, w sezonie 2016/17 na angielskich obiektach odnotowano 469 przypadków poniżeń ze względu na szeroko rozumianą inność. W rozgrywkach 2017/18 takowych zajść było już 520, z czego ponad połowa dotyczyła ostracyzmu wynikającego z różnicy pochodzenia. Statystyki te bazują na ilości przyjętych zgłoszeń, co jest dość istotne biorąc pod uwagę, iż w ankiecie przeprowadzonej przez Sky Sports blisko 1/3 z 86% kibiców, którzy byli świadkami rasizmu przyznała, że nie zdecydowała się zawiadomić odpowiednich służb. Większość z nich zwyczajnie nie wierzy w skuteczność działań aparatu państwowego.

    - Jestem zawiedziona wynikami badań, lecz nie zaskakują mnie one. Sądzę, że wykorzystanie futbolu w celu dania upustu swojej dyskryminacji i nietolerancji jest wciąż możliwe. Dane każą sądzić, iż ludzie nie potrafią czerpać radości z uczestnictwa w meczu piłkarskim i nastał czas, by coś z tym zrobić - mówiła Mims Davis, minister sportu Wielkiej Brytanii. Nie jest pierwszym politykiem, który obiecuje zająć się problemem i przeprowadzić zmiany, lecz dotąd wynikało z tego niewiele, przestępcy wciąż śmiało sobie poczynają.

    Przykładów ich “popisów” daleko szukać nie trzeba, albowiem bieżący sezon wręcz obfituje w szykany. W grudniowym spotkaniu Arsenalu z Tottenhamem, w kierunku Aubameyanga rzucono skórkę po bananie. Tydzień później, w starciu Chelsea z Manchesterem City ofiarą rasistów padł Sterling, którego słownie obrażali kibice gospodarzy. Fan Burnley obrał sobie za cel Bonga z Brighton, sympatyk Mew skupił się na Billingu, występującym w Huddersfield, a pasjonat Newcastle zakłócił spokój Zahy, reprezentującego barwy Crystal Palace. Co gorsza, nie tylko Premier League skażona jest genem dyskryminacji. Mecz Czarnogóry z Anglią to fala wyzwisk, która dotknęła między innymi Rose’a, Hudsona-Odoi oraz Sterlinga. Z kolei we Włoszech łatwego życia nie ma Koulibaly, a także Kean, któremu nie pomagają wypowiedzi kolegów z drużyny.

    Podczas potyczki Cagliari z Juventusem, zgromadzony na trybunach tłum starał się wytrącić zawodnika Starej Damy z równowagi, poprzez naśladowanie małpich odgłosów. Młody Włoch zareagował w najlepszy możliwy sposób - zdobył bramkę, po czym rozłożył ręce w geście bycia ponad rasizmem. Bonucci stwierdził jednak, że takie zachowania przyczyniają się do eskalacji problemu, więc wina leży pośrodku. Na szczęście obrońca - lub jego agent - prędko się zreflektował i wydał oświadczenie, w którym oznajmił, iż doszło do pomyłki, a on został źle zrozumiany. Mimo to, stracił uznanie w oczach środowiska, które nie hamowało się w krytyce.

    Jednym z komentatorów zajścia był Raheem Sterling - protagonista w walce z dyskryminacją rasową, człowiek otwarcie i głośno sprzeciwiający się postrzeganiu ludzi przez pryzmat ich pochodzenia. W kontekście niefortunnej wypowiedzi piłkarza Juventusu stwierdził, iż jedyne, co można w tej sytuacji zrobić, to się śmiać. Biorąc pod uwagę działalność Anglika na przestrzeni minionych miesięcy, trudno dziwić się jego reakcji, mającej w sobie nutkę bezsilności oraz niedowierzania.

    Były piłkarz Liverpoolu mocno udziela się bowiem w temacie rasizmu, czemu początek dał wspomniany wyżej incydent z jego udziałem w spotkaniu Chelsea z Manchesterem City. Został wówczas obrażony przez Colina Winga, który za swe haniebne zachowanie zapłacił srogą karę - nigdy więcej nie zasiądzie na trybunach Stamford Bridge, został zwolniony z pracy, a sąsiedzi wstydzą się mieszkać w jego towarzystwie. Jednak to nie na nim skupił się skrzydłowy The Citizens. Dzień po meczu, Sterling wytoczył działa przeciwko mediom, które skrytykował za przekaz, podsycający problem dyskryminacji. Swoje zarzuty poparł przykładami artykułów opisujących dwóch zawodników, którzy za zarobione pieniądze kupili swoim rodzinom nowe domy. Gest Phila Fodena został pochwalony i określony jako szlachetny, natomiast w kontekście Tosina Adarabioyo pisano o rozrzutności. Co różni obu panów? Kolor skóry, jakżeby inaczej.

    I tak rozpoczęła się krucjata poczciwego Raheema, który w kolejnych tygodniach wielokrotnie zabierał głos w niedającej mu spokoju sprawie. Raz po raz zwierzał się z przykrości, z którymi przyszło mu się mierzyć, stawał w obronie kolegów po fachu, a także propagował stanowczy sprzeciw rasizmowi. Wyrósł dzięki temu na lidera ruchu potępiającego dyskryminację rasową, choć sam nie określa siebie w ten sposób. - Moim celem nie było stanie się przywódcą i nie sądzę, że nim jestem. Chciałem po prostu uświadomić innych o istnieniu czegoś o czym długo myślałem, co wielokrotnie widziałem i uznawałem za smutne - mówił w jednym z wywiadów.

    W swoich działaniach Sterling wykazał się niebywałą siłą mentalną i odwagą cywilną. Nie wahał się wyrażać swoich emocji, głosić prawdy i krytykować tego, co uważa za niesłuszne. Niewątpliwie pomogło mu wsparcie środowiska, które stanęło z nim ramię w ramię w walce z rasizmem. Uczynili to między innymi Virgil van Dijk, Paul Pogba, Blaise Matuidi czy Memphis Depay, a obojętny nie pozostał również Gareth Southgate, który po starciu Czarnogóry z Anglią wyraził stanowczą dezaprobatę dla dyskryminacji związanej z kolorem skóry. Poruszył ponadto kwestię przeciwdziałania problemowi:

    - Sankcje mają sens tylko w przypadku, gdy prowadzą do edukacji. Są bezwartościowe, jeśli nie wnoszą niczego, co pomogłoby edukować ludzi. Moje dzieci ani przez chwilę nie zastanawiają się skąd pochodzi dana osoba, jakim mówi językiem i jaki ma kolor skóry. Wśród młodych ludzi panuje jednak niewinność, na którą wpływ mają jedynie starsi. Dlatego też powinniśmy mieć pewność co do tego, że edukacja jest odpowiednia dla wszystkich.

    Selekcjoner Synów Albionu zaznaczył, iż Anglia nie jest wolna od rasizmu, a walka z nim jest bardzo trudna. Można bowiem karać kluby, lecz nie powstrzyma to jednostek od obrażania innych, najważniejsze jest propagowanie właściwych postaw.

    Nie jest to jednak łatwe, kiedy organizacje rządzące futbolem (czytaj: FIFA i UEFA) nie dają przykładu właściwego działania. Ich organom wciąż zdarza się bagatelizować problem i nie reagować w porę, co prowadzi do sytuacji, w których zawodnicy nie widzą sensu w zgłaszaniu przypadków naruszania ich praw, o czym również wspominał Southgate. Jest to niewytłumaczalne i niedopuszczalne. Czyżby panowie w garniturach nie chcieli brudzić sobie rąk? Czyżby nie chcieli narazić się kibicom gwarantującym im milionowe wpływy? Według Emmanuela Frimponga, przyczyna jest znacznie prostsza.

    - Faktem jest, że wszyscy ważni ludzie - zrzeszeni w FIFA, UEFA czy gdziekolwiek indziej, gdzie podejmuje się decyzje - są biali. Nie obwiniam ich, bo jak osoba, która nigdy nie była w takiej sytuacji, może poczuć ten ból? Większość z nich nigdy nie doświadczyła rasizmu na własnej skórze, nie wiedzą jakie to uczucie, więc kary, które wymierzają podyktowane są ich punktem widzenia, a nie punktem widzenia osoby czarnoskórej. Jeśli ma dojść do zmian, komitety powinny składać się z ludzi o różnym pochodzeniu - mówił były piłkarz Arsenalu w wywiadzie, przeprowadzonym przez dziennikarza The Guardian.

    Z pewnością ma on rację, a jego teza jest słuszna, lecz moim zdaniem, do postępu w dziedzinie ograniczenia rasizmu potrzeba znacznie więcej działań. Szczere wypowiedzi i apele zawodników oraz trenerów niestety nie pomagają, wszelkie gesty solidarności i kampanie nagłaśniające problem zdają się na nic. Pora więc na bardziej radykalne środki.

    Być może w momencie usłyszenia wyzwisk zespoły powinny niezwłocznie opuszczać murawę i odmawiać dokończenia spotkania. Widowisko straciłoby wówczas na jakości, a kibice mniej ochoczo przychodziliby na stadiony i nie zasiadaliby tłumnie przed telewizorami, wykupując uprzednio abonamenty. Wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy na rozrywkę trwającą pięć lub dziesięć minut mija się bowiem z celem. Co w takim przypadku zrobiliby odcięci od sporego zastrzyku gotówki panowie w garniturach? Być może zajęliby się rasizmem na poważnie, bez zamiatania problemu pod dywan.

    Dopóki się to nie stanie, dyskryminacja będzie się szerzyć, a niewinni ludzie będą cierpieć. Pojawi się więcej wypowiedzi, jak ta Rose'a, który przyznał, iż z uwagi na napiętnowanie nie może doczekać się końca kariery. Wyznanie Anglika dobitnie ukazało skalę zjawiska oraz jego przygnębiające skutki. Szkoda, że piękny sport, jakim niewątpliwie jest futbol, staje się pretekstem do uzewnętrzniania ludzkich fobii, a osoby, które za tym stoją nie rozumieją podstawowych zasad egzystencji w społeczeństwie opartym na równości i wolności.

    Bycie białym jest w porządku.

    Bycie czarnym jest w porządku.

    Bycie żółtym jest w porządku.

    Bycie innym jest w porządku.

    Bycie sobą jest w porządku.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #pilkanozna #rasizm #premierleague #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: skynews-raheem-sterling-england_4619269.jpg

  •  

    Barwy Tottenhamu przywdziewa kilku zawodników klasy światowej, jakimi z pewnością są Harry Kane, Christian Eriksen oraz Heung-min Son. To oni stanowią o sile ofensywnej Kogutów, to na nich spoczywa największy ciężar za wyniki zespołu. Najważniejszej bramki w najnowszej historii klubu nie zdobył jednak żaden z wyżej wymienionych. Zrobił to Fernando Llorente.

    Hiszpan nie jest podstawowym piłkarzem drużyny Mauricio Pochettino. Często nie jest nawet pierwszym graczem wchodzącym z ławki rezerwowych, o występach w dłuższym wymiarze czasowym nie wspominając. Jednego odmówić mu jednak nie sposób - jest świetnym zadaniowcem, za co ceni go argentyński szkoleniowiec.

    Kane potrzebuje odpoczynku? Llorente na szpicę! Kane jest kontuzjowany? Llorente na szpicę! Sytuacja wymaga wygrywania pojedynków powietrznych? Llorente na szpicę! Sissoko doznał urazu, a Koguty walczą o awans? Llorente na szpicę!

    To nic, że Hiszpan nie zdobył tej bramki z pełną premedytacją. To nic, że piłka zwyczajnie odbiła się od jego biodra i wpadła do siatki. Ważne, że znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, a jego trafienie umożliwiło Tottenhamowi wyjście zwycięsko z wyniszczającego starcia z Manchesterem City, a co za tym idzie, awans do półfinału Ligi Mistrzów.

    Wyczyn Fernando zapisze się w dziejach klubu, który żyje snem i nie przestaje marzyć. Cudownie, że w kolejnej fazie przyjdzie mu zmierzyć się z równie (a może jeszcze bardziej) niepodrabialną drużyną. Wówczas hiszpański talizman z pewnością znowu się przyda!

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #ligamistrzow #tottenham #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 57131036_382051922383597_1281975792858824704_n.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 34. seria gier Premier League (wtorkowe starcie Brighton z Cardiff jest meczem zaległym)! Koniec sezonu tuż-tuż, a co za tym idzie, coraz więcej kwestii staje się jasnych. Co przyniósł miniony weekend?

    1. Liverpool po raz pierwszy od 7 lat pokonał Chelsea na własnym boisku, do czego przyczynił się fenomenalny gol Salaha - Egipcjanin trafił zza pola karnego po raz pierwszy od stycznia 2018 roku.

    2. Liderowi ani na krok nie ustępuje Manchester City (podopieczni Guardioli rozegrali jedno spotkanie mniej), który pokonując Crystal Palace zdobył swoją 150. bramkę w tym sezonie, czym nie może pochwalić się żadna inna drużyna spośród pięciu najlepszych lig Starego Kontynentu.

    3. Tottenham rozgromił Huddersfield, a Lucas Moura stał się pierwszym piłkarzem Kogutów od 2012 roku - nie licząc Harry’ego Kane’a - który skompletował hat-tricka w meczu ligowym (wcześniej dokonał tego Gareth Bale).

    4. Arsenal uporał się z Watfordem, notując przy okazji premierowe czyste konto poza Emirates Stadium w tym sezonie.

    5. Mimo że na tle kandydata do tytułu mistrzowskiego Chelsea zaprezentowała się przyzwoicie, to biorąc pod uwagę rozgrywki Premier League przegrała szóste spotkanie wyjazdowe z zespołem Wielkiej Szóstki z rzędu.

    6. Manchester United ograł West Ham, wyrównując przy okazji swój rekord, dotyczący ilości wykonywanych rzutów karnych w jednym sezonie - w tym Czerwone Diabły miały ich już 12.

    7. Leicester przegrało w bieżących rozgrywkach aż 8 meczów na King Power Stadium - to najwięcej, odkąd obiekt został oddany do użytku.

    8. Od 5 spotkań wyjazdowych Wolverhampton nie potrafi odnieść zwycięstwa, a w sobotę przegrało drugie spotkanie z rzędu, co w tym sezonie dotąd mu się nie przydarzyło.

    9. Everton funduje swoim sympatykom prawdziwy rollercoaster - po pokonaniu Chelsea oraz Arsenalu, pierwszy raz od 2016 roku uległ na wyjeździe beniaminkowi, którym w tym wypadku był spadkowicz z Fulham.

    10. Watford nie dał rady Arsenalowi, na co spory wpływ miało przedwczesne opuszczenie boiska przez Troya Deeneya - od powrotu Szerszeni do Premier League w sezonie 2015/16 żadna drużyna nie obejrzała więcej czerwonych kartek niż ekipa z Vicarage Road (15).

    11. West Ham oddał na Old Trafford aż 18 strzałów (najwięcej od 3 lat), lecz i tak przegrał czwarte spotkanie ligowe poza własnym stadionem z rzędu.

    12. Bournemouth zdemolowało Brighton, a Ryan Fraser zanotował swoją 12. asystę w tym sezonie ligowym (w meczach wyjazdowych uzbierał ich 8 i pod tym względem nikt nie może się z nim równać).

    13. Crystal Palace uległo Manchesterowi City, lecz Luka Milivojević ma powody do zadowolenia, albowiem jest jedynym zawodnikiem, który w trwających rozgrywkach pokonał Edersona zarówno na Etihad Stadium, jak i w spotkaniu domowym.

    14. Burnley wygrało trzy kolejne spotkania różnicą dwóch goli, co po raz ostatni na najwyższym szczeblu udało mu się w 1968 roku.

    15. Newcastle pokonało Leicester dzięki bramce Ayoze Pereza, który jest obecnie kluczowym zawodnikiem w układance Rafy Beniteza - pomocnik miał udział przy 4 z poprzednich 6 trafień Srok.

    16. Z 18 meczów pod wodzą Ralpha Hassenhuttla Southampton wygrało 8, czyli dokładnie tyle samo, ile na przestrzeni 52 gier z Mauricio Pellegrino oraz Markiem Hughesem u steru.

    17. Przegrana 0:5 z Bournemouth była dla Brighton najdotkliwszą porażką od 1973 roku, kiedy to Bristol Rovers Briana Clougha wbiło Mewom 8 goli.

    18. Cardiff poległo trzeci raz z rzędu i do bezpiecznej pozycji w tabeli wciąż traci pięć punktów.

    19. Pomimo braku szans na utrzymanie, Fulham chce pożegnać się z elitą w godnym stylu - w sobotę pokonało Everton i zanotowało pierwsze zwycięstwo od 10 kolejek.

    20. Huddersfield przegrało 26. spotkanie w tym sezonie ligowym, co jest wyrównaniem niechlubnego rekordu Sunderlandu z 2006 roku.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-04-16 00-08-51.jpg

  •  

    Dwa oblicza Bournemouth

    Każdy kij ma dwa końce, każdy medal ma dwie strony, a każdy sezon ligowy składa się z dwóch części. Miejsce w tabeli, które ostatecznie zajmuje drużyna, zależy od jej dyspozycji na przestrzeni całych rozgrywek, co sprawia, że marząc o sukcesie nie może ona pozwolić sobie na dłuższe chwile słabości. Na nic zdadzą się bowiem dobre rezultaty osiągane na początku rywalizacji, jeśli ich następstwem będzie kryzys i utrata recepty na wygrywanie. Najświeższe poczynania Bournemouth są tego wręcz podręcznikowym przykładem.

    Przed rozpoczęciem zmagań w ramach 27. edycji Premier League, głównym zadaniem Wisienek było ugruntowanie pozycji w elicie, czemu miało przysłużyć się przejście przez sezon spokojnym krokiem, z chłodną głową i bez konieczności drżenia o utrzymanie. Cel niewygórowany, adekwatny do potencjału zespołu. Kapitalne wejście w rozgrywki kompletnie odmieniło jednak postrzeganie podopiecznych Eddiego Howe’a, a poprzeczka powędrowała w górę. Nagle, z brzydkiego kaczątka o przyziemnych aspiracjach, ekipa z Dean Court przemieniła się w łabędzia, kandydującego do gry w europejskich pucharach.

    Po dziesięciu kolejkach, Bournemouth z bilansem sześciu zwycięstw, dwóch remisów oraz dwóch porażek zajmowało szóste miejsce w tabeli, zostawiając w tyle między innymi Wolverhampton, Watford, Everton i Leicester, czyli drużyny, które mają obecnie największe szanse na uzyskanie tytułu “best of the rest”, a co za tym idzie, na występy w Lidze Europy. Ba, za plecami Wisienek był także Manchester United, walczący aktualnie o pozycję gwarantującą udział w Lidze Mistrzów. Forma zespołu z Dean Court, jak i prezentowany przezeń atrakcyjny dla oka styl gry, zwyczajnie musiały robić wrażenie.

    Nic więc dziwnego, że w pokonanym polu pozostali nie tylko beniaminkowie z Fulham i Cardiff, ale też West Ham, Crystal Palace oraz wspomniane wcześniej Lisy i Szerszenie. Nie są to wprawdzie ekipy ze ścisłej czołówki angielskiej ekstraklasy, ale o brak ambicji i umiejętności posądzić ich nie sposób. Do remisów z Evertonem i Southampton, Wisienki dołożyły porażkę z Chelsea, która była w tamtym momencie poza ich zasięgiem, a także niespodziewane niepowodzenie w starciu z Burnley. Mimo to, rozpoczęcie sezonu okazało się więcej niż zadowalające, w czym nie było ani krzty przypadku.

    W większości spotkań Bournemouth było bowiem stroną przeważającą - utrzymywało się przy piłce dłużej od przeciwników (średnie posiadanie futbolówki wynosiło 51,3% na mecz) i wymieniało więcej podań (przeciętnie 439,8 na każdy występ). Oddawało też sporo strzałów (w sumie aż 120), a dzięki ich skuteczności zdobywało statystycznie prawie dwie bramki na kolejkę. Naprawdę przyjemnie patrzyło się na współpracę Ryana Frasera z Callumem Wilsonem, którzy strzelili w sumie osiem goli, a przy kolejnych dziesięciu mieli udział w postaci asyst. Całkiem nieźle radziła sobie również defensywa, bo choć Asmir Begović 12-krotnie wyjmował futbolówkę z własnej siatki, to cztery razy zdołał zachować czyste konto.

    Szkoda, że sen o Europie potrwał zaledwie do listopada. Wtedy bowiem drużyna wpadła w dołek, z którego do dziś nie zdołała się wydostać. Być może zawodnicy źle znieśli presję otoczenia, czego poniekąd obawiał się Eddie Howe. - Mam nadzieję, że nie zacznie się o nas mówić zbyt dużo. Chcielibyśmy pozostać w cieniu, występować w roli underdoga - mówił Anglik po rozbiciu Watfordu. Forma jego podopiecznych nie mogła jednak pozostać bez echa, a medialny szum okazał się dla nich destrukcyjny.

    Cztery porażki z rzędu mogły być dla Wisienek sporym ciosem, lecz nie powinny być zaskoczeniem, wszak grono pogromców - poza Newcastle - składało się z zespołów znacznie silniejszych, majętniejszych oraz jakościowo lepszych. Mimo to, w spotkaniach z Manchesterem United, Arsenalem i Manchesterem City, ekipa z hrabstwa Dorset postawiła rywalom twarde warunki, dzięki czemu zminimalizowała rozmiary niepowodzeń. Zwycięstwo z Huddersfield było jednak tylko chwilowym przebudzeniem z letargu.

    Po nim nastąpił kolejny zjazd w postaci przegranych z Liverpoolem, a także Wolverhampton, okraszony odpadnięciem z Pucharu Ligi po batalii z Chelsea. W lidze Wisienki spadły na 11. miejsce w tabeli i definitywnie rozpoczęły okres wegetacji. Co z tego, że pokonały Brighton, skoro pożegnały się z rywalizacją o Puchar Anglii, zremisowały z Watfordem i uległy Tottenhamowi, Manchesterowi United oraz Evertonowi? Co im po ograniu West Hamu i Chelsea, skoro następnie zanotowały serię ośmiu meczów bez zwycięstwa, przerwaną jedynie kolejną wygraną z beznadziejnym Huddersfield?

    Efekty degrengolady przybrały zaskakująco duże rozmiary, a Bournemouth zaliczyło jeden z największych regresów w tym sezonie Premier League. Gdyby rozgrywki zaczęły się w 11. kolejce, podopieczni Howe’a byliby dziś w strefie spadkowej. Niebywałe, że drużyna, która w pierwszych 10 spotkaniach uzbierała 20 punktów, w kolejnych 23 zgromadziła zaledwie 18 oczek. Niewiarygodne, iż po obiecującym początku wygrała jedynie pięć starć, zaś aż piętnaście przegrała. Statystyki każą jednak sądzić, iż nie było w tym ani grama przypadku.

    Zespół z Dean Court przestał dyktować rywalom warunki i nie prowadził już gry - średnie posiadanie piłki spadło o ponad 6%, a przeciętna liczba podań wymienianych co mecz zmalała o 40. Mniej dobrego działo się ofensywie (Wisienki zdobywały statystycznie tylko 1,09 bramki na spotkanie, oddając przy tym niecałe 11 strzałów, spośród których niespełna 4 były celne), natomiast więcej złego w defensywie (aż 49 straconych bramek), na którą lekiem nie okazał się nawet Artur Boruc. Dyspozycji ogółu nie pomogły z pewnością wahania formy liderów w osobach Wilsona i Frasera, wobec których zadowalająca postawa Kinga i Brooksa zdała się na niewiele.

    Nie sądzę, że zawodnicy spoczęli na laurach i zadowolili się fenomenalnym startem. Nie wydaje mi się też, iż trud włożony w pierwsze kolejki wyssał z nich całą energię i pozbawił sił na dalszą część rozgrywek. Być może zwyczajnie nie byli oni gotowi na stanie się kandydatami do gry w europejskich pucharach, a wzrost oczekiwań środowiska źle wpłynął na ich psychikę. Nie jest to jednak usprawiedliwieniem dla nieustającego kryzysu.

    - Najbardziej boli mnie to, że w minionych tygodniach nie dostrzegłem w grze zespołu filozofii, którą staram się mu wpoić. (...) Musimy przeanalizować wszystko, co robimy. (...) Podczas mojej menedżerskiej kariery bardzo rzadko zdarzało się, że patrzyłem na drużynę i nie byłem w stanie dostrzec tego, nad czym pracowaliśmy - wyznał Howe. Anglik jest wyraźnie zawiedziony postawą swoich podopiecznych, czemu trudno się dziwić.

    Bournemouth zaprezentowało w tych rozgrywkach dwa zupełnie różne oblicza. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że zrealizowało przy tym przedsezonowy cel, bowiem na pięć kolejek przed końcem rywalizacji nie grozi mu spadek. Mimo że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a poprzeczka z oczekiwaniami podnosi się z każdym kolejnym zwycięstwem, Wisienki zajmują adekwatną do swoich możliwości, 13. pozycję w tabeli. Początek zmagań nie powinien przesłonić brutalnego, lecz niepodważalnego faktu, że drużyny z Dean Court nie stać na nic więcej, poza spokojną egzystencją w Premier League. A przynajmniej nie w tym, słodko-gorzkim sezonie.

    W kolejnym łatwiej jednak nie będzie, albowiem latem kilka większych klubów wybiera się na południe Anglii i to bynajmniej nie w celach rekreacyjno-wypoczynkowych. Nie od dziś wiadomo przecież, że Fraser, Wilson oraz Brooks kuszą krajowych potentatów, którzy chętnie widzieliby ich w swoich szeregach i zapewne niebawem poczynią ku temu stanowcze kroki. Wszystko wskazuje więc na to, że z trzonu formacji ofensywnej Bournemouth wiele się nie ostanie, wobec czego trudno marzyć o czymś więcej niż utrzymanie w elicie. Cóż poradzić, taki los średniaka...

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #bournemouth #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: 20190408_125712.jpg

    +: anthoris, T....n +16 innych
    •  

      @Czyjatoja: Od sierpnia stawiam na City. Oprócz nich w czwórce widzę naturalnie Liverpool, Arsenal ze świetnym kalendarzem oraz... no właśnie, tu mam problem. Serce podpowiada United, rozum Tottenham. A Ty jak obstawiasz?

    •  

      Serce mówi że Liverpool na mistrza, a w top 4 poza City chyba będzie Spurs i Arsenal. Chelsea i United mają wyraźnie trudniejsze kalendarze, bo grają ze sobą oraz oboje z drużynami walczącymi o mistrza. Tutaj jednak wszystko się może zdarzyć przez kontuzje w Spurs oraz słabą formę Arsenalu na wyjazdach.

      +: StaXik
    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Teriery wracają do budy

    Naukowcy z Uniwersytetu Johna Hopkinsa z Baltimore dowiedli, że pies wyczuwa zły nastrój oraz strach człowieka, dzięki czemu gotowy jest ruszyć mu z pomocą. Potwierdza to tezę, że czworonogi mogą być naszymi najlepszymi przyjaciółmi, lecz jednocześnie powinny rozumieć, iż nie zawsze są najważniejsze, a ponadto znać swoje miejsce w szeregu. Podobnie jest w przypadku Terierów z Huddersfield, które po dwóch latach wylegiwania się na miękkiej kanapie zwanej Premier League, wracają do budy, to jest do Championship.

    Mimo że do końca sezonu pozostało jeszcze 6 kolejek, drużyna z John Smith’s Stadium nie ma już szans na utrzymanie się. Tych pozbawiło ją Crystal Palace, które w zeszłą sobotę pokonało podopiecznych Jana Siewerta 2:0 i sprawiło, że ekipa z hrabstwa West Yorkshire stała się drugim najprędzej opuszczającym angielską ekstraklasę klubem w jej dziejach. Szybciej zrobili to jedynie piłkarze Derby County, którzy w sezonie 2007/08 już 29 marca musieli pogodzić się ze spadkiem.

    Niepowodzenie Huddersfield nie jest żadnym, choćby najmniejszym zaskoczeniem. Przez dwa lata było ono skazywane na pożarcie, wydawało najmniej pieniędzy na pensje zawodników spośród wszystkich drużyn występujących w Premier League i strzelało najmniej goli. Ostatni czynnik jest wręcz znakiem rozpoznawczym Terierów, które przeszły do historii rozgrywek jako zespół z największym współczynnikiem meczów bez zdobyczy bramkowej. Stało się tak aż w 38 na 70 przypadków, co daje 54,3% spotkań “na zero z przodu”. Jednak czego innego spodziewać się po drużynie, która weszła do elity z negatywnym bilansem bramkowym?

    Za Huddersfield płakać nie będziemy, wszak nigdy nie porywało ono stylem gry, ani pasjonującą widowiskowością. Mimo to, warto przyjrzeć się jego kończącej się przygodzie z ekstraklasą, bo choć jej ostatni akt jest smutny, kibice klubu niejednokrotnie mieli powody do radości.

    Takim bez wątpienia był sam awans, wywalczony po 45 latach rozbratu z najwyższą klasą rozgrywkową. Jego okoliczności mogły przyprawić fanów o dreszcze - dzięki lepszej skuteczności w serii rzutów karnych, Teriery wygrały finał play-offów, zostawiając w pokonanym polu Reading. Choć miały być najsłabszym beniaminkiem w dziejach Premier League, świętowaniu nie było końca.

    Latem zarząd wzmocnił kadrę - udało się pobić klubowy rekord transferowy - a sztab trenerski, wraz z zawodnikami, rozpoczął przygotowania do kolejnego sezonu. Te okazały się na tyle efektywne, że zderzenie z elitą nie było dla Huddersfield tak bolesne, jak spekulowały media. Ba, na przestrzeni pierwszych sześciu kolejek ekipa z John Smith’s Stadium przegrała tylko jedno spotkanie. Potem było już znacznie trudniej, a drużyna prowadzona przez Davida Wagnera przeplatała przyzwoite lub nawet fenomenalne występy, jak chociażby wygrana z Manchesterem United, z kompletnie nieudanymi, jak na przykład porażka z późniejszym spadkowiczem ze Swansea. Liczy się jednak efekt końcowy, a tym było 16. miejsce w tabeli, które oznaczało pozostanie w ekstraklasie.

    Radości nie mógł przesłonić fakt, że Teriery należały do ligowych miernot. Odniosły przecież zaledwie 9 zwycięstw i straciły dwa razy więcej goli niż zdobyły. Wszyscy mieli świadomość, jak trudny będzie drugi sezon w Premier League i mimo, że w czerwcu 2018 roku ustanowiono nowy rekord transferowy, pieniądze wydawano rozsądnie. Priorytetem było wzmocnienie najbardziej newralgicznych pozycji, co miało pomóc w walce o przedłużenie bytu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Dziś wiemy już, że były to płonne nadzieje.

    Na pierwsze trzy punkty w nowej kampanii Huddersfield czekało aż do 11. kolejki i starcia z beniaminkiem z Fulham. Rozpoczęło to najlepszy okres drużyny w bieżącym sezonie, który potrwał… 3 mecze. Między 25 listopada a 26 lutego Teriery zdobyły tylko punkt. Cały jeden punkt na 14 spotkań! W trakcie fatalnej serii, statek zdecydował się opuścić jego kapitan i architekt najświeższych sukcesów - David Wagner. Moim zdaniem, był to kulminacyjny moment rozgrywek 2018/19. Moment, który ostatecznie przesądził o losie drużyny z John Smith’s Stadium.

    - David, który jest wspaniałym człowiekiem, przyszedł do mnie i wyjawił, iż potrzebuje przerwy od rygoru pracy menedżera. To bardzo smutny dzień, lecz musimy patrzeć w przyszłość - tak o decyzji byłego reprezentanta Stanów Zjednoczonych wypowiadał się Dean Hoyle, prezes klubu. Rany miał zaleczyć Jan Siewert, sprowadzony z rezerw Borussii Dortmund, lecz Niemiec nie odmienił sytuacji drużyny, która pod jego wodzą wygrała zaledwie jedno spotkanie i w kiepskim stylu pożegnała się z Premier League.

    Słodko-gorzka przygoda z elitą nie obfitowała w piękne chwile, po których fani znajdowali się w stanie ekstazy. Na przestrzeni niespełna dwóch lat ich ulubieńcy odnieśli zaledwie 12 ligowych zwycięstw, 46 razy cieszyli się po strzelonych golach i aż 117-krotnie wyciągali piłkę z własnej bramki. Byli zwyczajnie zbyt słabi, by rywalizować z najlepszymi drużynami w kraju, co po spotkaniu z Crystal Palace przyznał Christopher Schindler, obrońca Huddersfield:

    - W tym momencie jestem pusty. Patrząc na ten sezon retrospektywnie, od początku do końca, nie byliśmy dostatecznie dobrzy, by utrzymać się w najlepszej lidze świata. To frustrujące, trudno jest znaleźć właściwe słowa. Dopóki mi nie powiedziano, nie byłem świadomy, że spadek jest przesądzony, ale musimy być realistami. Od sześciu lub ośmiu tygodni wiedzieliśmy, że będzie nam trudno i potrzebujemy cudu. Nikt nie chce tego doświadczyć, choć oczywiście ostatnie lata były dla klubu znakomite, rozwinęliśmy się, a kiedy nikt nie dawał nam szans na awans, zrobiliśmy to.

    Niemiec dodał też, że w ostatnich kolejkach zespół da z siebie wszystko i postara się wykorzystać ten czas na przygotowania do następnego sezonu. Na tę chwilę wydaje się, iż drużyna z John Smith's Stadium nieprędko wróci do elity, a jedynym pozytywem jest jej sytuacja finansowa.

    Dzięki temu, że zarząd rozsądnie dysponował pieniędzmi, klubowi nie grożą problemy związane z majętnością. Owszem, kadra składa się z 15 najdroższych zawodników w historii Huddersfield, lecz podczas ostatniego okienka transferowego oszczędzano i wydano zaledwie dwa miliony funtów. Ponadto Teriery zostaną objęte programem, który pomaga spadkowiczom w odnalezieniu się w realiach niższej ligi, więc o lukach budżetowych nie powinno być mowy.

    Istotna w procesie odbudowy jest także pozycja szkoleniowca. W tej kwestii kluczowe mogą okazać się decyzje podjęte zeszłej zimy, gdyż właśnie wtedy zespół objął Jan Siewert. Wprawdzie nie sprawdził się on w roli strażaka, ale może przywrócić drużynie blask, formując ją od podstaw na własną modłę. Co ważne, prezes klubu wyraził chęć dalszej współpracy z Niemcem:

    - Wierzę, że Jan wywarł na drużynę duży wpływ. Podjął kilka ważnych decyzji i wykazał się poświęceniem dla klubu. Jestem zadowolony z jego działań i czekam na to, jak zespół będzie wyglądał po przepracowaniu pełnego okresu przygotowawczego. Zarząd ufa Janowi i postrzega go jako człowieka, który jest w stanie odbudować drużynę.

    Dean Hoyle dodał również, iż patrzy w przyszłość z nadzieją i choć ma świadomość poziomu rywalizacji, jaki panuje w Championship, sądzi, że przed jego klubem dobre czasy. Osobiście nie mam co do tego pewności, gdyż nie wierzę w rychły powrót Huddersfield do Premier League. Nie z tak mierną grupą piłkarzy, nie z tak wątpliwą jakością oferowanych przez nich usług. Na znaczące inwestycje w nowych, lepszych zawodników się bowiem nie zapowiada, a bez tego ani rusz.

    Oby zetknięcie z zimną, przeciekającą budą nie było dla Terierów zbyt brutalne.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #huddersfield #championship #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: gettyimages-1139308066-e1553966727417.jpg

    •  

      Drugi sezon zdecydowanie bardziej weryfikuje beniaminkow niż pierwszy. Dodając do tego kasę jaką ich bezpośredni rywale wydali na wzmocnienia, już przed sezonem byli głównym kandydatem do spadku na spółkę z Cardiff. Mimo wszystko chyba nikt nie spodziewał się aż takiego blamazu

    •  

      Ta buda aż tak zimna i przeciekająca nie będzie. Jasne - spadek to spadek, ale w tym sezonie też raczej skupiały się na siedzeniu w budzie i wybieganiu z niej tylko po to, by kąsać przechodniów - przeważnie jednak kończyło się kopniakiem.
      Tam, dokąd idą Terriery ich buda będzie przez sezon przynajmniej najwygodniejszą budą w schronisku - później będzie się dopiero sypać.

      A co do stylu spadku - żegnamy bez żalu. Middlesbrough podobnie męczyło bułę trzy lata temu. pokaż całość

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 32. seria gier angielskiej ekstraklasy. Mimo że formalnie zaplanowano na nią aż 15 spotkań, potyczki wtorkowe i środowe dotyczą kolejek przeszłych lub przyszłych. Podsumujmy więc wydarzenia minionego weekendu, który w Premier League przeciągnął się do poniedziałku.

    1. Liverpool ograł Tottenham, dzięki czemu ustanowił swój nowy rekord punktów (79), uzyskanych na przestrzeni 32 meczów - poprzedni pochodził z sezonu 1987/88 i wynosił 76 oczek.

    2. Manchester City bez problemu uporał się z Fulham, a Bernardo Silva trafił w 3. występie z rzędu, co udało mu się po raz pierwszy odkąd przeprowadził się do Anglii.

    3. Arsenal pokonał Newcastle, do czego przyczynił się Aaron Ramsey, który otworzył wynik spotkania - Kanonierzy nie przegrali żadnej z 17 ligowych potyczek na Emirates Stadium, w których Walijczyk wpisywał się na listę strzelców.

    4. Koguty nie odniosły zwycięstwa od 5 kolejek i z kandydata na mistrza przeistoczyły się w ekipę drżącą o udział w następnej edycji Ligi Mistrzów.

    5. Manchester United wygrał z Watfordem, a bramki zdobyte przez Martiala i Rashforda oznaczają, że pierwszy raz od kampanii 1995/96 czterech zawodników Czerwonych Diabłów może pochwalić się dwucyfrowym wynikiem strzeleckim w rozgrywkach Premier League.

    6. Chelsea uzyskała w bieżącym sezonie 8 punktów z pozycji przegrywającego, aż 6 z nich kosztem Cardiff.

    7. Wolverhampton uległo Burnley i już od 12 spotkań wyjazdowych nie potrafi zachować czystego konta (w początkowych 4 uczyniło to 4-krotnie).

    8. Kolejne zwycięstwo Leicester, kolejny gol Wesa Morgana - Jamajczyk po raz pierwszy w swojej przygodzie z Premier League trafiał w dwóch występach z rzędu.

    9. Everton pokonał West Ham, a przy okazji każdego z trzech minionych spotkań wyjazdowych zdobywał minimum 2 bramki - po raz ostatni taka seria przydarzyła się mu w 2016 roku.

    10. Watford poległ w starciu z Manchesterem United, w czym nie ma niczego zaskakującego, gdyż poza własnym stadionem Szerszenie przegrały poprzednie 14 meczów z przedstawicielami Wielkiej Szóstki.

    11. Młoty nie dały rady The Toffees, przez co ich seria siedmiu ligowych spotkań na London Stadium bez porażki dobiegła końca.

    12. Ostatnie występy Bournemouth każą sądzić, że Wisienki zaliczą kolejny spokojny sezon - na awans do europejskich pucharów nie mają większych szans, lecz na spadek także się nie zapowiada.

    13. Crystal Palace pokonało Huddersfield i tym samym “spuściło” je do Championship - wcześniej Orły skróciły ekstraklasowy byt Hull oraz Stoke.

    14. Newcastle po raz 28. w historii swoich występów w Premier League musiało uznać wyższość Arsenalu - z żadną inną drużyną Srokom nie idzie równie słabo.

    15. Mimo oddania aż 15 strzałów, Brighton nie ukłuło Southampton i przegrało.

    16. Święci stali się dopiero drugą drużyną (po Derby County), która ograła Mewy na Amex Stadium dwa razy w jednym sezonie (Premier League + Carabao Cup).

    17. Burnley pokonało Wolves i godnie uczciło 300. mecz pod wodzą Seana Dyche’a.

    18. Mimo że Cardiff znajduje się w strefie spadkowej, Victor Camarasa może być z siebie dumny, gdyż w tym sezonie zdobywał bramki w spotkaniach przeciwko Arsenalowi, Manchesterowi United oraz Chelsea.

    19. Pierwszy raz od 2010 roku, Fulham nie zdołało oddać celnego strzału w meczu ligowym, rozgrywanym na Craven Cottage.

    20. Huddersfield powtórzyło “wyczyn” Derby County i na 6 kolejek przed końcem sezonu straciło szansę na utrzymanie się w ekstraklasie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #watford #leicester #newcastle #southampton #everton #westham #bournemouth #zycienaokraglo #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: 55916146_398674830683434_8427266880372211712_n.jpg

  •  

    Właściwy człowiek na właściwym stanowisku

    W 27-letniej historii Premier League zaledwie sześć klubów zdołało sięgnąć po tytuł mistrzowski. Nikogo nie dziwi fakt, że w elitarnym gronie znajdują się obie ekipy z Manchesteru, Arsenal, Chelsea czy silne na początku lat 90. Blackburn Rovers. Grupę uzupełnia jednak Leicester, dla którego zdobycie najcenniejszego lauru w angielskim futbolu oznaczało kompletną odmianę tożsamości. Sensacyjny wyczyn sprawił ponadto, iż celem minimum przestało być utrzymanie - nowym stały się europejskie puchary. Problem w tym, że drużynie ani razu nie udało się spełnić pokładanych w niej nadziei. Czy receptą na sukces okaże się zatrudnienie nowego szkoleniowca?

    Od największego osiągnięcia w dziejach klubu minęły dwa sezony. O tym, jak długi to okres w futbolowej rzeczywistości najlepiej świadczy fakt, iż kadrę Lisów zasiliło w tym czasie 26 zawodników, 18 graczy postanowiło opuścić King Power Stadium, a przez gabinet trenera przewinęło się czterech stałych menedżerów. Gdyby tego było mało, w październiku ubiegłego roku w tragicznych okolicznościach zmarł właściciel Leicester - Vichai Srivaddhanaprabha - co odcisnęło swe piętno i musi być brane pod uwagę w kontekście oceny poczynań zespołu w rozgrywkach 2018/19. Wszak każdy człowiek pracujący na chwałę drużyny z East Midlands czuł się związany z tajskim miliarderem i nie inaczej było z piłkarzami, dla których wieść o katastrofie helikoptera była bolesnym ciosem.

    Niewątpliwie nie ułatwiło to pracy ówczesnemu szkoleniowcowi, który za słabe rezultaty osiągane przez jego podopiecznych zapłacił posadą. Claude Puel jest pragmatykiem, człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, nastawionym na efekty długofalowe, na które zarząd Lisów nie chciał cierpliwie czekać. Nie oznacza to jednak, iż podjął on niewłaściwą decyzję. W schyłkowym okresie pracy Francuza zespół prezentował się słabo i próżno było szukać nadziei na odmianę tej sytuacji. Nic więc dziwnego, że misja ta została powierzona innemu fachowcowi.

    26 lutego nowym opiekunem drużyny został Brendan Rodgers, znany z pracy w Swansea, Liverpoolu i Celticu. Największe sukcesy święcił przy okazji pobytu w Glasgow, gdzie wywalczył 2 mistrzostwa Szkocji, 2 puchary kraju oraz 3 Puchary Ligi. Wszystko wskazywało na to, że w kwietniu Irlandczyk z Północy dopisze do swojego dorobku kolejny tytuł, lecz oferta Leicester okazała się bardziej kusząca, a możliwość ponownego sprawdzenia się w silniejszych rozgrywkach atrakcyjniejsza od pozostania w strefie komfortu. Nie był to łatwy wybór, co menedżer przyznał podczas pierwszej konferencji prasowej po powrocie do Anglii:

    - To była bardzo trudna decyzja. Jeśli kierowałbym się wyłącznie głosem serca, zostałbym w Celticu do końca życia, ponieważ to niesamowity klub, któremu kibicowałem od dziecka. (...) Po niespełna trzech latach w Celticu, biorąc pod uwagę wszystko, co osiągnęliśmy, uznałem, że to właściwy moment na kolejne wyzwanie.

    Innego zdania byli fani The Bhoys, którzy drogę obraną przez Rodgersa utożsamiają ze skazaniem się na przeciętność kosztem nieśmiertelności. Ponadto, ze szkockiej posiadłości szkoleniowca skradziono większość medali i trofeów zdobytych przez niego na przestrzeni minionych lat. Doprawdy smutny był to koniec pięknej i udanej przygody.

    Brendan otwiera jednak kolejny rozdział swojej kariery, a władze Leicester liczą na to, że pracując na chwałę ich klubu nawiąże do swoich największych sukcesów - nie bez powodu wydano 9 milionów funtów na zatrudnienie nowego sztabu szkoleniowego. W jego umiejętności wierzą również kibice, którzy ciesząc się powiewem świeżości nie zatracają się w snuciu marzeń i planów. Wręcz przeciwnie, mają świadomość, iż bieżący sezon jest trudny, a nowa miotła nie zamiecie pod dywan wszystkich problemów. Z tego też powodu, przed Brendanem Rodgersem stawia się cele długoterminowe, obiecując przy tym cierpliwość. Przypadek Claude’a Puela pokazał jednak, że jej nadużywanie jest niewskazane.

    Głównym i absolutnie najważniejszym zadaniem Irlandczyka z Północy jest powrót do europejskich pucharów. Jeśli Lisy byłyby bohaterami jednej z wysokobudżetowych produkcji rodem z Hollywood, niewątpliwie można by zakładać rychłe odzyskanie mistrzostwa kraju i ponowne zawitanie na salony, czyli do Ligi Mistrzów. Premier League jest jednak bytem w pełni rzeczywistym, w którym baśniowe scenariusze realizują się stosunkowo rzadko. Co więcej, zdaje się, iż w latach 2015-2016 drużyna z King Power Stadium wykorzystała limit szczęścia na najbliższe kilka dekad.

    Realnym celem jest więc awans do Ligi Europy. W teorii Leicester ma wszystko, czego potrzeba do jego zrealizowania, w praktyce dwa ostatnie sezony zakończyły się niepowodzeniem. Obecnie zespół zajmuje 10. miejsce w tabeli i do lokaty, która może dać szansę gry na Starym Kontynencie traci 3 punkty. Jeśli i tym razem rezultatem starań okaże się fiasko, nikt nie będzie miał pretensji do Rodgersa. Sprawiedliwie rozliczać go będzie bowiem można dopiero na podstawie wyników osiąganych w kolejnych rozgrywkach i to wtedy zetknie się on z prawdziwą presją.

    Na razie były szkoleniowiec Celticu ma czas na dogłębne poznanie kadry, ocenienie jej mocnych i słabych punktów, a także ewentualne korekty składu personalnego. Powinien też czynić pierwsze kroki ku odzyskaniu boiskowej tożsamości drużyny, co stanowi istotną część jego misji w klubie z hrabstwa Leicestershire. Za czasów szczytowej formy pod wodzą Claudio Ranieriego Lisy cechowały się żelazną defensywą oraz doprowadzoną niemal do perfekcji umiejętnością karcenia rywali po kontratakach. Kadencja Puela to natomiast okres bezbarwności i nijakości, połączony z bardziej lub mniej udanymi próbami gry opartej na posiadaniu piłki, z którego często niewiele wynikało.

    Teraz ma się to zmienić, albowiem drużyny prowadzone przez Rodgersa nastawione są skrajnie ofensywnie i prezentują wysoką intensywność. Wszyscy pamiętamy przecież, jak dobrze radził sobie Liverpool, podczas gdy poczciwy Brendan stał u jego steru, jak miło patrzyło się wówczas na grę The Reds, i jak bliscy upragnionego tytułu mistrzowskiego byli wtedy gracze z Anfield. Trudno porównywać tamten zespół z obecną drużyną Leicester, lecz nie ulega wątpliwości, że drzemią w niej wystarczające pokłady jakości, by marzyć o sukcesie.

    Wystarczy powierzchowna analiza składu, by stwierdzić, że nowy szkoleniowiec ma z czego “lepić”. W defensywie doświadczenie łączy się z młodością - Schmeichel, Morgan oraz Evans tasują się z Maguirem, Chilwellem i Pereirą. W środku i na skrzydłach niepodzielnie rządzi młodzież w osobach Ndidiego, Tielemansa, Maddisona, Barnesa oraz Graya. Szpica to natomiast królestwo Vardy’ego, którego giermkiem jest Iheanacho. Grzech nie skorzystać z tak zbalansowanej i utalentowanej kadry, której nie brakuje ani kreatywności, ani pomysłowości, ani determinacji.

    Jak dotąd Irlandczyk poprowadził Lisy w trzech spotkaniach, spośród których dwa wygrał i jedno przegrał. Wprawdzie nie miał wiele czasu na przedstawienie podopiecznym swojej wizji gry, ani na wprowadzenie w życie autorskich pomysłów, lecz spostrzegawczy obserwatorzy dostrzegają w poczynaniach zespołu “rękę Rodgersa”. O wpływie nowego opiekuna ochoczo mówią także piłkarze.

    - Na boisku zwraca uwagę na szczegóły. Jest trenerem preferującym atrakcyjny i ofensywny futbol, co stara się wpoić drużynie. To bardzo dobrze - mówił Youri Tielemans w rozmowie ze Sky Sports. Wtórował mu kapitan, Wes Morgan: - Przyjście Rodgersa było powiewem świeżości. Ma styl i tożsamość, pomysł na grę. To zajmie trochę czasu, ale w końcu staniemy się siłą, z którą będzie trzeba się liczyć.

    Osobiście zgadzam się ze stwierdzeniem Jamajczyka. Jeśli Brendan Rodgers nada zespołowi swój rys, ekipa z King Power Stadium będzie bardzo groźnym rywalem dla każdej drużyny w stawce. Sądzę, że Irlandczyk z Północy jest właściwym człowiekiem na właściwym stanowisku i zdoła tego dokonać. Poradził sobie prowadząc beniaminka ze Swansea, odnalazł się w wielkim klubie z Liverpoolu, zdominował ligę Szkocką i nie widzę przeciwwskazań do tego, by zawiódł Lisy do europejskich pucharów. Jeśli nie w tym, to w następnym sezonie.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #leicester #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-27 17-47-31.jpg

  •  

    Podaje wyłącznie do tyłu. Spowalnia akcje drużyny. Jest bezużyteczny, gdyż nie potrafi zanotować choćby jednej asysty. Gra tylko dlatego, że jest pupilkiem szkoleniowca.

    Powyższe zarzuty dotyczą Jorginho, który nie ma łatwego życia w niebieskiej części Londynu. Kompetencje Włocha są często podważane, zasadność jego pozycji w kadrze wielokrotnie poddawana w wątpliwość, a relacje z kibicami dalekie od poprawnych. Gdyby tego było mało, stał się on kozłem ofiarnym kryzysu, jaki dotknął Chelsea na przełomie stycznia i lutego, na co wpływ miały nie tylko względy sportowe, ale także kilkuletnia znajomość oraz współpraca z Sarrim.

    Czy były zawodnik Napoli zasłużył na takie traktowanie? Czy naprawdę nie jest godny miejsca w pierwszym składzie, jak głosi spora grupa fanów?

    Jeśli zestawimy wizualne poczynania boiskowe Jorginho z suchymi statystykami, okaże się, iż część kierowanych w jego kierunku oskarżeń to mity. Weźmy na tapet te nieszczęsne asysty. Według współczynnika mierzącego szanse na zanotowanie ostatniego podania (expected assists), Włoch powinien mieć na swoim koncie 3 takowe zagrania, gdyż w jego przypadku xA wynosi 3.30 (jeśli chodzi o piłkarzy The Blues, jedynie Hazard i Willian mogą pochwalić się wyższym wynikiem, lecz na ich korzyść przemawia wykonywanie stałych fragmentów gry). Fakt, że nie ma ani jednego wcale nie świadczy źle o nim, a o jego kolegach z zespołu, którzy zwykli marnować wypracowywane im okazje.

    Trzeba też pamiętać, iż urodzony w Brazylii pomocnik nie jest rozgrywającym, który zaciekle para się ofensywą. Jego głównym zadaniem jest budowanie ataków od linii defensywnej i rozdzielanie piłek do pozostałych zawodników Chelsea. Bezpośredni udział przy akcjach bramkowych nie powinien być więc dominującym kryterium oceny Jorginho.

    Co z ciągłym zagrywaniem do tyłu? Bzdura. Zaledwie 12% jego passów zmierza w kierunku własnej bramki, za to aż 31% wędruje do przodu (stan na 16.03). Fakt, ponad 56% wszystkich wykonywanych przez Włocha podań stanowią te, które przemierzają boisko w poprzek, lecz w dużej mierze wiąże się to z rolą, jaką zawodnik pełni w drużynie, o czym mowa w poprzednim akapicie.

    Prawdą jest, iż reprezentant Scuadra Azzurra często decyduje się na rozwiązania bezpieczne, obarczone minimalnym ryzykiem. Prawdą jest, że zdarza mu się zmarnować potencjał danej akcji. Twierdzenie, iż jest on kulą u nogi, spowalniającą grę Chelsea, jest jednak sporym nadużyciem.

    Nie zgadzam się również z tezą, iż Jorginho zawdzięcza miejsce w podstawowym składzie wyłącznie parasolowi ochronnemu, jaki roztoczył nad nim Maurizio Sarri. Nie widzę powodu, by podważać kompetencje sportowe Włocha, który jest jednym z najciężej pracujących zawodników w Premier League, a i cech wolicjonalnych odmówić mu nie sposób. Fakt, że nie boi się on wziąć na siebie odpowiedzialności - czy to w przypadku konstruowania akcji, czy też wykonywania rzutów karnych (z różnym skutkiem) - sprawia, iż z całą pewnością jest on piłkarzem na miarę The Blues. O żadnym nepotyzmie nie ma mowy, co w rozmowie z dziennikarzem The Guardian przyznał sam zainteresowany:

    “Mam całkowicie normalną relację z Sarrim. Nie chodzę z nim na obiady. Nie bywam w jego domu. Jesteśmy profesjonalistami: on wyjaśnia, czego oczekuje ode mnie na boisku, a ja staram się to robić. Jestem tylko zawodnikiem, który może pomóc mu we wpojeniu drużynie jego pomysł na grę. Krzyczy na mnie, kiedy zrobię coś źle, tak samo, jak robi to w przypadku pozostałych piłkarzy. Na pewno nie postrzegam siebie jako jego złotego chłopca.”.

    Pomocnik dodał, iż trudna relacja z sympatykami Chelsea bardzo go motywuje:

    “Kibice mają prawo do posiadania własnej opinii i myślenia cokolwiek tylko pragną. To daje mi siłę do dalszej pracy w celu zmiany ich punktu widzenia. Nawet jeśli postrzegają mnie jako człowieka Sarriego, chcę im pokazać, dlaczego Sarri mnie lubi. Chcę pokazać, że jestem dobrym piłkarzem, a oni są w błędzie.”.

    Osobiście sądzę, że Jorginho jest traktowany niesprawiedliwie, a ocena jego działań bywa przesadnie surowa. Rozumiem, że fani The Blues nie są zadowoleni z tego, jak prezentują się ich ulubieńcy, a ponadto nie przekonuje ich do siebie Sarri, z którym włoski gracz jest utożsamiany, gdyż obaj przybyli na Stamford Bridge w “pakiecie”, lecz sam zawodnik nie jest źródłem problemów drużyny. Kierowane w jego stronę zarzuty bywają pochopne i często nijak mają się do rzeczywistości.

    Na szczęście pojawiają się coraz rzadziej. Świadomi kibice częściej dostrzegają bowiem wartość i starania byłego pomocnika Napoli, który może dać drużynie bardzo wiele. Jestem pewny, że jeszcze nieraz to udowodni.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-18 16-24-39.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Trzydzieści serii gier angielskiej ekstraklasy za nami! Co przyniosła ostatnia z nich?

    1. Manchester City nie miał trudności z pokonaniem Watfordu, czemu przyczynił się fenomenalny występ Raheema Sterlinga, który potrzebował zaledwie 13 minut i 12 sekund na skompletowanie hat-tricka (do wyczynu Mane daleko, lecz była to najszybsza potrójna zdobycz od 2016 roku i pokazu fajerwerków w wykonaniu Lukaku).

    2. Liverpool ograł Burnley i stał się pierwszą drużyną w stawce, która zrzesza w swych szeregach 3 zawodników mogących pochwalić się dwucyfrowym wynikiem strzeleckim (Salah ma na koncie 17 goli, Mane 16, a Firmino 11).

    3. Mimo że Harry Kane zdobył swoją 200. bramkę w karierze, Tottenham przegrał w lidze 3. mecz wyjazdowy z rzędu i jeśli dalej będzie sobie poczynał w ten sposób, zakończy sezon poza czołową czwórką.

    4. Arsenal pokonał Manchester United, co oznacza, iż w trwającej kampanii, w meczach z drużynami Wielkiej Szóstki uzyskał 12 punktów - to 2 razy więcej niż w poprzednich rozgrywkach.

    5. Czerwone Diabły zapomniały przywieźć do Londynu skuteczności i przegrały pierwsze spotkanie w Premier League pod wodzą Ole Gunnara Solskjaera.

    6. Jak trwoga to do Hazarda - w ostatnich minutach starcia z Wolverhampton, Belg ustrzelił swojego 50. ligowego gola na Stamford Bridge (wcześniej dokonali tego tylko Lampard oraz Drogba) i zapewnił Chelsea remis.

    7. Wilki także mają powód do optymizmu, gdyż pozostają niepokonane od 6 spotkań angielskiej ekstraklasy odbywających się w Londynie (jeśli chodzi o najwyższą klasę rozgrywkową, jest to najdłuższa passa w historii klubu od 1974 roku).

    8. Watford nie dał rady podopiecznym Guardioli, co nie jest żadnym zaskoczeniem, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Szerszenie przegrały poprzednie 10 meczów, w których przyszło im się zmierzyć z ówcześnie panującym liderem tabeli.

    9. West Ham od 6 starć wyjazdowych nie potrafi odnieść zwycięstwa, a tym razem musiał uznać wyższość Cardiff.

    10. Leicester dało lekcję Fulham, czemu walnie przyczynił się Vardy, który zdobył swoją 100. bramkę w barwach Lisów (ostatnim zawodnikiem, który tego dokonał był Gary Lineker).

    11. Po raz drugi w historii, Everton przegrał wyjazdowe spotkanie w Premier League pomimo dwubramkowego prowadzenia (wcześniej przydarzyło mu się to w 2000 roku, a w roli kata wystąpił Tottenham).

    12. Bournemouth ograło Huddersfield, dzięki czemu zakończyło serię 9 porażek odniesionych poza własnym stadionem.

    13. Newcastle w niesamowitych okolicznościach pokonało Everton i pierwszy raz od 2003 roku odrobiło dwubramkową stratę z nawiązką.

    14. Od startu ubiegłego sezonu, Crystal Palace wywalczyło aż 19 rzutów karnych (o 6 więcej niż którakolwiek z pozostałych drużyn), lecz nawet wykorzystanie jednego z nich nie ustrzegło Orłów przed porażką z Brighton.

    15. Mewy mogą być szczęśliwe, podobnie jak Glenn Murray, który zdobywał bramki w każdym z ostatnich 4 występów przeciwko ekipie z Selhurst Park (warto zaznaczyć, iż to jego były klub).

    16. Southampton wygrało pierwszy mecz ligowy z Tottenhamem od 2016 roku, a James Ward-Prowse ustrzelił swojego 4. gola z rzutu wolnego w Premier League.

    17. W 30 kolejkach obecnego sezonu Burnley straciło więcej punktów z pozycji prowadzącego (10) niż w całych poprzednich rozgrywkach (9).

    18. Cardiff w meczu z West Hamem zachowało swoje 8. czyste konto w trwającej kampanii - to więcej niż chociażby Manchester United czy Arsenal.

    19. Fulham przegrało 14 z 16 spotkań wyjazdowych, w których straciło aż 40 bramek, a spadek zbliża się wielkimi krokami...

    20. Jeszcze bardziej pali się do niego Huddersfield, które od bezpiecznej strefy dzieli już 16 punktów.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-10 23-00-57.jpg

  •  

    Poczwórne spełnienie

    Zdobycie Pucharu Ligi to namiastka sukcesu, traktowana jako dodatek lub nagroda pocieszenia. Wzniesienie w górę Pucharu Anglii to prestiż, przyjmowany z najwyższym szacunkiem i honorem. Wywalczenie Mistrzostwa Anglii to z kolei wyróżnienie za wzorową regularność, przypieczętowanie dominującej pozycji w kraju. Natomiast wygranie Ligi Mistrzów to doścignięcie marzeń oraz uzyskanie przepustki do futbolowego edenu. A gdyby tak skompletować wszystkie trofea w jednym sezonie?

    O poziomie trudności całego przedsięwzięcia najlepiej świadczy fakt, że żadna drużyna w historii nie zdołała tego dokonać. Wprawdzie w kampanii 2008/09 Manchester United sięgnął po kwartet laurów, lecz oprócz Pucharu Ligi i Mistrzostwa Anglii, zaliczały się do niego Klubowe Mistrzostwo Świata oraz Tarcza Wspólnoty. Zdaniem wielu, ta ostatnia nie zasługuje na miano pełnoprawnego trofeum, co oznacza, iż o pełnoprawnej poczwórnej koronie nie ma mowy.

    Obecnie przed szansą na wiekopomne osiągnięcie stoją piłkarze Manchesteru City, którzy wytrwale dążą do zaspokojenia swoich ambicji i nie przestają śnić o zdobyciu wszystkich możliwych szczytów. Co więcej, wizja ta nie jest wcale oderwana od rzeczywistości, a pierwszy krok w kierunku jej realizacji został już nawet postawiony.

    W ostatnią niedzielę lutego drużyna z Etihad Stadium pokonała Chelsea i drugi raz z rzędu sięgnęła po Puchar Ligi. Jak wiadomo, nie jest to najbardziej pożądane i prestiżowe trofeum, a już na pewno nie dla krajowego potentata mierzącego w sukces na Starym Kontynencie. Jest jednak warunkiem koniecznym do spełnienia w przypadku marzeń o poczwórnej koronie i mimo, że wiele drużyn, woląc skupić się na walce o wyższe cele, traktuje rozgrywki sponsorowane przez koncern Carabao “po macoszemu”, Manchester City chce dominować, dawać świadectwo swojej jakości przy każdej możliwej okazji, na wszystkich dostępnych frontach.

    Wspomniany wyżej triumf tylko zintensyfikował spekulacje dotyczące szans podopiecznych Guardioli na zdobycie czterech laurów, czego przejawem między innymi niniejszy tekst. Cały raban niespecjalnie podoba się katalońskiemu menedżerowi, który twierdzi, że nakładanie dodatkowej presji na zespół na tym etapie sezonu jest w stosunku do niego nie w porządku. Ponadto przekonuje o skupieniu drużyny na każdym kolejnym meczu, co potwierdzają niejako słowa Kevina de Bruyne:

    “Nie można traktować zdobycia czterech trofeów jako standard. Jesteśmy szczęśliwi z tego jak nam idzie, chcemy osiągać postęp w każdych rozgrywkach, w których bierzemy udział. Wygranie wszystkich jest prawie niemożliwe.”

    To naturalne, że w interesie The Citizens jest, by o oczekiwaniach mówiło się jak najmniej i jak najciszej. Nie dajmy się jednak zwieść, ekipa z błękitnej części Manchesteru marzy o osiągnięciu “nieosiągalnego”, od tego nie sposób uciec.

    Jej drugim skalpem ma stać się Puchar Anglii. Rywalizacja wkracza w decydującą fazę, a szanse na ostateczny triumf ma osiem drużyn, spośród których tylko dwie można zaliczyć do grona potentatów. Oprócz podopiecznych Guardioli, którzy w ćwierćfinale zmierzą się ze Swansea, w grze pozostaje również Manchester United, któremu los zesłał Wolverhampton typowane do miana czarnego konia rozgrywek. O ile na Molineux może dojść do niespodzianki, o tyle na Liberty Stadium zdecydowanym faworytem będą goście i każdy inny rezultat niż ich zwycięstwo będzie traktowany jako sensacja.

    The Citizens są głównym kandydatem do sięgnięcia po trofeum za najstarsze zawody piłkarskie w historii i zrobią wszystko, by dopiąć swego. Drugi składnik poczwórnej korony nie jest wprawdzie formalnością, lecz drużyna z Etihad Stadium zdaje się go mieć na wyciągnięcie ręki.

    Zdecydowanie trudniej będzie jej o spełnienie pozostałych dwóch warunków wiekopomnego osiągnięcia.

    Wciąż trwa bowiem zacięta rywalizacja o Mistrzostwo Anglii, choć realne szanse na jego zdobycie mają już tylko dwa zespoły. Oprócz aktualnie panującego czempiona, łasy na sukces jest także Liverpool, który na sięgnięcie po graal czeka od blisko 29 lat. Jeszcze do niedawna wiele wskazywało na to, że w maju nastąpi przełamanie, lecz za sprawą wydarzeń zeszłej kolejki na fotel lidera powrócił Manchester City. Jego przewaga jest znikoma, wynosi zaledwie 1 punkt, ale na korzyść podopiecznych Guardioli przemawia doświadczenie nabyte przy okazji poprzedniego sezonu, kiedy przewodzili oni w Premier League przez znakomitą większość trwania rozgrywek. Sprzyja im również dotychczasowa dyspozycja - wygrali najwięcej meczów spośród wszystkich drużyn w stawce i zdobyli najwięcej bramek.

    Manchester City jest w stanie rozprawić się z klątwą i stać się pierwszym klubem od 2009 roku, który obroni tytuł mistrzowski. Przed nim jednak 9 spotkań prawdy, które przybliżą go do poczwórnej zdobyczy lub pogrzebią szanse na zapisanie się w piłkarskich annałach złotymi zgłoskami.

    Ostatnim i prawdopodobnie najtrudniej dostępnym składnikiem poczwórnej korony jest puchar za wygranie Ligi Mistrzów. W długoletniej historii rozgrywek, The Citizens ani razu nie zdołali zdominować futbolu na Starym Kontynencie, a szklanym sufitem, którego dotąd nie udało im się przebić, pozostaje półfinał. W trwającej edycji drużyna z Etihad Stadium bez problemu przebrnęła przez fazę grupową, by następnie trafić na Schalke, które prawdopodobnie wyeliminuje i zamelduje się w ćwierćfinale. Łatwiej już jednak nie będzie.

    W gronie kandydatów do ostatecznego triumfu aż roi się od “grubych ryb”, by wymienić chociażby Barcelonę, lepszego z duetu Liverpool-Bayern, kogoś z dwójki Juventus-Atletico, nieobliczalny Manchester United czy niesamowity Ajax. Manchester City jest więc jednym z wielu, niekoniecznie pierwszym do objęcia tronu. O powodzeniu bądź jego braku może zadecydować dyspozycja dnia, mały detal, jeden błąd.

    W teorii The Citizens mają bardzo silną i zrównoważoną kadrę, która pozwala na pozbawione ryzyka rotowanie w celu umiejętnego gospodarowania energią zawodników. Kiedy odpoczywa Sterling lub Sane, na murawie może pokazać się Mahrez. Kiedy Silva albo de Bruyne skupiają się na regeneracji, ich zadania przejmuje Gundogan. Kiedy Aguero potrzebuje chwili wytchnienia, do gry może wkroczyć Jesus. Wszystko to jednak piłkarze ofensywni, z tyłu nie jest już tak kolorowo. Kontuzjowany pozostaje Fernandinho, dla którego w kadrze nie ma sensownej alternatywy. Uraz leczy również Laporte, czyli najpewniejszy punkt defensywy w obecnym sezonie. W kluczowym momencie może się więc okazać, że na którejś z pozycji brakuje odpowiedniej jakości, z czego skrzętnie skorzystają rywale.

    Bardzo ważna jest także mentalność i nastawienie zespołu. Nie wątpię, że są w nim liderzy i urodzeni zwycięzcy, pytanie tylko czy seryjni? Wprawdzie Pep wpoił drużynie wolę dominacji, a do tego potrafi podsycać głód wygrywania, lecz każdemu zdarzają się chwile słabości, co dobitnie udowodnił poprzedni sezon. Mimo bezpiecznej przewagi w Premier League, Manchester City nie zdołał dostatecznie mocno skupić się na Lidze Mistrzów i poległ w dwumeczu z Liverpoolem. Podobnie jak teraz, wówczas wydawało się, iż ma wszystko, czego potrzeba do zdobycia Pucharu Europy, a jednak coś poszło nie tak…

    Nie bez znaczenia dla całego przedsięwzięcia pozostaje również terminarz zaplanowanych spotkań. The Citizens przyjdzie zmierzyć się ze sporym natężeniem gier (jeśli uda się pokonać Schalke i Swansea, na przestrzeni 19 dni odbędzie się ćwierćfinałowy dwumecz Ligi Mistrzów oraz półfinał Pucharu Anglii, a do tego starcia z Tottenhamem i Manchesterem United), ale finisz sezonu jawi się jako sprzyjający zwieńczeniu sukcesu (12 maja rozegrana zostanie ostatnia kolejka Premier League, tydzień później finał krajowego pucharu na Wembley, a 1 czerwca finał rozgrywek europejskich). Całość może sprawiać wrażenie toru przeszkód ze śmiercionośnymi pułapkami czającymi się na każdym kroku, lecz nie ma w tym nic dziwnego - wyjątkowe osiągnięcia wymagają wyjątkowych okoliczności.

    Przed Aguero i spółką masa pracy wymagającej dyspozycji fizycznej i psychicznej na najwyższym poziomie. Poczwórna korona nie jest iluzją, wytworem wyobraźni niemożliwym do zrealizowania w rzeczywistości, lecz wypełnienie wszystkich warunków będzie bardzo trudne. Osobiście sądzę, iż Manchester City zgarnie Puchar Anglii i obroni mistrzostwo kraju, ale co do powodzenia w rozgrywkach na Starym Kontynencie mam spore wątpliwości. Mimo że drużynę z Etihad Stadium postrzegam jako niemal kompletną, wydaje mi się, iż trafi kosa na kamień czy inną Barcelonę, która w danym dniu może okazać się skuteczniejsza, bardziej skoncentrowana lub po prostu nieomylna. Koniec końców wszystko zależy od postawy The Citizens, którzy mają podstawy, by wierzyć w osiągnięcie dotąd nieosiągniętego.

    Jedno trofeum to zawsze powód do radości. Dwa to bardzo dobry rezultat. Trzy to wynik fenomenalny. Całkowite spełnienie może zapewnić jednak tylko poczwórna korona. Niebawem przekonamy się, czy Manchester City dostąpi zaszczytu jej przymierzenia.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #manchestercity #ligamistrzow #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-06 11-41-08.jpg

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Premier League nie zwalnia i dostarcza kolejnych emocji. Co wydarzyło się w 29. serii gier?

    1. Manchester City wrócił na pozycję lidera dzięki pokonaniu Bournemouth, a Riyad Mahrez zdobył swojego 6. ligowego gola w barwach The Citizens, przy czym warto odnotować, że Algierczyk trafiał wyłącznie poza Etihad Stadium.

    2. Liverpool drugi raz na przestrzeni trzech spotkań nie znalazł drogi do bramki rywala (wcześniej zdarzyło się mu to tylko raz w 27 kolejkach), przez co stracił prowadzenie w tabeli.

    3. Tottenham w szczęśliwych okolicznościach podzielił się punktami z Arsenalem, co oznacza, iż 28-meczowa seria Kogutów bez remisu dobiegła końca.

    4. Manchester United okazał się lepszy od Świętych, pomimo że ci prowadzili - taka sytuacja miała miejsce po raz 9. w erze Premier League.

    5. Arsenal nie zdołał zachować pierwszego wyjazdowego czystego konta w tym sezonie i wywiózł z Wembley tylko 1 punkt.

    6. Aż trudno uwierzyć, że gole, dzięki którym Chelsea pokonała Fulham były premierowymi trafieniami podopiecznych Sarriego poza Stamford Bridge w 2019 roku, jeśli chodzi o rozgrywki ligowe.

    7. Wolverhampton odniosło pierwsze zwycięstwo od 3 kolejek, a z dobrej strony pokazał się duet Jimenez-Jota (w ostatnich 7 występach na Molineux Portugalczyk brał udział przy 9 akcjach bramkowych).

    8. Watford ograł Leicester, a Troy Deeney trafił na Vicarage Road pierwszy raz od… września.

    9. West Ham nie dał szans Newcastle, co oznacza, że Młoty pozostają niepokonane od 5 spotkań rozgrywanych na London Stadium.

    10. Everton znowu postawił twarde warunki Liverpoolowi, lecz tym razem ustrzegł się błędu w końcówce i dopisał do swojego dorobku kolejny punkt.

    11. Leicester po raz trzeci w tym sezonie przegrało po golu w doliczonym czasie gry - więcej niż jakakolwiek drużyna w stawce.

    12. Bournemouth dzielnie walczyło, lecz ostatecznie uległo Manchesterowi City, co więcej, pierwszy raz w historii swoich występów w Premier League, Wisienki nie oddały ani jednego strzału.

    13. Crystal Palace bez większych trudności pokonało Burnley i zdobyło kolejne punkty w meczu wyjazdowym - stanowią one aż 61% całego dorobku Orłów w trwającym sezonie.

    14. Newcastle nie dało rady West Hamowi i przegrało swój 75. mecz angielskiej ekstraklasy rozgrywany w Londynie - żadna drużyna występująca w roli gości nie zbliżyła się do tego wyniku.

    15. Brighton ograło Huddersfield, dzięki czemu przerwało serię 7 spotkań bez zwycięstwa.

    16. Burnley oddało aż 18 strzałów (najwięcej od blisko roku), lecz tylko 1 znalazł drogę do bramki, przez co The Clarets ulegli Crystal Palace.

    17. Southampton stało się pierwszą drużyną od 2009 roku, która występując w roli przyjezdnych zdobyła na Old Trafford 2 gole zza pola karnego.

    18. Cardiff nie może zaliczyć ostatniego okresu do udanych - The Bluebirds przegrali 3 mecze z rzędu i stracili w nich łącznie aż 10 bramek.

    19. Fulham poległo w tym roku aż 9-krotnie - żadna drużyna występująca w jednej z 5 najsilniejszych lig Starego Kontynentu nie może “pochwalić się” takim “osiągnięciem”.

    20. Huddersfield ostatnim zwycięstwem z Wolverhampton narobiło swoim kibicom smaka, którym prędko przyszło im się obejść przy okazji porażki z Brighton.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-03-04 01-50-42.jpg

  •  

    Marność nad marnościami i wszystko Fulham

    Jeśli w krótkim odstępie czasu człowiek podda się serii operacji plastycznych, przeszczepów kończyn i organów, a ponadto zmieni swoje podejście do życia, trudno będzie mu przystosować się do nowych realiów egzystencji. Podobnie jest w przypadku drużyny piłkarskiej, w której w niedługim okresie dochodzi do rewolucji kadrowej oraz przedefiniowania myśli szkoleniowej - nie sposób oczekiwać, że od razu przyniesie to pozytywne rezultaty. Z jakiegoś powodu w Fulham uznano jednak, że warto spróbować.

    The Cottagers awansowali do Premier League dzięki świetnej dyspozycji w drugiej części poprzedniego sezonu oraz dobrej postawie w meczach barażowych. Drużyna prezentowała ofensywny, atrakcyjny styl gry oparty na sile kolektywu, choć wśród członków zespołu nie brakowało wielkich indywidualności jak chociażby Ryan Sessegnon czy Aleksandar Mitrovic. O sukcesie stanowiła jednak dyspozycja ogółu, który realizował założenia nakreślone przez Slavisę Jokanovica i przypominał prawidłowo funkcjonujący organizm.

    Latem, mając świadomość trudności czyhających w angielskiej ekstraklasie, postanowiono wzmocnić kadrę i nieco przemodelować drużynę. Zmiany okazały się jednak więcej niż kosmetyczne, do klubu przybyło 11 nowych zawodników, a Fulham stało się pierwszym beniaminkiem w historii, który w jednym okienku wydał na transfery ponad 100 milionów funtów. Niestety, zamiast dodatkowych pokładów jakości, na Craven Cottage zawitał chaos prowadzący The Cottagers do zguby, czyli natychmiastowego powrotu do Championship.

    Mogłoby się wydawać, iż przyczyna niepowodzenia jest prosta - postawiono na ilość, nie bacząc na poziom usług oferowanych przez nowo przybyłych. To jednak nie do końca tak. Jean Michael Seri, Andre Anguissa, Alfie Mawson czy Andre Schurrle to piłkarze, posiadający odpowiednie umiejętności, by stanowić o sile drużyny mierzącej w utrzymanie się w elicie i pod tym względem ich sprowadzenie jawi się jako w pełni uzasadnione. Problem w tym, że poprzez wprowadzenie do zespołu wielu nowych jednostek zachwiana została równowaga, a także zgranie i wzajemne zrozumienie na boisku. Fulham w odświeżonym składzie personalnym potrzebowało sporo czasu, by wypracować automatyzmy i schematy taktyczne, czego ostatecznie nie udało się dokonać.

    Beniaminek radził sobie słabo, a posadę stracił Slavisa Jokanovic, który okazał się kompletnie bezradny wobec problemów nowo uformowanej grupy zawodników. Zatrudnienie Claudio Ranieriego w niczym jednak nie pomogło - Włoch piastował stanowisko ledwie 106 dni (nie wliczając opiekunów tymczasowych, tylko 6 szkoleniowców w historii Premier League zaliczyło krótsze kadencje) i nie zdołał odmienić oblicza zespołu.

    Zawirowania oraz brak stabilizacji sprawiły, że Fulham z ciekawie zapowiadającego się beniaminka o określonym stylu gry i zrównoważonej kadrze, przeistoczyło się w niefunkcjonalny wrak, który na 10 kolejek przed końcem sezonu zajmuje przedostatnią pozycję w tabeli, a do bezpiecznej strefy traci aż 10 punktów. Czy The Cottagers zdołają oszukać przeznaczenie i przedłużą swoją egzystencję w Premier League? Przed nimi bardzo trudne zadanie.

    Nie ułatwi go terminarz zaplanowanych spotkań, gdyż ekipie z Craven Cottage przyjdzie zmierzyć się między innymi z Chelsea, Liverpoolem i Manchesterem City. Na dokładkę starcia z Evertonem, Watfordem oraz Wolverhampton, czyli z drużynami rywalizującymi o prawo do gry w europejskich pucharach. W sytuacji, w której każdy punkt jest na wagę złota, nie jest to najkorzystniejszy zestaw przeciwników…

    Optymizmem nie napawają też dotychczasowe poczynania boiskowe. Fulham legitymuje się najgorszą defensywą w stawce, która przyjęła w sumie aż 63 ciosy, co daje średnią 2.25 bramek traconych na kolejkę. Ma też trzecią najsłabszą ofensywę, która uzbierała ledwie 26 goli, a więc trafia przeciętnie rzadziej niż raz na każde 90 minut. Mitrovic i Schurrle sami tego wózka nie uciągną.

    Osobiście wiązałem spore nadzieje z powrotem Fulham do Premier League. Obserwując jego popisy na zapleczu sądziłem, że poradzi sobie na wyższym szczeblu i zdoła wywalczyć utrzymanie, lecz obecna sytuacja drużyny jawi się jako kompletnie beznadziejna. Skoro na przestrzeni 28 spotkań zdołała ona odnieść zaledwie 4 zwycięstwa, trudno oczekiwać, że w ostatnich 10 nastąpi cudowne przełamanie, a pasjonaci angielskiej piłki obejrzą kolejny odcinek “Wielkiej Ucieczki”. Moim zdaniem, nie ma na to najmniejszych szans.

    Tak to bywa, kiedy zamiast delikatnej korekty kształtu nosa wprowadza się radykalne zmiany w budowie ciała i nadwyręża kondycję psychiczną. W przypadku The Cottagers nadmiar nowych organów sprawił, że odwagę zastąpiła niepewność, a stabilną równowagę chaos. Tragiczne w skutkach efekty, bo inne trudno dziś zakładać, powinny stać się przestrogą dla przyszłych beniaminków. Przed rozpoczęciem przygotowań do pierwszego sezonu w elicie winny one przeczytać podręcznik pod tytułem "Jak zapomnieć się w roszadach kadrowych i zmarnować swój potencjał" autorstwa Fulham, a następnie postępować dokładnie odwrotnie do przedstawionych w nim wytycznych.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #zycienaokraglo
    pokaż całość

    źródło: Screenshot 2019-02-28 13-45-04.jpg

    +: anthoris, K......y +18 innych

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika StaXik

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (4)