•  

    Miszmasz, czyli Chelsea Sarriego w kryzysie

    Koniec jednego jest początkiem drugiego - takie motto mogłoby przyświecać fanom Chelsea obserwującym zmiany na stanowisku menedżera zespołu w ostatnich latach. Wybory Romana Abramowicza były dobre, lecz krótkoterminowe, co dobitnie ukazują losy Jose Mourinho oraz Antonio Conte, którzy odmieniali drużynę, zdobywali trofea, a następnie odchodzili w niesławie. Kolejnym szkoleniowcem, który miał wzbogacić klubową gablotę z pucharami, stał się Maurizio Sarri, lecz pierwszy sezon Włocha na Stamford Bridge upływa pod znakiem huśtawki nastrojów i wahań formy.

    Skoro było tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? To pytanie z pewnością nie raz w ostatnim czasie zadawali sobie kibice The Blues. Ich ulubieńcy świetnie rozpoczęli obecne rozgrywki, czemu najlepiej dowodzi fakt, iż pozostawali niepokonani aż do ostatniego tygodnia listopada i derbowej potyczki z Tottenhamem. Do tego momentu, w stronę podopiecznych Sarriego płynęły niemal wyłącznie komplementy oraz zachwyty, które sprawiały, iż przez chwilę można było wierzyć, że Chelsea jest poważnym kandydatem do zdobycia mistrzostwa kraju. Koguty jednak zwyciężyły i zasiały ziarno niepewności, które dwa miesiące później zaczęło kiełkować. W 2019 roku ekipa ze Stamford Bridge wygrała 5 spotkań, 1 zremisowała, 4 przegrała i na 12 kolejek przed końcem zmagań ligowych zajmuje szóste miejsce w tabeli. Nie tak to miało wyglądać.

    Kulminacja gorszego okresu nastąpiła w zeszłą niedzielę, kiedy to Londyńczycy ponieśli najbardziej dotkliwą klęskę w historii swoich występów w Premier League. Wiele działo się na boisku, lecz nie mniej ważne były wydarzenia pomeczowe, i wcale nie chodzi mi o niekulturalne zachowanie Sarriego w stosunku do Guardioli. Pep na konferencji prasowej podzielił się bardzo istotną myślą:

    "Ludzie oczekują, że przyjście nowego szkoleniowca w połączeniu ze wzmocnieniami zacznie z miejsca przynosić rezultaty. To wymaga czasu i zależy od zaufania właściciela oraz osób zarządzających klubem. Oni muszą w to uwierzyć."

    Katalończyk nie wynalazł koła na nowo, lecz jego głos może okazać się ważny w kontekście dyskusji na temat problemów Chelsea. Jak najbardziej zgadzam się z jego słowami, a ponadto sądzę, iż zarówno Maurizio, jak i jego zawodnicy stali się zakładnikami swoich osiągnięć z pierwszej części sezonu. Wspomniana wcześniej seria bez porażki, entuzjazm i świeżość dały fanom nadzieję na prędki powrót na szczyt, lecz jednocześnie zwiększyły ich oczekiwania. Presja ciążąca na Sarrim zdaje się go przytłaczać, a spełnienia misji nie ułatwią mu ani wyżej zaznaczony brak szacunku do konkurentów, ani publiczna krytyka podopiecznych.

    Pamiętamy przecież, ile dyskusji wszczęła wypowiedź Włocha po przegranej z Arsenalem. Określił on swoich piłkarzy mianem "niezwykle trudnych do zmotywowania", był wściekły z powodu sposobu w jaki zaprezentowała się jego drużyna i jasno wyraził brak akceptacji dla jej mentalności. Nie mniej frustrujące dla Sarriego muszą być porównania efektów jego pracy do zasług Conte, lecz fakty są takie, że w kilku aspektach Chelsea nie poczyniła postępu względem ostatnich rozgrywek, a w niektórych zrobiła nawet krok w tył. Na tym samym etapie zeszłego sezonu Premier League, The Blues mieli bowiem tyle samo punktów, co obecnie, lecz ich uzbieranie zajęło im o jedną kolejkę mniej. Mniej tracili też bramek (średnio 1 na mecz, obecnie 1.12), a ponadto byli wyżej w tabeli (zajmowali 5. miejsce).

    Dyspozycji ogółu nie pomaga kiepska forma poszczególnych jednostek. Marcos Alonso jest cieniem samego siebie, bo o ile wcześniej dawał sporo w ofensywie, o tyle teraz słabo wypada i z przodu, i z tyłu. Bezustannie krytykowany jest również Jorginho, którego oskarża się o uprawianie sztuki dla sztuki, opóźnianie akcji i wieczne podawanie za siebie. Nic nie pozostało z eksplozji formy Rossa Barkleya, a Kante nie najlepiej czuje się w nowej roli, w której nie może w pełni wykorzystać swoich atutów. Cała nadzieja spoczywa więc we współpracy Hazarda z Higuianem, której zalążki mieliśmy już okazję dostrzec. A wszystko to z marnującym się Hudsonem-Odoiem w tle.

    Zawodnikom The Blues wyraźnie brakuje stabilności, równowagi oraz spokoju w realizacji założeń. Właśnie z tego - między innymi - wynika przeplatanie występów przyzwoitych z absolutnie tragicznymi, czego wzorcowym przykładem są ostatnie rezultaty: 0:4 z Bournemouth, 5:0 z Huddersfield i 0:6 z Manchesterem City.

    Jednak, czy rzeczywiście jest tak źle? Czy Chelsea potrafi ogrywać wyłącznie słabeuszy, do niczego się nie nadaje, a Sarri powinien wrócić do pracy w banku? Ano niekoniecznie.

    Jak wcześniej wspomniałem, w pierwszej fazie sezonu Londyńczycy rozbudzili apetyty kibiców, którzy pragnęliby oglądać wyłącznie udane występy i bezustannie cieszyć się ze zwycięstw, a kompromitacje omijać szerokim łukiem. Tak się zwyczajnie nie da, a tym bardziej nie w momencie wdrażania nowego pomysłu na grę, przyswajania innego stylu i filozofii przy wciąż trwającej przebudowie kadry. Cały proces wymaga czasu i cierpliwości, co można powtarzać jak mantrę, lecz uważam, że włoski szkoleniowiec - pomimo ostatnich niepowodzeń i zrozumiałej frustracji otoczenia - zasłużył na wotum zaufania. Pracując na nie, paradoksalnie, zmierzał w stronę zguby, gdyż drużynę w końcu musiał dotknąć kryzys. Błędy są jednak elementem sukcesu i Abramowicz powinien świetnie zdawać sobie z tego sprawę.

    Cel, którym od samego początku pracy Sarriego był powrót do Ligi Mistrzów, wciąż pozostaje możliwy do spełnienia. Ba, Chelsea nadal ma dwie drogi, by go osiągnąć. Obawiam się jednak, iż Maurizio długo na Stamford Bridge nie zabawi (media spekulują, że ma miesiąc na utrzymanie posady), a jedną z głównych tego przyczyn będzie zimna wojna z piłkarzami, której rozpoczęcie postrzegam jako największy błąd Włocha podczas jego pobytu na Wyspach. Do czasu wyklarowania się sytuacji, fanom The Blues zalecam powstrzymanie się od paniki i zachowanie spokoju, choć wiem jakie to trudne, jestem kibicem klubu z czerwonej części Manchesteru.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #chelsea #zycienaokraglo
    pokaż całość

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 26. seria gier angielskiej ekstraklasy. Jak tym razem poradziły sobie poszczególne zespoły?

    1. Manchester City zmiażdżył Chelsea i stał się pierwszą drużyną od 1965 roku, która w 15 kolejnych meczach domowych w najwyższej klasie rozgrywkowej zdobywała więcej niż 1 bramkę.

    2. Na własnym boisku dobrze radzi sobie również Liverpool, który pozostaje niepokonany na Anfield od 34 spotkań ligowych.

    3. Tottenham bez większych przeszkód ograł Leicester i umocnił się na pozycji lidera pod względem… kartek otrzymywanych za symulowanie.

    4. Pierwszy raz od 2009 roku Manchester United wygrał 6 meczów wyjazdowych z rzędu (na wszystkich frontach) i właśnie zameldował się w czołowej czwórce.

    5. Arsenal jest jedynym zespołem w stawce, który nie zachował w tym sezonie żadnego czystego konta w starciach poza własnym obiektem.

    6. Chelsea straciła 6 goli i nie strzeliła ani jednego, co oznacza, że odniosła najwyższą porażkę w historii swoich występów w Premier League.

    7. Żadna drużyna angielskiej ekstraklasy nie zdobyła w obecnych rozgrywkach więcej bramek w doliczonym czasie gry od Wolverhampton (5).

    8. Watford zachował 3 czyste konta w ostatnich 4 kolejkach, czyli tyle samo, ile w poprzednich 21.

    9. Marco Silva wygrał jedynie 3 z 13 spotkań, w których jego drużyny występowały na Vicarage Road (w 12 z nich prowadził Szerszeni).

    10. Co z tego, że West Ham nie przegrał z Crystal Palace od 8 meczów, skoro aż 4 z nich tylko zremisował…

    11. Bournemouth ewidentnie nie umie w wyjazdy - poległo 8 razy z rzędu, tracąc minimum 2 gole przy każdej okazji.

    12. Leicester nie wygrało od 5 kolejek, co ostatnio przydarzyło mu się w maju 2018 roku.

    13. Tylko Southampton (12) i Huddersfield (5) zdobyły mniej punktów w spotkaniach domowych od Crystal Palace (13).

    14. Przeciwko Brighton podyktowano w tym sezonie aż 8 rzutów karnych - to najwyższy wynik w lidze.

    15. Burnley pozostaje niepokonane od 7 kolejek, co jest jego najlepszą serią w najwyższej klasie rozgrywkowej od 1975 roku.

    16. Newcastle tylko zremisowało z Wolves, lecz w ostatnich 4 spotkaniach zainkasowało 7 oczek, czyli o 1 więcej niż we wcześniejszych 9.

    17. Cardiff wygrało drugi mecz z rzędu i po raz trzeci w obecnych rozgrywkach zapewniło sobie trzy punkty zdobywając bramkę w doliczonym czasie gry.

    18. Southampton zachowało tylko 1 czyste konto w ostatnich 16 spotkaniach ligowych i właśnie wróciło do strefy spadkowej.

    19. Fulham straciło aż 58 goli w 26 kolejkach - tylko 3 drużyny w historii Premier League miały na tym etapie sezonu gorszy bilans.

    20. Huddersfield jest pierwszym zespołem od 2012 roku, który poległ w 7 domowych meczach angielskiej ekstraklasy z rzędu.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

  •  

    Człowiek ze złota

    6 lutego 1958 roku, Monachium. Samolot linii lotniczej British European Airways w trudnych warunkach pogodowych podejmuje trzecią próbę startu, lecz wypada z pasa, przekracza barierkę okalającą lotnisko i rozbija się o pobliskie domostwo. Poćwiartowany wrak staje w płomieniach. Giną 23 osoby, 21 zostaje rannych. Wśród nich zawodnicy, sztab szkoleniowy oraz pracownicy Manchesteru United, a także dziennikarze związani z klubem, który wracał z Serbii, gdzie rozegrał mecz w ramach Pucharu Europy.

    Smutny dla całej piłkarskiej społeczności dzień odmienił losy i znacząco wpłynął na historię Czerwonych Diabłów. W jednym momencie straciły one niemal całe pokolenie niezwykle utalentowanych futbolistów, ale przede wszystkim bardzo młodych ludzi. "Dzieciaki Busby'ego", "Kwiaty Manchesteru" - te określenia najlepiej oddają status tragicznie zmarłych lub ciężko rannych zawodników. Ośmiu nie przeżyło katastrofy, dziewięciu ocalało, lecz dwóch z nich nigdy więcej nie wybiegło na boisko.

    Ucierpiał też legendarny szkoleniowiec - Sir Matt Busby, który zdołał wrócić na ławkę trenerską, by odbudować zrujnowany klub i sięgnąć po 2 tytuły mistrzowskie, Puchar Anglii i upragniony Puchar Europy. Pomogło mu wiele serdecznych osób, prężnie działał zarząd, drużyny z całego świata oferowały swoich graczy na okres potrzebny do skompletowania nowego zespołu. Kluczowy w całym procesie okazał się jednak inny z uczestników feralnego lotu. Człowiek, który mimo traumy i niszczącego go żalu, otrząsnął się i wszedł na sam szczyt piłkarskiego Olimpu.

    Sir Bobby Charlton, bo o nim właśnie mowa, zrobił to nie tylko po to, by spełnić swoje marzenia, lecz także w celu uczczenia pamięci braci, których stracił. Braci, o których nigdy nie zapomniał.

    "Katastrofa nadeszła w momencie, w którym drużyna przeżywała swój najlepszy okres. Byliśmy pionierami angielskiego futbolu w Europie."

    Tak po latach wspominał swoich kompanów w wywiadzie przeprowadzonym przez redaktorów FIFA.com. Jego kariera jest doskonałym przykładem na to, że niekiedy nawet najdotkliwsza tragedia nie jest w stanie poskromić i przekreślić przeznaczenia, a hart ducha może pomóc w radzeniu sobie z najtrudniejszymi sytuacjami. Mimo monachijskiej katastrofy, Bobby Charlton stał się legendą Manchesteru United, najszczęśliwszym z nieszczęśników.

    Anglik pochodzi z piłkarskiej rodziny - wujkowie oraz kuzyni od strony matki byli zawodnikami Leeds United, Newcastle United, Bradford City, Chesterfield, Leicester City i Rochdale. Nic więc dziwnego, że sam od małego był z futbolówką za pan brat. Grając w szkolnych drużynach z zamieszkiwanej okolicy, Bobby został dostrzeżony przez jednego ze skautów Manchesteru United, w efekcie czego związał się z klubem w wieku 15 lat. Jak się później okazało, niemal na całe życie.

    Co ciekawe, jego matka nie była do końca przekonana do drogi obranej przez syna i nieco obawiała się o jego przyszłość. Nie chciała, by stawiał wszystko na jedną kartę, więc poradziła mu, by kształcił się jako inżynier elektryki. Młody Charlton poszedł za głosem rodzicielki, lecz natchnienie do łączenia nauki i pracy ze sportem prędko ustało. Nieco ponad półtora roku po związaniu się z United, Anglik przeszedł na pełne zawodowstwo i całkowicie oddał się piłce.

    Jego cierpliwość została jednak wystawiona na próbę. Zanim zadebiutował w pierwszej drużynie, przez dwa lata wykazywał się występując w zespołach młodzieżowych oraz w rezerwach, gdzie błyszczał skutecznością. Premierowe spotkanie w piłce seniorskiej rozegrał przeciwko Charlton Athletic, a strzelając dwa gole od razu zwrócił na siebie uwagę fanów. Do końca sezonu zaliczył 14 meczów, w których zdobył 12 bramek, co zasługuje na szczególne wyróżnienie, ponieważ w tym samym czasie Bobby odbywał służbę wojskową. Nie przeszkodziło mu to jednak w utrzymaniu fenomenalnej dyspozycji, która przyczyniła się do sięgnięcia po tytuł mistrzowski przez Manchester United. Ten mógł przy okazji skompletować pierwszy w XX wieku dublet, lecz poległ w finale Pucharu Anglii.

    W kolejnym sezonie Charlton był już podstawowym zawodnikiem Czerwonych Diabłów, które przystąpiły do rywalizacji w Pucharze Europy, czego wcześniej nie dokonała żadna angielska drużyna. Mimo braku doświadczenia na arenie międzynarodowej, zespół poradził sobie bardzo dobrze, odpadając dopiero w półfinale, w którym lepszy okazał się późniejszy triumfator rozgrywek - Real Madryt.

    Manchester United powrócił na Stary Kontynent w kolejnej edycji poprzednika Ligi Mistrzów i powtórzył swoje osiągnięcie awansując do najlepszej czwórki. Występ w półfinale był jednak symboliczny, gdyż w Monachium doszło do rzeczonej katastrofy, w której ucierpiał trzon drużyny.

    Chwilę po tym, jak wadliwy samolot rozpadł się na kawałki, Bobby został znaleziony przez bramkarza drużyny - Harry'ego Gregga. Irlandczyk z Północy uznał go za martwego, lecz zdecydował się odciągnąć ciało od wraku z obawy przed wybuchem wywołanym przez płomienie. Następnie nie wahając się, wrócił po Busby'ego, a kiedy spojrzał w kierunku miejsca, w którym zostawił Charltona, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Okazało się, że Anglik żyje i mocuje się z pasami, które wciąż więziły go w fotelu pasażerskim.

    Bohater niniejszego tekstu spędził tydzień w szpitalu, który opuścił jako pierwszy spośród uczestników katastrofy. Ta, poza zadrapaniami i rozcięciami, wywołała u niego silny szok. W powrocie do normalnego życia pomogła mu rodzina oraz... futbol. Mimo że po części to właśnie przez niego stanął oko w oko ze śmiercią, nie potrafił bez niego egzystować. Przebywając w Ashington, gdzie się wychował, grywał na ulicy z lokalną młodzieżą, co okazało się preludium do powrotu na murawę.

    Doszło do niego 1 marca, a więc niespełna miesiąc po feralnych wydarzeniach z Monachium. Manchester United mierzył się akurat z West Bromwich Albion w Pucharze Anglii i zdołał zremisować, by następnie wygrać w rewanżu. Czerwone Diabły okazały się jednak słabsze od swoich rywali zarówno w finale na Wembley, jak i w półfinale Pucharu Europy, co nikogo nie mogło dziwić. Nie były to momenty szczególnie bolesne, gdyż sukcesem, a może nawet swoistym cudem, była już sama możliwość rywalizacji i stopniowego odbudowywania drużyny.

    Odradzał się również Charlton, który zadebiutował w barwach reprezentacji i w dwóch pierwszych występach zdobył 3 bramki. Trzeci mecz nie był już jednak tak udany, gdyż przy okazji spotkania z Jugosławią w Belgradzie wróciły niemiłe wspomnienia, a Anglia poległa 0:5.

    W tym samym roku zawodnik Manchesteru United pojechał na mundial do Szwecji, lecz ku zaskoczeniu opinii publicznej nie rozegrał na nim ani minuty. Przy okazji kolejnych Mistrzostw Świata, Bobby był już podstawowym graczem Synów Albionu, a w wieku 24 lat mógł pochwalić się 25 golami zdobytymi na arenie międzynarodowej, na co potrzebował zaledwie 38 występów. Anglia odpadła jednak w ćwierćfinale, w którym lepsza okazała się Brazylia, czyli ostateczny triumfator turnieju.

    Sezon 1962/63 był pierwszym prawdziwie udanym w karierze Charltona. Czerwone Diabły wróciły do gry o najwyższą stawkę i sięgnęły po Puchar Anglii, który był pierwszym trofeum od czasu tragedii. Piłkarzowi dobrze wiodło się również w reprezentacji, dla której zdobył 31. gola i stał się najlepszym strzelcem w jej historii. Ówczesna kampania była premierowym krokiem do sportowej wielkości Bobby'ego, który zapisał swoje pierwsze złote zgłoski w historii futbolu. Nie mniej istotne były kolejne rozgrywki, gdyż w czasie ich trwania, boisko połączyło ze sobą trzech utalentowanych zawodników, którzy w następnych latach mieli stanowić o sile United i wywoływać zachwyt u całej piłkarskiej Europy.

    Już po rozegraniu pierwszego pełnego sezonu w tercecie, George Best, Bobby Charlton i Denis Law zapewnili drużynie z Old Trafford mistrzostwo Anglii. Łącznie zdobyli wówczas 48 bramek, a ostatni z wyżej wymienionych stał się królem strzelców First Division i dostąpił zaszczytu odebrania Złotej Piłki.

    Rok później trofeum powędrowało w ręce angielskiej części wielkiego tria. Był to udany okres nie tylko dla zawodnika rodem z Ashington, ale również dla całego kraju, ponieważ Synowie Albionu wygrali organizowany przez siebie mundial i jedyny raz w historii mogli oficjalnie ogłosić się najlepszym zespołem świata. Charlton był jego kluczowym ogniwem - strzelił 2 gole w półfinałowej potyczce z Portugalią. W wielkim finale już jednak nie błysnął, co nie przeszkodziło Anglikom w odniesieniu triumfu nad Niemcami.

    W 1967 roku Manchester United sięgnął po drugie mistrzostwo na przestrzeni trzech lat, czym przypieczętował swoje odrodzenie. Matt Busby mógł być dumny z wykonanej pracy, lecz wciąż pozostawał nienasycony, wciąż brakowało mu solidnej kropki nad i. W jego okazałym dorobku poważną wyrwę stanowił brak sukcesu na Starym Kontynencie, co bezustannie przypominało o monachijskiej tragedii. Nie wypada w tych okolicznościach pisać, że co się odwlecze, to nie uciecze, lecz równo dekadę po katastrofie Czerwone Diabły sięgnęły po Puchar Europy, czcząc niejako pamięć ofiar. Nadal byli więc pionierami, gdyż dokonali tego jako pierwsza angielska drużyna w historii.

    Charlton był wówczas kapitanem zespołu i - jak przystało na prawdziwego lidera - zdobył 2 bramki w meczu finałowym, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:1, a w pokonanym polu pozostała Benfica. W tym samym roku Bobby wziął udział w Mistrzostwach Europy, które Anglia zakończyła na najniższym stopniu podium. Żywa legenda Manchesteru United była na szczycie, a stamtąd można podążać już tylko w dół.

    W latach 70. XX wieku ekipa z Old Trafford nie była już na topie, a jej celem stało się utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Pomiędzy członkami ofensywnego tercetu wybuchł konflikt, który doprowadził do rozbicia przymierza. Współpracując, Best, Charlton i Law wprowadzili United na salony, strzelając łącznie 665 goli w 1633 meczach. Zasłużyli tym samym na upamiętniający pomnik, który od 2008 roku zdobi okolicę stadionu.

    Wracając jednak do nieco bardziej zamierzchłej przeszłości, tuż przed wyjazdem na swój czwarty mundial w karierze, Bobby był zamieszany w aferę, której przedmiotem stała się kradzież bransoletki ze sklepu jubilerskiego w Bogocie. Ostatecznie go uniewinniono, ale zajście nie wpłynęło dobrze na kadrę Anglii, która pożegnała się z turniejem już w ćwierćfinale, w którym lepsi okazali się Niemcy. W efekcie tego, Charlton zdecydował się zakończyć przygodę z reprezentacją i odejść jako rekordzista pod względem zaliczonych występów (106), a także zdobytych bramek (49). O ile pierwsze z osiągnięć zostało prędko wymazane przez Moore'a, o tyle drugie przetrwało aż do 2015 roku, kiedy numerem jeden stał się Wayne Rooney.

    Wychowanek Evertonu zrzucił angielskiego mistrza świata z tronu także w Manchesterze United, który Bobby opuścił w 1973 roku, mając na swoim koncie 249 goli strzelonych w 758 spotkaniach. Charlton pograł jeszcze w Preston North End, a także w mniejszych klubach z Wysp Brytyjskich oraz Australii, by następnie zająć się karierą szkoleniową, która nie przyniosła większych sukcesów. Poza boiskiem Charlton piastował stanowisko dyrektorskie w zarządzie Czerwonych Diabłów, a w 1994 roku otrzymał odznaczenie Commander of the Most Excellent Order of the British Empire, które oznacza nadanie tytułu szlacheckiego.

    Dziś jeden z najbardziej zasłużonych zawodników w historii angielskiego futbolu ma 81 lat. W wolnych chwilach zasiada na trybunie swojego imienia, by z bliska przyglądać się kolejnym pokoleniom grającym na chwałę jego ukochanego klubu. Biorąc pod uwagę to, co przeszedł, można by nazwać go człowiekiem ze stali, lecz moim zdaniem, szlachetniejszym i bardziej odpowiednim określeniem jest miano człowieka ze złota. Jego wkład w los nie tylko Manchesteru United, lecz także całej piłki zasługuje na najwyższe uznanie. Osobiście postrzegam go jako jedną z najważniejszych postaci w historii tej dyscypliny i legendę w najwłaściwszym tego słowa znaczeniu.

    Jeśli istnieje życie po śmierci, "Dzieciaki Busby'ego", dla których 6 lutego 1958 roku był ostatnim dniem wśród żywych, z pewnością są dumne ze swojego kolegi z boiska. Sądzę, że właśnie to jest najcenniejszym osiągnięciem w pięknej, wręcz baśniowej karierze Sir Bobby'ego Charltona.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #manchesterunited #united #zycienaokraglo
    pokaż całość

  •  

    Kolejka w 20 zdaniach

    Za nami 25. seria gier angielskiej ekstraklasy! Co przyniosła?

    1. Liverpool zanotował kolejny remis, a w ostatnich 5 kolejkach stracił aż 7 punktów (po 20 meczach tego sezonu było ich jedynie 6).

    2. Manchester City pierwszy raz od 1937 roku wygrał z Arsenalem 4 spotkania w najwyższej klasie rozgrywkowej z rzędu, a Sergio Aguero skompletował swojego 10. hat-tricka w Premier League - więcej ma tylko Alan Shearer (11).

    3. Rozpędzony Tottenham dobrze rozpoczął zmagania w nowym miesiącu, co nikogo nie może dziwić, gdyż jeśli chodzi o luty, Koguty przegrały tylko 1 z ostatnich 27 domowych meczów angielskiej ekstraklasy.

    4. Chelsea w perfekcyjnym stylu zareagowała na zeszłośrodowy blamaż, a 2 gole Higuaina oznaczają, iż trafiał on 38 razy w 37 ligowych występach pod wodzą Sarriego.

    5. Manchester United pierwszy raz od 2012 roku zwyciężał w 5 wyjazdowych spotkaniach z rzędu (biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki) i awansował na 5. miejsce w tabeli, czego dotąd w tym sezonie jeszcze nie dokonał.

    6. Od początku ubiegłego roku tylko Brighton i Huddersfield przegrały więcej meczów w roli gości od Arsenalu (12).

    7. Wilki wygrywały w każdej z poprzednich 3 kolejek, zdobywając przy okazji po 3 bramki na spotkanie, co w najwyższej klasie rozgrywkowej po raz ostatni udało im się w sezonie 1979/80.

    8. Watford podzielił się punktami z Brighton, a 39. mecz Premier League na ławce trenerskiej Szerszeni zaliczył Javi Gracia - to więcej niż którykolwiek z jego poprzedników.

    9. Everton nadal prezentuje się marnie i przegrał 3 z ostatnich 4 ligowych spotkań na Goodison Park, czyli tyle samo, ile przy okazji 23 wcześniejszych.

    10. Zawodnicy Bournemouth fundują swoim fanom istny rollercoaster - raz zmiażdżą Chelsea, raz polegną z Cardiff.

    11. Klątwa Leicester trwa, to już 17. porażka z Manchesterem United w Premier League (nikt nie pokonywał Lisów częściej).

    12. West Ham jest niepokonany od 3 ligowych spotkań na własnym stadionie - ostatnio udało mu się to równo rok temu.

    13. Biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, Brighton nie zdołało strzelić gola w 3 kolejnych meczach domowych.

    14. Crystal Palace wygrało jedynie 2 z ostatnich 14 derbów Londynu i za każdym razem przeciwnikiem było Fulham.

    15. Newcastle nie zwyciężyło na Wembley od 8 spotkań, czyli od 1955 roku, kiedy to sięgnęło po Puchar Anglii.

    16. Southampton jest niepokonane od 5 meczów ligowych, co jest jego najdłuższą serią od października 2016.

    17. Burnley ewidentnie nie lubi lutego, gdyż pozostaje bez wygranej od 14 spotkań angielskiej ekstraklasy w tym miesiącu.

    18. Cardiff po raz pierwszy zachowało 2 czyste konta z rzędu w Premier League.

    19. Fulham jest jedyną drużyną w historii najwyższej klasy rozgrywkowej, która przegrała 8 kolejnych derbów Londynu.

    20. Huddersfield nie potrafiło zdobyć bramki w 13 kolejkach obecnego sezonu i do bezpiecznego miejsca w tabeli traci już 13 punktów.

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo i #kolejkaw20
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #arsenal #manchesterunited #united #liverpool #lfc #tottenham #manchestercity #chelsea #zycienaokraglo #fpl #kolejkaw20
    pokaż całość

  •  

    Stary człowiek, a może

    Drugi sezon Brighton w elicie można określić mianem względnie spokojnego i stabilnego. Drużyna zajmuje 13. miejsce w tabeli, ma bezpieczną przewagę nad strefą spadkową i wszystko wskazuje na to, że pozostanie w ekstraklasie na dłużej niż 2 lata. Długofalowa wizja menedżera oparta na zaufaniu, doskonale współgra z zawodniczym kolektywem i przynosi oczekiwane efekty. Najważniejszym elementem całej układanki, obok Chrisa Hughtona, jest najskuteczniejszy piłkarz w zespole i najbardziej bramkostrzelny Anglik w lidze zaraz po Harrym Kanie - Glenn Murray.

    Kiedy w 2016 roku Mewy szukały doświadczonego, lecz wciąż głodnego i chcącego potwierdzić swoją wartość napastnika, postanowiły nie ruszać się z południowego wybrzeża kraju. W Bournemouth występował bowiem gracz, który kilkukrotnie pokazał się z dobrej lub nawet bardzo dobrej strony, wciąż szukał swojego miejsca w piłkarskim świecie, a ponadto pragnął zaufania, za które mógłby się odwdzięczyć boiskowymi popisami. Jedną z niebagatelnych zalet jego kandydatury była świadomość realiów Championship, w której to lidze spędził 3 sezony i zdobył 44 bramki zwieńczone awansem wywalczonym w barwach Crystal Palace.

    Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, zarząd Brighton nie wahał się przesadnie długo i zdecydował się go wypożyczyć. Jak się później okazało, był to strzał w sam środek tarczy, gdyż nie dość, że Glenn Murray walnie przyczynił się do awansu klubu do Premier League, to w dodatku znakomicie sprawdził się występując szczebel wyżej. W styczniu 2017 roku na konto Wisienek wpłynęło - śmieszne z perspektywy czasu - 3.5 miliona funtów. Właśnie tyle kosztowało wykupienie napastnika, który stał się wicekrólem strzelców zaplecza ekstraklasy. Upraszczając, właśnie tyle warte były 104 gole w 244 występach.

    Poczciwy Glenn będący rewelacją Championship, po ponownym przybyciu do Premier League stał się prawdziwą sensacją. Występując w zespole zdobywającym stosunkowo niewiele bramek, stworzył efektywny duet z Pascalem Grossem i wyrósł na jednego z najlepszych zawodników ligi, biorąc pod uwagę kandydatów reprezentujących kluby spoza czołowej szóstki. Wszystko to w wieku 34 lat, o czym nie sposób nie wspomnieć mając świadomość intensywności oraz konkurencyjności angielskiej ekstraklasy. Analizując tegosezonowe poczynania Murraya można odnieść wrażenie, iż jest on niczym wino - im starszy, tym lepszy. W obecnych rozgrywkach osiąga bowiem jeszcze lepsze wyniki indywidualne aniżeli w poprzednich.

    W sezonie 2017/18 Anglik zdobył 12 bramek, trafiając przeciętnie 0.34 raza na mecz. Natomiast po 24. kolejkach obecnej kampanii ma na swoim koncie 10 goli, co daje średnią na poziomie 0.42. Wszystko wskazuje na to, iż Glenn poprawi swoje osiągnięcie sprzed roku i na mecie rozgrywek zamelduje się z jeszcze pokaźniejszym dorobkiem strzeleckim. Skorzystać na tym może również Brighton, które ostatni sezon zakończyło na 15. miejscu w tabeli, a teraz plasuje się dwie lokaty wyżej.

    Murray ma 35 lat i przeżywa swoją drugą młodość. Nigdy wcześniej na najwyższym poziomie nie wiodło mu się tak dobrze, nigdy wcześniej nie był tak ceniony i szanowany. Z pewnością ma jednak świadomość tego, że znajduje się po drugiej stronie rzeki i wiele czasu na boisku - przynajmniej tym najbardziej eksponowanym - już mu nie pozostało. Chcąc go w pełni wykorzystać daje z siebie wszystko i dumnie prowadzi Mewy do kolejnego utrzymania. Stary człowiek, a może...

    Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym codziennie publikuję moje opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

    Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
    Dzięki!

    #sport #mecz #pilkanozna #premierleague #brighton #zycienaokraglo
    pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika StaXik

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (3)