•  

    pokaż komentarz

    W mojej opinii leasingodawca tylko czeka na takie wpadki i nie jest to opinia bezpodstawna. Otóż kilka lat temu - zdziwiony bardzo niskim oprocentowaniem mojego leasingu - zapytałem znajomego dyrektora: z czego Wy żyjecie?
    Odpowiedział mi, że oprocentowanie ma wystarczyć na opłacenie kosztów, a najlepszą kasę tłucze się na nierzetelnych leasingobiorcach.
    Leasing to nie kredyt, tutaj "dawca" kapitału nie bawi się w układy, rozmowy itp., bo nie musi - to on jest właścicielem przedmiotu leasingu. Przychodzi jak po swoje.
    Dla leasingodawcy idealnie jest gdy leasingobiorcy, który wpłacił już ze 20-30% czynszu inicjalnego, szybko powinie się noga (czyt.: spóźni się z ratą, czy w jakikolwiek inny sposób naruszy warunki umowy). Zabiera mu się wtedy (absolutnie na legalu) przedmiot leasingu i spuszcza kolegom i znajomym.
    To prosty rachunek: auto w salonie kosztuje 100. Leasingobiorca wynegocjuje tam z 15-20% rabatu, więc bierze leasing na 80. Wpłaca na dzień dobry czynsz inicjalny np. 20%, lub aby mieć niską ratę nawet i więcej (maks to chyba 40% - i tacy są w tym przekręcie najlepsi do wygolenia). I za kilka miesięcy powija mu się noga.
    Leasingodawca przejmuje więc takie pachnące nowością auto za ok. 48% wartości. I traci wszystkie raty, które dotąd zapłacił. Plus koszty egzekucji of kors, które w przypadku OPa z artykułu wyniosły 24k.
    Złoty interes, nieprawdaż?

    Dlatego leasing jest tak łatwo dostępny - możesz być w BIK-u i na #czarnolisto u Kruka - leasingodawcy to nie interesuje, bo nie pozbywa się własności. Masz mieć przychód w firmie, nawet ich za bardzo nie interesuje jaki z tego masz zysk. Masz tylko mieć stałe przychody aby w razie czego można było Cię wygolić.

    Nie mówię, że to standardowa praktyka we wszystkich firmach, ale czasem przecież może się zdarzyć młody ambitny, świeżo przyjechany do metropolii derektor z planem do wykonania i ratami za 80m2 po dychu za metr kwadrat, nieprawdaż?

    •  

      pokaż komentarz

      @mdesign: Leasingodawca MUSI mieć ubezpieczone ryzyko, czy to się komuś podoba czy nie. I to nie tak jak ktoś sobie wymyśli tylko tak jak chce tego właściciel czyli leasing.

      przecież może się zdarzyć młody ambitny, świeżo przyjechany do metropolii derektor z planem do wykonania i ratami za 80m2 po dychu za metr kwadrat, nieprawdaż?

      Jak buchną klientowi nieubezpieczone auto za 200k (a takie kradną najchętniej) to pan dyrektor idzie myć kible jak się okaże że nie dopilnował procedury. Nikt nie będzie ryzkyował.

      Inaczej to by się nie nazywał leasing, tylko dajemy ci auto za free, a ty sobie spłać - wierzymy ci na słowo.

    •  

      pokaż komentarz

      @mus_tang: Ależ ja nie neguję tego konkretnego przypadku, OP złamał warunki umowy i to grubo po czasie. W moich umowach mam prawo do kupna ubezpieczenia na własną rękę, ale pod pewnymi warunkami: max miesiąc przed końcem polisy muszę wystąpić z wnioskiem o taką zmianę (stówka nota bene;), polisa musi spełniać warunki leasingodawcy, wiec wniosek o ubezpieczenie wysyłam zawsze do akceptacji aby „potem nie było” że coś nie gra, mój agent ubezpieczeniowy jest przy tym w stałym kontakcie z Leasingodawcą. Typ z artykułu dostał pewnie polisę już po fakcie (a kroją leasingi na tych polisach nawet x2!), kupił więc polisę niezależnie, ale było już niestety za późno. Sam sobie jest winien.
      Inna sprawa, że mając dobrą relację z leasingidawcą można to było jeszcze odkręcić (osobiście przerabiałem podobny przypadek), ale jak się domyślam takiej dobrej relacji tam nie było.

  •  

    pokaż komentarz

    Znajoma u nich pracowała, potem poszła do firmy zajmującej windykacją (też dla leasingodawców). Z tego co opowiadała to najwięcej problemów robili sami klienci. Opóźnienia z płaceniem to norma, a tłumaczenia w stylu "ja to na urlopie jestem, wy chyba nie sądzicie że będę się odrywać i robić wam teraz przelew" albo "mi nikt nie zapłacił faktury to wy też poczekacie" Lub po prostu unikanie kontaktu. A potem płacz bo bank się nie cacka, za przypomnienia dorzuca opłaty, przy dużych opóźnieniach uruchamia windykację i tyle.
    I wtedy klient nagle płacze jaki to on jest poszkodowany.
    To samo z windykacją. Jednego dnia gada z klientem, mówi że facet ma zaległość, jak nie zapłaci to mu zabiorą samochód. Ten stwierdza że spoko, że prosi o przesunięcie, że zaraz będzie miał pieniądze. Ok, dają mu czas, przelew oczywiście nie przychodzi a gościu przestaje odbierać telefony. Cwaniacy potrafią chować potem samochody żeby im nikt nie zabrał. Była akcja że gościu po prostu wymienił się swoim samochodem z jakimś kolegą-jak windykatorzy przychodzili to miał inny samochód i udawał głupa że nie wie gdzie ten leasingowany.
    Jak czytam ten artykuł to też widzę-jeden gościu nie wyrobił się w terminie, i potem zdziwiony że nikt na niego nie czekał i bank sam ubezpieczył swoją własność. A co bank miał zrobić? Czekać łaskawie kiedy klient zdecyduje się to załatwić? Samochód nie mógł zostać bez ubezpieczenia.
    Ten pierwszy też- żadnego info w artykule czy ubezpieczenie które kupił spełniało warunki banku. I jeszcze pomysł że zamiast wyjaśnić najpierw sprawę z bankiem ten sobie jednostronnie stwierdza że nie będzie płacił i też potem zdziwiony że bank zabiera mu samochód.

  •  

    pokaż komentarz

    Chciałbym zobaczyć tą zgodę banku. Wszystko rozgrywa się o szczególiki, bo jeśli ogólne warunki umowy OC/AC odbiegały od tych wymaganych w umowie leasingu, a zgody na papierze/mailu nie było, to dupa zbita.

  •  

    pokaż komentarz

    Dobrze wiedzieć, ostatnio bombardują mnie ofertami leasingu z Santandera... :)