•  

    440 + 1 = 441

    Tytuł: Zły
    Autor: Leopold Tyrmand
    Gatunek: kryminał
    Ocena: ★★★★★★★★☆☆

    Zorro wszędzie był. Zorro wiedział wszystko. Zorro był zawsze silniejszy, mądrzejszy i odważniejszy od swych wrogów. Zorro był przede wszystkim niepokonany, zawsze zwycięski. Na myśl nam nie przyszło, by wtedy spytać, jak to się wszystko dzieje?

    To jedna z tych książek, które zdają się mnie prześladować. Bo to gdzieś zauważyłem pochodzący z niej cytat, to ktoś coś o niej wspomniał, to w oczy rzuciła mi się okładka (kapitalna z resztą, przynajmniej jeśli chodzi o to wydanie, które ja czytałem, a która ilustruje ten wpis; tylko trzeba wziąć poprawkę na mój specyficzny gust - jestem na przykład fanem plakatów z okresu PRL-u). Zupełnie tak, jakby Wszechświat chciał mi powiedzieć "głupcze, przeczytaj to!". Wszechświat, przynajmniej, jeśli chodzi o mnie, rzadko myli się w takich sprawach. Poza tym frapował mnie tytuł - prosty, a intrygujący. Zabrałem się więc za czytanie.

    Rzecz dzieje się w Warszawie, dekadę po zakończeniu II wojny światowej. Zostajemy wciągnięci w tę mroczniejszą część miasta, gdzie ferajna z Czerniakowa (lub warszawskie męty, to zależy z czyjej perspektywy patrzeć) terroryzuje miasto. Między innymi dla rozrywki napadając na Bogu ducha winnych przechodniów. W tym wszystkim pojawia się nasz warszawski desperado. Człowiek, który na własną rękę zaczyna wymierzać sprawiedliwość. Niektórym się to nie podoba, i nie chodzi tu tylko i wyłącznie o nękane przez niego środowisko chuligańskie, czy wręcz przestępcze. To z resztą jest jedna z kwestii, jaką autor podnosi kilkukrotnie - gdzie leży granica między chuligaństwem a przestępczością. Bo później od chuligańskich wybryków przenosimy się do zorganizowanej przestępczości.

    Pierwsze mniej więcej pięćset stron to była dla mnie męczarnia. Postacie szare jak papier toaletowy z tamtego okresu, sceny ciągnące jak kolejki przed sklepami, a sama historia dłużyła się jak radziecka okupacja. Kilkukrotnie miałem już ochotę odłożyć tę opowieść. Nie jestem z resztą w takim postrzeganiu odosobniony. W chwilach kryzysu zajrzałem do kilku recenzji innych osób, żeby się upewnić, czy nie stracę czegoś, co szkoda byłoby stracić. Znalazłem tam takie stwierdzenia, jak "książkę czytałem pięć miesięcy" czy "w międzyczasie skończyłem kilka innych pozycji", jednak nawet mimo takich określeń, recenzje były raczej przychylne. I bardzo się cieszę, że skończyłem. Bo później okazuje się, że (przynajmniej niektóre) postaci nabierają kolorów (w przypadku głównego czarnego charakteru nawet bardzo wyraźnych i bardzo ciemnych), sceny stają się bardziej dynamiczne (albo zwyczajnie przywykłem do stylu jakim autor się posługuje), a historia, jako całość okazuje się świetna. Choć w odbiorze czasami przeszkadza dziwna interpunkcja. Z resztą z tym językiem, jakim napisana jest powieść to dziwna sprawa. Czasami narracja nie nadąża za akcją, czasami ją wyprzedza, rzadko, moim zdaniem się zdarza, żeby na obu tych płaszczyznach było zachowane równe tempo. Choć kilka scen napisanych jest kapitalnie, jak choćby

    pokaż spoiler "rekrutacja" ekipy do dystrybucji biletów, czy rozmowa redaktora Kolanki z sędzią Chwałą. Ta druga, to chyba moja ulubiona scena z całej powieści, choć nie mam pojęcia po co ona tam w ogóle była. Ani nie posunęła akcji na przód, ani nie miała żadnej kontynuacji. Ale sama w sobie dla mnie była świetna.


    Osobnym tematem dotyczącym tej pozycji jest to - co niektórzy podkreślają jako główną jej zaletę - że jest swoistym portretem Warszawy w tamtym okresie. Jako miejsca i jako kultury - bo mamy też rozważania o warszawskiej gwarze i kindersztubie. Choć portret ten ani nie przedstawia wiele pięknego, ani nie jest łatwy w odbiorze. To, co przede wszystkim z niego zapamiętałem, to wręcz wylewająca się ze stron wódka; kobiece postaci, które byłyby wodą na młyn dla wykopowych mizoginów; męskie postaci - cyniczne i traktujące te kobiece przedmiotowo. Poza tym ruiny, szarość i wręcz przytłaczający ciężar całego otoczenia. Może wyglądało to tak, jak opisał to Tyrmand, może trochę lepiej - nie mam pojęcia. Ale jako tło dla wydarzeń wyszło kapitalnie. I nie ma to tamto.

    Wpis dodano za pomocą strony https://bookmeter.ct8.pl

    #bookmeter

    źródło: ecsmedia.pl

    •  

      @George_Stark: dzięki za recenzję, sam kupiłem ta książka w weekend i mam w planach przeczytać w najbliższym czasie

    •  

      I znakomite ostatnie zdanie. Dobre książki ze znakomitymi ostatnimi zdaniami to osobny podtyp dobrych książek. :)

    •  

      Ta książka to jest grafomania. Jak ktoś się nie jara Warszawa powojenna, to będzie gehenna. Tylko reporterskie opisy sa malymi majstersztykami, np. ludzie w tramwaju. Widać, ze to reporter nie pisarz I w przeciwieństwie do kolegów tutaj uważam, ze ostatnie zdanie to jest szczyt kiczu.

    •  

      @George_Stark: Muszę przyznać, że nie udało mi się przebrnąć przez te książkę a niezwykle rzadko mi się to zdarza

    •  

      @Paula_pi: Też myślałem w pewnym momencie, że nie dam rady. Ale mimo wszystko uważam, że było warto. Choć ciekawym pomysłem byłoby spróbować przeredagować tę pozycję w taki sposób, żeby zachować historię i bohaterów, a zrezygnować z tych męczących opisów zajmujących czasami kilka stron, a zaczynających się zawsze od zdania "O, warszawskie (...)!".
      Choć może straciłaby wtedy trochę z tego swojego ciężkiego, brudnego i trudnego klimatu. Który w ostatecznym rozrachunku, moim zdaniem wychodzi jej jednak na plus.