•  

    Jebać ten sport. Wielkie nadzieje przed sezonem, zajebisty początek, a po tym jak w końcu zaczęli jechać po żałosnym okresie to dzieje się to co teraz. Nawet nie wiem, jak to skomentować
    #zuzel

  •  

    Trochę ode mnie, bo widzę że paranoja widzenia wszędzie kombinacji udziela się też tutaj

    Przede wszystkim, jaki był sens w doprowadzeniu do odwołania meczu? Sytuacja była prosta - albo jadą, albo walkower. Po co w takim razie Włókniarz miałby nie chcieć jechać?

    Za stan toru odpowiadała decyzja o poniedziałkowym dosypaniu nawierzchni i zbronowaniu toru. Wiadomo było, że następnego dnia będzie padać - miał to być jednak dość niewielki deszcz, taki jak zwykle. A tymczasem we wtorek mieliśmy nawałnicę, która kompletnie zniszczyła wcześniej zbronowany tor. Może jakby środa była sucha i gorąca, to by się z tego coś udało zrobić - ale było wilgotno i dość zimno, w związku z czym na przygotowanie zostały dwa dni. Owszem, były one upalne, ale skala "zniszczeń" okazała się zbyt duża, żeby dało się naprawić tor.

    Zakładając jednak kombinowanie, nasuwa się pytanie: po co? Przyjeżdża szósta drużyna ligi, jeżdżąca słabo na wyjazdach. Można powiedzieć: przy powtórce nie byłoby ZZ. OK, zgoda, ale tylko idiota nie pomyślałby o tym, że przy braku opadów bardzo prawdopodobny jest walkower. Świącik idiotą nie jest i nie ryzykowałby strat punktowych, finansowych i wizerunkowych dla jednego punktu meczowego (dwa za zwycięstwo były prawie pewne nawet z ZZ)... Zwłaszcza przy problemach z miastem.

    Jeszcze coś o teorii spiskowej z murawą: to chyba oczywiste, że zwykła ziemia wyschnie dużo szybciej niż tor żużlowy, w dodatku co chwilę przerzucany, nie?

    Podsumowując, walkower jak najbardziej, ale nie z powodu kombinacji, tylko błędu związanego z przeoraniem toru. Tyle.

    #zuzel
    pokaż całość

    •  

      @Erkow: Nawet nie chce mi się odpisywać na pytania "po co" bo to chyba oczywiste. Natomiast co do

      że zwykła ziemia wyschnie dużo szybciej niż tor żużlowy, w dodatku co chwilę przerzucany, nie?

      Chyba sobie jaja robisz. Zrób eksperyment. Nasyp do dwóch wiader czegokolwiek co "trzyma" wodę. W jednym co godzinę mieszaj górną warstwę w drugim zostaw jak jest. Co wyschnie szybciej? pokaż całość

      +: ksy3
  •  

    Dzisiaj mijają 23 lata od meczu Kaiserslautern z Bayernem w sezonie 97/98 i myślę, że z tej okazji można przypomnieć zwycięski skład: Reinke, Kadlec, H. Koch (31. Hristov), Kuka, Marschall, Ratinho (75. Reich), Roos, Schjönberg, Schäfer, Sforza, M. Wagner.
    #mecz #pilkanozna #hajto

  •  

    Historia jednego meczu – Stal Gorzów vs Falubaz Zielona Góra, 9.08.2015

    Jutro mamy derby lubuskie, więc dzisiaj trochę o chyba najbardziej imponującym występie w historii meczów Stali z Falubazem.

    Sezon 2015 dla obu drużyn nie układał się dobrze – Stal, będąc urzędującym mistrzem Polski, na początek przegrała aż sześć meczów z rzędu, pierwsze zwycięstwo odnosząc dopiero w siódmej kolejce. Falubaz za to przez większość sezonu musiał radzić sobie bez zawieszonego za doping Dudka, a na dodatek w czerwcu na DPŚ bardzo poważnej kontuzji doznał Hampel, co wyeliminowało go z rywalizacji na ponad rok. Jakby tego było mało, po fenomenalnym dla zielonogórzan meczu w Toruniu (jadąc właściwie trzema zawodnikami, wywalczyli 43:46 dające bonus) w organizmie Łoktajewa wykryto marihuanę i został on zawieszony, w związku z czym wynik z Torunia zweryfikowano na 46:39 i bonus dla gospodarzy. W związku z tym postanowiono wykonać mało spodziewany, ale bardzo mocny ruch.

    Ruchem tym było podebranie torunianom Warda. Australijczyk w sierpniu 2014 roku został zawieszony za bycie pod wpływem alkoholu, więc do czasu pierwszego okienka transferowego po zakończeniu zawieszenia (kończyło się w czerwcu, okienko było w lipcu) nie mógł mieć przynależności klubowej. I to wykorzystał Falubaz, kontraktując Darcy’ego na ostatnie cztery mecze fazy zasadniczej.

    Debiutu jednak ani on, ani Falubaz nie mogli zaliczyć do udanych – na własnym torze zielonogórzanie przegrali z Unią Tarnów, Ward zdobył zaledwie siedem punktów w sześciu startach, a na domiar złego kontuzji w kuriozalnych okolicznościach nabawił się Protasiewicz – po skończonym biegu, już nie jadąc na pełen gaz, nadział się on na koło Vaculika i złamał obojczyk. Tym samym nie mógł on wziąć udziału w derbach, a sytuacja Falubazu mogła stać się dramatyczna, ponieważ z seniorów pozostali jedynie Ward, Jonsson oraz będący w bardzo słabej formie Walasek. W końcu do zielonogórzan uśmiechnęło się jednak szczęście – akurat na mecz ze Stalą po zawieszeniu wrócił Dudek.

    W dalszym ciągu to gorzowianie byli jednak faworytami – po fatalnym początku drużyna w końcu zaskoczyła i dość szybko wyprzedziła zespoły z Rzeszowa i Grudziądza, przed meczem z Falubazem będąc na szóstej pozycji w tabeli. Zielonogórzanie plasowali się pozycję wyżej i mieli pięć punktów więcej, jednak z powodu ich problemów mało kto sądził, że nawiążą walkę chociażby o bonus, zwłaszcza że w pierwszym meczu było tylko 48:42.

    Kolejne problemy pojawiły się tuż przed meczem – z powodu problemów z połączeniami lotniczymi Ward nie zdążył przyjechać do Gorzowa na czas. Ostatecznie, po standardowych trikach typu sprawdzanie gaźnika, udało się zyskać na tyle czasu, by Australijczyk dojechał przed swoim pierwszym programowym biegiem. Kilka minut po pojawieniu się na stadionie Ward wyjechał do biegu czwartego, by zmierzyć się ze Zmarzlikiem i Kasprzakiem. Mimo że Zmarzlik wyszedł lepiej ze startu, Ward objechał go na ostatnim okrążeniu, co przy trzecim miejscu Pieszczka dało 4:2 dla Falubazu. Wyczyn tym bardziej imponujący, że już wtedy Zmarzlik miał fenomenalną średnią domową, a tor w Gorzowie, jak wiadomo, wyprzedzaniu nie służy. A to był dopiero początek.

    Bieg piąty – trójka. Bieg siódmy – trójka. Bieg dziesiąty – trójka. Bieg dwunasty – trójka. Fenomenalne występy Warda oraz Jonssona (10 punktów w czterech startach), którzy mieli jeszcze trochę wsparcia od Dudka (6 w 5) spowodowały, że przed trzynastym biegiem gorzowianie prowadzili, ale tylko 38:34. Na dodatek w tym biegu jechali właśnie Ward oraz Jonsson. Szwed jednak zawiódł i cały wyścig jechał ostatni, natomiast Ward jechał po kolejną trójkę, ale na ostatnim okrążeniu wyprzedził go Iversen. Wyglądało to dziwnie – gość, który zrobił pięć trójek i w szóstym biegu dość spokojnie prowadził, nagle dał się objechać. Okazało się, że chodziło o możliwość zrobienia rezerwy – przy wyniku 3:3 zielonogórzanie przegrywaliby 37:41, przez co w biegu 14 musiałby jechać albo tragiczny Walasek, albo słaby Pieszczek. A przy 36:42 powstała możliwość wstawienia Jonssona, z czego Falubaz oczywiście skorzystał.

    I częściowo się ten manewr udał, ponieważ Szwed dojechał drugi, a Dudek trzeci. Przed ostatnim biegiem było więc 45:39, więc sytuacja była prosta – Stal wygrała mecz, a punkt bonusowy trafi do drużyny, która wygra ostatni bieg. Ostatecznie bieg ten skończył się remisem, przez co bonusa nie zdobył nikt – Jonsson dojechał za Zagarem i Iversenem, ale Ward przywiózł szóstą tego dnia trójkę, zdobywając ostatecznie aż 20 punktów.

    Zbierzmy to w całość: 20 punktów w drugim meczu po prawie rocznej przerwie (jeszcze w pierwszym pojechał przeciętnie), na wyjeździe, dojeżdżając na stadion kilka minut przed swoim pierwszym biegiem i tracąc jedyny punkt przez zagranie taktyczne. Absolutnie kosmiczny występ, nie wiem czy nie najlepszy w najnowszej historii Ekstraligi.

    Poza Australijczykiem bardzo dobrze pojechał Jonsson, który nawet pomimo dość słabych trzech ostatnich biegów i tak zdobył 12 punktów, a trzecim najlepszym był Dudek z siedmioma punktami. Trzy dołożył Pieszczek, za to kompletnie zawiódł Walasek – rok wcześniej, jeszcze w barwach Włókniarza, zdobył w Gorzowie komplet 18 punktów, a tym razem nie wywalczył żadnego.

    W Stali zdecydowanie najlepiej spisał się Zmarzlik, który jedyny punkt stracił właśnie z Wardem. Oprócz niego dobrze pojechali Zagar i Iversen, którzy zdobyli po 10 punktów, za to bardzo słabo spisał się Kasprzak z zaledwie trzema punktami.

    Ostatecznie obie drużyny nie znalazły się w fazie play-off – gorzowianie zajęli szóste miejsce, a zielonogórzanie – piąte, przy czym warto zaznaczyć, że przegrali z torunianami zaledwie o punkt, który stracili na marihuanie Łoktajewa. Przed końcem sezonu stało się jednak jeszcze jedno wydarzenie, które wstrząsnęło całym żużlowym środowiskiem.
    Ostatni bieg sezonu w Zielonej Górze. Falubaz nie ma już szans na awans do play-offów i ostatni mecz z GKM-em jedzie tylko po to, żeby go odjechać. Wynik też nie gwarantuje emocji – 54:30. W piętnastym biegu najlepiej startuje Łaguta, za którym ustawiają się Ward i Dudek. Pod koniec drugiego okrążenia jadącego przy krawężniku Warda lekko pociągnęło, przez co zahaczył o Łagutę, a następnie mocno uderzył plecami o tor i o drewnianą bandę. Diagnoza? Złamany kręgosłup i przerwany rdzeń kręgowy, który spowodował paraliż od pasa w dół. Do dzisiaj Ward porusza się na wózku. Nie chcę tu śpiewać peanów na jego cześć i mówić, że na pewno zostałby legendą żużla (a takie głosy często się przecież słyszy), ale z pewnością miał potencjał na bycie kilkukrotnym mistrzem świata i bez wątpienia koniec jego kariery, zwłaszcza w tak dramatyczny sposób był sporą stratą dla żużla.

    #zuzel
    pokaż całość

  •  

    Historia jednego meczu – Włókniarz Częstochowa – Unia Leszno, 26.08.2012

    Po dwóch sezonach, w których Włókniarz ledwo utrzymał się w lidze, w 2012 zbudowano skład, który w końcu miał pozwolić na spokojne oddalenie się od strefy spadkowej. Rzeczywistość okazała się jednak sporo mniej kolorowa – mimo że liderzy z poprzedniego sezonu w osobach Łaguty i Nermarka dalej notowali dobre wyniki, to nowe nabytki nie spełniały oczekiwań – Zengota jeździł po prostu słabo, Jabłoński, który rok wcześniej w barażu w barwach Startu zdobył w Częstochowie 12 punktów, nie nawiązywał do tego występu, a kompletnym niewypałem okazało się zakontraktowanie najpiękniejszego żużlowca na świecie, czyli oczywiście Harrisa. W miejsce Bombera po kilku meczach ściągnięto Bjerre, ale ten też nie jechał jak na zawodnika z GP przystało. Do tego nie pomagali juniorzy – o ile Czaja notował systematyczny progres i nawiązywał walkę z młodzieżowcami innych klubów, o tyle reszta nie mogła dostosować się do jego poziomu – dość powiedzieć, że Łęgowik, Malczewski i Bubel ani razu w sezonie nie przyjechali na pierwszym bądź drugim miejscu. W rezultacie przed ostatnią kolejką Włókniarz był na dziewiątym miejscu ze stratą punktu do ósmej Sparty.

    Włodarze Unii zbudowali za to bardzo młody, a przy tym swojski skład – spośród ośmiu zawodników jeżdżących w lidze pięciu (Baliński, bracia Pawliccy, Musielak, Adamczewski) było wychowankami, dwóch obcokrajowców (Pavlic, Batchelor) jeździło w Lesznie przez prawie całą swoją karierę, a towarzystwo uzupełniał także bardzo związany z Lesznem Hampel. Skład wyglądał nieźle, ale w czerwcu wydawało się, że wszystko się posypie, ponieważ absolutny lider drużyny, czyli oczywiście Hampel doznał poważnej kontuzji wykluczającej go na kilka miesięcy. O ile wcześniej liczono na awans do fazy play-off, o tyle w tym momencie chyba mało kto w to wierzył. Mimo tego skład złożony z trzech średnich seniorów i czterech juniorów (co prawda bardzo mocnych, ale jednak juniorów) zaskoczył i przed ostatnią kolejką znajdował się na czwartym miejscu z przewagą dwóch punktów nad Unibaksem.

    Właśnie te zespoły zmierzyły się ze sobą w Częstochowie w ostatnim meczu rundy zasadniczej. Włókniarz, by zapewnić sobie utrzymanie, musiał zdobyć o punkt więcej niż Sparta – wrocławianie podejmowali u siebie dominatorów sezonu z Tarnowa (w pierwszym meczu 61:29). Unia natomiast do zapewnienia sobie awansu do fazy play-off potrzebowała zdobyć dwa punkty więcej niż Unibax, który swój mecz ze Stalą Gorzów zaczął kilka godzin później. W związku z tym, że w pierwszym meczu drużyn z Torunia i Gorzowa ci drudzy wygrali aż 57:33, w praktyce leszczynianom wystarczało zdobycie bonusa – w Lesznie było 49:41, więc do tego celu potrzebowali oni 42 punktów.

    Przechodząc do samego meczu, już w pierwszym biegu mieliśmy bardzo dobre ściganie – juniorzy Włókniarza wystartowali fatalnie, ale już na przeciwległej prostej sensacyjnie na pierwszym miejscu znalazł się Bubel. Po chwili znowu spadł on na trzecie miejsce, jednak po raz kolejny zaskoczył i wyprzedził Adamczewskiego, po czym jeszcze próbował atakować Piotra Pawlickiego. Ostatecznie skończyło się jednak na 4:2 dla gości. Kolejny bieg to zaskakująca wygrana Jabłońskiego i 3:3, natomiast w trzecim biegu wygrał Łaguta przed Batchelorem, ale najważniejsze wydarzyło się na miejscach 3-4 – Baliński tuż przed metą był wyprzedzany przez Szombierskiego (zastępował kontuzjowanego Bjerre) i, nie mogąc się z tym pogodzić, zaatakował go w po prostu bandycki sposób, powodując upadek obu zawodników. Balińskiemu nic się nie stało, za to Szombierski został zniesiony na noszach, jednak, mimo potężnego bólu, był w stanie kontynuować jazdę. W następnym biegu niestety przytrafił się kolejny wypadek – tym razem Łęgowik stracił kontrolę nad motocyklem i spowodował upadek swój, Adamczewskiego i Pavlica. Leszczynianom się nic nie stało, ale Łęgowik złamał rękę i nie pojechał już do końca zawodów. W powtórce Adamczewski sensacyjnie wiózł za sobą Nermarka, ale wykręcił bączka. Ostatecznie wstał i dojechał po punkt, więc po pierwszej serii startów był remis – 12:12.

    Tymczasem we Wrocławiu skończyła się już druga seria – wynik brzmiał 23:19 dla gości, co było bardzo dobrą informacją dla Włókniarza – przy takim scenariuszu do bezpośredniego utrzymania wystarczał remis.

    Biegi 5 i 6 zakończyły się remisami, natomiast w biegu 7 zdefektował motocykl prowadzącego Pavlica, a Zengota i Jabłoński pokonali Piotra Pawlickiego – 23:19. W tym momencie tarnowianie prowadzili we Wrocławiu już 27:21, więc sytuacja stawała się coraz bardziej korzystna.

    Bieg 8 to świetna walka Nermarka z Przemkiem Pawlickim, zakończona zwycięstwem niepokonanego do tej pory Szweda. W następnym biegu Zengota z Jabłońskim ponownie wyszli na 5:1, jednak tym razem Baliński i Batchelor wyprzedzili Mirka na trasie, przez co ten przegrał po raz pierwszy tego dnia. Następnie Łaguta spokojnie wygrał, a Szombierski, mimo bólu, pokonał na trasie Adamczewskiego i do końca atakował Pavlica. Ostatecznie 4:2 i 33:27. We Wrocławiu również miał miejsce upadek (poszkodowanym był Andersson), przez co mecze znowu toczyły się równolegle – tarnowianie dalej prowadzili, ale już tylko 31:29.

    Na początek czwartej serii jadący z taktycznej starszy z braci Pawlickich wjechał w taśmę. W powtórce Nermark, mimo fatalnego startu, już na koniec pierwszego okrążenia znajdował się na czele, a drugi był Zengota, który jednak nie utrzymał tej pozycji do końca, ponieważ wyprzedził go jadący za Przemka Piotr Pawlicki. W kolejnym biegu Piotr wziął przykład ze swojego brata i również wjechał w taśmę, jednak tym razem było to bardziej bolesne w skutkach – nie można było zrobić zmiany, a do tego ze strony Włókniarza jechał Bubel, który w rezultacie dostał darmowy punkt. Ostatecznie jednak ten bieg nie potoczył się źle dla Unii, ponieważ Łaguta zbyt ostro zaatakował Przemka, przewrócił go i został wykluczony – w trzecim podejściu Pawlicki spokojnie pokonał Bubla i skończyło się 3:2.

    O ile do tego momentu prawie wszystko szło dobrze, o tyle bieg 13 przyniósł najgorszy możliwy rezultat – Szombierski i Jabłoński nie poradzili sobie z Pavlicem i Balińskim, przez co przed ostatnim biegiem wynik brzmiał 40:37 dla Włókniarza. W międzyczasie we Wrocławiu wynik był bardzo podobny – 41:37, tyle że dla gości.

    Dłuższa przerwa po taśmach i upadku Pawlickiego spowodowała także, że znowu mecz z Częstochowy „rozjechał się” z meczem z Wrocławia i w konsekwencji kiedy zawodnicy Włókniarza i Unii wyjechali do biegu 14, spiker ogłosił końcowy wynik z Olimpijskiego – Unia wygrała 47:43, więc już wtedy było wiadomo, że częstochowianie do bezpośredniego utrzymania potrzebują remisu w meczu – żeby go sobie zapewnić, trzeba było wygrać przynajmniej 4:2.
    Pod taśmą Zengota, Piotr Pawlicki, Szombierski i Baliński. Ze startu znakomicie wyszedł Zengota, jednak Szombierski został z tyłu. To mu jednak nie przeszkodziło – najpierw pokonał Pawlickiego, a następnie pięknym za nadobne odpłacił się Balińskiemu, w efektowny, lecz czysty sposób przechodząc na drugie miejsce. W taki stylowy sposób Szumina zapewnił bezpośrednie utrzymanie Włókniarzowi – najdziwniejsze jest to, że miał on za sobą bardzo słaby sezon, a swój chyba najlepszy mecz pojechał, walcząc z wielkim bólem po upadku.

    Do rozegrania pozostał jeszcze ostatni bieg – dla częstochowian bez znaczenia, dla leszczynian o bardzo dużej wadze. Jak pisałem na początku, bonus dawał Unii bardzo dużą przewagę nad torunianami – jeżeli by go wywalczyli, to Unibax musiałby zdobyć aż 58 punktów, co było praktycznie nierealne, a przy jego braku torunianom do wyrzucenia Unii z play-offów wystarczyłoby po prostu zwycięstwo. Przed biegiem było 45:38, więc starszy Pawlicki oraz Pavlic musieli zdobyć trzy punkty przeciwko Nermarkowi i Łagucie. Częstochowianie nie zamierzali jednak kalkulować – pomimo tego, że Pawlicki najlepiej wystartował, szwedzko-rosyjska para już po pierwszym okrążeniu była na prowadzeniu i ostatecznie spokojnie dowiozła podwójne zwycięstwo. 50:39 i bonus pozostał w Częstochowie, a Unia musiała czekać na wynik meczu w Toruniu.

    Ten mecz nie ułożył się jednak po myśli leszczynian – Unibax wygrał 50:40, więc to właśnie torunianie zameldowali się w fazie play-off. Sezon ostatecznie skończyli oni z brązowym medalem, po porażce z tarnowianami (mecz ze słynną inbą ze spóźnieniem Hancocka i odwołanym później walkowerem) oraz kontrowersyjnym ataku Sullivana na Jonssona na ostatniej prostej dwumeczu o trzecie miejsce z Falubazem. Całe play-offy z tamtego sezonu zasługują na osobny tekst, a że nie chcę się rozpisywać, to tutaj to zakończę.

    Jeszcze oczywiście wrzucam link do całego meczu – na pewno jeden z najlepszych meczów w historii Ekstraligi, więc polecam XD

    https://www.youtube.com/watch?v=GUhVsBZ-ExA

    #zuzel
    pokaż całość

    •  

      @Erkow Pamiętam ten atak Balińskiego. Mam szacun do niego za przywiązanie do barw klubowych, ale jeździł często jak bandyta. Nie pamiętam w którym sezonie (chyba 2014) w meczu Leszno-Wrocław po prostu kopnął na prostej Jędrzejaka, który był szybszy. Nie mogę teraz znaleźć, ale był na YT filmik z tej akcji nagrywany z sektora gości na Smoku więc widać było tą sytuację "na wprost".
      A ten 2012 to mój pierwszy w pełni obejrzany" na żywo" sezon. Pamiętam zremisowany mecz z Lesznem gdzie Malitowski miał dwa defekty na prowadzeniu...
      pokaż całość

      +: Erkow
  •  

    Historia jednego meczu – Wybrzeże Gdańsk vs Unibax Toruń, 13.04.2014

    Po pamiętnym walkowerze w finale sezonu 2013, Unibax został ukarany między innymi ośmioma ujemnymi punktami na start następnego sezonu. To jednak nie powstrzymało mistrzowskich zapędów torunian – większość klubów w takiej sytuacji odpuściłoby sezon i skupiło się na utrzymaniu w lidze, jednak właściciel zespołu w osobie Romana Karkosika chciał zagrać na nosie Ekstralidze i wygrać ligę nawet pomimo nałożonej kary. Nie bez znaczenia było to, że Karkosik już wcześniej zapowiedział odejście po sezonie 2014 i chciał to zrobić z przytupem. W tym celu wyłożył potężne pieniądze na budowę drużyny i zostawił w drużynie czterech bardzo mocnych seniorów – Warda, Holdera, Golloba i Miedzińskiego oraz objawienie sezonu 2013 – Przedpełskiego, a do nich dołożył gościa, który rok wcześniej na torze w Toruniu zakończył sezon, czyli oczywiście Sajfutdinowa. Oczywiście Emil stał się w Częstochowie wrogiem publicznym numer jeden, ale teraz większość kibiców już chyba rozumie, że z Włókniarza nie dostał należnych mu pieniędzy i potrzebował odbudować finanse – a Toruń był do tego idealny. Formację juniorską, w związku z odejściem braci Pulczyńskich, wzmocnił za to Oskar Fajfer, który rok wcześniej był pewnym punktem Startu Gniezno.

    W ten sposób powstał skład złożony z pięciu seniorów, z których wszyscy spokojnie mogli robić dwucyfrowe wyniki (oczywiście na papierze) oraz świetnej pary juniorskiej (chyba tylko Leszno z Pawlickim i Musielakiem mogło się równać z torunianami). W normalnych okolicznościach byłby to murowany kandydat do mistrzostwa – tutaj pozostawała ciężka walka o play-offy.

    Za to Wybrzeże po sezonie 2012 zakończonym spadkiem z Ekstraligi przeżywało poważne problemy – nie znam dokładnie ich genezy, więc nie będę się wypowiadał na ten temat, ale nawet była groźba nieotrzymania licencji na 2013. Ostatecznie gdańszczanie tę licencję dostali, a następnie wygrali ligę, dzięki czemu wrócili do Ekstraligi. Z pieniędzmi było jednak bardzo źle – tym razem Wybrzeże faktycznie nie otrzymało licencji, ale odwołanie przyniosło skutek i tym samym gdańszczanie wystąpili w sezonie 2014. Skład pozostawiał jednak bardzo dużo do życzenia – zła sytuacja finansowa spowodowała, że jedynymi nowo zakontraktowanymi żużlowcami byli Leon Madsen i Fredrik Lindgren – dzisiaj byśmy powiedzieli, że są to bardzo mocne transfery, jednak wtedy to byli zawodnicy na średnią około 1,8. Poza nimi w drużynie zostali zawodnicy jadący rok wcześniej na zapleczu – Jonasson, Gafurow, Mroczka, Szymko oraz juniorzy. W porównaniu do innych zespołów Wybrzeże miało tylko jeden atut – formację juniorską, w której prym wiódł Pieszczek, który w 2013 wykręcił znakomitą średnią 2,037. Liderzy – Madsen, Lindgren i Jonasson nikogo nie powalali na kolana, Mroczka też niewielu przekonywał, natomiast Szymko jeździł tylko dlatego, że nie zakontraktowano innego Polaka – absolutnie nic do niego nie mam, ale patrząc na jego umiejętności pewnie miałby problem z punktowaniem w drugiej lidze, a co dopiero w Ekstralidze. Mocnym punktem był na pewno Pieszczek, a liczono też na to, że namiesza drugi z juniorów – Kossakowski, ale skład i tak wyglądał bardzo słabo.

    Te dwie drużyny spotkały się ze sobą na inaugurację sezonu 2014. Mimo że mecz odbywał się w Gdańsku, to wszyscy spodziewali się spokojnego zwycięstwa torunian – nawet pomimo tego, że musieli oni radzić sobie bez kontuzjowanego Warda, którego zastąpił Kułakow. Pierwszy bieg i od razu mocne uderzenie torunian - rosyjska para Sajfutdinow-Kułakow spokojnie pokonuje Mroczkę i Szymkę. Później swoje zrobił Pieszczek, pokonując Przedpełskiego i Fajfera, natomiast bieg 3 przyniósł sensacyjne podwójne zwycięstwo pary Madsen-Gafurow nad Holderem i Miedzińskim. Kolejny bieg skończył się wynikiem 2:4, więc po pierwszej serii było 11:13.

    O ile po pierwszej serii startów gdańszczanie mogli być zadowoleni, bo wciąż trzymali kontakt, o tyle po dwóch następnych biegach entuzjazm opadł – Unibax dwa razy przywiózł 5:1. Po chwili jednak Mroczka z Pieszczkiem odpowiedzieli tym samym i było 18:24. W biegu 8 pojechała dokładnie ta sama para (Mroczka z rezerwy za słabego Jonassona) i znowu wygrała, tym razem 4:2. Pieszczek dojechał pierwszy przed Sajfutdinowem i tym samym po czterech startach miał fenomenalne 11 punktów – głównie dzięki niemu Wybrzeże pozostawało w grze. Kolejne biegi to 3:3 i 2:4 – po trzeciej serii 27:33.

    Na początek kolejnej serii przypadł kolejny start Pieszczka – tym razem jednak upadł na pierwszym łuku. Jonasson poradził sobie z Holderem, ale nie mógł dogonić Fajfera, który także jechał w tym meczu bardzo dobrze, mając 9 punktów po czterech startach. Kolejny bieg przyniósł wydarzenie, które miało chyba decydujący wpływ na wynik meczu – jadący na pierwszym miejscu Sajfutdinow wpadł w koleinę, nie opanował motocykla i mocno uderzył o tor, przez co wypadł mu bark i nie mógł kontynuować zawodów. W powtórce Przedpełski poradził sobie z Gafurowem, ale wypadnięcie Emila, który z siedmioma punktami i bonusem był najlepszym seniorem torunian nie mogło pozostać bez wpływu na ostateczny wynik. Reszta seniorów (poza Kułakowem) zawodziła i pokazał to także bieg 13, w którym Madsen i Mroczka podwójnie pokonali Miedzińskiego i Golloba. W związku z tym przed biegami nominowanymi było 37:41 – i gdańszczanie wcale nie stali na straconej pozycji, biorąc pod uwagę jazdę toruńskich seniorów.

    Unibax, co było oczywiste, w biegu 14 postawił na dwóch juniorów. Nie dało to jednak nic, ponieważ Gafurow i Pieszczek obronili się przed atakami Przedpełskiego i wygrali podwójnie, doprowadzając tym samym do remisu. O wszystkim decydował więc ostatni bieg.

    Pod taśmą ze strony Wybrzeża mocni w tamtym dniu Madsen i Mroczka, natomiast Unibax reprezentowali mocno przeciętni Holder i Miedziński. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, przed tym biegiem faworytem byli gdańszczanie. I to właśnie oni wyszli lepiej ze startu, jednak po chwili Miedziński mocno wywiózł Mroczkę, co wykorzystał też Holder. Australijczyk potem przez chwilę atakował Madsena, jednak Duńczyk dość szybko odjechał na bezpieczną odległość, a do torunian zaczął zbliżać się Mroczka. Na ostatnim okrążeniu Miedziński niezbyt płynnie wyszedł z łuku, wykorzystał to Mroczka i w ten sposób jedna z największych sensacji w historii Ekstraligi stała się faktem.

    Gdańszczanie opierali się na trzech liderach: Madsenie (12), Mroczce (10+1 w 6) i Pieszczku (13+1 w 6). Swoje także dołożył Gafurow (7+1). Nie przeszkodziła nawet bardzo słaba postawa Jonassona, który zdobył zaledwie dwa punkty. Jeżeli chodzi o Unibax, to mocno zawiedli seniorzy – 7 punktów miał na swoim koncie Holder, 6 Miedziński, a zaledwie 4 Gollob. Mimo że pozostali pojechali na miarę oczekiwań (Fajfer z dziewięcioma punktami nawet powyżej), to nie zrekompensowali oni braku Warda oraz Sajfutdinowa w dwóch ostatnich biegach i słabszej postawy wyżej wymienionej trójki.

    Cały mecz można zobaczyć tutaj:
    https://www.youtube.com/watch?v=1jZRv2U5nxE

    Co było dalej? Wybrzeże zostało sprowadzone na ziemię już w Tarnowie, gdzie zdobyli zaledwie 27 punktów. Później do końca rundy gdańszczanie wygrali zaledwie jeden mecz (45:44 ze Spartą), a w aż połowie spotkań nie dobili do granicy 30 punktów – w dużej mierze było to spowodowane tym, że po prostu nie było pieniędzy i w konsekwencji na koniec sezonu w meczach nie jechali obcokrajowcy (poza Gafurowem, który w Gdańsku jeździł od 2008 i był bardzo związany z klubem). Wybrzeże zakończyło sezon z zaledwie czterema punktami i spadło do pierwszej ligi – tam jednak nie pojechali, ponieważ nie otrzymali licencji. Po wielu zawirowaniach z kwestiami licencyjnymi udało się zgłosić nowy zespół do najniższej klasy rozgrywkowej, którą z miejsca gdańszczanie wygrali.

    A Unibax? Po porażce w Gdańsku zmiażdżyli przeciętny zespół z Wrocławia, ale już tydzień później przegrali w Zielonej Górze różnicą aż szesnastu punktów. Już wtedy było jasne, że o fazę play-off będzie niezwykle ciężko. Potem do końca sezonu przegrali jeszcze trzy mecze, a wygrali osiem, co dało im piąte miejsce ze stratą czterech punktów do czwartej Unii Leszno. Co ciekawe, gdyby nie odjęte punkty, to oczywiście awansowaliby do play-off, ale zaledwie z trzeciego miejsca. Duży wpływ na przeciętne występy Unibaksu miały kontuzje – jednak nie z 2014 (chociaż też było ich dość dużo), lecz z 2013. Najbardziej reprezentatywnym przykładem jest Gollob, który po upadku na GP w Sztokholmie kompletnie stracił umiejętność jazdy po innych torach niż domowy – od 2014 w Toruniu robił dobre punkty, a na wyjazdach wyglądał dramatycznie. To zresztą zostało mu do końca kariery, nawet jak przeszedł do Grudziądza. Holder i Sajfutdinow stracili za to błysk, jaki mieli przed wypadkami – Emil jeszcze jeździł dość dobrze, wciąż należał do ścisłej światowej czołówki, ale Chris się nie podniósł właściwie do dzisiaj. Na dodatek za bycie pod wpływem zawieszony został Ward, ale stało się to już pod koniec sezonu i opuścił on tylko jeden mecz – rewanż z Wybrzeżem.

    I przy nim się zatrzymam, bo to też jeden z najciekawszych meczów w ostatnich latach, ale tym razem nie z powodu sensacyjnego rozstrzygnięcia, lecz bardzo ciekawego wyniku – Unibax wygrał 74:16, co do dzisiaj jest najwyższym zwycięstwem w historii Ekstraligi. Gdańszczanie przyjechali na mecz z Gafurowem, Mroczką, braćmi Szymko oraz trzema juniorami, co musiało się skończyć źle. Na dodatek sytuacja finansowa była tak beznadziejna, że zabrakło nawet Pieszczka. Co prawda pierwszy bieg nie zapowiadał, że będzie aż tak dramatycznie, ponieważ zakończył się on wynikiem 4:2, jednak kolejne czternaście biegów to było czternaście podwójnych zwycięstw torunian. Jedyne nadprogramowe punkty zdobył Mroczka, który pokonał wracającego do żużla po dwuletniej przerwie Karola Ząbika. Sam Ząbik, co zrozumiałe, wyglądał zdecydowanie najsłabiej z zawodników Unibaksu, ale i tak zdobył 11 punktów z dwoma bonusami. Mało komfortowa sytuacja zarówno dla Wybrzeża, jak i dla Unibaksu (z czegoś trzeba zapłacić za punktówkę), ale przynajmniej wyciągnięto z tego lekcję – jak klub nie ma pieniędzy, to już nie atakuje za wszelką cenę Ekstraligi, co widać na przykładzie klubów z Łodzi, Ostrowa czy Gniezna.

    #zuzel
    pokaż całość

    +: nabalama, c.......i +1 inny
  •  

    Włókniarz Częstochowa – sezon 2013

    Od razu ostrzegam, że może być tl:dr XD

    Już jutro startuje Ekstraliga, więc postanowiłem, że napiszę tekst o chyba najlepszym i najbardziej kontrowersyjnym sezonie w najnowszej historii polskiego żużla – 2013. Jak widać po tytule, jestem fanem Włókniarza, więc opowiem o tym sezonie z perspektywy właśnie tego klubu. Dlaczego ten sezon był tak ekscytujący? Głównie dlatego, że na papierze o mistrzostwo miały walczyć trzy drużyny o dość porównywalnej sile – Unibax Toruń, Falubaz Zielona Góra i właśnie Włókniarz, kolejne pięć ekip mających miało dość porównywalne składy, a teoretycznie wyraźnie odstawały tylko dwie drużyny, czyli Start Gniezno i Sparta Wrocław. A w związku z tym, że po zaledwie dwóch latach (XD) postanowiono zrezygnować z dziesięciozespołowej Ekstraligi i zmniejszyć liczbę drużyn do ośmiu, spadały aż trzy kluby. To powodowało, że każda kontuzja mogła przewrócić tabelę do góry nogami, zwłaszcza przy obowiązującym przepisie o KSM. Do tego doszły afery pozatorowe – co prawda dużo działo się już wcześniej, ponieważ w 2011 Sparta oddała walkowerem półfinał z Unibaksem, a rok później sędzia Lis źle policzył KSM i błędnie ogłosił walkowera dla torunian w starciu z Unią Tarnów, jednak kontrowersje z sezonu 2013 zdecydowanie przebiły te wspomniane przeze mnie.

    Przechodząc do Włókniarza, to po rozczarowującym, ale ostatecznie zakończonym w udany sposób (czyli utrzymaniem w lidze) sezonie 2012, na 2013 zbudowano bardzo mocny skład. Firma KJG Company, która już od kilku lat sponsorowała klub, teraz wpompowała jeszcze większe pieniądze, co w połączeniu z wsparciem innych sponsorów dało piorunujące efekty, przynajmniej na papierze.

    Zrezygnowano z rozczarowujących Bjerre, Zengoty i najpiękniejszego żużlowca na świecie, czyli oczywiście Chrisa Harrisa, a dodatkowo zaskakująco odszedł Nermark, który był drugim najlepszym zawodnikiem częstochowian, a do tego był bardzo lubiany przez kibiców. Mało kto jednak płakał po tych zawodnikach (może poza Nermarkiem, z powodów sentymentalnych), ponieważ na ich miejsce wskoczyli naprawdę porządni zastępcy. Przede wszystkim mowa tu o Emilu Sajfutdinowie, który po siedmiu latach w Bydgoszczy postanowił zmienić otoczenie. Ówczesny piąty zawodnik świata wraz z Griszą Łagutą miał za zadanie stworzyć jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą parę Ekstraligi. Oprócz nich zakontraktowani zostali dwaj zawodnicy z różnych epok – pierwszym z nich był bardzo dobrze znany w Częstochowie 40-letni Rune Holta, za to drugim – mistrz świata juniorów z 2012 roku, czyli Michael Jepsen Jensen. Norweg miał za sobą dość słaby sezon spędzony w Zielonej Górze, jednak liczono na wykorzystanie przez niego znajomości toru. Za to Duńczyk sezon 2012 mógł uznać za naprawdę udany, ponieważ był bardzo pewnym punktem w wicemistrzowskiej ekipie z Gorzowa, notując średnią 1,879 w wieku zaledwie 20 lat.

    Poza tymi zawodnikami nie planowano więcej wzmocnień, jednak KSM spowodował zmianę tych planów. Nie chodziło jednak o KSM zespołu częstochowskiego, lecz zielonogórskiego – Falubaz musiał się pozbyć jednego z zawodników, żeby się zmieścić w limicie. Padło na Adama Strzelca, który wtedy jeszcze nie był znany jako „król drugiego łuku w Gorzowie”, lecz uznawano go za naprawdę solidnego juniora. I to właśnie jego „przygarnął” Włókniarz.

    W zespole za to pozostali: Szombierski, który po słabym poprzednim sezonie legitymował się najniższym możliwym KSM-em – 2,50, szykowany na rezerwowego Jabłoński, robiący stałe postępy Czaja oraz dwaj pozostali wychowankowie – Łęgowik i Malczewski. Taki skład spowodował, że, jak już pisałem, przed sezonem zapowiadano walkę o mistrzostwo, a medal uważano za właściwie pewny.

    Pierwszy mecz sezonu nie był jednak zbyt optymistyczny – Włókniarz co prawda wygrał u siebie z Polonią Bydgoszcz, ale w stosunku jedynie 47:42 – po dziewiątym biegu częstochowianie nawet przegrywali sześcioma punktami. Zwycięstwo było zasługą Sajfutdinowa, który w starciu ze swoją byłą drużyną zdobył aż 17 punktów. Nieźle pojechali także Jensen i Łaguta (obaj po 10), jednak reszta dość mocno zawiodła.

    Kolejny mecz jednak zmienił nastroje – z Rzeszowa udało się wywieźć wygraną. Wtedy Stal była uznawana nawet za kandydatów do pierwszej czwórki (rzeczywistość to później zweryfikowała), więc taka wygrana musiała podnieść morale. A później przyszedł mecz, który pokazał całą absurdalność przepisu o minimalnym KSM.

    Do Częstochowy przyjechała Unia Leszno. W normalnych warunkach Włókniarz byłby wyraźnym faworytem, ponieważ leszczynianie mieli w tym czasie przeciętny zespół. Tylko że Sajfutdinow nie mógł pojechać w tym meczu z powodu trudnej sytuacji rodzinnej, natomiast Jensen z powodu poważnego nieporozumienia musiał jechać w półfinale DMŚJ, co praktycznie przekreślało szanse na zwycięstwo. Jedną dziurę zapełnił Jabłoński, natomiast drugą musiał wypełnić zawodnik z wysokim KSM-em, żeby wypełnić minimalny limit. Padło na niejakiego Olega Biesczastnowa, który, jako obcokrajowiec, legitymował się KSM-em wynoszącym 6,50. Ani wcześniej, ani później nie pojechał on w żadnej z polskich lig, ale musiał wystąpić w Ekstralidze z powodu absurdalnego przepisu… To jednak nie koniec – w związku z tym, że wcześniej do składu wpisany został Malczewski, a regulaminowe dwie zmiany zostały „zużyte” na Sajfutdinowa i Jensena, w meczu nie mógł pojechać także Czaja, ponieważ skład z nim nie spełniałby minimalnego limitu… Za niego pojawił się Strzelec mający wyższy KSM od Artura (jakkolwiek głupio to brzmi z obecnej perspektywy). Mecz oczywiście został przegrany w stosunku 40:50 – ciężko było jednak wyciągać z tego jakiekolwiek wnioski.

    Potem przyszła porażka w Toruniu, jednak 40:50 bez Sajfutdinowa było naprawdę dobrym wynikiem. Następne dwa mecze jednak znowu, łagodnie mówiąc, nie napawały optymizmem. Pierwszy z nich, domowy ze Startem Gniezno, został wygrany, ale zaledwie 50:40 z chyba najsłabszą drużyną ligi było wynikiem dość słabym jak na drużynę mającą walczyć o mistrzostwo. Najgorsze przyszło jednak dwa tygodnie później – był to mecz z kolejnym mocnym kandydatem do spadku, czyli wrocławską Spartą. A potężny Włókniarz przegrał 32:58…

    Potem nadeszły rewanże z gnieźnianami i wrocławianami, oba bezproblemowo wygrane, przedzielone przełożonym z pierwszej kolejki meczem z Falubazem. Ostatecznie skończył się on wynikiem 42:48, jednak kibiców zszokował Szombierski, który po słabym początku sezonu nagle wywalczył aż 13 punktów, robiąc między innymi takie biegi:

    https://www.sadistic.pl/akcja-z-meczu-zuzlowego-vt205927.htm

    Kolejny mecz to wymęczone zwycięstwo ze Stalą Gorzów, natomiast następne dwa spotkania to była kwintesencja Włókniarza 2013. W niedzielę częstochowianie pojechali na rewanż do Gorzowa i zdecydowanie zdominowali gospodarzy – co prawda ostateczny wynik brzmiał tylko 43:47, ale gorzowianie zmniejszyli straty dopiero w dwóch ostatnich biegach wygranych po 5:1. Nazajutrz za to Włókniarz udał się do Tarnowa, by tam… przegrać osiemnastoma punktami. Tarnów w tamtym sezonie był bardzo ciężkim terenem, a Unia jeździła zaskakująco dobrze, jednak porażka w takich rozmiarach była jednak trochę kompromitująca.

    Od tego momentu jednak maszyna ruszyła – 54:36 z Unibaksem (co prawda bez kontuzjowanego Holdera, ale to dalej była bardzo mocna drużyna), imponujące 51:39 w Lesznie, 57:33 ze Stalą Rzeszów, 49:41 w Bydgoszczy i 54:36 z Unią Tarnów dały pewne przynajmniej drugie miejsce po fazie zasadniczej. Do przejechania pozostał jeszcze mecz w Zielonej Górze. Do zajęcia pierwszego miejsca wystarczało sześciopunktowe zwycięstwo – i jakby Włókniarz pojechał ten mecz na poważnie, to mogłoby się udać, ponieważ pomimo braku rezerw taktycznych i słabego meczu Sajfutdinowa mecz się skończył wynikiem zaledwie 41:37 dla Falubazu (przerwany po 13 biegach). Patrząc logicznie, nie było jednak potrzeby wygrywania – zwycięzca rundy zasadniczej trafiał na niesamowicie mocnych u siebie tarnowian, a zdobywca drugiego miejsca – na porozbijanych torunian, którzy już do końca sezonu musieli radzić sobie bez aktualnego mistrza świata – Holdera.

    Nadszedł czas półfinałów. Falubaz przegrał z Unią, ale tylko 43:47, co stawiało ich w bardzo korzystnej sytuacji przed rewanżem. Natomiast w Toruniu zaczęło się od szoku – Łaguta ostro pojechał z Miedzińskim, przez co ten na kolejnym łuku popełnił błąd i dał się wyprzedzić Szombierskiemu. 1:5. Bieg juniorski i kolejny szok – Strzelec i Czaja fenomenalnie startują i wiozą kolejne pięć punktów. Wtedy jednak Przedpełski przewraca Czaję, a sędzia wyklucza… częstochowianina. Kuriozalna decyzja, która miała ogromny wpływ na przebieg meczu, ponieważ w powtórce Przedpełski i Pulczyński spokojnie pokonali Strzelca i zamiast 2:10 lub 3:9 było 6:6. Następnie Holta i Jensen przywożą 4:2, ale za to Sajfutdinow daje się podwójnie pokonać Gollobowi i Przedpełskiemu. Po pierwszej serii 13:11 dla torunian.

    Kolejna seria ułożyła się wręcz fatalnie – biegi 5 i 6 skończyły się wynikami 4:2 dla Unibaksu, natomiast w biegu siódmym miała miejsce sytuacja, która ustawiła cały dwumecz. Start wygrał Sajfutdinow, którego na drugim wirażu zaatakował Miedziński, po czym bardzo agresywnie dojechał do płotu, nie zostawiając Rosjaninowi wiele miejsca. Ten po chwili upadł, a do tego przejechał po nim jadący bardzo blisko prowadzącej dwójki Brzozowski. Emil w tym zdarzeniu złamał rękę i zakończył sezon – w konsekwencji stracił możliwość zdobycia tytułu mistrza świata, na który miał bardzo duże szanse.
    Do dzisiaj spotykam dyskusje, kto w tej sytuacji zawinił. W tamtym momencie, jako częstochowianin, w dodatku będący typowym gimbusem, oczywiście jechałem po Miedzińskim. Natomiast teraz jest to dla mnie sytuacja 50/50 – Adrian pojechał zdecydowanie zbyt mocno do płotu, nie zostawiając miejsca, natomiast Emil, widząc taką sytuację, mógł odpuścić. Jeżeli już musiałbym kogoś wykluczyć, to wykluczyłbym Miedzińskiego – sędzia był jednak odmiennego zdania. Pewnie już każdy widział ten upadek, ale jakby jednak ktoś się z tym nie spotkał, to poniżej daję link do filmu:

    https://www.youtube.com/watch?v=icNH-2Rr8pI

    W powtórce Czaja długo jechał przed Miedzińskim, ale ostatecznie z nim przegrał. Kolejne 4:2 i na koniec serii 25:17.
    Kolejne dwa biegi: 4:2 i 5:1 dla torunian. Sytuacja zaczęła się robić dramatyczna – było już 34:20, a na dodatek wyłączony był Sajfutdinow. Wtedy jednak Czaja z Łagutą podwójnie pokonali Warda i Sullivana i dali nadzieję, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Po trzeciej serii wynik to 35:25.

    W jedenastym biegu po raz trzeci razem pojechali Gollob i Przedpełski i po raz trzeci przywieźli pięć punktów. Potem jednak wynikiem 4:2 odpowiedzieli Łaguta z Czają, a w biegu 13 w końcu obudzili się Holta i Jensen – do tej pory obaj mieli po cztery punkty, a teraz podwójnie pokonali Miedzińskiego i Sullivana. Było beznadziejnie, jest nieźle – 43:35.

    Biegi nominowane nie przyniosły żadnych zmian – oba zakończyły się wynikami 3:3, więc końcowy wynik brzmiał 49:41. Częstochowianie przyjęli to z dużym zadowoleniem – 41 punktów bez lidera, w dodatku przy dyskusyjnych decyzjach sędziego, było naprawdę dobrym wynikiem. Liderami Włókniarza w tym meczu byli: Łaguta (13+2) oraz Jensen (11, z czego 7 w trzech ostatnich biegach), a bardzo istotne punkty dołożył Czaja – gdyby nie niesłuszne wykluczenie z biegu juniorskiego, prawdopodobnie miałby ich 9, a ostatecznie skończyło się na sześciu.

    Wśród torunian fenomenalne występy zaliczyli: Gollob, który zdobył komplet punktów, oraz Przedpełski, który przegrał tylko z Łagutą – a pamiętajmy, że miał dopiero 20 lat. Zupełnie zawiódł Sullivan, który został ściągnięty z emerytury po kontuzji Holdera – wywalczył tylko punkt. Co ciekawe, Ryan wcale nie musiał jechać w tym meczu, ponieważ można było zastosować zastępstwo zawodnika. Prawdopodobnie zasugerowano się spotkaniem torunian z Unią Leszno, gdzie Sullivan zdobył aż dziewięć oczek, jednak wystawienie go na mecz z częstochowianami okazało się kompletnie nietrafioną decyzją. Na szczęście dla Włókniarza, bo z ZZ-ką z częstochowian nie byłoby czego zbierać.

    Kierownictwo Unibaksu wyciągnęło wnioski i na rewanż torunianie pojechali już w szóstkę, z zastępstwem zawodnika za Holdera. Włókniarz odpowiedział tym samym za Sajfutdinowa. Atmosfera była bardzo gorąca – nie dość, że torunianie już wtedy byli wielkimi rywalami częstochowian, to jeszcze kontrowersyjne decyzje w pierwszym meczu jeszcze bardziej zwiększyły napięcie. Na trybunach zasiadło około 20 tysięcy kibiców, co było zdecydowanie największą frekwencją odnotowaną w Częstochowie od czasu wybudowania krzesełek zamiast drewnianych ław. Nic jednak dziwnego – był to pierwszy półfinał Włókniarza od czterech lat, w dodatku z dużymi szansami na awans do finału, a balon był napompowany do granic możliwości. Kibice, zresztą nie tylko z Częstochowy i Torunia, liczyli na potężne widowisko. I nie zawiedli się.

    Zaczęło się dobrze – Jensen na trasie pokonał Miedzińskiego, a Czaja nie bez problemów, ale ostatecznie wygrał z Przedpełskim. Łaguta i Strzelec dojechali jako trzeci i było 8:4. W trzecim biegu ze strony gości wystąpili Ward i Gollob (jako ZZ), a u gospodarzy – Holta i Szombierski. Torunianie wyszli ze startu na 5:1 i spokojnie trzymali za sobą Holtę, jednak na drugim okrążeniu upadł czwarty Szombierski, który następnie został na torze i zmusił sędziego do przerwania biegu. Chwilę po przerwaniu biegu wstał i zaczął w swoim stylu machać do kibiców i ich pozdrawiać. Efekt? Czerwona kartka i wykluczenie do końca zawodów.

    Wtedy uznawano to za kolejny przejaw spisku przeciwko Włókniarzowi, o czym świadczyły komentarze zarówno na stadionie, jak i po meczu, jednak z perspektywy czasu uważam, że ciężko było o inną decyzję – upadek typowo taktyczny, w dodatku zachowanie po nim nie mogło pozostać bez wpływu na ostateczny werdykt. Szumina zachował się po prostu jak debil, nie ma się co oszukiwać.

    Na domiar złego ten upadek zupełnie nic nie dał – Ward i Gollob znowu wystartowali dużo lepiej od Holty i mimo że Norweg tym razem był dość blisko torunian, nie udało mu się wyprzedzić żadnego z nich. W kolejnym starcie jednak mieliśmy spore zaskoczenie – z pierwszego pola fenomenalnie wystartował Czaja i bez żadnych problemów pokonał Golloba. Mistrza świata z 2010 atakował jeszcze Łaguta, ale bezskutecznie. Po pierwszej serii było więc 13:11.

    W biegu piątym Holta spokojnie pokonał Miedzińskiego i Przedpełskiego, ale już chwilę później torunianie wyprowadzili mocny cios – Ward i Miedziński pokonali podwójnie Łagutę i Strzelca. Tym samym Grisza zanotował fatalny początek meczu (jak na swoje umiejętności), ponieważ po trzech startach miał na swoim koncie zaledwie trzy punkty. Na szczęście to, co stracił Rosjanin, odrobili Jensen i Holta, pokonując podwójnie parę, która w Toruniu nie znalazła pogromcy – Golloba i Przedpełskiego. W rezultacie utrzymywała się dwupunktowa przewaga częstochowian – 22:20.

    W biegu ósmym obudził się Łaguta, za to po dwóch wygranych zero przywiózł Czaja. Junior pojechał także w kolejnym biegu, gdzie znowu popisał się fenomenalnym startem, jednak nie zdołał powstrzymać niesamowicie szybkiego tego dnia Warda. Jensen dojechał trzeci i mieliśmy kolejne 3:3. Bieg 10 przyniósł walkę Holty i Golloba, z której zwycięsko wyszedł Polak i w konsekwencji po trzech seriach startów mieliśmy remis 30:30.

    W następnym biegu pojechała bardzo mocna para Włókniarza – Jensen i Łaguta, jednak nie byli oni w stanie zatrzymać Warda – 3:3. Start do biegu 12 wygrał jadący z pierwszego pola Strzelec, a napędzającego się Holtę ostro zablokował Miedziński, przez co Norweg spadł na ostatnie miejsce. W połowie wyścigu Holta postanowił wejść pomiędzy Miedzińskiego a Przedpełskiego – manewr udał się połowicznie, ponieważ wyprzedził juniora, ale Adrian wciąż był drugi. Rune do końca próbował ataków, jednak ostatecznie się nie udało. Tymczasem nieatakowany Strzelec spokojnie dojechał do mety, zyskując sensacyjne trzy punkty. W biegu 13 nastąpiło jednak wyrównanie, ponieważ Jensen nie mógł wyprzedzić niesamowitego Warda (choć był blisko) i dojechał drugi. Przed biegami nominowanymi było 39:39. Do awansu Włókniarz potrzebował 49 punktów, więc sytuacja była prosta – trzeba było wygrać oba biegi podwójnie.

    W biegu 14 pod taśmą ustawili się: Czaja (oczywiście z pierwszego pola), Łaguta, Miedziński oraz Przedpełski. Zgodnie z przewidywaniami Czaja wygrał start i spokojnie pojechał do przodu, jednak Łaguta został wypchnięty przez Miedzińskiego i spadł na ostatnie miejsce. Po dwóch okrążeniach torunianie postanowili ustawić się w parę, żeby zminimalizować ryzyko ataku Łaguty, który był sporo szybszy od Przedpełskiego. Okazało się to jednak bardzo złą decyzją – gdyby Miedziński pojechał do przodu, prawdopodobnie utrzymałby się na drugim miejscu dającym torunianom awans do finału, a tymczasem stało się to:

    https://www.youtube.com/watch?v=wWy1Po3faEM

    Łaguta właściwie skopiował manewr Joe Screena z 1995 roku i niesamowitym atakiem wcisnął się pomiędzy Miedzińskiego a Przedpełskiego, wychodząc na drugie miejsce i dając częstochowianom podwójne zwycięstwo trzymające ich w grze o finał. Pozostał jedynie ostatni bieg, w którym pojechali: solidni Jensen i Holta, przeciętny Gollob oraz niepokonany dotychczas Ward.

    Wszyscy wiedzieli, że wygranie tego biegu 5:1 będzie niezwykle ciężkim zadaniem – o ile Gollob był spokojnie do pokonania, o tyle Ward jechał kosmiczny mecz i trudno było przypuszczać, że nagle da się wyprzedzić parze częstochowskiej, zwłaszcza że jechał z pierwszego toru. I to się sprawdziło – Ward znakomicie wystrzelił ze startu i jechał na spokojnym prowadzeniu. Na dodatek zupełnie zaspał Holta, który był ostatni. Na drugim okrążeniu Gollob popełnił błąd, a Holta to wykorzystał, wychodząc na trzecie miejsce. Po kilku sekundach Norweg lekko stracił panowanie nad motocyklem, przez co Gollob uderzył w Holtę, powodując upadek obu zawodników. Wielu częstochowian spodziewało się wykluczenia Holty (wiadomo dlaczego), jednak w powtórce nie pojechał Gollob. Sytuacja nie jest całkowicie jednoznaczna, ale decyzja sędziego przez zdecydowaną większość środowiska została uznana za słuszną.
    Po długim oczekiwaniu spowodowanym oficjalnie wyjazdem karetki ze stadionu (nieoficjalnie chodziło oczywiście o to, żeby mocno oszołomiony Holta doszedł do siebie oraz żeby jego mechanicy doprowadzili do porządku sprzęt) nadszedł czas na powtórkę biegu. Co prawda powinno być łatwiej, w końcu został jeden torunianin, jednak tym jednym był niepokonany dotychczas Ward startujący z pierwszego pola. Australijczyk znowu bardzo dobrze wyszedł ze startu, jednak tym razem w tym elemencie w niczym nie ustąpił mu Jensen. Co więcej, Duńczyk miał lepszy dojazd do łuku i w rezultacie założył Darcy’ego i trochę go spowolnił, co dodatkowo wykorzystał znowu słabo startujący Holta. Szok – częstochowianie wyszli na 5:1 dające im awans do finału. Na dodatek na drugim łuku pierwszego okrążenia Ward wpadł w koleinę i tylko dzięki swoim ogromnym umiejętnościom uratował się przed upadkiem, tracąc jednak bardzo dużo dystansu do pary Włókniarza. Na początku trzeciego okrążenia komentujący ten mecz Tomasz Dryła powiedział, że jeśli nie będzie defektu, to Włókniarz wygra 5:1 i awansuje do finału.

    Wykrakał.

    Na wyjściu z drugiego łuku tego okrążenia motocykl Holty odmówił posłuszeństwa – prawdopodobnie miało to związek z wcześniejszym upadkiem, w którym mocno ucierpiał nie tylko zawodnik, ale także sprzęt. Jensen dowiózł zwycięstwo do mety, jednak nie miało to żadnego znaczenia – mecz skończył się wynikiem 47:42, ale do finału awansował Unibax. Chwilę później zrobiono słynne zdjęcie, na którym Grisza Łaguta pociesza zrozpaczonego Holtę.

    Oba podejścia do ostatniego biegu można zobaczyć tutaj:

    https://www.youtube.com/watch?v=WHU683JlZic

    To jednak nie był koniec, ponieważ po meczu okazało się, że Czaja nie był uprawniony do startu w 14 biegu – junior w biegu nominowanym może pojechać tylko z rezerwy za seniora, a do tych biegów nie mógł być zgłoszony ani Sajfutdinow, ani Szombierski, a Jensen, Holta i Łaguta zostali już zgłoszeni wcześniej. Jarek Dymek pełniący funkcję menedżera Włókniarza wybrnął z tego stosując frazę „Czaja za wolne pole”, jednak ostatecznie nie uchroniło to częstochowian przed utratą trzech punktów z biegu 14 – ostatecznym wynikiem było więc 44:42.

    Jestem też niezwykle ciekawy, jak potoczyłaby się sprawa 14 biegu, gdyby Holcie nie zdefektował motocykl – zgodnie z regulaminem punkty powinny być odjęte, ale, po pierwsze, po odjęciu powstałby straszny gnój i bardzo spadłaby reputacja całej ligi, po drugie, do tej sytuacji doprowadzili panowie Wojaczek i Demski (nawiasem mówiąc, obecnie „wszechwiedzący” i „nieomylny”), a po trzecie, prawdopodobnie potrzebny byłby protest strony toruńskiej (chociaż nie znam procedur) – a wydaje mi się, że kierownictwo Unibaksu nawet nie zauważyło tej sytuacji.

    Na dodatek Włókniarz próbował odwoływać się od czerwonej dla Szombierskiego i wnioskował o powtórzenie meczu, ale to pominę milczeniem. Milczeniem za to nie pominę tego, że błąd sędziego prawdopodobnie doprowadził do przegranej w półfinale. Nie chodzi jednak o sytuację Szombierskiego czy starcie Miedzińskiego z Sajfutdinowem, lecz o wykluczenie Czai z drugiego biegu w Toruniu – gdyby sędzia podjął prawidłową decyzję i wykluczył Przedpełskiego, to zamiast 5:1 dla torunian byłoby prawdopodobnie 5:1 lub 4:2 dla częstochowian. I według moich obliczeń, uwzględniających także rezerwy, mecz skończyłby się wynikiem 47:43 lub 46:44 – taki wynik dawał szansę na awans nawet przy wszystkich wydarzeniach z rewanżu. Oczywiście jest to wróżenie z fusów, ale ten półfinał dalej mnie trochę boli.

    W drugim półfinale Falubaz udowodnił, że Unii nie trzeba się tak bać – po porażce 43:47 w Tarnowie, u siebie zielonogórzanie spokojnie wygrali 53:37 i awansowali do finału. W związku z tym na pierwszy mecz o trzecie miejsce Włókniarz pojechał do Tarnowa.

    Sytuacja była niezbyt korzystna – Sajfutdinow, jak wiadomo, wypadł do końca sezonu, a na dodatek nie mógł pojechać Szombierski pauzujący za czerwoną kartkę. Na domiar złego z powodu KSM-u nie mógł wskoczyć za niego Jabłoński i w związku z tym miejsce pod „dwójką” zajął Łęgowik. Jakby tego było mało, w związku z awarią busa do Mościc na czas nie zdążył Łaguta, co spowodowało, że już od początku trzeba było stosować kombinacje – Czaja pojechał w trzech biegach z rzędu (2, 3 i 4), dzięki czemu łącznie zyskano istotne sześć minut. Po pierwszej serii, jechanej Jensenem, Holtą i trzema juniorami wynik był bardzo wysoki – 17:7. Czas uzyskany poprzez starty Czai oraz równanie toru pozwolił jednak, żeby Łaguta pojawił się na stadionie przed drugą serią startów. Problemem było jednak to, że musiał startować na sprzęcie Czai – swój zostawił w zepsutym busie.

    Grisza pojechał już w piątym biegu, z rezerwy za Łęgowika i wraz z Jensenem przywiózł remis. Po chwili Jensen z Holtą także zremisowali, a następnie Łaguta i Czaja podwójnie pokonali Janowskiego i Hougaarda. Wracamy do gry – 24:18.
    Kolejna seria nic nie zmieniła – 4:2, 2:4 i 3:3, w rezultacie 33:27. Wynik właściwie idealny dla Włókniarza, ponieważ dalej można było stosować rezerwy taktyczne za Łęgowika.

    Taktyczna w biegu 11 jednak nie wypaliła – Jensen i Holta podwójnie przegrali z Kołodziejem i Gomólskim. Kolejne dwa biegi przyniosły jednak dwa zwycięstwa po 4:2, co przed biegami nominowanymi dawało w dalszym ciągu sześciopunktowe prowadzenie tarnowian – 42:36.

    W biegu 14 jechali: Czaja i Grisza Łaguta ze strony częstochowskiej oraz Gomólski i „zmartwychwstały” w Tarnowie Artiom Łaguta (w 2011 i 2012 miał średnią w granicach 1,2; a w 2013 nagle przekroczył 2 punkty na bieg). Artur z Griszą wyszli na 5:1 – Grisza pojechał do przodu, a Czaję atakował Gomólski. Na przeciwległej prostej ostatniego okrążenia gnieźnianina jeżdżącego w Tarnowie podniosło i w rezultacie wsadził on częstochowianina w bandę, powodując upadek obu zawodników. Został oczywiście wykluczony, do tego otrzymał żółtą kartkę, ale nie to jest najdziwniejsze – mimo że sytuacja miała miejsce na przedostatniej prostej, sędzia podjął absurdalną decyzję o powtórce biegu. Artiom, który w momencie przerwania pierwszego podejścia jechał na ostatniej pozycji spacerowym tempem, wykorzystał okazję i tym razem wygrał, więc z pewnego 5:1 dla Włókniarza zrobiło się 3:3. Fani teorii spiskowych znowu mieli pożywkę.

    W ostatnim biegu tarnowianie wygrali 4:2 i ostatecznie mecz skończył się wynikiem 49:41. Jak na to, że Włókniarz jechał właściwie w czwórkę (Łęgowik i Strzelec pojechali odpowiednio jeden i dwa biegi, w obu nie przywożąc punktów), w dodatku biorąc pod uwagę to, że jednego swojego biegu nie pojechał Łaguta, był to bardzo dobry wynik, który pozwalał z dużym optymizmem patrzeć na mecz rewanżowy. Kolejny świetny występ zaliczył Czaja, który znowu zdobył 11 punktów, tym razem w siedmiu startach. Dobrze pojechał również Jensen (13 w 7), a także Łaguta, który startując z biegu, w dodatku na sprzęcie Czai zrobił aż dziewięć punktów z dwoma bonusami. Najlepszym zawodnikiem meczu był jednak Kołodziej (komplet 15 punktów), który miał duże wsparcie w młodszym z braci Łagutów i Janowskim.

    Na mecz rewanżowy ponownie patrzono z dużym optymizmem, ponieważ do składu wrócił Szombierski, który na częstochowskim torze mógł coś przywieźć, a Łaguta miał już do dyspozycji swój sprzęt. Tarnowianie też jednak byli mocniejsi, ponieważ wrócił nieobecny w pierwszym meczu Madsen, ale mimo tego uważano, że Włókniarz powinien wywalczyć ten brąz. Przed meczem wypłynęła jednak informacja, że Czaja jest mocno przeziębiony i nie jest w pełni sił, co mogło niepokoić, biorąc pod uwagę jego dotychczasową dyspozycję.

    Drugi bieg jednak poszedł po myśli Artura – bezproblemowo wygrał, a dodatkowo Strzelec był trzeci. Wynik 4:2 w połączeniu z remisem w pierwszym biegu dawał 7:5. Dwa następne biegi także skończyły się remisami i po pierwszej serii mieliśmy 13:11.

    Kolejny bieg to niespodzianka, ale bardzo miła dla częstochowian niespodzianka – Szombierski wykorzystał pierwsze pole i wygrał. Co prawda Holta nie dał rady nic zdziałać z tragicznego trzeciego pola, ale występ Szuminy był bardzo optymistyczny. W biegu szóstym kontuzji w wyniku kolizji z Griszą Łagutą doznał Artiom Łaguta, który nie wystąpił już do końca zawodów. Niezależnie od tej dwójki upadł także Strzelec. Trzecia powtórka znowu nie przyniosła rezultatu – tym razem przewrócił się sam Strzelec. Dopiero w trzecim podejściu udało się dojechać do końca, a bieg wygrał… właśnie Strzelec przed Griszą i Vaculikiem.

    W następnym biegu jako ZZ na beznadziejnym trzecim polu ustawił się Szombierski. I wygrał, pokonując Kołodzieja. Nigdy nie zrozumiem tego gościa. Po dwóch seriach 25:17 i w tym momencie Włókniarz odrobił straty z Tarnowa i wirtualnie miał medal – w przypadku remisu w dwumeczu to częstochowianie byli w uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ zajęli drugie miejsce po fazie zasadniczej, podczas gdy tarnowianie byli na czwartym.

    Bieg ósmy przyniósł wynik 2:4, a dziewiąty dał podwójne zwycięstwo eksportowej pary Jensen-Holta. W dziesiątym był remis (Szombierski oczywiście przywiózł 0) i Włókniarz powiększył przewagę do 10 punktów – 35:25.

    W tym momencie wydawało się, że Włókniarz tego nie wypuści, nawet przy dużo słabszej postawie Czai (4 punkty). Wtedy jednak wszystko zaczęło się psuć. Bieg 11 został przerwany z powodu nierównego startu, ale to nie to było najważniejsze. Chwilę po przerwaniu biegu na koleinie mocno podbiło Jensena, który w rezultacie upadł na plecy i bardzo mocno się potłukł. W powtórce przywiózł zero, a że Łaguta nie poradził sobie z Madsenem i Janowskim, tarnowianie wyszli na dwupunktowe prowadzenie w dwumeczu. W kolejnym biegu Strzelec nie powtórzył wyczynu z biegu szóstego i nie zdobył punktów, ale Holta uratował remis. Chwilę później porozbijany Jensen ponownie nie przywiózł punktów, a Szombierski był drugi. 2:4 i 41:37. Sprawa się bardzo skomplikowała.

    Jensen ostatecznie nie wziął udziału w biegu 14 – w jego miejsce wskoczył chory Czaja. Niestety nie udało mu się zdobyć punktów, ale za to Szombierski przywiózł trójkę. 44:40 – by zdobyć brąz, trzeba było wygrać podwójnie ostatni bieg.
    Unia wystawiła Janowskiego i Kołodzieja, a Włókniarz – Łagutę i Holtę. Ze startu ułożyło się idealnie – para częstochowska wyszła na 5:1. Nadzieja jednak zgasła bardzo szybko, ponieważ już na przeciwległej prostej pierwszego okrążenia Kołodziej wyprzedził Holtę i odjechał mu na bezpieczną odległość, zapewniając Unii brązowy medal.

    W taki sposób dobiegł końca dobry, ale ekstremalnie pechowy dla Włókniarza sezon. Wystarczy popatrzeć: dziwne wykluczenie Czai w Toruniu, kontuzja Sajfutdinowa, defekt Holty na 400 metrów przed metą (mimo że teoretycznie nie miało to znaczenia), Łaguta bez jednego biegu i bez swojego sprzętu, okradzenie z podwójnego zwycięstwa w przedostatnim biegu w Tarnowie, choroba Czai i kontuzja Jensena. To wszystko w czterech ostatnich meczach. Oczywiście rywale też mieli trochę pecha i popełnili błędy – Sullivan zamiast ZZ, brak Madsena w pierwszym meczu o trzecie miejsce czy kontuzja Artioma Łaguty, ale jednak pech Włókniarza to zdecydowanie przebił.

    Warto przy okazji wspomnieć, że po sezonie prezes głównego sponsora Włókniarza, czyli firmy KJG Company, nieżyjący już pan Sukiennik, został aresztowany ze względu na oszustwa podatkowe – mówiło się o nawet 250 milionach złotych. Zresztą jakby się przyjrzeć działalności tej firmy, to nietrudno było się domyślić, że coś jest nie tak – jako firma paliwowa KJG Company dysponowała całymi dwiema stacjami benzynowymi XD W tamtym czasie jednak nikt o tym nie myślał, ponieważ wszyscy byli zaślepieni wizją wielkiego Włókniarza.

    Ta wizja upadła jednak już niecały rok po tym, jak się pojawiła, bo nie dość, że sponsor został aresztowany, to jeszcze wyszły na jaw informacje o potężnych długach wobec wszystkich zawodników – wiadomo, że np. Sajfutdinowowi Włókniarz zalegał ponad milion złotych. Później było jeszcze gorzej, ponieważ długi wobec Rosjanina postanowiono zmniejszyć karami między innymi za nieobecność w meczach z Lesznem i Toruniem, podczas gdy umierał mu ojciec… To było tak żałosne, że nie wiem, jak to skomentować. Cały cyrk z Włókniarzem po 2013 to jednak temat na inny tekst.

    Szybko wymienię też jeszcze, co wydarzyło się poza Włókniarzem – miałem przygotowany krótki opis do każdej sytuacji, ale i tak ten wpis już jest za długi, więc tylko je wymienię XD
    - pierwszy, sensacyjny tytuł mistrza świata wywalczył Woffinden
    - Polacy zdobyli DPŚ, wygrywając o jeden punkt z Duńczykami
    - z ligi spadły: Start, Polonia i sensacyjnie Stal Rzeszów – walka o utrzymanie między rzeszowianami a wrocławianami była niesamowicie zacięta, też dobry temat na artykuł
    - ta sama Stal z powodu ich zdaniem niezadowalającego stanu toru nie pojechała meczu w Lesznie, przez co skończył się on przepięknym wynikiem 75:0 dla gospodarzy
    - i oczywiście ucieczka torunian z finału w Zielonej Górze – okoliczności i skutki chyba każdy zna

    Sezon 2013 był chyba najbardziej popieprzonym czasem w żużlu w ostatnich latach, co widać też po długości tego tekstu – chyba nigdy w życiu nie napisałem tak dużo, a i tak sporo ten wpis skróciłem, omijając kilka ciekawych meczów, jak chociażby ten pomiędzy Włókniarzem a Unibaksem, ale z fazy zasadniczej. Prosiłbym jeszcze o informację (o ile ktoś to przeczyta XD), czy mam opisywać całe sezony, czy skupić się na poszczególnych meczach, czy też pisać i o jednym, i o drugim.

    #zuzel
    pokaż całość

    +: kefas_safek, c.......i +14 innych
    •  

      @wietrznyprzegryw: tak, oczywiście miał 18, nie wiem, skąd wziąłem to 20 XD

      @HansLanda88: Start na pewno nie był bezbarwny, z tego co pamiętam to nawet wygrał z Toruniem, ale chodziło mi o nakreślenie tego, jak słaby był Włókniarz w tamtym okresie. Bo wygrana "potężnego" Włókniarza z takim Startem dziesięcioma punktami u siebie to nie jest powód do dumy.
      Co do spadku trzech drużyn, to na pewno miało to jakiś wpływ na problemy klubów, ale bardziej bym obwiniał KSM - kluby z niższym budżetem musiały brać mocniejszych zawodników, by wypełnić minimalny limit, a jeszcze stawki za zawodników z 2,50 się mocno zwiększyły (dla przykładu chyba Mroczka w Toruniu chciał kontrakt na poziomie lidera). To według mnie dobiło Gniezno, chociaż dokładnie sytuacji nie znam.
      W Bydgoszczy, z tego co wiem, było fatalne zarządzanie spotęgowane jeszcze słabą frekwencją - o ile dobrze pamiętam, to już wcześniej mieli jakieś długi, a wzięli Hancocka. Za to Częstochowa to po prostu kontrakty bez pokrycia i mafiozi w klubie, nie ma tu większej filozofii.
      Rzeszów to trochę inna sytuacja, bo oni zaczęli padać chyba dwa lata później, jak odeszła Półtorak.
      pokaż całość

    •  

      @Erkow: Fajnie się czytało :)

    • więcej komentarzy (9)

  •  

    Serwer wirtualnej uczelni na #uekatowice to jest jakaś porażka

    O północy otworzono zapisy na seminaria. Po prawie siedmiu godzinach prób rejestracji dalej nie jestem zapisany, podobnie zresztą jak zdecydowana większość moich kolegów. System niby działa, ale tak wolno, że nic się nie da zrobić i teraz trzeba się pierdolić siedem godzin w nocy z rzeczą, która normalnie zajęłaby że dwie minuty. I to nie jest pierwsza taka sytuacja, chociaż poprzednie nie były aż na taką skalę

    Stać ich na nowe komputery, jakieś dziwne systemy logowania do tych komputerów, licencje na programy, a nie stać ich na kurwa zwiększenie przepustowości serwera? A jak już wiedzą, że ten ich serwer jest żałosny, to czemu nie zrobią zapisów na te seminaria w innych terminach dla różnych kierunków (bo mimo wszystko nie wierzę, że serwer pierdolnął przy 50 osobach z mojego kierunku)?

    Jebla idzie dostać

    #zezuncja #serwery #serwerownia #studbaza
    pokaż całość

    +: Dolan
    •  

      @Erkow: oj no bywa, zgaduje ze teraz jest o wiele lepiej niz 5lat temu. Jesli otwarli seminarki, to nie zapominaj ze to jest dla calej uczelni zazwyczaj w jednym momencie, plus standardowe wchodzenie na WU

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika Erkow

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (1)