•  

    Pamiętacie jeszcze aferę z portalem ŚwiatKotów.pl, który zgarnął swego czasu 670k PLN dofinansowania z UE? No to tak to wygląda na dzień dzisiejszy: http://swiatkotow.pl/ ( ͡° ͜ʖ ͡°) A tutaj cała dyskusja, która toczyła się o tym na Wypoku w epoce Internetu z dyskietek, czyli prawie 8 lat temu: https://www.wykop.pl/link/507239/672-010-00-pln-na-strone-oparta-na-wordpressie/ Dziś, po latach, można ocenić sensowność ładowania kasy unijnej w podobne projekty ( ͡° ͜ʖ ͡°) #polska #biznes #ciekawostki #dofinansowanie #pieniadze #bialekolnierzyki pokaż całość

    źródło: swiat kotow .png

  •  

    Dziś wrzucam coś, co powinno zaciekawić tych, którzy interesują się tematyką zwalczania przestępczości gospodarczej. Jest to wywiad z byłym oficerem CBŚP, który był naczelnikiem jednego z wojewódzkich wydziałów do zwalczania zorganizowanej przestępczości ekonomicznej. Pytania - ciekawostka - są w znacznej części zadane przez Internautów udzielających się na pewnej grupie na FB. Także enjoy, jak to mówią ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    1. Jak wyglądał zwykły dzień pracy w CBŚP – czy w ogóle można mówić w przypadku takiej służby o „zwykłym dniu”?

    Skuteczne zwalczanie przestępczości zorganizowanej wymaga nieschematycznego podejścia do zadań, kreatywności i zdolności patrzenia na problem z różnych stron. Funkcjonariusze zaangażowani w tego typu działania, aby być skutecznymi muszą posiadać zdolność dostrzegania pozornie nieistniejących połączeń i zależności, świadomie rezygnując z gotowych rozwiązań, które sprawdzają się w pracy operacyjnej i procesowej nakierowanej na zwalczanie klasycznych przestępstw. Z tych względów w tej służbie nie może być mowy o „zwykłym dniu”. Każda sprawa wymaga zatem innego podejścia, zaangażowania odpowiedniej grupy funkcjonariuszy, posiadających właściwe kompetencje. Grupy, albo jej odłamy zajmują się różnymi przestępstwami: kryminalnymi, narkotykowymi lub ekonomicznymi. Coraz częściej różnymi jej formami (multiprzestępczość), co wymaga odpowiedniego doboru narzędzi i policjantów. Funkcjonariusz podejmujący służbę w Centralnym Biurze Śledczym Policji musi być świadomy, że będzie wymagana od niego pełna dyspozycyjność i elastyczność dotycząca czasu służby. Sztywny grafik w praktyce nie istnieje. Realia są takie, że na przykład w danym dniu planujesz „papierkową robotę” a kończysz na obserwacji swojego figuranta na drugim końcu kraju przez kolejne trzy dni.

    2. Czy istnieje choćby częściowe podobieństwo realnej pracy oficerów CBŚP ścigających gangsterów do tego, co widzimy w filmach?

    Na pewno jakieś podobieństwa można znaleźć. Jest to służba wymagająca, pełna zagrożeń, ale też dająca możliwość udziału w różnego rodzaju działaniach, które mogą posłużyć za gotowy scenariusz do filmów akcji. Tajemnicą poliszynela jest, że ludzie związani z filmem czerpią czasami gotowe wzorce postaci i zdarzeń, które podsuwają im byli lub ciągle pełniący służbę funkcjonariusze. Z drugiej strony, w filmach nie widać ogromnej ilości dokumentów, jakie należy przygotować na każdym etapie działań. Wszystko oparte jest na procedurach, mających źródło w różnego rodzaju przepisach, które dają bezpieczeństwo prawne funkcjonariuszy i pozwalają na właściwe dokumentowanie zebranych dowodów przestępczej działalności.

    3. Jak wyglądała współpraca z innymi służbami, jak np. KAS? Czy wiele mogłoby się zmienić na lepsze w tym zakresie?

    To ciekawy i bardzo istotny problem, który mocno rzutuje na skuteczność podejmowanych działań. Zagadnienie to obejmuje kwestie formalne i praktyczne. Z formalnego punktu widzenia wszystko wydaje się w porządku. Istnieją odpowiednie akty prawne i porozumienia. W praktyce bywa różnie. W dużej mierze jakość i efektywność wspólnych działań oparta jest na indywidualnych relacjach poszczególnych osób zaangażowanych w zwalczanie przestępczości, zarówno na poziomie kierowniczym jak i wykonawczym. Zwykle na zdobycie wzajemnego zaufania trzeba zapracować, poczynając od realizacji najprostszych spraw aż do wspólnego udziału w najbardziej zakamuflowanych przedsięwzięciach operacyjnych. Najprostszym rozwiązaniem, które daje szansę na optymalny poziom współpracy to odpowiednio sprecyzowane i zbieżne cele. Z tym bywa różnie. Przykładowo, działania Krajowej Administracji Skarbowej, a w szczególności czynności podejmowane przez urzędy celno – skarbowe między innymi ukierunkowane są na zwalczanie procederu związanego z uszczupleniem podatku VAT, podobnie jak CBŚP. W praktyce jednak te działania nie są spójne. Centralne Biuro Śledcze Policji przede wszystkim skupia się na pełnym rozpoznaniu składu grupy przestępczej, ze szczególnym naciskiem na ustalenie liderów i organizatorów procederu oraz skutecznym rozbiciu takiej grupy. Jednocześnie realizowane są czynności związane z ustaleniem składników majątkowych przestępców i ich zajęciu. Dla administracji skarbowej najważniejsze są pieniądze, które można szybko i skutecznie zająć, co pozornie wydaje się właściwym działaniem. Skutek jednak jest taki, że nie ma już odpowiedniej mobilizacji do rozliczania tzw. „słupów”, którzy oczywiście żadnym istotnym majątkiem nie dysponują. Co gorsza, takiej wspólnej mobilizacji nie ma również podczas działań podejmowanych wobec ważnych członków grupy, ale w sytuacji, gdzie na horyzoncie nie widać łatwych i dużych pieniędzy. Statystyka administracji skarbowej musi być zasilana szybkimi i stosunkowo łatwymi pieniędzmi. Ten stan rzeczy można zmienić poprzez właściwe zadarniowanie i rozliczanie odpowiednich służb, tak aby współpraca opłacała się wszystkim. W konsekwencji może się okazać, że uda się sięgnąć po majątki członków zorganizowanych grup przestępczych, którzy przez lata dokonali wielomiliardowych wyłudzeń VAT – u. Trzeba mieć w pamięci, że mimo uszczelnienia aktualnego systemu to pozostaje nierozliczone to, co miało miejsce w minionych latach. Dotychczasowe osiągnięcia organów ścigania w rozliczeniu tego rodzaju grup przestępczych to czubek góry lodowej.

    4. Jak służby najczęściej wpadały na trop grup przestępczych?

    Nie ma prostej odpowiedzi na takie pytanie. Korzysta się ze wszystkiego na co prawo pozwala. Bywa, że kluczowe są efekty kontroli operacyjnej np. w postaci informacji uzyskanych z rozmów telefonicznych, a w innych sytuacjach, to co uzyska się od informatora. Czasami dobre efekty dają analizy różnego rodzaju danych np. przepływy środków finansowych. Bywa, że klasyczne zawiadomienie pokrzywdzonego o przestępstwie inicjuje działania, które doprowadzają do konkretnej grupy przestępczej. Często dopiero połączenie i przeanalizowanie danych z różnych źródeł pozwala na zdefiniowanie nielegalnych działań o zorganizowanym charakterze.

    5. Jak zwykle przebiega śledztwo w sprawach związanych z przestępstwami gospodarczymi, jakie są jego etapy?

    Najlepsze efekty daje właściwe rozpoznanie operacyjne zorganizowanej grupy przestępczej, w trakcie którego, mówiąc w skrócie, wykorzystuje się różnego rodzaju narzędzia, techniczne środki wsparcia i osobowe źródła informacji. Czasokres tego typu działań uzależniony jest od charakteru przestępstwa, ilości osób uczestniczących w nielegalnym procederze, sposobu ich zachowania. Tak zebrane materiały przekształca się w taki sposób, aby mogły zostać wykorzystane jako dowody w postępowaniu przygotowawczym, czego efektem powinno być przedstawienie zarzutów popełnienia przestępstwa, a następnie skierowanie aktu oskarżenia do sądu. Istnieje również grupa przestępstw, która wskazywana jest w zawiadomieniu o przestępstwie przez pokrzywdzonych lub inne osoby. Nierzadko do skutecznego realizowania czynności w tego typu sprawach wystarczy rzetelna analiza dokumentów oraz wnikliwe zrealizowanie czynności procesowych np. w postaci przesłuchań świadków.

    6. Czy są jakieś rzeczy, które stosunkowo często uniemożliwiają pozytywne zakończenie śledztwa?

    Nie można wskazać jednoznacznie konkretnych przyczyn, które w jakiś dominujący sposób uniemożliwiają pozytywne zakończenie śledztwa. Należałoby też zdefiniować pojęcie braku pozytywnego zakończenia śledztwa. Z całą pewnością brak przedstawienia zarzutów i umorzenie śledztwa jest porażką. Taki scenariusz w sprawach prowadzonych przez Centralne Biuro Śledcze Policji w zasadzie się nie zdarza. Natomiast często pozostaje niedosyt wynikający z tego, że ograniczono kierunki śledztwa lub nie rozliczono wszystkich członków grupy, czy też przy wielomilionowych stratach nie udało się dokonać zabezpieczenia na majątku podejrzanego w satysfakcjonującej kwocie. Zwykle takie sytuacje mają miejsce gdy prowadzący sprawę stają pod ścianą i brak jest możliwości pogłębienia materiału dowodowego. W długotrwałych śledztwach występuje również presja ze strony prokuratury, aby zmierzać do końca czynności, szczególnie w sytuacjach gdy rozliczono z przestępczej działalności kluczowych podejrzanych, natomiast dalsze prowadzenie czynności ewentualnie mogłyby skutkować przedstawieniem zarzutów osobom, których rola w nielegalnym procederze była drugorzędna a okoliczności sprawy wskazują, że mimo próby podjęcia dalszych długotrwałych czynności brak jest pewności co do efektów podjętych działań. W takich sytuacjach mówi się o ekonomice procesowej i dotyczy to stosunkowo licznych grup przestępczych, gdzie często stawia się znak zapytania w zakresie tego czy ktoś jeszcze współdziałał w popełnianiu przestępstw.

    7. Czy CBŚP często korzystało z tzw. przykrywkowców przy zwalczaniu przestępstw gospodarczych?

    Centralne Biuro Śledcze Policji jest służbą, która najczęściej wykorzystuje najbardziej zaawansowane metody pracy operacyjnej w postaci kombinacji operacyjnych i operacji specjalnych. Zdarza się, że w tych działaniach wykorzystuje się policjantów działających pod przykryciem. Należy podkreślić, że przede wszystkim są to sprawy kryminalne i narkotykowe. W sprawach dotyczących przestępczości gospodarczej takie sytuacje są najmniej liczne. Wynika to z charakteru spraw i przydatności tego typu narzędzi. Wyjątkiem pozostają sprawy z zakresu nielegalnego wyrobu i obrotu towarami akcyzowymi (tytoń, papierosy). Szczegółów tego typu działań nie będę jednak zdradzał, przede wszystkim mając na uwadze bezpieczeństwo policjantów realizujących takie zadania.

    8. Czy w trakcie śledztw, niejako przy okazji, udawało się często odkryć rzeczy, których nikt się nie spodziewał?

    Aktualnie działające zorganizowane grupy przestępcze coraz częściej nie koncentrują się na jednym typie nielegalnej działalności i podążają w nowych kierunkach, które pozwalają na osiąganie wysokich zysków przy stosunkowo niewielkim ryzyku. Z tych powodów nie należą już do rzadkości sytuacje, gdzie na początku rozpracowywanej grupy definiowało się ją jako narkotykową, a dalsze ustalenia pozwalały na odkrycie i udokumentowanie innych nielegalnych obszarów z których członkowie grupy czerpią zyski. Takim najbardziej jaskrawym przykładem są coraz liczniejsze sytuacje, gdzie grupy kryminalne i narkotykowe wchodzą w obszar nielegalnego obrotu papierosami i tytoniem. Wynika to z faktu, że tego typu działalność generuje bardzo duże zyski a zagrożenie karami pozostaje stosunkowo niskie np. w porównaniu do kar za przestępstwa narkotykowe.

    9. Jaki rodzaj przestępstw gospodarczych był według Pana najczęściej spotykany?

    Najliczniejszą grupą przestępstw gospodarczych stanowią różnego rodzaju oszustwa i wyłudzenia w obrocie gospodarczym na szkodę przedsiębiorców. Niestety, są to również przestępstwa, które najczęściej kończą się umorzeniem postępowania z powodu niewykrycia sprawcy czynu lub braku znamion przestępstwa. Zdumiewające, ale warte podkreślenia są naprawdę bardzo liczne sytuacje, gdzie przedsiębiorca prowadzący od lat duży biznes nie potrafi właściwie zareagować na przestępstwo. Typowe działania prawne, występujące w obrocie gospodarczym nie przynoszą żadnego pozytywnego rezultatu. Środki jakie należy podjąć wobec oszusta a nierzetelnego kontrahenta to nie to samo. Podobnie się mają sprawy, gdzie przedsiębiorca zostaje wplątany np. w karuzelę VAT-owską czy też inne nielegalne działania podejmowane przez współpracowników i kontrahentów. Będąc czynnym funkcjonariuszem byłem naocznym świadkiem różnych życiowych tragedii, gdzie uczciwi ludzie tracili dorobek życia. W aktualnie prowadzonej przeze mnie kancelarii radcy prawnego również spotykam się z takimi przypadkami.

    10. Jaki był najmniejszy kaliber spraw, którymi zajmował się kierowany przez Pana wydział?

    Z założenia Centralne Biuro Śledcze Policji zajmuje się najpoważniejszymi przestępstwami. Zdarza się jednak tak, że mając przekonanie o tym, że mamy do czynienia z dużą grupą zajmującą się np. nielegalną produkcją papierosów trafiało się na stodołę w której jakiś rolnik dorabiał sobie cięciem i sprzedażą liści tytoniu na niewielką skale. Nawiasem mówiąc, takie domowe fabryczki to bardzo częsty proceder.

    11. Jaka była największa sprawa, nad którą pracowaliście?

    Do grupy największych spraw należy zaliczyć postępowania dotyczące uszczuplenia podatku VAT. W tym zakresie udało się nam rozpracować i zlikwidować grupę przestępczą, która dokonała wyłudzenia środków w wysokości około 500 mln zł. na szkodę Skarbu Państwa. W tej sprawie udało się dokonać zabezpieczenia na majątku podejrzanych w łącznej wysokości około 200 ml zł. Było to rekord w wysokości zabezpieczenia w historii organów ścigania w Polsce, chyba do dzisiaj nie pobity.

    12. Czy mógłby Pan podać przykład najciekawszej sprawy, z jaką zetknął się Pan w swojej karierze i czy zechciałby ją Pan bliżej opisać?

    Trudno wskazać jedną sprawę, ale przypominam sobie śledztwo, gdzie przestępcy inwestowali w złoto. Nie do zapomnienia był widok kilkudziesięciu zabezpieczonych sztabek złota leżących na stole. Sprawa dotyczyła również wyłudzenia VAT- u w kwocie kilkudziesięciu mln zł. Bardzo ciekawe są sprawy dotyczące nielegalnych fabryk papierosów. Zakres działań logistycznych, jakie podejmowała grupa aby uruchomić fabryka w warunkach pełnej konspiracji były zdumiewające. Mowa tu m. in. o systemach kamuflażu, wentylacji i dystrybucji itd.

    13. Skoro już przy ciekawych śledztwach jesteśmy, to może klasyka, czyli tak głupi przestępcy, że aż trudno w to uwierzyć.

    W sprawach które realizowałem z moim zespołem za przeciwnika zazwyczaj mieliśmy ludzi inteligentnych i operatywnych, którzy mieli bardzo dobrze przemyślane metody działania. Oczywiście, jakieś wyjątki można zawsze znaleźć. Przypominam sobie członka grupy, który uczestniczył w końcowej fazie dystrybucji nielegalnie wytworzonego tytoniu, ale postanowił sobie dorobić. W tym celu umieścił ogłoszenia o możliwości zakupu tytoniu na wiejskich tablicach ogłoszeń, podając swój osobisty numer telefonu komórkowego. Na efekty nie musiał długo czekać. Po kilku dniach pojawili się u niego policjanci. W wyniku dalszych działań udało się dotrzeć do kolejnych osób zamieszanych w nielegalny proceder.

    14. Czy przestępcy, np. z mafii VAT-owskich byli zamieszani także w inne przestępstwa, czy też raczej stawiali na ścisłą specjalizację?

    W początkowych latach działania mafii VAT- owskich zwykle była to ścisła specjalizacja. Wynikało to z tego, że przestępcy wywodzili się spośród osób, które prowadziły legalne biznesy, natomiast z wyłudzenia VAT-u robili sobie dodatkowe źródło dochodu. W kolejnych latach w proceder ten wchodzili przestępcy, którzy wywodzili się z grup kryminalnych i narkotykowych, widząc jaki potencjał niosą za sobą tego typu sprawy. W tym celu wchodzili w różnego rodzaju relacje przestępcze, które pozwalały im poruszać się w tej tematyce.

    15. Ile osób najczęściej wchodziło w skład zorganizowanych grup przestępczych zajmujących się przestępstwami gospodarczymi?

    Zwykle były to grupy kilkunastoosobowe, ale przy sprawach związanych z uszczupleniem podatku VAT struktury liczyły nawet powyżej pięćdziesięciu osób.

    16. Jak ocenia Pan kreatywność zawodowych przestępców wyłudzających np. podatek VAT? Czy na ogół są to inteligentni ludzie, czy też bardziej wykonawcy cudzych poleceń albo osoby „jadące” na powszechnie znanych schematach? Jeśli oczywiście można to w jakikolwiek sposób generalizować…

    Zorganizowana grupa przestępcza to struktura w skład której wchodziły różne osoby, posiadające różne zadania. Mając na myśli organizatorów procederu to trzeba przyznać, że zazwyczaj były to osoby bardzo inteligentne, o dużej wiedzy. Jak już wspominałem, często byli to przedsiębiorcy o dużym doświadczeniu. Generalizować jednak się nie da. Ludzie bywali różni, ale zawsze przynajmniej w stopniu podstawowym przygotowane do kontaktu z organami ścigania.

    17. Czy na wyobraźnię funkcjonariuszy mocno działały pieniądze posiadane przez przestępców i ich luksusowy styl życia? Wiadomo, że w budżetówce nie zarabia się „kokosów”, więc czy nie czuliście czasem zazdrości patrząc na stan posiadania bandytów?

    Nie da się ukryć, że przede wszystkim nieruchomości i samochody jakie widzieliśmy robiły ogromne wrażenie. Były to głównie efekty wielomilionowego „dofinansowania” Skarbu Państwa z tytułu nieodprowadzonego i wyłudzonego podatku VAT oraz nielegalnego obrotu papierosami i tytoniem. W momencie kiedy policjanci zabezpieczali ten nielegalnie zdobyty majątek widzieli również zaskoczenie w oczach przestępców i ich rodzin. W tym momencie chyba zazdrości nie było. Jednak spokojny sen dla większości ludzi jest znacznie cenniejszy.

    18. Skoro już przy pieniądzach jesteśmy, to czy słyszał Pan o jakichś propozycjach korupcyjnych skierowanych do funkcjonariuszy? Jeśli tak, to czy takie sytuacje zdarzały się relatywnie często?

    Nie wiem na ile będę wiarygodny w tym miejscu, ale o propozycjach korupcyjnych kierowanych do policjantów CBSP słyszało się bardzo rzadko. Chyba jednak zdecydowanie w działaniach poszczególnych policjantów odbierało ochotę na takie próby. Nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją w stosunku do mnie i kierowanych przeze mnie funkcjonariuszy.

    19. Czy stosunkowo często zdarzało się, że zorganizowane grupy miały powiązania np. z lokalnymi politykami lub urzędnikami, czy może były to sporadyczne przypadki?

    Mając na uwadze np. niewyobrażalne kwoty, które latami wypływały z budżetu państwa, szczególnie w początkowym okresie kształtowania się mafii VAT-owskiej, trudno sobie wyobrazić aby osoby uwikłane w ten proceder nie miały kontaktów przede wszystkim z urzędnikami administracji skarbowej. W sprawach, które realizowałem z moim wydziałem zarzutów takim osobom nigdy jednak nie przedstawiono.

    20. Ile jest prawdy w powiedzeniu: „Bez swojego urzędnika nie ma wyłudzania VAT-u”?

    Tak jak wcześniej mówiłem. Trudno sobie wyobrazić, że takiej pomocy ze strony niektórych nieuczciwych urzędników nie było. Z czasem grupy posiadały już własnych księgowych, biura rachunkowe. Korzystano ze znakomitych prawników i doradców podatkowych, którzy mieli kontakty z administracją skarbową, lub zwyczajnie wcześniej byli takimi urzędnikami.

    21. Jak podczas zatrzymań i pierwszych przesłuchań zachowywali się przestępcy stojący wyżej w hierarchii? Czy grali twardzieli, czy jednak dość często się załamywali?

    Organizatorzy i liderzy grup przestępczych to zawsze byli bardzo trudni rozmówcy, o twardej psychice, zdający sobie sprawę, że prędzej czy później może ich czekać rozmowa z przedstawicielami organów ścigania. Większość z nich była konsekwentna w swoich wyjaśnieniach i nie dawała oznak paniki czy strachu. W mniejszości były takie osoby, które na skutek długotrwałej izolacji lub ciężaru dowodów jakie zebrano wobec nich wykazały słabość, która zazwyczaj kończyła się obszernymi wyjaśnieniami.

    22. Czy taka praca mocno wpływa na psychikę funkcjonariuszy?

    Czynniki które generuje tego typu służba nie pozostają bez wpływu na psychikę. Więcej o tym mogą powiedzieć rodziny takich osób i grono znajomych. Sami funkcjonariusze chyba nie do końca są świadomi jak służba odbiła się na ich stanie psychicznym.

    23. Jak można, w Pana opinii, scharakteryzować dobrego agenta CBŚP? Jakimi zaletami powinien się wykazać?

    Zdeterminowany, dyspozycyjny, operatywny, zafiksowany na punkcie swojej roboty. Słowem, pasjonat. Pozostali szybko odpadają lub nie odnoszą sukcesów.

    24. Co mógłby Pan poradzić osobom, które chciałyby związać swoją karierę ze służbami takimi, jak CBŚP?

    Trzeba odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Jeżeli szuka się dużych wyzwań i adrenaliny to można spróbować. Jeżeli szukasz pieniędzy większych niż w innych służbach, to się rozczarujesz. Musisz mieć uregulowane sprawy rodzinne, ponieważ nie będziesz miał zbyt wiele czasu, aby się nią zająć. Najlepiej porozmawiać z takim funkcjonariuszem, jeżeli jest taka możliwość. W sumie, warto spróbować.

    25. Czy w Pana opinii stan prawny sprzyja eliminacji zorganizowanej przestępczości ekonomicznej, patrząc okiem byłego oficera?

    Osobiście uważam, że aktualny stan prawny daje szanse na skuteczne zwalczanie przestępczości ekonomicznej. Ewentualnie warto przemyśleć do jakich danych ułatwić dostęp funkcjonariuszom i w jakim trybie udzielać dostępu do nich. Temat dostępu do różnego rodzaju informacji o obywatelach jest bardzo drażliwy i wywołuje dużo emocji. W przypadku zwalczania przestępczości ekonomicznej bardzo przydatne są bazy danych, którymi dysponuje administracja skarbowa oraz systemy analityczne, którymi dysponuje skarbówka. Policjanci w pewnych obszarach muszą czekać na ruchy i wsparcie funkcjonariuszy urzędów celno – skarbowych, a to nie sprzyja dynamice działań.

    26. Jakie zmiany w prawie rekomendowałby Pan w kontekście zwalczania przestępczości gospodarczej?

    Sądzę, że w Polsce brakuje jednej, dużej służby, konsolidującej różnego rodzaju uprawnienia ( administracji skarbowej i organów ścigania), która zajmowałaby się szeroko rozumianą przestępczością gospodarczą, np. na wzór włoskiej Guardia di Finanza. Dotychczasowe rozdrobnienie w tym zakresie nie sprzyja walce z tego typu przestępczością. W Polsce obecnie mamy szereg różnych służb mogących prowadzić pracę operacyjną i dochodzeniowo – śledczą. O wynikach pracy większości z nich niewiele wiadomo, częściej za to można usłyszeć o nich przy okazji awantur politycznych lub czystek i roszad personalnych oraz przy zmianie kolejnych ekip rządzących. Będzie taniej i skuteczniej. Taka służba mogłaby nie tylko zająć się interesami Skarbu Państwa, ale również zwykłych przedsiębiorców i obywateli. Na dzień dzisiejszy interesy Skarbu Państwa i dużych instytucji finansowych zdominowały działania organów ścigania, szczególnie tych, które dysponują najbardziej wykwalifikowaną kadrą. Natomiast bezpieczeństwo finansowe państwa, to nie tylko pilnowanie wpływu podatków wprost. Okradziony i osłabiony przedsiębiorca to też mniejsze podatki do budżetu, gorszy rynek pracy itd. W tym zakresie pozostaje dużo do zrobienia.

    Dziękuję bardzo za rozmowę.

    Moim rozmówcą był radca prawny Adam Hołyński, były Naczelnik Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Ekonomicznej Zarządu we Wrocławiu Centralnego Biura Śledczego Policji, aktualnie prowadzący kancelarię prawną we Wrocławiu.
    #bialekolnierzyki #vatowcy #policja #prawo #biznes #polska
    pokaż całość

    •  

      Trzeba mieć w pamięci, że mimo uszczelnienia aktualnego systemu to pozostaje nierozliczone to, co miało miejsce w minionych latach.

      @grafikulus: no właśnie. Majątki porobione na kilkanaście pokoleń, tysiące nowych Bentleyów na ulicach, a teraz jakiegoś Sebę złapią, co to VAT wyłudził z wiaderka gwoździ. Sukcesy kurwa sukcesy. Czekam na przetargi na nowe zakłady karne na tych VAT-kolesi z lat 2004 - 2017. Jeśli nie powstaną i się nie zapełnią, a na licytacjach nie będzie ich majątków, nie uwierzę w jakikolwiek sukces w walce z wyłudzeniami VAT. pokaż całość

    •  

      @rissah: Bo chodzi o to żeby gonić króliczka, ale niekoniecznie go złapać ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • więcej komentarzy (12)

  •  

    Moja mama była ostatnio w odwiedzinach u przyjaciół, w jakimś miasteczku na południu Niemiec. Przyjaciółka pokazała jej w miejscowym parku ciekawą rzecz: drzewo, na którym wisiały setki dziecięcych smoczków. Podobno tamtejsi rodzice, jak mają problem z oduczeniem dzieciaków ssania smoczków, to przychodzą z nimi pod to drzewko i mówią, że już nadszedł czas, aby oddać smoczek Smoczkowej Wróżce, która tam mieszka. Dzieciakom łatwiej jest wtedy zaakceptować zmiany, no bo jednak jak wróżka chce, to nie to samo, kiedy rodzice odbierają... ( ͡° ͜ʖ ͡°) #dzieci #rodzice #ciekawostki pokaż całość

    źródło: img.zeit.de

  •  

    "Obliczenia uwzględniają wartość dolara w 1994 roku + inflację + cło + vat + inne opłaty, którymi obciążone są nowe fury. Oczywiście ceny są orientacyjne, bo mogłem się pierdolnąć o jakieś 10%, ale mniej więcej teraz masz jakiś obraz sytuacji." Przy okazji zapraszam na fanpage kumpla, na którym opisuje on swoje perypetie z Mazdą RX7 FD3S: https://www.facebook.com/biedarx7/?__tn__=k*F&tn-str=k*F ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #motoryzacja #carboners #samochody #ciekawostki #pieniadze #historia #mazda #nissan #toyota
    pokaż całość

  •  

    #mazda chyba ostatnio jakiegoś nowego SUV-a wypuściła, chociaż sylwetka taka jakby znajoma... ( ͡º ͜ʖ͡º) #motoryzacja #samochody #carboners #heheszki #januszemotoryzacji

    źródło: mazda suv.jpg

  •  

    Miraski drogie, mam dylemat. Otóż potrzebuję małego laptopa typowo do roboty – np. napisać jakiś tekst, wysłać maila, opublikować coś na FB, przejrzeć neta (10 otwartych zakładek minimum) itd. Grać w gry na nim nie będę, tworzyć grafiki też nie, magazynować i oglądać filmów raczej też nie, od takich zadań mam innego kompa.

    Priorytety:
    1. Ma być mały i poręczny – ok. 13 cali wystarczy w zupełności.
    2. Bateria musi trzymać możliwie najdłużej.
    3. Nie ma się grzać, kiedy np. położę go na kolanach siedząc sobie w łóżku.
    4. Ma być w miarę szybki przy podstawowych operacjach i nie zamulać.
    5. Dobrze by było, aby w miarę fajnie wyglądał (lubię ładne rzeczy).
    6. Im mniej drobnych upierdliwości, tym lepiej.

    No i teraz pierwotnie chciałem sobie kupić coś takiego w cenie ok. 4200 PLN:
    HP Envy 13-ad108nw 13,3", 1920 x 1080 pikseli, Intel® Core™ i5-8250U - 8GB RAM - 256GB Dysk - GFMX150 Grafika - Win10; jak dla mnie klamoty wystarczające do prostej roboty, HP mi zawsze dobrze służyły, no i ładnie wygląda.

    Ale… ale kumpel, fan „jabłka”, mnie namawia, żebym lepiej za jakieś 3600-3700 PLN kupił sobie nówkę sztukę starego modelu MacBooka Air: Apple Macbook Air 13 13,3" 1440 x 900 pikseli, Intel® Core™ i5-5360U - 8GB RAM - 128GB Dysk - OS Sierra; klamoty niby gorsze, ale…

    Ale kumpel twierdzi, że „Mac i tak lepiej chodzi i wciąga PC-ty o teoretycznie wyższej specyfikacji, do tego nie grzeje się ani trochę, bateria trzyma spokojnie 3 dni, no i pochodzi z 5 lat bez awarii bankowo”. Mówiąc szczerze nigdy nie miałem produktów Apple, bo zawsze wydawały mi się zbyt drogie w stosunku do parametrów, ale pomyślałem, że może za tak małą kasę warto wypróbować Maca jako woła roboczego (zwłaszcza, że nie jestem jakimś fanbojem Windowsa i przestawienie się na inny OS nie powinno stanowić problemu).

    Reasumując: co lepiej brać z tych dwóch sprzętów, HP czy Mac…? ( ͡º ͜ʖ͡º) #komputery #apple #windows10 #it #pytanie #rozkminy
    pokaż całość

  •  

    Taka rzecz przyszła mi do głowy w ramach luźnej rozkminy… Otóż w planach NFZ na 2018 rok mamy kwotę ok. 75,5 miliarda PLN przeznaczonych na koszty leczenia. I jeśli by założyć, że wyłudzenia stanowią zaledwie 1% tej kwoty (co i tak moim zdaniem jest megaoptymistycznym założeniem, bo równie dobrze może to być kilka %), to i tak wychodzi niebagatelna kwota ok. 750 milionów PLN rocznie!

    No i teraz załóżmy, że NFZ wysyła listy do 38 milionów Polaków z informacjami, że w ciągu ostatnich x-lat leczyli się tu i tu i że to kosztowało tyle i tyle – niech jeden list wraz ze zgromadzeniem informacji kosztuje 3 PLN, to taka operacja zamknęłaby się w kwocie ok. 100 milionów PLN. Do tego poszłaby kampania w TVP, że NFZ bierze się za walkę z oszustami i że będzie weryfikować wszystkie rozliczenia oraz prosić o obywateli, którzy otrzymają listy, o zgłaszanie nieprawidłowości.

    Zakładając, że jakieś 10 milionów Polaków zapoznałoby się z takim listem i przyjmując, że tylko 1% z nich stwierdziłoby fakt, że ktoś na ich konto pobrał nienależne hajsy, mielibyśmy 100 tys. „trafień”. No i teraz niech chociaż co 10 z tych „trafionych” Polaków zdecydowałby się na zgłoszenie nieprawidłowości (choć tę liczbę można by zwiększyć stosując jakieś zachęty typu konkurs), to mielibyśmy ok. 10 tys. udokumentowanych przypadków w całym kraju = wiele wytypowanych ZOZ-ów, w których warto byłoby przeprowadzić szczegółowe kontrole.

    Jest spora szansa na to, że już w wyniku tych kontroli można by cofnąć tyle refundacji i dowalić takie kary medycznym Januszom biznesu, że ta cała akcja z wysyłką listów spokojnie by się zwróciła, a nawet finansowo wyszłaby „do przodu”. Ale, ale, to nie wszystko! Przeprowadzenie takiej akcji mogłoby mieć ogromne znaczenie prewencyjne, bo „Janusze medycznego biznesu” zobaczyliby, że to nie przelewki i że nawet jeśli teraz nie zostali „trafieni”, to przy następnej edycji już jak najbardziej mogą polec. Stawiam, że wtedy mogłoby się ukrócić w znacznym stopniu kombinowanie, a to już mogłoby dać dodatkowe setki milionów (albo i więcej) w budżecie NFZ, które mogłyby być przeznaczone na faktyczne leczenie, a nie na nabijanie kabzy kombinatorom. O wymiarze społecznym takiej akcji nie wspominam.

    Jest to oczywiście tylko luźny koncept oparty na niezweryfikowanych założeniach odnośnie % i nie poparty głębszą analizą więc jeśli ktoś ma argumenty „na nie”, to chętnie poczytam. ( ͡º ͜ʖ͡º) #medycznewyludzenia #rozkminy #pytanie #ciekawostki #polska
    pokaż całość

    +: wylacze_na_amen, vare +128 innych
  •  

    Zaciekawiła mnie informacja, którą przeczytałem na Wypoku, jak to wyciekły wytyczne skarbówki odnośnie "dociskania" uczciwych przedsiębiorców kontrolami i "odpuszczania" słupom VAT-owskim. Chodzi o ten wpis:
    https://www.wykop.pl/link/4460133/wycieklo-pismo-kierownictwa-fiskusa-do-urzednikow-strzez-sie-polski/

    Urzędnik KAS, który zdecydował się na ujawnienie tego dokumentu, alarmuje, że państwo idzie w kierunku ścigania firm dysponujących majątkiem, a odpuszcza słupom i spółkom kontrolowanym przez przestępców, którzy zdołali już wyprowadzić nielegalnie zdobyty majątek do tzw. Ameryki Kokosowej. Powodem tego „odpuszczenia” ma być fakt, że i tak nic nie da się ściągnąć z takich „lewych” podmiotów, więc lepiej przerzucić siły na normalnych przedsiębiorców, np. nieświadomie wplątanych w karuzelę VAT, i to właśnie ich docisnąć (w celu zabrania im pieniędzy, rzecz jasna).

    No i po pierwsze dla tych, którzy wątpią, czy nie jest to czasem jakiś fejk news i prowokacja polityczna: nie, najprawdopodobniej nie jest. Będzie o tym zresztą już jutro w renomowanych gazetach o tematyce prawnej.

    No a po drugie, to poprosiłem o komentarz do tej sytuacji kogoś, kto przez kilkanaście lat zajmował się zwalczaniem zorganizowanej przestępczości ekonomicznej będąc na wysokim szczeblu służb, że tak się wyrażę. Poniżej odpowiedź, jaką uzyskałem.

    Temat nie jest nowy. Taka jest pragmatyka od początku funkcjonowania Krajowej Administracji Skarbowej, a nawet w ostatnim okresie funkcjonowania Urzędów Kontroli Skarbowej. Generalnie organy podatkowe działają w oparciu o statystyczne rozliczanie efektów ich pracy. W tej chwili istnieje model rozliczania za efekty polegający na porównaniu wysokości zabezpieczonych środków na poczet zaległości podatkowej danego podatnika, a wysokością stwierdzonych zobowiązań w ostatecznej decyzji. Tak więc im wyższe stwierdzone przez organy podatkowe uszczuplenie podatku, tym wyższy powinien być odzysk należności, aby zachować właściwe statystyczne parametry.

    Oczywiście, efekty mogą być takie, że podatnik (np. spółka z o.o.), który np. dokonał wielomilionowego wyłudzenia VAT-u nie jest objęty zbyt energicznym działaniem urzędu celno - skarbowego w sytuacji, gdzie udaje się ustalić tylko "słupa" nie dysponującego żadnym majątkiem. Takie są realia. Z jednej strony na pewno bulwersujące jest zaniechanie rozliczenia za bardzo poważne uszczuplenia podatku w sytuacji braku realnych możliwości uzyskania jakichkolwiek środków i koncentrowanie sił oraz środków na mniejszych sprawach, ale rokujących na realne zabezpieczenie należności Skarbu Państwa, z drugiej strony zakładając, że głównym celem organów skarbowych jest zabezpieczenie interesów Skarbu Państwa, to takie działanie ma pewne racjonalne uzasadnienie, ale oczywiście nie do końca.

    Nie można zaakceptować sytuacji, że idzie się na łatwiznę, a znaczna część szarej strefy pozostaje poza faktycznym działaniem organów państwa. Temat jest w istocie głębszy, gdyż dotyka zagadnień związanych z zakresem obowiązków poszczególnych podmiotów związanych ze zwalczaniem przestępczości podatkowej. Nie do końca spójne pozostają działania Krajowej Administracji Skarbowej z Policją (głównie CBŚP) czy ABW. Policja dużą wagę kładzie na ustalenie i likwidację wszystkich osób zamieszanych w proceder, a przy okazji niejako dokonywanie zabezpieczeń majątkowych, więc obszar działania jest pełniejszy, przy czym samej Policji brak jest wszystkich niezbędnych narzędzi, które wymagane są do skutecznej walki z przestępczością podatkową, jakimi dysponuje KAS. Natomiast Krajowa Administracja Skarbowa niezbyt chętnie angażuje się we współpracę, jeżeli nie widzi stosunkowo szybkiej możliwości zajęcia środków finansowych.

    W polskich realiach brakuje jednego silnego podmiotu, zajmującego się przestępczością podatkową, gdyż działania poszczególnych służb na dzień dzisiejszy są mocno rozproszone i słabo skoordynowane. Były nawet w niedalekiej przeszłości przymiarki chociażby w samej Policji, o czym nawet publicznie mówił aktualny Komendant Główny Policji, do scalenia tych działań w ramach dużej i silnej komórki, zajmującej się zwalczaniem szeroko rozumianej przestępczości gospodarczej, ale temat odłożono na półkę. Zyskałby na tym nie tylko Skarb Państwa, ale przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy ponoszą straty w efekcie popełnianych różnego rodzaju przestępstw gospodarczych na ich szkodę. Na dzień dzisiejszy sprawy dotyczące przestępczości gospodarczej są najczęściej umarzanymi postępowaniami. Cierpią na tym również wpływy do Skarbu Państwa z tytułu podatku dochodowego, VAT-u, miejsca pracy itd. Temat rzeka.

    No i tyle na razie - jeśli dowiem się czegoś nowego i ciekawego w sprawie, to wrzucę. A gdyby ktoś chciał ogólnie poczytać o tematyce przestępstw gospodarczych, to zapraszam na bloga: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/
    ( ͡° ͜ʖ ͡°) #vatowcy #bialekolnierzyki #prawo #podatki #firma #policja #dzialalnoscgospodarcza
    pokaż całość

    źródło: kontrola 2.png

  •  

    Miraski, może znajdzie się tutaj ktoś, kto mieszka i prowadzi biznes w Danii i będzie w stanie zweryfikować pewne info, które jest tak dziwne, że aż mało prawdopodobne...?

    Otóż podobno (zaznaczam, podobno) w Danii samochody firmowe mają specjalne tablice inne niż auta "cywilne" i nie można nimi jeździć w weekendy - jest to rzekomo związane z podatkami (odliczenia VAT od pojazdów firmowych itd.). Prawda to, czy nieprawda...? ( ͡º ͜ʖ͡º) #dania #europa #podatki #firma #dzialalnoscgospodarcza #rozkminy #pytanie pokaż całość

  •  

    Na czym wtapiali VAT-owcy - 37 rzeczy

    Dziś krótki relatywnie krótki spis (relatywnie, bo jest tego o wiele więcej) faili, jakie zaliczyli VAT-owcy i których później prokurator nie omieszkał wykorzystać przeciwko nim podczas rozprawy, zarzucając im fikcyjność obrotu gospodarczego oraz udział w karuzelach podatkowych. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    1. Prezesi spółek rzekomo handlujących biokomponentami do paliw nie byli w stanie określić, jak wyglądają opakowania rzekomo sprzedawanych przez nich produktów, ani w jakich jednostkach logistycznych odbywał się obrót towarem (ile tabletek biokomponentów znajduje się w opakowaniu, ile opakowań mieści się na jednej palecie, ile kilogramów waży taka paleta itd.).

    2. Prezesi nie byli w stanie podać nazw firm, z którymi rzekomo handlowały ich spółki, choć podpisywali się pod wystawianymi fakturami zawierającymi takie dane. Sędziowie słusznie uznali, że taka sytuacja jest niespotykana w przypadku realnych transakcji opiewających na setki tysięcy złotych.

    3. Pani Prezes jednej ze spółek uczestniczących w karuzeli podczas przesłuchania nie była w stanie podać, na którym piętrze mieści się biuro jej firmy. Nie miała także pojęcia o rozkładzie pomieszczeń biurowych, co świadczyło o tym, że nigdy w tym biurze nie była (inny z oskarżonych prezesów zeznał tymczasem, że to właśnie w tym biurze Pani Prezes osobiście podpisywała z nim umowy, co stawiało w wątpliwym świetle prawdziwość jego zeznań).

    4. Prezesi uczestniczących w karuzeli spółek mających siedziby w kilku różnych krajach europejskich, wywodzili się z okolic jednego miasta (konkretnie leżącego na Białorusi), co pozwala domniemywać, że byli oni rekrutowani do celów przestępczych przez tę samą osobę korzystającą przy tym ze swoich lokalnych znajomości. Oprócz tego fakt, że osoby z tej samej okolicy założyły firmy w różnych miejscach za granicą i handlowały prawie wyłącznie między sobą, daje przesłanki co do tego, że mógł to być fikcyjny obrót mający na celu popełnianie przestępstw podatkowych.

    5. Prezesi spółek wchodzących w skład domniemanej karuzeli już po zatrzymaniu korzystali z usług renomowanych (czyli drogich) kancelarii adwokackich, a nawet bywało tak, że jedna kancelaria obsługiwała kilku prezesów z tej samej grupy. Podejrzenia budził fakt, że prezesów owych teoretycznie nie było stać na taką obsługę prawną, co wynikało z deklarowanego przez nich i ustalonego w toku czynności kiepskiego stanu majątkowego. W takiej sytuacji najbardziej prawdopodobna wydawała się więc wersja, że to organizatorzy karuzeli zapewnili „osłonę” niżej postawionym członkom grupy, aby tym samym odpowiednio ukierunkować ich zeznania i uniknąć dzięki temu odpowiedzialności (przynajmniej w pewnym zakresie).

    6. Prezes oskarżony o pełnienie jednej z czołowych ról w karuzeli twierdził, że nigdy nie wykonywał żadnych przelewów bankowych online, gdyż „jest za stary na ten cały Internet”. W rzeczywistości znaleziono przy nim tablet, za pomocą którego, jak stwierdzono później w toku analizy, logował się on na konta bankowe, przeglądał maile, a także udzielał się na portalach społecznościowych.

    7. W tabletach i telefonach używanych do komunikacji pomiędzy członkami grupy VAT-owskiej i zawierających min. materiały ich obciążające, znaleziono także prywatne zdjęcia. Tym samym wersje oskarżonych twierdzących, że „ja nigdy nie używałem tego sprzętu, tylko kolega dał mi go na przechowanie” utraciły wiarygodność.

    8. Niektóre pojazdy, których numery rejestracyjne były wskazane w dokumentach CRM, w ogóle nie pojawiły się na terenie Polski w dniach rzekomego świadczenia usług transportowych dla spółek z karuzeli, inne ciężarówki z kolei zostały zarejestrowane w zupełnie innych punktach kraju, niż wynikało to z dokumentów transportowych.

    9. Ten sam pojazd zgodnie z dokumentami był równolegle wykorzystywany przeze dwie różne spółki mające siedziby w dwóch różnych krajach, co wyglądało na mało prawdopodobne i stanowiło mocną przesłankę, że wykazane w papierach transporty tak naprawdę nie miały miejsca.

    10. Kierowca mający rzekomo przewozić towar między spółkami z karuzeli nigdy nie był legalnie zatrudniony w firmie transportowej mającej realizować zlecenie. Sąd uznał za kompletnie niewiarygodne to, aby ktokolwiek powierzył towar o milionowej wartości nieznajomemu, najemnemu robotnikowi bez umowy, a na dodatek zlecił mu odebranie od kontrahenta należności za towar w gotówce (!) i przywiezienie jej osobiście do wysyłającego, co rzekomo miało miejsce zgodnie z zeznaniami oskarżonych.

    11. Firmy transportowe rzekomo wykonujące przewóz cennych towarów były zarejestrowane w wirtualnych biurach, nie miały wykupionych zwyczajowych dla tej branży ubezpieczeń, a do tego niektóre z nich wykreślono z rejestru podatników VAT. Do tego kierowcy odpowiedzialni za transporty twierdzili, że pracowali „na czarno”, co świadczy o tym, że w rzeczywistości były to prawdopodobnie tzw. firmy – krzaki, których jedynym zadaniem było wystawianie dokumentów transportowych.

    12. Brak jakiegokolwiek rozeznania prezesów spółek w kwestiach logistycznych dotyczących rzekomo wysyłanych towarów – np. pewien prezes twierdził, że dostawa towaru miała miejsce jednorazowo w bagażniku zwykłego auta osobowego, podczas gdy na podstawie dokumentów CRM udowodniono, że do przewozu deklarowanej ilości niezbędny byłby pojazd o powierzchni załadunkowej co najmniej 5 m3.

    13. Rzekome dostawy towarów o dużej objętości były realizowane na adresy wirtualnych biur, gdzie zwyczajnie nie było ich gdzie rozładować ani gdzie przechowywać, a zdarzyło się i tak, że w miejscu rzekomego odbioru ładunku obowiązywał zakaz wjazdów dla samochodów ciężarowych.

    14. Uzasadnione podejrzenia śledczych wzbudził stan wynajętego przez VAT-owców magazynu, przez który rzekomo przepływały ogromne ilości towarów – wyglądał na opuszczony i nieużywany od dawna, na drzwiach wisiała zardzewiała i zacinająca się kłódka, wejście było pokryte pajęczynami, a obrazu dopełniały puste i zakurzone wnętrza. Do tego doszły zeznania świadków w osobach właścicieli obiektu i sąsiadów, którzy nie widzieli nigdy, aby na dany magazyn przyjeżdżały jakieś transporty i aby jakieś stamtąd odjeżdżały. Dodatkowo towar o wielkiej wartości nie był ubezpieczony ani w żaden sposób monitorowany.

    15. W przypadku niektórych spółek korzystających z usług wirtualnych biur, występował nienaturalnie szybki obieg dokumentacji, wręcz niemożliwy do osiągnięcia w sytuacji realnych obrotów gospodarczych. Przykładowo przedstawiciel jednej ze spółek wysyłał pocztą oryginał umowy, a przedstawiciel drugiej spółki otrzymywał go już następnego dnia, rzekomo za pośrednictwem sekretariatu wirtualnego biura. Jak jednak ustalono, w normalnej sytuacji analogicznej do opisywanego przypadku, papiery takie zwykle docierały do adresata po kilku dniach roboczych, z uwagi na cykl pracy wirtualnych biur. Stanowiło to jedną z przesłanek, że dokumentacja była tak naprawdę fabrykowana.

    16. W wielu przypadkach w dokumentacji spółek brak było jakichkolwiek dokumentów potwierdzających wydanie towarów z magazynu, podobnie jak analogicznie brak było jakichkolwiek protokołów odbioru. Nie jest to bynajmniej normalna sytuacja w przypadku rzeczywistych obrotów cennym towarem (a taki obrót miał teoretycznie miejsce zgodnie z fakturami).

    17. Być może niektórym akurat ten argument wyda się mocno naciągany, ale dla śledczych mocno podejrzany okazał się fakt, że wszystkie listy przewozowe były wysyłane wyłącznie drogą mailową. W toku czynności ustalono bowiem, że normalną praktyką jest, że takie listy są dostarczane bezpośrednio przez kierowców dokonujących transportu i oddawane do rąk własnych odbiorcy. W opisanej sytuacji przyjęto, że wysyłka wyłącznie mailowa dowodzi, że transporty w rzeczywistości nigdy nie docierały do deklarowanego miejsca przeznaczenia (a listy przewozowe musiały się przecież zgadzać).

    18. Odnotowano stosunkowo dużą liczbę znaczących pomyłek w treści faktur dokumentujących rzekomo wielomilionowe transakcje. Przykładowo były to tony zamiast sztuk, a zamiast złotówek – Euro. Pozwoliło to powziąć uzasadnione podejrzenia, że osoba wystawiająca takie faktury w rzeczywistości podpisywała je niejako „z automatu”, nie wiedząc nawet, czego one dotyczą i jakie transakcje dokumentują (taka nonszalancja jest charakterystyczna dla działań prezesów-słupów).

    19. Występowała rzucająca się w oczy rozbieżność w zakresie poziomu „dopracowania” faktur wystawianych przez spółki-słupy, a faktur wystawianych przez firmy, które pełniły ważniejsze role w karuzeli. Tak więc faktury wystawiane przez „słupy” nadzwyczaj często zawierały niepełne dane i szereg błędów, co należy uznać za sytuację nietypową w normalnym obrocie gospodarczym dotyczącym dużych kwot. Z kolei faktury dla finalnych odbiorców były w zdecydowanej większości perfekcyjnie dopracowane z formalnego punktu widzenia.

    20. Zamówienia krążące pomiędzy firmami z karuzeli zwykle nie zawierały istotnych warunków ich realizacji, które na ogół są dokładnie precyzowane przy tego typu transakcjach. Przykładowo nie było wyszczególnione, gdzie ma nastąpić odbiór towaru i dokąd ma on trafić, jaka firma odpowiada za transport, jakie są warunki gwarancji itd. Dla porównania jeśli firmy z karuzeli zawierały już rzeczywiste kontrakty z zewnętrznymi podmiotami nie uczestniczącymi świadomie w karuzeli, to umowy takie były bardzo rozbudowane i obszernie regulowały prawa oraz obowiązki obu stron kontraktu.

    21. Niektóre z dokumentów ewidentnie były antydatowane, co ustalono na podstawie przeprowadzonej analizy zamówień. Przykładowo spółka A po otrzymaniu zamówienia ze spółki B zlecała dostawę poprzez spółkę C. Tymczasem zamówienie wysłane przez spółkę B było datowane na 28.12.2016, a zamówienie dotyczące transportu towaru do siedziby spółki B, które składała spółce C spółka A, wpływało do spółki C dnia 27.12.2016. Mówiąc krótko wyglądało to tak, jakby prezes spółki A już dzień wcześniej wiedział, że otrzyma od spółki B zamówienia na określoną ilość towarów (w dokumentach ilości się pokrywały). Podobne sytuacje w przypadku spółek tej karuzeli powtarzały się wielokrotnie, co dawało przesłanki, że tak naprawdę cały obrót pomiędzy spółkami był fikcyjny i sterowany odgórnie, co jest charakterystyczne dla karuzel podatkowych.

    22. Faktury krążące pomiędzy spółkami nie były dostarczane na bieżąco, lecz przesyłane zbiorczo w jednym mailu raz w miesiącu, choć dokumentowały transakcje odległe od siebie czasowo o kilka – kilkanaście dni. Uznano to oczywiście za okoliczność poddającą w wątpliwość prawdziwość dokumentowanych transakcji.

    23. Umowy handlowe między spółkami z karuzeli były prawie identyczne – praktycznie te same warunki, ten sam układ, ten sam font, a nawet… takie same błędy stylistyczne i ortograficzne. Świadczyło to pośrednio o tym, że ktoś odgórnie koordynował działania wszystkich tych spółek.

    24. Porównanie cen zbycia i sprzedaży towarów wykazało, że często (zbyt często) sprzedaż miała niższą wartość niż zakup, co oczywiście nie znajduje ekonomicznego uzasadnienia w przypadku normalnej działalności gospodarczej.

    25. Towar o dużej wartości (często powyżej 1 miliona PLN) był wydawany całkiem nowym kontrahentom bez jakiejkolwiek zaliczki czy też przedpłaty, co wydawało się dziwne (zwłaszcza w obliczu tego, że niejednokrotnie towar taki stanowił w zasadzie jedyny wartościowy majątek spółki). Brak też było jakichkolwiek zabezpieczeń – choćby teoretycznych – takich transakcji, np. poprzez wystawianie weksli in blanco. Nasuwało to od razu na myśl fikcyjności tych transakcji, ponieważ analogiczne sytuacje w normalnym obrocie gospodarczym występują niezwykle rzadko.

    26. Marże deklarowane przez prezesów spółek należących do karuzeli były rażąco niskie w stosunku do marż stosowanych normalnie w danej branży. Przykładowo jedna ze spółek-słupów miała zaledwie 10 PLN „wrzuty” na tonie wysokojakościowej stali, co stało w całkowitej sprzeczności z realiami rynkowymi, gdyż w handel takim towarem należy zaangażować duży kapitał, a tak żenująco niska marża w żaden sposób nie byłaby w stanie wyrównać poniesionych kosztów oraz poświęconego czasu. Mówiąc krótko: nie było możliwości, aby taki biznes się opłacił.

    27. Zapłata za towar (sumy po kilkaset tys. PLN) była przekazywana jeszcze przed jego odebraniem, co było dość dziwne zważywszy na fakt, że obie strony transakcji znały się wyłącznie z kontaktów telefonicznych i mailowych. Prezesi spółek nie byli bowiem w stanie podać choćby przybliżonych rysopisów swoich kontrahentów, co dobitnie świadczy o tym, że w rzeczywistości nie znali się z nimi osobiście, a ciężko jest przypuszczać, aby w normalnym obrocie gospodarczym ktokolwiek zapłacił kilkaset tys. PLN za jeszcze nie odebrany towar komuś nieznajomemu, na podstawie samej korespondencji mailowej.

    28. W transakcjach pomiędzy firmami z karuzeli występowały nienaturalnie długie terminy odroczenia płatności, które wynosiły 120 dni. Taka zwłoka miała uzasadniać brak przepływów finansowych między spółkami karuzeli w tym okresie, co było związane min. z kwartalnym rozliczeniem podatku VAT wybranym przez firmy pełniące funkcje tzw. znikających podatników. Dodatkowo spore wątpliwości budził fakt, że towar bardzo szybko, czyli w ciągu zaledwie kilku dni, zmieniał właścicieli (przynajmniej na papierze), więc nie było żadnego sensownego uzasadnienia dla tak długiej zwłoki w dokonaniu zapłaty. Oprócz tego wzięta pod uwagę praktyka gospodarcza wskazuje, że w większości branż przy normalnym obrocie towarami tzw. kredyt kupiecki jest udzielany na okres od kilkunastu do 60 dni, a więc na okres wielokrotnie krótszy, niż stosowane przez VAT-owców 120 dni. Niejako dla przeciwwagi – w innych karuzelach z kolei występowały nienaturalnie krótkie terminy płatności wynoszące 2-4 dni, co też odbiegało mocno od standardów branżowych.

    29. Niejednokrotnie miało miejsce przelewanie środków z kont spółek VAT-owskich na prywatne konta oskarżonych, co w sumie nie wymaga komentarza. Właściwie każdy, kto obejrzał w życiu chociaż kilkanaście filmów o tematyce kryminalnej, powinien się orientować, że takich rzeczy się po prostu nie robi.

    30. Większość spółek wchodzących w skład domniemanej karuzeli przeprowadzała transakcje handlowe wyłącznie z innymi spółkami wchodzącymi w skład tej grupy – mówiąc kolokwialnie kisiły się one we własnym sosie. Taki zamknięty obieg transakcji jest dość charakterystyczny dla przestępstw podatkowych, gdzie niekiedy już po wstępnym researchu można wywnioskować, że najprawdopodobniej mamy do czynienia z fake’ami służącymi wyłącznie do wystawiania faktur. Najpopularniejsze symptomy takich fake-firm to min.: brak stron www, korespondencja prowadzona wyłącznie za pomocą darmowych adresów mailowych typu XXX@wp.pl, brak informacji w Internecie odnośnie działalności spółki i realizowanych przez nią kontraktów, rejestracja spółki w tzw. wirtualnym biurze, brak legalnie zatrudnionych pracowników, brak dowodów na dysponowanie infrastrukturą niezbędną do obrotu towarami wielkogabarytowymi itd. Ogólnie chodzi o to, że faktyczny potencjał spółki wyglądał na drastycznie mały w zestawieniu z wielomilionowymi transakcjami, jakie ona rzekomo realizowała.

    31. Pomiędzy spółkami występował tzw. odwrócony łańcuch handlowy, czyli dostawy od „małych” do „dużych”, to jest od „znikających podatników” do podatników realizujących zyski (tzn. np. występujących o zwrot VAT-u). To trochę tak, jakby mały sklep dostarczał towar do hurtowni, a przecież na ogół jest dokładnie odwrotnie. Również w wielu przypadkach łańcuch płatności kończył się na spółkach – słupach, co także dawało przesłanki co do fikcyjnego charakteru obrotów.

    32. Uzasadnione podejrzenia budziła zadziwiająca łatwość, z jaką do mocno konkurencyjnych branż wchodziły całkiem nowe podmioty, które generowały duże obroty już od samego początku swej działalności. Brak też było typowo konkurencyjnych zachowań charakterystycznych dla normalnego rynku, jak np. dążenie do skrócenia dostaw i wyeliminowania niepotrzebnych pośredników celem zwiększenia swoich zysków (przykładowo nie było żadnych śladów w korespondencji elektronicznej spółek świadczących o tym, że wysyłały one chociażby zapytania ofertowe do czołowych firm z branży i starały się uzyskać możliwie najniższą cenę).

    33. Towar, który przepływał przez wiele spółek karuzeli, można było bez żadnych trudności zakupić bezpośrednio na stronie internetowej jego producenta. W związku z tym angażowanie wielu podmiotów w transakcje, które poprzedzały jego „nabycie” przez jedną ze spółek VAT-owców, nie miały żadnego racjonalnego uzasadnienia.

    34. Obieg informacji na poziomie międzynarodowym pozwolił powziąć uzasadnione podejrzenia, że transakcje są zawierane przez fikcyjne podmioty. Przykładowo system VIES wykazał, że dostawcą polskiej spółki A miała być czeska spółka B. Tymczasem czeska administracja podatkowa poinformowała, że owa spółka B jest pośrednikiem w transakcjach trójstronnych, nie dysponuje pomieszczeniami magazynowymi, nie zatrudnia pracowników i formalnie nie posiada żadnego majątku. Trafiony – zatopiony, a polska spółka A okazała się w tym przypadku klasycznym „znikającym podatnikiem”.

    35. Pewien prezes pełniący istotną funkcję w karuzeli posiadał co najmniej 5 różnych telefonów „roboczych”, z których niektóre były używane wyłącznie do kontaktu z jedną tylko osobą, a inne do kontaktu tylko z kilkoma osobami. Dodatkowo prezes ten używał jeszcze dwóch innych numerów i aparatów telefonicznych, z których prowadził normalne, codzienne rozmowy min. z członkami swojej rodziny. W opinii organów ścigania podobne działania są charakterystyczne dla grup przestępczych, które chcą utrudnić rozpracowanie na drodze operacyjnej. Członkowie grup używają bowiem na co dzień jednego – dwóch numerów i telefonów, co do których zakładają, że są one na podsłuchu, więc nie przekazują za ich pośrednictwem pewnych informacji. Pomiędzy sobą grupa kontaktuje się z kolei z innych numerów i aparatów, uważając przy tym na to, aby taki kontakt miał miejsce w lokalizacjach oddalonych od ich stałego adresu zamieszkania lub adresu firmowego.

    36. Ważniejsi członkowie grupy używali do wzajemnych kontaktów telefonów amerykańskiego operatora, co miało utrudnić polskim organom ścigania założenie na nich podsłuchu. W rzeczywistości sąd uznał to za działanie charakterystyczne dla grup przestępczych – zwłaszcza, że korzystanie z takich zagranicznych numerów nie miało żadnego innego uzasadnienia w kontekście wysokich rachunków opiewających niejednokrotnie na kilka tys. USD miesięcznie.

    37. W bankowości elektronicznej kilku spółek z karuzeli VAT-owskiej wykorzystano ten sam numer IP, co świadczy o tym, że w rzeczywistości były one kontrolowane przez jedną osobę, która logowała się na konta tych podmiotów i dokonywała transferów środków pieniężnych w tym samym czasie i w tym samym miejscu. Dodatkowo w momencie zablokowania jednego z rachunków bankowych należących do spółki wchodzącej w skład karuzeli, inne podmioty w niej uczestniczące momentalnie stały się nieaktywne, zaprzestały fakturowania, w ekspresowym tempie wycofały towar z magazynów i po prostu zniknęły z rynku.

    #vatowcy #sadowehistorie #policja #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    „No shipping to Poland” – dlaczego?

    Wiele osób robiących zakupy w sieci zastanawiało się nieraz zapewne, jak to jest, że wiele zagranicznych sklepów nie zgadza się na wysyłkę towaru do Polski. No niestety, trzeba przyznać, że winna jest temu pewna grupa naszych rodaków, którzy opracowali różne „patenty” dotyczące tego, jak oszukiwać firmy z Niemiec, Francji czy Włoch – jedną z takich metod opiszę na przykładzie.

    Jak oszukać sklepy internetowe
    Grupa złożona z kilku młodych chłopaków zamawiała towary z zagranicznych sklepów internetowych – ale tylko takich, które oferowały zwrot na swój koszt. Najczęściej były to jakieś ciężkie przedmioty, np. mniejsze meble czy duże części samochodowe, ale nie tylko. Dlaczego liczyły się wymiary? Ponieważ owi „geniusze zła” wykombinowali sobie, że będą podrabiać w Photoshopie faktury od kurierów za wysyłkę za granicę, rzecz jasna podając tam mocno zawyżone kwoty, co w przypadku dużych paczek nie budziło wielkich podejrzeń w zagranicznych sklepach (przynajmniej do pewnego czasu). Przykładowo nasi bohaterowie potrafili wiec odesłać do zagranicznego sklepu paczkę za 200 PLN (tyle płacili u brokera kurierskiego), a na podrobionej fakturze dać kwotę za przesyłkę równą 200 Euro. Zachodnioeuropejskie sklepy zwracały im te pieniądze na konto w zasadzie bez mrugnięcia okiem, bo po pierwsze takie mają na ogół standardy obsługi klienta, a po drugie nie miały orientacji w polskim rynku kurierskim i nie wiedziały, ile rzeczywiście takie wysyłki z Polski kosztują.

    Jak przestępcy rozwijali swój „biznes”
    W pierwszych miesiącach działalności grupa odsyłała kilka – kilkanaście takich paczek tygodniowo, a na każdej byli w stanie wyciągnąć ponad 100 Euro. Początkowo paczki przychodziły wyłącznie na ich adresy, jednak skala przedsięwzięcia szybko się zwiększała, więc chłopaki wciągnęli do współpracy znajomych z podwórka, okolicznych meneli itd. – a że płacili po 100 PLN od każdej paczki wysłanej na udostępniony adres, to chętnych do dorobienia sobie nie brakowało. Liczba paczek tak się jednak zwiększała, że to rozwiązanie też po pewnym czasie przestało wystarczać – po prostu każdy sklep przestawał wysyłać towar na dany adres jeśli stwierdził, że na 10 (czasem więcej, czasem mniej) wysłanych tam paczek wszystkie wracały. Ale i na to znalazła się rada – było nią dogadanie się z ludźmi z pewnej sortowni kurierskiej (rzecz jasna nielegalnie), aby ta ściągała z taśmy paczki z konkretnych sklepów zagranicznych i nie przesyłała ich dalej. Dało to chłopakom możliwość podawania w zasadzie dowolnych adresów w całym województwie, które obsługiwała ta sortownia = nie było podejrzanej „kumulacji” zwrotów z tych samych lokalizacji.

    Dlaczego zagraniczne sklepy nie chcą wysyłać towaru do Polski
    Grupa ta stosowała ten schemat najprawdopodobniej przez kilka lat i ciężko jednoznacznie stwierdzić, jak duże szkody spowodowała – szacunkowo w grę mogło wchodzić kilka tysięcy paczek, co dawałoby zarobek w wysokości kilkuset tysięcy Euro. Niby drobne w skali przestępstw gospodarczych, ale historia ta stanowi ciekawy przykład tego, w jaki sposób zaczynają niektórzy szemrani biznesmeni i jak gromadzą kapitał na rozwijanie swej przestępczej działalności. Jeden z chłopaków stanowiących trzon grupy został bowiem zatrzymany za uczestnictwo w karuzeli VAT, a reszta też podobno nie podążyła drogą uczciwości. No i wreszcie na sam koniec odpowiedź na pytanie postawione w tytule: zagraniczni handlarze przeanalizowali sobie, że zbyt duża część wysyłek do naszego kraju przynosi im straty i w związku z tym po prostu nie opłaca im się obsługiwać tego kierunku. Oczywiście cierpią na tym uczciwi polscy konsumenci, którzy w tej sytuacji niejednokrotnie nie mogą skorzystać z naprawdę ciekawych ofert, no ale cóż, mogą za taki stan rzeczy podziękować co poniektórym „sprytnym” rodakom.

    #bialekolnierzyki #polska #internet #zakupy
    pokaż całość

  •  

    Jak można wyłudzić pieniądze dzięki danym z giełdy transportowej

    Schemat działania

    Firma Stalex (nazwa przypadkowa) chce wysłać klientowi towar za pośrednictwem jednej z najpopularniejszych w naszym kraju giełd transportowych, gdzie dogaduje się z przewoźnikiem Max-Trans (również nazwa przypadkowa) co do szczegółowych warunków wysyłki towaru – dane kierowcy i auta, data i godzina, numer rampy oraz ładunku, miejsce załadunku i rozładunku oraz kontakty do załadowcy i rozładowcy. Kiedy warunki zostały zaakceptowane przez obie strony, przewoźnik Max-Trans wystawiał fakturę z odroczonym terminem płatności na 30-40 dni, a wszystkie niezbędne dokumenty wysyłał do firmy Stalex w terminie do 14 dni od dnia wykonania usługi.

    Taki model działania powtarzał się wielokrotnie i nie było żadnych problemów, aż tu na przełomie roku (czyli w okresie, kiedy firmy często zmieniają dostawców usług bankowych) do firmy Stalex zadzwonił ktoś, kto przedstawił się jako szef Max-Transu, po czym przeprosił, że tak późno to zgłasza, ale zmieniły się u nich numery kont bankowych i za jakieś pół godziny wyśle stosowną notę. Dodatkowo zaufanie wzbudził tutaj fakt, że rozmówca podający się za przewoźnika podał wszelkie szczegóły transportu (włącznie z danymi kierowcy), które były w zasadzie znane tylko tym dwóm stronom transakcji.

    Po rzeczonych 30 minutach rzeczywiście przyszła nota z maila łudząco podobnego do tego, z jakiego korespondencję prowadził dotąd przewoźnik Max-Trans – dopiero po całej akcji ktoś z firmy Stalex zauważył, że w adresie zamiast podkreślnika był myślnik. Oprócz tego w zasadzie nie było się do czego przyczepić – zwłaszcza, że nota była podbita oryginalną pieczątką przewoźnika, a podpis też wyglądał na autentyczny.

    Tak więc osoba odpowiedzialna za płatności po stronie firmy Stalex puściła przelew na wskazane w notce nowe konto i zapomniała o całej sprawie – do czasu… Wkrótce zadzwonił bowiem pracownik z Max-Transu z pretensjami, dlaczego jeszcze nie dostali płatności za ostatnią fakturę, choć termin już minął. Pracownik Stalexu odpowiedział, że jak to, przecież przelew wysłali już x-dni temu, a sam szef Max-Transu dzwonił w sprawie zmiany konta i nawet wysłał oficjalną notę w tej sprawie…

    Jak do tego doszło?

    Pierwsze pytanie jest takie: skąd przestępcy mieli dane z faktur wraz ze wzorami pieczątek i podpisów? Ich zdobycie okazało się banalnie proste: otóż osoba podająca się za pracownika Stalexu zadzwoniła do siedziby Max Transu i poprosiła o przesłanie duplikatu faktury, motywując to tym, że „księgowość gdzieś tam ją zapodziała, a termin płatności się zbliża, więc chcielibyśmy to rozliczyć już”. Przewoźnik wysłał co prawda duplikat, ale bez pieczątki i podpisu – przestępcy poprosili więc o fakturę z pieczątką i podpisem „bo księgowy bez tego nam nie przyjmie”, no i takową fakturę dostali. Jako ciekawostkę dodam, że wyłudzenie faktury miało miejsce w ten sam dzień, w którym rzekomy szef Max-Transu zadzwonił do Stalexu i poinformował o zmianie konta bankowego. Świadczy to poniekąd o tym, że akcja została dobrze zaplanowana i przeprowadzona w szybkim tempie, co niejednokrotnie warunkuje powodzenie przy tego typu działaniach.

    Pytanie drugie: skąd przestępcy mieli wrażliwe dane dotyczące realnego zlecenia, jakie Max Trans miał zrealizować dla firmy Stalex (data i miejsce załadunku i rozładunku, dane auta i kierowcy itd.), skoro te informacje były znane tylko przedstawicielom obu firm? Otóż, dziwnym trafem, giełda transportowa pośrednicząca w transakcji kilka tygodni wcześniej miała poważną awarię serwerów – chodziły plotki, że było to włamanie, ale oczywiście przedstawiciele giełdy zaprzeczyli temu z całą stanowczością twierdząc, że złamanie zabezpieczeń jest w tym przypadku niemożliwe. Cóż… Interesujący jest też fakt, że przestępcy dysponowali numerami różniącymi się zwykle tylko o 2-3 cyfry od oryginalnych numerów poszkodowanych firm, co również wymagało nieco zachodu i pozwala domniemywać, że za całą akcją stała naprawdę dobrze zorganizowana grupa.

    Co ze śledztwem w tej sprawie?

    Szef firmy Stalex, który został „zrobiony” przez oszustów na kilka tys. PLN, postanowił zgłębić temat. Po przeprowadzeniu prywatnego dochodzenia okazało się, że w całym kraju w tym samym okresie oszukano w ten sposób kilkaset innych firm, wiele z nich na zdecydowanie wyższe kwoty, więc łupem oszustów mogło paść kilka milionów PLN. Oczywiście poszło zgłoszenie na policję, ale, co było do przewidzenia, w toku czynności okazało się, że właścicielem konta na które Stalex przelał pieniądze, jest osoba znajdująca się w domu opieki, która nie ma o niczym pojęcia. Pieniądze zaś zostały podjęte z bankomatu dzień po wykonaniu przelewu i tu cały ślad się urwał. Co prawda śledztwo dalej trwa (już od roku 2016 zresztą), ale póki co można je uznać za „zamrożone” – słupy są uniewinniane, a organizatorów procederu póki co nie udało się ustalić.

    #bialekolnierzyki #transport #pieniadze #firma
    pokaż całość

  •  

    Sofizmat prokuratora vs sofizmat adwokata

    Mamy oskarżonego o zabójstwo, którego ślady DNA są tożsame z DNA sprawcy. W wyniku badań populacyjnych wskazujących przykładowo, że taki sam „wzór” ma jedna osoba na 100 tys., można wyciągnąć zupełnie odmienne wnioski.

    Prokurator będzie wykazywał, że prawdopodobieństwo pochodzenia śladów od naszego oskarżonego wynosi w podanym przykładzie 0,99999, a więc graniczy z pewnością, że ten oskarżony jest rzeczywiście sprawcą.

    Adwokat może przyjąć taką linię obrony: skoro prawdopodobieństwo śladu wynosi 1:100 000, to w Polsce (biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców) mamy około 400 osób o takim układzie DNA. Tak więc prawdopodobieństwo, że ślad pochodzi od naszego oskarżonego wynosi zaledwie 1:400.

    No i która wersja lepiej brzmi…? ( ͡º ͜ʖ͡º) #sadowehistorie #prawo #ciekawostki
    pokaż całość

    +: wamaga, IgorK +14 innych
    •  

      to jest ich na tyle mało, że posiadanie tej cechy przez oskarżonego jest mocną okolicznością obciążającą.

      @pawel-niczyporek: nie jest zadna okolicznoscia obciazajaca musisz sobie z tego zdac sprawe. Takie badanie byloby wzmocnieniem DOWODOW ale samo dowodem by nie bylo.

      Wydaje mi się jednak, choć mogę się mylić, że samo powiedzenie przez nich, że "są niewinni i właśnie odnosili rzeczy" brzmi niewiarygodnie i nie jest podstawą do uniewinnienia.

      @pawel-niczyporek: to powiem ci cos lepszego powiedzenie przez nich "jestesmy winni" tez nie jest dowodem obciazajacym te osoby. Przyznanie sie oskarzonego nie moze byc uznawane jako dowod jeg ozbrodni. Zgodnie z prawem nalezy im uwierzyc chyba ze ma sie dowod na to ze popelnili przestepstwo. Rownie dobrze moga powiedziec ze ukradli ale dowodow nadal brak. Oskarzony nie moze sam siebie pograzyc.
      pokaż całość

    •  

      skoro prawdopodobieństwo śladu wynosi 1:100 000, to w Polsce /.../ mamy około 400 osób o takim układzie DNA. Tak więc prawdopodobieństwo, że ślad pochodzi od naszego oskarżonego wynosi zaledwie 1:400.

      @grafikulus:
      Ja pierdziele, jaki bullshit... Co ty robiłeś na matematyce? Skoro prawdopodobieństwo wynosi 1:100 000, to znaczy, że wynosi 1:100 000.

    • więcej komentarzy (24)

  •  

    Miraski, chciałbym zweryfikować jedną rzecz, tak z czystej ciekawości. Otóż byłem dziś u mechanika, no i tak od słowa do słowa zeszło na motory VAG-owskie, a ściślej rzecz biorąc na niesławne 2.0 TDI, które, jak powszechnie wiadomo, mają spore problemy z napędem pompy oleju, czego następstwem jest często zatarcie silnika. No i tenże mechanik powiedział, że Polacy wynaleźli "cudowny sposób" redukujący prawdopodobieństwo wystąpienia takowej awarii praktycznie do zera.

    Tak oto na zdjęciu widzimy napęd pompy oleju silnika 2.0 TDI - w widoczny otwór na górze wchodzi taki "imbus" (tak to mechanik określił), który jest oryginale zrobiony ze zbyt słabego materiału, więc z czasem się wyciera i w konsekwencji tego ten cały fragment napędu pompy widoczny na zdjęciu przestaje się obracać, co z kolei powoduje niedostarczenie oleju - no i w pewnym momencie silnik kaputt, czyli zatarty.

    Co więc wykombinowali Polacy? Otóż jest podobno firma w #trojmiasto która dorabia takie "imbusy" za ok. 1000 PLN, niby z super wytrzymałego materiału z gwarancją dożywotnią, no i po takiej wymianie silniki 2.0 TDI są podobno całkowicie wolne od ryzyka zatarcia i mogą spokojnie śmigać po pół miliona km i więcej nawet. Czy ktoś spotkał się z takim patentem / słyszał może o nim pozytywne lub negatywne opinie? ( ͡º ͜ʖ͡º)
    #motoryzacja #samochody #vagboners #inzynieria #pytanie #ciekawostki #diy
    pokaż całość

    źródło: 2.0 tdi.jpg

  •  

    Minister Finansów Teresa Czerwińska ogłosiła niektóre zmiany w podatkach, które są planowane na 2019 rok. Przedsiębiorcy na pewno się ucieszą, gdy usłyszą, że ograniczona zostanie możliwość wrzucania w koszty wydatków na samochody firmowe. Będzie tak, jak teraz jest z VAT, odliczyć będzie można tylko połowę kosztów użytkowania samochodu, chyba że ktoś prowadził będzie ewidencje przebiegu pojazdu, której prowadzenie jest tak uciążliwe, że ludzie wolą już stracić połowę VAT, niż ją wypełniać.

    Zróbmy szybkie obliczenia. Firma ma 10 małych samochodów dla przedstawicieli handlowych. Miesięczne opłaty leasingowe to 5000 zł. Każdy samochód przejedzie miesięcznie 3000 km, spalając 6 l/100 km, co da nam 9180 zł. Doliczmy jeszcze ubezpieczenie i drobne naprawy i mamy bardzo ostrożnie licząc 10 000 zł. Razem koszt utrzymania tej floty daje nam 15 000 zł netto.

    Zmiana proponowana przez minister Czerwińską sprawi, że przedsiębiorca z tych 15 000 zł będzie mógł wrzucić w koszty tylko 7 500 zł, czyli zakładając, że jest na liniowym, będzie w plecy 1 425 zł miesięcznie. VAT od 15 000 zł to 3 450 zł. Z tego może odliczyć połowę, więc traci tu 1 725 zł miesięcznie.

    Taki przedsiębiorca dzięki utrudnieniom w odliczaniu VAT i PIT od samochodów firmowych straci rocznie 37 800 zł. Ale ma się cieszyć i głosować na PiS, bo jeżeli ma dwójkę dzieci, to dostanie 500 zł na miesiąc.

    Tekst oryginalny: Dr Sławomir Mentzen

    #firma #dzialalnoscgospodarcza #pieniadze #podatki #polska
    pokaż całość

  •  

    Oglądam sobie rano tv przy kawie, a tu news: płonie kolejne składowisko odpadów. Sporo ostatnio tych podpaleń – o przepraszam, pożarów – w których niebezpieczne odpady idą z dymem zamiast trafić do drogiej utylizacji. O całym procederze nielegalnego handlu odpadami (bo chyba tak to można nazwać) pisałem zresztą już jakiś czas temu – tak tylko przypomnę pokrótce schemat, jak to działało:

    1. Zakładało się w Polsce spółkę „na słupa” – nazwijmy ją Odpadex – lub kupowało już istniejącą, spółka ta miała oczywiście odbierać odpady.

    2. Znajdowało się kontrahenta za granicą (weźmy jako przykład Niemcy) i proponowało mu atrakcyjny cenowo odbiór odpadów bardzo drogich w utylizacji.

    3. Organizowało się wysyłkę tych odpadów do Polski, tutaj były 2 możliwe drogi:
    a) odpady odbierano od Niemców „na dziko”, czyli bez występowania o pozwolenie na transgraniczny transport odpadów licząc na to, że nie będzie po drodze żadnej kontroli
    b) zakładano w Niemczech firmę (też na słupa), która miała odebrać odpady od niemieckiego klienta, po czym jako firma wysyłająca występowała do polskiego Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska o pozwolenie na transgraniczny transport odpadów do Polski (o takie pozwolenie musiała wystąpić firma z kraju wysyłającego)

    4. Do akcji wkraczała polska spółka Odpadex, która przyjeżdżała we wskazane miejsce, zabierała odpady i następnie przewoziła je (legalnie lub też nielegalnie) na jakiś wynajęty magazyn czy też działkę w Polsce.

    5. Co dalej? Ano nic. Odpady sobie leżały, a spółka Odpadex zwykle „zamykała się” lub ogłaszała bankructwo – prezes oczywiście niewypłacalny albo leżał gdzieś pod kroplówką w hospicjum, co na jedno w sumie wychodzi. Z problemem odpadów zostawał więc właściciel magazynu czy tam działki, który wynajął obiekt spółce Odpadex, gdyż to na niego spadały koszty utylizacji niebezpiecznych śmieci. Kurtyna.

    Teraz jednak odpady już nie leżakują, ale ulegają spaleniu. Dlaczego? Powodów jest kilka. Po pierwsze od początku 2018 roku mamy nowe prawo dotyczące gospodarki odpadami niebezpiecznymi – nie wdając się zbytnio w szczegóły, jest po prostu więcej uciążliwej „papierologii” i trudniej jest ukryć nielegalne przepływy tychże odpadów. Po drugie wzrosły tzw. opłaty marszałkowskie za przechowywanie odpadów – 270 PLN od tony, o ile się nie mylę. Przy tysiącach ton opłaca się więc „przypadkowy pożar”, bo nie trzeba przelewać tych pieniędzy na konto skarbu państwa. No i po trzecie, ale to nie jest w 100% potwierdzone info, w niektórych województwach zaczęły się podobno ostrzejsze kontrole, więc Janusze utylizacji zaczęli się na szybko pozbywać problemu, puszczając go po prostu z dymem. A teraz, kiedy sprawa zrobiła się głośna na całą Polskę i kiedy rząd zapowiedział, że weźmie się za tzw. mafię śmieciową, możemy się prawdopodobnie spodziewać kolejnych pożarów na zasadzie efektu kuli śniegowej. Jeśli ktoś ma bowiem coś do ukrycia, to teraz będzie dla niego ostatni moment, aby pozbyć się dowodów – kiedy za x-tygodni służby ostrą ruszą do akcji, to dla „odpadowych” biznesmenów może być już za późno.

    Ok, a jak wyeliminować taki proceder? Moim zdaniem (a uprzedzam, że nie jestem ekspertem od tej akurat branży) wygrać ze „śmieciarzami” można tylko poprzez zastosowanie radykalnych rozwiązań. Biorąc pod uwagę doświadczenia z innych branż, trzeba by po prostu wyeliminować pośrednika (tego nieuczciwego) z łańcucha utylizacji. Obecnie jest bowiem tak, że niemiecka firma X produkująca odpady oddaje je firmie Januszex (polskiej lub kontrolowanej przez Polaków), która bierze na siebie odpowiedzialność za te odpady, a ściślej rzecz biorąc za ich prawidłową utylizację w zakładzie Z. Więc gdyby zmienić prawo na poziomie międzynarodowym na takie, w którym firma X jest odpowiedzialna za odpady aż do momentu ich utylizacji i bez pokazania kwitów bezpośrednio ze spalarni Z płaci ogromne kary, to ukróciłoby się oddawanie niebezpiecznych substancji rozmaitym Januszexom.

    Oczywiście, przy okazji trzeba by stworzyć wydajny system potwierdzeń utylizacji, aby nie dopuścić do fałszerstw, ale to dałoby się zrobić np. wykorzystując Blockchain. Jednak takie rozwiązania to dużo zachodu i nie wszystko tutaj zależy od polskiego rządu – obstawiam niestety, że skończy się na podwyższeniu kar finansowych, nalotów na składowiska i zintensyfikowaniu kontroli ciężarówek zwożących odpady zza granicy, bo to najprościej zrobić. Tyle tylko, że dla firm-słupów wysokość kar nie ma większego znaczenia, gdyż z założenia i tak nie będą ich płacić. Ktoś tam więc zapowie walkę z odpadami, postraszą nowym, ostrzejszym prawem, puści się w tv parę efektownych migawek z kontroli drogowej (sugeruję funkcjonariuszy z długą bronią i w kominiarkach, bo to zawsze robi wrażenie na laikach), a za x-tygodni, jak sprawa przycichnie, niebezpieczne substancje będą dalej płynąć do Polski szerokim strumieniem, zapewniając miliony organizatorom procederu. ( ͡° ʖ̯ ͡°)
    #bialekolnierzyki #ekologia #biznes #pieniadze #prawo
    pokaż całość

    źródło: odpady.jpg

    •  

      @krzysztof-marcin-rybacki: Spoko, wiadomo o co chodzi. Po prostu mentalność wykopka nie pozwoliła mi się nie przyczepić :)

    •  

      @grafikulus: > Obecnie jest bowiem tak, że niemiecka firma X produkująca odpady oddaje je firmie Januszex (polskiej lub kontrolowanej przez Polaków), która bierze na siebie odpowiedzialność za te odpady, a ściślej rzecz biorąc za ich prawidłową utylizację w zakładzie Z. Więc gdyby zmienić prawo na poziomie międzynarodowym na takie, w którym firma X jest odpowiedzialna za odpady aż do momentu ich utylizacji i bez pokazania kwitów bezpośrednio ze spalarni Z płaci ogromne kary, to ukróciłoby się oddawanie niebezpiecznych substancji rozmaitym Januszexom.

      Tak się akurat składa że pracowałem w tej branży i już w zeszłym roku było tak że firma X ponosiła odpowiedzialność (przynajmniej w RFN), co zresztą utrudniało działalność, bo średnio wierzyli polskim firmom
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (67)

  •  

    Oleje smarowe vs akcyza

    Twarde realia branży, wałki podatkowe, kombinowanie ze składami produktów, fikcyjny eksport-import, niekompetencja urzędników, czy też wreszcie "januszowanie" klientów - o tym wszystkim będzie dzisiaj. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Akcyza – być albo nie być

    Polska jest, niestety, niechlubnym wyjątkiem wśród krajów UE, ponieważ nalicza akcyzę od wspomnianych już olejów smarowych. Wysokość tejże akcyzy to 1180 PLN za 1000 litrów, czyli 1,18 PLN na litrze – no chyba, że dany olej ma odpowiedni kod CN np. 3403 19 90, to wtedy akcyza wynosi 0 (słownie zero) złotych. W interesie producentów olejów smarowych leży więc to, aby ich produkty załapały się na jeden z kodów gwarantujących zwolnienie z podatku akcyzowego (np. wspomniany już 3403 19 90), gdyż daje to oszczędności rzędu 1180 PLN / 1000 litrów, czyli 1,18 PLN na każdym litrze oleju. Niby niewiele, ale tak się akurat składa, że na tym rynku trwa aktualnie ostra wojna cenowa i nawet groszowe różnice na litrze mają znaczenie dla potencjalnych kupujących. Przykładowo standardowy olej hydrauliczny może osiągnąć cenę 5 – 5,50 zł/l netto. W takim przypadku akcyza powoduje zwiększenie ceny o 20%, co może mieć decydujące znaczenie dla kupującego.

    Krótka charakterystyka rynku olejów smarowych

    Zasadniczo mamy w Polsce dwie grupy producentów olejów. Pierwsza to ci, którzy wiedzą co wypuszczają na rynek – jak Orlen, Lotos, Fuchs, Mobil etc. Druga to ci, którzy nie wiedzą (dlaczego, o tym za moment).

    Ta pierwsza grupa wie, bo posiada własne w pełni wyposażone laboratoria z całym odpowiednim sprzętem i sprawdzają każdą partię produkcyjną pod względem parametrów.

    Druga grupa zaś podjęła strategiczną decyzję, że ‘Cena Czyni Cuda’ przez co w swoich laboratoriach ilość sprzętu mają ograniczoną do minimum, co nie pozwala na ocenę poprawności formulacji (koszt odpowiedniego sprzętu jest dość znaczny). Druga sprawa, że często zdają sobie sprawę z jakości (kiepskiej) swoich produktów – więc po co się upewniać w tym, że nie jest dobrze… Dodatkowo sytuację wykorzystują tutaj zagraniczni dostawcy surowców, którzy wysyłają im słabszej jakości produkty wiedząc, że liczy się tylko cena.

    Marka własna oleju – po co i jak to się robi

    Część firm handlujących olejami zapragnęła mieć swoją prywatną markę olejów jako zabezpieczenie przed „wykolegowaniem” przez producentów z biznesu (podobny schemat działa zresztą także w wielu innych branżach). W skrócie takie „wykolegowanie” przebiega często tak, że jakiś dyrektor handlowy dużego producenta olejów dogaduje się z inną firmą w rejonie, no i owa firma wyskakuje do klientów z niższą ceną za ten sam produkt, żeby zrobić na początek dobry wynik. Oczywiście, można powiedzieć, że psuje przy tym rynek, ale duzi gracze zarabiają głównie na obrocie, no i dyrektor handlowy jest rozliczany z wolumenu sprzedaży, a nie z zysku – takie są realia. Posiadanie przez firmę handlującą olejami własnej marki niweluje ten problem, przynajmniej w pewnym stopniu.

    Ze względu na fakt, że produkcja oleju to trudna sprawa, prościej kupować oleje od producenta w paletopojemnikach i konfekcjonować u siebie już pod swoją marką. Niektóre z tych firm pragną utrzymać swoją markę na wysokim poziomie i nie chcą mieć ani problemów, ani czarnego PR, a zdają sobie sprawę z sytuacji na rynku. Dlatego często między kupnem dużej partii oleju, a przelaniem do beczek i kanistrów, wysyłają próbkę do zewnętrznego laboratorium w celu oceny jakości produktu.

    Jednak, jak „ptaszki ćwierkają”, większość producentów kombinuje jak może, aby tylko mieć możliwie najtańszy produkt – jedni zachowują RiGCZ i manipulują składem tam, gdzie nie ma on aż tak krytycznego znaczenia (np. w olejach hydraulicznych), ale niektórzy używają nieodpowiednich baz np. w olejach transformatorowych, co już nie powinno mieć miejsca. Zdarzają się także i firmy, które „idą na grubo”, używając np. tereftalanów do produkcji olejów silnikowych – takie domieszki powodują, że oleje te nie trzymają zakładanych parametrów i są niestabilne w wyższych temperaturach (tzn. powyżej 60 stopni C), co w ich przypadku może mieć (i często ma) katastrofalne skutki. Ważne jednak, że kod uprawniający do zerowej akcyzy się zgadza i można dać dzięki temu niższą cenę. Zdarzały się też akcje, że producent zamiast używać mineralnej bazy z kodem 2710, jaka powinna być zastosowana w danym typie oleju, dawał plastyfikator (super lepki materiał, z którego robi się plastiki) i rozpuszczał go aż do uzyskania odpowiedniej lepkości. No i „wuj” z tym, że powstawał badziewny produkt – ważne, że 1,18 PLN na litrze w kieszeni zostawało.

    Z drugiej jednak strony to też nie jest tak, że każdy producent świadomie oszukuje. Po pierwsze chemicy w takich zakładach mają prykaz produkowania oleju ‘na styk’ pod normy dla utrzymania jak najniższej ceny. Po drugie zdarza się także, że z powodu, nazwijmy to, niedostatków sprzętowych, ktoś doda czegoś za dużo, albo za mało, albo nawet w ogóle nie doda i mamy olej, w którym nie ma prawie nic z tego, co teoretycznie powinno się w nim znajdować.

    „Januszowanie” klientów, czyli niska cena jedynym kryterium wyboru

    Kolejną sprawą są klienci kupujący takie oleje, dla których liczy się praktycznie jak najniższa cena – a takich nabywców jest bardzo dużo. Jest to o tyle złe podejście, ponieważ koszt tzw. środków smarnych w pierwszej lepszej fabryce to zaledwie niewielki promil wszystkich kosztów i w ostatecznym rozrachunku naprawdę opłaca się kupić droższy, sprawdzony produkt, niż lać do maszyn coś, co sprawia problemy – maszyny się psują, trzeba naprawiać, przestoje, stracone zamówienia itd. Ogólnie o wiele więcej szkód niż oszczędności, no ale jak się ma „nawiedzonego” dyrektora finansowego, dla którego Excel jest bogiem i który nie potrafi myśleć wyprzedzająco, to tak już jest… Największy „problem” polega na tym, że części mechaniczne bardzo dużo wybaczają i nie psuje się od razu, przez co dla takiego dyrektora, a czasem nawet serwisantów, nie ma związku przyczynowo skutkowego między podejrzanie tanim olejem, a awariami raz na 3 lata.

    Zdarzało się też nie raz, że producenci do wysokozaawansowanych olejów do nowych ciężarówek stosowali najprostsze bazy mineralne, w konsekwencji czego nie było opcji nawet na wstępne trzymanie parametrów określonych normami. Nie trzeba chyba dodawać, że to zabójcze dla nowoczesnych silników – reklamacji było tak dużo, że wreszcie producenci tych olejów wzięli do ręki kalkulatory i policzyli, że w sumie nie opłaca im się wypuszczać na rynek aż tak słabych produktów i że trzeba jednak poprawić jakość.

    Kierunek: Wschód

    Jak już wspomniałem wcześniej, producentom bardzo zależy na tym, aby ich wyrób miał kod akcyzowy 3403 uprawniający do zerowej stawki tego podatku. I tutaj zaczyna się właśnie kombinowanie z bazami olejowymi (półproduktami) – stosuje się takie, które w rzeczywistości nie bardzo pasują do przeznaczenia danego oleju zakładanego przez finalnego odbiorcę. Oczywiście to też nie jest tak, że można sobie dowolnie manipulować składami i z baz wyłącznie mineralnych ot tak stworzyć oleje syntetyczne! Nadanie kodu akcyzowego następuje w rafinerii i wynika z procesu produkcyjnego. Nikt w Polsce ani w zachodnich rafineriach nawet nie pomyśli o fałszowaniu dokumentacji. Dlaczego? A chociażby dlatego, że udowodnienie mataczenia jest tutaj zbyt proste, a kary zbyt wysokie, żeby podkładać się jakiemuś małemu odbiorcy z Polski. Czyli co, sytuacja beznadziejna…? No nie do końca, ponieważ mamy jeszcze kierunek Wschód, a stamtąd można sobie ściągnąć bazę i w papierach napiszą praktycznie wszystko, czego sobie zażyczysz (=otrzymasz odpowiedni kod akcyzowy).

    Fikcyjny eksport – import

    Jest tajemnicą Poliszynela, że w branży od lat funkcjonuje proceder fikcyjnego eksportu i importu olejów, w którym uczestniczą nawet całkiem spore firmy. Wygląda to w dużym uproszczeniu tak, że za granicę sprzedaje się (fikcyjnie) olej mineralny, a zza granicy sprowadza syntetyczny za pośrednictwem firmy – słup. Kod akcyzowy się zgadza, wszyscy zadowoleni (oprócz Urzędu Celnego, rzecz jasna). Jako ciekawostkę dodam, że w branży funkcjonuje ciekawa historia związana z takimi akcjami, jak to pewna firma wpadła na „genialny” patent sprzedając na Słowację cysternę oleju mineralnego, a w zamian przywożąc syntetyczny (inne kody, niższa akcyza). Problem tylko, że owa cysterna w trakcie „magicznej” zmiany kodu celnego nie ruszyła się z placu nawet o centymetr, no i tym sposobem cały misterny plan poszedł w pizdu (jak mawiał klasyk). A dla niezorientowanych w temacie dodam, że takie oleje są objęte systemem monitoringu przewozów, dziwi więc poziom nieogaru pomysłodawców procederu, bo w zasadzie wystarczyłoby naprawdę puścić tę cysternę chociaż kilometr za granicę na godzinkę (co kosztowałoby kilkaset, może tysiąc PLN – cysterna mieści 36 tys. litrów bazy razy 1,18 zł) i wrócić z tym samym olejem, no ale ktoś tam mocno „przyjanuszował” na kosztach i skończyło się wtopą.

    Obecnie (podobno) jest coraz trudniej przeprowadzić operację „magicznej podmiany kodu”, ale trzeba wiedzieć, że np. jeszcze w 2014 roku z Polski „wyeksportowano” oficjalnie około 630 tys. ton olejów i mineralnych (głównie były to oleje obróbkowe i formierskie). Co w tym dziwnego? A chociażby to, że jest to wręcz kosmiczna ilość zważywszy na fakt, iż w całej Polsce zużywa się tych olejów ok. 10 tys. ton rocznie – tak, naprawdę tylko tyle. Powstała więc sytuacja, w której do samej tylko Słowenii polskie firmy „wyeksportowały” w ciągu roku ok. 160 tys. ton olejów formierskich i obróbkowych, a po 60 tys. ton poszło na Węgry i do Grecji. Szacunki mówią tymczasem, że te 3 kraje łącznie w ciągu roku zużywają tyle samo tego typu olejów, co Polska, a więc 10 tys. ton. Mamy więc nadwyżkę eksportową blisko 30-krotnie przewyższającą realne potrzeby rynkowe. Przypadek…? No niekoniecznie, ponieważ z ogromnym prawdopodobieństwem chodziło tak naprawdę o uniknięcie akcyzy, a sprzedawane były oleje bazowe stosowane jako substytut lub domieszka do oleju napędowego, bądź też olej napędowy celowo przeklasyfikowany jako olej bazowy (czyli zwolniony z akcyzy).

    Zawieszona akcyza

    Sytuacji małych producentów nie poprawia też fakt, że istnieje taki twór, jak zawieszona akcyza. Chodzi tutaj o to, że duże firmy spełniające odpowiednie warunki, a więc np. prowadzące własne składy podatkowe i produkujące odpowiednie ilości olejów (powyżej 50 tys. litrów rocznie) mogą korzystać właśnie z takiego udogodnienia, jak procedura zawieszonego poboru akcyzy. Daje im to przewagę konkurencyjną w stosunku do „maluczkich” tego rynku – dość powiedzieć, że według szacunków osób z branży (choć bez żadnych dowodów), taki chociażby Orlen sprzedaje ok. 40% olejów w trybie zawieszonej akcyzy – i właściwie tylko dzięki temu ma tak duży udział w rynku.

    Jednak w branży, oprócz głównych graczy, są też mniejsze firmy, które utworzyły składy podatkowe dawno temu na starych zasadach, kiedy nie trzeba było fizycznie produkować w Polsce i dziś również korzystają z dobrodziejstw zawieszonej akcyzy, nic nie zmieniając w papierach z obawy o utratę tego przywileju. Cała reszta uczestników rynku musi normalnie płacić akcyzę od samego początku – włączając w to np. firmy zagraniczne, które chcą otworzyć dystrybucję w Polsce, ale z zawieszonej akcyzy korzystać nie mogą, ponieważ nie produkują na terenie naszego kraju.

    Co prawda zgodnie z moim info w rządzie są prowadzone rozmowy międzyresortowe, aby pobierać akcyzę od wszystkich typów olejów, niezależnie od przyznanego im kodu CN, ale osoby z branży już dziś twierdzą, że to nie przejdzie. Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze zmiany te blokuje Orlen, który sporo by na nich stracił, a po drugie z uwagi na trudności od strony urzędników i stosunkowo mały przychód do budżetu, który prawdopodobniej na skutek zmian wzrósłby o +- 100 milionów PLN rocznie (a taka kwota przy potencjalnym zamieszaniu nie jest warta przysłowiowej świeczki). Z drugiej strony ustawodawca może zagrać nie fair i utrzymać tryb zawieszonej akcyzy. Dzięki temu Orlen i Lotos mogłyby jeszcze powiększyć swój udział w rynku kosztem innych, mniejszych firm.

    Urząd Celny – niekompetencja i przegrane w sądach

    No i wreszcie doszliśmy do naszych celników, którzy, niestety, niejednokrotnie sami mają trudności z odpowiednią klasyfikacją takich olejów. Cały problem jest na poziomie systemowym i już pokrótce przedstawiam, jak to wygląda w praktyce.

    Otóż Izba Celna może oczywiście przeprowadzić badania olejów celem sprawdzenia, czy czasem nie „walą jej w rogi”. Urzędnicy pobierają więc próbkę i wysyłają do swojego laboratorium, w którym Pani laborantka dokładnie i wedle odpowiedniej procedury tę próbkę bada. Po wykonaniu owego badania wyniki wędrują na biurko urzędnika i tutaj zaczynają się niejednokrotnie „cyrki”, ponieważ taki urzędnik nie jest chemikiem i nie potrafi odpowiednio zinterpretować tychże wyników – po prostu bierze wzory, porównuje i autorytarnie stwierdza, czy dany olej jest ok w świetle przepisów, czy też nie jest. To o tyle bez sensu, że w zasadzie każdy olej jest inny i każdy posiada „własny odcisk palca” czyli zestaw unikalnych cech – w zasadzie można to interpretować tak, że żaden nie jest w 100% w porządku i można go zakwestionować pod kątem podatkowym (do pewnego stopnia, oczywiście).

    Do pewnego momentu wiele firm miało poważne kłopoty, bowiem Izba Celna przedstawiała w sądzie takie wyniki badań zinterpretowane przez urzędników nie będących ekspertami, twierdząc przy tym, że mamy do czynienia z oszustwem, a sądy niejako z automatu przesądzały o „winie” przedsiębiorców, no bo przecież badania… Działo się tak mimo tego, że podobne dowody oparte o interpretacje urzędników „celnego” mogły być podważone praktycznie przez każdego chemika.

    Tak było do czasu, aż jeden sprytny adwokat odwrócił sytuację w bardzo prosty sposób, a mianowicie na podstawie prawa o domniemaniu niewinności zażądał od Urzędu Celnego udowodnienia tego, że olej powinien mieć inny kod, niż przyznany – niby oczywiste, ale jakoś wcześniej nikomu to nie wychodziło. Do tej pory Urząd tylko negował zgodność ze wzorem, ale na dobrą sprawę nic nie udowadniał. No i wtedy właśnie wyszła niekompetencja urzędników, którzy również w innych sprawach zaczęli się na tej podstawie „wysypywać”, gdyż okazało się, że tak naprawdę się na tym nie znają i nie wiedzą jak udowodnić oszustwo. Sędzia przyznał więc rację pozwanej firmie. Inni adwokaci dowiedzieli się o tym orzeczeniu i przyjęli podobną taktykę, a kolejne sądy też zaczęły orzekać na niekorzyść celników, choć oczywiście nie zawsze, bo w Polsce nie ma prawa precedensów.

    Zakończenie

    Tak właśnie wygląda w wielkim skrócie całe zamieszanie wokół olejów smarowych – przekombinowane przepisy podatkowe, nieczyste zagrywki producentów, czy też wreszcie złe rozwiązania systemowe jeśli chodzi o kontrolę celną. Przy okazji: jeśli czyta to jakiś dziennikarz, który chciałby „pociągnąć” dalej temat i dowiedzieć się ciekawych rzeczy o tej branży, to mogę skontaktować go z odpowiednimi osobami. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    A jeśli ktoś nie zna mojego bloga poświęconego przestępczości gospodarczej, to zapraszam: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/?ref=bookmarks ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #firma #podatki #inzynieria #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Dawno mnie nie było na Wypoku (mało czasu) i nawet bordo przez to utraciłem, ale obiecałem, że wrzucę od czasu do czasu jakieś fajne tematy, więc wrzucam. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Prosty patent związany z ustawianiem przetargów.

    W zamówieniu określa się zawyżone wartości, które mają wpływ na cenę. Np. urząd miasta zleca budowę kanalizacji i w wymaganiach podaje, że rury mają być umieszczone w wykopach o głębokości 2m, ale dodatkowo należy wybrać jeszcze 1m ziemi z wykopu i w to miejsce ułożyć 1m podsypki z materiału mineralnego. I daje się cynk preferowanemu wykonawcy, że nie będzie musiał kopać tego dodatkowego metra - wystarczy, że sypnie na dno wykopu 5cm żwiru. I kasa za wykopanie i wywiezienie tego fikcyjnego 1m oraz zakup i dostarczenie 1m podsypki idzie do podziału. Rzecz po położeniu rur jest nie do sprawdzenia. Podobne patenty stosuje się przy budowie autostrad, wykonywaniu zieleni miejskiej, budowie wałów przeciwpowodziowych itp. A podobne patenty stosuje się np. przy zleceniach wywozu śmieci lub odpadów zawyżając np. 2-3 krotnie ilości, które mają być utyliowane. Dogadany oferent wie dokładnie ile będzie do odbioru i podaje cenę kalkulowaną od rzeczywistej wartości plus zwyczajowa działa dla zlecającego.

    #bialekolnierzyki #biznes #dzialalnoscgospodarcza #firma #pieniadze
    pokaż całość

    •  

      @grafikulus branża budowlana (szeroko pojętą) jest ogromnym polem do nadużyć. Jest tyle sposobów i patentów na to jak można due dorobić ilu jest wykonawców i zamawiających :)

    •  

      @grafikulus: przy budowie autostrady używa się różnych rodzai kruszywa ... jedno kosztuje np 100 zł za tonę a inne 500 zł.... w ciągu dnia na "budowę" przyjeżdża 10 trucków z tym za 500 zł... w nocny wywożą 9 trucków a na to miejsce wstawiają to za 100 zł... i tak bez końca.
      najlepsze w przetargach jest termin płatności, ponoć na tym dorobił się doktor Jan Kulczyk - > sprzedał VW T4 policji na 30 dniach płatności a od VW wziął na 90 alb 180 dni. przy takim "przetargu" loka 2msc daje dużo kasy albo można inne rzeczy sfinansować pokaż całość

    • więcej komentarzy (19)

  •  

    Miraski, jak oni to robią, że jest normalnie brudne, a potem tak czyste, jakby auto z fabryki wyjechało...? Jakiś laser czy coś? Więcej na tym fanpage: https://www.facebook.com/StiptPolishPoint/
    Normalnie cuda się tam dzieją, jeśli chodzi o detailing. Ile to musi kosztować, nie wiem, ale pewnie tanie nie jest... ( ͡º ͜ʖ͡º) #motoryzacja #samochody #detailing #ciekawostki #rozkminy pokaż całość

  •  

    - Jesteś w odwiedzinach u #rozowypasek
    - Siedzisz sobie na kanapie w salonie, w łóżeczku nieopodal śpi spokojnie dzieciak lvl tak z 6 miesięcy.
    - Zapominasz na chwilę o tym, że śpi i że trzeba być cicho, więc odkładasz głośno kubek z kawą na szklany stół.
    - Sekundę po odłożeniu kubka zdajesz sobie sprawę z tego, że jednak głośno było i patrzysz na dzieciaka, czy się nie obudził czasem – no nie obudził się, poruszył tylko główką i śpi spokojnie dalej.
    - No to dobrze, ulga, chcesz wziąć z powrotem kawę, wtem...
    - Z kuchni przybiega rożowy i głośno do ciebie: no i co tak hałasujesz, zostaw już ten kubek, bo mały się obudzi!
    - Dzieciak słyszy podniesiony głos, wtedy dopiero się budzi i zaczyna płakać.
    - Różowy do ciebie: no i co narobiłeś, to przez ciebie się obudził, bo hałasowałeś!
    - Próbujesz coś tam tłumaczyć, że to bardziej przez nią, ale w odpowiedzi pada sugestia, żebyś lepiej już sobie poszedł. ¯\_(ツ)_/¯
    #rozowepaski #niebieskiepaski #logikarozowychpaskow #dzieci
    pokaż całość

  •  

    Miraski, sprawa jest taka: wkrótce mam zamiar zrobić wywiad z detektywem działającym w jednej z najlepszych polskich agencji detektywistycznych specjalizujących się w tropieniu wałków gospodarczych, wywiadzie gospodarczym itd. Na dzień dzisiejszy nie podam, co to za firma, ale w wywiadzie będzie wszystko czarno na białym - mogę zdradzić, że pracuje tam wielu byłych funkcjonariuszy służb 3-literówych. Oczywiście miałem zamiar wrzucić to na Wypok, więc pomyślałem sobie, że fajnie byłoby spytać potencjalnych czytelników o czym chcieliby w takim wywiadzie przeczytać i zapodać najciekawsze pytania. Myślę, że to dobra okazja i możliwość, aby coś fajnego do opublikowania powstało. Zatem... dawajcie w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #gospodarka #policja #pieniadze pokaż całość

    źródło: spy24.pl

  •  

    Miraski obserwujący mój tag #vatowcy fajna rzecz jest. Otóż chłopaki od Polskiej Akademii VAT wypuścili bekową grę planszową o VAT-owcach, którą można zakupić na Wspieram.to - link to: https://wspieram.to/vatowcy No i teraz pogadałem z nimi i zgodzili się przeznaczyć 10 gier w ramach #rozdajo dla Wykopków. Oczywiście będą się w stanie z tego wywiązać, jak aukcja się uda (co nie jest gwarantowane) - od razu o tym informuję, żeby później nie było zdziwienia. Losowanie przez mirkorandom wśród plusujących, ale uprzedzam, że jak wypadnie na typa, który wcześniej wykazał się nieprzemyślanymi wpisami pod moim tagiem (mam kilku takich gagatków), to nie dam i powtórzę procedurę. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    P.S. do hejterów: tak, sprzedałem się, bo załatwiłem sobie egzemplarz prototypu i jeden w wersji produkcyjnej, jeśli aukcja wypali. Taki profit, że szok, miliony! ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    •  

      @grafikulus: bekowe to są twoje działania na wykopie i te całe opowieści o setkach "znajomych" opowiadających bez problemu swoje historie, a nie ta gra

    •  

      O ja jebie, tyle pisania wyssanych historii żeby na końcu to się okazał viral marketing dla gry planszowej?

      @YouCanCallMeBillieGates: to i tak nie tak źle, bo ja go mam za wysłannika od obecnej władzy, któremu płacą za promowanie, że prywaciarz=zło, żeby potem jak będa przechodziły nowe, utrudniające życie ustawy to ludzie temu chętniej klaskali

      Niby mam na czarnej, ale to działa chyba tylko na wejście przez mikroblog, bo przeglądając czyjś profil już widzę te wpisy

      Nie tam, cała sprawa jest całkowicie czysta, tylko pełna niesamowitych zbiegów okoliczności.

      @jamtojest: a Ty pewnie jesteś tym złym prywaciarzem, wszędzie węszącym spiski ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (52)

  •  

    Pamiętam, jak z dobre 10 lat temu rozmawiałem z kimś, kto był członkiem organu/komisji zajmującej się wyceną prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych na początku lat 90. Zapytałem go wówczas wprost: Jak to się stało, że tyle zakładów przejmowano za tak śmieszne pieniądze, dlaczego w ogóle to było tak nisko wyceniane…? Oto, co mi odpowiedział ów człowiek: Wie Pan, generalnie to myśmy się wtedy dopiero uczyli wyceny, nie było praktycznie żadnych opracowań ani doświadczeń, na których moglibyśmy się wzorować, podpowiadali nam doradcy amerykańscy, którzy po pierwsze nie znali dobrze specyfiki naszej sytuacji, a po drugie myśmy im trochę za bardzo zaufali.

    Taka była wersja oficjalna, a mój rozmówca nie chciał nic więcej zdradzić w tym temacie. Tak się złożyło, że kilka lat później obserwowałem na bieżąco, jak wygląda w praktyce przejęcie jednego z wielu państwowych zakładów. Informacje miałem wtedy z tzw. pierwszej ręki, a konkretnie do osoby, która pełniła tam funkcję dyrektora handlowego. Z oczywistych względów nie napiszę jaka to była firma, ani w jakim województwie działała.

    Cała akcja zaczęła się od tego, że do spółki przyszedł nowy prezes – nie byłoby w tym nic dziwnego czy podejrzanego, gdyby nie to, że ów facet „położył” wcześniej już kilka innych państwowych spółek, które zostały następnie sprywatyzowane za małe pieniądze. Ta zmiana personalna była więc mocnym sygnałem, że „coś się dzieje”. Wkrótce potem dyrektor handlowy zaczął być naciskany w sprawie kontraktu z francuską firmą, który właśnie realizował. Kontrakt ten miał zapewnić przedsiębiorstwu bardzo duże zyski w perspektywie wielu lat i umożliwić mu dalszy rozwój. Tyle, że nowy prezes robił wszystko, aby ten kontrakt… nie doszedł do skutku. A to wydał polecenie renegocjowania ceny (choć zaproponowana i tak gwarantowała wysoką opłacalność), a to kwestionował termin dostaw (że niby produkcja może się nie wyrobić, choć nie było takiej możliwości) itp. Doprowadziło to w końcu do tego, że Francuzi powiedzieli „pas” i znaleźli sobie innego dostawcę.

    Dalej wydarzenia potoczyły się stosunkowo szybko. Firma, która do tej pory radziła sobie całkiem dobrze, nagle zaczęła mieć problemy z bilansem. Jedną z przyczyn były np. faktury niezapłacone przez nowych kontrahentów (spółki), których nie zdobył ani nie rekomendował wspomniany już dyrektor handlowy. Zresztą później, po prywatnym śledztwie, okazało się, że spółki te były kontrolowane przez osoby powiązane z nowym właścicielem (oczywiście oczywisty przypadek) i długi te zostały i tak uregulowane. Kolejną przyczyną było zakupienie środków trwałych pod postacią maszyn, które leżały nieużywane na magazynie. Bezsens, zła decyzja…? Zależy od punktu widzenia, bo gdy wynik finansowy spółki jest obniżony, to fakt ten ma wpływ na niższą wycenę (pamiętajmy o planowanej sprzedaży „za grosze”!).

    Ogólnie w firmie działo się coraz gorzej i ludzie zaczęli już przeczuwać co się święci, a szeregowi pracownicy przystąpili do strajku. Dyrektor handlowy został zwolniony – jako ciekawostkę dodam, że w dzień wręczenia wypowiedzenia zabarykadował się w swoim gabinecie i zrobił kopie wszelkich dokumentów, z którymi to kopiami poszedł potem do odpowiednich osób, chcąc je zainteresować nielegalnymi mechanizmami przejęcia przedsiębiorstwa. Nic to nie dało. Kilka miesięcy potem przedsiębiorstwo zostało sprzedane (z moich ówczesnych informacji wynika, że za cenę sporo poniżej 50% jego realnej wartości, ale dziś już nie jestem w stanie tego zweryfikować), prezes odszedł „w niesławie”, a nowy właściciel szybko postawił firmę na nogi. Kilka lat potem lokalne media rozpisywały się o tym, jak to zakład został z powrotem zakupiony przez jeden z państwowych koncernów. Nietrudno się domyślić, że był to złoty interes dla tych, którzy przejęli go wcześniej za stosunkowo nieduże pieniądze.

    Opisany powyżej scenariusz nie jest bynajmniej jakimś wyjątkowo chytrym, przebiegłym i rzadko spotykanym planem, o nie. To schemat powszechnie znany i stosowany na zatrważająco dużą skalę. W skrócie wygląda to tak:

    1. Najpierw trzeba wprowadzić do zarządu osoby, które przeprowadzą całą operację (oczywiście za stosownym wynagrodzeniem i nie mówię tutaj o oficjalnie pobieranych wypłatach).

    2. Następnie należy umiejętnie wyreżyserować słaby wynik finansowy spółki. Jest na to wiele metod, jak min:

    – wspomniane wcześniej „ustawienia” wierzytelności, które mogą zostać uznane za praktycznie nieściągalne, czasem nawet zakup tzw. śmieciowych wierzytelności za niewielki ułamek ich nominalnej wartości;

    – zakup w istocie zbędnych środków trwałych (nie będą one wcale używane) pod płaszczykiem „inwestycji”, najlepiej na kredyt obciążający nieruchomości należące do przedsiębiorstwa;

    – zatrudnienie kosztownych specjalistów (rzecz jasna z góry wiadomo, kto taką robotę dostanie) oraz zlecenie kosztownych audytów i opracowań zewnętrznym firmom konsultingowych (nierzadko powiązanym z późniejszym kupcem);

    – doprowadzenie do zerwania współpracy z kluczowymi kontrahentami (jak opisany wcześniej przykład z Francuzami) pod w miarę wiarygodnym pretekstem.

    Ktoś powie: Ale zaraz, przecież to wygląda na świadome zarządzanie ukierunkowane na szkodę firmy, przecież na to są paragrafy…? Cóż, owszem, są, ale jeśli te operacje przeprowadzi się mądrze, to ciężko udowodnić działanie ze złej woli, a nie po prostu kiepskie zarządzanie dlatego, że ktoś jest zwyczajnie słabym managerem.

    3. I teraz, kiedy przedsiębiorstwo jest pozornie na skraju przepaści, nadchodzi moment na sprzedaż – rzecz jasna za cenę zaniżoną do granic możliwości, aby tylko prokurator się nie przyczepił. Wkrótce po takiej sprzedaży przychodzi nowy prezes i „cudownym” trafem nagle spływają pieniądze od dłużników, niepotrzebne (nieużywane) maszyny sprzedaje się za dobre pieniądze i spłaca kredyty, zmienia się strukturę zatrudnienia zwalniając niepotrzebnych (a drogich) specjalistów, likwiduje się niedochodowe dziedziny działalności, wreszcie odnawia się kontrakty handlowe ze sprawdzonymi odbiorcami. Dodatkowo, dla zrobienia dobrego wrażenia, dobrze jest jeszcze wykupić reklamy w lokalnych mediach, które dzięki temu napiszą, jaki to cud gospodarczy zrobił nowy zarząd, że w krótkim czasie całkowicie postawił firmę na nogi – normalnie magicy zarządzania, nagradzani potem niejednokrotnie różnymi statuetkami dla „asów biznesu”. A co potem? Różnie – można sprzedać z ogromnym zyskiem, można wejść na giełdę, jest wiele intratnych opcji.

    No i tak to w skrócie wygląda. Owszem, nie były to i nie są łatwe operacje, ale przypominam, że po pierwsze nie robią tego przypadkowi ludzie, a bardzo mocne i wpływowe osoby, a po drugie chodzi o wielkie pieniądze. A wielkie pieniądze otwierają wiele drzwi zamkniętych dla normalnych obywateli działających zgodnie z prawem. #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #prywatyzacja
    pokaż całość

    źródło: ak6.picdn.net

    •  
      5...........a

      0

      A neuropki dalej żyją w świecie uczciwych polityków, managerów, sędziów, prokuratorów...:)

      @Cheater: z byka spadłeś? Oni nigdzie nie żyją. Nie czytałeś co pisałem wcześniej? Oni nie myślą. Oni piszą to za co im płacą. Nikt im za myślenie nie płaci.

    •  

      @grafikulus: Bardzo wiele dobrych spółek z GPW zostało tak zdjęte. Na giełdzie jest to jeszcze prostsze. Wystarczy nie publikować raportów finansowych, spółka zostaje zawieszona, odwieszają kurs leci na łeb na szyje, ogłoszenie updałości i sanacja, kurs spadka na notowania jednolite do spółek groszowych, raportów dalej nie ma. W międzyczasie zarząd wyprowadza kapitał i cenne aktywa do spółek cypryjskich albo na giblartar, upadłośc likwidacyjna, syndyk dzieli ochłapy na obligatoriuszy dla akcjoanriuszy nic nie zostało, zdjęcie spółki z parkietu koniec. A co jest najlepsze? Wszelkie kary ponieśli dorbni akcjonariusze a nie zarząd czy prezes. KNF ma wszysstko w dupie może pare razy jakąś śmieszną karę na prezesa nałoży. To się dzieje obecnie na spółce HAWE, która ma całą oplskę oplecioną ringiem światłowodwoym. Już wyprowadzono z niej społki HAWE Budownictwo i ORSS razem jakieś 400 milionów. Teraz zastanawiają się jak wyprowadzić najcenniejsze aktywo czyli swiatlowody, musza przejac spółke HAWE TELEKOM, po tym zostanie juz tylko samo HAWE bez majątku. pokaż całość

    • więcej komentarzy (176)

  •  

    Dziś krótki "poradnik" prezentujący jeden z wielu schematów zarabiania na VAT dzięki eksportowi odzieży używanej (choć można i inne towary pod to podpiąć).

    Jest sobie pewien eksporter w Polsce, który wysyła używaną odzież do krajów azjatyckich (nie będę pisał jakich). I teraz spedycja dostaje zlecenia od firm z Azji, czasem od eksporterów z Polski, ale towar zawsze jest odbierany z tych samych miejsc w jednym województwie. Przy okazji zawsze są jakieś problemy – załadowcy nie chcą potwierdzić odpowiedzialności za morskie listy przewozowe, a eksporterzy bardzo szybko proszą o potwierdzenie wywozu. Koniec końców jednak towar w kontenerach trafia na morze, czyli teoretycznie wszystko jest ok.

    I wtem okazuje się, że jednak nie do końca ok, bo co się dzieje dalej? Otóż VAT-owcy mając na morzu X- kontenerów z towarem wartym np. 400 tys. Euro (według dokumentacji) po prostu nie płacą spedycji – a mówimy o sporych pieniądzach, bo np. w przypadku kontenera używanej odzieży o wartości 10 tys. Euro koszty transportu to ok. ¼ tej kwoty, więc łatwo sobie pomnożyć. Ktoś się spyta: ale jak, polski eksporter nie płaci…? Transport jest na zlecenie firm azjatyckich, więc polscy eksporterzy nie ponoszą tu żadnej odpowiedzialności za nieodebranie przesyłki i zgodnie z prawem mają jedynie obowiązek wydać towar na magazynie, co zresztą robią. Firma spedycyjna zostaje zaś z nieopłaconymi kontenerami na morzu, nie mając żadnego interesu w blokowaniu wydania towaru, gdyż ma on bardzo niską wartość i w zasadzie koszty dodatkowe powstałe już po jednym miesiącu przestoju kontenera w porcie czyniłyby takie blokowanie nieopłacalnym. Oczywiście, taki numer przejdzie przez jedną spedycję raz, może dwa, a potem trzeba szukać nowej, no ale firm spedycyjnych mamy jednak trochę na rynku, więc…

    Reasumując: :
    - Dostaliśmy wszelkie dokumenty potwierdzające eksport towaru + faktury od azjatyckiego kontrahenta.
    - Wysłaliśmy X-kontenerów, każdy o wartości (powiedzmy) 10 tys. Euro i za każdy taki kontener mamy oddzielną fakturę, choć wychodzi drożej za odprawę celną niż gdyby wszystko miało być na jednej fakturze. Dlaczego tak? Mała podpowiedź: im mniejszy zwrot VAT-u, tym łatwiejszy.
    - Towar to tak naprawdę nic nie warte szmaty, ich koszt jest znikomy, a za transport koniec końców i tak nie płacimy.

    Mamy więc oficjalnie na morzu towar za, powiedzmy, 400 tys. Euro + wszelką dokumentację, więc możemy sobie wystąpić spokojnie o zwrot VAT-u i nikt nie ma prawa się o nic przyczepić. Profit.

    #vatowcy #biznes #pieniadze #spedycja
    pokaż całość

    źródło: kontenery.jpg

  •  

    Jak zarobić kiwając leasingodawcę - kolejna metoda

    Firma Januszex sp. z o.o. posiada maszyny służące do produkcji + inne elementy wyposażenia zakładu typu klimatyzatory itd. – przyjmijmy, że realna wartość tych używanych sprzętów to ok. 500 tys. PLN. No i teraz szef Januszexu dogaduje się z miejscowym dealerem handlującym maszynami przemysłowymi, a ów dealer wystawia mu fakturę pro forma dotyczącą rzekomego zakupu nowego sprzętu o bardzo podobnej specyfikacji, jaki ma już na stanie Januszex – wartość tych nowych maszyn to ok. 1 milion PLN.

    Co się dzieje dalej: szef Januszexu idzie do leasingodawcy z fakturą pro forma oraz specyfikacją maszyn, a leasingodawca udziela mu finansowania i przelewa środki za nowe maszyny na konto wspomnianego wcześniej dealera maszyn. Dealer zabiera z tego swoją prowizję, a resztę oddaje szefowi Januszexu, który tym sposobem uzyskał blisko 1 milion PLN w gotówce, de facto pod zastaw używanych maszyn wartych połowę tej kwoty (a żaden bank nie dałby mu kredytu na podobnych warunkach). Do tego jeszcze Januszex sp. z o.o. może wykazywać koszty związane ze spłatą rat leasingowych za rzekomo nowe maszyny – chociaż mówiąc szczerze, to z tą spłatą w podobnych przypadkach już różnie bywa.

    Oprócz tego dla utrudnienia wykrycia przekrętu usuwa się lub zamazuje tabliczki znamionowe na maszynach, tak że po kilku miesiącach nawet rzeczoznawca może mieć problem z ustaleniem rzeczywistego wieku tychże maszyn. Zdolności produkcyjne Januszex sp. z o.o. nie ulegają więc pogorszeniu, a dodatkowy zastrzyk pieniędzy przecież zawsze się przyda…

    #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #leasing
    pokaż całość

  •  

    Dziś będzie co nieco o zarabianiu hajsu w przedszkolach i żłobkach niepublicznych. Nie jest to bynajmniej branża, z którą miałem zawodową styczność, ale pomimo tego postanowiłem wrzucić ten materiał jako ciekawostkę – może Miraski i Mirabelki dopowiedzą coś więcej w komentarzach. W każdym razie sygnał o tym procederze otrzymałem niedawno od pewnej osoby znającej ten temat od środka. Tekst praktycznie oryginalny, z niewielkimi zmianami.

    Zacznijmy od tego, że w pewnym dużym mieście na południu Polski żyje sobie kilku urzędników, którzy przeczuwają, że po najbliższych wyborach pożegnają się z bezpiecznymi posadami. Taka utrata pracy to dość bolesne doświadczenie, a żyć przecież za coś trzeba, więc przydałoby się zabezpieczyć jakoś przyszłość, dopóki jest to jeszcze możliwe. A gdyby tak jakiś własny biznes otworzyć…? Nasi bohaterowie posiadają odpowiednie know-how i znajomości, postanawiają więc część nieruchomości miejskich przerobić na przedszkola prywatne. Zakładają w tym celu fundację, a właściwie na papierze zakładają ją osoby z nimi powiązane, ponieważ urzędnikom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej mającej związek z pełnioną funkcją publiczną (przynajmniej teoretycznie).

    W każdym razie jeden z urzędników dostaje zadanie: przejęcie nieruchomości w taki sposób, aby zakładane przez wspomnianą fundację przedszkole prywatne działało w lokalu miejskim – lub też prywatny żłobek, bo także w tym przypadku stosuje się ten sam schemat. Mając wiedzę na temat procedur nie stanowi to większego problemu – dość powiedzieć, że operacja udaje się doskonale, a pretekstem jest brak miejsc w przedszkolach. Ze względu na te braki gmina jest w stanie zwalniać z opłat za media takie nowe prywatne przedszkola, które nawet często mieszczą się w siedzibach dawnych publicznych przedszkoli gminnych, o ironio. Wspomniana fundacja posiada docelowo kilkanaście takich przedszkoli, w tym także w dużych miastach.

    Burmistrz (a czasem też wójt, bo podobne historie mają miejsce nie tylko w gminach miejskich) jest zadowolony, gdyż zwiększyła się liczba miejsc w przedszkolach, rodzice też są zadowoleni, bo mają gdzie posyłać swoje maluchy, no i wreszcie zadowolona jest też fundacja, bo zwyczajnie zarabia (z czego wspomniani urzędnicy czerpią oczywiście profity). Ok, ktoś powie zapewne: to o co się czepiać, skoro wszyscy są zadowoleni, przecież chyba wszystko funkcjonuje prawidłowo…?

    No więc właśnie nie do końca jest tak super. Otóż takie prywatne przedszkole jest:
    - zwolnione z opłat za media
    - opłacane przez rodziców, którzy nie mieli szczęścia dostać miejsca w przedszkolu publicznym
    - a do tego opłacane kolejno przez: samorząd, MRPiPS (Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) z programu Maluch (żłobki), a także przez inne organizacje pozarządowe, jak np. fundacje dużych firm (chociażby PZU), do których występuje się o dofinansowanie wycieczek, zajęć pozalekcyjnych itd.
    Jeżeli chodzi o rozliczenie z gminą, to następuje ono na podstawie faktur i bilansów. Na bilansach często wykazuje się straty (fikcyjne, rzecz jasna), więc taki ujemny bilans należy jakoś pokryć. Rezultat? Rodzice płacą niejako 3 razy za tę samą usługę:
    a) bezpośrednio
    b) w podatkach, które mają pokryć koszty funkcjonowania prywatnego przedszkola
    c) dokładając się do dotacji z Ministerstwa (które przecież także pochodzą z podatków)

    Idźmy jednak dalej – jak ugrać jeszcze więcej pieniędzy? A np. trzeba przeprowadzić remont lokalu - zwykle jest on wykonywany „na odpi*rdol” przez męża pracownicy fundacji, umowa zrobiona na syna (bo mąż-rencista oficjalnie pracować nie może). A jeśli transza z danej gminy już przyszła i nie można zaksięgować remontu, to też żaden problem – po prostu księguje się go na inne przedszkole zarządzane przez fundację, odpowiednio preparując umowę-zlecenie. Z ciekawostek dodam, że fundacja taka otwierając nowe przedszkole/żłobek nie wymienia nawet wykładziny, bo i po co pieniądze wydawać – wystarczy znaleźć byle jaki certyfikat potwierdzający niepalność (do dostania w sieci) i podpiąć go do dokumentów.

    Masowym procederem jest również fałszowanie wszelkich ankiet dotyczących dodatkowych zajęć szkolnych lub sportowych – pod takie rzekomo przeprowadzone zajęcia można oczywiście wyciągać dofinansowania. Co jeszcze… Kupuje się drogie zabawki w małych ilościach, aby w razie czego móc pochwalić się kontroli, że niby większość jest z tzw. górnej półki – taki towar ląduje na magazynie, a dzieci bawią się na co dzień tańszymi zabawkami. Zresztą i tak negocjuje się z dostawcami korzystne ceny i zamawia u nich wszystko od mydełek po meble, a następnie księguje się po „normalnej”, czyli wyższej cenie (koszty).

    Pora teraz na system zatrudniania, a tam rządzi czystej wody nepotyzm oraz wykorzystywanie darmowej siły roboczej. Nie będzie więc chyba zaskoczenia, że zatrudnienie w takich „fundacyjnych” przedszkolach lub żłobkach dostają żony, córki itp. osoby powiązane z założycielami fundacji. Te, które nie mają wykształcenia pedagogicznego, zostają asystentkami lub bardzo drogimi sprzątaczkami. Dodałbym jeszcze tutaj, że taka asystentka/zastępca kierownika lub sprzątaczka może zarabiać więcej od samego kierownika, a to w sytuacji, kiedy pełni funkcję pielęgniarki, nie są więc to takie złe „fuchy”, jakby się mogło na początku wydawać. Ambitniejsze panie z kolei zostają wysłane na studia zaoczne i to wpisuje się w koszty finansowane przez samorząd. W przypadku żłobków natomiast wystarczy, aby osoba z dowolnym wykształceniem ponadgimnazjalnym ukończyła 280-godzinny kurs na opiekunkę i już może zajmować się grupką malutkich dzieci.

    Aby cały system się nie zawalił, sprowadza się z urzędów pracy stażystów, przede wszystkim takich z wykształceniem wyższym pedagogicznym. Mając darmowych pracowników w przedszkolu księgowa i tak jest na tyle bezczelna, że nadal potrafi wykazywać stratę na papierze. A stażyści? Po wymaganym okresie stażu (najczęściej bez gwarancji zatrudnienia) bierze się nowych i tak przez cały czas z rozmysłem bazuje się na darmowych pracownikach. Delegacje księguje się tak, aby zahaczały o przedszkole. Poza tym oczywiście rodzice, którzy pracują w przedszkolu, są zwolnieni z opłat za dziecko, podobnie jak rodzice korzystający z opieki społecznej. W przyrodzie jednak nic nie ginie i różnicę pokrywają pozostali rodzice ze swoich, odpowiednio wyższych, opłat.

    A teraz trochę liczb obrazujących skalę takiego niepozornego na pierwszy rzut oka biznesu. Według GUS w 2016 w Polsce było 21675 przedszkoli oraz 48782 oddziałów przedszkolnych. Przedszkola niepubliczne są i tak dotowane przez samorząd i ministerstwo, stając się de facto publicznymi, ale dodatkowo jeszcze finansowanymi przez rodziców dzieci. Dochodzi więc do tak kuriozalnej sytuacji, w której pobyt dziecka w placówce kosztuje więcej, niż studia zaoczne! Aby zrozumieć o jakie pieniądze toczy się gra, wspomnę tylko, że przez małe przedszkole na wsi w ciągu roku mogą przepłynąć środki w wysokości 1,5 miliona PLN, przy rzeczywistych (nie księgowych!) małych kosztach prowadzenia – w końcu zwolnienia z opłat, darmowa siła robocza itd. robią swoje. Stąd właśnie fenomen wielu prywatnych przedszkoli i żłobków.

    Osobiście z niesmakiem obserwuję „lament” zarządzających takimi placówkami, że z roku na rok obniżane im są dotowania i ryzykują upadłość. Gdyby tak rzeczywiście było, to nie podjęliby się takiej działalności, proszę mi wierzyć. W Krakowie np. doszło do takiej parodii, że właściciele przedszkoli prywatnych zagrozili bankructwem, jeśli radni obniżą dofinansowanie, a to przy średnim zarobku w wysokości 50 tys. PLN miesięcznie na jedno tylko przedszkole (oficjalne wyliczenia dla ponad 30 placówek)! Tak, to nie pomyłka – o tym przypadku akurat pisała zresztą nie tak dawno prasa. Dotacje zresztą jeśli nawet są obniżane, to w niewielkim stopniu, a i tak automatycznie czesne idzie wtedy do góry.

    Moim zdaniem perspektywy przed tym biznesem rysują się całkiem dobre, ponieważ dzietność powinna wzrosnąć w związku z programem 500+. Zresztą podejrzewam, że wspomniani urzędnicy od fundacji i tak mają dostęp do danych dotyczących narodzin dzieci w danym mieście (wystarczą znajomości w Urzędzie Stanu Cywilnego), zanim GUS jeszcze opublikuje oficjalne dane, tak więc mają doskonałe rozeznanie w tym, czy opłaca się otwierać kolejne placówki.

    Co mogę dodać od siebie? Reasumując mamy tutaj: niezbyt etyczny styk prywatny biznes & pełnienie funkcji publicznej, manipulowanie księgowością, fałszerstwa dokumentów, nepotyzm, wykorzystywanie darmowych pracowników, „dojenie” pieniędzy z budżetu i rodziców + jeszcze kilka innych rzeczy. Czyli całkiem sporo, jak na tak z pozoru przyjemną i niewinną branżę. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #pieniadze #dzieci #rodzice
    pokaż całość

    źródło: dziecko 2.jpg

    •  
      C..R

      0

      @Willy666: @vishon: Miesięcznie, nie każdy mieszka w kilku największych miastach w Polsce gdzie ceny rzeczywiście wynoszą ok 1000 miesięcznie. W tych mniejszych właśnie czesne często wynosi 300 bo do takiej kwoty miasto dokłada drugie 300 + trzeba doliczyć wyżywienie osobno i komitet rodzicielski. Ja płacę łącznie trochę ponad 500 zł miesięcznie.

    •  

      @C_MR 300 - 400 to ja płaciłem jak dziecko chodziło do publicznego przedszkola. Miasto ~28k trudno nazwać jednym z największych w Polsce.

    • więcej komentarzy (27)

  •  

    Jeśli są tu przypadkiem jakieś Mirki/Mirabelki zastanawiający/e się, czy nie podjąć czasem pracy w nielegalnym punkcie z automatami, to doradzam ostrożność. Dostałem info, że celno-skarbowcy czepiają się nawet zwykłych pracowników takich punktów, grożąc im prokuratorem i 3 latami więzienia. I nie są to tylko groźby, ponieważ według interpretacji urzędników nawet pracownikowi grozi odpowiedzialność karna związana z obsługą takich "jednorękich bandytów" - i są rzeczywiście sytuacje, w których idą zawiadomienia do prokuratury w podobnych sprawach. Być może chcą tylko postraszyć i zebrać "haki" na właścicieli automatów, ale lepiej nie ryzykować raczej, bo kokosów i tak się tam nie zarobi. #praca #pracbaza #hazard #ostrzezenie pokaż całość

    źródło: e-play.pl

    +: R....k, bialegomisa +4 innych
  •  

    Dziś będzie co nieco o samochodach. Otóż otrzymałem niedawno info o ciekawym procederze dotyczącym zarabiania kasy kosztem firm leasingowych. Mechanizm jest tutaj prosty aż do bólu, a odbywa się to tak:

    a) Bierzemy spółkę zarejestrowaną „na słupa” mającego dobry scoring w BIK i generujemy sztuczne obroty, ewentualnie kupujemy już istniejącą spółkę ze zdolnością kredytową (da się takie wyrwać).

    b) Idziemy do firmy leasingowej i bierzemy kilka drogich pojazdów w leasing po cenie katalogowej (ostatecznie może być nawet i jedno auto, ale to średnio opłacalne), z możliwie najmniejszą wpłatą własną, max kilka %.

    c) Samochody zwracamy po krótkim czasie (miesiąc – dwa), ewentualnie oddajemy je komuś, kto nie ma zdolności kredytowej na papierze, ale chce jeździć fajnym autem, więc płaci ratę leasingową – rozwiązanie absolutnie nieakceptowane przez większość (albo i wszystkie) firm leasingowych, ale who cares... Jeśli jednak zwracamy auta firmie leasingowej lub też zabiera je ona za niepłacenie rat, to oczywiście narażamy się na duże koszty związane z wcześniejszym zerwaniem umowy. Nasza spółka – słup jednak i tak zostaje wkrótce po tym zamknięta, być może nawet ogłosi upadłość, a my mamy oczywiście gdzieś to, że będą ciągać po sądach jej byłego prezesa, bo i tak nie mają mu czego zabrać.

    No dobra, a gdzie tu zysk…? Słowo – klucz to w tym przypadku rabat dealerski, który może sięgać 20-kilku % przy wzięciu w leasing kilku aut, oczywiście trzeba wybrać odpowiedni model (np. schodzący już z rynku). Dealer dostaje więc przelew od leasingodawcy według ceny katalogowej, a wspomniany rabat dostajemy od niego do ręki – nie pytajcie, jak to potem księgują, bo i tak nie mógłbym tego napisać. Weźmy jednak na ten przykład 4 auta po ok. 200 tys. PLN każde i oto mamy z tych rabatów kwotę ok. 150 tys. PLN, już po odliczeniu tych kilku % na wpłatę. Ktoś powie: ok, w sumie nieduża kasa, niewarta chyba tylu zachodów z otwieraniem spółki itd. Ja odpowiem: pozornie może i tak, ale opisany tutaj schemat to zwykle tylko poboczny deal, bo takie spółki - słupy często służą zwykle do wyłudzania kredytów, nabrania towaru w kredyt kupiecki oraz, oczywiście, do crème de la crème przestępczości gospodarczej, czyli wyłudzania podatku VAT. Jest więc na czym zarabiać... ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #biznes #pieniadze #samochody
    pokaż całość

    źródło: mustang 18.jpg

  •  

    Dziś historia, którą streścił mi pewien dobry Mirek, co to na niejednej budowie chleb jadł. Roboczo nazwałem ten patent „na bobra”, ale oczywiście wiele innych zwierzątek można tutaj podpiąć, tych objętych ochroną ma się rozumieć.

    Na początek krótki szkic sytuacyjny: jest sobie duża budowa autostrady, czy też jakiejś innej obwodnicy, jest wykonawca odcinka, w którego interesie leży zwiększenie kosztorysu i wyciągnięcie jeszcze większej ilości pieniędzy i są ekolodzy, którym też zależy na wyciągnięciu pieniędzy. No i jest bóbr, główny bohater dramatu, niestety.

    Więc ten wykonawca odcinka kombinuje tak: a gdyby na ten przykład zorganizować jakieś dodatkowe obmiary, które by potwierdziły, że XXX-ton materiałów więcej trzeba było zużyć i dużo roboczogodzin poszło… Tylko mądrze ogarnąć temat, żeby faktycznie nie trzeba się było narobić, ale dało zarobić. Wtem, jak to zwykle na takich budowach bywa, na scenę wkraczają ekolodzy, którzy mocno protestują, bo budowa rzekomo zagraża siedliskom ultrarzadkich mrówek sundyjskich, czy tam innych zagrożonych gatunków. Niby dodatkowy kłopot, ale przecież prawdziwy mistrz biznesu potrafi przekuć porażkę w zwycięstwo. I tak oto wykonawca dogaduje się z ekologami: Panowie, dam Wam ile tam chcecie (10, 15, 20 tys. PLN-ów), ale mnie zorganizujcie jakiegoś zwierzaka, już Wam mówię po co…

    Kilka dni później ekolodzy łapią we wnyki naszego głównego bohatera, czyli bobra i uśmiercają bidulka ciosem w głowę zadanym szpadlem. Następnie cichaczem, po nocy, zakradają się na nasyp i drążą dziury w poprzek skarp, które są prawie skończone, a potem wrzucają tam truchło. Rano robotnicy znajdują dziury oraz zwłoki zwierzaka, oficjalnie i według przepisów wszystko zgłaszają, a ekolodzy błyskawicznie pojawiają się w biurze kierownika budowy. No i wtedy rozpoczyna się interwencja oraz śledztwo mające na celu ustalenie tego, jak zginął bóbr, czy osierocił jakąś bobrową rodzinę itd. Nasyp tymczasem naprawia się nieoficjalnie jeszcze następnego dnia, oczywiście zwiększając nieprzyzwoicie obmiar w kosztorysie. Profit to w tym przypadku może i nie grube miliony (bo ile takie bobry zniszczą w teorii, to nie bomba atomowa), ale parę złotych da się urwać – no bo to zawsze przy okazji np. jakieś zapadlisko się mogło spore zrobić (na papierze tylko oczywiście), a naprawienie takowego to nie są tanie rzeczy itd. Ktoś zapewne spyta: Zaraz, zaraz, ale przecież jest jakiś odbiór, co on nie oszacuje, jak duże były rzeczywiście szkody…? Kiedyś Wam opiszę zapewne, jak taki odbiór często wygląda w praktyce, to się zdziwicie, ale to nie dziś.

    Dobra, a co z bobrem? Ano nic – po tygodniu/dwóch ekolog wystawia wykonawcy odcinka kwit, że wszystko jest ok, a bóbr to tylko pechowa przybłęda i zabiły go psy czy tam lisy, albo w ogóle zdechł ze starości. Na wszystko są oczywiście „podkładki” w dokumentach, a że ekologia ważna rzecz, to nikt się specjalnie nie czepia o te dodatkowe koszty, które i tak są drobnym ułamkiem w porównaniu z ogółem pieniędzy wydanych na całą inwestycję. Kto miał jednak zarobić, ten zarobił, na swoim poziomie. Schemat ten stosuje się także wtedy, gdy wykonawca odcinka (albo nawet główny wykonawca) nie może się wyrobić z terminami i niby to wstrzymuje prace na budowie w związku z „ekologicznym śledztwem”, ale tak naprawdę robota przez ten czas idzie pełną parą. Opóźnienie jest jednak usprawiedliwione i znowu nikt się specjalnie nie czepia, no bo ekologia…

    Opisany patent „na bobra” to tylko wierzchołek góry lodowej, bowiem na wielkich budowach działy się i dzieją rzeczy, które „się fizjologom nie śniły”, cytując klasyka. Materiały, ekspertyzy, obmiary, przetargi… Jest tak dużo megaciekawych historii z tym związanych, że w zasadzie wystarczyłoby stworzyć na ich podstawie scenariusz (nic nie zmieniać, samą prawdę pisać), potem zaangażować Scorsese i Leonardo Di Caprio, a mielibyśmy hit przebijający słynnego Wilka z Wall Street, bez dwóch zdań. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #bialekolnierzyki #budownictwo #biznes #pieniadze #ekologia
    pokaż całość

    źródło: bóbr 1.jpg

  •  

    Dziś dla odmiany będzie coś o samochodach, żeby nie zanudzać Was non stop tą budowlanką (choć jest ona taką kopalnią ciekawostek, że jeszcze nie raz do niej wrócę). Na początek pytanie: skąd w Polsce wziąć samochód za ¼ jego wartości…? Kupić od złodziei, samemu ukraść…? Bynajmniej - wystarczy iść na aukcję komorniczą. Gdzie przekręt? Już wyjaśniam.

    Oto na polskich aukcjach komorniczych mamy całkiem sporo aut, których współwłaścicielem jest bank (zwykle ma udział 49% lub 51%). Komornik licytując takie auto, a raczej jego „połowę”, sprzedaje udział dłużnika i nic poza tym. Nowy nabywca zatem zakupi auto, które będzie musiał współdzielić z bankiem, albo spłacić mu jego część. Z natury rzeczy instytucja taka, jak bank, nie będzie raczej zainteresowana współużytkowaniem pojazdu, bo i po co to mu. Ok, podobno czasem się zdarza, że bank wysyła do nabywcy takiego udziału z licytacji roszczenie dotyczące wydania pojazdu do współużytkowania np. przez 1 tydzień w miesiącu, ale to tylko taka gra mająca prowadzić do „zmiękczenia” nowego nabywcy, aby w negocjacjach dotyczących wykupu udziałów banku "wydusić z niego jak najwięcej.

    No dobrze, a za ile taką „połowę” samochodu można kupić? Otóż pierwsza licytacja opiewa na ¾ szacunkowej wartości udziału, a druga (jeśli nie będzie chętnych w pierwszej licytacji) na ½. Przykładowo: mamy samochód oszacowany na ok. 100 tys. PLN, udział banku to ok. 51 tys. PLN, a komornik udział dłużnika wystawi na pierwszą licytację za jakieś 36 tys. PLN ceny wywoławczej, a na drugiej za jakieś 24 tys. PLN. Czyli teoretycznie, jeśli będzie tylko jeden chętny licytant, który zaoferuje cenę wywołania, to na drugiej licytacji kupi „połowę” auta za ¼ jego ceny, czyli za 24 tys. PLN.

    No dobra, ale przecież trzeba spłacić bank (który będzie chciał uzyskać jak najwięcej za swoją część), ponieść inne koszty, więc to nie jest jakiś super deal chyba…? No nie jest, jeśli zakłada się, że wszystko chcesz wykonać uczciwie i zgodnie z prawem (i są podobno firmy, które robią to uczciwie). Jednak kreatywność „białych kołnierzyków” pozwala wyciągnąć z każdego interesu więcej, niż by się mogło zdawać. Otóż do licytacji przystępuje „słup”, który w pełni legalnie kupuje udział w samochodzie - a w licytacji udział może wziąć praktycznie każdy, kto wpłaci rękojmię, za wyjątkiem samego dłużnika i jeszcze kilku osób. Co się dzieje dalej? „Słup” otrzymuje auto wraz potwierdzeniem legalności nabycia, czasem z dowodem i kartą pojazdu, a czasem bez (bo dłużnik je ukrył i nie chce oddać, albo np. siedzi w więzieniu i nie ma możliwości oddania). No w każdym razie taki „słup” odjeżdża sobie spokojnie autem kupionym za ¼ jego wartości, ale z założenia ani myśli spłacać bankowi jego udziału. Auto zwykle zostaje bardzo szybko sprzedane obywatelowi któregoś z biedniejszych krajów UE, jak np. Bułgaria czy Rumunia, często pochodzenia „cygańskiego”, nie ma co ukrywać. Cenę można dać bardzo atrakcyjną, a specyficznych klientów z tamtych krajów mało interesuje to, czy auto jest legalne, czy nie – ważne, że tanie, a zainteresowanie będzie.

    Ktoś powie: ale to bezsens jest, przecież taka Bułgaria czy Rumunia są w Schengen, polski bank na pewno zgłosi przywłaszczenie pojazdu, ten trafi do baz pojazdów kradzionych i nikt go już nie zarejestruje na legalu! Ja odpowiem: „Tomaszu”, jesteś małej wiary... Otóż wystarczy skorzystać chociażby z banalnie prostego procesu „legalizacji”, wielokrotnie praktykowanego nawet w Polsce, a mianowicie zakupić spalone auto z papierami za +- 10% ceny i oto już mamy „dawcę” do przeszczepu. Myk, myk, przeszczep zrobiony i można już iść rejestrować auto. Jest profit.

    Opisany proceder nie dzieje się na wielką skalę (zbyt mała liczba takich licytacji komorniczych), ale jednak występuje. Milionów nie da się na nim zarobić, ale np. kilkadziesiąt tys. PLN miesięcznie już tak – a to całkiem sporo, jak na tak banalnie prosty patent nie wymagający wielkich inwestycji.

    #bialekolnierzyki #komornik #motoryzacja #samochody #pieniadze
    pokaż całość

    •  

      @andrzeii: no tak, sprawa i tak jest śliska, do tego są spore koszta. 1/4 wartości (albo i lepiej jak się znajdzie jakiś debil co myśli, że zrobi interes życia) do tego cena wraku + robocizna. W dodatku sporo załatwiania spraw- trzeba stare papiery "wywalić", w dodatku auto od komornika często jest pozbawione kluczyków i papierów co też powoduje pewne koszta i zawracanie głowy. W dodatku niekiedy robią problemy jak nie masz papierów.
      Do tego weź znajdź TAKIE SAMO auto do podmianki. Wbrew pozorom to nie jest AŻ tak łatwe. Dlatego jak już są papiery do zdobycia na lepsze auto to zaraz b. podobne ginie. Wycinają co ważniejsze fragmenty, reszta idzie na złom.

      Się wycina ćwiartkę auta/podłogę/pół auta/tyle ile trzeba i się dokłada ten wycięty element z drugiego auta z jego VINem. (jak najdalej od VINu się tnie auto, żeby nie było widać cięcia)

      @Jokker: Jak jest fachura to naprawdę można ciąć blisko. Polacy jako pierwsza nacja i chyba jedyna potrafią wyklepać auto, że mało kto się pozna, czujnik nie da rady. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      I gdybym na własne oczy nie zobaczył też bym nie wierzył, jednak tak czy siak jest tak jak mówisz- tną jak najdalej bez większych komplikacji.
      Patent stary jak świat i ludzie nadal o tym nie wiedzą, to mnie dziwi.
      pokaż całość

      +: Jokker
    •  

      @grafikulus: to co zięciu, przebijamy te numery czy nie? ( ͡º ͜ʖ͡º)

      źródło: ocdn.eu

    • więcej komentarzy (120)

  •  

    Po ostatniej publikacji na INNPoland dostałem sporo wiadomości od przedsiębiorców z branży budowlanej (nie tylko z tej zresztą), którzy opisywali mi różne metody oszustw. Niektóre z tych metod znałem, inne nie, ale przytoczę dwie, które wydały mi się najciekawsze z nadesłanych.

    Metoda nr 1: Generalny wykonawca wyznacza swojego reprezentanta upoważnionego do dokonania odbioru robót (najczęściej kierownik budowy), którego, oczywiście całkiem przypadkowo, nie ma na budowie akurat wtedy, kiedy należy tenże odbiór wykonać. Zamiast takiego reprezentanta, protokół odbioru podpisuje więc inny pracownik „generalnego”, podobnie jak niedługo potem kwituje odebranie faktury od podwykonawcy. Niby wszystko w porządku, ale… Ale po pewnym czasie podwykonawca stwierdza, że nie ma na koncie pieniędzy. Udaje się więc do siedziby generalnego wykonawcy i co się okazuje? Że oto pracownik, który dokonał odbioru i potwierdził odebranie faktury, nie miał odpowiednich uprawnień żeby to zrobić. Termin już minął, a robota nieodebrana jest traktowana jako niewykonana. Walka podwykonawcy o swoje pieniądze w sytuacji, kiedy nie ma ważnego protokołu ani faktury przyjętej przez osobę, która ma do tego uprawnienia, jest bardzo ciężka.

    Często też bywa tak, że „generalny” składa podwykonawcy „propozycję nie do odrzucenia”: Wie Pan, teraz to trochę czasu minęło, mamy już kolejny etap budowy, prace poszły dalej i ciężko zweryfikować, czy Pan rzeczywiście dobrze zrobił, czy też my musieliśmy na własny koszt poprawiać, któż ogarnąć teraz zdoła, więc proponujemy Panu 50% wynagrodzenia ustalonego na początku, a jak Pan chce całość, to spotykamy się w sądzie. Część podwykonawców się godzi, część się targuje, część grozi sądem, ale tak czy inaczej wykonawca generalny zawsze będzie „do przodu” na takim numerze…

    Metoda nr 2: Można by ją w sumie nazwać „na dobrego wujka”. Wygląda to tak, że generalny wykonawca (czasem inwestor) bierze podwykonawcę i zleca mu określony zakres prac. Kolejne etapy są wykańczane zgodnie z planem, pieniądze spływają bez problemów i opóźnień (co nie zdarza się w tej branży często), wiec podwykonawca nabiera do „generalnego” zaufania. No a jak już tego zaufania nabierze, to otrzymuje ciekawą propozycję – poniżej dwie przykładowe.

    a) Wie Pan, inny podwykonawca się wycofał ze zrobienia tego a tamtego, więc może Pan się tym zajmie? Przygotujemy aneks do umowy, jak tylko dyrektor odpowiedzialny za te sprawy wróci z urlopu, a Pan już może przystępować do robót, kierownik budowy wszystko wie i zapisze to sobie w notesie.

    b) Wie Pan, tutaj miało być zrobione to i to z takiego i takiego materiału, ale inwestor się zdecydował, że jednak woli inny (najczęściej o wiele droższy), więc proszę zakupić nowe materiały i zrobić zgodnie z tym, co mówię, a specyfikację zmienimy potem, jak tylko dyrektor odpowiedzialny za te sprawy wróci z urlopu. Także Pan działa, a kierownik budowy zapisze sobie wszystko w notesie.

    Ok, i co dalej? Dalej okazuje się, że nagle i „niespodziewanie” zmienia się kierownik budowy. Z urlopu wraca dyrektor, podwykonawca swoje już zrobił, więc idzie z fakturą po kasę i mówi: Tutaj są faktury za taką i taką robotę + materiały no i jeszcze z kierownikiem X ustalaliśmy, że oprócz prac zawartych w umowie zrobię jeszcze to i to / zakupię droższe materiały niż te, co były w specyfikacji.

    A dyrektor na to:Zaraz, zaraz, a jakieś papiery Pan na to masz, aneksy, potwierdzenie zmiany specyfikacji, cokolwiek…?

    Podwykonawca odpowiada: Nie, ale to mieliśmy załatwić jak Pan wróci z urlopu, kierownik budowy X może zaświadczyć...

    Dyrektor: Dobrze, ale X już tu nie pracuje, a ja potrzebuję potwierdzenia - zobaczmy więc, co nowy kierownik budowy Y na to, zaraz każę go zawołać.

    No i przychodzi kierownik Y i mówi: Ja tam nic o tych zmianach nie wiem, nie mam żadnego potwierdzenia, X jak odchodził to nic mi nie przekazał, żadnej dokumentacji z tym związanej, także ten…

    Także ten, mówi dyrektor: Nie zapłacimy Panu, Panie podwykonawco, albo inaczej – zapłacimy tylko za to, co było pierwotnie w umowie, nic ponadto.

    No i tyle. Podwykonawca w takiej sytuacji jest w bardzo ciężkim położeniu, bo praktyczne szanse na to, że uda mu się wygrać podobną sprawę w sądzie są w zasadzie dość nikłe, a można wręcz rzec, że minimalne. Nie ma bowiem żadnego potwierdzenia na piśmie dotyczącego zmian, a tylko podpisane przez siebie oraz „generalnego” umowę i specyfikację, które opisują zupełnie co innego, niż zrobił w rzeczywistości.
    #bialekolnierzyki #budownictwo #biznes #pieniadze #firma #dzialalnoscgospodarcza
    pokaż całość

    źródło: builder.jpg

    +: f......u, PanKracy582 +1549 innych
  •  

    Dziś małe uzupełnienie do postu o paliwowych VAT-owcach sprzed kilku dni: https://www.wykop.pl/wpis/29997567/dzis-wyjatkowo-historia-vat-owcow-ktorej-nie-pozna/ Jak ta "branża" wygląda obecnie?

    Na początek mały krok w tył: w sierpniu 2016 w życie wszedł tzw. pakiet paliwowy, czyli zestaw zmian w prawie, które miały ukrócić możliwość robienia wałków na VAT. Efekt? W ciągu kilku tygodni liczba cystern wjeżdżających z Niemiec do Polski zmalała o jakieś 80%. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że „lewe” paliwo przestało płynąć – VAT-owcy dalej je wozili, tyle tylko, że już nie zwracali dzięki niemu VAT-u, ale po prostu sprzedawali te paliwo taniej odbiorcom w Polsce (bo nie zawracali sobie głowy płaceniem akcyz i podatków). A w Polsce jak to w Polsce – liczy się najniższa cena i zawsze się znajdą odbiorcy, którzy nie będą zadawać pytań, czy dostawca działa zgodnie z prawem, skoro daje zajebistą cenę). Ile w ogóle można było z tego wyciągnąć? Dużo, zważywszy na to, że często paliwo to nie pochodziło z Niemiec, a było przemycane tam z Rosji, która słynie z niskich cen (dość powiedzieć, że na tamtejszych stacjach paliwo w detalu kupimy w okolicach 2,50 PLN, a w hurcie oczywiście jeszcze taniej). Daje to więc duże wrzuty, nawet biorąc pod uwagę spore koszty transportu.

    Kolejny cios wymierzony w ten proceder padł w styczniu 2017, kiedy to wszedł w życie tzw. pakiet przewozowy mający ukrócić działania paliwowej szarej strefy sprowadzającej olej napędowy z Niemiec i odsprzedającej go dalej. No i się zaczęło: monitorowanie przewozów, systemy łączności ruchomej i co tam jeszcze - dość powiedzieć, że od 18 kwietnia 2017 każdorazowy przewóz ON w ilości większej niż 500 litrów wymagał wysłania zgłoszenia do specjalnego rejestru - ale, uwaga, tylko wtedy, kiedy przewóz taki rozpoczynał się na terytorium kraju, co dawało pewne furtki dla nielegalu. No i pojawiły się dziwne trasy rzekomych transferów paliwa wykazywane w dokumentach przewozowych – np. z Litwy do Francji czy też z Niemiec do Bułgarii. Trasy te nie miały żadnego ekonomicznego uzasadnienia, ale grunt, że przebiegały przez Polskę.

    Służby dość szybko połapały się o co w tym chodzi, więc funkcjonariusze ITD zaczęli się rzucać na prawie każdą cysternę paliwową niczym wściekłe rottweilery, kontrolując czy wszystko jest w porządku i czy aby nie służy ona do nielegalnego transportu paliw. I jak tu żyć, jak przemycać w takich warunkach…?! Otóż trzeba kombinować, nic nowego. Paliwa przewożono więc w cysternach bez stosownych oznaczeń lub też oznakowanych np. jako służące do transportu olejów smarowych, a nawet… w zwykłych, plastikowych zbiornikach (takich, jak na foto). Pojemność np. po 1000 litrów, można ich sporo załadować na naczepę i przewieźć podobną ilość paliwa, co w przypadku klasycznej cysterny. Miało to tę oczywistą zaletę, że ITD zwracało mniejszą uwagę na takie naczepy, w przeciwieństwie do cystern.

    Nie było już parasola ochronnego nad transportami paliw (mówiło o nim wielu celników, nawet w mediach), więc dodatkowo trzeba było korzystać z „zarzutek”. Jedną z nich było wystawianie tzw. „pilota”. W praktyce wyglądało to np. tak, że puszczało się pustą cysternę paliwową, a w ślad za nią w odpowiednich odstępach jechało kilka ciężarówek załadowanych zbiornikami z paliwem. ITD jak widziało taką cysternę, to szalało - zaraz myk ją na bok i kontrola, a naczepy wiozące zbiorniki z paliwami jechały sobie spokojnie dalej. W sumie prosty patent, stosowany też np. przez złodziei samochodów, którzy puszczają przed kradzioną furą „czyste” auto, a gdy jego kierowca widzi patrol policji, to zjeżdża z trasy i udaje, że się zgubił prosząc o wskazanie drogi lub też wymyśla inny kit. Czasami działa, czasami nie działa, ale zmniejsza prawdopodobieństwo tzw. przypału nie generując jednocześnie wielkich kosztów.

    #vatowcy #pieniadze #transport #przestepczosc #policja
    pokaż całość

  •  

    O wałkach w branży budowalnej napisano już właściwie książki, a schemat „na upadającego dewelopera” zna chyba każdy, kto choć trochę interesuje się takimi tematami. Podobno jednak pod tym względem branża się nieco „ucywilizowała” i coraz rzadziej słychać o spektakularnych upadkach i podwykonawcach stojących na skraju bankructwa. Nadal jednak na rynku działa sporo firm budowlanych określanych czasem jako „prawnicze”, które swoją działalność opierają praktycznie wyłącznie na „dokręcaniu śruby” podwykonawcom. Zwykle wygląda to tak, że taka „prawnicza” firma budowlana zatrudnia właściwie tylko prawników oraz kosztorysantów, rasowych budowlańców od samego budowania zaś w niej nie uświadczysz (albo jest ich bardzo mało). Firma ta startuje w licznych przetargach i wygrywa je dając cenę zaniżoną do granic możliwości, właściwie poniżej kosztów jeśli przyjąć, że wszystkim trzeba zapłacić uczciwie. Właściwie to można powiedzieć, że uczciwy wykonawca też stający do przetargu nie jest w stanie tej ceny przebić. Co się dzieje dalej? Po pierwsze podwykonawcom podsuwa się do podpisania umowy pełne „niespodzianek”, praktycznie nie do ogarnięcia przez przeciętnego właściciela małej firmy zatrudniającej kilka – kilkanaście osób. A jak ktoś nie chce podpisać? Żaden problem, zawsze znajdzie się jakiś branżowy „świeżak”, który podnieci się wizją „poważnego kontraktu” i podpisze praktycznie bez czytania, a od tego momentu nie ma już odwrotu.

    Wtedy do akcji wkracza tzw. inwestor zastępczy prowadzący nadzór, który stopniowo zaczyna „dociskać” podwykonawców. Metody są różne – do najpopularniejszych należą np.: takie sterowanie przebiegiem prac, aby podwykonawcy nie mieli szans zdążyć z terminami, naliczanie absurdalnych niekiedy kar (ale zgodnych ze skomplikowanymi zapisami umowy), czy też przywłaszczanie sobie pod byle pretekstem tzw. kaucji gwarancyjnych wpłacanych przez podwykonawców jeszcze przed rozpoczęciem prac (zwykle 10 do 20% zakładanej wartości wynagrodzenia). Spectrum metod jest tak szerokie, że w zasadzie ogranicza je jedynie fantazja firmy „prawniczej” i nadzoru zastępczego – znany był np. przypadek, w którym jeden z takich przedsiębiorców odciął dopływ prądu na swojej budowie i domagał się później od podwykonawców kar za zawalenie terminów umownych (a bez prądu czasem ciężko na budowie). Generalnie chodzi o to, aby być upierdliwym na ile tylko się da i uprzykrzać maluczkim życie tak, aby wreszcie po niekończącej się serii poprawek pękli i zgodzili się na obniżenie swojego wynagrodzenia zawartego w kontrakcie. Z drugiej strony wielu z właścicieli takich małych firm doskonale wie, że w sądzie ciężko będzie im wygrać, no a poza tym to trwa, kosztuje itd. więc koniec końców lepiej zgodzić się na obniżenie wynagrodzenia o X tys. PLN, niż walczyć z firmą zatrudniającą kilku dobrych prawników wyspecjalizowanych w tego typu sprawach. A że nie zarobią na takim zleceniu, tylko wręcz dopłacą, jeśli sami nie wydymają swoich pracowników? Cóż, życie, tak już jest, że w przyrodzie wygrywa silniejszy kosztem słabszego…

    Sytuację podwykonawców komplikuje dodatkowo wprowadzenie odwrotnego obciążenia VAT, ale to już temat na inny wpis. Skoro już jednak przy podatkach jesteśmy, to warto wspomnieć o mniej znanej metodzie dodatkowego zarabiania w budowlance, jaką było reżyserowane „ugrywanie” VAT-u. Odbywało się to w dość prosty sposób: jak wiadomo praktycznie każdy duży kontrakt w branży ma wpisane kary umowne i nie ma w tym nic niezwykłego ani wzbudzającego szczególne zainteresowanie skarbówki. I jak to teraz wykorzystać? Otóż główny wykonawca zawierał umowę z inną spółką na realizację całej inwestycji, jednocześnie zastrzegając w tej umowie takie kary umowne, które stanowią praktycznie równowartość tejże inwestycji. No i teraz wystarczyło, że taki „generalny podwykonawca” zawalił terminy i parę innych rzeczy (praktycznie realizując jednak kontrakt), a główny wykonawca występował o zapłacenie tych drakońskich kar umownych. Myk polegał tu na tym, że kary umowne nie są objęte obowiązkiem płacenia VAT-u, a obie spółki (zarówno główny wykonawca, jak i „generalny podwykonawca”) były w rzeczywistości kontrolowane przez te same osoby. Tym samym już na starcie było wiadomo, że można dać w przetargu cenę niższą nawet o 20% (bo nie trzeba będzie płacić VAT-u), a i tak wyjdzie się na swoje. O „ugrywaniu” dochodowego już nawet nie wspominam.

    A na koniec historia z nieco innej strony barykady budowlanej, tak dla doprawienia wszystkiego odrobiną sensacji. Otóż w pewnym województwie (nie będę pisał w jakim, bo zapewne budowlańcy z tamtych okolic szybko zidentyfikowaliby o kogo chodzi) funkcjonuje lokalna sieć hurtowni trzymająca „w kieszeni” znaczną część miejscowych firm budowlanych, zwłaszcza te mniejsze. Właściciel to były funkcjonariusz służb (nieważne jakich), który oprócz handlu materiałami budowlanych zarabia także na pożyczaniu pieniędzy na %, a konkretnie 10% w skali miesiąca). I teraz towar na kredyt kupiecki może w tych hurtowniach dostać praktycznie każdy budowlaniec, nawet ten nowy w branży. Ale uwaga! Jak tak, to już na starcie musi podpisać weksel – i nie ma tutaj zmiłuj. Jakiś dłużnik nie ma pieniędzy na spłatę należności? Żaden problem, ów biznesmen chętnie mu pożyczy hajsy na spłatę zakupionego u niego towaru, oczywiście z lichwiarskimi odsetkami. Interes kręci się pięknie, ale od czasu do czasu zdarza się „oporniak”, który nie chce uregulować należności, albo po prostu nie ma z czego. Wtedy do akcji wkraczają „charty” – jest ich kilkanaście, a pod tym dość wymownym pseudonimem używanym przez owego biznesmena, kryją się pracownicy działu windykacji, praktycznie wszyscy to byli funkcjonariusze policji lub innych służb „siłowych”. I te „charty”, jak można się domyślić, nie poprzestają na wysyłaniu wezwań do zapłaty, ale twardo „negocjują” w terenie – tu nie ma miękkiej gry, a dawne znajomości i doświadczenie w „zmiękczaniu” sprawiają, że mogą sobie pozwolić na naprawdę wiele i są naprawdę skuteczni w swojej robocie. Dość powiedzieć, że kilku „chartów” dość szybko zrezygnowało z tej roboty po paru wyjazdach do dłużników, kiedy zdali sobie sprawę, jakich metod perswazji oczekuje od nich pracodawca.

    Przy okazji zapraszam na profil na FB, jeśli ktoś woli przebywać właśnie tam: https://www.facebook.com/BialeKolnierzykiBlog/

    #bialekolnierzyki #biznes #dzialalnoscgospodarcza #firma #budownictwo #pieniadze
    pokaż całość

    źródło: adigaskell.org

  •  

    Czasem bywa tak, że o przegrywie VAT-owców decyduje jedno drobne niedopatrzenie. Tak też było w przypadku grupy Karola J. – przez 2 lata kiwali spokojnie skarbówkę z Warszawy, aż tu któregoś dnia pewien urzędnik skarbowy z Olsztyna zwrócił uwagę na deklarację podatkową złożoną przez jednego z prezesów – słupów pracujących dla grupy. Nie wiadomo do końca, co wzbudziło podejrzenia tego urzędnika, ale postanowił on sprawdzić adres siedziby spółki owego słupa. No i okazało się, że w tym miejscu znajduje się zwykły… garaż. I tak po nitce do kłębka służby rozpracowały całą karuzelę, a Karol J. ze wspólnikami mogą teraz opowiadać kumplom spod celi, że „żarło super, no ale przez ten głupi garaż jednak zdechło” – chociaż czy jest się czym chwalić z drugiej strony… ( ͡° ͜ʖ ͡°) #vatowcy #przegryw #ciekawostki pokaż całość

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika grafikulus

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (7)