•  

    Powinnam napisać ten post dużo wcześniej, bo książka miała premierę trochę ponad miesiąc temu ale jakoś ciężko było mi to wszystko przetrawić. Stresuje mnie i paraliżuje myśl, że ktoś napisał o mnie książkę.

    W tamtym roku zainteresowało się mną wydawnictwo Bellona i przez pewien czas spotykałam się z dziennikarką i reporterką Zuzanną Pol. Na podstawie tych rozmów i dostarczonych przeze mnie materiałów, powstała książka "Kolekcjonerka zbrodni". Tytułowa Kolekcjonerka, to postać fikcyjna, choć inspirowana prawdziwą mną. W książce przeczytacie o zbrodniach w małych miejscowościach, alkoholizmie, przemocy domowej, sąsiedzkiej zawiści.

    Książkę możecie zakupić w Świecie Książki i Empiku. Na Taniej Książce też jest.

    Polecam też wywiad z autorką, przeczytacie go tutaj.

    #polskiepato #rejestrzboczencow #kryminalne #ksiazki
    pokaż całość

    źródło: KolekcjonerkaZbrodni.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. WAMPIR Z KOWAR

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl, gdzie znajdziecie zdjęcia ofiar, mordercy, miejsca zbrodni, z wizji lokalnej oraz nagranie "Serwisu Informacyjnego" z kilku dni po zbrodni.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć moje pisanie, to zapraszam na Patronite.

    • • •

    Cwel, cwel!

    – wołali za Adasiem koledzy na podwórku. Był szkolnym popychadłem, trzymał się zawsze na uboczu. Rodzice chłopca nadużywali alkoholu, a ojciec znęcał się nad rodziną. Zgwałcił syna, kiedy ten miał sześć lat. Mniej więcej wtedy w domu Zachwiejów przyszło na świat drugie dziecko, też chłopiec. Bracia wielokrotnie byli świadkami, jak pijany ojciec bił ich matkę. Oni również dostawali regularne lanie i często chodzili głodni. Matka dowiedziała się o gwałcie cztery lata później, nie zrobiła jednak nic, by udzielić synowi pomocy psychologicznej. Małżeństwo się rozpadło, ojciec za przemoc w rodzinie spędził kilka lat w więzieniu, a po jego powrocie do rodzinnych Kowar Adaś rzadko go widywał, czasem tylko mijając nieprzytomnego gdzieś pod sklepem. Nawet diagnoza nowotworu nie sprawiła, że skończył z nałogiem. Pił do samej śmierci.

    Kiedy Adam miał 10 lat, razem z bratem trafili do domu dziecka. Po ośmiu miesiącach pobytu w ośrodku znów zamieszkali z matką. Niedługo po tym kobieta związała się z innym mężczyzną, a rodzeństwo chłopca powiększyło się o dwie przyrodnie siostry. Niewiele to jednak zmieniło w życiu rodziny. Nowy partner kobiety miał za sobą kryminalną przeszłość i także za kołnierz nie wylewał. Wraz z konkubiną urządzał zakrapiane imprezy i awantury na oczach dzieci.

    W 1985 roku Adam skończył 12 lat. Lekko upośledzony i jąkający się nastolatek miał poważne problemy z nauką. Kilkakrotnie nie zdawał do następnej klasy. W tym samym roku ciotka usiłowała odbyć z nim stosunek seksualny. Próba nie powiodła się, ale rozbudziła w dorastającym chłopcu coraz większe zainteresowanie seksem. Podglądał koleżanki w szkolnej toalecie i masturbował się do stojącej na telewizorze lalki barbie. Od 16 roku życia zaczął chodzić do lasku oddalonego około półtora kilometra od domu i tam, na drodze z Bukowca do Kowar, obnażał się przed napotkanymi kobietami. Ich strach nie pomógł mu w kontaktach z płcią przeciwną, do której nie miał śmiałości podejść w normalniejszych okolicznościach. Fantazjował, że kiedyś jakaś kobieta zobaczy jego penisa we wzwodzie i zaproponuje mu stosunek.

    W wieku 18 lat Adam po raz pierwszy uprawiał seks z kobietą. Była to dużo starsza od niego koleżanka jego matki. Później wielokrotnie odbywał stosunki z innymi alkoholiczkami i kobietami z marginesu społecznego. Sam nadużywał alkoholu, po którym stawał się nieobliczalny. Rzucał wszystkim, co wpadło mu w ręce, bił członków rodziny i był agresywny do tego stopnia, że domownicy odizolowali go od siebie w osobnym pokoju.

    Po wielu trudnościach chłopak zdobył wykształcenie podstawowe w Ochotniczym Hufcu Pracy i zamieszkał w załatwionej mu przez matkę i ojczyma kawalerce, którą szybko zamienił w pijacką melinę. Nie było tam bezpiecznie – pewnego razu na przykład, na jednej z zakrapianej imprez, Adam usiłował wyłudzić od jednego ze swoich gości pieniądze, przypalając go żelazkiem. Regularnie napadał też na przechodniów, był karany za kradzieże i włamania. Więzienie nie robiło na nim większego wrażenia i każdorazowo po wyjściu na wolność nie zmieniał trybu życia. Tylko raz, przez krótki czas można było zauważyć, że pod wpływem znajomości ze Świadkami Jehowy przeszedł metamorfozę. Szybko jednak powrócił do swoich dawnych przyzwyczajeń i szemranego towarzystwa. Utrzymywał się z kradzieży, środków z Miejskiego Ośrodka Pomocy i z prac dorywczych. Wszystko wydawał na alkohol. Miał żal do matki, która nie zrobiła nic z faktem molestowania go przez ojca. Wielokrotnie usiłował popełnić samobójstwo, okaleczał się, a widok własnej krwi sprawiał mu przyjemność.

    W czerwcu 2000 roku w "swoim" lasku Adam napadł na kobietę. 27-latek zagroził jej nożem i okradł. Został skazany na pięć i pół roku więzienia, które opuścił warunkowo sześć miesięcy przed końcem kary. Podczas pobytu w zakładzie karnym był leczony na oddziale dla osób z zaburzeniami osobowości. Po wyjściu na wolność zamieszkał u mężczyzny, który dawał mu papierosy i jedzenie, w zamian za możliwość zaspokajania Adama oralnie. Zachwieja miał już wcześniej podobną relację z jednym ze współosadzonych.

    Przebywając na warunkowym przedterminowym zwolnieniu pod nadzorem kuratora, Adam zmienił swój tryb życia – wstąpił do klubu AA, ograniczył picie oraz kontakty z innymi alkoholikami, zatrudnił się także jako pracownik fizyczny w firmie budowlanej. Z czasem otrzymał malutkie mieszkanie komunalne w centrum Kowar, a dzięki umowie o pracę kupił sobie meble na raty. Zaczął prowadzić samotniczy tryb życia, a sąsiedzi nie mieli do niego żadnych zastrzeżeń. Można było odnieść wrażenie, że zapomniano o jego przestępczej przeszłości.

    21 czerwca 2007 roku Adam był na zmianie z dużo lepszym pracownikiem od siebie, co bardzo godziło w dumę 34-latka. Wychowany w patologicznej rodzinie, miał niskie mniemanie o sobie, przez co był bardzo przewrażliwiony na swoim punkcie, łatwo się zrażał i permanentnie czuł się traktowany jak ktoś gorszy. Tak też było tego dnia – Adam uznał, że jest mniej ważny od swojego bardziej kompetentnego kolegi i zdenerwowany wyszedł wcześniej z pracy. W takich sytuacjach powracały do niego demony przeszłości i mężczyzna czuł, że jego życie, jak i on sam, nie jest wiele warte. Postanowił popełnić samobójstwo. Połknął 30 tabletek Ketonalu i poszedł na pobliską łąkę, gdzie stracił przytomność. Znalazł go przypadkowy przechodzień i wezwał karetkę. Adam został przewieziony do szpitala, gdzie poczuwszy się lepiej, po kilku godzinach uciekł do lasku. Już sama myśl o miejscu, w którym obnażał się przed kobietami, wprawiła go w podniecenie. Tego dnia był wyjątkowo napalony i pragnął się jak najszybciej zaspokoić. Mimo tego, że od dłuższego czasu sypiał regularnie z pewną chorą umysłowo, starszą od siebie kobietą, która znana była w okolicy z nadpobudliwości seksualnej, Adam postanowił ulżyć sobie, napadając na przypadkową osobę.

    Dochodziła trzynasta, gdy drogą obok lasku przechodziła Dorota K.-Z. 42-latka wracała ze szpitala w Bukowcu, gdzie odwiedziła chorującą matkę. Sama też nie była najlepszego zdrowia, przebywała na rencie i leczyła się na astmę. Adam zaszedł jej drogę, zaczął dusić i powalił ją na ziemię. Wciąż trzymając kobietę za szyję, powlókł ją w ustronne miejsce, gdzie zażądał stosunku. Kobieta stawiała opór, więc znowu zaczął ją dusić, aż straciła przytomność. Omdlałą dotykał, całował i wkładał palce do pochwy. Gdy skończył wytryskiem na jej ciało, nie zdejmując uścisku z szyi, podniósł pobliski kamień. Uderzał ją nim po głowie i tułowiu, łamiąc żebra, czaszkę, nos i rozkawałkowując kości twarzoczaszki. Gdy Dorota nie dawała już oznak życia, przeszukał jej torebkę i wyciągnął z portfela 42 złote. Ciało wrzucił do betonowej studzienki rewizyjnej, zasypał gałęziami i poszedł do domu. Tam znów usiłował otruć się tabletkami, po których dostał tylko niestrawności.

    Dorota K.-Z. na co dzień mieszkała z dwoma pełnoletnimi już synami, którzy w chwili jej morderstwa przebywali u rodziny w sąsiedniej miejscowości. Chłopcy zauważyli zniknięcie matki dopiero po 10 dniach od jej śmierci, gdy wrócili do domu w Kowarach. Zaniepokoiła ich niedopita herbata na stole i relacja sąsiadów, że nie widzieli Doroty od kilku dni. Wtedy zawiadomili policję i rozpoczęto poszukiwania.

    6 lipca 2007 roku wciąż nie odnaleziono ciała 42-latki. Tego dnia pracodawca Adama Zachwiei zlecił mu zamontowanie brodzika. Zadanie przerosło mężczyznę, co go bardzo poruszyło. Zdenerwowany swoim niepowodzeniem, opuścił plac budowy i udał się do lasku. Mimo tego, że po ostatnim morderstwie odczuwał przygnębienie i strach, postanowił, że znów rozładuje swoje napięcie, napadając na losową kobietę.

    Ewa E. od 20 lat pracowała przy nawijarce kolorów w Fabryce Dywanów Kowary. Tego letniego dnia szykowała się na drugą zmianę. Nie czuła się najlepiej i do ostatniej chwili rozważała wzięcie wolnego. Ostatecznie spakowała kanapki, pożegnała się ze swoim partnerem i ruszyła tą samą trasą co zawsze. Droga obok lasku była często uczęszczana przez mieszkańców okolicy, głównie przez pracowników szpitala w Bukowcu i Fabryki Dywanów. Tego dnia Ewa do zakładu jednak nie dotarła. Przed godziną czternastą, drogę 41-latce zaszedł Zachwieja. Zaczął ją dusić i uderzać pięścią w nos. Dotkliwie ją pobił, celował głównie w okolice twarzy i głowy, ściskał jej szyję tak mocno, aż złamał kość gnykową i zerwał więzadła kręgosłupa na wysokości szyi. Nieżywą zaciągnął w pobliskie zarośla. Tam rozebrał ciało. Dotykał je, wkładał palce do pochwy i odbytu, onanizując się przy tym. Gdy wytrysnął na martwą Ewę, przeszukał jej torebkę i wyjął w portmonetki trzy złote i pięćdziesiąt groszy. Zwłoki wrzucił do tej samej starej studzienki, w której spoczywała już Dorota.

    Dwie godziny po morderstwie, kilku mieszkańców Kowar widziało Adama w zakrwawionych ubraniach, jak prosił o papierosa pod sklepem. Nikt jednak nie podejrzewał, że w małym, spokojnym miasteczku, gdzie wszyscy się znają, może mieszkać ktoś, o kim niczego nie wiedzą.

    Partner Ewy E. zaniepokoił się, gdy nie wróciła do północy i nie można się było do niej dodzwonić. Nigdy jej się to nie zdarzało. Gdy po telefonie do rodziców konkubiny utwierdził się w obawach, że kobiety nie ma u krewnych, bezzwłocznie zawiadomił policję. Rozpoczęły się poszukiwania. Bliscy zaginionej przeszukali okolice trasy, którą przez 20 lat Ewa przemierzała do pracy. Dzień po jej zaginięciu, późnym wieczorem, w gęstych zaroślach natrafili na studzienkę przykrytą ciężką betonową płytą. Odsunęli wieko. W mule i błocie dostrzegli nagie, zakrwawione ciało kobiety w zielonych tenisówkach. To po nich rodzice 41-latki rozpoznali córkę. Przybyli na miejsce policjanci i strażacy, stwierdzili, że odór wydostający się ze studni świadczy o bardzo posuniętym rozkładzie zwłok, więc nie mogła być to zaginiona zaledwie wczoraj kobieta. Podczas wydobywania ciała Ewy, okazało się, że leży pod nią druga kobieta.

    Zachwieja został zatrzymany w swoim miejscu zamieszkania już 8 lipca. Nie stawiał oporu. Jako podejrzanego wytypował go policjant z sekcji kryminalnej Komendy Miejskiej Policji w Jeleniej Górze, który wcześniej pracował w policji w Kowarach. Śledczy od razu zakładał, że sprawcą musi być ktoś, kto bardzo dobrze zna okolice. Kojarzył Adama jako miejscowego dziwaka, na którego niejednokrotnie skarżyły się mieszkanki miasta. Mundurowy nieraz odbierał skargi na ekshibicjonistyczne zapędy podejrzanego. Podczas pierwszego przesłuchania Adam przyznał się do winy. Mówił wprost, że chciał zabić te kobiety, że myślał o tym wcześniej i po prostu poszedł to zrobić. Okazywał skruchę, a według relacji jednego z policjantów, widać było, że jest mu żal i wstydzi się swoich czynów. Następnego dnia po zatrzymaniu odbyła się wizja lokalna z jego udziałem. Usłyszał też zarzut podwójnego zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem z motywacji zasługującej na szczególne potępienie oraz rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia.

    Mimo wcześniejszych wyroków, Zachwieja miał w Kowarach opinię spokojnego i nikt nie uważał go za osobę potencjalnie niebezpieczną. Miasteczko zaczęło kipieć od plotek. Ludzie powtarzali między sobą, że w okolicy zaginęło dużo więcej kobiet i niedługo wyjdzie na jaw, że ofiar "Wampira z Kowar", jak zaczęto nazywać Zachwieję, jest dużo więcej. Spokój i poczucie bezpieczeństwa mieszkańców zostały zburzone. Żądali dla oprawcy kary śmierci.

    Po rozejściu się wieści o morderstwach na policję zgłosiła się kobieta, która twierdziła, że pomiędzy 4 a 6 lipca 2007 roku, niedaleko Fabryki Dywanów widziała podejrzanego mężczyznę. Przyglądał jej się z zarośli obok drogi z Bukowca do Kowar. Gdy zaczął biec w jej stronę, zaczęła uciekać i na szczęście nie udało mu się jej dogonić. Kobieta nie pochodziła z okolicy i nie znała Zachwiei, rozpoznała go jednak jako niedoszłego napastnika podczas okazania przez weneckie lustro. Podejrzany zaprzeczył, że to on biegł za kobietą, mimo tego, że wcześniej ujawnił już wszystkie szczegóły morderstw Doroty K.-Z. i Ewy E.

    . . .

    Adam Zachwieja twierdził, że wcześniej nie planował popełnionych przestępstw. Myśli o nich zrodziły się dopiero w dniach ataków na kobiety, gdy poczuł się sfrustrowany i chciał rozładować skumulowane napięcie. Mówił, że gdyby to wszystko wcześniej obmyślał, zabrałby ze sobą łopatę do zakopania ciał.

    Ja nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, że miałem zamiar je zabić

    – tłumaczył.

    On powstał dość nagle, chyba jeszcze w tym dniu. To taka chora furia.

    Miał wyrzuty sumienia po każdym z morderstw i było mu wstyd, ale twierdził, że nie miał odwagi przyznać się komuś do tego, co zrobił.

    Mnie nie chce się żyć, nie mam potrzeby życia

    – żalił się.

    Stwierdziłem to nawet wtedy, gdy nie miałem zarzutów, toteż nie widziałem przyszłości w życiu osobistym i prywatnym.

    Biegli stwierdzili u Zachwiei osobowość dyssocjalną. Jego rozwój intelektualny ocenili jako niedorozwój umysłowy, 80 w skali Wechslera*. W trakcie popełniania zbrodni był poczytalny.

    . . .

    Adwokat Adama Zachwiei usiłował bronić klienta, tłumacząc jego zbrodnie dorastaniem w patologicznym domu. Trudne dzieciństwo mężczyzny wzbudziło nawet litość w matce zamordowanej Ewy E.:

    Jest mi go szkoda jako człowieka, ale zabrał mi jedyną córkę.

    Sędzia Andrzej Kot stwierdził jednak:

    Negatywne warunki środowiska, w których oskarżony dorastał, nie są żadnymi okolicznościami łagodzącymi. Tym bardziej, że wcześniejsze kary pozbawienia wolności nie przyniosły żadnych rezultatów w postawie oskarżonego.

    Zarówno traumatyczne przeżycia, jak i wyrażona skrucha i przyznanie się do winy, nie stanowiły w tej rozprawie okoliczności łagodzących. Sędzia nie wziął pod uwagę także tego, że Zachwieja od początku współpracował z policją i był głównym źródłem dowodowym, dzięki któremu śledczy ustalili dokładny przebieg zbrodni.

    3 grudnia 2008 roku w Sądzie Okręgowym w Jeleniej Górze zapadł wyrok. Za podwójne zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem i z motywacji zasługującej na szczególne potępienie, zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem dwóch kobiet oraz dokonanie na nich rozboju, co było działaniem w recydywie, Adam Zachwieja został skazany na dożywotnie pozbawienie wolności z możliwością ubiegania się o przedterminowe warunkowe zwolnienie po odbyciu 30 lat orzeczonej kary.

    Obrońca oskarżonego zaskarżył wyrok i domagał się kary łącznej 25 lat pozbawienia wolności. Mimo to, w marcu 2009 roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu utrzymał wyrok Sądu niższej instancji w mocy.

    . . .

    W 2016 roku z Adamem Zachwieją przeprowadziła wywiad psycholog śledcza Justyna Poznańska. Osadzony w Zakładzie Karnym w Wołowie, na łamach programu "Skazani: Wyznania zza krat" opowiadał, że nikt go tutaj nie odwiedza, bo jego rodzina z Kowar nie ma jak pokonać tak dalekiej trasy. Twierdził, że nie obwinia swojej matki za swój los. Ma z nią bardzo dobry kontakt, dzwoni do niej prawie codziennie. Opowiadał, że kobieta wychowuje swojego ośmioletniego wnuka, syna jednej z przyrodnich sióstr Adama. Żal mu tego chłopca.

    Zdaniem Zachwiei, dożywocie to niesłuszny wyrok. Uważa, że 30 lat więzienia byłoby optymalną karą za podwójne zabójstwo. Gdy psycholog pytała o szczegóły zbrodni, zasłaniał się niepamięcią i tym, że minęło już wiele lat. Mówił, że było to zbyt brutalne zdarzenie, by mógł sobie je przypominać i nie zwariować.

    Adam Zachwieja ma aktualnie 47 lat. Wyjść na wolność w ramach przedterminowego warunkowego zwolnienia, będzie mógł najwcześniej w 2037 roku.

    Chciałbym być spokojnym człowiekiem

    – odpowiedział na pytanie, jak by wyglądało jego życie, gdyby wyszedł z więzienia.

    Takim... Po prostu... Przełożyć to co kiedyś... Bo byłem spokojny. Rodzinie nic nie zrobiłem, ani sąsiadom, tylko tam gdzieś "poszłem", no i wiadomo...

    – jąkał się.

    Wyjść, spotkać się z rodziną na wolności i tam umrzeć.

    . . .

    Skala Wechslera* – skala testu psychologicznego znormalizowana tak, aby średnia w populacji wynosiła 100, odchylenie standardowe 15. W skali jest 120 jednostek.

    • • •

    Tekst powstał w oparciu o zanonimizowany wyrok, który dostałam od Sądu Okręgowego w Jeleniej Górze oraz wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu wraz z uzasadnieniem. Użyłam także informacji z książki Łukasza Wrońskiego "Seryjni i wielokrotni mordercy. Profilowanie psychologiczne i psychogeograficzne", 4 odcinka 1 sezonu programu "Prawda o zbrodni" oraz 2 odcinka programu "Skazani: Wyznania zza krat". Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #kowary #jeleniagora #seryjnimordercy
    pokaż całość

    źródło: wampirzkowar.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. Doktor Ola

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl, gdzie znajdziecie więcej zdjęć (w tym Zbigniewa) i linki do powiązanych ze sprawą materiałów na YouTube.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć moje pisanie, to zapraszam na mój Patronite.

    • • •

    Aleksandra Gabrysiak urodziła się w 1942 roku w podwarszawskim Radzyminie. Wraz z rodziną została wysiedlona z owładniętej wojną Polski i do kraju wróciła dopiero w lutym 1945 roku. Już we wczesnym dzieciństwie ujawniła się u niej krzywica oporna na witaminę D. Przez swoją genetyczną chorobę pięcioletnia Ola trafiła do sanatorium w celu rehabilitacji zniekształconych kończyn, a rok później przeszła pierwszy zabieg chirurgiczny. W kolejnych latach poddano ją jeszcze kilku nieudanym operacjom nóg, wtedy też dziewczynka zaczęła przejawiać zainteresowanie medycyną. Po wielu przeprowadzkach i latach spędzonych w szpitalach i przyklinikowej szkole, rodzice wraz z 9-letnią już Aleksandrą oraz dwoma młodszymi synami osiedli w Gdańsku. Tam ich córka kontynuowała szkołę i zdała maturę. Była bardzo dobrą uczennicą i mimo fizycznego kalectwa rozpoczęła pracę salowej w szpitalu wojewódzkim, a później studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Gdańsku. Po uzyskaniu upragnionego dyplomu w 1968 roku zaczęła nosić złoty pierścionek z wygrawerowaną datą tego wydarzenia oraz sygnaturą węża Eskulapa. Mawiała, że to symbol jej "zaślubin z medycyną". W kolejnych latach pracowała jako analityk medyczny w Szpitalu Miejskim w Tczewie (w którym po dwóch latach stała się kierowniczką laboratorium) oraz w Sanatorium Przeciwgruźliczym w Gniewnie, a także uzyskała I stopień specjalizacji z dziedziny analityki lekarskiej. Szybko dała się poznać jako kobieta radykalna, silna i wymagająca, a jednocześnie człowiek o wielkim sercu i lekarz odbiegający od powszechnie przyjętych norm. Założyła Telefon Zaufania "Anonimowy Przyjaciel", w którym była główną dyżurującą, udzielała się w Klubie Seniora i pomagała nie tylko w problemach ze zdrowiem fizycznym, ale także wspierała psychicznie i jako osoba głęboko wierząca – duchowo. Była współtworzącą Wspólnotę Ewangeliczną, która zrzeszała osoby świeckie i organizowała między innymi spotkania plenerowe z Biblią i nocnym czuwaniem modlitewnym. Członkowie wspólnoty przestrzegali celibatu.

    Rok 1974 stał się przełomowym w życiu Gabrysiak. W marcu adoptowała porzuconą zaraz po urodzeniu, niespełna dwumiesięczną dziewczynkę. Ochrzciła córkę imionami Maria Armida (na cześć Armidy Barelli). Decyzja o przygarnięciu noworodka od początku nie spotkała się z akceptacją wśród najbliższej rodziny Aleksandry. Rodzice i rodzeństwo kobiety obawiali się, że ta nie poradzi sobie z opieką nad dzieckiem. Bracia podejrzewali, że pośród rozmaitych obowiązków siostra nie znajdzie czasu na małą Marysię. Niestety, nie mylili się. Już w pierwszych miesiącach po adopcji, niezbędna była pomoc ojca Aleksandry, ponieważ 32-latka nie radziła sobie z codziennymi obowiązkami: utrzymaniem porządku, zakupami czy innymi domowymi zajęciami. Kobieta cieszyła się córką i bardzo ją kochała, jednak w swoim wypełnionym licznymi zajęciami życiu nie miała dla niej zbyt wiele czasu. W efekcie swoje pierwsze lata Marysia spędziła w Gdańsku, pod opieką matki Aleksandry. Bracia i ojciec lekarki także usiłowali wychować nowego członka rodziny i zastąpić jej ojca, wujków i dziadków. Gabrysiak starała się spędzać ze swoją adopcyjną córką każdą wolną chwilę, lecz nie było ich zbyt wiele.

    W 1975 roku Aleksandra przeniosła się do Elbląga, gdzie otrzymała większe mieszkanie. Dopiero po dwóch latach od przeprowadzki sprowadziła do siebie córkę, dla której wyjazd z domu babci był bardzo trudny. Trzyletnia dziewczynka zdążyła już przywyknąć do wychowującej ją staruszki bardziej niż do swojej adopcyjnej matki. Mimo to w 1977 roku zamieszkała wraz z Aleksandrą w Elblągu przy ulicy 1 Maja 30/4.

    Doktor Gabrysiak została zatrudniona na stanowisku kierowniczki Działu Diagnostycznego i Pracowni Analitycznej w miejscowym Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym, dodatkowo pracowała w Laboratorium Analitycznym w Zespole Opieki Zdrowotnej w Nowym Dworze Gdańskim. Elbląską pracownię, podobnie jak w Tczewie, zorganizowała od podstaw na bardzo wysokim poziomie usług. W tym czasie uzyskała też II stopień specjalizacji z zakresu diagnostyki laboratoryjnej i mimo następnych operacji i problemów z kończynami, jeszcze bardziej oddała się służbie potrzebującym – wraz Klubem Inteligencji Katolickiej pomagała w adopcjach dzieci, organizowała Dni Obrony Życia Poczętego, wspierała samotne matki, ludzi uzależnionych od alkoholu i narkotyków, działała na rzecz założenia Domu Samotnej Matki oraz hospicjum, odwiedzała więźniów i pomagała im po wyjściu na wolność, ratowała samobójców, godziła zwaśnione małżeństwa, a jej prywatny telefon dostępny był przez całą dobę. Gdy obchodziła imieniny, tłumy przetaczały się przez jej dom. Pacjenci mówili o niej ciepło: doktor Ola.

    Aleksandra i Marysia żyły bardzo skromnie. Jeżeli zachodziła taka potrzeba, lekarka oddawała potrzebującym swoje oszczędności i często był to "wdowi grosz". Nawet jej samochód był prezentem od ludzi, którzy chcieli odwdzięczyć się za pomoc. Kobieta większość swojego czasu spędzała z potrzebującymi i nie dysponowała właściwie czasem wolnym, co nie wpływało pozytywnie na jej relacje rodzinne oraz wychowanie dorastającej córki. Marysia cierpiała na ataki padaczkowe, co wraz z ciągłą nieobecnością matki i brakiem jej troski, miało negatywny wpływ na jej psychikę.

    Jolanta Jankowska, pierwsza dyrektorka Duszpasterstwa Rodzin w Elblągu, w którym Gabrysiak także się udzielała, mówiła o niej tak:

    Czasem odnosiłam wrażenie, że kocha bardziej swoich podopiecznych, samotne matki, alkoholików, aniżeli swych przyjaciół.

    Coraz trudniejsze były też relacje doktor Oli z braćmi, w szczególności z najmłodszym, który nie akceptował stylu życia siostry. Ojciec zmarł w 1981 roku, a 10 lat po nim matka, z którą Aleksandra także była skonfliktowana. Kobiecie nie podobało się to, w jaki sposób wychowywana była Marysia.

    Ze względu na pogarszający się stan zdrowia, z końcem 1984 roku doktor Ola rozwiązała umowę z elbląskim szpitalem. Pozostała na rencie inwalidzkiej, ale w mniejszym wymiarze godzin wciąż pracowała w tej placówce, a jednocześnie w Poradni Trzeźwości. Brała też czynny udział w pracach nad przywróceniem Klubu Abstynenta "Żuławy" oraz w grupach dla anonimowych alkoholików. W 1990 roku została zatrudniona dodatkowo w Poradni Odwykowej w oraz weszła w skład Miejskiej Komisji do Spraw Przeciwdziałania Alkoholizmowi w Elblągu. Szybko zdobyła serca uzależnionych, których przyjmowała nie tylko w placówkach, ale także we własnym domu. Zdarzało się, że szukała ich po melinach i podejrzanych spelunach. Czasami przypadkowo napotkanych nietrzeźwych alkoholików przewoziła własnym autem do ich mieszkań. Związała się też z Domem dla Bezdomnych im. św. Brata Alberta, w którym pomagała analogicznie jak w elbląskim Zakładzie Karnym. Często w obu miejscach spotykała tych samych mężczyzn, których z więzienia kierowała do owego przytułku.

    Nastoletnia Marysia zaczęła kwestionować wyznaczane dotychczas przez jej adopcyjną matkę wartości. Jej odrzucenie wiary katolickiej było wielkim ciosem dla głęboko wierzącej Aleksandry, która czuła, że coraz bardziej traci kontakt i kontrolę nad córką. Maria nie pomagała matce inwalidce w domowych obowiązkach, zaczęła nawet naśmiewać się z jej kalectwa i nie szczędziła jej gorzkich słów.

    . . .

    W noc wigilijną 1990 roku Aleksandra spotkała na dworcu kolejowym w Elblągu bezdomnego chłopaka. Zbigniew dwa tygodnie wcześniej skończył 18 lat, a nałogowo pił od kilku. Z rodzicami mieszkał do ukończenia szkoły podstawowej, ojciec wyrzekł się go, bił i pastwił się nad nim psychicznie.

    Mimo dezaprobaty rodziny oraz ostrzeżeń przyjaciół i współpracowników, doktor Ola przygarnęła młodego mężczyznę pod swój dach. Sądziła, że w ten sposób uchroni go od nałogu i kontaktów ze światem przestępczym, a swojej niespełna 17-letniej córce podaruje brata.

    Żywiła mnie, dała pierwsze okulary, pieniądze. Załatwiła dowód osobisty i pracę. Ja byłem wtedy dumny, bo mnie, zgniłemu recydywiście, ktoś zaufał

    – wspominał Zbigniew.

    Terapia antyalkoholowa przyniosła tylko krótkotrwałą poprawę. Nastolatek szybko powrócił do nałogu i dawnego towarzystwa. Podczas nieobecności Gabrysiak, jego koledzy okradli jej mieszkanie. Co więcej, pomiędzy chłopakiem a Marią wywiązał się romans. Z czasem para zaczęła wspólnie dręczyć doktor Olę – szykanowali ją, wykpiwali, krzyczeli, kopali i bili. Gnębiona fizycznie i psychicznie 49-latka była na skraju wykończenia, ciągle płakała. W końcu znalazła w Elblągu rodzinę, która była w stanie przygarnąć do siebie Zbigniewa. Ten jednak niedługo po przeprowadzce okradł ich i wrócił na ulicę. Wciąż odwiedzał Marysię w mieszkaniu przy 1 Maja i oboje niewiele robili sobie z próśb właścicielki, by spotykali się poza jej domem. Ich agresja wobec kobiety rosła, obiecywali nawet, że ją zabiją. Marysia nazywała Aleksandrę "matroną".

    Na początku 1992 roku, prezydent Elbląga przyznał Aleksandrze Gabrysiak nagrodę pieniężną za jej zasługi. Lekarka bardzo ceniła sobie to wyróżnienie, jednak całą kwotę przekazała dla ubogich. Sama bardzo podupadła na zdrowiu, była coraz słabsza i z trudem przychodziło jej poruszanie się. Cierpiała także psychicznie i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego nie jest w stanie pomóc swojej córce, skoro pomogła tak wielu potrzebującym. W intencji Marii i Zbigniewa pościła, modliła się i ofiarowała cierpienia.

    Źle układały się także jej relacje z jedną ze wspólnot katolickich, do której należała. Nowy zarząd nie do końca popierał działania Gabrysiak, uważał je wręcz za niepotrzebne i zarzucał lekarce, że są nieroztropne i wręcz szkodliwe. Dla doktor Oli było to wielkim ciosem, czuła się niezrozumiana i upokorzona. Dyrektor Jankowska wspomniała:

    Pomimo tak wielkiego zaangażowania, a może właśnie dlatego, Ola była człowiekiem konfliktowym. Sama będąc na wskroś uczciwą, tego też oczekiwała od innych; ponieważ nie miała czasu na prywatne życie, podobnej postawy wymagała i od nas.

    . . .

    W kwietniu 1992 roku Zbigniew trafił do więzienia za kradzież z włamaniem. Marysia często odwiedzała go w areszcie, a z czasem mężczyzna zaczął otrzymywać przepustki i widywać się ze swoją dziewczyną w domu Aleksandry. 19-latek miał dobrą opinię w zakładzie karnym. Była to jego pierwsza odsiadka i zdaniem psychologa więziennego spotkania z Marią pozytywnie wpływały na resocjalizację osadzonego.

    5 lutego 1993 roku o godzinie 10:30 Zbigniew wyszedł na jedną z wielu swoich 24-godzinnych przepustek. Tego dnia jak zwykle odwiedził Marysię. Między parą doszło do kłótni i rękoczynów. Zaborczy mężczyzna podejrzewał 19-latkę o zdradę. W końcu zdenerwowany trzasnął drzwiami i przez kilka godzin pił alkohol, włócząc się po Elblągu. Następnego dnia kontynuował libację, a około godziny 15:00 ponownie zjawił się w mieszkaniu przy ulicy 1 Maja. Maria była sama w domu. Po kolejnej sprzeczce, Zbigniew za pomocą kabla elektrycznego przywiązał swoją dziewczynę do krzesła. Odizolowaną końcówkę przewodu podłączył do prądu. Kobieta straciła przytomność.

    Mama wraca, słyszę samochód

    – wyszeptała gdy oprzytomniała.

    Wtedy znów włączył prąd. Gdy Marysia upadła z krzesłem na podłogę, nożem kuchennym uderzył ją w klatkę piersiową oraz szyję, łamiąc przy tym ostrze. Słysząc kuśtykającą po schodach doktor Olę, pobiegł do kuchni po nowy nóż. Gdy 50-latka otworzyła drzwi do mieszkania, wypadł mu z rąk wprost pod jej nogi, tuż obok jednej z kul, którą zawsze się podpierała. Szybko go podniósł i zaatakował, zadając Gabrysiak ciosy w serce i szyję. Przed ucieczką zdjął jeszcze z palców martwych kobiet pierścionki i zabrał pieniądze z torebki Aleksandry. Jeszcze tego samego dnia wrócił z przepustki do więzienia.

    Nareszcie w domu

    – miał powiedzieć do strażnika.

    Policja bardzo szybko zidentyfikowała sprawcę podwójnego morderstwa. 20-latek tłumaczył się wypitym alkoholem i twierdził, że "nie przyszedł zabijać":

    Kiedy weszła jej mama... chciałem po prostu stamtąd wyjść. Obojętnie, kto by stanął mi wtedy na drodze – zginąłby.

    Gdy współwięźniowie dowiedzieli się, że to Zbigniew jest mordercą doktor Oli, władze więzienia zdecydowały o przeniesieniu go do pojedynczej celi. Lekarka była znana i szanowana w środowisku kryminalistów, którzy zaczęli odgrażać się jej mordercy. Wieści o jej śmierci szybko rozniosły się także po Elblągu i odbiły się medialnym echem w całej Polsce. Pogrzeb kobiet zgromadził tłumy.

    . . .

    Działając w bezpośrednim zamiarze pozbawienia życia, zadał Marii Gabrysiak szereg ciosów nożem w szyję i klatkę piersiową, powodując rany kłuto-cięte z przebiciem ściany lewej komory serca, powodując masywny krwotok i zgon Marii

    – odczytywał 7 lutego 1996 roku sędzia.

    Działając w bezpośrednim zamiarze pozbawienia życia, zadał Aleksandrze Gabrysiak szereg ciosów nożem w okolice szyi i klatki piersiowej, powodując rany kłuto-cięte klatki piersiowej, co spowodowało masywny krwotok i wstrząs urazowo-krwotoczny i w jego wyniku zgon Aleksandry

    – kontynuował przedstawianie zarzutów oskarżonemu.

    Tego dnia w Sądzie Wojewódzkim w Elblągu sala była pełna ludzi i kamer. Sędzia nie znalazł okoliczności łagodzących i wygłosił najwyższą z kar – po raz ostatni w Polsce. 20-letni Zbigniew nie spodziewał się podwójnego wyroku śmierci.

    Najpierw moratorium na wykonywanie kary śmierci, a potem nowelizacja kodeksu karnego w 1997 roku spowodowały, że wyrok zamieniono na dożywocie.

    . . .

    Mój dzień zaczyna się od myślenia, gdzie tu załatwić papierosy i herbatę

    – opisywał swoje więzienne życie w 1999 roku Zbigniew, który wciąż przebywał w odosobnionej celi.

    Pół dnia myślę albo czekam – potrafię stać czasami kilka godzin pod klapą i czekać aż ktoś będzie przechodził, żeby się zapytać czy nie ma zapalić, czy nie ma wypić...

    – kontynuował.

    Jem śniadanie i kładę się. Zjadam obiad i śpię do kolacji. Patrzę w ten telewizor, tak jak leci wszystko.

    W krótkim dokumencie "Śmierć na raty", Zbigniew opowiadał o swojej codzienności za kratami, wegetacji i braku nadziei na przyszłość. Stwierdził zdecydowanie, że jeżeli miałby taką możliwość, wybrałby dla siebie stryczek. Często myślał o samobójstwie, a perspektywę spędzenia całego życia w celi, uważa, za karę bardziej dotkliwą i nazywa ją "powolną karą śmierci".

    Jeśli są ludzie i rozmawiam z nimi, wtedy nie myśli się o tym co się zrobiło. Żyje się, coś się dzieje. Ale jeśli zostaję sam w celi, to muszę myśleć o tym, co się stało

    – mówił przed kamerą Zbigniew.

    Widziałem, jak ta dziewczyna umiera. Widziałem oczy tej dziewczyny. Czuję wstręt do samego siebie.

    . . .

    W 2011 roku, podczas rozmowy z dziennikarką "Polityki" (tutaj), Zbigniew powiedział, że nie wraca już myślami do zbrodni, której dokonał. Nie pamięta też wyrzutów sumienia, a jego egzystencja kręci się tylko w okół posiłków.

    Tamten facet, co zabił, już nie istnieje. To był dzieciak, dali mu karę śmierci, wyprali mu mózg, jego już nie ma

    – twierdził.

    . . .

    W Polskim prawie, skazani na dożywocie mogą za sprawą przedterminowego warunkowego zwolnienia opuścić więzienne mury po odsiedzeniu minimum 25 lat. Od 15 kwietnia 2017 roku usiłuje je uzyskać także Zbigniew, który w przypadku pozytywnej prognozy kryminologicznej, mógł wyjść na wolność już w 2018 roku. Mężczyzna we wcześniejszych latach składał wnioski o ułaskawienie oraz wielokrotnie ubiegał się od Sądu Najwyższego, by wznowiono jego proces. Podważał m.in. skazanie go na karę nieprzewidzianą w kodeksie karnym w czasie popełnienia zbrodni. Gdyby znów stanął przed sądem, ma możliwość otrzymać inny wyrok niż w latach 90. Gdyby było to 25 lat pozbawienia wolności, mógłby wyjść już 2018 roku, bez konieczności ubiegania się o przedterminowe warunkowe zwolnienie, które w sytuacji podwójnego mordercy skazanego wcześniej na karę śmierci jest mało prawdopodobne.

    W grudniu ubiegłego roku Zbigniew Brzoskowski skończył 47 lat. Wciąż przebywa w Zakładzie Karnym w Sztumie.

    . . .

    W tym domu w latach 1976-1993 mieszkała Doktor Ola, Aleksandra Gabrysiak, człowiek szlachetny i dobry – brzmi napis umieszczony na tablicy upamiętniającej lekarkę oraz jej córkę. 5 lutego 1998 roku odsłonił ją na bloku przy ulicy 1 Maja 30 brat zamordowanej społeczniczki. Pod płytą, na kamiennej półeczce, do dziś płoną znicze i składane są kwiaty. Pamięć o doktor Oli jest wciąż żywa, wiele osób zawdzięcza jej swoje dziś godne i trzeźwe życie. Jej imieniem nazwano hospicjum w Elblągu, a nawet jeden z tramwajów. Stała się też patronką oddziału gdańskiego Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich i ustanowiono coroczną nagrodę Okręgową Izby Lekarskiej jej imienia. Mieszkańcy Gdańska i Elbląga jeżdżą ulicami imienia Aleksandry Gabrysiak, a w sanktuarium w świętokrzyskim Kałkowie-Godowie postawiono jej pomnik. Doktor Ola jest także kandydatką do uznania za świętą Kościoła Katolickiego.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK (tym razem nie zdążył więc pewnie jeszcze będą oprawki!).
    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #radzymin #elblag #tczew #gdansk
    pokaż całość

    źródło: AleksandraGabrysiak.jpg

  •  

    #polskiepato #rejestrzboczencow

    Ze względu na Wasze sugestie, od dawna dodaję do moich wpisów tagi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent. Jednak pod jednym z moich ostatnich wrzutek na autorskich tagach, jeden z Mirków mnie zwyzywał, że mi nie można ich używać. Skąd moje pytanie: tagować tak czy nie tagować?

    Czy używać tych tagów?

    • 736 głosów (70.97%)
      Tak
    • 91 głosów (8.78%)
      Nie
    • 210 głosów (20.25%)
      Obojętne mi to
  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. Złe kobiety.

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl Tam znajdziecie też więcej zdjęć.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć moją działalność, to zapraszam na mój Patronite.

    • • •

    Pod koniec lat 90. niewyróżniająca się kobieta po czterdziestce postanowiła odmienić swoje życie. Florentyna N. – z wykształcenia technik chemik, z zawodu laborantka w tarnowskich zakładach azotowych, a po pracy matka i żona. Miała męża jakich wielu na polskich wsiach – za kołnierz nie wylewał i rękę miał ciężką. Okładał ją pięściami, złamał nos i rozciął łuk brwiowy, ta jednak tkwiła przy nim, aż do 1998 roku, gdy złożyła papiery rozwodowe, spakowała walizkę i ruszyła przed siebie. By zrzucić swoją dotychczasowa skórę, zerwała kontakty z córką i wiekowymi już rodzicami oraz znajomymi. W Katowicach imała się różnych zajęć – pracowała w sklepie i dworcowym barze, opiekowała się dziećmi i osobami starszymi. Oprócz tego, pod pseudonimem "Nina" świadczyła usługi seksualne. Nie stroniła od towarzystwa ludzi z marginesu społecznego, pomieszkiwała na melinach. Na dłużej zatrzymała się u jednego z miejscowych pijaków, z którym się związała i który niejednokrotnie podnosił na nią rękę. Tam też poznała Tomka. 18-latek od kilku miesięcy włóczył się po śląskich ulicach, spał na śmietnikach, aż przypadkowo poznany menel przygarnął go pod swój dach. Chłopak w zamian za kąt chodził po alkohol do podejrzanych spelun. Pomiędzy nowym lokatorem, a o 25 lat starszą kobietą wywiązała się dziwna relacja – stali się kochankami, parą, a zarazem Florentyna mu matkowała. Gdy pierwszy raz pojechali razem do jego rodzinnego Jaworzna, krewni młodego mężczyzny nie byli zachwyceni faktem, że kocha on kobietę w wieku swojej matki. Z czasem jednak, widząc zaangażowanie chłopaka, zaakceptowali Florentynę. Ta zaś, mimo związku z Tomkiem, nie zrezygnowała z prostytucji. Partner godził się z jej życiowymi wyborami, a ona sama nie uznawała sprzeciwów. Para pomieszkiwała razem aż do 2002 roku, do czasu gdy 46-latka postanowiła zakończyć ich dotychczas zażyłą relację. Powodem był inny mężczyzna.

    Stanisław Wawak był spokojnym i cichym człowiekiem, raczej ciamajdowatym i można by stwierdzić, że niezbyt dobrze radził sobie w życiu. Większość czasu spędzał w domu na peryferyjnej bielskiej dzielnicy Lipniki, gdzie mieszkał wraz ze swoim ojcem. Mężczyźni utrzymywali się z rolnictwa i renty starszego z nich. Mimo majątku w postaci domu z działką oraz 2,5 hektara ziemi w atrakcyjnej lokalizacji, żyli skromnie. Stanisław co jakiś czas wyjeżdżał do Cieszyna po czeski alkohol, którym handlował w rodzinnej Bielsko-Białej. Sam był abstynentem. Aby przywieźć kilka butelek wódki, jechał najpierw autobusem, potem pociągiem, następnie kilka kilometrów pokonywał pieszo, co w sumie zajmowało mu cały dzień. Bywał też w Katowicach, gdzie regularnie odwiedzał ciotkę. Właśnie tam pod koniec lat 90., w dworcowym barze szybkiej obsługi poznał o trzy lata starszą od siebie Florentynę. Nie domyślał się, czym trudni się po pracy w knajpce, a ciotce chwalił się, że spotyka się z wykształconą kobietą po technikum chemicznym. Mężczyzna szybko się zauroczył.

    Florentyna porzuciła Tomka oraz swój złej renomy zawód i wyjechała z Katowic, by zamieszkać ze Stanisławem. Nowa lokatorka została szybko zameldowana w domu przy ulicy Polnej i wraz ze swoim partnerem planowała ślub. Plany jednak trzeba było odłożyć na później, bo na początku marca 2003 roku niedoszły teść Florentyny niespodziewanie zmarł.

    ...zmarłego żegna syn wraz z synową

    – kazała napisać Florentyna na klepsydrze 82-latka, a Stanisław jak zawsze posłusznie wykonał jej polecenie. Z czasem pogrążony w żałobie mężczyzna zaczął jednak wątpić w dobre intencje narzeczonej, podejrzewał nawet, że otruła jego ojca.

    Ona chce tylko moich pieniędzy

    – żalił się ciotce, gdy jego partnerka coraz bardziej naciskała, by sprzedał swoją część działki.

    Wygoń ją z domu, bo cię zamknie w komórce, zabije i zakopie

    – ostrzegała starsza kobieta.

    W końcu Stanisław zorientował się, że konkubina zdradza go ze swoim dawnym partnerem, Tomaszem, który pod jego nieobecność przyjeżdżał do ich domu. Zagroził, że jeżeli kobieta nie zakończy romansu, będzie musiała się wyprowadzić. Ta jednak nic sobie z tego nie robiła i regularnie uprawiała seks z młodszym kochankiem. Dawała mu też znaczne sumy pieniędzy należących do Wawaka. Zamiast Florentyny, latem 2003 roku z pola widzenia mieszkańców Lipnik zniknął nagle Stanisław. Na pytania sąsiadów narzeczona 44-latka odpowiadała, że wyjechał do pracy do Niemiec.

    Na początku sierpnia daleka krewna Wawaka, radna Barbara Waluś zauważyła, że mężczyzna po raz pierwszy nie zapłacił raty w KRUS, a poza tym od dawna nie widziała go w okolicy. Zaczęła rozpytywać sąsiadów, którzy zgodnie powtarzali wersję Florentyny – Stasiek wyjechał na saksy. Kobieta zdziwiła się nieco, jednak nie podejrzewała, że mogło stać się coś złego. W tym samym miesiącu Florentyna usiłowała sprzedać jedną z działek konkubenta, którego przed potencjalnym kupcem udawał nieustalony wtedy mężczyzna. Niedoszły nabywca ziemi wiedział, jak wygląda prawdziwy właściciel gruntu, dlatego nie dał się nabrać krętaczom i zgłosił próbę oszustwa na policję. Służby dopiero wtedy dowiedziały się, że Wawaka dawno nikt nie widział i jakoby wyjechał za granicę. Według Florentyny, pod dokumentem dotyczącym sprzedaży działki podpisał się on osobiście i przyjechał do kraju właśnie w tym celu. Miał być w Polsce tylko jeden dzień, bo śpieszył się na budowę w Niemczech, dał więc swojej konkubinie pełnomocnictwo do sprzedaży części jego ojcowizny. Za uzyskane pieniądze mieli wspólnie urządzić się na obczyźnie. W opowieść Florentyny nie uwierzył sąsiad Stanisława, który wcześniej pożyczył od niego drabinę.

    Gdyby Stasiek wrócił

    – mówił

    zaraz by się upomniał o nią. On bardzo pilnował swego.

    Ekspertyza grafologiczna potwierdziła podejrzenia mężczyzny i wykazała, że podpis nie należał do Wawaka. Za próbę oszustwa Florentyna trafiła na półtora roku do więzienia. Organy ścigania z góry przyjęły wersję, że Stanisław faktycznie wyjechał i nie prowadziły poszukiwań. Tygodnie mijały, a mężczyzna nie pojawił się na mszy w intencji swojego ojca, nie ustroił też grobu rodziców na 1 listopada. W małym Lipniku, w którym mieszkał od urodzenia, coraz bardziej huczało od plotek. Zaniepokojona Barbara Waluś 21 grudnia udała się z wizytą do Katowic, by odwiedzić ciotkę mężczyzny. Staruszka przyznała, że nie widziała go od lipca, mimo że wcześniej bywał u niej regularnie. Wspomniała też, że na ostatnim spotkaniu żalił się na swoją narzeczoną i miał co do niej niepokojące podejrzenia. Już następnego dnia 55-letnia radna poinformowała policję o zaginięciu kuzyna i o swoich podejrzeniach dotyczących zamordowania go przez partnerkę. Florentyna wciąż mieszkała w domu przy ulicy Polnej, do którego wróciła po wyjściu na wolność.

    Niedługo po zniknięciu Wawaka Tomasz na półtora roku trafił do więzienia za kradzież samochodu. Po odbyciu kary ułożył sobie życie już bez Florentyny. Ożenił się i wraz z małżonką wyjechał na Podkarpacie, gdzie urodziły mu się dzieci. Jego dawna kochanka także ponownie się związała – dwanaście lat młodszy od Florentyny Bronisław, podobnie jak zaginiony Stanisław, miał podmiejskie gospodarstwo po rodzicach. Podzielił je na kilkanaście działek budowlanych, na które już czekali inwestorzy z Bielska-Białej. Mężczyzna pomieszkiwał z partnerką w domu przy ulicy Polnej, co nie podobało się Barbarze Waluś, która niezależnie od działań policji szukała dowodów na winę kobiety. Mundurowi do tej pory niewiele wskórali w tej sprawie, nie do końca wierzyli też w to, że mogło dojść do morderstwa. Waluś wysyłała do nich liczne pisma, z czasem zaczęła też wystukiwać na swojej starej maszynie do pisania wnioski do wyższych instancji – komendanta głównego policji, ministrów sprawiedliwości i spraw wewnętrznych. Śledziła Florentynę, dopytywała o nią sąsiadów, fotografowała ją i odwiedzających dom ludzi. Zebrane dowody dostarczała policji. W końcu utworzono specjalną grupę śledczą, która zajęła się sprawą zaginięcia Stanisława. Do poszukiwań włączył się również Interpol, który z czasem wykluczył wyjazd 44-latka za granicę. Florentyna wciąż uparcie twierdziła, że jej były narzeczony pracuje w Niemczech, podała nawet, że pracę załatwił mu jej brat. Po rozmowie z nim okazało się, że mężczyzna nie znał nawet konkubenta siostry, a sam pracuje w tarnowskich azotach i nigdy nie wyjeżdżał za chlebem. Śledczy jednak wciąż nie mieli podstaw do zatrzymania kobiety.

    Policjanci zwrócili się o pomoc do jasnowidza i bioenergoterapeuty, po wskazaniach których przeszukali kilka miejsc, jednak bezskutecznie. Śledczy latami obserwowali podejrzanych i gromadzili dowody na winę Florentyny i jej byłego kochanka, aż w 2011 roku antyterroryści z Rzeszowa i Katowic zatrzymali Tomasza w jednej z miejscowości pod Krosnem. W sieci znalazłam kilka wersji na temat powodów aresztowania mężczyzny. Jedna z nich mówi, że antyterroryści zostali skierowani do realizacji ze względu na podejrzenia, że 30-latek przetrzymuje materiały wybuchowe z czasów II wojny światowej. Doniesienia ponoć okazały się prawdą. Przeczytałam też, że Tomasz chciał sprzedać jedną z działek należącą do zaginionego Stanisława. Ostatnia wersja mówi, że przyznał się komuś do zamordowania Wawaka, a w jednym z artykułów autorka opisała nawet, że potencjalnym kupcem ziemi miał być policjant pod przykrywką, a rzecz działa się na Dolnym Śląsku. Jedno jest pewne – po zatrzymaniu, mężczyzna opowiedział śledczym swoją wersję wydarzeń z lata 2003 roku.

    . . .

    31 lipca 2003 roku Tomasz, po wcześniejszym umówieniu się z Florentyną, przyjechał do Lipnika. Kobieta kilka dni wcześniej przedstawiła mu swój plan zamordowania Stanisława, by zająć jego dom przez zasiedzenie i sprzedać działki. Mimo że nie byli małżeństwem i Florentyna nie miała praw do jego ziemi, a w najlepszym wypadku zasiedziały dom stałby się jej własnością dopiero po upływie ponad dwudziestu lat, plan najwyraźniej wydawał jej się realny.

    Ja byłem tutaj schowany

    – pokazywał Tomasz podczas późniejszego eksperymentu procesowego w domu przy ulicy Polnej.

    A w kuchni... Nina próbowała...Powiedziała, że dosypała coś do zupy i próbowała gościa otruć.

    Trucizna nie zadziałała jednak tak, jak spodziewała się tego laborantka.

    Usłyszałem takie tępe uderzenie i ona krzyczała do mnie, żebym przyszedł.

    Tomasz wbiegł z dobudówki do korytarza. Stanisław słaniał się już na nogach, opierał o ścianę i zszokowany krzyczał do narzeczonej:

    Co ty robisz?!

    Florentyna ponownie się zamachnęła i uderzyła go w głowę metalowym narzędziem. Zamroczonego gospodarza Tomasz złapał i próbował uderzyć, 44-latek jednak wciąż się bronił. W końcu osunął się na schody. Młody mężczyzna wciąż stał za nim, ściskając umierającemu krtań.

    Czułem, że ten człowiek się już nie rusza. Nina powiedziała, żebym go puścił, że on już nie żyje

    – mówił.

    Ciało mężczyzny przenieśli do piwnicy. Florentyna wzięła dwie łopaty, jednak posadzka okazała się zbyt twarda, by wykopać grób. Przeciągnęli ciało do garażu, a dalszych wydarzeń z tego dnia Tomasz już nie pamiętał. Jego dalsza opowieść ciągnie się dopiero od następnego ranka. Wtedy Florentyna przyniosła butelkę wódki i kazała mu pić.

    Musimy pociąć ciało

    – oznajmiła przy kieliszku.

    Chłopak odmówił. Kazała więc przynieść mu cement i pomóc przenieść martwego mężczyznę z powrotem do piwnicy, gdzie wrzucili go do stojącej tam metalowej wanny. Mężczyzna przytaszczył około pięciu worków szarego proszku, resztą miała zająć się Florentyna. Następnego dnia pokazała wspólnikowi swoje dzieło – po Stanisławie nie było ani śladu. W pomieszczeniu stała tylko wanna po brzegi wypełniona miękkim jeszcze spoiwem i oparta o nią ociekająca krwią piła łańcuchowa. Kobieta opowiedziała, że musiała obciąć mu tylko nogi, które wystawały poza prowizoryczną trumnę. Rozkawałkowane zwłoki przed zabetonowaniem zalała chemicznym roztworem, w skład którego wchodziłoa m.in. szkło wodne i wapno. Według innych źródeł była to mieszanina wapna, lepiku, cementu i kwasu krzemowego.

    Co dalej?

    – zapytał Tomasz.

    Florentyna odparła, że teraz musi zostać tak jak jest, a gdy przyjdzie zima, spali wszystko w piecu. Według ustaleń śledczych, pozostałości po Stanisławie miały być w końcu umieszczone w workach i zakopane pod budującą się autostradą. Tomasz miał wywieźć je skradzionym autem. Po morderstwie Florentyna podarowała młodszemu kochankowi rzeczy po Wawaku – kosiarkę, aparat i inne sprzęty.

    Po złożeniu obszernych wyjaśnień przez Tomasza, 21 września 2011 roku Florentyna została zatrzymana. Tego dnia kobieta wraz ze swoim partnerem wróciła z wczasów w Sopocie. Gdy rankiem wysiadła z auta przy domu na ulicy Polnej, antyterroryści zakuli ją w kajdanki. Nieświadomy przeszłości ukochanej i zszokowany Bronisław został przewieziony do prokuratury, a po przesłuchaniu wypuszczony na wolność.

    . . .

    Florentyna nie przyznała się do zarzucanych jej czynów. Uważała, że Stanisław ją porzucił, wyjeżdżając za granicę, a Tomasz mści się na niej, bo dawno temu odrzuciła jego miłość. Sąd uznał jednak zeznania mężczyzny za wiarygodne ze względu na to, że opowiadając o morderstwie, sprowadził odpowiedzialność karną także na siebie. Zeznania Tomasza oraz badania kryminologiczne stanowiły podstawę do sporządzenia aktu oskarżenia przeciwko Florentynie. Po przeprowadzeniu bardzo szczegółowego postępowania i zebraniu wielu dowodów, śledczy byli pewni, że mimo nie odnalezienia zwłok, Stanisław Wawak został zamordowany.

    Po 11 latach od zaginięcia mężczyzny, w Sądzie Okręgowym w Bielsku-Białej rozpoczął się proces. Była to pierwsza w historii tej placówki rozprawa dotycząca morderstwa bez odnalezienia ciała. Śledztwo było poszlakowe, a dowody opierały się głównie o badania kryminologiczne i zeznania Tomasza. Na polecenie prokuratora część świadków zeznawała incognito. Barbara Waluś, która zdaniem sądu nie była osobą poszkodowaną, nie dostała statusu oskarżyciela posiłkowego, występowała w procesie w charakterze świadka.

    Chciałem tylko przeprosić za to, co zrobiłem. Przeprosić rodzinę Stanisława Wawaka oraz swoją żonę i dzieci, bo teraz to oni ponoszą konsekwencje mojego czynu. Przepraszam

    – powiedział przed ogłoszeniem wyroku Tomasz.

    Florentyna, która uparcie nie przyznawała się do winy, stwierdziła, że w całości podtrzymuje to, co w mowie końcowej powiedział jej obrońca.

    Jest mi tylko przykro, że naraziłam na taki stres moją córkę i mojego tatę

    – ucięła.

    Sąd skazał 58-latkę na 25 lat pozbawienia wolności z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po odbyciu 20 lat kary.

    To osoba zdemoralizowana, której resocjalizacja jest wątpliwa

    – ocenił sędzia, który nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących i uznał, że zbrodnia była szczegółowo zaplanowana.

    33-letni Tomasz K. ze względu na współpracę z organami ścigania, dzięki której można było rozwikłać tę sprawę, za pomocnictwo w morderstwie został skazany na karę 10 lat pozbawiania wolności.

    Na rok więzienia Sąd skazał także Bogusława F., który u notariusza podawał się za Wawaka, gdy miesiąc po jego śmierci Florentyna sfałszowała dokumenty, by sprzedać działkę.

    Barbara Waluś uznała wyrok za sprawiedliwy i satysfakcjonujący.

    . . .

    Przychodziłem do domu i było czysto – było wyprane, było posprzątane

    – zachwalał Florentynę Bronisław w 2018 roku w jednym z odcinków "Opowiem ci o zbrodni", w którym przedstawiono sprawę morderstwa w Lipniku.

    Pieniądze były wspólne

    – kontynuował.

    Ani złotówka mi nigdy nie zginęła, nigdy.

    Mężczyzna wciąż nie wierzył w winę swojej partnerki i w to, że mogłaby być zdolna do czynów, za które skazał ją sąd. By bronić ukochanej, sprzedał kawałek ojcowizny i wszystko wydał na adwokatów. Zapewniał, że wciąż ją kocha, a lata spędzone z nią były najpiękniejszym okresem w jego życiu. Jeszcze przed jej aresztowaniem, para zdążyła się zaręczyć, a Bronisław kupił Florentyny samochód i upoważnił ją do odebrania polisy na wypadek jego śmierci.

    Mimo zapewnień o wielkiej miłości, Bronisław jeszcze przed aresztowaniem narzeczonej korzystał z usług pań lekkich obyczajów. Tak też w 2010 roku poznał o dwadzieścia lat młodszą od siebie Annę Ś.

    Poszedłem do tej agencji, żeby odreagować

    – tłumaczył się już po zapadnięciu wyroku w sprawie Florentyny.

    Więcej jak zabawy to chciałem porozmawiać. A ona dobrze słuchała i mówi: "A, ty jesteś Bronek, ja cię pamiętam".

    Okazało się, że oboje pochodzą z Międzyrzecza Górnego, małej miejscowości pod Bielsko-Białą. Zaczęli się spotykać, a mężczyzna łożył spore sumy pieniędzy na młodą kochankę. Od lipca 2010 r. dawał jej "pożyczki", gdy tylko go o to prosiła. Po kilku miesiącach znajomości Anna oświadczyła, że ma raka i potrzebuje pieniędzy na leczenie. Zatroskany Bronisław udzielał jej następnych "pożyczek", nawet gdy ich sumy znacznie wzrosły, a przypadek 25-latki okazał się beznadziejny i musiała szukać pomocy w zagranicznych klinikach. Para kontaktowała się tylko telefonicznie, aż pewnej nocy Anna zadzwoniła po raz ostatni.

    Dziękuję

    – wymamrotała do słuchawki, zanim połączenie zostało zerwane.

    Po kwadransie do Bronisława zadzwoniła przyjaciółka Anny, by przekazać mu, że wykorzystanie eksperymentalnego leku nie pomogło i dziewczyna zmarła w klinice w Chicago. Jakiś czas po rozmowie Monika Z. zjawiła się u niego, by prosić o zapłacenie reszty rachunków, które nagromadziły się po wizycie zmarłej w Stanach oraz na sprowadzenie jej zwłok do Polski. Pogrążony w rozpaczy mężczyzna wykonał wszystkie zlecone przelewy. Monika pocieszała go w tej trudnej dla niego chwili, aż przywiązał się do niej tak bardzo, że zostali parą.

    Pewnego dnia do drzwi Bronisława zapukała kobieta, która przedstawiła się jako ciotka zmarłej Anny. Niejaka Dagmara twierdziła, że gdy jej chora siostrzenica leczyła się w jednej z klinik w Poznaniu, ona w tym czasie w prywatnych gabinetach lekarskich konsultowała diagnozy o stanie zdrowia krewnej. Anna za życia miała jej obiecać, że koszty z tym związane pokryje jej ukochany. Bronisław nie prosił o paragony, poszedł do banku i wypłacił kilkadziesiąt tysięcy złotych, które przekazał Dagmarze.

    W 2013 roku na Bronisława spadła następna straszna wiadomość – u Moniki także wykryto nowotwór. Kobieta rzekomo pojechała leczyć się do kliniki w Monachium, gdzie jej pobyt sponsorował Bronisław. Po tygodniu mężczyzna otrzymał wiadomość, że dziewczyna zmarła. Zrozpaczony, nawet nie zapytał o adres jej rodziców mieszkających w innej części Polski.

    Po pewnym czasie zaczął szukać grobu Anny, jednak bezskutecznie. Skontaktował się więc z jej wujkiem, który zdziwiony oświadczył, że dziewczyna żyje i ma się dobrze – wyprowadziła się do Katowic, wyszła za mąż i otworzyła kwiaciarnię. Monika także była cała i zdrowa, mieszkała gdzieś na północy kraju. Upokorzony Bronisław skontaktował się z oszustkami i zaproponował polubowne rozwiązanie. Anna napisała oświadczenie, że zwróci przywłaszczone pieniądze w kwocie 350 tysięcy złotych w ustalonych ratach, a Monika Z., która wyłudziła ponad 100 tysięcy, także zobowiązała się do zwrotu. Jednak cała wyłudzona kwota mogła oscylować w granicach 400-500 tysięcy złotych, co przez to, że pieniądze były też wręczane w gotówce, nie było do dokładnego ustalenia i udowodnienia. Kobiety jednak nie zwróciły niczego ze skradzionych pieniędzy, więc Bronisław wszedł na drogę sądową. Podczas przesłuchania Anna kilkukrotnie zmieniała swoją wersję wydarzeń, ale ostatecznie przyznała się do winy. Wyszło na jaw także, że to ona udawała ciotkę Dagmarę. Gdy zdumiony prokurator zapytał poszkodowanego, jak mógł nie poznać swojej byłej partnerki, ten wyjaśnił, że faktycznie przyszło mu na myśl, że jest podobna do Anny, jednak nie przyglądał się jej zbytnio, bo twarz miała zakrytą czarnymi, długimi włosami. Nie miał czasu na zastanowienie, bo kobieta bardzo śpieszyła się na pociąg.

    W 2016 roku zapadł prawomocny wyrok – Sąd nakazał kobietom zwrot pieniędzy i skazał Annę Ś. na 3,5 roku więzienia, a Monikę Z. na 2 lata. Do 2018 roku poszkodowany odzyskał tylko 5 tysięcy złotych, a Anna ze względu na zagrożoną ciążę nie trafiła za kratki. Po porodzie ponownie zaszła w ciążę, która w opinii powołanego biegłego także okazała się zagrożona.

    Sąd może odroczyć wykonanie kary skazanemu, jeżeli przemawiają za tym okoliczności, które skutkowałyby jakimiś ciężkimi konsekwencjami dla niego bądź jego najbliższej rodziny

    – tłumaczył Jarosław Sablik z Sądu Okręgowego w Bielsku-Białej.

    W tej sprawie zachodzą takie okoliczności, zweryfikowane obszerną dokumentacją medyczną, już nie pochodzącą z jakichś fikcyjnych opowiadań, tylko pochodzącą z rzeczywistych przychodni zawierającą rzeczywiste badania medyczne.

    Monika Z. od stycznia 2017 roku trafiła do więzienia, a o Annie Ś. nie znalazłam żadnych dalszych informacji. Sąd odroczył wykonanie jej kary do 31 grudnia 2017 r., jednak w stosunku do skazanej kobiety ciężarnej, sąd może odroczyć wykonanie kary do 3 lat po urodzeniu dziecka.

    Po utraceniu wszystkich oszczędności oraz pieniędzy z ojcowizny, Bronisław znalazł się w trudnej sytuacji finansowej. Podczas gdy Anna za jego majątek założyła firmę, wyprawiła huczne wesele i zwiedzała Egipt, on uległ wypadkowi, przez który nie mógł wrócić pracy. Utrzymywał się z niewielkiej renty i mieszkał w wynajmowanym pokoju w Bielsko-Białej.

    . . .

    W 2008 roku po emisji programu "Opowiem ci o zbrodni", Florentyna N. poprzez Bronisława skontaktowała się twórcami. Kobieta wciąż upiera się przy swojej niewinności i chciała w mediach przedstawić swoją wersję wydarzeń. Wojciech Chmielarz, autor odcinka poświęconego jej sprawie, wraz z ekipą z telewizji Crime + Investigation Polsat udał się do Zakładu Karnego w Krzywańcu, gdzie po wcześniejszym przygotowaniu przez najsłynniejszego polskiego profilera, Jana Gołębiowskiego, przeprowadził rozmowę ze skazaną. "Nina" nie zgadza się z wersją śledczych, uważa się za niewinną i podważa wszelkie dowody.

    . . .

    Na zdjęciu Florentyna N. w 2018 roku.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z rozdziału "Portret kobiety nad brzegiem morza" autorstwa Wojciecha Chmielarza z książki "Opowiem ci o zbrodni" oraz odcinka 2 z pierwszego sezonu programu o tym samym tytule. Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #bielskobiala #lipnik #katowice
    pokaż całość

    źródło: screeeeeeeeeeeeeen.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. Zbyt dużo mówiła.

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato. Ale wyjątkowo nie tym razem, bo dostałam bana na tydzień. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie w tym co robię, to zapraszam na mój Patronite.

    • • •

    W wielkopolskim Dąbczu trwało lato 2010 roku. Wakacje Agnieszka Jankowiak spędzała w domu, gdzie wyręczała chorą mamę w codziennych obowiązkach.

    Ukochajmy się

    – mówiła, obejmując matkę osłabioną po kolejnej chemioterapii.

    Kobieta nie musiała o nic prosić, nastolatka sama garnęła się do pomocy. Najbardziej lubiła przygotowywać posiłki i piec ciasta, zastanawiała się nawet nad nauką w technikum gastronomicznym. We wrześniu miała iść do trzeciej klasy gimnazjum, a więc przed nią był cały rok na podjęcie decyzji o profilu szkoły średniej.

    26 lipca około godziny jedenastej Agnieszka wyszła z domu w stronę dawnego PGR-u. Mamie powiedziała, że umówiła się z koleżanką i niedługo wróci, jednak prawda była nieco inna – po drodze czekał na nią Kamil. 16-latek mieszkał nieopodal, a rok młodszą dziewczynę znał ze szkoły w Jabłonnej, do której razem uczęszczali. Nikt ich wcześniej nie widywał razem, a bardzo nieśmiała i skryta dziewczyna nie zwierzała się nikomu ze swoich uczuć do starszego kolegi.

    Ty nie masz dziewczyny, ja nie mam chłopaka. Może będziemy razem?

    – napisała w SMS-ie, po którym umówili się na rozmowę w cztery oczy.

    Gdy po kilku godzinach Agnieszka nie wróciła do domu, a w jej telefonie włączała się poczta głosowa, mama z siostrą zaczęły się niepokoić. Ojciec nastolatki objechał rowerem wieś, jednak poszukiwania nie przyniosły skutku. Po godzinie dwudziestej mundurowi wraz z psami tropiącymi rozpoczęli przeczesywanie okolicy i przesłuchiwanie okolicznych mieszkańców. Po zapadnięciu zmroku zaprzestano poszukiwań, jednak pracy nie przerwali funkcjonariusze z leszczyńskiego wydziału kryminalnego, usiłujący wytypować osoby mające związek ze sprawą. Następnego ranka wznowiono akcję poszukiwawczą, którą wsparli strażacy z pobliskiej OSP. Wciąż prowadzono rozmowy z Dąbczaninami, podczas których ustalono, że ostatnią osobą, która mogła widzieć zaginioną, był Kamil P. Podejrzany został szybko zatrzymany (zdjęcie) i podczas przesłuchania przyznał, że spotkał się z dziewczyną i doszło między nimi do kłótni.

    Sugerował, że najprawdopodobniej mógł ją nawet uśmiercić

    – mówi mł. insp. Henryk Kasiński, komendant policji w Lesznie.

    Nie wiedzieliśmy, czy dziewczynka jeszcze żyje.

    16-latek wskazał policjantom miejsce, gdzie zostawił Agnieszkę. (zdjęcie) (zdjęcie) Ciało znaleziono o godzinie trzynastej w rowie melioracyjnym, około kilometra od rodzinnego domu nastolatki.

    Jechały pod domem karetki, na sygnale. Ale wracały powoli, nie spieszyły się. Już wtedy wiedzieliśmy, że stało się coś strasznego

    – wspominała zapłakana siostra zamordowanej.

    Kamil P. przyznał się do morderstwa, tłumacząc, że zrobił to bez żadnego powodu i wcześniejszego planu. Miał się zezłościć na dziewczynę, bo zbyt dużo mówiła, irytowała go.

    Kiedy po raz kolejny zapytała, czy nie możemy być razem, coś we mnie wstąpiło

    – opowiadał.

    Najpierw zamknąłem jej ręką usta, żeby przestała, następnie zacząłem uderzać ją pięściami po głowie i twarzy. Prosiła, żebym tego nie robił.

    Rzucił ją na trawę i bił, a nastolatka broniła się wytrwale. P. w końcu zdjął ze swojej ręki bandaż elastyczny, owinął wokół szyi Agnieszki i zaciskał pętlę tak długo, aż przestała się szarpać. Po wszystkim wrzucił dziewczynę do rowu z wodą i odszedł. Przez jakiś czas po morderstwie krążył jeszcze po wsi, potem wrócił do domu, gdzie według zeznań babci zachowywał się normalnie i nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Po jakimś czasie wrócił na miejsce zbrodni, by zobaczyć, czy nastolatka żyje.

    Podejrzany trafił do policyjnej izby dziecka w Poznaniu, a 28 lipca decyzją III Wydziału Rodziny i Nieletnich Sądu Rejonowego w Lesznie został umieszczony w schronisku dla nieletnich. Przyznano mu także obrońcę z urzędu.

    Sekcja zwłok wykazała, że Agnieszka zmarła na skutek uduszenia, około godziny po wyjściu z domu. Wykluczono motyw seksualny oraz działanie podejrzanego pod wpływem jakichkolwiek środków odurzających czy alkoholu. (reportaż)

    Mieszkańcy Dąbcza byli w szoku. Agnieszka była znana ze swojego spokojnego usposobienia i nieśmiałości, nikt nie spodziewał się, że mogłaby się komuś narazić. A tym bardziej Kamilowi. Sąsiedzi 16-latka zgodnie stwierdzili, że chłopak był "normalny" – grzeczny, małomówny, z rodziny jakich wiele w okolicy, dobrze się uczył, a po wakacjach miał iść do jednego z leszczyńskich techników.

    Agnieszka została pochowana 1 sierpnia na cmentarzu w Dąbczu. (zdjęcie) (zdjęcie)

    W schronisku dla nieletnich Kamil P. został poddany badaniom psychiatrycznym, a w styczniu przewieziono go do szpitala w Międzychodzie na jeszcze wnikliwszą obserwację. Po kilku tygodniach biegli wykazali, że w trakcie popełnienia przestępstwa był poczytalny oraz miał zdolność rozpoznawania swoich czynów. W oparciu o ich opinię, Sąd Rodzinny w Lesznie orzekł, że P. może odpowiadać jak osoba dorosła, a jego sprawę przejmie Prokuratura Rejonowa w Braniewie. Oskarżonemu nie groził już tylko pobyt w zakładzie poprawczym do 21 roku życia, ale także kara umieszczenia w zakładzie penitencjarnym nawet na 25 lat. Jako osoba młodociana, nie mógł zostać skazany na dożywocie.

    Prokuratura zakończyła śledztwo w listopadzie 2011 roku, a po dwóch miesiącach, 19 stycznia w Sądzie Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Kamil P. przyznał się do winy, odmówił jednak składania wyjaśnień i odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.

    Nie wiem, co we mnie wstąpiło

    – usprawiedliwiał się.

    Prokurator wnioskował o najwyższy wymiar kary dla nastolatka, co rodzicom zamordowanej nie wystarczało. Jankowiakowie wystąpili do Sądu z powództwem o zadośćuczynienie w wysokości 80 tys. zł.

    Cztery dni po osiemnastych urodzinach Kamila zapadł wyrok. 27 stycznia 2012 roku poznański Sąd skazał nastolatka na 15 lat pozbawienia wolności.

    Wina oskarżonego nie podlega wątpliwości

    – mówiła sędzia Małgorzata Susmaga.

    Orzekła także wobec oskarżonego obowiązek zapłaty rodzicom Agnieszki 5 tys. zł za postawienie pomnika na cmentarzu oraz po 40 tys. zł z tytułu zadośćuczynienia. Sąd wziął pod uwagę młody wiek sprawcy oraz to, że wcześniej nie był agresywny i nie sprawiał kłopotów. Zdaniem Sądu P. jest emocjonalnie zrównoważony i nie miał skłonności do impulsywnych zachowań, a zasądzona wobec niego kara ma go wychować, a nie przekreślać życie.

    Z takim uzasadnieniem nie zgodziła się jednak prokuratura, która zwróciła się do Sądu Apelacyjnego o podwyższenie wyroku do 25 lat. Poznański Sąd wyższej instancji jeszcze w kwietniu tego samego roku utrzymał wyrok w mocy.

    Oskarżony dotychczas nie miał kłopotów z prawem i nie jest osobą zdemoralizowaną. Sąd uznał też, że miał niedojrzałą osobowość, a podczas postępowania sądowego wyrażał skruchę

    – uzasadniała decyzję sędzia Elżbieta Fijałkowska.

    Według Sądu kara 15 lat więzienia jest adekwatna, bo Kamil swoją ofiarę pobił i udusił, a po zabójstwie wrócił na miejsce zbrodni, co świadczy o działaniu wyrachowanym.

    W 2014 roku skazany skierował prośbę do Prezydenta RP o darowanie mu kary lub jej częściowe złagodzenie. Zarówno prokuratura, jak i Sąd Apelacyjny zaopiniowali negatywnie jego wniosek.

    . . .

    Dziś, 21 sierpnia Agnieszka Jankowiak obchodziłaby swoje 24 urodziny.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #dabcze #leszno
    pokaż całość

    źródło: vuqktkpTURBXy84Y2YzM2VkNjhmYTBhMjljYmU0ZjRlM2I2OWZlY2ZmNS5qcGeSlQLNA8AAwsOVAgDNA8DCww.jpg

  •  

    Kochanieńcy Mircy i zacni Mirabelcy! Dziś mija dokładnie rok odkąd jestem tutaj z wami. ♥ Z tej okazji czuję się zobowiązana zrobić #rozdajo!

    Co można dostać? Rysunki. Dla około 10 osób (może więcej, zobaczymy jak pracochłonne okażą się wasze pomysły), format A5/A6. Preferuję akryl, kredki, ołówek i czarny cienkopis. Tematyka dowolna – wasze zwierzątko, portret, awatar z Mirko, ulubiona postać z bajki... cokolwiek. Wysyłka na mój koszt.

    Czasem wrzucam tu jakieś prace, ostatnio założyłam fanpage Kvoka, póki co mało tam czegokolwiek. Wstydzę się, po prostu. Ale można sobie pooglądać.

    Co trzeba zrobić by wygrać:

    • Zapulsować ten wpis;

    • Napisać w komentarzu co chciałbyś/chciałabyś bym ci narysowała/namalowała.

    Ko ma największe szanse by wygrać:

    • Moi obserwatorzy. Ale tylko ci, którzy obserwują mnie od co najmniej sekundy przed wrzuceniem tego posta. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Nie zależy mi na zbieraniu folołersów, tylko na obdarowaniu ludzi, którzy w jakiś sposób byli ze mną tutaj w ciągu tego roku;

    • Komentatorzy moich wpisów (w szczególności na #polskiepato i #rejestrzboczencow) i ci, z którymi kiedykolwiek pisałam na priv;

    • Fajni ludzie. Przejrzę profil każdego, poczytam komentarze, wpisy, pooglądam znaleziska.

    Najwięcej wygranych przewiduję wśród moich obserwatorów, komentatorów i czytelników.

    Kogo nie biorę pod uwagę i kto na pewno nie wygra:

    • Użytkownicy hasztagu przegryw i tym podobnych. Ale nie ci, którzy tylko żalą się tutaj na swój los, chodzi mi o te sieroty co obwiniają kobiety za całe zło tego świata i swoją nieudolność;

    • Niefajni ludzie. Wredni, wyzywający innych, kłócący się, wywyższający, krytykujący wszystko i wszystkich, głupi;

    • Atencjusze i atencjuszki.

    Wyszukiwanie zwycięzców zacznę w poniedziałek i jakoś na tygodniu podam wyniki w komentarzu pod tym postem. Im więcej chętnych, tym później rozstrzygnięcie, ju noł.

    Podkreślam, że wykonanie pracy dla każdego i jej wysłanie może zająć mi trochę czasu, a że mam też inne obowiązki, nie jestem w stanie podać dokładnej daty kiedy dla każdego z was skończę rysunek. Mogę tylko obiecać, że postaram się zrobić to jak najszybciej i jak najlepiej!

    Powodzenia i dzięki za miniony rok! ♥

    #tworczoscwlasna #rysujzwykopem #malujzwykopem
    pokaż całość

    źródło: rozdajo.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. Ciocia Olga.

    Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl. Tam znajdziecie też więcej zdjęć.

    Powiadomienia o nowych wpisach pojawiają się zawsze na fejsbukowym fanpejdżu Polskie Pato.

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie w tym co robię, to zapraszam na mój Patronite.

    • • •

    Aneta wychowywała się na przestrzeni lat 80. i 90. w małym mieszkaniu na obrzeżach mazurskiego Węgorzewa. Niewielki pokój dzieliła z młodszym o rok bratem, a salon zajmowali rodzice. Ojciec w wypadku samochodowym stracił jedno oko, na drugie widział słabo. Czas na bezrobociu zajmował sobie piciem alkoholu. Rzadko bywał trzeźwy, a w stanie wskazującym stawał się agresywny, bił dzieci i żonę. Gdy wszczynał kolejną awanturę, kobieta uciekała z maluchami na klatkę schodową, gdzie godzinami nasłuchiwali odgłosów z mieszkania. Cisza oznaczała, że ojciec w końcu zasnął i wreszcie mogą wrócić do łóżek. Zdarzało się, że mężczyzna pił długo po powrocie do domu, a przestraszona rodzina musiała nocować na strychu lub na zimnych schodach.

    Starsza córka Barczuków nigdy nie uczyła się zbyt dobrze, ale zawsze udawało jej się zdać do następnej klasy. Szybko poznała smak papierosów i alkoholu, za którym jednak nie przepadała. Za to pod koniec siódmej klasy szkoły podstawowej zaczęła wąchać klej i rozpuszczalnik. Rok później już regularnie wagarowała i uciekała z domu. Za pierwszym razem matka szybko ją znalazła, później jednak Aneta znikała coraz częściej i na dłużej – zdarzało się, że nie było jej nawet miesiąc. W 1995 roku towarzystwo "klejarzy" zapoznało ją z Grześkiem. 15-latka po uszy zakochała się w starszym o siedem lat mężczyźnie i za wszelką cenę chciała pomóc mu wyjść z nałogu – heroiny.

    Było mi go szkoda. On nie miał nikogo

    – mówiła.

    Rodzice Grzegorza nie interesowali się synem – matka była alkoholiczką, pracowała na dwie zmiany jako stróż, rzadko bywała w domu. Ojciec też nieczęsto się zjawiał. Zanim całkiem opuścił rodzinę i wyjechał do Niemiec, był pracownikiem budowlanym.

    Aneta po skończeniu podstawówki rozpoczęła naukę w szkole zawodowej o profilu kelnerskim. Po pierwszej klasie została wyrzucona za niewłaściwe zachowanie i przeniosła się na profil cukierniczy. Mimo próśb matki, nastolatka rzadko chodziła do szkoły i całymi dniami przesiadywała u swojego chłopaka. Gdy wyjątkowo zjawiała się na lekcjach, Grzegorz wyczekiwał na nią pod szkołą, paląc papierosa za papierosem. Razem szli do jego mieszkania, gdzie zwykle oglądali telewizję i palili marihuanę. To z nim nastolatka po raz pierwszy spróbowała amfetaminy, a później heroiny. Pierwszą dawkę kompotu podał jej dożylnie. Drugi raz wzięła po dwóch tygodniach, później już ćpała co najmniej raz w tygodniu. Uzależniła się po pół roku. Kleju już nie wąchała, za to dużo eksperymentowała, np. z domieszkami Relanium i amfetaminy.

    Dzięki temu miałam trzy wejścia

    – tłumaczyła.

    Najpierw błogość (Relanium), potem dreszcze (kompot), a na koniec gwałtowne bicie serca i trudności z oddychaniem (amfetamina).

    Grzesiek był o Anetę chorobliwie zazdrosny, miał pretensje nawet o krótką rozmowę z kolegą w jego towarzystwie. Z czasem zaczął próbować podporządkowywać sobie młodszą partnerkę przemocą. Wpadał w szał nawet bez powodu, po czym zawsze przepraszał i obiecywał, że to był już ostatni raz. Nigdy nie był. Po niecałym roku znajomości Aneta postanowiła odejść, co rozzłościło mężczyznę. Wydedukował, że zatrzyma ją przy sobie poprzez ciążę. Krótko potem nastolatka nie dostała miesiączki.

    Matka Anety, która od początku była przeciwna związkowi córki ze starszym mężczyzną, szybko zorientowała się o jej stanie.

    Nie będę chował twojego bękarta!

    – wykrzykiwał ojciec nastolatki.

    Po głośnej awanturze ciężarna uciekła na działki. Ukrywała się tam dwa dni, aż znalazła ją zapłakana matka, prosząc o powrót do domu. Trafiła na detoks do Olsztyna, skąd po dwóch tygodniach uciekła i mimo nalegań ojca nigdy nie wróciła. Po powrocie do Węgorzewa udawała przed rodzicami, że zerwała nałogiem, choć tak naprawdę brała rzadziej i mniejsze dawki. Po pół roku wymknęła się z domu i pojechała przeszło dwadzieścia pięć kilometrów, by odwiedzić znajomych. Na "gigancie" chwyciły ją bóle porodowe i w giżyckim szpitalu urodziła córkę – Zuzię. Dziewczynka była wcześniakiem, ważyła tylko 1,4 kg, miała bardzo dużą wadę wzroku i prawie miesiąc leżała w inkubatorze w Suwałkach. 16-letnia matka wraz z rodzicami regularnie ją odwiedzała, jednak gdy noworodek w końcu wrócił z nimi do Węgorzewa, straciła zainteresowanie. Grzegorz także nie interesował się córką, a trzy miesiące po jej przyjściu na świat, Aneta wróciła zarówno do byłego partnera, jak i do regularnego ćpania. Jej prawa rodzicielskie zostały ograniczone, a opiekę nad Zuzanną przejęła babcia dziewczynki, którą sąd ustanowił rodziną zastępczą.

    Matka Anety z wykształcenia była księgową. W swojej karierze pracowała w banku, urzędzie miasta i gminy, na koniec jako kadrowa w szkole. Mimo problemów wychowawczych miała dobry kontakt z córką, według której tylko ona trzymała rodzinę w kupie i walczyła o jak najlepszy byt dla swoich dzieci i wnuczki. W 1997 roku kobieta jak co dzień przygotowywała dla domowników posiłek i z pozoru niegroźnie oparzyła się w palec. Z czasem na jej ciele zaczęły wyskakiwać wypełnione wodą pęcherze. Dermatolog uznała objawy za zwykłe uczulenie i kazała kobiecie wrócić do domu. Gdy bąble zaczęły się coraz bardziej rozprzestrzeniać, trafiła do olsztyńskiego szpitala, gdzie zdiagnozowano u niej pęcherzycę. Po siedmiu tygodniach niespodziewanie zmarła, nie doczekawszy się odwiedzin córki.

    Aneta przerwała szkołę zaraz po pogrzebie matki. Coraz więcej ćpała i gorzej dogadywała się z ojcem. Pewnego dnia, po prostu wsiadła w autobus i odjechała. Do Węgorzewa już nigdy nie wróciła.

    Nie mogłam już z nim wytrzymać, czepiał się o wszystko

    – tłumaczyła swoją decyzję.

    Wysiadła na Dworcu Centralnym w Warszawie, gdzie szybko trafiła na grupkę narkomanów. Z czasem zamieszkała u jednego z dilerów na Ochocie, dla którego w zamian za dach nad głową sprzedawała amfetaminę. Codziennie brała narkotyki, często niemałe ilości.

    Kiedyś stałam w Warszawie pod Rotundą, jest tam apteka z szybą jak weneckie lustro, że od zewnątrz możesz się przejrzeć. Spojrzałam na siebie i wydawało mi się, że widzę na twarzy krostę. Próbowałam ją wycisnąć. W pewnym momencie wyszła z apteki kobieta i zapytała, co mi się stało. Okazało się że stałam tam ponad trzy godziny. Straciłam kompletnie poczucie czasu

    – opowiadała.

    Niedługo po przyjeździe do stolicy zaraziła się wirusem HIV. Mimo tego wciąż eksperymentowała i regularnie brała Clonazepam. Kilkukrotnie miała zapaść na ulicy. Nie bała się śmierci, twierdziła, że było jej wszystko jedno i nie interesowała się swoim dalszym losem. Była wręcz wyprana z uczuć. Nie obeszła jej nawet wiadomość o samobójczej śmierci Grzegorza. Nie pojechała na pogrzeb, rzadko też dzwoniła do domu, by zapytać o córkę.

    Któregoś razu włóczyłam się po mieście. Nie padało, więc szłam do domu na piechotę. Stałam przed przejściem, a obok mnie kobieta z siatkami plastikowymi

    – wspominała.

    Wyraźnie się spieszyła z tymi zakupami. Zanim zielone się zapaliło, już weszła na jezdnię. Nagle nadjechał samochód, uderzył ją w połowie przejścia. Z butów normalnie wyskoczyła. Pękły jej te siatki i wszystkie przedmioty się rozsypały. Nie rzuciłam się na ratunek, nawet na nią nie spojrzałam. Tylko na jej portfel. Upadł obok mnie. Nie zastanawiałam się. Wzięłam go i schowałam się do budki telefonicznej. Wyjęłam osiemdziesiąt złotych, portfel zostawiłam w budce i uciekłam. Potem dopiero był przebłysk. Może ona nie żyje. Może do dzieci szła. Ludzie to wszystko widzieli. Biegłam. To przecież mogłam być ja. To ja mogłam wejść na przejście. A może mama już nade mną nie czuwa? Ale zaraz się naćpałam i już nie pamiętałam niczego.

    Aneta całymi dniami tułała się po Warszawie, kradła w sklepach i żebrała. Ludzie chętnie jej pomagali, potrafiła wzbudzić litość i umiejętnie grała pokrzywdzoną przez los. W przeciwieństwie do wielu narkomanów z jej otoczenia, dbała o swój wygląd i nie wyglądała na uzależnioną. Miała talent do zjednywania sobie przychylności obcych ludzi. Posiadała stałych sponsorów i sponsorki, którymi byli tknięci litością nad młodą dziewczyną starsi ludzie.

    Z czasem z Ochoty wyprowadziła się na Żoliborz, gdzie mieszkał jej nowy chłopak – Dariusz Uba. Mężczyzna był od niej o pięć lat starszy i także ćpał. Rachunki za mieszkanie płaciła jego matka, która razem z konkubentem mieszkała w Legionowie. Ojciec mężczyzny popełnił samobójstwo, najprawdopodobniej z bólu spowodowanym chorobą nowotworową. Darek parał się kradzieżami, często znikał na całe dnie i noce. Zawsze wracał z pieniędzmi i narkotykami, dlatego Aneta nie musiała już organizować dla siebie towaru.

    Na początku jedna działa brownu starcza ci na cały dzień, ale potem okazuje się, że jest ci mało. To w zależności od tego, jak często bierzesz. Na początku jedna działka starczała na nas oboje, a później już nie. Było tak, że jak Darek zarobił więcej pieniędzy i było dużo narkotyków, to bez oporu się brało. Potrzebowałaś zapalić czy nie, to i tak paliłaś.

    Z czasem sama zaczęła produkować kompot, za co później miała kolegium. Była też karana za drobne kradzieże w supermarketach, rabunki kieszonkowe w autobusach i fałszerstwo.

    . . .

    Latem 2001 roku Aneta poznała 71-letnią Olgę, zwaną przez bliskich Oleną. Pogodna i towarzyska staruszka mieszkała w bloku na ulicy Andersa i często spacerowała po okolicznych skwerkach.

    W 1955 roku Olga Koszutska-Listkiewicz ukończyła studia reżyserskie na PWST w Warszawie. Pracowała jako aktorka oraz reżyser teatralny i telewizyjny. Robiła spektakle w całej Polsce, jej aranżacje pojawiły się także w Teatrze Telewizji. W latach 70. była wykładowcą w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, ponadto wraz z literaturoznawcą Witoldem Kochańskim oraz swoim mężem Zygmuntem wydała poradnik dla recytatorów. Nieżyjący od 1989 roku Zygmunt Listkiewicz także był aktorem i reżyserem. Mieli jednego syna, Michała – sędziego piłkarskiego, działacza sportowego, a w latach 1999–2008 prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej.

    Aneta organizowała spotkania z Olgą tak, by wyglądały na przypadkowe i co kilka dni wpadały na siebie na trasie spacerów staruszki. Często przychodziła do okolicznego baru mlecznego "Sady", gdzie starsza pani przesiadywała ze znajomymi oraz prowadziła żywe dysputy ze spotkanymi ludźmi o sztuce, kulturze czy literaturze. Kobietę wzruszyła przedstawiona przez 22-latkę historia życia – opowiadała o sobie jako córce alkoholika, znajdującej się w trudnej sytuacji materialnej i mającej na utrzymaniu małą siostrę. Olga szybko polubiła Anetę, która nazywała ją ciocią. Z czasem ich znajomość przerodziła się przyjaźń – a przynajmniej tak myślała emerytka. Opiekowała się i troszczyła o młodszą przyjaciółkę, dawała jej pieniądze, częstowała jedzeniem, kupowała ubrania i najpotrzebniejsze przedmioty. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Aneta zadzwoniła do Olgi i opowiedziała zmyśloną historię, że nie ma pieniędzy na prezenty świąteczne dla najbliższych. Staruszka zaprosiła ją do siebie, zrobiła herbatę, dała trzysta złotych i zaoferowała, że jeżeli będzie w pobliżu, niech zawsze ją odwiedza, by porozmawiać. Dziewczyna skwapliwie to wykorzystywała. Z czasem wymyśliła historię o siostrze w Berlinie, do której chciała pojechać, a "ciocia" Olga postanowiła jej tę podróż sfinansować. Sąsiedzi, znajomi i syn kobiety wiedzieli, że kobieta ma serce na dłoni i uwielbia pomagać, dlatego jej znajomość z młodą dziewczyną nikogo specjalnie nie dziwiła. Kobieta była bardzo wrażliwa i nigdy nie przywiązywała większej wagi do kwestii materialnych. W końcu Michał Listkiewicz z żoną poprosił mamę, by przeprowadziła się bliżej nich, na Ochotę. Przeprowadzka była już przygotowana, ale Olga nie chciała opuszczać ulubionego miejsca i ludzi, z którymi codziennie się widywała.

    Darek wiedział o znajomości swojej partnerki z hojną "ciocią" i śmiał się z jej naiwności. Gdy w 2002 roku nastąpiło załamanie pogody, a bardzo niskie temperatury uniemożliwiły Oldze spacery i zarazem zmniejszyły Anecie szanse na jej spotkanie i wyłudzenie pieniędzy, Uba postanowił, że muszą okraść kobietę. Ustalili, że Aneta poda staruszce środki nasenne, a gdy ta zaśnie, ograbią mieszkanie.

    8 lutego 2002 roku Aneta zadzwoniła do Olgi pod pretekstem problemów z ojcem alkoholikiem i poprosiła o spotkanie. Wieczorem kobieta zaprosiła ją do siebie, zaparzyła herbaty i od razu dała sto złotych. W tym czasie partner Anety czekał na półpiętrze klatki schodowej. Dziewczyna spytała czy może zadzwonić, po czym wyszeptała do słuchawki, że dostała pieniądze i mogą już odwołać akcję.

    Ile?

    – spytał Darek.

    Za mało!

    – skwitował po usłyszeniu kwoty.

    Wsyp jej te tabletki. A jak uśnie, poszukaj więcej pieniędzy

    – zarządził.

    Aneta rozkruszyła i wrzuciła do herbaty staruszki dwie tabletki Clonazepamu, jednak kobieta nie zasnęła i wciąż żywo prowadziła rozmowę. Po jakimś czasie dziewczyna znów zadzwoniła do Darka.

    Co mam robić? To wcale nie działa

    – skarżyła się.

    Chłopak kazał jej wrzucić więcej tabletek, co najmniej sześć. Aneta się nie zgodziła, bała się, że w ten sposób może zabić Olgę. Mimo to wrzuciła do jej szklanki kolejne dwie pokruszone pigułki. Kiedy i te nie poskutkowały, postanowiła odpuścić. Pożegnała się i wyszła z mieszkania. Wychodząc, zauważyła, że starsza pani stała się ospała, pomyślała, że może leki w końcu zaczęły działać. Postanowiła, że wrócą do kobiety nocą. Pojechała z Darkiem po towar, zażyli swoje działki i zasnęli. Około drugiej w nocy Anetę obudził krzyk jej chłopaka.

    Zaspaliśmy!

    – potrząsał nią.

    Udali się pod blok staruszki, Aneta zadzwoniła domofonem. Kobieta otworzyła przyjaciółce drzwi i mimo późnej godziny przywitała uśmiechem. Dopiero gdy zobaczyła za jej plecami Darka, przeraziła się.

    Kto to?

    – spytała i cofnęła się w stronę kuchni.

    Mężczyzna ruszył w jej kierunku. Chwycił drewniany młotek do mięsa, który leżał na blacie i zaczął uderzać. Ofiara osunęła się na podłogę.

    Daj kabel!

    – krzyknął do partnerki.

    Usiadł okrakiem na staruszce i owinął wokół jej szyi przewód od radia. Chwycił jeden koniec, a Aneta za drugi i z całych sił zacisnęli pętlę. Po kilku minutach Olga Koszutska-Listkiewicz przestała się ruszać.

    Ona już chyba nie żyje

    – wyszeptała Aneta.

    Dariusz sprawdził puls kobiety, podniósł głowę, pokręcił nią.

    Jeszcze żyje

    – stwierdził i sięgnął po nóż.

    Zadawał ciosy z tak dużą siłą, że aż złamało się ostrze. Uderzał w klatkę piersiową, twarz, szyję, ramiona. Odwrócił ofiarę na brzuch, by dźgać w plecy. Na koniec poderżnął jej gardło.

    Para przeszukała mieszkanie, Darek w wełnianych rękawiczkach i foliowych siatkach nałożonych na buty, Aneta bez wcześniejszego przygotowania. Ukradli biżuterię, medale okolicznościowe po ojcu kobiety i pieniądze w kwocie około dziesięciu tysięcy złotych. Po wyjściu Aneta zamknęła drzwi na klucz, który znalazła w jednej z szuflad i udali się na postój taksówek. Po drodze Darek wyrzucił do kontenera narzędzia zbrodni, które Aneta wcześniej zapakowała w reklamówkę. Po powrocie do swojego mieszkania na Sadach Żoliborskich wyrzucili ubrania, które mieli tej nocy na sobie – oprócz skórzanej kurtki Darka. Przebrali się i poszli spać. Rano Uba pojechał po narkotyki, których kupił bardzo dużo. Pieniądze wydali także na ubrania, pierścionek dla Anety, telefony komórkowe, nowy telewizor oraz Playstation. Większość jednak przećpali.

    Po kilku dniach sąsiadów zaczęła niepokoić nieobecność Olgi. Dzwonili i pukali do jej drzwi, ale oczywiście nikt nie otwierał. Wracając ze spaceru, jedna z sąsiadek zauważyła, że od kilku dni w mieszkaniu staruszki bez przerwy widać odblask telewizora, zawiadomiła więc syna Olgi. Michał Listkiewicz przebywał akurat na Cyprze, gdzie reprezentacja Polski rozgrywała towarzyski mecz z Irlandią Północną. Prezes PZPN poprosił więc swojego przyjaciela oraz syna, by sprawdzili, co dzieje się w mieszkaniu jego matki. Mężczyźni pojawili się na miejscu 14 lutego. Okazało się, że wzięli niepasujący do zamka klucz, dlatego jeden z nich wspiął się na oblodzony balkon. Tam przez przeszklone drzwi zobaczył wystające z kuchni nogi.

    Policjanci zabezpieczyli wiele śladów linii papilarnych i DNA na niedopałkach papierosów. Znaleźli też notes zamordowanej, w którym było imię "Anetka". W momencie znalezienia ciała kobieta miała otwarte oczy. Sekcja zwłok wykazała dwadzieścia osiem ran tłuczonych głowy, złamanie kości czaszki, dwie rany kłute, trzy cięte, dwie punktowe rany skóry, ranę kłutą policzka i lewego przedramienia, głęboką ranę ciętą szyi z przecięciem krtani, czternaście ran kłutych klatki piersiowej oraz innych narządów, złamane żebra. We krwi denatki nie znaleziono śladów Clonazepamu, ani innych środków odurzających, co może oznaczać, że ofiara nie wypiła herbaty. Biegli nie byli w stanie określić daty jej śmierci.

    Aneta Barczuk i Dariusz Uba zostali zatrzymani 20 lutego w swoim mieszkaniu. Podczas przeszukania znaleziono skórzaną kurtkę Dariusza oraz dwudziestoszylingowy banknot ze śladami krwi Olgi Koszutskiej-Listkiewicz. Aneta od razu przyznała się do udziału w morderstwie, Darek zasłaniał się niepamięcią spowodowaną narkotykami. Przy drugim przesłuchaniu, oskarżona usiłowała już umniejszyć swoją rolę w zabójstwie i uważała, że "nie była do końca świadoma tego, co robi, bo była na prochach". Mówiła, że bardzo żałuje tego co się stało. Uba całą winę zrzucał na swoją partnerkę. Przesłuchany został także jego brat, który od jakiegoś czasu, po wyjściu z więzienia mieszkał z parą. Mówił, że nie zauważył, by w zachowaniu jego współlokatorów cokolwiek się zmieniło i by mógł coś podejrzewać. Po morderstwie łatwo przeszli do porządku dziennego. Przypomniał sobie jedynie, że zaczęli prowadzić rozrzutny tryb życia, jeździli wszędzie taksówkami, a Aneta nosiła pierścionek zaręczynowy. Dwa dni przed wtargnięciem policji odwiedziła ich matka braci Uba, która także nie zauważyła żadnych zmian.

    Nie pamiętam swojego życia przez kolejne dwa tygodnie, aż do zatrzymania. Byłam naćpana, chciałam się zaćpać

    – mówiła Aneta.

    Ćpałam po to, żeby nie myśleć o tym, co się stało. Nie wiedziałam, co mam robić, czy wezwać policję, czy komuś o tym powiedzieć, czy się zaćpać. Wybrałam ten trzeci wariant. W końcu znalazła nas policja.

    Zeznania składali także taksówkarze, którzy feralnej nocy stali na postoju, po którym kręcili się mordercy. Jeden z nich zeznał, że Aneta miała błędny wzrok, jakby była w szoku lub czymś zrozpaczona.

    Biegli psychiatrzy nie stwierdzili u Barczuk choroby psychicznej. Rozpoznano, że ma nieprawidłową osobowość, jest silnie egocentryczna i hedonistyczna, a zarazem posiada znacznie rozwinięte umiejętności społeczne. "To osoba obdarzona niezwykłą łatwością nawiązywania kontaktów z ludźmi, wzbudzania zaufania oraz traktowania ludzi w sposób instrumentalny, dla zaspokojenia własnych celów". Umiejętnie manipulowała innymi, dlatego tak skutecznie żyła z żebractwa. Jej znajomości nigdy nie były bezinteresowne, jest osobą nastawioną tylko na zaspokajanie własnych potrzeb. Na obserwacji psychiatrycznej była bardzo lubiana, miła w obejściu, wzbudzała współczucie i opiekuńczość. Inne pacjentki oddawały jej nawet swoje ubrania. Starała się wywrzeć dobre wrażenie na lekarzach i demonstrowała przeżywane poczucie winy. Biegli stwierdzili, że okazana przez nią skrucha mogła mieć jedynie na celu pozytywne kształtowanie jej wizerunku w oczach innych. U takiej osoby wszystko może być manipulacją, jednak ciężko stwierdzić obiektywnie, co jest szczerą reakcją, a co manipulowaniem. Mimo daleko posuniętego egocentryzmu, mogła być podatna na wpływ drugiego człowieka. Z drugiej strony ma bardzo silną osobowość i nie jest osobą, która łatwo się podporządkowuje. Ma zdolności organizatorskie, jest stanowcza i zdecydowana. Biegli zauważyli także jej dużą podatność na frustrację, co oznacza, że gdy jej potrzeby nie były zaspokajane, dążyła do tego, by je jak najszybciej spełnić. Była konsekwentna w dążeniu do swoich celów, jednak nigdy niczego nie planowała. W swoim życiu nie spełniła żadnej roli psychospołecznej – nie radziła sobie z byciem córką, siostrą, matką.

    Olga Koszutska-Listkiewicz została pochowana na Cmentarzu Wawrzyszewskim. Kilka miesięcy po zatrzymaniu morderców zmarł ojciec Anety. Mężczyzna miał problemy z sercem i cukrzycę, przez co nie mógł pić alkoholu, mimo tego nie zmieniał swojego trybu życia. Syn mężczyzny zerwał kontakty z siostrą, gdy dowiedział się, czego się odpuściła. Nie spełniał też wymogów, by adoptować Zuzię, która trafiła do domu dziecka.

    . . .

    Mama była osobą niesamowicie ufną

    – mówił Michał Listkiewicz podczas procesu, który rozpoczął się w maju 2003 roku w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

    Na rozprawie wiele mówiono o niezwykłych cechach ofiary. O jej dobroci i niezwykłej wrażliwości na ludzką krzywdę.

    Ja stałem na korytarzu, Aneta weszła do mieszkania. Usłyszałem krzyk, potem wszedłem do środka. Zobaczyłem, jak Aneta uderza nożem panią Listkiewicz. Położyłem kobietę na podłodze i razem z Anetą zacisnąłem sznur na jej szyi. Potem poderżnąłem jej gardło.

    – opowiadał tego dnia swoją wersję wydarzeń Darek.

    Dlaczego pan to zrobił?

    – spytał przewodniczący składu orzekającego, sędzia Marek Celej.

    Nie wiem, chyba dla pewności.

    Kiedy Uba opowiadał, Aneta z dezaprobatą kręciła głową. Sąd nie dał jednak wiary wyjaśnieniom oskarżonego, a wydane orzeczenie oparł na wersji wydarzeń Barczuk, którą uznał za wiarygodną i znajdującą potwierdzenie w zebranym materiale dowodowym.

    Mój pobyt w areszcie codziennie uświadamia mi rozmiar tragedii, w której uczestniczyłam. Chcę wyrazić głęboki żal przed wszystkimi bliskimi pani Listkiewicz i prosić o wybaczenie

    – błagała w sądzie kobieta, tłumacząc przy tym, że wszystko co się stało, było spowodowane jej silnym uzależnieniem od narkotyków. Jednak wina oskarżonych nie budziła żadnych wątpliwości, dlatego 23 maja 2003 roku zapadł wyrok. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    To była okropna, ohydna i zupełnie niepotrzebna zbrodnia

    – mówił sędzia Celej.

    Należy brać pod uwagę to, że zaplanowali wszystko. Chcieli okraść starszą panią i zabili świadka

    – dodał.

    Mimo iż byli pod wpływem narkotyków, nie mieli zniesionej poczytalności, ani ograniczonej zdolności rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem. Ich role w zbrodni były podzielone, a przedmioty użyte świadczyły o tym, że chcieli zabić staruszkę. Mimo tego, obrońca Anety, mec. Andrzej Morawski stwierdził:

    Śmierć człowieka w takich okolicznościach jest zawsze dramatyczna i nie można tego zaakceptować. Ale prawdą jest, że na ławie oskarżonych powinny zasiąść środki odurzające i narkotyki.

    Sąd skazał Anetę Barczuk oraz Dariusza Ubę na karę po 25 lat pozbawienia wolności, podkreślając przy tym, że mężczyzna będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie po 20 latach, a kobieta po 15. Sąd na korzyść Anety wziął pod uwagę jej przyznanie się do winy, wyrażoną skruchę, złożenie przez nią wyczerpujących wyjaśnień i sytuację osobistą i zdrowotną – to, że jest nosicielką wirusa HIV. Fakt, że nie otrzymali kary dożywocia, spowodowane było "chęcią dania im szansy". Sędzia dodał jeszcze:

    Społeczeństwo nie może odtrącać ludzi. Być może kiedyś będą mogli normalnie żyć. Wszystko zależy od resocjalizacji.

    Na sali sądowej Michał Listkiewicz powiedział:

    Nie szukam zemsty. To kara bardzo surowa. Daje jednak tym młodym ludziom szansę na powrót do społeczeństwa.

    Odszukał także córkę Anety, której pomagał finansowo, dopóki nie została adoptowana przez rodzinę nauczycieli na Mazurach, którzy zaczęli się nią odpowiednio zajmować. Swój gest tłumaczył chęcią sprawienia, by Zuzanna nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji jak jej matka.

    Na sali sądowej, matka Dariusza krzyczała:

    To ona ją zabiła! Ona wzięła wszystkich na litość!

    Prokurator Rafał Zawalski nie zgodził się z wyrokiem i zażądał dla oskarżonych kary dożywotniego pozbawienia wolności.

    Oskarżeni przyznają się do czynu. Przygotowywali się do niego i działali bestialsko. Nie ma tu okoliczności łagodzących

    – stwierdził Zawalski, który nie dał wiary w skruchę oskarżonej.

    Obrońcy chcieli dla Barczuk i Uby po 15 lat więzienia. Przerzucali się argumentami, kto bardziej przyczynił się do zbrodni.

    Sąd Apelacyjny utrzymał jednak wyrok sądu niższej instancji, dodając, że Aneta będzie mogła ubiegać się o przedterminowe zwolnienie po upływie 20 lat. W orzeczeniu czytamy:

    Oskarżeni działali w sposób wyjątkowo okrutny i bestialski. W ich działaniach wystąpiło wielokrotne przekroczenie stopnia przemocy koniecznej do pozbawienia życia pokrzywdzonej. (...) Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że pokrzywdzona okazywała oskarżonej troskę i współczucie. Do końca nie wiedziała, że była oszukiwana. Powyższe wskazuje na fakt degradacji uczuć i zwykłych ludzkich odruchów w oskarżonej i współdziałającym, Dariuszu Ubie.

    . . .

    W 2005 roku Barczuk wysłała do Michała Listkiewicza listy pełen skruchy i z przeprosinami, ale i z prośbą o wsparcie rzeczowe i finansowe. Gdy w kwietniu zmarł papież Jan Paweł II, syn zamordowanej odpisał:

    Aneto! Dziękuję za list z 28 marca. Jak wiesz, ja już Ci wybaczyłem. Moja Mama, spoglądająca na nas z nieba – też. W tych szczególnych dniach, wielkiej żałoby po śmierci Ojca Świętego, wszystkie sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Jesteśmy życzliwi, bardziej dla siebie serdeczni, uspokojeni. (...) Jeżeli mogę Ci pomóc, przysyłając ubranie, lekarstwa lub jedzenie, proszę o wiadomość. Pozdrawiam. Nie załamuj się, walcz ze złem i wierz. Michał Listkiewicz

    Mimo sprzeciwu żony, większości rodziny i przyjaciół, mężczyzna postanowił wybaczyć morderczyni swojej matki oraz udzielić jej wsparcia. Wysyłał jej do więzienia środki czystości, podręczniki do nauki, kosmetyki, pieniądze na leczenie zębów.

    Wybaczyłem, bo mama by tak postąpiła

    – uzasadniał Listkiewicz.

    Wybaczyłem, bo nienawiść zatruwa nam życie, dewastuje nas. A ja wierzę, że każdy człowiek ma w sobie pokłady dobra. Nie ma ludzi z gruntu złych.

    O Dariuszu Ubie powiedział:

    To on był inspiratorem morderstwa. W pierwszym odruchu też mu wybaczyłem, ale z dużo mniejszym przekonaniem niż Anecie, której życzę, by stała się dobrym człowiekiem. On mnie nie interesuje.

    Po kilku latach Listkiewicz zerwał kontakty z Anetą, zdał sobie sprawę, że nie może wiecznie się z nią identyfikować, w pewnym sensie uzależnić od niej jak ofiara od oprawcy. Na problem zwrócili mu uwagę adwokaci, którzy pomagali mu w kontaktach z osadzoną. Proponowali nawet, by poddał się specjalnej terapii psychologicznej.

    Zrozumiałem problem i dałem sobie spokój

    – mówił.

    . . .

    Aneta Barczuk (zdjęcie) ze względu na stan zdrowia korzystała z przerw w odbywaniu kary. Nie miała wsparcia w rodzinie, która definitywnie się od niej odwróciła, dlatego wróciła do Warszawy i zamieszkała u swojego chłopaka, którego poznała listownie w więzieniu. Próbowała swoich sił jako fotomodelka, jednak nie udało jej się zdobyć żadnych zleceń. Po zakończeniu przepustki zdrowotnej wróciła do zakładu karnego, jednak z następnej w 2010 roku już nie. W listopadzie został wysłany za nią list gończy. Policja zatrzymała ją w maju 2012 roku w lesie koło Nowego Dworu Mazowieckiego. Była zaskoczona i nie stawiała oporu. Podczas nielegalnego pobytu na wolności miała dopuścić się oszustwa.

    Aneta co jakiś czas wysyła wnioski o ułaskawienie, argumentując je przede wszystkim tym, że jest nosicielką wirusa HIV:

    Nie wiem, kiedy śmierć zajrzy mi w oczy, bo choć chodzę jeszcze o własnych siłach, to boję się jutra, bo zwykła złapana infekcja może mnie zabić.

    Pisze także o tym, że w czasie popełnienia zbrodni była młoda i o tym, że syn ofiary jej wybaczył. Uważa, że jej proces resocjalizacji przebiega poprawnie, więzienie ją zmieniło i chciałaby móc już normalnie żyć, założyć rodzinę. W swoich wnioskach przedstawia Dariusza jako jedynego winowajcę i nie do końca akceptuje siebie jako zabójczynię. Do swoich pism dołączała listy, które otrzymała od Michała Listkiewicza, jednak Sąd uznał, że przedstawiona korespondencja jest przez nią nadinterpretowana i nie świadczy o tym, że syn ofiary chciał jej ułaskawienia. Sam Listkiewicz odniósł się do tego słowami:

    Uważam to za pewnego rodzaju wykorzystanie, nadużycie. Z mojej strony był to jednorazowy akt przebaczenia.

    Aneta ma obecnie 39 lat. W związku z przerwami w odbywaniu kary oraz ucieczką, jej zakończenie wyroku przypada na 17 czerwca 2029 roku.

    . . .

    Z ostatnich informacji o Zuzannie, córce Anety, do których dotarłam, wynika, że dziewczyna nie wie, kim jest jej biologiczna matka i nie pamięta swojego wczesnego dzieciństwa. Nie nosi nazwiska ani Anety, ani Grzegorza. Aktualnie ma około 23 lat.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z rozdziału "Samotność" z książki Katarzyny Bondy "Polskie morderczynie". Informacje z prasy, które zawarłam w tej historii, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd. Sąd zgodził się na publikację danych osobowych skazanych.

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #wegorzewo #warszawa #narkotykizawszespoko #pzpn
    pokaż całość

    źródło: abarczuk.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. Domowy dramat.

    Możecie ją przeczytać tutaj lub na moim blogu, klik. Tam znajdziecie też zdjęcie mordercy.

    Lajkujcie fejsbukowy fanpejdż Polskie Pato, gdzie wrzucam zawsze info o nowym wpisie. I różne inne rzeczy.

    • • •

    Jolanta Ś. ostatni raz widziana była rzekomo 31 maja 2016 r. Trop urywał się pod jednym z bloków przy ul. Szkotniej w Dębicy, gdzie mieszkała z koleżanką. Współlokatorka była przekonana, że 25-latka wyjechała do rodzinnej Lubziny, z kolei jej bliscy myśleli, że przebywa na stancji. Z podkarpackiej wsi wyprowadziła się dwa lata wcześniej i nie utrzymywała regularnych kontaktów z rodzicami. Jednak gdy pod koniec lipca minął jej termin porodu, a telefon milczał, rodzina zaczęła szukać jej po okolicznych szpitalach. Nie znali ojca dziecka, jego personalia dziewczyna skrzętnie ukrywała. Gdy okazało się, że żaden z oddziałów położniczych nie ma informacji o porodzie Jolanty, 3 sierpnia matka zgłosiła jej zaginięcie na komisariacie. Dębicka policja za pośrednictwem Narodowego Funduszu Zdrowia bez skutku próbowała ustalić, czy gdzieś w Polsce nie urodziło się dziecko poszukiwanej.

    Pod koniec sierpnia matka zaczęła dostawać z numeru zaginionej tajemnicze SMS-y. Jolanta (lub ktoś podający się za nią) przekonywała, że wyjechała i sprzedała swoje dziecko, czuje się dobrze i nie chce, by jej szukano.

    Wiesz dobrze, że nie zaginęłam. Sprzedałam swoją córkę, a twoją wnuczkę. Jestem surogatką.

    Nadawca wiadomości zaznaczył, że będzie robił tak z każdym kolejnym dzieckiem, by zapewnić sobie dostatnie życie. Miał też pretensje, że sprawa zaginięcia została zgłoszona na policję, bo przez to dziewczyna może trafić do więzienia.

    Dysponent telefonu nie odbierał połączeń. Matka zaginionej była przekonana, że to nie jej córka jest autorką wiadomości. Mundurowi wraz z psychologiem po przeanalizowaniu treści i języka z poprzednich SMS-ów byli niemal pewni, że ktoś podszywa się pod Jolantę.

    Sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie, która rozszerzyła poszukiwania poza granice Polski, biorąc pod uwagę możliwość handlu ludźmi. Dla wyjaśnienia sprawy powołano specjalną grupę śledczą, złożoną z policjantów kilku wydziałów KWP w Rzeszowie i kryminalnych z Dębicy. Zaczęli przyglądać się wszystkim znajomym zaginionej i wytypowali osoby, które ich zdaniem mogły mieć związek z zaginięciem.

    Jedną z nich był Grzegorz G., mąż starszej siostry Jolanty, Marii. Powodem był jego rzekomy romans ze szwagierką. Mężczyzna został zatrzymany 25 listopada, jednak brak było materiału dowodowego, który pozwoliłby przedstawić mu jakiekolwiek zarzuty. Po przesłuchaniu w charakterze świadka został zwolniony do domu. Policja jednak ukierunkowała swoje dalsze działania na zbieranie dowodów przeciwko niemu.

    21 listopada żona Grzegorza G. zgłosiła jego zaginięcie. Na portalach społecznościowych zaczęły pojawiać się apele o pomoc w poszukiwaniach. Policjanci ustalili, że mężczyzna może mieć związek nie tylko z zaginięciem Jolanty, ale także z kradzieżą sprzed kilku dni – z firmy, w której pracował, zniknął sprzęt elektroniczny o dużej wartości.

    G. wpadł w zasadzkę policji 30 listopada, gdy w nocy wracał do domu w Lubzinie. Śledczy nie ujawnili, w jakim celu się tam zjawił. Zabezpieczono przy nim dużą kwotę pieniędzy, a później odzyskano sporą część skradzionego sprzętu. Podczas jednego z przesłuchań przyznał, że to on zamordował Jolantę i wskazał miejsce ukrycia zwłok. Mówił o nieszczęśliwym wypadku podczas kłótni i o tym, że kobieta sama spadła z nasypu. Ciało ukrył jakoby ze strachu przed odpowiedzialnością za nieudzielenie pomocy.

    Zwłoki Jolanty Ś. zostały odnalezione 2 grudnia w lesie w Ropczycach, około 8 km od rodzinnej miejscowości ofiary. Były zakopane na głębokości pół metra, a ziemia wokół została polana środkami chemicznymi. Wykonana na drugi dzień sekcja zwłok wykazała, że kobiecie zadano kilka ciosów w głowę i ran kłutych szyi. Wykluczono możliwość wypadku.

    3 grudnia Sąd Okręgowy w Rzeszowie wydał postanowienie o tymczasowym aresztowaniu Grzegorza G. za kradzież. Pięć dni później w Prokuraturze Okręgowej w Rzeszowie postawiono mu także zarzut zabójstwa.

    Wyniki badań DNA wykazały, że Grzegorz G. był ojcem nienarodzonego dziecka Jolanty. To właśnie nieplanowana ciąża była motywem zbrodni.

    . . .

    7 grudnia 2016 r. w Lubzinie odbył się pogrzeb Jolanty. W kondukcie żałobnym uczestniczyła niemal cała wieś. (zdjęcie)

    Maria tuż po pochowaniu siostry wniosła pozew o rozwód.

    . . .

    Grzegorz G. pochodził z wielodzietnej rodziny z Bobrowej Woli koło Dębicy.

    Był najmłodszy w domu, przekochany Grzesiu. Wszyscy do niego mówili: Grzesiu, Grzesiu. Grzeczny

    – opowiadał sąsiad rodziny G.

    Rodzina mężczyzny była bardzo pobożna, a jedna z sióstr została nawet zakonnicą. Z przyszłą żoną, Marią, chodził na pielgrzymki do Częstochowy. Po ślubie zamieszkali w jej rodzinnej Lubzinie.

    Kieliszka wódki nie wypił. Nikomu nie ubliżył, nie przeklął. Dobry dla dzieci, do przedszkola woził

    – mówiła o nim mieszkanka miejscowości.

    Gdy na świecie pojawiła się ich pierwsza córka, mieszkająca po sąsiedzku siostra Marii zaczęła często u nich bywać. Marysia szła do pracy, a Jola zajmowała się dzieckiem. Gdy mieszkający obok teściowie Grzegorza zauważyli, że młodszą córkę z zięciem coś łączy, natychmiast interweniowali. Po awanturach romans miał się skończyć.

    Teściowie Grzegorza są bardzo pobożni. Oboje należą do kółka różańcowego. Chcieli ratować małżeństwo córki. Zależało im, by wnuczka miała normalną rodzinę

    – opowiadali znajomi.

    Kiedy Maria zaczęła się spodziewać drugiego dziecka, Jolanta wyprowadziła się do Dębicy. Małżeństwo wkrótce przeprowadziło się do nowego domu po drugiej stronie podwórka. Po około roku Grzegorz zaczął odwiedzać Jolę, która wkrótce zaszła w ciążę. 25-latka ostatni raz odwiedziła rodziców w maju 2016 r. Grzegorz wynajął mieszkanie w Dębicy, gdzie miała wprowadzić się jeszcze przed porodem. Obiecał, że z nią zamieszka. 20 maja 2016 r. część jej rzeczy była już przewieziona, gdy wieczorem po nią przyjechał, by wspólnie oglądać gwiazdy. Pojechali na nasyp w Borowej niedaleko zjazdu z autostrady A4, 15 km od Straszęcina. Tam G. poświęcił się swojej fascynacji, fotografował rozgwieżdżone niebo i pędzące auta. W końcu pomiędzy kochankami wywiązała się kłótnia. Grzegorz nie chciał składać obietnicy, że będzie z Jolą i w końcu przestaną się ukrywać. Nagle mężczyzna zepchnął dziewczynę z 15-metrowej skarpy. Zbiegł na dół, chwycił za połówkę cegły i kilkakrotnie uderzył w głowę nieprzytomną już kobietę. Jeszcze żywą włożył do bagażnika i pojechał do firmy elektronicznej w Dębicy, gdzie pracował. Wziął nóż i wbił go ciężarnej kobiecie w szyję. Jak później pokazały badania, cios nie był śmiertelny, bo o milimetry ominął tętnicę główną. Jednak krew, która dostała się do dróg oddechowych, spowodowała uduszenie. Przez kilka kolejnych dni mężczyzna jeździł do pracy z ciałem w bagażniku. Wysokie temperatury spowodowały, że zwłoki rozkładały się szybko, więc Grzegorz G. podjął decyzję o ich zakopaniu w okolicach Ropczyc i Ostrowa. Ziemię w miejscu ukrycia zwłok polał wybielaczem, by zwierzęta nie wyczuły ciała i nie rozkopały tego miejsca.

    Kiedy trwały poszukiwania zaginionej szwagierki, G. wiódł normalne życie. Pracował jako technik elektronik, nadal mieszkał z żoną i dziećmi. To on z telefonu zamordowanej wysyłał SMS-y do teściowej, która mieszkała za płotem. Zniszczył dowód osobisty i prawo jazdy zamordowanej kochanki, sprzedał jej sprzęt RTV, laptopa i samochód. Z jej karty kredytowej wypłacił pieniądze, lecz z bankomatów, z których Jola nigdy wcześniej nie korzystała. Zawsze były to bankomaty bez monitoringu. Próbował oszukać też jej rzekomych dłużników – podając się za dziewczynę, wysyłał do jej znajomych SMS-y i MMS-y, w których żądał spłaty długu. Od jednej osoby próbował wyciągnąć w ten sposób tysiąc złotych, od drugiej pięć tysięcy. Do oszustwa ostatecznie nie doszło, bo potencjalne ofiary nie były pewne, czy faktycznie kontaktuje się z nimi Jolanta. We wrześniu, za skradzione pieniądze zabrał żonę i dzieci na wycieczkę do Hiszpanii. Po powrocie z wakacji został po raz pierwszy zatrzymany na przesłuchanie. Gdy został wypuszczony, rodzice zaginionej także zaczęli podejrzewać, że ma coś wspólnego ze zniknięciem ich córki. Coraz bardziej naciskali na zięcia, dochodziło do coraz częstszych kłótni. Presja była tak duża, że G. wybudował wokół domu betonowy mur. Odgrodził się od sąsiedztwa. (zdjęcie)

    Teraz już wiadomo, nie miał odwagi spojrzeć zrozpaczonej teściowej w oczy

    – mówili mieszkańcy Lubziny.

    Grzegorz G. wiedział już, że policja depcze mu po piętach. Zaczął planować ucieczkę za granicę. Aby zabezpieczyć się finansowo, ukradł elementy automatyki przemysłowej z firmy, w której pracował i sprzedał je paserom za pół miliona złotych. Później się ukrył. Był bardzo ostrożny w swoich działaniach – nie korzystał na przykład z telefonów komórkowych. Wtedy też Maria zgłosiła jego zaginięcie. Dziewięć dni później mężczyzna został zatrzymany w policyjnej obławie.

    Zwiódł nas tym, jak się zachowywał. Okazał się zupełnie kimś innym, niż sądziliśmy

    – mówiła jedna z osób, która znała go przez wiele lat.

    . . .

    Grzegorz G. przyznał się do morderstwa, jednak z czasem odwołał swoje zeznania, upierając się przy wersji z nieszczęśliwym wypadkiem. Śledczy podejrzewali jednak, że zaplanował zabójstwo, a przewożenie rzeczy Jolanty do innego mieszkania miały zapewnić mu alibi i ewentualnie potwierdzić, że po urodzeniu dziecka chciał z nią zamieszkać. Ich zdaniem już od dawna myślał o pozbyciu się ciężarnej kochanki.

    Jak stwierdzili w swojej opinii biegli, mężczyzna w chwili popełnienia zbrodni był poczytalny.

    Złożona postać. Bardzo spokojny, grzeczny, kulturalny, opanowany, nigdy nie podnosi głosu, troszczy się o innych. Na pewno nie jest zdemoralizowany. I może to źle zabrzmi, ale jest ciepły w kontaktach z ludźmi. Do tego jest otwarty i sprawia wrażenie erudyty. Ma też wysoką inteligencję emocjonalną i prawdopodobnie potrafi manipulować ludźmi

    – mówił o nim rzeszowski prokurator Łukasz Harpula.

    Oprócz zarzutu kradzieży sprzętu o znacznej wartości oraz morderstwa, oskarżono go także o kradzież mienia zmarłej partnerki, sfałszowanie umowy sprzedaży samochodu oraz usiłowanie wyłudzenia pieniędzy od jej znajomych. Mimo, iż ofiara była w zaawansowanej ciąży, prokurator nie zdecydował się oskarżyć mężczyzny o podwójne morderstwo, ze względu na ujawniony w trakcie śledztwa stan rozwoju płodu, który nie był jeszcze gotowy do życia poza łonem matki.

    26-letnia Maria M. i 29-letni Dariusz K. z Krakowa, którzy kupili od G. skradziony sprzęt, usłyszeli zarzut paserstwa. W 2019 r. zostali skazani przez Sąd Okręgowy w Rzeszowie na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Oboje mają również zapłacić po 30 tys. zł grzywny.

    Grzegorz G. przedłożył im sfabrykowany dokument, który miał potwierdzić legalne źródło pochodzenia mienia. Podejrzani mieli świadomość, że dokument nie jest oryginalny, a cena, za jaką kupują mienie, znacznie odbiega od jej wartości rynkowej

    – tłumaczył Harpula.

    . . .

    17 marca 2017 r. Grzegorz G. był konwojowany z aresztu śledczego na rozprawę cywilną związaną z jego prywatnymi sprawami rodzinno-majątkowymi. Po wyjściu z budynku Sądu w Ropczycach, skuty w kajdanki rzucił się do ucieczki. Po krótkim pościgu i oddaniu strzałów ostrzegawczych mężczyzna został zatrzymany. Po tym incydencie został postawiony mu następny zarzut – samouwolnienia.

    Ta ucieczka zupełnie nie pasuje do obrazu człowieka

    – mówi prokurator, który wcześniej opisywał G. jako spokojnego i opanowanego.

    . . .

    Proces ruszył 25 stycznia 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Na wniosek adwokata oskarżonego i pełnomocnika oskarżycieli posiłkowych (rodziców ofiary) część dotycząca zabójstwa została utajniona.

    Podczas procesu będą ujawniane sprawy prywatne żony oskarżonego i najbliższej rodziny, a upublicznianie tego mogłoby naruszyć interes prywatny tych osób.

    – uzasadnił decyzję Tomasz Wojciechowski, przewodniczący składu sędziowskiego.

    Wyrok zapadł 8 marca 2019 r. Sąd zmienił kwalifikację czynu z zabójstwa na zabójstwo z motywacją zasługującą na szczególne potępienie.

    Działając umyślnie, w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia, zadał pokrzywdzonej kilkakrotnie uderzenia w głowę narzędziem tępym, czym spowodował u niej liczne rany w okolicy czołowo-ciemieniowej i potylicznej, skutkujące narastającą niewydolnością krążeniowo-oddechową, spowodowaną krwotokiem zewnętrznym z licznych ran i zachłyśnięciem się krwią do dróg oddechowych i płuc, skutkujące zgonem pokrzywdzonej, przy czym czynu tego dopuścił się w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie

    – mówił sędzia.

    Grzegorz G. został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Ma także wypłacić po 250 tys. zł zadośćuczynienia dla każdego z rodziców zmarłej Jolanty Ś. oraz naprawić szkodę pracodawcy, którego okradł.

    Rodzice zamordowanej kobiety byli obecni na sali przy ogłaszaniu wyroku. Nie było za to samego oskarżonego.

    Ku naszemu zaskoczeniu z dnia na dzień okazywało się, że Grzegorz G. to co najmniej dwulicowy człowiek. Z pozoru grzeczny i uprzejmy. Z czasem okazało się, jak bardzo dużo zła wyrządził wokół siebie

    – mówił prokurator po zakończeniu rozprawy.

    Uznaliśmy, że taka osoba nie powinna żyć w społeczeństwie, a przede wszystkim społeczeństwo powinny być chronione przed taką osobą. Sąd podzielił nasze stanowisko.

    Wyrok nie był prawomocny.

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was to zapraszam na mój Patronite. Prowadzę tam także bloga z dodatkowymi informacjami o zbrodniach, których temat aktualnie poruszam.

    • • •

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #debica #lubzina #rzeszow
    pokaż całość

    źródło: do wrzucenia gedghrfshrtfhtfgbh.png

  •  

    Jak coś to w tamtym tygodniu skończyłam jeden dłuuuuuuuuugi tekst na #rejestrzboczencow, a dziś skończyłam krótszy (turbo ciekawy) na #polskiepato. Jak wrócą ze sprawdzania to wrzucę, nie martwta się! ( ͡° ͜ʖ ͡°) #oswiadczenie

  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato.

    Możecie ją przeczytać tutaj lub na moim blogu, klik. Macie tam więcej zdjęć (w tym ofiary) i skan opisu obrażeń.

    • • •

    PRZYJAŹŃ NA ŚMIERĆ I ŻYCIE

    Justyna była najstarszym dzieckiem państwa Kaszów i nieocenioną pomocą w codziennych obowiązkach. Dziewczyna systematycznie wykonywała wszystkie prace domowe i pomagała w lekcjach piątce młodszych braci. Sama uczyła się bardzo dobrze i mimo złych warunków mieszkaniowych zawsze była przygotowana do zajęć. Matka Justyny była sprzątaczką i ledwo wiązała koniec z końcem. Z mężem alkoholikiem, wielokrotnie skazywanym za znęcanie się nad rodziną, pozostawała w separacji. Żyli bardzo skromnie, a od początku lat 90. mieli przyznanego kuratora, który regularnie ich odwiedzał.

    W 2002 r. po ukończeniu liceum ogólnokształcącego w rodzinnym Pińczowie (woj. świętokrzyskie) Justyna chciała dostać się na wymarzone studia w Kielcach. W czerwcu wyjechała złożyć papiery na uczelnię. Pech chciał, że w drodze potrącił ją samochód ciężarowy, a nastolatka ledwo uszła z życiem. Po długim pobycie w szpitalu i dwóch trepanacjach czaszki ponownie starała się o przyjęcie na ówczesną Akademię Świętokrzyską.

    Przez cały czas mojej choroby pocieszałam się, że moje cierpienie związane z wypadkiem i dotychczasowe życie w strachu wynagrodzone zostanie tym, że dostanę się na studia, a w przyszłości, po ich ukończeniu, pomogę także rodzeństwu

    – pisała do rektora, a jej prośba została pozytywnie rozpatrzona. Justyna otrzymała także odszkodowanie, a pieniądze wpłaciła na konto, planując w przyszłości wydać je na kurs prawa jazdy.

    Była nieśmiała, a przez biedne pochodzenie czuła się gorsza od rówieśników, którzy nie do końca ją akceptowali. Wstydziła się zapraszać znajomych do domu, a raczej jednej izby z kuchnią, w którym żyła jej siedmioosobowa rodzina. Oprócz swojego chłopaka nie miała zbyt wielu bliskich osób. Ten jednak uczył się w oddalonej o 40 km szkole z internatem, dlatego gdy zaprzyjaźniła się z Patrycją Solich, całą sobą zaangażowała się w tę znajomość. Imponowało jej, że dziewczyna z wręcz innego świata, z pieniędzmi, ładnym domem i modnymi ubraniami, chce spędzać czas z nią – biedną, lekko pulchną i zlęknioną.

    Matka oraz ojczym Patrycji prowadzili dobrze prosperującą firmę transportową. Ze swoim biologicznym ojcem nie utrzymywała kontaktów, za to była mocno związana z dziadkami. W oczach rodziców chciała uchodzić za wyjątkową i idealną córkę z dobrymi wynikami w nauce. Niewiele potwierdzonych informacji można znaleźć na jej temat, na forach internetowych roi się od plotek, których nie chcę tutaj powtarzać. Patrycja z Justyną znały się już w szkole średniej, jednak zaczęły przyjaźnić się dopiero podczas wspólnych studiów fizjoterapii w filii Akademii Świętokrzyskiej w Busku-Zdroju.

    Chciałam pracować z niepełnosprawnymi dziećmi, jestem wrażliwa na krzywdę ludzką

    – mówiła Patrycja.

    Dziewczyny przebywały ze sobą bardzo dużo czasu – razem jeździły na uczelnie, imprezowały i uczyły się. Na początku lutego 2003 r. spędzały wieczór u Patrycji. Gdy Justyna wyszła do toalety, przyjaciółka ukradkiem otworzyła jej torbę i wyjęła portfel. 20-latka zauważyła jego brak dopiero następnego dnia. Zadzwoniła do Patrycji, ta jednak zapewniała, że go u niej nie zostawiła. Solich znała PIN do karty, a skradzione pieniądze wydawała na markowe ubrania, kosmetyki, imprezy, stawiała znajomym (w tym także Justynie) piwo w pubach i obdarowywała prezentami. Nagły przypływ gotówki tłumaczyła rzekomymi osiągnięciami na studiach. Rodzice uwierzyli w jej sukcesy w nauce, jednak po jakimś czasie okradziona zaczęła podejrzewać Patrycję. Gdy do 21 marca z jej konta zniknęło już 5,7 tys. zł zgłosiła sprawę na policję. Atmosfera pomiędzy przyjaciółkami zaczęła się zagęszczać. Patrycja przeczuwała, że Justyna ją posądza, jednak żadna z nich nie mówiła o tym głośno.

    16 kwietnia w Wielki Piątek Patrycja zadzwoniła do przyjaciółki z informacją, że muszą dziś jechać na uczelnię. Skłamała, że zajęcia, które zostały wcześniej odwołane, mają się jednak odbyć. Justyna wyszła z domu około godziny 14:00 i razem z Patrycją pojechała do Buska-Zdroju. Oczywiście, na miejscu okazało się, że zajęć nie ma, więc dziewczyny udały się do pobliskiego baru na piwo. Po wizycie w dwóch pubach i kilku sklepach postanowiły wrócić do domu. Najbliższy bus z stronę Pińczowa odjeżdżał dopiero za 40 minut, dlatego Patrycja zaproponowała, by przeszły kilka przystanków na piechotę. Droga prowadziła skrajem lasu koło Welecza. W okolicach Lasku Winiarskiego Justyna powiedziała o swoich podejrzeniach względem przyjaciółki. Zagroziła jej też, że jeżeli nie odda karty, o wszystkim powie jej rodzicom. Patrycja była dobrze przygotowana na tę rozmowę. Najprawdopodobniej najpierw użyła gazu pieprzowego, później zadała Justynie co najmniej 120 ciosów nożem z około dziesięciocentymetrowym ostrzem, w tym 79 ran kłuto-ciętych głowy, szyi i tułowia. Ciosy były bardzo silne i agresywne, a według opinii biegłego niektóre wbicia były po samą rękojeść. 20-latka zmarła na miejscu.

    Patrycja dłuższą chwilę siedziała przy zwłokach ofiary i paliła papierosy. W końcu zadzwoniła do swojego chłopaka z prośbą, by po nią przyjechał. Solich w momencie morderstwa była w drugim miesiącu ciąży, o czym Maciej N. nie wiedział. Gdy przyjechał w umówione miejsce zauważył, że dziewczyna jest brudna i krwawi z nosa. Skłamała, że spędziła wieczór z Justyną i dwoma jej kolegami i jeden z nich ją uderzył. Z przystanku pojechali do pubu, gdzie w toalecie umyła się z krwi i wyczyściła zaplamione ubrania. Do rodzinnej miejscowości wróciła w nocy, uprała rzeczy i poszła spać. Gdy Justyna nie pojawiła się w domu, w rodzinie Kaszów wybuchła panika. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania, w które zaangażowali się także okoliczni mieszkańcy. Następnego dnia, jeden z braci zaginionej udał się do Patrycji, ta jednak powiedziała mu, że rozstała się z Justyną po południu pod szkołą. Rozmowę tę słyszał Maciej N.

    Dlaczego skłamałaś? Przecież mówiłaś, że spędziłaś z Justyną wczorajszy wieczór

    – spytał.

    Lepiej, żeby nikt nie wiedział, że z nią wczoraj byłam. Nie chcę kłopotów

    – odparła, urywając rozmowę.

    Ciało Justyny zostało odnalezione przez przypadkowego kierowcę w pierwszy dzień świąt wielkanocnych. Przy zwłokach znaleziono gaz należący do Patrycji, która jeszcze tego samego dnia została zatrzymana. Jej tłumaczenia były niespójne, rozbieżne. Solich przedstawiała wykrętne wersje, kilkukrotnie zmieniała przebieg wydarzeń i uparcie zaprzeczała, jakoby miała cokolwiek wspólnego ze śmiercią przyjaciółki. Sugerowała nawet winę najstarszego z braci zamordowanej. Z każdym następnym przesłuchaniem gubiła się w swoich kłamstwach i ujawniała coraz więcej istotnych szczegółów. Raz nawet przed prokuratorem przyznała się do zabójstwa, co później odwołała. Z opisu w protokole przesłuchania wynika, że z płaczem oświadczyła, iż chce powiedzieć prawdę. Ujawniła nawet motywację i okoliczności zabójstwa oraz sposób jego dokonania.

    Byłam w szoku, nie panowałam nad sobą

    – szlochała. Nie opisała jednak całego przebiegu zabójstwa, płacząc, że nie chce więcej na ten temat mówić. Gdy policjanci przedstawili jej nagranie z przydrożnego monitoringu, na którym widać, że szła razem z Justyną chwilę przed jej śmiercią, przyznała, że tego dnia tylko się pobiły, a w trakcie szarpaniny użyła kawałka blachy znalezionego w lesie. Zarzekała się, że zostawiła Justynę żywą i nie wie, kto ją zamordował.

    Justyna powiedziała, że podejrzewa mnie, że to ja ją okradłam. Prosiłam, żeby nie mówiła moim rodzicom, bo są święta. Wywiązała się szarpanina. Uderzyłam ją pięścią w twarz, ona upadła. Już później nie rozmawiałyśmy. Wzięłam plecak i poszłam w stronę przystanku

    – relacjonowała. Te tłumaczenia utrzymywała później przed Sądem. Przyznała się także do kradzieży karty od bankomatu i wyczyszczenie konta zamordowanej. Zdaniem prokuratury, Solich zmieniała wyjaśnienia, by dopasować je do gromadzonego materiału dowodowego. Na ubraniu, bucie i plecaku oskarżonej znaleziono ślady krwi Justyny. Narzędzie zbrodni nigdy nie zostało odnalezione.

    Maciej N. dowiedział się o ciąży Patrycji dopiero podczas jej pobytu w areszcie śledczym. Tam też urodziła syna, który trafił pod opiekę matki oskarżonej.

    . . .

    Proces rozpoczął się w Sądzie Okręgowym w Kielcach w maju 2004 r. (zdjęcie) (zdjęcie) Na następnej rozprawie na początku czerwca, sędzia Artur Adamiec spytał oskarżoną, czy to prawda, że podczas badania lekarskiego tuż po zatrzymaniu nie chciała pokazać spodów dłoni, na których miała rany.

    Nie stawiałam oporu. Na dłoni miałam odcisk

    – odparła.

    W wyroku S.A. w Krakowie czytamy jednak:

    Oczywistym jest, że rany pokrzywdzonej nie spowodowała ona kawałkiem blachy, szkłem czy tym podobnym przedmiotem lecz nożem o czym bezspornie świadczą opinie biegłych.

    Podczas rozprawy sędzia dwukrotnie przyłapał Patrycję na rozbieżnościach w tym, co mówiła wcześniej.

    Świadkiem w procesie miał być Maciej N., który oświadczył, że ze względu na to, że jest dla oskarżonej bliską osobą, planowali ślub oraz mają wspólne dziecko, chce skorzystać z prawa do odmowy zeznań. Sąd nie wyraził na to zgody, ponieważ okazało się, że chłopak przez ostatni rok napisał do Patrycji tylko jeden list, nie skorzystał także z otrzymanego prawa do widzenia, a ich dziecko nie jest przez niego formalnie uznane i zapisane na nazwisko oskarżonej.

    Podczas zeznań przed sądem, matka Justyny nie była w stanie wymówić imienia oskarżonej. W pewnej chwili chwyciła mikrofon i krzyknęła:

    Ja ci nie życzę kary śmierci! Ale obyś cierpiała tak, jak moje dziecko! Niech cię piekło pochłonie! Dlaczego zabiłaś mi moją jedyną córkę, moją nadzieję? Jak ty możesz z tym żyć?!

    . . .

    W książce Moniki Sławeckiej "Dożywocie. Zbrodnia i kara Małgorzaty Rozumeckiej", tytułowa osadzona opowiadała:

    Solich w więzieniu urodziła dziecko. (...) Z tego, co mi wiadomo, w więzieniu nieźle wywijała. Miała kilka kar dyscyplinarnych, grypsowała, a dzieckiem w ogóle się nie interesowała.

    Słowa Rozumeckiej zgadzają się z opinią z aresztu śledczego w Katowicach, którą w czerwcu 2005 r. odczytał Sąd. W dokumencie napisano, że zachowanie oskarżonej było wręcz naganne – była dziewięć razy karana dyscyplinarnie m.in. za próby wysyłania nieocenzurowanej korespondencji, zakłócanie ciszy nocnej, tatuaże, niestosowne zachowanie. Kobieta stwarzała problemy wychowawcze, prowadziła konsumpcyjny tryb życia, była despotyczna (krytykowała matkę za to, co przysyła jej w paczkach). Solich nie zgodziła się z tą opinią.

    Prokuratura wniosła o karę dożywotniego pozbawienia wolności, uznając, że w wypadku Patrycji Solich nie można mówić o wychowawczym aspekcie kary i należy wyeliminować ją ze społeczeństwa. W mowie końcowej prokurator Ewa Nowak oznajmiła, że zgromadzone dowody w sposób ewidentny potwierdzają winę oskarżonej i to, że wcześniej zaplanowała zabójstwo. Podkreślała wyjątkowo haniebny charakter jej czynu i to, że mimo iż sama miała doskonałą sytuację finansową i dobrze wiedziała o biedzie panującej w domu przyjaciółki, zdecydowała się ją podstępnie okraść, a pieniądze roztrwoniła na modne ubrania i kosmetyki.

    Dumna, wyniosła, żadnej skruchy

    – mówiła o Patrycji prokurator.

    Zdaniem obrońców, w zgromadzonym materiale nie było niebudzących wątpliwości dowodów, przez co oskarżona powinna być uniewinniona. Według mecenasa Wojciecha Czecha, Solich przyznała się, gdyż po wielogodzinnych przesłuchaniach powiedziano jej, że jej matka ma zawał. Chciała zadzwonić do domu i wtedy padła propozycja "Przyznaj się, to zadzwonisz”. Było jej już wszystko jedno. Obrońca oskarżonej zwrócił też uwagę na znalezione pod paznokciami ofiary DNA należące do mężczyzny oraz na to, że na rzeczach oskarżonej były tylko "minimalne" ślady krwi ofiary. Tymczasem według biegłego po dokonaniu takiego czynu sprawca powinien "broczyć" krwią.

    Nie jestem dumna. Nie czuję się winna zabójstwa Justyny. A to, że nie płaczę? Bo ja jej nie zabiłam

    – odpowiedziała Patrycja na zarzuty prokurator. Powiedziała też, że wstydzi się tego, że okradła koleżankę, która jej ufała i wstydzi się, że jej rodzina ponosi tego konsekwencje.

    30 czerwca 2005 r. zapadł wyrok. Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, które zostało uznane za działanie z zamiarem bezpośrednim¹ Sąd Okręgowy w Kielcach skazał Patrycję Solich na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Za kradzież karty bankomatowej i wypłacenie z niej w okresie od 10 lutego do 21 marca 2003 r. 5,7 tys. zł na karę dwóch lat pozbawienia wolności oraz obowiązek oddania rodzicom zamordowanej skradzionych pieniędzy. Orzeczoną karą łączną za te przestępstwa było dożywotnie pozbawienie wolności.

    To kara najsurowsza z możliwych, ale daje oskarżonej szansę, jakiej jej koleżanka nie miała. Po 25 latach może się ubiegać o przedterminowe zwolnienie

    – uzasadniał decyzję sędzia Artur Adamiec.

    Sąd nie uznał także argumentu obrońcy oskarżonej, że jakoby Solich przyznała się do morderstwa, chcąc zadzwonić do matki i martwiła się o jej zdrowie.

    Trudno w to uwierzyć. Sąd widział, jak matka Patrycji była na granicy omdlenia [podczas składania zeznań], a u oskarżonej nie spowodowało to reakcji

    – podkreślał sędzia.

    W uzasadnieniu czytamy także:

    Oskarżona mogła i powinna była chronić zarówno siebie, jak i poczęte dziecko przed konsekwencjami zaplanowanych działań. Jako kobieta i przyszła matka winna była kierować się jakąś powszechnie przyjętą gradacją wartości. Łamiąc wszelkie kanony moralne, udowodniła, że nie zasługuje na prawidłowe funkcjonowanie tak w społeczeństwie, jak i rodzinie.

    Nic mi nie wróci życia córki. Ona wychowała młodsze rodzeństwo, kiedy ja pracowałam. Ale dzieci zaczną teraz normalnie żyć, wiedząc, że morderca Justyny poniesie karę

    – mówiła matka zamordowanej.

    . . .

    Wyrok nie był prawomocny i po zaskarżeniu przez obronę w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie 29 czerwca 2006 r. zapadł kolejny wyrok. Sąd nie miał wątpliwości co do winy oskarżonej. W uzasadnieniu odniósł się m.in. do śladów męskiego DNA na ciele Justyny:

    Profil DNA pochodzenia męskiego stwierdzono na włosach zabezpieczonych na ciele denatki, a domieszka męskiego DNA była znikoma. Wedle opinii biegłej (...) przy zabezpieczeniu śladów biologicznych istnieje ryzyko kontaminacji obcym DNA. (...) Znikoma ilość ujawnionego męskiego DNA mogłaby przemawiać za przypadkowością naniesienia tego DNA (np. praca techników – bez maseczek). Okoliczność tę powinno się wiązać z wypowiedzią biegłego, który podał: „...w trakcie oględzin nachylałem się nad zwłokami, jak również rozmawiałem z technikiem znajdującym się na miejscu”. Te względy realnie mogły wiązać się z naniesieniem obcego, męskiego DNA, w dodatku w znikomej ilości. Wiązanie natomiast z tą okolicznością innego rodzaju przyczyn – a zwłaszcza rzutujących na prawidłowość ustaleń faktycznych – nie znajduje najmniejszego nawet potwierdzenia dowodowego i nie jest niczym uprawnione.

    W uzasadnieniu czytamy także:

    Oskarżona podjęła działania które swoją intensywnością, agresywnością wykraczały poza potrzebę realizacji zabójstwa Justyny Kaszy, wywołała nimi nieprzeciętne cierpienia ofiary. Ocena tych okoliczności dokonana przez Sąd Okręgowy i przyjęta kwalifikacja prawna czynu zasługują na akceptację, natomiast argumentacja skargi odwoławczej jest nieprzekonująca.

    Sąd uznał także, że nie stwierdzono u Solich "braku możliwości wychowawczych", a według opinii biegłego "jest jeszcze osobą młodą i może mieć szansę na uzyskanie poprawy jej funkcjonowania społecznego", a dożywotnia izolacja byłaby karą "niewspółmiernie surową”, a jej dolegliwości "przekraczałyby stopień winy”. Okolicznością łagodzącą był także fakt, że nie była wcześniej karana i posiada dobrą opinię środowiskową i rodzinną. Sąd uznał także, że w chwili popełnienia przestępstwa mogła działać z zamiarem nagłym² i być w silnych emocjach, "bo nie ma dowodów mogących ocenę taką podważyć".

    W konsekwencji Sąd Apelacyjny w Krakowie złagodził wymierzoną wobec Patrycji karę i skazał ją na 25 lat pozbawienia wolności.

    . . .

    Patrycja nigdy już nie przyznała się do zabicia Justyny. W 2009 r. złożyła wniosek do Sądu Najwyższego o wznowienie postępowania karnego. Prośba została oddalona.

    W kolejnych latach ciężko chorowała, przez co Sąd udzielił jej kilka przerw w odbywaniu kary, łącznie ponad rok. Z Zakładu Karnego w Grudziądzu trafiła na ten czas do dziadków. Do więzienia wróciła w listopadzie 2011 r. W 2015 r. trafiła do małego, półotwartego zakładu – Oddziału Zewnętrznego Aresztu Śledczego w Chojnicach na Pomorzu. Z artykułu Wyborczej z grudnia 2017 r. wynika, że utrzymuje kontakt z synem, stara się o zgody na częstsze z nim widzenia i pisze ciepłe listy do ukochanej babci. Maciej N. nie utrzymuje z nią kontaktów.

    Kara Patrycji Solich kończy się 12 kwietnia 2029 r.

    . . .

    ¹zamiar bezpośredni – sprawca chce popełnić czyn zabroniony (w odróżnieniu od zamiaru ewentualnego, gdzie tylko to przewiduje i się na to godzi)

    ²zamiar nagły – zamiar pojawia się tuż przed popełnieniem czynu zabronionego (w odróżnieniu od działania z premedytacją, gdzie sprawca wcześniej planuje swoje zachowanie)

    Zamiar bezpośredni i zamiar nagły to są pojęcia z dwóch różnych kategorii, mogą zatem występować jednocześnie.

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    • • •

    Sąd zezwolił na publikację wizerunku skazanej.

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Kielcach oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Krakowie.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    Sprawa Patrycji Solich została przedstawiona także w programie "Polskie zabójczynie" (odcinek pt. "Czarny Wielki Piątek").

    • • •

    Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was to zapraszam na mój Patronite. Prowadzę tam także bloga z dodatkowymi informacjami o zbrodniach, których temat aktualnie poruszam.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #pinczow #buskozdroj #kielce
    pokaż całość

    źródło: z2796498V,Kielce--30-czerwca-2006--Sad-Okregowy--Wyrok-w-spr.jpg

  •  

    Dzień dobry Mircy i Mirabelcy. Blog (chyba) gotowy —> https://polskiepato.pl/ (。◕‿‿◕。) Jakieś kwestię wizualne pewnie będą jeszcze dopracowywane, tak że jeżeli macie jakieś sugestie to piszcie śmiało.

    Założyłam też fanpage na Facebooku —> KLIK Tam będę wrzucała informację o pojawieniu się nowych tekstów, linki do świeżych informacji z prasy na temat spraw, o których pisałam, jakieś aktualizacje informacji itd.

    Oczywiście stąd nie znikam! ( ͡° ͜ʖ ͡°) Tu teksty z #polskiepato i #rejestrzboczencow będą się pojawiały jako pierwsze. Na blogu jednak będzie więcej artykułów o podobnej tematyce. Planuję założyć więcej kategorii, myślałam o przestawianiu sylwetek księży pedofili i o wywiadach z ludźmi związanymi z kryminalistyką, kryminologią ale także z byłymi i obecnymi osadzonymi. Aktualnie jest też zakładka "zaginieni", gdzie będę opisywała sprawy zaginięć z Polski.

    A nowy tekst na #rejestrzboczencow się pisze. A nawet dwa. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Miłego weekendu!

    #kryminalistyka #kryminalne #blog
    pokaż całość

    źródło: cos jakby logo.jpg

    +: w.................i, zenekczwa +241 innych
  •  

    Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato.

    Przepraszam za nieobecność i obiecuję poprawę (rozpiska z tematami do napisania i godziny pracy wiszą już nad biurkiem ( ͡° ͜ʖ ͡°) ).

    • • •

    TEKTUROWY NÓŻ

    W oczekiwaniu na odpowiedź Sądu przeglądałam Internet w poszukiwaniu informacji o Luizie K. W prasie przewijały się tytuły takie jak "Lesbijka satanistka zadźgała sąsiada" czy "Zabiła trzy dni po swoich osiemnastych urodzinach". Mimo cenzury na zdjęciach, widzę w jej twarzy moje koleżanki z nastoletnich lat. Dziewczyna, jakich wiele w liceach o profilach artystycznych – piercing, kolorowe włosy. W tym środowisku mogła się niewiele wyróżniać, jednak w Podebłociu (woj. mazowieckie) wzbudzała nie lada sensację. W aktach można wyczytać: "w miejscu zamieszkania nie cieszy się pozytywną opinią", co dziennikarze w oparciu o rozmowy z mieszkańcami wsi tłumaczyli nie tylko odmienną orientacją seksualną i wyglądem Luizy – nastolatka bywała agresywna i zachowywała się nieobliczalnie. Już jako 13-latka regularnie piła piwo, zażywała rozmaite leki i dopalacze. W 2012 r. została zatrzymana przez policję w związku z bezczeszczeniem nagrobków, po których jeździła rowerem i fotografowała się. Jeszcze w tym samym roku ukradła z cmentarza w Podebłociu kilka krzyży i figurkę Matki Boskiej, którą gdzieś zakopała. Postawiony jej zarzut zbezczeszczenia symboli religijnych dotyczył także spalenia Biblii i rozrzucenia jej kartek w opuszczonym budynku. Sprawa Luizy, wówczas gimnazjalistki, trafiła do sądu rodzinnego, który zlecił rodzicom pisanie sprawozdań na temat zachowań córki. Takie pisma jednak nie wpływały. W domu rodzinnym dziewczyny obecny był alkohol, przemoc i obojętność.

    Luiza uczęszczała do Zespołu Szkół Plastycznych w Radomiu, a następnie w Nałęczowie. Udało mi się porozmawiać z ówczesną uczennicą nałęczowskiego "plastyka". Opowiadała, jak jeden z kolegów zakładał afrykańską maskę i chował się w toalecie, a gdy ktoś nadchodził, wyskakiwał z krzykiem, zaś jego koleżanka nagrywała telefonem reakcje zaskoczonych. Nastraszyli także Luizę. Początkowo zaśmiała się jak inni, jednak jakiś czas później odszukała żartownisi i przyłożyła chłopakowi do gardła wielki nóż.

    To też jest takie zabawne?

    – spytała.

    Nastolatkowie zgłosili zdarzenie dyrekcji oraz do kierownika przyszkolnego internatu, w którym Luiza mieszkała. Wezwana na dywanik oznajmiła, że nóż był z tektury, a grono pedagogiczne jej uwierzyło. Mimo sprzeciwu uczniów, agresywna uczennica nie została wydalona. W końcu jednak, po wielu innych przewinieniach, dyrekcja postawiła K. ultimatum. Nie znam jego szczegółów, jednak krnąbrna uczennica wolała przenieść się do innej szkoły, niż zgodzić się na postawione warunki.

    . . .

    Na początku lutego 2016 r. Luiza skończyła 18 lat. Trwały ferie, po których miała nie wracać już do internatu w Nałęczowie i kontynuować pierwszą klasę w technikum drzewnym w Garbatce-Letnisku (woj. mazowieckie). W piątkowy poranek odwiedził ją znajomy Krzysztof M. W wyroku napisano, że 19-latek przywiózł ze sobą "bliżej nieustalone leki, wśród których był lek o nazwie A." (Acodin?). Oprócz zażywania medykamentów, wypili małą buteleczkę rumu i mocny bimber. Około godziny 14. zabrali ze sobą małego psa Luizy i wyszli do pobliskiego pubu. Gdy okazał się jeszcze zamknięty, udali się do pustostanu w pobliżu stacji PKP i pili zabrany z domu alkohol. Stamtąd wrócili do pubu, gdzie po kilku piwach doszło do sprzeczki. Krzysztof usilnie próbował posadzić sobie Luizę na kolanach, na co ona się nie zgadzała. Później nietrzeźwa nastolatka zwymiotowała w toalecie, no co zwróciła uwagę właścicielka lokalu. Ci jednak nie mieli zamiaru sprzątać i udali się w stronę peronów. Krzysztof odjechał do Otwocka, a z pociągu wysiadł pijany ojciec Luizy. Mężczyzna zaczął się awanturować, miał pretensje, że córka zabrała ze sobą psa. Po szarpaninie ruszył do sklepu po alkohol, a nastolatka poszła w stronę domu.

    Złość na ojca i żal wobec dobierającego się do niej kolegi wzmagały się pod wpływem substancji odurzających. Wzburzona psychicznie dziewczyna zboczyła z trasy, a na swojej drodze spotkała Wiesława P. 62-latek pilnował rannej sarny, której potrącenia był świadkiem. Sprawca zgłosił wypadek policji i pojechał po leśniczego, a P. zaoferował swoją pomoc i pozostał przy zwierzęciu. Był emerytowanym kolejarzem, mieszkał samotnie w bliskim sąsiedztwie Luizy, nie znali się jednak.

    Dziewczyna zaatakowała Wiesława P. obosiecznym nożem z 17,5 cm ostrzem, zadając dziesięć ciosów w głowę, szyję, klatkę piersiową, brzuch i okolice prawego przedramienia. Mężczyzna zmarł na miejscu.

    Krótko po zdarzeniu Luiza dotarła do domu, gdzie pijany ojciec urządził następną awanturę. Po szamotaninie, nastolatka wyszła, by około godziny 21. odebrać z dworca matkę. Po drodze mijała miejsce morderstwa, w którym roiło się już od policjantów. Zatrzymała się na chwilę, by zrobić zdjęcie, które wysłała do przyjaciółki. Zwierzyła się jej z wydarzeń sprzed kilku godzin, pisząc, że obawia się konsekwencji. Uważała też, że to ona pierwsza została zaatakowana i działała w samoobronie.

    Następnego ranka K. spaliła w lesie zakrwawione ubrania i drewnianą rękojeść noża, a pozostałości (w tym ostrze) zakopała. O 6. rano ruszyła pociągiem do Radomia na spotkanie z przyjaciółką.

    Policjanci już w pierwszej dobie ustalili, kto może mieć bezpośredni związek ze zgonem mężczyzny. Zaskoczona 18-latka została zatrzymana w sobotę w Radomiu. Podczas składania wyjaśnień (zdjęcie) oświadczyła, że nie pamięta, co się wydarzyło, ponieważ była pod wpływem alkoholu. Zabezpieczone ślady i zgromadzony materiał dowodowy dały prokuraturze podstawę do przedstawienia jej zarzutu zabójstwa i umieszczenia w areszcie śledczym. (klik)

    Już po zatrzymaniu policjanci odnaleźli nadpalone i zakrwawione ubrania oraz ostrze noża, którym miał być zabity Wiesław P. Przedmioty zostały skierowane do badań w laboratorium kryminalistycznym.

    . . .

    Kilka dni po zatrzymaniu Luizy, Krzysztof M. popełnił samobójstwo. 11 lutego wyszedł na tory pomiędzy stacją Śródborów a Pogorzel pod Otwockiem. Poniósł śmierć na miejscu. (klik) (klik) (klik)

    Może czuł się winny tego zajścia. Gdyby on wtedy nie przyjechał, to wszystko nie miałoby miejsca. Nie piłabym alkoholu, nie zażywałabym tabletek

    – mówiła później przed sądem Luiza.

    . . .

    15 lutego w programie "Uwaga!" został wyemitowany reportaż na temat tej zbrodni (klik).

    W Podebłociu huczało od plotek. Ludzie uznali, że Luiza zabiła z pobudek satanistycznych, mówili wręcz o opętaniu. Opowiadali o jej dziwnym wyglądzie i niepokojących, epatujących fascynacją śmiercią zdjęciach z mediów społecznościowych. O Wiesławie P. wyrażali się tylko dobrze, jako o spokojnym człowieku, z którym nikt nigdy nie miał żadnych zatargów.

    Był kawalerem, to był "dusza człowiek". Lubił sobie wypić czasem piwo, ale nigdy nie był agresywny, nie zaczepiał kobiet

    – mówił brat ofiary.

    Znam oskarżoną z widzenia, ale nie umiem nic powiedzieć na jej temat

    – dodał.

    (zdjęcie)

    . . .

    We wrześniu Luiza przyznała się do zarzucanych jej czynów, a na początku października złożyła obszerne wyjaśnienia.

    Badania psychiatryczne podejrzanej nie pozwoliły biegłym na wydanie opinii o stanie jej zdrowia, dlatego nastolatka trafiła na czterotygodniową obserwację sądowo-psychiatryczną do szpitala w Pruszkowie. Z opracowanej przez biegłych psychiatrów i psychologa opinii nie wynikało, by w momencie popełniania zbrodni była niepoczytalna.

    Biegli opiniujący Luizę K. nie byli w stanie wypowiedzieć się co do motywacji zachowania oskarżonej. W opinii czytamy: "Biorąc pod uwagę dyspozycje osobowościowe Luizy K. i rozmiar agresji tempore criminis, stwierdzić należy, że musiał na nią zadziałać silny, nieustalony, negatywny czynnik sytuacyjny. Spożyty alkohol był dodatkowym czynnikiem odhamowującym. Inaczej mówiąc musiało dojść do skumulowania napięcia i negatywnych emocji i odblokowania zachowania nieakceptowalnego przez opiniowaną i nie będącego przyjętym przez nią sposobem reagowania w sytuacjach trudnych".

    . . .

    W grudniu w Sądzie Okręgowym w Siedlcach rozpoczął się proces, w którym Luiza K. (zdjęcie) ponownie przyznała się do zabicia Wiesława P. i potwierdziła wyjaśnienia, które złożyła w śledztwie. Utrzymywała, że to ona pierwsza została napadnięta przez mężczyznę.

    Leżałam na plecach, na boku. Napastnik na mnie siedział, dusił. Krzyczałam i płakałam, próbowałam wyrwać się i uciec. Bałam się, że zostanę zgwałcona. Wpadłam w histerię i w pewnym momencie w moich rękach znalazł się nóż. Machałam nim na oślep

    – relacjonowała. Nie umiała jednak odpowiedzieć na pytanie oskarżyciela posiłkowego, dlaczego, skoro miała tylko "machać nożem", ofiara miała poderżnięte gardło.

    Do tej pory nie mogę się pogodzić z tym, co się stało, żałuję tego. Wolałabym oddać swoje życie, żeby tamto zdarzenie nie miało miejsca

    – oświadczyła przed sądem.

    Podkreślała też, że wcześniej nie przyznawała się do winy, "bo nie chciała przyznać się przed samą sobą, że dokonała czegoś tak strasznego".

    (zdjęcie)

    . . .

    Po dwóch latach od zbrodni wciąż nie zapadł wyrok. Ku zdziwieniu mieszkańców Podebłocia, na początku lutego 2018 r. Luiza K. zaczęła być widywana we wsi. Zapadł strach.

    Areszt tymczasowy do wyroku może trwać najdłużej dwa lata. W przypadku Luizy K. ten okres prawie minął, a wyrok wciąż nie zapadł ze względu na ciężką chorobę jednego z biegłych i konieczność powołania innego. W związku z tym Sąd Okręgowy w Siedlcach zwrócił się do Sądu Apelacyjnego w Lublinie z wnioskiem o przedłużenie aresztu, jednak ten wniosku nie uwzględnił. Zażalenie na to postanowienie złożyła prokuratura w Garwolnie, jednak i ono zostało odrzucone, a Luiza K. zwolniona z aresztu.

    Była to prosta sprawa, a jednak nie doszło do jej finału

    – mówiła Barbara du Château, rzeczniczka Sądu Apelacyjnego w Lublinie.

    Nie mogliśmy postąpić inaczej, jak zwolnić Luizy K., jednak sprawa dalej się toczy i niebawem zapadnie wyrok. Oskarżona będzie odpowiadała za swój czyn z wolnej stopy.

    Reportaż TVN-u –> klik

    23 lutego miała się odbyć kolejna rozprawa, jednak oskarżona nie stawiła się przed Sądem. Po ustaleniu następnej daty wysłano do oskarżonej pismo, które było dwukrotnie awizowane i nie zostało odebrane w terminie. W międzyczasie Luiza K. poinformowała Sąd, że zmieniła miejsce zamieszkania i przebywa w Warszawie. Było już jednak za późno, aby przesunąć termin i Sąd ostatecznie uznał, że oskarżona została prawidłowo powiadomiona o dacie rozprawy, która odbyła się pod koniec marca, ponownie bez jej udziału.

    . . .

    10 kwietnia 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Siedlcach Luiza K. (zdjęcie) pojawiła się z rodzicami i partnerką (zdjęcie). Po ogłoszeniu wyroku 15 lat pozbawienia wolności, na polecenie przewodniczącego składu orzekającego, oskarżona została wyprowadzona przez policjantów i odwieziona do aresztu (zdjęcie). Dwa lata, które K. spędziła w areszcie tymczasowym, zostały zaliczone na poczet orzeczonej kary.

    Obrona prosiła, aby Sąd przy kwalifikacji czynu wziął pod uwagę to, że Luiza K. działała w warunkach obrony koniecznej lub w afekcie. Prokurator i oskarżyciel posiłkowy wnioskowali o 25 lat pozbawienia wolności. Sąd uznał jednak taką karę za "rażąco surową" i dodał: "nie można kształtować wymiaru kary tylko i wyłącznie na podstawie skutku w postaci śmierci człowieka w oderwaniu od wszystkich innych okoliczności". Uznał też Luizę K. za osobę "w wysokim stopniu zdemoralizowaną", a jako okoliczności łagodzące "kolejność nagłości zamiaru*", młodociany wiek i dotychczasową niekaralność.

    Sąd nie uwierzył w to, że Wiesław P. miał pierwszy zaatakować Luizę, a jej wersja wydarzeń "nie znajduje żadnego potwierdzenia w materiale dowodowym". P. w chwili zdarzenia był także pod wpływem alkoholu, jednak z akt sprawy nie wynika, aby zachowywał się agresywnie. Kierowca, który potrącił sarnę, był wręcz przekonany o tym, że mężczyzna był trzeźwy. Sąd uznał także, że Wiesław P. nie był w stanie rozpoznać, kto idzie w jego stronę i nie zaatakowałby nieznajomej osoby. Jego rany świadczyły także o tym, że zasłaniał się i bronił przed napastniczką. Nie ma także podstaw, by uznać, że Luiza K. działała w obronie koniecznej.

    Wyrok nie był prawomocny. Wiem, że apelacja była składana do S.A. w Lublinie, ten jednak odpisał, że wyrok w tej sprawie jeszcze nie zapadł.

    . . .

    W reportażu "Uwagi!", dyrektor Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Garbatce-Letnisku powiedział:

    Obraz dziecka jest obrazem ludzi, których poznało na swojej drodze. Może jest to opowieść o też wielkiej samotności ludzi i o niewydolności tych, którzy powinni odpowiadać za przecieranie drogi młodym ludziom. A ta dziewczyna na początku swojej drogi życia już ma wielką plombę, wielką stygmę, która będzie jej już zawsze towarzyszyć. To jest coś, co przesądza o jej losie. Może trafi kiedyś na ludzi, którzy zbudują inne aksjomaty w niej, pozwolą uwierzyć w dobrą kartę, która powinna jej się w życiu przytrafić. Może tak powinno być.

    . . .

    Przeglądając komentarze pod artykułem na temat zwolnienia Luizy K. z aresztu, wpadłam na wypowiedź najprawdopodobniej jej samej oraz na wpis osoby o nicku "znam Luizę", która opowiadała o swoim pobycie w celi z oskarżoną. Pojawił się tam także "Uwaga TVN Tomasz Wanat" z prośbą o kontakt. W późniejszym reportażu "Uwagi!" wypowiadała się kobieta, która poznała Luizę w więzieniu. Reporter proponował wywiad oskarżonej, ale najwyraźniej się nie skusiła. Screeny z tej rozmowy macie w sekcji komentarzy.

    . . .

    *zamiar nagły – sprawca działa szybko, bez wcześniejszego planowania czynu zabronionego (przeciwieństwo działania z premedytacją)

    . . .

    Więcej informacji o tej zbrodni umieściłam na swoim patronite'owym blogu. Jest tam m.in. zdjęcie noża, dokładny opis obrażeń i przyczyna zgonu.

    • • •

    Zapraszam także na mój drugi tag rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam Wam sylwetki osób umieszczonych w Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    Jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć, bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was, a w przyszłości zacząć nagrywać podcasty na podstawie swoich tekstów, to zapraszam na mój Patronite. Działa już płatność kartą, PayPal i inne takie, tak że jakby ktoś jednak chciał zrezygnować z wypicia jednego piwka i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność – będę dozgonnie wdzięczna!

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego – @IgorK.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #podeblocie #garwolin #lublin #naleczow #radom
    pokaż całość

    źródło: Zrzut ekranu 2018-04-12 o 08.13.25.png

  •  

    Zapraszam na nową historię z cyklu #polskiepato.

    • • •

    Gdy małżeństwo Alicji S.-G. się rozpadło, kobieta opuściła Wielką Brytanię, osiadła w Grybowie pod Nowym Sączem i zajęła się prowadzeniem popularnego sklepu na rynku. Dawna nauczycielka była także właścicielką kilku nieruchomości, co pozwalało jej na dostatnie i spokojne życie. Mimo tego S.-G. nie czuła się do końca spełniona. Ze związku z Anglikiem nie doczekała się potomstwa, a jej wiek nie pozwalał już na zajście w wymarzoną ciążę.

    W 1984 r. w jednej ze śląskich kliniki pewna młoda kobieta urodziła chłopca. 16-latka nie zdecydowała się na wychowywanie syna, który przy udziale tamtejszego ginekologa został przekazany do adopcji. Prywatnie lekarz był siostrzeńcem Alicji S.-G., dlatego noworodek trafił do jej domu i spełnił marzenie 46-latki o macierzyństwie. Gdy wszystkie formalności zostały załatwione, Alicja jako zagorzała katoliczka wyprawiła chrzciny, na których chłopiec otrzymał imię Adam.

    Był oczkiem w głowie swojej nowej mamy i babci, która przez pierwsze lat pomagała w opiece nad wnukiem. W późniejszym czasie Alicja zajmowała się nim sama, korzystając z pomocy nianiek, sprzątaczek i gospodyń, na których wynajmowanie pozwalał jej ogromny majątek. Chłopiec od początku był rozpieszczany. Kobieta usiłowała wychować go na osobę religijną, często bywał z nią w kościele i jeździł na wycieczki do Rzymu. Jako osoba wykształcona, S.-G. chciała, by syn został lekarzem, tak jak wielu członków jej rodziny. Zachęcała go do tego już od najmłodszych lat. Skrupulatnie pilnowała jego wyników w nauce i zapewniała wiele dodatkowych zajęć edukacyjnych. Adaś trenował także karate, boks oraz kung-fu.

    Chłopiec był spokojny i dobrze się uczył, jednak z czasem zaczął znacznie odstawać od kolegów. Zachowywał się ekscentrycznie, mimo tego rówieśnicy lgnęli do niego, a raczej do pieniędzy, które zawsze miał przy sobie. Alicji nigdy nie podobało się towarzystwo, w jakim obracał się Adam. Jego znajomych traktowała z góry, wytykała brak dobrego wychowania i kultury. Nadaremno usiłowała odciągnąć syna od kolegów. Z wiekiem nastolatek coraz bardziej buntował się przeciwko narzucanej dyscyplinie i oddalał od matki. Ubierał się na czarno, słuchał nietypowej muzyki, przefarbował włosy. Matka cierpliwie znosiła te fanaberie, prosiła tylko, by częściej chodził do kościoła, nagradzała wyższym kieszonkowym i zagranicznymi wycieczkami. Nie pomogło to jednak i w drugiej klasie liceum Adam zaczął opuszczać się w nauce i rzadziej wracał do domu na noc. Szybko okazało się, że przyczyną może być o rok starsza Joanna. Nowa partnerka syna także nie spodobała się wymagającej Alicji, która nie kryła swojej niechęci: wyśmiewała status społeczny rodziców nastolatki, nazywała ją plebsem i usiłowała przekonać Adama, że nie jest dla niego odpowiednią partią. Konflikt nasilił się, gdy dziewczyna zdecydowała, że nie podejdzie do matury.

    I co ona chce teraz robić w życiu?

    – szydziła Alicja.

    Zawód fryzjerki, o którym marzyła Joanna, dla Alicji nie był powodem do chluby. Mimo nacisków ze strony matki, prawie pełnoletni już Adam planował ze swoją ukochaną wspólną przyszłość. Bywał u niej podczas świąt, razem spędzali wakacje, a nawet nosili się z zamiarem budowy domu na terenie posesji jej rodziców. Podczas gdy pomiędzy nastolatkami kwitło uczucie, spór Alicji z synem się nasilał. Kobieta domagała się, by Adam informował ją, gdzie i z kim spędza czas. Gdy odmawiał, matka nie odzywała się do niego godzinami, czego szczerze nienawidził. Pewnego dnia kobieta znalazła w domu kasetę z filmem pornograficznym.Wyrzuciła ją, nie kryjąc oburzenia, a po tym zdarzeniu Adam coraz częściej zachowywał się obscenicznie w towarzystwie matki. By ją zawstydzić, poruszał tematy seksu i robił nieprzyzwoite rysunki. Speszona bogobojna kobieta zaczęła go nazywać dzieckiem Szatana.

    Niepokojące sygnały zaczęły dochodzić również ze szkoły. Adam wdawał się w pyskówki z nauczycielami, a nawet zwyzywał katechetę. Jego wulgarność z czasem przybierała na sile, a w domu dochodziło do coraz gwałtowniejszych awantur, do których Alicja kilkukrotnie musiała wzywać policję. Nastolatek zaczął dopuszczać się rękoczynów, wykręcał matce nadgarstki i dusił. Nosił ze sobą noże, spał z siekierą pod łóżkiem, miał także bagnet, łom i kij bejsbolowy. Kobieta nie chciała składać skarg na komendzie w obawie, że mogłoby to zaszkodzić przyszłej karierze syna. Podejrzewała, że jego zachowanie może być wynikiem choroby psychicznej, którą lekarz jednak wykluczył.

    Jesteście dwiema dominującymi osobowościami, które z sobą bezustannie walczą. Łączy was patologiczna więź

    – powiedział, widząc, jak podczas wizyty matka z synem przekrzykują się wzajemnie. Dostrzegł także, że ciężko im ze sobą żyć, jednak bez siebie także.

    Konflikt między Alicją i Adamem dotyczył także finansów. Syn miał coraz większe potrzeby i roszczenia, wymagał od matki, by kupiła mu mieszkanie. Kobieta dała mu nawet do podpisania swego rodzaju umowę, w której zawarła, że jeżeli przestanie ją bić i zacznie traktować z szacunkiem, będzie otrzymywał więcej pieniędzy. W Adamie rosła irytacja, czuł, że matka nim manipuluje i usiłuje kontrolować. Pokornie podpisywał kartki do czasu, gdy dowiedział się, że wydziedziczyła go w testamencie i wszystko zapisała kuzynowi. Chłopak w końcu wyprowadził się z rodzinnego domu, jednak po kilku miesiącach wrócił.

    . . .

    6 września 2003 r. przyjaciółka 65-letniej już Alicji, zaniepokoiła się widokiem jej auta stojącego przed domem. Zwykle było w garażu. Wszystkie żaluzje były spuszczone, a w domu przy ulicy Ogrodowej panowała cisza. Kobieta zapukała do drzwi, jednak Adam nie chciał jej wpuścić do środka. Dobrze wiedziała o konflikcie Alicji z synem, która w jednym z listów pisała jej nawet: "niosę krzyż i czekam końca”. Zaniepokojona staruszka udała się do pochłoniętej remontem sąsiadki i wspólnie zawiadomiły policję. Gdy mundurowi weszli do środka, nastolatek bezemocjonalnie oświadczył:

    Mamy nie ma, wyjechała z nieznanym mężczyzną i nie mam z nią kontaktu.

    W mieszkaniu było czuć zapach spalenizny, co tłumaczył paleniem w piecu zużytą odzieżą. Oprócz tego wszędzie panował nienaganny porządek. Funkcjonariusze rozejrzeli się po pokojach, jednak nie znaleźli niczego niepokojącego. Gdy udali się już do wyjścia, jedna z interweniujących kobiet spostrzegła świeżo postawiony mur pod piwnicznymi schodami. Sąsiadka przypomniała sobie, że dzień wcześniej widziała, jak Adam wypakowuje z taksówki worek kleju "Atlas". Kobieta poprosiła murarza zajmującego się jej remontem, by ten sprawdził podejrzanie wyglądającą dobudówkę. Mężczyzna potwierdził, że fugi są wczorajsze i lekko pchnął świeżo postawioną ściankę. Cegły posypały się i odsłoniły ukryte za nimi garnki, w których znajdowały się ugotowane ludzkie szczątki.

    (zdjęcie)

    . . .

    Relacja z wydarzeń 5 września jest znana tylko z wyjaśnień składanych przez Adama S.-G. na policji.

    Feralnego dnia Alicja wraz z synem układała deski na strychu. Po skończonej pracy 19-latek potknął się na schodach i popchnął matkę, która spadła z wysokości. Mocno potłuczona kobieta była przekonana, że była to próba morderstwa. Wykrzykując coś o Szatanie, chwyciła za nóż i zaczęła wymachiwać nim w stronę syna. Doszło do szarpaniny, w której nastolatek wymierzył jej cios pięścią w twarz, wskutek czego uderzyła głową o kafelki. Nieprzytomną staruszkę Adam usiłował reanimować, jednak bez skutku. Mimo tego nie wezwał pogotowia, tylko udał się do sklepu po ćwiartkę wódki i colę, a po powrocie postanowił pozbyć się zwłok.

    Odciął matce głowę, ręce i nogi. Przez 16 godzin ćwiartował ją nożami, tasakiem do mięsa, piłką, nożycami i siekierą. Fragmenty ciała gotował z dodatkiem proszku do prania, aby, jak sam tłumaczył, uniemożliwić identyfikację kodu DNA. Niektóre fragmenty polewał benzyną i palił w piecu, inne rozdrabniał w maszynce do mięsa i za pomocą miksera. Miękkie tkanki spuszczał w ubikacji. Pozostałości szczątek umieścił w garnkach i zamurował pod schodami, a zabrudzoną odzież swoją i matki spalił na grillu.

    Adam zapewniał, że Joanny nie było z nim podczas zbrodni i ćwiartowania zwłok, mimo tego, że odwiedziła go dzień po zbrodni. Jej zeznania brzmiały identycznie i po przesłuchaniu dziewczyna została zwolniona do domu.

    Biegli doliczyli się ponad 850 (według niektórych źródeł 770) fragmentów ciała o wielkości 3-4 cm. Przy takim rozkawałkowaniu niemożliwym byłoby jednoznaczne określenie, czy Alicja została celowo zamordowana, czy też doszło do nieszczęśliwego wypadku.

    . . .

    Adam S.-G. został oskarżony o zabójstwo oraz zbezczeszczenie zwłok.

    W listopadzie 2004 r. w Sądzie Okręgowym w Nowym Sączu rozpoczął się proces (zdjęcie). Oskarżony nie przyznał się do morderstwa, jedynie częściowo do zarzutu zbezczeszczenia ciała matki. Potwierdził także swoje wyjaśnienia składane podczas śledztwa.

    Nie zabiłem matki, bardzo ją kochałem

    – zalewał się łzami przed wokandą.

    Utrzymywał, że to matka chciała zabić jego ze względu na to, że zamierzał prowadzić z Joanną salon fryzjerski, zamiast według jej oczekiwań zostać lekarzem. Całe zdarzenie przedstawiał jako nieszczęśliwy wypadek podczas obrony koniecznej.

    W jego wersję nie wierzyli najbliżsi ofiary, którzy domagali się dożywocia. Według kuzyna Alicji Adam planował utopić ciało w pobliskiej Klimkówce. Nie mógł jednak uruchomić toyoty matki, która miała dodatkowy, prywatny kod. Dlatego poćwiartował ciało.

    Krewni zamordowanej wiadomość o śmierci Alicji od razu powiązali z jej synem. Od dawna wiedzieli, że chłopak przejawia agresywne zachowania. Podobno mówił coś o zbrodni doskonałej i znęcał się nad kotem.

    Świadkowie słyszeli także, jak 19-latek groził przybranej matce śmiercią.

    . . .

    W lutym 2005 r. Sąd Okręgowy w Nowym Sączu skazał Adama S.-G. na 15 lat więzienia za zabójstwo. Sąd uznał, że nastolatek działał w emocjach, a śmierć Alicji była wynikiem domowej awantury, a nie bezpośrednim zamiarem, jak przekonywała prokuratura. Nie udało się wyjaśnić, czy sprawca torturował kobietę przed śmiercią, czy zbezcześcił jej zwłoki tylko po to, by ukryć ciało. To oraz młody wiek i wcześniejsza niekaralność wpłynęły ostatecznie na złagodzenie wyroku.

    Wskutek apelacji Sąd Najwyższy uznał, że sprawa wymaga ponownego rozpatrzenia. Zwłaszcza że biegli nie wykluczyli, że cios wymierzony przez silnego 19-latka mógł spowodować natychmiastową śmierć Alicji. Adam odsiedział kilkanaście miesięcy za zbezczeszczenie zwłok i doczekał za kratkami kolejnego procesu. Nie udało się udowodnić, że sprawca działał z zamiarem bezpośrednim lub ewentualnym pozbawienia życia, dlatego kwalifikacja prawna została zmieniona. Za spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, skutkującego śmiercią, Adam S.-G. usłyszał wyrok 7 lat pozbawienia wolności.

    W 2009 r. Sąd Apelacyjny w Krakowie podwyższył tę karę do 10 lat.

    Oskarżony jest w pełni zdemoralizowany. Biorąc pod uwagę okoliczności łagodzące i obciążające oraz stopień winy i społecznej szkodliwości czynu należy podwyższyć mu wymiar kary z 7 do 10 lat

    – mówił sędzia Andrzej Ryński.

    Oskarżony działał w obronie koniecznej, ale w sposób oczywisty przekroczył jej granice, bo nic mu nie groziło ze strony 65-letniej, słabej kobiety. Chwycił jej rękę, gdy zamierzyła się na niego nożem, a potem zadał jej uderzenie pięścią, jak sam mówił, z maksymalną siłą

    – dodał.

    Ze względu na pokrojenie zwłok, wielu szczegółów sprawy nie dało się ustalić i dlatego wątpliwości zostały rozstrzygnięte na korzyść oskarżonego.

    . . .

    Adam S.-G. odsiedział cały wyrok i w 2014 r. opuścił więzienie. Był widziany w Grybowie, powodując przerażenie wśród mieszkańców.

    Przecież mógł szukać zemsty za to, że zeznawaliśmy przeciwko niemu

    – mówiła jedna z Grybowianek.

    Do swojego rodzinnego domu nie mógł wrócić, bo zgodnie z przepisami stracił prawo do dziedziczenia po Alicji. Podobno osiadł w Tarnowie, dorabiał na budowach, poznał nową dziewczynę i urodził mu się syn.

    W internecie widnieje zbiórka o tytule "Studia na CM UJ wydział lekarski", która najprawdopodobniej założył sam Adam S.-G., bo konto widnieje na jego imię i nazwisko.

    . . .

    15 listopada 2015 r. pod Bramą Floriańską w Krakowie Adam S.-G. (zdjęcie) wraz z kolegą Adamem L. podeszli do przypadkowego przechodnia i grożąc mu nożem, odebrali kubek z kawą o wartości 7,95 zł. Mężczyźni nie przyznali się do winy. Za rozbój z użyciem noża, co dla obu było działaniem w recydywie, w sierpniu 2016 r. usłyszeli wyrok: 4 lata pozbawienia wolności dla Adama L. i 3,5 roku dla Adama S.-G.

    Adam S.-G. jest już najprawdopodobniej na wolności, ponieważ w 2018 r. pojawił się na Facebooku.

    . . .

    Z nieoficjalnych informacji wynika, że Joanna wyjechała do Włoch, gdzie ułożyła sobie dorosłe życie.

    • • •

    Zapraszam także na mój drugi tag rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam Wam sylwetki osób umieszczonych w Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    Jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć, bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was, a w przyszłości zacząć nagrywać podcasty na podstawie swoich tekstów, to zapraszam na mój Patronite. Działa już płatność kartą, PayPal i inne takie, tak że jakby ktoś jednak chciał zrezygnować z wypicia jednego piwka i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność – będę dozgonnie wdzięczna!

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #grybow #nowysacz
    pokaż całość

    źródło: alicjas.jpg

  •  

    Zapraszam na nową historię z cyklu #polskiepato.

    W opowieści występuje dość zawiły wątek rodzinny, więc w ramach ułatwienia narysowałam dla Was drzewo genealogiczne, które znajdziecie w sekcji komentarzy.

    • • •

    W 1948 r. 20-letni Jan Sojda został zatrzymany pod zarzutem zgwałcenia pasterki krów. Mężczyzna został skazany na osiem miesięcy bezwzględnego aresztu, a winą za uwięzienie obarczył dalszego krewnego, Jana Roja, który jako członek ORMO był przy jego zatrzymaniu, brał aktywny udział w śledztwie i rozprawie sądowej. Trzy lata po tych wydarzeniach zaginął 10-letni syn Roja, Marian. Chłopiec został odnaleziony zastrzelony, a jego ciało przeleżało ukryte pod gałęziami na podwórzu Sojdy przez dwa letnie miesiące. Załadować broń miał sam gospodarz, a pociągnąć za spust jego znajomy. Zdarzenie zostało uznane za wypadek, Sojdę uniewinniono, a sprawca dostał niski wyrok w zawieszeniu. Mężczyzna ten zginął w tajemniczym wypadku samochodowym pół roku później, a wzajemna niechęć pomiędzy rodzinami była odczuwalna przez następne lata.

    Po tym jak skazanie uległo zatarciu, Jan Sojda został ławnikiem sądowym, przez co miał w zwyczaju przechwalać się swoją znajomością prawa. Prowadził także duże i dobrze prosperujące gospodarstwo, a przez mieszkańców rodzinnej wsi nazywany był "królem Zrębina". Z zamożnym rolnikiem rozsądnie było mieć dobre stosunki, ponieważ jako jedyny w okolicy posiadał ciągnik i telefon stacjonarny. Umiał też robić zastrzyki i wyrywać chore zęby, co nie było bez znaczenia, gdy do najbliższego lekarza trzeba było iść kilka kilometrów.

    Gospodarz często opowiadał o swoich licznych znajomościach i koneksjach, przez co wzbudzał jeszcze większy respekt wśród lokalnej społeczności. Gdy jeden z sąsiadów zaprzeczył, jakoby to jego pies zagryzł i pożarł kurę z gospodarstwa Sojdy, nazajutrz znalazł truchło zwierzęcia z rozprutym żołądkiem, w którym znajdowały się resztki kurzych piór i pazurów.

    Z biegiem lat zarówno córka Jana Roja, jak i dzieci Jana Sojdy założyły własne rodziny. W sierpniu 1976 r. odbyło się huczne wesele wnuczki Roja, 18-letniej Krysi ze starszym o siedem lat Stanisławem Łukaszkiem. Na przyjęciu zorganizowanym przez państwa Kalitów, rodziców panny młodej, zjawiło się ponad pół wsi. Nie zabrakło także rodziny Sojdów, a Wiesława Adaś, siostra Jana Sojdy, pomagała w kuchni podczas wesela. W trakcie zabawy kobieta wydawała obcym przez okno duże ilości mięsa i wódki, co zauważył syn gospodarzy, niespełna 13-letni Miecio. Gdy Zdzisława Kalita zwróciła uwagę nieuczciwej krewnej, ta poczuła się urażona do tego stopnia, że odwróciła się na pięcie i opuściła zaślubiny. Następnego dnia wróciła z żądaniem przeprosin, a w ramach zadośćuczynienia domagała się towaru w tamtych czasach deficytowego – części zastawy stołowej, którą wypożyczono na wesele.

    Słuchajcie, zabieram dzbanki, wy powiecie, że one się stłukły i zapłacicie za nie

    – zaproponowała.

    Gdy jej żądania zostały odrzucone, skomentowała:

    Nie dasz dzbanków, nasze stosunki już się popsują na zawsze!

    Jednak pani Kalitowa była nieugięta. Od tej pory nikt z rodziny Sojdów nie odzywał się do Kalitów i Rojów, a wieść o kłótni rozeszła się po całej wsi. Zarzuty o złodziejstwo okazały się wielką zniewagą dla brata Adasiowej.

    Wyplenię te Kalitowe plemię!

    – odgrażał się wściekły Sojda.

    . . .

    25 grudnia 1976 r. w kościele św. Marcina w Połańcu odbywała się pasterka. Przed świątynią zaparkowały dwa autobusy, specjalnie wynajęte do przewozu mieszkańców sąsiedniego Zrębina. Jednak nie wszyscy uczestniczyli we mszy – w jednym z pekaesów Jan Sojda wraz z kilkunastoma innymi osobami pili wódkę. Była to swego rodzaju coroczna miejscowa tradycja.

    Kazania słuchała Krysia wraz z mężem i bratem Mietkiem. Wyszli jednak przed zakończeniem obrządków po tym jak niespodziewanie podeszła do nich kuzynka.

    Krycha, twój ojciec rozrabia w domu po pijaku, wracajcie szybko do chałupy

    – szepnęła.

    Mimo mrozu i zaawansowanej ciąży Krysi, Jan nie wpuścił ich do autobusu. To on wymyślił historię z domową awanturą, by wybawić "Kalitowe dzieci" z kościoła.

    Muszę z Kryśką Kalitów zrobić porządek, albo tak, albo tak. Nie będą nas dłużej nosić po pyskach jako złodziei mięsa. Od ich wesela do dziś wystarczy

    – powiedział Sojda.

    Cała trójka udała się pieszo w czterokilometrową podróż do rodzinnego domu. Kilkadziesiąt minut później "król Zrębina" wraz ze swoim szwagrem, 34-letnim Józefem Adasiem, zięciem, 28-letnim Stanisławem Kulpińskim oraz 30 innymi pasażerami ruszyli sprzed świątyni. Za nimi jechał drugi autobus, a na czele Fiat 125p prowadzony przez 27-letniego Jerzego Sochę, drugiego zięcia Sojdy. Jego pasażerkami były córki Jana. Większość pasażerów myślała, że jedzie po wódkę, jednak gdy samochód osobowy dogonił młode małżeństwo i chłopca, Socha dodał gazu i wjechał w idącego od zewnętrznej strony Mietka. Za nim z piskiem hamulców zatrzymały się autosany. Gdy przerażeni Łukaszkowie usiłowali pomóc rannemu, w ich stronę biegł już Sojda i Adaś. Mężczyźni zaczęli bić pięściami Staszka i okładać po głowie trzykilogramowym kluczem do odkręcania kół. Gdy skatowany osunął się na ziemię, mężczyźni zaczęli uderzać Krysię. Dziewczyna uciekła w pole, jednak oprawcy szybko ją dopadli.

    Wujku, nie zabijaj mnie, wujku... Zabrałeś mi męża i brata, zostaw chociaż mnie matce

    – błagała 18-latka.

    Oprawcy jednak nie mieli litości. Sojda trzymał ciężarną za włosy, a Adaś zadawał ciosy kluczem do kół, podczas gdy latarką przyświecał im 25-letni Henryk Witek.

    Całemu zajściu przez okna autobusu przyglądało się 30 świadków, większość nietrzeźwa. Niektórzy chcieli pomóc katowanym sąsiadom, jednak w drzwiach stał Kulpiński i groził, że jeżeli ktoś wysiądzie, to spotka go taki sam los.

    Gdy Krysia straciła przytomność, mężczyźni przyciągnęli ją do drogi.

    Sojda! Sojda! Co wy chcecie od mojej żony, od nas wszystkich

    – rozległ się w ciemnościach głos Staszka, który resztką sił usiłował stanąć na nogi. Wtedy Jan podszedł do niego i zadał jeszcze kilka uderzeń kluczem. Wskutek wgniecenia kości czaszki do mózgu mężczyzna zmarł. Wtedy Sojda zwrócił się do jęczącego z bólu Mietka. Wsiadł za kierownicę fiata i najechał na głowę chłopca. Przyczyną jego śmierci było rozległe złamanie kości ze zmiażdżeniem i stłuczeniem tkanki mózgowej.

    Przesiądźcie się wszyscy do drugiego autobusu

    – rozkazał przerażonym pasażerom wiejski lider, a ludzie posłusznie opuścili pojazd.

    Nieżyjących już mężczyzn i nieprzytomną dziewczynę wnieśli do środka i przewieźli półtora kilometra dalej. Sojda oświadczył, że trzeba upozorować wypadek samochodowy oraz gwałt. 120 metrów od zabudowań Zrębina ułożyli w rowie zwłoki, a w pewnej odległości od nich wciąż żywą Krystynę. Miejsce kierowcy pustego autobusu zajął Józef Adaś, który najechał na ciała Staszka i Miecia. Następnie cofnął auto wzdłuż dna rowu, najeżdżając tylnym kołem na dziewczynę, przez co doznała złamania kości miednicy. Śmierć Krystyny nastąpiła z powodu rozległego złamania kości czaszki i przerwania rdzenia kręgowego na wysokości czwartego kręgu szyjnego. Zwłoki ciężarnej obnażyli, zsuwając jej reformy (rodzaj damskich majtek z dłuższą nogawką i wysokim stanem) i podciągając palto do góry. Ciało ułożyli za pekaesem, który pozostawili na miejscu.

    Gdy Sojda wrócił do autobusu, oświadczył, że nikt nie może mówić na temat tego, czego byli świadkami, bo inaczej skończy jak "Kalitowe dzieci". Trzymał w ręku różaniec i kazał każdemu do siebie podejść, powtórzyć za nim słowa przysięgi milczenia i pocałować krzyżyk. Biorący udział w dziwnym rytuale mieli nakłuwane agrafką opuszki palców, by namalowanym kroplą krwi krzyżykiem na papierze potwierdzić pakt. W międzyczasie jeden z zięciów "króla Zrębina" przywiózł teczkę wypchaną pieniędzmi, które rozdawał przysięgającym.

    Po "ceremonii" każdy z obecnych musiał wymyślić sobie alibi. Socha zawiózł Henryka Witka do sąsiednich Łubic, by ten mógł zeznać, że na pasterce był w tamtejszym kościele. Gdy odjeżdżali, kierowca na prośbę teścia ponownie przejechał po Mietku Kalicie. Wielu ze świadków mordu wróciło do Połańca. Po zakończeniu mszy kierowca jednego z autobusów wszczął alarm, że został mu skradziony pojazd. Wierni wsiedli do drugiego i ruszyli w drogę powrotną do wsi. Po drodze zauważyli zaginiony autobus i wezwali milicję, która na miejscu zjawiła się około drugiej w nocy.

    . . .

    U ciebie wszystkie dzieci wybite

    – powiedział następnego ranka Wacławowi Kalicie zapłakany szwagier. Mężczyzna zemdlał.

    Cała wieś mówiła tylko o jednym, jednak nikt ze świadków zabójstwa nie chciał wyjawić prawdy o zdarzeniach minionej nocy.

    Jeszcze tego samego dnia na posterunku milicji pojawił się Sojda i zaproponował mundurowym łapówkę w wysokości 100 tys. zł (równowartość około dwuletnich przeciętnych zarobków, starczyłoby na Fiata 126p i jeszcze trochę zostało), by ci prowadzili dochodzenie w kierunku wypadku samochodowego, a nie morderstwa. Mieszkańcy Zrębina solidarnie milczeli, nie chcąc wyprowadzać z błędu mundurowych, którzy podejrzewali wypadek.

    Jednak niespodziewanie znalazł się jeszcze jeden obserwator całego zajścia – 14-letni Staś Strzępka, przyjaciel zamordowanego Miecia. Feralnej nocy chłopiec wracał pieszo z pasterki i widział jak sprawcy układają zwłoki na poboczu.

    Bandyto! Zabiłeś mi kolegę!

    – wykrzykiwał Staś przed domem Józefa Adasia dzień po morderstwie.

    Z obawy przed wykryciem Sojda chciał obłaskawić chłopca, zaczął zapraszać go do siebie, usiłując wpłynąć na jego wspomnienia z bożonarodzeniowej nocy. Częstował go amerykańskimi papierosami i dawał prezenty, a Sojdowa karmiła obiadami, poiła winem i obiecywała w przyszłości za żonę swoją jeszcze małą córkę. Kazali mu klęczeć przed obrazem Matki Boskiej i przyrzekać, że nic owej nocy nie widział, podyktowali też fałszywe zeznania, które chłopiec musiał wyrecytować, podczas gdy gospodarz nagrywał go na magnetofon. W końcu Sojda zaproponował Strzępkom 20 tys. zł, krowę i meble w zamian za milczenie ich syna. Ci jednak odmówili, mimo że byli najbiedniejszą rodziną we wsi. To rozwścieczyło Jana i jego sprzymierzeńców. Zaczęła się nagonka na rodzinę chłopca, groźby i nachodzenie.

    W śledztwie odnośnie do wydarzeń z nocy 25 grudnia zostały popełnione liczne błędy. Nie zabezpieczono miejsca zdarzenia, znalezionych przy autobusie przedmiotów takich jak pusta butelka po wódce, a sekcje zwłok zostały wykonane przez lekarza bez uprawnień. Medyk wprawdzie odbył szkolenie z przeprowadzania autopsji, ale nie przystąpił do egzaminu. Zwłoki zbadał bardzo pobieżnie i jak stwierdził po trzech latach, zastosował "uproszczoną technikę sekcyjną", która nie wykazała, że w wigilijną noc pod Zrębinem mogło dojść do czegoś więcej niż tylko do śmiertelnego wypadku drogowego. Przyznał też, że odstąpił od pewnych czynności na polecenie prokuratora, który nie chciał "zeszpecić zwłok".

    Tuż przed Nowym Rokiem na połanieckim cmentarzu odbył się pogrzeb ofiar, w którym uczestniczyło wielu świadków ich morderstwa. Jedną z trumien pomagał nieść nawet sam Jan Sojda.

    Dwa tygodnie po świętach Bożego Narodzenia został oddany do kasacji sprawny wciąż Autosan (zdjęcie), którym poruszali się sprawcy. Nie zabezpieczono w nim także śladów, które mogłyby pomóc w ustaleniu winowajców.

    Mordercy wraz ze swoimi rodzinami zastraszali całą wieś. Sojda rozdawał łapówki w zamian za milczenie i dyktował zeznania. Kalitowie dostawali anonimowe pogróżki, wypuszczono im w nocy krowy z obory, a najbliżsi krewni radzili:

    Wy dajta spokój, dzieci wam i tak już nikt nie wróci... Wy niepotrzebnie szukata zbrodniarzy, trzeba szukać tych, co na waszych dzieciach zrobili wypadek drogowy.

    Sprawcy wciąż naciskali na 14-letniego świadka i jego rodzinę. Sojda usiłował nawet wywieźć chłopca do wcześniej przekupionego psychiatry, aby stwierdził u niego ociężałość umysłową. Gdy i ten plan się nie powiódł, ktoś podpalił Strzępkom stodołę i regularnie wybijał w chałupie okna. W końcu Staszek zdecydował się zeznawać, dzięki czemu w lutym 1977 r. milicja zatrzymała Józefa Adasia pod zarzutem spowodowania wypadku drogowego. W międzyczasie sprawę tego dziwnego (jak cały czas sądzono) wypadku przejęła specjalna grupa milicjantów z komendy wojewódzkiej w Tarnobrzegu.

    Sojda z zięciami wciąż usiłowali trzymać wieś w ryzach. Zorganizowali spotkanie w sąsiedniej Wolnicy, gdzie przy ołtarzyku z Matką Boską Częstochowską i krucyfiksem, w blasku świec kazali zebranym ponownie składać przysięgę milczenia. Każdy dostał także od 2 do 10 tys. zł (średnia pensja wynosiła wtedy około 4 tys. zł) i medalik, po które kilka dni wcześniej sam morderca pojechał na Jasną Górę, gdzie modlił się o uniewinnienie.

    Nagonka na Strzępków zaostrzyła się do tego stopnia, że ojciec rodziny musiał czuwać nocami z siekierą. Ktoś regularnie wrzucał przez okno drobne monety, jakby symbol judaszowych srebrników. Równolegle do prokuratury dochodziły anonimowe groźby pod adresem rodziny Kalitów:

    Matka zginie tak, jak zginęły jej dzieci, to było upomnieniem dla nich wszystkich, dla całej rodziny. Proszę ją upomnieć i to jak najszybciej, bo nie doczekają obydwoje z mężem rozprawy sądowej. I nawet nie będą wiedzieć, jak ktokolwiek dostał. Proszę tę sprawę rozstrzygnąć jak najszybciej i proszę ją o to jak najszybciej upomnieć, bo będzie straszna tragedia.

    Nie wszystkich jednak we wsi udało się zastraszyć. Jeden z pasażerów autobusu, Leszek Brzdękiewicz, złożył zeznania obciążające sprawców, dzięki czemu wiosną 1977 r. milicja aresztowała Jana Sojdę, a latem obu jego zięciów. Sam świadek niestety nie doczekał procesu, ponieważ rok później w Wielkanoc pijany utopił się w pobliskiej rzeczce Czarnej. Mimo tego, że poziom wody sięgał do kostek, sprawa została uznana za wypadek i umorzona.

    Dostaliśmy informacje o osobach, które mogły pomóc Leszkowi utonąć. Jednak nie mieliśmy dowodów

    – mówił po latach jeden z milicjantów pracujących przy tej sprawie.

    Henryk Witek, który najpierw występował w charakterze świadka, pod koniec maja został aresztowany pod zarzutem pomocnictwa w morderstwie. Jako jedyny przyznał się do uczestnictwa w zbrodni, a podczas przesłuchania wyjaśniał, że bał się rodziny Jana Sojdy, dlatego nie stanął w obronie ofiar.

    Jakie jest porównanie między waszym strachem i waszą bojaźnią przed paru uderzeniami ze strony Sojdy i Adasia, a próbą uratowania życia kobiety w piątym miesiącu ciąży i dwóch mężczyzn?

    – zapytał prokurator.

    Mężczyzna nie odpowiedział. Prokuratura zarzuciła mu pomocnictwo w zabójstwie.

    . . .

    26 maja 1977 roku odbyły się ekshumacje zwłok ofiar. Wykazały one między innymi, że uszkodzenia głów Krystyny i Stanisława wyglądają dokładnie tak, jakby pochodziły od uderzeń zadanych podłużnym, twardym, tępym i ciężkim przedmiotem.

    W sierpniu odbyła się wizja lokalna, której przyglądali się wszyscy mieszkańcy Zrębina.

    Podczas śledztwa okazało się, że Sojda sporządzał listę ludzi do zabicia w związku ze sprawą śmierci Łukaszków i Mietka.

    Po aresztowaniu sprawców część świadków zaczęła opowiadać o zdarzeniach z nocy 25 grudnia 1976 roku. Wielu z nich w końcu odwołała zeznania, jednak dowody zebrane przez milicję pozwoliły, by rozprawa ruszyła 7 listopada 1978 r. w Sądzie Wojewódzkim w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu. Proces stał się bardzo medialny, a tak zwaną "sprawę połaniecką" śledziła cała Polska Rzeczpospolita Ludowa.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    Podczas pierwszej rozprawy Kulpińska przysięgała na swoje dzieci, że jej mąż jest niewinny. Żony oskarżonych do końca zarzekały się, że ten proces to kłamstwa i pomówienia. Z kolei siedzący na ławie oskarżonych Jan Sojda zwrócił się do Zdzisławy Kalitowej:

    A jak się będziesz czuć, Zdzisiu, gdy ja wyjdę z więzienia?

    Podczas procesu anonimowe groźby w kierunku krewnych zamordowanych oraz mieszkańców Zrębina nie ustawały. Rodzina oskarżonych wciąż usiłowała przekupywać świadków, a Kulpińscy chwalili się, że cała prokuratura i sąd zostali już przekupieni.

    Wy dajta spokój, dzieci wam nikt nie wróci, a żywych chłopów wpakujeta do więzienia

    – usiłowali przekonać krewni rodziców zamordowanych, którzy występowali w sprawie jako oskarżyciele posiłkowi.

    Przed sądem ludzie wciąż milczeli lub twierdzili, że nic nie pamiętają.

    . . .

    Sojda wielokrotnie usiłował wysyłać z więzienia grypsy do swojej żony, w których instruował co do zeznań i tego, komu na wsi zapłacić łapówkę, na które łącznie wydali od 200 do 400 tys. zł.

    Jeden z mieszkańców Zrębina, gdy któregoś dnia zaprzęgał konia, znalazł na furmance przyciśniętą kamieniem kartkę. Jej treść jednoznacznie sugerowała, że jeśli podzieli się z kimś swoimi wątpliwościami, jego obejście pójdzie z dymem. Kolejny gospodarz został nocą zaatakowany i poczuł na swojej krtani nóż. Usłyszał ostrzeżenie, żeby nic nikomu nie mówił. Inny rolnik w czasie prac polowych usłyszał od rodziny Sojdów, że będzie miał “łeb ucięty kosą”.

    Po pierwszej rozprawie ktoś podpalił groby Krysi, Staszka i Mietka. Świadek widział tylko zarys uciekającej kobiety. Ludzie we wsi byli przerażeni, szeptali między sobą: "Co będzie jak Sojdowie jednak wrócą?".

    Gdy Zdzisława Kalita spotkała w autobusie jedną z żon zatrzymanych mężczyzn, ta zaczęła krzyczeć:

    Przez Was nasze chłopy wsadzone, one wyjdą niedługo i gówno im narobita!

    Prowadzący sprawę prokurator postanowił chwilowo odpuścić rozpatrywanie winy oskarżonych i zajął się wykazywaniem kłamstw i mataczeń w zeznaniach świadków. Zaczęły się liczne aresztowania. Przerażeni wizją więzienia mieszkańcy Zrębina zaczęli zeznawać prawdę.

    . . .

    Po roku trwania procesu odbyła się druga wizja lokalna, której przyglądała się prawie cała wieś.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    10 dni wcześniej powiesił się ojciec Stasia Strzępka. Uzależniony od alkoholu mężczyzna nie wytrzymał wciąż trwających prześladowań i nagonek na jego rodzinę. Przez okna wciąż sypały się drobne monety, jego syn był obrzucany kamieniami i butelkami, a dwa tygodnie przed śmiercią ktoś znów wybił im szyby w chałupie.

    Ino Sojdowe chłopy wyjdą jakim swoim sposobem z więzienia, a my, matka, możemy pierwsze pójść z dymem. Jak ony wrócą, zarządzą wsią, to nas nikt nie zapyta, czy prawda nam kazała tak zeznawać, czy tak. Kto ze strachu będzie słuchał prawdy?

    – zamartwiał się przed swoją śmiercią mężczyzna.

    . . .

    Zanim w sprawie morderstwa młodego małżeństwa i 12-letniego chłopca zapadł ostateczny wyrok, aresztowano wiele osób za mataczenie i składanie fałszywych zeznań, odwoływanie ich czy utrudnianie przebiegu rozprawy. Z około 232 przesłuchanych świadków aż 38 odwoływało swoje zeznania, a 24 z nich aresztowano. Tylko trójka zdecydowała się opowiadać przed sądem. Ostatecznie 18 świadków spędziło w więzieniu od czterech do ośmiu lat. Jedna z sióstr Jana Sojdy także została skazana.

    Idź pan w cholerę

    – powiedziała do swojego obrońcy, opuszczając salę sądową po ogłoszeniu wyroku czterech lat pozbawienia wolności.

    Sąd 77 razy korzystał z prawa nakładania na świadków uchylających się od zeznań kar pieniężnych od 500 zł do 2 tys. zł, co w sumie wyniosło 51 tys. zł.

    Sąd dwoił się i troił, odbierał przysięgi, odczytywał zeznania ze śledztwa, pytał o przyczyny rozbieżności zeznań, a kiedy świadkowie bezczelnie odmawiali zeznania lub kręcili –- upominał, przywoływał do porządku, groził karami. Gdy i to nie odnosiło skutku, posypały się kary pieniężne i areszty. Siedziały nieraz całe rodziny.

    – pisał Bogusław Sygit w swojej książce "Kto zabija człowieka. Najgłośniejsze procesy kryminalne w powojennej Polsce".

    Jednak większość świadków do końca zachowała milczenie.

    Nie znalazłam żadnych informacji, czy jakąkolwiek odpowiedzialność ponieśli milicjanci i prokuratorzy za błędy popełnione w śledztwie.

    . . .

    Ostatni proces odbył się w 10 listopada 1979 r. Pod budynkiem Sądu w Sandomierzu kilkaset osób wykrzykiwało:

    Dawać ich tu, wystawimy szubienicę na ulicy!

    Jan Sojda w swoim ostatnim słowie prosił o powrót do domu by w najbliższą Wigilię móc podzielić się z rodziną opłatkiem. Józef Adaś odczytał swoją wcześniej przygotowaną mowę, w której zapewniał o swojej niewinności. Uznał, że nie zasługuje na żaden wyrok i prosi o uniewinnienie. Jerzy Socha, Stanisław Kulpiński i Henryk Witek także prosili o wydanie wyroku uniewinniającego.

    Sąd uznał wszystkich mężczyzn za winnych zarzucanych im czynów i skazał Sojdę, Adasia, Sochę i Kulpińskiego na mocy art. 148 § 1 kk. i art. 40 § 1 punkt 1 kk. na karę śmierci oraz pozbawienie praw publicznych na zawsze. Z kolei Witka na karę pięciu lat pozbawienia wolności i pozbawienie praw publicznych na siedem lat. Jego klasyfikację prawną czynu zmieniono z pomocy w zabójstwie na pomoc sprawcy przestępstwa.

    Przewodniczący kompletu orzekającego, sędzia Marek Mociąg, tak uzasadniał wyrok:

    Proces przeciw społeczeństwu wsi, więc nie tylko przeciw skazanym. W kraju na nieszczęście zdarza się kilkaset zabójstw rocznie. Ale jeszcze nie zdarzyło się, aby społeczność wiejska zanikiem sumienia, korupcją, przekupstwem, strachem, paraliżem woli utkała tak szczelną zasłonę milczenia wokół zbrodni. (...) Retoryczne pytanie: ile jest warte ludzkie życie? W okolicach Połańca nabiera ponurego wymiaru konkretnego – może być warte od pięciu do pięćdziesięciu tysięcy złotych łapówek. (...)

    Kara poprzez eliminację jest karą wyjątkową, stosowaną wobec ludzi, którzy okazują wyjątkowy ładunek okrucieństwa w pozbawianiu życia innych. Kara ta ma przypominać, że człowiek posiada tylko jedno życie i nikt nie ma prawa tego życia przerywać. Zwłaszcza jeśli jest to życie ludzi, którzy – jak Mieczysław, jak Krystyna z nienarodzonym dzieckiem w łonie, jak Stanisław – nie narazili się nikomu.

    Wyrok nie był prawomocny.

    Ludzie, zostańcie z Bogiem, odchodzimy i nie wiemy, kiedy wrócimy

    – powiedział Sojda, wychodząc z sali sądowej.

    . . .

    Na początku 1981 r. rozpoczął się proces kasacyjny.

    Według sądu rodzina oskarżonych zachowywała się agresywnie, dlatego została wyproszona z budynku i otrzymała zakaz pojawiania się tam.

    16 marca 1981 r. w Sądzie Najwyższym zapadł prawomocny wyrok. Sąd uznał wszystkich oskarżonych za winnych zarzucanych im czynów i utrzymał w mocy wyrok wobec Jana Sojdy, Józefa Adasia oraz Henryka Witka. Karę Jerzego Sochy zmienił na karę 25 lat pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Wyrok Stanisława Kurpińskiego został zmieniony na 15 lat pozbawienia wolności oraz sąd orzekł pozbawienie praw publicznych na 10 lat. W tamtym czasie w polskim prawie nie było kary dożywocia.

    Stanie nasza niewinność przed oczami!

    – krzyczała matka jednego ze skazanych do Zdzisławy Kality tuż po ogłoszeniu wyroku.

    . . .

    Dwa lata od dnia ogłoszenia wyroku Sojdzie posiwiały wąsy.

    Będę wisiał i się nie martwię

    – mówił wtedy.

    Niech się martwią te, co mnie powieszą. Sojda jest inny niż wszystkie ludzie. Dziś żyje, jutro może go nie być. Ci, co mnie osądzili, do końca swego życia nie przebadają mego charakteru. Niech się z tym gryzą, że mnie nie przebadali. Sojda zabierze do grobu całego Sojdę, z nikim się sobą nie podzieli.
    Ani on, ani Adaś, Socha, Kurpiński czy Witek nigdy nie przyznali się do winy i nie przeprosili poszkodowanych.

    Karę śmierci wobec 54-letniego wtedy Jana Sojdy i 40-letniego Józefa Adasia wykonano przez powieszenie 23 listopada 1982 r. w krakowskim Areszcie Śledczym przy ulicy Montelupich. Według jednego ze świadków egzekucji ostatnie słowa Sochy brzmiały: "Nie jestem winowaty, to śledcze winne za zrobienie tej szopki".

    Jerzy Socha w wieku 45 lat został warunkowo zwolniony z zakładu karnego po odsiedzeniu 14 lat i sześciu miesięcy, a Stanisław Kulpiński spędził w więzieniu 11 lat i sześć miesięcy. Wyszedł w wieku 41 lat.

    . . .

    My ciągle rozmawiamy na jeden tylko temat: najgorzej temu z nas obojga, które zostanie ostatnie. Kto poda kroplę wody?

    – mówiła Zdzisława Kalita w latach 80.

    Jej mąż Wacław zmarł w 1998 r. Na początku 2018 r. pani Kalitowa (zdjęcie z 2006 r.) wciąż żyła i mieszkała w tym samym domu w Zrębinie.

    W 2006 r. jeden z dziennikarzy chciał nawiązać kontakt ze Staszkiem Strzępkiem. Okazało się, że dorosły już mężczyzna ma poważny problem z alkoholem, rzadko bywa w swojej rozwalającej się chacie i ciężko jest się z nim porozumieć.

    W styczniu 2007 r. dziennikarze zagadnęli Henryka Witka, który powiedział:

    Jak Boga kocham, nie było mnie tam. Wciąż żyją ludzie, którzy mogą to potwierdzić. Bili mnie, to powiedziałem, co chcieli usłyszeć. Potem w sądzie odwołałem, ale nic to nie dało. Nie mam pojęcia, czy to było zabójstwo, czy wypadek. Mnie tam nie było.

    Rodzina Sojdy zapowiadała, że chce zgłosić sprawę do Trybunału w Strasburgu.

    Chodzę po wsi z podniesioną głową, bo ludzie wiedzą, że jestem niewinny. Wierzę, że cała prawda jeszcze ujrzy światło dzienne

    – mówił Stanisław Kulpiński (zdjęcie).

    klik <- krótki reportaż z grudnia 2014 r.

    W styczniu 2018 r. dziennikarze TVN-u udali się do Zrębina, gdzie okazało się, że nawet po 41 latach od zbrodni ludzie boją się o niej mówić. -> klik (pokazują dużo zdjęć z akt)

    Rodziny skazanych do tej pory uważają, że ich bliscy są niewinni.

    . . .

    Na podstawie tej zbrodni w 1988 r. powstał film "Zmowa" w reżyserii Janusza Petelskiego, warto zobaczyć (jest na CDA).

    • • •

    Jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć, bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was, a w przyszłości zacząć nagrywać podcasty na podstawie swoich tekstów, to zapraszam na mój Patronite. Działa już płatność kartą, PayPal i inne takie, tak że jakby ktoś jednak chciał zrezygnować z wypicia jednego piwka i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność – będę dozgonnie wdzięczna!

    Na patronite’owego bloga wrzuciłam dziś:

    • uzasadnienie wyroku Sądu Najwyższego
    • reakcja ojca na informację o śmierci jego dzieci, relacja z kostnicy i miejsca zdarzenia
    • tłumaczenia oskarżonych, ich wersja wydarzeń z 25 grudnia 1976 r.
    • reakcja rodziny Kalitów na wykonanie wyroków
    • Wigilie rodziny Kalitów po śmierci dzieci

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z książki "Nie oświadczam się" Wiesława Łuki, którą bardzo Wam polecam. Informacje z prasy, które zawarłam w swoim tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #sprawapolaniecka #zrebin #polaniec #karasmierci
    pokaż całość

    +: pepkodziobak, E........o +584 innych
  •  

    Chciałam napisać tekst o Eugeniuszu Mazurze, ale widzę, że program "Paragraf 148 – Kara śmierci" wyczerpał temat –> klik

    Mazur udzielił także wywiadu w "Cela nr" –> klik

    Polecam i biorę się za pisanie tekstu o kimś innym. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #polskiepato #kryminalne
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    • Część 2 •

    Latem 2011 r. Ewa związała się z Kazimierzem Ch.*, który zaopiekował się nią i córkami, które po jakimś czasie zaczęły nazywać go tatą. Szynszecki wciąż nachodził rodzinę i żądał spotkania z dziećmi. W 2012 r. Ewa i Kazimierz wynajęli razem mieszkanie, a kobieta zaszła w ciążę. Mimo to Mariusz wciąż nachodził parę średnio co dwa dni. Wydzwaniał do nich także, gdy już wzięli ślub.

    Gdy Lena poszła do szkoły, zaczęły się jej problemy w relacjach z rówieśnikami. Miała też symptomy nerwicowe, tiki nerwowe, bywała agresywna, a jej sprawność intelektualna była niższa niż u rówieśników. Mogło to świadczyć o zaniedbaniach we wczesnym dzieciństwie, choć widać było, że dziewczynka ma bardzo dobry kontakt z matką, jest też czysta i zadbana. Lena została przebadana w poradni psychologiczno-pedagogicznej, gdzie wkrótce trafiła także Amelia, która także zaczęła przejawiać trudności dydaktyczne i emocjonalne.

    Ze względu na trudności w utrzymaniu mieszkania, w październiku 2015 r. Ewa wraz z drugim mężem oraz trójką córek zamieszkali u Janiny G. Dziewczynki bardzo ufały swojej prababci, dlatego podczas jednej z rozmów zwierzyły jej się ze wspomnień z domu w Parszczycach. Ośmioletnia Lena mówiła o tym, jak ojciec dawał jej do picia alkohol podczas zakrapianych imprez z mężczyznami, którzy śmiali się z tego, co wcześniej robili jej mamie w piwnicy. Przyznała też, że na imprezach tych była obecna jej druga babcia, matka Szynszeckiego. Opowiadała, że ojciec kazał jej lizać jego genitalia, a 7siedmioletnia Amelia mówiła, że panowie robili mamie krzywdę i "miała majtki na dole". Zszokowana 80-latka kazała dziewczynkom usiąść przy stole i wszystko z siebie wyrzucić.

    Fragmenty ich wspomnień (całość udostępniłam na swoim Patronite):

    Lena: Tata kleił buzię i wiązał ręce i nogi. A ja razem z tatą Mariuszem robiłam krzywdę siostrze, bo krzyczała za mamą, dlatego moja siostra była obsikana i obsrana. Zaprowadzałam z tatą Mariuszem mamę do piwnicy. Uderzałam mamę w głowę. My z tatą Mariuszem chcieliśmy zabić mamę, aby była nowa czarna mama z braciszkiem. (...) Ja stałam w pokoju to tata Mariusz ściągał mi majtki i rajstopy, i wtedy dotykał mnie w miejscu gdzie robię siku, tym czym tata robi siku - fiut, fujara. (...) Z tym tatą się całowałam w łóżku. (...) W pokoju gdy jest ciemno całuję moją siostrę Amelię. Teraz już tak nie robię. Tylko rozmawiamy o szkole. Gdy mój tata Kazimierz mi zabronił rozwalać drzwi od szafki to powiedziałam, że go wyrżnę nożem, a kiedyś indziej, że go zabiję. (...) Kopałam mamę, gdy była w ciąży. Było nas wtedy dwie, to dlatego kopałam mamę po brzuchu, po to żeby kolejna siostra się nie urodziła.

    Amelia: Ten tata Mariusz robił mi dużo krzywdy, on mnie kleił buzię, wiązał ręce do tyłu i nogi. Jedzenie, okruchy od siostry Leny dawał ten zły tata. (...) Lena tacie Mariuszowi, to co ma między nogami, w spodniach, to się nazywa wiut. Siostra Lena mi to mówiła. Robiła to, żeby tacie zrobiło się dobrze. Lena, kiedy byłam związana to się ze mnie śmiała z tego, że leżałam na podłodze, zesrana i zesikana. Mama była zamknięta w piwnicy. Lena mówiła i pokazała, że mama jadła jak pies. Ja byłam mała. Jak była robiona krzywda, bałam się wtedy mówić. Ale teraz już się nie boję.
    Po rozmowie z prawnuczkami, Janina G. zapytała o wszystko Ewę. Ich matka rozpłakała się, była zszokowana tym, co jej były mąż robił córkom. Kobiety wspólnie uzgodniły, że dziewczynki nie mogą tego w sobie dłużej tłumić.

    . . .

    We wrześniu 2012 r. kochanka Mariusza Aneta A. przystała na jego propozycję i wraz ze swoim synem wprowadziła się do domu w Parszczycach. Podczas gdy A. wyjeżdżała rano do pracy, sześciolatek pozostawał pod opieką konkubenta matki. Mężczyzna krzyczał na chłopca z błahych powodów, wulgarnie wyzywał, bił otwartą ręką po głowie i pupie, co często tłumaczył później jako żarty. Zabrał chłopcu wszystkie oszczędności, nie pozwalał jeździć rowerem ani zapraszać kolegów.

    On ci na głowę nasra, to musi być bity!

    – uzasadniał Anecie A.

    Ponadto zmuszał chłopca, by kładł się z nim w łóżku, a sam rozbierał się do naga i przytulał do niego.

    Szynszecki znęcał się także nad swoją konkubiną – bił ją po głowie, gdy miała odmienne zdanie w jakiejkolwiek kwestii, zmuszał do seksu, gdy tego nie chciała, miał pretensje, że zbyt późno wraca z pracy, szarpał za włosy, gdy musiała rano wyjść i zabraniał zapraszać kogokolwiek do domu, nawet jej rodzinę.

    Dopiero w 2016 r. kobieta wraz z synem wyprowadziła się.

    . . .

    21 lutego 2016 r. o godzinie 6:05 Mariusz Szynszecki został zatrzymany w swoim domu w Parszczycach.

    Mężczyzna nie przyznał się do zarzucanych mu czynów, uznał, że Ewa kłamie, bo chce się na nim zemścić. Przyznał, że uderzył ją tylko raz w twarz z otwartej dłoni, gdy powiedziała mu, że nie jest ojcem Leny i Amelii. Stwierdził też, że ich małżeństwo byłoby udane, gdyby nie teściowa, która "non stop buntowała żonę". Nie przyznał się także do znęcania się nad Anitą A. i jej synem, a na zarzut molestowania Leny odpowiedział, że "nie mógłby z dzieckiem dwuletnim".

    Szynszecki został oskarżony również o znęcanie nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem. W grudniu 2015 r. wezwani na miejsce inspektorzy z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami zastali na jego podwórku przywiązanego sznurem do budy kundelka, który leżał na ziemi w konwulsjach. Pinio nie miał nawet obroży, a na szyi liczne otarcia i otwarte rany. Pies nie dostawał jedzenia, ani wody, a sierść miał sfilcowaną i oblepioną błotem. Zwierzę w stanie agonalnym zostało zawiezione do weterynarza i mimo prób ratowania, następnego dnia zmarło śmiercią głodową.

    Oskarżony początkowo przyznał się do zagłodzenia psa, jednak po jakimś czasie odwołał swoje tłumaczenia.

    Szynszecki został poddany badaniu sądowo-psychologicznemu, a jego poczytalność nie budziła żadnych wątpliwości. Biegli stwierdzili także, że jego intelekt mieści się w normie, jednak osobowość jest nieprawidłowa – ma obniżoną uczuciowość wyższą i niskie poczucie własnej wartości, przez co reaguje agresywnie lub impulsywnie na jakikolwiek wyrażony w stosunku do niego sprzeciw czy krytykę. Swoje nieszczęścia, porażki i problemy przypisuje innym, nie biorąc za nie żadnej odpowiedzialności.

    . . .

    Proces rozpoczął się w grudniu 2016 r.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    Tym razem sąd nie dał wiary zeznaniom rodziny oskarżonego i uznał, że usiłują ukryć wiedzę jaką posiadają "na temat zachowania oskarżonego wobec żony, dzieci, a następnie wobec" Anity A. i jej syna. "Wynika to z faktu, że jest to środowisko patologiczne, pozbawione prawidłowych wzorów. Wielodzietna rodzina brata oskarżonego objęta była nadzorem kuratora. Matka Mariusza Szynszeckiego również znana jest w środowisku lokalnym, jako osoba uzależniona od alkoholu".

    Wyrok zapadł 13 czerwca 2017 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał Mariusza Szynszeckiego za winnego wszystkich zarzucanych mu czynów oraz skazał:

    • za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem (art. 207 § 1 i 2 kk) nad Ewą, Leną i Amelią oraz pozbawienie Ewy wolności na okres dwóch lat, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem (art. 189 § 2 i 3 kk), na karę 14 lat pozbawienia wolności, 10 lat zakazu zbliżania się do pokrzywdzonych na odległość mniejszą niż 200 m., obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu, 6 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie w łącznej kwocie 60 tys. zł;

    • za wielokrotne zgwałcenie Ewy ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 § 4 kk), na karę 12 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzoną, 6 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł;

    • za wykorzystywanie seksualne córki (art. 199 § 2 kk, art. 200 § 1 i 4 kk, art. 201 kk), na karę 10 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 200 m., obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu oraz na zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł;

    • za znęcanie się (art. 207 § 1 kk)) nad Anitą A. oraz jej synem, na karę 3 lat i 6 mies. pozbawienia wolności, 6 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi oraz zadośćuczynienie w łącznej kwocie 10 tys. zł;

    • za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad psem Piniem przez co doprowadził do śmierci zwierzęcia (art. 35 ust. 1 i 2 Ust. z 21.08.1997 o ochr. zwierząt Dz.U. Nr 111 poz. 724, art. 35 ust. 3a Ust. z 21.08.1997 o och.zwierz. Dz.U.2003.106.1002, art. 35 ust. 4 Ust. z 21.08.1997 o ochr. zwierząt Dz.U. Nr 111 poz. 724), na karę 2 lat i 6 mies. pozbawienia wolności, 6 lat zakazu posiadania zwierząt oraz 3 tys. zł nawiązki na rzecz Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt "Animals".

    Orzeczona kara łączna za ww. to 25 lat pozbawienia wolności z możliwością ubiegania się o zwolnienie warunkowe po odbyciu co najmniej trzech czwartych kary, a także 15 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi i zbliżania na odległość mniejszą niż 200 m, obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

    (klik)

    Sąd zdaje sobie sprawę, że to kara o charakterze eliminacyjnym

    – powiedziała w uzasadnieniu wyroku sędzia Marta Urbańska.

    W grudniu 2017 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku utrzymał wyrok w mocy.

    W osobnym śledztwie Prokuratura Rejonowa w Gdyni ustalała personalia mężczyzn, którzy razem z Szynszeckim gwałcili uwięzioną kobietę. W grudniu 2018 r. media poinformowały, że zatrzymani zostali dwaj bracia skazanego – Andrzej i Marian Sz. oraz ich kuzyn Tadeusz B. (zdjęcie). Prokuratura postawiła im zarzut wielokrotnego zgwałcenia Ewy między styczniem 2009 r., a grudniem 2010 r. Żaden z nich nie przyznał się do popełnienia zarzuconych im czynów. Wszystkim trzem mężczyznom grozi od 3 do 15 lat pozbawienia wolności. (klik)

    Bracia Sz. trafili do policyjnego aresztu, a B. oczekuje na wyrok na wolności i nawet rozmawiał z dziennikarzami – klik.

    . . .

    *te imiona wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć bym mogła pozwolić sobie na to, by poświęcić więcej czasu na pisanie dla Was, a w przyszłości zacząć nagrywać podcasty na podstawie swoich tekstów, to zapraszam na mojego Patronite. Działa już płatność kartą, PayPal i inne takie, tak że jakby ktoś jednak chciał zrezygnować z wypicia jednego piwka i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność – będę dozgonnie wdzięczna!

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku oraz jego uzasadnienia (111 stron skanów!), który dostałam od Sądu Okręgowego w Gdańsku oraz wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #rejestrzboczencow #polskiepato #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #puck #parszczyce #gdansk #kaszuby #joseffritzl #gwalt #zgwalcenie
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    •  

      • za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem (art. 207 § 1 i 2 kk) nad Ewą, Leną i Amelią oraz pozbawienie Ewy wolności na okres dwóch lat, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem (art. 189 § 2 i 3 kk), na karę 14 lat pozbawienia wolności, 10 lat zakazu zbliżania się do pokrzywdzonych na odległość mniejszą niż 200 m., obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu, 6 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie w łącznej kwocie 60 tys. zł;

      • za wielokrotne zgwałcenie Ewy ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 § 4 kk), na karę 12 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzoną, 6 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł;

      • za wykorzystywanie seksualne córki (art. 199 § 2 kk, art. 200 § 1 i 4 kk, art. 201 kk), na karę 10 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 200 m., obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu oraz na zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł;

      • za znęcanie się (art. 207 § 1 kk)) nad Anitą A. oraz jej synem, na karę 3 lat i 6 mies. pozbawienia wolności, 6 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi oraz zadośćuczynienie w łącznej kwocie 10 tys. zł;

      • za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad psem Piniem przez co doprowadził do śmierci zwierzęcia (art. 35 ust. 1 i 2 Ust. z 21.08.1997 o ochr. zwierząt Dz.U. Nr 111 poz. 724, art. 35 ust. 3a Ust. z 21.08.1997 o och.zwierz. Dz.U.2003.106.1002, art. 35 ust. 4 Ust. z 21.08.1997 o ochr. zwierząt Dz.U. Nr 111 poz. 724), na karę 2 lat i 6 mies. pozbawienia wolności, 6 lat zakazu posiadania zwierząt oraz 3 tys. zł nawiązki na rzecz Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt "Animals".

      Orzeczona kara łączna za ww. to 25 lat pozbawienia wolności

      @kvoka: Kara łączna to jest kpina. Wynika z tego, że uzbierał 25 lat za pkt 1 i za prawie cały pkt 2 a reszta już była na promocji - w gratisie. Jeżeli zrobiłby jeszcze parę rozbojów czy kradzieży to zapewne też by się złapał na tą samą promocję i kara łączna byłaby taka sama...

      (wiem, że to wszystko uproszczenia ale zawsze się gotuję jak widzę te kary łączne...)
      pokaż całość

      +: balatka
    •  

      UAKTUALNIONY TEKST MOŻECIE PRZECZYTAĆ NA MOIM BLOGU PolskiePato.pl. A dokładnie to tutaj.

      +: balatka
    • więcej komentarzy (92)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Do dzisiejszego postu podpinam także mój drugi tag #polskiepato, ponieważ o gorszej patologii jeszcze nie słyszałam. Ostrzegam, że poniższy tekst o tak zwanym polskim Fritzlu może nie nadawać się dla osób o słabych nerwach.

    Historię musiałam podzielić na dwa posty, ponieważ wpis jest zbyt długi jak na wykopowe normy.

    • • •

    • Część 1 •

    MARIUSZ SZYNSZECKI, rocznik '69

    Mariusz był czwartym i ostatnim dzieckiem państwa Sz. i "ukochanym synkiem mamusi". Grażyna Sz.* od lat miała poważny problem z alkoholem, który spożywała nawet w ciąży. Z kolei ojciec, zanim zginął w wypadku samochodowym w 2015 r., stronił od procentów i zajmował się gospodarstwem. Gdy dzieci były już dorosłe, po drugiej stronie podwórza postawił budynek (zdjęcie) w surowym stanie, do którego od razu wprowadził się najmłodszy syn. Nie było tam bieżącej wody, ogrzewania ani kanalizacji. Trzeba było korzystać ze studni i wychodka na podwórku, a do ogrzewania służyła ustawiona w jednym z pomieszczeń westfalka (w komentarzu dodałam skan opisu panujących w domu warunków).

    W rodzinnym domu pozostali rodzice, trzej synowie wraz z żonami oraz jedenaścioro wnucząt. "Na swoim" Mariusz stale urządzał popijawy z kolegami, braćmi i matką. Mimo wszystko, zdaniem mieszkańców Parszczyc (woj. pomorskie) był spokojną osobą. Edukację zakończył już po szkole podstawowej, pracował dorywczo fizycznie. Wiosną 2005 r. zatrudnił się na budowie w jednej z miejscowości na Półwyspie Helskim, gdzie poznał młodszą od siebie o 12 lat Ewę*. Wówczas 24-latka sprzedawała w sklepie, w którym Mariusz robił zakupy. Był zawsze miły i szarmancki, w końcu ich wspólne rozmowy przeniosły się poza miejsce pracy kobiety. Sam na sam mężczyzna był romantyczny, opiekuńczy i zawsze nienagannie ubrany, co imponowało dziewczynie i już w listopadzie tego samego roku para zaczęła rozmawiać o ślubie i wspólnym zamieszkaniu. Ewa zapoznała ukochanego ze swoimi rodzicami, a pod koniec roku wprowadziła się do jego domu na kaszubskiej wsi. Złe warunki mieszkalne miały być chwilowe, Mariusz obiecał, że do lata budynek będzie wykończony. Nigdy jednak tak się nie stało.

    W styczniu 2006 r. Ewę odwiedziła matka Bożena K.* oraz dwaj bracia. Mariusz zapewniał ich o wielkim uczuciu do konkubiny i częstował herbatą drżących z zimna gości. Jednak gdy teściowa zapytała, czy może poznać jego mieszkającą obok rodzinę, kategorycznie odmówił i odrzekł, że jeżeli ma z tym problem, to może już wracać do siebie.

    1 marca para wzięła ślub cywilny, o którym rodzice Ewy dowiedzieli się dopiero po fakcie, ponieważ Mariusz nie życzył sobie ich obecności. Świeżo upieczona pani Szynszecka poprosiła matkę, która z życiowego wyboru córki nie była zadowolona, by od tej pory zawsze zapowiadała swoje odwiedziny. Po ślubie Ewa zrezygnowała z pracy w sklepie, ponieważ z nowego miejsca zamieszkania trudno było jej tam dojeżdżać.

    Po zaślubinach zachowanie Szynszeckiego radykalnie się zmieniło. Pierwszy raz żonę uderzył już po tygodniu.

    Bo chciałam jechać do matki. Gdy ochłonął, przeprosił i zapewnił, że to ostatni raz. Ale to nigdy nie był ostatni raz

    – opowiadała po latach.

    Mężczyzna zaczął krzyczeć na kobietę z byle powodu, wyzywać od "kurew" i "szmat" oraz nadużywać alkoholu, na który wydawał większość zarobionych pieniędzy. Bił ręką po głowie, bo – jak tłumaczył – wtedy nie ma śladów. Ewie nie pozwalał wychodzić na podwórko, awanturował się, gdy choć chwilę spóźniła się z odgrzaniem obiadu, przygotowaniem kawy, czy gdy chciała zadzwonić do matki. Mariusz rzadko pracował, a większość czasu spędzał na zakrapianych libacjach z rodziną. Gdy w kwietniu Ewa zaszła w ciążę, ucieszył się, jednak nie przestał znęcać się nad nią psychicznie i fizycznie.

    Pod koniec ciąży Ewa trafiła na dwa tygodnie do szpitala, jednak małżonek nie odwiedził jej ani razu. W grudniu 2006 r. na świat przyszła ich pierwsza córka Lena*. Gdy Mariusz po raz pierwszy zobaczył dziewczynkę i jej ciemne włoski, uznał, że nie jest jego dzieckiem i wściekły zaczął Ewę okładać rękami po głowie. Chociaż początkowo starał się jej pomagać w nowych obowiązkach, to bardzo szybko z tego zrezygnował. Gdy żona była jeszcze w połogu zaczął siłą wymuszać na niej odbywanie bolesnych stosunków, krzycząc, że jest to jej małżeńskim obowiązkiem.

    Podczas odwiedzin matki, Ewa w końcu zwierzyła się z tego opowiedziała o problemach z mężem. Poprosiła jednak o dyskrecję, licząc na to, że po narodzinach dziecka mężczyzna się zmieni. Zmartwiona kobieta przystała na prośbę córki i ponownie odwiedziła ją dopiero przed świętami Bożego Narodzenia, a następnie w styczniu 2007 r., gdy odbył się ślub kościelny pary. Bożena K. pomogła młodym w przygotowaniu przyjęcia, jednak dzień po weselu wciąż nietrzeźwy Mariusz odprawił teściową z domu, a Ewa poprosiła, żeby mu się nie sprzeciwiać. Mimo tego kobieta ponownie przyjechała na Kaszuby w marcu i zauważyła u córki podbite oko. Nie chciała uwierzyć zapewnieniom pary, że to od przypadkowego uderzenia w szafę. Prosiła Ewę o powrót z nią do rodzinnego domu, ta jednak nie chciała się na to zgodzić.

    W domu Szynszeckich dochodziło do coraz brutalniejszych aktów agresji. Mariusz stopniowo przyzwyczajał Ewę do przemocy, czemu słaba psychicznie kobieta ulegała. Mimo ciągłych zapewnień męża, że i tak nikt nie uwierzy w jej krzywdę, kobieta w końcu odważyła się zadzwonić do matki. Bożena K. przyjechała do Parszczyc zabrać córkę od męża tyrana, ten jednak kategorycznie sprzeciwił się temu, by wzięły ze sobą niespełna półroczną Lenę. Przystał na to dopiero, gdy pod dom przyjechała wezwana przez jego żonę policja. Ewa wraz z dzieckiem zamieszkała z rodzicami, jednak po wielu telefonach męża, błaganiach i obietnicach poprawy, wróciła. Po powrocie tylko pierwsza noc była spokojna, następnego dnia wyzwiska i przemoc znów były na porządku dziennym. Wtedy też Ewa zorientowała się, że ponownie jest w ciąży, jednak tym razem małżonek nie był z tego faktu zadowolony. Wszczął awanturę i z wrzaskiem zarzucił żonie, że to dziecko nie jest jego, tylko jego brata. Od tego czasu agresja Szynszeckiego nasiliła się. Pił, znęcał się nad i wymieniał wszystkich znanych sobie mężczyzn jako potencjalnych sprawców jej ciąży. Bita kobieta pokazała siniaki i rany teściowej, ta jednak zlekceważyła je i uznała, że to tylko chwilowe zachowania i jej syn na pewno się uspokoi.

    Gdy Ewa chciała pojechać z małą Leną do swojej babci Janiny G.*, by ta mogła zobaczyć prawnuczkę, rozwścieczony Mariusz zaczął okładać żonę dłońmi po głowie i kopać po nogach, twierdząc, że należy jej się to za to, że chciała sama opuścić mieszkanie i decydować za swoją rodzinę. Następnego dnia udawał, że nic się nie stało i kazał zjawić się na umówionej wizycie, by nie wzbudzić podejrzeń krewnych Ewy.

    Zachowanie Mariusza nie zmieniło się, nawet gdy kobieta była już w zaawansowanej ciąży. Bił ją po całym ciele, uderzał jej głową o ścianę, a mimo próśb, by oszczędził brzuch i nienarodzone dziecko, które nie było niczemu winne. Prosiła, by uderzał ją tylko w plecy i osłaniała się, jak mogła, jednak ten odpowiadał, że nie będzie nim dyrygować i będzie bił gdzie tylko chce. Kobieta bała się zwierzać matce, która coraz częściej bywała w Parszczycach, mimo ciągłego sprzeciwu zięcia.

    W styczniu 2008 r. na świat przyszła druga córka, Amelia*. Gdy Ewa wraz z noworodkiem wróciła ze szpitala, jej starszą córką zajmowała się teściowa, ponieważ Mariusz uznał, że skoro nie chciał drugiego dziecka, to jego żona musi radzić sobie sama. Niedługo po jej powrocie do domu mężczyzna uderzył ją w napęczniałe od mleka piersi, ponieważ był przeciwny temu, by karmiła nimi córkę. Kobieta z opuchniętym biustem musiała udać się do lekarza, któremu skłamała o prawdziwej przyczynie bólu. W późniejszym czasie mężczyzna zaczął coraz rzadziej bywać w domu i większość czasu spędzał na rodzinnych libacjach u w budynku obok. Gdy wracał do domu, wszczynał awantury i zabraniał żonie uczyć dziewczynki samodzielności, jedzenia łyżką czy korzystania z zabawek.

    Gdy Amelia miała pół roku, Ewa podjęła ponowną próbę ucieczki. Razem z córkami wyjechała do matki, jednak po jakimś czasie znów uwierzyła w zapewnienia o zmianie i wróciła do męża. Sytuacja wcale się nie poprawiła.

    Po pierwszych urodzinach młodszej z córek Mariusz oświadczył Ewie, że jest mu potrzebna tylko do pilnowania dzieci –na czas swoich nieobecności w domu zaczął zamykać ją na klucz. Sam robił zakupy, nakazywał żonie przygotowywać posiłki, których nie pozwalał jej spożywać, za to miała siedzieć i patrzeć, jak on to robi. Ciągle z niej szydził, wyzywał i bił. Pewnego dnia przeciągnął ją za włosy po podłodze, aż uderzyła się w głowę i straciła przytomność. Ocknęła się zamknięta w podziemiach domu.

    To jest twoje miejsce i to ci się należy

    – oświadczył, gdy w końcu pojawił się w zatęchłej piwniczce. Mężczyzna wykręcił w pomieszczeniu żarówkę, a oprócz ciemności kobieta musiała znosić także brud i szczury. Piwnica nie była ogrzewana, a jesienią i zimą Ewa przykrywała się starymi kurtkami, by nie zamarznąć. Nie mogła wychodzić nawet do toalety, a swoje potrzeby załatwiała w kącie. Oprawca nie pozwalał jej także się myć ani zmieniać ubrań, nawet podczas okresu. Gdy krew menstruacyjna kleiła się do jej ciała, pozwolił jej jedynie założyć czyste majtki, musiała jednak pozostać w zesztywniałych od czerwonej cieczy spodniach. Czasami schodził do piwnicy i tam ją gwałcił.

    Mariusz nie uznawał młodszej z córek, dlatego do snu zamykał ją w jednym z nieogrzewanych pokoi. Gdy płakała, zaklejał jej usta taśmą, związywał kończyny i unieruchomioną zostawiał, by tak leżała godzinami w mokrych od moczu i brudnych od kału ubraniach. Obu dziewczynek nie mył, nie przebierał ani nie wypuszczał z domu. Lena mogła jeść normalne posiłki, Amelia dostawała tylko suchy chleb lub okruchy z talerza starszej siostry. Z Leną spał w jedynym ogrzewanym pokoju. Dziewczynka miała ponad dwa latka, gdy zaczął ją obmacywać i dotykać penisem jej krocza. Masturbował się przy niej, nakazywał, by lizała i całowała jego członka, doprowadzając do wytrysku do metalowej miski, w której następnie przygotowywał “posiłki” dla Ewy. Do nasienia dorzucali chleb, zalewali wrzątkiem i raz dziennie, wieczorami zanosili do piwnicy. Gdy po latach kobieta dowiedziała się, co było składnikiem jej kolacji, zwymiotowała.

    Kobieta usiłowała wydostać się z zamknięcia, wybijając szybę w oknie, przez które jednak nie mogła się przecisnąć. Gdy jej oprawca zobaczył potłuczone szkło, związał jej ręce, tłumacząc obecnej przy tym córce:

    Trudno, zwiążemy ją, trzeba, bo tu będzie nam biła szyby.

    Od tej pory kobieta była zmuszona do spożywania posiłków w pozycji klęczącej, ze skrępowanymi na plecach dłońmi. Wieczorami, gdy mąż z córką stawiali jej miskę na środku piwnicznego pomieszczenia, Ewa klękała i pochylała się nad naczyniem.

    Mama je jak piesek

    – mówiła dziewczynka.

    Odtąd związana kobieta musiała załatwiać swoje potrzeby w spodnie, ponieważ nie była już w stanie ich samodzielnie zdjąć.

    Mariusz wypuszczał Ewę na górę tylko wtedy, gdy miała przyjechać do nich Bożena K. albo opieka społeczna, gdy trzeba było przypilnować dziewczynek pod jego nieobecność, przygotować mu posiłek czy pojechać załatwić sprawy w urzędzie. Pozwalał jej się wtedy umyć w zimnej wodzie, przebrać i zająć się dziewczynkami – rozwiązać Amelię, obmyć z fekaliów, przebrać i nakarmić.

    Podczas wizyt członków rodziny Ewa miała zachowywać się, jakby nic się nie stało i pod groźbą śmierci nie opowiadać nikomu o tym, co dzieje się, gdy goście opuszczają dom Szynszeckich. Mariusz nie wychodził z pomieszczenia, w którym przebywała i pilnował, by nie jadła. Sam podczas takich odwiedzin zachowywał się jak przykładny mąż i ojciec.

    Matkę Ewy bardzo martwiła bieda w domu córki, dlatego gdy odwiedzała ją raz lub dwa w miesiącu, zawsze przywoziła jedzenie i zabawki – jednak gdy tylko odjeżdżała, Mariusz palił w piecu prezenty dla dzieci, a jedzenie zabierała do siebie jego matka.

    Teściowa przychodziła do piwnicy, zostawiała tarkę oraz suchy chleb i kazała mi trzeć. Śmiała się, że nie dostanę nic do jedzenia

    – opowiadała później Ewa.

    Początkowo kobieta usiłowała podjadać, gdy tylko znajdowała się na górze, jednak z czasem Mariusz nauczył starszą z córek, by donosiła na matkę, gdy tylko zauważy, że ta próbuje coś jeść. Przyłapana, była za każdym razem dotkliwie bita, dlatego z czasem zrezygnowała z prób zjedzenia czegoś poza swoją wieczorną porcją chleba z wodą i spermą. Szynszecki kazał także Lenie bić matkę drewnianym kijem po głowie. Pokazywał dziewczynce, jak ma ją kopać i poniżać, tłumacząc, że trzeba tak robić. Ewa wiedziała, że córka nie miała pojęcia, że źle robi, toteż bez najmniejszej pretensji znosiła zadawany przez nią ból.

    Po pewnym czasie od uwięzienia, gdy za oknem robiło się już ciemno, Mariusz schodził z Leną do piwnicy, zakładali Ewie na głowę stary, śmierdzący worek po ziemniakach i związaną kładli na podłodze. Wtedy zza kotary wychodzili po kolei mężczyźni i ją gwałcili. Na początku wierzgała i krzyczała, jednak po kilku pobiciach zrezygnowała z prób obrony. Świadkiem wszystkiego była trzyletnia już dziewczynka. Szynszecki zapraszał kolegów także podczas menstruacji Ewy, a za każdy stosunek inkasował po 20 zł, za co kupował alkohol, którym częstował także starszą z córek.

    Bywały dni, że Mariusz pozwalał Ewie wyjść na chwilę na podwórze, gdzie jadła z psiej miski. Na dłużej mogła opuszczać piwnicę dopiero latem 2009 r., gdy mąż wysłał ją do pracy przy zbiorze borówek amerykańskich. Wszystkie zarobione pieniądze zabierał i pilnował, by zastraszona kobieta nie powiedziała nikomu o swojej sytuacji. W 2010 r. pracowała także w sklepie w pobliskiej miejscowości. Tam udawało jej się podjadać, robiąc zakupy "na zeszyt". Mąż dopatrywał, by żona wracała do domu na czas, dręczył ją telefonami i odbierał rowerem. Po powrocie z pracy zawsze musiała wracać do piwnicy.

    Ewa wiele razy chciała popełnić samobójstwo, jednak myśl o dzieciach podtrzymywała ją przy życiu. W szczególności troska o młodszą z córek, której Szynszecki szczerze nienawidził.

    Po jakimś czasie, Mariusz związał się z dawną znajomą swojej matki, a zarazem byłą partnerką jednego z jego braci. Powiedział córkom, że Aneta A.* to ich nowa mama, a jej syn jest ich bratem. Lena i Amelia nazywały nową partnerkę ojca "czarną mamą".

    . . .

    Na początku grudnia 2010 r. Ewie udało się porozmawiać na osobności z pracownicą opieki społecznej, której zwierzyła się, że mąż ją bije i nadużywa alkoholu. Urzędniczka, mimo że widziała, że kobieta jest wychudzona i znerwicowana, poradziła jej jedynie zgłosić sprawę na policję i założyć mężowi "niebieską kartę".

    28 grudnia Ewa musiała zjawić się w Urzędzie Pracy, dokąd zwykle woził ją bratanek Szynszeckiego. Tego dnia jednak nie mógł, dlatego mąż pozwolił jej zadzwonić do matki i poprosić o podwiezienie. Mężczyzna wiedział, że to jedyne wyjście, by nie stracić zasiłku.

    Ewa nie mogła już ustać na nogach, wiedziała, że jeżeli nie ucieknie, to umrze. Zadzwoniła do matki i poprosiła, zanosząc się płaczem:

    Przyjedź po mnie już dziś, jeżeli mnie kochasz.

    Gdy Bożena K. wraz synem dojechali na miejsce, Ewa była bardzo słaba, brudna, a w spodniach miała kał. Oznajmiła Mariuszowi, że wyjeżdża do rodziców na kilka dni i zabiera dziewczynki, by mogły zobaczyć dziadka. Mąż jednak kategorycznie się nie zgodził i wszczął awanturę. Kobieta zabrała dzieci w samych kapciach i uciekła do samochodu. Szynszecki zaczął dobijać się do drzwi, rzucał się na maskę i groził wszystkim śmiercią. Gdy rodzinie udało się odjechać, ten ruszył ich śladem. Na miejscu walił pięścią w drzwi mieszkania, dopóki nie została wezwana policja.

    Gdy awantura ucichła, Ewa wyznała rodzinie, że mąż się nad nią znęcał, jednak nie chciała opowiadać szczegółów. Brat bezzwłocznie zawiózł ją do szpitala na obdukcję, następnie na policję. Jednak ze strachu kobieta nie wyznała całej prawdy, pomijając m.in. wątek o zbiorowych gwałtach.

    Szynszecki nie przyznał się do winy. Jego matka zeznała, że małżeństwo syna było normalne, nie zauważyła nic niepokojącego. Stwierdziła, że nigdy nie była świadkiem, by groził synowej lub ją bił. Widywała się z nimi prawie codziennie i jej zdaniem syn rzadko się upijał.

    Mieszkający z nią dorosły już wnuk potwierdził te zeznania.

    Kłamie!

    – komentowała później Ewa.

    Dzień przed ucieczką dzwoniłam do niego, żeby uspokoił swojego wujka. Nie zasmakował mu obiad. Roztrzaskał talerz o podłogę, wyprosił dzieci do drugiego pokoju, szarpnął mnie za włosy i walił głową o ścianę. Po kilku minutach wyszedł i pojechał do sklepu po wódkę. Wtedy wzięłam telefon, który zostawił na łóżku i zadzwoniłam do bratanka, który mieszkał naprzeciwko.

    Reszta rodziny Szynszeckiego także uznała, że nie widzieli w ich małżeństwie niczego podejrzanego.

    Kilka dni po ucieczce dziewczynki w zabawie zaczęły przejawiać dziwne zachowania – Lena ściągała Amelii rajstopy, mówiąc, że chce zrobić jej to samo, co tata. Starsza z sióstr opowiadała także, że "lizała tacie między nogami", a ten wkładał jej "coś różowego". Pokazywała, gdzie mężczyzna ją dotykał, mówiła, że było to bolesne i że porównywał wielkość ich biustów. Były zlęknione, moczyły się w nocy, a na widok taśmy klejącej wpadały w histerię. Wciąż nękana telefonami i groźbami Ewa postanowiła nie zgłaszać nigdzie swoich podejrzeń. Dzięki wsparciu bliskich i pomocy społecznej wniosła pozew o alimenty oraz rozwód, który zakończył się pozbawieniem Szynszeckiego władzy rodzicielskiej.

    Przez długi czas po uwolnieniu Ewa bała się wyjść z domu, a nawet zasypiać. Do snu kładła się wyłącznie na podłodze. Na śniadanie wystarczało jej ćwierć kromki chleba, a większe ilości pokarmu wymiotowała. Była chorobliwie chuda, znerwicowana, miała obgryzione paznokcie i tiki nerwowe. Jednak już w styczniu 2011 r. udało jej się znaleźć pracę, zaczęła uczęszczać także do psychologa. Lekarz stwierdził u niej nerwicę depresyjną oraz cechy osobowości bierno-zależnej. Przejawiała również symptomy charakterystyczne dla zespołu stresu pourazowego. Obie dziewczynki również zostały przebadane psychiatrycznie, a wiele z ich zachowań mogło świadczyć o molestowaniu – czteroletnia Lena odgrywała w zabawie w stosunku do siostry zachowania przemocowe i seksualne, a Amelia dotykała lalki w okolicach krocza.

    Śledztwo nadzorowała Prokuratura Rejonowa w Pucku. 30 maja 2011 r. asesor (osoba dopiero uczącą się zawodu prokuratora) Małgorzata Koprowska umorzyła postępowanie, a jej decyzję zaakceptowali zwierzchnicy. W uzasadnieniu stwierdziła, że występują dwie sprzeczne wersje, a do zeznań Leny, ze względu na jej wiek, podchodzi z dużą ostrożnością. Ewa odwołała się od wyroku. Śledztwo kontynuował Bartłomiej Konkel, zastępca prokuratora rejonowego w Pucku, który 30 listopada ponownie umorzył śledztwo. Jego zdaniem słowa Ewy "nie znajdują odzwierciedlenia w zeznaniach teściowej, siostrzeńca męża, najbliższego sąsiada i pracownicy socjalnej”, a "zebrany materiał dowodowy nie potwierdza wersji zdarzeń, nie licząc zeznań matki oraz brata, którzy ich treść oparli na relacji zasłyszanej od pozywającej”.

    W grudniu Ewa napisała drugie zażalenie:

    W tej okropnej, ciemnej piwnicy zamykał mnie na kłódkę. W nocy otwierał, związywał ręce, nogi i wtedy gwałcił. Po wszystkim bił mnie po głowie. Przez ten czas moja mama mogła przyjeżdżać tylko na telefon. Przywoziła ciasta i słodycze, a ja z tego nie mogłam nic jeść, bo mąż mi zabraniał. Nawet spałam w tej piwnicy związana i czekałam, aż mnie rano rozwiąże. Wtedy wychodziłam, robiłam dzieciom śniadanie i obiad, którego nie mogłam zjeść. Z głodu byłam zmuszona jeść z wiaderka naszego psa Pinia. Były dni, że musiałam spać w lesie (...) Zawsze brakowało pieniędzy na jedzenie i środki czystości. Dzięki temu, że przez trzy miesiące zbierałam te borówki amerykańskie, mieliśmy za co kupić żywność. A on nawet nie pilnował dzieci ani nie sprzątał, tylko pił ze swoją matką oraz braćmi wódkę i duże piwa 1,5 l Staropolskie Mocne. Za moje pieniądze kupował te duże piwa i papierosy, a dzieci były brudne, głodne i obsrane. A jak wracałam z tych borówek, to musiałam prać ręcznie ubranie, posprzątać pokoje, odkurzyć i ugotować dzieciom coś do jedzenia. Pozwany chodził nietrzeźwy nawet cały tydzień. Przez ten czas źle się czułam, to znaczy słabo z głodu i upałów. A za to, że pracowałam, codziennie byłam bita po głowie i kopana po nogach.

    Pismo to także zostało odrzucone, a Prokuratura Rejonowa w Pucku 23 marca 2013 r. definitywnie zakończyła śledztwo słowami: Brak jakichkolwiek obiektywnych dowodów wskazujących na uzasadnione podejrzenie popełnienia występku, o którym pokrzywdzona zeznaje. (...) Fakt, że do zdarzenia miało dojść w trakcie kłótni małżeńskiej w prywatnym domu – nie zaś w miejscu publicznym – a także rodzaj i rozmiar ujemnych następstw tego zdarzenia, należy stwierdzić, że brak jest przesłanek, które wskazywałyby na to, że interes społeczny przemawia za kontynuowaniem ścigania z urzędu. Zebrane dowody nie wskazują, żeby Ewa Sz. była osobą nieporadną ze względu na wiek, chorobę czy kalectwo i nie mogła skierować do sądu prywatnego aktu oskarżenia.

    . . .

    DALSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #puck #parszczyce #gdansk #kaszuby #joseffritzl #gwalt #zgwalcenie
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Dziś na #polskiepato prawdziwie patologiczna historia.

    Jeżeli chcesz wesprzeć moje pisanie i pomóc w realizacji dalszych planów związanych z hasztagami polskiepato i rejestrzboczencow, zapraszam na mojego Patronite. Póki co jest tam możliwa tylko jedna (jakaś dziwaczna) forma płatności, w następnym tygodniu będzie już karta i PayPal, tak że jakbyś chciał(a) zrezygnować z jednego piwka podczas zbliżającego się weekendu i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność to będę dozgonnie wdzięczna. ♥

    • • •

    Kamil G. (zdjęcie) został porzucony przez matkę, gdy miał zaledwie kilka lat. Kobieta bez słowa opuściła rodzinę, a jedynymi informacjami o jej aktualnych miejscach pobytu były mandaty przychodzące na adres ich rodzinnego mieszkania w Nakle nad Notecią (woj. kujawsko-pomorskie). Chłopiec wraz z dwójką rodzeństwa pozostał pod nieudolną opieką ojca, a gdy mężczyzna zmarł, dzieciaki trafiły na wychowanie do ciotek. Mimo pomocy asystenta rodziny, nowi opiekunowie nie radzili sobie z Kamilem. Jako nastolatek popadł w szemrane towarzystwo i przysparzał wielu kłopotów, przez co w gimnazjum nie zdał do następnej klasy. Po nieustannych ucieczkach z domu został umieszczony w Ośrodku Wychowawczym w Debrznie, który opuścił w 2013 r. Po powrocie do rodzinnej miejscowości wciąż za nic miał uwagi dorosłych, wagarował i znikał z miejsca zamieszkania na kilka dni. Dlatego też jego kurator we wrześniu wystąpił do sądu z wnioskiem o umieszczenie 16-latka w młodzieżowym ośrodku wychowawczym lub w zawodowej rodzinie zastępczej.

    10 listopada 2013 r. G. znowu uciekł z domu ciotki i zatrzymał się u swojego starszego kolegi Jakuba D., zwanego Dudkiem. Jego matka Wioletta D. właśnie wyjechała do Wielkiej Brytanii, by odwiedzić pracującego tam od pół roku męża. Mająca poważne problemy z alkoholem kobieta zaczęła walczyć z nałogiem, dopiero gdy ten wyjechał za pracą. Wcześniej w domu rodziny D. często dochodziło do głośnych awantur i libacji, a sąsiedzi ich dom nazywali otwarcie "meliną na Jackowskiego" (klik). Pod nieobecność rodziców 19-latek został w mieszkaniu sam, ponieważ jego o rok starszy brat Łukasz wcześniej trafił do więzienia m.in. za kradzieże.

    Znajomi imprezowali przez kilka dni, a gdy skończyły im się pieniądze, sprzedali dekoder telewizyjny. W tym czasie rodzina szukała Kamila, byli nawet w domu przy Jackowskiego 6, gdzie drzwi otworzył im Jakub, który stwierdził, że nastolatka z nim nie ma. We wtorek 12 listopada w mieszkaniu przebywał także 16-letni Jakub R., kolega z klasy Kamila, 23-letni Dawid R. ps. Różko oraz jeszcze dwóch innych młodych mężczyzn, o których niewiele wiadomo.

    Dawid R. był bardzo dobrym kolegą Dudka. Oprócz wspólnych popijaw zajmowali się także drobnymi kradzieżami i włamaniami. Kilka razy brali udział w pobiciach i byli bardzo dobrze znani miejscowej policji. Różko był uzależniony od alkoholu i narkotyków, i chwalił się znajomością z lokalnymi kryminalistami, choć kilka lat wcześniej wydawało się, że wybierze inną życiową drogę, ponieważ przez jakiś czas uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

    Na imprezie wszyscy pili, palili papierosy, ćpali, a nawet tańczyli. Około godziny 22:00 w mieszkaniu zostali tylko Jakub D., Dawid R., Kamil G. i Jakub R. Różko i Dudek zaczęli słownie dręczyć Kamila. Ubliżali mu, zmuszali do skręcania wszystkim papierosów i przyrządzania jedzenia. Gdy 16-latek odmówił, R. zaczął kopać go po twarzy, a D. rozpędził się i uderzył w niego kolanami. Później przy wielkiej aprobacie i zachętach starszych chłopaków doszło do bójki pomiędzy G. a jego szkolnym kolegą. Po godzinie 23:00 po Jakuba R. przyszła matka i nakazała wracać do domu. Gdy opuścił mieszkanie, Dudek i Różko stali się jeszcze bardziej agresywni w stosunku do Kamila. Zaczęli znęcać się nad nastolatkiem, kopiąc go i bijąc pięściami. W końcu zakrwawionego wrzucili do skrzyni tapczanu i kontynuowali domówkę, co jakiś czas tam zaglądając, by przypalić go papierosem czy wymierzyć następny cios. Po pewnym czasie D. wziął nóż i zaczął ciąć i dźgać Kamila, a gdy ostrze się wykrzywiło, Dawid R. sięgnął po następne, a później po kuchenny tłuczko–tasak (klik). Okładali go nim, aż odpadłdrewniany trzonek. Wtedy Dudek przytrzymał Kamila, po czym drugi z oprawców go zgwałcił. Gdy skończył, zapytał Jakuba, czy też chce, ten jednak odmówił i wepchnął ofierze w odbyt trzonek od tłuczka. Po wszystkim znów zamknęli kanapę, usiedli na niej i pili alkohol.

    Mężczyźni postanowili dobić nastolatka i półprzytomnemu założyli na szyję pętlę z paska od spodni R. Dusili go na zmianę, a później razem, zapierając się o kanapę, bo jak sami przyznali: "ręce od tego duszenia rozbolały". Ściskali tak długo, aż pękła mu kość gnykowa i nastolatek się udusił. Zmasakrowane zwłoki, oprawcy zamknęli w skrzyni tapczanu.

    Po wszystkim, nie próbując nawet zacierać po sobie śladów, Jakub zmienił zakrwawione ubrania i udał się wraz z Dawidem do jego mieszkania. R. przebrał się, spakował dowód osobisty, konsolę x-box, zdjęcie rodzinne i w piątek rano obaj ruszyli w stronę dworca PKP.

    Wychodząc z domu, powiedziałem tacie, że nie wiem, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy. Ale tata o nic nie pytał

    – opowiadał później.

    . . .

    W czwartek 14 listopada 2013 r. matka Jakuba D. wróciła do mieszkania, w którym zastała pobojowisko i brak dekodera telewizyjnego. Zadzwoniła na policję, by zgłosić kradzież, a później do syna, który poinformował ją, że jest w Pile. Zdziwiona tym faktem kobieta zaczęła sprzątać walające się po podłodze butelki, porozbijane naczynia i wietrzyć śmierdzące meliną pomieszczenia. Zauważyła też sporo plam krwi i zabarwione na czerwono ubrania, jednak ten widok specjalnie jej nie zaniepokoił. Pomyślała, że po prostu doszło do bójki.

    No, chłopaki. Wie pan, jak to chłopaki... czasem się pobiją, no nie?

    – opowiadała później, rozkładając ręce.

    Dopiero gdy otworzyła wersalkę, krzyknęła z przerażenia i natychmiast wezwała policję.

    Podczas gdy w domu przy ulicy Jackowskiego trwały oględziny, z krążącą wokół budynku zdenerwowaną Wiolettą D. próbowali porozmawiać dziennikarze, ta jednak na widok reportera zaczęła machać gniewnie rękami i krzyczeć:

    Idź pan, bo ci zaraz wypier***ę! I po co ci to?! Wypier****j stąd!

    . . .

    Pierwszym przystankiem Jakuba i Dawida była faktycznie Piła. Potem pojechali do Szczecina, Świnoujścia i Poznania. Gdzieś w trasie Dawid wyrzucił przez okno wagonu swój pasek od spodni, którym udusili Kamila.

    16 listopada policja w Krzyżu Wielkopolskim zatrzymała dwóch mężczyzn, którzy około północy zaczęli walić w dzwon kościoła znajdującego się naprzeciwko komisariatu*. W chwili zatrzymania obaj mieli ponad promil alkoholu w wydychanym powietrzu, jednak nie stawiali oporu. Wkrótce okazało się, że zatrzymani to podejrzani o morderstwo w Nakle D. (zdjęcie) oraz R. (zdjęcie).

    Druga wersja mówi, że mężczyźni sami zgłosili się na komisariat po rozmowach ze swoimi matkami. Wcześniej ustalili między sobą wersję wydarzeń i kto jakie bierze na siebie winy.

    Podczas pierwszego przesłuchania mężczyźni przyznali się do zarzucanych im czynów i ze szczegółami, choć bez emocji, zdali relację ze zbrodni. Postanowili zabić Kamila, ponieważ po tak ciężkim pobiciu i tak nie byłby w stanie samodzielnie funkcjonować i zostałby "roślinką".

    Jakub D. tłumaczył motyw pobicia tym, że "wkręcili sobie", że jest im winny pieniądze.

    . . .

    Rodzinna miejscowość podejrzanych huczała od plotek. Jedni mówili, że Kamil G. zginął z powodu 30 zł, które był winien oprawcom, inni twierdzą, że tamci wściekli się, bo nastolatek nie chciał wykonywać ich poleceń, a jeszcze inni, że poszło o to, że któregoś dnia na policji powiedział za dużo na temat Jakuba R.

    Koledzy G. twierdzili, że to właśnie jego klasowy kolega Jakub zapoznał go ze starszymi kolegami. Nastolatek zaczął często znikać w melinie przy Jackowskiego, mimo ostrzeżeń znajomych.

    Chyba w poniedziałek widzieliśmy Kamila w oknie. Wyglądał na wystraszonego. Dudek nas okłamał, że go tam nie ma, a był. Potem jeszcze raz, może to była środa, wołałem Kamila. Dudek powiedział, że Kamil gdzieś poszedł

    – relacjonował jeden ze znajomych zamordowanego.

    . . .

    Kilka dni po zatrzymaniu podejrzanych odbyła się wizja lokalna z ich udziałem. Mężczyźni ze szczegółami opowiadali o tym, jak katowali nastolatka.

    To się zaczęło w kuchni

    – wyjaśniał Jakub D.

    Kamil patrzył na mnie, bo oczekiwał, że mu pomogę. Ale ja tego nie zrobiłem

    – dodał.

    Ustalono, że katowanie nastolatka trwało od czterech do sześciu godzin.

    Szliśmy pić i znowu wracaliśmy do kanapy

    – relacjonowali, dziwiąc się, że nastolatek po prostu nie uciekł z mieszkania.

    . . .

    Biegli medycyny sądowej znaleźli na ciele Kamila G.wielomiejscowe zasinienia naskórka, rany tłuczone głowy, rany błony śluzowej jamy ustnej, ranę kłutą w okolicy biodrowej, rany cięte na kończynach górnych, szyi, tułowiu i kończynach dolnych, rany błony śluzowej, wylewy krwawe oraz wielomiejscowe podpłynięcia krwawe w tkankach miękkich odbytu i błony śluzowej odbytu. Przyczyną zgonu nastolatka było dwumiejscowe złamanie kości gnykowej, w wyniku czego G. się udusił.

    Zgromadzony materiał dowodowy dał Prokuraturze Rejonowej w Nakle podstawy do postawienia Dawidowi R. oraz Jakubowi D. zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz zgwałceniem (art. 148, par. 2, pkt. 1,2 kk.). Z kolei Jakub R. usłyszał zarzut pobicia.

    Biegli psychiatrzy stwierdzili, że D. i R. byli świadomi swoich poczynań. U obu stwierdzono jednak typ osobowości nieprawidłowej.

    Biegły z dziedziny seksuologii uznał:

    U oskarżonych nie stwierdziłem objawów dewiacji seksualnych w rozumieniu choroby. Czyny, których się dopuścili, nie miały motywacji seksualnej, ale miały na celu upokorzenie ofiary. Tu istotnym czynnikiem był spożywany alkohol, który ma działanie odhamowujące, obniża krytycyzm.

    . . .

    Akt oskarżenia przeciwko Dawidowi R. oraz Jakubowi D. trafił do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy 27 czerwca 2014 r., a 30 września ruszył proces (klik) (klik).

    Jakub D. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) wszedł na salę potrząsając demonstracyjnie łańcuchami i już na początku rozprawy kazał sobie zdjąć kajdanki, na co przewodniczący składu sędziowskiego nie zezwolił.

    Proszę z łaski swojej, oskarżony się nie rusza, bo to przeszkadza. Zrozumiał oskarżony?

    – mówił Marek Kryś, sędzia Sądu Okręgowego w Bydgoszczy.

    Może nie będę oddychał?

    – odparł Jakub D.

    Słucham?

    – dociekał sędzia.

    Może nie będę oddychał?

    – powtórzył D.

    Oskarżony jest bezczelny

    – powiedział sędzia.

    Co jestem?

    – pytał oskarżony.

    Bezczelny

    – powtórzył sędzia.

    Później już do końca rozprawy Jakub D. uśmiechał się ironicznie, śmiał, poprawiał sędziów, przerywał i dyskutował.

    Dawid R. (zdjęcie) (zdjęcie) robił wrażenie dużo mniej pewnego siebie. Stał z potulnie spuszczoną głową, a na jego twarzy trudno było dostrzec jakąkolwiek emocję nawet wtedy, gdy przeprasza ciotkę zamordowanego:

    Przepraszam panią bardzo. Wiem, że to niewiele zmieni, ale żałuję tego bardzo.

    Życia mu nie oddasz

    – odpowiedziała kobieta.

    Tym razem mężczyźni wyparli się jakoby mieli zgwałcić Kamila i przyznali się jedynie do zabójstwa, mimo tego, że wcześniej kilkukrotnie przyznawali się do obu z zarzutów.

    Brat mi pisał z więzienia, że mam nie brać gwałtu na siebie. Przyznałem się wtedy, bo mieliśmy uzgodnione z Różko, że bierzemy winę po połowie, ale o gwałcie mieliśmy nie mówić. Jak zobaczyłem, że on mówi, no to też powiedziałem, a teraz się wycofuję. Zmyśliłem to

    – tłumaczył Jakub D.

    Ja bym do chłopaka nie stanął, gejem nie jestem. Zabić tak, ale nie zgwałcić. To tak trudno zrozumieć?

    – dodał jeszcze.

    Nic nie uzgadnialiśmy

    – stwierdził R.

    Jak, nie?

    – odparł Jakub D.

    My piliśmy w czasie ucieczki, a jak się pije, to nie można ustalać

    – stwierdził.

    (klik)

    Następnego dnia przed sądem zeznawał Jakub R., który opowiadał co pamięta z nocy z 12 na 13 listopada 2014. Jakub D. ponownie zakłócał przebieg rozprawy, a na zeznania świadka reagował śmiechem. Gdy sędzia spytał co go tak bawi, stwierdził:

    Zeznania. Bo nie są prawdą.

    Na następną rozprawę, która odbyła się także w listopadzie, został doprowadzony z zakładu karnego Łukasz D., brat Jakuba. Mimo wielu upomnień mężczyźni usiłowali uciąć sobie pogawędkę. Starszy z braci nie chciał nic mówić przed sądem i skorzystał z prawa do odmowy składania zeznań. Chwilę później, gdy policjanci wyprowadzili go z sali rozpraw, krzyknął do Jakuba siedzącego na ławie oskarżonych:

    Tylko cicho, nie?!

    . . .

    Na grudniowej rozprawie biegły psychiatra podkreślał, że u Jakuba D. nie stwierdzono choroby psychicznej. Posiada on osobowość nieprawidłową, która jednak nie ma wpływu na poczytalność, a jego cechy osobowości znajdują się pod pełną kontrolą badanego. U Dawida R. także stwierdzono nieprawidłową osobowość, dodatkowo od 14 roku życia był uzależniony od alkoholu i środków odurzających. Występowały u niego cechy zespołu zależności alkoholowej. Psycholog Ewa Napierała stwierdziła jednoznacznie, że u D. sprawność intelektualną ma na poziomie przeciętnym. Natomiast u R. znajduje się ona w dolnych granicach normy.

    Tego dnia na świadków powołane zostały biegłe z Zakładu Medycyny Sądowej w Bydgoszczy, które zgodnie stwierdziły, że Kamila można było jeszcze uratować.

    Nawet, jeśli dojdzie do złamania kości gnykowej, a ucisk na szyję zostałby zwolniony i wdrożone odpowiednie leczenie, istniałaby możliwość odratowania ofiary, jednak ta pomoc musiałaby być natychmiastowa.

    W styczniu 2015 r. na rozprawie puszczono nagranie z wizji lokalnej. Podczas fragmentu, w którym jeden z oskarżonych opowiadał o zgwałceniu Kamila, oskarżony Jakub D. śmiał się szyderczo (zdjęcie).

    . . .

    10 marca 2015 r. w swojej mowie końcowej ciotka Kamila pytała oskarżonych, jakie mieli prawo, by go zamordować.

    Czy pamiętacie jak on wyglądał? Pamiętasz? A jak go pobiłeś też pamiętasz? Bo ja do końca życia nie zapomnę tego widoku

    – mówiła.

    Jemu bólu żeście narobili i mnie też

    – dodała po chwili.

    Adwokat wspierający kobietę, mec. Jerzy Matysiak, nie wierzył w resocjalizację oskarżonych i żądał dla obu dożywotniego pozbawienia wolności. Takiego samego wymiaru kary chciał prokurator, który proponował jeszcze, by zapłacili rodzinie pokrzywdzonego zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł.

    Obrońcy oskarżonych chcieli niższej kary. Adwokat Jakuba D. mec. Ireneusz Olszewski mówił, że do tej tragedii mogłoby nie dojść, gdyby nie zaniedbania ze strony policji. To, że w mieszkaniu D. trwała impreza zgłosiła na komisariacie matka Jakuba R., jednak mundurowi zlekceważyli jej zgłoszenie. Podkreślił także, że to nie Jakub D. rozpoczął katowanie Kamila:

    Po prostu się przyłączył, nie chcąc pozostać w tyle. Jest to swoisty element młodzieńczej subkultury.

    Inną linię obrony przyjął obrońca Dawida R. mec Bartłomiej Krakowski:

    Oskarżony nie jest zbytnio inteligentny. Jak na tę jego inteligencję niezbyt wysoką wpłynęło to, że był od tygodnia w momencie zdarzenia pijany i naćpany, bez momentów dłuższego trzeźwienia?

    Dawid R. ponownie wyraził skruchę, a Jakub D. prosił o łagodny wymiar kary.

    (klik)

    . . .

    17 marca 2015 r. w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy zapadł wyrok. Jakub D. i Dawid R. zostali skazani na karę po 25 lat pozbawienia wolności. Ich warunkowe zwolnienie nie może nastąpić wcześniej niż po odbyciu co najmniej 20 lat orzeczonej kary.

    Według sądu motyw działania sprawców był banalny:

    Uznali, że po bójce z Jakubem R., który wcześniej był w mieszkaniu, Kamil był jeszcze za mało pobity. Poza tym – nie zrobił oskarżonym kotletów.

    Ich działanie było bezduszne, bestialskie, świadczące wręcz o odczłowieczeniu. Oskarżeni mieli możliwość przerwania ciągu zdarzeń, jednak napawali się agresją wobec bezbronnego człowieka, który nic im nie zrobił. Potraktowali pokrzywdzonego jak worek treningowy, jak śmiecia, który można wrzucić do skrzyni tapczanu, a po wyjęciu dalej gnębić i tłamsić

    – mówiła sędzia sprawozdawca Anna Warakomska w uzasadnieniu wyroku.

    Prokurator żądał dla oskarżonych dożywocia, jednak sędzia Anna Warakomska uzasadniła:

    Kara dożywotniego pozbawienia wolności swą rangą jest zrównana z kiedyś obowiązującą karą śmierci. Można ją wymierzyć wtedy, kiedy w sprawie brak jest jakichkolwiek okoliczności łagodzących.

    Zdaniem sądu okoliczności łagodzących było kilka, z czym nie zgodził się adwokat ciotki zamordowanego Kamila i złożył apelację.

    W październiku 2015 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku podtrzymał stanowisko sądu w Bydgoszczy, jednak dodatkowo zaostrzył wyrok.

    Sąd podtrzymał orzeczenie z marca, uznając, że kara 25 lat pozbawienia wolności za to zabójstwo jest kara adekwatną. Dodatkowo włączył w treść orzeczenia winę za czyn z artykułu 197 kodeksu, czyli dokonanie zgwałcenia

    – mówił mec. Jerzy Matysiak.

    Dlatego Jakub D. i Dawid R. nie będą mogli ubiegać się o przedterminowe zwolnienie z odbywania kary.

    . . .

    W październiku 2014 r. matka Jakuba D., Wioletta udzieliła krótkiego wywiadu "Gazecie Pomorskiej".

    Ja nie wiem, czemu oni wszyscy, te pismaki wypisują takie bzdury o moim Kubie

    – denerwowała się.

    Nigdy nie miałam z nim problemów. Nie pozwalałam kupować alkoholu. To, jak już przestałam pić. Bo ja już nie piję

    – zaznaczała. Wspominała też, że mówiła synowi by się "z tymi gówniarzami" nie zadawał i że najgorszym z nich wszystkich to "był ten Różko".

    Nie wiem, co teraz zrobię. Chyba napiszę do niego list. Do Kuby. Nie widziałam go od zeszłego roku. Robią z niego w sądzie takiego, co to tylko w kącie stał. A on taki nie jest. Oj nie. Nie pozwoliłby, żeby ktoś go przestawiał z kąta w kąt...

    . . .

    Jakub D. ma obecnie około 25 lat, a Dawid R. 29. Do końca kary zostało im jeszcze do odsiedzenia około 20 lat.

    . . .

    *jakby ktoś chciał zobaczyć sobie to miejsce i przekonać się jak bardzo blisko znajduje się od komisariatu policji to proszę —> klik ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Zapraszam także na mój drugi hasztag rejestrzboczencow.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd oraz z artykułu Agnieszka Kozak "Cztery godziny piekła", który ukazał się w magazynie "Detektyw" nr. 10/2018 (jeżeli ktoś będzie zainteresowany mogę wysłać na priv zdjęcia, chociaż średnio widzę w tym sens, ponieważ pani Kozak skopiowała fragmenty z "Ekspressu Bydgoskiego" i innych gazet, więc tam macie to samo, istne kopiuj–wklej, tylko w innej kolejności + dodała do tego zmyślone informacje i przeinaczyła kilka faktów).

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #naklo #naklonadnotecia #bydgoszcz
    pokaż całość

    źródło: hfhfhf.jpg

  •  

    Kochanieńcy! Założyłam profil na Patronite —> https://patronite.pl/kvoka

    Będę bardzo wdzięczna, jeżeli ktoś chciałby wesprzeć moje pisanie, pomóc w realizacji następnych celów związanych z #polskiepato oraz #rejestrzboczencow. Wszystkie moje plany na dalszą internetową działalnością opisałam w rubryce "O Autorze".

    A tak w skrócie: głównie chciałabym zacząć nagrywać podcasty o polskich sprawach kryminalnych i rozszerzyć swoją działalność do YouTuba. Oczywiście, z Wykopu nie zniknę! Wręcz przeciwnie – dzięki Waszemu wsparciu będę mogła poświęcić więcej czasu na pisanie i (mam nadzieję) nagrywanie. Jeżeli macie jakieś pomysły, propozycje czy rady – piszcie!

    Od początku miałam wiele wątpliwości co do słuszności założenia konta na Patronite. Widząc jak niektórzy naskoczyli na @riley24 po tym, jak zaczęła publikować dla o2.pl zaczęłam zastanawiać się, czy i ja nie stanę się obiektem nienawiści niektórych ze względu na to, że chciałabym zacząć zarabiać na tym, co lubię robić. Jednak ja nie widzę w tym niczego złego, wręcz przeciwnie. I nie chcę się zatrzymywać w miejscu, tylko rozwijać.

    Wrzuciłam także pikselowe #pokazmorde, ponieważ uważam, że trochę wypada w tej sytuacji pokazać, że jestem prawdziwym człowiekiem z krwi i kości. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Bez cenzury nigdy nie będzie nie tylko ze względu na kwestie mojego bezpieczeństwa z uwagi na tematykę, którą poruszam, ale także dlatego, że chciałabym by ludzie oceniali mnie po kontencie, który tworzę, a nie po tym, jak wyglądam.

    A nowy wpis już jutro! (✌ ゚ ∀ ゚)
    pokaż całość

    źródło: pobrane.png

  •  

    Więcej historii kryminalnych z Polski na #polskiepato oraz rejestrzboczencow.

    • • •

    Gdy Józef Wagner miał cztery lata, jego ojciec popełnił samobójstwo. Od tej pory wspomnienie poczucia strachu towarzyszącego widokowi trumny spuszczanej do wąskiego dołu było z nim już zawsze. Mały Józio został sam z matką, która biła go za najdrobniejsze przewinienia. Czasami zamykała też w ciemnej piwniczce, gdzie siedział skulony na węglu. Ze strachu przed karą często nie wracał do domu i głodny tułał się po ulicach Gliwic. Zaczął włamywać się do domów i mieszkań, aż trafił do domu dziecka. Stamtąd też uciekał, więc został umieszczony w ośrodku wychowawczym. Tam także nie miał łatwego życia – kary cielesne i przemoc seksualna były na porządku dziennym. Bywało, że rozbierano go do naga i wyprowadzano na zewnątrz, gdzie w listopadowym mrozie polewano go lodowatą wodą i bito pasem.

    Po przejściu przez wiele ośrodków wychowawczych spędził lata w więzieniu za kradzieże i rozboje. W końcu założył warsztat stolarski, ożenił się, pogodził z matką, która sama nie radziła sobie z wspomnieniami z własnego dzieciństwa naznaczonego przemocą i gwałtami. Zaczęła uczęszczać na spotkania biblijne, gdzie zabierała syna. Ten nie zrezygnował jednak z kradzieży, w których teraz pomagała mu małżonka. Doczekał się także córki. W końcu firma splajtowała, a on zaczął się imać różnych prac dorywczych i coraz częściej pić alkohol. Leczył się także psychologicznie.

    27 lutego 1992 r. zaprosił do siebie kolegę, a gdy skończyło im się piwo, postanowili udać się do osiedlowego sklepu. Józef wziął ze sobą tłuczek do mięsa, tłumacząc żonie, że to na wypadek awantury. Po drodze spotkał sąsiada, z którym wdał się awanturę, a podczas bójki uderzył go w głowę obuchem, powalając na ziemię. Oprawca wraz z towarzyszem ruszył do sklepu. Po zakupieniu alkoholu zjawili się u znajomych w mieszkaniu przy ulicy Raciborskiej, w którym przebywało trzech innych mężczyzn. Tam Józef przy wódce opowiedział kolegom, jak dwa dni wcześniej wdarł się na mównicę w kościele świętej Barbary i próbował wygłosić kazanie. Wierni zaczęli z niego szydzić, co go rozwścieczyło, dlatego wyjął nóż i zaczął im wygrażać. Potem chciał utoczyć własną krew do kielicha i opowiedzieć o swojej nadludzkiej sile, jednak powstrzymała go policja. Ta historia bardzo rozbawiła jego towarzyszy, co także nie spodobało się Józefowi, który wszczął kłótnię. Doszło do bójki, w trakcie której Wagner sięgnął po tłuczek i siekierę. Mężczyźni błagali go o życie, jeden z nich mówił, że ma żonę i dziecko, jednak nawet to nie przekonało oprawcy. Kazał im uklęknąć i się modlić. Zadawał im ciosy, wykrzykując religijne hasła. Jeden z ranionych mężczyzn zaczął uciekać w stronę drzwi, aż w końcu padł, charcząc krwią. Oprawca podszedł do niego i zadał kilka uderzeń siekierą w tył głowy. Wrócił do pastwienia się nad pozostałymi, nikomu nie pozwalając wezwać pogotowia. Krew tryskała na wszystkie strony, a każda z ofiar otrzymała po kilkanaście ciosów. Trzej mężczyźni zmarli na miejscu. Nie udało się także uratować sąsiada, zatłuczonego w osiedlowej bramie.

    Jedyny ocalały opowiadał później:

    Jego twarz zmieniła się, gdy zabijał, był blady, miał wywrócone białka oczne.

    Policjanci, którzy zjawili się na miejscu, wręcz brodzili we krwi i ludzkich tkankach. Ze względu na silne rozczłonkowanie, trudno było dopasować niektóre części ciała do ofiar. W katowickim instytucie medycyny sądowej zabrakło stołów, aby pomieścić wszystkie fragmenty zwłok. Prasa nazwała zabójcę "wampirem z Gliwic".

    Wagner nie przyznał się do zabicia wszystkich czterech mężczyzn. Obwiniał kolegę, jedną z ofiar. Utrzymywał, że sam jest odpowiedzialny tylko za jedną śmierć i że działał w afekcie. Podczas przesłuchania zachowywał się dziwnie, mówił, że ma dar i posłał go sam Bóg i że "coś mu kazało rąbać". Później odwołał swoje wyjaśnienia, jednak zeznania świadków i dowody pozwoliły ustalić, że to on zabijał. Badania psychiatryczne wykazały, że jest psychopatą oraz charakteropatą.

    W 1993 r. Sąd Wojewódzki w Katowicach skazał go na 25 lat pozbawienia wolności (w kodeksie karnym widniała wtedy kara śmierci, jednak obowiązywał zakaz jej wykonywania, czyli moratorium, o którym pisałam tutaj; nie było ówcześnie kary dożywotniego pozbawienia wolności). Po ogłoszeniu wyroku żona Wagnera powiedziała córce, że jej ojciec nie żyje.

    Według dyrektora Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich Józef Wagner "należał do wyjątkowo spokojnych skazanych". Brał udział w spotkaniach religijnych, angażował się w prace społeczne, udzielał się w wolontariacie i uczęszczał na zajęcia kulturalne. Nauczył się na pamięć kodeksu karnego, dzięki czemu pomagał innym więźniom. Wykonywał także prace odpłatne poza murami więzienia, m.in. w przedszkolu: zajmował się ogrodem, remontami i naprawą; (możliwość pracy w zakładzie karnym jest formą nagrody, nie każdy ma taki przywilej, tym bardziej z możliwością wychodzenia poza więzienne mury). Rodzice dzieci nie wiedzieli, za co został skazany mężczyzna pracujący w pobliżu ich pociech. W więzieniu nie brał jednak udziału w żadnej terapii, która pomogłaby mu uporać się ze swoimi cechami osobowościowymi. Przez wszystkie lata spędzone za kratami ukończył jedynie 30-godzinny kurs zastępowania agresji.

    Po odbyciu 15 lat kary Józef Wagner mógł już starać się o przedterminowe zwolnienie (art. 78 k.k.) – ubiegał się o nie aż 13 razy.

    Przesłanką do udzielenia warunkowego przedterminowego zwolnienia jest pozytywna prognoza kryminologiczna, czyli przekonanie, że więzień nie popełni ponownie przestępstwa. Przy jej ocenie brana jest pod uwagę opinia psychologa i wychowawcy oraz postawa skazanego, okoliczności popełnienia przestępstwa czy zachowanie po jego popełnieniu i w czasie odbywania kary (art. 69 k.k.). Dopiero na podstawie tych dowodów sąd może podjąć decyzję i ocenić, czy może udzielić przedterminowego zwolnienia. Jednak mimo pozytywnej prognozy nie musi on podejmować pozytywnej decyzji.

    W przypadku Józefa Wagnera decyzja sądu była każdorazowo odmowna ze względu na negatywną prognozę kryminologiczną, którą więzienny wychowawca wystawiał ze względu na przestępstwa oraz brak krytycyzmu w stosunku do popełnionych morderstw.

    W końcu, 8 sierpnia 2012 r. Sąd Okręgowy w Opolu stwierdził, że Wagner jest gotowy na powrót do społeczeństwa. Prognoza poprzedzająca decyzję sądu była także negatywna, jednak tym razem skazany sporządził pisemne wyrażenie żalu za zabójstwa. Dodatkowo wniosek jego poparli dyrektor i wicedyrektor zakładu, kapelan i psycholog oddziałowy. Nie byli jednak powołani biegli w tej sprawie. Prokurator także nie wyraził sprzeciwu, a w sądzie Wagner sprawiał wrażenie pokornego i skruszonego. Zapewniał, że się zmienił i jest innym człowiekiem.

    Decydując o zwolnieniu, sąd mógł zlecić przeprowadzenie dodatkowych badań psychiatrycznych skazanego, nie wnioskował o to jednak ani prokurator, ani wychowawca. Dlatego w lutym 2013 r. Józef Wagner po 21 latach, w wieku 49 lat wyszedł na wolność. Został mu przyznany jedynie kurator sądowy na 10 lat, czyli na okres próbny. Sąd nałożył na niego także obowiązki: zarabiania, powstrzymania się od alkoholu, zawiadamiania o zmianie miejsca pobytu oraz niekontaktowania się z osobami karanymi.

    . . .

    Po wyjściu z więzienia Wagner otrzymał mieszkanie przy ulicy Zabrskiej w Gliwicach. Zajął się pracami wykończeniowymi — malował mieszkania, układał parkiety i kafelki.

    13 sierpnia 2013 r. znajomi Józefa zabrali go ze do mieszkania ich koleżanki. Towarzystwo piło piwo i rozmawiało, a dialog najbardziej kleił się pomiędzy Wagnerem a 21-letnią Martyną*. Dziewczyna zaszła do swojej przyjaciółki prosto z urzędu pracy. Była rozżalona, ponieważ jedynym proponowanym jej zatrudnieniem było sprzątanie klatek schodowych. Zwierzała się mężczyźnie, że ma dwójkę małych dzieci, którym chciałaby zapewnić jak najlepszy byt, jednak przez ciążę w młodym wieku nie uzyskała odpowiedniego wykształcenia i teraz ciężko jej znaleźć porządną pracę. Józef słuchał jej uważnie i ze spokojem, w ojcowski wręcz sposób pocieszał. Nie podrywał jej, nie prawił komplementów, sprawiał raczej wrażenie psychologa lub księdza z powołania. W końcu towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Józef mieszkał nieopodal, więc zaproponował Martynie, by wpadła do niego kontynuować rozmowę. Dziewczyna zgodziła się, nie mając pojęcia, że sprawiający dobre wrażenie mężczyzna w średnim wieku to czterokrotny morderca. Na miejscu poczęstował ją piwem i włączył muzykę. Był bardzo spokojny, a Martyna czuła się bezpiecznie, dopóki po wyjściu z toalety nie zobaczyła, że czeka na nią na korytarzu. Zaczęła czuć się nieswojo, dlatego po niedługim czasie rozmowy podziękowała za towarzystwo i chciała wyjść, jednak okazało się, że drzwi do mieszkania są zamknięte. Józef uśmiechnął się tylko i odparł:

    Już nie wyjdziesz.

    Przestraszona dziewczyna zaczęła płakać i błagać, by ją wypuścił, ten jednak był nieugięty. Zmienił się nie do poznania: z osoby miłej, ciepłej i ujmującej – w potwora. Przystawił jej do szyi nóż i powiedział:

    Bądź cicho. Nie zrobi mi różnicy, jeśli ciebie też zabiję. Już to robiłem.

    Po czym rzucił ją na łóżko i zaczął dusić. Rozkazał jej być grzeczną, wtedy może wypuści ją nad ranem. Zgwałcił ją kilkukrotnie, a później stwierdził, że ją zwiąże i będzie trzymał przez miesiąc. W końcu zamknął dziewczynę w mieszkaniu i wyszedł kupić alkohol i papierosy. Wtedy Martyna, która ciągle miała przy sobie telefon komórkowy, zadzwoniła do męża z prośbą o pomoc. Znała tylko numer budynku, dlatego, gdy przyjechał na miejsce wraz ze znajomymi, dziewczyna uderzała głośno w drzwi. Mężczyźni wyłamali je, a schodząc po klatce schodowej, spotkali wracającego ze sklepu Józefa. Mąż Martyny rzucił się na niego i dotkliwie pobił, po czym odwiózł żonę do domu i natychmiast zadzwonił na policję.

    Myślałem, że przyjedzie pani psycholog z policjantką, ale przysłano siedmiu mężczyzn, którzy zaczęli wypytywać żonę o szczegóły gwałtu. Zadano jej ten ból na nowo. Pojechaliśmy na miejsce. Wagnera już tam nie było. Potem na komisariacie żona znów musiała zeznawać przed mężczyzną. Nie wiem, czemu Wagnera. od razu nie zatrzymano

    – opowiadał.

    Mężczyzna po pobiciu trafił do szpitala z dość poważnymi obrażeniami, skąd w końcu samowolnie się oddalił i ukrył. Mąż poszkodowanej opowiadał:

    Dzwonił potem do żony wielokrotnie. Groził, że skrzywdzi ją i dzieci. Próbował wymusić, by wycofała zeznania. Zdarzyło się nawet, że gdy jechała z córką i teściową autobusem, usiadł naprzeciw niej i się uśmiechał. Znów zadzwoniłem na policję. Dopiero pani prokurator przesłuchała żonę z udziałem psychologa i wydała nakaz zatrzymania.

    Wagner wysyłał jej także SMS-y, w których groził śmiercią jej i jej całej rodzinie. Został zatrzymany dopiero 4 września, po czym stał się pierwszym w historii gliwickiej prokuratury oskarżonym o gwałt, którego przyprowadzono bez kajdanek. Najprawdopodobniej zagadał funkcjonariuszy, którzy uwierzyli, że jest niewinny.

    Zaraz po tym do prokuratury zadzwonił pracownik więzienia w Strzelcach Opolskich, który miał przeczucie, że stanie się coś złego i Wagner nie powinien zostać zwolniony z zakładu karnego. Dodał, że to człowiek bardzo inteligentny, który zyskał przychylność kierownictwa zakładu, tak że wszyscy zapomnieli o zbrodni, której dokonał.

    Józef Wagner nie przyznał się do winy. Zaprzeczył, jakoby miał przetrzymywać Martynę w mieszkaniu i odbyć z nią stosunki seksualne wbrew jej woli. Zapewniał także, że nie stosuje przemocy wobec kobiet.

    Ja myślę, że jestem więźniem przeszłości. Ja muszę siedzieć. Ja nie mam prawa być na wolności, mnie można pomówić o byle co i ja siedzę dlatego, że kiedyś byłem karany

    – powiedział reporterom. Pytany o zabójstwo z 1992 r. odparł, że nie nazywa tego morderstwem i źle się czuje z takim nazewnictwem. Te zdarzenia nazywa po prostu bójką, która zakończyła się tragicznie. A socjopatą nazwali go po to, by go "wsadzić".

    Wagner został umieszczony w areszcie tymczasowym, a prokuratura w Gliwicach oskarżyła go o kilkakrotne zgwałcenie, uwięzienie, grożenie pozbawieniem życia oraz stosowanie przemocy fizycznej.

    . . .

    W mediach zawrzało. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak to możliwe, że czterokrotny morderca, który dzięki lukom w kodeksie karnym w latach 90. zamiast kary śmierci lub dożywocia dostał tylko 25 lat pozbawienia wolności, opuścił teraz więzienie za "dobre sprawowanie".

    Okazało się, że w jednym z więzień – w Jastrzębiu-Zdroju – mówił wychowawcy, że nie czuje się winny tych zabójstw. Ten wtedy doradził mu, że aby wyjść na wolność, musi okazać skruchę i przyznać się do winy, ponieważ sąd już zawierzył wersji świadków. Dlatego właśnie napisał oficjalne pismo i nikt później nie badał, czy sam wierzy w to, co w nim zawarł. Okazało się także, że jego zachowanie analizowali tylko pracownicy zakładu karnego, w którym przebywał, nikt z zewnątrz.

    Psycholog więzienny widział go zaledwie kilka razy, ponieważ najczęściej w zakładach karnych na 200 skazanych przypada jeden psycholog. Z kolei wychowawca ma przydzielone 600-800 osób.

    Kurator Józefa Wagnera widział się z nim w ciągu pół roku (od wyjścia z więzienia do gwałtu) sześć razy. Jego zdaniem podopieczny nie naruszył żadnego z nałożonych na niego obowiązków.

    Tam doszło do bójki. Nie możemy być pewni, że ktoś inny nie zabił, a on za to odbywa karę. W bójce ktoś może stracić przytomność i nie pamiętać całego obrazu sytuacji. Trudno mi uwierzyć, że zabił tylu ludzi. Wagner był uczciwy. Nie robił awantur przez cały okres odbywania kary. W celi jest mała przestrzeń. Osoby o skłonnościach do agresji bardzo szybko ją ujawniają. To moje prywatne odczucia — myślę, że znalazł się w złym czasie i miejscu. Ale nie kwestionuję wyroku.

    Tę rażąco nieprofesjonalną wypowiedź skrytykowali goście magazynu reporterskiego "Państwo w państwie". Na temat sprawy wypowiadał się biegły sądowy, były sędzia i prezes Fundacji "Sławek".

    klik <– "Państwo w państwie", gdzie pokazano m.in. fragmenty wywiadu z Wagnerem, w którym usiłuje minimalizować wszystko to, co się stało i udaje ofiarę systemu. Symuluje nawet, że ma problemy ze słuchem.

    To, że skazany jest grzeczny w zakładzie, o niczym nie świadczy. Człowiek, który morduje siekierą i tłuczkiem do mięsa, powinien siedzieć w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, mieć dobrego lekarza, intensywną terapię, której nie przeprowadza się w więzieniu

    – komentował w rozmowie z “Gazetą Wyborczą” były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski. Z kolei prof. Piotr Kruszyński, znany karnista z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził:

    Jestem zdumiony tą decyzją, nie mieści mi się to w głowie. W normalnych często banalnych sprawach, bardzo trudno jest uzyskać przedterminowe zwolnienie. Trzeba spełnić szereg warunków, przejść długą, skomplikowaną procedurę. A tutaj mamy sytuację, że człowiek skazany za poczwórne zabójstwo, wychodzi na wolność zdecydowanie zbyt wcześnie.

    Wagner ma silne zaburzenia

    – mówiła prokurator.

    Z jednej strony często się wzrusza, wydaje się subtelny, mówi o poezji, książkach. Ale gdy przedstawiłam mu akt oskarżenia, stał się niezwykle agresywny, używał mocnych wulgaryzmów, twarz mu się wykrzywiła. Tak jakby znajdowały się w nim dwie kompletnie różne osoby.

    Wagner rzuciłby się na nią z pięściami, gdyby nie interwencja policjanta.

    Specjaliści zgodnie twierdzili, że Sąd Okręgowy w Opolu popełnił błąd, udzielając „wampirowi z Gliwic” warunkowego zwolnienia.

    . . .

    Dziennikarzowi TVN24 Józef Wagner opowiadał, że wdarł się na mównicę w kościele po to, by "powygłupiać się" i trafić do zakładu psychiatrycznego, zamiast do więzienia, które groziło mu za wcześniejsze napady i rozboje. A podczas mordowania kolegów po prostu wpadł w amok i "szał bitewny", z którego niewiele pamięta (klik).

    Dziennikarka Gazety Wyborczej, która przeprowadzała z nim kilkugodzinny wywiad, była przekonana, że Wagner nie żałuje tego, co zrobił, nie odczuwa wyrzutów sumienia, co więcej – jak sam mówił – nie jest pewien, czy popełnił przypisane mu zbrodnie.

    Jestem niewinny. Wszystko wymyśliła prokuratura. Na panią prokurator napisałem już kilkadziesiąt skarg: do Ministerstwa Sprawiedliwości, Prokuratury Generalnej, prezesa sądu okręgowego, prezesa sądu rejonowego. Chcę założyć sprawę mężowi kobiety, która mnie pomawia, ale mi odmawiają. Założę sprawę psycholog, bo napisała też, że nadużywam środków psychoaktywnych, a ja nigdy nie brałem narkotyków.

    Na dowód przygotował dla niej stertę pism i skarg na prokuraturę oraz na kierownictwo aresztu.

    Staram się nie marnować czasu. Nie oglądam telewizji, wolę grać w szachy, pisać wiersze, aforyzmy, książki. Wiem, że jestem nadwrażliwy. Płaczę przy filmach jak "Waleczne Serce" lub słuchając muzyki Jean-Michela Jarre'a. Postanowiłem, że sam nauczę się grać. Napisałem pismo do dyrektora zakładu, by pozwolili mi na keyboard. Zaznaczyłem, że rozumiem, iż fortepian nie zmieści się do celi. Dostałem odmowę, więc napisałem kolejną prośbę o dostęp do szkoły muzycznej. Powołałem się na konkretne zapisy prawne i następnego dnia powiedziano, że mogę mieć ten keyboard. W zakładach karnych miałem w celi telewizor, odtwarzacz wideo, kablówkę. Czasem było mi wręcz źle, że posiadam tak wiele, gdy inni ludzie nie mają za co żyć

    – opowiadał.

    Dziennikarka oceniała go jako niezwykle inteligentnego człowieka, z wyjątkowym darem przekonywania ludzi do swojej wersji zdarzeń. Podczas wizyty w więzieniu była zaskoczona, z jaką wyższością odnosił się do strażników, wręcz rozstawiał ich po kątach. Natomiast, gdy została z nim już sama, stał się subtelny, wyważony i ze spokojem odpowiadał na wszystkie pytania. Stwarzał wokół siebie aurę bezpieczeństwa, można było poczuć się z nim bardzo swobodnie.

    Dopiero przy drugiej rozmowie, gdy dziennikarka była uprzednio ostrzeżona przez psychologów, w jaki sposób może zachowywać się wobec niego, by cokolwiek z niego wydobyć, postanowiła kontrolować swoje wypowiedzi. Wtedy wyszła z niego jego druga strona — zaczął się bardzo denerwować, wykazywał niezdrowe pobudzenia, gdy mówił o śmierci i zabijaniu, błyszczały mu oczy. Widać było, że tematy związane z zabijaniem go ekscytują. W nerwach opowiadał dziennikarce, że nie dziwi się ludziom, którzy strzelają do polityków.

    Umiem robić naboje, broń, bomby. Od lat interesują mnie militaria, potrafię zrobić nawet te skomplikowane konstrukcje. Myślałem, aby wejść do budynku prokuratury lub sądu. Posługiwanie się trotylem jest proste i można zabić wielu ludzi. W zamknięciu mój gniew tylko się kumuluje

    – chwalił się.

    klik <- wersja wydarzeń Wagnera

    . . .

    Według opinii psychologów i psychiatrów z 2013 r., Wagnera charakteryzuje wysoki poziom rozwoju intelektualnego, bardzo dobra orientacja w relacjach interpersonalnych oraz wysoka koncentracja na sobie. W celu zaspokojenia potrzeb może być nastawiony instrumentalnie i mieć skłonności do manipulacji. O dziwno, tym razem nie stwierdzono u niego psychopatii, socjopatii czy charakteropatii.

    Psycholog kryminalny Jan Gołębiowski (osobiście jestem wielką fanką tego pana) zajmujący się tworzeniem profili psychologicznych stwierdził jednak:

    Myślę, że Wagner ma wysoką, choć niestabilną samoocenę. Jego postawa wielkościowa zasłania wątpliwości i kompleksy, których pewnie nabawił się w dzieciństwie. Trzeba też pamiętać, że 20 lat w więzieniu bardzo zmienia człowieka, niestety na gorsze. To tam człowiek się socjopatyzuje. Aby przetrwać, musi manipulować, odgrywać rolę, kłamać. Psychopaci potrafią idealnie dostosować się do warunków zamknięcia. To często najlepsi więźniowie. Stają się niebezpieczni na wolności, gdy pozbawi się ich rutyny i kontroli. Często mają ogromne możliwości kreacji. Do perfekcji opanowali przekonywanie innych do swojej wersji zdarzeń.

    W więzieniu w Raciborzu, do którego trafił Wagner, uznano, że nie klasyfikuje się on do terapii, bo nie ma choroby psychicznej.

    . . .

    Na początku sierpnia 2014 r. w Sądzie Okręgowym w Gliwicach odbyła się pierwsza rozprawa (klik). Prowadząca sprawę prokurator nie dziwiła się, że mężczyzna potrafił przekonać do siebie bardzo wiele osób. Była przekonana, że gdyby nie natychmiastowa reakcja męża życie Martyny byłoby zagrożone.

    Na pewno oskarżony jest osobowością skomplikowaną. Z jednej strony sprawia wrażenie osoby bardzo spokojnej, spolegliwej wręcz. Takiej, która chce przekonać do swoich racji. Natomiast w momencie, w którym mu się to nie udaje, kiedy zauważa, że osoba, która go przesłuchuje, lub przeprowadza badania, ma odmienne zdanie, to natychmiast reaguje gniewem, agresją, czy nawet wulgaryzmami. Niewątpliwie jest osobą, która kreuje się, i po części mu się to udaje, na osobę bardzo spokojną, chętną do współpracy. Rozmawiającą. Interesującą się wieloma dziedzinami sztuki

    – powiedziała.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    19 września 2016 r. sąd w Gliwicach, bazując na opinii lekarza chorób wewnętrznych, uniewinnił Józefa Wagnera. Prokurator uznał ten wyrok za niesłuszny i zapowiedział apelację. Jednak od tej pory media milczą w tej sprawie.

    . . .

    *imię wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #gliwice #jozefwagner
    pokaż całość

    źródło: jw.png

    +: stallowa, n...........a +586 innych
  •  

    #polskiepato #rejestrzboczencow

    Te Mirkolisty i tak wołają z połowę ludzi albo i nie, chyba z tego zrezygnuję. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Co myślicie?

    Czy zrezygnować z wołania do postów na #polskiepato i #rejestrzboczencow?

    • 475 głosów (56.41%)
      Tak, zrezygnuj
    • 367 głosów (43.59%)
      Nie, zostaw jak jest
  •  

    PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    Część 2

    W sylwestra 2016/2017 został aresztowany Józef K., co dla mieszkańców Szczucina było zaskoczeniem. Mężczyzna od początku śledztwa sprawiał wrażenie osoby, która chce pomóc rodzinie Cyganów w odnalezieniu mordercy. Często ich odwiedzał, wypytywał o sprawę i mówił, że będzie samodzielnie prowadził śledztwo. Z ojcem Iwony znał się jeszcze z młodych lat, gdy razem pracowali w Spółdzielni Kółek Rolniczych. K. grał nawet na weselu jego szwagierki, a gdy założyli rodziny, ich córki kolegowały się ze sobą. Józef K. mówił nawet głośno o tym, że podejrzewa swojego syna o dokonanie tej zbrodni. Przestał później jednak interesować się sprawą, ponieważ, jak sam twierdził, jego córka zaczęła dostawać telefony z pogróżkami.

    Stary Klapa zajmował się w życiu wieloma rzeczami. Był ratownikiem WOPR, kierownikiem jednej ze szczucińskich drużyn, a także myśliwym, przez co miał pozwolenie na broń. Przez jakiś czas pracował w ORMO. W 1998 r. opiekował się jednym z hangarów nad Wisłą, w którym WOPR trzymało motorówki i sprzęt ratowniczy. Prowadził też ośrodek wodno-rekreacyjny. Organizował tam często zamknięte i huczne imprezy, na których spotykali się tylko wysoko sytuowani ludzie miejscowi oraz m.in. z Tarnowa i z Dąbrowy Tarnowskiej, ówczesny wójt Szczucina, politycy z Warszawy, z SLD (którzy potem działali w resortach siłowych za czasów rządów Leszka Millera), policjanci, sędziowie, prokuratorzy, lekarze, szczuciński proboszcz oraz właściciel firmy Tankpol Roman M. (ten sam, który ufundował nagrodę za znalezienie sprawcy; może to był wabik na kogoś, kto mógł zbyt dużo wiedzieć na temat morderstwa?), ważna postać w branży paliwowej i transportowej. W 2002 r. został zatrzymany przez CBŚ pod zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą w tzw. aferze paliwowej. Wniosek o jego zwolnienie z aresztu złożyli m.in. były wójt Szczucina oraz tamtejszy proboszcz. Józef K. często pił też z Andrzejem Ł. ps. Jabłuszko z Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz byłym funkcjonariuszem ZOMO w Tarnowie, świetnie znał się także z naczelnikiem wydziału kryminalnego tej komendy, Bogusławem P. ps. Papuśny, którego często odwiedzał w pracy.

    Według śledczych, na tych spotkaniach Stary Klapa gromadził na wszystkich "haki". Mężczyzna często powtarzał, że ma takie układy, że nikt go nie ruszy.

    W styczniu 2017 r. K. usłyszał zarzut pomocnictwa i składania fałszywych zeznań oraz został umieszczony w areszcie śledczym na okres trzech miesięcy.

    . . .

    W grudniu 2016 r. odbyło się także przesłuchanie Renaty G.-D. (zdjęcie), dawnej przyjaciółki zamordowanej Iwony. Jednak sąd nie zgodził się na jej aresztowanie zaraz po zatrzymaniu, wyraził na to zgodę dopiero po odwołaniu się prokuratury. Same procedury trwały półtora miesiąca, w czasie których kobieta zdążyła zapaść się pod ziemię. Nie stawiła się także w prokuraturze na planowane następne przesłuchanie i nie usprawiedliwiła swojej nieobecności. Dlatego i za nią został wysłany międzynarodowy list gończy. 20 lutego 2017 r. późnym wieczorem na krakowskim lotnisku Straż Graniczna dokonała jej zatrzymania tuż po przylocie do Polski. Kobieta usłyszała zarzut czterokrotnego składania fałszywych zeznań, jednak według pełnomocnika rodziny Cyganów rola Renaty w tej zbrodni jest o wiele większa niż wynikałoby to z kwalifikacji prawnej czynu. W jego ocenie dziewczyna wiedziała, co planują sprawcy w stosunku do Iwony. Była świadoma następstw, które spotkały jej przyjaciółkę, a przynajmniej się na nie godziła.

    Kobieta została umieszczona w areszcie na okres trzech miesięcy.

    (klik)

    . . .

    Zarzuty usłyszeli także emerytowany wieloletni posterunkowy ze Szczucina Leszek Witaszek oraz policjant Grzegorz J., którzy w noc morderstwa patrolowali okolicę. W późniejszym czasie zostali zatrzymani również: Maciej C. – były komendant z Dąbrowy Tarnowskiej (pan ten wypowiadał się w programie "997" z 1999 r., do którego link podałam wyżej; zwróćcie uwagę na to jak nie patrzy prowadzącemu w oczy), Bolesław P. ps. Papuśny – długoletni naczelnik wydziału kryminalnego w Dąbrowie Tarnowskiej oraz były funkcjonariusz SB, Paweł W. – wcześniej funkcjonariusz, później pracownik cywilny komendy w Dąbrowie Tarnowskiej, Andrzej K. – były komendant Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz przez ponad 11 komendant komisariatu w Szczucinie, a także policjanci: Jerzy S., Marek K., Waldemar G., Longin F., Krzysztof B., Robert N. oraz Jacek M. Zarzucono im nadużycie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub niedopełnienia obowiązków oraz poplecznictwo, czyli utrudnianie postępowania karnego, co skutkowało niewykryciem sprawcy zabójstwa i jego pomocników przez lata. Wszyscy zostali aresztowani na trzy miesiące. Z wolnej stopy będzie odpowiadać także funkcjonariusz Ryszard S.

    Paweł W., który jako jeden z pierwszych prowadził w 1998 r. śledztwo w sprawie śmierci Iwony, na polecenie swojego przełożonego Bogusława P. (prywatnie szwagra Leszka Witaszka), miał zamienić zabezpieczone na miejscu zbrodni ślady, czyli włosy, które były nośnikami materiału genetycznego.

    Maciej C., który przeprowadzał oględziny przedmiotów zabezpieczonych w okolicach miejsca zbrodni, miał wyprostować pętlę z drutu, którym uduszono Iwonę. Nie opisał też tego kluczowego dowodu, ani nie zrobił zdjęć.

    Andrzej K., również na polecenie Bogusława P., bez żadnego pokwitowania odebrał od rodziny ubrania i biżuterię ofiary, które miała na sobie w noc zabójstwa. Bez rejestracji przechowywano je w komisariacie, aż w końcu ubrania zaginęły.

    Bogusław P. może być także autorem wysyłanych przez lata anonimów, którymi mógł wpływać na bieg śledztwa.

    Według ustaleń śledczych, niektórzy policjanci faktycznie od lat wiedzieli, że jednym z zabójców jest Paweł K., jednak nic z tą informacją nie zrobili. Jeden z mundurowych miał też wskazać sprawcę rodzinie zamordowanej.

    Sierżant Leszek Witaszek współpracował z policjantami, a jego zeznania okazały się bardzo ważne dla śledztwa. Funkcjonariusz przyznał się do winy i dobrowolnie poddał karze. Rodzina Iwony ze względu na jego postawę sporządziła pisemny "akt przebaczenia", w którym mimo wielkiej doznanej krzywdy wybacza mu jego postępowanie. Dokument ten znalazł się w aktach sprawy i nie wyklucza się, że może on mieć znaczenie dla innych podejrzanych funkcjonariuszy. Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

    . . .

    Policja i prokuratura, analizując zgromadzony materiał dowodowy, ustaliła, że z zabójstwem Iwony bezpośredni związek ma zaginięcie i śmierć Tadeusza Draba w 1999 r. Według ustaleń w dniu zaginięcia szedł z trzema mężczyznami, którzy nie mieszkali w Szczucinie. Następnie został odurzony alkoholem, przewieziony łodzią motorową na środek rzeki i wrzucony do wody. Motorówka miała być później spalona i zatopiona, a w maju 2018 r. śledczy z pomocą strażaków i płetwonurków usiłowali ją odnaleźć (klik). Prokurator wyjaśniał, że wytypowano osoby, które zdaniem śledczych dopuściły się zamordowania Draba, jednak formalnie nikt nie został jeszcze oskarżony.

    W kwietniu 2017 r. policjanci z zespołu Archiwum X zaczęli także badać okoliczności tajemniczej śmierci Marka Kapela (klik) (klik) (klik). Według ich ustaleń, wstępne okoliczności tej sprawy wskazują, że nie był to ani nieszczęśliwy wypadek, ani samobójstwo, a raczej ktoś umyślnie spuścił na niego fragment betonowego ogrodzenia.

    Włączyliśmy te dwa postępowania do śledztwa, bowiem mają one bezpośredni związek z wiedzą tych dwóch osób o zabójstwie Iwony Cygan

    – informował prokurator.

    . . .

    Podejrzanym wątkiem jest także samobójstwo 34-letniego sierżanta Andrzeja J. ze szczucińskiego komisariatu. Mężczyzna strzelił sobie w głowę z broni służbowej, pozostawiając żonę i trójkę małych dzieci. Wszystkie wypowiedzi na temat jego śmierci na komendzie w Szczucinie i rzekome powody, które można znaleźć w prasie, są wypowiedziane przez policjantów oskarżonych w sprawie Iwony Cygan (np. tutaj). Wiadomo, że policjantowi jako jednemu z nielicznych ufała rodzina zamordowanej, a on próbował ich wspierać i znaleźć sprawcę. Mówił także, że bardzo by chciał "żeby ta sprawa wyszła”. Jednym z policjantów, którzy znajdowali się na komisariacie w noc śmierci J. zabójstwa był Waldemar G., który obecnie jest oskarżony o mataczenie w sprawie o zabójstwo Iwony.

    . . .

    W kwietniu 2017 r.oku, po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W kwietniu 2017 r., po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W grudniu 2017 r. ojciec oraz siostry zamordowanej Iwony wydali specjalne oświadczenie, w którym nie zgodzili się, aby proces toczył się w Sądzie Okręgowym w Tarnowie. Z wnioskiem o wyłączenie tarnowskiego sądu ze sprawy zwróciła się także Prokuratura Krajowa.

    Sprawa została przeniesiona do Sądu w Rzeszowie, którego działania także wzbudziły podejrzenia rodziny Cyganów. Początkowo rzeszowski sąd chciał zwrócić prokuraturze akt oskarżenia, twierdząc, że wymaga on poprawek – zarzuty muszą być w całości jawne. Jednak sąd apelacyjny nie dopatrzył się żadnych braków i uznał, że zniesienie klauzuli tajności nie wchodzi w grę, gdyż część zarzutów wobec oskarżonych opiera się na niejawnych dokumentach policji, których absolutnie nie można odtajnić. Rodzina Cyganów uważała również, że jako ostatni dowiadywali się o wszelkich ważnych decyzjach, a o zwrocie aktu oskarżenia przeczytali dopiero w mediach. Nie udało im się jednak zmienić sądu ani sędziego.

    Dla nas rozpoczynający się proces jest niesłychanie ważny. Jednak nadal uważamy, że absolutnie nie powinien odbywać się on w Rzeszowie, ale w miejscu dalekim od lokalnych układów

    – mówiła siostra zamordowanej.

    . . .

    Akt oskarżenia wpłynął ponownie do Sądu Okręgowego w Rzeszowie w styczniu 2018 r.

    Ustalona przez śledczych wersja wydarzeń z sierpnia 1998 r. kształtuje się następująco:

    Jak wynika z aktu oskarżenia, w latach 90. w lokalu Roberta K. kwitł handel narkotykami oraz były tam nagrywane filmy pornograficzne z udziałem młodych dziewczyn, które wcześniej były odurzane, a mężczyźni gwałcili je grupowo. Wiele z nich było nieletnich, a niektóre mogły być nawet umysłowo niepełnosprawne. Nagrania często były narzędziem szantażu wobec ofiar, a także wpływowych znajomych, którzy nie raz brali w orgiach udział. Materiały wideo były sprzedawane do Austrii, gdzie Paweł K. wraz ze swoim ojcem prowadzili nielegalne interesy polegające na tym, że pod pretekstem organizowania prac zarobkowych wywoził młode dziewczyny do domów publicznych. Ich werbowaniem zajmował się Młody Klapa, który jeździł po okolicznych miejscowościach i zaczepiał kobiety. Ich selekcja odbywała się w lokalu Trabanta, gdzie było osobne pomieszczenie z weneckim lustrem. Często obserwowali zza niego bawiące się na dyskotece osoby i oceniali, która im się podoba. Niektóre z pokrzywdzonych zgłosiły się po latach do prokuratury.

    Iwona wyszła na spotkanie z przyjaciółka Renatą i wspólnie udały się do zajazdu w Szczucinie, gdzie rozmawiały z kolegami, ale nie piły alkoholu. Po wyjściu z lokalu spacerowały w pobliżu rynku, a w tym samym czasie okolicę tę patrolowali policjanci Leszek Witaszek oraz Grzegorz J. Około godziny 22:00 przy nastolatkach, z piskiem opon, około dwóch, -trzech metrów od policyjnego auta, zatrzymał się biały polonez, który prowadził Paweł K. Obok niego siedział nieżyjący już dziś Robert K. zwany Trabantem, a z tyłu ojciec Pawła, Józef. Obie nastolatki wsiadły do środka, Iwona niechętnie, jednak mogła czuć się pewniej przez bliskość policyjnego patrolu, w którym jeden z policjantów był ojcem jej koleżanki z klasy, dodatkowo błyskało się i zaczął padać deszcz. Samochód ruszył, a całą sytuację widziała także trójka mężczyzn, wśród nich Tadeusz Drab. Świadek wsiadł do radiowozu i obawiając się nadchodzącej burzy poprosił znajomych policjantów o podwiezienie do domu. Policjanci wraz z Drabem ruszyli za polonezem i jechali za nim aż do rzeki, gdzie mundurowi wysadzili pasażera i wrócili do patrolowania miasteczka.

    Najprawdopodobniej Iwona była bita już w samochodzie, a później przetrzymywana w przystani wodnej WOPR. Cała piątka przed północą podjechała pod bar "U Trabanta", gdzie ponownie widzieli ich policjanci, którzy zaparkowali nieopodal. Gdy wraz z Iwoną pojawili się w pubie, znajdowało się tam około 30 osób. Przy barze stała dziewczyna Pawła K., żona Trabanta oraz barmanka. Na zewnątrz szalała burza, lało jak z cebra. Mężczyźni, nie kryjąc się, wraz z Iwoną weszli do wydzielonego pomieszczenia, w którym to między innymi były nagrywane filmy pornograficzne. Tam Młody Klapa usiłował zgwałcić nastolatkę, ale ta zaciekle się broniła. Wtedy Trabant i Józef K. chwycili ją za ręce i przytrzymali, a Paweł K. bił twardym narzędziem typu kastet oraz kopał po całym ciele. Po uderzeniach w głowę Iwona na jakiś czas straciła przytomność. Po północy mężczyźni związali jej ręce i podtrzymując zakrwawioną nastolatkę, wyprowadzili ją z lokalu i wepchnęli do poloneza. Całe zdarzenie ponownie widziała duża grupa klientów lokalu oraz policjanci, którzy mogli dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się "U Trabanta". Jak twierdzi Prokuratura Krajowa, wszystkie osoby, które tamtego wieczoru bawiły się w lokalu, są dziś zidentyfikowane z imienia i nazwiska. Żadna z nich przez następne 19 lat nie przyszła do Cyganów i nie opowiedziała, co stało się tego wieczoru.

    Paweł K., Józef K. i Robert K. wywieźli Iwonę w stronę hangarów WOPR, a za nim ruszył policyjny radiowóz oraz jeszcze jeden samochód. Według relacji policjanta Witaszka, biały polonez skręcił w inną stronę niż oni, jednak co do jego wersji jest wiele wątpliwości.

    Dalsze wydarzenia tej nocy udało się odtworzyć dopiero od godziny drugiej. Wówczas w okolicy wału nad Wisłą, około 200 metrów od hangarów WOPR, po wyjściu z poloneza Iwona zaczęła uciekać, jednak sprawcy dopadli ją i znów brutalnie pobili. Dziewczyna straciła przytomność, a Paweł K. z pobliskiego ogrodzenia wybiegu dla zwierząt wziął długi patyk ze stalowym drutem, który owinął jej wokół szyi. Miał to widzieć Tadeusz Drab, który mieszkał niedaleko rzeki i zobaczywszy światła wyszedł sprawdzić co się dzieje. Mężczyzna później pobiegł do małżeństwa mieszkającego obok, którym opowiedział czego był świadkiem.

    Po zabójstwie sprawcy częściowo zdjęli ubranie z Iwony próbując upozorować zabójstwo na tle seksualnym.

    Starsza z sióstr Iwony kilka lat temu dotarła do świadka, który twierdził, że w noc zabójstwa widział, jak policyjne radiowozy stały na wiślanym wale, nieopodal miejsca, gdzie następnego dnia odnaleziono ciało nastolatki. O ich pobycie na miejscu zbrodni zaraz po morderstwie może świadczyć także to, że gdy około godziny 9:00 ojciec Iwony udał się na komisariat w Szczucinie zgłosić zaginięcie córki to zastał tam sierżanta Leszka Witaszka oraz Grzegorza J., którzy służbę powinni skończyć już o godzinie 7:00, a mimo tego nie udali się do domu spać, tylko przyjechali na komisariat. Wersję te potwierdza także inny z byłych policjantów ze Szczucina.

    Ojciec Iwony wraz z Leszkiem Witaszkiem udali się do domu Cyganów, gdzie w tym czasie przebywała również Renata. Policjant chciał z nią koniecznie porozmawiać, więc oboje zamknęli się w pokoju. Po jakimś czasie mężczyzna wyszedł i oświadczył, że dziewczyna nic nie wie i że Iwona na pewno wróci.

    Dzisiaj prawie przekonany jestem, że powiedział jej, co ma mówić.

    – twierdził ojciec zamordowanej.

    Według materiałów policyjnych, zaginięcie nastolatki zostało zgłoszone dopiero około godziny 13:00. Najprawdopodobniej w ten sposób chciano ukryć fakt, że szczucińska policja nie prowadziła żadnej akcji poszukiwawczej.

    Dzień po zabójstwie Leszek Witaszek przywiózł Tadeusza Draba do sklepu swojej żony w sąsiedniej wsi i kupił mu kilka piw. Po czym razem z Grzegorzem J. wzięli go do radiowozu i wypytywali szczegółowo o to, co widział poprzedniej nocy. Po tej rozmowie Drab utrzymywał, że nie był niczego świadkiem, z kolei policjanci nie sporządzili z tej rozmowy żadnej służbowej notatki.

    klik <– Najnowszy reportaż "UWAGI" na temat sprawy Iwony Cygan, w którym pokazana jest wizualizacja przebiegu wydarzeń z sierpnia 1998 r., relacje rodziny oraz argumenty potwierdzające obecność Leszka Witaszka oraz Grzegorza J. przy wale wiślanym zaraz po morderstwie.

    Zastanawiający jest także fakt, że Bogusława P. naczelnika wydziału kryminalnego, a prywatnie szwagra Leszka Witaszka nie było następnego dnia na miejscu zabójstwa, co może sugerować, że był tam już wcześniej.

    Wielu świadków zeznaje, że w sprawę zamieszany jest też inny policjant z dąbrowskiej komendy, Andrzej Ł., pseudonim Jabłuszko, który był wtedy członkiem zarządu tarnowskiego WOPR i miał klucz do hangarów. Rok po zabójstwie wyjechał z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Dzwonił potem do Szczucina i wypytywał ludzi co się dzieje w śledztwie. Do Polski przyjechał znowu w 2009 r., chciał zostać na dłużej. Jednak po przesłuchaniu w Archiwum X i badaniu wariografem spakował walizki i następnego dnia wrócił do USA. Dziś prawdopodobnie to on jest świadkiem incognito.

    . . .

    Jako motyw zabójstwa Iwony pojawia się handel żywym towarem. Kilku świadków zeznało, że Iwona miała wyjechać do Austrii razem z siostrą Renaty, która już od kilku lat pracowała w wiedeńskiej knajpie. Nastolatka nawet wyrobiła sobie paszport i zapewne na początku nie domyślała się do czego jest przeznaczona. Mogła być już komuś sprzedana, a ludzie, którzy zapłacili pieniądze za młodą dziewczynę, domagali się dowiezienia zakupionego towaru. Inna hipoteza zakłada, że tamtego wieczoru Iwona miała być w hangarze komuś wystawiona lub Paweł K., Józef K. oraz Robert K. chcieli nagrać film pornograficzny z jej udziałem. Może dziewczyna zbyt dobrze poznała sekrety szczucińskiego układu, a gdy chciała się wycofać, stała się dla nich potencjalnym zagrożeniem.

    . . .

    Robert K. ps. Trabant był z wykształcenia mechanikiem lotniczym. Przez jakiś czas pracował jako strażak w szczucińskiej OSP, służył też w jednostce komandosów. Był bardzo agresywnym człowiekiem. Pod koniec lat 90. wraz z innymi lokalnymi biznesmenami sponsorował zakup sprzętu dla lokalnej policji. Mężczyzna oprócz prowadzenia dwóch najpopularniejszych lokali w Szczucinie, czerpał także zyski z filmów pornograficznych i z handlu narkotykami.

    Następnego dnia po zabójstwie w pubie "U Trabanta" zaczął się remont. Przebywali tam wtedy m.in. Paweł K., jego dziewczyna oraz Trabant z żoną. Według późniejszych zeznań świadków do baru przyjechało wtedy trzech policjantów z Dąbrowy Tarnowskiej w cywilnych ubraniach, którzy rozpytywali o zabójstwo Iwony. Notatek z tego zdarzenia nie było później w aktach sprawy.

    Młodsza siostra Iwony chodziła z synem Roberta K. do klasy, rodzice czasem przyprowadzali go do Cyganów, by mógł pobawić się z koleżankami, a Iwona odprowadzała go pod wieczór do domu.

    Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.

    . . .

    W sierpniu 2018 r. mieszkańcy Szczucina chcieli uczcić 20. rocznicę śmierci Iwony Cygan poprzez odprawienie w jej intencji mszy. Jednak proboszcz miejscowej parafii odmówił, twierdząc, że obecnie na miasto jest za duża nagonka w mediach i to szkodzi parafii. Kiedy wierni próbowali dowiedzieć czegoś więcej w tej sprawie, zostali poinformowani przez jednego z księży, że msza się odbyła, jednak ze względu na nowe przepisy RODO nie można udzielać więcej informacji. Duchowny dodał również, że parafia mogła odmówić odprawienia nabożeństwa, ponieważ parafianie zgłosili się zaledwie dwa tygodnie wcześniej, a ponadto jest sezon urlopowy i połowy księży nie ma. Msza w intencji Iwony odbywa się jednak co roku na prośbę rodziny i jest zamawiana pół roku wcześniej. Nabożeństwo to odbywa się jednak w sąsiedniej parafii.

    . . .

    6 czerwca 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie ruszył proces (klik). Oskarżycielami posiłkowymi byli ojciec Iwony oraz jej dwie siostry. Mama zamordowanej niestety nie doczekała się sprawiedliwości i zmarła kilka lat temu.

    Praktycznie całe życie czekałam na ten dzień. Często sobie go wyobrażałam. Ludzie, którzy są oskarżeni o morderstwo, byli w tych myślach. Bo od początku wiedzieliśmy, że to oni. Przez 20 lat próbowano nam wmówić, że zabójstwa nie było - akt oskarżenia, który zostanie dziś odczytany, jest dowodem na to, że tej sprawy nie da się już dłużej zamiatać pod dywan

    – mówiła przed drzwiami do sali sądowej starsza z sióstr zamordowanej nastolatki.

    Na ławie oskarżonych zasiadło 18 osób: Paweł K., Józef K., Renata G.-D. oraz 15 skorumpowanych policjantów. Dowiezieni z aresztów zasiedli w pomieszczeniu za kuloodporną szybą. Przed oskarżonymi siedzieli w dwóch rzędach ich adwokaci, aż 25 osób, ponieważ każdy z oskarżonych posiadał dwóch lub trzech obrońców. Znalazło się tam kilku bardzo popularnych prawników "z najwyższej półki".

    W sprawie występują także świadkowie incognito, przez co między innymi proces toczy się częściowo za zamkniętymi drzwiami. Wiadomo tylko, że oskarżeni na sali sądowej nie zachowali powagi, wręcz zachowywali się "jak na spotkaniu towarzyskim".

    W czerwcu odbyła się następna rozprawa, na której sąd zgodził się na obecność mediów, jednak nie wolno im na bieżąco przekazywać relacji z procesu. Wszystko po to, by świadkowie, którzy do tej pory nie byli jeszcze przesłuchiwani, nie zmieniali zeznań pod wpływem innych relacji.

    Sąd szuka złotego środka. Nie chce całkowicie utajniać sprawy. Media mają prawo być na sali rozpraw. Dziennikarze mogą gromadzić materiały, bo przyjdzie moment, w którym będzie to można ujawnić. Te zgromadzone materiały mogą im się przydać po zakończeniu procesu czy wtedy, gdy ten zakaz zostanie złagodzony. A to jest możliwe

    – mówił rzecznik Sądu Okręgowego w Rzeszowie. Z kolei sędzia Barbara Piwnik, była minister sprawiedliwości, decyzję tę skomentowała następująco:

    Jest to ograniczanie swobody mediów oraz praw obywatelskich. Zasadą konstytucji jest prawo obywatela do jawnego rozpoznania sprawy.

    Na rozprawie, która odbyła się na początku października, sąd uchylił areszt tymczasowy dla 13 byłych policjantów oraz dla Renaty G.-D. Większość z nich dotąd nie złożyła nawet zeznań przed sądem, tak jak 35 świadków incognito występujących w sprawie. Sąd uznał jednak, że oskarżeni nie mogą już wpływać na świadków i postanowił wypuścić podejrzanych na wolność ze skutkiem natychmiastowym, więc po rozprawie podejrzani nie wrócili już do zakładów karnych. Dostali jedynie zakaz opuszczania kraju oraz obowiązek meldowania się na posterunku w Szczucinie.

    Prokurator Piotr Krupiński, naczelnik Małopolskiego Wydziału do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Prokuraturze Krajowej złożył zażalenie na decyzję rzeszowskiego sądu okręgowego, w której podkreślił, że istnieje realna groźba matactwa ze strony oskarżonych.

    Istotna w całej sytuacja jest realna obawa, że zwolnieni z aresztu oskarżeni policjanci mogliby próbować ustalać, kim są anonimowi świadkowie ze Szczucina, niewielkiego, liczącego 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczka, i próbować ich zastraszać. Na ten aspekt sprawy zwraca uwagę rodzina zamordowanej, zaznaczając, że niełatwo było przez długie lata przerwać zmowę milczenia wokół tragedii.

    30 października Sąd Apelacyjny miał rozpoznać zażalenia prokuratury, jednak nie był w stanie ponieważ Sąd Okręgowy w Rzeszowie nie wysłał im wszystkich akt. Ostatecznie akta przesłano, jednak posiedzenie zostało odroczone, a kolejne wyznaczone na 13 i 14 listopada. Jednak przez zwłokę sądu okręgowego zażalenia, które według przepisów winny być rozpoznane niezwłocznie, będą rozpoznane prawie półtora miesiąca od wyjścia podejrzanych z aresztu.

    . . .

    Na grobie Iwony Cygan wyryto słowa: "Tu leży niewinna istota, którą skrzywdził człowiek””. Miałaby dziś 37 lat.

    . . .

    W 2011 r. w programie "Listy gończe" został wyemitowany odcinek o sprawie Iwony Cygan –> klik

    Reportaż UWAGI z 2017 r. –> klik

    Filmik z youtubowego kanału Niediegetyczne z 2017 r. –> klik

    Reportaż TVN INFO z 2018 r.–> klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    Zapraszam także do obserwowaniarejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #polskiepato #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

    źródło: z19540451V,Iwona-Cygan.jpg

  •  

    Dziś nowy wpis na #polskiepato.

    Historię podzieliłam na dwa posty, ponieważ przy próbie dodania całości w jednym wpisie pojawia się komunikat z Wykopu, że treść jest za długa. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    • • •

    Część 1

    W 1998 r. Iwona Cygan była uśmiechniętą i pełną życia 17-latką. Uwielbiała dzieci, a one ją. Często zbierała grupkę urwisów z okolicy i organizowała im zabawy. Zadatki na przedszkolankę łączyły się z jej planami na przyszłość, ponieważ nastolatka marzyła o zawodzie nauczycielki. Była ładną i dość nieśmiałą dziewczyną, ostrożną w nawiązywaniu kontaktów. Uczyła się dobrze, a po wakacjach miała iść do 3. klasy liceum w Dąbrowie Tarnowskiej.

    Ostatni miesiąc wakacji był w Szczucinie (woj. małopolskie) dość chłodny, mimo tego 13 sierpnia Iwona postanowiła wybrać się na rolki. Gdy była już przy furtce, starsza siostra zawołała ją do telefonu, więc dziewczyna wróciła jeszcze do mieszkania. Dzwoniła Renata G., z którą się przyjaźniła, jednak niedawno podjęła decyzję, by zakończyć znajomość i przyznać rację mamie, która od początku była przeciwna tej relacji. Nastolatka mówiła, że nie ufa koleżance, uważała, że ma dziwne towarzystwo i czuła się przez nią okłamywana.

    Dziewczyny były równolatkami, jednak to Renata dominowała w ich znajomości. Od jakiegoś czasu zadawała się z tak zwaną "elitą Szczucina", czyli z okolicznymi biznesmenami i ludźmi z pieniędzmi. Należał do nich prawie 40-letni Robert K. ps. Trabant właściciel baru "U Trabanta" oraz klubu "Zajazd Leśny". Lokale znajdowały się blisko siebie, w samym centrum miasteczka, a z braku innych rozrywek mieszkańcy Szczucina uczęszczali zwykle do obu lokalów tego samego wieczoru. Czas tam spędzali zarówno licealiści, jak i dorośli, także policjanci zaprzyjaźnieni z właścicielem, który cieszył się w okolicy powszechnym uznaniem. Jedni przychodzili potańczyć, drudzy robić szemrane interesy. Wśród kolegów Renaty byli też znajomi jej siostry, przez miejscowych nazywani "grupą austriacką". Jednym z nich był 26-letni Paweł K. ps. Młody Klapa. Mężczyzna skończył zawodówkę, w której wyuczył się na tokarza. Przez jakiś czas pracował jako ochroniarz w barze Trabanta, a później zaczął wyjeżdżać do Grecji, następnie do Austrii, gdzie na czarno podejmował się prac budowlanych. Z czasem zajął się także organizacją wyjazdów do sprzątania domów w Austrii.

    Podczas rozmowy telefonicznej Renata usilnie przekonywała Iwonę do spotkania, zapewniając, że to bardzo pilne. Mimo długiego opierania się, nastolatka niechętnie przystała na propozycję i przekonana, że za chwilę wróci do domu, pomachała mamie i około godziny 19:00 ruszyła w stronę kościoła, w pobliżu którego się umówiła. Dziewczyny udały się do "Zajazdu Leśnego", gdzie rozmawiały ze znajomymi. O godzinie 21:00 siostra Iwony spotkała ją wychodzącą z lokalu –. była uśmiechnięta i mówiła, że wybiera się już do domu. Późnym wieczorem starsza z córek wróciła przekonana, że siostra śpi w swoim pokoju. Ich matka, słysząc zamykające się drzwi wejściowe, była pewna, że wróciła także Iwona. Niestety, nad ranem nie zastała jej w łóżku. Rodzice rozpoczęli gorączkowe poszukiwania. Starsza córka bezzwłocznie zadzwoniła do Renaty, jednak telefon odebrała jej siostra, która powiedziała, że nastolatka jest na kursie na prawo jazdy. Rodzina zaginionej udała się tam z nadzieją, że dowie się, co się stało z Iwoną. Według ich relacji, Renata w ogóle nie zdawała się zaskoczona zniknięciem przyjaciółki, zachowywała się dziwnie i długo nie chciała z wrócić z nimi do Szczucina, by pomóc w poszukiwaniach. Od razu po powrocie ojciec zgłosił policji zaginięcie.

    Jeszcze tego samego dnia około godziny 14:30 rolnik, który prowadził krowę na pastwisko, odnalazł przy wale Wisły w Łęce Szczucińskiej zmasakrowane ciało Iwony. Nastolatka leżała twarzą do ziemi, na plecach miała skrępowane sznurkiem ręce, a na szyi zadzierzgniętą pętlę z drutu. Jej ciało było częściowo obnażone, a spodnie i bielizna zsunięte na uda. Była brutalnie pobita, miała głównie obrażenia głowy, okolicy potylicznej, klatki piersiowej, pleców oraz dwukrotnie złamaną żuchwę. Uderzenia były zadawane ze znaczną siłą, po całym ciele i przy użyciu różnych przedmiotów. Miała też wyrwane kolczyki i obcięte włosy, co mogło świadczyć o tym, że sprawcy chcieli upokorzyć swoją ofiarę. Policjant pracujący nad sprawą wspominał:

    Analiza oględzin miejsca ujawnienia zwłok i samego ciała ofiary wskazuje, że sprawcy chcieli ją upokorzyć, pastwić się nad nią. Być może w trakcie tego zdarzenia doszło do aktów mających ślady seksualności. W grupie napastników na pewno byli mężczyźni.

    Iwona umarła w wyniku gwałtownego uduszenia drucianą pętlą i częściowego zamknięcia dróg oddechowych krwią spływającą z obrażeń twarzy. Nie było żadnych śladów, które wskazywałyby, że została zgwałcona. Nastolatka była pobita do takiego stanu, że rodzina nie była w stanie zidentyfikować jej ciała. Udało im się to na podstawie ubrań, które miała na sobie.

    W pobliżu zwłok znajdowały się fragmenty sztachet i rozbite butelki po winie. Policja zabezpieczyła także włókna w rzadkim kolorze biskupim oraz ludzkie włosy. W nocy podczas burzy, deszcz zatarł większość śladów.

    Według oficera policji, sprawcami musiały być osoby, które dobrze znały okolicę:

    Sprawcy w tym miejscu czuli się bezkarnie i pewnie. A więc znali pewne zwyczaje sąsiednich domów i że w miejscu zbrodni nie zjawi się potencjalny świadek. Być może czuli się na tyle bezkarni, że nawet nie obawiali się, że jak ktoś ich zauważy to i tak im nic nie grozi.

    . . .

    Policja popełniła szereg błędów i rażących zaniedbań, które były widoczne już od samego początku śledztwa. Zwłoki Iwony szybko zabrano, a na miejscu zbrodni nikt nie został. Nie zabezpieczono nawet terenu. Dopiero po interwencji członka rodziny Cyganów śledczy wrócili na miejsce i ostatecznie zabezpieczono szereg dowodów.

    Mimo intensywnych opadów minionej nocy psy tropiące złapały ślad. Jednak prokurator stwierdził, że idą za zającem i kazał je odwołać.

    Niedaleko miejsca odnalezienia zwłok, pod namiotami wypoczywali turyści, których funkcjonariusze nawet nie przesłuchali. Nie przeszukano także hangarów WOPR, ani baru "U Trabanta". Nie zabezpieczono ważnych dowodów lub je zniszczono. Nie włączono też do materiałów śledztwa żadnych notatek obciążających osoby, które dzisiaj w tej sprawie są oskarżone. Za to przesłuchano około 250 świadków, których zeznania jednak zdaniem policji były bezwartościowe i nie wniosły nic do śledztwa. Nie postawiono także nikomu zarzutów, a jedną z pierwszych hipotez policji było to, że Iwonę zabili sataniści.

    W miasteczku zapanowała zmowa milczenia. Mieszkańcy najwyraźniej bali się rozmawiać z policją, która zresztą także nie starała się ujawnić prawdy o tym brutalnym morderstwie. Cała okolica dużo wcześniej wiedziała, u kogo danego dnia będą odbywały się przeszukania, czy kto kiedy będzie wzywany na przesłuchanie. Mieszkańcy Szczucina wiedzieli także, kto dokonał tej zbrodni, a już następnego dnia po morderstwie, na rynku rozmawiano o tym, kto dokładnie w nim uczestniczył.

    Renata podczas jednego z pierwszych przesłuchań w Dąbrowie Tarnowskiej twierdziła, że nie znała Iwony. Mimo tego, że wszyscy w okół doskonale widzieli ich intensywną przyjaźń, a oczywistym było, że dziewczyna kłamie. Nie zostały jednak postawione jej żadne zarzuty. Według jej późniejszej relacji, miała rozstać się z Iwoną na rynku po godzinnym spotkaniu i każda z nich poszła w swoim kierunku.

    Dwa miesiące po znalezieniu ciała policja zwróciła rodzicom Iwony jej ubrania, co jest standardową procedurą, jeżeli rzeczy osobiste nie są już potrzebne do badań. Jednak trzy tygodnie później u pogrążonej w żałobie rodziny pojawił się człowiek w mundurze funkcjonariusza policji twierdząc, że musi je ponownie zabrać. Rodzina wydała wszystko, z wyjątkiem butów. Mężczyzna nie zostawił żadnego pokwitowania, a rzeczy nie trafiły do prokuratury, tylko rozpłynęły się bez śladu.

    . . .

    Na pogrzeb Iwony przyszły tysiące ludzi, głównie młodzież. Koledzy nieśli trumnę kilka kilometrów ze Szczucina do Ratajów, gdzie została pochowana. (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    W styczniu 1999 r. został wyemitowany odcinek programu "997" (klik), w którym poinformowano o nagrodzie ufundowanej przez wójta Szczucina i lokalnego biznesmena, właściciela firmy Tankpol, o wysokości 20 tysięcy złotych za pomoc w ujęciu sprawców. Po emisji programu 31-letni Tadeusz Drab (zdjęcie) powiedział w barze kolegom, że wie, kto zabił Iwonę i chce podzielić się tą wiedzą z policją. Chwalił się, że to on zgarnie nagrodę. Nie zdążył jednak złożyć zeznań, ponieważ już następnego dnia zaginął, a jego ciało wyłowiono z Wisły dopiero po kilku miesiącach. Miejscowi śledczy uznali to za samobójstwo, choć nic nie wskazywało na to, by mężczyzna z planami na przyszłość i ukochaną dziewczyną u boku, którą miał niedługo poślubić, chciał targnąć się na swoje życie. Dodatkowo Drab świetnie pływał, był wręcz wychowany nad rzeką, a po wyłowieniu z wody ręce miał skrępowane sznurem. Jednak to także nie przekonało śledczych do wszczęcia dochodzenia w sprawie zabójstwa oraz nie połączyli tej sprawy z morderstwem Iwony.

    Śmierć Tadeusza zamknęła na dobre usta mieszkańcom Szczucina i okolic. Gdy ktoś próbował rozmawiać z mundurowymi sąsiedzi ostrzegali – "przestań, bo zginiesz jak Tadek Drab". Ludzie panicznie bali się sprawców, których doskonale znali, tak samo zresztą jak policja i rodzina ofiary.

    . . .

    Po zabójstwie Iwony w Szczucinie zaczęło dochodzić do niewyjaśnionych aktów agresji wobec mieszkańców. Został pobity miejscowy ksiądz oraz licealiści, których dodatkowo wywieziono nad Wisłę i grożono śmiercią.

    . . .

    Sprawa Iwony Cygan po raz pierwszy została umorzona 8 lipca 1999 r. z powodu "braku dowodów".

    . . .

    20 grudnia 2013 r. kuzyn Iwony, który od początku bardzo pomagał rodzicom zamordowanej w dotarciu do prawdy, odnalazł swojego syna, 18-letniego Darka Cygana powieszonego w garażu. Wszelkie okoliczności jego śmierci wskazywały na udział osób trzecich, jednak Prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej umorzyła śledztwo. Darek znał się z synem Trabanta i według jednej z relacji chłopcy mieli pokłócić się na jednym z grillów, po czym Cygan miał mu powiedzieć, że jest synem mordercy.

    . . .

    Rankiem 24 sierpnia 2014 r. w Szczucinie przypadkowy przechodzień odnalazł ciało 30-letniego Marka Kapela (zdjęcie). Zwłoki znajdowały się w dziwnym ułożeniu, a mianowicie głowa została przygnieciona ciężkimi elementami betonowego ogrodzenia, które zadziałały jak gilotyna (zdjęcie) (zdjęcie). Jego ciało wyglądało tak, jakby walczył, aby wydostać się spod betonowych płyt. W dniu swojej śmierci Marek, który na co dzień pracował w firmie budowlanej, wyszedł z baru "Ambrozja", gdzie według barmanki wypił niewiele, może dwa lub trzy piwa. Do domu miał około trzech kilometrów, które przemierzał wzdłuż jednej z najczęściej uczęszczanych dróg w miasteczku. Monitoring zarejestrował jego postać około godziny 23:10, jednak w zasięgu kolejnej kamery mężczyzna już się nie pojawił. Osiem godzin, które upłynęły pomiędzy ostatnim nagraniem a odnalezieniem zwłok, owiane jest tajemnicą. Policjanci uznali, że zginął około północy, jednak według ratowników medycznych, którzy zjawili się na miejscu odnalezienia zwłok, musiało to być około czwartej nad ranem. Tymczasem, około drugiej w nocy, tuż obok miejsca, gdzie leżał Kapel, policjanci wylegitymowali dwóch mężczyzn, którzy szli środkiem drogi. Co więcej, jak pokazuje monitoring, w nocy dwa razy obok tego miejsca przejeżdżał radiowóz.

    Następnego dnia na miejscu odnalezienia zwłok nikt nie zabezpieczył śladów, a po dwóch godzinach było już tam pusto. Ubrania Marka po jakimś czasie zostały zutylizowane, nie pobrano z nich także żadnych śladów. Nie wezwano psów tropiących ani nie zlecono przeprowadzenia eksperymentu, który mógłby wykazać, czy wybicie samodzielne głową przęsła było w ogóle możliwe. W końcu postępowanie w sprawie śmierci Marka Kapela zostało umorzone przez Prokuraturę Rejonową w Dąbrowie Tarnowskiej ze względu na "brak znamion czynu zabronionego" i mimo sprzeciwu rodziny uznane za nieszczęśliwy wypadek lub samobójstwo.

    Wiadomo było, że Marek posiadał informacje dotyczące morderstwa Iwony Cygan. Koledzy prosili go, aby nie mówił o tym głośno, ostrzegali, że "skończy jak Tadek Drab". Dwa miesiące przed śmiercią potrącił go samochód, a nieznany sprawca uciekł. Kapel miał złamane trzy żebra i stłuczoną rękę, jednak nie chciał zgłosić zdarzenia na policję. Najprawdopodobniej odebrał to jako ostrzeżenie i umyślne potrącenie.

    (klik)

    . . .

    Matka zamordowanej Iwony mówiła, że przy policjantach i prokuratorach ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej czuła się jak morderczyni, nie jak ofiara. Przez wiele lat rodzina Cyganów nie mogła nawet znaleźć pełnomocnika, który by ją reprezentował. Kolejni adwokaci z kancelarii w Tarnowie, a nawet w Krakowie odmawiali, tak jakby doskonale wiedzieli, że nie jest to zwykła sprawa kryminalna. Wszyscy widzieli, że gdy tylko ktoś próbował dotrzeć do prawdy, miał realne kłopoty. Po wielu latach batalii z mundurowymi – dopiero gdy w 2009 r. sprawą zainteresowało się krakowskie Archiwum X – śledztwo zaczęło nabierać tempa. Udało się nawiązać kontakt ze świadkiem wydarzeń z sierpnia 1998 r. Mężczyzna w rozmowie z policjantami zeznał, że widział, jak na rynku przy Iwonie i Renacie zatrzymał się gwałtownie biały polonez prowadzony przez Pawła K. zwanego Młodym Klapą. Po krótkiej rozmowie dziewczyny wsiadły do środka. Świadek w obliczu prokuratury wycofał się jednak z części zeznań, a niebawem po tym Archiwum X zostało odsunięte od sprawy, ponieważ "ktoś wyżej" uznał, że "za bardzo angażuje się w pomoc rodzinie". Śledztwo ponownie zostało umorzone. W 2014 r. sąd nakazał prokuratorom je wznowić, stwierdzając, że nie zrobiono wszystkiego, aby odnaleźć mordercę. Krótko po tym udało się dotrzeć do nowych dowodów, a mianowicie do kasety wideo, na której widać, jak Paweł K. bawi się na weselu w Szczucinie dwa dni po śmierci Iwony. Było tam niespełna sto osób, w tym prawie wszyscy oskarżeni dziś o udział w zabójstwie. Na nagraniach widać, że Młody Klapa był ubrany w marynarkę koloru biskupiego, prawdopodobnie tę samą, której włókna zabezpieczono na miejscu zabójstwa Iwony. Jego pobyt na zabawie wskazywał także na to, że alibi z 1998 r., według którego w noc morderstwa miał być w drodze do Austrii jest nieprawdziwe.

    W 2016 r. media podały informację, że policjanci są o krok od złapania morderców. Na początku października w Łęce Szczucińskiej, gdzie przed laty znaleziono ciało nastolatki, został przeprowadzony eksperyment procesowy (klik), który miał polegać na m.in. odtworzeniu relacji świadka (zdjęcie) (zdjęcie). W eksperymencie brała udział Żandarmeria Wojskowa, która użyczyła drona do skanowania terenu oraz naziemnego sprzętu do mapowania 3D miejsc zdarzeń. (klik)

    Do tego czasu zebraliśmy bardzo dużo materiału dowodowego. Z najnowszych informacji wynika, że miejsce znalezienia zwłok najprawdopodobniej nie było miejscem zabójstwa. Pod uwagę bierzemy również fakt, że ciało Iwony było roznegliżowane. Choć sekcja zwłok wykluczyła jakikolwiek kontakt seksualny. Uważamy, że sprawca celowo chciał wprowadzić w błąd policję co do miejsca i motywu zbrodni

    – mówił Bogdan, szef krakowskiego Archiwum X. Po latach została przerwana też zmowa milczenia, a policja dotarła do świadków wydarzeń sprzed lat, którzy w końcu zdecydowali się na rozmowę z funkcjonariuszami.

    klik <– wywiad z owym Bogdanem, bardzo ciekawy człowiek (rozmowa nie dotyczy tej sprawy).

    . . .

    Zaraz po przeprowadzeniu wizji lokalnej w Łęce Szczucińskiej zaginął 79-letni Wojciech Sołtys (zdjęcie) ze Świdrówka pod Szczucinem. Dopiero po ponad trzech tygodniach poszukiwań w trudno dostępnym miejscu nad Wisłą znaleziono jego zwłoki. Mężczyzna leżał twarzą do ziemi i był nieadekwatnie ubrany do pory roku – miał na sobie tylko koszulkę polo z długim rękawem oraz dresowe spodnie. Kilkaset metrów dalej znajdował się spalony wrak jego samochodu. Tablica rejestracyjna leżała na ziemi.

    Mężczyzna posiadał plany na przyszłość, remontował dom i miał już kupiony bilet na lot do Stanów Zjednoczonych, w których wcześniej spędził ponad 30 lat życia. W dniu, w którym zaginął, nie zjawił się na lotnisku, o czym powiadomiono jednego z jego braci, który od razu wybrał się do domu Wojciecha. Zastał tam otwartą bramę na posesję. Nie było słychać szczekania psa, który – jak się później okazało – leżał martwy. Jego sekcja zwłok wykazała, że zmarł z wygłodzenia.

    Przy ciele denata znaleziono sporo gotówki, w tym amerykańskie dolary, oraz telefon komórkowy.

    Jednoznacznej przyczyny śmierci nie udało się ustalić. Wykluczono natomiast, że był to jakiś uraz, jak np. pobicie.

    Biegli wskazali, że najbardziej prawdopodobną przyczyną zgonu była ostra niewydolność układu krążenia w przebiegu uszkodzenia mięśnia sercowego na tle miażdżycowym

    – mówił zastępca prokuratora rejonowego w Dąbrowie Tarnowskiej. Tłumaczył też, że dla dobra śledztwa więcej szczegółów ujawnić nie może, ale. dodał, że prowadzą śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci.

    Krewni zmarłego nie wierzą w zgon z przyczyn naturalnych. Według brata sprawcą musiał być ktoś miejscowy, kto dobrze znał okolicę, ponieważ miejsce znalezienia zwłok jest obszarem rzadko uczęszczanym i trudno dostępnym.

    Tarnowska prokuratura w końcu umorzyła sprawę, której akta dopiero pod koniec 2017 r. trafiły do Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Postępowanie zaczęło być prowadzone w kierunku podejrzenia zabójstwa z motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

    . . .

    Śledztwo w sprawie morderstwa Iwony Cygan kontynuował Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wraz z policjantami ze specjalnej grupy zajmującej się niewyjaśnionymi zbrodniami sprzed lat –- Archiwum X – z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

    Zebrane przez nich dowody, zeznania świadków oraz opinie Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie pozwoliły, by w grudniu 2016 r. za 45-letnim już Pawłem K. został wysłany list gończy, a Sąd Okręgowy w Tarnowie wydał Europejski Nakaz Aresztowania (klik) (klik), ponieważ nieznane było aktualne miejsce pobytu podejrzanego. Na liście gończym widniała kwalifikacja mówiąca o zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem, a zdaniem prokuratury podejrzany 13 i 14 sierpnia 1998 r., korzystając z pomocy swego ojca Józefa K. ps. Stary Klapa, zadawał Iwonie liczne ciosy twardym narzędziem, a następnie wywiózł ją w okolice wałów przeciwpowodziowych w Łęce Szczucińskiej, gdzie ofiarę skrępował i doprowadził do jej śmierci.

    Paweł K. został aresztowany 9 stycznia 2017 r. w Wiedniu przez austriackie organy ścigania, a w połowie miesiąca został wysłany z Polski wniosek o jego ekstradycję. Po dwóch rozprawach sądowych w tej sprawie Młody Klapa (zdjęcie) został przetransportowany do Polski wojskowym samolotem 11 maja, a następnie eskortowany przez Żandarmerię Wojskową do Aresztu Śledczego w Krakowie. Jeszcze podczas pobytu w Wiedniu, K. twierdził, że jest krewnym byłej premier Ewy Kopacz, która chroniła go przez te wszystkie lata, o czym pisały wszystkie austriackie media (klik). Polityk wszystkiemu zaprzeczyła i wytłumaczyła się zwykłą zbieżnością nazwisk.

    17 maja w polskiej prokuraturze Paweł K. nie przyznał się do zarzutu i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Mężczyzna został przebadany wykrywaczem kłamstw, które wykazało, że posiada dużą wiedzę na temat zabójstwa Iwony, że coś ukrywa i usiłuje oszukać urządzenie, stosując uniki psychologiczne.

    Kolega Młodego Klapy zeznał, że mężczyzna ten jest maniakiem seksualnym i w latach 90. gdy przyjeżdżał z Austrii do rodzinnego Szczucina, często razem bywali u tarnowskich prostytutek.

    . . .

    DALSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

    źródło: z19540451V,Iwona-Cygan.jpg

  •  

    Dziś na #polskiepato przedstawię Wam trzy sprawy, które aktualnie toczą się w Sądzie Okręgowym w Lublinie. Wszystkie dotyczą dzieciobójstw dokonanych przez bardzo młode kobiety w latach 2017 - 2018.

    Przerażającym zbiegiem okoliczności jest to, że dwa z trzech morderstw noworodków zostały popełnione przez studentki pedagogiki, które uprzednio deklarowały wielką miłość do dzieci i wyrażały chęć opiekowania się nimi zawodowo w przyszłości. W każdym z trzech przypadków ofiarami były dziewczynki, które na tym świecie nie przeżyły nawet pół godziny.

    W żadnym z opisanych poniżej procesów nie zapadł jeszcze prawomocny wyrok, tak że na pewno będę jeszcze o nich pisała w następnych postach, co oznaczę #polskiepato. Proszę śledzić tag, bo do tego wołać raczej nie będę.

    Jeżeli uda mi się zdobyć daty następnych rozpraw to na pewno wybiorę się na nie w charakterze widza i zdam Wam relację! ( ͡º ͜ʖ͡º) Jeżeli ktoś z #lublin mógłby mi w tym pomóc to proszę pisać na priv, płacę wdzięcznością!

    • • •

    15 października 2017 roku podczas niedzielnego spaceru w miejscowości Krzesimów (woj. lubelskie) jeden z mieszkańców zauważył w zaroślach nad rzeką Sawką ciało noworodka. Na miejscu pojawili się policjanci, strażacy i prokurator. Przeszukano brzeg rzeki, zabezpieczono ślady i usiłowano ustalić, w którym miejscu dziecko zostało wrzucone do wody.

    Od momentu odnalezienia ciała funkcjonariusze wraz z prokuraturą prowadzili intensywne dochodzenie. Przez wiele godzin na miejscu odnalezienia zwłok trwały oględziny. Z drugiej zaś strony prowadzone były czynności operacyjne, do których zaangażowali się policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

    – relacjonował rzecznik lubelskiej policji.

    Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka urodziła się żywa, a przyczyną śmierci było utonięcie. Śledczy wskazali również na wychłodzenie organizmu. Dziecko żyło około pół godziny i utopiło się tej samej nocy, której przyszło na świat. Nie odcięto mu nawet pępowiny.

    26 października śledczy zatrzymali 22-letnią Anetę P. (zdjęcie) (zdjęcie) w jej rodzinnym domu w gminie Mełgiew. Na trop podejrzanej śledczy wpadli po jej dziwnej wizycie w Komendzie Powiatowej Policji w Świdniku, gdzie zgłosiła, że jest pomawiana o spodziewanie się dziecka. Uprzednio udała się do ginekologa po zaświadczenie, że nie jest w ciąży i poprosiła o receptę na środki antykoncepcyjne.

    Podczas przesłuchania kobieta przyznała się do winy, złożyła także wyjaśnienia. Usłyszała zarzut, że działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia córki, wrzuciła ją do wody, w wyniku czego spowodowała jej śmierć. Czyn zarzucony podejrzanej stanowi zbrodnię zabójstwa i zagrożony jest karą pozbawienia wolności od 8 lat do dożywocia. Wobec kobiety został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.

    . . .

    Aneta P. mieszkała razem z rodzicami - ojcem rolnikiem oraz matką pracownicą samorządową. Studiowała w Lublinie, a zarobkowo opiekowała się dziećmi. W internetowym ogłoszeniu reklamowała się tak:

    Studiuję pedagogikę specjalną, mam 5-letnie doświadczenie w opiece nad dziećmi. Zajmowałam się zarówno kilkumiesięcznymi maluchami, nastolatkami, jak i dziećmi z zespołem Downa.

    Dziewczyna cieszyła się dobrą opinią sąsiadów, którzy mieli ją za typową szarą myszkę.

    . . .

    W toku śledztwa ustalono, że ojcem noworodka był dużo starszy od Anety P. żonaty mężczyzna, ojciec trójki dzieci. Zarówno 42-letni kochanek podejrzanej, jak i jej rodzice zostali przesłuchani w charakterze świadków i zwolnieni bez postawienia zarzutów. Nikt z jej najbliższych nie wiedział o ciąży, którą skrzętnie ukrywała od marca 2017 roku, gdy tylko się o niej dowiedziała. To, że lekko przytyła, starała się maskować ubraniami. Mimo tego, że wiedziała o swoim stanie, wciąż przyjmowała tabletki antykoncepcyjne.

    Kobieta nie potrafiła wyjaśnić powodów uśmiercenia swojej córki. Powiedziała śledczym, że działała pod wpływem emocji, a wrzucenie dziecka do rzeki było pierwszą rzeczą, jaka przyszła jej do głowy, jednak policjanci ustalili. że podejrzana przygotowywała się do zabójstwa już od dłuższego czasu. Jeszcze kilka miesięcy przed porodem wpisywała w swoją wyszukiwarkę internetową hasła o treści: co może zabić dziecko w 5 miesiącu ciąży, jak poronić w drugim trymestrze, szukała także informacji o aborcji w 6 i 7 miesiącu ciąży oraz lekach, których zażywanie jest zabronione podczas ciąży.

    . . .

    14 października 2017 roku Aneta położyła się spać między godziną 21 a 22. Jednak około drugiej nad ranem obudziły ją silne bóle porodowe. Po trzech godzinach urodziła zdrową córkę, następnie wzięła nożyczki leżące na regale i przecięła jej pępowinę. Owinęła noworodka w koszulkę, ubrała się i bladym świtem wyszła z domu. Jak podaje akt oskarżenia: Dziecko płakało na tyle cicho, że nie obudziło pozostałych domowników. Niosła je przez pole kukurydzy, drogę i stary cmentarz, aż dotarła do rzeki, gdzie wyjęła córeczkę z koszulki i wrzuciła do wody. Podobnie uczyniła z łożyskiem, które urodziła chwilę wcześniej. Po powrocie do domu usiłowała zatrzeć ślady - spaliła koszulkę, w której niosła dziecko, uprała pościel i ubrania. Nad ranem umówiła się na wizytę do ginekologa, po której udała się na świdnicki komisariat policji, co jej zdaniem miało zapewnić jej alibi.

    . . .

    Na początku lipca 2018 roku do Sądu Okręgowego w Lublinie wpłynął akt oskarżenia przeciwko Anecie P. Prokuratura postawiła jej zarzut zabójstwa z zamiarem bezpośrednim.

    . . .

    5 września rozpoczął się proces (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie). Na pierwszej rozprawie stawili się rodzice i rodzeństwo oskarżonej, którzy zgodnie odmówili składania zeznań w sprawie. Gdy jeden z fotoreporterów próbował zrobić zdjęcie Anecie P., jej ojciec rzucił się na niego z pięściami.

    Na wniosek obrońcy podejrzanej i prokuratora sąd wyłączył jawność postępowania, dlatego treść zeznań ojca zamordowanego noworodka oraz wyjaśnień Anety P. nie zostały podane do wiadomości publicznej. Wiadomo tylko, że kobieta nie przyznała się do zabójstwa, a jedynie do wrzucenia dziecka do wody.

    . . .

    17 września i 15 października odbyły się następne rozprawy, a 23 października zapadł nieprawomocny wyrok. Aneta P. została skazana na 12 lat pozbawienia wolności.

    klik <- filmik z odczytania wyroku

    W świetle dowodów okoliczności popełnionego czynu nie budzą wątpliwości. Brak jest jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, aby oskarżona znajdowała się w jakimkolwiek stanie, który wpływałby na jej postępowanie. Pomimo pełnej świadomości, że dziecko żyje i płacze, pokonała nocą znaczny odcinek drogi, w tym przedzierając się przez zarośla, po czym wrzuciła je do wody. Sposób działania oskarżonej był drastyczny, a dziecko nie miało żadnych szans na przeżycie.

    – uzasadniał wyrok sędzia. Zwrócił też uwagę, że 23-latka jest wykształcona i ma wiedzę pedagogiczną, pomimo tego z pełną świadomością postanowiła utopić swoją córkę.

    Przy odczytaniu wyroku obecna była tylko matka Anety P.

    Prokurator wnioskował wcześniej o 25 lat więzienia, dlatego podejrzewam, że możemy spodziewać się apelacji i jeszcze jednej rozprawy - o czym na pewno napiszę.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    21-letnia Weronika B. mieszkała wraz z rodzicami i dwójką braci w Lublinie. W domu panowały dobre relacje i zawsze mogła liczyć na wsparcie bliskich. Była wolontariuszką w domach dziecka i przedszkolach oraz studentką pedagogiki w rodzinnym mieście.

    . . .

    Początek września 2017 roku był wciąż bardzo słoneczny i wakacyjny, dlatego rodzina Weroniki wybrała się nad jezioro. Nastolatka została sama w mieszkaniu i postanowiła zaprosić swojego chłopaka oraz parę znajomych. Tej nocy wypiła kilka kieliszków wódki, paliła papierosy i zażywała LSD. Według relacji świadków dziewczyna oprócz wychodzenia co kilkanaście minut do toalety nie zachowywała się inaczej niż zwykle. Następnego dnia wstała z łóżka dopiero około godziny 12, zrobiła swojemu chłopakowi śniadanie, którego sama nie jadła, ponieważ stwierdziła, że źle się czuje. W końcu oznajmiła, że idzie się wykąpać i na długo zniknęła w łazience.

    W wannie urodziła zdrową, 3-kilogramową córkę. Po porodzie szczelnie zawinęła łożysko oraz noworodka w trzy ręczniki i foliowe reklamówki, które zawiązała na supeł. Później posprzątała łazienkę i udała się do pokoju, gdzie do szuflady pod łóżkiem włożyła szczelny pakunek.

    Po południu zadzwoniła do rodziców, którzy byli już w drodze powrotnej do Lublina, z prośbą o leki na zapalenie pęcherza. Cały wieczór przesiedziała w łazience, co tłumaczyła miesiączką i złym samopoczuciem. Dziewczyna z godziny na godzinę czuła się coraz gorzej, co budziło zaniepokojenie jej rodziców. W końcu po wyjściu z toalety zemdlała, a jej matka zauważyła ślady krwi na posadzce. Bezzwłocznie zawiozła córkę do szpitala, gdzie ginekolog stwierdził, że dziewczyna musiała niedługo wcześniej urodzić, czemu Wiktoria kategorycznie zaprzeczyła.

    O zdarzeniu została powiadomiona policja, która przeszukała mieszkanie rodziny B. i bardzo szybko znalazła zwłoki noworodka. Weronika została natychmiast zatrzymana i trafiła do aresztu tymczasowego. Miesiąc później zmieniono jej areszt na dozór policji oraz na poręczenie majątkowe o kwocie 15 tys. zł.

    Kobieta nie przyznała się do zabójstwa. Zapewniała, że dziecko urodziło się sine i w plamach dlatego uznała, że jest martwe. Z jej wyjaśnień wynika, że po porodzie była w szoku, dlatego schowała noworodka do szuflady. Twierdziła, że nie wiedziała, że jest w ciąży i nie miała żadnych objawów, które mogłyby o tym świadczyć.

    W lipcu 2017 roku, po powrocie z zagranicznych wakacji, jej chłopak zauważył, że przytyła i podejrzewał ciążę, ale ona zaprzeczyła. Wykonała dwa testy ciążowe, z których jeden dał wynik negatywny, a drugi pozytywny. Ten z wynikiem negatywnym uznała za wiarygodny i pokazała swojemu chłopakowi. Dodała też, że nigdy nie była u ginekologa.

    Weronika B. spędziła cztery tygodnie w szpitalu pod obserwacją, po której biegli psychiatrzy stwierdzili, że dziewczyna jest zdrowa, a w trakcie popełniania zbrodni była poczytalna i w pełni świadomie zabiła swoje dziecko. Po porodzie nie była w szoku, o czym mogło świadczyć np. to, że po wszystkim udała się na uczelnię.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był chłopak oskarżonej. Z kolei sekcja zwłok wykazała, że dziecko przyszło na świat w 8. lub 9. miesiącu ciąży. Na ciele noworodka nie stwierdzono cech bezpośredniej przemocy fizycznej. Biegli ustalili, że dziewczynka urodziła się żywa i zdolna do samodzielnego życia. Można przyjąć, że do zgonu doszło najprawdopodobniej w mechanizmie powolnego uduszenia - czytamy w akcie oskarżenia, który w lipcu 2018 roku trafił do Sądu Okręgowego w Lublinie. Prokuratura zarzuca w nim Weronice B., że 3 września 2017 roku z premedytacją zamordowała swoje nowo narodzone dziecko. Czyn ten został zakwalifikowała jako art. 148 kk. i jest zagrożony karą pozbawienia wolności nawet do dożywocia. (klik)

    . . .

    Proces miał zacząć się 20 września 2018 roku, jednak oskarżona nie pojawiła się tego dnia w sądzie. Następna rozprawa odbyła się 22 października.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Obrona wnioskowała o całkowite wyłączenie jawności procesu, jednak sędzia tylko częściowo przychylił się do prośby, wyłączając jawność na czas odczytywania wyjaśnień oskarżonej z etapu śledztwa.

    Kobieta odmówiła składania wyjaśnień przed sądem. W charakterze świadków wystąpili jej rodzice i bracia, jednak zeznawać zgodził się tylko ojciec (zdjęcie) i młodszy brat (zdjęcie) oskarżonej.

    Nie wiedziałem, że córka jest w ciąży, bo nie było żadnych symptomów o tym świadczących.

    – zeznawał ojciec Weroniki i zapewniał, że dziewczyna bardzo przeżyła zaistniałą sytuację, musiała korzystać z pomocy psychologa i psychiatry. Przekonywał także, że zawsze chciała mieć dzieci, co potwierdził jej brat, dodając jeszcze, że była zdeklarowaną przeciwniczką aborcji.

    Moja siostra jest wrażliwą osobą. (...) Tamtego dnia bardzo źle wyglądała. Była w takim amoku. Rodzice powiedzieli mi później, co się stało.

    Z aktu oskarżenia wynika, że jej chłopak również nie wiedział o ciąży. W sądzie zeznawała jego matka.

    Jak się o tym dowiedział, to wymiotował z nerwów. Był w szoku. (...) Weronika bardzo kocha dzieci. Dlatego poszła na pedagogikę.

    . . .

    Następna rozprawa jest planowana na koniec listopada 2018.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Agata F. (zdjęcie) mieszkała z matką, babcią i dwojgiem rodzeństwa w małej wsi o nazwie Majdan Kozłowiecki (woj. lubelskie). Sąsiedzi mówili, że to dobra rodzina. 22-latka studiowała w Lublinie, jednak informacja o kierunku nie została nigdzie podana.

    Według Super Expressu dziewczyna na swoim profilu na Facebooku (który już nie istnieje) miała umieszczone słowa Jana Pawła II: Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa, żeby pójść inną drogą i raz jeszcze spróbować.

    . . .

    30 czerwca 2018 roku Agata F. wraz ze swoim narzeczonym Rafałem M. (26) udali się na wesele. Podczas ich nieobecności, rodzice postanowili przeszukać pokój córki, ponieważ od dłuższego czasu podejrzewali, że dziewczyna może być w ciąży. Mimo oferowanej pomocy ze strony rodziny i partnera, młoda kobieta nieustannie zaprzeczała ich domniemaniom. Kilka dni wczesniej jej figura wróciła do normy, dlatego wszczęli poszukiwania. Około południa zawiadomili policję z Komendy Powiatowej w Lubartowie (woj. lubelskie). Śledczy pod nadzorem prokuratora udali się do drewnianego domku rodziny F. (zdjęcie) gdzie zastali makabryczne odkrycie - w piecu znajdowało się częściowo zwęglone ciało noworodka.

    Jeszcze tego samego dnia funkcjonariusze dokonali zatrzymania kobiety. (zdjęcie) Podejrzana wraz ze swoim partnerem zostali wyprowadzeni przez policję w trakcie wesela (jakaś gazeta pisała, że jeszcze przed rosołem!).

    klik

    Narzeczony dziewczyny został przesłuchany w charakterze świadka i zwolniony do domu.

    Podejrzana trafiła do szpitala na badania, gdzie przez kilka godzin pilnowali ją policjanci. Następnie, podczas przesłuchania przyznała się do urodzenia dziecka i spalenia jego zwłok, a z jej wyjaśnień wynika, że dziecko przyszło na świat już martwe. Na tym etapie śledztwa biegli z Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie nie byli w stanie kategorycznie temu zaprzeczyć lub potwierdzić. Jednak zanim przeprowadzono dodatkowe badania, prokuratura postawiła Agacie F. zarzut zabójstwa, a Sąd Rejonowy w Lubartowie zastosował areszt tymczasowy.

    Do porodu miało dojść w nocy z 27 na 28 czerwca 2018 roku. Kobieta urodziła dziewczynkę w łazience, następnie owinęła ją w ręcznik i ukryła w palenisku znajdującego się w jej pokoju pieca. Później posprzątała ślady porodu, a następnego dnia rozpaliła ogień, starając się spalić zwłoki.

    Śledczy zaczęli prowadzić intensywne czynności, które miały wyjaśnić okoliczności tej tragedii. Między innymi biegli analizowali komputer i telefony kobiety, by sprawdzić, czy (jak w przypadku wyżej opisanej sprawy Anety P.) nie wyszukiwała w internecie haseł związanych ze sposobami na poronienie lub pozbycie się noworodka.

    Jeżeli dziecko faktycznie urodziło się martwe, prokuratura musiałaby zmienić kwalifikację czynu na zbezczeszczenie zwłok, za co grozi do 2 lat więzienia.

    . . .

    Zdaniem psychiatrów Agata F. jest poczytalna i może wziąć udział procesie sądowym.

    Wyniki sekcji zwłok noworodka były znane dopiero we wrześniu.

    Istnieje duże prawdopodobieństwo, że po porodzie dziecko żyło i oddychało. Można też przypuszczać, że było zdolne do samodzielnego życia. Nie można jednak stwierdzić jak długo żyło po urodzeniu. (...) Biegli wykluczyli u dziecka zatrucie tlenkiem węgla, a zatem należy przypuszczać, że trafiło do pieca już nieżywe.

    - informowała Prokuratura Rejonowa z Lubartowa.

    Na ciele noworodka nie znaleziono urazów mechanicznych. Jednak w jego organizmie znajdowała się substancja psychotropowa – pochodna amfetaminy, którą Agata F. zażyła jeszcze w ciąży, i która przez łożysko przedostała się do organizmu dziecka.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był narzeczony oskarżonej.

    W związku z tym, że ustalenia biegłych nie zgadzają się z wyjaśnieniami, które wcześniej składała podejrzana, 14 września prokuratura ponownie ją przesłuchała. Kobieta odmówiła jednak wszelkich wyjaśnień.

    . . .

    Ostatnią informacją w mediach na temat tej sprawy jest to, że lubartowska prokuratura skierowała wniosek do Sądu Okręgowego w Lublinie o przedłużenie tymczasowego aresztu dla podejrzanej.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #dzieciobojstwo #lubelszczyzna #krzesimow #swidnik #lubartow #majdankozlowiecki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: ub29rf4s5jy5hvhiuyif7g77142i7utd.jpg

    •  

      @test1uci:

      te historie przy opisie jak wygląda aborcja, to pikuś. uprawiasz sex - możesz zaciążyć, koniec i kropka, wbijcie to sobie do głowy.

      Nie każda aborcja wygląda tak, jak pokazywane przez pro-life filmy (na ogół dotyczące późnych etapów ciąży). W cywilizowany sposób odbywa się to przez połknięcie tabletki wczesnoporonnej w jednym z pierwszych tygodni i nie, nie ma nawet porównania z tragediami o których tu się pisze.

      Już nie mówiąc o tym, że istnieje antykoncepcja hormonalna mająca wysoki wskaźnik Pearla i blisko 100% skuteczności oraz tabletka "po", więc nie, seks nie musi oznaczać wielkiego ryzyka zajścia w ciążę. Ciąża i wychowanie dzieci NIE SĄ KARĄ za seks, którą należy ponieść. Mogą za to (i powinny) być poprzedzone świadomą decyzją o podjęciu odpowiedzialności za drugiego człowieka.

      To sobie wbij do głowy.
      pokaż całość

    •  

      @Nozyce: dziecko zawsze się wyskrobuje, tylko różne są metody w zależności jak duże zdążyło urosnąć.
      Ciąża nie jest KARĄ za seks, ale jego konsekwencją, należy mieć tego świadomość.

      +: balatka
    • więcej komentarzy (281)

  •  

    Dziś pod tagiem #polskiepato prawdziwe patologiczna historia. Proszę zaparzyć dużo czaju, wołać sąsiadów, wkładać stopy do miednicy z wodą i musztardą (podobno zdrowe) i rozsiąść się do czytania!

    Ciężko było mi tę historię poskładać w jedną całość, bo doniesienia medialne nieco się od siebie różniły i wszędzie panował straszny chaos informacyjny. Mam nadzieję, że cała opowieść trzyma się kupy i nie pomyliłam kolejności zdarzeń.

    • • •

    Joanna pochodziła z małej wsi w powiecie ostródzkim, z rodziny z trudnościami finansowymi, ale nie patologicznej. Gdy miała 16 lat związała się z 12 lat starszym od siebie mężczyzną, z którym dość szybko założyła rodzinę i zamieszkała w okolicach Olsztyna. Niestety, ich związek nie należał do udanych i jak wynika z relacji kobiety, partner bił ją, znęcał się nad ich wspólnymi dziećmi i nadużywał alkoholu. W 2010 roku niespełna 26-letnia ciężarna Joanna uciekła od swojego oprawcy i wraz z czwórką dzieci znalazła schronienie w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Olsztynie (warmińsko-mazurskie). W tym samym budynku mieścił się punkt Caritasu Archidiecezji Warmińskiej, w którym pomagał 28-letni Piotr G. (zdjęcie)

    Piotr jako dziecko przeszedł nieudaną operację kręgosłupa, przez co został inwalidą i poruszał się na wózku. Mimo swojego upośledzenia fizycznego był aktywnym i zaradnym życiowo człowiekiem - ukończył studia teologiczne, jeździł samochodem, był lektorem, działał w ruchu studenckim pomagającym potrzebującym i angażował się w życie swojej dzielnicy. Był osobą bardzo lubianą i popularną, właśnie ze względu na swoje charytatywne działalności. Służył także do mszy, ponieważ był człowiekiem głęboko wierzący, a jego marzeniem było pójście do seminarium, na co nie pozwoliła mu jego niepełnosprawność.

    Mężczyzna zaangażował się w pomoc Joannie i jej dzieciom, usiłując stworzyć im jak najlepsze warunki do życia. Szybko zaprzyjaźnił się z kobietą, a szczególna więź powstała także między nim, a jej dziećmi, którym poświęcał sporo czasu, troszczy się i wozi na kolanach. Po kilku miesiącach znajomości Piotr oświadczył się kobiecie, mimo sprzeciwu jego bliskich. Przyjaciele odradzali mu ten związek, jednak mężczyzna był po raz pierwszy w życiu zakochany i nie zważał na niczyje słowa. Kobieta wraz z piątką swoich dzieci wprowadziła się do mieszkania Piotra jesienią 2010 roku, a niecały rok od pierwszego spotkania para pobrała się.

    Po niedługim czasie wspólnego życia Joanna przestała przypominać tą miłą i zagubioną dziewczynę, którą była na początku znajomości z Piotrem. W domu nieustannie wybuchają awantury, a kobieta stała się roszczeniowa, miała pretensje do męża, że nie spełnia jej oczekiwań i wymagań. Zaczęła coraz częściej wychodzić z domu i spotykać się z innymi mężczyznami, a mężowi kazała w tym czasie opiekować się dziećmi. Sprowadzała kochanków nawet do ich wspólnego mieszkania. W końcu związała się z sąsiadem Jackiem P. i specjalnie nie kryła się z tym związkiem przed swoim mężem. Uprawiała nawet seks z P., gdy w drugim pokoju przebywał Piotr. Mąż czuł się upokorzony, a konflikty między małżonkami narastały. Joanna w kłótniach stawała się coraz bardziej agresywna, przez co dochodziło nawet do rękoczynów. Wyzywała męża, zastraszała, biła i zrzucała z wózka inwalidzkiego.

    . . .

    O kochanku Joanny wiem tylko tyle, że był pracownikiem oponiarskiej firmy Michelin i wcześniej był notowany za jazdę pod wpływem alkoholu.

    . . .

    Jacek P. wprowadza się do mieszkania Piotra i Joanny, co doszczętnie załamuje psychicznie niepełnosprawnego mężczyznę. Zaczyna często bywać poza domem i tułać się samotnie po Olsztynie, a nawet żebrać, ponieważ momentami nie miał co jeść.

    W lutym 2013 roku Piotr wnosi pozew o rozwód i eksmisję niewiernej małżonki z mieszkania.

    Joanna zachodzi w szóstą ciążę, a ojcem dziecka jest jej kochanek. Gdy Piotr dowiaduje się o tym, prosi żonę by zostawiła Jacka P. i deklaruje, że wychowa jej kolejne dziecko. Kobieta jednak planuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem, choć nie chce stracić mieszkania, które jest własnością jej męża, dlatego groźbami próbuje nakłonić go do wycofania sprawy z sądu. Joanna staje się jeszcze bardziej agresywna, a Piotr żalił się znajomym, że nawet grozi mu nożem. Mężczyzna obawiał się o swoje życie, dlatego wyprowadza się z mieszkania i przez pewien czas przebywa w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Składa też zawiadomienie przeciwko Joannie o popełnienie przestępstwa z art. 207 § 1 k.k. czyli znęcanie się fizycznie lub psychicznie, jednak odmówiono wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.

    W marcu 2013 roku Piotr sporządza testament, w którym wydziedzicza żonę oraz jej dzieci.

    . . .

    29 kwietnia 2013 roku Joanna (wtedy 29-latka) i Jacek P. (41) spotkali się ze swoim znajomym Łukaszem K. (31).

    . . .

    Łukasz K., słabo znał Jacka i Joannę. Jego zdaniem, tego dnia chciał się tylko upić, ponieważ musiał uczcić to, że jego dziewczyna miała niedługo urodzić dziecko, do tego za kilka dni (lub według innego źródła - już kilka dni temu) kończył mu się dozór elektroniczny, który miał zasądzony za jazdę pod wpływem alkoholu. A przynajmniej sam tak twierdzi i przedstawia trochę inną wersję wydarzeń -> klik
    Polecam przeczytać jego relację po przeczytaniu mojego tekstu.

    . . .

    W trakcie wspólnej alkoholizacji wpadli na pomysł pozbycia się Piotra (31). Joanna zadzwoniła do swojego męża i zasugerowała, że przemyślała jego propozycje i chciałaby z nim na ten temat porozmawiać. Późnym wieczorem małżonkowie udają się na spacer przez osiedle Nagórki. Kobieta wywozi Piotra na wózku w okolice starego parku, gdzie w krzakach czekali już na nich Jacek i Łukasz. Dwaj bandyci zrzucają mężczyznę z wózka i brutalnie biją. Najpierw próbują skatować go na śmierć, potem dusić rekami, jednak mężczyzna wciąż oddychał. Zacisnęli mu więc na szyi pętlę z paska od spodni. Następnie rozebrali ciało Piotra G., a ubrania usiłowali spalić w opuszczonej ruderze. (zdjęcie) (zdjęcie) Druga wersja wydarzeń mówi, że próbowali spalić zwłoki, jednak udało im się zwęglić tylko ciuchy denata.

    Nagie zwłoki Piotra porzucili w krzakach, a w drodze powrotnej wrzucili do studzienki kanalizacyjnej telefon ofiary, który wraz z portfelem zabrali z miejsca zbrodni, by upozorować motyw rabunkowy. Po morderstwie cała trójka udaje się do mieszkania Joanny i jej martwego już męża, gdzie urządzają zakrapianą imprezę oraz orgię, ponieważ kobieta proponuje im seks w trójkącie, na który podobno już wcześniej mieli się umawiać.

    Następnego dnia w południe przypadkowy przechodzień zauważa ciało mężczyzny w okolicach placu zabaw przy ulicy Barcza i natychmiast wzywa policję.

    Martwy mężczyzna leżał pod drzewem, ale podczas przeszukiwania terenu znaleziono portfel ofiary (...) W portfelu był dowód osobisty z adresem, więc policjanci zaraz się tam pojawili i zastali żonę Piotr G. oraz "przyjaciela domu" Jacka P. Oboje udawali, że nie mają o niczym pojęcia.

    - opowiadał rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie.

    Gdy biegli stwierdzili, że Piotr został uduszony, natychmiast zatrzymano jego żonę i jej kochanka. Przyciśnięci przyznali się do winy oraz wskazali trzeciego sprawcę. Łukasz K. także przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Cała trójka trafia do aresztu, a Joanna, z uwagi na to, że była w ciąży, do specjalnego oddziału aresztu w Ostródzie.

    Na początku maja odbyła się wizja lokalna z udziałem sprawców.

    Zdjęcia Jacka P. podczas wizji lokalnej -> klik, klik, klik, klik

    Podejrzani o morderstwo zaczęli zmieniać zeznania. Po tym, jak początkowo przyznali się do winy, później każdy przedstawia inną wersję wydarzeń, co zaczyna komplikować sprawę.

    . . .

    Tłumy przyjaciół i znajomych uczestniczyły w pogrzebie Piotra na cmentarzu w Dywitach, który odbył się 9 maja.

    klik <- relacja z pogrzebu
    klik <- wypowiedzi bliskich zamordowanego

    . . .

    W grudniu 2013 roku prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe przesłała do sądu akt oskarżenia, w którym zarzuca zabójstwo całej trójce oskarżonych. Jak czytamy w komunikacie z ich strony internetowej:

    W dniu 16.12.2013r. Prokurator Rejonowy Olsztyn – Południe w Olsztynie skierował do miejscowego Sądu Okręgowego akt oskarżenia p – ko Joannie G., Jackowi P. i Łukaszowi K.

    Zostali oni oskarżeni o to, że w dniu 29.04.2013r. w Olsztynie, działając wspólnie i w porozumieniu z zamiarem bezpośredniego pozbawienia życia Piotra G., w ramach ustalonego podziału ról, zgodnie z którym Joanna G. przekazała Jackowi P. i Łukaszowi K. materiały do owinięcia rąk, aby nie zostawili śladów, a następnie wyprowadziła poruszającego się na wózku inwalidzkim Piotra G. z mieszkania w ustalone miejsce, gdzie wymieniony został zaatakowany przez Jacka P. i Łukasza K., którzy po wepchnięciu go w krzaki i zrzuceniu z wózka inwalidzkiego bili go pięściami i kopali po całym ciele oraz dusili paskiem, w następstwie czego doznał on licznych obrażeń ciała powodujących zatrzymanie krążenia i oddychania oraz aspiracje krwi do górnych dróg oddechowych, co skutkowało jego zgonem.

    . . .

    Joanna została pozbawiona praw rodzicielskich, a jej pięcioro dzieci trafiło do rodzin zastępczych i do Domu Dziecka.

    W 2014 roku urodziła w areszcie szóste dziecko, które zaraz po przyjściu na świat zostało adoptowane przez ludzi, którzy nie wiedzieli, że jego rodzicami jest para morderców.

    . . .

    (zdjęcie)

    . . .

    Proces ruszył 28 lutego 2014 i jak podaje olsztyńska gazeta:

    Ze względu na drastyczność sprawy i konieczność ochrony dobrych obyczajów sąd utajnił przebieg procesu na czas składania wyjaśnień przez oskarżonych.

    Wiadomo jedynie, że Joanna nie przyznała się do winy, zaś oskarżeni mężczyźni przyznali się tylko pośrednio, bo nie do zamierzonego zabójstwa, lecz tylko do pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

    W jawnej już części procesu zeznawał biegły lekarz sądowy. Stwierdził, że ofiara przez kilka minut była duszona. Miała też poważne obrażenia głowy: złamaną szczękę, oczodół, kość jarzmową, a także krwiaki mózgu. Wszystko to razem było przyczyną śmierci Piotra G.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    14 maja 2014 zapadł pierwszy wyrok - Joanna oraz Jacek P. zostali skazani na dożywocie. Natomiast Łukasz K. na 15 lat pozbawienia wolności, co według strony internetowej Sądu Apelacyjnego w Białymstoku zostało uargumentowane w ten sposób:

    Sąd uznał, że podejmowane przez Łukasza K. czynności nie miały charakteru wiodącego i nie nosiły drastycznego charakteru. Jego rola w zdarzeniu była dopełniająca, nie miał on też pełnej wiedzy na temat motywów kierujących pozostałymi oskarżonymi. Zatem orzeczona wobec niego kara winna być niższa.

    Sędzia nie miał wątpliwości co do winy skazanych. Nie pomogły łzy i zapewnienia morderczyni, że jest niewinna.

    Po ogłoszeniu wyroku widownia na sali Sądu Okręgowego w Olsztynie zaczęła bić brawo.

    Przewodniczący składu sędziowskiego powiedział, że kara dożywotniego więzienia dla dwójki oskarżonych jest karą adekwatną do popełnionej zbrodni.

    Joanna G. i jej przyjaciel planowali zabójstwo Piotra. Jednym z motywów było przejęcie jego mieszkania, w którym planowali wspólne dalsze życie. (...) Oskarżona doznała samej dobroci od Piotra G., przyjął ją i jej piątkę dzieci pod swój dach, żebrał na ulicach, by utrzymać całą rodzinę, a ona nie potrafiła tego docenić.

    - mówił, uzasadniając wyrok sędzia.

    (tutaj są zdjęcia z tego procesu)

    Wyrok nie był prawomocny, a apelację wnieśli obrońcy całej trójki oskarżonych. Domagali się dla nich niższych kar, argumentując to następująco:

    Obrońca Joanny G. uważa, że powinna ona ponieść odpowiedzialność jedynie za pomocnictwo do czynu popełnionego przez pozostałych oskarżonych, ewentualnie w przypadku uznania jej za współwinną zabójstwa, z uwagi na poboczną rolę, złożenie obszernych wyjaśnień, wcześniejszą niekaralność i młody wiek należy wymierzyć jej karę znacznie łagodniejszą.

    Obrońca Jacka P., domagając się uchylenia wyroku i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania sądowi I instancji zarzucił naruszenie szereg przepisów procedury karnej oraz błąd w ustaleniach faktycznych polegający na przyjęciu m.in., że oskarżony ten działał z zamiarem bezpośrednim zabójstwa. Z ostrożności procesowej, na wypadek nieuwzględnienia tych zarzutów, wniósł o złagodzenie wymierzonej oskarżonemu kary.

    Natomiast obrońca Łukasza K. wniósł o zmianę wyroku poprzez uznanie, że oskarżony ten wypełnił swoim zachowaniem znamiona przestępstwa z art. 158 § 1 k.k. bądź wymierzenie mu kary znacznie łagodniejszej.*

    (Art. 158. § 1. - Kto bierze udział w bójce lub pobiciu, w którym naraża się człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo nastąpienie skutku określonego w art. 156 § 1 lub w art. 157 § 1, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.)

    5 listopada odbył się proces apelacyjny, w którym zapadł już prawomocny wyrok. Sąd Apelacyjny w Białymstoku złagodził karę dla Joanny i Jacka P. z dożywocia na karę 25 lat więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 15 latach. Wyrok Łukasza K. pozostał bez zmian.

    Dożywocie jest karą eliminacyjną i nie daje szansy na wyjście z zakładu karnego. Stosuje się je wobec osób zdemoralizowanych, które nie poddają się resocjalizacji. Sąd uznał, że Joanna G. i Jacek P. nie są na tyle zdemoralizowani, że powinni być trwale wyeliminowani ze społeczeństwa.

    - tak sędzia opisywał uzasadnienie wyroku.

    Wyjaśnił także, dlaczego kobiecie został przypisany współudział w zabójstwie, a nie jedynie pomocnictwo. Przypominał, że współsprawcą może być także osoba, która własnoręcznie "nie zabija, nie zadaje ciosów, nie kopie, nie strzela, nie topi, nie dusi". Sędzia mówił, że jeżeli oskarżonej "przyświecał" zamiar zabicia męża, cała trójka miała taki plan, a rolą żony był "udział w istotnym elemencie tego planu" (m.in. zwabienie męża do domu i wyprowadzenie go w ustronne miejsce) - jej współdziałanie w tej zbrodni było ewidentne.

    Sąd apelacyjny wziął pod uwagę m.in. niekaralność sprawców. - Nie są ludźmi zdegenerowanymi do cna, których należy traktować jako sprawców o małym procencie (szans na) poddanie resocjalizacji - powiedział sędzia, przywołując opinie psychologów i psychiatrów.

    Sąd ocenił też, iż zbrodnia nie została dokonana z premedytacją, bo pomysł "pozbycia się" męża kobiety zrodził się nagle, gdy ten nie chciał zostać w domu z dziećmi kobiety (z innego związku); nie było też szczególnego okrucieństwa. Nie wiadomo, kto pomysł zabójstwa podsunął. **

    . . .

    To przerażające i zadziwiające zarazem ile upokorzeń jest w stanie znieść człowiek by zmusić kogoś by go kochał. I gdzie jest granica pomiędzy szlachetnością, dobrocią, a zwykłą głupotą, naiwnością i brakiem doświadczenia?

    . . .

    klik <- ciekawy artykuł na ten temat, rozbudowany o wiele wypowiedzi znajomych Piotra G.
    klik <- reportaż UWAGI na ten temat
    klik <- odcinek serii dokumentalnej "Polskie zabójczynie" z telewizji kryminalnej Crime+Investigation Polsat na temat tej zbrodni, mało szczegółowy, ale z inscenizacją wydarzeń

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #olsztyn #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooooooo.jpg

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Czarna Białostocka to niewielka, licząca niecałe 10 tysięcy mieszkańców miejscowość w województwie podlaskim. Przy wąskiej uliczce Romualda Traugutta znajduje się szkoła podstawowa pod tym samym imieniem. To spokojna okolica - w okół domki jednorodzinne, małe, osiedlowe sklepiki i sporo zieleni.

    Mariola Myszkiewicz była nauczycielką z długim stażem - od 17 lat uczyła w klasach I-III. Miła i ambitna kobieta szybko zbyła sobie wśród uczniów sympatię, a u kolegów i koleżanek z pracy opinię świetnego pedagoga. Do swojego zawodu podchodziła z dużym zaangażowaniem i stale podnosiła swoje kwalifikacje. Poświęcając się całkowicie pracy, Mariola nie znalazła czasu by ułożyć sobie życie prywatne. Atrakcyjna, szczupła blondynka przez długi czas żyła samotnie.

    Wszystko zmieniło się jednak w 1997 roku podczas zajęć sportowych w szkole, gdy Mariola poznała Jerzego, szanowanego w okolicy biznesmena i ojca trójki dzieci, z których najmłodszy, Piotruś właśnie rozpoczął naukę w podstawówce przy ulicy Traugutta. Dwie dorosłe już córki uczyły się w Białymstoku. Mężczyzna został wybrany na przewodniczącego Rady Rodziców, co sprzyja częstszym spotkaniom nauczycielki z eleganckim i przystojnym przedsiębiorcą. Z czasem pomiędzy Mariolą, a Jerzym wybucha gorący romans, który szybko staje się sensacją małego miasteczka.

    O romansie dowiaduje się rodzina i żona biznesmena, a matka nauczycielki prosi córkę by zakończyła tę grzeszną znajomość. Mariola nie chciała nawet o tym słyszeć. Ludzie w okolicy zaczęli plotkować, wytykać palcami i krzywo patrzeć na oboje kochanków. Kobieta dostawała listy z pogróżkami i była nękana głuchymi telefonami, jednak dla miłości do Jerzego była w stanie znieść wszystko. Nie zniechęciła się także, kiedy ktoś powypisywał na drzwiach jej mieszkania wulgarne słowa.

    Jerzy zapewniał o swojej wielkiej miłości i obiecywał, że to z nią chce ułożyć sobie nowe życie, że w końcu zostawi swoją żonę, z którą od dawna mu się nie układało. Twierdzi, że trwa w małżeństwie jedynie ze względu na swojego najmłodszego syna. Prosił Mariolę o jeszcze chwilę cierpliwości i wyrozumiałości. Zakochana kobieta czekała, święcie wierząc w obietnice kochanka.

    W 2001 roku Jerzy niespodziewanie oświadcza, że to już koniec ich czteroletniego związku. Mężczyzna przepraszał, tłumaczył, że nie może tego dłużej ciągnąć, że chce naprawić swoje relacje z rodziną.

    Mariola wpadła w czarną rozpacz. Nie mogła uwierzyć, że facet, dla którego poświęciła tak wiele, nagle odchodzi. Zakochana kobieta nachodzi byłego kochanka, błaga i prosi o powrót. Na próżno. Z uśmiechniętej i atrakcyjnej kobiety, staje się wrakiem człowieka. W dość krótkim czasie, próbuje dwukrotnie odebrać sobie życie.

    . . .

    25 kwietnia 2001 roku Mariola przyszła do pracy wcześnie rano, pomimo, że lekcje zaczynała dopiero po południu. Rozżalona i złamana 38-latka, dzień wcześniej odbyła rozmowę z żoną swojego ukochanego. Była rozgoryczona.

    Myszkiewicz poprosiła sekretarkę szkolną o klucz od gabinetu lekarskiego, wyjaśniając, że chce się zważyć. Około godz. 9.30 poleciła dwóm uczniom, aby przekazali Piotrkowi, synowi Jerzego, że ma stawić się w gabinecie, bo wzywa go pielęgniarka. Wyproszony z lekcji plastyki 11-latek udał się prosto do szkolnej higienistki. Na miejscu czekała na niego Mariola, którą znał i dobrze zdawał sobie sprawę z tego co łączyło ją z jego ojcem. Mieszkańcy Czarnej Białostockiej podejrzewali nawet, że to on był autorem obraźliwych napisów na drzwiach nauczycielki.

    Zostaw mego tatę w spokoju!

    - miał jej kiedyś powiedzieć chłopiec.

    Nauczycielka chwilę rozmawiała z Piotrkiem, aż nagle wyciągnęła ze swojego plecaka nożyk introligatorski i zaczęła zadawać dziecku ciosy. Była wściekła. Dźgała na oślep. Długotrwale kumulowane emocje w końcu znalazły ujście. W swojej rozpaczy przestała myśleć logicznie, obwiniała dziecko o rozpad jej związku. Przecież Jerzy zawsze powtarzał, że to jego oczko w głowie...
    Piotruś próbował się bronić i wydostać z gabinetu, co mu skutecznie uniemożliwiała. W amoku wymachiwała ostrzem, trafiając w szyję oraz w głowę. Krew była wszędzie - na drzwiach, podłodze, płynęła strumieniem po drzwiami. Szkolnym korytarzem przechodziły właśnie nauczycielki, które na widok czerwonej kałuży zaczęły krzyczeć i walić pięściami w zamknięte drzwi gabinetu. Wyważył je dopiero wuefista. W tym całym zamieszaniu ze środka wybiegła Mariola. Wszyscy byli zdezorientowani. Nikt jej nie zatrzymał. Dopiero po kilku sekundach nauczyciele dostrzegli makabryczny widok - skulony chłopiec leżał we krwi, miał ponad trzydzieści ran kłutych na szyi, podcięte gardło i uszkodzoną tętnice.

    Piotrek jeszcze wtedy żył. Wykrwawił się jednak przed przyjazdem pogotowia.

    Zajęcia zostały odwołane, a uczniowie wyprowadzeni ze szkoły bocznym wyjściem. Na miejscu pojawiła się policja, a przed budynkiem zaczęli gromadzić się przerażeni rodzice. Wszyscy byli zszokowani, nikt nie mógł uwierzyć, że nauczycielka, na dodatek ta najbardziej lubiana i poważana, zabiła ucznia.

    Wątpliwości jednak nie było. Za Mariolą ruszyła policyjna obława, w którą zaangażowano około 200 funkcjonariuszy. Rozesłano rysopis kobiety, a następnego dnia wysłano za Mariolą list gończy. (link) Przeszukiwano okolice zalewu i pobliskie lasy, podejrzewano, że kobieta mogła popełnić samobójstwo.

    W Czarnej Białostockiej krążyły plotki, że już wcześniej zaplanowała morderstwo, dwa dni przed tragedią zlikwidowała konto w banku i wyjechała za granicę.

    Jak ona tu wróci, to nic dobrego ją nie czeka. Niech się modli, żeby policja była pierwsza. Lepiej dla niej, żeby już nie żyła.

    - mówili mieszkańcy.

    Mariola ukrywała się w pobliskiej Puszczy Knyszyńskiej, a dzień później dotarła do zakonu w Markach pod Warszawą, skąd zadzwoniła do swojej siostry. Prosiła o radę, była przerażona i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chciała się zabić lub oddać sama w ręce policji.

    W nocy z 26 na 27 kwietnia funkcjonariusze z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali Mariolę. W trakcie przesłuchania w prokuraturze przyznała się do winy, ale odmówiła składania wyjaśnień.

    . . .

    W tym samym czasie, 27 kwietnia odbył się pogrzeb zamordowanego Piotrka, w którym uczestniczyło kilka tysięcy osób. (zdjęcie) Podobno ojciec chłopca nie mógł wziąć udziału w uroczystości, ponieważ trafił na oddział kardiologiczny szpitala w Białymstoku.

    (o przebiegu pogrzebu)

    . . .

    Kilka dni po tragedii w Szkole Podstawowej nr. 2 w Czarnej Białostockiej pojawili się psycholodzy, którzy przez kilka dni prowadzili rozmowy z nauczycielami i uczniami, którzy mieli bezpośredni związek z tragedią. Dzieci najgorzej przeżyły wydarzenie z ostatnich dni.

    Są bardzo poruszone i są w nich duże emocje

    - relacjonował dyrektor.

    Płaczą. Można nawet powiedzieć, że to przeradza się w jakąś lekką histerię. Psycholodzy starali się przekazać im tylko fakty, odrzucając plotki. I przede wszystkim uspokoić emocje.

    . . .

    Niecały miesiąc po śmierci Piotrka, na budynku szkoły (za ścianą jest szkolny gabinet lekarski) pojawiła się upamiętniająca go tablica. Mimo tego, że rodzice chłopca zawiesili ją bez zgody dyrekcji i władz samorządowych, główne kontrowersje wywołał umieszczony na płycie napis:

    W dniu 25 kwietnia 2001 r. za tym murem został zamordowany Piotruś Popławski, uczeń klasy IV B. Prosimy o modlitwę. Rodzina.

    Mieszkańcy uważali, że ten napis straszy dzieci i ciągle przypomina im o tragedii, przez którą wciąż nie mogą spać po nocach. Tutaj można przeczytać ich tłumaczenia -> klik

    . . .

    Prokuratura w Białymstoku postawiła Marioli Myszkowskiej zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz o to, że zrobiła to w wyniku motywacji zasługujących na szczególne potępienie. Podobno w domu oskarżonej znaleziono list do Jerzego, w którym miała napisać wprost o tym, że według jej zamordowany chłopiec był przeszkodą w ich związku.

    Został zastosowany areszt tymczasowy, w którym Mariola, jako dzieciobójczyni nie miała łatwo. Z nieoficjalnych informacji wynika, że została tam dotkliwie pobita i przez pewien czas przebywała w śpiączce.

    . . .

    W czasie śledztwa została poddana badaniom psychiatrycznym, które wykazały, że była poczytalna w momencie dokonywania morderstwa. Według psychiatrów i psychologów Mariolę cechuje ponadprzeciętna inteligencja, nie przejawia też skłonności do okazywania uczuć. W opinii biegłych ma silną osobowość, wysoką samoocenę i jest bardzo egocentryczna.

    Proces ruszył mniej więcej trzy miesiące po morderstwie. Sąd ze względu na ważny interes prawny rodziców ofiary, uchylił częściowo jawność rozprawy.

    Podczas procesu Mariola nie pokazywała emocji. Tłumaczyła, że nie planowała morderstwa, chciała tylko porozmawiać z Piotrkiem, jednak chłopiec zaczął ją wulgarnie wyzywać i straciła nad sobą panowanie. Obrona także usiłowała przekonać sąd, że oskarżona działała w afekcie (za zabójstwo w afekcie groziłoby jej tylko 10 lat). Miało o tym świadczyć m.in. brutalność, nagłość i wielokrotność ciosów zadanych chłopcu. Opinię tę podzielili zresztą przesłuchiwani w sprawie biegli psychologowie i psychiatrzy.

    Prokurator miał zupełnie inny pogląd na sprawę. W trakcie śledztwa okazało się, że nóż, którym Mariola zabiła 11-latka był prezentem od Jerzego. Narzędzie zbrodni stanowiło jeden z głównych dowodów, popierających tezę o zemście zawartą w akcie oskarżenia. Jeden ze świadków zeznał, że nauczycielka dzień przed dokonaniem zbrodni odwiedziła Jerzego i jego żonę. Zażądała kupna mieszkania i umożliwienia wyjazdu z Czarnej Białostockiej. Obciążający dla kobiety był też fakt, że w plecaku, który miała ze sobą 25 kwietnia, znajdował się paszport. Mogło to świadczyć o tym, że po dokonaniu przestępstwa Mariola chciała zbiec za granicę.

    . . .

    Sąd Okręgowy w Białymstoku uznał, iż Mariola Myszkiewicz zaplanowała tę zbrodnię i nie było to działanie w afekcie, jak ocenili biegli. Sąd podkreślił, że dożywocie byłoby karą zbyt wysoką i 15 lutego 2002 roku skazał Mariolę Myszkowską na 25 lat więzienia.

    Obrońca Marioli złożył apelację od wyroku i o wymierzenie niższej kary.

    W wyniku rozpatrzenia apelacji obrońcy oskarżonej nie doszło do zmiany wysokości wyroku, jednakże sąd II instancji stwierdził, że sąd I instancji popełnił błąd, nie podzielając opinii biegłych psychiatrów i psychologa odnośnie tego że oskarżona działała pod wpływem silnego wzburzenia. Chociaż sąd apelacyjny przyznał, że oskarżona była w takim stanie psychicznym, w którym emocje górowały nad intelektem, to jednak jej czynu nie może zostać uznany za usprawiedliwiony okolicznościami. Mariola M. działała w stanie silnego wzburzenia, ale nie można tego zakwalifikować jako działanie w afekcie.

    W maju 2003 roku sąd utrzymał wyrok 25 lat więzienia, z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie po odbyciu 15 lat kary. (link)

    . . .

    Ona jeszcze sobie życie ułoży. Zna języki, jest bardzo sprytna. W więzieniu podobno bardzo się stara, żeby jak najszybciej wyjść na warunkowe

    – mówił o kobiecie jeden z jej dawnych podopiecznych.

    To co zrobiła było dla wszystkich zaskoczeniem. Nikt by się tego po niej nie spodziewał. To była najfajniejsza pani w szkole.

    . . .

    Znalazłam informacje z 2017 roku, że Mariola wciąż przebywa w więzieniu. Czy jest tam do dnia dzisiejszego - nie wiem. Aktualnie ma 55 lat.

    Piotrek Popławski miałby teraz 28.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #czarnabialostocka #czarna #bialostocka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #mariolamyszkiewicz
    pokaż całość

    źródło: HkmktkqTURBXy9kZjhkYzdhODhiMjgzOTQ4ZjdmNGMzZGEwYmU1MDc3OC5qcGVnkpUCzQPAAMLDlQIAzQPAwsM.jpg

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Proszę zaparzyć sobie dobrego czaju, usiąść wygodnie i zabierać się za czytanie - będzie długo! Ale warto. Jak dla mnie to "najlepsza" sprawa kryminalna ostatnich lat. Mogłabym z tego doktorat pisać. (。◕‿‿◕。)

    • • •

    Bezczelnie młoda, bezczelnie zdolna

    - pisała o sobie Zuzanna M. (foto) Jej znajomi zgodnie twierdzili, że jest osobą niezwykle inteligentną. Mogła wagarować miesiącami, ale zawsze zaliczała przedmioty. Oczytana, słuchała interesującej muzyki, była zawsze elokwentna i ostra w osądach. Na przemian przyciągająca i odpychająca.

    W szkole podstawowej i do połowy gimnazjum Zuzanna świetnie się uczyła. Gra w piłkę nożną dziewcząt (link), zdobyła nawet Złote Pióro prezydenta miasta. Ale w drugiej gimnazjalnej coś zaczyna się w jej życiorysie psuć. Zuza przestaje się uczyć i w cokolwiek angażować. Dzieci jej nie lubiły, dokuczały, wypisywały na ławkach i gdzie tylko się dało: "Jebać Zuzię". Matka postanowiła przenieść ją do innego gimnazjum.

    Na początku liceum znów jest z Zuzą wszystko dobrze. Dyrektor I LO w Białej Podlaskiej (woj. lubelskie), do którego uczęszczała mówi, że uczyła się dobrze i reprezentowała szkołę w zawodach sportowych. Musiała być lubiana, bo inni uczniowie wybrali ją na gospodynię klasy. Problemy zaczęły się pod koniec pierwszej klasy.

    Przeszkadzała w lekcjach i negowała wszystko, co mówią nauczyciele. Wychodziła z klasy trzaskając drzwiami i wyraźnie dawała pedagogom odczuć, że są najwyżej przeciętni w porównaniu z nią. W jej mniemaniu tylko ona była coś warta. Ewentualnie jej aktualne towarzystwo, które miała w zwyczaju często zmieniać.

    Pogardzam wszystkimi i mam wstręt taki do hołoty umysłowej, że rzygam.

    - cytowała Witkiewicza.

    W szkole była uważana za osobę, przez którą idzie się na dno. Wagary, narkotyki, dziwne towarzystwo. Wielu imponowało, że zawsze mogła zorganizować coś do palenia na imprezkę. Owijała sobie ludzi w okół palca - najpierw coś oferowała, potem wymagała posłuszeństwa. Przyciągała innością, mówiła jak się ubierać, pokazywała muzykę (jej kanał na yt), której nie znali, filmy, literaturę. Jej idol to Ian Curtis z Joy Division - okładkę Unknown Pleasures miała wytatuowaną na przedramieniu. (zdjęcie) Mój kolega, który ją znał, mówił, że nie dbała o siebie, często miała przetłuszczone włosy i przepocone ubrania.

    Rodzice uczniów uznali, że jest niebezpiecznym towarzystwem i odcinali swoje pociechy od jej toksycznego wpływu. Zuzka sprawiała wrażenia jakby jej to nie obchodziło i nie przywiązywała się do kogokolwiek. Znikali jedni chłopcy, pojawiali się inni. Zawsze znajdowała kolejnych słabych, bogatych, z dobrych domów. Dzięki niej mogli zaistnieć, zaczynali być dostrzegani, stawali się jej odbiciem.

    Czasem przychodzili rodzice, mówili, że ich dzieci gdzieś tam chodzą z Zuzanną. Na przerwach wicedyrektor miała za zadanie śledzić na monitoringu, z kim Zuza rozmawia, by ewentualnie ostrzec kolejne osoby.

    - wspomina dyrektor szkoły.

    Nauczyciele w końcu wezwali matkę Zuzy, która stwierdziła, że jest z córką w bardzo dobrych relacjach, że są przyjaciółkami i że to nauczyciele są winni, bo nie potrafią rozpoznać inteligencji dziecka. Zuzanna stała w trakcie rozmowy skruszona, ze spuszczoną głową. Obiecywała poprawę. Zdaniem dyrektora potrafiła idealnie grać to, czego akurat od niej oczekiwano.

    Matka Zuzanny Katarzyna M. pracuje na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach i wykłada historię. Zuza była bardzo dumna z rodzicielki, a jak ta zrobiła habilitację, córka od razu pochwaliła się tym na swoim Facebooku. Kiedy ktoś z nauczycieli zwrócił jej uwagę, że powinna mówić panie profesorze, a nie proszę pana, Zuza odpowiada, że na tytuł profesora trzeba sobie zapracować. I że profesorem tytułuje się jej matkę, nauczycielkę na wyższej uczelni.

    Mimo podziwu, Zuza czuła do niej także niechęć i była opryskliwa. Zamknij się - mówi do niej przy swoich koleżankach.

    Zuzanna od dzieciństwa była wychowywana przez swoich dziadków, ponieważ matka studiowała i nie miała dla niej czasu. Zamieszkały razem dopiero, gdy dziewczynka była w szóstej klasie szkoły podstawowej.

    Zdaniem Katarzyny M. ma wspaniałą córkę i żadne uwagi nie są w stanie tego zmienić. Mimo wszystko zawsze stała murem za Zuzą. Nie tyle razem z nią, ile raczej obok, opodal, na boku. Rodzicielki często nie było w domu. Nastolatka wyjechała kiedyś do Torunia na tydzień, gdy wróciła, opowiadała, że matka nawet nie zauważyła jej nieobecności.

    Matka sublokatorka - powie później o niej córka.

    Zuza zaczęła pisać wiersze po śmierci swojego ojca, który nie brał udziału w jej wychowywaniu, i którego w rzeczywistości nigdy nie znała. W wywiadzie do lokalnego portalu powiedziała:

    Mój własny koniec świata był powodem, dla którego zaczęłam szukać jakiejś formy wyrażania siebie.

    (wywiad)

    Przybrała pseudonim Maria Goniewicz, a matka pomogła jej sfinansować swój pierwszy tomik o tytule "33".

    Jest to liczba mistrzowska, liczba idealna.

    . . .

    Konflikty w szkole narastały, a Zuza przekraczała kolejne granice. Uczniowie mieli jej już serdecznie dość, więc napisali petycję do do dyrekcji z prośba o usunięcie ze szkoły konfliktowej koleżanki.

    Dyrektor próbował przekonać matkę Zuzanny, by nawiązała kontakt z poradnią psychologiczno-pedagogiczną. Szkoła postawiła krnąbrnej uczennicy wymagania, dała szansę na zamianę zachowania i oczekiwała zastosowania się do ustalonych reguł. Jednak matka Zuzy wolała zmienić szkołę niż zachowanie córki. Do kontaktu z poradnią także nie doszło.

    Trzecią klasę Zuzanna rozpoczęła już w innym miejskim liceum. Znajomości trochę się wykruszyły, ale wciąż lojalny Zuźce został Kamil N. (foto)

    Chłopak pochodził z dobrego i kochającego domu - jego tata Jerzy to pułkownik Straży Granicznej, a mama Agnieszka bardzo lubiana nauczycielką języka rosyjskiego. Rodzina niedawno wyprowadziła się z blokowiska w Białej Podlaskiej do nowego, pięknego domu pod miastem - w Rakowiskach. Kamil to ukochany jedynak, oczko w głowie babci. Delikatny, miły, dobrze wychowany, bardzo zżyty z matką. Tak przynajmniej opisywali go przyjaciele i znajomi. Mówili, że był spokojnych chłopakiem. Nie wychylał się.

    Dopiero pod wpływem Zuzanny zaczął się zmieniać - w tej opinii byli zgodni zarówno rodzice, szkoła, jak i znajomi nastolatków. Kamil stał się arogancki i zaczął wagarować. Rodzice konsekwentnie wyrażali swój sprzeciw wobec tej relacji i za wszelką cenę usiłowali odseparować syna od toksycznej dziewczyny. Bez skutku. Kamil stawał się kopią Zuzanny, chodził zawsze dwa kroki za nią.

    Zuza i Kamil poznali się jeszcze w gimnazjum katolickim, ale wtedy nie utrzymywali bliskich kontaktów. W liceum trafili do jednej klasy, ale zakumplowali się dopiero po imprezie półmetkowej. Przed pierwszą i drugą klasą Kamil mówił, że Zuza pachnie potem i jest niedomyta. A on zawsze taki czyściutki, świeżutki, najlepiej ubrany w klasie, w życiu by jej nie dotknął. Niewysoka, krępa, biodrom i pupie daleko do smukłości. Okrągła twarz, już lekki naddatek tkanki tłuszczowej na podbródku. I nagle - iluminacja. Kamil odkrywa, że ta niedomyta Zuza jest ciekawa. Niezwykła.

    Nastolatkowie spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. Oglądają wiele filmów, szczególnie pociąga ich kino amerykańskie: Quentin Tarantino, David Lyncha czy American Psycho z Christianem Bale'em.

    Naprawdę źle zaczęło się dziać w kwietniu 2014 roku, kiedy Kamila i Zuzannę posądzono o ukrywanie niespełna 15-letniej dziewczyny, która uciekła z domu. Najprawdopodobniej przetrzymali ją dzień lub dwa w domu u Kamila. Dziewczynka była kiedyś parą z Zuzanną i to ona namówiła ją do ucieczki. Poznały się jeszcze w gimnazjum, a z początku niewinna przyjaźń przerodziła się w fascynację starsza koleżanką. Zuza uprawiała z nią seks, gdy ta nie miała skończonych 15-lat. Rodzice małoletniej wnieśli sprawę do sądu.

    W październiku 2014 roku do Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej wpłynął akt oskarżenia. Poza uprawianiem seksu z poznaną jeszcze w gimnazjum nastolatką, Zuzannie zarzucono też częstowanie kolegów, w tym także Kamila, marihuaną. Oskarżenie to, najprawdopodobniej wnieśli rodzice chłopaka.

    W ramach tego śledztwa Zuzanna przeszła badania psychiatryczne. Specjaliści ocenili, że ma skłonność do przedstawiania siebie w lepszym świetle niż w rzeczywistości, wybiela siebie, bagatelizując potknięcia, a w jej życiu zabrakło wzorców mężczyzny jako ojca i partnera matki. Mężczyzna jako taki ma dla niej mniejsze znaczenie. Musi zasłużyć na akceptację.

    . . .

    7 grudnia 2014 roku Zuzanna na swoim fanpage publikuje wiersz:

    Ty i kobieta, której
    kiedyś zdeptałam serce,
    mieszkacie obok siebie. To dziwne
    miejsce, w którym ostatnio
    podobno jest o mnie głośno. (...)
    Przy-
    gotowa-
    nie do końca
    nie naszego świata
    nie zawsze
    jednak idzie
    dobrze,
    ale
    już niedługo.


    (link do całości)

    . . .

    W piątek, 12 grudnia 2014 roku Zuzanna i Kamil wybrali się w podróż do Warszawy, z której docelowo mieli dostać się do Krakowa, gdzie w niedzielę Zuza miała mieć swój własny wieczorek poetycki. W stolicy umówili się z Marcinem S. i jego dziewczyną Lindą M. (tak, to jest imię (・へ・) ), którzy mieli ich zawieźć autem do Krakowa. Zuza obiecała kierowcy 10 tys. złotych za ową przysługę, a jako zabezpieczenie jej i Kamila iPady.

    Około 50 kilometrów przed Krakowem, Zuza powiedziała, że muszą wracać, ponieważ zapomniała wziąć laptopa, z którego miała czytać wiersze na wieczorku. Kierowca nie był z tego faktu zadowolony, ale Zuza przekonuje go jeszcze większą sumą pieniędzy.

    W tym czasie Kamil pisze SMS-a do matki:

    Już prawie dojeżdżamy do Krakowa

    Matka odpowiada:

    W poniedziałek będzie próbna matura. Pamiętaj o tym

    A Kamil:

    Wrócę w niedzielę, mamo

    Zawracają z drogi i kierują się w kierunku Rakowisk. Kamil i Linda drzemią, Zuza słucha muzyki. Na miejsce dotarli późną nocą. Kamil prosi, żeby nie parkować przed jego domem, bo mogliby się obudzić sąsiedzi, ale trochę dalej, przy lasku. Wezmą laptop i za chwilę wrócą.

    W krzakach przebierają się w płaszcze przeciwdeszczowe i żółte, lateksowe rękawiczki. Mają ze sobą dwa porządne myśliwskie noże, które Zuza zabrała wcześniej z pokoju swojego dziadka. Kamil wchodzi do domu jako pierwszy i wyprowadza do ogrodu psa. Zdejmują buty.

    Matka czasem zasypiała przy telewizji w salonie, ale tym razem śpi z mężem w sypialni. Nastolatkowie stają nad ich łóżkiem - Zuzanna nad ojcem, Kamil nad matką.

    Raz, dwa, trzy...

    - liczy cicho dziewczyna. Na trzy zaczęli uderzać ostrzami w dół krótkimi, szybkimi pchnięciami. Na oślep. Matka zerwała się i krzycząc, zaczęła biec do drzwi. Nagle zapaliło się górne światło, któreś z nich zawadziło o kontakt. Kamil dogonił matkę i uderzył nożem w plecy od tyłu. Dla pewności, żeby się nie męczyła (dosłownie, tak powiedział - żeby się nie męczyła), przejechał dwa razy nożem mocno po gardle.

    Ojciec, mimo wylewu wewnętrznego, wstał i rzucił się na Zuzę. Przewrócili się, ślizgając się we krwi. Wytrącił jej z ręki nóż i oboje chcieli go rękami dosięgnąć: popularna scena w filmach, gdzie dwie osoby walczą na śmierć i życie. Wtedy Zuza ugryzła go w lewe przedramię i włożyła palce do oka. Klęcząc, oparł się na rękach. Dziewczyna dźgała go w plecy. Przedtem bała się, że nie można go będzie zabić. Ale on teraz właśnie umierał. Kiedy przestał się ruszać, poczuła ulgę.

    Wszedł Kamil.

    Czy już?

    - spytał. Powiedział, że muszą iść do matki, bo ona leży przed drzwiami wejściowymi. Wciągnęli ją do środka.

    Wyszli z domu i przeskoczyli siatkę ogrodową.

    Zuza przypomniała sobie, że na ręce ojca został ślad po ugryzieniu. Trzeba było obciąć tę rękę albo obie i gdzieś wyrzucić.

    Kamil przeskoczył siatkę i wrócił do domu. W kuchni znalazł nóż. Nie udało się obciąć ręki, tylko zmacerować ślady po zębach. Spryskał ranę perfumami. Może one usuną DNA.

    Zabrali laptop ojca, żeby upozorować kradzież i by pokazać Marcinowi i Lindzie: to ten zapomniany. Po drodze przebierają się w czyste ubrania, a zakrwawione pakują do plecaka. Jednak na ustalonym miejscu nie ma ani samochodu, ani znajomych.

    Zabijanie trwało godzinę. Marcin i Linda nie chcieli dłużej czekać i postanowili jechać do domu, do Poznania. Zuza zadzwoniła, że mają natychmiast po nich wracać i, jak było umówione, jechać do Krakowa. A nie było ich tak długo, bo w domu kłócili się z rodzicami Kamila.

    Studenci wracają i cała czwórka rusza w dalszą drogę.

    Kamil w samochodzie się nie odzywał. Ale Zuzanna w końcu nie wytrzymała i zaczęła opowiadać kolegom co zrobili. Była bardzo rozemocjonowana. Zaproponowała im po 100 tys. zł za milczenie i pozbycie się dowodów zbrodni - w bagażniku ich citroena leżał plecak z narzędziami zbrodni, zakrwawionymi rękawiczkami oraz elementami ubioru sprawców. Marcin S. i Linda M. godzą się na taki układ.

    Kamil i Zuza zatrzymują się u koleżanki z Białej Podlaskiej, która akurat studiuje i wynajmuje stancję w Krakowie. Nastolatkowie mają na sobie jeszcze ślady krwi i błota. Wyjaśniają dziewczynie, że zostali napadnięci. Gospodyni wychodzi z domu, bo ma coś do załatwienia, a kiedy wraca, widzi, że coś prali w jej pralce.

    Zapadło mi w pamięć, że Zuza przyszła i zaczęła myć buty w moim mieszkaniu. A Kamil był bez skarpetek, choć to był grudzień

    - zeznawała później dziewczyna. Niczego jednak nie podejrzewała.

    . . .

    W sobotę o godz. 7.40 otwarte drzwi wejściowe do domu Państwa N. w Rakowiskach zauważa przechodzący obok sąsiad. Wzywa policję.

    Pamiętnej nocy słyszałem wołanie o pomoc. Usłyszałem krzyk - "O Jezu! Ratunku! O Jezu!"

    - zeznawał później w sądzie sąsiad zamordowanych

    Myślałem jednak, że ciągle śpię i to mi się śni. Gdy się obudziłem nadal słyszałem ten głos. Byłem przerażony, że sen trwa na jawie. Jednak usłyszałem też szczekanie psa. To mnie uspokoiło, bo pomyślałem, że to po prostu jakaś kobieta przestraszyła się w nocy psa

    - relacjonował.

    Gdy rano wstałem i zobaczyłem krwawe ślady na elewacji sąsiedniego domu, szybko połączyłem fakty i zadzwoniłem po policję

    - dodał. Jeden ze śledczych, którzy pierwsi pojawili się na miejscu zbrodni relacjonował:

    Dom spłynął we krwi. Czegoś takiego nie widziałem, odkąd pracuję, prawie 30 lat. Sceneria gorsza niż w horrorach

    (zdjęcia domu po zdarzeniu -> tu, tu i tu)

    . . .

    Do znajomej, u której zatrzymali się mordercy, napisał kolega z Białej z informacją, że rodzice Kamila nie żyją. Ale dalej przez myśl jej nie przeszło, że za zbrodnią mogą stać osoby, które gości w mieszkaniu. Wprost przeciwnie - poprosiła kolegę, z którym pisała w internecie, by wezwał policję, bo nie chciała sama przekazać Kamilowi, że jego rodzice zginęli w tak straszny sposób.

    Chciałam, żeby to jakiś psycholog przekazał informację, że w taki sposób zginęli jego rodzice. Ja nie byłam w stanie tego powiedzieć

    - mówiła przed sądem.

    Mundurowi przyjechali dopiero po kilku godzinach. Zatrzymują już Zuzę i Kamila jako podejrzanych. Nastolatkowie udaj zaskoczonych. (zdjęcie z zatrzymania)

    W śmietniku przed blokiem policja odnalazła plecak ze zniszczonym laptopem i telefonami komórkowymi małżeństwa N.

    Nastolatkowie trafiają do policyjnego aresztu.

    Na początku nie przyznają się do winy. Jedynym z dowodów, który przekonał ich do potwierdzenia podejrzeń policjantów były zapiski z logowań się ich telefonów komórkowych.

    . . .

    Marcin S. I Linda M., gdy tylko dowiedzieli się, że szukają ich policjanci, sami zgłosili się na komendę w Poznaniu, a potem złożyli obszerne wyjaśnienia.

    Według składanych przez Zuzannę M. I Kamila N. zeznań rodzice Kamila nie akceptowali ich związku, co było jednym z motywów tej zbrodni. Liczyli także na spadek po rodzicach Kamila, który obliczyli na około 2 mln. złotych. Chcieli za pierwszy milion się bawić, a drugi zainwestować. Byli przekonani, że policja ich nie złapie - przecież zdjęli buty i robili wszystko w skarpetkach, a Kamil pisał do matki SMS-y, jako dowód, że byli daleko od miejsca zbrodni. ! lol

    Pomysł zabicia małżonków N. miał się pojawić w trakcie oglądania przez 18-latków filmów przepełnionych - jak sami mówili - przemocą i agresją. Do zbrodni ubrali się jak bohater filmu American Psycho ( ಠ_ಠ)... Na początku tylko żartowali sobie, że mogliby zabić rodziców Kamila, ale z czasem uznali, że ten żart może przyjąć formę faktów i zaczęli planować to zabójstwo. Jak wyjaśniła Zuzanna M. zaplanowali je krok po kroku, kupili np. lateksowe rękawiczki, które znaleziono na miejscu zbrodni.

    Zarzut postawiony dla nastolatków to (oczywiście) zabójstwo kwalifikowane.

    Z kolei, dwójce 19-latków – Marcinowi S. i Lindzie M postawiono zarzuty tak zwanego poplecznictwa. Według śledczych para ta działając wspólnie i porozumieniu utrudniała postępowanie karne pomagając Kamilowi N. i Zuzannie M., sprawcom zabójstwa, uniknąć odpowiedzialności karnej i zacierać ślady przestępstwa.

    . . .

    Podczas sekcji zwłok Jerzego i Agnieszki N. medycy zwracają uwagę na twarze zmarłych. Pułkownika zastygła w wyrazie przerażenia. Agnieszki - niewyobrażalnego zdziwienia. Biegli określą zabójstwo, jako atak niefachowy ze strony szaleńca, który niektóre ciosy zadaje na oślep. Dodali także:

    Człowiek nie umiera szybko. To była prawdziwa walka o życie. Nie ma wątpliwości, że rodzice wiedzieli, kto ich morduje.

    . . .

    15 grudnia odbyła się wizja lokalna z udziałem młodych morderców. (zdjęcia) (filmik)

    Czułem się tak, jakbym stał obok i na wszystko tylko patrzył, a moim ciałem władał ktoś inny

    -mówił Kamil.

    . . .

    Odczytanie ustaleń prokuratury i policji na tym etapie śledztwa (trochę więcej szczegółów niż napisałam) -> filmik

    . . .

    18 grudnia odbył się pogrzeb 42-letniej Agnieszki i 48-letniego Jerzego N. z Rakowisk. (filmik)

    Kamil N. wiedział o pogrzebie swoich rodziców. Poinformowali go o tym funkcjonariusze aresztu śledczego w Lublinie, gdzie trafił. Oświadczył, że nie będzie w nim uczestniczył, nie złożył też formalnego wniosku o umożliwienie mu tego.

    . . .

    Zuza i Kamil zostali skierowani na obserwację psychiatryczną. Miało to pomóc w określeniu, czy w trakcie zabójstwa mieli zdolność rozpoznania swoich czynów i pokierowania swoim postępowaniem.

    Zuzanna spędziła na obserwacji miesiąc, a w przypadku Kamila potrwała ona dłużej, bo aż od 11 lutego do 7 kwietnia 2015 roku. Zespół biegłych psychiatrów i psychologów ze względu na trudności natury diagnostycznej poprosił o wydłużenie czasu obserwacji chłopaka i sąd się na to zgodził. Równolegle też przedłużył obojgu podejrzanym areszty.

    Według wydanej opinii u Zuzanny M. nie stwierdzono objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Natomiast ma ona nieprawidłowo kształtującą się osobowość z wyraźnymi cechami narcystycznymi oraz dyssocjalnymi (agresywność, skłonność do przemocy, chłód emocjonalny).

    U Kamila N. biegli także nie stwierdzili objawów choroby psychicznej, cech upośledzenia umysłowego ani innego rodzaju zaburzeń psychicznych. Badania oraz analiza materiału dowodowego nie ujawniały u niego także obecności cech charakterystycznych dla osobowości zależnej czy antyspołecznej.

    A więcccc - w chwili zarzucanych im czynów byli poczytalny, co oznacza, że mieli pełną zdolność rozpoznania znaczenia tego czynu i pokierowania swoim postępowaniem.

    . . .

    Śledczy zamierzają pozbawić Kamila N. prawa do spadku po rodzicach.

    Zebraliśmy już dowody, przede wszystkim odnośnie do stanu majątku państwa N. jak i zeznania ich rodziny. Ze względów procesowych wniosek o pozbawienia prawa do dziedziczenia Kamila N. wniesiemy do sądu, dopiero po skierowaniu aktu oskarżenia

    - zaznaczał prokurator.

    W czerwcu Prokurator Okręgowy w Lublinie skierował do Sądu Okręgowego w Lublinie pozew o uznanie Kamila N. za niegodnego dziedziczenia. Kamil w odpowiedzi na pozew złożył do sądu wniosek. Napisał w nim, że zgadza się z pozwem prokuratury, jednak tylko w części dotyczącej babci i wujka ze strony matki. Wynika z tego, że chłopak nie chciał by spadek po jego rodzicach przeszedł również na siostrę i brata jego zamordowanego ojca. Uważał, że babcia i wujek byli bardziej zżyci z jego rodzicami i to oni ponieśli największą tragedię w tej całej zbrodni, dlatego do nich powinien trafić spadek.

    . . .

    23 czerwca 2015 roku Marcin S. i Linda M. (zdjęcie), pomocnicy zabójców z Rakowisk zostali skazani przez lubelski sąd. Marcin usłyszał wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 8 tys. zł grzywny, z kolei Linda została skazana na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz 5 tys. zł grzywny.

    . . .

    12 sierpnia 2015 sąd uznał, że Zuzanna M. w 2013 r. kilkakrotnie doprowadziła dziewczynę poniżej 15. roku życia do obcowania płciowego i poddania się innym czynnościom seksualnym. Ponadto Zuzanna M. w styczniu 2014 r. dała dwóm małoletnim marihuanę. Została skazana na karę 2 lat więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Sąd oddał ją na ten czas pod dozór kuratora i zakazał jej zbliżania się do pokrzywdzonej.

    pokaż spoiler (przecież i tak siedziała w pierdlu, to co za różnica (ಠ‸ಠ ))


    18 sierpnia 2015 ruszył wspólny proces Zuzy i Kamila, na który udało mi się wejść w charakterze publiczności (jakby ktoś nie wiedział - tak, można jeżeli sprawa jest jawna ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Zuzanna M. była w ciemnych okularach przeciwsłonecznych, miała grobową minę. Przytyła. A Kamil... Jego widok ścisnął mi serce. Nigdy w życiu nie widziałam takiej depresji na twarzy. Był załamany, a podczas czytania aktu oskarżenia płakał. Btw, strasznie ładny chłopiec. Wyprostowany jak struna. Kompletnie niepozorny, zlewający się z tłem.

    Czytanie aktu oskarżenia było przerażające. Te wszystkie szczegóły, w jaki sposób zginęli ci biedni ludzie było wręcz obrzydliwe i miałam wrażenie, że trwało w nieskończoność. Posłuchajcie sami -> link

    Obrońcy oskarżonych wystąpili o wyłączenie jawności procesu. Prokurator przychyla się do wniosku ze względu na dobro pokrzywdzonych (chodzi o dziadków Kamila N.), zostaliśmy wyproszeni z sali i trwała narada. Gdy zostaliśmy poproszeni z powrotem do środka, sąd oświadczył o swojej decyzji częściowego wyłączenia jawności procesu i musieliśmy już wyjść z sali na stałe.

    Następnego dnia odbył się drugi proces. Przesłuchanie Reginy O. - babci Kamila, Michała O. - jednego z członków jego rodziny i Katarzyny M. - matki Zuzanny, zajęło blisko 4 godziny. Ich zeznania były niejawne.

    Tutaj macie zeznania innych świadków, między innymi znajomych ze szkoły -> link

    . . .

    11 września rozpoczął się proces w sprawie spadku po rodzicach Kamila, a wyrok zapadł już na pierwszej rozprawie, na którą chłopak nie został doprowadzony z aresztu.

    pokaż spoiler (podejrzewam, że nie chciał)


    I jakżeby inaczej - Sąd Okręgowy w Lublinie uznał 18-latka za niegodnego dziedziczenia po swych rodzicach.

    . . .

    15 września odbyła się kolejna rozprawa w sprawie morderstwa w Rakowiskach, na której przesłuchano jedenaście osób: trzech świadków i ośmioro biegłych. (zeznania)

    W grudniu zapadł wyrok - po 25-lat z możliwością ubiegania się o przedterminowe wyjście po odbyciu dopiero 20-lat kary. (mowy końcowe Wyrok nie był prawomocny.

    Sprawa zabójców z Rakowisk trafia do Sądu Najwyższego po interwencji ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro chciał dożywocia dla sprawców. Uznał, że wyrok 25 lat więzienia dla Kamila N. i Zuzanny M. jest zdecydowanie za niski.

    W kwietniu 2016 sąd apelacyjny utrzymał wyrok.

    . . .

    Zarówno Zuzanna M., jak i Kamil N. wyrazili skruchę, mówili, że żałują tego co zrobili.

    Kamil w celi poprawia błędy językowe innych więźniów. Uprawia ćwiczenia gimnastyczne, prosi o szachy. Postanowił studiować psychologię biznesu. Z Zuza zrywa. Piszą do siebie listy.

    Kamil wie, że rodzice mu wybaczyli. Śni mu się, że go przytulają. To potwierdzenie. Zawsze mu wybaczali, gdy żyli. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

    Rodzina Kamila odwróciła się od niego, nikt go nie odwiedza.

    Do Zuzy przychodzi mama. Babcia wciąż uważa, że jej wnuczka jest niewinna.

    Dziewczyna wygrywa w więzieniu konkurs literacki. (link)

    . . .

    Dom po rodzicach Kamila N. został wystawiony na sprzedaż. Z tego co widzę, ogłoszenie nie jest już dostępne, ale tutaj są jeszcze zdjęcia -> klik

    (screen ogłoszenia)

    . . .

    Jeżeli macie jakieś pytania na temat tej zbrodni - piszcie śmiało. Śledziłam sprawę do od początku do końca. Jeżeli coś jeszcze przypomni mi się na jej temat, dodam w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #rakowiska #bialapodlaska #mariagoniewicz #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: net-14c18095.jpeg

  •  

    Jeżeli ktoś jeszcze nie widział to serdecznie polecam. #rejestrzboczencow #polskiepato

    Polski dokument z 1998 roku "Nie sąd cię skaże pedofilu".
    Temat traktowania pedofili w więzieniu przez współosadzonych.

    Z tego co się orientuję, aktualnie przestępcy seksualni są bardziej "chronieni" przez służby więzienne.

    źródło: youtube.com

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    ADRIAN BYCZEK, rocznik '93

    Pierwszego dnia sierpnia 2014 roku w godzinach popołudniowych małoletnia Emila B. przyszła wraz z koleżanką Kingą L. do swojego mieszkania w Bogatyni (dolnośląskie). Po upływie około 30 minut do pokoju, w którym siedziały dziewczyny wpadł starszy brat Emilii - 21-letni Adrian. W ręce trzymał nóż kuchenny, którym zaczął dźgać siedzącą na kanapie siostrę. Zadał jej co najmniej 5 ciosów w przedramię i uda. Kinga L. zaczęła z przerażenia krzyczeć, co na chwilę odwróciło uwagę sprawcy i pozwoliło Emilii się uwolnić. Wówczas napastnik podszedł do Kingi i zadał jej 3 ciosy nożem - jeden w podbrzusze, a dwa w lewy bark. W tym czasie Emila podbiegła do drzwi wejściowych chcąc je otworzyć, jednak Adrian jej na to nie pozwolił i grożąc nożem popchnął ją do kuchni. Kazał wejść do pomieszczenia także Kindze. Tam podjął próbę gwałtu na swojej siostrze, a następnie na jej koleżance, co w obu przypadkach mu się nie udało ze względu na brak erekcji. Kinga usiłowała przekonać napastnika, aby je wypuścił, obiecując przy tym, że nikomu nie powiedzą o całym zajściu. W tym całym zamieszaniu, jednej z dziewczyn udało się wezwać pomoc, telefonując do swojej matki. Gdy kobieta dotarła do mieszkania, Adrian zablokował drzwi opierając się o nie. Dopiero, gdy Kinga L. odciągnęła go, udało się je otworzyć i uwolnić obie pokrzywdzone. Natychmiast powiadomiły policję.

    Adrian Byczek w czasie napadu mówił do przerażonych dziewczyn:

    chcę ludziom czytać w myślach

    oraz

    za to co zrobiłem innym, muszę popełnić samobójstwo albo ich pozabijać

    W związku z tym został skierowany na obserwację do zamkniętego oddziału psychiatrycznego. Po wnikliwej i dogłębnej analizie biegli sądowi orzekli, że w momencie popełniania czynów był poczytalny, nie jest upośledzony umysłowo, a jedynie symuluje chorobę psychiczną... ( ಠ_ಠ)

    W toku śledztwa ustalono także, że oskarżony w lipcu 2014, czyli niecałe dwa tygodnie przed atakiem na Emilię i Kingę, zaatakował na ulicy inną kobietę. Zrzucił ją z roweru, po czym złapał za nogi i przeciągnął po asfalcie. Usiłował zdjąć jej spodenki i zgwałcić, jednak w tym czasie podjechał samochód, który spłoszył zboczeńca.

    (zdjęcie obrażeń) (zdjęcie obrażeń)

    Przesłuchiwany przyznał się do zarzucanych czynów

    – mówiła prokurator. W tym przypadku także próbował się bronić symulując chorobę psychiczną:

    Wyjaśniał, że popełnił je dlatego, by inni ludzie nie czytali mu w myślach i dlatego, by sam mógł nauczyć się to robić

    1 czerwca 2015 zapadł wyrok - według prasy 12 lat pozbawienia wolności, a według danych z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym - 10 lat. W jednym są jednak zgodni - odbyło się bez śmiesznych kar pieniężnych.

    Po ogłoszeniu wyroku do mediów dotarła informacja, że oskarżony, w maju 2014 roku usiłował zgwałcić więzienną psycholog.

    W dniu 26.05.2014 roku do gabinetu Pani psycholog funkcjonariusze służby więziennej wprowadzili Adriana B. Do jej obowiązków należało bowiem między innymi udzielanie pomocy psychologicznej osobom wykazującym trudności przystosowawcze oraz oddziaływanie psychokorekcyjne wobec osadzonych. W gabinecie pokrzywdzona pozostała tylko z podejrzanym. W/w usiadł na krześle, po czym psycholog przystąpiła z nim do rozmowy. W trakcie jej trwania osadzony wstał gwałtownie z krzesła i bez słowa ruszył w jej kierunku. Następnie z dużą siłą popchnął pokrzywdzoną przewracając ją na podłogę i chwycił za ramiona uniemożliwiając jej jakikolwiek ruch. Kobieta zaczęła głośno wzywać pomocy. Na miejsce przybiegli funkcjonariusze służby więziennej, którzy obezwładnili napastnika.

    - mówił Prokurator Okręgowy.

    Adrian B. znów chciał uniknąć odpowiedzialności symulując chorobę psychiczną. Tłumaczył, że zaatakował psycholog, bo (uwaga, uwaga!) chciał

    nauczyć się czytać w myślach

    ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    (link)

    Wyroku za to przestępstwo także nie jest uwzględnione w Rejestrze, a nie sądzę by uszło mu to płazem. Może to jakiś błąd lub danie nie są aktualne, nie wiem...

    Adrian Byczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Wołowie.

    • • •

    Kilka miesięcy temu, gdy pierwszy raz natrafiłam na sprawę Adriana Byczka, udało mi się znaleźć na FB profil jego, siostry i owej Kingi. Dziś już nie było to możliwe. Ciekawe ilu poszkodowanych przez jakiegoś zboczeńca z rodziny czy bliskiego otoczenia, musiało zniknąć z mediów społecznościowych po opublikowaniu danych ich oprawców w Rejestrz Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, hm.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ LIPIŃSKI, rocznik '84
    SŁAWOMIR LIPIŃSKI, rocznik '90
    MARCIN MAŁOCHA, rocznik '92

    Ekipka z Lublina ( ͡~ ͜ʖ ͡°) Tych dwóch to bracia, ale w akcji, którą zaraz Wam opiszę brał udział także trzeci Lipiński, najmłodszy z pato rodu, który niestety na wpis do Rejestru się nie załapał.

    Z 24 na 25 maja 2012 roku trwał koncert w ramach Feliniady - takie juwenalia na lubelskiej dzielnicy Felin. Dwóch studentów czy tam uczniów - Adrian Z. i Adam G. poznało tej nocy najmłodszego z Lipińskich, 19-letniego Rafała, który zaproponował im amfetaminę. Małolat wziął od nich pieniądze, jednak towaru nie dał, za to uciekł z kompanami - 20-letnim Marcinem M. oraz swoimi braćmi 28-letnim Mariuszem i 22-letnim Sławkiem. Zbieg okoliczności sprawił, że po jakimś czasie wszyscy wpadli na siebie na koncercie, a okradzeni upomnieli się o swoją kasę, co strasznie rozwścieczyło złodziejską patole. Najpierw pobili Adriana, kradnąc mu czapkę, bluzę i telefon, a gdy udało mu się uciec, Rafał L. pobiegł za nim, a pozostali swoją agresję skierowali na drugiego z chłopaków. Podobno prym wiódł najstarszy Lipiński (który btw dwa miesiące wcześniej wyszedł z więzienia) - kazał ofierze klęknąć i zadowolić się oralnie. Pozostali trzymali go za ręce i bili.

    Mario dawaj, wsadź mu!

    - krzyczeli Sławomir L. i Marcin M. Mariusz L. zaś wtykał ofierze członka w usta, bijąc go po głowie i kopiąc.

    Musisz zrobić mi dobrze, bo cię zaj...bię!

    - syczał. A gdy chłopak opierał się, Mariusz wpadł w szał.

    Nie chcesz, to ja zrobię dobrze tobie!

    Razem z kolegami zdjął mu spodnie i zgwałcił szyjką od butelki po piwie.

    Chcąc kompletnie upodlić swoją ofiarę, dwaj bracia Lipińscy oddali na niego mocz.

    Sprawcy wpadli po niespełna dwóch tygodniach i trafili do aresztu. Marcin M. i Rafał L. przyznali się tylko do pobicia, dwaj pozostali twierdzili, że są niewinni. (link)

    Prokuratura Rejonowa w Lublinie oskarżyła wszystkich czterech o rozbój, a trzech z nich (oprócz Rafała L.) o gwałt ze szczególnym okrucieństwem. (link) Dodatkowo Mariusz L. był wcześniej karany, więc odpowiadał jak recydywista.

    Proces ruszył w styczniu 2013 i ze względu na ochronę prywatności poszkodowanych toczył się za zamkniętymi drzwiami. (zdjęcie) Podobno na pierwszej rozprawie działy się niezłe dramy - przed salą sądową czekały karynki, jedna nawet przyszła z kilkuletnim dzieckiem, które próbowała pokazać przez uchylone drzwi.

    W lipcu 2013 zapadł wyrok - Mariusz L. 9 lat pozbawienia wolności, Sławomir L. 5, a Marcin M. 3. Każdy z nich ma także obowiązek zapłaty kary pieniężnej po tysiąc złotych dla każdego z pokrzywdzonych i po 3 tysiące dla zgwałconego chłopaka.
    Rafał L., który jako jedyny nie odpowiadał za gwałt ze szczególnym okrucieństwem, dostał karę 2 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat. Objęty został także dozorem kuratora, ma zakaz nadużywania alkoholu i przyjmowania środków odurzających. (link)

    Aktualnie starsi bracia Lipińscy przebywają wciąż za kratkami - starszy w Chełmie, młodszy w Hrubieszowie. Jeżeli dobrze liczę to młodszy (Sławomir) powinien niedługo wyjść.

    Marcin M. jest już na wolności, najprawdopodobniej przebywa w Lublinie i gra w gałę ( ͡° ͜ʖ ͡°) (link)

    Co u najmłodszej latorośli Lipińskich nie mam pojęcia.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: nnnnn.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    ANNA ŚCIBURA, rocznik '88

    Jedna z niewielu kobiet w Rejestrze i następny smutny przykład tego jak zmarnować sobie całe życie w młodym wieku.

    Laska jest z moich rodzinnych stron, pamiętam ją nawet ze szkolnego autobusu - filigranowa brunetka, całkiem ładna jak na wiejską karynkę. Nie wiem jaką wtedy była osobą, ale jej permanentny bicz fejs mógł już coś niepokojącego zwiastować.

    W sierpniu 2009 roku Anna (miała wtedy niecałe 21 lat) z Andrzejem W. (wtedy 33 latek) i według prasy 17to letnią Pauliną P, a według wiejskich plotek 15to letnią Magdą (・へ・) od rana doili alko i jeździli autem po okolicznych wsiach. Zajechali do zagajnika koło domu sąsiada Anny, Bogdana B. (48 l.), z którym najpierw rozmawiali i pili wódkę, a potem doszło do kłótni. Według Anny, Bogdan zaczął je bezczelnie podrywać i zbytnio się spoufalać, co rozwścieczyło dziewczyny - razem z Pauliną P. (czy tam Magdą) zaczęły go bić i kopać. Skakały na niego z maski samochodu łamiąc żebra, obojczyk i nos. Jak wynika z akt śledztwa Andrzej W. i Paulino-Magda przytrzymali ofiarę, a Anna Ś. zdjęła mu spodnie i bieliznę, i stanęła nad nim z drewnianym kołkiem w ręku. Zamachnęła się, z całych sił wbiła kij w odbyt ofiary i złamała. Pięciocentymetrowy kawałek drewna został w jamie brzusznej Bogdana B. i rozerwał mu wnętrzności. Mężczyzna z bólu zemdlał, a ekipka pijanych oprawców próbowała przysypać go ziemią czy tam przykryć gałęziami, aż w końcu zrezygnowali i uciekli. Zalanego krwią Bogdana B. znaleźli okoliczni mieszkańcy. Trafił do szpitala w Lublinie (link do rozmowy z nim) i przeszedł kilka ciężkich operacji, ale niestety po dwóch miesiącach cierpień zmarł.

    Anna i Andrzej usłyszeli zarzut zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. Nieletnia Paulina/Magda odpowiadała przed sądem dla nieletnich. (link)

    W listopadzie 2010 roku zapadł wyrok - po 12 lat pozbawienia wolności i 8 tys. zł zadośćuczynienia rodzinie zamordowanego. Anna odsiaduje swój w Zakładzie Karnym numer 1 w Grudziądzu, Andrzej w Opolu Lubelskim i najprawdopodobniej wyjdą już za 3 lata. (link)

    Co z tą Pauliną czy jak jej tam było - nie wiem. Odpowiadała przed sądem dla nieletnich, podobno zamknęli ją w jakimś ośrodku.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #lublin #motycz #patologiazewsi #patologiazmiasta #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    #polskiepato

    • • •

    Sprawa z 2015 roku, bardzo medialna, może pamiętacie.

    15to letnia Wiktoria Cichocka z Krapkowic (opolskie) zaginęła na początku marca. (link) Po spotkaniu z koleżanką wracała do domu ścieżką pod lasem - to popularny skrót wśród okolicznych mieszkańców. Jednak nastolatka nie czuła się do końca bezpiecznie i podczas drogi pisała smsy do przyjaciółki, w których relacjonowała, że idzie za nią jakiś dresiarz. (link do artykułu z ich konwersacją) Kontakt nagle się urywał, a Wiktoria nie wróciła na noc do domu. Następnego dnia rodzice zgłosili jej zaginięcie. W szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej wzięli udział strażacy ze specjalnej grupy, policja przeczesywała teren z przeszkolonymi psami, a okoliczni mieszkańcy, znajomi i rodzina dziewczyny przeszukiwali okoliczne lasy na własną rękę. Nie zabrakło także najjasniejszejj gwiazdy polskiej sceny detektywistycznej - Krzysia Rutkowskiego.

    I, jak się później okazało - w poszukiwaniach brał udział także morderca zaginionej.

    Po 10ciu dniach w przepompowni ścieków (w miejscu oddalonym zaledwie kilkaset metrów od bloku, w którym mieszkała Wiktoria) pracownicy wodociągów odnajdują zwłoki młodej kobiety. Były w fatalnym stanie i choć wyłowiona ze studzienki dziewczyna miała na sobie rzeczy zaginionej nastolatki, rodzice Wiktorii nie rozpoznali swojej jedynej córki i konieczne były badania DNA, które jednoznacznie potwierdziły ich najgorsze przeczucia. Policja wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa.

    Wiktoria została pochowana w maju, w rodzinnych stronach swojej mamy. (zdjęcia) (link)

    Dopiero dwa miesiące po odnalezieniu zwłok policji udaje się zatrzymać niespełna 17to letniego Artura W. z Gogolina. (zdjęcie)
    Dresiarz śledził dziewczynę z zamiarem kradzieży telefonu, doszło do szarpaniny, w wyniku której dziewczyna uderzyła głową o beton i straciła przytomność. Młody patus widząc, że ofiara ataku się nie rusza, przeniósł nieprzytomną (ale wciąż żywą!) dziewczynę na teren przepompowni, a następnie wrzucił ją do kolektora ściekowego. Wiktoria się utopiła. (link)

    Artur W. nie przyznał się do zamiaru zabójstwa. W chwili zdarzenia był nieletni, jednak postanowieniem sądu odpowiadał jak dorosły.

    W 2016roku zapadł wyrok 14tu lat pozbawienia wolności i karze pieniężnej po 100 tys. złotych zadośćuczynienia rodzicom nastolatki. (link) Prokuratura i rodzina zamordowanej wnioskowali jednak o zaostrzenie kary i w 2017 została podniesiona do 25 lat. (link) W styczniu 2018 roku Sąd Najwyższy odrzucił kasację wyroku. (link)

    Argumenty obrońcy Artura W. nie przekonały sądu. W jego opinii ktoś, kto stawał przed Sądem Rodzinnym i Nieletnich aż sześć razy nie rokuje możliwości resocjalizacji, dlatego należy Artura W. izolować jak najdłużej.

    • • •

    Pod tagiem #polskiepato będę opisywała współczesne, polskie sprawy kryminalne.

    A pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki gwałcicieli i pedofilów z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyslkować.

    pokaż spoiler #polskiepato #kryminalne #patologiazewsi #patologiazmiasta #krapkowice #zbrodnia
    pokaż całość

    źródło: fffffffffffffffffffff.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyslkować.

    • • •

    MATEUSZ BEREŻAŃSKI, rocznik '96

    Skazany za wykorzystywanie seksualne swojej młodszej siostry. Sprawca miał wówczas 17 lat, a jego ofiara zaledwie osiem. Oskarżony miał obcować z nieletnią przez cztery lata. (link do artykułu)

    Mateusz swój (jakże niski, do tego z wcześniejszym warunkowym zwolnieniem) wyrok już odsiedział i żalił się na Facebooku, że został wystrychnięty na dudka! (✌ ゚ ∀ ゚)☞

    DO WSZYSTKICH Zostałem wrobiony przez byłą żonę mojego brata i jej córkę z poprzedniego związku nigdy nie tknąłem żadnego dziecka nie znacie sprawy nie ocenianie mnie

    Link do jego FB, polecam poczytać komentarze pod postem.

    Aktualnie, najprawdopodobniej przebywa w rodzinnym Wieruszowie (województwo dolnośląskie), ma dozór kuratora.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.
    pokaż całość

    źródło: ggggggggggggggggg.jpg

    •  

      @Morf:
      Czy ty nie pojmujesz różnicy między gwałtem, a gwałtem ze szczególnym okrucieństwem? (tak, obie wersje mogą dotyczyć dziecka).

      Dowodem jest to że w rejestrze nie ma żadnego księdza nawet jeżeli popełnił przestępstwa za które powinni się w nim znaleźć (a takie osoby istnieją o czym napisali w artykule). Jedynych których ten rejestr objął to pedofile którzy są jednocześnie debilami bo nie złożyły wniosku w terminie lub nie wiedziały że mogą coś takiego zrobić.

      Ta ustawa jest żeby pokazać maluczkim "Patrzcie jak o was dbamy!" a jak ktoś ma olej w głowie, pieniądze lub jest w sekcie która się o niego troszczy to się tam nie znajdzie. Proste.
      Co za kurw...a bzdury. Rejestr to gwałty z okrucieństwem. Jest różnica między gwałtami z okaleczaniem i torturami i czasem morderstwem, jakich jest pełno w tym rejestrze, a:

      - pospolitymi gwałtami od rodziny, nauczycieli czy księży dbających o to, by nie było zbyt widocznych śladów, a wstyd był wystarczającym czynnikiem zamykającym usta ofierze. Wszyscy ci sprawcy, to ludzie "skazani" na długie lub względnie długie przebywanie przy swoich ofiarach i w ich środowisku, a nie styl "porwanie/napad i ucieczka".
      - gwałtami po tabletkach uspokajających czy usypiających choćby w klubach
      - gwałtami "ulicznymi" w stylu kilka wspólników trzyma ofiarę napaści, a kolejny gwałci (zakładając brak pobić, tortur, udziału narzędzi itd)
      -gwałtami w małżeństwie/związkach (znowu: zakładając brak tortur itd)

      Wg zeznań wykorzystanych dzieci, one czasem nawet nie zdawały sobie sprawy, czego doświadczają. Po latach mówiły, a ich rodziny nic nie widziały, mimo, że dzieciak z nimi przebywał.Takie coś jak ten ksiądz z USA, który złamał kręgosłup dziecku trafiłoby do rejestru z biegu. Dodatkowo mnóstwo doniesień o księżach pedofilach, to nie gwałty, tylko molestowanie. Cholera, w ciągu ostatnich dziesięciu lat przy temacie Polski kojarzę sporo doniesień o molestowanie, dorosłych kobietach w ciążach, ale żadnych o gwałt. Tak, staram się to śledzić. Zdarzył się nawet szesnastolatek przyłapany z księdzem w aucie XD. Po przekopaniu informacji, wygląda na to, że to było dobrowolne.
      Jak już ktoś chce być foliarzem, to zauważcie, że bardzo dużo patologii z rejestru, to ludzie młodzi. Czyli jak? Gwałty popełniane przez dziadków są tuszowane? Wiecie, że gwałt z użyciem narzędzi innych niż k#$as jest możliwy.
      @Namenick: @Namenick:
      pokaż całość

    •  

      #stonoga

      . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

      źródło: streamable.com

    • więcej komentarzy (34)

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów