•  

    Dziś na #polskiepato przedstawię Wam trzy sprawy, które aktualnie toczą się w Sądzie Okręgowym w Lublinie. Wszystkie dotyczą dzieciobójstw dokonanych przez bardzo młode kobiety w latach 2017 - 2018.

    Przerażającym zbiegiem okoliczności jest to, że dwa z trzech morderstw noworodków zostały popełnione przez studentki pedagogiki, które uprzednio deklarowały wielką miłość do dzieci i wyrażały chęć opiekowania się nimi zawodowo w przyszłości. W każdym z trzech przypadków ofiarami były dziewczynki, które na tym świecie nie przeżyły nawet pół godziny.

    W żadnym z opisanych poniżej procesów nie zapadł jeszcze prawomocny wyrok, tak że na pewno będę jeszcze o nich pisała w następnych postach, co oznaczę #polskiepato. Proszę śledzić tag, bo do tego wołać raczej nie będę.

    Jeżeli uda mi się zdobyć daty następnych rozpraw to na pewno wybiorę się na nie w charakterze widza i zdam Wam relację! ( ͡º ͜ʖ͡º) Jeżeli ktoś z #lublin mógłby mi w tym pomóc to proszę pisać na priv, płacę wdzięcznością!

    • • •

    15 października 2017 roku podczas niedzielnego spaceru w miejscowości Krzesimów (woj. lubelskie) jeden z mieszkańców zauważył w zaroślach nad rzeką Sawką ciało noworodka. Na miejscu pojawili się policjanci, strażacy i prokurator. Przeszukano brzeg rzeki, zabezpieczono ślady i usiłowano ustalić, w którym miejscu dziecko zostało wrzucone do wody.

    Od momentu odnalezienia ciała funkcjonariusze wraz z prokuraturą prowadzili intensywne dochodzenie. Przez wiele godzin na miejscu odnalezienia zwłok trwały oględziny. Z drugiej zaś strony prowadzone były czynności operacyjne, do których zaangażowali się policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

    – relacjonował rzecznik lubelskiej policji.

    Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka urodziła się żywa, a przyczyną śmierci było utonięcie. Śledczy wskazali również na wychłodzenie organizmu. Dziecko żyło około pół godziny i utopiło się tej samej nocy, której przyszło na świat. Nie odcięto mu nawet pępowiny.

    26 października śledczy zatrzymali 22-letnią Anetę P. (zdjęcie) (zdjęcie) w jej rodzinnym domu w gminie Mełgiew. Na trop podejrzanej śledczy wpadli po jej dziwnej wizycie w Komendzie Powiatowej Policji w Świdniku, gdzie zgłosiła, że jest pomawiana o spodziewanie się dziecka. Uprzednio udała się do ginekologa po zaświadczenie, że nie jest w ciąży i poprosiła o receptę na środki antykoncepcyjne.

    Podczas przesłuchania kobieta przyznała się do winy, złożyła także wyjaśnienia. Usłyszała zarzut, że działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia córki, wrzuciła ją do wody, w wyniku czego spowodowała jej śmierć. Czyn zarzucony podejrzanej stanowi zbrodnię zabójstwa i zagrożony jest karą pozbawienia wolności od 8 lat do dożywocia. Wobec kobiety został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.

    . . .

    Aneta P. mieszkała razem z rodzicami - ojcem rolnikiem oraz matką pracownicą samorządową. Studiowała w Lublinie, a zarobkowo opiekowała się dziećmi. W internetowym ogłoszeniu reklamowała się tak:

    Studiuję pedagogikę specjalną, mam 5-letnie doświadczenie w opiece nad dziećmi. Zajmowałam się zarówno kilkumiesięcznymi maluchami, nastolatkami, jak i dziećmi z zespołem Downa.

    Dziewczyna cieszyła się dobrą opinią sąsiadów, którzy mieli ją za typową szarą myszkę.

    . . .

    W toku śledztwa ustalono, że ojcem noworodka był dużo starszy od Anety P. żonaty mężczyzna, ojciec trójki dzieci. Zarówno 42-letni kochanek podejrzanej, jak i jej rodzice zostali przesłuchani w charakterze świadków i zwolnieni bez postawienia zarzutów. Nikt z jej najbliższych nie wiedział o ciąży, którą skrzętnie ukrywała od marca 2017 roku, gdy tylko się o niej dowiedziała. To, że lekko przytyła, starała się maskować ubraniami. Mimo tego, że wiedziała o swoim stanie, wciąż przyjmowała tabletki antykoncepcyjne.

    Kobieta nie potrafiła wyjaśnić powodów uśmiercenia swojej córki. Powiedziała śledczym, że działała pod wpływem emocji, a wrzucenie dziecka do rzeki było pierwszą rzeczą, jaka przyszła jej do głowy, jednak policjanci ustalili. że podejrzana przygotowywała się do zabójstwa już od dłuższego czasu. Jeszcze kilka miesięcy przed porodem wpisywała w swoją wyszukiwarkę internetową hasła o treści: co może zabić dziecko w 5 miesiącu ciąży, jak poronić w drugim trymestrze, szukała także informacji o aborcji w 6 i 7 miesiącu ciąży oraz lekach, których zażywanie jest zabronione podczas ciąży.

    . . .

    14 października 2017 roku Aneta położyła się spać między godziną 21 a 22. Jednak około drugiej nad ranem obudziły ją silne bóle porodowe. Po trzech godzinach urodziła zdrową córkę, następnie wzięła nożyczki leżące na regale i przecięła jej pępowinę. Owinęła noworodka w koszulkę, ubrała się i bladym świtem wyszła z domu. Jak podaje akt oskarżenia: Dziecko płakało na tyle cicho, że nie obudziło pozostałych domowników. Niosła je przez pole kukurydzy, drogę i stary cmentarz, aż dotarła do rzeki, gdzie wyjęła córeczkę z koszulki i wrzuciła do wody. Podobnie uczyniła z łożyskiem, które urodziła chwilę wcześniej. Po powrocie do domu usiłowała zatrzeć ślady - spaliła koszulkę, w której niosła dziecko, uprała pościel i ubrania. Nad ranem umówiła się na wizytę do ginekologa, po której udała się na świdnicki komisariat policji, co jej zdaniem miało zapewnić jej alibi.

    . . .

    Na początku lipca 2018 roku do Sądu Okręgowego w Lublinie wpłynął akt oskarżenia przeciwko Anecie P. Prokuratura postawiła jej zarzut zabójstwa z zamiarem bezpośrednim.

    . . .

    5 września rozpoczął się proces (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie). Na pierwszej rozprawie stawili się rodzice i rodzeństwo oskarżonej, którzy zgodnie odmówili składania zeznań w sprawie. Gdy jeden z fotoreporterów próbował zrobić zdjęcie Anecie P., jej ojciec rzucił się na niego z pięściami.

    Na wniosek obrońcy podejrzanej i prokuratora sąd wyłączył jawność postępowania, dlatego treść zeznań ojca zamordowanego noworodka oraz wyjaśnień Anety P. nie zostały podane do wiadomości publicznej. Wiadomo tylko, że kobieta nie przyznała się do zabójstwa, a jedynie do wrzucenia dziecka do wody.

    . . .

    17 września i 15 października odbyły się następne rozprawy, a 23 października zapadł nieprawomocny wyrok. Aneta P. została skazana na 12 lat pozbawienia wolności.

    klik <- filmik z odczytania wyroku

    W świetle dowodów okoliczności popełnionego czynu nie budzą wątpliwości. Brak jest jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, aby oskarżona znajdowała się w jakimkolwiek stanie, który wpływałby na jej postępowanie. Pomimo pełnej świadomości, że dziecko żyje i płacze, pokonała nocą znaczny odcinek drogi, w tym przedzierając się przez zarośla, po czym wrzuciła je do wody. Sposób działania oskarżonej był drastyczny, a dziecko nie miało żadnych szans na przeżycie.

    – uzasadniał wyrok sędzia. Zwrócił też uwagę, że 23-latka jest wykształcona i ma wiedzę pedagogiczną, pomimo tego z pełną świadomością postanowiła utopić swoją córkę.

    Przy odczytaniu wyroku obecna była tylko matka Anety P.

    Prokurator wnioskował wcześniej o 25 lat więzienia, dlatego podejrzewam, że możemy spodziewać się apelacji i jeszcze jednej rozprawy - o czym na pewno napiszę.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    21-letnia Weronika B. mieszkała wraz z rodzicami i dwójką braci w Lublinie. W domu panowały dobre relacje i zawsze mogła liczyć na wsparcie bliskich. Była wolontariuszką w domach dziecka i przedszkolach oraz studentką pedagogiki w rodzinnym mieście.

    . . .

    Początek września 2017 roku był wciąż bardzo słoneczny i wakacyjny, dlatego rodzina Weroniki wybrała się nad jezioro. Nastolatka została sama w mieszkaniu i postanowiła zaprosić swojego chłopaka oraz parę znajomych. Tej nocy wypiła kilka kieliszków wódki, paliła papierosy i zażywała LSD. Według relacji świadków dziewczyna oprócz wychodzenia co kilkanaście minut do toalety nie zachowywała się inaczej niż zwykle. Następnego dnia wstała z łóżka dopiero około godziny 12, zrobiła swojemu chłopakowi śniadanie, którego sama nie jadła, ponieważ stwierdziła, że źle się czuje. W końcu oznajmiła, że idzie się wykąpać i na długo zniknęła w łazience.

    W wannie urodziła zdrową, 3-kilogramową córkę. Po porodzie szczelnie zawinęła łożysko oraz noworodka w trzy ręczniki i foliowe reklamówki, które zawiązała na supeł. Później posprzątała łazienkę i udała się do pokoju, gdzie do szuflady pod łóżkiem włożyła szczelny pakunek.

    Po południu zadzwoniła do rodziców, którzy byli już w drodze powrotnej do Lublina, z prośbą o leki na zapalenie pęcherza. Cały wieczór przesiedziała w łazience, co tłumaczyła miesiączką i złym samopoczuciem. Dziewczyna z godziny na godzinę czuła się coraz gorzej, co budziło zaniepokojenie jej rodziców. W końcu po wyjściu z toalety zemdlała, a jej matka zauważyła ślady krwi na posadzce. Bezzwłocznie zawiozła córkę do szpitala, gdzie ginekolog stwierdził, że dziewczyna musiała niedługo wcześniej urodzić, czemu Wiktoria kategorycznie zaprzeczyła.

    O zdarzeniu została powiadomiona policja, która przeszukała mieszkanie rodziny B. i bardzo szybko znalazła zwłoki noworodka. Weronika została natychmiast zatrzymana i trafiła do aresztu tymczasowego. Miesiąc później zmieniono jej areszt na dozór policji oraz na poręczenie majątkowe o kwocie 15 tys. zł.

    Kobieta nie przyznała się do zabójstwa. Zapewniała, że dziecko urodziło się sine i w plamach dlatego uznała, że jest martwe. Z jej wyjaśnień wynika, że po porodzie była w szoku, dlatego schowała noworodka do szuflady. Twierdziła, że nie wiedziała, że jest w ciąży i nie miała żadnych objawów, które mogłyby o tym świadczyć.

    W lipcu 2017 roku, po powrocie z zagranicznych wakacji, jej chłopak zauważył, że przytyła i podejrzewał ciążę, ale ona zaprzeczyła. Wykonała dwa testy ciążowe, z których jeden dał wynik negatywny, a drugi pozytywny. Ten z wynikiem negatywnym uznała za wiarygodny i pokazała swojemu chłopakowi. Dodała też, że nigdy nie była u ginekologa.

    Weronika B. spędziła cztery tygodnie w szpitalu pod obserwacją, po której biegli psychiatrzy stwierdzili, że dziewczyna jest zdrowa, a w trakcie popełniania zbrodni była poczytalna i w pełni świadomie zabiła swoje dziecko. Po porodzie nie była w szoku, o czym mogło świadczyć np. to, że po wszystkim udała się na uczelnię.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był chłopak oskarżonej. Z kolei sekcja zwłok wykazała, że dziecko przyszło na świat w 8. lub 9. miesiącu ciąży. Na ciele noworodka nie stwierdzono cech bezpośredniej przemocy fizycznej. Biegli ustalili, że dziewczynka urodziła się żywa i zdolna do samodzielnego życia. Można przyjąć, że do zgonu doszło najprawdopodobniej w mechanizmie powolnego uduszenia - czytamy w akcie oskarżenia, który w lipcu 2018 roku trafił do Sądu Okręgowego w Lublinie. Prokuratura zarzuca w nim Weronice B., że 3 września 2017 roku z premedytacją zamordowała swoje nowo narodzone dziecko. Czyn ten został zakwalifikowała jako art. 148 kk. i jest zagrożony karą pozbawienia wolności nawet do dożywocia. (klik)

    . . .

    Proces miał zacząć się 20 września 2018 roku, jednak oskarżona nie pojawiła się tego dnia w sądzie. Następna rozprawa odbyła się 22 października.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Obrona wnioskowała o całkowite wyłączenie jawności procesu, jednak sędzia tylko częściowo przychylił się do prośby, wyłączając jawność na czas odczytywania wyjaśnień oskarżonej z etapu śledztwa.

    Kobieta odmówiła składania wyjaśnień przed sądem. W charakterze świadków wystąpili jej rodzice i bracia, jednak zeznawać zgodził się tylko ojciec (zdjęcie) i młodszy brat (zdjęcie) oskarżonej.

    Nie wiedziałem, że córka jest w ciąży, bo nie było żadnych symptomów o tym świadczących.

    – zeznawał ojciec Weroniki i zapewniał, że dziewczyna bardzo przeżyła zaistniałą sytuację, musiała korzystać z pomocy psychologa i psychiatry. Przekonywał także, że zawsze chciała mieć dzieci, co potwierdził jej brat, dodając jeszcze, że była zdeklarowaną przeciwniczką aborcji.

    Moja siostra jest wrażliwą osobą. (...) Tamtego dnia bardzo źle wyglądała. Była w takim amoku. Rodzice powiedzieli mi później, co się stało.

    Z aktu oskarżenia wynika, że jej chłopak również nie wiedział o ciąży. W sądzie zeznawała jego matka.

    Jak się o tym dowiedział, to wymiotował z nerwów. Był w szoku. (...) Weronika bardzo kocha dzieci. Dlatego poszła na pedagogikę.

    . . .

    Następna rozprawa jest planowana na koniec listopada 2018.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Agata F. (zdjęcie) mieszkała z matką, babcią i dwojgiem rodzeństwa w małej wsi o nazwie Majdan Kozłowiecki (woj. lubelskie). Sąsiedzi mówili, że to dobra rodzina. 22-latka studiowała w Lublinie, jednak informacja o kierunku nie została nigdzie podana.

    Według Super Expressu dziewczyna na swoim profilu na Facebooku (który już nie istnieje) miała umieszczone słowa Jana Pawła II: Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa, żeby pójść inną drogą i raz jeszcze spróbować.

    . . .

    30 czerwca 2018 roku Agata F. wraz ze swoim narzeczonym Rafałem M. (26) udali się na wesele. Podczas ich nieobecności, rodzice postanowili przeszukać pokój córki, ponieważ od dłuższego czasu podejrzewali, że dziewczyna może być w ciąży. Mimo oferowanej pomocy ze strony rodziny i partnera, młoda kobieta nieustannie zaprzeczała ich domniemaniom. Kilka dni wczesniej jej figura wróciła do normy, dlatego wszczęli poszukiwania. Około południa zawiadomili policję z Komendy Powiatowej w Lubartowie (woj. lubelskie). Śledczy pod nadzorem prokuratora udali się do drewnianego domku rodziny F. (zdjęcie) gdzie zastali makabryczne odkrycie - w piecu znajdowało się częściowo zwęglone ciało noworodka.

    Jeszcze tego samego dnia funkcjonariusze dokonali zatrzymania kobiety. (zdjęcie) Podejrzana wraz ze swoim partnerem zostali wyprowadzeni przez policję w trakcie wesela (jakaś gazeta pisała, że jeszcze przed rosołem!).

    klik

    Narzeczony dziewczyny został przesłuchany w charakterze świadka i zwolniony do domu.

    Podejrzana trafiła do szpitala na badania, gdzie przez kilka godzin pilnowali ją policjanci. Następnie, podczas przesłuchania przyznała się do urodzenia dziecka i spalenia jego zwłok, a z jej wyjaśnień wynika, że dziecko przyszło na świat już martwe. Na tym etapie śledztwa biegli z Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie nie byli w stanie kategorycznie temu zaprzeczyć lub potwierdzić. Jednak zanim przeprowadzono dodatkowe badania, prokuratura postawiła Agacie F. zarzut zabójstwa, a Sąd Rejonowy w Lubartowie zastosował areszt tymczasowy.

    Do porodu miało dojść w nocy z 27 na 28 czerwca 2018 roku. Kobieta urodziła dziewczynkę w łazience, następnie owinęła ją w ręcznik i ukryła w palenisku znajdującego się w jej pokoju pieca. Później posprzątała ślady porodu, a następnego dnia rozpaliła ogień, starając się spalić zwłoki.

    Śledczy zaczęli prowadzić intensywne czynności, które miały wyjaśnić okoliczności tej tragedii. Między innymi biegli analizowali komputer i telefony kobiety, by sprawdzić, czy (jak w przypadku wyżej opisanej sprawy Anety P.) nie wyszukiwała w internecie haseł związanych ze sposobami na poronienie lub pozbycie się noworodka.

    Jeżeli dziecko faktycznie urodziło się martwe, prokuratura musiałaby zmienić kwalifikację czynu na zbezczeszczenie zwłok, za co grozi do 2 lat więzienia.

    . . .

    Zdaniem psychiatrów Agata F. jest poczytalna i może wziąć udział procesie sądowym.

    Wyniki sekcji zwłok noworodka były znane dopiero we wrześniu.

    Istnieje duże prawdopodobieństwo, że po porodzie dziecko żyło i oddychało. Można też przypuszczać, że było zdolne do samodzielnego życia. Nie można jednak stwierdzić jak długo żyło po urodzeniu. (...) Biegli wykluczyli u dziecka zatrucie tlenkiem węgla, a zatem należy przypuszczać, że trafiło do pieca już nieżywe.

    - informowała Prokuratura Rejonowa z Lubartowa.

    Na ciele noworodka nie znaleziono urazów mechanicznych. Jednak w jego organizmie znajdowała się substancja psychotropowa – pochodna amfetaminy, którą Agata F. zażyła jeszcze w ciąży, i która przez łożysko przedostała się do organizmu dziecka.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był narzeczony oskarżonej.

    W związku z tym, że ustalenia biegłych nie zgadzają się z wyjaśnieniami, które wcześniej składała podejrzana, 14 września prokuratura ponownie ją przesłuchała. Kobieta odmówiła jednak wszelkich wyjaśnień.

    . . .

    Ostatnią informacją w mediach na temat tej sprawy jest to, że lubartowska prokuratura skierowała wniosek do Sądu Okręgowego w Lublinie o przedłużenie tymczasowego aresztu dla podejrzanej.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #dzieciobojstwo #lubelszczyzna #krzesimow #swidnik #lubartow #majdankozlowiecki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Dziś pod tagiem #polskiepato prawdziwe patologiczna historia. Proszę zaparzyć dużo czaju, wołać sąsiadów, wkładać stopy do miednicy z wodą i musztardą (podobno zdrowe) i rozsiąść się do czytania!

    Ciężko było mi tę historię poskładać w jedną całość, bo doniesienia medialne nieco się od siebie różniły i wszędzie panował straszny chaos informacyjny. Mam nadzieję, że cała opowieść trzyma się kupy i nie pomyliłam kolejności zdarzeń.

    • • •

    Joanna pochodziła z małej wsi w powiecie ostródzkim, z rodziny z trudnościami finansowymi, ale nie patologicznej. Gdy miała 16 lat związała się z 12 lat starszym od siebie mężczyzną, z którym dość szybko założyła rodzinę i zamieszkała w okolicach Olsztyna. Niestety, ich związek nie należał do udanych i jak wynika z relacji kobiety, partner bił ją, znęcał się nad ich wspólnymi dziećmi i nadużywał alkoholu. W 2010 roku niespełna 26-letnia ciężarna Joanna uciekła od swojego oprawcy i wraz z czwórką dzieci znalazła schronienie w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Olsztynie (warmińsko-mazurskie). W tym samym budynku mieścił się punkt Caritasu Archidiecezji Warmińskiej, w którym pomagał 28-letni Piotr G. (zdjęcie)

    Piotr jako dziecko przeszedł nieudaną operację kręgosłupa, przez co został inwalidą i poruszał się na wózku. Mimo swojego upośledzenia fizycznego był aktywnym i zaradnym życiowo człowiekiem - ukończył studia teologiczne, jeździł samochodem, był lektorem, działał w ruchu studenckim pomagającym potrzebującym i angażował się w życie swojej dzielnicy. Był osobą bardzo lubianą i popularną, właśnie ze względu na swoje charytatywne działalności. Służył także do mszy, ponieważ był człowiekiem głęboko wierzący, a jego marzeniem było pójście do seminarium, na co nie pozwoliła mu jego niepełnosprawność.

    Mężczyzna zaangażował się w pomoc Joannie i jej dzieciom, usiłując stworzyć im jak najlepsze warunki do życia. Szybko zaprzyjaźnił się z kobietą, a szczególna więź powstała także między nim, a jej dziećmi, którym poświęcał sporo czasu, troszczy się i wozi na kolanach. Po kilku miesiącach znajomości Piotr oświadczył się kobiecie, mimo sprzeciwu jego bliskich. Przyjaciele odradzali mu ten związek, jednak mężczyzna był po raz pierwszy w życiu zakochany i nie zważał na niczyje słowa. Kobieta wraz z piątką swoich dzieci wprowadziła się do mieszkania Piotra jesienią 2010 roku, a niecały rok od pierwszego spotkania para pobrała się.

    Po niedługim czasie wspólnego życia Joanna przestała przypominać tą miłą i zagubioną dziewczynę, którą była na początku znajomości z Piotrem. W domu nieustannie wybuchają awantury, a kobieta stała się roszczeniowa, miała pretensje do męża, że nie spełnia jej oczekiwań i wymagań. Zaczęła coraz częściej wychodzić z domu i spotykać się z innymi mężczyznami, a mężowi kazała w tym czasie opiekować się dziećmi. Sprowadzała kochanków nawet do ich wspólnego mieszkania. W końcu związała się z sąsiadem Jackiem P. i specjalnie nie kryła się z tym związkiem przed swoim mężem. Uprawiała nawet seks z P., gdy w drugim pokoju przebywał Piotr. Mąż czuł się upokorzony, a konflikty między małżonkami narastały. Joanna w kłótniach stawała się coraz bardziej agresywna, przez co dochodziło nawet do rękoczynów. Wyzywała męża, zastraszała, biła i zrzucała z wózka inwalidzkiego.

    . . .

    O kochanku Joanny wiem tylko tyle, że był pracownikiem oponiarskiej firmy Michelin i wcześniej był notowany za jazdę pod wpływem alkoholu.

    . . .

    Jacek P. wprowadza się do mieszkania Piotra i Joanny, co doszczętnie załamuje psychicznie niepełnosprawnego mężczyznę. Zaczyna często bywać poza domem i tułać się samotnie po Olsztynie, a nawet żebrać, ponieważ momentami nie miał co jeść.

    W lutym 2013 roku Piotr wnosi pozew o rozwód i eksmisję niewiernej małżonki z mieszkania.

    Joanna zachodzi w szóstą ciążę, a ojcem dziecka jest jej kochanek. Gdy Piotr dowiaduje się o tym, prosi żonę by zostawiła Jacka P. i deklaruje, że wychowa jej kolejne dziecko. Kobieta jednak planuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem, choć nie chce stracić mieszkania, które jest własnością jej męża, dlatego groźbami próbuje nakłonić go do wycofania sprawy z sądu. Joanna staje się jeszcze bardziej agresywna, a Piotr żalił się znajomym, że nawet grozi mu nożem. Mężczyzna obawiał się o swoje życie, dlatego wyprowadza się z mieszkania i przez pewien czas przebywa w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Składa też zawiadomienie przeciwko Joannie o popełnienie przestępstwa z art. 207 § 1 k.k. czyli znęcanie się fizycznie lub psychicznie, jednak odmówiono wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.

    W marcu 2013 roku Piotr sporządza testament, w którym wydziedzicza żonę oraz jej dzieci.

    . . .

    29 kwietnia 2013 roku Joanna (wtedy 29-latka) i Jacek P. (41) spotkali się ze swoim znajomym Łukaszem K. (31).

    . . .

    Łukasz K., słabo znał Jacka i Joannę. Jego zdaniem, tego dnia chciał się tylko upić, ponieważ musiał uczcić to, że jego dziewczyna miała niedługo urodzić dziecko, do tego za kilka dni (lub według innego źródła - już kilka dni temu) kończył mu się dozór elektroniczny, który miał zasądzony za jazdę pod wpływem alkoholu. A przynajmniej sam tak twierdzi i przedstawia trochę inną wersję wydarzeń -> klik
    Polecam przeczytać jego relację po przeczytaniu mojego tekstu.

    . . .

    W trakcie wspólnej alkoholizacji wpadli na pomysł pozbycia się Piotra (31). Joanna zadzwoniła do swojego męża i zasugerowała, że przemyślała jego propozycje i chciałaby z nim na ten temat porozmawiać. Późnym wieczorem małżonkowie udają się na spacer przez osiedle Nagórki. Kobieta wywozi Piotra na wózku w okolice starego parku, gdzie w krzakach czekali już na nich Jacek i Łukasz. Dwaj bandyci zrzucają mężczyznę z wózka i brutalnie biją. Najpierw próbują skatować go na śmierć, potem dusić rekami, jednak mężczyzna wciąż oddychał. Zacisnęli mu więc na szyi pętlę z paska od spodni. Następnie rozebrali ciało Piotra G., a ubrania usiłowali spalić w opuszczonej ruderze. (zdjęcie) (zdjęcie) Druga wersja wydarzeń mówi, że próbowali spalić zwłoki, jednak udało im się zwęglić tylko ciuchy denata.

    Nagie zwłoki Piotra porzucili w krzakach, a w drodze powrotnej wrzucili do studzienki kanalizacyjnej telefon ofiary, który wraz z portfelem zabrali z miejsca zbrodni, by upozorować motyw rabunkowy. Po morderstwie cała trójka udaje się do mieszkania Joanny i jej martwego już męża, gdzie urządzają zakrapianą imprezę oraz orgię, ponieważ kobieta proponuje im seks w trójkącie, na który podobno już wcześniej mieli się umawiać.

    Następnego dnia w południe przypadkowy przechodzień zauważa ciało mężczyzny w okolicach placu zabaw przy ulicy Barcza i natychmiast wzywa policję.

    Martwy mężczyzna leżał pod drzewem, ale podczas przeszukiwania terenu znaleziono portfel ofiary (...) W portfelu był dowód osobisty z adresem, więc policjanci zaraz się tam pojawili i zastali żonę Piotr G. oraz "przyjaciela domu" Jacka P. Oboje udawali, że nie mają o niczym pojęcia.

    - opowiadał rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie.

    Gdy biegli stwierdzili, że Piotr został uduszony, natychmiast zatrzymano jego żonę i jej kochanka. Przyciśnięci przyznali się do winy oraz wskazali trzeciego sprawcę. Łukasz K. także przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Cała trójka trafia do aresztu, a Joanna, z uwagi na to, że była w ciąży, do specjalnego oddziału aresztu w Ostródzie.

    Na początku maja odbyła się wizja lokalna z udziałem sprawców.

    Zdjęcia Jacka P. podczas wizji lokalnej -> klik, klik, klik, klik

    Podejrzani o morderstwo zaczęli zmieniać zeznania. Po tym, jak początkowo przyznali się do winy, później każdy przedstawia inną wersję wydarzeń, co zaczyna komplikować sprawę.

    . . .

    Tłumy przyjaciół i znajomych uczestniczyły w pogrzebie Piotra na cmentarzu w Dywitach, który odbył się 9 maja.

    klik <- relacja z pogrzebu
    klik <- wypowiedzi bliskich zamordowanego

    . . .

    W grudniu 2013 roku prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe przesłała do sądu akt oskarżenia, w którym zarzuca zabójstwo całej trójce oskarżonych. Jak czytamy w komunikacie z ich strony internetowej:

    W dniu 16.12.2013r. Prokurator Rejonowy Olsztyn – Południe w Olsztynie skierował do miejscowego Sądu Okręgowego akt oskarżenia p – ko Joannie G., Jackowi P. i Łukaszowi K.

    Zostali oni oskarżeni o to, że w dniu 29.04.2013r. w Olsztynie, działając wspólnie i w porozumieniu z zamiarem bezpośredniego pozbawienia życia Piotra G., w ramach ustalonego podziału ról, zgodnie z którym Joanna G. przekazała Jackowi P. i Łukaszowi K. materiały do owinięcia rąk, aby nie zostawili śladów, a następnie wyprowadziła poruszającego się na wózku inwalidzkim Piotra G. z mieszkania w ustalone miejsce, gdzie wymieniony został zaatakowany przez Jacka P. i Łukasza K., którzy po wepchnięciu go w krzaki i zrzuceniu z wózka inwalidzkiego bili go pięściami i kopali po całym ciele oraz dusili paskiem, w następstwie czego doznał on licznych obrażeń ciała powodujących zatrzymanie krążenia i oddychania oraz aspiracje krwi do górnych dróg oddechowych, co skutkowało jego zgonem.

    . . .

    Joanna została pozbawiona praw rodzicielskich, a jej pięcioro dzieci trafiło do rodzin zastępczych i do Domu Dziecka.

    W 2014 roku urodziła w areszcie szóste dziecko, które zaraz po przyjściu na świat zostało adoptowane przez ludzi, którzy nie wiedzieli, że jego rodzicami jest para morderców.

    . . .

    (zdjęcie)

    . . .

    Proces ruszył 28 lutego 2014 i jak podaje olsztyńska gazeta:

    Ze względu na drastyczność sprawy i konieczność ochrony dobrych obyczajów sąd utajnił przebieg procesu na czas składania wyjaśnień przez oskarżonych.

    Wiadomo jedynie, że Joanna nie przyznała się do winy, zaś oskarżeni mężczyźni przyznali się tylko pośrednio, bo nie do zamierzonego zabójstwa, lecz tylko do pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

    W jawnej już części procesu zeznawał biegły lekarz sądowy. Stwierdził, że ofiara przez kilka minut była duszona. Miała też poważne obrażenia głowy: złamaną szczękę, oczodół, kość jarzmową, a także krwiaki mózgu. Wszystko to razem było przyczyną śmierci Piotra G.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    14 maja 2014 zapadł pierwszy wyrok - Joanna oraz Jacek P. zostali skazani na dożywocie. Natomiast Łukasz K. na 15 lat pozbawienia wolności, co według strony internetowej Sądu Apelacyjnego w Białymstoku zostało uargumentowane w ten sposób:

    Sąd uznał, że podejmowane przez Łukasza K. czynności nie miały charakteru wiodącego i nie nosiły drastycznego charakteru. Jego rola w zdarzeniu była dopełniająca, nie miał on też pełnej wiedzy na temat motywów kierujących pozostałymi oskarżonymi. Zatem orzeczona wobec niego kara winna być niższa.

    Sędzia nie miał wątpliwości co do winy skazanych. Nie pomogły łzy i zapewnienia morderczyni, że jest niewinna.

    Po ogłoszeniu wyroku widownia na sali Sądu Okręgowego w Olsztynie zaczęła bić brawo.

    Przewodniczący składu sędziowskiego powiedział, że kara dożywotniego więzienia dla dwójki oskarżonych jest karą adekwatną do popełnionej zbrodni.

    Joanna G. i jej przyjaciel planowali zabójstwo Piotra. Jednym z motywów było przejęcie jego mieszkania, w którym planowali wspólne dalsze życie. (...) Oskarżona doznała samej dobroci od Piotra G., przyjął ją i jej piątkę dzieci pod swój dach, żebrał na ulicach, by utrzymać całą rodzinę, a ona nie potrafiła tego docenić.

    - mówił, uzasadniając wyrok sędzia.

    (tutaj są zdjęcia z tego procesu)

    Wyrok nie był prawomocny, a apelację wnieśli obrońcy całej trójki oskarżonych. Domagali się dla nich niższych kar, argumentując to następująco:

    Obrońca Joanny G. uważa, że powinna ona ponieść odpowiedzialność jedynie za pomocnictwo do czynu popełnionego przez pozostałych oskarżonych, ewentualnie w przypadku uznania jej za współwinną zabójstwa, z uwagi na poboczną rolę, złożenie obszernych wyjaśnień, wcześniejszą niekaralność i młody wiek należy wymierzyć jej karę znacznie łagodniejszą.

    Obrońca Jacka P., domagając się uchylenia wyroku i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania sądowi I instancji zarzucił naruszenie szereg przepisów procedury karnej oraz błąd w ustaleniach faktycznych polegający na przyjęciu m.in., że oskarżony ten działał z zamiarem bezpośrednim zabójstwa. Z ostrożności procesowej, na wypadek nieuwzględnienia tych zarzutów, wniósł o złagodzenie wymierzonej oskarżonemu kary.

    Natomiast obrońca Łukasza K. wniósł o zmianę wyroku poprzez uznanie, że oskarżony ten wypełnił swoim zachowaniem znamiona przestępstwa z art. 158 § 1 k.k. bądź wymierzenie mu kary znacznie łagodniejszej.*

    (Art. 158. § 1. - Kto bierze udział w bójce lub pobiciu, w którym naraża się człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo nastąpienie skutku określonego w art. 156 § 1 lub w art. 157 § 1, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.)

    5 listopada odbył się proces apelacyjny, w którym zapadł już prawomocny wyrok. Sąd Apelacyjny w Białymstoku złagodził karę dla Joanny i Jacka P. z dożywocia na karę 25 lat więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 15 latach. Wyrok Łukasza K. pozostał bez zmian.

    Dożywocie jest karą eliminacyjną i nie daje szansy na wyjście z zakładu karnego. Stosuje się je wobec osób zdemoralizowanych, które nie poddają się resocjalizacji. Sąd uznał, że Joanna G. i Jacek P. nie są na tyle zdemoralizowani, że powinni być trwale wyeliminowani ze społeczeństwa.

    - tak sędzia opisywał uzasadnienie wyroku.

    Wyjaśnił także, dlaczego kobiecie został przypisany współudział w zabójstwie, a nie jedynie pomocnictwo. Przypominał, że współsprawcą może być także osoba, która własnoręcznie "nie zabija, nie zadaje ciosów, nie kopie, nie strzela, nie topi, nie dusi". Sędzia mówił, że jeżeli oskarżonej "przyświecał" zamiar zabicia męża, cała trójka miała taki plan, a rolą żony był "udział w istotnym elemencie tego planu" (m.in. zwabienie męża do domu i wyprowadzenie go w ustronne miejsce) - jej współdziałanie w tej zbrodni było ewidentne.

    Sąd apelacyjny wziął pod uwagę m.in. niekaralność sprawców. - Nie są ludźmi zdegenerowanymi do cna, których należy traktować jako sprawców o małym procencie (szans na) poddanie resocjalizacji - powiedział sędzia, przywołując opinie psychologów i psychiatrów.

    Sąd ocenił też, iż zbrodnia nie została dokonana z premedytacją, bo pomysł "pozbycia się" męża kobiety zrodził się nagle, gdy ten nie chciał zostać w domu z dziećmi kobiety (z innego związku); nie było też szczególnego okrucieństwa. Nie wiadomo, kto pomysł zabójstwa podsunął. **

    . . .

    To przerażające i zadziwiające zarazem ile upokorzeń jest w stanie znieść człowiek by zmusić kogoś by go kochał. I gdzie jest granica pomiędzy szlachetnością, dobrocią, a zwykłą głupotą, naiwnością i brakiem doświadczenia?

    . . .

    klik <- ciekawy artykuł na ten temat, rozbudowany o wiele wypowiedzi znajomych Piotra G.
    klik <- reportaż UWAGI na ten temat
    klik <- odcinek serii dokumentalnej "Polskie zabójczynie" z telewizji kryminalnej Crime+Investigation Polsat na temat tej zbrodni, mało szczegółowy, ale z inscenizacją wydarzeń

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #olsztyn #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooooooo.jpg

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Czarna Białostocka to niewielka, licząca niecałe 10 tysięcy mieszkańców miejscowość w województwie podlaskim. Przy wąskiej uliczce Romualda Traugutta znajduje się szkoła podstawowa pod tym samym imieniem. To spokojna okolica - w okół domki jednorodzinne, małe, osiedlowe sklepiki i sporo zieleni.

    Mariola Myszkiewicz była nauczycielką z długim stażem - od 17 lat uczyła w klasach I-III. Miła i ambitna kobieta szybko zbyła sobie wśród uczniów sympatię, a u kolegów i koleżanek z pracy opinię świetnego pedagoga. Do swojego zawodu podchodziła z dużym zaangażowaniem i stale podnosiła swoje kwalifikacje. Poświęcając się całkowicie pracy, Mariola nie znalazła czasu by ułożyć sobie życie prywatne. Atrakcyjna, szczupła blondynka przez długi czas żyła samotnie.

    Wszystko zmieniło się jednak w 1997 roku podczas zajęć sportowych w szkole, gdy Mariola poznała Jerzego, szanowanego w okolicy biznesmena i ojca trójki dzieci, z których najmłodszy, Piotruś właśnie rozpoczął naukę w podstawówce przy ulicy Traugutta. Dwie dorosłe już córki uczyły się w Białymstoku. Mężczyzna został wybrany na przewodniczącego Rady Rodziców, co sprzyja częstszym spotkaniom nauczycielki z eleganckim i przystojnym przedsiębiorcą. Z czasem pomiędzy Mariolą, a Jerzym wybucha gorący romans, który szybko staje się sensacją małego miasteczka.

    O romansie dowiaduje się rodzina i żona biznesmena, a matka nauczycielki prosi córkę by zakończyła tę grzeszną znajomość. Mariola nie chciała nawet o tym słyszeć. Ludzie w okolicy zaczęli plotkować, wytykać palcami i krzywo patrzeć na oboje kochanków. Kobieta dostawała listy z pogróżkami i była nękana głuchymi telefonami, jednak dla miłości do Jerzego była w stanie znieść wszystko. Nie zniechęciła się także, kiedy ktoś powypisywał na drzwiach jej mieszkania wulgarne słowa.

    Jerzy zapewniał o swojej wielkiej miłości i obiecywał, że to z nią chce ułożyć sobie nowe życie, że w końcu zostawi swoją żonę, z którą od dawna mu się nie układało. Twierdzi, że trwa w małżeństwie jedynie ze względu na swojego najmłodszego syna. Prosił Mariolę o jeszcze chwilę cierpliwości i wyrozumiałości. Zakochana kobieta czekała, święcie wierząc w obietnice kochanka.

    W 2001 roku Jerzy niespodziewanie oświadcza, że to już koniec ich czteroletniego związku. Mężczyzna przepraszał, tłumaczył, że nie może tego dłużej ciągnąć, że chce naprawić swoje relacje z rodziną.

    Mariola wpadła w czarną rozpacz. Nie mogła uwierzyć, że facet, dla którego poświęciła tak wiele, nagle odchodzi. Zakochana kobieta nachodzi byłego kochanka, błaga i prosi o powrót. Na próżno. Z uśmiechniętej i atrakcyjnej kobiety, staje się wrakiem człowieka. W dość krótkim czasie, próbuje dwukrotnie odebrać sobie życie.

    . . .

    25 kwietnia 2001 roku Mariola przyszła do pracy wcześnie rano, pomimo, że lekcje zaczynała dopiero po południu. Rozżalona i złamana 38-latka, dzień wcześniej odbyła rozmowę z żoną swojego ukochanego. Była rozgoryczona.

    Myszkiewicz poprosiła sekretarkę szkolną o klucz od gabinetu lekarskiego, wyjaśniając, że chce się zważyć. Około godz. 9.30 poleciła dwóm uczniom, aby przekazali Piotrkowi, synowi Jerzego, że ma stawić się w gabinecie, bo wzywa go pielęgniarka. Wyproszony z lekcji plastyki 11-latek udał się prosto do szkolnej higienistki. Na miejscu czekała na niego Mariola, którą znał i dobrze zdawał sobie sprawę z tego co łączyło ją z jego ojcem. Mieszkańcy Czarnej Białostockiej podejrzewali nawet, że to on był autorem obraźliwych napisów na drzwiach nauczycielki.

    Zostaw mego tatę w spokoju!

    - miał jej kiedyś powiedzieć chłopiec.

    Nauczycielka chwilę rozmawiała z Piotrkiem, aż nagle wyciągnęła ze swojego plecaka nożyk introligatorski i zaczęła zadawać dziecku ciosy. Była wściekła. Dźgała na oślep. Długotrwale kumulowane emocje w końcu znalazły ujście. W swojej rozpaczy przestała myśleć logicznie, obwiniała dziecko o rozpad jej związku. Przecież Jerzy zawsze powtarzał, że to jego oczko w głowie...
    Piotruś próbował się bronić i wydostać z gabinetu, co mu skutecznie uniemożliwiała. W amoku wymachiwała ostrzem, trafiając w szyję oraz w głowę. Krew była wszędzie - na drzwiach, podłodze, płynęła strumieniem po drzwiami. Szkolnym korytarzem przechodziły właśnie nauczycielki, które na widok czerwonej kałuży zaczęły krzyczeć i walić pięściami w zamknięte drzwi gabinetu. Wyważył je dopiero wuefista. W tym całym zamieszaniu ze środka wybiegła Mariola. Wszyscy byli zdezorientowani. Nikt jej nie zatrzymał. Dopiero po kilku sekundach nauczyciele dostrzegli makabryczny widok - skulony chłopiec leżał we krwi, miał ponad trzydzieści ran kłutych na szyi, podcięte gardło i uszkodzoną tętnice.

    Piotrek jeszcze wtedy żył. Wykrwawił się jednak przed przyjazdem pogotowia.

    Zajęcia zostały odwołane, a uczniowie wyprowadzeni ze szkoły bocznym wyjściem. Na miejscu pojawiła się policja, a przed budynkiem zaczęli gromadzić się przerażeni rodzice. Wszyscy byli zszokowani, nikt nie mógł uwierzyć, że nauczycielka, na dodatek ta najbardziej lubiana i poważana, zabiła ucznia.

    Wątpliwości jednak nie było. Za Mariolą ruszyła policyjna obława, w którą zaangażowano około 200 funkcjonariuszy. Rozesłano rysopis kobiety, a następnego dnia wysłano za Mariolą list gończy. (link) Przeszukiwano okolice zalewu i pobliskie lasy, podejrzewano, że kobieta mogła popełnić samobójstwo.

    W Czarnej Białostockiej krążyły plotki, że już wcześniej zaplanowała morderstwo, dwa dni przed tragedią zlikwidowała konto w banku i wyjechała za granicę.

    Jak ona tu wróci, to nic dobrego ją nie czeka. Niech się modli, żeby policja była pierwsza. Lepiej dla niej, żeby już nie żyła.

    - mówili mieszkańcy.

    Mariola ukrywała się w pobliskiej Puszczy Knyszyńskiej, a dzień później dotarła do zakonu w Markach pod Warszawą, skąd zadzwoniła do swojej siostry. Prosiła o radę, była przerażona i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chciała się zabić lub oddać sama w ręce policji.

    W nocy z 26 na 27 kwietnia funkcjonariusze z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali Mariolę. W trakcie przesłuchania w prokuraturze przyznała się do winy, ale odmówiła składania wyjaśnień.

    . . .

    W tym samym czasie, 27 kwietnia odbył się pogrzeb zamordowanego Piotrka, w którym uczestniczyło kilka tysięcy osób. (zdjęcie) Podobno ojciec chłopca nie mógł wziąć udziału w uroczystości, ponieważ trafił na oddział kardiologiczny szpitala w Białymstoku.

    (o przebiegu pogrzebu)

    . . .

    Kilka dni po tragedii w Szkole Podstawowej nr. 2 w Czarnej Białostockiej pojawili się psycholodzy, którzy przez kilka dni prowadzili rozmowy z nauczycielami i uczniami, którzy mieli bezpośredni związek z tragedią. Dzieci najgorzej przeżyły wydarzenie z ostatnich dni.

    Są bardzo poruszone i są w nich duże emocje

    - relacjonował dyrektor.

    Płaczą. Można nawet powiedzieć, że to przeradza się w jakąś lekką histerię. Psycholodzy starali się przekazać im tylko fakty, odrzucając plotki. I przede wszystkim uspokoić emocje.

    . . .

    Niecały miesiąc po śmierci Piotrka, na budynku szkoły (za ścianą jest szkolny gabinet lekarski) pojawiła się upamiętniająca go tablica. Mimo tego, że rodzice chłopca zawiesili ją bez zgody dyrekcji i władz samorządowych, główne kontrowersje wywołał umieszczony na płycie napis:

    W dniu 25 kwietnia 2001 r. za tym murem został zamordowany Piotruś Popławski, uczeń klasy IV B. Prosimy o modlitwę. Rodzina.

    Mieszkańcy uważali, że ten napis straszy dzieci i ciągle przypomina im o tragedii, przez którą wciąż nie mogą spać po nocach. Tutaj można przeczytać ich tłumaczenia -> klik

    . . .

    Prokuratura w Białymstoku postawiła Marioli Myszkowskiej zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz o to, że zrobiła to w wyniku motywacji zasługujących na szczególne potępienie. Podobno w domu oskarżonej znaleziono list do Jerzego, w którym miała napisać wprost o tym, że według jej zamordowany chłopiec był przeszkodą w ich związku.

    Został zastosowany areszt tymczasowy, w którym Mariola, jako dzieciobójczyni nie miała łatwo. Z nieoficjalnych informacji wynika, że została tam dotkliwie pobita i przez pewien czas przebywała w śpiączce.

    . . .

    W czasie śledztwa została poddana badaniom psychiatrycznym, które wykazały, że była poczytalna w momencie dokonywania morderstwa. Według psychiatrów i psychologów Mariolę cechuje ponadprzeciętna inteligencja, nie przejawia też skłonności do okazywania uczuć. W opinii biegłych ma silną osobowość, wysoką samoocenę i jest bardzo egocentryczna.

    Proces ruszył mniej więcej trzy miesiące po morderstwie. Sąd ze względu na ważny interes prawny rodziców ofiary, uchylił częściowo jawność rozprawy.

    Podczas procesu Mariola nie pokazywała emocji. Tłumaczyła, że nie planowała morderstwa, chciała tylko porozmawiać z Piotrkiem, jednak chłopiec zaczął ją wulgarnie wyzywać i straciła nad sobą panowanie. Obrona także usiłowała przekonać sąd, że oskarżona działała w afekcie (za zabójstwo w afekcie groziłoby jej tylko 10 lat). Miało o tym świadczyć m.in. brutalność, nagłość i wielokrotność ciosów zadanych chłopcu. Opinię tę podzielili zresztą przesłuchiwani w sprawie biegli psychologowie i psychiatrzy.

    Prokurator miał zupełnie inny pogląd na sprawę. W trakcie śledztwa okazało się, że nóż, którym Mariola zabiła 11-latka był prezentem od Jerzego. Narzędzie zbrodni stanowiło jeden z głównych dowodów, popierających tezę o zemście zawartą w akcie oskarżenia. Jeden ze świadków zeznał, że nauczycielka dzień przed dokonaniem zbrodni odwiedziła Jerzego i jego żonę. Zażądała kupna mieszkania i umożliwienia wyjazdu z Czarnej Białostockiej. Obciążający dla kobiety był też fakt, że w plecaku, który miała ze sobą 25 kwietnia, znajdował się paszport. Mogło to świadczyć o tym, że po dokonaniu przestępstwa Mariola chciała zbiec za granicę.

    . . .

    Sąd Okręgowy w Białymstoku uznał, iż Mariola Myszkiewicz zaplanowała tę zbrodnię i nie było to działanie w afekcie, jak ocenili biegli. Sąd podkreślił, że dożywocie byłoby karą zbyt wysoką i 15 lutego 2002 roku skazał Mariolę Myszkowską na 25 lat więzienia.

    Obrońca Marioli złożył apelację od wyroku i o wymierzenie niższej kary.

    W wyniku rozpatrzenia apelacji obrońcy oskarżonej nie doszło do zmiany wysokości wyroku, jednakże sąd II instancji stwierdził, że sąd I instancji popełnił błąd, nie podzielając opinii biegłych psychiatrów i psychologa odnośnie tego że oskarżona działała pod wpływem silnego wzburzenia. Chociaż sąd apelacyjny przyznał, że oskarżona była w takim stanie psychicznym, w którym emocje górowały nad intelektem, to jednak jej czynu nie może zostać uznany za usprawiedliwiony okolicznościami. Mariola M. działała w stanie silnego wzburzenia, ale nie można tego zakwalifikować jako działanie w afekcie.

    W maju 2003 roku sąd utrzymał wyrok 25 lat więzienia, z możliwością ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie po odbyciu 15 lat kary. (link)

    . . .

    Ona jeszcze sobie życie ułoży. Zna języki, jest bardzo sprytna. W więzieniu podobno bardzo się stara, żeby jak najszybciej wyjść na warunkowe

    – mówił o kobiecie jeden z jej dawnych podopiecznych.

    To co zrobiła było dla wszystkich zaskoczeniem. Nikt by się tego po niej nie spodziewał. To była najfajniejsza pani w szkole.

    . . .

    Znalazłam informacje z 2017 roku, że Mariola wciąż przebywa w więzieniu. Czy jest tam do dnia dzisiejszego - nie wiem. Aktualnie ma 55 lat.

    Piotrek Popławski miałby teraz 28.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #czarnabialostocka #czarna #bialostocka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #mariolamyszkiewicz
    pokaż całość

  •  

    Pod tagiem #polskiepato więcej historii kryminalnych z Polski.

    • • •

    Proszę zaparzyć sobie dobrego czaju, usiąść wygodnie i zabierać się za czytanie - będzie długo! Ale warto. Jak dla mnie to "najlepsza" sprawa kryminalna ostatnich lat. Mogłabym z tego doktorat pisać. (。◕‿‿◕。)

    • • •

    Bezczelnie młoda, bezczelnie zdolna

    - pisała o sobie Zuzanna M. (foto) Jej znajomi zgodnie twierdzili, że jest osobą niezwykle inteligentną. Mogła wagarować miesiącami, ale zawsze zaliczała przedmioty. Oczytana, słuchała interesującej muzyki, była zawsze elokwentna i ostra w osądach. Na przemian przyciągająca i odpychająca.

    W szkole podstawowej i do połowy gimnazjum Zuzanna świetnie się uczyła. Gra w piłkę nożną dziewcząt (link), zdobyła nawet Złote Pióro prezydenta miasta. Ale w drugiej gimnazjalnej coś zaczyna się w jej życiorysie psuć. Zuza przestaje się uczyć i w cokolwiek angażować. Dzieci jej nie lubiły, dokuczały, wypisywały na ławkach i gdzie tylko się dało: "Jebać Zuzię". Matka postanowiła przenieść ją do innego gimnazjum.

    Na początku liceum znów jest z Zuzą wszystko dobrze. Dyrektor I LO w Białej Podlaskiej (woj. lubelskie), do którego uczęszczała mówi, że uczyła się dobrze i reprezentowała szkołę w zawodach sportowych. Musiała być lubiana, bo inni uczniowie wybrali ją na gospodynię klasy. Problemy zaczęły się pod koniec pierwszej klasy.

    Przeszkadzała w lekcjach i negowała wszystko, co mówią nauczyciele. Wychodziła z klasy trzaskając drzwiami i wyraźnie dawała pedagogom odczuć, że są najwyżej przeciętni w porównaniu z nią. W jej mniemaniu tylko ona była coś warta. Ewentualnie jej aktualne towarzystwo, które miała w zwyczaju często zmieniać.

    Pogardzam wszystkimi i mam wstręt taki do hołoty umysłowej, że rzygam.

    - cytowała Witkiewicza.

    W szkole była uważana za osobę, przez którą idzie się na dno. Wagary, narkotyki, dziwne towarzystwo. Wielu imponowało, że zawsze mogła zorganizować coś do palenia na imprezkę. Owijała sobie ludzi w okół palca - najpierw coś oferowała, potem wymagała posłuszeństwa. Przyciągała innością, mówiła jak się ubierać, pokazywała muzykę (jej kanał na yt), której nie znali, filmy, literaturę. Jej idol to Ian Curtis z Joy Division - okładkę Unknown Pleasures miała wytatuowaną na przedramieniu. (zdjęcie) Mój kolega, który ją znał, mówił, że nie dbała o siebie, często miała przetłuszczone włosy i przepocone ubrania.

    Rodzice uczniów uznali, że jest niebezpiecznym towarzystwem i odcinali swoje pociechy od jej toksycznego wpływu. Zuzka sprawiała wrażenia jakby jej to nie obchodziło i nie przywiązywała się do kogokolwiek. Znikali jedni chłopcy, pojawiali się inni. Zawsze znajdowała kolejnych słabych, bogatych, z dobrych domów. Dzięki niej mogli zaistnieć, zaczynali być dostrzegani, stawali się jej odbiciem.

    Czasem przychodzili rodzice, mówili, że ich dzieci gdzieś tam chodzą z Zuzanną. Na przerwach wicedyrektor miała za zadanie śledzić na monitoringu, z kim Zuza rozmawia, by ewentualnie ostrzec kolejne osoby.

    - wspomina dyrektor szkoły.

    Nauczyciele w końcu wezwali matkę Zuzy, która stwierdziła, że jest z córką w bardzo dobrych relacjach, że są przyjaciółkami i że to nauczyciele są winni, bo nie potrafią rozpoznać inteligencji dziecka. Zuzanna stała w trakcie rozmowy skruszona, ze spuszczoną głową. Obiecywała poprawę. Zdaniem dyrektora potrafiła idealnie grać to, czego akurat od niej oczekiwano.

    Matka Zuzanny Katarzyna M. pracuje na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach i wykłada historię. Zuza była bardzo dumna z rodzicielki, a jak ta zrobiła habilitację, córka od razu pochwaliła się tym na swoim Facebooku. Kiedy ktoś z nauczycieli zwrócił jej uwagę, że powinna mówić panie profesorze, a nie proszę pana, Zuza odpowiada, że na tytuł profesora trzeba sobie zapracować. I że profesorem tytułuje się jej matkę, nauczycielkę na wyższej uczelni.

    Mimo podziwu, Zuza czuła do niej także niechęć i była opryskliwa. Zamknij się - mówi do niej przy swoich koleżankach.

    Zuzanna od dzieciństwa była wychowywana przez swoich dziadków, ponieważ matka studiowała i nie miała dla niej czasu. Zamieszkały razem dopiero, gdy dziewczynka była w szóstej klasie szkoły podstawowej.

    Zdaniem Katarzyny M. ma wspaniałą córkę i żadne uwagi nie są w stanie tego zmienić. Mimo wszystko zawsze stała murem za Zuzą. Nie tyle razem z nią, ile raczej obok, opodal, na boku. Rodzicielki często nie było w domu. Nastolatka wyjechała kiedyś do Torunia na tydzień, gdy wróciła, opowiadała, że matka nawet nie zauważyła jej nieobecności.

    Matka sublokatorka - powie później o niej córka.

    Zuza zaczęła pisać wiersze po śmierci swojego ojca, który nie brał udziału w jej wychowywaniu, i którego w rzeczywistości nigdy nie znała. W wywiadzie do lokalnego portalu powiedziała:

    Mój własny koniec świata był powodem, dla którego zaczęłam szukać jakiejś formy wyrażania siebie.

    (wywiad)

    Przybrała pseudonim Maria Goniewicz, a matka pomogła jej sfinansować swój pierwszy tomik o tytule "33".

    Jest to liczba mistrzowska, liczba idealna.

    . . .

    Konflikty w szkole narastały, a Zuza przekraczała kolejne granice. Uczniowie mieli jej już serdecznie dość, więc napisali petycję do do dyrekcji z prośba o usunięcie ze szkoły konfliktowej koleżanki.

    Dyrektor próbował przekonać matkę Zuzanny, by nawiązała kontakt z poradnią psychologiczno-pedagogiczną. Szkoła postawiła krnąbrnej uczennicy wymagania, dała szansę na zamianę zachowania i oczekiwała zastosowania się do ustalonych reguł. Jednak matka Zuzy wolała zmienić szkołę niż zachowanie córki. Do kontaktu z poradnią także nie doszło.

    Trzecią klasę Zuzanna rozpoczęła już w innym miejskim liceum. Znajomości trochę się wykruszyły, ale wciąż lojalny Zuźce został Kamil N. (foto)

    Chłopak pochodził z dobrego i kochającego domu - jego tata Jerzy to pułkownik Straży Granicznej, a mama Agnieszka bardzo lubiana nauczycielką języka rosyjskiego. Rodzina niedawno wyprowadziła się z blokowiska w Białej Podlaskiej do nowego, pięknego domu pod miastem - w Rakowiskach. Kamil to ukochany jedynak, oczko w głowie babci. Delikatny, miły, dobrze wychowany, bardzo zżyty z matką. Tak przynajmniej opisywali go przyjaciele i znajomi. Mówili, że był spokojnych chłopakiem. Nie wychylał się.

    Dopiero pod wpływem Zuzanny zaczął się zmieniać - w tej opinii byli zgodni zarówno rodzice, szkoła, jak i znajomi nastolatków. Kamil stał się arogancki i zaczął wagarować. Rodzice konsekwentnie wyrażali swój sprzeciw wobec tej relacji i za wszelką cenę usiłowali odseparować syna od toksycznej dziewczyny. Bez skutku. Kamil stawał się kopią Zuzanny, chodził zawsze dwa kroki za nią.

    Zuza i Kamil poznali się jeszcze w gimnazjum katolickim, ale wtedy nie utrzymywali bliskich kontaktów. W liceum trafili do jednej klasy, ale zakumplowali się dopiero po imprezie półmetkowej. Przed pierwszą i drugą klasą Kamil mówił, że Zuza pachnie potem i jest niedomyta. A on zawsze taki czyściutki, świeżutki, najlepiej ubrany w klasie, w życiu by jej nie dotknął. Niewysoka, krępa, biodrom i pupie daleko do smukłości. Okrągła twarz, już lekki naddatek tkanki tłuszczowej na podbródku. I nagle - iluminacja. Kamil odkrywa, że ta niedomyta Zuza jest ciekawa. Niezwykła.

    Nastolatkowie spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. Oglądają wiele filmów, szczególnie pociąga ich kino amerykańskie: Quentin Tarantino, David Lyncha czy American Psycho z Christianem Bale'em.

    Naprawdę źle zaczęło się dziać w kwietniu 2014 roku, kiedy Kamila i Zuzannę posądzono o ukrywanie niespełna 15-letniej dziewczyny, która uciekła z domu. Najprawdopodobniej przetrzymali ją dzień lub dwa w domu u Kamila. Dziewczynka była kiedyś parą z Zuzanną i to ona namówiła ją do ucieczki. Poznały się jeszcze w gimnazjum, a z początku niewinna przyjaźń przerodziła się w fascynację starsza koleżanką. Zuza uprawiała z nią seks, gdy ta nie miała skończonych 15-lat. Rodzice małoletniej wnieśli sprawę do sądu.

    W październiku 2014 roku do Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej wpłynął akt oskarżenia. Poza uprawianiem seksu z poznaną jeszcze w gimnazjum nastolatką, Zuzannie zarzucono też częstowanie kolegów, w tym także Kamila, marihuaną. Oskarżenie to, najprawdopodobniej wnieśli rodzice chłopaka.

    W ramach tego śledztwa Zuzanna przeszła badania psychiatryczne. Specjaliści ocenili, że ma skłonność do przedstawiania siebie w lepszym świetle niż w rzeczywistości, wybiela siebie, bagatelizując potknięcia, a w jej życiu zabrakło wzorców mężczyzny jako ojca i partnera matki. Mężczyzna jako taki ma dla niej mniejsze znaczenie. Musi zasłużyć na akceptację.

    . . .

    7 grudnia 2014 roku Zuzanna na swoim fanpage publikuje wiersz:

    Ty i kobieta, której
    kiedyś zdeptałam serce,
    mieszkacie obok siebie. To dziwne
    miejsce, w którym ostatnio
    podobno jest o mnie głośno. (...)
    Przy-
    gotowa-
    nie do końca
    nie naszego świata
    nie zawsze
    jednak idzie
    dobrze,
    ale
    już niedługo.


    (link do całości)

    . . .

    W piątek, 12 grudnia 2014 roku Zuzanna i Kamil wybrali się w podróż do Warszawy, z której docelowo mieli dostać się do Krakowa, gdzie w niedzielę Zuza miała mieć swój własny wieczorek poetycki. W stolicy umówili się z Marcinem S. i jego dziewczyną Lindą M. (tak, to jest imię (・へ・) ), którzy mieli ich zawieźć autem do Krakowa. Zuza obiecała kierowcy 10 tys. złotych za ową przysługę, a jako zabezpieczenie jej i Kamila iPady.

    Około 50 kilometrów przed Krakowem, Zuza powiedziała, że muszą wracać, ponieważ zapomniała wziąć laptopa, z którego miała czytać wiersze na wieczorku. Kierowca nie był z tego faktu zadowolony, ale Zuza przekonuje go jeszcze większą sumą pieniędzy.

    W tym czasie Kamil pisze SMS-a do matki:

    Już prawie dojeżdżamy do Krakowa

    Matka odpowiada:

    W poniedziałek będzie próbna matura. Pamiętaj o tym

    A Kamil:

    Wrócę w niedzielę, mamo

    Zawracają z drogi i kierują się w kierunku Rakowisk. Kamil i Linda drzemią, Zuza słucha muzyki. Na miejsce dotarli późną nocą. Kamil prosi, żeby nie parkować przed jego domem, bo mogliby się obudzić sąsiedzi, ale trochę dalej, przy lasku. Wezmą laptop i za chwilę wrócą.

    W krzakach przebierają się w płaszcze przeciwdeszczowe i żółte, lateksowe rękawiczki. Mają ze sobą dwa porządne myśliwskie noże, które Zuza zabrała wcześniej z pokoju swojego dziadka. Kamil wchodzi do domu jako pierwszy i wyprowadza do ogrodu psa. Zdejmują buty.

    Matka czasem zasypiała przy telewizji w salonie, ale tym razem śpi z mężem w sypialni. Nastolatkowie stają nad ich łóżkiem - Zuzanna nad ojcem, Kamil nad matką.

    Raz, dwa, trzy...

    - liczy cicho dziewczyna. Na trzy zaczęli uderzać ostrzami w dół krótkimi, szybkimi pchnięciami. Na oślep. Matka zerwała się i krzycząc, zaczęła biec do drzwi. Nagle zapaliło się górne światło, któreś z nich zawadziło o kontakt. Kamil dogonił matkę i uderzył nożem w plecy od tyłu. Dla pewności, żeby się nie męczyła (dosłownie, tak powiedział - żeby się nie męczyła), przejechał dwa razy nożem mocno po gardle.

    Ojciec, mimo wylewu wewnętrznego, wstał i rzucił się na Zuzę. Przewrócili się, ślizgając się we krwi. Wytrącił jej z ręki nóż i oboje chcieli go rękami dosięgnąć: popularna scena w filmach, gdzie dwie osoby walczą na śmierć i życie. Wtedy Zuza ugryzła go w lewe przedramię i włożyła palce do oka. Klęcząc, oparł się na rękach. Dziewczyna dźgała go w plecy. Przedtem bała się, że nie można go będzie zabić. Ale on teraz właśnie umierał. Kiedy przestał się ruszać, poczuła ulgę.

    Wszedł Kamil.

    Czy już?

    - spytał. Powiedział, że muszą iść do matki, bo ona leży przed drzwiami wejściowymi. Wciągnęli ją do środka.

    Wyszli z domu i przeskoczyli siatkę ogrodową.

    Zuza przypomniała sobie, że na ręce ojca został ślad po ugryzieniu. Trzeba było obciąć tę rękę albo obie i gdzieś wyrzucić.

    Kamil przeskoczył siatkę i wrócił do domu. W kuchni znalazł nóż. Nie udało się obciąć ręki, tylko zmacerować ślady po zębach. Spryskał ranę perfumami. Może one usuną DNA.

    Zabrali laptop ojca, żeby upozorować kradzież i by pokazać Marcinowi i Lindzie: to ten zapomniany. Po drodze przebierają się w czyste ubrania, a zakrwawione pakują do plecaka. Jednak na ustalonym miejscu nie ma ani samochodu, ani znajomych.

    Zabijanie trwało godzinę. Marcin i Linda nie chcieli dłużej czekać i postanowili jechać do domu, do Poznania. Zuza zadzwoniła, że mają natychmiast po nich wracać i, jak było umówione, jechać do Krakowa. A nie było ich tak długo, bo w domu kłócili się z rodzicami Kamila.

    Studenci wracają i cała czwórka rusza w dalszą drogę.

    Kamil w samochodzie się nie odzywał. Ale Zuzanna w końcu nie wytrzymała i zaczęła opowiadać kolegom co zrobili. Była bardzo rozemocjonowana. Zaproponowała im po 100 tys. zł za milczenie i pozbycie się dowodów zbrodni - w bagażniku ich citroena leżał plecak z narzędziami zbrodni, zakrwawionymi rękawiczkami oraz elementami ubioru sprawców. Marcin S. i Linda M. godzą się na taki układ.

    Kamil i Zuza zatrzymują się u koleżanki z Białej Podlaskiej, która akurat studiuje i wynajmuje stancję w Krakowie. Nastolatkowie mają na sobie jeszcze ślady krwi i błota. Wyjaśniają dziewczynie, że zostali napadnięci. Gospodyni wychodzi z domu, bo ma coś do załatwienia, a kiedy wraca, widzi, że coś prali w jej pralce.

    Zapadło mi w pamięć, że Zuza przyszła i zaczęła myć buty w moim mieszkaniu. A Kamil był bez skarpetek, choć to był grudzień

    - zeznawała później dziewczyna. Niczego jednak nie podejrzewała.

    . . .

    W sobotę o godz. 7.40 otwarte drzwi wejściowe do domu Państwa N. w Rakowiskach zauważa przechodzący obok sąsiad. Wzywa policję.

    Pamiętnej nocy słyszałem wołanie o pomoc. Usłyszałem krzyk - "O Jezu! Ratunku! O Jezu!"

    - zeznawał później w sądzie sąsiad zamordowanych

    Myślałem jednak, że ciągle śpię i to mi się śni. Gdy się obudziłem nadal słyszałem ten głos. Byłem przerażony, że sen trwa na jawie. Jednak usłyszałem też szczekanie psa. To mnie uspokoiło, bo pomyślałem, że to po prostu jakaś kobieta przestraszyła się w nocy psa

    - relacjonował.

    Gdy rano wstałem i zobaczyłem krwawe ślady na elewacji sąsiedniego domu, szybko połączyłem fakty i zadzwoniłem po policję

    - dodał. Jeden ze śledczych, którzy pierwsi pojawili się na miejscu zbrodni relacjonował:

    Dom spłynął we krwi. Czegoś takiego nie widziałem, odkąd pracuję, prawie 30 lat. Sceneria gorsza niż w horrorach

    (zdjęcia domu po zdarzeniu -> tu, tu i tu)

    . . .

    Do znajomej, u której zatrzymali się mordercy, napisał kolega z Białej z informacją, że rodzice Kamila nie żyją. Ale dalej przez myśl jej nie przeszło, że za zbrodnią mogą stać osoby, które gości w mieszkaniu. Wprost przeciwnie - poprosiła kolegę, z którym pisała w internecie, by wezwał policję, bo nie chciała sama przekazać Kamilowi, że jego rodzice zginęli w tak straszny sposób.

    Chciałam, żeby to jakiś psycholog przekazał informację, że w taki sposób zginęli jego rodzice. Ja nie byłam w stanie tego powiedzieć

    - mówiła przed sądem.

    Mundurowi przyjechali dopiero po kilku godzinach. Zatrzymują już Zuzę i Kamila jako podejrzanych. Nastolatkowie udaj zaskoczonych. (zdjęcie z zatrzymania)

    W śmietniku przed blokiem policja odnalazła plecak ze zniszczonym laptopem i telefonami komórkowymi małżeństwa N.

    Nastolatkowie trafiają do policyjnego aresztu.

    Na początku nie przyznają się do winy. Jedynym z dowodów, który przekonał ich do potwierdzenia podejrzeń policjantów były zapiski z logowań się ich telefonów komórkowych.

    . . .

    Marcin S. I Linda M., gdy tylko dowiedzieli się, że szukają ich policjanci, sami zgłosili się na komendę w Poznaniu, a potem złożyli obszerne wyjaśnienia.

    Według składanych przez Zuzannę M. I Kamila N. zeznań rodzice Kamila nie akceptowali ich związku, co było jednym z motywów tej zbrodni. Liczyli także na spadek po rodzicach Kamila, który obliczyli na około 2 mln. złotych. Chcieli za pierwszy milion się bawić, a drugi zainwestować. Byli przekonani, że policja ich nie złapie - przecież zdjęli buty i robili wszystko w skarpetkach, a Kamil pisał do matki SMS-y, jako dowód, że byli daleko od miejsca zbrodni. ! lol

    Pomysł zabicia małżonków N. miał się pojawić w trakcie oglądania przez 18-latków filmów przepełnionych - jak sami mówili - przemocą i agresją. Do zbrodni ubrali się jak bohater filmu American Psycho ( ಠ_ಠ)... Na początku tylko żartowali sobie, że mogliby zabić rodziców Kamila, ale z czasem uznali, że ten żart może przyjąć formę faktów i zaczęli planować to zabójstwo. Jak wyjaśniła Zuzanna M. zaplanowali je krok po kroku, kupili np. lateksowe rękawiczki, które znaleziono na miejscu zbrodni.

    Zarzut postawiony dla nastolatków to (oczywiście) zabójstwo kwalifikowane.

    Z kolei, dwójce 19-latków – Marcinowi S. i Lindzie M postawiono zarzuty tak zwanego poplecznictwa. Według śledczych para ta działając wspólnie i porozumieniu utrudniała postępowanie karne pomagając Kamilowi N. i Zuzannie M., sprawcom zabójstwa, uniknąć odpowiedzialności karnej i zacierać ślady przestępstwa.

    . . .

    Podczas sekcji zwłok Jerzego i Agnieszki N. medycy zwracają uwagę na twarze zmarłych. Pułkownika zastygła w wyrazie przerażenia. Agnieszki - niewyobrażalnego zdziwienia. Biegli określą zabójstwo, jako atak niefachowy ze strony szaleńca, który niektóre ciosy zadaje na oślep. Dodali także:

    Człowiek nie umiera szybko. To była prawdziwa walka o życie. Nie ma wątpliwości, że rodzice wiedzieli, kto ich morduje.

    . . .

    15 grudnia odbyła się wizja lokalna z udziałem młodych morderców. (zdjęcia) (filmik)

    Czułem się tak, jakbym stał obok i na wszystko tylko patrzył, a moim ciałem władał ktoś inny

    -mówił Kamil.

    . . .

    Odczytanie ustaleń prokuratury i policji na tym etapie śledztwa (trochę więcej szczegółów niż napisałam) -> filmik

    . . .

    18 grudnia odbył się pogrzeb 42-letniej Agnieszki i 48-letniego Jerzego N. z Rakowisk. (filmik)

    Kamil N. wiedział o pogrzebie swoich rodziców. Poinformowali go o tym funkcjonariusze aresztu śledczego w Lublinie, gdzie trafił. Oświadczył, że nie będzie w nim uczestniczył, nie złożył też formalnego wniosku o umożliwienie mu tego.

    . . .

    Zuza i Kamil zostali skierowani na obserwację psychiatryczną. Miało to pomóc w określeniu, czy w trakcie zabójstwa mieli zdolność rozpoznania swoich czynów i pokierowania swoim postępowaniem.

    Zuzanna spędziła na obserwacji miesiąc, a w przypadku Kamila potrwała ona dłużej, bo aż od 11 lutego do 7 kwietnia 2015 roku. Zespół biegłych psychiatrów i psychologów ze względu na trudności natury diagnostycznej poprosił o wydłużenie czasu obserwacji chłopaka i sąd się na to zgodził. Równolegle też przedłużył obojgu podejrzanym areszty.

    Według wydanej opinii u Zuzanny M. nie stwierdzono objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Natomiast ma ona nieprawidłowo kształtującą się osobowość z wyraźnymi cechami narcystycznymi oraz dyssocjalnymi (agresywność, skłonność do przemocy, chłód emocjonalny).

    U Kamila N. biegli także nie stwierdzili objawów choroby psychicznej, cech upośledzenia umysłowego ani innego rodzaju zaburzeń psychicznych. Badania oraz analiza materiału dowodowego nie ujawniały u niego także obecności cech charakterystycznych dla osobowości zależnej czy antyspołecznej.

    A więcccc - w chwili zarzucanych im czynów byli poczytalny, co oznacza, że mieli pełną zdolność rozpoznania znaczenia tego czynu i pokierowania swoim postępowaniem.

    . . .

    Śledczy zamierzają pozbawić Kamila N. prawa do spadku po rodzicach.

    Zebraliśmy już dowody, przede wszystkim odnośnie do stanu majątku państwa N. jak i zeznania ich rodziny. Ze względów procesowych wniosek o pozbawienia prawa do dziedziczenia Kamila N. wniesiemy do sądu, dopiero po skierowaniu aktu oskarżenia

    - zaznaczał prokurator.

    W czerwcu Prokurator Okręgowy w Lublinie skierował do Sądu Okręgowego w Lublinie pozew o uznanie Kamila N. za niegodnego dziedziczenia. Kamil w odpowiedzi na pozew złożył do sądu wniosek. Napisał w nim, że zgadza się z pozwem prokuratury, jednak tylko w części dotyczącej babci i wujka ze strony matki. Wynika z tego, że chłopak nie chciał by spadek po jego rodzicach przeszedł również na siostrę i brata jego zamordowanego ojca. Uważał, że babcia i wujek byli bardziej zżyci z jego rodzicami i to oni ponieśli największą tragedię w tej całej zbrodni, dlatego do nich powinien trafić spadek.

    . . .

    23 czerwca 2015 roku Marcin S. i Linda M. (zdjęcie), pomocnicy zabójców z Rakowisk zostali skazani przez lubelski sąd. Marcin usłyszał wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 8 tys. zł grzywny, z kolei Linda została skazana na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz 5 tys. zł grzywny.

    . . .

    12 sierpnia 2015 sąd uznał, że Zuzanna M. w 2013 r. kilkakrotnie doprowadziła dziewczynę poniżej 15. roku życia do obcowania płciowego i poddania się innym czynnościom seksualnym. Ponadto Zuzanna M. w styczniu 2014 r. dała dwóm małoletnim marihuanę. Została skazana na karę 2 lat więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Sąd oddał ją na ten czas pod dozór kuratora i zakazał jej zbliżania się do pokrzywdzonej.

    pokaż spoiler (przecież i tak siedziała w pierdlu, to co za różnica (ಠ‸ಠ ))


    18 sierpnia 2015 ruszył wspólny proces Zuzy i Kamila, na który udało mi się wejść w charakterze publiczności (jakby ktoś nie wiedział - tak, można jeżeli sprawa jest jawna ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Zuzanna M. była w ciemnych okularach przeciwsłonecznych, miała grobową minę. Przytyła. A Kamil... Jego widok ścisnął mi serce. Nigdy w życiu nie widziałam takiej depresji na twarzy. Był załamany, a podczas czytania aktu oskarżenia płakał. Btw, strasznie ładny chłopiec. Wyprostowany jak struna. Kompletnie niepozorny, zlewający się z tłem.

    Czytanie aktu oskarżenia było przerażające. Te wszystkie szczegóły, w jaki sposób zginęli ci biedni ludzie było wręcz obrzydliwe i miałam wrażenie, że trwało w nieskończoność. Posłuchajcie sami -> link

    Obrońcy oskarżonych wystąpili o wyłączenie jawności procesu. Prokurator przychyla się do wniosku ze względu na dobro pokrzywdzonych (chodzi o dziadków Kamila N.), zostaliśmy wyproszeni z sali i trwała narada. Gdy zostaliśmy poproszeni z powrotem do środka, sąd oświadczył o swojej decyzji częściowego wyłączenia jawności procesu i musieliśmy już wyjść z sali na stałe.

    Następnego dnia odbył się drugi proces. Przesłuchanie Reginy O. - babci Kamila, Michała O. - jednego z członków jego rodziny i Katarzyny M. - matki Zuzanny, zajęło blisko 4 godziny. Ich zeznania były niejawne.

    Tutaj macie zeznania innych świadków, między innymi znajomych ze szkoły -> link

    . . .

    11 września rozpoczął się proces w sprawie spadku po rodzicach Kamila, a wyrok zapadł już na pierwszej rozprawie, na którą chłopak nie został doprowadzony z aresztu.

    pokaż spoiler (podejrzewam, że nie chciał)


    I jakżeby inaczej - Sąd Okręgowy w Lublinie uznał 18-latka za niegodnego dziedziczenia po swych rodzicach.

    . . .

    15 września odbyła się kolejna rozprawa w sprawie morderstwa w Rakowiskach, na której przesłuchano jedenaście osób: trzech świadków i ośmioro biegłych. (zeznania)

    W grudniu zapadł wyrok - po 25-lat z możliwością ubiegania się o przedterminowe wyjście po odbyciu dopiero 20-lat kary. (mowy końcowe Wyrok nie był prawomocny.

    Sprawa zabójców z Rakowisk trafia do Sądu Najwyższego po interwencji ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro chciał dożywocia dla sprawców. Uznał, że wyrok 25 lat więzienia dla Kamila N. i Zuzanny M. jest zdecydowanie za niski.

    W kwietniu 2016 sąd apelacyjny utrzymał wyrok.

    . . .

    Zarówno Zuzanna M., jak i Kamil N. wyrazili skruchę, mówili, że żałują tego co zrobili.

    Kamil w celi poprawia błędy językowe innych więźniów. Uprawia ćwiczenia gimnastyczne, prosi o szachy. Postanowił studiować psychologię biznesu. Z Zuza zrywa. Piszą do siebie listy.

    Kamil wie, że rodzice mu wybaczyli. Śni mu się, że go przytulają. To potwierdzenie. Zawsze mu wybaczali, gdy żyli. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

    Rodzina Kamila odwróciła się od niego, nikt go nie odwiedza.

    Do Zuzy przychodzi mama. Babcia wciąż uważa, że jej wnuczka jest niewinna.

    Dziewczyna wygrywa w więzieniu konkurs literacki. (link)

    . . .

    Dom po rodzicach Kamila N. został wystawiony na sprzedaż. Z tego co widzę, ogłoszenie nie jest już dostępne, ale tutaj są jeszcze zdjęcia -> klik

    (screen ogłoszenia)

    . . .

    Jeżeli macie jakieś pytania na temat tej zbrodni - piszcie śmiało. Śledziłam sprawę do od początku do końca. Jeżeli coś jeszcze przypomni mi się na jej temat, dodam w komentarzach. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #rakowiska #bialapodlaska #mariagoniewicz #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

  •  

    Jeżeli ktoś jeszcze nie widział to serdecznie polecam. #rejestrzboczencow #polskiepato

    Polski dokument z 1998 roku "Nie sąd cię skaże pedofilu".
    Temat traktowania pedofili w więzieniu przez współosadzonych.

    Z tego co się orientuję, aktualnie przestępcy seksualni są bardziej "chronieni" przez służby więzienne.

    źródło: youtube.com

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    ADRIAN BYCZEK, rocznik '93

    Pierwszego dnia sierpnia 2014 roku w godzinach popołudniowych małoletnia Emila B. przyszła wraz z koleżanką Kingą L. do swojego mieszkania w Bogatyni (dolnośląskie). Po upływie około 30 minut do pokoju, w którym siedziały dziewczyny wpadł starszy brat Emilii - 21-letni Adrian. W ręce trzymał nóż kuchenny, którym zaczął dźgać siedzącą na kanapie siostrę. Zadał jej co najmniej 5 ciosów w przedramię i uda. Kinga L. zaczęła z przerażenia krzyczeć, co na chwilę odwróciło uwagę sprawcy i pozwoliło Emilii się uwolnić. Wówczas napastnik podszedł do Kingi i zadał jej 3 ciosy nożem - jeden w podbrzusze, a dwa w lewy bark. W tym czasie Emila podbiegła do drzwi wejściowych chcąc je otworzyć, jednak Adrian jej na to nie pozwolił i grożąc nożem popchnął ją do kuchni. Kazał wejść do pomieszczenia także Kindze. Tam podjął próbę gwałtu na swojej siostrze, a następnie na jej koleżance, co w obu przypadkach mu się nie udało ze względu na brak erekcji. Kinga usiłowała przekonać napastnika, aby je wypuścił, obiecując przy tym, że nikomu nie powiedzą o całym zajściu. W tym całym zamieszaniu, jednej z dziewczyn udało się wezwać pomoc, telefonując do swojej matki. Gdy kobieta dotarła do mieszkania, Adrian zablokował drzwi opierając się o nie. Dopiero, gdy Kinga L. odciągnęła go, udało się je otworzyć i uwolnić obie pokrzywdzone. Natychmiast powiadomiły policję.

    Adrian Byczek w czasie napadu mówił do przerażonych dziewczyn:

    chcę ludziom czytać w myślach

    oraz

    za to co zrobiłem innym, muszę popełnić samobójstwo albo ich pozabijać

    W związku z tym został skierowany na obserwację do zamkniętego oddziału psychiatrycznego. Po wnikliwej i dogłębnej analizie biegli sądowi orzekli, że w momencie popełniania czynów był poczytalny, nie jest upośledzony umysłowo, a jedynie symuluje chorobę psychiczną... ( ಠ_ಠ)

    W toku śledztwa ustalono także, że oskarżony w lipcu 2014, czyli niecałe dwa tygodnie przed atakiem na Emilię i Kingę, zaatakował na ulicy inną kobietę. Zrzucił ją z roweru, po czym złapał za nogi i przeciągnął po asfalcie. Usiłował zdjąć jej spodenki i zgwałcić, jednak w tym czasie podjechał samochód, który spłoszył zboczeńca.

    (zdjęcie obrażeń) (zdjęcie obrażeń)

    Przesłuchiwany przyznał się do zarzucanych czynów

    – mówiła prokurator. W tym przypadku także próbował się bronić symulując chorobę psychiczną:

    Wyjaśniał, że popełnił je dlatego, by inni ludzie nie czytali mu w myślach i dlatego, by sam mógł nauczyć się to robić

    1 czerwca 2015 zapadł wyrok - według prasy 12 lat pozbawienia wolności, a według danych z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym - 10 lat. W jednym są jednak zgodni - odbyło się bez śmiesznych kar pieniężnych.

    Po ogłoszeniu wyroku do mediów dotarła informacja, że oskarżony, w maju 2014 roku usiłował zgwałcić więzienną psycholog.

    W dniu 26.05.2014 roku do gabinetu Pani psycholog funkcjonariusze służby więziennej wprowadzili Adriana B. Do jej obowiązków należało bowiem między innymi udzielanie pomocy psychologicznej osobom wykazującym trudności przystosowawcze oraz oddziaływanie psychokorekcyjne wobec osadzonych. W gabinecie pokrzywdzona pozostała tylko z podejrzanym. W/w usiadł na krześle, po czym psycholog przystąpiła z nim do rozmowy. W trakcie jej trwania osadzony wstał gwałtownie z krzesła i bez słowa ruszył w jej kierunku. Następnie z dużą siłą popchnął pokrzywdzoną przewracając ją na podłogę i chwycił za ramiona uniemożliwiając jej jakikolwiek ruch. Kobieta zaczęła głośno wzywać pomocy. Na miejsce przybiegli funkcjonariusze służby więziennej, którzy obezwładnili napastnika.

    - mówił Prokurator Okręgowy.

    Adrian B. znów chciał uniknąć odpowiedzialności symulując chorobę psychiczną. Tłumaczył, że zaatakował psycholog, bo (uwaga, uwaga!) chciał

    nauczyć się czytać w myślach

    ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    (link)

    Wyroku za to przestępstwo także nie jest uwzględnione w Rejestrze, a nie sądzę by uszło mu to płazem. Może to jakiś błąd lub danie nie są aktualne, nie wiem...

    Adrian Byczek aktualnie przebywa w Zakładzie Karnym w Wołowie.

    • • •

    Kilka miesięcy temu, gdy pierwszy raz natrafiłam na sprawę Adriana Byczka, udało mi się znaleźć na FB profil jego, siostry i owej Kingi. Dziś już nie było to możliwe. Ciekawe ilu poszkodowanych przez jakiegoś zboczeńca z rodziny czy bliskiego otoczenia, musiało zniknąć z mediów społecznościowych po opublikowaniu danych ich oprawców w Rejestrz Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, hm.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    MARIUSZ LIPIŃSKI, rocznik '84
    SŁAWOMIR LIPIŃSKI, rocznik '90
    MARCIN MAŁOCHA, rocznik '92

    Ekipka z Lublina ( ͡~ ͜ʖ ͡°) Tych dwóch to bracia, ale w akcji, którą zaraz Wam opiszę brał udział także trzeci Lipiński, najmłodszy z pato rodu, który niestety na wpis do Rejestru się nie załapał.

    Z 24 na 25 maja 2012 roku trwał koncert w ramach Feliniady - takie juwenalia na lubelskiej dzielnicy Felin. Dwóch studentów czy tam uczniów - Adrian Z. i Adam G. poznało tej nocy najmłodszego z Lipińskich, 19-letniego Rafała, który zaproponował im amfetaminę. Małolat wziął od nich pieniądze, jednak towaru nie dał, za to uciekł z kompanami - 20-letnim Marcinem M. oraz swoimi braćmi 28-letnim Mariuszem i 22-letnim Sławkiem. Zbieg okoliczności sprawił, że po jakimś czasie wszyscy wpadli na siebie na koncercie, a okradzeni upomnieli się o swoją kasę, co strasznie rozwścieczyło złodziejską patole. Najpierw pobili Adriana, kradnąc mu czapkę, bluzę i telefon, a gdy udało mu się uciec, Rafał L. pobiegł za nim, a pozostali swoją agresję skierowali na drugiego z chłopaków. Podobno prym wiódł najstarszy Lipiński (który btw dwa miesiące wcześniej wyszedł z więzienia) - kazał ofierze klęknąć i zadowolić się oralnie. Pozostali trzymali go za ręce i bili.

    Mario dawaj, wsadź mu!

    - krzyczeli Sławomir L. i Marcin M. Mariusz L. zaś wtykał ofierze członka w usta, bijąc go po głowie i kopiąc.

    Musisz zrobić mi dobrze, bo cię zaj...bię!

    - syczał. A gdy chłopak opierał się, Mariusz wpadł w szał.

    Nie chcesz, to ja zrobię dobrze tobie!

    Razem z kolegami zdjął mu spodnie i zgwałcił szyjką od butelki po piwie.

    Chcąc kompletnie upodlić swoją ofiarę, dwaj bracia Lipińscy oddali na niego mocz.

    Sprawcy wpadli po niespełna dwóch tygodniach i trafili do aresztu. Marcin M. i Rafał L. przyznali się tylko do pobicia, dwaj pozostali twierdzili, że są niewinni. (link)

    Prokuratura Rejonowa w Lublinie oskarżyła wszystkich czterech o rozbój, a trzech z nich (oprócz Rafała L.) o gwałt ze szczególnym okrucieństwem. (link) Dodatkowo Mariusz L. był wcześniej karany, więc odpowiadał jak recydywista.

    Proces ruszył w styczniu 2013 i ze względu na ochronę prywatności poszkodowanych toczył się za zamkniętymi drzwiami. (zdjęcie) Podobno na pierwszej rozprawie działy się niezłe dramy - przed salą sądową czekały karynki, jedna nawet przyszła z kilkuletnim dzieckiem, które próbowała pokazać przez uchylone drzwi.

    W lipcu 2013 zapadł wyrok - Mariusz L. 9 lat pozbawienia wolności, Sławomir L. 5, a Marcin M. 3. Każdy z nich ma także obowiązek zapłaty kary pieniężnej po tysiąc złotych dla każdego z pokrzywdzonych i po 3 tysiące dla zgwałconego chłopaka.
    Rafał L., który jako jedyny nie odpowiadał za gwałt ze szczególnym okrucieństwem, dostał karę 2 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat. Objęty został także dozorem kuratora, ma zakaz nadużywania alkoholu i przyjmowania środków odurzających. (link)

    Aktualnie starsi bracia Lipińscy przebywają wciąż za kratkami - starszy w Chełmie, młodszy w Hrubieszowie. Jeżeli dobrze liczę to młodszy (Sławomir) powinien niedługo wyjść.

    Marcin M. jest już na wolności, najprawdopodobniej przebywa w Lublinie i gra w gałę ( ͡° ͜ʖ ͡°) (link)

    Co u najmłodszej latorośli Lipińskich nie mam pojęcia.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta
    pokaż całość

    źródło: nnnnn.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    ANNA ŚCIBURA, rocznik '88

    Jedna z niewielu kobiet w Rejestrze i następny smutny przykład tego jak zmarnować sobie całe życie w młodym wieku.

    Laska jest z moich rodzinnych stron, pamiętam ją nawet ze szkolnego autobusu - filigranowa brunetka, całkiem ładna jak na wiejską karynkę. Nie wiem jaką wtedy była osobą, ale jej permanentny bicz fejs mógł już coś niepokojącego zwiastować.

    W sierpniu 2009 roku Anna (miała wtedy niecałe 21 lat) z Andrzejem W. (wtedy 33 latek) i według prasy 17to letnią Pauliną P, a według wiejskich plotek 15to letnią Magdą (・へ・) od rana doili alko i jeździli autem po okolicznych wsiach. Zajechali do zagajnika koło domu sąsiada Anny, Bogdana B. (48 l.), z którym najpierw rozmawiali i pili wódkę, a potem doszło do kłótni. Według Anny, Bogdan zaczął je bezczelnie podrywać i zbytnio się spoufalać, co rozwścieczyło dziewczyny - razem z Pauliną P. (czy tam Magdą) zaczęły go bić i kopać. Skakały na niego z maski samochodu łamiąc żebra, obojczyk i nos. Jak wynika z akt śledztwa Andrzej W. i Paulino-Magda przytrzymali ofiarę, a Anna Ś. zdjęła mu spodnie i bieliznę, i stanęła nad nim z drewnianym kołkiem w ręku. Zamachnęła się, z całych sił wbiła kij w odbyt ofiary i złamała. Pięciocentymetrowy kawałek drewna został w jamie brzusznej Bogdana B. i rozerwał mu wnętrzności. Mężczyzna z bólu zemdlał, a ekipka pijanych oprawców próbowała przysypać go ziemią czy tam przykryć gałęziami, aż w końcu zrezygnowali i uciekli. Zalanego krwią Bogdana B. znaleźli okoliczni mieszkańcy. Trafił do szpitala w Lublinie (link do rozmowy z nim) i przeszedł kilka ciężkich operacji, ale niestety po dwóch miesiącach cierpień zmarł.

    Anna i Andrzej usłyszeli zarzut zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. Nieletnia Paulina/Magda odpowiadała przed sądem dla nieletnich. (link)

    W listopadzie 2010 roku zapadł wyrok - po 12 lat pozbawienia wolności i 8 tys. zł zadośćuczynienia rodzinie zamordowanego. Anna odsiaduje swój w Zakładzie Karnym numer 1 w Grudziądzu, Andrzej w Opolu Lubelskim i najprawdopodobniej wyjdą już za 3 lata. (link)

    Co z tą Pauliną czy jak jej tam było - nie wiem. Odpowiadała przed sądem dla nieletnich, podobno zamknęli ją w jakimś ośrodku.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.

    pokaż spoiler #lublin #motycz #patologiazewsi #patologiazmiasta #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    #polskiepato

    • • •

    Sprawa z 2015 roku, bardzo medialna, może pamiętacie.

    15to letnia Wiktoria Cichocka z Krapkowic (opolskie) zaginęła na początku marca. (link) Po spotkaniu z koleżanką wracała do domu ścieżką pod lasem - to popularny skrót wśród okolicznych mieszkańców. Jednak nastolatka nie czuła się do końca bezpiecznie i podczas drogi pisała smsy do przyjaciółki, w których relacjonowała, że idzie za nią jakiś dresiarz. (link do artykułu z ich konwersacją) Kontakt nagle się urywał, a Wiktoria nie wróciła na noc do domu. Następnego dnia rodzice zgłosili jej zaginięcie. W szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej wzięli udział strażacy ze specjalnej grupy, policja przeczesywała teren z przeszkolonymi psami, a okoliczni mieszkańcy, znajomi i rodzina dziewczyny przeszukiwali okoliczne lasy na własną rękę. Nie zabrakło także najjasniejszejj gwiazdy polskiej sceny detektywistycznej - Krzysia Rutkowskiego.

    I, jak się później okazało - w poszukiwaniach brał udział także morderca zaginionej.

    Po 10ciu dniach w przepompowni ścieków (w miejscu oddalonym zaledwie kilkaset metrów od bloku, w którym mieszkała Wiktoria) pracownicy wodociągów odnajdują zwłoki młodej kobiety. Były w fatalnym stanie i choć wyłowiona ze studzienki dziewczyna miała na sobie rzeczy zaginionej nastolatki, rodzice Wiktorii nie rozpoznali swojej jedynej córki i konieczne były badania DNA, które jednoznacznie potwierdziły ich najgorsze przeczucia. Policja wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa.

    Wiktoria została pochowana w maju, w rodzinnych stronach swojej mamy. (zdjęcia) (link)

    Dopiero dwa miesiące po odnalezieniu zwłok policji udaje się zatrzymać niespełna 17to letniego Artura W. z Gogolina. (zdjęcie)
    Dresiarz śledził dziewczynę z zamiarem kradzieży telefonu, doszło do szarpaniny, w wyniku której dziewczyna uderzyła głową o beton i straciła przytomność. Młody patus widząc, że ofiara ataku się nie rusza, przeniósł nieprzytomną (ale wciąż żywą!) dziewczynę na teren przepompowni, a następnie wrzucił ją do kolektora ściekowego. Wiktoria się utopiła. (link)

    Artur W. nie przyznał się do zamiaru zabójstwa. W chwili zdarzenia był nieletni, jednak postanowieniem sądu odpowiadał jak dorosły.

    W 2016roku zapadł wyrok 14tu lat pozbawienia wolności i karze pieniężnej po 100 tys. złotych zadośćuczynienia rodzicom nastolatki. (link) Prokuratura i rodzina zamordowanej wnioskowali jednak o zaostrzenie kary i w 2017 została podniesiona do 25 lat. (link) W styczniu 2018 roku Sąd Najwyższy odrzucił kasację wyroku. (link)

    Argumenty obrońcy Artura W. nie przekonały sądu. W jego opinii ktoś, kto stawał przed Sądem Rodzinnym i Nieletnich aż sześć razy nie rokuje możliwości resocjalizacji, dlatego należy Artura W. izolować jak najdłużej.

    • • •

    Pod tagiem #polskiepato będę opisywała współczesne, polskie sprawy kryminalne.

    A pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki gwałcicieli i pedofilów z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyslkować.

    pokaż spoiler #polskiepato #kryminalne #patologiazewsi #patologiazmiasta #krapkowice #zbrodnia
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow będę przedstawiała sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyslkować.

    • • •

    MATEUSZ BEREŻAŃSKI, rocznik '96

    Skazany za wykorzystywanie seksualne swojej młodszej siostry. Sprawca miał wówczas 17 lat, a jego ofiara zaledwie osiem. Oskarżony miał obcować z nieletnią przez cztery lata. (link do artykułu)

    Mateusz swój (jakże niski, do tego z wcześniejszym warunkowym zwolnieniem) wyrok już odsiedział i żalił się na Facebooku, że został wystrychnięty na dudka! (✌ ゚ ∀ ゚)☞

    DO WSZYSTKICH Zostałem wrobiony przez byłą żonę mojego brata i jej córkę z poprzedniego związku nigdy nie tknąłem żadnego dziecka nie znacie sprawy nie ocenianie mnie

    Link do jego FB, polecam poczytać komentarze pod postem.

    Aktualnie, najprawdopodobniej przebywa w rodzinnym Wieruszowie (województwo dolnośląskie), ma dozór kuratora.

    • • •

    Obserwujcie też mój drugi tag #polskiepato gdzie będę opisywała współczesne sprawy kryminalne z naszego kraju.
    pokaż całość

    •  

      @kvoka: brzydzę się nim jak gównem. To zboczeniec, który nadal lubi dzieci

    •  

      @Morf:
      Czy ty nie pojmujesz różnicy między gwałtem, a gwałtem ze szczególnym okrucieństwem? (tak, obie wersje mogą dotyczyć dziecka).

      Dowodem jest to że w rejestrze nie ma żadnego księdza nawet jeżeli popełnił przestępstwa za które powinni się w nim znaleźć (a takie osoby istnieją o czym napisali w artykule). Jedynych których ten rejestr objął to pedofile którzy są jednocześnie debilami bo nie złożyły wniosku w terminie lub nie wiedziały że mogą coś takiego zrobić.

      Ta ustawa jest żeby pokazać maluczkim "Patrzcie jak o was dbamy!" a jak ktoś ma olej w głowie, pieniądze lub jest w sekcie która się o niego troszczy to się tam nie znajdzie. Proste.
      Co za kurw...a bzdury. Rejestr to gwałty z okrucieństwem. Jest różnica między gwałtami z okaleczaniem i torturami i czasem morderstwem, jakich jest pełno w tym rejestrze, a:

      - pospolitymi gwałtami od rodziny, nauczycieli czy księży dbających o to, by nie było zbyt widocznych śladów, a wstyd był wystarczającym czynnikiem zamykającym usta ofierze. Wszyscy ci sprawcy, to ludzie "skazani" na długie lub względnie długie przebywanie przy swoich ofiarach i w ich środowisku, a nie styl "porwanie/napad i ucieczka".
      - gwałtami po tabletkach uspokajających czy usypiających choćby w klubach
      - gwałtami "ulicznymi" w stylu kilka wspólników trzyma ofiarę napaści, a kolejny gwałci (zakładając brak pobić, tortur, udziału narzędzi itd)
      -gwałtami w małżeństwie/związkach (znowu: zakładając brak tortur itd)

      Wg zeznań wykorzystanych dzieci, one czasem nawet nie zdawały sobie sprawy, czego doświadczają. Po latach mówiły, a ich rodziny nic nie widziały, mimo, że dzieciak z nimi przebywał.Takie coś jak ten ksiądz z USA, który złamał kręgosłup dziecku trafiłoby do rejestru z biegu. Dodatkowo mnóstwo doniesień o księżach pedofilach, to nie gwałty, tylko molestowanie. Cholera, w ciągu ostatnich dziesięciu lat przy temacie Polski kojarzę sporo doniesień o molestowanie, dorosłych kobietach w ciążach, ale żadnych o gwałt. Tak, staram się to śledzić. Zdarzył się nawet szesnastolatek przyłapany z księdzem w aucie XD. Po przekopaniu informacji, wygląda na to, że to było dobrowolne.
      Jak już ktoś chce być foliarzem, to zauważcie, że bardzo dużo patologii z rejestru, to ludzie młodzi. Czyli jak? Gwałty popełniane przez dziadków są tuszowane? Wiecie, że gwałt z użyciem narzędzi innych niż k#$as jest możliwy.
      @Namenick: @Namenick:
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (33)

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #polskiepato

0:0,0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów