Gorące dyskusje ostatnie 12h

  • avatar

    Tak jak obiecałam, wrzucam podsumowanie mojej terapii. Postanowiłam zrobić to trochę w postaci takiego Q&A (też w oparciu o to, o co już byłam pytana, ale niech będzie w ładnie w jednym miejscu), co by wyglądało to w miarę czytelnie. Ostrzegam, ściana tekstu.

    Dlaczego w ogóle zdecydowałam się na terapię/z czym walczyłam?

    Przede wszystkim zależało mi na pogodzeniu się z przeszłością – jako dziecko byłam ofiarą przemocy psychicznej, a nawet też w pewnym momencie fizycznej. Miałam też styczność z osobą uzależnioną od alkoholu. Ponadto jestem córką rozwodników (i przy okazji żywym dowodem na to, że oddawanie dziecka pod opiekę matki wcale nie jest takie świetne); a mój rodzinny dom „nauczył” mnie wielu złych, wręcz toksycznych, schematów zachowania: problem z panowaniem nad emocjami, agresywne reakcje w momentach „zagrożenia” albo przy poczuciu utraty kontroli nad sytuacją, nie można było ze mną w ogóle dyskutować, bo każde negowanie mojej opinii/zwrócenie mi na coś uwagi traktowałam jako atak, do tego w kryzysowych momentach dochodziły ataki paniki i samonakręcanie się na najgorszy możliwy scenariusz, brak asertywności i uległość – wolałam przepraszać i płaszczyć się przed innymi, żeby tylko się pogodzić, niż trzymać się swojego zdania, ale narażać się na spór (nigdy też nie wiedziałam czy faktycznie mam rację czy to moje spierdolenie daje o siebie znać). W klasie maturalnej w dość burzliwy sposób zmieniłam miejsce zamieszkania (zostałam przez bliską mi osobę po prostu wywieziona stamtąd) i zamiast uczyć się do matury to ciągałam się po sądach w niekończących się rozprawach o alimenty. Byłam naprawdę na dnie; ale na szczęście miałam przy sobie ludzi, którzy nie pozwolili, żeby stała mi się krzywda. I chociaż na przestrzeni tych kilku lat dużo nad sobą pracowałam, to nadszedł taki moment, w którym przekonałam się, że wcale sobie sama z moim problemem nie poradziłam: sytuacja z życia sprowokowała zachowania, z którymi się zmagałam; a jednocześnie doszłam do wniosku, że sama już więcej nic nie zrobię, że osiągnęłam wszystko co mogłam w pojedynkę i potrzebuję kogoś z zewnątrz do pomocy.

    Jakie problemy do listy moich dodał psycholog?

    Nadmierna chęć bycia idealną – córką, siostrą, przyjaciółką itd. Wchodzenie w rolę partnerską/rodzicielską w relacjach z rodzicami/rodzeństwem. „Syndrom Matki Polki”, która za bardzo chce chronić (głównie młodsze rodzeństwo) przed złem tego świata oraz zbyt często przekłada dobro innych ponad swoje własne. Zbyt duże przykładanie wagi do sztywnego definiowana świata i ludzi z mojego otoczenia (nadmierna potrzeba kontroli nad wszystkim). I największa dla mnie niespodzianka: zerojedynkowość.

    Jakiego rodzaju terapię przechodziłam i dlaczego taką?

    Zdecydowałam się na terapię poznawczo-behawioralną; chociaż po pierwszej wizycie zostało mi zasugerowane, że może powinnam rozważyć psychodynamiczną. Zależało mi jednak dużo bardziej nad pracą tu i teraz; a nie rozwlekaniu aż tak mocno tego, co było. Skusiła mnie perspektywa zadań domowych, dzięki którym widziałam „na papierze” efekty; poza tym z tego co poczytałam, to psychodynamiczna nie ma potwierdzonego działania.

    Ile trwała terapia, ile miałam spotkań, i ile mnie to kosztowało?

    Terapia trwała 5 miesięcy. Łącznie z zaplanowaną wizytą za miesiąc wyjdzie ich 16, po 1h. Koszt jednej wizyty to 100zł, co łącznie daje 1600zł.

    Czy brałam leki?

    Nie.

    Jak szukałam terapeuty?

    Korzystałam z internetu. Czytałam po prostu opisy i opinie, aż trafiłam na takiego, który wydał mi się ok. Dwie „głupie” rzeczy: wybrałam mężczyznę, bo stwierdziłam, że kobiecego spojrzenia nie chcę już (w przeszłości nacięłam się na kobiety już) i wybrałam takiego, który ma imię jak mój Tata, bo kojarzy mi się to z bezpieczeństwem.

    Jak wyglądała sama terapia?

    W związku z tym, że jednak źródłem moich problemów była przeszłość; zaczęłam (pierwsze zadanie domowe) od narysowania wykresu mojego życia: na osi rzędnych zapisana była skala od 0-10, a na osi odciętych lata mojego życia. Było to naprawdę strasznie trudne zadanie, a dzisiaj w sumie narysowałabym go lekko inaczej. Później omawialiśmy (drugie zadanie domowe) moje relacje z ludźmi – kto i w jaki sposób na mnie wpływa. Następne zadanie domowe polegało na spisywaniu sytuacji, w których przejawiłam (lub nie) zachowania, z którymi chciałam walczyć. Miałam je oceniać – pozytywne/negatywne i później omawialiśmy je na moich wizytach: dlaczego zareagowałam tak a nie inaczej co zrobiłam dobrze, co mogłam zrobić inaczej. Później zostałam poproszona o ocenianie tych sytuacji w skali od 1-10, czyli pokazanie mi, że istnieje też „mniejsze zło”, a w końcowym etapie miałam oceniać te relacje na zasadzie: uległe-asertywne-agresywne. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że moje schodzenie wiecznie z drogi w kłótniach i przepraszanie tak „pro forma” jest złe – dowiedziałam się o tym rychło w czas, ale o tym w następnym podpunkcie. Na samym końcu poza ocenianiem siebie, miałam też obserwować moje otoczenie i zapisywać jak z sytuacjami, które dla mnie byłyby trudne radzą sobie inni. Miało to pomóc mi spojrzeć na siebie z boku.

    Jak wyglądał mój największy kryzys?

    Kilka dni po tym, jak zostałam poproszona o ocenianie moich „kryzysowych” sytuacji jako uległe-asertywne-agresywne odbyłam kłótnię z bardzo ważną dla mnie osobą. Po raz pierwszy nie uległam i nie przeprosiłam, bo naprawdę nie miałam za co. Przez chwilę byłam z siebie dumna, bo zastosowałam w życiu wszystko to, czego się nauczyłam. Tej osobie moja asertywność się nie spodobała, usłyszałam wręcz, że wychodzi na to, że moja terapia mi nic nie daje – i był to dla mnie tak ogromny cios, że cały luty był dla mnie jednym wielkim dołem – opowiadając o tym na wizycie po raz pierwszy się rozpłakałam. Co mnie zaskoczyło, przy następnej okazji widzenia się z tą osobą, wszystko było tak, jakby nic się nie stało. Jeszcze dziwniejsze było dla mnie to, że psycholog powiedział, że to wcale nie oznacza, że jest to dla mnie przegrana sytuacja. Po prostu „rozeszło się po kościach”.

    Jak radziłam sobie z negatywnymi myślami?

    I tutaj ciężko mi powiedzieć. Wychodziłam po prostu z założenia, że jestem tylko człowiekiem i mam prawo mieć gorszy dzień. Skupiałam się wtedy mocno na tym, co mam do zrobienia i czekałam na następny dzień – bo wierzyłam, że będzie lepszy. Mimo całego tego burdelu w życiu jestem naprawdę wielką optymistką – niektórzy mówią, że aż zbyt wielką. Ale z dwojga złego wolę przesadzać w tę stronę.

    Czego się nauczyłam?

    - Nie muszę być idealną: córką, siostrą, przyjaciółką, partnerką; żeby być szczęśliwym człowiekiem. Że idealne jest wrogiem dobrego, że ideałów nie ma; a moja chora potrzeba zadowolenia wszystkich dookoła była dla mnie gorzej niż zła. To samo tyczyło się idealizowania niektórych osób w moim życiu.
    - Nie ma szansy na to, żebym pomogła wszystkim dookoła. Tak się nie da. Nie jestem żadną „Matką Polką”, nie mam monopolu na dobre porady i po prostu nie mam takich możliwości/umiejętności, żeby zmienić życie tych potrzebujących na lepsze. Szczególnie, że wielokrotnie robiłam to kosztem samej siebie. (Co nie znaczy, że zaprzestanę swoich prób.)
    - Oduczyłam się myślenia zero-jedynkowego. Nauczyłam się i uczę się dalej, że pomiędzy 1 i 10 jest coś więcej.
    - Znalazłam w sobie „dźwignię”. W kryzysowych momentach zamiast dać ponieść się całkowicie emocjom, potrafię się na chwilę zatrzymać i podjąć decyzję odnośnie mojej reakcji. Oczywiście, to nie jest tak, że zawsze wybieram spokój; ale już sam fakt, że mam wybór (a nie ślepo poddaje się złym odruchom) to mój wielki sukces.
    - Nie jestem już uległa. Nie biorę na siebie niesłusznej winy za wszystkie złe rzeczy, które mają miejsce pomiędzy mną i ludźmi z mojego otoczenia, chociaż nie jest łatwo. Psycholog nauczył mnie, że bycie uległym jest tak samo złe jak bycie agresywnym, bo żadna ze skrajnych reakcji nie jest dobra. Teraz dążę do asertywności.
    - Choćby nie wiem jak bardzo zależało nam na ludziach z naszego otoczenia, tych toksycznych trzeba z niego wyeliminować. Albo inaczej: trzeba wybrać albo swoje, albo ich dobro. Ja od teraz wybieram swoje. (Nie chcę tutaj tego opisywać, ale dzięki terapii zakończyłam jedną znajomość, która była dla mnie po prostu szkodliwa.)
    - Umiem „wyjść z siebie” i spojrzeć na swoje zachowania z zewnątrz. Ocenić co zrobiłam dobrze, co zrobiłam źle i jak mogłabym to zmienić, żeby było lepiej.
    - Pogodziłam się z przeszłością. Nie na zasadzie wymazania jej, ale zaakceptowania i wyciagnięcia wniosków. Wiem jak postępować, żeby przerwać błędne koło, jakie można zaobserwować w mojej rodzinie kilka pokoleń wstecz.

    Jeszcze jedna rzecz na koniec. Przy pierwszej (tej zapoznawczej) wizycie usłyszałam, że mam naprawdę wszystko bardzo ładnie poukładane i wiem czego chcę (co było bardzo miłe). Zapytał mnie czy już kiedyś chodziłam do psychologa – a tak się składa, że chodziłam. Generalnie było to moje trzecie podejście do terapii. Poprzednie dwa podejścia skończyły się fiaskiem po kilku wizytach, głównie ze względu na niepoważne podejście psycholożek (dlatego tym razem chciałam iść do mężczyzny). Piszę o tym dlatego, żeby pokazać, że to wcale nie jest tak super, że do razu trafiłam na super specjalistę i miałam tak fajnie. Nie miałam. Co więcej, żeby nie rzucić tej terapii poprosiłam mojego przyjaciela, żeby mnie kontrolował czy aby na pewno chodzę (dzwoniłam i zdawałam mu relację z każdej wizyty). Bałam się. Strasznie się bałam. Każdej jednej wizyty. Ale chciałam lepszego życia i to było moją siłą napędową. I strasznie się cieszę, że się nie poddałam – szczególnie w tych gorszych momentach. Bo naprawdę jestem dzisiaj innym człowiekiem niż byłam w październiku. Oczywiście, to nie jest tak, że moja praca się skończyła. Zapewne będę musiała całe życie na siebie uważać, bo niektórych rzeczy po prostu nie zmienię – ale mogę je kontrolować. I to się dla mnie liczy najbardziej.

    Gratuluję każdemu, kto dotarł do tego miejsca. Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania – to już odpowiem w komentarzach. Jeżeli moje wypociny pomogą chociaż jednej osobie – będę bardziej niż szczęśliwa.

    Mirki, naprawdę warto walczyć o siebie. Szczególnie, że nikt inny tego za Was nie zrobi. Trzymajcie się cieplutko i miłego weekendu! ʕ•ᴥ•ʔ

    #psychologia #psychoterapia #wygryw

    PS. Proszę się nie śmiać, ale nie umiem into mirkolisty więc wołam ręcznie. XD

    pokaż spoiler @13ooK @zjem_twoj_bigos @Adolf_Wojtyla @Makiszka @13czarnychkotow @MisieRzadza @kjut_dziewczynka @Leninzone @briskmann @aloszkaniechbedzie @Anhed @zwirooo @skylerdw @Xune @Mu_H @HomeMadeGames @S7-1500 @Wygrywka @kuee @Arnhem5 @Riannon @Talar_ @Waleczny_ramol @molski @Nito @1Bartosz1 @Minister_Braku_Kultury @quiksilver @lomszyk @agitator_potyliczny @orbitowski @yols @raichu_z_reichu @Cesarz_Polski @occisor @Mainframe @comer123 @Maestro_PM @ruszka @Aigre
    pokaż całość

    odpowiedzi (73)

  • avatar

    Przypominam,że niedawno niektórzy robili z konona niewinnego krzysia misia
    #kononowicz

    odpowiedzi (15)

  • avatar

    Dyżur 10 - dzień

    1. Powód wezwania: Ból brzucha - od klatki piersiowej, nagły - w skali 0-10 ocenia na 9, promieniujący do żeber po stronie lewej

    Mężczyzna lat 58, miejsce publiczne, nagły rozdzierający ból w lewym podbrzuszu promieniuje do pachwiny, pacjent bardzo bólowy - ciężko mu się oddycha. Ocenia ból jako 10 na 10. Bez podobnych dolegliwości w przeszłości. Brzuch miękki, bez oporów patologicznych, bez objawów otrzewnowych. Dodatni objaw Goldflama po stronie lewej. Mocz oddaje normalnie. Stolec rano normalny. Ostatni posiłek wczoraj. Podano leki dożylnie - po kilku minutach ból 5/10 a po około pół godzinie (już w trakcie transportu) 2/10. Podejrzenie kolki nerkowej. Przewieziony na SOR.

    Stan nagłego zagrożenia? Tak

    2. Zasłabnięcie, ciąża

    Kobieta lat 30, 9 tydzień ciąży. Zasłabła w miejscu publicznym. Chwile wcześniej była na pobraniu krwi. Zgłasza, że zawsze robi jej się słabo przy pobieraniu a dziś zamiast poczekać to szybko wyszła z laboratorium bo śpieszy się do pracy. W momencie naszego przyjazdu płacze. Źle znosi pierwszy trymestr. Zbadana-parametry ok. Czuje się lepiej. Pozostawiona w miejscu wezwania.

    Stan nagłego zagrożenia? Tak

    3. Zasłabnięcie, stan po utracie przytomności.

    Kobieta lat 55, radca prawny w dużej ogólnopolskiej firmie - jeden z oddziałów. Wzywają koleżanki z biura bo będąc na korytarzu usłyszały huk, weszły do biura i znalazły panią leżącą na podłodze w utrudnionym kontakcie.

    Badamy. Parametry w normie, źrenice szerokie, sposób zachowania dość nietypowy. Próbuje głaskać nas po twarzy, mówi że nas kocha, podśmiechuje pod nosem, oczy mętne, spionizowana nie potrafi utrzymać równowagi, na pytania odpowiada wybiórczo i w sposób spowolniały. Nie trudno się domyślić, że albo Pani jest neurologiczna albo pijana. Kierowniczka organizuje alkomat z portierni. Pacjentka początkowo zgadza się na badanie by po chwili stwierdzić "proszę nie róbcie tego". Zostajemy z nią sami. W rozmowie przyznaje się do wypicia butelki wina przed pracą. Ma problem alkoholowy - wie o tym. Wiąże to z nadmiarem obowiązków w pracy. Pije od dawna. Chcemy żeby dmuchnęła w alkomat - nie chcemy wzywać policji. Próbuje ale nie potrafi wykonać badania prawidłowo. Alkomat wskazuje, że jest alkohol ale nie podaje stężenia. W rozmowie z kierowniczką oddziału przekazujemy info, że jej pracownik jest pod wpływem alkoholu. Nie wzywamy policji-niech wyciągną konsekwencje w pracy jak wytrzeźwieje. Kierownik oddziału przekazuje info do centrali gdzieś w województwie. Tam pada szybka decyzja o wezwaniu patrolu policji - chcą mieć pewność o stężeniu alkoholu po badaniu alkomatem z legalizacją. Przyjeżdża policja a pani nie godzi się na badanie. W zasadzie i tak jest w sytuacji bez wyjścia - jak dmuchnie to kaplica, jak nie dmuchnie to dyrekcja może przypuszczać czemu odmawia badania. Z naszej strony tyle. Kobieta zostanie odwieziona do domu przez współpracowników-zgadza się na to. Jutro bedzie miała ciężki dzień.

    Stan nagłego zagrożenia? Nie

    4. Urazy kończyny dolnej

    Pacjentka 17 lat, w szkole uderzyła kolanem w kaloryfer-potknęła się. Nie chciała żeby zgłaszać na ratownictwo ale taką decyzję podjął dyrektor "bo oni przecież nie mają kompetencji żeby ocenić". Staw kolanowy bez obrzęku, obrys prawidłowy, ruchomość pełna, przy obciążeniu staw stabilny, chodząca - niewielki ból. Powiadomiono matkę, że ma odebrać córkę i obserwować. W razie obrzęku lub innych objawów niepokojących związanych z funkcjonowaniem stawu kolanowego zgłosić się do ortopedy w warunkach SOR dziecięcego.

    Stan nagłego zagrożenia? Nie

    Niestety jest sporo wizyt w szkołach. Sporo wizyt bzdurnych i niepotrzebnych. A to drobny uraz a to gorączka. Nauczyciele dzwonią bo boją się rodziców - takie czasy. Jak nie dzwonią to przyjeżdża rodzic i często sam dzwoni a wcześniej robi zadymę - takie czasy.

    "mnie się należy! ja płacę składki! nie będę w kolejce na sorze siedział 5 godzin. proszę nas zawieźć bo od tego państwo są!". I tak po kolei.

    No dobrze. Zawieziemy ale zazwyczaj myślę wtedy: o ty chuju, zaraz zobaczysz czy nie będziesz czekał. W szpitalu ląduje na końcu kolejki tak jak każdy kto przyjdzie z ulicy. Przy okazji idziemy mu zrobić dobry PR u pracowników SOR żeby wiedzieli z kim mają do czynienia. No cóż - takie czasy.

    Pewnie teraz część pomyśli sobie o mnie "co za chu...". No ok. Może i tak ale skoro tłumaczysz komuś, że karetka to nie taksówka a ten ktoś traktuje cię jako wjazd tylnym wejściem na diagnostykę to nie rozumiem dlaczego miałbym go stawiać wyżej niż innych oczekujących w tym samym czasie w kolejce do lekarza.

    Tu też apel do rodziców. Jak twoje dziecko w szkole zachoruje (ból brzucha, ból głowy, drobny uraz, który nie wyklucza chodzenia - ze stłuczonym stawem skokowym można spokojnie skakać na jednej nodze) to nie dzwoń po karetkę bo to i tak nic nie zmieni. Jak dziecko się uśmiecha bo bawi go fakt, że przyjechała karetka to serio jej potrzebuje? Jeśli uznasz, że trzeba przeprowadzić diagnostykę to weź dziecko do auta i jedź do szpitala/lekarza bo często będziesz tam szybciej niż do ciebie dojedzie ZRM. A nawet jak dojedzie to przecież będziesz musiał jechać jako opiekun. Do pracy już dziś nie wrócisz.

    P. S. Oczywiście wykluczam z tych sytuacji zdarzenia faltycznie niebezpieczne typu urazy głowy z utratą przytomności, ewidentne złamania ze zmianą obrysu i niefizjologicznym ułożeniem kończyny, sytuacje w których widzisz, że twoje dziecko jest na prawdę ciężko chore a jego stan pogarsza się szybko - znasz je przecież najlepiej i nie raz byłeś/byłaś przy jego chorobie.

    5. Duszność, stan po udarze, przewlekła obturacyjna choroba płuc, na koncentratorze tlenu

    Mężczyzna lat 85, wzywa syn bo „tata się strasznie trząsł, nie mógł mu zmierzyć ciśnienia i usta mu zsiniały”. Na miejscu pacjent korzystający z koncentratora tlenu około 6 godzin dziennie. Jest po udarze ale obecnie bez istotnych deficytów neurologicznych. Jak na wiek i przebyte choroby to sobie radzi – popołudnie spędził na dworze. A trząsł się bo? Bo miał gorączkę prawie 40 stopni, której rodzina nie wychwyciła. Zmiany osłuchowe na płucach – pacjentowi jest duszno od paru lat i zmiany osłuchowe ma trwałe. Chodzą do poradni chorób płuc. Nie zgłasza duszności bardziej intensywnej niż zwykle – wysycenie krwi tlenem 92% więc jak na POChP całkiem spoko. Ciśnienia nie mogli zmierzyć bo oczywiście mierzą elektronicznym aparatem, który przy niezachowaniu odpowiednich warunków pomiaru głupieje. W trakcie naszego badania 140/80. Pacjent dostał leki przeciwgorączkowe dożylnie. W trakcie wizyty się uspokoił. Ani On ani rodzina nie są jakoś bardzo zainteresowani konsultacją czy leczeniem szpitalnym – „bo jak był w szpitalu to tylko wrócił gorszy.” W związku z powyższym zalecono kontrolę temperatury, podaż leków przeciwgorączkowych co 4-6 godzin, uzupełnianie płynów. Pacjent chodzący – syn zobligował się, że jak nie będzie poprawy do wieczora to weźmie go do lekarza nocnej i świątecznej pomocy a jak będzie ok to jutro i tak pojadą do lekarza rodzinnego.

    Stan nagłego zagrożenia? Nie - rodzina spanikowała. Jak słyszę, że pacjent się trzęsie to najczęściej ma gorączkę… albo nerwicę. Co prawda tak wysoka gorączka u osoby starszej jest istotnym zagrożeniem zdrowia a jeśli utrzymuje się dłuższy czas i jest nieleczona to nawet życia. Oczywiście u pacjenta należy znaleźć przyczynę infekcji i to nie podlega dyskusji ale samo wezwanie spowodowane było niezrozumieniem przez rodzinę występujących objawów – syn sam przyznał, że jakby wiedział, że tata ma gorączkę to by nie dzwonił.

    6. Cukrzyca, dziadek wzywającej prawdopodobnie w śpiączce – bez kontaktu, nie reaguje na bodźce bólowe. Hipoglikemia 43mg%

    Pacjent po 80 r.ż. przewlekle leżący, po udarze, niedawno wrócił ze szpitala – ma dopiero co rozpoznaną cukrzycę insulinozależną. Nie ma apetytu i prawie nie je – pomimo tego nadal otrzymuje dawki insuliny takie jak zalecono w szpitalu. Niestety nikt rodzinie nie wytłumaczył jak należy postępować z takim chorym. Stoją koło łóżka „bo on taki dziwny od 3 godzin był a teraz to w ogóle już nieprzytomny”. W końcu wpadli na to żeby zmierzyć glikemię po czym wezwali ZRM. My też mierzymy – 40mg%. Dostał glukozę dożylnie i „wrócił do żywych”.

    Udzielono porady i pozostawiono w miejscu wezwania – zalecono słodkie płyny i w miarę możliwości posiłek. Wnuczka pojechała po nutri drinki. Poinformowani, że jeśli pacjent nie przyjmuje odpowiedniej ilości pokarmów to przed podażą insuliny muszą mierzyć poziom glikemii. Skontaktować się z lekarzem żeby ustalić dalsze dawkowanie leków.

    Stan nagłego zagrożenia? Tak – choć w zasadzie wizyta wynikła z niewiedzy rodziny (bo nikt im tej wiedzy nie przekazał). Gdyby zareagowali wcześniej to mogli by próbować podnieść poziom glikemii choćby słodkimi płynami. 

    #prawdziwe999
    pokaż całość

    odpowiedzi (81)