•  

    804 622 + 1 023 = 805 645

    W końcu udało mi się wziąć udział w Maratonie Północ-Południe. Założenia miałem proste - jechać, w miarę możliwości zmieścić się w 48h (limit to 72h).

    Ruszamy w sobotę o 9 rano, spod latarni morskiej na Helu, jest nas nieco ponad setka. Półwysep Helski przejeżdżamy peletonem w asyście policji. Za Władysławowem ostry start i rzeczywiście, niektórzy polecieli mocno do przodu. Początek trasy jest ciekawy, bo lecimy przez pagórkowate Kaszuby. Na pierwszych dziesiątkach kilometrów jest jeszcze dość ciasno, więc czasem wbijam się do jakiegoś mini peletonu i suniemy razem. Pogoda jest średnia, bo jest chłodno i mniej lub bardziej wieje w twarz. Po ok. dwusetnym kilometrze zaczyna padać, ubieram kurtkę i ochraniacze na buty – te drugie zdejmę dopiero na Głodówce ( ͡° ͜ʖ ͡°) Od momentu wjazdu w kujawsko-pomorskie pada już całkiem konkretnie: deszcz, mżawka, czasami jedziemy we mgle. Kawałek przed Tleniem spotykam uczestnika Piotrka, który oznajmia mi, że za 10 km jest knajpa. Zatrzymujemy się tam na coś ciepłego, w sumie jest to pierwszy większy postój po 250 km. W międzyczasie zerkam na radar pogodowy i wygląda na to, że będziemy jechać ze strefami opadu jeszcze przez długie godziny, wspaniale.

    Po kilkunastu minutach ruszamy dalej. Kolejny przystanek robimy dużo szybciej, bo już w Kowalewie Pomorskim na Orlenie. Próbowaliśmy się jakoś podsuszyć, ale z marnym skutkiem. Ruszamy więc dalej, mamy chwilę bez deszczu. Przejeżdżamy przez Golub-Dobrzyń, będę musiał tam kiedyś wrócić na spokojnie, bo całkiem niezłe wrażenie na mnie wywarło to miasteczko podczas tego szybkiego nocnego przejazdu. W okolicy 370 km Piotr łapie gumę, pomagam mu chwilę i ruszam dalej. Objeżdżam Sierpc i kieruję się w stronę Płocka, myślami już realizuję zamówienie w Maku, gdzie mam zaplanowany kolejny postój. W Płocku melduję się po 4, jest to ok. 450 kilometr trasy. Niestety Mak o tej porze to tylko drajw-tru, więc kupuję co mam kupić, a grzeję się w sąsiednim Orlenie.
    Ruszam dalej, jeszcze przez chwilę bez deszczu. Wjeżdżam teraz w najtrudniejszy dla mnie fragment, czyli ponad 200 km płaskopolski. Dobrze, że mam lemondkę, leżę na niej sporo czasu. Znów zaczyna padać, wręcz jest syfiasto – mokro, wilgotno, wietrznie. Mijam Łowicz, Skierniewice, Nowe Miasto nad Pilicą. Czasem na długich prostych widzę jakieś czerwone światełko na horyzoncie. Dotaczam się do Przysuchy, gdzie robię prawie godzinny postój na Orlenie. Trochę wymuszony, bo muszę podładować światło i Wahoo. Co prawda mam powerbank, ale wolę go oszczędzać, bo w górach pewnie będę sobie mocniej świecił na zjazdach. Za Przysuchą w końcu zaczynają się jakieś górki. Jeszcze tylko kilka kilometrów starego, rozpieprzonego asfaltu na granicy województw i wjeżdżam w okolice Kielc. Pogoda się poprawia – już nie pada, chwilami widać nawet niebo, wiatr zmienia się na północno-zachodni. Lecę dalej, mijam Chęciny, Pińczów, Wiślicę. W rejonie Wiślicy Wahoo robi odzyskiwanie trasy, więc mam przymusowy postój na kilka minut. Wiem, że zrobi mi się to ponownie, więc muszę zakończyć nagrywanie śladu i zacząć nowy. Powoli zbliżają się góry, szukam więc jakiegoś miejsca na odpoczynek i coś ciepłego. W rejonie Koszyc jest otwarte BP, ale nie mają nic ciepłego. Mijam A4 i jestem na pogórzach, tu zaczyna się zabawa. Ścianki grubo powyżej 10%, nierzadko pokazywało się i 20. W rejonie Nowego Wiśnicza spotykam Tomka i Michała, jedziemy od tej chwili razem. Przed Limanową Michał łapie kapcia, więc we dwóch powoli jedziemy dalej. Jest środek nocy, mnie łapie jakaś straszna zamuła. Kładę się na przystanku (ocieplanym!) na 9 minut, żeby oczy odpoczęły. Jest trochę lepiej, za Limanową znów jedziemy we 3. Przed nami mega męczące ścianki. Cisowy Dział mnie pokonuje, od połowy wprowadzam rower. Może na świeżo dałbym radę, ale po dziewięciuset przejechanych kilometrach i dwóch nieprzespanych nocach nie ma szans. Chwilę później łapie mnie kolejny kryzys, ale wspin na przełęcz Wierch Młynne tak mi wywala tętno, że budzę się całkowicie. Zjeżdżamy od Ochotnicy, przez którą przejazd odbywa sie już za dnia, ale jest dość zimno. Dalej podjazd i świetny zjazd z Przełęczy Knurowskiej i wjeżdżamy w Podhale. Tempo się trochę porozrywało, więc ostatnie ścianki (Dursztyn, Łapsze, Brzegi) pokonujemy we dwóch z Michałem. Na Głodówkę wjeżdżamy po 48 h i 40 minutach, co daje nam 7 miejsce. Sporo powyżej oczekiwań. Pierwszy na mecie Jędrek miał czas nieco ponad 43 h.

    MPP jest uważany za jeden z trudniejszych ultra w naszym kraju i wg mnie rzeczywiście tak jest, z kilku powodów: przede wszystkim termin – wrzesień, czyli długie noce (prawie 20h jazdy po ciemku w moim przypadku), niepewna pogoda, no i profil trasy – góry zaczynają się po przejechanych 850 km, kiedy każdy ma dość. W tej edycji ścian było jeszcze więcej. Dodatkowo dystans zachęca do przejechania go na raz – o ile podczas takiego RTP (ok. 1500 km) znaczna większość zawodników śpi przynajmniej raz, tak tutaj sporo osób jedzie non stop, bo meta wypada w drugą noc/rano.

    Sprzęt nie zawiódł, ale dobrze że w górach już nie padało, bo byłby problem z klockami :) Zestaw ubrań też dobrałem idealnie pod kątem pogody, użyłem wszystkiego, co wiozłem. Standardem były odparzenia i zdrętwiałe palce od hamowania. Podsumowując, polecam xD
    Wpadło 644 nowych czerwonych, plus sporo gmin.

    #rowerowyrownik #ultramaraton #1000km #kwadraty

    Skrypt | Statystyki

    źródło: 306507103_370716645128716_1147888747357822338_n.jpg