Ciekawostki religijne i religioznawcze
#daszwiare

Przeszkadza Ci #polityka na Wykopie?
Zarejestruj konto i sam decyduj jakie tematy chcesz wyświetlać!
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 64, w którym bijemy się o teologiczne prawdy (i to nie tylko w przenośni).

    Myśląc o kształtowaniu się doktryny chrześcijańskiej na soborach ekumenicznych, możemy mieć przed oczyma ważkie debaty prowadzone przez pobożnych mędrców. Zgromadzeni słuchają ich uczonych słów i po cichu modlą się o roztropność... No dobra, poniosło mnie. Mało kto myśli o soborach, zwłaszcza, że często nie wie, że miały one miejsce, a doktryna była przedmiotem ostrych sporów. Soborowa rzeczywistość potrafiła być daleka od wyżej opisanej. Głośniejsza, pełna oskarżeń o herezję, politycznych nacisków, wyzwisk i przemocy.

    Abstrahując już od tego, na ile uprawnione były uchwały (przedmiot sporu wśród badaczy, wyznawców i fanów teorii spiskowych), to samo zjawisko jest trudne do zrozumienia dla współczesnych Europejczyków i Anglosasów. Zeświecczony mózg nie widzi przepaści między Maryją-Matką Bożą, a Maryją-Matką Chrystusa. Nawet, jak widzi, to nie jest to dlań powód do przemocy. “Każdy wierzy tak, jak uważa! Przecież chodzi o naśladowanie Jezusa, bycie dobrym, prawda?”. Zdaniem biskupów z Nicei sprawy mają się jednak inaczej:

    Ktokolwiek chce być zbawiony, przede wszystkim potrzeba, aby wyznawał katolicką [powszechną] wiarę. Której jeśliby kto nie zachował całej i nienaruszonej, ten niewątpliwie zginie na wieki. [...] Ta jest wiara katolicka [powszechna]*, której jeżeli kto wiernie i mocno nie wyznaje, zbawiony być nie może.

    Większość religii w starożytności nie skupiała się na doktrynalnej czystości. Chrześcijaństwo przez długi czas także było pluralistyczne. Oczywiście, spierano się i dyskutowano, ale nie mordowano. Ewentualnych wyjaśnień procesu narzucania “ortodoksji” i eliminowania nonkonformistów jest wiele, ale nie o tym mamy mówić. W tym przydługim wstępie chodziło o zwrócenie uwagi, że chrześcijaństwo przełomu epok uzależniało zbawienie od doktrynalnej czystości. To poniekąd wyjaśnia, dlaczego w pewnym momencie użycie przymusu i przemocy stało się nie tylko dopuszczalne, ale nawet zalecane.

    Heretycy zostaną przecież potępieni/zniszczeni. Bóg na sądzie powie “No… Symeonie, kochałeś mnie i byłeś wzorem cnót, ale niestety nieprawidłowo wierzyłeś w substancję Ducha Świętego więc spędzisz całą wieczność w piekle. Następny!”. Patrząc w ten sposób prześladowanie heretyka, czy nawet egzekucja herezjarchy, są dobre. Przymus i przemoc mogą doprowadzić do nawrócenia i ocalenia od niekończącej się męki w życiu wiecznym. OK, skoro już ustaliliśmy, że ci, co wierzą źle, skończą marnie, to wiemy, że warto wierzyć poprawnie. Powstaje jednak pytanie — kto lub co ma o tym decydować?

    Ktoś powie: “Pismo Święte”. Problem w tym, że Pismo można bardzo różnie rozumieć. Papież? Tu z kolei problemem było to, że ówczesny świat chrześcijański miał inne zdanie. Biskup Rzymu, jako jeden z patriarchów, miał olbrzymi autorytet i był bezapelacyjnie najważniejszym biskupem Zachodniej części Imperium, ale… no właśnie, Zachodniej. Sercem Imperium, i areną teologicznych sporów, był tymczasem znacznie bardziej ludny, bogaty i mocniej schrystianizowany Wschód. Prawda jest taka, że nie istniał wówczas powszechnie uznany sposób rozstrzygania sporów.

    W praktyce wyglądało to tak, że cesarze rzymscy widzieli tarcia między zwolennikami różnych opcji. Jako boży pomazańcy, troszczyli się o zbawienie poddanych (tak przynajmniej głosiła państwowa propaganda) i zwoływali zgromadzenia aby zakończyć kontrowersje. Miało to także praktyczny wymiar — różne partie były szczególnie popularne w różnych prowincjach. Pozwolenie na rozłam było więc potencjalnym zagrożeniem dla jedności politycznej. Różniące się grupy, egzystujące obok siebie, były zaś zagrożeniem dla stabilności. Sobór, bo tak nazwano owo zgromadzenie, wcale nie oznaczał końca problemów.

    Nie istniały jasne reguły co do, tego kto może wziąć udział. Nie istniały także zasady co do tego, od jakiej liczby zgromadzonych orzeczenia soboru były wiążące. Nie wiadomo było także, kto ma ostatnie słowo, gdyby nie udało się osiągnąć konsensusu. Nie było też powszechnie przyjętego kryterium porozumienia. Zwykła większość? Kwalifikowana? Miażdżąca? A czemu nie 100%? Ponadto — sobór był często ratyfikowany przez cesarza, co dawało różnym partiom kolejną okazję do gry wpływów (zwłaszcza, że cesarze nie istnieli w próżni, a ich środowisko było często podzielone i umoczone w te spory).

    Drzewiej, w historii pisanej przez Kościoły, nie było mowy o żadnym “ustalaniu ortodoksji”. Sobór, kierowany przez wolę bożą, zaledwie ją formalizował. Ortodoksja została dana raz na zawsze Apostołom przez Chrystusa, a oni przekazali ją (w niezmienionej formie) biskupim następcom. Sobór tylko potwierdzał prawdy i przestrzegł przed heretykami. Spojrzenie świeckich historyków jest jednak nieco inne — powszechnie przyjmuje się, że wiele ze ścierających się poglądów było równie/podobne stare i powszechne. Spór był zatem autentyczny, a ortodoksja bywała wypracowywana w myśl “co zostanie uchwalone i się przyjmie to będzie”.

    Poza wyżej opisanymi czynnikami atmosferę podkręcały też fakt, że chrześcijańskie od niedawna imperium nie wiedziało, gdzie wyznaczyć granicę z instytucjonalnym Kościołem. Niektórzy uważali, że oto nadchodzi nowa era w której Bóg dokona radykalnej transformacji społeczeństwa. Wyrażało się to na przykład w ruchu monastycznym, który głosił, że chrześcijaństwo zasadza się na odrzuceniu “świata” i ascetyzmie. Mnisi szybko stali się bohaterami zbiorowej wyobraźni i lokalnymi autorytetami. Ludzie potrafili bardziej liczyć się ze zdaniem swoich “świętych mężów” czy biskupów niż administracji. Niektórzy liderzy religijni byli w zasadzie władcami.

    Ówczesnych aleksandryjskich papieży określa się mianem “faraonów”, bo w praktyce to oni rządzili rzymskim Egiptem, ustawiając gubernatorów do kąta. Siła biskupów nie zasadzała się tylko na duchowym autorytecie czy działalności charytatywnej. Kościół potrafił mieć swoje “ramię zbrojne” w postaci mnichów. Duża liczba fanatycznie wierzących mężczyzn w sile wieku brzmi jak przepis na problemy. Monastycy czasem nie różnili się za wiele od gangów. Biskupi wykorzystywali to, posyłając mnisze bandy na np. krytykującego go radnego czy skąpego, bogatego kupca. Skąd brała się jednak ta skłonność do przemocy?

    Często mówi się, że religie budują społeczeństwa, ale to działa też w drugą stronę (kto wie czy nie bardziej). Społeczeństwa bliskowschodnie były (niektóre nadal są) zafiksowane na specyficznie rozumianym honorze. Powinnością szanującego się członka rodu jest krwawe mszczenie się na sąsiadach za historyczne krzywdy oraz obrona personalnego honoru. Ktoś obciął Cię z góry na dół i pogardliwie się uśmiechnął? Przecież on jest z klanu Symeonitów, z sąsiedniej wioski! Jego kuzynka jest żoną Jakuba z rodu Jakubów a dziadek wujka Jakuba, Efrem, wyłupił kiedyś oko bratankowi kuzynki babci za przyglądanie się córkom na targu!!! ZABIJ!

    Oczywiście, ludzie Kościoła mieli odrzucać świeckie sprawy. Nawet gdy udawało im się to zrobić, to swoją lojalność i przynależność często przenosili na religię. Na marginesie — taki na przykład Jenkins uważa, że to mogło być źródłem interpretacji krzyżowej śmierci Chrystusa jako przebłagalnej ofiary. Współczesnym może być ciężko zrozumieć, czemu zadośćuczynieniem za czyny (grzechy ludzi) jest śmierć niewinnego Chrystusa. Tymczasem w społeczeństwie, w którym zamordowanie/ciężkie pobicie nastolatka za występek dokonany przez jakiegoś kuzyna brata prababci wujka “aby sprawiedliwości stało się zadość”, było to jak najbardziej sensowne.

    Jeśli wyznawcy uważają przemoc za normalną rzecz, to fakt, że używają jej także w konfliktach religijnych, przestaje dziwić. Ponadto, ludzie bijący za wierzenia niekoniecznie byli teologami. Teologia często była sztandarem, jeszcze jednym powodem żeby nie lubić “onych”. Kibice Celticu nie zaczytują się w dziełach Akwinaty, ale odwołują się do katolicyzmu, podobnie jak Rangersi do protestantyzmu. Ciekawostka —w Konstantynopolu konflikt chrystologiczny też miał kibicowski smaczek. Widzowie wyścigów na hipodromie dzielili się na frakcje Zielonych i Niebieskich, które ścierały się ze sobą. W swoim czasie Zieloni opowiedzieli się za monofizytyzmem a Niebiescy za diofizytyzmem.

    Jakie dokładniej były kontrowersje i ich przebieg? O tym opowiemy sobie w kolejnych odcinkach.

    #daszwiare #chrzescijanstwo #religia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zainteresowania #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 63, w którym okazuje się, że głupota jest chrześcijańską cnotą i prowadzi do świętości.

    Po przeczytaniu tytułu zapewne myślisz sobie, drogi czytelniku, coś w stylu: “kurła, nie przenoś mnie tu
    gimboateizmu11”. Uspokajam- to nie gimboateizm. Głupota o której mowa ma bowiem inne znaczenie. Bear with me. W prawosławiu istnieje specjalna kategoria ascetów zwanych “Głupcami Chrystusowymi” (grek. saloi, ros. iurodivye, pol.- jurodiwy). O ile “klasyczny” ascetyzm polega na odcięciu się od świata to jurodstwo celowo żyje w “świecie”. I, zgodnie z nazwą, zasadza się na robieniu głupot. Nie są to jednak zwykłe głupoty- są to głupoty dla idei, ad maiorem dei gloriam.

    Jako teologiczną podstawę jurodstwa podaje się zazwyczaj ten fragment pawłowego listu do Koryntian. Głupotą są tutaj boże zamysły, których ludzie nie rozumieją i dlatego biorą je za głupotę:

    Niechaj się nikt nie łudzi! Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga.

    Apostoł Paweł optuje za głupotą

    Cele jurodstwa są wielorakie. Jednym z nich jest poniżenie ascety. Raczej mało kto patrzy przychylnie na bełkoczącego, zarośniętego bezdomnego, prawda? A tak właśnie wyglądają jurodiwy, Jest to tłumaczone z jednej strony jako przezwyciężenie jednostkowej dumy, rozumianej tu jako “matka wszystkich grzechów” (patrz finał Adwokata Diabła). Z drugiej strony jurodstwo to także sposób na podkreślenie obecności Boga w każdym, nawet “najgorszym” człowieku i ważności jednostki. Bezdomy, szalony żebrak może być natchniony przez Boga i użyteczny w celu jaki Stwórca postawił przed stworzeniem.

    Robienie pozornie szalonych lub głupich rzeczy ma także służyć wyrywaniu ludzi z ich przyzwyczajeń. Celem jest natchnienie obserwatora/ słuchacza aby zastanowił się, wyszedł z domyślnego stanu w którym jego zachowanie i myśli wynikają z bezmyślnego podążania znanymi sobie ścieżkami. Myślenie o sprawach które wydawały się oczywiste ma zaś pomóc wiernym znaleźć Prawdę (wielką literą!) czyli Boga. Co ciekawe- niekonwencjonalne zachowania dotyczą także spraw religijnych, co w mocno sformalizowanym i zrytualizowanym prawosławiu prowadziło czasem do podejrzeń jurodiwych o herezję.

    Tradycja upatruje korzeni jurodstwa u starotestamentowych proroków, którzy działali według mądrości osiedli: “albo grubo, albo wcale”. Na przykład Izajasz miał jakoby wędrować przez trzy lata bez obuwia i odzienia po pustyni, zwiastując w ten sposób niewolę egipską. Ezechiel z kolei otrzymał od Boga polecenie jedzenia placka pieczonego publicznie na “nawozie ludzkim” i odprawienie dziwacznej, publicznej pokuty (miłosierny Bóg w końcu jednak zezwolił Ezechielowi piec placki na nawozie wołowym). Z kolei Ozeasz, na rozkaz boży, poślubił prostytutkę, która powiła dzieci będące owocem jej “kariery”. Przy okazi Bóg zabronił Ozeaszowi konsumpcji związku.

    Ikona przedstawiająca proroka Ezechiela

    Zdaniem uczonych (a przynajmniej części z nich) jest to dość naciągana interpretacja. Tradycja ma na ten temat inne zdanie. Kolejne, biblijne wzmianki które można zrozumieć jako mówiące o Głupcach pochodzą także z pism św. Pawła:

    my głupi dla Chrystusa, wy mądrzy w Chrystusie, my niemocni, wy mocni; wy doznajecie szacunku, a my wzgardy. Aż do tej chwili łakniemy i cierpimy pragnienie, brak nam odzieży, jesteśmy policzkowani i skazani na tułaczkę, i utrudzeni pracą rąk własnych. Błogosławimy, gdy nam złorzeczą, znosimy, gdy nas prześladują; dobrym słowem odpowiadamy, gdy nas spotwarzają. Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili.

    Co jest dość trafnym opisem ideału Głupca dla Chrystusa, które to określenie pada tam wprost. Przeciwstawienie “głupoty” zawierzenia Jezusowi filozofii odwołującej się do rozumu było motywem który czasem pojawia się u Ojców Kościoła. Oczywiście w ich mniemaniu to właśnie przedkładanie Rozumu nad Objawienie było głupotą, bo przecież Bóg wie najlepiej. To nazywanie siebie głupcem było więc czymś w rodzaju używania “słowa na n” przez Afroamerykanów w stosunku do siebie samych. Jan Chryzostom, ojca kościoła, pisał tak:

    Kiedy Bóg coś objawi, trzeba to przyjąć z wiarą i nie dzielić włosa na czworo [...] Niech mnie nazywają […] głupcem w Chrystusie a będę dumny z tego miana jak z korony zwycięzcy. Ponieważ dzielę to miano z Pawłem, który powiedział: “Jesteśmy głupcami dla Chrystusa”.

    Jan Chryzostom wyjaśnia na czym polega chrześcijaństwo

    Pierwszym kanonizowanym Głupcem by Symeon (VI wiek). Hagiografia podaje, że zaczynał on jako “zwykły” asceta, niejako ukazując jurodstwo jako wyższy lvl. Żyjąc na pustyni Symeon osiąga apatheię (“wolność od patologicznych rządz”). Zaraz potem Bóg poleca mu żyć wśród ludzi i nawracać. Natchniony uznaje, że najlepsze efekty osiągnie uchodząc za szaleńca. Wkracza do Emesy wlokąc ścierwo psa. Ludzie uznają go za wariata i częstują gradem kamieni. Symeon lekce sobie waży ich ataki i wkracza do kościoła. Po zapaleniu wotywnych świec, obrzuca zgromadzonych na liturgii wiernych orzechami, za co spotyka go srogi oklep od bogobojnej owczarni.

    Następuje seria zdarzeń która jednoznacznie ukazuje mieszkańcom, że mają do czynienia ze świrem. Dzieje się jednak coś dziwnego, bo rzeczony świr zaczyna dokonywać cudów, wygania demony i przewiduje przyszłość. Ukrywa się jednak z pobożnością aby zwalczyć pychę a jego świętość i religijne życie wychodzą na jaw dopiero po śmierci. Żywot świętego Symeona dobrze oddaje ideał Głupca Chrystusowego i wyznacza pewien kanon zachowań dla naśladowców. Oprócz dziwacznego zachowania i ukrywania się z pobożnością Symeon jest agresywny i głośny a nawet w otwarty sposób łamie zasady religijne (np. jedząc mięso w post).

    Symeon z ziomeczkiem
    Mimo to zostaje kanonizowany przez kościół ortodoksyjny, a za nim podobni doń asceci- Izydora, Serapion, Besarion Cudotwórca, Tomasz czy Andrzej z Konstantynopola. Z czasem jednak hierarchia bizantyjska zaczyna patrzeć na Głupców z rosnącą podejrzliwością. Utrudnia im życie, nasyła władze, a duchowni gromią takie zachowania. Wg. badaczy do X wieku zjawisko Głupców praktycznie zamiera wśród bizantyjskich chrześcijan. Głupcy ogłoszeni świętymi są jednak nadal czczeni i, jako bliscy ludowi, cieszą się popularnością, a poświęcone im hagiografie są poczytne.

    Prace te trafiają w końcu na Ruś Kijowską, która przyjęła chrzest z Konstantynopola. Tam Głupcy zyskują nowe życie. Literackie źródła świadczące o ich popularności pojawiają się w XIV wieku. Motyw trafia na podatny grunt, bo tradycja chrześcijańska splata się z ludowym Iwanem Durakiem (Głupkiem). W przekazach Iwan jest prostaczkiem, niezbyt lotnym, ale cieszącym się nadprzyrodzoną opieką. Koniec końców, to on okazuje się tym dobrym i uczciwym (motyw ten często przewija się rosyjskiej kulturze, także współcześnie, np. 25/17- Русский подорожник).

    Głupiec Chrystusowy na obrazie Surikowa

    Niektórzy z jurodiwych, mimo bycia dość szorstkimi w obyciu, cieszyli się dużym szacunkiem i sławą. Dobrze widać to w zapiskach XVI wiecznego angielskiego posła wizytującego dwór cara, Gilesa Fletchera.

    [...] posiadają oni eremitów, których zwą świętymi mężami, a którzy z powodu swego stylu życia są jak gimonsofiści [nadzy mędrcy] choć nie dorównują ich wykształceniu. Mają oni w zwyczaju chodzić nago, w samej przepasce biodrowej, nieostrzyżeni. Wielu z nich nosi żelazne łańcuchy lub kołnierze. Chodzą tak nawet w środku bardzo mroźnej zimy. Są brani za proroków i świętych i z tego powodu mogą mówić co im się podoba, nawet o samym Najwyższym [...] jeśli któryś z nich zabierze coś ze sklepu bez płacenia, kupiec uważa, że spotkało go wielkie błogosławieństwo [...] Pewnego razu jeden z nich chodził nago po Moskwie i wykrzykiwał hasła przeciwko państwu i rządzącym [...] Kilka lat temu zmarł jeden z nich zwany Wasylem, który otwarcie krytykował cara za jego opresje i okrucieństwa wymierzone w lud [...]

    Wspomniany we fragmencie Wasyl to Wasyl Błogosławiony (tak, ten z Kremla) a car to Iwan Groźny, który krwawo rozprawiał się z krytykantami. Nawet on nie odważył się jednak ruszyć Wasyla. Popularni jurodiwy byli postrzegani jako święci i personifikacja prostego ludu. Nie znaczy to jednak, że każdy jurodiwy był uwielbianym “celebrytą”. Wybaczcie autorsko- amatorską antropologię, ale porównałbym ich do muzyków rockowych. Skandalistów jest (było) tam co niemiara, ale podziw udało się zaskarbić tylko niektórym. I podobnie jak z gwiazdami rocka, oprócz fanów są też hejterzy (to raczej hiphopowe określenie, ale co tam).

    Duch Ludu, obraz Nestorova

    Dla części ludzi sposób zachowania i komunikacji Głupców były nie do przyjęcia. Uważali ich nie za świętych dążących do unii z Bogiem, a za szalonych i szkodliwych. Szczególne kontrowersje wzbudzały takie akcje jak przebywanie w towarzystwie prostytutek czy wchodzenie w samej przepasce do cerkwi czy agresywne zachowanie. Zdarzały się przypadki pobić i samosądów na Głupcach (że już nie wspomnę o wyzwiskach i groźbach). Była to jednak część ich sposobu bycia- wszak jurodstwo polegało także na poniżeniu. Sława i uznanie były wypadkiem przy pracy, pogarda czy przemoc były normą.

    Kolejną rzeczą która mogła wpakować Głupca w kłopoty był antyklerykalizm. Jako asceci i odrzucający konwenanse często krytykowali kler jako zbyt skupiony na rytuałach i hierarchiach. Ponadto zdarzało się, że ich poglądy religijne odbiegały od oficjalnych. Głupcy zdają się balansować na granicy ortodoksji i herezji oraz ludowych wierzeń i i instytucjonalnej religii. Zdaniem niektórych badaczy kanonizacje jurodiwych to próby zawłaszczenia ludowych świętych, mające na celu przybliżyć oficjalną religię do ludowej. Pojawiają się jednak inne głosy wskazujące, że Głupcy nie atakowali cerkwi jako takiej, a starali się eksponować duchową, praktyczną stronę religii w miejsce ceremonialno- dogmatycznej.

    Cerkiew Świętego Wasyla na Kremlu

    Ruska cerkiew beatyfikowała około 40 osób będących Głupcami. Tradycja ta jest tam żywa przy czym w XIX wiek Rosja była świadkiem eksplozji popularności Głupców- zarówno na wsiach jak i w miastach. Literatura tego okresu zaświadcza o popularności jurodstwa. Postacie takie przewijają się u Tołstoja, Dostojewskiego, Uspienskiego czy Leskowa. Kres masowości tego zjawiska kładą komuniści i ich walka z religią. Jako się rzekło Głupcy nie zniknęli- w ruskim prawosławiu istnieją bowiem po dziś dzień.

    #daszwiare #religia #chrzescijanstwo #prawoslawie #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania #historia #rosja
    pokaż całość

  •  

    Dasz wiarę? Odcinek 62, w którym szukamy prawdziwe zachodnich wartości na Wschodzie.

    Każdy kto chociaż pobieżnie śledzi społeczno- polityczne życie Zachodu (Europa + kraje anglosaskie) musiał zauważyć pojawienie się ruchów odrzucających liberalne status quo. Z racji nacjonalistycznej retoryki i odrzucenia mainstreamowej prawicy ruchy te ochrzczono mianem alt-rightu, alternatywnej prawicy. Jest ona dość zróżnicowana ideologicznie, ale jednym z powtarzających się motywów jest przekonanie, że Zachód (różnie definiowany) upada.Jednym z przejawów tego kryzysu ma być rzekoma demoralizacja. Z tego powodu część alt-rightu szuka oparcia w religii wierząc, że jest ona ważna w dbaniu o moralność społeczeństwa.

    Podejścia różnią się znacząco- od klasycznie wierzących, przez mistyków do otwartych ateistów traktujących sprawę instrumentalnie. Różne są także preferencje co do religii. Mamy tradycjonalistycznych chrześcijan (często jednak chodzi o “tradycję wynalezioną”), neopogan a nawet konwertytów na islam uważających, że tylko pod sztandarem proroka można przywrócić Zachodowi rzekomo utraconą wielkość. Pewną popularnością (zwłaszcza w USA) cieszy się także… cerkiew prawosławna. Jest to pokłosie tego, że część zwolenników alt-rightu idealizuje inne kultury i tradycję. Paradoksalne, ale logiczne. Skoro u nas rządzi marksizm/ neomarksizm/ postmodernizm, to Zachód jest zdegenerowany. Pojawia się wówczas potrzeba wskazania tej “dobrej” kultury.

    Działacze patriotyczni na marszu w Charlottesville.

    Podobny mechanizm można było (o ironio!) zaobserwować w przypadku zachodnich marksistów doby zimnej wojny. Kapitalizm jak wiadomo degeneruje, prowadzi do nędzy i zniewolenia, ale taki maoizm? Maoizm to przyszłość świata! Co?! Wcale nie wymordowali, a nawet jeśli to w USA biją murzynów! Obiektem westchnień dla części amerykańskiego alt-rightu stała się Rosja. Jak to możliwe? Amerykańska debata jest mocno zafiksowana na rasie. Wraz z biegiem czasu status “w pełni białych” nadawano kolejnym grupom, np. katolikom (pierwotnie KKK był wymierzony także w nich) czy Słowianom. Ponadto- amerykański protestantyzm wykształcił na masową skalę zjawisko zwane chrześcijaństwem nie- lub ponad- denominacyjnym. To czy identyfikujesz się jako katolik czy jako nowonarodzony episkopalianin przestaje mieć znaczenie.

    Stąd wielu alt-prawicowców rozumie cywilizację Zachodu po prostu jako “białe chrześcijaństwo”. Rosjanie są biali? No są. Są chrześcijanami? No są. Komunizm się skończył? No skończył. Wniosek? Rosja jest przedstawicielem cywilizacji europejskiej. Przekaz ten wzmacniają sami zainteresowani. Rosyjska propaganda przedstawia Rosję jako kraj stojący na straży wartości chrześcijańskich i walczący z demoralizacją. Ironią jest tutaj fakt, że “w domu” Putin ochoczo pielęgnuje dziedzictwo ZSRR, bo część rosyjskiego społeczeństwa idealizuje czasy Sojuza. Że nie wspomnę o aborcjach, alkoholizmie, narkomanii, AIDS, wahabickiej Czeczeni, masowych migracjach z Azji Środkowej, biedzie, korupcji etc.

    Uznanie religii za istotną w walce ze “zgnilizną” i fascynacja Rosją nie tłumaczą w pełni zainteresowania prawosławiem wśród części alt-rightu. Prawosławie łączy w sobie wiele nurtów- od mistyczno- panenteistycznych, przez ludowe, po skrajnie tradycjonalistyczne i nacjonalistyczne (wiele z nich miesza się ze sobą). Amerykańskie prawosławie jest także mocno poszatkowane jurysdykcyjnie. Istnieje także wiele grup niekanonicznych. Dodatkowo prawosławie ma długą tradycję decentralizacji- biskupi często nie byli w stanie kontrolować swoich jurysdykcji- stąd duży udział “ludu” w zarządzaniu. Z racji istnienia wielu nurtów można przyciągać różne środowiska. Prawosławie jest w USA atrakcyjne dla katolików tęskniących za tradycją.

    To uczucie kiedy godzisz cara z jego zabójcami.

    Dla protestantów szukających pierwotnego kościoła. Dla ludzi zorientowanych raczej na kontemplacyjne doświadczenie religijne (hezychazm). Dla ludzi rozczarowanych politycznym zaangażowaniem religii. I tak dalej. W ramach tych opcji istnieje także nurt nacjonalistyczny- reakcyjny. Odrzuca zgniły modernizm i głosi konieczność powrotu do hierarchii, porządku, wspólnoty i zasad (rzekomo utraconych). Nietrudno zauważyć, że jest on potencjalnie atrakcyjny dla zwolenników alt-rightu. Zaraz, kościół katolicki czy protestanci też mają wspólnoty zorientowane “tradycyjnie”, prawda? Tak i one też cieszą się pewną popularnością, ale dla niektórych są nie do przełknięcia. Powody są różne.

    Prawosławie, obok miafizytyzmu, jest autentycznie najmniej zmienionym, historycznym wyznaniem. Do tego stopnia, że wiele cerkwi odprawia nabożeństwa w wymarłych językach. Kolejnym “atutem” jest wspomniane poszatkowanie jurysdykcyjne. W USA nie ma jednej, panprawosławnej organizacji kościelnej. Niby istnieje OCA (Orthodox Church of America) ale jej autokefalia nie jest powszechnie uznana. Niemal każda lokalna cerkiew ma sieć biskupstw i parafii w USA (co jest niekanoniczne). Kontrola jest słaba i często ogranicza się do finansów. Sieć parafialna jest rozproszona i nawet miejscowi mają słabe rozeznanie w tym co się dzieje w interiorze. Wiele parafii jest zatem mocno autonomiczna. I to działa na korzyść lokalnej wspólnoty bo może ona być tę wersją prawosławia która najlepiej trafia do lokalsów.

    Konwertyta zna tylko ten wycinek który ma u siebie. Łatwo tutaj o idealizację zwłaszcza, że żeby dowiedzieć się o brzydszych stronach trzeba by znać grekę, arabski czy rosyjski albo czytać akademickie opracowania. Katoliccy tradsi mają ten problem, że wielu biskupów (nawet papież) głosi poglądy progresywne. Oczywiście robią fikołki mające jakoś tłumaczyć ich bycie w kościele mimo konfliktu z hierarchią (której są winni posłuszeństwo) czy soborem watykańskim II (nieomylnym z definicji). Część ludzi jednak tego nie kupuje. Do tego dochodzi tradycyjna niechęć (zwłaszcza na południu) do katolicyzmu. Protestantyzm ma podobny “problem”- wiele kościołów jest jeszcze bardziej progresywna. Nowsze grupy potrafią być mocno reakcyjne, ale co to za tradycja co ma 100 czy 200 lat?

    Boska Liturgia Świętego Jana Chryzostoma liczy sobie prawie 1600 lat.

    Dodatkowo media co chwila donoszą o kolejnych skandalach seksualnych i finansowych u katolików i protestantów. Jest ich co niemiara, bo katolicyzm i protestantyzm to ogółem ~60% populacji USA. Prawosławni to około ~1%- totalna egzotyka, dziennikarze często nie wiedzą co to jest i skandale te są o wiele mniej nagłośnione. Skandale z krajów- matek zazwyczaj nie trafiają na pierwsze strony gazet, bo amerykanocentryzm i kogo obchodzą spory o pieniądze na katedrę w Bukareszcie skoro mało kto wie co to jest Bukareszt? O propagowanie pozytywnych informacji dbają zaś same cerkwie. Istnieją także grupy niekanoniczne, na przykład starokalendarzowe. Tam w ogóle jest jazda bez trzymanki.

    Są to małe grupki, połączone w coś na kształt federacji z hierarchią, ale więzy te są często formalne i ograniczają się do wymienienia metropolity/ biskupa w dyptychach. Pole do nadużyć jest tutaj olbrzymie- prawosławiem jest to co lokalny lider mówi, że nim jest. Amerykanie nie bardzo się w tym orientują. Stąd łatwiej jest podejść potencjalnego konwertytę niż tym katolickim tradsom, których wierność tradycji postawiła za nawiasem oficjalnego katolicyzmu. Grupy te są bardzo oddane i działają często sprawniej niż kanoniczne. Amerykańskie prawosławie jest też coraz bardziej misyjne.

    Przez lata cerkwie ograniczały się w zasadzie do posługi dla wspólnot imigranckich i ich potomków. To się jednak zmieniło- dla wielu ludzi z tej grupy religia była dodatkiem do tożsamości. Wraz z amerykanizacją młodszych pokoleń zaczęły one odpadać od cerkwi. Amerykańskie prawosławie ma niższy retention rate (% wychowanych w wierze którzy wyznają ją jako dorośli) niż katolicyzm (53% - 59%). Większość konwertytów to ex protestanci ze wspólnot które mocno stawiają na ewangelizację.- stąd starają się oni nawracać ludzi ze swojego otoczenia i promować swoją nową religię. Wg. danych cytowanych przez Baltimore Sun 70% członków amerykańskiej cerkwi antiocheńskiej to konwertyci. Dla wspomnianego OCA ten współczynnik to 50%. I tak w USA mariażu nacjonalistycznych nurtów prawosławia i części skrajnej prawicy stał się możliwy.

    Rosja broni chrześcijaństwa.

    Oczywiście nawet nie próbuję sugerować, że wszyscy czy większość amerykańskich konwertytów to naziści szukający podbudowy dla swojej ideologii. Jak wspomniałem wcześniej- prawosławie jest w USA atrakcyjne dla różnych grup. Zdarzają się nawet nawróceni buddyści/ hindusi/ new-age-hippisi, którzy zainteresowali się cerkwią przez jej praktyki kontemplacyjne. Przenikanie się obydwu grup jest jednak faktem i część skrajnej prawicy dostrzega w prawosławiu sojusznika na froncie walki z “lewactwem”. Najlepiej oddać głos samym zainteresowanym (poniższa wypowiedź pochodzi ze skrajnie prawicowego serwisu Vanguard News Network):

    Koniec końców prawosławne kraje pozostały bardziej jednolite rasowo i kulturowo niż laickie lub, co gorsza, protestanckie. Prawosławie jest jednym z najważniejszych powodów dla którego Grecy, Rosjanie czy Serbowie rozumieją kwestię żydowską lepiej niż jakikolwiek członek Twojego studenckiego klubu ateistów.

    Sytuacja w USA nie jest zresztą wyjątkowa, bo podobne rzeczy działy się (i dzieją) “w domu”. Współcześnie znane są związki Złotego Świtu z częścią duchowieństwa greckiego. Wielu ukraińskich duchownych otwarcie popiera nacjonalistów oraz ich ataki na cerkwie i laikat wierny moskiewskiej metropolii. Podobnie rzecz ma się w Rosji gdzie istnieje nie tylko sojusz z Putinem, ale także sojusze części duchowieństwa z organizacjami nacjonalistycznymi, które są na tyle silne, że wpływają na centralne władze (np. Narodny Sobor). Hierarchia w USA długi czas nawet nie zdawała sobie sprawy z występowania takiego zjawiska. Amerykańska opinia publiczna której “prawosławny” (ang. “orthodox”) kojarzy się raczej z żydami też nie.

    Pierwsze doniesienia na ten temat pochodziły od organizacji antyrasistowskich. Na demonstracjach organizowanych przez skrajną prawicę zaczęła pojawiać się symbolika prawosławna (charakterystyczne krzyże z trzema belkami czy przeróbki konfederackich flag z hasłem IC XC NIKA- Jezus Chrystus Zwycięzca). Rosnąca widoczność skrajnej prawicy sprawiła, że Rada Kanonicznych Cerkwi w USA wydała w 2017 roku rezolucję potępiającą rasizm i nienawiść na tle etnicznym. To jednak za bardzo nie przeszkadza części “wiernych”. Nawet w przypadku imiennych ekskomunik (co miało miejsce np. w przypadku grupy TradYouth) mogą sobie zawsze pójść do starokalendarzowych/ innych niekanonicznych cerkwi i dalej uważać się za prawosławnych.

    #daszwiare #chrzescijanstwo #usa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #prawoslawie #zainteresowania #religia
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 61, w którym próbujemy zjednoczyć chrześcijan a kończymy na pełzającej wojnie domowej.

    Rzadko triggerują mnie internetowe głupoty. Jednak tekst pewnego wykopka o tym, że tolerancja religijna była jedną z głównych przyczyn upadku RON mnie striggerował. Wczesnonowożytna Polska była przez pewien czas tolerancyjnym krajem na tle sąsiadów (inna sprawa, że wynikało to w dużej mierze ze sporej ilości protestantów wśród elity). Ten stan rzeczy zmieniał się jednak wraz z rośnięciem w siłę kontrreformacji*. Symbolem końca “kraju bez stosów” miało być wygnanie Braci Polskich w 1658 roku. Konflikt którego religia była ważnym elementem, a który okazał się być pocałunkiem śmierci dla I RP, zaczął się jednak dużo wcześniej.

    Dokładniej to w 1596 roku, wraz z Unią Brzeską i próbą jej narzucenia prawosławnym. W tym odcinku opowiemy sobie o rzeczonej unii, ale w kolejnych odcinkach opiszę także konsekwencje. Zacznijmy od początku. Zainteresowanie Rzymu prawosławną Rusią wzrosło wraz z reformacją i przyłączeniem litewskiej Ukrainy do Korony (po unii lubelskiej). Nieco paradoksalnie, Księstwo Litewskie było raczej państwem ruskim. Znaczną część jego elit i społeczeństwa stanowili rusińscy wyznawcy prawosławia. Katoliccy Wielcy Książęta akceptowali ten stan rzeczy, bo konfesjonalizacja** nie była wówczas zbyt widoczna.

    Sytuacja zaczęła się jednak powoli zmieniać. W Koronie rosły wpływy kontrreformatorów, próbujących podporządkować papiestwu przedstawicieli innych wyznań. W ewentualnym zażegnaniu schizmy z prawosławiem dostrzegali oni szansę na wzmocnienie katolicyzmu, osłabionego sukcesami protestantów. Propagatorami idei unii byli w XVI wiecznej Polsce np. Antonio Possevino, legat papieski, czy Piotr Skarga, wpływowy jezuita. Zachodnia infiltracja ziem ruskich uświadomiła prawosławnym konieczność reformy.Dostrzegali oni lepszą organizację i edukację “łacinników” oraz zapał misyjny.

    RON po Unii Lubelskiej

    Religia była wówczas kwestią tożsamości. Wierni nie mieli raczej pojęcia o teologii- identyfikowali się przede wszystkim z rytuałami i zwyczajami. Pierwszy konflikt z prawosławiem w Koronie spowodowany był wprowadzeniem kalendarza gregoriańskiego na Rusi. Juliański podkreślał starożytność wiary prawosławnej, stąd wiele cerkwi olało zarządzenie o reformie. W Boże Narodzenie 1583/4 roku katolicy próbowali przeszkodzić w świątecznych liturgiach sprawowanych we lwowskich cerkwiach. Doszło wówczas do zamieszek.

    Strona prawosławna zażądała respektowania swoich zwyczajów. Król wydał wówczas specjalne rozporządzenie gwarantujące możliwość obchodzenia świąt po staremu. Presja ze strony katolików nie była jedynym problemem cerkwi. Kolejnym była jurysdykcja. Kijów był pod zwierzchnictwem patriarchy Konstantynopola, bo Bizancjum stało za chrztem Rusi. Upadek Cesarstwa w XV wieku i szukanie sojuszu z papiestwem przez część duchowieństwa greckiego doprowadziły jednak do spadku prestiżu patriarchatu. Rusińska cerkiew de facto rządziła się więc sama, a metropolitę (najważniejszego biskupa) wybierano na lokalnych synodach.

    W 1588 roku patriarcha Konstantynopola, Jeremiasz, odwiedził Kijów i powołał swojego legata, który miał mieć ostatnie słowo w lokalnych sprawach. Wywołało to oburzenie części duchowieństwa. Pojawiły się głosy o konieczności reformy i uzyskania prawa do samorządu. Kolejnym czynnikiem wzmagającym zapał hierarchii był przemożny wpływ rusińskich magnatów na cerkiew. Np. nie posiadała ona prawa do wielu budynków i ziem którymi na co dzień się posługiwała. Według lokalnego zwyczaju należały one do darczyńcy. Zdarzały się czasem przypadki odbierania miejsc kultu i sprzedawania ich przez szlachtę.

    Skarga poucza króla i możnych

    Z punktu widzenia laikatu problemem rusińskiego prawosławia była kiepska kondycja moralna i słabe wykształcenie kleru. Prawosławni księża mieli dzieci i nierzadko dziedziczyły one stanowisko. W wyniku tego księża często nie byli zainteresowani religią. Problemem była także symonia, czyli kupowanie godności kościelnych (np. aby objąć bogate biskupstwo). Świadomość świeckich rosła czego przejawem były bractwa cerkiewne. Dbały one o formację laikatu i naciskały na hierarchię w sprawach dobrego prowadzenia się duchownych.

    To właśnie bractwa, wobec kryzysu hierarchicznej cerkwi, brały w dużej mierze na siebie nauczanie wiary i praktyk. Niektóre z nich wprost mówiły o odrzucaniu biskupów, którzy nie byli wierni cerkiewnym zasadom. To one organizowały wydawnictwa religijne, działalność charytatywną i to one starały się przeciwstawiać katolickiej i protestanckiej działalności misyjnej. Rywalizacja o wiernych ożywiła rusińskie życie intelektualne. Pisarze religijni zaczęli tworzyć prace polemiczne, które odpowiadały na zarzuty katolików i protestantów.

    Niektórzy możni również zainteresowani byli reformą. Widzieli siebie jako protektorów cerkwi, która łączyła ich z ludem i zwiększała ich niezależność od Korony. Największym “dobrodziejem” prawosławia był ród Ostrogskich, który stworzył ważny religijny ośrodek intelektualny w Ostrogu. Możni liczyli na to, że udana reforma cerkwi zwiększy jej siłę, co zaowocuje zwiększeniem pozycji szlachty ruskiej w RON. Wszystkie te trzy siły (hierarchia, laikat zrzeszony w bractwach oraz magnaci) chciał więc zmiany, ale każdy miał inne powody i inne pomysły jak miałaby ona wyglądać.

    Ilustracja przedstawiająca Sobór Florencki

    Jednym z pomysłów na reformę było zbliżenie z Rzymem, posiadającym duże zasoby i intelektualne elity. Pomysły na to zbliżenie były dwa. Jeden zakładał zjednoczenie na zasadach partnerstwa- cerkiew pozostaje cerkwią, ale uznaje papieski prymat i zostaje stowarzyszona z Rzymem. Papiestwo zaś uznaje zwyczaje i wierzenia, które nie są wprost sprzeczne z łacińskimi. Drugi pomysł zakładał całkowite podporządkowanie cerkwi rusińskiej Rzymowi z jakimiś niewielkimi koncesjami na rzecz np. rytu. Za tym optował między innymi Piotr Skarga, a idea ta była wprost pokłosiem kontrreformacji tyle, że odniesionej do Wschodu.

    Wśród prawosławnej hierarchii pojawiła się grupa zwolenników unii, która chciała zmniejszenia wpływów możnych. Znaleźli się oni w konflikcie z Ostrogskim i magnatami, bo ich plany nie zakładały reformy edukacji czy obyczajów. Na to nalegali magnaci, którzy chcieli sprawnej i cieszącej się autorytetem cerkwi. Hierarchia była gotowa na unię w zamian za przywileje finansowe, prawo własności do ziemi i budynków oraz zrównanie z katolickimi biskupami (choć zdarzali się tam ludzie pragnący autentycznej reformy np. Hipacy Pociej). Dążenia do unii wspierało także otoczenie króla, widząc w nim szansę na pełniejszą integrację Ukrainy z Koroną.

    W końcu to grupa hierarchiczna doprowadziła do rozmów z papiestwem. W 1595 roku stworzyła ona wstępny akt unii, zaakceptowany przez katolickich biskupów. Wywołało to sprzeciwy innych prawosławnych. Zażądano zwołania synodu argumentując to tym, że unia musi być przyjęta przez wiernych. Część hierarchów poparła to stanowisko i doszło do rozłamu wśród unionistów. Nastąpiła aktywizacja bractw prawosławnych i możnowładztwa ruskiego. Ostrogski ogłosił, że sam jest w stanie wystawić nawet 20k armię aby bronić ortodoksji.

    Ławra Peczerska, prawosławny zespół klasztorny w Kijowie

    W tym samym czasie delegacja hierarchów znalazła się w Rzymie. Artykuły które sformułowano w 95 roku nie dotyczyły za bardzo spraw dogmatycznych ani edukacji, a zabezpieczenia interesów i władzy biskupów rusińskich. W związku z tym posiłkowano się postanowieniami unii florenckiej, poprzedniej (odrzuconej przez sprzeciw wiernych) próby zakończenia schizmy. Najbardziej kontrowersyjne było przyjęcie wyznania wiary z filioque (czyli, że Duch pochodzi także od Syna) oraz uznanie nauczania o czyśćcu (obydwie te rzeczy są odrzucane przez wszystkie historyczne kościoły poza KK).

    Rusińscy posłowie na sejm Rzeczypospolitej zażądali zdjęcia unickich biskupów ze stanowisk. Podobne żądania powtarzały się na lokalnych sejmikach. Rusiński laikat i część duchowieństwa odsądzały hierarchów od czci i wiary i robiły wszystko żeby zablokować wejście unii w życie. Przeciwko unii opowiedziały się także klasztory. Król zdecydował, że synod powinien potwierdzić unię, a na jego miejsce wyznaczono Brześć. Przeciwnikom udało się nań zaprosić przedstawicieli patriarchów Aleksandrii i Konstantynopola. Ci którzy liczyli na debaty srogo się jednak zawiedli.

    Konstanty Ostrogski

    Kością niezgody byli goście, przedstawiciele patriarchów. Zygmunt III dobrze wiedział, że patriarszy legaci reprezentują szarżę wyższą niż lokalni biskupi i mogą z łatwością pokierować synodem tak, że odrzuciłby unię. Stąd zabronił im uczestniczenia w spotkaniu. Prawosławni uznali to za jawną dyskryminację i postanowili przeprowadzić synod równolegle do unickiego. Kilkukrotnie słali oni zaproszenia do zwolenników unii, ale były one sukcesywnie ignorowane. W końcu metropolita kijowski Michał Rahoza odpowiedział im tak:

    “To zostało dokonane, zostało dokonane. Teraz nie może być inaczej. Czy to co zrobiliśmy było dobre czy złe, jesteśmy >teraz częścią Zachodniego Kościoła”.

    Unicki synod ograniczył się do potwierdzenia unii zawartej w Rzymie. Wyklęto też tych którzy odrzucali unię. Prawosławny synod, mimo przeszkód ze strony władz, które zamknęły wszystkie cerkwie, również się odbył. Ogłoszono na nim zdjęcie hierarchów którzy przyjęli unię ze stanowisk i zwrócono się do króla o zaakceptowanie tych decyzji. Schizma wśród polskich Rusinów stała się faktem. Ciężko dokładnie estymować liczebność zwolenników obydwu obozów, ale wydaje się, że (przynajmniej na Ukrainie) prawosławni byli dużo liczniejsi.

    Unia cieszyła się oficjalnym poparciem Korony, dlatego kolejne dwie dekady były dla jej przeciwników walką o przetrwanie. Prawosławie zostało de iure zdelegalizowane. Król Zygmunt III był wychowankiem jezuitów i gorącym zwolennikiem kontrreformacji. Poza tym widział w unii szansę na związanie Rusinów z Koroną. Wobec opozycji, unicka hierarchia zaczęła prześladować przeciwników, korzystając z królewskiego poparcia. Rekwirowano cerkwie, wypędzano duchownych, bito i aresztowano najbardziej hardych. Polityka ta odniosła relatywne sukcesy na Białorusi, ale oporu Rusinów z Ukrainy nie udało się skruszyć.

    Stało się to jeszcze trudniejsze po tym jak w konflikt włączyli się kozacy, którzy z racji częstych walk z Turkami i Tatarami, uważali się za obrońców chrześcijaństwa. Grupa ta zaczynała jako mieszanka rozbójników i wolnych chłopów, ale już wówczas była prawdziwą militarną, a co za tym idzie, polityczną siłą. Konflikt religijny na Ukrainie sprawił, że połączyli oni siły z rusińską szlachtą. To m.in. dzięki nim patriarcha Jerozolimy odwiedził Kijów i wyświęcił nową prawosławną hierarchię. Kozacka interwencja zapobiegła też aresztowaniu nowych biskupów przez stronę polską.

    Hipacy Pociej

    Sojusz z kozakami sprawił, że prawosławie złapało drugi oddech. Nie podobało się to władzom państwowym i unitom. Najbardziej odbiło się to na ziemiach białoruskich. Działał tam na przykład arcybiskup Jozafat Kuncewicz, który odbierał kolejne cerkwie prawosławnym i prześladował ich wspólnoty. W trakcie wizyty w Witebsku aresztował ostatniego aktywnego batiuszkę, co doprowadziło do tumultu w którym zamordowano Kuncewicza. Spotkało się to z mocną reakcją władzy, która skazała 19 uczestników linczu na śmierć. Co ciekawe- Jozafat jest dzisiaj czczony jako katolicki męczennik.

    Otrzeźwienie ze strony władz państwowych przyszło na początku panowania Władysława IV. Król i jego otoczenie dowiedziały się na przykład o coraz cieplejszych stosunkach na linii Kijów- Moskwa. Rosja, upokorzona przez Wazów na początku XVII wieku stawała się coraz mocniejsza i dyszała rządzą zemsty. Z między innymi tych przyczyn Władysław IV de facto uznał cerkiew prawosławną za istniejące i legalnie działające wyznanie. Rusińscy posłowie wybrali wówczas nowego metropolitę kijowskiego, którego godność (de facto) potwierdziły władze państwowe. Metropolitą został Piotr Mogila, który wsławił się udaną reformą cerkwi prawosławnej na Ukrainie.

    Cerkiew prawosławna i unicka próbowały się teraz porozumieć i zjednoczyć. Dążenia te poparły władze Korony, ale do wspólnego synodu nie doszło z powodu sprzeciwu Rzymu. Kuria wprost zabroniła unitom udziału. Podobne inicjatywy wychodziły jeszcze co jakiś czas z obydwu stron. W 1645 Mogila i prawosławny ród Kisieli zaproponowali zjednoczenie prawosławia z unią, a co za tym idzie- Rzymem, ale nie na zasadzie poddaństwa Rusinów kurii, a równości obydwu kościołów. Propozycja ta była długo rozważana przez papiestwo. Za długo. W 1648 roku wybuchło powstanie Chmielnickiego, który na sztandary wziął nie tylko rejestr i kozackie swobody, ale także obronę prawosławia przed zakusami katolików.

    #daszwiare #prawoslawie #katolicyzm #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #historia #zainteresowania #ciekawostkihistoryczne #religia
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: Tak w sumie to chyba przydałoby się napisać jakiś obszerniejszy i bardziej ogólny tekst obalający narodowo-katolickie i narodowo-konserwatywne mity na temat polskiej (i nie tylko) historii. Bo tekstów powielających te mity nie brakuje. Ostatnio nawet wydawnictwo von Borowiecky (założone przez Jerzego R. Nowaka z Radia Maryja i "Naszego Dziennika") wydało książkę "Hiszpania Franco" pod redakcją m.in. Jacka Bartyzela. Ogólnie to sporo wyszło publikacji prezentujących właśnie taką wizję historii. I wychodzą kolejne. pokaż całość

    •  

      @Trojden: niestety, ale strasznie dupy daja polscy historycy. Zamkneli sie w swiecie akademickim i rzadko wychodza (w dobie jutuba i wordpressa to jest moment) do szerszej publiki.

      Ta narodowokatolicyzacja historii jest w ogóle zabawna. Często bywam w Toruniu z przyczyn prywatnych i miałem okazję odwiedzić Kościół Najświętszej Maryji Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i Świętego Jana Pawła II (zwany też kościołem rydzyka). Na ścianach świątyni wymalowani są nie tylko święci, ale i osoby które odcisnęły piętno na historii Polski.

      I jest tam Piłsudski (ten który porzucił katolicyzm dla luteranizmu), Kościuszko (antyklerykał i człowiek uważający KK za raka) czy agnostyk Dmowski. Polacy- katolicy na każdym nabożeństwie modlą się przed ludźmi którzy z punktu widzenia KKK byli apostatami, heretykami i ciążyły na nich ekskomuniki.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 60, w którym chyba zakładamy nową religię, ale nasi zwolennicy twierdzą, że wcale nie.

    Słyszeliście kiedyś o dżinizmie? Nie, nie o tym z lampy Aladyna (wybaczcie żenujący żart prowadzącego), ale o jednej z najstarszych, ciągle istniejących religii świata. Nie? To właśnie nadrabiamy to karygodne zaniedbanie. Dżinizm to określenie na wierzenia, filozofie i praktyki których korzenie sięgają subkontynentu indyjskiego. W przeciwieństwie do “pokrewnych” hinduizmu i buddyzmu, dżinizm wciąż jest mocno ograniczony do swojego matecznika. Dzieli z wyżej wymienionymi wiele podobieństw i korzenie, ale wykazuje także oryginalne cechy pozwalające na zaklasyfikowanie go jako odrębna tradycja.

    Ciekawe są początki dżinizmu. Otóż, według samych zainteresowanych, nie ma on początku. Ten pogląd jest mocno związany z indyjską kosmologią, która przedstawia umierający i odradzający się wszechświat jako proces bez startu i końca. Czas między kolejnymi “stworzeniami” i “apokalipsami” określa się mianem kalp (jednostka czasu oznaczająca bardzo, bardzo długo). Zdaniem dżinistów w każdej kalpie pojawia się szereg ludzi, którzy odkrywają dżinizm. Jest on rozumiany nie jako jakieś objawienie a uniwersalna i obiektywna rzeczywistość. Ci ludzie są więc odkrywcami dżinizmu a nie twórcami. Na podobnej zasadzie na jakiej Kopernik nie sprawił, że Ziemia zaczęła krążyć wokół Słońca- po prostu odkrył ten stan rzeczy.

    24 nauczycieli obecnej Kalpy

    Kolejni odkrywcy dżinizmu określani są mianem “tirthankara” (l.poj.) co oznacza “budowniczego przeprawy [przez bród rzeki]”. Rzeką jest tutaj pasmo kolejnych wcieleń, a celem jest drugi brzeg, metafora wyzwolenia z cyklu śmierci i narodzin. “Tirtha”, czyli “przeprawa”, to wspólnota podążająca za wskazaniami odkrywcy dżinizmu w danej epoce. Według wierzeń każda kalpa ma 24 odkrywców dżinizmu. Nasza epoka jest ostatnia dla aktualnej kalpy, a jej nauczycielem jest Mahawira (co dosłownie oznacza “Wielki Bohater”), duchowy spadkobierca Parśwy, 23 tirthankary. Dominującym wśród historyków poglądem jest, że Mahavira i Parśwa są faktycznie istniejącymi postaciami, ale historyczność ich 22 poprzedników jest mocno kwestionowana.

    Mahawira jest datowany na VI/V wieku p.n.e. W życiu świeckim posługiwał się imieniem Wardhamana. Jest on wspominany nie tylko w pismach dżinijskich, ale także buddyjskich, gdzie nazywany jest Nigantha (“ten którego nie krępują więzy”). To wzmacnia twierdzenia o historyczności postaci. Problematyczne jest jednak to, że źródła o życiu Mahawiry które przetrwały do naszych czasów zostały spisane kilka wieków po jego śmierci. Zwiększa to ryzyko mitologizacji czy wręcz dodawania całkowicie wymyślonych historii. Przykładem tego mogą być opisy rzekomej walki Mahawiry z nauczycielami innych szkół, toczonej przy pomocy materializującej się, metafizycznej energii.

    Logo Konfede… znaczy symbol dżinizmu

    Dominująca tradycja podaje, że Mahawira urodził się w 599 roku p.n.e na terenie północno- wschodnich Indii (w mniej więcej tym samym regionie co Budda). Czasem przesuwa się te daty na V wiek, bazując na pismach buddyjskich, odkryciach archeologicznych i mniej popularnych przekazach. Dżinijskie teksty są spisane w prakrycie ardha magadhi, a nie sanskrycie (był on wówczas językiem sakralnym). Prawdopodobnie jest to celowy zabieg. Zwolennicy Mahawiry byli częścią nurtu indyjskiej duchowości znanego jako śramana, który istniał równolegle i oddzielnie w stosunku do tradycji wedycznych. Teorii na temat tego czym była śramana jest dużo i poświęcę im niedługo specjalny odcinek. Tutaj tylko sygnalizuję odrębność od mainstreamu.

    Mahawira pochodził z kasty znanej jako kszatrija, która w olbrzymim uproszczeniu była odpowiednikiem europejskiego rycerstwa/ szlachty. Wpływ pochodzenia widać na przykład po często militarnej terminologii stosowanej w pismach dżinijskich. Samo słowo jina, od którego pochodzi nazwa religii oznacza “zdobywcę”. Dżinizm prezentował się często jako duchowa walka, w której pokonuje się słabości i przeszkody na drodze do oświecenia. Mahawira, jako członek szlachetnego rodu nie musiał za bardzo martwić się o swój byt. Nie czuł się jednak usatysfakcjonowany i spełniony w swoim życiu i zaczął poszukiwać czegoś innego. Tym czymś było życie ascety.

    Narodziny Mahawiry

    Mahawira przyłączył się do swoistej subkultury duchowych poszukiwaczy, ascetów i mędrców, która towarzyszyła społeczeństwu indyjskiemu od niepamiętnych czasów. Ludzie ci wyznawali różne, także niezgodne z głównym nurtem poglądy na kwestie duchowe i filozoficzne. Gromadzili wokół siebie naśladowców oraz laikat i próbowali wdrażać swoje przekonania w życie. Według dżinijskiej tradycji rodzice Mahawiry byli zwolennikami nauk Parśwy więc ze zrozumieniem przyjęli decyzję syna. W ascetycznej praktyce wielu upatrywało szansy na wyrwanie się ze świata w przenośni i dosłownie.

    Każdy członek indyjskich społeczeństw miał pewne zobowiązania- rodzina, wspólnota, dbanie o dobro wspólne etc. Jednak, w myśl indyjskich wierzeń, życie w ten sposób niejako uruchamia prawo karmy- co oznacza, że po śmierci dusza dozna kolejnego wcielenia. Zaniedbanie obowiązków wcale nie wyłączało człowieka z działania prawa karmicznego. Co więcej, powodował, że kolejne wcielenie może być gorsze niż aktualne. Obowiązki o których mowa wynikały z urodzenia się w danej grupie społecznej. Co należy zatem zrobić skoro z tego kim jesteśmy wynikają rzeczy uniemożliwiające nam uwolnienie się z cyklu narodzin i śmierci?

    Mahwira medytuje

    Odpowiedź brzmiała- przestać być tym kim jesteśmy (a raczej wydaje nam się, że jesteśmy). W wielu indyjskich tradycjach złożeniu mniszych ślubów towarzyszy symboliczny pogrzeb i nadanie nowego imienia. Asceza jest więc próbą odkrycia prawdziwej natury a to ma owocować oświeceniem wyzwalającym z samsary (cyklu ponownych narodzin). Mahawira był radykalny i uważał, że tylko tak można osiągnąć pożądane efekty. Dżinijskie źródła są pełne opisów ekstremalnych postów i umartwień jakim się poddawał. Oprócz tego Mahawira praktykował medytację i prowadził życie tułacza. Tradycja podaje, że spędził 12 lat na medytacji, umartwieniach, wędrówkach i rozważaniach zanim osiągnął oświecenie.

    Dżinijskie źródła określają je mianem Kevala Jnana, co dosłownie oznacza wszechwiedzę. Tradycje różnią się w kwestii tego co nastąpiło później. Część z nich przedstawia oświeconego Mahawirę w sposób bardziej ludzki mówiąc, że podróżował i nauczał o odkrytej przez siebie ścieżce prowadzącej do uwolnienia. Inne z kolei mówią, że stał się czymś na podobieństwo boskiej istoty, która przestała mieć ludzkie potrzeby i pozostawała cały czas w jednym miejscu, a wiedzę przekazywała w nadprzyrodzony sposób. Mahawira zmarł w wieku 72 lat, a dżiniści zaczęli obchodzić święto Diwali (wywodzące się z tradycji wedycznej, ale hindusi celebrują je w innym celu niż upamiętnienie nauczania i życia Mahawiry).

    Oświecony Mahawira

    Nauczanie i praktyki Mahawiry rozwinięte w dżinizm potrafią być bardzo podobne do niektórych nurtów hinduizmu i buddyzmu. Do tego stopnia, że Europejczycy bardzo długo traktowali dżinizm jako jedną z buddyjskich szkół. Przykładem podobieństwa jest choćby to, że celem dżinijskich mnichów jest osiągnięcie pełnego oświecenia, przerywającego samsarę. Istnieje jednak szereg różnic. Przede wszystkim zasada ahimsy (odrzucenia przemocy) jest znacznie ostrzejsza i traktowana jako absolutnie kluczowa. Dżinijscy mnisi są przez to ściśle uzależnieni od laikatu i praktycznie nie występują w miejscach gdzie nia ma świeckich wyznawców. Nie wolno im na przykład samodzielnie przygotowywać sobie jedzenia, bo prowadzi to do śmierci mikroskopijnych form życia co “psuje karmę” (eh, te żenujące żarty).

    Kolejnym przykładem radykalnej ahimsy są maseczki jakie noszą mnisi w niektórych tradycjach. Tutaj celem jest również ochrona mikroskopijnych form życia. Istnieją także specjalne miotełki, które są non stop w użyciu gdy mnich się przemieszcza. Wymiatanie drogi ma służyć ochronie małych zwierząt i owadów które mogłyby zostać zdeptane przez nieuwagę. Dżinizm dzieli z buddyzmem i niektórymi nurtami hinduizmu wymagania dotyczące mówienia prawdy i zgodności czynów ze słowami (satya). Kolejną zasadą dżinizmu jest asteya czyli zakaz używania i brania czegoś co nie zostało dobrowolnie ofiarowane. Asteya łączy się z aparigrahą czyli zasadą nieprzywiązywania się do dóbr materialnych i rzeczy ulotnych.

    Medytujące dżinistki

    Zasady te są jednak o wiele surowsze w dżinizmie niż innych indyjskich religiach. Dość powiedzieć, że największa schizma (podział na Śwetambarów i Digambarów) była spowodowana konfliktem odnośnie tego czy mnisi powinni zakrywać ciało. Sam Mahawira był zadeklarowanym nudystą i zwyczaj ten wydaje się dominujący we wczesnym dżinizmie. Śwetambarowie dopuszczają odzienie, zwłaszcza przy kontaktach z laikatem, ale Digambarowie uważają to za nowinkę wypaczającą nauczanie dotyczące posiadania rzeczy. Ich zdaniem nieposiadanie musi być pełne i mnichowi nie wolno mieć nawet kawałka tkaniny.

    Co ciekawe- u Śwetambarów wykształciła się instytucja mniszek, ale proces ten nie zaszedł u Digambarów. Nagie kobiety uznano za zbyt wielką pokusę. Radykalne nieposiadanie i nieprzywiązywanie się do rzeczy przejawia się także przy jedzeniu. Mnichom nie wolno jeść z miski czy talerza- mogą jeść tylko to co wzięli w dłonie. Kolejną zasadą w której przejawia się radykalizm jest brahmacharya. Dotyczy ona czystości (przede wszystkim seksualnej) słów, czynów i myśli. Kluczowa jest także medytacja, ale w przeciwieństwie do buddyzmu czy niektórych nurtów hinduizmu jej celem nie jest transformacja i urzeczywistnienie przebudzonego umysłu. Chodzi raczej o ograniczenie przywiązań i aktywności które pozwalają na działanie praw karmicznych.

    Płaskorzeźba wyrażająca ahimsę

    Nie znaczy to jednak, że przeciętny wyznawca dżinizmu chodzi z miotełką i oddycha tak aby przypadkiem nie połknąć muchy. Zasady obowiązujące świeckich dżinistów są o wiele łagodniejsze niż te wyżej opisane, odnoszące się do mnichów. Dżinijska dieta jest generalnie wegetariańska, ale istnieją także czysto wegańskie nurty. Ponadto religijny kalendarz jest wypełniony okresami postu, medytacji i obowiązkowych prac charytatywnych. Świeckich dżinistów nie obowiązują także surowe restrykcje dotyczące posiadania, co jest skwapliwie wykorzystywane przez wielu z nich. Stereotyp łączący dżinistów z wpływową klasą wyższą nie wziął się z powietrza.

    I tutaj niestety muszę urwać wpis, chociaż tak naprawdę ledwo dotknęliśmy tematu. Też jestem zawiedziony, ale opowiedzenie o tradycji liczącej sobie 2.5k lat na 3 stronach a4 to zadanie niewykonalne. Mogę wam jednak obiecać, że jeszcze wrócimy do tego jak dżinizm zmieniał się od czasów jego “wcale nie założyciela”, jak ewoluowała jego filozofia oraz jakie były koleje losu wspólnot dżinijskich.

    #daszwiare #religia #indie #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Ponad 4 lata temu colega @luvencedus rozpoczął serię #daszwiare , pisząc o kultach cargo. W międzyczasie projekcik się "nieco" rozrósł i zyskał sobie dodatkowego autora (to jest- mnie) oraz grono nielicznych, ale oddanych czytelników.

    Z myślą o nich (i o wygodzie oraz jakości- Wykop nie pozwala na edycję po chwili od publikacji) postanowiłem założyć bloga na którego przerzuciłem historyczne odcinki i będę dorzucał nowe. Zapraszam do lektury: Blog Dasz Wiare

    PS. Nowe odcinki nadal będą wrzucane na wykop.

    #religia #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #ateizm #bekazkatoli #ciekawostki #historia #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 59 który może być o buddyzmie, ale nikt nie jest do końca pewny.

    Dzisiaj zacznę nietypowo- od inspiracji do powstania tekstu. Mianowicie- rozmawiałem sobie z colegą na temat stoicyzmu i buddyzmu. Colega stwierdził, że przez “obcość” buddyzmu człowiek Zachodu będzie miał problem z jego zrozumieniem i powinien wybrać stoicyzm. Buddyzm wszak wyłonił się ze starożytnej śramany i rozwijał na Dalekim Wschodzie. Współcześni, zachodni buddyści posługują się często terminologią ukształtowaną w Azji. Ponadto- patrzy się na nich nieufnie i często podnoszona jest krytyka, że “to nieprawdziwy buddyzm”. No cóż, chyba faktycznie jest to inherentnie obca tradycja, a my możemy się rozejść...

    Tak się jednak składa, że nowsze prace poświęcone Pyrronowi z Elis stawiają sprawę w innym świetle. Zacznijmy od podstaw. IV wiek p.n.e był okresem ekspansji szeroko pojętego świata greckiego. Aleksander Macedoński rozbił Achemenidów i dotarł aż do zachodnich Indii. Według spisującego żywoty filozofów Laertiosa, armii Macedończyka towarzyszyli greccy uczeni- w tym Pyrron. Po powrocie z wyprawy zasłynął on jako filozof i nauczyciel, prekursor pyrronizmu. Niestety, nie zostawił po sobie pism. Nasza wiedza bazuje na dziełach m.in. ucznia Tymona z Fliuntu i późniejszego spadkobiercy, Sekstusa Empiryka.

    XVI wieczne wyobrażenie Pyrrona

    Zdaniem Laertiosa Pyrron, pod wpływem perskich magów* i indyjskich gimnosofistów*, przyjął “najszlachetniejszą filozofię”. Streszcza ją jako powstrzymanie się od osądów i uznanie, że nie da się rozstrzygnąć tego co jest tak naprawdę właściwe a co nie jest. Pyrron miał też uważać, że ludzkim postępowaniem kierują nieuświadomione zwyczaje i konwencje. Tymon tak podsumował poglądy swojego mistrza (za Arystotelesem):

    Ktokolwiek chce osiągnąć eudajmonię [stan pełnego, racjonalnego zadowolenia z życia] musi rozważyć te trzy pytania. Po pierwsze: jaka jest prawdziwa natura pragmata [kwestie dotyczące sensu, moralności i etyki]? Po drugie: jak powinniśmy do nich podchodzić? Po trzecie: Jaki będzie wynik takiego podejścia?

    Jeśli chodzi o wszystkie pragmata, to są one adiaphora [niedefiniowalne, pozbawione tożsamości], astathmeta [zmienne, niestabilne] i anepikirita [niemożliwe do rozstrzygnięcia]. Z tego powodu ani nasze zmysły ani nasze doxai [poglądy, wierzenia] nie mogą powiedzieć pełnej prawdy ani całkowicie oszukać nas w kwestii pragmata. Nie możemy więc na nich polegać. Powinniśmy być adoxastous [wolni od poglądów], aklineis [wolni od inklinacji] oraz akradantous [niezachwiani] w decyzji o zrezygnowaniu z rozstrzygania na temat pragmata.

    Konkludując, o każdej pragmata możemy powiedzieć (tę formułę Pyrron radził powtarzać swoim uczniom gdy stykają się z rozważaniami na temat pragmata):

    Nie jest to niczym ponad to, czym nie jest, lub też zarówno jest jak i nie jest, bądź też z kolei ani jest ani nie jest.

    Innymi słowy- pytania o słuszność i niesłuszność, sens i bezsens, sprawiedliwość i niesprawiedliwość nigdy nie doczekają się ostatecznego rozstrzygnięcia. Aby to unaocznić, pyrroniści poddawali argumenty za i przeciw kolejnym dogmatom (jak określali osądy roszczące sobie prawo do orzekania co jest właściwe, a co nie). Zaniechanie osadów i rozstrzygnięć w kwestii pragmata nie było jednak sztuką dla sztuki. Zdaniem Pyrrona i jego zwolenników prowadziło do stanu który nazwali apatheia [wolność od pasji, rozumianych tu jako cierpienie] i ataraxia [niezmącony spokój].

    Tymon z Filuntu, rycina z XVII wieku

    Historycznie pyrronistów zakwalifikowano jako sceptyków, nurt negujący dogmaty a nawet samą możliwość poznania. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się to kontrowersyjne. Przecież Pyrron wprost twierdził, że pragmata są niemożliwe do rozstrzygnięcia. Ba! Sekstus, najsłynniejszy pyrronista, sam mówił o swojej szkole jako sceptykach. Część współczesnych badaczy twierdzi jednak, że przypisywanie pyrronistów do starożytnego sceptycyzmu jest po prostu błędem. Utożsamiali się oni wprawdzie ze sceptycyzmem, ale rozumieli go inaczej niż myśliciele i szkoły, które późniejsi badacze ochrzcili tym mianem.

    Co więcej- byli oni świadomi różnic i swojej odrębności. Sekstus Empiryk pisał tak:

    [...] w przypadku filozoficznych dociekań, niektórzy mówią, że odkryli prawdę, inni, że nie może być ona odkryta a jeszcze inni cały czas dociekają.

    Tych pierwszych określał mianem dogmatyków i jako przykład podawał szkołę Arystotelesa, epikurejczyków czy stoików. Tych drugich określał mianem akademików i za przykład podawał zwolenników Klitomachusa czy Karneadesa. Trzecią opcję określał mianem sceptyków i utożsamiał ją ze swoją szkołą, czyli pyrronistami. Tymczasem późniejsi badacze mianem sceptyków ochrzcili “bramkę numer dwa”. W ten sposób wrzucono do jednego wora dwa różne nurty. Różnice najprościej będzie wytłumaczyć na przykładzie:

    Wyobrażenie przedstawiające Sekstusa Empiryka

    Wyobraźmy sobie, że grupa antycznych filozofów patrzy na nocne niebo. Jedna z podgrup obwieszcza, że liczba gwiazd jest parzysta. Za chwilę kolejna grupa mówi, że to nieprawda, bo jest nieparzysta. Wtem trzecia grupa twierdzi, że tak naprawdę nie wiemy i nie będziemy wiedzieć- nawet jeśli policzymy wszystkie gwiazdy to i tak padniemy ofiarą zawodnych zmysłów i rozumowania. Czwarta, grupa twierdzi zaś, że wprawdzie teraz nie wiemy (bo nie policzyliśmy), ale jeśli kiedyś to zrobimy, to poznamy odpowiedź. Pierwsza i druga grupa to sekstusowi dogmatycy. Trzecia- akademicy, a czwarta to właśnie sceptycy- pyrroniści. Nie negowali oni możliwości zmysłowego i rozumowego poznania wszystkich rzeczy- ufali temu co wynikało z bezpośredniego doświadczenia.

    Zdaniem rewizjonistów pyrronizm z jego nieufnością do rozstrzygnięć co do pragmata, zawieszaniu osądu (ale nie odrzucający możliwości poznania) i celem jakim było osiągnięcie stanu apathei i ataraxi był czymś unikalnym w Grecji. Odmienność tłumaczy się indyjskimi wpływami, konkretnie śramaną. Był to, w dużym skrócie, zbiór filozofii i praktyk istniejących równolegle do wierzeń wedyjskich (w uproszczeniu- hinduizm), ale oddzielnych. Do naszych czasów przetrwały buddyzm i dżinizm. Teorie o indyjskich wpływach na Zachodzie są co jakiś czas podnoszone, ale zazwyczaj brak dowodów i przekonujących poszlak. W przypadku Pyrrona wiemy zaś, że był on w Indiach i miał bezpośredni kontakt z tamtejszymi myślicielami.

    Średniowieczne wyobrażenie spotkania Aleksandra z gimnosofistami

    Myślę, że czytelnicy zauważyli już podobieństwa. Warto zacząć od podkreślenia ważności powstrzymywania się od osądów- bardzo często pojawiało się to u Buddy i u Pyrrona. Ataraxia jest unikatem w greckiej myśli. Inne szkoły utożsamiały osiągnięcie stanu docelowego z posiadaniem i praktykowaniem właściwych przekonań i poglądów. Ataraxia oznacza zaś stan w którym człowiek uwalnia się od poglądów, od konieczności rozstrzygania pragmata. Zdaniem rewizjonistów jest to po prostu buddyjska nirwana. Sam motyw “uwolnienia się” jest centralny zarówno w buddyzmie jak i pyrronizmie.

    Pamiętacie trzy pytania i odpowiedzi z początku tekstu? Porównajmy je z buddyjską Trilaksaną, w której Budda mówi o naturze wszystkich dharm (termin mający wiele znaczeń, m.in kwestie dotyczące prawdziwej natury zjawisk, zdaniem rewizjonistów indyjski odpowiednik pragmata):

    Wszystkie dharmy są anitya [niestałe, niestabilne] …, wszystkie dharmy są duhkha [niesatysfakcjonujące, niedostateczne] i wszystkie dharmy są anatman [bez przyrodzonej tożsamości].

    Nietrudno zauważyć podobieństwa między trzema charakterystykami dharm i trzema charakterystykami pragmat. Są one rdzeniem odpowiednio buddyzmu i pyrronizmu a nauczanie o konieczności, odpowiednio, pozostawienia za sobą przywiązania i wstrzymania się od osądów wynikają właśnie z nich. Wspólny jest też cel- nirwana/ apatheia i ataraxia, oznaczające stan spokoju, wolny od cierpienia i przywiązań.

    Statua przedstawiająca Nagardżunę, twórcę buddyjskiej szkoły znanej jako Madhjamaka., uważanej za najbardziej podobną do pyrronizmu

    Kolejnym podobieństwem jest praktyka dyskutowania na temat przekonań, stawiania argumentów i kontr- oraz łuskania sprzeczności w doktrynach. Miało to na celu uświadomić dyskusyjność wszystkich wierzeń. Podobny jest również styl życia jaki przypisuje się Pyrronowi a o jakim donosi się w przypadku mędrców śramany. Słowo to oznacza “poszukującego, ascetę, tego który żyje surowo”. Pyrron nie był pierwszym greckim filozofem, który prowadził żywot podobny do pustelniczego, na uboczu (wystarczy choćby wspomnieć słynnego Diogenesa), ale rewizjoniści wskazują, że miał on udział w jego popularyzowaniu.

    No właśnie- część historyków zgadza się, że pyrroniści różnili się od reszty sceptyków, ale wskazują, że różnice można wytłumaczyć rozwinięciem greckich tradycji, bez odwoływania się do Buddy i innych nurtów śramany. Historycy tacy jak Bett minimalizują wpływ pobytu w Indiach, wskazując np. na trudności językowe. Jego zdaniem uniemożliwiło to Pyrronowi dobre zaznajomienie się z indyjskimi mędrcami i wpływy, jeśli były, to raczej marginalne. Spotyka się to z kontrą rewizjonistów wskazującą, że język faktycznie mógł być problemem, ale rdzeń tego nauczania jest w zasadzie prostą praktyką i nie trzeba tutaj mieć sanskrytu na C2 żeby zrozumieć podstawy.

    Herkules jako obrońca Buddy, rzeźba z Gandahary

    Z drugiej strony, niektórzy, np. Beckwith posuwają się wręcz do stwierdzenia, że pyrronizm to nie tyle filozofia inspirowana śramaną, ale po prostu buddyzm. Jego zdaniem pyrronizm jest nawet bardziej buddyjski od obecnego buddyzmu, bez odwołań do wierzeń religijnych/ parareligijnych w postaci na przykład karmy, duchowych istot, latających mnichów czy cyklów ponownych narodzin. Dyskusja na ten temat ma się dobrze, strony przerzucają się argumentami i spór jest daleki od zakończenia. Budda i Pyrron radzili by zapewne powstrzymanie się od rozstrzygnięć i dążenie do wyzwolenia się ze zbędnych przekonań.

    #daszwiare #buddyzm #religia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 58 w którym zamieniamy prostytuki w mniszki i torujemy drogę religijnej rewolucji w Europie.

    Dnia 6 lipca 1415 roku sobór obradujący w Konstancji wydał wyrok uznający Jana Husa za heretyka i oddał go w ręce władzy świeckiej żeby zrobiła to, czego “Święta Matka Kościół zrobić nie może, a co zrobione być powinno”*. Husa odarto z księżych szat i założono mu na głowę czapkę z napisem “Herezjarcha”, a potem spalono na stosie razem z jego pismami. Według relacji Hus zachował spokój i do końca głosił wiarę w Jezusa. W przeciwieństwie do wielu innych przypadków zabijania za poglądy odrzucane przez kościół, ta egzekucja doprowadziła do rewolucji, która tliła się w granicach Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Konflikt ten zmienił zarówno religijny, polityczny jak i społeczny krajobraz Europy.

    Hus i religijna reforma oraz rewolucja sygnowane jego imieniem nie pojawiły się nagle. Było to zwieńczenie procesów które zaczęły się manifestować w połowie XIV wieku. W Czechach trwał boom demograficzny i gospodarczy. Rozwój handlu sprawił, że ta dotychczas przygraniczna prowincja Cesarstwa, stała się ważnym ośrodkiem politycznym i gospodarczym. Bogactwo przyciągało osadników, głównie z germańskojęzycznych ziem. Za panowania Karola IV Praga stała się stolicą imperium i trzecim co do wielkości miastem w Europie. Władca ten miał duży wpływ na okoliczności które ukształtowały husytyzm.

    Hus na soborze w Konstancji

    W 1348 roku utworzył on pierwszą uczelnię w Europie Środkowej, Uniwersytet Karola w Pradze. Stał się on centrum życia intelektualnego całego regionu. Produktem ubocznym intelektualnych dociekań były rosnące kontrowersje na tematy polityczne i religijne. Karol, jako sojusznik awiniońskiego papiestwa, otworzył czeski kościół szeroko na jego wpływy. W dłuższym okresie czasu wywołało to opór ze strony miejscowego kleru. Jako osoba zainteresowana religią i życiem duchowym ściągnął do Czech popularnych kaznodziejów, którzy swoimi kazaniami o potrzebie odnowy życia chrześcijańskiego i kościoła przyciągali tłumy i rozpalali serca i umysły wiernych.

    Początkowo nawoływania te nie różniły się zbytnio od podobnych ruchów w Europie Zachodniej. Waldhauser, spowiednik cesarza, mocno krytykował niemoralne życie jakie prowadziło wielu kościelnych dostojników i ich hipokryzję. Działalność ta trafiła na podatny grunt, zwłaszcza wśród wykładowców i studentów Uniwersytetu. W Czechach zaczęły powstawać świeckie wspólnoty, poświęcające swoje życie modlitwie i pomocy bliźnim. Wielu z ich członków żywo interesowało się Biblią i uważało, że jest ona esencją chrześcijaństwa i studia nad nią mogą odmienić życie ludzi. Waldhauser zmarł w 1369 roku, w Awinionie, gdzie bronił się przed zarzutami jakie postawili mu czescy duchowni.

    Jan Milicz w akcji

    Pałeczkę po nim przejął jego uczeń Jan Milicz. Był urzędnikiem dworskim, ale przeżył głęboką przemianę i został wędrownym ascetą- kaznodzieją. Pełne umartwień życie zjednało mu zwolenników i spopularyzowało nauczanie, które oprócz ewangelicznego ubóstwa i wezwania do nawrócenia było pełne ostrzeżeń przed zbliżającym się Antychrystem. Milicz rozpropagował idee Waldhausera wśród Czechów. Charakterystyczne dla niego było nawracanie prostytutek- całe zamtuzy zamieniał w świeckie, żeńskie wspólnoty religijne. Sam Karol IV pozwolił mu przerobić budynek “Wenecji, luksusowego domu uciech, na swoisty świecki klasztor. Milicz nazwał swoje wspólnoty “Jerozolimą” a ich członkowie żyli, modlili się i pracowali razem.

    Prowadzili także działalność misyjną. Widzieli się jako naśladowcy wspólnot z Ewangelii. Język Jana był zresztą pełen odniesień do Nowego Testamentu i podobnie jak Jezus, mówił o rychło zbliżającym się końcu czasów i potrzebie nawrócenia. Millenaryzm jest obecny w niemal każdym wyznaniu chrześcijańskim, ale w przeszłości oczekiwanie końca było o wiele powszechniejsze. “Jerozolima” była bardzo popularna,ale miała także wrogów- Milicz krytykował duchownych i nie włączał ich do wspólnot. Oskarżono go o herezję i wezwano przed oblicze papieskie. Duchowni w Czechach spodziewali się egzekucji, ale Jan zmarł w lochu i nie doczekał się spalenia na stosie. “Jerozolimę” rozwiązano, a część członkiń, nie mogąc się utrzymać, wróciła do starego zawodu.

    Średniowieczna ilustracja przedstawiajaca wykład

    Nie był to jednak koniec odnowicielskich ruchów, bo na scenę wkroczył wówczas Maciej z Janowa, uczeń Milicza. Ten duchowny i intelektualista wykształcony na Uniwersytecie Karola i w Paryżu podzielał poglądy, że dla chrześcijanina ideałem powinien być pierwotny kościół opisany w Nowym Testamencie. Nie oznaczało to jednak, że odrzucał instytucję. Uważał, że nie jest ona wolna od błędów i biskupi powinni stać na straży moralnej i doktrynalnej czystości a nie zajmować się polityką i bogactwami. To mieszanie sacrum i profanum było zdaniem Macieja przyczyną wszystkich problemów w kościele i miało doprowadzić do pojawienia się Antychrysta.

    Maciej poważał sakramenty i głosił, że wierni powinni jak najczęściej po nie sięgać gdyż przekazują one łaskę, potrzebną zwłaszcza w zepsutych czasach. Dlatego głosił, że komunię należy przyjmować jak najczęściej. Popularność Macieja wywołała kontrowersje. W 1388/ 1389 roku teologowie skrytykowali praktykę częstych komunii, a synod nakazał przyjmować ją max. raz w miesiącu. W 1391 roku ludzie powiązani z Maciejem zbudowali tak zwaną kaplicę Betlejemską w centrum Pragi. Stała się ona miejscem spotkań wiernych zorientowanych na reformę i nauczanie w języku narodowym. Budynek mógł pomieścić setki osób, a mimo dużych rozmiarów niemal zawsze był pełny.

    Kaplica Betlejemska

    Wyczekiwanie końca i fascynacja Biblią nie były jedynymi powodami istnienia czeskiego ruchu reformatorskiego. Istotna była też schizma awiniońska. Katolicy wierzyli, że aby być w kościele Chrystusa należy być w łączności z następcą świętego Piotra. Schizma awiniońska polegała na tym, że dwóch biskupów uważano za papieży. Rodziło to pytanie- który jest nim prawdę? Była to kluczowa kwestia, bo wszyscy ludzie będący w niewłaściwym kościele byli (jak wówczas wierzono) skazani na potępienie. Rozłam osłabiał kościół i powodował, że pojawiły się głosy mówiące, że przynależność do tej czy innej grupy nie jest tak naprawdę kluczowa.

    Kolejnym czynnikiem mającym wpływ na ruch nazywany później husyckim był głęboki podział społeczeństwa według przynależności etnicznej. Czechy (a zwłaszcza Praga) były domem licznych społeczności niemieckojęzycznych, które dzięki poparciu władców i przewadze cywilizacyjnej szybko zaczęły dominować miejscowe elity- także kościelne i intelektualne. Widać to było jak na dłoni po Uniwersytecie Karola gdzie na każdego Czecha przypadało trzech Niemców. Oczywiście taki obrót spraw nie podobał się rdzennym możnym, mieszczaństwu i duchowieństwu, które czuły, że jeśli nic nie zrobią zostaną zaraz zmarginalizowane przez przybyszy i ich potomków.

    Palenie zwłok Wiklefa

    Dużą rolę odegrała także myśl Wiklefa. Akademicy z Uniwersytetu Karola żywo interesowali się ideami, które opisywałem w poprzednim odcinku. Wizja kościoła, który jest kościołem Chrystusowym o tyle o ile wciela w życie nauczanie Jezusa była dla nich sensowna. Wiklef trafił głównie do czeskojęzycznych akademików i nie był to przypadek. Uniwersytet Karola był areną powszechnego w średniowieczu sporu o uniwersalia. Opisywałem, ale jeszcze raz- jaki jest związek esencji zwierząt (rzeczy które sprawiają, że zwierzę jest identyfikowalne jako zwierzę) z materialnie istniejącymi zwierzętami? Czy jest jakaś esencja, która istnieje obiektywnie w każdym zwierzęciu czy etykieta “zwierzęta” to po prostu nasz arbitralny wymysł?
    Spór ten nakładał się w Pradze na konflikt etniczny. Zwolennikami nominalizmu (skłanianie się ku poglądowi, że nie ma żadnej esencji tylko arbitralne etykiety) byli niemieckojęzyczni uczeni. Pogląd przeciwny reprezentowali słowiańskojęzyczni akademicy. Wiklef ze swoim Boskim Umysłem jako źródłem pierwowzorów wszystkich istniejących rzeczy stał się szalenie popularny wśród Czechów. Jedna z wiklefickich prac z Pragi ma na marginesie notatkę która znakomicie podsumowuje recepcję idei oksfordzkiego uczonego na Uniwersytecie Karola: “Haha, Niemcy, haha! Precz! Precz!”.

    Rycina przedstawiająca ostatnie chwile Husa

    Krytyka nominalizmu była na rękę Czechom rywalizującym z Niemcami. Krytyka rozpasania moralnego duchowieństwa i rytualizmu podobała się religijnym reformatorom. Cenili sobie oni pogląd mówiący, że prawdziwi kościół Chrystusa jest tam gdzie faktyczna moralność a nie tam gdzie tytuły. Ludzie z religijnych wspólnot żywo interesowali się Biblią, a ta była według Wiklefa najlepszym drogowskazem w kwestiach wiary i moralności. Świeckie elity były z kolei zainteresowane ograniczeniem politycznych i gospodarczych wpływów kościoła. Współgrało to z ideami Jana nawołującymi do rozdzielenia religii od spraw państwowych i ekonomicznych. Wiklefizm był orężem, którego każda z tych grup potrzebowała aby bronić i skonkretyzować swoje pomysły.

    Za panowania Wacława IV, który nie był tak silnym władcą jak ojciec, Czechy, a zwłaszcza Praga stały się wrzącym kotłem sprzecznych idei, interesów i konkurujących ze sobą grup etnicznych oraz koterii możnych. Ruchy reformatorskie rozlały się z kaplicy Betlejemskiej i Uniwersytetu na całe Czechy. Ich zwolennicy przemierzali kraj, głosząc konieczność odrodzenia chrześcijaństwa i odrzucenia pogoni za bogactwem i władzą jaka cechowała wielu duchownych. Nowe idee wzięły szturmem serca Czechów. Tym który najlepiej ujął ducha czasów był Jan Hus, a do jego losów przejdziemy w następnym odcinku.

    #daszwiare #chrzescijanstwo #religia #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #protestantyzm #katolicyzm #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc 57 w którym wyprzedzamy epokę i rozwijamy idee, które na zawsze zmienią świat.

    Protestantyzm nie ma u nas dobrej prasy. Mimo, że protestanci mieli swego czasu wpływ na nasze dzieje- także religijne. Pierwsze, kompletne tłumaczenie Biblii na polski to sprawka kalwinów. Dystans (lub niechęć) ma kilka przyczyn. Protestantyzm był domeną wyższych klas. Wyznawcami byli głównie magnaci, średnia szlachta i bogate mieszczaństwo. Dla ludu było to coś “nie swojskiego”. Swoje dokładała katolicka propaganda wiążąca protestantyzm z obcymi. Przełomem był “potop” w trakcie którego szlachta kolaborowała ze Szwedami. Wśród kolaborantów nie brakowało katolików, ale fakty nie są przeszkodą by kłamać. Zabór pruski jeszcze wzmocnił to przekonanie. Współcześnie propaganda nowoateistyczna, chcąc ośmieszyć religię, sięga po skrajne przykłady ze swojego protestanckiego podwórka. Anon myśli potem, że wszyscy protestanci to kreacjoniści młodej Ziemi czytający Biblię dosłownie.

    Żeby choć trochę odczarować protestantyzm chciałem w kilku odcinkach (niekoniecznie chronologicznie) przedstawić korzenie XVI wiecznej reformacji. Wielu historyków uważa, że bardzo duży wpływ na myślicieli religijnych doby renesansu miał niejaki Jan Wiklef, żyjący w XIV wieku. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wyprzedził swoją epokę. Był Anglikiem a Wyspy były wówczas “different kettle of fish” niż reszta Zachodu. Na kontynencie ruchy mające na celu reformę kościoła, który postrzegany był jako zdemoralizowany i zainteresowany polityką, widać już w XI wieku. Próby zmiany wywoływały różne reakcje instytucji- od brutalnych prześladowań (waldensi) do pełnego włączenia w ramy kościoła (franciszkanie). Przez kolejne kilkaset lat Zachód był areną krucjat, działalności inkwizycji, nowych zakonów, kaznodziejów i gorących debat teologicznych.

    kalwińska Biblia Brzeska, pierwsze kompletne tłumaczenie Biblii na język polski

    Na tym tle Wyspy malowały się jako ostoja spokoju. Oczywiście herezje się zdarzały, ale ich zasięg był mocno ograniczony, czasem tylko do wąskiego grona kilku uczonych. Historycy wskazują, że różnice między Anglią a kontynentem mogły wynikać ze scentralizowanej władzy królewskiej i kościelnej w pierwszym przypadku- heretyków dojeżdżano zanim rozpropagowali swoje poglądy. O życiu Wiklefa nie wiadomo zbyt wiele. Urodził się w okolicach 1328 roku w rodzinie pomniejszej szlachty z Wycliff-on-Tees. Dzięki wyróżniającemu go intelektowi mógł studiować na Oksfordzie. W 1351 roku został wyświęcony na księdza a pięć lat później ukończył studia. Początkowo zajmował się nauczaniem filozofii, ale cały jego ambicją było nauczania teologii (była uważana za bardziej prestiżową), co mu się w końcu udało.

    Wiklef był generalnie popularny na uczelni. Miał jednak także wrogów. Widać to na przykładzie historii z oksfordzkim Canterbury College. W 1365 roku Wiklef został jego dyrektorem. Studentami byli (niekoniecznie lubiący się nawzajem) księża i zakonnicy. Wiklef był księdzem i do tego miał wątpliwości co do zasadności monastycyzmu. Konflikt z monastykami skończył się usunięciem go z funkcji dyrektora w 1370 roku. W tym samym okresie zaczęły krystalizować się religijne poglądy Jana. W jego czasach gorący był spór o uniwersalia. W uproszczeniu i na przykładzie- jaki jest związek esencji zwierząt (rzeczy które sprawiają, że zwierzę jest identyfikowalne jako zwierzę) a materialnie istniejącymi zwierzętami? Czy jest jakaś esencja, która istnieje obiektywnie w każdym zwierzęciu czy etykieta “zwierzęta” to po prostu nasza arbitralny wymysł?

    Ockham (ten od brzytwy, nie od pieca), Wiklef początkowo inpirował się jego pracami

    Całość sporu jest bardzo złożona i daleko wykracza ponad ten odcinek oraz moją wiedzę. Ważne jest jednak to jaką pozycję zajął Wiklef. Po wielu lekturach, debatach i przemyśleniach Jan uznał, że wszystkie idee są obiektywnie istniejącymi bytami, narodzonymi w Boskim Umyśle. Boskie idee są archetypami, które później manifestują się w materialnym świecie. Idea kościoła była więc niekoniecznie zbieżna z kościołem istniejącymi w materialnym świecie. Ponadto- ziemski kościół nie ma na nią monopolu i jest z nią związany o tyle, o ile realizuje jej założenia. Dzisiaj nie brzmi to może jakoś szczególnie odważnie, ale wówczas był to prawdziwy przełom. Oznaczało bowiem, że wierni mają prawo sprzeciwiać się instytucji jeśli robi ona coś co jest sprzeczne z boskim zamysłem.

    W epoce, w której przekonanie o braku zbawienia poza kościołem był czymś szeroko rozpowszechnionym a zbawienie było celem wielu ludzi, miało to olbrzymie znaczenie. W myśl Wiklefa w prawdziwym kościele bożym był bowiem nie ten kto na papierze przynależy do instytucji rządzonej przez biskupów, ale ten kto realizuje boży zamysł. Opływający w luksusy biskup, zajęty polityką i wizytami w lunaparach* po prostu nie jest w kościele. Niezależnie od teologicznego kunsztu i odprawionych rytuałów. Skonfliktowany z nim wiejski kaznodzieja, który całe swoje życie poświęcił służbie Bogu i ludziom jest zaś w kościele nawet jeśli obłożono go klątwami i ekskomuniką. Dla instytucjonalnego kościoła była to niezwykle niebezpieczna idea, podważająca jego pozycję i monopol na religię.

    Wiklef dający kaznodziejom Biblię przetłumaczoną na angielski

    Nie znaczy to jednak, że Wiklef odrzucał instytucję. Mieściła się ona w jego systemie- bycie faktycznym kościołem nie wynikało jednak z definicji, ale z trzymania się ideału. Poglądy te miały polityczne skutki, co dostrzegł Jan z Gaunt. Teoretycznie był on regentem, ale w praktyce rządził Anglią. Otoczył Wiklefa protekcją co sprawiło, że biskupi nie mogli go tknąć. Była to konsekwencja kontrowersji dotyczących relacji kościoła z państwem. Problem ten narastał od XI wieku i wynikające z niego napięcia znalazły ujście np. w sporze o inwestyturę czy konflikcie Bonifacego VIII** z Francją. Władza świecka do walki na froncie ideologicznym z kościelnymi teologami zaczęła rzucać swoich uczonych, krytykujących papieskie roszczenia do supremacji. Wiklef był jednym z nich.

    Jego wizja kościoła była różna od tej, którą prezentowała instytucja. Źródłem inspiracji był prymitywny kościół opisany w Biblii, którą Wiklef znał na wyrywki. Jego zdaniem autorytet lidera religijnego wynikał z jego kondycji moralnej. Innymi słowy- nie jesteś wiarygodny jeśli pouczasz wszystkich o ewangelii a w twoim postępowaniu widać co innego. Był to cios w pozycję biskupów, których powaga, zdaniem kościoła, wynikała z urzędu i apostolskiej tradycji. Był to palący problem zwłaszcza, że pod koniec XIV wieku schizma awiniońska pogłębiła patologie związane z polityką i pieniędzmi wśród hierarchii a do tego zrodziła nowy problem. Papieży było kilku (zazwyczaj dwóch, ale czasem nawet trzech naraz) a biskupi żonglowali swoją lojalnością razem z władcami.

    Papieski pałac w Awinion

    Wierni zastanawiali się skąd zatem mają wiedzieć która ekipa jest prawdziwym kościołem (niewłaściwy == piekło). Odpowiedź Wiklefa była prosta- kościół jest tam gdzie widać chrześcijańską miłość, opiekę nad słabszymi, wzajemną pomoc i szczerość wiary. Pogląd ten uderzał także w inny filar kościoła, czyli sakramenty. Sakramenty, są zdaniem katolicyzmu, przekaźnikiem łaski, którą stwórca daruje wiernym aby ich uświęcać. Uświęcanie to jest konieczne do zbawienia (bo upadły stan ludzi sam się nie regeneruje) co czyni sakramenty niezbędnymi i uzależnia wiernego od instytucji (bo tylko w jej ramach sakramenty są dostępne). W świetle poglądów Wiklefa sakramenty mogły równie dobrze istnieć poza instytucją (inna sprawa, że nie uważał ich za przekaźniki łaski).

    Jako się rzekło- Wiklef nie odrzucał instytucji- uważał natomiast, że musi się ona nieustannie pilnować bo jej bycie kościołem jest warunkowe. Doceniał realną świętość i oddanie chrześcijańskim zasadom wielu katolików. Ktoś zapyta jednak- jakim zasadom i dlaczego akurat tym? Jeśli nie biskupi to kto decyduje? Odpowiedź Wiklefa była prosta: Biblia. Jego zdaniem była ona dokładnym opisem pierwotnego kościoła, który z kolei był najwierniejszym, w świecie materialnym, odbiciem boskiego ideału. Z tego powodu uważał, że cała działalność kościoła powinna wynikać z Biblii i należy usuwać te praktyki i wierzenia, których w niej nie ma. Z tego tytułu zajadle krytykował na przykład monastycyzm, który uważał za “prywatyzowanie religii”, co doprowadziło do ostrego konfliktu z zakonami.

    Radykalne poglądy Wiklefa nie uszły uwadze Rzymu. W 1377 roku papież Grzegorz XI opublikował listę 18 “błędnych wniosków” i napisał:

    wybucha w tak obrzydliwym i odrażającym szaleństwie, że nie boi się podtrzymywać i publicznie głosić, a raczej przekazywać wymiocin wyssanych z własnej, jadowitej piersi, dogmatycznych propozycji i wniosków [...] które grożą obaleniem i osłabieniem całego kościoła.

    Dzięki ochronie ze strony Jana z Gaunt, Wiklef lekce sobie ważył tego typu ataki. Kościół był ponadto osłabiony kryzysem schizmy awiniońskiej i nie potrafił zmusić świeckich władz do ukarania heretyka. Nauczanie Wiklefa i kiepska sytuacja moralna kleru były wodą na młyn angielskiego antyklerykalizmu. Wiklef stał się swego rodzaju celebrytą na Oksfordzie i mimo kolejnych, wezwań hierarchów do ukarania go, wykładał sobie jeszcze długo jak gdyby nigdy nic.

    Wiklef piszący diss na papieża

    Tym co sprawiło, że “pałka się przegła” była kwestia eucharystii. W katolickim nauczaniu chleb i wino ulegają transsubstancjacji- czyli zachodzi w nich zmiana esencji z esencji chleba i wina, na esencję ciała i krwi Chrystusa a zatem, stają się one rzeczywistym ciałem i krwią Jezusa (nie metaforycznie). Wiklef jawnie skrytykował ten pogląd. Papiestwo, mimo trwającego kryzysu, wymogło w końcu interwencję i Wiklef został..., nie, nie spalony na stosie. Pozycja i związki z rządzącymi sprawiły, że wysłano go po prostu na przedwczesną emeryturę. Nadal jednak publicznie głosił i nauczał. Z tego powodu w 1382 roku odbył się synod angielskiego kościoła, który potępił nauczanie Wiklefa. Jego zwolennicy musieli wyrzec się “błędów” aby uniknąć procesu.

    Sam Wiklef pozostał jednak niewzruszony. Nie tylko odmówił stawienia się przed papieżem w 1384 roku, ale w liście wyraził nawet opinię, że papież może być Antychrystem. Zmarł w tym samym roku. Do samego końca zajmował się pisaniem prac teologicznych i filozoficznych oraz propagowaniem swoich poglądów na kwestie religii i kościoła. Jego oficjalne potępienie przez kościół powszechny miało miejsce dopiero w 1415 roku, na soborze w Konstancji. W 1428 roku jego zwłoki zostały ekshumowane, spalone i wrzucone do rzeki. Janowi raczej nie robiło to już jednak różnicy. Różnicę robiła zapoczątkowane przez niego idea Jana, która rozlała się nie tylko po Anglii, ale także na kontynencie.

    #daszwiare #religia #biblia #protestantyzm #bekazkatoli #katolicyzm #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc 56 w którym zostajemy katolikami, ale zachowujemy się jak prawosławni a łacinnicy mają problem.

    Od przełomu lat 70. i 80 XIX wieku do Stanów Zjednoczonych zaczęła migrować ruska (nie mylić z rosyjską) ludność Galicji, Bukowiny i Węgier. Ludzi tych określano różnymi mianami- Rusini, Galicyjczycy a nawet Zakarpaccy Ukraińcy. Jedną z cech, która odróżniała ich od reszty europejskich imigrantów do Stanów była religia. Większośc była wprawdzie katolikami, ale nie rzymskimi- należeli oni do tak zwanego kościoła greckokatolickiego. Jego cechą charakterystyczną było zachowanie wielu prawosławnych praktyk, wierzeń i niektórych świętych* z uznaniem uniwersalnego prymatu papieża. Wspólnoty te były pokłosiem unii między prawosławnymi kościołami a Rzymem.

    Motywy tychże unii były bardzo złożone, ale nie sposób ukryć, że polityka grała tutaj bardzo dużą rolę. Zachodnia szlachta rusińska znalazła się bowiem w granicach katolickich mocarstw- najpierw Polski a następnie Habsburgów. Wielu z nich, chcąc z jednej strony zachować swoją tożsamość i zwyczaje a z drugiej wpływy i władzę, doszła do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie formalne przyłączenie się do kościoła katolickiego (mówimy tutaj o czasach w których hierarchia była ściśle powiązana z władzą i innowiercom ciężko było robić karierę). Perspektywa pozyskania nowych wiernych była także bardzo atrakcyjna dla papiestwa i dlatego obydwie strony poszły na ustępstwa.

    Jesteśmy katolikami, to jest katolicki kościół

    Unicka (od unii kościelnej) hierarchia była gotowa uznać papieża za ziemskiego zwierzchnika kościoła, a w zamian papiestwo zgodziło się na zachowanie słowiańskiej liturgii, żonatych duchownych, pomijanie filoque w credo, komunię pod obiema postaciami, de facto kult świętych prawosławnych (którzy zmarli w stanie schizmy z Rzymem), prawosławne praktyki duchowe (na czele z kontrowersyjnym hezychazmem) i wiele, wiele innych. Teologowie musieli się nieźle nagimnastykować aby jakoś uzasadnić te rzeczy (np. jak pogodzić katolicką karę ekskomuniki dla osób nauczających, że dzieci powinny przyjmować komunię z faktem, że ruskie dzieci komunię przyjmowały etc.).

    Unia wywołała wiele kontrowersji - w przypadku Polski oznaczała ona bowiem czasową delegalizację prawosławia. Wielu wiernych uznało biskupów za zdrajców. Próby narzucania unii miały polityczne skutki- ruska ludność słała na przykład poselstwa do Moskwy prosząc o ochronę przed “papistami” co było znakomitym pretekstem dla caratu. Dla szeregowych wiernych, których hierarchia przyjęła unię, kontrowersje z czasem ucichły. W wielu przypadkach “katolickość” była czysto teoretyczna. Do tego stopnia, że ludzie ci nadal słyszeli w kościele, że są prawosławni** (a jak przestali to skończyło się to schizmą tylawską***). Swoje robiła izolacja geograficzna. Katolik z Włoch czy Hiszpanii nie miał pojęcia o wierzeniach i praktykach ruskich chłopów z Bukowiny i vice versa.

    Święty Jozafat Kuncewicz, męczennik za unię, który prześladował prawosławnych

    Migracje do Stanów miały jednak wszystko zmienić. Ich głównym motywem była ekonomia- bieda i brak perspektyw. Doświadczenia pierwszych migrantów były na tyle obiecujące, że szacuje się, że do 1917 roku do USA wyjechało około 350k Rusinów. Wielu udało się do pracy w kopalniach w Pensylwanii, gdzie trafili akurat na strajki górników. Właściciele kopalń byli wniebowzięci czego jednak nie można powiedzieć o miejscowych, którzy nie byli szczęśliwi, że przybysze took ‘er jabz. Szczęśliwi nie byli też katoliccy biskupi, którzy widząc greckokatolickie praktyki łapali się za głowę i zastanawiali czy to aby na pewno jest katolicyzm. Ponadto- jeśli ci ludzie naprawdę są katolikami to jaką różnicę robi im ryt? Niech chodzą na łacińską liturgię, jak Pan Bóg przykazał.

    To oczywiście nie spodobała się Rusinom. Gdy tylko mogli budowali swoje kościoły i ściągali księży z ojczyzny. Problem polegał jednak na tym, że księża ci podlegali pod miejscowych, łacińskich biskupów. Szczególnym problemem był fakt posiadania żon przez księży greckokatolickich- wzbudzało to oczywiście zazdrość i konsternację ze strony łacińskiego kleru. Papież Leon XII nakazał wówczas grekokatolikom aby do USA wysyłali tylko bezżennych duchownych (lub wdowców). Wielu Rusinów, w tym duchowni, odebrało to jako potraktowanie ich jako katolików drugiej kategorii. Zaczęli się wówczas zastanawiać czy aby na pewno są katolikami i czy unia miała sens.

    Cerkiew greckokatolicka (obecnie prawosławna) w Minneapolis

    Jednym z wątpiących był niejaki Aleksy Toth. Przybył on do USA na zaproszenie Rusinów i miał objąć parafię greckokatolicką w Minneapolis. Był wdowcem, więc wyglądało na to, że wszystko pójdzie gładko. Rzeczywistość okazała się jednak był odmienna. Jego nowy biskup, John Ireland, wściekł się gdy okazało się, że Toth był żonaty. Zabronił mu objęcia parafii, zakazał katolikom kontaktów z nim a wręcz chciał wysłać Totha z powrotem do Europy. Aleksy odwołał się wówczas do Rzymu, który podtrzymał decyzję Irelanda. Co więcej- papież nakazał wszystkim księżom greckokatolickim, którzy kiedykolwiek mieli żonę, opuścić Stany Zjednoczone.

    Toth nie zaakceptował tej decyzji i spotkał się z siedmioma innymi kapłanami, którzy podzielali jego rozgoryczenie i mieli dość niesprawiedliwego traktowania. Parafianie Totha i innych księży również byli zmęczeni nastawieniem amerykańskiego duchowieństwa i zaproponowali aby zwrócić się do rosyjskich, prawosławnych biskupów. Najbliższy, Włodzimierz, rezydował w San Francisco. Na zaproszenie parafii Totha przybył on do Minneapolis w marcu 1891 roku i krótko po tym cała parafia (około 400 osób), na czele z Aleksym, została włączona do rosyjskiej cerkwi w Ameryce. Był to kamyczek, który poruszył lawinę.

    Aleksy Toth

    Energiczny Toth zaczął kontaktować się z innymi parafiami i zachęcać je do podobnego kroku. Szybko okazało się, że przywiązanie wielu grekokatolików do katolicyzmu było bardzo słabe albo wręcz żadne. Szacuje się, że z około 400 rusińskich parafii w USA aż 300 przeszło na prawosławie. Dane mówią, że około 75% rusińskich emigrantów porzuciło grekokatolicyzm na rzecz prawosławia. Całkowicie zmieniło to oblicze prawosławia w Ameryce. Przed przybyciem Rusinów jego wyznawcy mieszkali głównie na Alasce i stanowili miks Rosjan i rdzennych ludów Alaski. W wyniku działalności Totha i jemu podobnych, Rusini zaczęli stanowić aż 85% wiernych rosyjskiej cerkwi w Stanach.

    Rzym, przestraszony masowymi konwersjami, postanowił przeciwdziałać, wysyłając w 1907 roku Sotera Ortyńskiego, greckokatolickiego biskupa, do USA. Zaczął on organizować życie kulturalne i parafialne dla tych wspólnot, które pozostały przy unii. Grekokatolicyzm w Stanach wydawał się łapać drugi oddech, ale to z kolei skandalizowało duchownych z obrządku łacińskiego. Wielu z nich nie rozumiało jakim cudem ludzie mający tak odmienne praktyki i wierzenia w ogóle mogą być uważani za katolików. Presja rzymskokatolickiego duchowieństwa i wiernych sprawiły, że papież Pius X wydał list apostolski Ea Semper. Ortyński określił list jako haniebny i uważał, że przyczyni się on do dalszych konwersji na prawosławie.

    Nie ma takiego grekokatolicyzowania

    List podporządkowywał bowiem biskupstwo greckokatolickie miejscowej, łacińskiej hierarchii. Duchowni greckokatoliccy mieli kształcić się w rzymskich seminariach i żyć w celibacie (co było kuriozalne, bo postanowienia unii zezwalały im na posiadanie żon). Musieli także przysięgać, że nie wyjadą poza granice łacińskiej diecezji bez zgody jej biskupa. Łacińska hierarchia miała także prawo do usuwania greckokatolickich księży. List uniemożliwiał także przyjmowanie obrządku wschodniego przez rzymskich katolików (ruch w drugą stronę był zaś dozwolony bez przeszkód). Małżeństwa mieszane mogły być zawierane tylko w kościele rzymskim. Jeśli mężczyzna obrządku łacińskiego poślubiał Rusinkę, wszystkie dzieci musiały być obowiązkowo chrzczone w jego kościele.

    Mimo krytyki ze strony greckokatolickiej instrukcje z listu pozostawały w mocy do 1913 roku. Konwersje na prawosławie trwały i dotyczyły nie tylko ludzi czujących związki z Rosją. Za przykładem Totha zaczęli iść także duchowni określający się jako Ukraińcy i powiązani z jej ruchem niepodległościowym- czyli twarde jądro grekokatolicyzmu. Jedną z takich osób był ksiądz Hryhoryj Hruszka, który redagował imigranckie pismo Ukrainska Swoboda. Po konwersji zaczął wydawać inny tytuł- Swiet, w którym oprócz idei ukraińskiej niepodległości propagował wystąpienie z unii i powrót do prawosławia. Czynnikiem, który zatrzymał proces masowych konwersji wśród Rusinów okazała się rewolucja bolszewicka. Doprowadziła ona do kryzysu prawosławnej eparchii i dała kościołowi katolickiemu czas na ogarnięcie sytuacji.

    Arcybiskup Szewczuk, metropolita Ukraińskiego Kościoła Katolickiego

    Współcześnie wschodnie kościoły katolickie działają w USA bez przeszkód i dozwolone jest nawet zmienianie obrządku z łacińskiego na wschodnie. Nie jest to prosty proces, ale w świetle prawa kanonicznego, legalny. Kościoły te są czasem wręcz promowane i prezentowane jako alternatywa dla katolików rozczarowanych Rzymem i zainteresowanych wschodnimi, mistycznymi praktykami. Sam spotkałem się z unitami, którzy polecali swoje parafie jako “best of both worlds” (łączące w sobie najlepsze cechy prawosławia i katolicyzmu). Ich działalność budzi czasem kontrowersje wśród tradycyjnych katolików, ale ogranicza się ona do internetu.

    #daszwiare #religia #chrzescijanstwo #katolicyzm #prawoslawie #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #bekazkatoli (?)
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 55. w którym oczyszczamy buddyzm ze zniekształceń i zwalczamy podziały kastowe w społeczeństwie.

    Wielu ludziom buddyzm kojarzy się przede wszystkim ze skupieniem na życiu wewnętrznym. W powszechnej opinii jest to religia polegająca przede wszystkim na samodoskonaleniu się za pomocą praktyk medytacyjnych uzupełnianych nauczaniem moralnym. Oczywiście co jakiś czas docierają do nas informacje o mnichach wywierających wpływ na rządy w swoich krajach, prowadzących agitację na rzecz jakiejś partii czy liderach politycznych powołujących się na buddyzm w swoich działaniach. Jest to często przedstawiane jako działalność poboczna, niekoniecznie zła, ale jednak odbiegająca od wzorca. Z opinią taką na pewno nie zgodziłby się Bhimrao Ramji Ambedkar dla którego zaangażowanie w sprawy polityczne i społeczne było rdzeniem i motywem przewodnim buddyzmu.

    Młody Ambedkar

    Ambedkar urodził się w kolonialnych Indiach pod koniec XIX wieku. Jego rodzina wywodziła się z kasty dalitów (“niedotykalnych”) i jako taka była pogardzana przez resztę społeczeństwa. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że ojciec Ambedkara był brytyjskim żołnierzem, dzięki czemu on i jego rodzeństwo mogli liczyć na edukację. W szkole byli jednak traktowani o gorzej niż dzieci z innych kast. Nie mogli na przykład siedzieć w obecności reszty klasy czy samemu nalać sobie wody (jako, że nikt nie kwapił się do obsługiwania dalitów, Ambedkar mógł pić tylko wtedy gdy w szkole był służący). Warunki życia też nie rozpieszczały- z trzynastu braci i sióstr Ambedkara przeżyła tylko czwórka. Był on jedynym z całej gromadki, który zdał testy końcowe i mógł kontynuować edukację w liceum. Warto dodać, że był on jedynym dalitem w całej szkole.

    Po ukończeniu szkoły średniej dostał się do college’u i, według niego samego, był on pierwszym dalitem z kasty Mahar, który osiągnął ten level edukacji. Zdanie przezeń egzaminów z angielskiego było tak wielkim wydarzeniem, że ludzie z jego otoczenia zorganizowali specjalny festyn. Jeden z gości obecnych na celebracji wręczył Ambedkarowi biografię Buddy. Dalsza kariera edukacyjna zabrała naszego bohatera na studia do USA, konkretniej na Columbia University. W 1915 obronił magistra z ekonomii na tej uczelni, biorąc wcześniej udział także w kursach z filozofii, socjologii, psychologii i antropologii. Rok później obronił kolejną magisterkę po czym powrócił do Indii gdzie próbował pracować jako nauczyciel, księgowy i doradca biznesowy- wszystkie te interesy kończyły się jednak gdy klienci odkrywali, że Ambedkar jest dalitem.

    Ambedkar w otoczeniu ziomków z London School of Economics

    W 1918 roku udało mu się zostać wykładowcą ekonomii politycznej w Bombaju. Był generalnie lubiany przez studentów, ale dalickie pochodzenie sprawiało, że inni nauczyciele nie traktowali go poważnie. Z powodu dyskryminacji i świadomości fatalnego położenia dalitów Ambedkar angażował się politycznie i społecznie. Mimo braku formalnego wykształcenia występował przed sądem jako prawnik dla osób z niższych kast. Pisywał również do gazet przeznaczonych dla dalitów i domagał się polityki wyrównywania szans i większych nakładów na edukację wśród biedoty. Od 1927 roku zaczął organizować masowe akcje polegające na marszach do ujęć wody (“niedotykalnym” nie wolno było dotykać pojemników na wodę jak i samej wody pitej przez inne kasty) czy wtargnięcia do świątyń (dalitom nie wolno było wchodzić do wielu hinduskich świątyń).

    Ambedkar uważał, że religia hinduska jest jednym z najważniejszych elementów niesprawiedliwego systemu społecznego, który skazuje część ludzi na marną egzystencję. Z tego tytułu zaczął przeciwko niej występować. W 1927 roku publicznie spalił kopię religijnego prawa zwanego Manusmryti, który sankcjonował podziały kastowe i dyskryminację. W 1930 roku zorganizował marsz 15k dalitów, którego celem była świątynia Kalaram, ważny ośrodek pielgrzymkowy, przechowujący cudowne wizerunki Ramy (jeden z ważniejszych bogów w wielu hinduskich religiach). Dalici, chcący po raz pierwszy w historii ujrzeć cudowne przedmioty nie zostali wpuszczeni przez kapłanów.

    Bóstwa których dalitom oglądać nie wolno

    Ambedkar zaczął postrzegać hinduizm jako niereformowalną podporę systemu kastowego i z tego powodu zaczął interesować się innymi religiami. Chrześcijaństwo czy islam były w Indiach postrzegane jako obce wiary, narzucane przez kolonizatorów- skreślało je to niejako na starcie. Przez pewien czas Ambedkar pozostawał w zażyłych stosunkach z sikhami i odbył nawet kilka spotkań z ichnimi liderami religijnymi. Zawarte w sikhizmie idee walki z niesprawiedliwością były dlań bardzo atrakcyjne. Po pewnym czasie uznał jednak, że sikhowie nie sympatyzują wcale ze sprawą dalitów i uważają ich za obywateli drugiej kategorii. Jego zainteresowania skupiły się wówczas na buddyzmie.

    W 1950 roku odbył on podróż na Sri Lankę gdzie wziął udział w Światowym Kongresie Buddyjskim. Nawiązał również kontakty z indyjskimi buddystami i w trakcie ceremonii otwarcia klasztoru w indyjskim Pune ogłosił, że jest w trakcie pisania książki o buddyzmie i wraz z jej wydaniem publicznie przyjmie nauki Buddy. W międzyczasie dwukrotnie odwiedził Birmę gdzie również wziął udział w Światowym Kongresie Buddyjskimi. W 1955 roku założył Indyjskie Towarzystwo Buddystów a rok później ukończył pracę nad wyżej wspomnianą książką. Dotrzymał słowa co do publicznej konwersji. W celu jej formalnego sfinalizowania zaprosił do Nagpuru niejakiego Hammalawę Saddhatissę, wykształconego na zachodnich uniwersytetach mnicha i misjonarza ze Sri Lanki.

    Hamm… ala.. no ten gość o trudnym do wymówienia imieniu

    Do Nagpuru przybył nie tylko Saddhatissa, ale także setki tysięcy dalitów, którzy widzieli w Ambedkarze nie tylko reprezentanta ich sprawy i lidera, ale kogoś na kształt superherosa. Ceremonia przyjęcia schronienia w Trzech Klejnotach i zaakceptowania Pięciu Wskazań* przez Ambedkara trwała dwa dni. Na buddyzm przeszedł bowiem nie tylko on i jego rodzina, ale prawie wszyscy zebrani tam dalici. Ich liczbę szacuje się na około 400- 500k. Datę tę powszechnie uważa się za początek tak zwanej nfawajany, czyli Nowego Wozu (inne tradycje buddyjskie to Mahajana- Wielki Wóz, Hinajana- Mały Wóz i, czasami wyrózniana jako odrębna, Wadżrajana- Diamentowy Wóz).

    W założeniu nawajana miała być powrotem do czystej nauki Buddy. Jej twórcą był sam Ambedkar, który uznał, że wszystkie inne “wozy” są tak naprawdę odejściem rdzenia przekazu buddy Siakjamuniego. I tak na przykład odrzucał twierdzenia, że Siddhartha Gautama zacząć swoje poszukiwania ponieważ chciał zrozumieć naturę cierpienia, któremu podlegają wszystkie żywe istoty. Ambedkar uznał, że początkiem drogi Buddy były starania na rzecz zaprowadzenia pokoju między grupami społecznymi i etnicznymi w państwie którym żył. Odrzucał także tradycyjną interpretację Czterech Szlachetnych Prawd. Uznał, że jej wydźwięk jest zbyt pesymistyczny i została ona włożona w usta Buddy przez umartwiających się mnichów. Sam monastycyzm uznał za absolutnie nie do przyjęcia.

    Ambedkar na uroczystości swojej (i nie tylko) konwersji

    Krytyce poddane zostały także takie koncepty jak anatta, karma i reinkarnacja. Anatta oznacza (w uproszczeniu ofc) brak rzeczywistego, indywidualnego “ja”. Zdaniem Ambedkara koncept ten stoi w sprzeczności z karmą i reinkarnacją- skoro nie ma jakiegoś “ja” to kto zbiera złą lub dobrą karmę i kto odradza się w kolejnych życiach? Ambedkar w ogóle odrzucał prawa karmiczne i reinkarnację uważając je za przesądy, fałszywe wierzenia mające powstrzymywać ludzi przed walką o swoje, bo przecież ich pozycja i znaczenie w tym życiu są efektem czynów z poprzednich wcieleń (więc jeśli będą grzeczni to kolejne wcielenie będzie lepsze).

    Podobne zastrzeżenia miał co do idei Nirwany, która jego zdaniem nie była żadnym stanem wewnętrznym, uwolnieniem od cierpienia i lęku przed śmiercią czy innym tam przerwaniem cyklu narodzin. Ambedkar uważał te wszystkie interpretacje za wypaczenia, bo jego zdaniem Nirwana była “królestwem Sprawiedliwości na Ziemi” w którym ludzie “zostają wyzwoleni od biedy i dyskryminacji i otrzymują wsparcie aby czynić swoje życie szczęśliwym”. W dużym skrócie Ambedkar uważał po prostu, że kolejne pokolenia buddystów poszły w eskapizm, ucieczkę od realnych problemów do świata wewnętrznych przeżyć podczas gdy Budda miał jakoby opowiadał się za działaniem i społecznym zaangażowaniem na rzecz sprawiedliwości i równości “tu i teraz”.

    Ludzie oddający hołd Ambedkar

    Ambedkar zmarł po kilku tygodniach od konwersji, ale ruch który zapoczątkował trwa nadal. Najważniejszym podsumowaniem nauczania nawajany jest wydana pośmiertnie praca jej założyciela- The Buddha and His Dhamma. Nie ma tam nauczania mówiącego o medytacji, karmie, reinkarnacji czy Szlachetnych prawdach (które są obecne w niemal wszystkich historycznych szkołach buddyzmu). Tekst prezentuje buddyzm jako swego rodzaju ruch społeczno- ekonomiczny, którego celem jest poprawienie sytuacji dyskryminowanych i ubogich. Sam Ambedkar jest prezentowany jako kolejny budda i utożsamiany z Maitreją. Dla większość wyznawców nawajany jest to jedyne źródło informacji o buddyzmie, stąd nie mają oni dysonansu przy lekturze.

    Wyznawcy nawajany na religijnym święcie

    Wielu badaczy zajmujących się buddyzmem twierdzi, że nawajany nie powinno traktować się jako buddyjskiego nurtu a raczej coś w rodzaju nowej religii w przebraniu starej. Proponują oni nawet nazwę ambedkaryzm. Sam założyciel i jego zwolennicy są natomiast zdania, że oni nic nie wymyślili ani nie dodali do nauk Siakjamuniego- po prostu oczyścili je z pesymizmu i eskapizmu, który był efektem władzy wspólnot monastycznych i strachu przed historyczną hierarchią społeczną. Niezależnie od opinii krytyków, dalitowie uważają się za buddystów i są jako tacy identyfikowani przez państwo Indyjskie. Według cenzusu z 2011 roku w Indiach żyje około 8.4 milionów buddystów. Aż 87% z nich (czyli jakieś 7.3 miliony) to zwolennicy nawajany.

    #daszwiare #religia #buddyzm #indie #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania
    pokaż całość

    •  

      @Prekambr: nie wydaje mi się żeby to było możliwe. W sensie (na tyle ile wiem) ten "zachodni" buddyzm to też buddyzm. Nie jedyny ani nawet najliczniejszy (jak chcieliby niektórzy jego proponenci dla których większość/ duża część azjatyckiego buddyzmu to "wypaczenia"), ale jednak buddyzm.

      Istnieje on równolegle do bardziej/ skrajnie czarodziejskich nurtów, ale nie widzę (ja to pal sześć, ale wielu tradycyjnych liderów buddyjskich nie widzi) powodu dla którego to nie miał by być buddyzm. Warto mieć świadomość, że ten zachodni to (póki co przynajmniej) egzotyczna mniejszość, ale jak najbardziej poważana i uznawana przez resztę. Zresztą dyskusje co można uznać za co pozostawiałbym samym zainteresowanym- mają o wiele większą wiedzę i kompetencje niż internetowy hobbysta.

      Chyba, że w odczarowywaniy chodziło Ci o te bardziej historyczne, azjatyckie oblicza buddyzmu (czasem bardzo brzydkie)- to to jest jak najbardziej do zrobienia.
      pokaż całość

    •  

      Chyba, że w odczarowywaniy chodziło Ci o te bardziej historyczne, azjatyckie oblicza buddyzmu (czasem bardzo brzydkie)- to to jest jak najbardziej do zrobienia.

      @niedoszly_andrzej: O to to.

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 54 w którym przez dwa tysiące lat robimy geszefty na obczyźnie.

    Kerala, stan leżący na malabarskim wybrzeżu Indii, od starożytności przyciągał ludzi z całego świata. Był on swoistym centrum handlowym subkontynentu z Bliskim Wschodem, Europą oraz północną i wschodnią Afryką. Jednym z bogactw Kerali były pożądane przez wszystkich przyprawy, takie jak pieprz, cynamon, kardamon i imbir. Kupcy robili tutaj fortuny- nie dziwi więc fakt, że wielu z nich podejmowało decyzję o osiedleniu się na stałe. Przywozili oni ze sobą całe dobrodziejstwo inwentarza- zwyczaje, języki, tradycje i religie. Przez wieki, wśród osiadających kupców byli Grecy, Rzymianie, Persowie, Syryjczycy, Arabowie i, oczywiście, Żydzi. Keralska wspólnota jest powszechnie uważana za najbardziej starożytną grupę żydowską w Indiach.

    Nikt tak naprawdę nie wie na kiedy datować początki osadnictwa Żydów w Kerali. Historycy zazwyczaj wskazują na przełom er. Przemawia za tym fakt, że Kerala była wówczas często odwiedzana przez kupców z cesarstwa Rzymskiego. Chrześcijańska tradycja o św. Tomaszu mówi, że tym co przyciągnęło apostoła do Indii były właśnie informacje o wspólnotach żydowskich w Kerali*. Żydowskie tradycje różnią się od siebie. Jedne twierdzą, że napływ Żydów zaczął się już w czasach Salomona. Inne mówią o czasach niewoli babilońskiej, zburzeniu Drugiej Świątyni w Jerozolimie albo, że keralscy Żydzi to potomkowie ludzi wygnanych z Majorki w IV wieku. Konsensusem jest jednak to, że centrum działalności żydowskich wspólnot było portowe miasto Kodungallur, ważny ośrodek handlowy na malabarskim wybrzeżu.

    Wyobrażenie tego jak mogło wyglądać przybycie Żydów do Kerali

    Najstarszy dokument potwierdzający obecność Żydów w Kerali pochodzi jednak dopiero z okolic 1000 roku. Są to miedziane tabliczki jakie otrzymał żydowski starszy, Józef Rabban, od indyjskiego władcy. Zawierają one spis praw i przywilejów. Zakres tychże świadczy jednak, że wspólnota była już dobrze ukonstytuowana, więc jej historia jest raczej starsza niż przełom mileniów. Wszystko wskazuje na to, że potomkowie żydowskich kupców, choć zachowali religię, to generalnie wmieszali się w lokalne społeczeństwo. Żenili się z miejscowymi kobietami i posługiwali się językiem malajalam. Tabliczki wskazują, że zajmowali wysoką pozycję w społeczeństwie i byli bardzo blisko z władcami. Funkcjonowali w zasadzie jako autonomiczna wspólnota pod przewodnictwem swojej starszyzny. Mieli nawet prawo do samodzielnego zbierania podatków.

    Wiemy, że w okolicach połowy XIV wieku port Kodungallur dotknęła powódź, która nie tylko zniszczyła wiele budynków, ale także zmieniła linię brzegową a to utrudniało korzystanie z portu. Działalność kupiecka zaczęła przenosić się do Koczinu- innego portowego miasta w Kerali. Część Żydów wyemigrowała bardzo szybko, bo już w połowie XIV wieku w Koczinie powstała pierwsza synagoga. Wielu zostało jednak w Kodungallur. Natknęli się jeszcze Portugalczycy w XVI wieku. Podejrzewa się, że czynnikiem, który przesądził o migracji reszty były ataki władców miasta Kozhikode w XVI wieku, którzy próbowali zyskać monopol na handel pieprzem. Większość Żydów uszła do krewniaków w Koczinie, gdzie zostali dobrze przyjęci przez lokalnego władcę- zwolnił ich z podatków jednocześnie przyznając wszystkie prawa, które mieli podatnicy.

    Zdjęcie indyjskich Żydów

    Jak wie każdy kto czytał ten odcinek #daszwiare , portugalska infiltracja subkontynentu zwiększyła liczbę Żydów w Kerali. Przymusowo nawróceni na katolicyzm portugalscy żydzi widzieli w koloniach nie tylko okazję na dorobienie się, ale także szansę na ucieczkę przed inkwizycją. Keralscy Żydzi nazywali nowoprzybyłych paradesis (“obcy” w języku malajalam). Obydwie grupy stykały się czasem ze sobą, ale nie wymieszały się. Zapiski podróżników poświadczają odrębność- mówią o Żydach “białych” i “czarnych”. Paradesis mieli własną synagogę i nie zawierali raczej związków małżeńskich z indyjskimi Żydami. Niektórzy historycy twierdzą wręcz, że między wspólnotami dochodziło do konfliktów. Nowoprzybyli znali bowiem europejskie i bliskowschodnie języki oraz mieli kontakty z tamtejszymi wspólnotami żydowskimi w związku z czym stali się konkurencją dla tubylców.

    Mimo różnic i tarć, obydwie grupy były identyfikowane przez sąsiadów jako Żydzi i utrzymywały ze sobą kontakty. Tak naprawdę centrum życia zarówno paradesis jak i tubylców była lokalna synagoga a nie większa wspólnota. Wiemy, że tych synagog było osiem i każda z nich posiadała swoje własne ziemie, budynki i księgi. Rola synagogi wykraczała poza religię- oprócz modłów, pieśni i studiowania pism udzielano ślubów, pożyczek, organizowano naukę dla dzieci, zbierano składki na przedsięwzięcia biznesowe oraz pomoc potrzebującym. Przynależność była określana patrylinearnie- dzieci stawały się członkami kongregacji ojca. Kongregacją kierowali starsi, potrafiący czytać i interpretować religijne teksty. To do nich należało ostatnie słowo w kwestii tego co i jak robić. Ciekawostką jest fakt, że księgi kupowano od Żydów na Bliskim Wschodzie, w Holandii i w… Polsce.

    Rycina przedstawiająca koczińskiego Żyda

    Portugalska dominacja, w trakcie której grupy mniejszościowe w Kerali były prześladowane (nie wyłączając miejscowych chrześcijan, których siłą zmuszono do przyjęcia katolicyzmu i zniszczono wiele z ich zabytków literackich), zakończyła się w 2. połowie XVII wieku. Miejscowi Żydzi wręcz udzielili wsparcia Holendrom, którzy w 1663 roku zdominowali Keralę. Holendrzy odnosili się do Żydów z większą tolerancją i za ich panowania paradesi jeszcze umocnili swoją pozycję w handlu. Dochodzili nawet do stanowisk administracyjnych i doradczych u Holendrów i indyjskich władców. Ograniczenie wpływów portugalskich równało się stępieniu siły inkwizycji, co pozwoliło też na większą otwartość w wyrażaniu kultury i przekonań.

    Jeśli chodzi o liturgię i modły to synagogi były podobne do siebie. Wykorzystywano w nich elementy lokalne z zapożyczeniami z tradycji jemenickiej, sefardyjskiej i bagdadzkiej. Kompilacje lokalnych pieśni, modlitw i melodii nazywa się kolas (ciekawostka- są one używane we współczesnym Izraelu). Do naszych czasów zachowało się około 150 kobiecych, żydowskich pieśni w języku malajam. Pieśni te opowiadają historie biblijne, lokalne opowieści czy nawet historyjki z codziennego życia. W okolicach XIX wieku Żydzi z Koczinu zaczęli tworzyć pierwsze wydawnictwa judaistyczne w Indiach i drukować literaturę religijną, czytaną także przez imigrantów z Iraku i Bene Israel (plemiona żyjące w Indiach, uważające się za potomków starożytnych Izraelitów).

    Arka i bima z synagogi w Kadavumbagam

    Umiejętność czytania i pisania oraz edukacja w ogóle, były ważne dla społeczności żydowskiej z Koczin. Była to zresztą typowa cecha dla wszystkich grup należących do wyższych kast w Kerali. Dzieci z tychże kast były uczone w domach lub szkołach na długo przed przybyciem Brytyjczyków (którzy lubią się pysznić tym, że przynieśli Indusom edukację). Wpływ lokalnych zwyczajów przejawiał się także we w miarę wysokim statusie kobiet. Społeczeństwo południa Indii było o wiele bardziej egalitarne niż ówczesny, europejski standard. Stąd kobiety także często umiały pisać i czytać. Niektóre z nich znały nawet hebrajski.

    Fakt niskiego analfabetyzmu i łatwość w uczeniu się wśród koczińskich Żydów sprawił, że byli oni często zatrudniani w brytyjskiej administracji kolonialnej (szybko ogarniali także angielski). Uratowało to także sytuację ekonomiczną wspólnot żydowskich po tym jak handel przyprawami stał się mniej opłacalny. Gorsza sytuacja ekonomiczna w Kerali sprawiła, że koczińscy Żydzi zaczęli osiedlać się w innych regionach Indii- migrowano głównie do Bombaju i Kalkuty. Zmiana miejsca zamieszkania nie oznaczała jednak utraty tożsamości. Za wyjątkiem nielicznych paradesi, którzy potrafili się wżeniać w rodziny żydowskich imigrantów z Iraku, większość brała śluby tylko w ramach swojej grupy.

    Zdjęcie rabina “białych” Żydów

    Mimo tak wielu lat spędzonych w Indiach i braku większych prześladowań (poza portugalską inkwizycją), miażdżąca większość koczińskich Żydów podjęła decyzję o wyjeździe do Izraela gdy w połowie XX wieku nadarzyła się taka okazja. Idee syjonistyczne rozprzestrzeniały się wśród indyjskich żydów już wcześniej czego wyrazem była na przykład pieśń w języku malajam mówiąca:

    Nadzieja którą mieliśmy od starożytnych czasów,
    aby powrócić do Ziemi nadanej nam przez Boga,
    Nie zniknęła!


    Zdjęcie przedstawiające okolice zamieszkiwaną przez “białych” Żydów

    Niezależnie od tego jakie były motywy (odbudowa Izraela, kiepska sytuacja gospodarcza, chęć życia w religijnym otoczeniu etc.) koczińscy Żydzi w swojej masie wybrali Izrael. Migracje zaczęły się w latach 50. a największa grupa przesiedliła się w 1954 roku. Większość z nich zamieszkiwała w rolniczych komunach mimo, że w Indiach nigdy na dużą skalę nie zajmowali się rolnictwem. Z czasem zaczęli się nawet dorabiać majątków i budować własne synagogi. Co ciekawe- “biali” paradesi pozostali w Indiach dłużej- wyjechali dopiero w latach 70. i 80. Obecnie liczbę koczińskich Żydów w Izraelu szacuje się na około 8 k. W Indiach zostało ich zaledwie kilkudziesięciu.

    #daszwiare #judaizm #izrael #religia #zydzi #historia #indie #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania
    pokaż całość

    •  

      Źródła:
      Johnson, Barbara C., ”The Kochin Jews of Kerala”, w: “The Jews of India: A Story of Three Communities”
      Katz Nathan, “Balanced Identity. Jews of Kochin”, w: “Who are the Jews of India”

      *Abstrahując od prawdziwości historii mówiącej o misyjnej posłudze Tomasza w Indiach, generalnie przyjmuje się, że pierwsi misjonarze:
      -podróżowali szlakami handlowymi (bo jako uczęszczane drogi były one bezpieczniejsze)
      -często mieli kontakty z kupcami (a nawet sami nimi byli)
      -odwiedzali miasta ze wspólnotami żydowskimi (bo większość zwolenników Jezusa na samiutkim początku była przecież Żydami)
      pokaż całość

    •  

      Brytole przynieśli edukację do Indii, zlamali enigme... xD

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 53 w którym uciekamy przed inkwizycją do Indii przez co niechcący przyczyniamy się do założenia inkwizycji także tam.

    Inkwizycja, nie wiedzieć czemu, zazwyczaj kojarzy się ludziom wyłącznie z Europą a jej ofiary identyfikowane są jako heretycy. Być może wynika to z tego, że “koszula bliższa ciału” i propagowaniem (a często przerysowywaniem) jej zbrodniczej historii zajmowali się głównie protestanccy autorzy. Ludzie ci, piszący od mniej więcej XVI wieku, skupiali się na współwyznawcach i ludziach, których uważali za prekursorów protestantyzmu. Niechrześcijańskie ofiary często ich po prostu nie obchodziły- w tamtych czasach chrześcijanie od prawa do lewa uważali, że inne religie to zło wcielone a ich wyznawcy zostaną na wieczność ukarani przez miłosiernego Boga. Z tego tytułu historia inkwizycji z Goa jest prawie całkowicie nieznana. Ale od czego mamy #daszwiare ?

    7 lipca 1497 roku, dwa tygodnie po wymuszonej konwersji portugalskich żydów na katolicyzm, Vasco da Gama wypłynął z Lizbony z zamiarem opłynięcia Przylądka Dobrej Nadziei i dotarcia do Indii. W 1498 roku flota dotarła do Goa, miasta na zachodnim wybrzeżu subkontynentu. Bogactwa jakie ze sobą przywieźli doprowadziły do podboju Goa i okolic oraz ustanowienia tam regularnej kolonii portugalskiej. Dążenia te popierało papiestwo. Już w 1454 roku papież Mikołaj V opublikował bullę Romanus Pontifex w której przyznawał portugalskiemu władcy wszystkie afrykańskie ziemie na południe od przylądka Bojador w Maroku (papież jako namiestnik Chrystusa ma prawo dzielić ziemie pogan między katolickich władców). Bulla zachęcała też do podboju ziem muzułmańskich i pogańskich a na zachętę, zezwalała na grabieże i zamienianie innowierców w niewolników*.

    Vasco da Gama

    Goa szybko stała się nie tylko gospodarczym, militarnym i politycznym centrum portugalskich kolonii w Azji, ale także misyjnym. Pojawił się jednak pewien problem- część Portugalczyków, zamiast radować się okazją do niesienia Dobrej Nowiny podbitym ludom upatrywała w Goa szansę na odcięcie się od zbawczej wiary. Mowa tutaj o tak zwanych Nowych Chrześcijanach- żydach i muzułmanach (oraz ich potomkach), których portugalskie władze przymusowo nawróciły na katolicyzm a którzy potajemnie praktykowali starą religię. W kontynentalnej Portugalii pilnowała ich inkwizycja i najmniejsze podejrzenie o trzymanie się starej religii kończyło się dochodzeniem, które mogło doprowadzić nawet do kary śmierci. W Goa tymczasem inkwizycji nie było.

    Stąd też przedsiębiorczy Nowi Chrześcijanie wykorzystali okazję aby dać dyla do Indii**. Duszpasterze ze zgrozą zauważyli, że wielu Nowych Chrześcijan dorabia się potężnych majątków na handlu z Azją oraz wykorzystuje nieobecność Świętego Oficjum (inna nazwa inkwizycji) i nie tylko przestaje praktykować katolicką wiarę, ale wręcz otwarcie wraca do religii przodków. Było to tym łatwiejsze, że w Indiach istniały sięgające korzeniami starożytności wspólnoty żydów. Rząd zauważył problem i w 1532 roku uchwalono prawo, które zabraniało Nowym Chrześcijanom migracji z Portugalii pod groźbą kary śmierci. Nie zatrzymało to jednak migracji oraz nie zlikwidowało wspólnot które już mieszkały w koloniach.

    Franciszek Ksawery, orędownik utworzenia inkwizycji w Goa, święty kościoła katolickiego

    Duchowni i administracja kolonialna radziły sobie póki co na własną rękę. W 1543 roku miał miejsce proces niejakiego Jeronimo Diasa. Był on lekarzem, potomkiem przymusowo nawróconych żydów. W trakcie rozmowy ze znajomymi wygłosił opinie sprzeczne z, jak donosi źródło, “naszą świętą wiarą”. Został aresztowany a na przesłuchaniu potwierdził twierdzenia “starego przymierza” (judaistyczne). Za ten występek, rada dostojników kościelnych i państwowych skazała go na śmierć przez spalenie na stosie. Nie można im jednak odmówić miłosierdzia- wyrok głosił bowiem, że “w wypadku gdybyś szukał przebaczenia i odpokutował i przyznał się do błędu i wyraził pragnienie odejścia jako Chrześcijanin, zostaniesz uduszony przed spaleniem, tak abyś nie cierpiał w płomieniach”.

    Grafika z epoki ukazująca egzekucję heretyków w Goa

    Nowi Chrześcijanie nie byli jedynym problemem. Indyjskie kolonie zamieszkiwały liczne grupy hindusów, muzułmanów i żydów. Wielu portugalskich osadników było ciekawych lokalnych wierzeń i zwyczajów, zwłaszcza rozlicznych grup hinduistycznych. Za namową kleru król Jan III wydał w 1546 roku zakaz praktykowania wszelkich form “tubylczej idolatrii” (czyli hinduizmu) we wszystkich portugalskich posiadłościach w Indiach. Nakazał także zniszczenie miejsc kultu, wygnanie kapłanów, karanie bałwochwalców i zabronił obchodzenia lokalnych świąt. Święty Franciszek Ksawery uważał, że to nie wystarczy. W 1546 roku napisał list do króla w którym stwierdził wprost:

    Drugą koniecznością dla chrześcijan jest to aby Wasza Wysokość utworzyła Świętą Inkwizycję gdyż jest wielu którzy żyją według żydowskiego prawa lub mahometańskiej sekty bez strachu przed Bogiem i bez wstydu przed światem. I jako, że są oni rozsiani po całej twierdzy potrzebujemy Świętej Inkwizycji i wielu kaznodziejów. Wasza Wysokość powinna zapewnić te niezbędne rzeczy waszym lojalnym i posłusznym poddanym w Indiach.

    Dwór długo opierał się podobnym żądaniom, ale w końcu uległ. Bezpośrednią przyczyną było śledztwo dotyczące Leonory Caldeiry. Pochodziła ona z rodziny przymusowo nawróconych żydów. Mieszkając w Kochinie weszła w kontakt z lokalną społecznością żydowską. Rzekomi świadkowie donieśli, że ona i miejscowi żydzi mają specjalny rytuał w trakcie którego krzyżują uprzednio przygotowane lalki przedstawiające Hamana. Po zdjęciu z krzyża lalki te są palone. Świadkowie zeznali, że lalki te są tak naprawdę przedstawieniem Jezusa a Haman oznacza diabeł po hebrajsku. Leonora i 19 innych Nowych Chrześcijan zostało przetransportowanych do Lizbony i tam postawiono ich przed trybunałem inkwizycyjnym. Rezultaty nie trudno przewidzieć- wszyscy zostali zabici.

    “Logo” inkwizycji z Goa

    Sprawa Leonory odbiła się szerokim echem i na Nowych Chrześcijan w portugalskich Indiach padł blady strach. Zebrali oni 570k reali i przekazali je papieżowi Pawłowi IV prosząc go o amnestię. Papież przyjął pieniądze, ale odmówił prośbie twierdząc, że decyzja należy do korony portugalskiej. Ta zaś ugięła się w końcu pod presją kleru i w 1560 roku zgodziła się na utworzenie Inkwizycji w swoich indyjskich posiadłościach. Według dekretu fundującego głównym celem inkwizycji miało być pilnowanie Nowych Chrześcijan i konwertytów z hinduizmu. Pod lupą znaleźć mogli się wszyscy mieszkańcy jako, że hinduizm był oficjalnie zakazany w portugalskich Indiach (chociaż nie przeprowadzono przymusowej chrystianizacji na masową skalę).

    Z czasem problem indyjskich konwertytów stał się bardzo poważny. Wielu miejscowych nawracało się na chrześcijaństwo z czysto ekonomicznych powodów- ułatwiało to zdobycie wykształcenia, pracy oraz otrzymywanie darów charytatywnych. Konwertyci często potajemnie praktykowali stare wierzenia. Aż 74% wszystkich, którzy zostali skazani przez inkwizycję w Goa było oskarżonych o potajemne wyznawanie hinduizmu. Elementem walki z lokalną religią było burzenie świątyń. Do 1566 liczbę zburzonych miejsc kultu szacuję się na 160. W wyniku późniejszych kampanii, do końca XVI wieku zburzono jeszcze około 600 świątyń. Zawierają się w niej także budynki sakralne buddystów i dżinistów, których Europejczycy często po prostu nie rozróżniali. Prawa z 1566 i 1577 roku zakazywały odbudowywania zniszczonych miejsc.

    Portugalski rysunek przedstawiający żydów z Malabaru

    Hindusi łamali prawo gdy odwodzili od konwersji na katolicyzm, próbowali propagować swoją religię lub pomagali ściganym przez inkwizycję. Nowe przepisy nakazywały chrzcić wszystkie sieroty i dzieci urodzone poza legalnymi małżeństwami i oddawać je do katolickich sierocińców. Do tego istniał obowiązek chrzczenia dzieci, których ojciec zmarł (nawet gdy rodzina nie była chrześcijańska). We wspomnianych sierocińcach obowiązywał surowy zakaz używania indyjskich języków oraz praktykowania lokalnych zwyczajów. Hindusi byli także dyskryminowani. Prawo spadkowe faworyzowało chrześcijańskich członków rodzin. Hindusi nie mogli także obejmować żadnych urzędów a lokalne wspólnoty mogły podejmować decyzję ignorując głosy swoich hinduskich członków. W sprawach sądowych ich zeznania miały mniejszą wiarygodność niż zeznania chrześcijan.

    W indyjskich posiadłościach Portugalczyków oprócz żydów, hindusów, muzułmanów, buddystów i dżinistów mieszkali także indyjscy chrześcijanie, zwani chrześcijanami Świętego Tomasza (znani także jako Nasrani). Ich historia sięgała pierwszych wieków chrześcijaństwa a organizacyjnie byli związani z “nestoriańskim” Kościołem Wschodu. Portugalczycy zmusili ich na synodzie w Diamper (1599) do dołączenia do kościoła katolickiego, a inkwizycja miała się upewnić, że te wspólnoty porzucą zwyczaje, księgi, nauczania i praktyki niezgodne z nauczaniem katolickim. Tych którzy nie chcieli porzucać swoich zwyczajów i wierzeń prześladowano. Co gorsza- spalono także bardzo dużo lokalnych dzieł chrześcijańskich przez co historia indyjskiego chrześcijaństwa sprzed przybycia Portugalczyków jest bardzo ciężka do zrekonstruowania.

    Szkic z XVIII wieku przedstawiający człowieka skazanego na śmierć przez inkwizycję

    Trudna do zrekonstruowania jest też dokładna działalność inkwizycji z Goa. Miała pod swoją jurysdykcją wszystkie terytoria portugalskie w Chinach, wschodniej Afryce, Indiach i Azji Południowo-Wschodniej. Niestety wiele z jej archiwów została spalona przez Portugalczyków po tym jak wycofano inkwizycję. Ponadto część dokumentów, które przetrwały są po dziś dzień niezbadane***. Stąd także ciężko dokładnie określić liczbę ofiar śmiertelnych (egzekucja lub śmierć w więzieniu), nie mówiąc już o wszystkich tych, których aresztowano, torturowano, pozbawiono pracy, majątku, wygnano, odebrano dzieci etc. Historycy są zatem zmuszeni podawać niepełne liczby, uzupełniane szacunkami. Dla wielu miejsc brak jakichkolwiek danych.

    Szacuję się, że do 1774 roku przez trybunały inkwizycyjne w samym Goa przewinęło się około 16 tysięcy 172 osób. Prawie ¾ z nich było lokalsami. Połowa była ochrzczona. Dla pierwszych stu lat działania inkwizycji podaję się liczbę 121 ofiar śmiertelnych i 4k 46 skazanych na więzienie, publiczne ośmieszenie, grzywny, przymusowe prace etc. Warto też pamiętać, że celem inkwizycji było przede wszystkim złamanie heretyka i zmuszenie go do powrotu do kościoła. Stąd ci którzy przyznali się do winy ( i była ona niewielka, na przykład kultywowanie pojedynczego, zabronionego zwyczaju) otrzymywali krótkie kary więzienia i musieli odbyć pokutę. Ostatecznie inkwizycję w Goa rozwiązano w 1820 roku, ale nie był to wcale koniec dyskryminacji innowierców w portugalskich koloniach.

    #daszwiare #katolicyzm #chrzescijanstwo #religia #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #zydzi #gruparatowaniapoziomu #buddyzm #indie #hinduizm #ateizm #bekazkatoli (dla zasięgu)
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: Czyli ten autor relatywizował przewinienia katolickiego kleru (w tym Aloisa Hudala), zatem stosował w tej kwestii relatywizm moralny - który podobno Kościół potępia. A już na pewno katoliccy apologeci bardzo chętnie przypisują relatywizm moralny wrogom Kościoła - rzeczywistym i domniemanym.

      Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że we wrogach najbardziej drażnią nas nasze własne wady - cóż, może to prawda.
      W ogóle to chrześcijańskie nakazy moralne jak najbardziej można nazwać relatywnymi - tyle że są takie w relacji do rozkazów Boga, a nie do natury człowieka. Według chrześcijan, określone rzeczy są złe (np. zabijanie i prześladowanie), chyba że nakazuje je Bóg. To wtedy są dobre, bo Bóg zawsze ma rację i z Bogiem się nie dyskutuje. No ale to problem praktycznie każdej religii monoteistycznej i henoteistycznej.

      Tak jak słynna kwestia: "czy bogowie lubią to, co zbożne, dlatego, że ono jest zbożne, czy też ono jest dlatego zbożne, że je bogowie lubią".
      pokaż całość

    •  

      @Trojden: ten problem o którym mówisz (Bóg raz każący mordować każdego kto wierzy inaczej, po to żeby za chwilę stwierdzić, że jednak trzeba kochać każdego) jest problemem dla samych chrześcijan. Historycznie istniało wiele (i były bardzo silne) odłamów, które wprost twierdziły, że JHWH nie jest tożsamy z Bogiem, który posłał Jezusa tylko jest szatanem udającym Boga. Co nieco o tym pisałem tutaj

      W sumie jak zacząłem czytać Biblię to nie mogłem oprzeć się wrażeniu (jeśli miałbym ją brać na poważnie), że faktycznie JHWH faktycznie jest jakimś pustynnym demonem, który zwodzi Żydów żeby oddawali mu boską cześć.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (57)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 52 w którym ogarniamy religijną historię świata i zadajemy kłam argumentowi z wielości religii.

    Argument ten idzie on mniej więcej tak, że abrahamiczny Bóg raczej nie istnieje gdyż ludzkość ma wiele różnych, sprzecznych idei religijnych. Gdyby istniała nieskończenie dobra, wszechmocna, osobowa siła wyższa, która od naszych poglądów na jej istnienie/charakterystykę uzależniała by swoją relację z nami, to nie pozwoliłaby na tak olbrzymie zróżnicowanie. Konkluzja jest taka, że religie abrahamiczne (czy, czasami, religie w ogóle) są wymyślone, a różnice wynikają z kontekstu kulturowego i historycznego. Z tym poglądem na pewno nie zgodziliby się bahaici. Ich zdaniem wielość religii i interpretacji jest jak najbardziej naturalna i zrozumiała gdyż Bóg objawiał się różnym ludziom, pod różnymi postaciami i z przekazem dostosowanym do poziomu rozwoju ludzkości w danej epoce/ kulturze.

    Grobowiec Baba w izraelskiej Hajfie

    Bahaizm narodził się w Iranie i wywodzi się z szajchizmu i babizmu. Ten pierwszy skupiał się na charakterystycznym dla szyizmu przekonaniu o istnieniu ukrytego, 12 imama (Mahdiego, następcy Mahometa). Jego ujawnienie się miało oznaczać czasy ostateczne i nową erę w dziejach ludzkości. Nadzieje były tak silne, że gdy w latach 40. XIX wieku Sayid Mirza Ali Mahomet ogłosił się “Babem” (dosłownie bramą), zwiastunem Mahdiego, wielu szajchitów przyłączyło się do niego. Doszło wówczas do rozłamu w irańskim szyizmie. Część ludzi uznała, że czas się wypełnił, a część, że Bab jest oszustem. Doszło do masakry babistów (zwolenników Baba), egzekucji ich przywódcy i aresztowań liderów. Jeden z nich, Mirza Hussein Ali Nuri, został po pewnym czasie uwolniony i zezwolono mu na wyjazd do Iraku. Bab już nie żył, ale babiści wierzyli w prawdziwość jego posłannictwa, a zapału dodawały im słowa mistrza, że po nim przyjdzie kolejny wielki nauczyciel.

    Dowód na to, że Baha’u’llah nie jest postacią mitologiczną

    W 1863 roku Ali Nuri ogłosił się właśnie tym prorokiem i przyjął miano Baha’u’llaha (Chwała Boża). Doprowadziło to do rozłamu wśród babistów- większość z nich uznała nowego mistrza. Problem polegał na tym, że nie miał on wjazdu do Iranu gdzie żyła większość z jego wyznawców. Na lidera religijnego z obawą patrzyły również osmańskie władze- dość powiedzieć, że Aqdas (“Najświętsza Księga”) została przezeń spisana w areszcie domowym. Mimo przeciwności Ali Nuri umiejętnie poskładał organizację. Stworzył tak zwane Domy Sprawiedliwości, które administrowały lokalnymi wspólnotami. Bardziej złożone problemy rozwiązywał sam- czy to za pomocą listów czy specjalnych wysłanników. Od lat 80. XIX wieku wspólnota w Iranie okrzepła do tego stopnie, że wytworzyła ona nawet własne szkolnictwo (tak aby uczyć się mogły także kobiety). Nacisk na edukację jest zresztą do dzisiaj jedną z ważniejszych zasad tej religii.

    Zdjęcie uczniów bahaickiej szkoły w Iranie

    Dzięki wykształceniu oraz skupieniu na pracy i życiu wspólnotowym bahaici zaczęli szybko piąć się w górę drabiny społecznej. Konwertytami byli nie tylko szyici, ale także irańscy zoroastrianie a nawet żydzi. Od lat 60. XIX wieku zaczyna się ekspansja misyjna na Bliskim Wschodzie, Kaukazie, Azji Środkowej, Indiach i Birmie. Po śmierci Baha’u’llaha w 1892 roku liderem wspólnoty został jego syn- Abbas Effendi. Bahaizm zaczął się wówczas rozprzestrzeniać na półwyspie Arabskim, w północnej Afryce, Europie, Amerykach, Australii i na Dalekim Wschodzie. Szczególnie aktywne misjonarsko były Indie i Stany Zjednoczone. Mniej wesoły był fakt, że w Iranie bahaici spotykali się z prześladowaniami. Nie chcąc dawać argumentów przeciwnikom, liderzy religii zdecydowali się na neutralność polityczną- co jednak na niewiele się zdało.

    Europejscy konwertyci na bahaizm

    Abbas zmodyfikował organizację- za jego rządów rada Domów Sprawiedliwości zaczęła być wybierana w głosowaniach. Powołał także wybieralne Krajowe i Powszechny Dom Sprawiedliwości. Jego następcą został Szogi Effendi. Za jego “kadencji” intensyfikacji uległa działalność misjonarska i znaczny wzrost liczby wyznawców. Aktywnie podróżował po świecie, odwiedzając Wielką Brytanię, Niemcy, Indie, Egipt, Irak i Stany Zjednoczone. Dzięki nowym, bardziej sekularnym władzom uspokoiła się sytuacja w samym Iranie. Bahaici zaczęli działać całkowicie jawnie, organizować zjazdy i konwencje. Otwierali szkoły dla kobiet a nawet zabierali głos w debacie publicznej opowiadając się za zwiększeniem praw “słabszej płci”. Wybudowali także świątynię w okolicach Teheranu. Ich dobra samoorganizacja stała się jednak z biegiem czasu problemem dla coraz bardziej obawiających się jakiejkolwiek opozycji rządzących.

    Ceremonia nadania szlachectwa Abbassowi Effendiemu

    Z tego powodu rząd represjonował bahaitów. Informacja o wyborze kobiet do krajowego Domu Sprawiedliwości wywołała skandal wśród szyitów- znów doszło do przemocy i wandalizmu. Powstanie Islamskiej Republiki Iranu w 1979 roku oczywiście nie poprawiło notowań mniejszości. Oskarżano ich o kolaborację ze wszystkimi możliwymi wrogami, odbierano dzieci, zamykano szkoły i zgromadzenia, rekwirowano majątki, a kobiety, na mocy specjalnego kruczka prawnego* oskarżano o prostytucję. Mimo ciężkiej sytuacji w Iranie, światowy bahaizm rozkwitał- w latach 50. doszło do masowych konwersji w Boliwii, Ugandzie i Indiach. Szogi zmarł w 1957 roku a po jego śmierci Powszechny Dom Sprawiedliwości ukonstytuował się jako instytucja zwierzchnia. Jego siedzibą stała się Hajfa (obecnie Izrael), gdzie spoczęły także ciała przywódców.

    Sanktuarium bahaickie w Hajfie

    W bahaizmie nie istnieje w kler. Na poziomie lokalnym osoby odpowiedzialne za nauczanie i administracje są wybierane przez wiernych. Co 19 dni organizowane jest święto ziafat dla całej społeczności. W trakcie ludzie czytają i omawiają teksty religijne (zarówno bahaickie jak i należące do innych religii). Następnie omawia się bieżące sprawy- działalność religijną, oświatową i charytatywną. Na koniec- poczęstunek i ploteczki. Raz do roku lokalne grupy wybierają swoich przedstawicieli na konwencje regionalne. Te są wstępem do konwencji narodowej, na której delegaci regionalni wybierają dziewięć osób do Krajowego Domu Sprawiedliwości. Rada ta zarządza wspólnotami w danym kraju. Członkowie Rad ze wszystkich krajów co pięć lat wybierają dziewięciu przedstawicieli wspomnianego już Powszechnego Domu Sprawiedliwości. Decyzje na wszystkich poziomach podejmowane są w drodze głosowania.

    Siedziba Powszechnego Domu Sprawiedliwości

    Bahaickie pojmowanie rzeczywistości zakłada istnienie wielu poziomów rzeczywistości. Najwyższym z nich jest Bóg, który jest absolutnie niemożliwy do ogarnięcia. Na drugim poziomie istnieje boska esencja, której mogą doświadczyć najbardziej zaawansowani duchowo wierni. Chcąc wejść na ten level, wierni powinni podążać za manifestacjami Boga- moralnym życiem, modlitwami, medytacjami, postami etc. Przewodnikami są tak zwani posłańcy. Do tej grupy zaliczają się osoby takie jak Abraham, Zoroaster, Kryszna, Budda, Jezus, Mahomet i wielu innych proroków, filozofów i nauczycieli duchowych. Co ciekawe- bahaizm uznaje także wierzenia i praktyki religii animistycznych i pogańskich jako umożliwiające rozwój duchowy. W bahaickich wierzeniach czynnikiem porządkującym wszechświat jest uniwersalny intelekt- pierwotna emanacja Boga. Umożliwia ona istnienie stworzenia, kieruje wszystkimi procesami i wskazuje ludziom właściwą ścieżkę.

    Bahaickie zobrazowanie postępującego objawienia

    Uniwersalny intelekt “oświeca” posłańców i pozwala im na stworzenie takiego systemu religijno- filozoficznego, który będzie dostosowany do warunków w których żyją ich odbiorcy. W przeciwieństwie do innych religii abrahamicznych, bahaici wierzą, że objawienie jest progresywne- to znaczy obecna forma nie jest ostateczna i kolejni posłańcy będą ją jeszcze wielokrotnie ulepszać. Co ciekawe- bahaici nie uważają ślepej wiary za coś pożądanego. Są zdania, że każdy powinien sam badać otaczającą go rzeczywistość i szukać prawdy. Bahaici nie mają najmniejszych problemów z akulturacją i pełnymi garściami czerpią z innych wierzeń. Przy tym, dla nich, nie są one “inne”- religia jest jedna, a jej celem jest ulepszanie człowieka. Jeśli go nie spełnia to lepszy jest nawet brak religii. Człowiek natomiast powinien pracować nad swoimi przywarami. Aby je przezwyciężyć, zdaniem bahaitów, potrzebuje trzech nauk- dbania o siebie, społeczeństwo i otoczenie oraz doskonalenia duchowego.

    I jeszcze raz sanktuarium, ale z innej perspektywy

    Idea jedności religii jest w bahaizmie powiązana z ideą jedności ludzkości. Nacjonalizmy i szowinizmy są stanowczo odrzucane. Istnienie narodów czy właściwych im kultur nie jest krytykowane, ale dla bahaizmu są to czysto zewnętrzne różnice, nie zmieniające tego, że wszyscy ludzie powinni być równi i zjednoczeni (dotyczy to także płci). Celem bahaizmu jest stworzenie uniwersalnego społeczeństwa- stąd promuje się wybranie i powszechne nauczanie jednego języka. Bahaici promują także międzynarodową współpracę przy podejmowaniu decyzji. Opowiadają się za pacyfizmem wskazując, że na zbrojenie marnotrawione są olbrzymie fundusze. Środkiem do zjednoczenia ludzkości, zdaniem bahaitów, jest właściwa edukacja i propagowanie idei humanistycznych, pacyfistycznych i komunitarnych. Opowiadają się także za zabezpieczeniami socjalnymi dla najuboższych.

    Bahaicka Świątynia Lotosu w Delhi

    Bahaizm stawia bardzo duży nacisk na działalność społeczną- bahaici powinni uczyć się i pracować tak aby korzyść odnosiło całe społeczeństwo. Zawodowe żebractwo i życie pustelnicze jest zakazane. Jak już wspominałem- bardzo duży nacisk położony jest na edukację i równość płci. Nie ma żadnych ograniczeń co do interakcji z wyznawcami innych religii oraz bezwyznaniowcami (także w przypadku małżeństwa). Nie istnieją zakazy dietetyczne, muzyczne czy literackie (można czytać Harrego Pottera). Mniej wesoło jest w kwestii używek- bahaitom nie wolno palić opium i uprawiać hazardu. Wolno głosować, ale nie należeć do partii politycznych. Oczywiście potępia się przemoc, kradzieże oraz zdrady. W kwestiach religijnych, bahaici powinni codziennie się modlić i medytować. Ciąży na nich także obowiązek datków charytatywnych i pielgrzymek. Te ostatnie (z uwagi na napiętą sytuację na Bliskim Wschodzie) są jednak obecnie zawieszone.

    Bahaicka świątynia na Samoa

    Dane dotyczące liczebności bahaickich wspólnot są bardzo zróżnicowane i niepewne. Duży wpływ na to ma fakt wrogości otoczenia w krajach muzułmańskich. Sami bahaici mówią o około 5 milionach. W 2010 roku World Christian Encyclopedia podawała liczbę 7,3 miliona w 218 krajach świata. Źródło to zwraca uwagę, że bahaizm jest jedyną religią, która przez ostatnie sto lat rosła rosła szybciej niż ogólna populacja, w każdym kraju należącym do ONZ. Britannica podaje zaś, że bahaizm jest drugą (po chrześcijaństwie) najbardziej rozpowszechnioną religią świata a zorganizowane grupy działają w 221 krajach i terytoriach autonomicznych. Bahaici są największą mniejszością religijną w Iranie, Panamie, Belize, Południowej Karolinie, Boliwi, Zambii i Papui Nowej Gwinei. Liczne grupy żyją także w Czadzie i Kenii. Bahaici są także obecni w Polsce, gdzie ich wspólnota liczy około 300 osób.

    #daszwiare #religia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #zainteresowania
    pokaż całość

    +: B....q, KomosaBiala +41 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 51 w którym wierzymy w piekło, szatana, sąd ostateczny i przyjście zbawiciela zanim to było modne.

    Dzisiaj zajmiemy się jedną z najstarszych, wciąż praktykowanych, religii świata. Współcześnie jest to ona marginalna demograficznie (szacunki mówią o 100k- 150k), ale historycznie sprawy miały się inaczej. Przez setki lat nauczania, praktyki i wierzenia tej religii działały nie tylko na bezpośrednich wyznawców, ale także kształtowały wyobrażenia sąsiadów. Mowa tutaj o zoroastryzmie, który odcisnął się na takich systemach wierzeń jak judaizm, gnostycyzm, wierzenia helleńskie, semicki politeizm, buddyzm, chrześcijaństwo, bahaizm i islam. I to pomimo faktu, że religia ta nigdy nie była misyjna w swoim głównym nurcie. Wszelkie zapożyczenia i inspiracje zoroastryzmem wynikają raczej z geniuszu jego idei i konceptów, ich zgodności z pragnieniami ludzi wyznających i tworzących religie. Świadectwem tego jest fakt, że jej misjonarskie mutacje rozwijały się prężnie i swego czaru rywalizowały z chrześcijaństwem na Zachodzie (mitraizm i manicheizm) i buddyzmem na Wschodzie (manicheizm).

    Nikt tak naprawdę nie wie kiedy zaczął się zoroastryzm. Jego korzenie sięgają starożytnych wierzeń Ariów. Tym terminem określa się grupy indoeuropejskich plemion, które w III tysiącleciu p.n.e zamieszkiwały okolice Azji Środkowej. W pierwszej połowie II tysiąclecia jedna z grup Ariów, zwana Indo-Ariami, opuściła matecznik i osiedliła się w północnych Indiach. Druga grupa, znana jako Irańczycy, zajęła Azję Środkową i płaskowyż Irański. Centralnym elementem religii Ariów był kult bóstw i spożywanie psychoaktywnego napoju znanego jako haoma. Na szczycie irańskiego panteonu stał Ahura Mazda. Nie tyle stworzył on materialny świat, co pozwalał mu istnieć i był siłą porządkującą go. Był on niejako emanacją i personifikacją “aszy”- swoistego prawa wszechświata, prawdy, porządku, dobra i pierwotnej zasady. Oblubienicą Ahura Mazdy była bogini Spanta Armaiti (personifikacja Ziemi), ale miał on wiele żon. Ważnymi bóstwami byli też Rasnu (sędzia), Mitra (wiele różnych funkcji, np. przysięgi), Bahram (bóg wojny) czy Anahidi (bogini zwycięstwa).

    Archeologiczne kultury w Azji Centralnej uważane są za grupy Ariów

    Formalnym kultem zajmowali się kapłani- mężczyźni po uprzednim przeszkoleniu. Przypuszcza się, że z czasem kapłaństwo stało się dziedziczne. Kapłani byli odpowiedzialni za czynności kultowe takie jak ofiary i podtrzymywanie świętego ognia. Rytuały były określane jako yasna i składały się z ofiarowania pożywienia i spożycia odurzającej haomy. Yasny pierwotnie były czymś na kształt wystawnych uczt na które ludzie zapraszali bóstwa jako gości honorowych. Oprócz ofiar recytowano także religijne hymny (staroirańskie mantrin) i śpiewano pieśni. Wierzenia dotyczące duszy i życia pozagrobowego były zróżnicowane. Generalnie wierzono, że po tym jak vyana (oddech życia) opuszczała ciało, urvan (osobista dusza) udawał się do zaświatów. Ci, którzy wiedli sprawiedliwe życie mogli liczyć na niebiańskie krainy. Niegrzeczni trafiali w pustkę po której błąkali się całą wieczność.

    To właśnie w pi razy drzwi takiej tradycji przyszło działać Zoroastrowi. Z racji braku źródeł nie do końca wiadomo kiedy i gdzie żył. Na podstawie analizy porównawczej Gat, (zbiór hymnów w języku staroawestyjskim, przypisywany Zoroastrowi) i Rigvedy (zbiór hymnów w sanskrycie) podaje się okres między 1500 a 1000 rokiem p.n.e. Większość uczonych datuje go na 1000 rok p.n.e. Rzeczone Gaty wymieniają Airanem Waedżo jako krainę Zoroastra. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo gdzie miałaby się ona znajdować. Brak nazw typowych dla zachodnich Irańczyków wskazuje na Wschód świata irańskiego, ale szczegółów brak. Ze źródeł wyłania się obraz Zoroastra jako kapłana i religijnego poety wywodzącego się ze szlachetnego rodu Spitamidów (spitama znaczy “biały” lub “jasny”). W wieku około 30 lat miał on doświadczyć wizji, która zaowocowała jego działalnością. Wizja miała być jakoby osobistym spotkaniem Zoroastra z Ahura Mazdą.

    Zoroastryjski mag z Baktrii

    Jego nauczenie nosiło znamiona krzyżówki monoteizmu z henoteizmem. Ahura Mazda był już nie tylko najważniejszym bogiem, ale także źródłem wielu innych bóstw (które Zoroaster ochrzcił mianem Amesza Spenta). Rzeczeni Amesza Spenta mieli być zaledwie hipostazami (hipostaza to byt, który wyłania się z Najwyższego Bytu). Nie znaczy, że Zoroaster potępiał wszystkie inne kulty albo ich zabraniał- po prostu wychodził z założenia, że równie dobrze można zwracać się bezpośrednio do Boga. Cześć oddawana innym bogom jest, tak czy inaczej czcią oddawaną Ahura Mazdzie czyli aszy. Obok Amesza Spenta istniały także bóstwa znane jako ahury. Te również były powiązane z Ahura Mazdą (ale w jakiś inny, bliżej niesprecyzowany sposób) i godne czci. Najstarsze części Awesty (zbioru zoroastryjskich hymnów i pism teologicznych) nie wymieniają ahur z imienia. Późniejsze identyfikują Mitrę i Apam Napat jako bóstwa z tej kategorii.

    Już przed Zoroastrem irańscy bogowie dzielili się na wspomniane ahury i dewy. Zoroaster uznał dewy za niegodne czci. Jedną z przyczyn tego poglądu mógł być fakt, że składane im ofiary były krwawe, a ich kapłani stosowali przemoc wobec ofiarnych zwierząt. Z czasem dewy przestają być uznawane za bogów, a stają się kimś w rodzaju demonów- złych nadprzyrodzonych istot. Najstarsze części Awesty nie wymieniają dew z imienia. Przypuszcza się, że proces ich porzucenia i “demonizacji” był bardzo długi. Ten dualistyczny podział na zło i dobro był cechą charakterystyczną zoroastryzmu. W jego teologii rozróżniano dwa sprzeczne ze sobą pierwiastki- Prawdę i Fałsz. Podział ten nie był odwieczny- Fałsz był bowiem nie czymś przyrodzonym, ale konsekwencją możliwości wyboru jaki miały żywe istoty.

    Zoroastryjska świątynia ognia z Baku

    Źródłem zła było coś co Zoroaster określał mianem “angra mainyu”- czyli “gniewny/ niszczący duch/umysł”. W oryginale nie był to zatem byt, ale raczej stan ducha/ umysłu. Jego korzenie tkwiły zaś w złych myślach. Z czasem angra mainyu doczekał się personifikacji w postaci Arymana- arcyprzeciwnika aszy. Podstawowym preceptem zoroastryzmu była maksyma “dobre myśli, dobre słowa, dobre czyny”. Jeśli człowiek ma dobre myśli to z nich rodzą się dobre słowa, a dobre słowa wcielone w życie owocują dobrymi czynami. Żyjący w ten sposób ludzie synchronizują się z aszą (a więc Ahura Mazdą). W przeciwnym razie wpadają w sidła “druj” (czyli fałszu). Ci którzy najbardziej zbliżają się do ideału (a każdy ma taki potencjał) mogą stać się saoszjantami (dosłownie- ci którzy przynoszą korzyści) i poprawiać egzystencję innych ludzi i kondycję świata.

    Poglądy Zoroastra rozprzestrzeniały się bardzo powoli. Nie była to nowa religia sensu stricte, ale raczej reinterpretacja starszych wierzeń i praktyk- nie zerwanie, a ewolucja. Prześledzenie procesu rozpowszechniania się i recepcji nauk Zoroastra jest bardzo ciężkie. Jego zwolennicy nie stworzyli jakiejś scentralizowanej instytucji. Wyglądało to raczej tak, że jakaś część tradycyjnych kapłanów i wiernych znalazła się pod jego wpływami i przemycała jego rozumienie do starszych form religijności- ciężko jednak dokładnie określić ile było “zoroastryzmu w zoroastryzmie”. Widać także przeobrażenia i zmiany w wierzeniach (z których wiele zachodziło równoległe a nie liniowo) zachodzące w czasie. Nie wiadomo też ile szeregowi wierni rozumieli (i na ile znali) z Zoroastra a na ile po prostu kontynuowali starożytny kult swoich poprzedników.

    Początkowo procesy te zachodziły tylko we wschodniej części irańskiego świata, ale zjednoczenie go przez Achemenidów prawdopodobnie umożliwiło ekspansję na Zachód. Uczeni nie są pewni kiedy zoroastryzm stał się dominującym nurtem religii irańskiej. Przypuszcza się, że pierwsi Achemenidzi wyznawali raczej mazdaizm (ogólna nazwa religii irańskich). Pewne przesłanki pokazują wpływy zoroastryjskie w tym okresie, ale taki na przykład Cyrus, w swojej słynnej inskrypcji, powoływał się na semickich bogów. Wiemy o niszczeniu miejsc kultu dew za Achemenidów i reformie kalendarza za Aratkserksesa II (zmieniono nazwy miesięcy na zoroastryjskie bóstwa), ale z drugiej strony wiemy też o bardzo daleko idącej tolerancji dla innych wierzeń.

    Wyobrażenie Zoroastra

    Wskazuje to, że zoroastryzm miał wówczas bardzo luźną strukturę. Stare wierzenia i tradycje mieszały się z nowymi interpretacjami a do tego doszło mnóstwo apokryficznych i nowych praktyk będących efektem naturalnej ewolucji religii. Pojawiają się kulty bóstw, których w ogóle nie ma w Gatach, historie o Zoroastrze stają się pełne magii a głównym zmartwieniem staje się poprawne przeprowadzanie czynności kultowych i budowa świątyń ognia. Nauczanie o Prawdzie i Fałszu zostaje przedstawione jako kosmiczna bitwa między siłami dobra i zła w której każdy bierze udział. Zło zostaje spersonifikowane w osobie Arymana, Azi Dżahaka (smoka, węża) i dewów. Istoty te zamieszkują podziemne krainy, gdzie knują przeciwko dobru i ludziom. Pojawia się także w pełni rozwinięta eschatologia (czyli nauczanie o czasach ostatecznych).

    Saoszjant to już nie każdy wierny żyjący w zgodzie z aszą, tylko konkretny mesjasz, który przyjdzie na końcu czasów aby ostatecznie pokonać zło. Łączy się to z wierzeniem w Fraszokereti (dosłownie “czynienie wspaniałym, doskonałym”) czyli odnowieniem świata. Początkiem tego okresu będzie pojawienie się na ziemi Saoszjanta, który poprowadzi ahury do walki z dewami. Saoszjant wskrzesi także wszystkich zmarłych ludzi, przywracając im ciała. Wówczas nastąpi Sąd Ostateczny- ahury Airjaman i Atar spuszczą na Ziemię rzekę płynnego metalu w której ocaleją tylko sprawiedliwi. Rzeka ta spłynie następnie do podziemnego świata i unicestwi pozostałe dewy i Arymana. Następnie Ahura Mazda i Amesza Spenta uwarzą specjalną, “białą” haomę, której wypicie zapewni sprawiedliwym nieśmiertelność. Następnie wszyscy będą sławić aszę przez całą wieczność.

    Współczesny obraz zoroastryjski

    Niewiele wiadomo o dziejach zoroastryzmu za panowania Seleucydów i Partów. Pisarze z czasów Sasanidów określali ten okres jako wieki ciemne, których początkiem było zniszczenie Awesty przez Aleksandra Wielkiego (faktycznie, w czasie podbojów Macedończyka zniszczono jakąś część tekstów religijnych). Miało to spowodować konfuzję i niezrozumienie tego czym jest Dobra Wiara. Na szczęście pojawienie się Sasanidów na tronie uratowało sytuację i Persja odzyskała swoją prawdziwą wiarę. Widać tutaj jak na dłoni propagandę sasanidzką, która próbowała zunifikować historycznie zróżnicowane wierzenia zoroastryjskie w jedną, koherentną religię i wykorzystać ją do swoich celów. Wielu magów (jak określano kapłanów) nie tylko się przed tym nie broniło, ale wręcz popierało te dążenia, chcąc zapewne narzucić swoje interpretacje tradycji zoroastryjskiej jako obowiązujące.

    Sojusz ten opłacił się zoroastryjskiemu klerowi (a przynajmniej jego rządzącej części), który w czasach sasanidzkich w zasadzie zyskał monopol na interpretacje irańskiej religii. Państwo sponsorowało świątynie, kształcenie kapłanów i broniło przed konkurencją ze strony “herezji” (czyli tymi zoroastyjczykami, którzy mieli inne poglądy od zwycięskiej partii) i innymi religiami (na przykład chrześcijaństwo). W zamian za to kościół zoroastryjski popierał coraz większe podziały społeczne i ucisk warstw niższych- z tego powodu wśród chłopstwa i rzemieślników popularny stał się zoroastryzm w wersji Mazdaka, odwołujący się do haseł sprawiedliwości i równości społecznej. Wśród osób o bardziej ezoterycznym oglądzie religii szerzył się natomiast manicheizm, który również czerpał garściami z nauk Zoroastra. Twórca religii, Mani, był przez pewien czas bardzo blisko z elitą rządzącą, ale ostatecznie został zmarginalizowany i uwięziony.

    Zniszczenie skrzyni z prochami Zoroastra przez muzułmanów

    Kres dominacji zoroastryjskiej położyły arabskie najazdy. Nastawienie nowych panów do starej religii było różne, ale radykalny monoteizm islamu zaowocował zerwaniem z politeistycznymi i henoteistycznymi tradycjami. Również dewy i Aryman zostały sprowadzone do roli demonów. Z biegiem czasu (pod przymusem bądź dobrowolnie) większość Irańczyków porzuciła ją na rzecz islamu. Mimo, że zoroastrian jest obecnie bardzo niewielu w Iranie, to religia ta cieszy się dużym szacunkiem ze strony świeckich elit (jako prawdziwa religia Irańczyków i przeciwwaga dla sklerykalizowanego do granic możliwości szyickiego islamu). Zoroastryzm, choć praktykowany przez maleńką grupkę jest ważnym składnikiem tożsamości irańskiej. Niewielkie społeczności przetrwały także w Indiach, gdzie perscy kupcy osiedlali się jeszcze w czasach Achemenidów. Indyjskich zoroastrian określa się mianem Parsów i grupa ta wydała na świat jednego z najsłynniejszych muzyków w historii- Freddiego Mercurego, który tak naprawdę nazywał się Farrokh Bulsara.

    #daszwiare #religia #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #iran
    pokaż całość

    •  

      @Kjedne: hinduizm nie był izolowany, wręcz przeciwnie- kolejno wchodził w interakcje z religiami stepowymi, irańskimi a potem islamem i chrześcijaństwem. Prawie całkowicie pochłonął buddyzm i przez ponad 1000 lat był w,stanie opierać się islamowi. A chrześcijaństwo w ogóle nie ma podjazdu- od mniej więcej III wieku próbuje tam nawracać a i tak ma mniej niż 3% wyznawców. Sukces "misyjny" islamu tam to też raczej kwestia polityczna. pokaż całość

      +: Kjedne
    •  

      @Kjedne: co do zoroastryzmu i chrześcijaństwa jeszcze to są badacze, którzy twierdzą, że judaizm odbił w stronę monoteizmu właśnie pid wpływem zoroastryjskich ideii :).

      Oto co mówi jewish encyclopedia:

      Resemblances Between Zoroastrianism and Judaism.
      The points of resemblance between Zoroastrianism and Judaism, and hence also between the former and Christianity, are many and striking. Ahuramazda, the supreme lord of Iran, omniscient, omnipresent, and eternal, endowed with creative power, which he exercises especially through the medium of his Spenta Mainyu ("Holy Spirit"), and governing the universe through the instrumentality of angels and archangels, presents the nearest parallel to Yhwh that is found in antiquity. But Ormuzd's power is hampered by his adversary, Ahriman, whose dominion, however, like Satan's, shall be destroyed at the end of the world. Zoroastrianism and Judaism present a number of resemblances to each other in their general systems of angelology and demonology, points of similarity which have been especially emphasized by the Jewish rabbinical scholars Schorr and Kohut and the Christian theologian Stave. There are striking parallels between the two faiths and Christianity in their eschatological teachings—the doctrines of a regenerate world, a perfect kingdom, the coming of a Messiah, the resurrection of the dead, and the life everlasting. Both Zoroastrianism and Judaism are revealed religions: in the one Ahuramazda imparts his revelation and pronounces his commandments to Zarathustra on "the Mountain of the Two Holy Communing Ones"; in the other Yhwh holds a similar communion with Moses on Sinai. The Magian laws of purification, moreover, more particularly those practised to remove pollution incurred through contact with dead or unclean matter, are given in the Avestan Vendïdād quite as elaborately as in the Levitical code, with which the Zoroastrian book has been compared (see Avesta). The two religions agree in certain respects with regard to their cosmological ideas. The six days of Creation in Genesis find a parallel in the six periods of Creation described in the Zoroastrian scriptures. Mankind, according to each religion, is descended from a single couple, and Mashya (man) and Mashyana are the Iranian Adam (man) and Eve. In the Bible a deluge destroys all people except a single righteous individual and his family; in the Avesta a winter depopulates the earth except in the Vara ("enclosure") of the blessed Yima. In each case the earth is peopled anew with the best two of every kind, and is afterward divided into three realms. The three sons of Yima's successor Thraetaona, named Erij (Avesta, "Airya"), Selm (Avesta, "Sairima"), and Tur (Avesta, "Tura"), are the inheritors in the Persian account; Shem, Ham, and Japheth, in the Semiticstory. Likenesses in minor matters, in certain details of ceremony and ritual, ideas of uncleanness, and the like, are to be noted, as well as parallels between Zoroaster and Moses as sacred lawgivers; and many of these resemblances are treated in the works referred to at the end of this article. pokaż całość

    • więcej komentarzy (19)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 50 w którym próbujemy zreformować starożytną religijność i przekonać ludzi do przedkładania tego co moralne nad to co doczesne.

    Dzisiaj opowiem wam o niesamowitej osobistości żyjącej w I wieku n.e. Już przed narodzinami jego matce objawiła się niebiańska istota i zapowiedziała, że dziecko które powije dokona rzeczy wielkich. Same narodziny były cudem a szybko dorastający młodzieniec zwracał uwagę swoją bystrością. W wieku zbliżonym do dorosłości opuścił rodzinny dom i poświęcił się wędrownemu nauczaniu. Szybko zdobył sobie popularność. Przemawiając do tłumów, wzywał ludzi do skupienia się nie na gromadzeniu doczesnych bogactw, ale na sprawach duchowych i moralnym życiu. Nie był jednak zwykłym mędrcem- nie ograniczał się do pouczeń, ale czynił także rozliczne cuda- uzdrawiał chorych, uwalniał nękanych przez złośliwe duchy a nawet wskrzeszał martwych. Obserwujący go ludzie szybko doszli do wniosku, że jest on kimś więcej niż człowiekiem. Niestety- nie wszystkim podobało się jego nauczanie i popularność. Przeciwnikom udało się go w końcu zaskarżyć przed rzymskimi władzami…

    Niespodzianka!!!

    Stop! Zapewne myślisz sobie coś w stylu “Dobra Andrzej, nie po to marnuje czas na czytanie Twoich wypocin żeby po raz tysięczny słuchać o Jezusie.” Rzecz w tym że ten wstępniak dotyczy niejakiego Apolloniusza z Tyany. Najważniejszym i najbardziej obszernym źródłem dotyczącym jego życia jest Żywot Apolloniusza, autorstwa Flawiusza Filostrata. Historycy mają z nim jednak duży problem gdyż jest naładowany nadnaturalnymi wątkami, powstał przeszło sto lat po opisywanych wydarzeniach a jego autor był mocno na bakier z filozofią. Istnieje przez to spore ryzyko, że niewiele rozumiał z faktycznego nauczania swojego “mistrza”. Nie jest to bynajmniej opinia współczesnych hiperkrytyków* tylko uwagi choćby autorów bizantyjskich. Mit, legenda i wiara będą się zatem mieszać z mrówczą pracą historyków próbujących jakoś oddzielić ziarno od plew.

    Zacznijmy od narodzin. Wiemy, że nasz bohater urodził się w zamożnej greckiej rodzinie, żyjącej w kappadockiej Tyanie. Według wierzeń jego narodziny zwiastował bóg Proteusz, który na pytanie matki “kim zatem będzie moje dziecko?” odpowiedział “mną”. Apolloniusz miał zatem być wcielonym bogiem. Jego narodziny były nie mniej cudowne- matka poszła z przyjaciółkami na pole, gdzie ucięła sobie drzemkę w trawie. Obudził ją dźwięk wydawany przez fruwające nad nią łabędzie i wówczas porodziła syna. Towarzyszył temu wielki piorun z niebios, który nie uderzył jednak ziemi. Zatrzymał się nad nią i powrócił skąd przyszedł. Dla wielu starożytnych piorun był znakiem od samego Zeusa, że oto narodził się jego syn. Wracając do bardziej przyziemnych rzeczy- jako członek zamożnego rodu Apolloniusz odebrał klasyczne wykształcenie, które obejmowało między innymi retorykę, filozofię, matematykę i historię. Jako nastolatek miał się zainteresować Pitagorasem i jego naukami. W świecie starożytnym Pitagoras był znany bardziej jako guru niż filozof czy matematyk (w dzisiejszym tych słów znaczeniu).

    Miasta jakie miał odwiedzić Apolloniusz

    Przypisywano mu wiele ezoterycznych doktryn nadających matematyce i filozofii duchowy wymiar. Pitagoreizmy były różne, ale jedną z cech wspólnych były na przykład wegetarianizm oraz wiara w reinkarnację. Pitagorejczycy mieli swoje wspólnoty, gdzie praktykowano tajemnicze obrzędy oraz przekazywano sekretną wiedzę, niedostępną dla “maluczkich”. Młody Apolloniusz wkręcił się tak mocno, że został pustelnikiem. Nie golił się, nie jadł mięsa, spał na ziemi i ubierał się tylko w lniane tkaniny. Wyrzekł się rodzinnego majątku, zostawiając sobie tylko niezbędne do egzystencji minimum. Po oddaniu dobytku starszemu bratu Apolloniusz miał jakoby rozpocząć pięcioletni okres izolacji. Ten autentyzm i poświęcenie sprawiły, że zaczął być popularny wśród ludzi szukających przeżyć duchowych. W trakcie odosobnienia Apolloniusz uzyskał rzekomo zdolność do czytania w myślach i posługiwania się każdym ludzkim językiem.

    W przeciwieństwie do klasycznych pitagorejczyków, młody Apolloniusz stwierdził, że powinien przekazywać wiedzę, którą zyskał poprzez swoją praktykę i kontemplację. Ponadto był żywo zainteresowany wymianą poglądów i spostrzeżeń z innymi. Został więc wędrownym mędrcem i podróżował po Wschodzie. Wersja minimum mówi o tym, że odwiedzał miasta leżące na wybrzeżach Azji Mniejszej, Syrii i kontynentalnej Grecji. Istnieją jednak tradycje mówiące, że zwiedził on szmat Azji. Przypisuje się mu odwiedzenie Egiptu, Mezopotamii a nawet dotarcie aż do Indii. Przekaz ten był nawet często uznawany za prawdziwy i nie budzący większych kontrowersji zwłaszcza, że odnaleziono indyjskie źródła traktujące o Apolloniuszu. Dzisiaj jest on jednak powszechnie odrzucany- wykazano, że rzekome źródła są tak naprawdę XIX- wiecznymi falsyfikatami.

    Posąg identyfikowany z Apolloniuszem

    W swoim nauczaniu Apolloniusz zwracał uwagę na fakt, iż wielu ludzi zbyt mocno koncentruje się na dobrach materialnych i zapomina o tym co jest faktycznym celem człowieka- moralne i dobre życie. Nawoływał do “nawrócenia” i odrzucenia niektórych praktyk religijnych. Krytykował na przykład ofiary ze zwierząt jakie starożytni składali bogom. Ponadto miał uważać, że wszystkie obrzędy, modlitwy, ofiary czy inne tam cuda na kiju są tak naprawdę bezwartościowe. Nauczał, że Najwyższa Siła rządząca i stanowiąca wszechświat ma te rzeczy za nic i nie potrzebuje ich. Apolloniusz twierdził, że Najwyższy Byt nie ingeruje w sprawy ludzkie i jest bardziej bezosobową ideą i siłą. Jedyną drogą do jego poznania są zatem nie modlitwy, ale nous (tak grecy nazywali racjonalny aspekt duszy ludzkiej- umysł). Postulował wiarę w reinkarnację, która miała wznosić dusze na coraz to wyższe stadium rozwoju. “Awans” duszy był zależny od poprzedniego wcielenia- jeśli dusza żyła moralnie, to wcielała się w wyższą formę życia, a jeśli niegodnie, to była degradowana.

    Tradycje ludowe (a za nimi Żywot) chciały jednak widzieć w Apolloniuszu przede wszystkim cudotwórcę i nadprzyrodzoną istotę. Flawiusz podaje na przykład, że znał on języki ptaków i potrafił się z nimi komunikować. Apolloniusz miał także posiadać zdolność obserwacji wielu odległych od siebie miejsc równocześnie. Flawiusz opisuje, że w trakcie jednej z przemów przed ludem w Efezie, wielki filozof nagle zamilkł po czym zaczął krzyczeć “zabij tyrana!”. Następnie obwieścił słuchającym, że właśnie był świadkiem zabójstwa cesarza Domicjana. Przytacza też proroctwo Apolloniusza, ostrzegającego Efezjan przed nadciągającą epidemią i późniejsze egzorcyzmy, których finałem było wygnanie demona zarazy. Apolloniusz był ceniony za uzdrowienia. Jego rodzinna Tyana stała się czymś w rodzaju małoazjatyckiego Lourdes- ciągnęły tam sznury pielgrzymów z nadzieją na wybawienie od choroby. Maksym z Tyru pisał, że Apolloniusz był w młodości adeptem w świątyni Asklepiosa. Mamy kilka historii o uzdrowieniach z Tarsu, Lebadeai czy Koryntu (gdzie Apolloniusz dojechał także wampira).

    Posąg przedstawiający Asklepiosa

    Do naszych czasów zachowała się pokaźna kolekcja listów Apolloniusza. Istnieją poważne wątpliwości co do tego, kto jest ich rzeczywistym autorem. Wiarygodności nie dodaje fakt, że kompozycja wielu z nich jest podejrzanie podobna do tej z Żywotów. Historycy przyjmują jednak, że część listów została napisana przez naszego bohatera albo chociaż sfabrykowano ją na podstawie rzeczywistych nauk. Listy prezentują Apolloniusza jako neopitagorejskiego filozofa i czempiona greckiej kultury, który czasem negatywnie odnosi się do Rzymian. Wątek ten nie występuje w Żywotach, co dodaje nieco wiarygodności listom. Uwiarygadnia je także zapis polemik ze stoickimi filozofem- Muzoniuszem Rufusem. Wskazują one na to, że spór wygrał ten drugi (czego fani Apolloniusza raczej by nie przyznali gdyby od początku do końca fabrykowali źródła). Generalnie listy są mniej naszpikowane magią i czarami, ale… paradoksalnie sam Apolloniusz określa się w nich mianem czarownika.

    Niektórzy badacze uważają go wprost za postać mityczną, ale generalnie przyjmuje się, że Apolloniusz faktycznie istniał i był religijnym myślicielem, który chciał zreformować religię swojego otoczenia. Fakt, że “cud ściele się gęsto” w relacjach o nim jest tłumaczony tym, że umysłowość starożytnych domagała się czarów i wrzucała je do opowieści o ludziach wybijających się zdecydowanie na ponadprzeciętność. Apolloniusz jest często porównywany do innego religijnego nauczyciela z I wieku- Jezusa z Nazaretu. Ich historie mają wiele podobieństw- cudowne narodziny, nadprzyrodzone pochodzenie, cuda, skierowanie uwagi na moralność i duchowość zamiast skupienia na rzeczach materialnych, fakt posiadania uczniów etc. Porównania te nie są nowe- pogańscy krytycy chrześcijaństwa często przeciwstawiali postaci Jezusa postać Apolloniusza, twierdząc, że przewyższał on mądrością, moralnością i mocą Nazarejczyka. Chrześcijanie zresztą nie zaprzeczali znakom i naukom Tyańczyka- po prostu uważali, że był opętany przez potężne demony, stąd miał moc czynienia cudów.

    Ale jakie podobieństwa?!

    Podobne do starożytnych polemistów poglądy (z pominięciem metafizyki) przypisuje się niektórym oświeceniowym myślicielom. Motyw ten jest zresztą do dzisiaj obecny w literaturze neopogańskiej a czasem nawet świeckiej (gdzie oczywiście pomija się element nadnaturalny). Warto dodać, że zwolennicy teorii “mitycznego Jezusa” (niezależnie od tego czy uważają, że Jezus został totalnie wymyślony czy istniał jakiś rzeczywisty pierwowzór, który później modyfikowano tak żeby pasował do proroctw i celów późniejszych wspólnot) powołują się na postać Apolloniusza, jako przykład tego jak mitologizowano nauczycieli moralnych i duchowych w czasach starożytności. Uważają, że taki sam proces zaszedł w przypadku Chrystusa.

    Należy jednak zaznaczyć, że między Jezusem a Apolloniuszem istnieją pewne znaczące różnice. Przede wszystkim Jezus głosił osobowego Boga, podczas gdy Apolloniusz skłaniał się bardziej ku panteizmowi. Ponadto Jezus przepowiadał rychłą apokalipsę i z powodu wiary w bliski koniec świata był o wiele bardziej wymagający w stosunku do swoich wyznawców. Apolloniusz zaś nie był apokaliptycznym prorokiem i nie odnosił się do końca mającego rzekomo być “tuż za rogiem”. Kolejną różnicą będzie fakt, że dla historii Jezusa kluczowa jest jego męczeńska śmierć na krzyżu (w ujęciu historycznym będąca efektem konfliktu z elitą kapłańską współpracującą z Rzymem). Apolloniusz zaś zamęczony nie został. Miał wprawdzie konfrontacje twarzą w twarz z Domicjanem, cesarzem rzymskim, ale dzięki nadprzyrodzonym mocom wyszedł z niej cało.

    #daszwiare #religia #rodzimowierstwo (wiem, że to nie słowiańskie, ale dla zasięgu) #ateizm #katolicyzm #chrzescijanstwo #historia #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 49 w którym pokazujemy, że chrześcijańskie misje niekoniecznie muszą opierać się na sile i przymusie.

    W ostatnim odcinku poruszyłem temat misji i chciałbym przy nim pozostać. Większość znaczących misji w dziejach chrześcijaństwa wyglądała tak, że strona nawracająca miała znaczną przewagę nad nawracanymi. Tak było w przypadku rzymskim a potem europejskim, gdzie to władcy narzucali poddanym wyznanie (choćby u nas) i tak było w przypadkach kolonialnych. Administracja danego imperium albo popierała misje albo wręcz narzucała chrzest. Wiązało się to przede wszystkim z faktem, że kościoły uwielbiały sojusze z tronem. Tron zaś cenił sobie ołtarz z którego co chwila pouczano maluczkich o boskim pochodzeniu władzy. Jest to częsty zarzut krytyków na argument za prawdziwością tej religii (znaczy- że jej rozpowszechnienie nie wynikało za bardzo z jakiejś “prawdziwości”, a raczej z politycznych i społecznych uwarunkowań).

    Indianie dobrowolnie i z radością przyjmują nową religię

    Ciekawym i dość unikalnym zjawiskiem jest tak zwany Kościół Wschodu- określany także jako wschodniosyriacki, asyryjski lub nestoriański. To ostatnie określenie jest niepoprawne, ale najbardziej rozpowszechnione i dlatego też będę go używał. W przeciwieństwie do reszty “historycznych” kościołów (rzymski, prawosławne i miafizyckie) nigdy nie udało mu się zawrzeć efektywnego sojuszu z tronem. Nestorianie byli zazwyczaj mniejszością na terenach na których działali. Nie był to bynajmniej efekt ewangelizacyjnego lenistwa. Wprost przeciwnie- zapał był tak wielki, że przez długi czas kościół ten był najbardziej rozległy geograficznie. I to właśnie rozproszenie było jedną z przyczyn faktu bycia mniejszością (obok niemożności siłowego narzucenia religii przy poparciu władzy). Matecznikiem kościoła była perska Mezopotamia, zwana przez irańskich zdobywców jako Asuristan (kraj Asyryjczyków).

    Ruiny klasztoru Świętego Eljasza w Iraku (stan przed działalnością ISIS)

    Korzenie kościoła sięgają najwcześniejszych syriackojęzycznych wspólnot chrześcijańskich. Pierwsze powstały w cesarstwie rzymskim, ale z racji ożywionych kontaktów z krewniakami z partyjskiej strony granicy, nowa religia rozpowszechniała się także tam. Partowie byli władcami Iranu do III wieku, kiedy to zostali obaleni przez Sasanidów. Nowa dynastia nie przeszkodziła w rozwoju chrześcijaństwa. Ze źródeł wiemy, że już w czasach partyjskich w Persji funkcjonowało dwadzieścia biskupstw i sięgały one Baktrii (współczesny Afganistan). Sasanidzkie najazdy na Rzymian i idące za nimi przesiedlenia zwiększały liczbę chrześcijan. W wyniku osiedlania greckojęzycznych jeńców z wybrzeży syryjskich (Antiochia i okolice) wśród mezopotamskich chrześcijan wyodrębniły się dwie organizacje kościelne- jedna helleńska, druga semicka. Czemu semicka a nie perska? Ano dlatego, że Mezopotamia, choć rządzona przez Persów to była w większości zamieszkana przez ludy semickojęzyczne.

    Ruiny kościoła nestorianskiego w Geramonie

    Po jakimś czasie różnice uległy zatarciu, ale były inne problemy. W IV wieku Rzym stał się chrześcijańskim państwem. Nieustannie skonfliktowani z nim Sasanidzi zaczęli patrzeć na swoich chrześcijańskich poddanych jak na potencjalną V kolumnę. Ponadto Sasanidzi zacieśnili związki z zoroastryjskimi magami i w uznali ich religię za państwową. Zdarzały się prześladowania innowierców, także chrześcijan. Były to jednak raczej okresowe kampanie, przerywane latami spokoju. To wyjaśnia inne zjawisko będące skutkiem “nawrócenia” Rzymu. Władza cesarska zaczęła mieszać się w kontrowersje teologiczne. Za poglądy niezgodne z aktualnie obowiązującymi groziła nawet śmierć. Członkowie frakcji które przegrały salwowali się często ucieczką do Iranu. Perskie władze wręcz cieszyły się z takiego obrotu spraw- ewentualne spory mogły bowiem rozbijać miejscowe wspólnoty chrześcijańskie.

    To uczucie gdy z jednej strony jesteś heretykiem potępionym przez sobór a z drugiej autorem jednej z katolickich liturgii

    Oszczędzę wam szczegółów dotyczących przebiegu sporów. Wspomnę tylko, że historia o rzekomym przyjęciu nauki Nestoriusza jest nieprawdziwa. Owszem, część jego poglądów była popierana a on sam był generalnie darzony szacunkiem*, ale teologia kościoła Wschodu nie jest nestoriańska. Sami patriarchowie Seleucji- Ktezyfonu (najważniejszy biskup perskich chrześcijan) uważali się za część powszechnego kościoła. Owszem w V wieku pojawił się teologiczny rozjazd z diofizytami (późniejsi katolicy i prawosławni) i miafizytami (tzw. orientalna ortodoksja), ale nie był on jednak tak wielki jak chcieliby niektórzy autorzy “ortodoksyjni”. W międzyczasie, mimo prześladowań, chrześcijaństwo nie tylko przetrwało w Mezopotamii, ale na dobre rozwinęło się także na terenach rdzennie perskich (np. Chuzestan i Sziraz) i kontynuowało ekspansję na Azję Środkową (np. Merw w dzisiejszym Turkmenistanie), Daleki Wschód oraz półwysep Arabski. W VI wieku funkcjonowały nestoriańskie biskupstwa w jemeńskiej Sanie i na Sokotrze. Doszło nawet do chrztów cały arabskich klanów i federacji.

    Ruiny Hiry, stolicy arabskich Lachmidów, których władcy byli wiernymi Kościoła Wschodu

    W VI wieku polityka Sasanidów zaczęła się zmieniać. Skoro prześladowania nie hamują wzrostu liczby wyznawców, a ci wyznawcy służą w armii czy w administracji i biorą udział w życiu gospodarczym, to lepiej się dogadać. Oczywiście kościół nie mógł liczyć na takie przywileje jak magowie, ale miał pozytywne relacje z władzą. Zdarzało się nawet, że biskupi i patriarchowie byli doradcami, dyplomatami i członkami dworu. Chosrow II miał nawet chrześcijańską żonę Szirin i był w bardzo przyjaznych stosunkach z patriarchą Sabriszo. Za pontyfikatu Sabriszo doszło do ożywienia ruchu monastycznego w którego skład wchodziły nie tylko osiadłe wspólnoty, ale także wędrowni misjonarze-mnisi. Zaowocowało to aktywnością ewangelizacyjną. Za pontyfikatu Iszujaba II chrześcijaństwo nie tylko na dobre zadomowiło się na ziemiach etniczne irańskich (dowodem utworzenie metropolii w Hulwanie), ale także na terenach afgańskich (nowa metropolia w Heracie) i w Azji Środkowej (metropolia w Samarkandzie).

    Wizerunek nestoriańskiego duchownego z irackiej Samarry

    Jeśli chodzi o ten ostatni region to, jak już wspomniałem, pierwsze wzmianki o lokalnych, licznych wspólnotach chrześcijańskich pochodzą z IV wieku. Głównym ośrodkiem był Merw, którego wpływy nie kończyły się wcale na osiadłych społecznościach regionu- misjonarze nestoriańscy starali się także trafić do koczowniczych sąsiadów żyjących na Wielkim Stepie. Źródła wzmiankują o tureckich królach, którzy przyjmowali chrzest ze swoimi ludami. Nie potrafimy jednak do końca zidentyfikować plemion i ich władców, ale konwersje te są raczej pewne- już w VI wieku zaskoczeni Rzymianie donoszą o chrześcijanach wśród swoich tureckich najemników. Wielu mieszkańców sąsiadującej z Merwem Sogdiany było nestorianami. Sogdyjczycy zajmowali bardzo ważne miejsce w handlu na wschodnim odcinku Jedwabnego Szlaku- pośredniczyli w wymianie między Chinami a Iranem. Prawdopodobnie to właśnie z Sogdiany chrześcijaństwo trafiło do Chin.

    Dzieło pochodzące z syriackiej biblii

    Wiemy, że wschodniosyryjscy mnisi wykradli w 552 roku jedwabniki i przewieźli je do Bizancjum. Zorganizowana i uchwytna źródłowo misja zaczęła się jednak w 635 roku wraz z przybyciem Alopena (prawdopodobnie Sogdyjczyka, gdyż źródła zaświadczają o jego znajomości chińskich języków). Przywiózł on ze sobą podarki dla cesarza prosząc władcę o możliwość otwartej działalności. Cesarz zgodę wydał, określając wiarę Alopena jako “Religię Światła”. Nestorianie uzyskali nawet prawo do posiadania klasztoru przy cesarskim dworze. Co ciekawe, dla Chińczyków była to “perska wiara”. W 642 roku misjonarze przetłumaczyli na język chiński najważniejsze dzieła a za rządów cesarza Kao-tsunga (650-83) wydano zezwolenie na budowę kościołów w stolicach chińskich prowincji. Za rządów cesarzowej Wu doszło do pierwszych prześladowań- był to prawdopodobnie efekt tego, że żwawy rozwój chrześcijaństwa był traktowany jako zagrożenie przez kler buddyjski. Potem jednak sytuacja unormowała się.

    Stella z Xian

    Tak zwana Stella z Xian (wzniesiona w 781 roku, odnaleziona w 1625 roku) dokumentuje rozwój chrześcijaństwa w Chinach. Była ona dedykowana misjonarzowi Issie z Balchu, który po przybyciu do Chin zasłynął jako sinolog. Stella wspomina nie tylko o Alopenie, ale także niejakim Chi-liehu, który działał w Kantonie. W VIII wieku powstają pierwsze chińskie dzieła chrześcijańskie- Świetliste Nauczanie, Tajemniczy Pokój i Sutra Radości. Duży wkład w tłumaczenie chrześcijańskich dzieł z syriackiego na lokalne języki miał indyjski uczony Pradschna oraz chrześcijański mnich Kingtsing (Adam). Szacuje się, że do X wieku w języku chińskim istniało około 500 dzieł chrześcijańskich (w tym cały Nowy Testament). Większość z nich nie przetrwała do naszych czasów i znamy je tylko ze wzmianek w innych źródłach. Najbogatszą kolekcją są tak zwane Sutry Jezusa, których terminologia obficie czerpie z buddyzmu i taoizmu, co zaświadcza, że miejscowe chrześcijaństwo nie miało problemów z akulturacją.

    Fresk z nestoriańskiego kościoła w Chinach przedstawiający procesję

    Zainteresowanie chrześcijan lokalnymi religiami nie było jednostronne. Wielu buddyjskich uczonych interesowało się przybyszami. Zaświadcza o tym fakt, że wśród odnajdywanych dzieł buddyjskich zdarzają się teksty chrześcijańskie lub nawiązania do jego wierzeń. Na przykład jedna z buddyjskich ksiąg z Dunhuang nosi tytuł “Jezus Mesjasz”. Wśród dzieł z Dunhuang znajdują się także dwa teksty przypisywane przywoływanemu już Issie z Balchu. Uczeni nie byli jedyną z wyższych grup społeczeństwa, która interesowała się chrześcijaństwem. Taki na przykład generał i cesarski minister Kuo Tzu łożył ze swojego prywatnego majątku na kościoły i synody duchowieństwa. Arabscy podróżnicy docierający do Chin w VIII i IX wieku zaświadczają o licznych i wpływowych wspólnotach nestoriańskich (co ciekawe- donoszą także, że ci ludzie oburzają się gdy zostaną tak nazwani i sami siebie określają mianem “ibadi”). Abu Said donosi nawet o relacji podróżnika, który rozmawiał z samym cesarzem Itsungiem- według niego sam cesarz prezentował mu manuskrypty z Jezusem na ilustracjach.

    Chińskie wyobrażenie Jezusa z IX wieku

    Równolegle chrześcijaństwo szerzyło się także wśród Turków poddanych chińskim wpływom i wśród Tangutów (tybetański lud żyjący w Syczuanie). W VIII wieku jeden z tureckich władców Kaszgaru nawrócił się nawet na chrześcijaństwo. Był to jednak ewenement, bo większość możnowładców, nawet jeśli odnosiło się pozytywnie do “religii światła” to zostawało przy lokalnych wierzeniach. Ten brak oparcia na politycznej sile okazał się być problematyczny. W 845 roku cesarz Wu-tsung rozpoczął prześladowania chrześcijan. Zburzono wiele kościołów i klasztorów, bogatsi wyznawcy utracili pozycje i majątki. Mnichów i mniszki pojmano i zsekularyzowano. Patriarcha Teodozjusz I wspomina, że duchowieństwo z Chin nie uczestniczyło w zwołanych przez niego synodach. Od X wieku doniesienia o nestorianach w Chinach stały się coraz rzadsze. Przyjmuje się, że miejscowy kościół albo znikł całkowicie albo został totalnie zmarginalizowany.

    Jedna z tak zwanych Sutr Jezusa

    Na odrodzenie musiał poczekać do czasów imperium mongolskiego. No, ale to już inna (choć nie mniej ciekawa) historia.

    #daszwiare #religia #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 48 w którym nawracamy rdzennych mieszkańców Ameryki na chrześcijaństwo. Przy okazji pokazujemy, że można to zrobić bez zniszczenia ich kultury, populacji a nawet wcześniejszych wierzeń.

    Misje chrystianizacyjne prowadzone w europejskich koloniach są tematem kontrowersyjnym. Z jednej strony kościoły lubią mówić jak to niosły Słowo Boże i jak przybliżały ludzi do Jezusa (cokolwiek to znaczy). Z drugiej historycy jak i sami zainteresowani (albo raczej- to co z nich zostało) zwracają uwagę na często nie do końca humanitarne metody jak i fakt, że ewangelizacja była produktem kolonialnego systemu, który nie zapisał zbyt pięknych kart w dziejach rdzennych społeczności. W niektórych przypadkach zakończył te dzieje na dobre. Oczywiście sprawa nie jest jednowymiarowa- wielu misjonarzy dostrzegało niesprawiedliwości kolonializmu a w religii widziało program nie tylko duchowy, ale i społeczny, którego realizacja położyła by kres uciskowi. Były także misje, które działały na terenach nie objętych bezpośrednią władzą mocarstw kolonialnych albo wręcz od nich niezależnych. Jedną z ciekawszych (i mniej znanych) misji chrześcijańskich w Nowym Świecie była działalność prawosławna na Alasce.

    Atahualpa - żywy (martwy) dowód na to, że chrześcijaństwo może szkodzić zdrowiu

    Rosyjskie parcie na Wschód sięga XVI wieku. Przez kolejne stulecia podróżnicy, myśliwi i kupcy eksplorowali Syberię docierając aż nad Pacyfik. W 1741 roku Vitus Bering i Aleksander Chirikow dotarli, przez wyspy Aleuckie, do Alaski. Ekspedycja zakończyła się wprawdzie śmiercią wielu jej członków (w tym Beringa), ale odkryła wiele wysp i rosyjską drogę do Ameryki Północnej. Za odkrywcami ruszyli tak zwani promyszleniki- myśliwi i kupcy szukający możliwości zarobku. Rdzenna ludność Alaski początkowo znalazła się w konflikcie z żadnymi zysku przybyszami. Sytuacja była jednak dynamiczna- wśród promyszlenników byli prawie sami mężczyźni- jedynymi kandydatkami na żony były więc lokalne kobiety. Integracja obydwu społeczności była tak szybka i silna, że James Cook, który odwiedził Aleuty pod koniec XVIII wieku nie potrafił odróżnić jednych od drugich. Rosjanie nie tylko wżenili się w lokalne społeczności, ale także nauczyli ich języków i przejęli wiele lokalnych zwyczajów a jednocześnie przynieśli lokalsom własne.

    Ojciec Chrestny cieśniny Beringa

    Jednym z rosyjskich wkładów w wymianę kulturową było prawosławie. Wśród osadników i podróżników nie było jeszcze regularnego kleru, ale ludzie sami chrzcili swoje dzieci i krewnych oraz uczyli ich jakichś podstaw swojej religii (na tyle ile ją znali). Dni swobody i wolnej, nomen omen, amerykanki były jednak policzone. Interes w eksploatacji Nowego Świata zwietrzyli zamożni kupcy i w 1784 roku niejaki Szelikow utworzył na wyspie Kodiak pierwszą regularną rosyjską kolonię. Kilka lat później Szelikow udał się do Petersburga chcąc uzyskać państwowy monopol na handel futrem. Caryca Katarzyna odmówiła, ale przedsięwzięciem zainteresował się miejscowy metropolita, Gabriel. Nie interesowały go futra a raczej “duchowe potrzeby” Rosjan i ich rodzin żyjących w Nowym Świecie. Gabriel zebrał kilku duchownych ze słynnego klasztoru Wałaam. Klasztor położony był w Karelii i miał doświadczenie w pracy misjonarskiej z ugrofińską ludnością. Do dzisiaj wielu fińskich i rosyjskich Saami (Lapończyków) określa się mianem prawosławnych.

    Lapońska cerkiew w Nellim

    W 1793 roku 8 duchownych z Wałaam wyruszyło do Nowego Świata pod przewodnictwem archimandryty Jozafa. Po dotarciu na wyspę Kodiak mnisi wzięli się energicznie do pracy. Wbrew zapewnieniom Szelikowa nie istniał jeszcze żaden kościół ani nie było obiecanych zapasów. Rdzenni mieszkańcy byli raczej przychylnie nastawieni do mnichów. Po mniej niż roku spędzonym na wyspie Jozaf napisał do swojego duchowego ojca w Wałaam:

    Ochrzciłem, chwalmy Boga, więcej niż 7000 miejscowych i połączyłem w małżeństwie więcej niż 2000. Zbudowaliśmy już kościół i jeżeli czas pozwoli, zbudujemy następny oraz dwa przenośne. Przydałby się jeszcze i piąty. Żyjemy dobrze, oni kochają nas a my kochamy ich.

    Mnisi szybko dostrzegli jednak, że kupiecka spółka traktuje lokalsów jak niewolników. Pomyszlennicy działali w małych grupach i musieli raczej dogadywać się z rdzennymi mieszkańcami- kupcy mieli zaś do dyspozycji zbrojne oddziały. Mnisi donieśli o tym co się dzieje Szelikowowi, ale ten olał sprawę. Rosyjskie działania zaczęły wywoływać wrogość wśród części lokalsów o czym boleśnie przekonał się mnich Juwenaliusz, zabity w trakcie wizyty na kontynencie. W 1799 roku Jozaf został nawet biskupem Kodiak, ale zginął w wyniku katastrofy morskiej, gdy wracał z nominacji. Na czele misji stanął wówczas Herman, który otwarcie sprzeciwił się polityce Baranowa, nadzorcy spółki. Został za to uwięziony i zabroniono mu kontaktów z tubylcami. W odpowiedzi na sprzeczne sygnały synod cerkwi wysłał do Kodiak mnicha Gideona aby skontrolował sytuację. Konkluzja jego raportu brzmiała następująco:

    razy jakie otrzymali mnisi od pracowników kompanii są efektem dominującego tam poglądu, który mówi, że “Bóg jest w Niebiosach a car daleko więc tylko Baranow jest tym, którego należy się bać”.

    Klasztor w Wałaam w całej okazałości

    Raport Gideona nie odbił się jednak szerokim echem. Konflikt znalazł rozwiązanie dopiero gdy Baranow odszedł ze stanowiska i zastąpił go Szymon Janowski. Nowy nadzorca był pod dużym wrażeniem charyzmatycznego Hermana- wkręcił się tak bardzo, że po śmierci żony sam zdecydował się na zostanie monastykiem. Herman ostatecznie zdecydował się na opuszczenie wyspy Kodiak i osiedlił się na sąsiedniej Wyspie Świerkowej. Swoją pustelnię ochrzcił mianem Nowego Wałaam i była ona nie tylko ośrodkiem religijnym, ale także czymś na kształt centrum lokalnej społeczności. Prowadził tam szkołę, sierociniec oraz hospicjum- jego postawa i poświęcenie rdzennej ludności sprawiły, że już za życia był uważany przez miejscowych za świętego. Na formalną kanonizację trzeba było jednak poczekać aż do 1970 roku.

    Święty Herman

    Polityka kompanii uległa zmianie a nałożyło się to na zmiany w samej rosyjskiej cerkwi, która zrozumiała, że Rosja jest wielonarodowym imperium i zaczęła prowadzić misje wśród innych nacji bez dorzucania rosyjskiej kultury. Na Alasce znalazło to swoje odbicie między innymi w osobie księdza Jana Weniaminowa. Po przybyciu na miejsce szybko nauczył się on lokalnych języków a nawet stworzył dla nich alfabet i słowniki. Z pomocą lokalnych konwertytów przetłumaczył Ewangelię według Świętego Marka i część Boskiej Liturgii oraz stworzył katechizm w lokalnym języku. Weniaminow był wziętym stolarzem i kowalem- tę wiedzę również przekazywał miejscowym. Z ich pomocą zbudował w Unalasce kościół Wniebowstąpienia. Założył także sierociniec i szkołę w których uczył dzieci pisania zarówno w ich natywnym języku jak i po rosyjsku. W wolnych chwilach podróżował po wyspach Aleuckich i nauczał oraz chrzcił miejscowych. Jakby tego było mało to w trakcie swoich podróży spisywał informacje na temat geologii, klimatu, ludności, zwyczajów, roślin i zwierząt. Wydał nawet kilka prac naukowych za co został włączony w poczet Carskiej Akademii Nauk.

    Sobór Wniebowstąpienia- jedna z najstarszych cerkwi w Ameryce

    Na zaproszenie władz kolonialnych osiedlił się następnie w Sitce, stolicy rosyjskiej Ameryki. Rdzenni mieszkańcy tych okolic zwani Tlingit znajdowali się w konflikcie z rosyjskimi osadnikami. Weniaminow przekonał ich jednak do siebie pomagając w trakcie epidemii ospy. Z pomocą konwertytów przetłumaczył liturgię na język Tlingit. Jego parafii podlegała także wspólnota żyjąca w Fort Ross (miejscowość w Kalifornii), najdalej wysunięta na południe posiadłość rosyjska w Ameryce. W trakcie jednej z wizyt spotkał się z hiszpańskimi misjonarzami działającymi w Kalifornii. W 1839 wrócił na chwilę do europejskiej części Rosji gdzie opublikował wyniki swoich badań i próbował wymóc zgodę na utworzenie osobnej diecezji dla Alaski (podlegała ona pod biskupstwo w Irkucku na Syberii). W trakcie pobytu w Europie dowiedział się o śmierci żony i zdecydował się na zostanie mnichem przyjmując imię Innocentego. W 1840 roku cerkiew powierzyła mu biskupstwo Kamczatki, Kuryli i wysp Aleuckich.

    Święty Innocenty z Alaski

    Dzięki ożywionej działalności Innocentego liczba wiernych urosła tak, że konieczne stało się stworzenie seminarium aby móc kształcić własne duchowieństwo. Było to o tyle ważne, że Weniaminow był zdania, iż kler musi wywodzić się także z rdzennej ludności. Doceniając jego zasługi, synod cerkwi mianował go arcybiskupem i oddał jego jurysdykcji część wschodniej Syberii. Innocenty powrócił do Azji gdzie nauczył się jeszcze kilku lokalnych języków i kontynuował działalność misjonarską. Przez częste podróże kajakiem w lodowatej wodzie zaczął mieć problemy z nogami, ale nie przeszkodziło to synodowi rosyjskiemu powołać go na metropolitę Moskwy (najwyższy możliwy urząd w ówczesnym rosyjskim prawosławiu). Jako metropolita nie zapomniał o Dalekim Wschodzie i Ameryce- założył Prawosławne Towarzystwo Misyjne, które wspierało życie religijne wśród nierosyjskiej ludności imperium.

    Święty Jakub Niecwietow

    Dalsza działalność misyjna i formacyjna w Ameryce była dziełem potomków konwertytów albo ludności kreolskiej (dzieci ze związków mieszanych). Doskonałym przykładem jest postać Jakuba Niecwietowa, którego matka była rdzenną Amerykanką. Przez 18 lat prowadził on misje wśród rdzennej ludności doliny rzeki Jukon. Kultywował podejście Weniaminowa i tłumaczył teksty religijne i liturgiczne na lokalne języki oraz starał się adaptować jak najwięcej lokalnych zwyczajów do praktyki prawosławnej. Można śmiało powiedzieć, że był to standard dla działalności misjonarskiej cerkwi na Alasce. W momencie śmierci Niecwietowa w 1865 roku cerkiew mogła się poszczycić około 12 000 wiernych wśród rdzennych Amerykanów, 9 kościołami, 35 kaplicami, 17 szkołami i 4 sierocińcami. Ogólna liczba prawosławnych była większa gdyż wliczali się do niej także etniczni Rosjanie i ludność mieszana, identyfikująca się jednak bardziej z rosyjskimi korzeniami.

    Fort Ross- najbardziej rosyjska część Kalifornii

    W 1867 Rosja sprzedała swoje amerykańskie posiadłości Stanom Zjednoczonym. Cerkiew nie tylko nie oponowała, ale wręcz uważała to za szansę na zwiększenie prawosławnej obecności w Ameryce. Weniaminow chciał na przykład przenieść stolicę biskupstwa z Sitki do San Francisco i pozyskać nauczycieli angielskiego dla swoich wiernych, mając świadomość, że prędzej czy później język ten wyprze rosyjski. O ile umowa sprzedaży gwarantowała prawną ochronę wolności wyznania i majątku cerkiewnego to tego samego nie można powiedzieć o kulturze i dobrach rdzennej ludności. Dla wielu białych Amerykanów “Indianie” byli niższą rasą, którą należy “ucywilizować” i “nawrócić”, przy okazji odbierając im najbardziej atrakcyjne ziemie i niszcząc ich zwyczaje i języki. Amerykański rząd jak i organizacje zaczęły podejmować próby agresywnej “amerykanizacji” rdzennej ludności.

    Czek za który Amerykanie kupili Alaskę

    Udział w tym procederze wzięły niektóre protestanckie kościoły, przede wszystkim prezbiterianie. Zakładane przez nich szkoły i instytucje kulturalne oraz społeczne były “English only”. Jeden z misjonarzy, Hall Young postawił sprawę bardzo jasno pisząc:

    Jedną silna pozycją jaką pierwszy zająłem była decyzja o nie tłumaczeniu niczego na rdzenne dialekty [tak naprawdę języki]. Zrobienie z miejscowych anglojęzycznego ludu jest o wiele prostsze niż schrystianizowanie i ucywilizowanie ich języków. Powinniśmy pozwolić zginąć tym starym językom razem z ich przesądami i grzechami- im szybciej tym lepiej- i zastąpić je chrześcijańską cywilizacją, zachęcając miejscowych do posługiwania się angielskim i tylko angielskim.

    Żywy dowód na przyjaźń alaskańso- rosyjską

    Część z tych osób uważała prawosławie za “zabobon” i “pogaństwo” (pokłosie włączenia przedchrześcijańskich zwyczajów do nowej religii) przedstawiali je jako rosyjską wiarę, którą miejscowi powinni porzucić gdyż są teraz amerykańskimi obywatelami. Prawosławne duchowieństwo i liderzy rdzennych wspólnot protestowali przeciwko agresywnemu prozelityzmowi i zwalczaniu rdzennej kultury. Niczego to jednak nie zmieniało- prawosławnych i liderów “Indian” przedstawiano jako ludzi, którzy chcą powstrzymać pochód “tego protestanckiego kraju i jego znakomitych szkół”. Lider prezbiteriańskiej misji odgrażał się wręcz, że “w ciągu 25 lat nie będzie żadnych prawosławnych na Alasce”. Prognozy te się jednak nie sprawdziły i do dzisiejszego dnia stan ten ma największy udział prawosławnych w populacji (5%) i są to w dużej mierze rdzenni Amerykanie.

    #daszwiare #religia #prawoslawie #chrzescijanstwo #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #zaineresowania
    pokaż całość

    +: NiemieckiArbiter, Croce +20 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 47 w którym przymusowo nawracamy na katolicyzm, zwalczamy łaźnie i doprowadzamy do powstania religijnego podziemia.

    Al-Andalus zajmuje ważne miejsce w dziejach Europy. Wielu historyków uważa, że było to miejsce spotkań i wymiany kulturowej, a tłumaczenia dzieł z arabskiego na łacinę przyczyniły się do odświeżenia spuścizny antyku na Zachodzie. Islam pojawił się w Iberii w wyniku podbojów w VIII wieku. Pod kontrolą chrześcijan pozostały jedynie odludne ziemie na północy. Przez wieki muzułmanie w Iberii górowali nad chrześcijańskimi sąsiadami pod każdym względem- kulturowym, ekonomicznym i politycznym. Kolejne fale konwersji, emigracje Mozarabów (andaluzyjskich chrześcijan) oraz imigracje Arabów i Berberów sprawiły, że około X wieku islam zdominował Andaluzję. Z czasem jednak iberyjscy chrześcijanie zaczęli ekspansję na południe. Pod koniec XV wieku padło ostatnie islamskie państwo półwyspu- emirat Granady. Rekonkwista dobiegła końca. Nie był to jednak koniec islamu na półwyspie Iberyjskim.

    Wielu muzułmanów wyemigrowało, ale wielu wolało zostać. Propaganda przedstawiała ich jako najeźdźców, ale w rzeczywistości Iberia była jedyną ojczyzną jaką znali. Przez wieki ludzie mieszali się, zmieniali religię i migrowali- stąd trudno ocenić skład etniczny tej grupy. Jeśli chodzi o liczebność to powszechnie przyjmuje się liczbę ok. 300k (koniec XVI wieku). Liczbę wszystkich ówczesnych mieszkańców Hiszpanii szacuje się zaś na 8 milionów. Muzułmanie byli zatem niewielką mniejszością (ok. 4%). Piszę o “muzułmanach”, ale od początku XVI wieku wystartowały przymusowe konwersje. Nietolerancja zaczęła się od Żydów- zostali oni wygnani z Hiszpanii w 1492 roku. Katoliccy monarchowie domagali się tego samego od portugalskich sąsiadów. Ci do kompletu dorzucili jeszcze muzułmanów. Wszyscy innowiercy stanęli przed wyborem- przyjąć chrzest, udać się na wygnanie albo… zostać niewolnikiem- bardzo miłosierne, w końcu mogli zabić*. Dodatkowo chrześcijańska miłość bliźniego sprawiła, że przepisy te dotyczyły tylko osób dorosłych. Dzieci miały nakaz pozostać w Portugalii i przejść przez katechezę oraz zostać ochrzczone- może traciły rodzinę i dom, ale za to zyskiwały szansę na wieczne zbawienie.

    Herb Nasrydów, ostatnich muzułmańskich władców na półwyspie Iberyjskim

    W Hiszpanii, traktatu pokojowy z 1492 roku gwarantował muzułmanom wolność wyznania. Jedną z przyczyn późniejszej zmiany były zawiedzione nadzieje. Kościół liczył na to, że muzułmanie zaczną nawracać się na chrześcijaństwo- zwłaszcza ci, których przodkowie przyjęli islam niedawno. Zadbano o to aby duchowieństwo wysłane do Granady władało językiem arabskim. Pierwsza dekada po podboju pokazała, że nadzieje te były płonne. Konwersje były bowiem rzadkie. Szczególnie bolesna była kwestia “elche” (ludzi którzy byli chrześcijanami, ale nawrócili się na islam)- większość z nich pozostała przy nowej religii. Do akcji włączył się arcybiskup Toledo, Cisneros, piastujący funkcję Wielkiego Inkwizytora. W wyniku jego konfrontacyjnych działań w Granadzie doszło do niepokojów. Cisneros wykorzystał to i zaczął głosić, że to muzułmanie złamali warunki pokoju i gwarancje przestają obowiązywać. Monarchowie zgodzili się z nim i ludzie Cisnerosa dostali pozwolenie na ostrzejsze traktowanie muzułmanów. W wyniku pierwszych kampanii chrześcijaństwo “przyjęło” około 50k osób. List gratulacyjny do Cisnerosa napisał sam papież Aleksander VI.

    Działania te doprowadziły do buntu. Niepokoje przeniosły się na prowincje. W lutym katoliccy monarchowie wysłali wojsko aby opanować sytuację- doszło do walk i okrutnych masakr (na przykład spalenie żywcem 600 cywilów, którzy schronili się w meczecie). Rewoltę zdławiono do 1501 roku, a warunki jakie zaoferowano pokonanym znacznie różniły się od tych z 1492 roku. Mieli do wyboru: 1. zostać i ochrzcić się 2. zostać, nie ochrzcić się i zostać niewolnikiem 3. nie ochrzcić się i wyjechać z Hiszpanii. Władze wcale nie były zainteresowane masową migracją muzułmanów a wręcz starały się ją utrudnić- opcja 1 i 2 były bowiem korzystniejsze z ich punktu widzenia. Wydarzenia z 1501 roku w zasadzie delegalizowały wyznawanie islamu w Granadzie. Datę tę powszechnie uważa się za narodziny tak zwanych Morysków. Termin ten oznaczał ludność, która pod przymusem przyjęła chrzest a w tajemnicy nadal praktykowała islam i stare zwyczaje.

    Pierwszy wśród misjonarzy i inkwizytorów- Francisco Cinseros

    Moryskowie nie żyli tylko w Granadzie. W Hiszpanii były inne tereny na których istniały liczne wspólnoty muzułmańskie (np. Avila czy Toledo). W 1502 roku delegalizacja islamu została rozszerzona na całość ziem królestwa Kastylii (największe królestwo wchodzące w skład korony hiszpańskiej). Co ciekawe tym, którzy nie chcieli przyjąć chrztu zabroniono emigracji do Mauretanii (tereny współczesnego Maroka, Tunezji i Algierii) oraz Turcji. Jedyną dozwoloną destynacją był Egipt. Wielu ludzi po prostu nie było stać na podróż w tak odległe strony. W przeciwieństwie do Granady nie mamy prawie żadnych świadectw masowych chrztów. Historycy podejrzewają, że jest to efekt tego, że konwertyci po masowych ceremoniach chrzcielnych trzymali się najdalej jak to możliwe od kościoła. W 1515 roku delegalizację rozszerzono na ziemie królestwa Nawarry, a w 1526 roku prawo to wprowadzono również w Aragonie.

    Duchowni dość szybko zorientowali się, że miażdżąca większość ich nowych “braci w wierze” nie ma i nie chce mieć nic wspólnego z chrześcijaństwem. Teksty z epoki pokazują, że konwersje były fikcją. Wbrew katolickim nadziejom ten stan rzeczy dotyczył nie tylko wykształconych i świadomych ludzi, ale także niższych warstw. Moryskowie unikali uczestniczenia w katolickich obrzędach. Szybko wprowadzono kary za brak obecności na niedzielnym nabożeństwie, ale i to na niewiele się zdało. Do spowiedzi przystępowali bardzo rzadko i niedbale recytowali wyuczone formułki. W każdy piątek spotykali się w gronie rodziny i za zamkniętymi drzwiami odmawiali salat. Chrześcijańscy pisarze donoszą ponadto o zwyczaju obmywania przez Morysków dzieci w ciepłej wodzie zaraz po chrzcie (miało to służyć zmyciu wody chrzcielnej i oleju). W przypadku chłopców rodzina dokonywała rytualnego obrzezania. Moryskowie często mieli podwójne imiona- chrześcijańskie którym posługiwali się w kontaktach z sąsiadami oraz muzułmańskie, którego używali w ramach swojej grupy.

    Wyobrażenie chrztu muzułmanów w Granadzie

    Śluby odbywały się wprawdzie w kościele, ale zaraz potem świętowano w domu, “po islamsku”, a panna młoda zrzucała z siebie suknię i przyodziewała się w muzułmański strój. Dzieci były uczone języka arabskiego, kuchni andaluzyjskiej, muzułmańskich modlitw, legend, wierszy a nawet gry na charakterystycznych dla kultury arabskiej instrumentach. Moryskowie zachowali muzułmańską tożsamość i świadomość do tego stopnia, że kronikarze oskarżają ich o wspieranie afrykańskich piratów, którzy ze swoich baz w Algierii atakowali hiszpańskie wybrzeża. Niektóre z tych oskarżeń mogą być przesadzone, ale niezaprzeczalnie istniały kontakty między wspólnotami Morysków a krajami muzułmańskimi. Moryskowie byli rozdarci między dwoma światami, co często znajdowało odbicie w ich życiu- wielu krążyło między Afryką a Iberią trudniąc się piractwem, kupiectwem czy żołnierką. Muzułmanie z innych regionów odnosili się do nich z szacunkiem, widząc w nich uciemiężonych braci w wierze.

    W reakcji na radykalną zmianę warunków życia muzułmanów, liderzy religijni wydali specjalny dekret w 1504 roku. Łagodził on zasady życia codziennego tak aby Moryskowie mogli jakoś funkcjonować i pozostawać muzułmanami. I tak na przykład potępiał kult przedmiotów i przedstawień ludzi, ale zezwalał nań jeśli był konieczny do przetrwania. Napominał wiernego aby w myślach modlił się do Boga. Przypominała o obowiązku modlitwy zezwalając jednak aby nie odbywała się ona o ustalonych porach, publicznie i w kierunku Mekki. To samo dotyczyło rytualnych ablucji (obmywanie się)- jeśli nie dało się ich zrobić zgodnie ze zwyczajem to za legitne uznawano nawet kąpiel w morzu czy zwykłe wytarcie rąk. Zezwalał nawet na picie alkoholu, jedzenie wieprzowiny i deklarowanie, że Jezus jest Synem Bożym jeśli miało to ocalić wiernego przed prześladowaniem. Nakazywał jednak aby kultywować swoje zwyczaje i wierzenia w gronie rodziny i dbać o ich przekazywanie kolejnym pokoleniom.

    Ilustracja przedstawiająca Morysków

    Dzięki tymczasowemu złagodzeniu wymagań, oświatowej działalności muzułmańskich liderów religijnych i silnego sprzeciwu wśród miażdżącej większości morysków- iberyjski islam przetrwał przymusowe konwersje. W kościelnych pismach z pierwszej połowy XVI wieku widać narastającą bezsilność wobec fiaska ewangelizacji “Nowych Chrześcijan” (tak nazywano nawróconych muzułmanów). Luis del Marmol, hiszpański kronikarz żyjący w Granadzie tak podsumował sytuację:

    ”Mówią o sobie, że są chrześcijanami, ale nietrudno dostrzec, że więcej uwagi przywiązują do rytu mahometańskiego niż do katolickiego. Z wielką gorliwością zamykają uszy na nauczanie naszych biskupów, księży i mnichów… Wierząc w swoje puste wymysły które zowią j’ofores, czyli przepowiednie, pokładają w nich całą nadzieję, ufając, że będą mogli jeszcze wrócić do bycia Maurami [muzułmanami].”

    Władze kościelne stosunkowo szybko doszły do wniosku, że skoro nie działa “po dobroci” (o ile wybór niewolnictwo lub chrzest to dobroć) to trzeba “na chama”. Był to tym bardziej palący problem, że niektórzy chrześcijańscy osadnicy zaczynali interesować się odmiennością Morysków i zdarzały się na przykład sytuacje gdy “Stare Chrześcijanki” ubierały się po “mauretańsku”. Zaczęto zwalczać muzułmańskie zwyczaje- na przykład zakazano nosić ciuchy kojarzone z islamem. Walczono także z łaźniami, bo z przyczyn religijnych muzułmańskie mieszczaństwo przywiązywało dużą wagę do higieny, a łaźnie były miejscem spotkań które cementowały społeczność. Nakładano specjalne podatki na “juglares” (minstreli)- w muzułmańskim społeczeństwie wędrowni poeci i bajarze cieszyli się dużym szacunkiem, a w warunkach opresji ich działalność służyła zachowaniu “starej” kultury. Zwalczano znajomość arabskiego wśród Morysków tak aby nie mieli dostępu do prac swoich przodków. W późniejszych czasach posiadając książkę po arabsku narażało się na karę śmierci wszystkich domowników.

    Wygnanie Morysków z Vinaros

    Sytuacja Morysków była nieco paradoksalna- z jednej strony starano się wykorzenić z nich islam i andaluzyjską kulturę, a z drugiej wielu członków społeczeństwa na każdym kroku podkreślało ich odrębność. Było to pokłosie niezwykle popularnego w Hiszpanii i Portugalii przekonania o “czystości krwi” oraz budowaniu wspólnej tożsamości chrześcijańskich mieszkańców półwyspu w opozycji do muzułmańskich “najeźdźców”. Teorie o czystości mówiły o tym, że iberyjski etnos został skażony domieszkami berberyjskiej, arabskiej i żydowskiej krwi. Im krew czystsza tym dany osobnik szlachetniejszy i bardziej wartościowy. Wokół tej idei powstało wiele praw i poglądów mających realny wpływ na hiszpański system polityczny i prawny (także w koloniach). Bardzo wybili się na nim Baskowie, jako ludność pochodząca z terenów, które nigdy na dłuższą metę nie znalazły się pod obcym panowaniem (a więc mająca potencjalnie najczystszą krew). Tworzono całe klasyfikacje “rasowe” ludzi i na ich podstawie próbowano przyznawać prawa i ustalać pozycję danej jednostki.

    To oraz przywiązanie Morysków do swojej religii i korzeni sprawiły, że zachowali swoją odrębność. Był to prawdziwy cierń dla władz hiszpańskich, które wobec groźby muzułmańskiej inwazji (w drugiej połowie XVI wieku piraci z Afryki regularnie najeżdżali wybrzeża, a Turcja wyrastała na pierwszą potęgę basenu Morza Śródziemnego) postrzegały Morysków jako V kolumnę. Chcąc wykorzenić poczucie przynależności do świata muzułmańskiego wokół Morysków zbudowano coś na kształt państwa policyjnego z inkwizycją na czele. Od upadku powstania Morysków w 1570 roku trybunały inkwizycyjne wzięły te społeczności pod lupę. Aż 82% wszystkich spraw inkwizycji w Granadzie dotyczyło Morysków. Śledztwa toczyły się masowo także w Saragossie i Walencji. Rozbijano lokalne społeczności i rodziny, aresztując i torturując podejrzanych o bycie liderami i uczonymi (w nich upatrywano źródła “problemu”). Nawet cień podejrzenia o praktykowanie islamu czy zwyczajów z islamem powiązanych prowadził do dochodzenia inkwizycyjnego. Jeśli podejrzanemu udowodniono “winę” to często kończyło się na karze śmierci.

    Przybycie Morysków do Oranu

    Ostateczne rozwiązanie kwestii Morysków przyszło w 1609 roku. Król Filip III wydał dekret nakazujący ich wygnanie. Setki tysięcy ludzi musiały opuścić swoje domostwa jeśli chciało przeżyć. W razie odmowy dekret królewski zezwalał na zabicie “rebeliantów” bez sądu. Wyrzucanym nie pozwolono na zabranie ze sobą dobytku i większej ilości pieniędzy. Nie wiedząc kto jest zasymilowany a kto trwa przy islamie i kulturze andaluzyjskiej, zdecydowano się na wyrzucenie wszystkich potomków konwertytów (wśród nich zapewne byli faktyczni katolicy). Niektóre regiony (zwłaszcza okolice Walencji i Granady) mocno się wyludniły i podupadły ekonomicznie. Na opornych lub powracających w późniejszych latach napuszczono inkwizycję. W Iberii pozostały naprawdę nieliczne wspólnoty Morysków i według historyków uległy one totalnej asymilacji do końca XVIII wieku. Wielu wygnanych osiedliło się w Afryce i zasiliło szeregi piratów atakujących hiszpańskie wybrzeża. W późniejszych czasach zasymilowali się z ludnością Maroka, Algierii i Tunezji.

    #daszwiare #islam #religia #chrzescijanstwo #katolicyzm #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: nie budiet z toba dyskutował bo jesteś i taj za cienki w uszach, adios

    •  

      @niedoszly_andrzej: Niechęć do konwersji jest bardziej zrozumiała jeśli weźmie się pod uwagę, że rekonkwista ze względu na różnice w poziomie cywilizacyjnym była w zasadzie inwazją barbarzyńców. Andaluzja bodaj pod każdym względem stała wyżej - techniki, organizacji życia miejskiego, kultury, nauki, sztuki, architektury i przepływ idei był w tym okresie jednostronny (z południa na północ).

      Sam upadek Andaluzji miał konsekwencje nieco przypominające upadek Bizancjum - złamane zostało 'zachodnie skrzydło' świata islamu (silny ośrodek konkurujący z 'oficjalnym' Bagdadem), które po tym nigdy w zasadzie nie odzyskało znaczenia politycznego, stając się po paruset latach stagnacji przedmiotem inwazji ze strony północnych sąsiadów zza Morza Śródziemnego.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 46 w którym ruszamy śladem buddyjskich misjonarzy i wspólnot na ziemiach, których dzisiaj z buddyzmem się raczej nie kojarzy.

    Jedną z wielu rzeczy którą wsławili się talibowie (obok pokonania ZSRR, brania amerykańskich pieniędzy i goszczenia bin Ladena) było zniszczenie liczących sobie niemal 1,5k lat posągów Buddy w afgańskim Bamian. Stało się to w 2001 roku czyli wtedy, kiedy autor tego wpisu miał wątpliwą przyjemność uczęszczać do podstawówki. Jako ciekawy świata dzieciak kojarzyłem Afganistan z islamem więc zdziwiłem się bardzo słysząc o wielgachnych posągach Buddy właśnie w tej lokalizacji. Przecież buddyzm to religia rodem z Indii i charakterystyczna raczej dla Dalekiego Wschodu, prawda? Nie znałem wówczas jeszcze angielskiego na poziomie umożliwiającym swobodne czytanie toteż odpowiedź na pytanie: “ale skąd one się tam w ogóle wzięły?” znalazłem dopiero parę ładnych lat później.

    Buddyzm rzeczywiście narodził się w północno- wschodnich Indiach, między VII a V wiekiem p.n.e. Nie ograniczał się jednak do swego matecznika. W przeciwieństwie do większości ówczesnych systemów religijno- filozoficznych nauczanie Siakjamuniego (Buddy) rościło sobie prawa do bycia uniwersalnym. Początkowa działalność misjonarska nie była oszałamiająca, ale zmieniło się to za sprawą cesarza Aśoki. Według podań władca, zżerany przez wyrzuty sumienia z powodu licznych wojen, zapragnął czynić więcej dobra niż zła. Za dobre uznał między innymi idee buddyjskich wspólnot i dlatego zaczął je wspierać. Od czasów Siakjamuniego doszło do podziałów na kilka grup i ruchów, które różniły się zdaniem na temat tego co jest właściwymi praktykami i poglądami. Podziałom próbowano zapobiec zwołując dwa synody (a według legendy, Aśoka zwołał trzeci). To wszystko jednak nie zdało się na wiele- istnienie różnych szkół i tradycji było faktem. Przyczyn tego stanu rzeczy było wiele.

    Aśoka na rzekomym III synodzie buddyjskim

    Uważa się, że jedną z kości niezgody był status arhatów- mnichów, którzy osiągnęli już oświecenie. Część uważała, że należy ich traktować jak nieomal nadprzyrodzone istoty. Inni twierdzili, że nadal posiadają oni ludzkie słabości. Tematem sporu była też kwestia tego co jest niezbędne dla osiągnięcia oświecenia- niektórzy uważali, że tylko wąska grupa ludzi może je osiągnąć. Kontrowersyjną kwestią były również elementy ludowe- powszechny stawał się na przykład kult rzekomych relikwii Buddy i popularnych mnichów. Problemem było także podejście do vinayi- zbioru zasad sanghi (wspólnoty monastycznej). Część uważała, że wiążące są tylko te zasady, które pochodzą od samego Buddy. Inni twierdzili, że należy być posłusznym także późniejszym. Istniało również wiele różnych komentarzy do nauk Buddy oraz ich kompilacji. Każda grupa twierdziła, że jej kanon jest lepszy i pełniejszy od innych. Według tradycji istniało wówczas 18 szkół z których tylko Theravada (“Droga Starszych”) przetrwała do dzisiaj.

    Za propagowaniem buddyzmu stali zarówno mnisi jak i świeccy zwolennicy, zazwyczaj kupcy. Liczne i często bogate oraz wpływowe wspólnoty buddyjskie zaczęły powstawać na terenie współczesnego Pakistanu, Afganistanu i Azji Środkowej. Najpopularniejsze były tam szkoły znane jako Dharmaguptaka, Sarvastivada i Mahasamghika. To właśnie ta ostatnia stała najprawdopodobniej za posągami Buddy w Bamian. Według legendy pierwszymi buddystami na tych terenach byli bracia Tapassu i Bhallika. Pochodzili jakoby z Baktrii (północny Afganistan) i osobiście poznali Buddę i jego przekaz w Indiach, po czym wrócili do domu i nauczali. Bardziej historyczne informacje o misjach buddyjskich na tym terenie pochodzą z czasów wspomnianego już Aśoki. W ciągu kilku wieków Baktria stała się silnym ośrodkiem propagowania buddyzmu. Odwiedzający ją w VII wieku chiński pielgrzym, Xuanzang, wspominał o 100 buddyjskich klasztorach i trzech tysiącach mnichów. Miejscowy buddyzm mieszał się z lokalnymi wierzeniami- indyjskimi, irańskimi, stepowymi i… greckimi (więcej tutaj).

    Buddhaghosa, jeden z ważniejszych uczonych w tradycji Theravady

    Historia oślepienia Kunali, syna Aśoki, jest łudząco podobna do greckiej tragedii o Hipolicie i Fedrze. Indo-grecki król Meneander I był bardzo życzliwie nastawiony do buddyzmu czego świadectwem jest zapis jego rozmów z mnichem Nagaseną, stworzony na podobieństwo platońskich dialogów. Motyw Herkulesa z maczugą stał się inspiracją dla przedstawiania strażnika Buddy, Vajrapani. Motyw Zeusa zamieniający się w orła aby porwać Ganimedesa został wykorzystany do ilustracji opowieści o bodhisattvie, który zakochał się w zamężnej kobiecie i przemienił się w ptaka Garudę aby móc się z nią spotykać. Co ciekawe- motyw ten przeniknął także w głąb Indii, a nawet do Chin. Buddyjska opowieść o oblężonym bodhisattvie, który nie daje się nabrać na wielkiego drewnianego słonia jest oparta na przekazach o koniu trojańskim. Wiele inskrypcji po grecku z tamtych terenów jest albo jawnie buddyjska albo ma buddyjską wymowę. Wysoka forma greki i odwołania do mitologii świadczą o tym, że ich autorzy byli Grekami albo przynajmniej ludnością zhellenizowaną.

    U początku II wieku p.n.e Grecy utracili kontrolę nad Baktrią na rzecz irańskich Saków. Nowi władcy nie ingerowali jednak w życie poddanych. Wiemy ponadto, że i oni mieli coś wspólnego z buddyzmem- wiele inskrypcji wskazuje, że religia ta rozwijała się bez problemów. Po około stu latach Saków zastąpili Kuszanie, indoeuropejscy koczownicy znani ze źródeł chińskich jako Yuezhi. Oprócz Baktrii podbili oni także znaczną część północno- zachodnich Indii. Łatwo ulegli lokalnym wpływom- do tego stopnia, że greka była u nich językiem administracji i polityki. Vima, władca Kuszanów, był żywo zainteresowany indyjskimi wierzeniami i osobiście czcił Sziwę. Jego wnuk, Kaniszka, znany w literaturze buddyjskiej jako “Drugi Aśoka”, miał ogromne zasługi dla rozwoju buddyzmu. Budował klasztory, wspierał je finansowo, dbał o kształcenie mnichów, zapewniał ochronę i popierał działalność intelektualną. Buddyjska tradycja utrzymuje, że to on zwołał synod w Kaszmirze na którym zapadła decyzja o przetłumaczeniu lokalnych buddyjskich dzieł na sanskryt.

    Płaskorzeźba z Gandahary, przedstawiająca Maitreję Siakjamuniego, i Avalokiteśwarę w otoczeniu zwolenników

    Wielu badaczy uważa, że grecko- irańskie wpływy za rządów Kuszanów miały decydujący wpływ na kształt Mahajany, której silnym ośrodkiem (a bardzo możliwe, że nawet matecznikiem) była Gandahara. Uważa się, że Mahajana nie była szkołą buddyjską, a raczej panbuddyjskim ruchem. Cechą charakterystyczną była akceptacja nowych pism, praktyk i zwyczajów. Łączyło się to z przekonaniem o nadludzkim charakterze Buddy oraz szczególnym skupieniem na współczuciu i pomocy wszystkim czującym istotom znajdującym się w gorszym położeniu. Mahajana głosiła także, że każda istota posiada naturę buddy i może dążyć do jej pełnego urzeczywistnienia. Ci, którzy podjęli się tego zadania, zwani byli bodhisattvami. Przysięgali, że będą odradzać się nawet wtedy, kiedy już nie będą musieli aby oświecać innych. Pojawiły się też wierzenia o możliwości przekazania cnoty przez bodhisattvów, którzy mieli jej więcej niż potrzebowali. Zwolennicy tych poglądów patrzyli na inne interpretacje buddyzmu z wyższością, określając je jako “Hinajana” (czyli “Mniejszy Wóz” w przeciwieństwie do Mahajany, czyli “Większego Wozu”).

    Chińskie źródła z III wieku n.e przedstawiają państwo Kuszanów jako silny ośrodek buddyzmu. Podania jak to o mnichu Sutralance z Puskarawati (współcześnie Charsadda), który udał się do Szasz (Taszkient) aby przyozdobić tamtejszą świątynię, pokazują, że kuszańscy buddyści byli zaangażowani w działalność misyjną w Azji Środkowej. Z chińskich źródeł wiemy jednak, że nauki Siakjamuniego nie zdobyły sobie tam silnej pozycji- wspominany już Xuanzang pisał o nielicznych grupach w Samarkandzie, a pewien koreański podróżnik wspominał o zaledwie jednym mnichu żyjącym w klasztorze. Buddyjskie wspólnoty istniały także w Mervie i innych regionach współczesnego Turkmenistanu. Relatywnie mała popularność buddyzmu w regionie jest paradoksem- to właśnie środkowoazjatyccy misjonarze (głównie Sogdyjczycy) zanieśli buddyzm do Chin i dalej na Wschód. Swoistym przystankiem na drodze do Chin była kotlina Kaszgarska.

    Niebieskooki i brodaty mnich z Kaszgaru

    Buddyzm dotarł tutaj najprawdopodobniej w pierwszym wieku n.e, ale według tradycji miało to miejsce już w czasach Aśoki. Miejscowi władcy wspierali rozwój wspólnot buddyjskich. Buddyjskie freski odnajdywane w kotlinie są łudząco podobne do gandaharskich, co zaświadcza o wpływach kuszańskiego buddyzmu. Ciekawostką jest fakt, że większość namalowanych postaci ma jasny odcień skóry, jasne oczy i włosy. Jest to pokłosie tego, że w omawianym okresie region ten był zamieszkany głównie przez indoeuropejskie ludy irańskie i tocharskie. W pobliskim Miranie odnaleziono malunki buddyjskiego artysty znanego jako Tita. Dało to asumpt do teorii o rzymskim buddyście Tytusie odwiedzającym kolejne wspólnoty położone na Jedwabnym Szlaku. Ciekawostką jest również fakt, że o ile większość kaszgarskich buddystów stała się w okolicach V wieku zwolennikami Mahajany, to Kucha jeszcze w VII wieku była zdominowana przez Sarvastivadan.

    Równolegle z rozwojem buddyzmu w Kaszgarze, misjonarze zaczęli docierać do Chin, które w pierwszym wieku n.e znacznie rozszerzyły swoje granice na zachód. Pierwsze źródłowe wzmianki o buddystach na ziemiach chińskich dotyczą gubernatora prowincji Chu, który łączył buddyzm z taoizmem. Księga Późniejszych Hanów podaje:

    Kiedy gubernator wysłał jedwabne dary jako znak poddaństwa do Minga, cesarza Han, ten odpowiedział mu następująco: “Król Chu recytuje subtelne słowa Huang-lao [odłam taoizmu] i z szacunkiem odprawia ofiary przeznaczone Buddzie. Niech zatem dobra będą mu oddane aby wspomóc upasana [świeccy wyznawcy] i śramana [mnichów].

    Fragment ten jest ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze pokazuje cechę charakterystyczną chińskiego buddyzmu u samych jego początków- skłonność do mieszania się i zapożyczania wierzeń i praktyk z lokalnych religii i filozofii. Po drugie wskazuje, że cesarz chiński był dobrze zaznajomiony z buddyzmem- znał nawet indyjskie określenia na wiernych i mnichów. Buddyjskie legendy mówią, że rzeczony cesarz Ming stał za sprowadzeniem misjonarzy do Chin- miał jakoby mieć sen o złotym człowieku i utożsamić go z Buddą.

    Budda z Uzbekistanu

    Pierwszy znany z imienia i wymieniony przez źródła misjonarz to Shigao. Był on Partem, który w 148 roku przybył do chińskiej stolicy, Luoyang. Prawdopodobnie to on stał za przetłumaczeniem pierwszych buddyjskich tekstów. Podejrzewa się, że to on zaczął uczyć Chińczyków metod i praktyk dhjany (medytacji). Jako osoba pochodząca z Iranu znał się dość dobrze na astrologii, co było chyba najbardziej pożądaną przez Chińczyków umiejętnością (przypisywali oni duży wpływ ciał niebieskich na życie ludzkie). Kolejnym znanym ze źródeł misjonarzem był An Xuan, który również pochodził z Partii. Dołączył w 181 roku do Szigao i wsparł go w tłumaczeniach. Był on prawdopodobnie pierwszym zwolennikiem Mahajany w Chinach. Kolejny był Kuszanin, Lokaksema, który wraz ze swoimi uczniami tłumaczył kolejne teksty. Co ciekawe, aż dwóch z trójki jego podopiecznych należało do grup taoistycznych, co zaświadcza o szybkiej akulturacji buddyzmu w Chinach. Jedenaście najstarszych zabytków piśmienniczych Mahajany, które zachowały się do naszych czasów to właśnie chińskie tłumaczenia Lokaksemy i jego studentów.

    Kolejni buddyjscy misjonarze pochodzili głównie z Sogdiany i Kaszgaru. Najsłynniejszym z nich jest Kumarajiva z Kuchy. Choć wywodził się z regionu opanowanego przez Sarvastivadan, był proponentem Mahajany. Przypisuje mu się ponad 300 przetłumaczonych na chiński dzieł. Niektórzy historycy odrzucają wprawdzie teorię o środkowoazjatyckiej drodze transmisji buddyzmu do Chin i twierdzą, że odpowiedzialni za nią byli mnisi z Indii. Mnogość środkowoazjatyckich zabytków buddyjskich i analiza językowa chińskich tłumaczeń tekstów przeczą jednak tym teoriom. Oczywiście nie oznacza to, że nie było bezpośrednich dróg transmisji buddyzmu z Indii do Chin- jak najbardziej mogły one istnieć i odgrywać pewną rolę, ale ciężko zaprzeczyć ogromnemu wkładowi partyjskich, sogdiańskich i kaszgarskich misjonarzy i uczonych. Nawiązanie bezpośrednich kontaktów z indyjskim buddyzmem jest datowane na nieco późniejsze czasy.

    Gdyby nie ten pan, nie byłoby Zen

    Prawdopodobnie z Azji Środkowej pochodził Bodhidharma, jedna z ważniejszych postaci nie tylko chińskiego buddyzmu, ale buddyzmu w ogóle. Istnieją podania wiążące jego osobę z południowymi Indiami, ale jest raczej pewne, że do Chin przybył przez Zachodnie Regiony (czyli Azję Centralną). Opisy przedstawiające go jako niebieskookiego barbarzyńcę zdają się sprzyjać teorii o irańskim pochodzeniu. Działał w V lub VI wieku a jego nowatorstwo (albo, w innej wersji- powrót do korzeni) polegało na tym, że uważał on wszystkie buddyjskie rytuały, ofiary, modlitwy, legendy i podania za w gruncie rzeczy bezwartościowe. To znaczy- nie potępiał ich i nie żądał odcięcia się, ale uważał, że istotą buddyzmu jest praktyka medytacji i rozważania nad paradoksami (zwanymi gong’an). Te rzeczy jako jedyne prowadzą do Oświecenia, co jest inherentnym celem buddyzmu. Szkoła Chan, której dał początek rozprzestrzeniła się w Korei jako Seon i w Japonii jako Zen. Z Bodhidarmą wiąże się bardzo dużo legend- przypisuje mu się na przykład założenie klasztory Szaolin i wpływ na kung fu.

    Wraz z rozwojem buddyzmu w Chinach część jego zwolenników uznała, że proces mieszania się oryginalnych koncepcji z natywnymi zaszedł za daleko. Na przykład termin dharma (w dużym skrócie- nauczanie Buddy), bodhi (oświecenie) i yoga były tłumaczone na chiński jako tao (“droga”, ale w znaczeniu porządku wszechświata, najwyższego wzorca), który to termin był silnie nasiąknięty wierzeniami taoistycznymi. Arhat był tłumaczony jako “zhenren” (Prawdziwy Człowiek) co w religii ludowej oznaczało osobę, która osiągnęła nieśmiertelność. Przykładów uproszczeń i reinterpretacji buddyzmu było bardzo dużo. Dlatego też wiele osób decydowało się na wyprawę do Indii w celu poznania pełniejszej i pierwotniejszej wersji nauk Siakjamuniego. Nie był to jedyny motyw podróży- wielu chciało po prostu zobaczyć na własne oczy miejsca które odwiedził Budda i jego pierwsi uczniowie.

    Rysunek przedstawiajacy buddyjskiego pielgrzyma, uczonego, tłumacza i podróżnika- Xuanzanga

    Kres rozwojowi a nawet istnieniu buddyzmu w Azji Środkowej przyniosły podboje islamskie. Muzułmańscy władcy byli skłonni tolerować innowierców, którzy należeli do grupy tak zwanych “Ludów Księgi”- za takowych uważali chrześcijan, żydów i sabejczyków. Niektórzy dodawali jeszcze zoroastrian. Buddyści jednak nie znajdują się w tej kategorii. Na domiar złego można ich oskarżyć o prawie wszystkie największe “grzechy” z islamskiego punktu widzenia. Przede wszystkim buddyści czcili wielu bogów a przy tym odrzucali koncept osobowego Absolutu. Ich świątynie i miejsca kultu były pełne posągów i innych wyobrażeń ludzi oraz zwierząt- przedmioty te były często obiektami kultu. Dla muzułmanów było to jawne bałwochwalstwo, jeden z najcięższych grzechów. Oprócz tego było jeszcze wiele innych czynników (na przykład rywalizacja kupców na Jedwabnym Szlaku)- ostatecznie islam wyparł buddyzm z Azji Środkowej, Pakistanu i Afganistanu niemal całkowicie. Według danych statystycznych mniej niż 1 procent mieszkańców regionu określa się dzisiaj mianem buddystów.

    #daszwiare #religia #buddyzm #hisotoria #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 45 w którym wyprzedzamy swoją epokę, pokazujemy, że Polska nie zawsze była zadupiem Europy oraz potwierdzamy słowa Biblii mówiące o tym, że żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie

    W kwestiach religijnych Polska jest powszechnie kojarzona jako katolicki kraj. Wielu tradycyjnych katolików wzdycha do niej jako ideału- państwa w którym kościół nie jest historyczną ciekawostką, ale instytucją mającą wpływ na rząd i społeczeństwo. Sam kościół bardzo chętnie odwołuje się do odwiecznego jakoby związku z państwem oraz ludem (czasem przesadza, przykładem kompromitujący tekst arcybiskupa Jędraszewskiego). Jednak każdy kto ma choćby cień pojęcia o historii wie, że przez znaczną część dziejów byliśmy krajem wielu religii, wyznań i kultur. Niektórzy do dziś wzdychają za Rzeczpospolitą Obojga Narodów albo wręcz roją o jej odbudowie. Ziemie będące pod panowaniem Jagiellonów zamieszkiwały wówczas różne grupy bałtyjskie, zachodnio i wschodniosłowiańskie, przybysze z Niemiec, Niderlandów, Turcy, Tatarzy, Żydzi, Ormianie a nawet Szkoci. Jeśli zaś chodzi o religię, to na ziemiach RON egzystowały różne wspólnoty muzułmańskie, żydowskie i chrześcijańskie. Obok tradycyjnych wyznań chrześcijańskich (katolicyzm, prawosławie, miafizytyzm) w XVI wieku zaczęły pojawiać się nowe, protestanckie wspólnoty.

    Był to efekt działalności ludzi, którzy uznali, że należy zreformować kościół- ich zdaniem papiestwo odeszło bardzo daleko od nauczania Jezusa i Apostołów. Reformatorzy różnili się od siebie, ale łączyło ich to, że odrzucali dyktat kościoła w kwestii tego w co i jak należy wierzyć. Zgadzali się też, że podstawą religii powinna być Biblia a nie zwyczaje i późniejsze teksty, które postrzegali jako czysto ludzkie. Szybko okazało się jednak, że kościół zreformować się nie da. Zaczęły więc pojawiać się nowe wspólnoty. W Polsce drugiej połowy XVI wieku miała miejsce duża liczba konwersji na kalwinizm i luteranizm wśród szlachty i mieszczaństwa. Sprawiły one, że ruch reformacyjny choć nie był masowy (nie dotknął prawie w ogóle chłopstwa), miał duże wpływy i cieszył się szacunkiem i poparciem ze strony szlacheckich elit politycznych i intelektualnych. Wielu przywódców popularnego wśród szlachty ruchy egzekucyjnego było protestantami.

    Rej była protestantem

    W przeciwieństwie do Europy Zachodniej Polska nie doświadczyła wojen religijnych. Kościół starał się wprawdzie ograniczyć ruchy reformacyjne, ale przez długi czas nie przynosiło to pożądanego skutku. Poza motywami religijnymi chodziło także o przywileje i wpływy. Kościół nie płacił większości podatków, posiadał sporo ziemi oraz prawo do sądzenia tych których uznał za heretyków. Reformatorzy szlacheccy skutecznie podważali ten stan rzeczy. Na przykład na sejmie z 1550 roku odebrano kościołowi prawo do karania “odstępców” (kościół dalej mógł ogłosić kogoś heretykiem, ale nie mógł skazywać). Mimo silnego oporu ze strony biskupów szlachta przegłosowała także postanowienia konfederacji warszawskiej z 1573 roku. Głosiła ona wolność wyznania i zasadę tolerancji religijnej. Co więcej- każdy kandydat na władcę musiał przysięgać, że będzie przestrzegał tych postanowień. Pozwoliło to na rozkwit protestanckiego życia religijnego i intelektualnego. Sprawiło także, że Polska stała się swoistą bezpieczną przystanią dla nawet najbardziej egzotycznych dysydentów religijnych.

    Kimś takim byli właśnie tak zwani arianie. Ich pojawienie się w Polsce jest łączone z działalnością krakowskich teologów, włoskich misjonarzy i idei społecznych propagowanych przez anabaptystów i braci czeskich. Grupa krakusów gościła w 1551 roku Leona Sozzini, którego teologiczne tezy mocno godziły w dogmat Trójcy Świętej. Poglądy te zdobyły sobie pewną popularność i spowodowały powstanie wspólnot odrzucających katolickie rozumienie Trójcy. Za ich twórcę tradycyjnie uznaje się Piotra z Goniądza. Mimo niskiego pochodzenia (był chłopem) ukończył prestiżowe studia w Padwie (na które, o ironio, wysłał go biskup Holszański). W trakcie pobytu za granicą Piotr spotkał się z pismami Michała Serwetusa i rozpoczął romans z antytrinitarną teologią. Po powrocie do Polski w 1555 roku przyłączył się do kalwinów. Zaledwie rok później, na synodzie w Seceminie, odrzucił równość Jezusa i Boga Ojca, za co został ostro skrytykowany. Jego zwolennicy (wśród nich była tak wpływowa figura jak hetman Jan Kiszka) nie zostawili go. Dzięki ich wsparciu, Piotr założył własną wspólnotę kalwińską i antytrynitarną. Wsparcie możnych szybko się jednak skończyło.

    Okładka dzieła Piotra z Goniąndza będącego atakiem na dogmat Trójcy

    Była to konsekwencja nie tyle poglądów religijnych, ale raczej programu społecznego. Grzechem Piotra było przekonanie, że system feudalny jest niesprawiedliwy i sprzeczny z zasadami biblijnymi. Głosił równość wszystkich ludzi, wzywał do zniesienia pańszczyzny i pacyfizmu. Spowodowało to odpływ bardziej zachowawczych kalwinów. Piotr nic sobie z tego nie robił i propagował swoje poglądy. Wtórowali mu zagraniczni kaznodzieje działający w Polsce, tacy jak Giorgio Blandrata, Francesco Stancaro, Gregorius Pauli, Faust Socyn czy Pierre Statorius (autor pierwszej pracy o gramatyce języka polskiego). Próby mediacji między kalwinami podjęto na synodach w Pińczowie (1561), Krakowie (1562) i Piotrkowie (1564), ale zakończyły się one tylko sformalizowaniem rozłamu. Antytrynitarze zostali wyrzuceni poza nawias kalwinizmu i zaczęli działać na własne konto. To właśnie kalwini ochrzcili ich mianem arian, oskarżając ich tym samym o jedną z najmocniej zwalczanych przez wczesny kościół herezji. Sami zainteresowani określali się jednak jako unitarianie, chrześcijanie oraz bracia i wskazywali, że nie są zwolennikami Ariusza.

    Wspólnoty te nie były liczne i szalenie popularne, ale dzięki obecności licznych intelektualistów- wpływowe. Przekładało się to na bogatą działalność pisarską i polemiczną. W tym właśnie celu, w 1574 roku, bracia założyli drukarnię. A mieli kogo drukować- w ich szeregach działały takie sławy jak Andrzej Frycz Modrzewski (uczony i pisarz), Mikołaj Sienicki (inicjator konfederacji warszawskiej), Grzegorz Paweł (teolog i prekursor utopijnego socjalizmu), Marcin Czechowic (autor jednego z pierwszych tłumaczeń Biblii na polski), Jan Niemojewski (apologeta i teolog), Stanisław Lubieniecki (historyk i astronom, jego imię nosi jeden z kraterów księżycowych), Erazm Otwinowski (poeta i teolog), Szymon Budny (tłumacz biblijny i apologeta) czy Andrzej Wiszowaty (autor Religio rationalis, w której podjął próbę pogodzenia sprzeczności między religią a rozumem). Szacuje się, że bracia napisali około 500 politycznych, społecznych, teologicznych i historycznych traktatów. Głównymi ośrodkami były Pińczów i Raków. Obydwie wspólnoty dysponowały własnymi uczelniami, które oferowały nie tylko stricte religijną edukację. Ta druga była tak poważana, że zaczęto ją określać mianem Sarmackich Aten (nawiązanie do idei sarmatyzmu i Akademii Ateńskiej). W okresie największego rozkwitu miała około tysiąca studentów różnych wyznań.

    Ruiny zboru braci polskich

    Liczniejsze grupy działały także w Krakowie, Lublinie, Nowym Sączu, Lubartowie, Lusławicach, Kisielinie, Śmiglu, Węgrowie, Iwie i Łosku. Powstawały wokół bogatych i wpływowych ludzi, którzy mogli zapewnić ochronę. Początkowo grupy antytrynitarne były tylko luźno ze sobą związane, ale zaczęło się to zmieniać wraz z kolejnymi synodami na których ustalano wspólne stanowiska. Jednym z najważniejszych głosów na rzecz uniformizacji był wspomniany już Faust Socyn. Przybył on do Polski w 1580 roku i zyskał sobie liczne grono zwolenników w trakcie synodów z 1584 i 1588 roku. Zaczął opracowywać katechizm mający być wykładnią doktryny. Nie dokończył go jednak i wydano go już po jego śmierci, w 1605 roku. Spotkał się on z dużym zainteresowaniem innych grup protestanckich i kręgów intelektualnych w ogóle- został przetłumaczony na kilka języków. Wiemy, że bracia polscy mieli duży wpływ na kształtowanie się protestantyzmu na Węgrzech i w Rumunii. Ich dzieła czytano także w Niderlandach, Francji, Italii, Niemczech i Szwajcarii. Z powodu sławy Socyna bracia byli znani na Zachodzie jako socynianie.

    Ich doktryna uznawała istnienia bożego objawienia. Jego źródłem była Biblia, jako pismo natchnione przez Boga. Przypisywali wielką rolę rozumowi, ale przyznawali, że nie jest on w stanie sam doprowadzić człowiek do zbawienia. Głosili konieczność studiowania Biblii i takiego jej interpretowania aby nie kłóciło się ono z wiedzą o świecie. Twierdzili, że Jezus był po prostu człowiekiem, który dzięki bożej łasce i męczeństwu został wywyższony- stąd zasadne jest oddawanie mu czci. Sprzeciwiali się jednak uznawaniu Chrystusa za logos, przyczynę i twórcę świata. Odrzucali również interpretację męczeństwa Chrystusa jako ofiarę za grzechy ludzi. Rozumowali, że Bóg jest dobry i miłosierny, więc mógł wymagać męki krzyża dla odkupienia grzechów. Istnienie piekła, również kłóciło się ich zdaniem z miłosiernym Bogiem (ponadto uważali, że Biblia nie wspomina o piekle i jest ono zapożyczeniem z innych religii). Nauczali, że Duch Święty nie jest zaś bytem samym w sobie, ale po prostu łaską, którą Bóg obdarza wiernych. Zdecydowanie odrzucali papiestwo, kult świętych, kult relikwii i “świętych przedmiotów”, zaangażowanie kościoła w politykę państw feudalnych, kościelne gromadzenie bogactw, chrzest niemowląt i przypisywanie nadrzędnego znaczenia rytuałom.

    Andrzej Frycz z ziomkami

    Ze sporów między zwolennikami izolacji i aktywizmu społecznego zwycięsko wyszła ta druga grupa. Bracia wyprzedzili swoją epokę jeśli chodzi o poglądy polityczne i społeczne. Głosili równość ludzi wobec prawa i sprzeciwiali się okrutnemu traktowaniu chłopów. Podkreślali znaczenie edukacji dla postępu społecznego i kierowania się racjonalizmem. Nawoływali do absolutnej tolerancji religijnej i rozdziału państwa od kościoła. Mało tego! Niektórzy autorzy uważali nawet kobiety za zupełnie równie mężczyznom i generalnie cieszyły się one wieloma swobodami o których katoliczki czy inne protestantki mogły zapomnieć. Zdarzało się nawet, że to kobiety nauczały (do dzisiaj szokuje to niektórych katolików, dopiero co w XVI wieku). Byli również pacyfistami. Że co, że brzmi znajomo i nazywa się liberalizm? No tak, w XXI wieku może i brzmi znajomo, ale w XVI i XVII wieku, czasach feudalizmu, społeczeństwa stanowego, myślenia magicznego, dominacji mężczyzn i szalejących wojen religijnych była to prawdziwa rewolucja. Idee socynów wywarły wpływ na ojców liberalizmu i oświecenia. Czytali ich John Stuart Mill, John Locke i Isaac Newton.

    Dzięki zmianom na arenie międzynarodowej oraz wysiłkom dostojników kościelnych sytuacja wyznaniowa zaczęła się w Polsce zmieniać na niekorzystną dla protestantów. Kościół od samego początku poważnie potraktował zagrożenie reformacyjne. Orędownikiem rekatolicyzacji był kardynał Stanisław Hozjusz. Gorąco sprzeciwiał się postanowieniom konfederacji warszawskiej i popierał jezuitów, którzy zaczęli napływać do Polski. Szybko otrzymali szkoły, kościoły, szpitale i pieniądze. Przypisuje się im największą rolę w zwycięstwie kontrreformacji. Dzięki rozlicznym szkołom wywarli duży wpływ na kształcenie elit, które potem decydowały o losach państwach. Nie trzeba chyba mówić, że nie uczono tam poszanowania dla wolności wyznania. Dodatkowo w 1603 roku ukazał się w Polsce pierwszy indeks ksiąg zakazanych. Ostateczny cios nadszedł jednak po potopie szwedzkim. Fakt, że władca szwedzki był protestantem i specjalnymi względami darzył swoich współwyznawców był darem losu dla kontrreformatorów. W ich propagandzie protestancka szlachta stała się teraz podwójnymi zdrajcami- kościoła i Polski.

    Ten pan był nawet podejrzewany o bycie bratem

    Bracia polscy nie dość, że byli protestantami to jeszcze mieli równościowe i antyfeudalne pomysły. Szlacheccy członkowie grupy potrafili uwalniać chłopów i oddawać im część swoich włości. W 1658 roku bracia zostali zdelegalizowani a jej męscy członkowie mogli migrować, przyjąć katolicyzm albo umrzeć. Większość wybrała migrację i udali się do Prus, Niderlandów i Transylwanii. Po krótkim czasie dołączyły do nich także kobiety. Diaspora pozostała wierna tradycjom intelektualnym i w 1668 roku wydała wielką kompilację rozlicznych prac socynian. Została ona szybko wrzucona na indeks ksiąg zakazanych. Katoliccy teologowie uważali ją za jedno z “największych zagrożeń dla chrześcijaństwa”. Wrogość otoczenia i odmienność światopoglądowa sprawiły, że bracia mieli duże problemy z prozelityzmem. Ich liczba zaczęła się szybko kurczyć. Ostatnia kongregacja została zamknięta w 1803 roku.

    #daszwiare #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #biblia #chrzescijanstwo #religia #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 44 w którym szukamy przyczyny istnienia zła i przekonujemy się o żywotności dualizmu.

    Zapewne każdy w miarę myślący człowiek zadawał sobie kiedyś pytanie- dlaczego na świecie dzieje się tyle zła? Pytanie to jest jeszcze bardziej zasadne w kontekście chrześcijaństwa. Religia ta postuluje bowiem istnienie nieskończenie dobrego (a przy tym wszechmocnego) Boga. Skoro Wszechmogący jest Dobrem Wcielonym, a wszystko co istnieje jest jego dziełem, to skąd zło? Po co nieskończenie dobry Bóg miałby stwarzać zło? I jak to w ogóle możliwe, że je stworzył skoro jest dobry? W teologii chrześcijańskiej istnieje cała gałąź próbująca jakoś pogodzić postulat wszechmogącego, dobrego Boga z istnieniem zła i cierpienia (zowie się to to teodycea). Próby rozwiązania puzzla są różne. I tak na przykład niektórzy teolodzy twierdzą, że zło nie jest wcale dziełem Boga. Jest ono konsekwencją odrzucenia bożej łaski przez człowieka. Czyli zło to tak naprawdę nieobecność bożej łaski spowodowana odmową człowieka. Bóg kierowany szacunkiem do człowieka i jego woli honoruje zaś te decyzje i nie narzuca się- nawet jeśli w konsekwencji prowadzi to do czegoś strasznego (tak, ta cringe’owa anegdotka o studencie i profesorze ma swoje korzenie właśnie tutaj).

    Oczywiście prób wyjaśnienia przyczyny istnienia i powszechności zła jest dużo, ale bardzo często odwołują się właśnie do wolnej woli człowieka i postulatu, że Bóg tę wolę poważa. Wiele z tych wytłumaczeń (zwłaszcza starszych datą) dodawało do równania Szatana, zbuntowanego anioła. Szatan miał jakoby zbuntować się przeciwko Bogu z zazdrości o miłość jaką Najwyższy obdarzył człowieka. Kierowany zawiścią stara się ze wszystkich sił odciągnąć ludzi od Boga. Problem w tym, że szatan w tradycyjnej chrześcijańskiej teologii jest trochę jak wróg w autorytaryzmach- jednocześnie słaby i silny. Słaby- bo w porównaniu do Boga jest zwykłym neptkiem, ale silny- bo jednak jakoś zwodzi ludzi na manowce. Zdaniem wielu ludzi ten obraz jest jednak zbyt sprzeczny z wszechobecnością i potęgą zła jaką obserwują. Ludzie ci dochodzili do wniosku, że Szatan (czy szerzej- siły zła) wcale nie jest tak bezradny wobec Boga jak twierdzą ortodoksyjne doktryny. Ba! Niektórzy wręcz twierdzili, że jest równorzędnym graczem. Poglądy takie określa się mianem dualistycznych. Są starsze od chrześcijaństwa i dość silnie manifestowały się w wierzeniach irańskich, skąd przenikały do religii semickich i greckich. Dualizm mocno zinfiltrował także wczesne grupy chrześcijańskie i inne rozwijające się wówczas systemy wierzeń.

    Szatan odmawia oddania pokłonu Adamowi, ilustracja z arabskiego manuskryptu

    Marcjonizm, jedna z najstarszych herezji, jest chyba najlepiej znaną starożytną formą dualizmu chrześcijańskiego. Jej twórca, Marcjon miał zupełnie inną interpretację chrześcijaństwa od tej którą ostatecznie przepchnięto jako ortodoksyjną na soborach ekumenicznych. Uważał on, że bóstwo opisywane w pismach żydowskich jest okrutne, niezrównoważone i zazdrosne. Nie potrafił przekonać się do wierzenia, że pełne miłości do człowieka bóstwo, o którym mówił Chrystus i apostołowie, to ten sam byt co JHWH. Marcjon doszedł zatem do wniosku, że jest dwóch bogów- jeden jest wcielonym złem a drugi wcielonym dobrem. Bóg Chrystusa był wprawdzie Najwyższym Bogiem, ale jego przeciwnik, JHWH, był również boskim bytem. Stąd nie sposób lekceważyć sił i możliwości zła. Marcjon nie był odosobniony w swoich poglądach a powagi dodawał mu fakt, że był jednym z pierwszych którzy próbowali skompilować kanon chrześcijańskich tekstów. Dodatkowo wspólnoty Marcjona całkowicie odrzucały żydowskie obyczaje i prawa (w końcu były one wymysłem psychopaty JHWH) co znacznie ułatwiało ewentualną konwersję poganom, którzy interesowali się osobą i nauczaniem Chrystusa, ale nie pasował im żydowski kontekst kulturowy (w II wieku w wielu wspólnotach funkcjonowały jeszcze zwyczaje żydowskie. Ba! Istniały całe grupy tzw. judeochrześcijan).

    Te czynniki i powszechność dysonansu między żydowską Biblią a nauczaniem Jezusa i Apostołów sprawiły, że poglądy Marcjona były bardzo popularne. I to pomimo potępienia ze strony wielu liderów wspólnot chrześcijańskich i, później, prześladowań. Marcjonici zdołali przetrwać bardzo długo i dotrzeć ze swoim nauczaniem w dalekie regiony starożytnego świata. I to mimo tego, że ich religia była bardzo restrykcyjna i wymagająca w stosunku do wiernych. Marcjon rozumował, że skoro zły JHWH stworzył materialny świat to znaczy, że coś musi być z tym światem nie tak. Stąd daleko posunięty ascetyzm i postulat celibatu nawet między małżonkami (w tym akurat nie był odosobniony, poglądy takie miały nawet niektóre grupy, które później uznano za ortodoksyjne). O sile i zasięgu oddziaływania Marcjona świadczy fakt, że jeszcze w IV wieku Cyryl, biskup Jerozolimy, zabraniał podróżującym wiernym modlić się z grupami chrześcijan których nie znają. Mogli to bowiem być marcjonici, których liczne wspólnoty zamieszkiwały wiele osad w Syropalestynie. Tomasz z Margii opisywał dzieje pewnego biskupa z Dailamu, żyjącego w VIII wieku, który nawracał „Marcjonitów, pogan i Manichejczyków”. Ibn al-Nadim, muzułmański uczony z X wieku, pisał natomiast o wspólnotach marcjonitów z Chorasanu, którzy „odprawiali swoje obrządki całkowicie jawnie, podobnie zresztą jak manichejczycy”.

    Marcjon z Synopy spijajacy kapuczinę ze świętym Janem

    Podobne tendencje przejawiały także niektóre chrześcijańskie grupy tak zwanych gnostyków. Część z nich była wręcz radykalnie dualistyczna i garściami czerpała z motywów irańskich kultów. Do tego stopnia, że niektóre z tych grup twierdziły wprost, że materia jest złem, więzieniem idealnej, niematerialnej duszy i zadaniem człowieka jest nic innego jak wyzwolenie się z okowów materialnego świata i pomaganie innym w tym samym celu. Cała epoka późnej starożytności i wczesnego średniowiecza była naznaczona dualizmem. Obok dualistów odwołujących się do chrześcijaństwa istniały też całe religie oparte na tej idei. Najpopularniejsza z nich, manicheizm, była przez długi czas poważnym rywalem dla chrześcijaństwa a popularność jaką zyskała sobie na ziemiach cesarstwa była tak wielka, że trzeba było naprawdę krwawych prześladowań aby ją “wyplenić”. Na przykład w 382 roku cesarz Teodozjusz wydał edykt w którym z automatu skazywał na śmierć wszystkich, którzy byli manichejskimi mnichami. Kara śmierci groziła za samo posiadanie manichejskich tekstów. O problemie jakim był manicheizm dla kościoła świadczy fakt, że termin ten stał się wręcz synonimem słowa herezja i był na przestrzeni wieków używany na określenie nawet tych grup, które z naukami Maniego nie miały nic wspólnego. O żywotności i możliwościach adaptacji manicheizmu świadczy choćby to, że przetrwał on do mniej więcej XIV wieku w… Chinach (więcej tutaj).

    Mimo tępienia myśli dualistycznej przez partię, która ostatecznie wygrała teologiczne spory i z pomocą władz rzymskich narzuciła “ortodoksyjną” interpretację chrześcijaństwa jako oficjalną, idee nie zniknęły. O dualizm oskarżano na przykład tak zwanych messalian, czyli członków wspólnot syriackich funkcjonujących na pograniczu persko- rzymskim w IV i V wieku. Łatkę dualistów przypięto także paulicjanom, którzy narodzili się jako ruch polityczno- religijny w VII wieku. Były to głownie ormiańskie wspólnoty, które odrzucały autorytet zarówno ortodoksyjnej jak i miafizyckiej organizacji kościelnej. Korzystając z politycznego osłabienia cesarstwa Rzymskiego, stworzyli własne państewko we wschodniej Azji Mniejszej, ale zasięg występowania ich wspólnot wykraczał daleko poza te tereny. Ostatecznie zostali jednak pokonani przez Rzymian i cesarze zaczęli przesiedlać ich jako osadników wojskowych do zachodniej części swojego imperium. Część paulicjan została osiedlona w Tracji gdzie ich poglądy spotkały się z zainteresowaniem sąsiedniej, słowiańskojęzycznej ludności. Idee paulicjan miały dać jakoby impuls do powstania grup znanych jako bogomiłowie. Grupy te również były oskarżane o dualizm. Ci z kolei mieli zanieść swoje wierzenia Serbom, dając początek Babunom. Stamtąd zaś misjonarze mieli udać się do Bośni i Dalmacji. Ta ostatnia była natomiast przyczółkiem do ekspansji na łacińską część chrześcijańskiego świata.

    Fresk przedstawiający synod zwołany przeciwko bogomiłom

    Czemu ciągle piszę o “oskarżeniach”, ‘łatkach” i “przypisywaniu” zamiast otwartym tekstem walnąć, że grupy te były jawnie dualistyczne? W przypadku paulicjan i messalian po prostu brakuje nam źródeł. To znaczy nie mamy praktycznie żadnych zabytków ich piśmiennictwa. Pod paulicjan często podpina się wprawdzie “Klucz do prawdy”, ale tekst ten powstał w ramach grupy znanej jako tondrakici. Część uczonych uważa, że grupa ta była pokrewna paulicjanom, ale nikt tak naprawdę tego nie wie. Nawet jeśli jakieś związki faktycznie występowały, to nadal nie wiadomo w jakim stopniu (i czy w ogóle) grupy te były zgodne ze sobą. Czytając zaś ortodoksyjnych autorów nie sposób nie dojść do wniosku, że bardziej zależy im na oczernieniu niż rzetelnym opisie teologii konkurencji. Taki na przykład Psellos oskarżał messalian o organizowanie kazirodczych i homoseksualnych orgii i dodawał, że poczęte w ten sposób potomstwo było następnie ofiarowane Szatanowi i zjadane w ramach rytualnego kanibalizmu. Tak odjechane oskarżenia stawiają pod znakiem zapytania wiarygodność opisów i są raczej czymś na kształt figury retorycznej, a nie rzeczywistą relacją. Dodatkowo warto pamiętać, że oskarżenia o arianizm, manicheizm (czyli dualizm) były często rytualnymi obelgami i mogły nie mieć nic wspólnego ze stanem faktycznym.

    Ponadto grupy o których tu mowa w większości przypadków nie tworzyły scentralizowanych, zhierarchizowanych i zdoktrynalizowanych instytucji. Były raczej czymś na kształt luźnej federacji zaprzyjaźnionych wspólnot z różnych regionów, które miały pewne podobieństwa w nauczaniu, ale także różnice (i te mogły być bardzo daleko idące). Postrzeganie ich przez pryzmat współczesnego kościoła katolickiego z jego papiestwem, soborami i kongregacjami do spraw nauczania tego i owego jest po prostu błędne. Jeśli już można je do czegoś porównać to raczej do zborów zielonoświątkowych, które nie tworzą scentralizowanych struktur- mają swoich “starszych” czy “pastorów” i utrzymują kontakty z innymi w ramach różnych stowarzyszeń i federacji. Poglądy i interpretacje (zwłaszcza w przypadku szczegółów) mogą się jednak znacznie różnić. Stąd jakaś grupa messalian faktycznie mogła mieć dualistyczne poglądy albo doń zbliżone, a inna już nie. Ponadto poglądy tych grup mogły się zmieniać i ewoluować wraz z upływem czasu, dojrzewaniem idei teologicznych, wymianą pokoleń wśród “starszych”, działalnością charyzmatycznej jednostki czy wpływem innych wspólnot. Żeby było jeszcze weselej- doktryna nie była “wyryta w kamieniu” (bo na przykład uchwalił ją nieomylny sobór i potwierdził książę apostołów) zatem pole do interpretacji i zmian było duże.

    Masakra paulicjan z 834 roku

    Jedyną grupą z wyżej wymienionych co do której mamy raczej pewność w kontekście oskarżeń o dualizm są bogomiłowie. W dużym uproszczeniu (bo były różne warianty) ich kosmologia twierdziła, że Najwyższy Bóg miał dwóch synów- starszego Satanaila i młodszego Michała. Satanail zbuntował się przeciwko Bogu i wbrew ojcu stworzył materialny świat i człowieka, ale nie potrafił go ożywić i obdarzyć osobowością. Zwrócił się wówczas o pomoc do Ojca, a ten, z tylko sobie znanych przyczyn, ożywił Adama, pierwszego człowieka. Satanail zamienił go i jego potomstwo w niewolników i traktował ich okrutnie (niespodzianka!!!). Ojciec wysłał wówczas Michała z misją uwolnienia ludzkości i uświadomienia jej czym jest świat w którym żyją i jakie jest ich prawdziwe pochodzenie i przeznaczenie. Michał wcielił się w niejakiego Jezusa z Nazaretu w czasie chrztu w Jordanie i objawił ludziom, że mają niematerialną duszę, którą mogą uwolnić z materialnej pułapki jeśli odrzucą doczesne przyjemności i zło będące konsekwencją pożądania ich. Michał znacznie osłabił Satanaila, ale ten dzięki intrygom i machinacjom doprowadził do ukrzyżowania brata. Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się prawdy głoszonej przez Jezusa, Satanail założył ortodoksyjny kościół. Jako władca materialnego świata załatwił mu sojusze z królami i sprawił, że z czasem stał się on potężniejszy od kościoła założonego przez Chrystusa.

    W XII wieku mamy pierwsze wzmianki źródłowe o chrześcijańskich wspólnotach dualistycznych w Europie Zachodniej. Do końca nie wiadomo czy grupy te powstały w wyniku misjonarskiej działalności z Bałkanów czy też rozwinęły się samodzielnie. Możliwe zresztą, że było tak i tak- to znaczy niektóre grupy zostały założone przez misjonarzy, a niektóre powstały samoczynnie. Te które powstały samoczynnie mogły potem inspirować się wschodnimi a te wywodzące się z działalności misjonarskiej przejmować idee od tych “autochtonicznych”. Współcześnie uważa się, że słynna wędrówka dualizmu (wraz z legendarną mapką z Wikipedii) od Azji Mniejszej do Langwedocji jest zbyt dużym uproszczeniem zróżnicowanej historii jednej z najbarwniejszych herezji łacińskiej Europy. Ciężko jednak zaprzeczyć, że kontakty miały miejsce. Źródła opisują na przykład wizytę lidera bogomiłów, Nicetasa. Odwiedził on wspólnoty dualistów, których kościół ochrzcił mianem katarów, a którzy sami siebie nazywali po prostu Dobrymi Ludźmi lub Dobrymi Chrześcijanami. Historycy wskazują jednak, że Nicetas i jego ludzie nie byli misjonarzami ani nawet nie tworzyli jednej organizacji kościelnej z Zachodem. Potwierdził to sam Nicetas w trakcie tak zwanego synodu z Saint-Felix, stwierdzając, że dualistyczne wspólnoty nie mogą wchodzić sobie w paradę i być rządzone jedna przez drugą.

    Z lewej: papież ekskomunikuje katarów, z prawej: pobożne rycerstwo masakruje ekskomunikowanych katarów

    Katarzy i im podobne grupy były solą w oku papiestwa i kościoła katolickiego. W momencie największego rozkwitu działały nieomal całkowicie jawnie na terenach północnych Włoch i południowej Francji, nierzadko utrzymując dobre stosunki z miejscowymi feudałami. Dualistyczne grupy działały także na terenie półwyspu Iberyjskiego, Niemiec, Czech i Węgier. Kościół miał prawdziwy problemy żeby wyplenić konkurencje. Udało się to dopiero dzięki skoordynowanym wysiłkom zbrojnych wypraw, akcji misjonarskich i działalności inkwizycji- a i tak zajęło to prawie dwa stulecia i zostało okupione zdewastowaniem i zubożeniem południowej Francji. Katarom i bogomiłom na pewno poświęcimy jeszcze po odcinku, po to zbyt ciekawe sprawy żeby ich nie opisać.

    #daszwiare #religia #historia #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 43 w którym okazuje się, że ilość palców którymi wykonuje się znak krzyża może być kwestią życia i śmierci oraz zaprowadzić nas do Boliwii przez Syberię i Chiny.

    Współcześnie, wśród internetowych “specjalistów”, dominuje pogląd mówiący o tym, że religia była tylko/ przede wszystkim narzędziem kryptoateistycznych elit do kontroli mas. Nie jest to chyba prawda w przypadku Aleksego Romanowa. Car panujący od 1645 roku, wsławił się dwoma rzeczami- odebraniem Polsce wielu ziem ruskich i żarliwą pobożnością. Uważał on, że jest odpowiedzialny za zbawienie swoich poddanych. Na przykład w 1651 roku wymusił delegalizację odprawiania skróconych liturgii*. Car promował ponadto reformy cerkiewne i chciał zwiększyć rygoru moralny wśród kleru i wiernych. Jego sojusznikiem był patriarcha Nikon, który prowadził zakrojone na szeroką skalę reformy mające wzmocnić cerkiew jako instytucję. Posunięcia Krzewicieli Pobożności (tak nazywano cara i jego obóz) wywoływały często opór ze strony zarówno laikatu jak i duchowieństwa. Napięcie rosło, ale otwarty konflikt wybuchł z całą mocą gdy wprowadzono reformy liturgiczne.

    “Jakie znowu metafory?!”

    Krzewiciele uznali, że należy odtworzyć powiązania z innymi cerkwiami. W trakcie spotkań z Grekami Rusini doszli do wniosku, że ich nabożeństwa i praktyki różnią się. Uznali, że skoro przyjęli prawosławie z Bizancjum, to różnice te są pokłosiem lokalnych innowacji i należy się ich pozbyć. Problem polegał na tym, że dla wielu Rusinów to właśnie ich wersja była “pierwotna” a różnice tłumaczyli osmańskimi i katolickimi wpływami u Greków. Fakt, że wielu greckich duchownych kształciło się u katolików (w tym jeden z reformistów, Arseniusz) sprawiał, że reformę postrzegano jako papieski spisek. Przekonanie te wzmacniały dwa fakty. Pierwszym były liczne próby narzucenia unii przez katolików (często siłą). Drugim był fakt, iż greccy biskupi na soborze we Florencji uznali papieskie roszczenia (nie weszły one w życie wobec oporu wiernych).

    Ja wam dam dwa palce!!!

    Zdaniem Rusinów Grecy stracili przez to prawo przewodzenia- to Moskwa była teraz Rzymem, stolicą jedynego prawdziwie chrześcijańskiego imperium. Nikon miał inne zdanie. Rozpoczął wprowadzanie zmian mających upodobnić ruskie zwyczaje i praktyki do “oryginalnych”. Najbardziej kontrowersyjny był zakaz czynienia znaku krzyża za pomocą dwóch palców i obowiązek dodania trzeciego. Synod nakazał rewizję wszystkich ksiąg liturgicznych i zmiany na grecką modłę. Zmieniono ilość prostracji i pokłonów, transkrypcję słowa Jezus (Isus na Iisus), częstotliwość modlitw oraz wprowadzono drobne korekty do translacji credo. Zmiany generalnie dotyczyły najczęściej powtarzanych w nabożeństwach słów, gestów i symboli. Dodatkowo, Nikon wprowadzał swoje reformy “na chama”. W pewnym momencie przestał słuchać się nawet cara i patriarchy ekumenicznego, którzy widząc opór przed zmianami proponowali żeby obok zrewidowanego rytu funkcjonował tradycyjny.

    Rewizja idzie pełną parą

    W 1656 roku Nikon posunął się do ogłoszenia starego symbolu krzyża heretyckim. Niejako oznaczało to, że ludzie sprzed reformy byli heretykami. Niepokornych zsyłano do klasztorów i więzień. Polemiki mówiące o tym że zmian nie wprowadzano na podstawie starożytnych tekstów liturgicznych tylko ich ówczesnych, greckich wersji (potwierdzają to współcześni badacze) tłumiono. Zdaniem krytyków Nikon hellenizował ruskie prawosławie. Został on wprawdzie zdjęty z urzędu przez synod w 1666 roku, ale ten sam synod potępił zwolenników starego rytu jako heretyków. Protestujący kler został ukarany (niektórych pozbawiono języków) przez cara i uwięziony. W 1676 roku padł opierający się reformie klasztor Sołowiecki (bronił się od 1668 roku) a jego załoga zmasakrowana. W 1681 roku spalono na stosie kilku przeciwników reformy. Przekaz był jasny- cerkiew i carat nie cofną się przed niczym żebym zrobić kuku tym, których nazywali raskolnikami (schizmatykami). Bardziej neutralnymi określeniami byli starowiercy i staroobrzędowcy.

    Aresztoanie Feodosiji Morozowej za opór przeciwko reformom. Trzyma ona uniesione dwa palce w geście sprzeciwu

    Myślę, że wielu czytających ma teraz w głowie niezły mętlik na zasadzie “Co?! Zabijać z powodu jednego palca więcej/ mniej?!”. W prawosławnej tradycji, która powstała przecież gdy 90% ludzi była analfabetami, liturgia i rytuały były bardzo ważne. Były to bowiem w zasadzie jedyne transmitery treści teologicznych. Żaden gest, żadna czynność i żadne słowa (oraz ich częstotliwość i kolejność) nie są przypadkowe. Jakiekolwiek zmiany rytu były odbierane jako próba zmiany samej wiary. Chodziło także o sposób reformowania, potępienie starych obyczajów jako heretyckich oraz dążenia Nikona do centralizacji cerkwi i kontroli nad życiem parafialnym. Silny był zwłaszcza opór niższego kleru, który uważał, że zdecentralizowanie i elementy lokalne są cechą prawosławia, a centralizacja i uniformizacja to “papistowskie herezje”. Wielu starowierców było zresztą gotowych do zaakceptowania reformy pod warunkiem możliwości używania także starego rytu i luźniejszej struktury cerkwi.

    Dwa albo śmierć

    O tym nie było jednak mowy. Schizma stała się faktem. Grup starowierczych było dużo i nie tworzyły one homogenicznego ruchu. Często różniły się w wielu sprawach, a wspólne było to, że obstawały przy starym rycie. Szybko zaczęło dochodzić do rozłamów. Jedną z największych kontrowersji była kwestia duchowieństwa. Wobec braku biskupów z ważną sukcesją apostolską (oficjalna cerkiew popadła przecież w herezję, więc jej linia przestała być koszerna) nie było nikogo kto mógłby wyświęcać nowych duchownych. Część starowierców stwierdziła, że “zasady uber alles” i, nie mogąc wyświęcać księży, obchodzili się bez nich. Te grupy nazwano bezpopowcami. Inni, popowcy, zaczęli tworzyć własne hierarchie przyjmując skruszone duchowieństwo nowego rytu lub akceptując święcenia od innych cerkwi. Punktów niezgody było jednak więcej co w połączeniu z rozległością terytorialną i faktem migracji doprowadziło do powstania kilku organizacji religijnych starowierców.

    Współczesna procesja popowców z okolic Moskwy

    Generalnie popowcy byli bardziej umiarkowani. Starali się kontynuować życie cerkiewne sprzed reformy, odprawiali liturgie, uznawali sakramenty i posiadali księży. W wyniku wyodrębnienie się kilku linii hierarchicznych, powstały różne organizacje kościelne popowców. Do naszych czasów przetrwały dwie największe. Pierwsza to hierarchia białokrynicka, ustanowiona przez greckiego biskupa, konwertytę na stary ryt, Ambrożego. Druga to hierarchia nowozybkowska (obecnie Rosyjska Cerkiew Staroprawosławna). Bezpopowców generalnie uważa się za bardziej radykalnych. Wielu uznało reformy Nikona i idące za nimi prześladowania za początek panowania Antychrysta. Głosili konieczność ścisłej ascezy i bezwzględnej obrony wiary przed szatańskimi zakusami. Skoro cerkiew zdradziła, to stała się “babilońską nierządnicą” i próby układania się z nią są zdradą. Bezpopowcy odrzucali nie tylko księży, ale (wiele grup) także liturgię i sakramenty. Z racji radykalizmu i idących za nim ostrzejszych prześladowań, wielu bezpopowców musiało uciekać.

    Biskup Ambroży, twórca linii białokrynickiej

    No właśnie, migracje. Prześladowania “raskolników” zelżały wprawdzie za Piotra Wielkiego, ale później było jeszcze kilka prób siłowego “przekonania schizmatyków do pojednania”. Starowiercy uciekali więc z regionów w których władze były sprawne w bardziej bezludne lub pograniczne obszary. I tak różne grupy osiedliły się nad Bałtykiem, na Uralu, w Rumunii, północy Rosji i na Syberii. Mieli tam generalnie spokój jako, że władze, zajęte kwestiami obronności i handlu, przymykały oko na ich niekoszerność. Starowiercy byli generalnie bardzo przedsiębiorczymi i wspólnotowymi ludźmi, toteż często doceniano ich jako osadników w dzikich i niebezpiecznych regionach. Wiele grup było także bardzo żywa intelektualnie i publikowała polemiczne i misjonarskie teksty, mające na celu wykazać czemu ich sprzeciw wobec polityki caratu i synodu był zasadny. Paradoksalnie- pojawienie się staroobrzędowców przyczyniło się do ożywienia umysłowego życia religijnego w Rosji, bo cerkiew też starała się odpierać krytykę i przekonywać starowierców do powrotu pod jej skrzydła.

    Cerkiew Jednowierców w Guślicy

    Pierwsze grupy starowierców zaczęły wracać do komunii z oficjalną cerkwią pod koniec XVIII wieku. Inicjatorem był arcybiskup Nicefor, który w 1781 roku przyjął wspólnotę popowców z okolic Melitopola do cerkwi. Zezwolił im na samodzielne wybieranie duchownych i używanie starych rytów i ksiąg liturgicznych. Pociągnęli oni za sobą kolejne grupy. Wielu liderów staroobrzędowców, widząc, że takie porozumienia działają i nie kończą się nawracaniem, zaczęło samodzielnie zwracać się do władz z prośbą o legalizację. Na początku synod ani carat nie chciały się wprawdzie zgodzić na powstanie hierarchii starowierczej i akceptowali pojedyncze wspólnoty jako parafie ze specjalnym rytem. Zjawisko to dało początek tak zwanym Edinoverie (Jednowiercy, czyli wierzący w to samo). Car Paweł I nakazał wyświęcanie księży specjalnie dla starego rytu i respektowanie zwyczajów jednowierców. Tak też się stało, choć niektórzy duchowni byli przeciw. Do wybuchu rewolucji komunistycznej istniało około 300 parafii jednowierczych.

    Bolwijska inwazja na XVII wieczne Imperium Rosyjskie (koloryzowane)

    Powstanie ZSRR sprawił, że wielu staroobrzędowców uciekło do Chin. Pozostali tam do lat 50. Wówczas zaczęły się wielkie projekty kolektywizacji rolnictwa, której oczywiście byli przeciwni. Dzięki wstawiennictwu ONZ i Czerwonego Krzyża, chińskie władze zgodziły się na migrację. Starowiercze grupy zostały osiedlone na Alasce i w Ameryce Łacińskiej- głównie Boliwi, Urugwaju i Brazylii. Ich osady wyglądają często jak żywcem przeniesione z XVII czy XVIII wiecznej Rosji i mocno wyróżniają się na tle latynoskiego otoczenia. Starowiercy generalnie starają się nie asymilować, aby nie zatracić “prawdziwej wiary”. Jako, że są to grupy z dużym przyrostem naturalnym i bardzo tradycyjne to wzbudziły one duże zainteresowanie władz rosyjskich. Obecnie ekipa Putina stara się ściągać wygnańców do ojczyzny, oferując im ziemię i pomoc w osiedleniu się. Wiele grup zdecydowało się na powrót, ale wiele nie chce mieć nic wspólnego z “Antychrystem” i żyje sobie w swoich enklawach, kontynuując tradycje ruskiego prawosławia.

    #daszwiare #religia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #chrzescijanstwo #prawoslawie #rosja #gruparatowaniapoziomu #historia #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 42 w którym bardzo chcemy naśladować Chrystusa i Franciszka, zmienić kościół i zaprowadzić nową epokę w dziejach ludzkiej duchowości. Niestety, kończymy na stosie

    Przemiany społeczne w okresie pełnego średniowiecza (XI - XIII wiek) dotknęły także życia religijnego. Jednym z przejawów był wzrost zainteresowania religią ze strony laikatu. W efekcie wzrosła religijna świadomość i zaangażowanie wiernych, ale z drugiej strony część ludzi, poznając katolickie nauczanie, uświadamiała sobie, że się z nim nie zgadza. Herezje szerzyły się jak pożar w suchym lesie. Ponadto wielu katolików uważało, że istnieje różnica między kościelną teorią a praktyką. Rozczarowani starali się sytuację poprawić na własną rękę. To często kończyło się procesami, przymusową reedukacją a czasem nawet śmiercią. Ówczesny kościół uważał, że zbawienie jest możliwe tylko w jego ramach. Każdy kto wyznawał inne poglądy był z automatu poza kościołem, co miało jakoby uniemożliwiać zbawienie. W tym świetle próby nauczania podjęte przez osoby “niewykwalifikowane” i “nieuprawnione” były ryzykowne i mogło prowadzić nawet do wiecznego potępienia.

    Nieżyczliwi mogą uważać, że kościół obawiał się tak naprawdę utraty wpływów*. Jeszcze mniej życzliwi mogą przy tym dodać, że reformatorzy kładli duży nacisk na skromność i ubóstwo co niekoniecznie podobało się hierarchii (która była w zasadzie feudałami). Prześladowania niewiele jednak dawały i kościół zmienił swoją politykę. Gdy w 1209 roku przed Innocentym III stanął Franciszek z Asyżu, nie popełniono błędów przeszłości. Dzięki swojej autentyczności, wynikającej z rygoryzmu moralnego i oddania sprawie, franciszkanie i klaryski (żeński odpowiednik) zdobyli sobie wielką popularność. Pod wpływem przykładnego życia zakonników (połączonego czasem z debatami teologicznymi) nawet heretycy nawracali się na katolicyzm. W połączeniu z krucjatami i działalnością inkwizycji dawało to świetne efekty w odzyskiwaniu utraconych owiec.

    Wyganie katarów z Carcassonne, krucjaty i działalność inkwizycji zdławiły kataryzm

    Szybko pojawiły się jednak nowe problemy- moralny rygoryzm i idealizm wielu zakonników niekoniecznie szły w parze z hierarchią. Zakon zaczął się instytucjonalizować. Jedni twierdzili, że oddala go to od ideału ubóstwa i służby bliźnim. Inni twierdzili, że zmiany nie tylko nie przeszkadzają, ale wręcz pomagają. Konflikt sięgał już czasów Franciszka. Założona przez niego wspólnota ubogich szybko stała się popularna i zaczął do niej płynąć szeroki strumień datków i nowych adeptów. W 1219 roku bracia z Bolonii otrzymali w prezencie nieruchomość. Gdy Franciszek dowiedział się o tym nakazał jej zwrot. Interweniował kardynał Hugolino. Przekonał Franciszka, że dom należy do niego, a bracia posiadają tylko prawo użytkowania. Ten kruczek pozwoliły uspokoić sytuację. Obawiając się nadużyć i wykoślawienia ideałów ewangelicznego ubóstwa, Franciszek sporządził w 1221 roku nową regułę. Zezwalał w niej braciom na nieposłuszeństwo wobec przełożonych którzy łamali zasady wspólnoty.

    Papież zezwala Franciszkowi na działalność

    Reguła ta nie została zaakceptowana przez papieża. Zatwierdził on wersję z 1223 roku, która kładła mniejszy nacisk na nieposłuszeństwo. Bojąc się kompromisów, Franciszek spisał testament, który nakazywał zachować i czytać razem z regułą. Wzywał w nim do oddania ewangelicznym ideałom ubóstwa, służby i dobroci. Znając umiejętności teologów do odwracania kota ogonem, zabronił reinterpretacji. Na niewiele się to zdało- zasady łamano często i gęsto. Wraz z gwałtownie rosnącymi szeregami, donacjami i wpływami, testament Franciszka zaczął ciążyć wyżej postawionym. Zwrócili się więc oni do kardynała Hugolino, wówczas już Grzegorza IX, z pytaniem czy wola Franciszka jest dla nich wiążąca. W bulli “Quo elongati” z 1230 roku papież zezwolił na reinterpretację zasad. Zastosowano tutaj ten sam mechanizm co przy domu w Bolonii- teoretycznym właścicielem bibliotek, klasztorów, kościołów, magazynów, sadów, pól etc. byli hierarchowie- franciszkanie mogli “tylko” używać tych zasobów.

    Z jednej strony umożliwiło to jeszcze większy rozrost zakonu i jego roli, ale z drugiej wymuszało konformizm w stosunku do hierarchii i zostawiało pole do nadużyć. Zdaniem grupy określanej później jako fraticelli, było to jawne sprzeniewierzenie się ideałom Franciszka. Druga strona, konwentualiści, uważali, że zmiany te są po prostu dostosowaniem się do warunków, konieczne aby móc realizować misję zakonu. Na przykład: aby nieść ewangelię wykształconym, potrzebni są oczytani bracia, edukacja i biblioteki. Działalność dobroczynna wymaga pieniędzy- można więc inwestować datki w działalność gospodarczą i dzielić zysk z biednymi. Dbanie o wiernych wymaga stałej obecność franciszkanów, czyli muszą mieć nieruchomości etc. Widać tu, że konflikt ten niekoniecznie wpisuje się w podział “idealiści” vs “skorumpowani”. Problem polegał jednak na tym, że granica między dostosowaniem zasad do realiów a działaniem dla osobistych korzyści była bardzo cienka.

    Wizerunek papieża Grzegorza IX

    Większe tarcia pojawiły się w latach 40. XIII wieku gdy generałem zakonu był Krescencjusz z Jesi. Część braci oskarżyła go i jego stronników przed papieżem o większe zainteresowanie sprawami materialnymi niż duchowymi. Źródła samego zakonu wspominają, że właśnie w tych czasach pojawiła się:

    grupa braci którzy (...) gardzą instytucjami i uważają się za lepszych od innych, chcą żyć po swojemu i wszystko przypisują duchowi, nosząc płaszcze tak krótkie, że sięgają ich pośladków.

    Problemy piętrzyły się- w trakcie dorocznego spotkania franciszkanów w 1257 roku, generał zakonu Jan narzekał na to, że zakonnicy mają za nic zasady i poddał się do dymisji. Jeden z jego następców, Bonawentura skazał go na więzienie za sianie fermentu. Kryzys jednak nie mijał i sam Bonawentura podjął próby zaostrzenia rygoru. Na niewiele się to zdało. W latach 70. i 80. XIII wieku wybuchł kolejny spór- o “usus pauper”. Konflikt jest ciekawy nie tylko w kontekście franciszkanów, ale katolickiego legalizmu w ogóle. Otóż- franciszkanie składali ślub ubóstwa, którego złamanie było grzechem śmiertelnym (popełnienie go było bardzo ryzykowne w kontekście zbawienia). Mogli jednak korzystać z dóbr niezbędnych do funkcjonowania. Problem polegał na tym, że ciężko jest zdefiniować które użytkowanie jest “niezbędne”, a które “zbędne”. Może się to wydawać pierdołą, ale w katolickim średniowieczu pierdołą nie było. Użytkowanie “zbędne” równało się bowiem złamaniu ślubu ubóstwa- czyli było grzechem śmiertelnym i mogło prowadzić do wiecznego potępienia. Polemiki wokół tematu toczyły się przez wiele dekad.

    Najstarsze zachowane przedstawienie świętego Franciszka

    W tym sporze były dwa główne obozy- konwentualiści i fraticelli. Ci pierwsi byli bardziej umiarkowani a drudzy rygorystyczni. Strony oskarżały się nawzajem o zdradę franciszkowych ideałów i najgorsze zbrodnie. W wyniku eskalacji spór przestał być sprawą zakonu i poprzez ludzi z zewnątrz (także wysokich szarż) wpisał się w inne konflikty epoki. Po pewnym czasie stał się wręcz konfliktem eklezjologicznym. Fraticelli i ich zwolennicy, spychani do narożnika przez konwentualistów, oparli się na szalenie popularnych wizjach Joachima z Fiore(patrz poprzedni odcinek i zidentyfikowali swoje stronnictwo z zakonem, który według przepowiedni miał wprowadzić ludzkość w nową epokę duchowości. Joachimowa epoka Ducha Świętego miała się bowiem charakteryzować końcem zinstytucjonalizowanej religii. Zastąpić ją miały paramonastyczne grupy ‘świętych”, skromnych, prostych i oddanych Bogu i ludziom, prowadzonych bezpośrednio przez Ducha Świętego. Fraticelii i ich sympatycy uznali, że przełom dokonuje się właśnie teraz a konflikt jest tego pokłosiem.

    Najpopularniejszą syntezę tych poglądów stworzył franciszkanin Piotr Olivi, którego prace potwierdzały, że koniec czasów ma miejsce właśnie teraz. Krytykował on hierarchów, którzy jego zdaniem odeszli od pierwotnego modelu propagowanego przez Chrystusa i apostołów. Dla Piotra zapowiedzią odnowy chrześcijaństwa było pojawienie się Franciszka z Asyżu, którego utożsamiał z apokaliptycznym aniołem Szóstej Pieczęci. Olivi rozpropagował wizję w której fraticelli byli motorem napędowym zmian, mającym wprowadzić ludzkość w nową erę. Jego pisma i nauczanie pozyskały wielu zwolenników dla sprawy radykalnych (a może konsekwentnych?) franciszkanów. Konflikt przybierał na sile, ale Olivi zmarł we względnym spokoju w 1298 roku. Dla wielu wiernych był świętym, a jego pracami inspirowali się jeszcze długo nie tylko “heretycy” (fraticelli, begardzi, beginki, bractwa Wolnego Ducha, Bracia Apostolscy etc.) ale także jak najbardziej koszerni katolicy.

    XVI wieczny fresk przedstawiający Joachima z Fiore

    W 1299 roku konwentualiści przeszli do kontrataku- zgromadzenie zakonu potępiło prace Oliviego oraz nakazało ich zniszczenie. Zaczęli również przedstawiać fraticelli jako zagrożenie dla ładu społecznego i jedności kościoła. Doszło do śledztw i polemicznych dyskusji w których obydwie strony miotały na siebie oskarżenia o herezję. Bulla papieża Klemensa V była próbą zakończenia konfliktu- przyznawała, że w zakonie dochodzi do nadużyć i nakazywała większą surowość obyczajów. Problem polegał na tym, że pozostawiała te zmiany w gestii przełożonych (którzy w większości byli konwentualistami) i nakazywał braciom aby byli posłuszni. W efekcie nic się nie zmieniło. Fraticelli, mając w pamięci zalecenia Franciszka co do nieposłuszeństwa, zaczęli otwarcie się buntować. Konwentualiści na niektóre z tych buntów odpowiadali siłą. Klemens ponownie próbował mediować, ale wielu hierarchów miało dość radykałów. Chaos pogłębił się jeszcze w 1314 roku, kiedy to w krótkim odstępie czasu zmarł zarówno generał zakonu jak i papież. Doszło nawet do zbrojnych walk o klasztory pomiędzy zwaśnionymi stronnictwami.

    Nowy papież, Jan XXII, wybrany został w 1316 roku i od samego początku żywo interesował się konfliktem. W 1317 roku 61 fraticelli stanęło przed sądem papieskim w Awinionie za wygnanie przełożonych z klasztorów. Jan XXII zażądał bezwzględnego posłuszeństwa**. Większość, zmiękczona przez inkwizycję uległa, ale czterech odmówiło. Zostali oni spaleni na stosie 7 maja 1318 roku. Szybko zaczęto także prześladować (a czasem nawet zabijać) ich świeckich zwolenników. Papież wydał także bullę, którą najlepiej podsumować cytatem z niej:

    Ubóstwo jest dobre, ale czystość jeszcze lepsza. Najlepsze jest zaś posłuszeństwo jeśli zachowa się je nienaruszone.

    Bulla była triumfem konwentualistów, ale trwał on bardzo krótko. Zachęcony podszeptami dominikanów i zmęczony zamieszaniem wokół kwestii ubóstwa, Jan XXII poszedł jeszcze dalej. Zmusił franciszkanów do przejęcia na własność wszystkich dóbr których używali. Ponadto stwierdził, że nauczanie, że Jezus i apostołowie byli ubodzy i nie posiadali dóbr materialnych jest heretyckie. Fraticelli (wzmocnieni przez wielu rozczarowanych obrotem spraw konwentualistów) stali się teraz zwierzyną łowną dla inkwizytorów. Ci którzy nie chcieli wyrzec się “błędów i herezji” (które to błędy jeszcze niedawno błędami nie były, a wręcz niektóre bulle papieskie nawoływały do ich przestrzegania) trafiali na stos. Polowanie na fraticelli i ich świeckich zwolenników było częścią większej akcji wymierzonej w świeckie i duchowne grupy odwołujące się do ideału ewangelicznego ubóstwa. Kościelny eksperyment z ubóstwem, mistycyzmem i większą rolą laikatu zaczynał wymykać się spod kontroli i hierarchia zaczęła zmieniać kurs.

    XV wieczne przedstawienie beginki

    #daszwiare #religia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #historia #katolicyzm #chrzescijanstwo #zainteresowania
    pokaż całość

    •  

      *Cytat z pism Waltera Mapa (który był obecny przy rozmowach Waldesa z papiestwem) wyraża tę obawę wprost:

      They have no fixed habitations. They go about two by two, barefoot, clad in woolen garments, owning nothing, holding all things common like the apostles, naked, following a naked Christ. They are making their first moves now in the humblest manner because they cannot launch an attack. If we admit them, we shall be driven out.” The implication is clear: the Church must drive them out first.

      **Symptomatyczny jest dialog jaki wywiązał się między jednym z braci a papieżem:

      When he began to speak, the pope mockingly observed that it was a surprise to see him there, defending the right to observe the Rule strictly, when everyone knew that he himself wore five tunics. The friar responded politely that he was not wearing five tunics. “Are you calling me a liar?” asked the pope. And when the friar responded that no, perhaps the Holy Father was just mistaken, the Pope sent him off to prison as well “to see how many tunics he was wearing.”
      pokaż całość

    •  

      Źródła:

      Jennifer Kolpacoff Deane, “Spiritual Franciscans, the Poverty Controversy, and the Apocalypse” w: “A History of Medieval Heresy and Inquisition”

      Wszystkie cytaty są przetłumaczone/ podane z tejże książki

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 41 w którym dotykamy Boga, rozkminiamy klucz do ludzkiej historii i tworzymy jedne z najbardziej wpływowych średniowiecznych idei.

    Okres między XI i XIII wiekiem był w Europie Zachodniej czasem zmian w wielu dziedzinach życia- także religijnego. Nowym zjawiskiem było większe zainteresowanie religią wśród laikatu. Dotyczyło ono zarówno bardziej teoretycznych rozważań nad doktryną jak i praktycznych doświadczeń religijnych. Jednym z poszukujących był Joachim z Fiore. Południe Italii, gdzie się wychował, było prawdziwym tyglem wiar i etnosów- obok siebie żyli katoliccy Longobardowie i Normanowie, żydzi, prawosławni Grecy, muzułmańscy Arabowie oraz różne grupy heterodoksyjne. Joachim od samego początku był zatem świadom istnienia różnych wierzeń i tradycji. Jako syn możnego łatwo znalazł zajęcie na dworze, gdzie miał także styczność z najświatlejszymi i najlepiej wykształconymi ludźmi w państwie. Wiemy również, że odwiedził jeszcze bardziej multikulturowy Konstantynopol. W trakcie pobytu na Wschodzie przeżył kryzys duchowy i udał się na pielgrzymkę do Palestyny. Wędrował po pustyniach i miejsca kultu aż doświadczył niewytłumaczalnego przeżycia, które uznał za spotkanie z Bogiem i które na zawsze odmieniło jego życie. Pod wpływem zetknięcia ze znanym/nieznanym nawrócił się i po powrocie w rodzinne strony porzucił karierę na dworze, poświęcając się życiu jako pustelnik- asceta.

    XVI- wieczny fresk przedstawiajacy Joachima

    Po kilku latach Joachim dołączył do benedyktynów gdzie, mimo drobnych zawirowań, szybko zrobił karierę (o ile można tak w ogóle powiedzieć w tym kontekście). Już w 1176 roku został przeorem klasztoru. Przez cały ten czas oddawał się nie tylko modlitwie, postom i kontemplacji, ale także studiom biblijnym. Nie interesowało go jednak tylko interpretowanie poszczególnych części świętych tekstów. Szukał powiązań między nimi wierząc, że Biblia zawiera wiele ezoterycznej wiedzy na temat przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Oprócz analizy suchego tekstu, Joachim zdawał się też na swoje wizje i religijne uniesienia. Po jednym z nich stwierdził, że w pełni zrozumiał Apokalipsę i relację między Starym a Nowym Testamentem. Po uzyskaniu zgody od papieża Lucjusza III, przystąpił do spisywania rzekomego objawienia. Zawierało ono nie tylko uwagi na temat powiązań między księgami Biblii i ich interpretacje, ale także cały system dotyczący tego jak należy rozumieć historię świata i zbawienia. Pełno w nich było odniesień do liczby trzy, którą Joachim uważał za szczególną. Dzieła wywarły olbrzymi wpływ na średniowieczną, łacińską Europę i jej religijność. Robert Lernen napisał kiedyś:

    Jakkolwiek niewielu śmiertelnikom jest dane wymyśleć chociaż jedną nową, znaczącą ideę- Joachim z Fiore wymyślił trzy.

    Pierwszą był pomysł aby Stary Testament potraktować jako swego rodzaju kryptogram- to znaczy tekst pełen ukrytych znaczeń i zależności, które można jednak właściwie odszyfrować. Jeśli zrobi się to dobrze to, zdaniem Joachima, zyskujemy w ten sposób klucz do przewidzenia przyszłych zdarzeń z historii świata. Wydarzenia ze Starego Testamentu miały bowiem być zapowiedzią tych z Nowego i dokładnie im odpowiadać (choć być mniej wyraźne jako, że był to czas gdy ludzkość nie znała pełnego objawienia). Joachim stworzył całą mapę aby zobrazować relację między historiami. Przedstawił testamenty jako symetryczne rozgałęzienia (jedno dla Starego i jedno dla Nowego) drzewa, których liście, pnie i gałęzie były opisane powiązanymi ze sobą (zdaniem Joachima) wydarzeniami biblijnymi. Były one skorelowane ze sobą nie tylko na podstawie znaczenia, ale także nakładających się na siebie generacji postaci biblijnych.

    Drzewo dziejów stworzone przez Joachima

    Drugą była interpretacja Apokalipsy, której kompletne znaczenie miał jakoby posiąść dzięki objawieniu. Większości teologów katolickich przed Joachimem traktowała Apokalipsę jako zbiór odrębnych wizji dotyczących wydarzeń w różnych okresach. Joachim uważał ją zaś za jedną, spójną narrację. Rewolucyjne było również przekonanie dotyczące aktualnego stanu historii. Według wcześniejszych interpretacji, okres tysiącletniego królestwa z rozdziału 20, odnosił się do czasów panowania kościoła w Rzymie i średniowiecznej Europie. Joachim temu zaprzeczał- uważał, że to tysiąclecie znajduje się jeszcze przyszłości. Jakkolwiek może to nie brzmieć jak bardzo śmiała teza, to w ówczesnej rzeczywistości jak najbardziej taka była. Można ją było bowiem zrozumieć jako przyznanie, że kościół rzymski z papieżem i biskupami na czele nie jest ostatecznym wcieleniem kościoła Chrystusowego. I tak też się stało, co wobec dużej popularności pism Joachima przysporzyło instytucjonalnemu kościołowi potężny ból głowy.

    Joachimowa interpretacja Trójcy Świętej, potępiona przez kościół jako błędna

    Trzecią i prawdopodobnie najbardziej wpływową ideą Joachima była mapa historii zbawienia. Dzielił on historię na ,jakże by inaczej, trzy okresy i przyporządkował im osoby Trójcy. Na okres Ojca przypadał Stary Testament, w którym wierni należeli do synagogi. Trwał on 42 pokolenia i zakończył się wraz z przyjściem Chrystusa. To z kolei było początkiem okresu Syna. Obowiązuje w nim Ewangelia, a naród wybrany gromadzi się w Kościele. Okres ten zbliża się jednak do końca, a po nim nastąpi okres Ducha. Okres Ojca był bardzo restrykcyjni i był czasem “niewoli” gdyż ludzie kierowali się tylko potrzebami ciała- trzeba było więc trzymać ich bardzo krótko. Okres Syna jest miksem wolności i niewoli, a ludzie rozwinęli się na tyle, że kierują się potrzebami ciała i ducha- można im zatem nieco poluzować. Zapowiedziany okres Ducha miał zaś być czasem pełnej wolności, wyparciem potrzeb ciała przez duchowe i obowiązywania Wiecznej Ewangelii. Kościół instytucjonalny miał zniknąć, wraz z obrzędami, klerem i zakazami oraz nakazami. W nowej epoce sam Duch Święty miał prowadzić wiernych żyjących we wspólnotach monastycznych i miał ich nieustannie uświęcać swoją łaską.

    Siedmiogłowa bestia- ilustracja do jednego z dzieł Joachima

    Z obliczeń Joachima wynikało, że okres Syna miał się skończyć w XIII wieku. Jego prace, pełne uczonych cytatów, obliczeń, odniesień do Biblii i nauk wszelakich oraz śmiałych wizji rozpalały wyobraźnię ludzi epoki, przepełnionych religijnością i oczekiwaniem wielkiej zmiany. Niektóre idee Joachima zostały oficjalnie potępione przez Rzym (np. nauczanie o Trójcy). Generalnie jednak był on uważany za jak najbardziej koszernego zawodnika a to tylko zwiększało jego zasięg i olbrzymią popularność. Szczególnie znany i poważany był wśród franciszkanów. Było to spowodowane tym, że zapowiadał on pojawienie się nowego zakonu u progu okresu Ducha. Zakon ten, kierując się wysokimi standardami moralnymi, miał pełnić rolę swoistego nauczyciela ludzkości i wprowadzić ją w nową epokę duchowości. Żyjący w ubóstwie, ascetyczni, pomagający innym oraz nauczający Ewangelii franciszkanie bardzo chcieli widzieć się w tej roli.

    Proroctwa Joachima miały odegrać bardzo dużą rolę w historii jednego z największych kryzysów w historii zakonu i przyczyniły się do jego konfliktu z hierarchią. Ale o tym kiedy indziej.

    #historia #daszwiare #katolicyzm #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #religia #chrzescijanstwo #zainteresowania #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 40 w którym uważamy się za katolików, ale nie bardzo wiemy co to znaczy, a wszyscy dookoła oskarżają nas o herezję i próbują dojechać.

    Jednym z najbardziej tajemniczych zjawisk w europejskiej historii chrześcijaństwa jest tak zwany kościół bośniacki. Jest to efekt tego, że losom średniowiecznej Bośni nikt nie poświęcał wiele uwagi. Nie jest pewne czym był i czego nauczał rzeczony kościół. Autorem współczesnego zamieszania wokół niego był Chorwat Racki. Wziął on za dobrą monetę oskarżenia katolickich pisarzy historycznych i sklasyfikował wyznanie jako lokalną wariację chrześcijańskiego dualizmu (w dużym skrócie- zło jest niemal tak potężne jak dobro a materialny świat to dzieło szatana i więzienie dla niematerialnych dusz z którego muszą się uwolnić) oraz powiązał je z bogomiłami (dualistyczna herezja z Bułgarii). Pogląd ten zdobył duże uznanie wśród historyków- w wielu pracach w których jest wzmiankowany (pod nazwą “patareni”) określa się go mianem manichejskiego lub bogomilskiego. Co ciekawe teorie Rackiego zostały entuzjastycznie przyjęte przez bośniackich muzułmanów, którzy tłumaczyli w ten sposób konwersję Bośni na islam- że niby nigdy byli katolikami ani prawosławnymi, a ich odmienność od sąsiadów jest starsza niż osmańskie podboje.

    Problem w tym, że teorie te nie znalazły potwierdzenia w nowszej krytyce źródłowej i archeologii. Na przykład charakterystyczne dla Bośni stecaki (kamienie nagrobne) utożsamiane z kościołem bośniackim zawierają krzyże, który to symbol wyznania dualistyczne uważały za szatański. Poza tym stecaki zawierają motywy katolickie i prawosławne (a dualiści uważali ich za odstępców). Wszystkie źródła sugerujące dualizm pochodzą zaś od ludzi, którzy nigdy nie byli w Bośni. Ponadto wiemy, że mieli dobre powody by kłamać. Źródła z samej Bośni nie wspominają nic o dualistycznych praktykach czy wierzeniach. Termin “patareni”, jakim określali Bośniaków katolicy, był historyczną nazwą XI wiecznych grup heretyckich z Mediolanu. Jedyną wskazówką rzucającą cień podejrzenia o dualizm są doniesienia o tym, że możnowładcy bośniaccy przyjmowali zbiegów religijnych z Dalmacji. To jednak w żaden sposób nie przesądza o wpływie tych ludzi na wierzenia swoich gospodarzy. Mamy nawet dobre powody żeby uważać, że mieli oni odrębną organizację “kościelną”.

    “Heretyckie stecaki”

    Korzenie kościoła o którym (jako o odrębnej instytucji) pierwsze wzmianki pojawiają się w XIV wieku, sięgają XII wieku. Bośnia był pograniczem między łacińską a bizantyjską Europą. Ciężko tu jednak mówić o “miejscu spotkań”, bo główne szlaki handlowe i komunikacyjne biegły gdzie indziej. Górski teren sprzyjał zachowaniu niezależności i odrębności- zarówno od świata zewnętrznego jak i w ramach podregionów zwanych żupami, którymi rządzili żupanowie. Nad nimi znajdowali się banowie. Najznaczniejszy ban rządził środkową częścią regionu. Ludność była zróżnicowana kulturowo i religijnie- na południu i wschodzie przeważali prawosławni a na północy i zachodzie katolicy. Katolicyzm ten był jednak często odmienny od łacińskiego standardu made by Rzym. Bośniacki kler nie znał łaciny i używał cerkiewnosłowiańskiego. Do tego biskupa Bośni wybierali lokalsi ze swojego grona. Konsekracja odbywała się wprawdzie w Dubrowniku, ale tamtejszy arcybiskup nie miał nic do gadania w kwestii wyboru. Izolacja Bośni sprawiła też, że znacznie dłużej przetrwały tam słowiańskie zwyczaje i wierzenia (w mniej lub bardziej ochrzczonej formie).

    Próbę latynizacji Bośni podjęli Węgrzy, którzy podporządkowywali sobie ziemie chorwackie i zaczęli dominować w regionie. W 1192 roku papież uległ ich namowom i oddał Bośnię arcybiskupstwu w Splicie. Bośniacy olali tę decyzję i swojego biskupa nadal wysyłali na konsekrację do Dubrownika. Była to część konfliktu między biskupami Splitu, Dubrownika i Baru. List Wukana z 1199 roku, władcy Zety, będący pokłosiem tego konfliktu, jest jedną z pierwszych wzmianek o rzekomej herezji w Bośni. Oskarża on bana Kulina o odrzucenie katolicyzmu. Rok później w podobne tony uderzył arcybiskup Splitu. Wzbudziło to zainteresowanie papieża. Dokumenty synodu w Barze, który miał rozwiązać konflikty wśród katolików w regionie są bardzo ciekawe. Nakazują one duchowieństwu np. przestrzegać celibatu, golić brody oraz nie udzielać rozwodów. Świadczy to tym, że słowiańscy duchowni z tych stron trwali przy swoich zwyczajach i normach, którym bliżej było do prawosławia. Synod niewiele dał, bo tarcia między biskupami trwały cały XIII wiek. Nie dotknął też za bardzo sprawy bośniackiej a zarzuty o herezję cały czas docierały do papieża.

    Rękopis zawierający imiona liderów kościoła bośniackiego

    W odpowiedzi Kulin napisał do Rzymu, że rzeczywiście przyjął uchodźców gdyż myślał, że są oni chrześcijanami. Wysłał kilku z nich aby papież mógł sam sprawdzić ortodoksyjność ich nauczania. Niestety odpowiedź Rzymu nie zachowała się. Listy Kulina i synod w Barze pokazują, że historycznie wielu ludzi nie wiedziało do końca czym jest “ich” religia: katolickie duchowieństwo zachodnich Bałkanów było de facto prawosławne; Kulin przyjął heretyckich uchodźców; duchowni bośniaccy nie potrafili sprawdzić koszerności przybyszy, bo katolickie prace teologiczne były pisane po łacinie (której nie znali). Oskarżenia o herezję zaczęły się piętrzyć. Papież wezwał w końcu do krucjaty. Aby temu zapobiec, Kulin zwołał w 1203 roku synod do Bolino Polje. Bośniacy potępili błędy i potwierdzili łączność z Rzymem. Te “błędy” ciężko określić mianem herezji. Dotyczyły bowiem lokalnych praktyk które rozwinęły się pod wpływem tradycji wschodnich. Synod rzuca nieco światła na kościół katolicki w Bośni. Był on prowadzony przez grupy monastyczne związane z możnowładcami. Grupy te nie bardzo praktykowały odprawianie katolickich nabożeństw i nie miały sakramentów.

    To tylko dodaje cegiełkę do obrazu opisanego w powyższym akapicie. Bośniacki kościół nie tylko nie znał teologii katolickiej, ale nawet katolickich praktyk a jego członkowie nie przystępowali regularnie do sakramentów. Tworzące go wspólnoty funkcjonował według własnych zasad opartych, najprawdopodobniej, na standardowej dla Wschodu regule świętego Bazylego. Postanowienia synodu miały to jednak zmienić. Wyparcie się błędów i walki z heretykami na Zachodzie sprawiły, że papież odpuścił. Jednak w 1221 i 1222 roku pojawiły się ponowne oskarżenia o niezdefiniowaną herezję. Prawdopodobnie były one spowodowane ambicjami Węgrów. Papież wezwał do krucjaty, ale podjęto inne aktywności mające na celu uporządkowanie sytuacji. List papieski z 1232 roku opisuje biskupa Bośni jako broniącego heretyków analfabetę, który objął urząd dzięki przekupstwu i nie miał pojęcia o sakramentach i liturgii. Legat usunął go ze stanowiska, a na jego miejsce powołał niemieckiego duchownego. Rok później ban Ninosław wyrzekł się jakiejś nieopisanej herezji.

    Strona z tak zwanego Kodeksu Hvala, jednej z najlepiej zachowanych prac kościoła bośniackiego

    Nic to nie dało, bo w 1234 roku papież wezwał do ataku na Bośnię. Chciał on zapewne realnej katolicyzacji, podczas gdy Węgrzy chcieli zmienić nominalną zwierzchność w prawdziwą. Kampania zajęła kilka lat, ale mimo pewnych sukcesów (choćby zdobycie Sarajewa, gdzie Węgrzy wybudowali katedrę) Ninosław zachował część swoich terytoriów. Wojskom towarzyszyli dominikanie, których celem było “naprawianie błędów”. Nie obyło się bez palenia na stosie, ale nawet źródła dominikańskie nie opisują herezji wśród Bośniaków. Impreza nie trwała jednak długo gdyż w 1241 roku Węgrzy wycofali się z powodu najazdu Mongołów. Pomogło to Bośniakom odzyskać utracone ziemie. Ninosław napisał do papieża list przekonując, że jest katolikiem a kontakty z heretykami wynikały z zagrożenia krucjatami. Papież wstrzymał więc Węgrów, którzy w 1248 roku chcieli znowu najechać Bośnię i wysłał duchownych, którzy mieli zbadać sytuację. Nie wiemy jaki był bezpośredni efekt ekspedycji, ale w wyniku późniejszych nacisków Węgrów papież oddał im zwierzchność nad organizacją kościelną w Bośni.

    Było ono jednak czysto teoretyczne a Bośniacy rządzili sami zarówno swoim terytorium jak i kościołem. Cała rzecz działa się na początku XIV wieku czyli wtedy gdy pojawiają się pierwsze wzmianki o kościele Bośniackim jako odrębnej organizacji. Źródła papieskie i węgierskie określają go mianem manichejskiego przyrównując do bogomiłów i katarów. Starsze prace brały ich słowa za dobrą monetę. Współcześni historycy stawiają jednak tezę, że przyczyną wyodrębnienia się kościoła bośniackiego nie była herezja tylko fakt ścisłej współpracy papiestwa z Węgrami i chęć latynizacji lokalnych praktyk. Agresja, prześladowania i polityczne motywy krucjaty miały sprawić, że wierni i mnisi doszli do wniosku, że nie chcą mieć nic wspólnego z papiestwem. Innymi słowy- bośniacki kościół z XIV wieku był kontynuacją wspólnot monastycznych, których przedstawiciele wzięli udział w synodzie w Bolino Polje i które to wspólnoty dotychczas uważały się za katolickie. Przy czym nie oznacza to, że nie było tam heretyków. Źródła raczej nie kłamią mówiąc o przyjmowaniu “manichejskich” zbiegów z Dalmacji. Nie mamy jednak dowodu na to, że ich nauki zostały przyjęte przez Bośniaków. Są za to poszlaki mówiące, że wspólnoty heretyckie funkcjonowały tam odrębnie od kościoła bośniackiego.

    Strona z mszału Hrvoje

    Wszystkie źródła z samej Bośni i Dubrownika (który miał kontakty z kościołem Bośni) wskazują, że mnisi nie różnili się w swojej wierze od katolicyzmu czy cerkwi. Słynny rękopis zawierający “rytuał katarski”, po wnikliwszej analizie okazał się dziełem prawosławnym, stworzonym w Ochrydzie. “Katarski” zwyczaj łamania i błogosławienia chleba (znany z Francji) był powszechny wśród prawosławnych mnichów. Ponadto Bośniacy używali Księgi Psalmów podczas gdy grupy dualistyczne odrzucały zazwyczaj cały Stary Testament. Różniło ich także to, że sporadycznie odprawiali liturgię i pili wino. Mnisi z możnych rodzin, w przeciwieństwie do katarskich kaznodziejów, nie zrzekali się majątku. Bośniacki dostojnik kościelny, Radin, w ostatniej woli określił swój dobytek jako 5k dukatów, liczne konie i luksusowe przedmioty. Wszystkie teksty religijne kościoła bośniackiego są ortodoksyjne a niektóre mają wręcz oznaczone czytania tak jak w cerkwi. Uznawali także kult świętych, Trójcę i kult wizerunków. Zarzutom o herezję przeczy również fakt tego, że wielu wiernych kościoła było traktowanych z szacunkiem przez katolickich i prawosławnych sąsiadów. Na przykład wspomniany Radin, możny Vukcic (Alfons z Neapolu przyjął go do zakonu rycerskiego Dziewicy) czy możny Hrvoje (ojciec chrzestny córki króla Węgier, Zygmunta).

    Brak dowodów na herezję (albo raczej- dowody na ortodoksyjność) zdaje się potwierdzać tezę, że przyczyny schizmy były polityczne i organizacyjne. Bośniacy chcieli zachować swoje zwyczaje, które były unikalnym rozwinięciem wschodniej tradycji chrześcijańskiej. Możliwe, że chcieli również zachować monastyczną organizację- nigdy nie powołali regularnych instytucji i duchowieństwa. Kościół był więc de facto luźną federacją grup mniszych. Na jego czele stał djed (dziadek). Mnisi żyli w hizach (budynki klasztorne, dosłownie: dom), głównie na prowincji. Oprócz djeda byli także gostowie, strojnicy (gospodarze) i staracy (starcy). Przełożeni wspólnoty to właśnie strojnicy a jej doświadczeni członkowie staracowie. Gost był tytułem honorowym. Wszyscy określali się zaś mianem krstjani (chrześcijanin). Djed administrował w porozumieniu z radą dwunastu gospodarzy (strojnici). Hizy znajdowały się tylko w centralnej Bośni i były używane nie tylko do celów religijnych, ale także jako np. miejsca na nocleg dla podróżujących.

    Fresk przedstawiający synod, który potępił nauczanie bogomiłów

    Teorie mówiące o kościele bośniackim jako o państwowym nie mają żadnego potwierdzenia. Wyłamanie się mnichów spod władzy papieża nie było końcem katolicyzmu w Bośni. Od 1342 roku działała bez przeszkód (i większych sukcesów) misja franciszkańska. Kościoły istniały obok siebie. Do tego Bośniacy nie prowadzili misji. Papież, zatroskany losem odstępców, wzywał co jakiś czas do krucjaty w celu ich nawrócenia lub eksterminacji. XIV wiek to okres ekspansji terytorialnej Bośni pod rządami Kotromaniciów. Nominalnie byli katolikami, ale, z drobnymi wyjątkami, nie mieszali się w życie religijne i z szacunkiem odnosili się do kościoła bośniackiego. Wpływy djedów na politykę są widoczne tylko w pierwszej dekadzie XV wieku- z tego powodu przypuszcza się, że ówczesny władca, Stefan Ostoja, należał do kościoła. Zdarzały się związki między możnymi rodami a mnichami, ale tylko w kilku przypadkach były one znaczące. Mnisi rzadko świadczyli inne usługi niż religijne.

    Wydaje się, że za fenomenem bośniackiego kościoła stał fakt poszatkowania Bośni na odrębne regiony. Żaden z nich nie potrafił zdominować reszty i narzucić im religii. Jest zresztą możliwe, że nawet nie chciał jej narzucać- możni zmieniali bowiem wyznania z łatwością, zależnie od potrzeb. Stąd teoria, że instytucjonalna religia nie odgrywała większej roli w Bośni. Swoje robił także brak wiedzy na temat doktryny. Ze źródeł wiemy, że wielu katolików kultywowało zwyczaje z tradycji Wschodniej (od schizmy- prawosławne). Katolicy i Bośniacy (a nawet żydzi) często pielgrzymowali do prawosławnych klasztorów w Mileszewie gdzie znajdowały się (uznawane za czyniące cuda) relikwie świętego Sawy. Ważnym czynnikiem była także izolacja od sąsiadów, która sprawiała, że regularnego kleru w Bośni było bardzo mało.To wszystko sprawiało też, że Bośnia była tak naprawdę bardzo powierzchownie schrystianizowana, co tłumaczy łatwość z jaką jej mieszkańcy przeszli na islam w czasach Osmanów. Wydaje się, że duża część współczesnych Bośniaków (muzułmanów w Bośni) to właśnie potomkowie nawróconych na islam zwolenników kościoła bośniackiego.

    Fresk z Mileszewa przedstawiający świętego Sawę

    #daszwiare #katolicyzm #prawoslawie #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #historia #religia #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #sredniowiecze
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 39 w którym wyrzekamy się bogactwa by iść za Chrystusem, pomagamy ubogim i tłumaczymy Nowy Testament- za co spotyka nas kilkaset lat prześladowań.

    Już w ciągu kilku pierwszych wieków dochodziło do tarć w ramach chrześcijaństwa dotyczących tego czym tak naprawdę ono jest. Wielu ludzi widziało w nauczaniu Chrystusa i apostołów radykalny przekaz dla świata. Nie byli oni zbyt przekonani do instytucji i oferty proponowanej przez hierarchów. Niektórzy tak bardzo, że uważali, że interpretacje “oficjalne” są po prostu zdradą nauczania Jezusa z Nazaretu. Jeden z takich ruchów funkcjonował na pograniczu współczesnej Francji i Włoch, w regionie Alp Kotyjskich. Jego losy są nierozerwalnie związane z tak zwanym Piotrem Waldo (lub, w innej wersji, Waldesem), którego narodziny datuje się na okolice 1140 roku. Piotr był bardzo zamożnym kupcem z Lyonu, który w okolicach 1160 roku przeżył gwałtowną przemianę. Jej katalizatorami były między innymi takie wydarzenia jak historia Świętego Aleksego Rzymskiego, zetknięcie się z odmiennym spojrzeniem na transsubstancję (wiara w przemianę esensji chleba i wina) i nagła śmierć przyjaciela. Pod wpływem tych wydarzeń Piotr/Waldes miał jakoby doświadczyć obecności Chrystusa. Poruszony zostawił swoją rodzinę z częścią majątku i oddał się studiom religijnym. Jakiś czas potem zaczął publicznie nauczać i rozdawać potrzebującym to co pozostało mu z kupieckiego dobytku.

    Rzeźba przedstawiająca Waldesa/ Piotra Waldo

    Jednym z motywów przewodnich jego nauczania była prostota i odrzucenie bogactw materialnych. Piotr krytykował instytucjonalny kościół za skupienie się na pieniądzach i władzy. Za zarzutami organizacyjnymi szły także doktrynalne- szczególnie krytykował nauczanie o czyśćcu i transsubstancjacji. Używanie łaciny i rytualizację nabożeństw postrzegał jako przeszkodę w przekazywaniu ludziom nauczania chrześcijańskiego. Jego zdaniem religia powinna być prosta, skupiona na pomocy bliźnim oraz głoszeniu ewangelii. Nie jest pewne czy Waldo działał w ramach już istniejącej grupy czy dał początek nowej. Tak czy inaczej stał on za wzrostem popularności tejże. Do 1170 roku była już ona w pełni ukonstytuowana i aktywnie działała w regionie Alp Kotyjskich. Wśród jej zwolenników nie brakowało duchownych. Uczniowie Piotra/Waldesa określali się mianem Ubogich Chrystusa, Ubogich z Lyonu/ Lombardii lub po prostu Braćmi. Świat zewnętrzny znał ich jednak jako Waldensów.

    Rdzeniem ich działalności była pomoc ubogim, których w średniowiecznym społeczeństwie nie brakowało oraz przekazywanie nauk wynikających z Biblii. To właśnie Waldensom przypisuje się pierwsze w historii tłumaczenie Nowego Testamentu z łaciny na mówiony język europejski. Waldo miał jakoby opłacić przekład na język franko-prowansalski. Rosnąca popularność Waldensów i ich ekspansja w kierunku północnej Italii sprawiły, że zainteresowała się nimi kościół. W 1179 roku Piotr stanął przed papieżem i wyłożył mu swoje poglądy. Rzymowi szczególnie nie podobało się odrzucenie istnienia duchowieństwa. Waldensi uważali, że każdy jest powołany do nauczania i służenia. Rezultatem spotkania było potępienie nauczania Waldensów na Trzecim Soborze Laterańskim. W 1184 roku Piotr i jego zwolennicy zostali ekskomunikowani oraz wygnani z Lyonu. Nie zarzucili jednak swojej działalności. Wędrowni kaznodzieje z jego grupy odwiedzali kolejne wspólnoty, odprawiali nabożeństwa i nauczali. W wyniku wygnania nauki Waldensów rozprzestrzeniły się także w Niemczech (gdzie najprawdopodobniej udał się i zmarł Waldo) i Hiszpanii.

    Jeden z symboli Waldensów

    Dokładne śledzenie losów Waldensów jest trudne. Stoi za tym brak źródeł i ich tendencyjność. Średniowieczni pisarze historyczni (często zresztą duchowni) mieli manierę wrzucania wszystkich grup do jednego worka i byli bardziej zainteresowani oczernianiem ich niż rzetelnym opisem. Do tego istniała również moda literacka polegająca na tworzeniu swoistych “genealogii herezji”*. Danej grupie przypisywano pochodzenie od innych i wskazywano na oryginalnego herezjarchę, nie troszcząc się zupełnie o rzetelność. Z drugiej strony- wiele z tych grup rzeczywiście na siebie wzajemnie wpływało. Odsianie ziarna od plew jest tutaj jednak bardzo ciężkie i prawdopodobnie nawet niemożliwe. Ponadto często korzystano z nazw głośnych herezji na określanie grup które niekoniecznie miały z nimi coś wspólnego. Manichejczyk czy arianin były po prostu synonimami słowa heretyk, na podobnej zasadzie jak wszystkich nomadów określano mianem Scytów (mimo, że etnicznie nie mieli nic wspólnego z historyczną grupą indoirańskich plemion).

    To jednak nie koniec problemów. Protestanccy historycy, szukający podparcia dla swoich teologicznych idei, często sięgali po fakt istnienia grup heretyckich aby uzasadnić różne wersje tak zwanego sukcesjonizmu. Już tłumaczę o co chodzi- w Biblii Chrystus mówi jasno, że zakłada kościół, którego bramy piekielne nie przemogą. Z biegiem czasu różni reformatorzy, porównując ewolucję wierzeń katolickich z tym co ich zdaniem mówi Biblia, przesuwali w dół granicę tego kiedy doszło do “zdrady”. Trzeba było jakoś wytłumaczyć dysonans między obietnicą Chrystusa a przekonaniem, że od “zdrady” do “odrodzenia” upłynęło np. 1000 lat. Bóg się pomylił? Kłamał? Nie! “Prawdziwy kościół” istniał cały czas! To właśnie “heretycy” byli tym kościołem, a “pogański” Rzym ich prześladował, nie mogąc znieść ich “prawowierności”. W ten sposób również wykoślawiano rzeczywiste poglądy i praktyki “heretyków”, chcąc jak najbardziej dopasować je do wyznania z którego dany historyk się wywodził. My jednak będziemy uczciwi i zamiast konfabulacji po prostu przyznamy, że wiele wydarzeń z historii Waldensów tonie w odmętach historii.

    Kobiety Waldensów przedstawione jako wiedźmy

    Wygnanie przyczyniło się do rozpropagowania poglądów grupy w Hiszpanii, południowej Francji, zachodnich Niemczech i północnych Włoszech. Kościół zrozumiał, że musi działać bardziej zdecydowanie. W 1192 biskup Toul wydał rozkaz aresztowania wszystkich Waldensów żyjących na jego ziemiach. W 1194 roku Alfons II z Aragonu wygnał Waldensów ze swoich ziem i zaczął karać każdego kto udzielał im schronienia. W 1197 roku na synodzie w Gironie wprowadzono karę śmierci za bycie Waldensem. W 1211 roku doszło do spalenia 80 Waldensów w Strasburgu. W 1214 roku doszło do kolejnych egzekucji w Maurillac. Do końca XIII wieku grupy Waldensów w Hiszpanii przestały istnieć. Przetrwały jednak we Francji i we Włoszech, głównie w Alpach Kotyjskich. Dzięki pomocy współwyznawców z Lombardii, francuscy Waldensi zaczęli odzyskiwać grunt w XV wieku, co spotkało się z nową falą prześladowań ze strony kościoła. Doszło nawet do krucjaty, która zaatakowała Waldensów w Piemoncie i Delfinacie. Nie znamy dokładnej liczby ofiar i uciekinierów. Wiemy jednak o zbiegach udających się do Prowansji i w głąb Włoch. Ocalałe wspólnoty zaszyły się w dolinach alpejskich.

    Waldensi z Alp Kotyjskich żyli sobie we względnym spokoju, nie wychylając się. W XVI wieku zaczęły do nich docierać informacje o reformacji. Liderzy wspólnot spotkali się z protestantami aby dowiedzieć się więcej. Po rekonesansie i kilku spotkaniach zdecydowali o przyłączeniu się do kalwinów. W 1532 roku, w Chanforan, William Farel spotkał się z liderami Waldensów. Oficjalnie przyjęli oni kalwińskie wyznanie wiary i potwierdzili zgodność z kościołem reformowanym. Kalwińska Biblia po francusku, przetłumaczona przez Pierra Olivetan i wydana w 1535 roku, bazowała częściowo na tłumaczeniu Nowego Testamentu przez Waldensów. Przyłączanie się do ruchów reformatorskich miało miejsce nie tylko w regionie alpejskim, ale także w Niemczech i reszcie Francji. Reformacja tchnęła nowego ducha w Waldensów i wznowili oni działalność misjonarską. Oczywiście ten fakt nie umknął uwadze papiestwa i feudalnych władców. Waldensi, nauczeni doświadczeniami z przeszłości, zaczęli budować własne twierdze i zbroić się. Doszło nawet do starć i ataku na klasztor katolicki.

    Ilustracja przedstawiająca jedną z prób nawracania Waldensów na jedynie słuszną religię

    W reakcji na wznowienie otwartej działalności przez Waldensów król Franiszek I zezwolił szlachcie prowansalskiej na zaatakowanie heretyków. Akcje zaczęły się w 1545 roku. Dowódcami francuskimi byli des Aimars i Mayniers. Dołączyły do nich wojska papieskie z Venaissin. Różnica potencjałów była tak duża, że ciężko mówić tutaj o walkach. Wydarzenia te określa się w historiografii jako Masakrę Merindol. W trakcie czystek czasie zabito od kilkuset do kilku tysięcy ludzi. Setki zostały ponadto zesłane do niewolniczej pracy na francuskich okrętach. Łącznie zniszczono od 22 do 28 wiosek. Według Williama Montera po raz pierwszy w historii Europy doszło tutaj do rozstrzelania ideologicznych jeńców przez pluton egzekucyjny. W nagrodę za sprawnie przeprowadzoną “kampanię” papież Paweł II nagrodził Maynier’a przyjmując go z honorami należnymi cesarzowi. Walki przeciw protestantom we Francji (w tym Waldensom) trwały jeszcze do 1598 roku.

    Był to ciężki czas dla Waldensów jako, że zamieszkiwali oni głównie tereny Sabaudii, która była orędownikiem sprawy katolickiej. Walki zostały zakończone edyktem nantejskim ogłoszonym przez króla Henryka IV. Edykt ten dawał protestantom wolność wyznania i uznawał ich podmiotowość prawną. Była to część prawdziwego przełomu w prawodawstwie dotyczącym religii- niekatoliccy chrześcijanie przestawali być rozpatrywani tylko jako heretycy czy schizmatycy (a więc- w zasadzie przestępcy) a zaczynali być członkami legalnych wyznań, mającymi swoje prawa. Oczywiście wielu duchownych i możnych katolickich nie chciało się z pogodzić z tym faktem. Ich działalność połączona z wieloma innymi czynnikami sprawiła, że klimat polityczny i społeczny we Francji i Sabaudii zaczął się zmieniać w drugiej połowie XVII wieku. W rzeczonej Sabaudii doprowadziło to do tak zwanej “Piemonckiej Wielkanocy”. Jej bezpośrednią przyczyną był edykt z 1655 roku nakazujący:

    Każda głowa rodziny, razem z jej członkami, która należy do reformowanej religii, niezależnie od stopnia i warunków, włączając w to mieszkańców ...(tutaj lista miejscowości)... winna, w terminie 3 dni od publikacji edyktu opuścić swoje miejsce zamieszkania i przenieść się do ...(lista lokacji)... Karą dla odmawiających podporządkowania się rozkazowi powinna być śmierć chyba, że przejdą oni na katolicyzm.

    Oczywiście większość Waldensów nie posłuchała się. Rząd wysłał przeciwko nim 15 k żołnierzy chcąc wyegzekwować edykt. Napięcia między Waldensami a żołnierzami znalazły swój finał 24 kwietnia 1655 roku. Doszło wówczas pogromu w którym zginęło od 4k do 6k Waldensów. Był to początek masowego eksodusu protestantów z Sabaudii oraz wojny partyzanckiej trwającej do 1690 roku. Dodatkowo, Ludwik XIV wycofał edykt nantejski i rozpoczął na nowo prześladowania protestantów. Wojska francuskie zajęły regiony zamieszkane przez Waldensów w Delfinacie i groźbą masakry wymusiły konwersje około 8k Waldensów. Wielu wybrało jednak ucieczkę do Niemiec. W Sabaudii również doszło do podobnej akcji- książę Wiktor Amadeusz II nakazał w 1686 roku zniszczenie zborów Waldensów i nakazał siłowe konwersje. Waldensi postanowili się bronić co wobec przewagi wojsk rządowych zakończyło się kolejną masakrą w której zginęło 2k ludzi. Jej pokłosiem było “nawrócenie” kolejnych 2k na katolicyzm i uwięzienie 8k. Warto dodać, że połowa z tych 8k zginęła w ciągu pół roku z powodu celowo wywołanego głodu i chorób wynikających ze złych warunków życia.

    Ilustracja przedstawiajacą masakry w Merindol

    Te wydarzenia i podobne ataki na kalwinów we Francji sprawiły, że protestanci zaczęli masowo opuszczać Francję i kraje z jej strefy wpływów. Najpopularniejszymi kierunkami migracji były Wielka Brytania, Holandia i Niemcy. Wielu szukało jednak szczęścia także w Nowym Świecie a nawet w Afryce. Zaowocowało to pojawieniem się wspólnot Waldensów w tak egzotycznych miejscach jak Urugwaj czy Argentyna. Część zaszyła się jednak w swoich alpejskich matecznikach. Zmianę w ich położeniu ostatecznie przyniosła Rewolucja Francuska, nadająca im wolność wyznania. Korzystając z nowo nabytej wolności Waldensi zaczęli na nowo organizować się. W XIX wieku tereny zamieszkane przez większość Waldensów stały się częścią królestwa Włoch. Wieki prześladowań i migracji sprawiły jednak, że wspólnota była bardzo mała. Współcześnie liczbę Waldensów szacuje się na około 50k z czego 30k żyje we Włoszech. Większe społeczności zamieszkują także Argentynę i Urugwaj. W 2015 roku papież Franciszek odwiedził kościół Waldensów w Turynie, gdzie przeprosił za kilkaset lat masakr i prześladowań ze strony kościoła katolickiego.

    *pokrywała się ona zresztą z hoplem epoki, który przejawiał się także np. w tworzeniu genealogii etnicznych, wywodzących różne ludy od postaci z mitologii klasycznej i biblijnej

    #daszwiare #protestantyzm #chrzescijanstwo #katolicyzm #gruparatowaniapoziomu #historia #ateizm #religia #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #bekazkatoli
    pokaż całość

    •  

      @OjciecMarek: czytam teraz A history of medieval heresy and inquisition i cytat z pism Waltera Mapa (który był obecny przy rozmowach Waldesa z papiestwem) wpadł mi w oko:

      “They have no fixed habitations. They go about two by two, barefoot, clad in woolen garments, owning nothing, holding all things common like the apostles, naked, following a naked Christ. They are making their first moves now in the humblest manner because they cannot launch an attack. If we admit them, we shall be driven out.” The implication is clear: the Church must drive them out first.

      To wydaje się potwierdzać tezę, że jedną z ważniejszych przyczyn ataku kościoła na Waldesa i jego ludzi było widmo końca kleru jako oddzielnej (i uprzwilejowanej) grupy.
      pokaż całość

    •  

      @OjciecMarek: to z kolei potwierdza to co pisałeś:

      Valdès affirmed belief in the Trinity, incarnation, resurrection, sacraments, and asserted that “we humbly praise and faithfully venerate the ecclesiastical orders, that is, the episcopate and priesthood and the others of higher and lower degree, and all that is in good order appointed to be read and sung as holy in the Church.”

      Autorzy ogólnie zwracają uwagę, że potępienie Waldesa i mu podobnych grup (np. Humiliati) wynikało z panicznego strachu przed utratą monopolu na nauczanie ze strony kleru a nie z powodu heretyckich nauczań. One (i to już mój domysł) pojawiły się później żeby uzasadnić brak łączności z Rzymem.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (20)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 38 w którym nawracamy się na chrześcijaństwo, tworzymy komunę oraz bezwzględnie mordujemy Mandżurów, przyczyniając się do śmierci 30 milionów ludzi.

    Życie w XIX wiecznych Chinach to nie był bukiecik fiołków. Chińska potęga zaczynała się kruszyć. Krajem wstrząsały wojny domowe i powstania. Na przykład w 1804 roku zakończyło się powstanie Białego Lotosu, które pochłonęło ponad 100k ofiar. W 1806 roku rządzącej dynastii udało się pokonać powstańców Miao. Spokój nie trwał długo, bo już w 1813 roku wybuchła tak rebelia Ośmiu Trygramów. Na domiar złego rosły siły zamorskich imperiów, które coraz mocniej naciskały na Państwo Środka domagając się pełnego otwarcia na wymianę handlową. Chiny miały w zasadzie autarkiczną gospodarkę, ale Zachód ostrzył sobie zęby na tamtejsze wyroby. Handel polegał głównie na tym, że Europejczycy wymieniali srebro na chińskie produkty. Rządy europejskie były zaniepokojone niekorzystnym bilansem handlowym. Szacuje się, że od połowy XVII do XIX wieku Europejczycy “stracili” w ten sposób około 30 milionów kilogramów srebra. Był to coraz większy problem, bo europejska gospodarka w XIX wieku potrzebowała dużych ilości kruszców. Rządy europejskie żądały otwarcia Chin i kupowania produktów europejskich. Chińczycy jednak puszczali europejskie obiekcje mimo uszu.

    Był jednak pewien produkt, który interesował chińskich klientów- opium. Zwyczaj jego palenia szybko rozpowszechnił się w całym kraju i wśród wszystkich warstw społecznych. Skutki spożycia odbijały się niekorzystnie na całym społeczeństwie. W 1780 roku rząd cesarski wydał pierwszy edykt przeciwko opium, a w 1796 roku zabronił go. Europejczycy nic sobie jednak z tego nie robili. Na początku XIX wieku dołączyli do nich Amerykanie, szmuglując potężne ilości narkotyków. Handel opium stał się jednym z najbardziej lukratywnych interesów w Chinach. W latach 30. XIX wieku, około 30% mężczyzn w Chinach było uzależnionych (tak przynajmniej mówią szacunki). Rząd cesarski, próbując walczyć z destrukcyjnymi skutkami narkotyków, doprowadził do tak zwanej wojny opiumowej, którą sromotnie przegrał. Za porażką poszły potężne ustępstwa na rzecz Zachodnich mocarstw. W chińskiej historiografii XIX wiek określa się mianem “Stulecia Upokorzeń”. Klęska nie poprawiła notowań rządzących wśród ludu. Nie poprawiał jej również fakt, że rządzący byli Mandżurami, którzy nie byli etnicznymi Chińczykami. Problemy ze stabilnością tylko się pogłębiły- w kraju szalały różne zbrojne bandy, prowincje rządziły się często same. Zamęt w życiu społecznym przekładał się na religię. Nadzieje na upadek starego porządku i narodziny nowej, czystej duchowo epoki były bardzo żywe. Oprócz dotychczasowych wierzeń, poddani Zachodnich mocarstw zaczęli na masową skalę prowadzić w Chinach misje chrześcijańskie. Działali zarówno katolicy jak i protestanci.

    Bunkrów nie ma

    Prezbiterianin, Robert Morisson, nawrócił kilku Chińczyków w Makao, Pazhou i Kantonie. Chińscy konwertyci zaczęli przekładać chrześcijańskie pisma na języki i symbole zrozumiałe i popularne wśród rodaków. Jeden z konwertytów, Liang Fa, napisał “Dobre Słowa dla Napomnienia Czasów”. W książce zawarł pouczenia dotyczące tego jak powinno wyglądać życie wiernego. Traktat ten wpadł w ręce niejakiego Hong Xiuquana w 1836 roku. Stało się to na krótko przed tym jak Hong oblał drugie podejście do egzaminu na cesarskiego urzędnika (zdanie go w zasadzie gwarantowało dostatni i stabilny żywot). Hong pod wpływem pism i misjonarzy zaczął interesować się chrześcijaństwem. W międzyczasie podszedł do kolejnego egzaminu, ale i tym razem nie podołał. Załamał się wówczas nerwowo. W trakcie rekonwalescencji Hong doświadczył majaków, które uznał za wizje. W ich trakcie przenosił się do miejsca które nazywał Niebiańskim Królestwem. Żyła tam jego Niebiańska Rodzina. W jej skład wchodził Niebiański Ojciec, Matka, Starszy Brat, Szwagierka, Żona oraz Dzieci. Niebiański Ojciec (którego wyróżniał fakt posiadania złotej brody) wyjawił Hongowi, że jest kimś więcej niż zwykłym śmiertelnikiem i utyskiwał na fakt, że ludzie czczą demony zamiast jego samego. Powierzył mu jednocześnie misję zabicia demonów. Hong miał także wizję tego jak Niebiański Ojciec ukarał Konfucjusza za złe nauki. Według relacji krewnych, w wyniku wizji Hong stał się bardziej spokojny, przyjazny i otwarty.

    Zarzucił na pewien czas uczenie się do egzaminów i zajął się nauczaniem w szkołach. W 1843 roku podjął kolejną próbę zdania egzaminu, ale i tym razem oblał. W międzyczasie czytał kolejne pisma chrześcijańskie. Pod wpływem ich lektury powiązał swoje wizje z nową religią. Jego zdaniem Niebiański Ojciec był po prostu Bogiem Ojcem a Starszy Brat to oczywiście Jezus Chrystus. Hong uznał siebie za kolejnego Syna Bożego, a otrzymaną w wizjach misję pokonania demonów zinterpretował jako konieczność zdławienia “pogańskich” religii, które ogłupiły i sprowadziły Chińczyków na złą drogę. Ochoczo zabrał się do tej misji, zaczynając od niszczenia obiektów kultu. W krótkim czasie zdobył pierwszych uczniów, głównie z grona rodziny i przyjaciół. Jego wersja chrześcijaństwa była mocno powiązana z ludowymi wierzeniami, konfucjanizmem i taoizmem przeciwko którym oficjalnie występowała. Schizofrenia? Nie. Hong utożsamił bowiem chrześcijańskiego Boga z Shangdi, Najwyższym Bogiem w chińskich religiach. We wczesnych wierzeniach Shangdi był nie tylko głową panteonów, ale po prostu Absolutem, źródłem świata i istnienia. Bezpośredni kult Boga był domeną rodów cesarskich (w przeciwieństwie do zwykłych ludzi, dla których idea Absolutu była zbyt abstrakcyjna), którym miał dawać mandat Niebios na rządzenie.

    Współczesny kult Shangdi ma się całkiem nieźle

    Zdaniem Honga, pełne objawienie Shangdi przetrwało w chrześcijaństwie i to tę religię uważał za prawdziwą. Według niego chińskie religie była niegdyś chrześcijaństwem, ale obrosły zapożyczeniami z pogaństwa i “zdegenerowały się”. Chodziło więc o to żeby oczyścić je z tychże zniekształceń. Jednym z nich miała być cześć oddawana wyobrażeniom. Stąd Hong i jego zwolennicy niszczyli religijne dzieła sztuki uważając je za idole i bałwany. Ten ikonoklazm wywołał oburzenie lokalnych społeczności i Hong wraz ze zwolennikami zostali wygnani ze swoich domów. Chrześcijanie Honga rozproszyli się i aktywnie głosili nową wiarę, wędrując po miastach i prowincjach. Hong zaczął również pisać pierwsze teksty teologiczne. W 1847 roku Hong zaczął studiować u baptysty, Issachara Robertsa. Pod wpływem Amerykanina chciał zostać baptystą, ale Roberts odmówił. Prawdopodobnie z uwagi na to, że Hong domagał się od niego pieniędzy. Hong opuścił Robertsa i udał się do swego kuzyna i współwyznawcy, Fenga Yunshana. Feng nie próżnował i w międzyczasie założył Towarzystwo Kultu Boga. Liczba zwolenników Towarzystwa stopniowo rosła i nie przeszkodził jej fakt aresztowania obydwu liderów w 1848 roku. Ich uczniowie spisali się na medal i gdy kuzyni wyszli na wolność w 1849 roku czekało na nich wielu wiernych.

    Aktywność Towarzystwa była bardzo podobna do baptystów, zapewne inspiracja z nauk Robertsa. Energiczny styl kazań i spotkań religijnych przyciągał nowych wiernych. I to tak skutecznie, że Towarzystwo zaczęło wygrywać z zachodnimi misjonarzami. W reakcji, misjonarze ci robili czarny pijar Hongowi. Nie chcąc bazować na tekstach Europejczyków, Towarzystwo zaczęło same tłumaczyć Biblię i tworzyć literaturę religijną. Kładziono duży nacisk na przestrzeganie zakazów i nakazów biblijnych. Hong chciał zrekonstruować pierwotną religię, którą Chińczycy mieli jakoby zatracić. Nie było zatem mowy o “metaforach”- Słowa Bożego należało przestrzegać bezwarunkowo (oczywiście pewne niewygodne fragmenty, np. te o spożywaniu wina, były usuwane z tłumaczeń albo tłumaczone tak, że zmieniał się odbiór tekstu). Przestrzeganie prawa miało zapewniać bożą przychylność i odrodzić Chiny i ich społeczeństwo. Towarzystwo łączyło projekt religijny ze społecznym. Jego celem było stworzenie utopijnego społeczeństwa, żyjącego w czymś na kształt chrześcijańskiej komuny, której członkowie byli równi, przebywali ze sobą i wspólnie ponosili ciężary życia, ale też wspólnie partycypowali w sukcesach.

    Hong Xiquan w całej okazałości

    Towarzystwo działało w regionach przyległych do Guangxi, które nękane były przez watażków, bandytów i piratów. Wspólnota zapewniająca wsparcie i ochronę była w cenie. Towarzystwo szybko rosło w siłę. W pewnym momencie bandyci i watażkowie dostrzegli w nim przeciwwagę dla władz państwowych i zaczęli dołączać do Honga. To oczywiście nie podobało się rzeczonym władzom. Hong po chrześcijańsku przebaczał rabusiom czy maruderom i akceptował ich w swojej grupie. W 1850 roku Towarzystwo miało (według górnych szacunków) nawet około 30k zwolenników. Władze przerażone ich wpływami zdecydowały się na rozbicie grupy i w 1851 roku zaatakowały ją otwarcie. Rządowi przeliczyli się jednak i zostali rozbici. 11 stycznia 1851 roku Hong ogłosił powstanie Niebiańskiego Królestwa Wielkiego Pokoju, co było jawnym wypowiedzeniem posłuszeństwa rządzącej dynastii. Od nazwy Wielki Pokój ruch ten określa się mianem Tajpingów.

    Presja ze strony sił rządowych była tak znaczna, że Hong zdecydował się na “przeniesienie” swojego Niebiańskiego Królestwa. Migracja rozpoczęła się we wrześniu 1851 roku. Po ciężkich walkach, masakrach i oblężeniach Tajpingowie zajęli Nanjing, które Hong ogłosił Niebiańską Stolicą. Generalnie Tajpingowie uważali Mandżurów za sługi demonów, toteż w trakcie walk rozprawiali się z nimi drastycznie- mordując nawet tych, którzy skapitulowali. W przypadku Nanjing mężczyzn zabito klasycznie, ale kobiety spalono żywcem. Zdobycie miasta zostało okupione masakrą około 40k Mandżurów. Stało się ono bazą wypadową skąd ruszały wyprawy Tajpingów na północ i zachód. Liczne sukcesy sprawiły, że terytorium Niebiańskiego Królestwa urosło. Hong stał się teokratycznym władcą i nosił tytuł Niebiańskiego Króla. Jego zausznicy nosili tytuły królów stron świata i rządzili regionami wokół Nanjing. Rządy Niebiańskiego Króla charakteryzowane są jako połączenie totalitaryzmu, teokracji i militaryzmu.

    Sztandar Niebiańskiego Królestwa

    Społeczeństwo zostało oparte na zasadach chrześcijańskich (w interpretacji Tajpingów naturalnie). I tak cesarskie egzaminy na urzędników polegały teraz na testach wiedzy biblijnej. Własność prywatna dotycząca ziemi rolnej została zniesiona- ziemia należała do państwa, które rozdzielało ją pomiędzy ludzi (oczywiście sprawiedliwie). Zniesiono podziały klasowe i płciowe. Kobiety po raz pierwszy w historii Chin zostały dopuszczone do stanowisk administracyjnych, zabronione wielu zwyczajów religijnych i kulturowych. Wprowadzono też rygorystyczną separację między płciami. Do 1855 roku nawet zamężne pary nie miały prawa mieszkać razem i uprawiać seksu. Niszczono również zabytki i pisma innych religii. Wiele buddyjskich bibliotek świątynnych w delcie Jangcy zostały zdewastowanych. Tajpingowie zabraniali też hazardu, alkoholu, narkotyków, poligamii, niewolnictwa i prostytucji. Za wszystkie te “przewiny” karą była śmierć. Przepisy nie dotyczyły Niebiańskiego Króla. Miał harem i wygodnie żył sobie w pałacu, co jakiś czas wydając edykty i pouczenia. Hong utrzymywał, że jego głos jest głosem Boga i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Jego pomysły raziły część jego dowódców, co doprowadziło do krwawego rozprawienie się z nimi. Mnogość spisków sprawiła jednak, że Hong dał nogę z Nanjing, powierzając zjednoczone armie Tajpingów Shi Dakkai.

    Dakkai i jego ludzie próbowali nawiązać sojusznicze relacje z Europejczykami oraz zwiększyć popularność Tajpingów wśród ludu, ale ponieśli klęskę na obydwu frontach. Europejczycy bali się radykalizmu Tajpingów, a większość ludności nie miała zamiaru odchodzić od swoich religii i zwyczajów na rzecz nowego kultu. Oddziały możnowładców, którym zagrażał egalitaryzm wyznawców Honga, organizowały się samorzutnie i prowadziły walkę za niewydolne siły rządowe. Jedną z takich grup była Armia Xiang, która mocno dawała się Tajpingom we znaki. W 1860 roku Tajpingowie rozbili wprawdzie główne siły prorządowe i wdarli się do bogatych regionów Jiangsu i Zhejiang, ale ten sukces był początkiem ich końca. Zagrożone możnowładztwo i europejskie potęgi wsparły siły cesarskie. W 1863 roku Shi Dakkai poddał się i został zamordowany przez Mandżurów. Rok później, jego los podzielił Hong, oblężony przez Xiang w Nanjingu. Jego syn i następca, Hong Tianguifu został zabity krótko po upadku stolicy Niebiańskiego Królestwa. Inne grupy Tajpingów broniły się jeszcze do początków 1871 roku.

    Sala Tronowa Niebiańskiego Królestwa

    Rebelia Tajpingów była prawdziwą wojną totalną w której masowo i przymusowo rekrutowano chłopstwo. Obydwie strony często niszczyły zasoby, co oczywiście prowadziło do klęsk głodu. Masakrowano także cywilów chcąc odstraszyć ich od pomagania przeciwnikowi lub ukarać za kolaborację. Według źródeł, w samej prowincji Guangdong, siły rządowe zamordowały około miliona ludzi po upadku rebelii. Pod nóż szły całe grupy etniczne, które miały pecha sprzymierzyć się z przegrywającą aktualnie stroną. Hakka, z której pochodził Hong i jego najzagorzalsi wyznawcy, ucierpieli najbardziej. W trakcie kilku fal czystek etnicznych zdarzało się, że mordowano 30k Hakka dziennie. Całkowitą liczbę ofiar cywilnych i wojskowych szacuje się na od 20 do 30 milionów.

    Rebelia na dobre zmieniła obraz Chin- władza Mandżurów pokazała swoją słabość, a chińskie grupy etniczne zaczęły na nowo dominować administrację i politykę. Wiele prowincji stało się de facto niezależne, a podporą tej niezależności były nowopowstałe, silne, prywatne armie, słuchające tylko rozkazów swojego patrona i nie przejmujące się cesarzem. Militaryzacja i metody walki Tajpingów zostały przejęte i zaadoptowane przez większość stronnictw politycznych w Chinach. Także przez rodzące się ugrupowanie nacjonalistyczne i komunistyczne. Co ciekawe- weterani z powstania Tajpingów wstępowali zarówno do Towarzystwa Odrodzenia Chin Sun Yat-sena (nacjonaliści) i do organizacji socjalistycznych. Na koniec- Tajpingowie nie zrobili zbyt dobrego pijaru chrześcijaństwu wśród społeczeństwa chińskiego. Po dziś dzień przywołuje się okrucieństwa Honga i jego zwolenników jako dowody na to, że chrześcijaństwo jest wrogie Chinom. Z drugiej jednak strony- do powstania czasami w pozytywny sposób odwoływała się propaganda komunistyczna, opisując Tajpingów jako protokomunistów.

    Zasięg terytorialny Niebiańskiego Królestwa Tajpingów w 1854 roku

    #daszwiare #historia #religia #chrzescijanstwo #chiny #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 37 w którym udajemy, że druga największa grupa wyznaniowa w naszym kraju nie istnieje

    Przeciętny Polak posiada śladową wiedzę o islamie. W sumie islam nie jest jakimś wyjątkiem, bo przeciętny człowiek generalnie wie bardzo mało na tematy związane z religią (nawet, teoretycznie, własną). Nie chodzi tu o wywyższanie się a raczej o fakt (autor też jest przeciętny, ot coś tam słyszał). Przed amerykańską “War on Terror” islam kojarzył się głównie jako religia Turków- sprzedawców skór, kebabów oraz podrabianych fajek i dżinsów. Po pamiętnym 11 września, wojnie afgańskiej, działalności ISIS i medialnych doniesieniach o poczynaniach muzułmańskich imigrantów (bądź ich potomków) w krajach Europy Zachodniej, islam kojarzy się przeciętnemu obywatelowi kraju nad Wisłą raczej negatywnie. Myślę, że stwierdzenie to nie jest jakoś bardzo odważne. Wystarczy mieć odrobinę pecha i wejść w jakieś znalezisko “Inżynierowie coś tam” na głównej stronie serwisu Wypok peeel żeby przekonać się o jego prawdziwości.

    A może zegareczek?

    Trochę bardziej kumaci wiedzą o sunnizmie, szyizmie, sufizmie czy nawet harydżyzmie. Osób wiedzących o ezoterycznych odłamach jest jeszcze mniej. Kwestia ezoterycznych wyznań jest w ogóle mocno dyskusyjna- wielu muzułmańskich uczonych i sędziów odmawia klasyfikowania ich jako islamskie. Ich podejście bywa bowiem bardzo różne od “mainstreamu” i często- gęsto nosi znamiona wielu wpływów z innych tradycji religijnych. Być może brak świadomości istnienia tych grup wynika również z faktu, że generalnie nie mają one zbyt wielu “followersów” w świecie islamu. Przynajmniej oficjalnie, co może być pokłosiem wyżej wspomnianych wątpliwości co do ich “islamskości”. Pół biedy jeśli ktoś nie jest muzułmaninem w muzułmańskim społeczeństwie. W starych dobrych czasach płacił specjalny podatek i miał spokój. No chyba, że miał pecha nie być członkiem jednego z “Ludów Księgi”- wtedy mógł się nawrócić lub zginąć (choć oczywiście w praktyce różnie bywało). O wiele gorzej gdy ktoś nie jest muzułmaninem a muzułmanina bezczelnie udaje i wykoślawia nauki Mahometa, a co za tym idzie- bluźni boskiemu objawieniu, które Prorok otrzymał.

    Budżet Diyanetu na tle innych ministerstw. Kto powiedział, że religia nie jest artykułem pierwszej potrzeby?

    Turcja nie jest wyjątkiem pod względem podejścia do grup co do których istnieje obawa, że jednak nie są “halal”- aczkolwiek używa dosyć ciekawej taktyki, którą już opisuję. Oficjalnie świecka republika uznaje kilka zorganizowanych religii. Turecki podatnik finansuje tak zwany Diyanet, który jest czymś na kształt ministerstwa do spraw religii. Jego budżet jest jednym z najwyższych spośród wszystkich ministerstw, co widać na załączonym obrazku. Diyanet utrzymuje i buduje meczety, opłaca nauczanie religii, funduje studia teologiczne i wypłaca pensje imamom, którzy są w zasadzie państwowymi urzędnikami. Dinayet wydaje jednak swoje (niemałe) środki tylko i wyłącznie na meczety i instytucje sunnickie a ściślej hanafickie i szafickie (dwie z czterech głównych, sunnickich szkół prawa islamskiego). W świetle oficjalnych danych w sumie nie jest to nic zdrożnego- około 98% mieszkańców to muzułmanie. Udział chrześcijan czy żydów (nie wspominając już o innych) pląta się na pograniczu błędu statystycznego. Problem polega jednak na tym, że państwo tureckie na poziomie federalnym uznaje tylko jedną grupę muzułmanów… sunnitów (obydwie szkoły prawa).

    Rząd turecki nie widzi problemu. To znaczy nic nie widzi.

    Dane nieoficjalne jakkolwiek zazwyczaj potwierdzają, że ponad 90% mieszkańców Turcji wyznaje islam, to przedstawiają “troszkę” inny obraz religijnej rzeczywistości. Okazuje się bowiem, że od 10 do 25% Turków to Alewici. Mimo tego, że co 10 (lub nawet co 4) Turek to Alewita, grupa ta nie jest nawet oficjalnie uznawana na poziomie federalnym. Nie otrzymuje również żadnych dofinansowań z Diyanetu. Co więcej- władze jak i wielu sunnitów patrzy na nią z podejrzliwością. Alewici są oskarżani (jakże by inaczej) o niemoralność, działalność na szkodę państwa, herezję, pogańskie praktyki a nawet o “politeizm” co stawia ich poza nawiasem o nazwie “Islam”. Fakt, że wielu Alewitów to Kurdowie (której to grupy Republika również stara się nie zauważać) na pewno nie pomaga. Pogardliwym określeniem na Alewitów jest Kyzyłbasz- “czerwony łeb”. Tak zwani 3 x K są z kolei największymi wrogami ojczyzny (Kurd, kyzyłbasz, komunista).

    Alewickie wierzenia i praktyki są rzeczywiście odmienne od tych charakterystycznych dla sunnickiej większości. Religioznawcy opisują je jako synkretyczne, heterodoksyjne i ezoteryczne. Ich korzenie sięgają początków islamu jako religii. Określenie “Alewita” pojawia się po raz pierwszy jako zamiennik dla słowa szyita i generalnie oznacza zwolennika Alego. Po śmierci proroka Mahometa doszło do sporów co do tego kto ma przewodzić nowopowstałej ummie (ogół muzułmanów). Część uważała, że powinien to być Ali ze względu na rodzinne związki oraz bliskość z Prorokiem. Spór nie zakończył się po śmierci Alego, który zostawił po sobie potomków- szyici przez długi czas optowali za oddaniem im władzy. Bardzo szybko do politycznego sporu doszedł religijny, bo szyici uznali, że Mahomet przekazał część nauczania tylko Alemu, a ponadto Ali również miał specjalną relację z Bogiem. Sunnickie rozumienie przekazu Proroka byłoby w tym świetle, niepełne. Szyici jednak również nie są zgodni co wchodziło w skład nauk, którymi Mahomet miał rzekomo podzielić się tylko z Alim, a które ten przekazał swoim następcom.

    Wielu alewitów żyje w tureckiej diasporze

    Z tego powodu szyici również podzieleni są na kilka wyznań mających inne przekonania. I teraz nadchodzi moment w którym zdawało się, że wszystko jasne, a okazuje się być na odwrót. Zdaniem wielu badaczy jak i samych zainteresowanych- Alewici nie są szyitami. To znaczy można u nich zobaczyć wiele wpływów szyickich, zwłaszcza imamickich, ale mają także odrębne wierzenia i rytuały, przywodzą na myśl wierzenia wschodniochrześcijańskie, gnostyckie, neoplatońskie i plemienne religie tureckie. Jakby tego było mało to istnieją różne grupy alewickie, które różnią się podejściem do alewickich tradycji i nauczania. Niektóre z nich są bardzo mało sformalizowane i ich przypadku w ogóle ciężko ustalić wierzenia i doktrynę. Inne wspólnoty są bardzo świeckie i powszechny jest w nich brak wiary w nadprzyrodzone, podejście do religii jako metafory i czegoś co kulturowo spaja wspólnotę. Alewici padają przez to często ofiarami oskarżeń o ateizm, co raczej nie nabija im punktów wśród sunnickich sąsiadów. Z tego tytułu rzeczy które będziemy zaraz opisywać niekoniecznie odnoszą się do wszystkich Alewitów i niekoniecznie są tak samo rozumiane.

    Główną rolę w wierzeniach alewickich odgrywa Ali. Jest on tutaj nie tylko (i aż) imamem ale czymś w rodzaju wcielenia Boga na ziemi. Mahomet, Ali i Bóg tworzą coś w rodzaju Trójcy, ale nie do końca- Prorok i Imam nie są bowiem tym samym co Bóg. W myśl tradycji alewickiej są oni wcieleniem boskiego światła. Nie jest to zwykłe światło, a próba jego opisania przywodzi na myśl prawosławne rozróżnienie na Boga jako Naturę i Energię- Niestworzone Światło. O ile boska natura pozostaje na dobre poza zasięgiem człowieka, to energia wprost przeciwnie. Człowiek ma z nią współpracować w celu ostatecznego zjednoczenia się z Bogiem. Piszę “z nią” jakby to był inny byt, ale prawosławni uważają, że Bóg jest w pełni obecny w swoich energiach i że jest to po prostu Bóg w działaniu. Alewici uważają zaś, że Światło o którym tu mowa jest stworzone, a zatem nie jest ono dokładnie tożsame z niestworzonym Bogiem. Niektórzy jednak twierdzą, że Alewici często zapominają o subtelnych różnicach między Bogiem a Alim i Mahometem i traktują całą trójkę jednakowo.

    Ali ze swoim symbolicznym zwierzęciem- lwem.

    Stąd zapewne biorą się oskarżenia o politeizm rzucane często przez sunnitów. Alewici zaprzeczają im twierdząc, że nie rozumieją oni mistycznych nauk jakie przypisują Alemu. Alewici wierzą także, że nieśmiertelna dusza jest swoistą “boską cząstką” i rozumieją to w sposób podobny do prawosławnej i orientalnej nauki o tym, że ludzka dusza jest nosicielem obrazu Boga, który mimo upadku natury człowieka da się, przy odpowiedniej praktyce i współdziałaniu z Bogiem, przywrócić do stanu pierwotnego. W ich naukach pojawia się, przywodzące na myśl gnostycyzm, określenie “Doskonały Człowiek”. Czasem występuje ono jako tytuł Alego lub któregoś z alewickich świętych (których jest niemało), ale ogólnie oznacza ono pierwotną naturę człowieka, nieskażoną odcięciem od boskiego źródła. Tę “kurtynę” zasłaniającą ludzkości prawdę nazywają Zaheri a “prawdziwą rzeczywistość” Bateni. Oskarżenia o pogaństwo i politeizm wynikają ich zdaniem z tego, że sunnici nie są w stanie przedrzeć się przez Zaheri i wejrzeć w Bateni. To z kolei jest nieodzowne aby zrealizować potencjał ludzkiej natury- ludzie, którym udało się to zrobić nazywani są “eren” lub “munevver”. Wybaczcie kolejne odniesienia do wschodniego chrześcijaństwa, ale widać tu wiele zbieżności z prawosławnym prelestem.

    W zestawieniu wierzeń alewickich i mainstreamowego islamu ciekawe jest również to, że w tym pierwszym nie występuje motyw Boga jako surowego sędziego, który karze za grzechy. Nie ma także piekła i nieba rozumianych jako krainy niekończących się kar lub nagród. Z drugiej jednak strony istnieją wierzenia na temat złych i dobrych aniołów oraz duchów. Powszechna jest również wiara w nieśmiertelność duszy. Kolejną różnicą w stosunku do większych wyznań islamskich jest podejście do tekstów religijnych. Islam jest bowiem religią która w największym stopniu opiera się na “Świętych Księgach”. Muzułmanie poważają Koran, Biblię, Torę i Psalmy. Większość muzułmanów uznaje ważność wszystkich czterech, ale twierdzą, że ostatnie trzy zostały na pewnym etapie zafałszowane i tylko Koran jest czystym objawieniem. Alewici prezentują raczej chrześcijańskie podejście do tekstów religijnych (wyłączając protestantów i restoracjonistów)- czyli uważają je tylko za część objawienia i jeden z elementów religii a nie jej absolutną i niezbywalną wykładnię.

    Alewici to religia pełną gębą, mają nawet cringowe grafiki

    Alewici są często zdania, że ludzkie interpretacje i pomyłki również wypaczyły treść objawienia zawartego w Koranie. Ponadto wierzą, że zawiera on wiele ukrytych przesłań, których nie da się odczytać jeśli nie zna się tajemnych nauk Mahometa i Alego. Dodatkowo Alewici nie ograniczają się tylko do tych czterech i sięgają również do innych pism. Podobnie jak szyiccy imamici (a w przeciwieństwie do na przykład Zajdytów czy Ismailitów), Alewici uznają Dwunastu Imamów. Dodatkowo uważają, że są oni manifestacjami różnych aspektów wszechświata i kolejnymi wcieleniami Alego. Dwunaste, ostatnie wcielenie przypadnie na czasy mesjańskie, gdy na ziemię powróci Jezus Chrystus i stanie do walki z Antychrystem. To znaczy nie jest tak, że Mahdi (rzeczony dwunasty imam, kolejne wcielenie Alego) dopiero się narodzi- już jest wśród ludzi, ale na razie pozostaje w ukryciu w oczekiwaniu na przybycie Chrystusa i uwolnienie się Antychrysta.

    Jakby tego wszystkiego było mało, Alewici odrzucają wymóg modlitwy pięć razy dziennie oraz nie wykonują prostracji- pokłony oddają tylko w obecności swoich religijnych przywódców. Nie praktykują również obowiązkowych datków na cele charytatywne, Ramadanu i obowiązku pielgrzymki do Mekki. Nie znaczy to, że nie modlą się, nie poszczą i nie pielgrzymują. Po prostu są zdania, że czynienie obowiązku z religijnych praktyk prowadzi do legalizmu przez co ludzie zapominają po co podejmują dane działanie. Najbardziej kontrowersyjny jest jednak fakt nie uczęszczania na modły w meczetach. Zamiast tego Alewici mają swój własny rytuał który nazywa się Cem. Odbywa się on w miejscach znanych jako Cemevi- czyli dosłownie domach zgromadzeń. Sam Cem oznacza ni mniej ni więcej tylko zgromadzenie. W trakcie ceremonii gra się na instrumencie zwanym baglama, czemu towarzyszy śpiewanie Nefesów, pieśni zawierających nauczanie i instrukcje postępowania. Oprócz tego część wiernych tańczy tak zwany Samah- taniec podobny do wirowania w wykonaniu derwiszów. Ma on bogatą symbolikę i jest wykonywany zarówno przez kobiety i mężczyzn.

    Alewici tańczą

    Generalnie społeczność alewicka jest współcześnie dosyć mocno zsekularyzowana- jak już wspominaliśmy wielu z nich traktuje religię albo jej część jako metafory i coś na kształt filozofii życiowej, a nie zbioru dosłownie rozumianych prawd objawionych. Jest to zresztą cecha charakterystyczna wielu ezoterycznych grup islamskich, która wzbudza zainteresowanie ze strony społeczeństw Zachodu, szukających drogi do czegoś co popularnie określa się mianem “duchowości bez religii”. Wielu konwertytów na islam w krajach takich jak Niemcy, Francja czy USA to ludzie będący członkami ezoterycznych grup. Stąd później zdziwko na wykopie gdy jakieś feministki czy inni działacze transgenderowi deklarują się jako muzułmanie. Z drugiej jednak strony wpędza to Alewitów i im podobne grupy w problemy w ojczystych krajach. W Turcji rządzący konsekwentnie odmawiają uznania Cemevi jako miejsc kultu, a pieniądze alewickich podatników są wydawane na sunnickie meczety i inicjatywy. Zdaniem Alewitów są oni dyskryminowani także w administracji i społeczeństwie. Potwierdza to raport Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który stwierdza “są oni traktowani inaczej niż reszta bez żadnego racjonalnego wytłumaczenia”. Póki co udawanie, że Alewitów nie ma działa całkiem dobrze.

    #daszwiare #religia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #islam #turcja
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 36 w którym przychodzi Duch i odnawia oblicze ziemi, tej ziemi (2/2)
    druga część tego wpisu autorstwa @niedoszly_andrzej

    Nurt ewangelikalny/pentekostalny, w przeciwieństwie do wielu swoich poprzedników, nie ogranicza się do “zabierania” wiernych innym chrześcijańskim wyznaniom/religiom czy nawracania nieprzekonanych. Jego potężna popularność zrobiła z niego prawdziwego game changera w chrześcijańskiej religijności. Według badań PEW, liczba ewangelikalnych/pentekostalnych chrześcijan wynosi już około 600 milionów. Ksiądz Kobyliński podaje, że do 2030 roku ma ich być już miliard. Zdaniem biskupa Andrzeja Czai, jeśli liczyć faktycznie aktywnych wyznawców, a nie tylko tych formalnie zadeklarowanych, to ewangelikalizm jest już teraz największą denominacją chrześcijańską (katolików jest oficjalnie około dwa razy więcej, ale dla wielu z nich bycie katolikiem kończy się na zadeklarowaniu katolicyzmu w spisie/badaniu). Warto dodać, że podana przed chwilą liczba uwzględnia tylko osoby należących formalnie do wyznań uważanych za pentekostalne/ewangelikalne. Tymczasem mamy około 200 milionów ludzi, którzy choć konfesyjnie nie są ewangelikalni to... jednak są. Wspominałem już o pentekostalizmie drugiej fali, który przeniknął z w/w cechami religijności do innych kościołów chrześcijańskich. I efektami tego zajmiemy się w tej części.

    Wielu liderów tradycyjnych wyznań (katolickich i protestanckich) wręcz zachęcało do adaptacji pentekostalizmu. Złośliwi powiedzą, że stało się tak, gdyż przestraszyli się masowego odpływu wiernych i widzieli w “nowej” formie religijności szansę na aktywizację swoich wspólnot. Hierarchowie i liderzy robią jednak dobrą minę i twierdzą, że w ich teologii da się znaleźć dobre uzasadnienia dla przynajmniej niektórych praktyk ewangelikalnych/pentekostalnych. Jak widzicie z poprzedniej części, gra jest warta świeczki, bo mówiąc językiem marketingu - jest to top trend. Zwłaszcza w krajach trzeciego świata, czyli w zasadzie jedynych miejscach, gdzie udział chrześcijan w populacji zwiększa się. Pastorzy i liderzy grup pentekostalnych/neo dostrzegli w tym dużą szansę dla promocji swoich praktyk i wielu z nich działa w ramach starszych wyznań - mimo tego, że początkowo ruch ten był bardzo antykatolicki. Inwazja pentekostalnych tendencji na inne wyznania zaczęła się w USA w latach 50. XX wieku od kościołów episkopalnych (anglikanie w USA) i prezbiteriańskich. W latach 60. dotarły one także do kościoła katolickiego. Ruchy charyzmatyczne oficjalnie trzymają się zasad i tradycji swoich macierzystych wyznań, ale w praktykach nie różnią się jednak za wiele (albo i wcale) od swoich kuzynów, którzy działają w denominacjach oficjalnie pentekostalnych. Wywołuje to liczne kontrowersje i polemiki.

    Pius V minusowałby

    W Ameryce Łacińskiej, która jako pierwsza doświadczyła na masową skalę wspomnianego w poprzedniej części boomu, liczbę “charyzmatyków” (czyli osób zaangażowanych w grupy/ruchy kopiujące/czerpiące z pentekostalizmu) PEW szacuje na 80 milionów. Są to w miażdżącej większości katolicy. Ruch Katolików Charyzmatycznych jest, zdaniem wielu badaczy, jedynym nurtem katolicyzmu wciąż zdolnym do mobilizowania milionowych rzesz wyznawców, wśród różnych grup katolickich w Ameryce Łacińskiej. Co więcej, ruch ten ma zapał misyjny i podejmuje rękawicę rzuconą przez protestantów. Czym się charakteryzuje? Ano, jest w zasadzie kalką ewangelikalizmu/pentekostalizmu - nieprzypadkowo pierwsi katoliccy charyzmatycy w USA i Ameryce Łacińskiej nazywali się Pentekostalnymi Katolikami (Pentecostal Catholic). Głosi on konieczność odnowienia wiary poprzez działanie Ducha Świętego, który jakoby pobudza wiernych do przeżywania ekstaz, prorokowania, uzdrawiania etc. Podstawą jest tak zwany chrzest w Duchu Świętym, w którym wierzący otrzymuje dary Ducha, takie jak mówienie językami czy uzdrawianie.

    Od protestanckich kuzynów różni ich mniejszy nacisk na literalne interpretacje Biblii, aczkolwiek takie tendencje również występują. Od mainstreamu katolickiego różni ich z kolei potężny nacisk na powszechność cudów i ekstatyczne doświadczenia. Pytanie czy w ogóle można mówić o mainstreamie w kontekście Ameryki Łacińskiej. Badania socjologiczne pokazują, że ponad połowa wiernych w Brazylii i Gwatemali to właśnie katolicy charyzmatyczni (w obydwu krajach jest to prawie 60%). W Ameryce Łacińskiej żyje ogółem 74 miliony charyzmatyków katolickich, co oznacza, że prawie co piąty katolik jest tam charyzmatykiem. Jeśli odliczyć “kulturowych katolików” proporcje te jeszcze się zwiększą. Może okazać się, że “mainstream” i charyzmatycy zamienią się u Latynosów miejscami. Zwłaszcza, że ci drudzy przyciągają najbardziej aktywnych wyznawców - 80% charyzmatyków katolickich przed zostaniem nimi działało aktywnie w kościele. Watykan szacuje, że około 120 milionów katolików na świecie to właśnie charyzmatycy. Nie jest to jednak zjawisko zredukowane do kościoła katolickiego. W Afryce, oprócz 110 milionów wiernych, którzy należą do pentekostalnych/ewangelikalnych denominacji, jest jeszcze 40 milionów charyzmatyków z innych wyznań. W Azji oprócz 140 milionów “oficjalnych” jest jeszcze 25 milionów charyzmatyków.

    Przyjdź i bądź wolny- zaproszenie na charyzmatyczny event w Afryce

    Czy ruchy charyzmatyczne w ramach innych denominacji, to ich pentekostalizacja, czy na odwrót? Oczywiście wiele zależy od denominacji i miejsca, ale w przypadku latynoskiego kościoła katolickiego, Luis Lugo, dyrektor PEW Forum nie ma wątpliwości co do tego, że “pentekostalizm nie jest już czymś, co leży poza kościołem rzymskokatolickim. Jest mocno wbudowany w różne formy tendencji i ruchów charyzmatycznych”. W bardzo podobnym tonie wypowiada się katolicki specjalista od religijności latynoamerykańskiej- Andrew Chesnut. Budzi to kontrowersje wśród wielu tradycyjnie zorientowanych teologów i grup katolickich. To właśnie wpływom pentekostalizmu, kładącego nacisk na ciągłe działanie demonów chcących zguby wiernych, przypisuje się coś takiego jak “Egzorcyzmy Narodowe”- pierwsze w katolickiej historii odbyły się w 2015 roku w Meksyku (polskie odbyły się w roku 2016). Jak zauważa bp Czaja, nigdy przedtem w prawie 2k letniej historii KK nie egzorcyzmowano całego kraju czy danego narodu. Obawy budzi również powiązana z pentekostalizmem/ewangelikalizmem Ewangelia Dobrobytu głosząca, że Bóg zapewnia swoim umiłowanym wyznawcom sukces materialny i szczęście w życiu doczesnym, co stoi w jawnej sprzeczności z wcześniejszymi naukami katolickimi i wieloma protestanckimi.

    Generalnie problematyczne dla krytycznie nastawionych katolików (i tradycyjnych protestantów) jest mocno akcentowane zorientowanie na rozwiązywanie przez religię problemów doczesnych. Tłumaczy to sukces jaki nurt ten odnosi w krajach Trzeciego Świata, gdzie ludzie często rozpaczliwie poszukują nadziei na poprawę swojego położenia i nie interesują ich bardziej abstrakcyjne elementy religii - bóstwo ma załatwić pracę lub podwyżkę, uchronić przed szwadronami śmierci czy łowcami kości słoniowej, uzdrowić z choroby (bo najbliższy szpital to 100 km drogi przez dżunglę), a tym lepiej sytuowanym dostarczyć ekstatycznego przeżycia, którego tradycyjni protestanci czy katolicy nie są w stanie zaoferować. Zarówno badacze jak i krytycy uważają, że trzecioświatowy pentekostalizm zawiera w sobie wiele schrystianizowanych wierzeń ludowych, często przedchrześcijańskich. Religijność taka jest nastawiona na osobiste doświadczenia i namacalne korzyści. Polski religioznawca, Andrzej Migda twierdzi, że pentekostalizm w krajach Globalnego Południa ma wiele podobieństw do starszego lokalnego szamanizmu - kwestionuje naukowe podejście do świata, przedstawia wizję, w której jest on pełen duchów i mocy, które mogą być szkodliwe jeśli nie odprawi się stosownych rytuałów. Zaskarbienie sobie przychylności bóstwa jest z kolei kluczowe aby mieć powodzenie nie tylko w życiu pozagrobowym, ale i doczesnym.

    Łacinnicy nie gęsi i swoje masowe egzorcyzmy mają

    Jeśli chodzi o katolicyzm to kontrowersje budzi również tak zwana spowiedź furtkowa i związane z nią pojęcie grzechu pokoleniowego. Są one promowane przez niektóre ruchy charyzmatyczne w ramach katolicyzmu. Spowiedź taka polega na “zamykaniu furtek”, przez które grzechy danej jednostki bądź jej przodków (tzw. grzechy pokoleniowe, które również nie bardzo pasują do tradycyjnego nauczania katolickiego) otworzyły demonom drogę do władzy nad człowiekiem. Sprzeciw budzi też dodawanie do rytu sakramentu spowiedzi modlitwy o uwolnienie, przybierającej czasem formę egzorcyzmu. Zdaniem krytyków podważa to ważność rozgrzeszenia, a ponadto narusza zasadę sakramentów jako dobra kościoła, którego nikt nie może samowolnie zmieniać. Szukanie “furtek” może prowadzić do powtarzania tej samej spowiedzi wielokrotnie, co jest również sprzeczne z katolickim poglądem, że grzechy niewyznane na skutek zapomnienia są również odpuszczone. Ogólnie możliwość demonicznej kontroli i wpływu na życie ludzkie jest często rozdmuchiwana do niebotycznych rozmiarów. Ostrzeżenia przed czytaniem tej czy innej książki, bo otwiera ona drogę szatanowi do atakowania wiernegono i są, zdaniem krytyków, importem z ewangelikalizmu. Przykładów tego, co krytycy uważają za “przemycanie” myśli pentekostalnej do innych wyznań jest bardzo dużo, a my nie mamy tu miejsca aby się wszystkimi zająć.

    Tak czy inaczej, zarówno pentekostalizm jak i inspirowane nim charyzmatyczne ruchy rozwijają się bardzo szybko. Entuzjaści twierdzą nawet, że do 2050 roku ewangelikalnych/pentekostalnych chrześcijan będzie tyle, co obecnie muzułmanów. Już dzisiaj odgrywają oni dużą rolę w polityce krajów Ameryki Łacińskiej i niektórych afrykańskich. Jenkins, badający od wielu lat zmiany demograficzne w chrześcijaństwie, uważa za bardzo prawdopodobne, że pentekostalizacja i “trzecioświatyzacja” chrześcijaństwa sprawi, że religia ta (a przynajmniej jej znaczna część) zostanie przemodelowana tak, aby zgadzała się z poglądami i oczekiwaniami ludzi, którzy ją wyznają (wg. prognoz do 2050 roku 80% chrześcijan na świecie będzie żyło w krajach Globalnego Południa). Być może, że przekonanie o tym, że chrześcijaństwo będzie morfować w coś bardziej zbliżonego do filozofii (jak np. duża część buddyzmu na Zachodzie) niż tego, co klasycznie rozumiemy jako religia, nie sprawdzi się. Zamiast tego możemy mieć coraz powszechniejszą wiarę w cuda, złe duchy, grzechy przodków, uzdrowienia, boskie interwencje i literalne czytanie Biblii a coraz mniej teologii a’la scholastycyzm i intelektualnego wysublimowania.

    Polscy katolicy na mszy (obowiązkowo z egzorcyzmem i uzdrowieniami) odprawianej przez Johna Bashoborę, jedną z gwiazd nurty charyzmatycznego.

    PS. Wiele wskazuja na to, że ci, który z taką radością rzucają argumentami o rozwoju chrześcijaństwa w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej, zachwalają właśnie marginalizację tego nurtu swojej religii, który tak ukochali. Cóż, Bóg ma dziwne poczucie humoru.

    Źródła:
    Patrz część pierwsza plus:
    1. Podobny artykuł z Quartza
    2. Latin America Charisma- The Pentecostalization of Christianity in The Region

    #katolicyzm #protestantyzm #religia #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #religia #chrzescijanstwo #ateizm #daszwiare
    pokaż całość

    •  

      @ja_nie_lubie: podobnego zdania jest Migda i ja też się do niego przychylam (aczkolwiek moja opinia jest nic nie warta). Wielu ludzi chce wierzyć w masowe uzdrowienia i Boga załatwiającego pracę (a nie będącego jakimś bardziej abstrakcyjnym Absolutem)- i albo im to dasz albo dostaną to od kogoś innego. KK to widzi i stąd pozwala na "pentekostalizację".

      "Wysublimowane" będzie ustępować "ludowemu", bo na to drugie jest więcej zapotrzebowania. Ryty tradycyjne w ramach katolicyzmu są już dzisiaj w zasadzie ciekawostką dla garstki zapaleńców, pasjonatów "łacińskiej cywilizacji".

      Podobnie jest z bardziej wysublimowanymi/ filozoficznymi interpretacjami religii. Nikogo (poza garstką ludzi) nie interesuje zasadność filoque czy podziału esencje/ energie. Albo uzdrawiacie/ czynicie inne cuda/ dajecie jakieś doznania albo wypad. Stąd np. KK nie ma oporów przed tym, że wschodni katolicy mają w zasadzie prawosławną teologię.

      Przewaga "filozofii" nad "ludowym" była możliwa tylko dlatego, że "właściwą" formę narzucało grono kumatych, mogących liczyć na wsparcie władzy w prześladowaniu heretyków. To się skończyło i teraz jak ktoś chce mieć cudy to może je mieć. Może też oficjalnie wierzyć w Boga jako dziadka na chmurkach czy cokolwiek.

      Najbardziej otwierające oczy w tej kwestii są religie Dalekiego Wschodu, które na Zachodzie reklamuje się jako mega "subtelne" i "w zasadzie bardziej filozofia niż religia". Czemu? Bo tutaj są domeną co najmniej klasy średniej, która ma inne potrzeby i oczekiwania niż masy. W swoich matecznikach religie te są masowe i są w zasadzie dobijaniem deali z siłami wyższymi żeby zapewnić sobie powodzenie w pracy, zdrowie etc. Rozdźwięk jest tak ogromny, że niektórzy ludzie jak tam jadą są wręcz zniesmaczeni kultem posągów, całowaniem relikwii etc.
      pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: Odwrotnie jest, do pewnego stopnia, w świecie islamu; dawniej, w czasach jego swoistej 'decentralizacji' powstało dużo różnych, lokalnych bractw i tradycji sufickich, często bardzo barwnych. Dodatkowo, interpretacje i poglądy religijne mnożyły się z tego prostego powodu, że mało kto poza bliskim wschodem rozumiał Koran pisany po arabsku. Dzisiaj, w czasach 'ofensywy' finansowej konserwatywnych państw półwyspu arabskiego na zasadzie 'pieniądze za naszych imamów' i prób centralizacji kształcenia imamów w uczelniach mocno konserwatywnych, lokalne tradycje stają się coraz bardziej wypierane na rzecz salafickiej czy wahabickiej ortodoksji. Podobnie w miejscach konfliktów wojennych (np. Syria, Libia, Czeczenia, Bośnia) czy państw zdominowanych przez grupy islamistyczne (szczególnie bractwo muzułmańskie), np. w Tunezji czy Egipcie, toczy się mocna rywalizacja (niejednokrotnie uciekająca się do przemocy czy aktów wandalizmu, szczególnie niszczenie grobów lokalnych świętych).

      Oczywiście, można tu dyskutować, na ile teologia wahabicka jest 'wyrafinowana', ale niektóre elementy (np. odrzucenie kultu lokalnych świętych, nieortodoksyjnych wersji modlitw, narzucenie konserwatywnego ubioru, szczególnie zakrywanie kobiecych głów) są zdecydowanie bliskie Koranowi rozumianemu dosłownie.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 36 w którym przychodzi Duch i odnawia oblicze ziemi, tej ziemi (1/2)
    odcinek autorstwa nieocenionego mireczka @niedoszly_andrzej

    Każdy, kto jakoś tam śledzi dyskusje religijne i okołoreligijne na vikop.ru zauważył pewnie, że jedną z ulubionych czynności internetowych apologetów katolicyzmu jest, w reakcji na argumenty o sekularyzacji krajów szeroko rozumianego Zachodu, rzucanie statystykami pokazującymi dynamiczny rozwój chrześcijaństwa w krajach tzw. Globalnego Południa (Ameryka Łacińska, Afryka i południowa Azja). Często łączy się to z narracją “śmierci Zachodu” co to “wyparł się swojej wiary” więc teraz czeka go powolne zdychanie pod islamskim/lewackim butem (zależy od skrzywienia ideologicznego). O ile ze “śmiercią Zachodu” ciężko dyskutować (bo to w zasadzie wróżbiarstwo), o tyle rzeczonym statystykom i ich implikacjom warto się przyjrzeć, ponieważ pokazują rzeczy bardzo ciekawe i niekoniecznie wygodne dla wizji promowanej przez osoby, które nimi szafują na lewo i prawo. Nie będę tutaj jeszcze zadawał pytań o to czy statystyki religijne faktycznie coś znaczą - to zrobię w innym odcinku. Wyszło mi sporo tekstu dlatego zdecydowałem się podzielić go na dwie części. Pierwsza dotyczy rzeczonego wzrostu liczby chrześcijan, a druga reakcji i (być może) daleko idących konsekwencji dla tej religii.

    Kluczem do zrozumienia tego tekstu jest słówko “pentekostalizm”. Historycznie było to protestanckie wyznanie należące do nurtu ewangelikalnego, którego początki datuje się na 1901 rok i umiejscawia w USA. Pentekostalizm od początku stawiał na ekstatyczne doznania - modlitwa językami, chrzest w Duchu Świętym, spoczynek w Duchu i inne takie. Nawoływał do moralnego rygoryzmu i ascetyzmu. Bardzo ważna była również wierność Biblii (oczywiście w odpowiedniej interpretacji) i przeciwstawienie się zepsuciu świata. To był tzw. pentekostalizm pierwszej fali. Druga zaczęła się w latach 50. XX wieku i wiązała się z przenikaniem form pentekostalnej religijności do innych kościołów chrześcijańskich, w tym do katolickiego, gdzie pojawiła się Odnowa Charyzmatyczna. Trzecia fala, zwana neopentekostalizmem, narodziła się w latach 80. XX wieku i polegała na pojawieniu się organizacji podenominacyjnych na dużą skalę. Odrzucają one różnice międzywyznaniowe, ponieważ ich zdaniem chodzi o przeżywanie działania Ducha Świętego. W wersji pentekostalnej oznacza spektakularne znaki, cuda, uzdrowienia, egzorcyzmy, uwolnienie od nękań diabelskich, omdlenia, ataki histerycznego śmiechu i konwulsje. Ogólnie - ma być ekstatycznie, żywo, boży Duch wypełnia wiernych i robi niesamowite szoł.

    Duch Święty i jest impreza

    Pentekostalizm szybko zyskał na popularności w samych USA, gdzie rozwijał się nie tylko w formie odrębnych kościołów, ale także (a raczej głównie) w ramach już istniejących. Tutaj pojawia nam się pewien problem definicyjny - ciężko bowiem wskazać ostre granice między pentekostalizmem a innymi przejawami nurtu ewangelikalnego (historyczny pentekostalizm był subem ewangelikalizmu). Stąd często używa się tych pojęć zamiennie, gdyż mocno się one przenikają. Ja również będa tak robił i mam nadzieję, że nikt się nie przyczepi. Oczywiście różne grupy mają różne stopnie nasilenia praktyk pentekostalnych, ale da się wskazać pewien rdzeń, który bardzo pobieżnie opisaliśmy powyżej. Pentekostalizm/ewangelikalizm odcisnął się na starszych wyznaniach, jak kościół anglikański, luterański czy katolicki. W przeciągu stu lat nurt ten napędzany “Duchem Świętym” stał się największym odłamem chrześcijaństwa w USA. Z badań PEW wynika, że w 2014 roku 25,4% Amerykanów deklarowało się jako ewangelikalni chrześcijanie, podczas gdy katolików i tradycyjnych protestantów jest odpowiednio 20,8% i 14,7% (spadek z 23,9% i 18,1% w 2007 roku). Ewangelizacyjny zapał nie zatrzymał się jednak na El Paso. Misjonarze zanieśli nowe formy religijności i swoje kościoły także do Ameryki Łacińskiej i odnieśli tam (a raczej wciąż odnoszą) oszałamiający sukces.

    Miażdżąca większość protestantów w Ameryce Łacińskiej to ewangelicy. W wielu krajach nie stosuje się nawet nazwy “protestantes” tylko “evangelicos” z racji tego, że tradycyjnych protestanckich denominacji w zasadzie tam nie ma, albo są silnie poddane wpływom ewangelikalnym. Region jest powszechnie uważany za bastion katolicyzmu - zamieszkuje go około 425 milionów katolików co stanowi 40% światowej populacji wyznawców tego kościoła. To się jednak zmienia, co znakomicie ilustruje demografia największego katolickiego kraju świata - Brazylii. Według PEW w 1970 roku 92% Brazylijczyków było katolikami, a 5% protestantami. W 2010 procent katolików spadł do 65%, a protestantów zwiększył się do 22%. Według badań Instituto Datafohla, w latach 2014-2016 liczba katolików spadła o kolejne dwa miliony. Z danych historycznych wynika, że do lat 60. XX wieku ponad 90% mieszkańców Ameryki Łacińskiej było katolikami. Dzisiaj według badań PEW jest to 69% i cały czas spada. Dodajmy, że zmiany te zachodzą bardzo szybko. 84% obecnych mieszkańców Ameryki Łacińskiej zostało wychowanych w katolicyzmie (ostało się wspomniane 69% - spadek o 15 punktów procentowych w jednej generacji). W przypadku protestantów 9% zostało wychowanych w protestanckiej rodzinie, a protestantyzm wyznaje obecnie 19% mieszkańców regionu. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że wzrosła również liczba osób niereligijnych - z 4 do 8%.

    Who needs Novus Ordo?

    Największy udział katolickich apostatów jest w Kolumbii - 74% obecnych protestantów wychowało się w katolicyzmie. Dalej mamy Paragwaj (68%), Peru (66%), Ekwador (62%), Boliwię (60%), Wenezuelę (56%), Argentynę (55%), Brazylię (54%), Nikaraguę (50%), Dominikanę (48%), Meksyk (44%), Kostarykę (40%), Salwador i Portoryko (38%), Urugwaj (37%), Chile (30%), Honduras (26%), Gwatemalę (23%), a stawkę zamyka Panama (15%). Warto dodać tutaj dwie rzeczy. Niski procent nie oznacza, że protestantów jest mało - często jest to objaw tego, że jest ich dużo i teraz tendencja porzucania katolicyzmu na rzecz protestantyzmu wyhamowuje. W Panamie 25% społeczeństwa to protestanci. W Gwatemali 44%, a w Hondurasie 39%. Ponadto trend ten jest widoczny także wśród Latynosów w USA (47% protestantów w tej grupie wychowano w katolicyzmie). Wśród latynoskich Amerykanów udział katolików sukcesywnie spada - według Gallupa między 2008 a 2014 rokiem nastąpił spadek z 58% na 54%. W tym samym czasie protestanccy latynosi w USA zanotowali drobny wzrost z 27% na 28%.

    Czemu latynoscy katolicy przechodzą na protestantyzm w tak dużych ilościach? Pytani o to przez badaczy PEW udzielali różnych odpowiedzi (można było wskazać na więcej niż jedną przyczynę). Najwięcej, bo aż 81% wskazuje na to, że szukali sposobu aby zbliżyć się do Boga. 69% podaje także, że bardziej podobają im się nabożeństwa w nowym kościele. 60% pragnęło większego skupienia na moralności. 59% mówi, że ich protestancka wspólnota bardziej pomaga swoim członkom. 20% podaje, że pomogło im to rozwiązać osobiste problemy, 14%, że zrobili to z przyczyn finansowych a 9% z uwagi na ślub z osobą niebędącą katolikiem. Zdaniem socjologów potężna popularność ewangelikalizmu/ pentekostalizmu jest efektem wiary w powszechność boskich interwencji w życie wierzących - od załatwienia pracy i podwyżki, przez wypędzenie demonów i uzdrowienia ze śmiertelnej choroby (a nawet wskrzeszenia) do bezpośredniego “dotknięcia Boga” (osiągnięcia stanu ekstazy objawiającego się tzw. mówieniem językami, prorokowania, histerycznego śmiechu etc.). Jest to o wiele bardziej sugestywne i lepiej odpowiada potrzebom mas - zwłaszcza w krajach trzeciego świata, gdzie wiecznie brakuje pieniędzy, wskaźnik przestępczości jest wysoki, a państwo i zapewniane przez nie usługi (będące standardem w rozwiniętych krajach) są na śmiesznym lub żadnym poziomie.

    Pentekostalny megakościół w Nigerii

    Pentekostalizm/ ewangelikalizm święci triumfy nie tylko wśród Latynosów. Wzrost udziału chrześcijaństwa w krajach Azji i Afryki to również w dużej mierze jego sprawka. Według PEW w Afryce Subsaharyjskiej (tzw. Czarna Afryka) w roku 2005 żyło około 410 mln chrześcijan. 17% z nich to katolicy (wzrost z 13% w 1970) 29% to “inni” (wzrost z 15% w 1970 roku). Liczbę zwolenników denominacji pentekostalnych szacuje się na około 110 milionów. W przypadku Azji liczba ta jest jeszcze wyższa - denominacje pentekostalne mają oko 140 milionów zwolenników. Ich największymi skupiskami są Indie, Filipiny i Indonezja, czyli kraje mające historycznie ukonstytuowane wspólnoty chrześcijańskie. Tutaj również grupy ewangelikalne bazują w dużej mierze na przyciąganiu ludzi będących już chrześcijanami (przynajmniej nominalnie). Jeśli chodzi o Chiny, które wykopowi apologeci szczególnie sobie upodobali, to tam sprawy mają się nieco inaczej. Przede wszystkim brak dobrych statystyk, bo państwo to jest bardzo restrykcyjne w stosunku do związków religijnych i wiele działa nielegalnie lub na wpół legalnie. Nieoficjalne dane są bardzo różne od siebie. Grupy misjonarskie podają czasem nawet liczbę 100 milionów, ale instytuty badawcze cieszące się większą renomą mówią o około 50 milionach, przy czym miażdżąca większość to protestanci. Według badań, liczba katolików waha się od 3 do 14 milionów, ale najczęściej podawane są liczby w okolicach 9-10 milionów.

    W drugiej części poruszymy inny, ale nie mniej (a może nawet bardziej) ciekawy temat - reakcję tradycyjnych protestantów i kościoła katolickiego na eksplozję ewangelikalnego protestantyzmu/postprotestantyzmu.

    PS. Tradycyjnie dzięki dla @robson7 za pomoc w uczynieniu tekstu czytalnym.

    Źródła:
    Pew Research: Religion in Latin America
    Pew Research: Pentecostalism in Latin America
    Pew Research: Pentecostalism in Africa
    Pew Research: Pentecostalism in Asia
    Why has Pentecostalism grown so dramatically in Latin America?
    BRAZIL LOSES 9 MILLION CATHOLICS IN 2 YEARS
    Problem pentekostalizacji chrześcijaństwa
    Wikipedia: Christianity in China

    #daszwiare #wiara #religia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 35 w którym odwiedzamy pakistańskiego Asteriksa
    Odcinek opublikowany dzięki pracowitości @niedoszly_andrzej

    Jest rok 2018 od narodzin Chrystusa. Cały Pakistan został opanowany przez wyznawców religii Proroka… Cały? Nie! Jeden, jedyny Hindukusz, zamieszkany przez nieugiętych Kalaszy wciąż zachowuje swoją starożytną wiarę i odrębność od muzułmańskiej większości zamieszkującej resztę kraju, na czele z miastami takimi jak Karachi czy Islamabad. Ta parafraza wstępu do komiksowych historii o Asteriksie i Obeliksie jest w tym wypadku bardzo zasadna. W przeciwieństwie jednak do Galów, którzy koniec końców ulegli najeźdźcom znad Tybru, Kalasze przetrwali do dzisiaj, choć są cieniem tego, jak sprawy miały się w przeszłości.

    Zaraz, zaraz, ale jacy Kalasze? Już spieszę z odpowiedziami.

    Mianem tym określa się grupę zamieszkującą pakistańską część Hindukuszu. Region ten, to prawdziwy mikrokosmos. Dość powiedzieć, że po afgańskiej stronie granicy, na terenie zbliżonym powierzchnią do New Jersey, żyje około 20 grup etnicznych posługujących się zupełnie innymi językami. Niedostępne góry poprzetykane kotlinami są dla etnologów tym, czym bursztyny dla badaczy starożytnych owadów - najlepszym środkiem konserwującym. Odnotujmy tylko, że od “Indyjskiego Kaukazu” (jak nazywali ten region starożytni Grecy) odbiły się wojska Aleksandra Macedońskiego, Diadochów, muzułmańskich Arabów i Tamerlana. Lokalsi wielokrotnie odparli najazdy i zachowali swoją religię i kulturę. Z tego powodu islamscy sąsiedzi żyjący na nizinach nazywali miejscową ludność “Niewiernymi” (Kafir) a ich ziemie określali jako Kraj Niewiernych (Kafiristan).

    Rekonstrukcja wyglądu Timura, jednego z największych zdobywców w historii Eurazji, który jednak nie był w stanie podbić kafirów

    Niedostępność regionu i opowieści o okrucieństwie jego mieszkańców skutecznie odstraszały. Wspominał o nich Marco Polo, pisząc “są bałwochwalcami i totalnymi dzikusami, żyjącymi z tego co upolują i noszącymi skóry zabitych bestii”. Ten niezbyt poprawny politycznie opis nie był jednak daleki od prawdy - Kafirzy faktycznie nie znali rolnictwa i odziewali się w skóry. Kolejny kontakt między człowiekiem Zachodu a Kafirami miał miejsce dopiero pod koniec XVIII wieku. Niejaki Alexander Gardner dwa razy odwiedził ich ziemię i pozostawił po sobie zapiski, które odziedziczył brytyjski poseł Burnes (też Aleksander), który jednak zginął w trakcie walk w Afganistanie. Zapiski Gardnera zaginęły razem ze śmiercią Burnesa, ten drugi jednak poczynił notatki, które przetrwały. Wspominają one o zwyczajach Kafirów, takich jak chowanie zmarłych w trumnach, pozostawianych następnie na otwartym powietrzu, sprzedawaniu córek za cenę zależną od ich rozmiarów czy ssaniu sobie sutków przez mężczyzn na zgodę, jako symbol zakończenia konfliktu.

    Brytyjczycy, poszerzający wpływy w Azji, zainteresowali się wówczas Krainą Niewiernych, zwłaszcza, że ich główny konkurent, Rosja, podporządkowywała sobie właśnie sąsiednią Azję Środkową. W wyniku tego wysłali porucznika McNeil’a do Kafiristanu z misją rozpoznania terenu. Misja nie przyniosła wiele pożytku, aczkolwiek McNeil odnotował na przykład, że Kafirzy uważają zabijanie muzułmanów za chwalebny czyn i składają ofiary swoim bogom. Prawdziwym odkrywcą Kafirów dla ludzi Zachodu był jednak George Robertson. Początkowo wydawali mu się totalnymi dzikusami niezdolnymi do uczuć wyższych, ale z czasem dał sobie sprawę, że agresja i niechęć przy pierwszych spotkaniach wynikała z chęci ochrony wspólnoty. Gdy już trochę ich poznał okazywali się być jak najbardziej ludzcy, aczkolwiek wciąż czujni i gotowi do walki. Zauważył istnienie podziału na wiele plemion posługujących się odrębnymi językami i mających inne zwyczaje i wierzenia. Odnotował też, że część Kafirów żyje pod panowaniem muzułmańskich władców - na przykład grupa znana jako Kalasze.

    Robertson szukał wojowników, toteż olał Kalaszy i osiedlił się wśród plemienia znanego jako Kam. Miejscowi mężczyźni byli nabuzowani testosteronem do tego stopnia, że nie potrafił on wytłumaczyć im co to znaczy być grubym. Żyli z wojny i najazdów na muzułmańskich sąsiadów. Gdy akurat nie wyprawiali się na wroga, toczyli krwawe spory między sobą. Najważniejszą rzeczą był honor, rozumiany jako gotowość do zabijania i zostania zabitym. Co ciekawe, Kam darzyli Brytyjczyków sympatią i opowiadali np. historię o Giszu, bogu wojny, który miał się osiedlić w Londynie. Robertson wspominał również o tańcach na pogrzebach i potwierdzał zwyczaj pozostawiania trumien na otwartym powietrzu. Konkluzja jego raportu była jednak taka, że nie ma sensu tykać Kafirów. Pozbawieni w ten sposób brytyjskiej protekcji stali się łupem dla afgańskiego szacha, który w 1895 rok ogłosił świętą wojnę przeciwko niewiernym. Korzystając z brytyjskiej broni palnej, zajął afgańską część Kafiristanu i postawił miejscowych przed prostym wyborem - przejście na islam lub śmierć. Według opowieści miejscowych, kamienie, na których dokonywano egzekucji tych, którzy wybrali bramkę numer 2, są do dzisiaj pokryte krwią.

    Jeden z kafirskich idoli

    Aby uczcić wielkie zwycięstwo islamu, afgański Kafiristan przemianowano na Nuristan - kraj światła. Wojowniczy lokalsi zyskali sławę nieustępliwych wojowników islamu. I tak na przykład Nuristan, jako pierwszy region ogłosił świętą wojnę przeciwko komunistom. Współcześnie jest on wylęgarnią talibów, punktem kontaktowym między afgańskimi i pakistańskimi dżihadystami oraz centrum oporu przeciwko świeckim władzom. Koniec afgańskich Kafirów nie był jednak końcem Niewiernych w ogóle. Pogardzani przez Robertsona pakistańscy Kalasze (opisywał ich, jako lud niewolników i sług) przetrwali, choć jest ich już tylko około 4 tysięcy. Nie są jednak zupełnie anonimowi. Zainteresowanie wzbudza nie tylko ich religijna odrębność, ale także bardzo europejski wygląd. Kalasze mają bowiem jasną skórę, proste włosy (zdarzają się blondyni i rudzi) oraz jasne oczy. Gdy w 1839 roku brytyjski wysłannik Macnaghten miał spotkać Kalaszów, usłyszał od Pasztunów: “nadchodzą Twoi krewniacy”.

    Podobieństwa nie kończą się na wyglądzie. W przeciwieństwie do sąsiadów Kalasze witają się uściskiem dłoni i siadają na krzesłach, a nie dywanach. Kobiety noszą kolorową odzież i nie zasłaniają twarzy. Kolejną kwestią jest język. Dialekty Niewiernych (byłych i obecnych) są częścią indoeuropejskiej rodziny językowej. Brytyjczycy zaczęli spekulować, że Kafirzy to potomkowie żołnierzy Aleksandra Wielkiego. To bardzo spodobało się samym zainteresowanym. W pewnym momencie Grecy uznali ich za jedno z zagubionych plemion Hellady i zaczęli wspierać finansowo. Co ciekawe za ciosem poszli Macedończycy, rywalizujący z Grekami o to, do kogo “bardziej” należy dziedzictwo Aleksandra i kto jest jego prawowitym spadkobiercą. Za pieniądze z bałkańskich datków udało się na przykład zbudować szkołę i muzeum. Jakkolwiek w tych opowieściach może tkwić ziarnko prawdy (wszak na terenach współczesnego Afganistanu i Pakistanu faktycznie istniały helleńskie królestwa, a grecka kultura cieszyła się prestiżem jeszcze długo po nich), to wydaje się, że faktycznym źródłem tych podobieństw jest fakt, że grupy Indoeuropejczyków opuszczając matecznik (za jaki uznaje się stepy nadkaspijskie) rozproszyły się na wszystkie strony świata.

    Wiemy o osadnictwie w Europie, na Bliskim Wschodzie, Azji Środkowej, Persji i północy Indii. Z wykopalisk w Zachodnich Chinach dowiadujemy się z kolei o osadnictwie Indoeuropejczyków na obszarach współcześnie będących częścią pustyni Taklamakan. Znalezione tam szkielety mają rude włosy i datuje się je na około 2 tysiące lat przed Chrystusem. Dużo późniejsze dzieła sztuki zdradzają obecność jasnoskórych postaci z jasnymi oczyma i bujnym zarostem. W świetle tych odkryć wydaje się, że jakaś grupa Indoeuropejczyków osiedliła się w okresie wielkich migracji na terenach Hindukuszu i z racji izolacji nie wymieszała się tak mocno z sąsiadami, jak to miało miejsce w przypadku reszty ich krewniaków w Iranie, Tocharystanie czy Indiach. Górskie szczyty i mała atrakcyjność terenów, na których żyli Kafirowie sprawiła, że Kalasze zachowali swoje starożytne wierzenia. Europejscy goście początkowo wrzucili je do worka z napisem “animizm”, ale współcześni badacze są zdania, że powinno się tutaj mówić raczej o archaicznej formie czegoś co dzisiaj określa się mianem hinduizmu. A raczej indoeuropejskiego substratu tego zbioru wierzeń i filozofii.

    Takie tam z Irlandii, znaczy z Kafiristanu

    Wielu badaczy, w tym Witzel, uważa, że wierzenia Kalaszów, to pi razy drzwi religia Ariów sprzed transformacji jakie zaszły, gdy zmieszała się ona z wierzeniami rdzennych mieszkańców subkontynentu (w przypadku Ariów Indyjskich) i płaskowyżu (w przypadku Ariów Irańskich). Poglądy te zdaje się potwierdzać intuicja muzułmańskich sąsiadów, którzy matecznik Kafirów ochrzcili mianem Hindukuszu, co jest tłumaczone na “zabójcę Hindusów” (aczkolwiek tutaj wskazuje się, że nazwa taka może równie dobrze wywodzić się z faktu, że w region ten uciekało wielu niewolników z subkontynentu i następnie ginęło z uwagi na trudne warunki). Kalasze wierzą w wielu bogów, duchy i nadprzyrodzone istoty. W przeszłości, gdy plemion praktykujących tradycyjną religie było więcej, wielu bogów było lokalnymi bóstwami, czczonymi tylko w określonym miejscu. Zazwyczaj jednak wyróżniają stworzyciela - najwyższego Boga (coś co my nazwalibyśmy henoteizmem). Występuje on pod różnymi nazwami: Imra, Mara, Dezau, Dezauhe czy Khodai. Bóg otoczony jest wieloma bogami, półbogami, manifestacjami i awatarami. Badacza uważają, że panteon Kalaszy to jeden z ostatnich żywych przejawów starożytnych wierzeń indoeuropejskich, które w innych regionach świata zostały wchłonięte przez różne odłamy chrześcijaństwa, islamu, buddyzmu czy wierzeń chińskich, bądź zmieszały się znacząco z wierzeniami podbitych ludów (religie mazdaistyczne i hinduizm).

    Wśród ważniejszych bogów panteonu wymienia się Warendra - boga niebios i piorunów. Powszechnie identyfikuje się go z hinduskim Indrą. Jego awatarem/emanacją jest Balumain, który nauczył Kalaszy jak świętować Chaumos (zimowe święta). Balumain ma jakoby pochodzić ze starożytnej ojczyzny wszystkich Kafirów. Kolejnym ważnym bogiem jest Munjem - król Środkowej Ziemi. Poważnym graczem jest także Mahandeo - bóg obfitości i przedstawiciel stworzonego świata w kontaktach z Bogiem (przez duże “B”). Główną boginią jest Jestak, pani domowego ogniska i opiekunka małżeństw. Oprócz bóstw, szczególną czcią otacza się wróżki, które mogą podzielić się z ludźmi nadprzyrodzonymi mocami. Wróżki żyją w najwyższych partiach gór i każdy, kto chce być kapłanem, musi spędzić jakiś czas wśród nich, aby nasiąknąć ich magią. Szwarccharakterem zaś, jest demoniczny Jestan, który pojawia się na ziemi pod postacią bestii podobnej do psa. Walczy on z bogami, którzy od czasu do czasu cisną w niego jakąś kometą.

    To wszystko co napisaliśmy w poprzednim akapicie to bardziej próba niż akuratny opis. Nie jest to zorganizowana i zinstytucjonalizowana religia - wierzenia są bardzo płynne i nie ma koherentnego wykładnika, który stawiałby granice między “herezją” a “ortodoksją”. Religia Kalaszy, to raczej rytuały, festiwale oraz luźne zbiory wierzeń, czarów i nadprzyrodzonych opowieści. Instytucja kapłanów przestała istnieć w pierwszej połowie XX wieku. Dzisiaj prowadzącymi ceremonie i obrzędy są szamani lub starsi danej wspólnoty. Bogowie mają swoje kapliczki, przy których składa się im ofiary z kóz, koni, krów i owiec. Ważną rolę odgrywa rytualna czystość, którą regulują szczegółowe przepisy. I tak na przykład, kobiety w trakcie menstruacji bądź blisko rozwiązania uważane są za nieczyste. Przed ważnymi rytuałami nie wolno również dotykać psujących się rzeczy, przebywać z umierającymi i wchodzić w kontakt z muzułmanami i przybyszami z zewnątrz. Wszystkie te rzeczy są w zasadzie nieuniknione, toteż właściwy rytuał poprzedzają obrzędy oczyszczające. Wierzenia Kalaszy w tym temacie są bardzo podobne do tych opisanych w Wedach i Aweście. W tym kontekście ciekawe jest na przykład wiązanie kruków ze zmarłymi przodkami i karmienie ich tylko za pomocą lewej ręki (kruków, nie przodków).

    Kalasza w strojach etnicznych

    Najhuczniej obchodzonymi świętami są Chilam Joshi (w połowie maja), Uchau (jesień) i Chaumos (zima). To ostatnie święto jest powszechnie uważane za najważniejsze. Trwa ono aż dwa tygodnie, mniej więcej od 7 do 22 grudnia. W jego trakcie celebruje się koniec prac rolnych i zbiorów. Odbywają się tańce, imprezy muzyczne i masowe ofiarowania zwierząt. Wierzy się, że Balumain opuszcza wówczas krainę bogów i dołącza do szeregowych wyznawców. Z racji obecności boga w obchodach święta udziału nie mogą wziąć ludzie, którzy nie odprawili stosownych rytuałów oczyszczenia. W trakcie święta składa się także ofiary przodkom. Służy temu specjalny rytuał, w którym dorośli mężczyźni oddają hołd młodym chłopcom (będących wcieleniami przodków), a ci formują “węża” i przemierzają wioskę. Część mężczyzn śpiewa nabożne pieśni, a druga część obsceniczne i wulgarne. W tym samym czasie kobiety przebierają się za mężczyzn, a mężczyźni za kobiety (Balumain jest jednocześnie uważany za kobietę i mężczyznę). Rytuałów i zwyczajów jest mnóstwo i nie bardzo mamy tu miejsce żeby je wymieniać. Warto jednak wspomnieć, że w trakcie Chaumos odbywa się turniej gry znanej Chikik Gal, w którym udział biorą reprezentacje poszczególnych wiosek. Gra polega na rzucaniu i zrzucaniu piłki na/z ośnieżonych stoków.

    Jak już wspomniałem, Kalaszy współcześnie jest już tylko cztery tysiące. Przez lata byli oni dyskryminowani i na różne sposoby “zachęcani” do przejścia na islam. Zdarzały się nawet zbrojne ataki i zabójstwa (które jednak, warto zaznaczyć, spotykały się z potępieniem pakistańskich rządzących i oficjalnych muzułmańskich organizacji religijnych). Wielu Kalaszy, ze strachu lub chcąc poprawić swój byt, przechodziła na islam. Przy starych wierzeniach została garstka ludzi zamieszkujących najbardziej niedostępne regiony. Polepszająca się infrastruktura otwiera na świat nawet te miejsca. Islam jest generalnie na najlepszej drodze do wyparcia tradycyjnych wierzeń. Pakistan był od początku pomyślany jako muzułmańskie państwo i kolejne rządy promują tę religię, jako element scalający bardzo zróżnicowaną mieszankę etniczną. Organizacje muzułmańskie zapewniają także edukację, wsparcie finansowe i opiekę zdrowotną. To czego ani Tamerlan, ani kolejni muzułmańscy władcy nie osiągnęli siłą, stanie się niedługo rzeczywistością dzięki szkołom, stołówkom i bieżącej wodzie. Szanse na to, że pakistański Asteriks przetrwa próbę czasu są raczej nikłe.

    Jest Chaumos, jest impreza

    PS. Wielkie dzięki dla @robson7 za tłumaczenie tekstu z “polskiego” na polski.

    Źródła:

    Russel Gerard, “Kalasha” w “Heirs to Forgotten Kingdoms: Journeys Into the Disappearing Religions of the Middle East”
    The Kalash People

    #daszwiare #wiara #religia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: zum.de

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 34 w którym poznajemy wzloty i upadki geniuszy od marketingu religijnego

    @niedoszly_andrzej znowu serwuje wyśmienity tekst, 100% jakości #daszwiare

    “To nie jest prawdziwy (tu wstaw nazwę dowolnej religii czy światopoglądu)” - to zdanie, które słyszy się wyjątkowo często w rozmowie z wyznawcami czy zwolennikami jakiejś religii bądź ideologii. Zazwyczaj pada ono jako odpowiedź na niewygodne zarzuty bądź wobec tych elementów/odłamów, z którymi rozmówca nie identyfikuje się albo podchodzi do nich z dużą dozą krytycyzmu. Nie, to nie będzie tekst krytykujący taką postawę. Zależy nam na tym żeby wiedzieć jak jest, a nie czy to słuszne. Swoją drogą, zmiany ideologii religijnej odbywają się zazwyczaj, jak wprowadzanie nowinek w starożytnym Rzymie - nikt nie przedstawia reformy jako czegoś nowego, a raczej jako “powrót do korzeni”.

    “Prawdziwość” jest często używana w kontekście misjonarskim. Ludzie generalnie nieufnie podchodzą do czegoś nowego. Jest to zrozumiałe - bezpieczne drogi to te sprawdzone. W przypadku religii, często dochodzi do tego element tożsamościowy. Wiadomo, Polska katolicka, Sri Lanka buddyjska, Turcja muzułmańska itd. Przy założeniu, że chcesz kogoś zainteresować nową religią, podejście w stylu “hurr durr odrzuć te kłamstwa i przyjmij Prawdę” raczej się nie sprawdzi. Chyba, że masz za sobą “ramię zbrojne”. O ileż jednak lepiej jest przekonać potencjalnego konwertytę, zamiast zmuszać go do czegoś? Sprawić by uwierzył, że tak naprawdę nie każesz mu wyprzeć się “dziedzictwa”, tylko odkrywasz przed nim jego prawdziwe znaczenie, zagubione lub zafałszowane na przestrzeni lat. Zapewnić, że to, co głosisz, to tylko dopełnienie.

    Podejście takie zostało wyprowadzone na szerokie wody przez pierwszą wielką religię misyjną czyli buddyzm. Dodawanie, adaptacja i reinterpretacja nie-buddyjskich elementów, zaszła w niektórych przypadkach tak daleko, że w zasadzie nie da się dojść do tego, co wzięło się z czego. Druga wielka religia misyjna, czyli chrześcijaństwo, miała bardzo zbliżone podejście. Wiele znaczących figur pierwszych wieków uważało, że chrześcijaństwo jest ostatecznym dopełnieniem objawienia pierwotnego, którego zniekształcone lub przestarzałe formy funkcjonowały jako filozofia, judaizm (tak, wiem) czy pogańskie wierzenia. Prawdziwymi artystami w tej dziedzinie okazali się jednak być manichejczycy. I ich perypetiami misjonarskimi zajmiemy się w tym odcinku.

    Mani prezentuje swoje dzieła Bahramowi

    Nasz gospodarz, @luvencedus, popełnił odcinek o manicheizmie, nie będziemy więc się tutaj powtarzać, a skupimy się na dziejach misyjnych i przykładach akulturacji. Mani był prawdziwym geniuszem i bardzo szybko doszedł do tego, o czym pisaliśmy przed chwilą. Nie przedstawiał się zatem jako twórca nowej religii. Wprost przeciwnie - głosił, iż jest kontynuatorem dzieła Zoroastra, Buddy i Jezusa, ostatnim z linii proroków, sięgającej do pierwszego człowieka Adama. Swoją misję prezentował nie jako próbę wyparcia i zastąpienia “starego”, tylko odnowienie nauczania poprzedników i dopełnienie go. Było to o tyle prostsze, że żaden z wymienionej trójki nie pozostawił po sobie własnych pism, a ich nauczanie początkowo przekazywano ustnie. Nauczony błędami poprzedników, Mani sam spisał swoje nauki, a że był artystą (poza byciem prorokiem, filozofem i lekarzem), to jeszcze je zilustrował.

    Mieszanie różnych tradycji religijnych przychodziło mu tak łatwo, że współcześni uczeni nie są w stanie ocenić czy rdzeniem manicheizmu były wierzenia judeochrześcijańskie, mezopotamskie, czy irańskie. Mani lubował się także w ezoterycznej interpretacji doktryn i nauk, z których budował swe własne - twierdził, że oczyszcza je ze zniekształceń, jakimi narosły przez setki lat, będących efektem zewnętrznych wpływów i ignorancji kolejnych pokoleń adeptów. Od poprzedników brał również rozwiązania praktyczne. Zatem model wspólnoty manichejskiej był mocno oparty na modelu buddyjskiej sanghi. Ciężar utrzymania mnichów spadał na laikat (mnich, palijski “bhikku”, dosłownie oznacza osobę żyjącą z datków). Organizacja instytucjonalnego kościoła była zaś wiernym odbiciem organizacji pierwszych wspólnot chrześcijańskich - 12 apostołów, 72 biskupów, 360 prezbiterów itd.

    Najsłynniejszy (ex)manichejczyk Zachodu- Augustyn z Hippony

    Mani nie ograniczał się tylko do składania istniejących puzzli. Twórczo adaptował pojęcia i symbole znane potencjalnym konwertytom, aby przekazywać im swoje idee. Jego następcy poszli tym tropem i starali się być “wszystkim dla wszystkich”, jak to mawiał Święty Paweł. Przynosiło to pożądane skutki. Manichejscy wędrowni mnisi-misjonarze z powodzeniem szerzyli nauki swojego mistrza w Persji, Azji Środkowej, Mezopotamii i Cesarstwie Rzymskim. W pewnym momencie wspólnoty manichejskie żyły na terenach od Brytanii aż po Chiny. Akulturacja, adaptacja i operowanie na pojęciach znanych słuchaczom (z subtelnym liftingiem i ezoteryczną interpretacją) były manichejską specjalnością. Przynosiło to jednak także mniej pożądane skutki, a doświadczył ich sam Mani.

    Nawrócenie dwóch książąt z rządzącej dynastii Sasanidów nie uszło uwadze tamtejszego kleru zoroastryjskiego. Stojący na jego czele Kartir może i przebolałby istnienie nowej religii, ale bardzo nie podobał mu się fakt prezentowania nauk Maniego jako “prawdziwej” wersji zoroastryzmu. Oznaczało to bowiem, że wersja jego magów prawdziwa nie jest. Dodatkowo, wydaje się, że Mani zabiegał o względy szacha Bahrama i przy jego pomocy chciał szerzyć swoją wiarę. Kartir miał jednak dokładnie taki sam pomysł i okazał się przy tym skuteczniejszy od rywala. Mani został aresztowany i po kilku miesiącach więzienia i tortur zmarł. Podobny los stał się udziałem manichejskich wspólnot na terenach Cesarstwa Rzymskiego. Jego władze były od początku podejrzliwe w stosunku do nowego superstitio, widząc w nim obcą religię. Ogłoszenie chrześcijaństwa religią państwową w IV wieku nie polepszyło tej sytuacji. Zwłaszcza, że niedawno ukształtowana ortodoksja również nie cieszyła się, gdy manichejscy mnisi odmieniali słowo Jezus na sto różnych sposobów.

    Jezus naucza Adama i Ewę. Oczywiście naucza ich manicheizmu, jak na jednego z najważniejszych poprzedników Maniego przystało.

    I tak na przykład, w 291 roku Bahram II skazał na śmierć Sisina, jednego z dwunastu apostołów wraz z jego uczniami. W 296 roku Dioklecjan kazał spalić manichejskich mnichów razem i z ich pismami, a Teodozjusz w 382 roku wydał dekret wprowadzający karę śmierci za sam fakt bycia manichejskim duchownym. Nie zniszczyło to od razu wspólnot manichejskich w Persji i na Zachodzie, ale dość skutecznie ograniczyło możliwości misjonarskie. O ich żywotności świadczy choćby fakt, że nauczanie podobne do Maniego było widoczne w grupach takich jak paulicjanie, tondrakici, bogomiłowie czy katarzy (co ciekawe, okrutne stłamszenie tych ostatnich przez katolickie krucjaty jest często przedstawiane przez Świadków Jehowy jako koronny dowód na to, że KRK niszczył “prawdziwe” chrześcijaństwo, przykłady są nawet na Wykopie). Zwolennicy Maniego zaś, znaleźli schronienie w środkowej Azji, na pograniczu Wielkiego Stepu, Iranu, Indii i Chin.

    Manicheizmem zaopiekowali się tutaj Sogdyjczycy. Można powiedzieć, że byli w tej kwestii specjalistami - to oni byli odpowiedzialni za transmisję buddyzmu (doprawionego wpływami mazdaistycznymi i stepowymi) do Chin, gdzie z kolei mocno zazębił się on z wierzeniami ludowymi i taoizmem. Sogdyjczycy byli wziętymi kupcami i pośredniczyli w handlu dalekosiężnym - z racji tego znali wiele języków i mieli szerokie kontakty. Co więcej, umiejętność pisania była wśród nich daleko bardziej powszechna niż wśród wielu innych ludów. Przetłumaczyli oni teksty manichejskie na sogdyjski, chiński oraz języki tureckie. W VI wieku miejscowa wspólnota manichejska była tak silna, że zerwała kontakty z archegosem (taki “papież” rezydujący w Seleucji). Pod koniec zaś VII wieku manichejski mnich Mihr-Ormazd uzyskał pozwolenie na działalność misjonarską w Chinach.

    Manichejscy mnisi z Gaochang (X wiek)

    Oprócz tłumaczenia słów, Sogdyjczycy przełożyli również idee zawarte w nauczaniu Maniego na bardziej zrozumiałe dla miejscowych wiernych, kształtowanych głównie przez buddyzm i taoizm. Manichejska Sutra Dwóch Zasad i Dwóch Ofiar chwyciła tak mocno, że w pewnym momencie została włączona do kanonu pism taoistycznych. Sukcesy odnoszone przez misjonarzy manichejskich były tak duże, że wywołały poważne obawy wśród kleru buddyjskiego - zwłaszcza, że manichejczycy szybko zaczęli przedstawiać Maniego jako Buddę. I to nie jakiegoś tam buddę, ale samego Buddę Światła (Amitabę) oraz Przewodnika Karawan (tytuł zarezerwowany dla Awalokiteśwary). Ponadto posługiwali się rzekomym listem Maniego do jego ucznia, Sogdyjczyka Ammo, w którym zalecał on medytować i “kumulować” cnotę. Sogdyjskie hymny wręcz ociekają terminologią buddyjską - Mani pozwala wiernym uczestniczyć w paranirwanie, Mani wskazuje jak wyjść z samsary, jak dostać się do Niebiańskich Krain oraz jak osiągnąć oświecenie. Dodatkowo manichejskie teksty były często lekko tylko zmodyfikowanymi tekstami buddyjskimi. I tak na przykład w tekście manichejskim czytamy:

    “Wszyscy członkowie Wielkiego Zgromadzenia, słysząc słowa Sutry zaakceptowali je pełni wiary i radości oraz przystąpili do wprowadzania ich w życie”

    W Diamentowej Sutrze z kolei tekst idzie tak:

    “wszyscy mnisi i mniszki, wierni mężczyźni i kobiety… usłyszawszy słowa Buddy uradowali się i przyjmując je z wiarą, zaczęli wprowadzać je w życie”

    Reakcją kleru buddyjskiego na wpływy manichejskie, było robienie czarnego pijaru “heretykom”. W obieg puszczano historie o tym, jak manichejscy konwertyci odradzają się jako gady i płazy, jakie katusze przechodzą oraz jakim to zwyrodniałym praktykom się oddają. Próbowano także zwiększać świadomość wiernych, którzy średnio orientowali się w tym całym doktrynalnym misz-maszu. Dobrze obrazuje to jeden z tekstów z epoki:

    “Mówiąc o przyjęciu Buddy, powinniśmy się zastanowić o jakim Buddzie mówimy; nie Manim, nie nestoriańskim czy zoroastryjskim, ale Buddzie Siakjamunim…”

    To chyba jednak na niewiele się zdało i w VIII wieku cesarze, motywowani naciskami kleru buddyjskiego, wydali edykt zabraniający nawracania Chińczyków na manicheizm:

    “Doktryna Maniego to przewrotne wierzenia, które oszukańczo przedstawia się jako buddyzm i zwodzi w ten sposób masy. Z tego tytułu zasługuje na to żeby być zabroniona. Jednakże, jej praktykowanie nie będzie karane, gdy ograniczy się do ludów, dla których jest to rdzenna wiara - to jest Zachodnich Barbarzyńców i innych przybyszów.”

    Budda jako głosiciel manicheizmu (obraz z Gaochang, X wiek)

    Upadek państwa szachów spowodowany najazdem Arabów sprawił, że manichejscy misjonarze ze Wschodu wrócili “do domu”. Nastąpiła reintrodukcja manicheizmu, która była możliwa głównie dzięki popularności, jaką zaczął się on cieszyć wśród perskich urzędników arabskiego imperium. Jej propagatorzy zaczęli z czasem twierdzić, że to “prawdziwy islam”, co rzecz jasna skończyło się tym, że zostali okrzyknięci zagrożeniem numer jeden, a fala prześladowań, zabójstw i aresztowań ruszyła na nowo. Jej wyznawcy chronili się oczywiście na znanym nam już pograniczu. Sytuacja ta trwała aż do połowy VIII wieku, gdy Ujgurzy pokonali swoich stepowych rywali i stworzyli chanat na wschodniej części Wielkiego Stepu. Ujgurscy władcy nawrócili się na religię Maniego i wymogli na Chińczykach ponowne otwarcie dostępu do “rynku religijnego”. Chronili ich także przed muzułmanami.

    Powiedzieć, że manicheizm spenetrował wówczas Państwo Środka, to nic nie powiedzieć. Dzięki dobrym układom z Ujgurami, kupcy manichejscy cieszyli się specjalnymi przywilejami w handlu na Jedwabnym Szlaku. Manichejskie klasztory stały się magazynami na dobra kupieckie, udzielały także pożyczek i mówiąc krótko - trzymały walutę w obiegu. Kupcy innych wyznań często przechodzili na manicheizm tak, aby rozbudować sieć kontaktów i ułatwić sobie biznes. Wielu z tych konwertytów było rdzennymi Chińczykami. Wraz z ekspansją na etnicznie chińskie ziemie Cesarstwa, manicheizm zaczął także prezentować się jako taoizm. W napisanym w VIII wieku “Kompedium Nauk Maniego” Mani jest przedstawiony jako inkarnacja Lao Tzu. Mimo to wydaje się, że wspólnoty taoistyczne miały dobre stosunki z manichejskimi.

    Ujgurski wybrany (X wiek)

    Manicheizm zaczął docierać już nie tylko na północ i do środkowej części Chin, ale także na wschód. Szczególnie liczne i wpływowe wspólnoty żyły w Nankinie, Yangzhou, Jingzhou i Shaoxing. Cesarze z dynastii Tang nie mieli innego wyboru niż zezwalać na to. Chińska armia nie była w najlepszym stanie i rządzący ród bazował na ujgurskich sprzymierzeńcach, którzy z kolei albo sami byli wyznawcami manicheizmu, albo mieli bardzo bliskie kontakty z manichejskimi kupcami z Sogdiany. Sielanka trwała aż do okolic 840 roku. Ujgurzy przegrali walkę o dominację nad stepem z konfederacją plemienną Kirgizów. Sytuację skrzętnie wykorzystali Chińczycy, którzy w 843 roku nie dość, że rozbili pozostałe wojska Ujgurów, to jeszcze zgotowali im rzeź, w której zginęło 10k osób.

    Zbiegło się to z falą ksenofobii, narastającą od jakiegoś już czasu. Cesarz Wuzong postanowił oczyścić kraj z obcych wpływów. Jego głównymi ofiarami byli wyznawcy buddyzmu (który wówczas nie był już raczej obcy Chinom), ale oberwało się także nestorianom, wyznawcom mazdaizmu i manichejczykom. Siły cesarskie niszczyły literaturę religjną, konfiskowały dobra materialne, dewastowały świątynie i zabijały kler. Manicheizm nie zniknął jednak z religijnego krajobrazu Chin, a zszedł do podziemia. Był już wówczas dobrze zadomowiony wśród etnicznych Chińczyków i to oni przejęli pałeczkę. Część z nich z czasem przeszła na inne religie, ale przeniosła manichejskie wpływy ze sobą. Prawdopodobnie pod silną inspiracją nauk Maniego był buddyzm Białej Chmury i buddyjskie kulty maitrejyczne.

    Budda Światła w jednej z Czystych Krain- w dolnych rogach znajdują się symbole manicheizmu: krzyż i słońce

    Nie był to jednak koniec samego chińskiego manicheizmu. Wielu mnichów zbiegło razem ze swoimi świeckimi zwolennikami do prowincji Fujian. Od X wieku region ten stał się centrum działalności manichejskiej. Brak swobodnych kontaktów z irańskimi współwyznawcami sprawił, że religia Maniego została na dobre przełożona na kulturę chińską. Zlała się na dobre z taoizmem i chińskim buddyzmem w takim stopniu, że z czasem przestała być rozróżnialna. Wydaje się, że ostatnie grupy świadome swojej odrębności istniały do XVII wieku.

    Dobrym przykładem na ich roztopienie się w świecie chińskiej religijności jest świątynia z Cao’an. Wybudowana została ona w okolicach połowy XII wieku i służyła lokalnej wspólnocie do przełomu XVI i XVII wieku. Odwiedzający ją w mniej więcej w tych czasach poeta Huang Fengxiang podawał, że jest opuszczona i zidentyfikował ją jako świątynię buddyjską. Budynki wybudowane przez manichejczyków zostały później faktycznie zaadoptowane przez miejscowych buddystów, którzy byli przekonani, że miejsce to było wcześniej buddyjskim miejscem kultu. Nie dokonywali więc zbyt wielu przeróbek co pozwoliło przetrwać kilku manichejskim artefaktom do naszych czasów.

    Mani jako Budda Światła

    Jednym z nich jest posąg Maniego jako Buddy Światła. Jest on bardzo podobny do buddyjskich posągów, ale posiada kilka wyróżniających go cech. I tak zamiast krótkich, kręconych włosów i braku zarostu posąg ma proste, długie włosy i brodę. Sądzi się, że posąg miał także wąsy i/lub baki, ale zostały one usunięte w XX wieku przez mnichów. Posąg zamiast spoglądać w dół patrzy wprost na wiernych. Mudra (sposób ułożenia rąk) również jest nietypowy - posąg ma bowiem obydwie ręce pod brzuchem z dłońmi zaplecionymi w koszyczek. Zamiast nianfo, przed świątynią znajduje się kamień, na którym napisano: “Czystość, Światło, Moc i Mądrość” - wyliczanka ta była często używana przez chińskich manichejczyków.

    Pojęcia i styl lokalnego manicheizmu okazały się tak “chińskie”, że badacze zidentyfikowali je jako nie-buddyjskie dopiero w 1940 roku. Niektórzy badacze twierdzą nawet, że “podziemny” manicheizm przetrwał w Chinach do czasów współczesnych na podobnej zasadzie co japońscy Kakure-kirishitan. Powszechnie przyjmuje się, że poza Chinami manicheizm przestał istnieć do XIV wieku, a ostatnie chińskie grupy dotrwały do początków wieku XVII. Peter Bryder z Uniwersytetu Lund twierdzi jednak, że zna współczesnych manichejczyków oraz, że część chińskich świątyń na Tajwanie to ichnie miejsca kultu. Oprócz tego istnieją inicjatywy mające na celu wskrzeszenie religii Maniego i część z nich rzekomo nie ogranicza się do postowania w internecie i faktycznie działa “w terenie”.

    Kamień z manichejską isnkrypcją

    Źródła:

    1. Manicheism in China- Encyclopaedia Iranica
    2.Manichaeism and its Spread into China

    3. “A Refuge of Heretics: Nestorians and Manichaeans on the Silk Road” w: Foltz, Richard “Religions of the Silk Road”

    4.Manichaean and (Nestorian) Christian Remains in Zayton (Quanzhou, South China)

    #religia #wiara #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #historia
    pokaż całość

    +: 4alz, M........a +19 innych
    •  

      Pałeczkę w tej metodzie przejął później również Mahomet adaptując na rzecz islamu tradycję judaistyczną i chrześcijańską, punktując w Koranie co miało zostać przekazane poprawnie, a co nie.

      @ja_nie_lubie: owszem, w zasadzie ta technika czy sposób podejścia do tego co było "przed" była/ jest bardzo powszechna i korzystali/ korzystają z niej w zasadzie wszyscy. Uważam jednak, że nikt nie wspiął się na takie wyżyny jak manichejczycy. I już tłumaczę czemu tak uważam.

      Mam wrażenie, ze misjonarze innych religii uciekają/uciekali się częsciej do przedstawiania "tamtych" jako "swoich"- to znaczy Gautama, Konfucjusz, Sokrates, Lao Tzu to ewentualnie prorocy i filozofowie- ale już Mahomet czy Jezus nie zostaną przedstawieni jako Buddowie czy Mędrcy (na podobnej zasadzie jak Dalaj Lama stwierdził, że Jezus to bodhisattwa, ale w drugą stronę nie powie o Gautamie lub Maitreji per "Zbawiciel", "Syn Boży" czy "prorok").

      Muzułmańscy misjonarze NIGDY na dużą skalę nie przedstawiali Mahometa jako buddę, wcielenie Lao Tzu czy bliźniaka Ducha Świętego. Manichejscy- i owszem. Nie mieli oporów żeby "swoich" prezentować jako "tamtych". Mani był przedstawiany jako zbawca, Maitreja, prorok, budda, mędrzec etc. Niby subtelna różnica, ale, moim zdaniem, znacząca.

      Niektórzy uważają, że określenie "Ludy Księgi", w oryginale stosowane w odniesieniu do tych dwóch religii, należy rozszerzyć m.in. na Buddyzm, zgodnie z koncepcją, że boskie objawienie pojawiało się w różnych rejonach i epokach, ale dopiero u Mahometa w pełni.

      @ja_nie_lubie: wiem, że są niszowe i ezoteryczne sekty islamskie (w zasadzie niektóre z nich ciężko nazwać islamskimi), które tak robią- ale w mainstreamowym islamie ludy księgi to chrześcijanie, żydzi i sabejczycy (nie istniejący już, no chyba, że wliczać Mandejczyków). No, czasem robi się wyjątek dla wyznawców zoroastryzmu.

      No chyba, że uznamy bahaitów za muzułmanów- ale jakkolwiek mocno wywodzą się z islamu i tradycji abrachamicznej to jednak są klasyfikowani jako odrębna religia.

      Notabene, z tych względów niektórzy (np. ojciec kościoła Jan z Damaszku) nie uznawali islamu za odrębną religię, tylko za chrześcijańską herezję.

      @ja_nie_lubie: to prawda, jest mnóstwo podobieństw między chrześcijaństwem a islamem, zwłaszcza gdy weźniemy wschodnie chrześcijaństwo i zestawimy je bliskowschodnim islamem. Ogólnie ludowy, mistyczny, suficki islam jest naładowany elementami wcześniejszych religii- na Bliskim Wschodzie sufi czerpali garściami z ortodoksyjnego chrześcijaństwa (np. przebóstwienie czy obecny u Alawitów trójjedyny Bóg), neoplatonizmu, gnozy (Doskonały Człowiek u Alewitów) czy pogaństwa (choćby dżiny). Na nieco dalszym Wschodzie powszechna jest wiara w reinkarnacje, boskie inkarnacje etc.

      To jednak nie są poglądy maintreamu i na dążacych do zjednoczenia z Bogiem, żyjących w cenobitycznych wspólnotach, oddających się ciągłej modlitwie (czy to czegoś nie przypomina?) sufich patrzy się podejrzliwie :).

      PS. Sorry za błędy, piszę na szybko.
      pokaż całość

    •  

      @luvencedus: Zauważyłem że push to kindle wreszcie poprawnie ściąga tekst w wykopu.

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 33 w którym czekamy na nadejście Buddy
    @niedoszly_andrzej doznał oświecenia i zaserwował nam kolejny odcinek, 100% jakości #daszwiare

    Każdemu kto przeczytał tytuł rodzi się zapewne pytanie w stylu “Zaraz, zaraz. Jak to czekamy? Przecież Budda odwiedził już ten padół łez?! Na co mamy czekać?”. Partially true, jakby to powiedzieli Anglosasi. Tak się jednak składa, że większość buddyjskich tradycji/szkół/nurtów wyznaje pogląd, że Siddhartha Gautama nie był ani pierwszym, ani ostatnim buddą. Przekonanie to, jak i temat dzisiejszego odcinka, jest związane z wierzeniami, które mówią o istnieniu tak zwanych kalp. Termin ten zaś jest często gęsto używany w buddyjskiej i hinduistycznej kosmologii, a korzeniami sięga (prawdopodobnie) wedyjskich tradycji. W dużym skrócie - oznacza baaaaardzo duży odcinek czasu (interpretacje się różnią).

    Zasadniczo używa się go jako miary czasu między kolejnymi stworzeniami wszechświata. Każda kalpa ma jakoby mieć tysiąc buddów. Wierzenie to zostało, między innymi, oparte na słowach przypisywanych Gautamie w tekstach zebranych w Kanonie Pali. Budda na krótko przed swoją śmiercią miał jakoby powiedzieć swoim zwolennikom, że nie jest on pierwszym, który osiągnął stan oświecenia, że przed nim było wielu buddów i po nim także przyjdą kolejni. Miał także zapowiedzieć, że kolejnym buddą będzie Maitreja. I właśnie Maitreją się dzisiaj zajmiemy, bo teorie religijne z nim związane są bujnie rozwinięte i bardzo ciekawe. Tym ciekawsze, że fragment zapowiadający jego nadejście jest, w opinii wielu badaczy, apokryficzny, ale nie przeszkodziło mu to zrobić zawrotnej kariery (także poza wierzeniami buddyjskimi).

    Wyobrażenie Maitrejji pochodzące z II wieku

    Ale od początku. Przekonanie, że każda kalpa ma tysiąc swoich buddów zazębia się z wiarą w tak zwanych Siedmiu Starożytnych Buddów, będących łącznikiem między przeszłą kalpą - Vyuhakalpą (Chwalebna Kalpa), a obecną - Bhadrakalpą (Pomyślna Kalpa). Budda Vessabhu miał być ostatnim przebudzonym Chwalebnej Kalpy, a nasz znajomy, Gautama, czwartym buddą kalpy aktualnie trwającej. Maitreja z kolei, ma być następnym, piątym buddą naszej ery. Czas pomiędzy życiem kolejnych buddów, to okres przechodni, w trakcie którego, najogólniej rzecz ujmując, morale spada a nauki prowadzące do oświecenia degenerują się.

    Zdaniem tradycji wywodzących się z mahajany, Maitreja przebywa obecnie w Tuszicie, jednej z wielu niebiańskich krain. Jest to o tyle ważne, że kraina ta jest osiągalna dzięki medytacji. Jest on więc dostępny dla buddystów znajdujących się daleko na ścieżce prowadzącej do oświecenia. Według podań o jogaczarze, Maitreja miał duży wpływ na kształtowanie się tej szkoły. Pogląd o obecności buddów w innych krainach wszechświata nie jest ograniczony do Maitreji. Według części interpretacji, Gautama i wszyscy jego poprzednicy również przebywali w Tuszicie (lub innej niebiańskiej krainie) zanim narodzili się jako ludzie (co nie znaczy, że nie byli nimi nigdy wcześniej) i osiągnęli pełne oświecenie.

    Maitreja czilujący w Tuszicie, manuskrypt z Nalandy

    Z racji poglądu mówiącego, że czas pomiędzy ziemskim życiem kolejnych buddów to okres postępującego zepsucia, przyjście Maitreji jest często interpretowane w niemal mesjański sposób. Z tego powodu niektórzy twierdzą, że inspiracją dla wykreowania takiej postaci był zoroastryjski mesjasz, Saoszjant, a sama idea czerpie garściami z wierzeń Ariów. Inni jednak odrzucają tę hipotezę, gdyż idee mesjańskie nie są ograniczone do zoroastryzmu i jeśli już szukać rodowodu Maitreji w wierzeniach aryjskich, to bardziej zasadne byłoby oparcie się na postaci hinduskiego Kalkina, dziesiątego i ostatniego wcielenia boga Wisznu. Kalkin jest często interpretowany jako postać równoległa do irańskiego Mitry.

    Tak czy inaczej rolą Maitreji będzie odnowienie zamierających nauk Gautamy (a co za tym idzie, poprzednich buddów) i oczyszczenie ich z późniejszych im, psujących je wpływów. Nie dziwota zatem, że wielu buddystów wyczekuje jego nadejścia. Motyw Maitreji jak i jego postać są bardzo popularne w sztuce buddyjskiej. Tradycje mówią, że gdy już pojawi się na Ziemi, osiągnięcie pełnego oświecenia zajmie mu tylko 7 dni (najkrótszy możliwy okres) a spełni się to dzięki cnotliwemu życiu w przeszłych wcieleniach. To podanie jest z kolei związane z wiarą (występującą raczej w mahajanie), że buddowie muszą przebyć drogę przez wiele wcieleń, zanim uda im się dojść do celu. W myśl tych poglądów, Gautama również przebył drogę przez wiele wcieleń, zanim dotarł do tego, w którym udało mu się osiągnąć stan buddy. O drodze tej opowiada na przykład zbiór podań znany jako Dżataka.

    Ilustracja pochodząca z Dżataki

    Wokół tego, co będzie robił Maitreja i jak będzie wyglądała jego ziemska działalność wyrosło wiele legend i wierzeń. Zgadzają się one zasadniczo co do tego, że sednem jego działalności będzie odnowienie nauczania poprzedników, które nieubłaganie, powoli degeneruje się od czasu śmierci Gautamy. Jego przyjście przypadnie na czasy, w których buddyzm (albo jego czysta, właściwa forma) zostanie zapomniany przez większość ludzi. Niektóre z podań są mocno odjechane i twierdzą na przykład, że poziom oceanów spadnie do takiego poziomu, że nowy budda będzie je mógł przebyć na piechotę. Albo, że Maitreja będzie tak wielki, że szat buddy wystarczą tylko do zakrycia dwóch jego palców, a ludzie wśród których będzie działał będą dożywali wieku 80 tysięcy lat.

    Wiele nurtów buddyzmu traktuje podania o Maitreji dosłownie - w sensie, że w przyszłości narodzi się jeden taki człowiek, który osiągnie stan oświecenia oraz odnowi nauczanie. Istnieją jednak poglądy, które traktują te podanie jako metaforę. Tak jest na przykład z grupami opartymi na nauczaniu Nichirena. Ich zdaniem, w każdym człowieku tkwi naturalny potencjał do osiągnięcia stanu pełnego oświecenia i przy próbie zrozumienia słów traktujących o Maitreji należy wziąć to pod uwagę. “Maitrejów” będzie zatem co niemiara - a będą nimi wszyscy osobnicy, którzy podążając za nauczaniem buddów osiągną pełne oświecenie i dzięki temu staną się uosobieniem współczucia, gdyż Maitreja, zdaniem ludzi podążających za Nichirenem, oznacza “Współczujący/Pełen Współczucia”. Warto jednak nadmienić, że zdaniem badaczy, Maitreja wywodzi się od maitrī z sanskrytu, co jest tłumaczone jako “bezwarunkowa miłość/ życzliwość”.

    Irański łącznik?

    Jeszcze inni twierdzą, że Maitreja już przyszedł. Ba! Historia zna takich, którzy sami twierdzili, że są wcielonym Maitreją. Pretendentów było wielu i zazwyczaj byli to osobnicy szukający nadprzyrodzonego mandatu dla swoich celów. I tak na przykład chińska cesarzowa Wu Zetian (jedyna kobieta rządząca Chinami w swoim imieniu) ogłosiła w VII wieku, że jest wcieleniem Maitreji, a swoją stolicę, Luoyang, ogłosiła Świętym Miastem. Czasem “maitrejowanie” miało bardzo krwawy przebieg - tak było w przypadku koreańczyka Gung Ye, który założył królestwo Taebong. Ogłosił się on buddą i zaczął domagać się od swoich poddanych boskiego kultu. Prawdopodobnie cierpiał z powodu paranoi dlatego też wszędzie węszył spiski. W końcu zaczął zabijać ludzi ze swojego otoczenia, co ostatecznie doprowadziło do tego, że został obalony i zamordowany przez swoich dowódców. W Chinach doszło także do kilku rebelii, których liderzy ogłaszali się inkarnacją następnego buddy.

    Pretendentów znajdujemy jednak nie tylko w zamierzchłych czasach. Ron Hubbard, założyciel Kościoła Scjentologicznego, podawał się za Maitreję, opierając się na nie podanych nigdzie źródłach sanskryckich, uważając, że pasuje do opisów wyglądu nowego buddy. Obecnie żyjący Ram Bahadur Bomjon, nepalski nauczyciel duchowy i asceta, twierdzi, że jest inkarnacją Maitreji. Jego zwolennicy (wywodzący się także z krajów europejskich i anglosaskich) uważają ponadto, że jest on także wcieleniem Gautamy. Jest to jednak wysoce kontrowersyjna postać, bo na jego zwolenników jak i na niego samego padają podejrzenia o stosowanie przemocy, porwania, wymuszenia i tym podobne. Nepalska Rada Buddyjska wydała komunikat, w którym stwierdziła, że nie jest on buddą.

    Niedoszły (?) budda Jiddu Krishnamurti

    Jako się rzekło, idee związane z nadejściem Maitreji odbiły się echem także poza buddyzmem. Fascynacji przyszłym buddą ulegli teozofiści i zaadoptowali to pojęcie, łącząc je z figurami mesjańskimi z innych religii. Na początku XX wieku wielu teozofistów uznało, że wcieleniem Maitreji, mesjaszem i długo wyczekiwanym “Nauczycielem Świata” jest pochodzący z południa Indii Jiddu Krishnamurti. Długo oczekiwana manifestacja buddy w Jiddu nie ziściła się jednak, a on sam, choć został “duchowym nauczycielem”, z biegiem czasu odrzucił to przekonanie. Inna teozoficzna interpretacja, wyrażona przez Rudolfa Steinera, głosi, że Maitreja objawi się za trzy tysiące lat i będzie ostatecznym wcieleniem Jezusa Pantery (który nie jest tożsamy z Jezusem z Nazaretu, ale podobnie jak buddowie współpracuje z nim w oświecaniu ludzkości). No cóż, pozostaje nam tylko czekać.

    #religia #wiara #ateizm #ciekawostki #historia #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu

    Wielki Buddha (Maitreja) z Leshan
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Dasz wiarę? Odc. 32 w którym poznajemy starożytnego Dawkinsa
    @niedoszly_andrzej zbiera dobrą karmę i dostarcza nam nowy wpis, oczywiście 100% jakości #daszwiare

    Przy okazji różnych dyskusji o religiach, wierze, niewierze, bogach, bóstwach i co tam jeszcze, często pojawia się pogląd, według którego ateizm, materializm czy racjonalizm są nowinką, postępem, kolejnym krokiem na drodze rozwoju ludzkości. No po prostu nową jakością. Narracja idzie mniej więcej tak: głupi (w wersji bardziej przychylnej - mniej wiedzący) starożytni nie wiedzieli tego, co wiemy my i musieli wymyślać sobie bogów, Boga, diabły, anioły, dewy, skrzaty, elfy i sto innych kategorii nadprzyrodzonych istot. Na szczęście rozwój nauk pozwala nam na stopniowe wycinanie tych zabobonów, a ateizm jest dziejową koniecznością - tak jak pan profesor Dawkins powiedział.

    Abstrahując od całej dyskusji teizm-ateizm (oraz wszystkiego co między nimi) i prawdziwości stanowisk zajmowanych przez polemistów, chciałbym wam dzisiaj przedstawić Dawkinsów żyjących na subkontynecie indyjskim w VII wieku przed Chrystusem. Poglądy części z nich znalazły ujście w hinduistycznej tradycji znanej jako Ćarwaka lub Lokajata. Na wstępie musimy zaznaczyć, że wiele informacji o tym nurcie przepadło lub jest niejasnych gdyż nie dotrwał on do naszych czasów. Nie jesteśmy nawet pewni skąd taka nazwa - niektórzy twierdzą, że to „przyjemna mowa” lub „słodka mowa” (w sensie: zwodnicza). Inni twierdzą, że pochodzi od czasownika „jeść” gdyż zwolennicy tej szkoły mieli jakoby namawiać do hedonizmu i używania sobie.

    Uśmiechnięty Ryszard D.

    Źródeł ateistycznej filozofii ćarwaki można doszukiwać się już w Rygwedzie - mianowicie w części hymnów, które spisano najpóźniej. Wiemy już, że prace pisane przez ludzi identyfikujących się z tym nurtem nie przetrwały w całości do naszych czasów, ale nie znaczy to, że w ogóle nie mamy skąd czerpać informacji. Ze wzmianek znamy tytuły (jak na przykład „Sutry Lokajaty”) i te poglądy, które wymienili autorzy dzieł polemicznych. Na nasze szczęście pomysły zwolenników ćarwaki były szeroko dyskutowane - natykamy się na nie na przykład w Arthaśastrze, pismach buddyjskich, dżinijskich, a nawet w eposach takich jak Ramajana czy Mahabharata. Jak jednak dobrze wie każdy internetowy dyskutant: często jest tak, że polemiści niekoniecznie wiernie prezentują punkt widzenia przeciwnika w debacie.

    Niektórzy uważają, że ćarwaka rozwinęła się w opozycji do astiki, przez co bywa klasyfikowana jako nastika. Wbrew temu co twierdzi polska wikipedia astika i nastika to nie antyteza teizm-ateizm. Nie mamy tutaj miejsca żeby mocno wchodzić w temat, ale zestawienie to jest (albo raczej bywa) używane do klasyfikowania nurtów hinduistycznej filozofii. Astika jest (bywa) definiowana trojako: jako filozofie, które uznają autorytet Wed i/lub istnienie atmana i/lub istnienie Iśwary. Nastika zaś, to w dużym uproszczeniu, te filozofie, które wyrażają inne poglądy. Niektórzy badacze twierdzą, że ćarwaka wpłynęła na kształtowanie się myśli buddyjskiej, dżinistycznej i adźiwickiej (nawet nie wiem czy to ostatnie słowo istnieje).

    Zdaniem Ćarwaki ci Panowie nie istnieją

    Nie jest to jednak do końca jasne. Tak czy inaczej ćarwaka była tylko jedną ze szkół materializmu i ateizmu w starożytnych Indiach. Zdaniem badaczy, jedyną, która poskładała klocki w całość i zrobiła ze swoich poglądów koherentną filozofię. Za pierwszego historycznego przedstawiciela nurtu uważany jest współczesny Buddzie Adźita Keśakambali. Istnieją jednak teorie, że szkołę zapoczątkował filozof Ćarwaka - zwolennicy tej teorii wywodzą od niego nazwę. Ćarwaka uważana jest za jeden z przejawów śramany - tradycji równoległej do wierzeń wedyjskich, ale odrębnej. Jej zwolennicy znani byli przede wszystkim z ascetyzmu i sceptycyzmu co do popularnych przekonań.

    Na podstawie wzmianek o ćarwace uważa się, że nurt ten opierał się na przekonaniu, że obserwacja jest głównym i najwłaściwszym sposobem zdobywania wiedzy. Wnioskowanie i interpretowanie niesie ze sobą tyle błędów poznawczych, że należy być bardzo ostrożnym. W skrócie - empiria rlz, ostrożnie z racjonalizmem. Według ćarwaki istnieją dwa typy obserwacji: zewnętrzna i wewnętrzna. Zewnętrzna jest efektem interakcji między światem a zmysłami. Wewnętrzna to umysł. Wiedza zdobywana przez obserwację zewnętrzną jest pewniejsza, natomiast wiarygodności tej drugiej jest wątpliwa. Nawet jeśli nasze wnioskowanie prowadzi do przewidywanego rezultatu to mógłby być to tylko przypadek. Ponadto nie da się w pełni poznać wszystkich okoliczności wpływających na dane zjawisko.

    Postulowany przez ćarwakę sceptycyzm odbił się szerokim echem w ortodoksyjnych i nieortodoksyjnych szkołach myśli hinduskiej oraz tradycji buddyjskiej i dżinistycznej. Podejście ćarwaki było znacznie prostsze - skoro jedynym źródłem pewnej wiedzy jest obserwacja świata zewnętrznego, a cała reszta to tylko interpretacje, liczba możliwych założeń ulega znaczącemu zmniejszeniu. Dla porównania - myśliciele będący zwolennikami szkoły znanej jako Adwajtawedanta wymieniali aż sześć ścieżek prowadzących do poznania: obserwacja, wnioskowanie, porównanie, autorytet, założenie i „negatywna obserwacja” (umożliwiająca postrzeganie rzeczy nieistniejących... sam nie wiem jak to rozumieć).

    W wyniku postawienia na obserwację ćarwakowie (nie czepiajcie się neologizmu, ile można pisać „zwolennicy”) odrzucali takie koncepty jak reinkarnacja, istnienie duszy w oderwaniu od ciała, rytuały religijne, istnienie innych światów (np. zaświatów), przeznaczenie i karmę. Ich zdaniem wszystkie cechy człowieka i jego sposób bycia wynikały z ciała a nie nadprzyrodzonych mocy. Nie podobały im się także próby wyjaśniania zjawisk poprzez odwołanie do sił nadprzyrodzonych - ich zdaniem taki a nie inny ich przebieg czy cechy, wynikały z natury. I tak na przykład ogień był gorący nie dlatego, że np. płonął w nim gniew jakiegoś boga, tylko, ot tak, po prostu.

    Wzmianki o ćarwace pojawiają się między innymi w buddyjskich pismach

    W przeciwieństwie do przedstawicieli wielu innych nurtów śramany (a raczej większości) ćarwakowie nie widzieli sensu w ascezie i odmawianiu sobie czegokolwiek. Odrzucali podejście nie tylko weddyjskich wierzeń, ale także dżinijskie i buddyjskie. Nie widzieli cierpienia jako efektu zatopienia się w zmysłowych przyjemnościach. Cierpienie i przyjemność były w ich interpretacji nieodrodną i niezbywalną częścią życia, a cały cymes polegał na tym żeby tego pierwszego było jak najmniej, a tego drugiego jak najwięcej. Koncept karmy i reinkarnacji były ich zdaniem taką samą baśnią jak bogowie czy cuda.

    Ich podejście można opisać… albo dobra, podobno poezja wyraża więcej niż milion słów, tak więc może oddajmy jej głos:

    „Niebiańskie przyjemności zawierają się w jedzeniu pyszności, towarzystwie młodych kobiet, noszeniu dobrych ubrań, perfumach, girlandach [...] podczas gdy moksza to śmierć czyli koniec życia-oddechu [...] dlatego też, kto mądry nie powinien cierpieć dla mokszy.”.

    Ta wiedza, którą zaprezentowaliśmy w powyższych akapitach jest raczej wysoce prawdopodobna. Na temat poglądów ćarwaków napisano jednak zdecydowanie więcej, ale niestety znacząca część tej pisaniny wygląda jak standardowe zarzuty pod adresem ideologicznych przeciwników - brak moralności, czynienie zła dla przyjemności, występki przeciwko innym ludziom, nielogiczność itd. etc. Brakuje w zasadzie tylko robienia macy z krwi chrześcijańskich dzieci. W sumie nie powinno to być dziwne bo przeciwników mieli wielu - lista obejmuje, ale nie kończy się na buddystach, dżinistach, adwajtawedantach i njajach.

    Niektórzy z ich oponentów pisali o ich poglądach wprost jako o „zarazie”, którą „ciężko jest wyrugować”. Cóż, w przypadku ćarwaki te starania zakończyły się chyba sukcesem, ale współczesne, sięgające korzeniami zachodniej filozofii ateizm, racjonalizm i materializm mają się póki co dobrze i będą raczej cięższym orzechem do zgryzienia dla zastępów guru i mnichów.

    Indyjscy filozofowie potrafili być ateistami zanim to było modne

    PS od autora: Wielkie dzięki dla @robson7 za odćarwaczenie tekstu i dla @luvencedus za udostępnienie tagu. Nie udzielam się już na wykopie (ani czynnie ani biernie), ale tekst zawsze warto wrzucić i co jakiś czas będę to robił.

    #religia #wiara #ateizm #ciekawostki #historia #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu

    Fragment sklepienia z dżinijskiej świątyni w Ranakpurze
    pokaż całość

    źródło: previews.123rf.com

    +: D.......t, Croce +41 innych
  •  

    Polecam Drzewo religii, dużo lepiej opracowane niż niektóre (dez)infografiki krążące po internecie, chociaż dalej niedoskonałe.

    #religia #wiara #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #daszwiare pokaż całość

  •  

    Ostatnio przez tagi #wiara i #religia przetaczały się jałowe dyskusje katolików i ateistów, w związku z tym ruszamy z nową nieregularną serią podnoszącą poziom tych tagów - #mirkomodlitwy

    Seria będzie konkurencją (a raczej uzupełnieniem) tagów #mikromodlitwa #mirkomodlitwa , w której poznamy modlitwy z różnych tradycji religijnych. Oczywiście analogicznie do wspomnianych serii, jeśli znajdą się chętni i intencje, to będziemy się tymi modlitwami modlić za Mireczków ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Na pierwszy ogień idzie modlitwa szabatowa – Lecha Dodi. Już jutro wieczorem o zachodzie słońca zacznie się Szabat – radosny dzień dla wyznawców judaizmu. W pobożności żydowskiej Szabat jest przedstawiany jako Oblubienica i/lub Królowa, dlatego świętowanie Szabatu jest radosne niczym wesela albo uczta królewska.

    Lecha Dodi jest jedną z pieśni śpiewaną na rozpoczęcie Szabatu. Tu tradycyjna melodia. Tu kabalat szabat z wrocławskiej synagogi, Lecha Dodi od 11:46. Śpiewanie jest wesołe, a po zakończonej pieśni wszyscy modlący się tańczą. Modlitwa (jak większość modlitw żydowskich) odmawiana jest w stronę wschodnią, ale na ostatni wers „Boi chala boi chala” (wejdź Oblubienico, wejdź Oblubienico!) odwraca się ku zachodowi (skąd przychodzi królowa Szabat) i trzykrotnie się kłania (w lewo, w prawo i na środek). Modlitwa składa się z 9 zwrotek przeplatanych refrenem.

    Podaję fonetyczny tekst hebrajski i tłumaczenie na polski za "Śpiewnik szabatowy Przybywaj Oblubienico". Zapraszam do wpisywania intencji i wykorzystania Lecha Dodi w jutrzejszej modlitwie oraz do śledzenia tagu #mikromodlitwy i #daszwiare
    (Zdjęcie przedstawia XVII wieczną rycinę Boga odpoczywającego w Szabat)
    #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu

    Ref: Lecha Dodi likrat kala / pnei Szabat nekabala
    Pójdź, mój ukochany / naprzeciw Oblubienicy – powitajmy Szabat

    SZAMOR wezachor bedibur echad / Hiszmi-anu El hamejuchad
    Przestrzegaj i pamiętaj – jednym wypowiedzeniem, / ogłosił nam Jedyny Bóg

    Adonaj echad uszmo echad / Leszem uletif-eret welithila
    Haszem jest Jeden i Jego Imię jest „Jeden” / dla rozgłosu, na wspaniałość i na chwałę

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…

    LIKRAT Szabat lechu wenelecha / Ki hi mekor habracha
    Chodźmy naprzeciw Szabatu – [Oblubienicy]! / Gdyż ona jest źródłem błogosławienstwa

    Merosz mikedem nesucha / Sof maase / bemachaszawa tchila
    Od początku, od pradawnych czasów został / ustanowiony – zwieńczenie dzieła stworzenia /choć pierwszy w zamyśle

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…

    MIKDASZ melech ir melucha / Kumi ce-i mitoch hahafecha
    Świątynia Króla, miasto królewskie / powstań, wyjdź spośród ruin!

    Raw lach szewet beemek habacha / Wehu jachamol alajich chemla
    Dość już siedzenia w dolinie płączu! / Bo On okaże ci zmiłowanie

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…

    HITNAARI meafar kumi / Liwszi bigdei / Tif-artech ami
    Otrząśnij się z prochu, wstań / założ szaty / twojej wspaniałości, Mój ludzie

    Al jad ben Jiszaj / Beit halachmi / Korwa el nafszi gealah
    Poprzez potomka Isaja / z Betlejem / przybliż się do mojej duszy, wybaw ją!

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…

    HIT-ORERI hit-oreri / Ki wa orech kumi ori
    Zbudź się, zbudź się! / Bo przybywa twoja światłość – powstań, rozbłyśnij!

    Uri uri szir daberi / Kewod Adonaj alajich nigla
    Obudź się, obudź, wysłów pieśń! / Chwała Boga objawia się nad tobą
    Ref

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…

    LO TEWOSZI welo tikalmi / Ma tisztochachi uma tehemi
    Nie zaznasz zawstydzenia się ani poniżenia / Czemu się chylisz i czemu biadasz?

    Bach jechasu anijei ami / Weniweta ir al tilah
    W tobie znajdą schronienie ubodzy Mojego ludu / i zostanie odbudowane miasto na twoim wzgórzu

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…

    WEHAJU limszisa szosajich / Werachaku kol mewaleajich
    Oby twoi prześladowcy zostali uciemiężeni / aby ci którzy cię pożerają zostali przepędzeni

    Jasis alajich Elohajich / Kimsos chatan al kala
    Twój Bóg uraduje się tobą / jak raduje się narzeczony swoją narzeczoną

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…

    JAMIN usmol tifroci / Weet Adonai taarici
    W lewo I w prawo rozprzestrzenisz się / I będziesz wychwalać potęgę Boga

    Al jad isz ben Parci / Wenismecha wenagila
    Poprzez człowieka, który będzie potomkiem Pereca / będziemy się radować i cieszyć

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…

    BOI weszalom ateret ba-lah / Gam besimcha uwecochola
    Wejdź w pokoju, korono męża / a nawet z radością i wesołością

    Toch emunei am segula / Boi chala boi chala (tu się kłaniamy)
    Pośród wiernych ludu zaskarbionego / wejdź Oblubienico, wejdź Oblubienico!

    Ref: Lecha dodi…
    Pójdź, mój ukochany…
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Religijne ABC

    F jak Filioque:
    • W chrześcijaństwie termin, będący przedmiotem największego sporu teologicznego między kościołami wschodnimi i zachodnimi;
    • Termin z łaciny znaczy „i Syna” i odnosi się do pochodzenia Ducha Świętego
    • Wyznanie wiary ułożone na soborze w Nicei w 325r. i w Konstantynopolu w 381r. zawiera zdanie „Wierzę w Ducha Świętego, który od Ojca pochodzi…”;
    • Wstawkę „i Syna” wprowadzano stopniowo w różnych okolicznościach od V wieku, ale kolejni papieże jej nie uznawali;
    • Podczas koronacji cesarza Henryka w 1015r. odśpiewano Credo z dodatkiem Filioque – papież Leon III został w ten sposób zmuszony do wprowadzenia zmiany w wyznaniu wiary, używanym przez łacinników;
    • Grecy nie przyjęli zmienionego wyznania wiary, uważając je za herezję, co było jedną z przyczyn wielkiej schizmy w 1054r.;
    • Obecnie teologowie wielu kościołów podkreślają, że mimo różnicy w credo, wiara w pochodzenie Duch Świętego jest taka sama;
    • Katolickie kościoły wschodnie używają czasem credo bez filioque. Podobnie dzieje się na nabożeństwach ekumenicznych.

    Zapraszam do śledzenia tagu #religijneabc oraz #daszwiare
    A już jutro ruszamy z nowym nieregularnym cyklem podnoszącym poziom tagów #religia i #wiara - stay tuned!
    #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostkihistoryczne

    Fresk przedstawiający pierwszy sobór w Konstantynopolu
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

    •  

      @niedoszly_andrzej: @luvencedus:

      Obecnie teologowie wielu kościołów podkreślają, że mimo różnicy w credo, wiara w pochodzenie Duch Świętego jest taka sama;

      Filioque jest taką samą herezją jak arianizm. II Sobór Powszechny mówi, że jeśli ktoś, wierzy poprawnie w dwie hipostazy Boga, a źle w jedną, jest heretykiem. Tenże Sobów zakazał pod groźbą anathemy zmieniać cokolwiek w Symbolu Wiary. Dlaczego? Dlatego, że Cerkiew Prawosławna jest apostolska i wyznaje wiarę Apostołów, którym Chrystus objawił pełnię prawdy. Papizm zaś uważa, że prawda jest wciąż odkrywana, dlatego wciąż wymyśla nowe wierzenia i ewoluuje. Filioque zostało stanowczo odrzucone przez papieża Leona III. Wyrył on w bazylice Św. Piotra srebrne tablice z prawosławnym symbolem wiary, aby nikt nie przyjmował pod naciskiem franków nowej herezji. Legaci papieża Jana VIII podpisali postanowienia Soboru Konstantynopolskiego, któremu przewodniczył Św. Foncjuszu Wielkim i na którym potępiono frankijskie herezje odnośnie ikon oraz Filioque. Schizmę 1054r. faktycznie można by uznać za polityczną, gdyż papiestwo ugięło się pod naciskiem franków i polityka wyparła prawosławną wiarę z zachodu. Św. Grzegorz Palamas na podstawie swojego mistycznego doświadczenia wyjaśnia, że jest zdecydowana różnica pomiędzy twierdzeniem, że Duch pochodzi „od”, a nie „przez” Syna. Dobrym porównaniem byłby kabel, gdyż nie generuje on prądu, a jedynie go przewodzi. Tak i Syn nie jest przyczyną Ducha, lecz pochodzi On przez Syna. Jedyną przyczyną, źródłem Bóstwa jest Ojciec. Zradza On Sya, a Duch pochodzi od Niego. Nauki Św. Palamasa zostały uznane przez kolejny Sobór Prawosławny za ortodoksyjne. Św. Mark Efeski pokonał papistów na wszystkich płaszczyznach w czasie soboru we Florencji. Udowodnił on m.in. , że nie wolno nic zmieniać w symbolu wiary oraz na podstawie nauk wielu Świętych mistyków z różnych okresów przez schizmą 1054 roku, wyjaśnił, że nikt nigdy nie uczył o pochodzeniu Ducha „od” Syna, a jedynie dopuszczano formułę „przez” oraz, że różnica tych twierdzeń jest nie do pogodzenia. Kiedy papież przewodniczący danemu soborywi dowiedział się, że wymusił podpisanie postanowień uni florenckiej na wszystkich, prócz Św. Marka, powiedział- "nic nie osiągneliśmy". Jak pisałem w pewnym wpisie, herezje rodzą się lokalnie w przeciwieństwie do wiary katolickiej, czyli powszechnej, którą Apostołowie rozproszyli po całym świecie. Filioque powstało w Hiszpanii i było nowością, której nie wyznawał nikt wcześniej. Pozdrawiam. pokaż całość

    •  

      Wiem, że to nie jest takie zero-jedynkowe i muszę operować pewnymi skrótami myślowymi, ale do SW1 filioque było największym zarzutem o herezję łacinników, wystarczy poczytać mnichów z św góry Athos.

      @luvencedus: ja nie neguję tego, że dla Wschodnich łacińskie filoque to problem (bo to problem, m.in. z powodów które opisał colega @orthodox.

      Bardziej idzie mi o to, że nie lubię sprowadzanie różnic do tego typu zagadnień doktrynalnych. Nie bierz tego jako zarzutu bo świetnie rozumiem ograniczenia wynikające z formuły takich wpisów jak i tego, że jesteśmy na portalu ze śmiesznymi obrazkami.

      Komentarz dałem tylko po to żeby ewentualny czytelnik nie wpadł w schemat myślowy "bo wy papieża nie uznajecie i macie takie ładne piosenki". A wiem to bo za nim się zainteresowałem tematem i zacząłem w niego wgryzać to sam tak myślałem- że to wszystko to samo, tylko trochę inna kultura i zasady.

      Prawosławie i kościoły orientalne mają po prostu przekichane- ciężko im dotrzeć do człowieka Zachodu ze swoim przesłaniem (nie mówię o prozelityzmie, ale chociaż o wyłożeniu idei) bo posługują się tym samym (albo prawie tym samym) językiem i pojęciami co zachodnie chrześcijaństwo- ale często mają na myśli co innego.

      Obrazowo: jest różnica między polskim a włoskim "kurwa" mimo, że wymowa jest identyczna.

      Już nawet religie Dalekiego Wschodu są w lepszym położeniu (zwłaszcza te non/ trans teistyczne) bo człowiek Zachodu nie przykłada ich odruchowo do znanych sobie schematów. Co ciekawe poznałem trochę osób (niekoniecznie osobiście), które na prawosławie/ orientalne chrześcijaństwo nawróciły się przez zainteresowanie hinduizmem, taoizmem czy buddyzmem.

      "Najgłośniejszymi" przykładami są chyba hieromnisi Seraphim Rose i jego duchowy spadkobierca Damascene (swoją drogą polecam książkę/ wykład "Christ the Eternal Tao" tego ostatniego).
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Religijne ABC

    E jak Ebionici
    • Ebionici byli grupą judeochrześcijan o silnych tendencjach gnostyckich, działającą do V w. n.e.;
    • Nazwa pochodzi od hebr. ebionim – ubodzy i odnosi się do surowego trybu życia tej wspólnoty;
    • Używali własnej Ewangelii Ebionitów, będącej zmodyfikowaną wersją ewangelii synoptycznych;
    • W doktrynie kładli nacisk na przestrzeganie żydowskiego prawa, przez Ojców Kościoła zostali potępieni jako heretycy;
    • Wierzyli, że Jezus był zwykłym człowiekiem, w którego podczas chrztu w Jordanie wcielił się archanioł Michał;
    • Posiadali liczne diaspory w Arabii, od nich najprawdopodobniej Mahomet czerpał informacje o chrześcijaństwie;
    • Dziś liczne elementy nauczania ebionitów można znaleźć w nurcie judaizmu mesjanistycznego.

    Zapraszam do śledzenia tagu #religijneabc oraz #daszwiare
    #wiara #religia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostkihistoryczne

    Fragment rękopisu Ewangelii Ebionitów
    pokaż całość

    źródło: 3.bp.blogspot.com

  •  

    Religijne ABC

    D jak Derwisz:
    • W islamie mistyk prowadzący pobożne życie;
    • Nazwa z perskiego oznacza „biedny”, „żebrak”;
    • Najczęściej członek islamsko-bractwa religijnego, które gromadzi się wokół mistrza i posiada swoich naśladowców;
    • Mistyka derwiszów jest jedną z części składowych sufizmu – mistycznego kierunku w islamie;
    • Derwisz praktykując zikr (medytację), dąży do zjednoczenia z Bogiem;
    • Często mistyków islamskich oskarżano o herezję, gdyż twierdzili, że można zjednoczyć się z Bogiem;
    • W kulturze popularny jest obraz wirujących derwiszów – mistyków medytujących poprzez taniec

    Zapraszam do śledzenia tagu #religijneabc oraz #daszwiare
    #wiara #religia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu

    Wirujący Derwisze wykonujący swój taniec
    pokaż całość

    źródło: d1rcls0x4prdpf.cloudfront.net

    +: A.......k, syluch +22 innych
  •  

    Religijne ABC

    C jak Czeondoizm:
    • Koreański ruch religijny, którego nazwa (Chondogyo) znaczy „Religia Niebiańskiej Drogi”;
    • Powstał w XIXw. wśród chłopów jako sprzeciw przeciwko wpływom państw zewnętrznych, stopniowo rozwijając się w stronę duchowości;
    • Łączy elementy buddyzmu, konfucjanizmu, szamanizmu i chrześcijaństwa;
    • Centralnym elementem religii jest kult Nieba jako najwyższej zasady oraz źródła dobra i sprawiedliwości;
    • Niebo (Bóg) mieszka w każdym człowieku, którego celem powinno być stworzenie raju na ziemi;
    • Czeondoizm był niezwykle popularny w Korei jako religia narodowa, jego znaczenie podupadło po II wojnie światowej;
    • Obecnie czeondoizm wyznaje ok. 1,1 mln (2,3%) Koreańczyków z Południa i ok. 2,8 mln (12%) Północnych Koreańczyków;
    • W Korei Północnej działa Partia Czondoistyczna, jedna z 3 legalnych partii, ale mająca marginalne znaczenie.

    Zapraszam do śledzenia tagu #religijneabc oraz #daszwiare
    #wiara #religia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostkihistoryczne

    Powstanie chłopskie, które zapoczątkowało czeondoizm
    pokaż całość

    źródło: 3.bp.blogspot.com

    +: W..............c, toporow17 +21 innych
  •  

    Dasz wiarę? Odc. 31 w którym jesteśmy bardziej albańscy niż Albańczycy
    @niedoszly_andrzej nie przestaje i stworzył kolejny odcinek, jak zwykle gwarancja 100% jakości #daszwiare

    Albania mimo, że leży w Europie, jest prawdziwą terra incognita dla przeciętnego Polaka. No sami powiedzcie - ile znacie osób, które były w Albanii? Wśród moich znajomych więcej ludzi odwiedziło odległą Tajlandię, niż ten bałkański (k)raj. Dzięki działalności Popka wzrosła świadomość istnienia Albanii, zwłaszcza wśród młodzieży w wieku gimnazjalnym. Pewne informacje na temat Albanii i Albańczyków pojawiły się w mediach głównego nurty przy okazji konfliktu w Kosowie. Te jaskółki wiosny jednak nie czynią- zwłaszcza, że w przypadku wzmiankowanego konfliktu sympatia jest raczej po stronie serbskiej.

    Kosowo jest serbskie z kebabem i Ziemkiewiczem w tle

    Nie samą Albanią będziemy się tutaj jednak zajmować, ale Albańczykami. A i to nie do końca bo interesuje nas tylko pewna grupa Albańczyków. Mianowicie: Arboresze. Potomkowie imigrantów i uciekinierów z Albanii, którzy z różnych powodów dawali nogę z kraju rządzonego przez Osmanów. Migrując przenieśli ze sobą kulturę niedotkniętą tak mocno wpływami muzułmańskimi i tureckimi. Z tego tytułu niektórzy twierdzą, że to Arboresze są „prawdziwymi Albańczykami”, bo, w przeciwieństwie do swoich rodaków, którzy pozostali na miejscu, zachowali kulturę przedosmańskiej Albanii.

    Od mniej więcej XIV wieku zaczął się napór Turków na Bałkany. Ofiarami najazdów, podatków, dewszirme i innych takich, padali nie tylko Grecy, ale także ich albańscy i słowiańscy sąsiedzi. Dość powiedzieć, że wspomniane przed chwilą dewszirme to, tak zwany, „podatek krwi” - w praktyce jego „płacenie” polegało na tym, że Turcy odbierali swoim chrześcijańskim poddanym nieletnich chłopców i wychowywali ich na wzorowych, muzułmańskich żołnierzy-janczarów.

    Prawosławna i katolicka ludność osmańskich Bałkanów nie miała lekko (co jednak automatycznie nie znaczy, że na tle epoki miała jakoś wyjątkowo źle). Wielu decydowało się na porzucenie rodzinnych stron i szukanie schronienia na ziemiach pozostających pod panowaniem chrześcijan. Dotyczy to zwłaszcza żołnierzy, którzy przy okazji konfliktów na linii państwa chrześcijańskie-Osmanowie, walczyli po stronie tych pierwszych. Indywidualne migracje trwały cały czas, ale między XIV a XVIII wiekiem można wyróżnić kilka fal - na przykład tę, która ruszyła po tym, jak zmarł Skanderbeg i albański opór wobec osmańskich najeźdźców znacznie przygasł.

    Pomnik albańskiego Jana Pawła II, Mieszka I, Dmowskiego, Piłsudskiego i Zawiszy Czarnego w jednym- Skanderbega

    Większość Albańczyków (Arboresze to spolszczenie albańskiego Arbëreshë- funkcjonującego w średniowieczu określenia Albańczyków) osiedlała się po drugiej stronie cieśniny Otranto, na południu Italii. Bitni górale byli cennym nabytkiem dla lokalnych władców, wiecznie uwikłanych w zbrojne konflikty. Z tego powodu nikt nie widział problemów w „albanizacji” Neapolu i Sycylii. W XV wieku Alfons V tłumił powstanie w Neapolu albańskimi rękami. Za te usługi najemnicy owi otrzymali 14 wsi w okolicach Catanzaro. Kilka lat później inni albańscy żołnierze pokonali francuską ekspedycję, za co otrzymali 15 wsi w okolicach Tarentu.

    Kolejne stulecia przyniosły nowych migrantów i nowe osady na południu, nadawane żołnierzom za bitewne przewagi. Dzięki temu mieli „swoje” osady, co zmniejszało lokalne wpływy i zwiększało szansę na przetrwanie kultury imigrantów. Większość przybyszy była wyznawcami prawosławia, zatem ich wiara i ryt odróżniała ich od rzymsko-katolickich tubylców. Katoliccy Albańczycy asymilowali się o wiele szybciej. Prawosławni zaś, przyzwyczajeni do swoich obrzędów i kultury, nie bardzo chcieli od nich odchodzić. Jak nietrudno się domyśleć, wśród nich znajdowali się również duchowni, którzy starali się o zachowanie tradycji i wiary przywiezionych z ojczyzny.

    Klasztor Świętego Mikołaja w albańskim Mezopotamie

    Próby konserwacji zwyczajów i kultury nie dotyczyły tylko sfery duchowej. Według danych z 2007 roku prawie 100k mieszkańców południowej Italii posługuje się na co dzień arbaryjskimi dialektami języka albańskiego. Wywodzi się on od dialektu toskijskiego, na którym oparty jest współczesny albański. Co ciekawe, dialekty arbaryjskie, mimo że blisko spokrewnione, niekoniecznie są wzajemnie zrozumiałe. Język ten nie jest tylko lokalną gwarą. Jest również językiem literackim, w którym spisano wiele dzieł. Oprócz języka i zwyczajów, przetrwały także tradycyjne potrawy.

    Żeby jednak nie było za pięknie - mijały kolejne stulecia i lokalna kultura coraz silniej wdzierała się do albańskich domostw. W kwestii religii natomiast, organizacyjna i polityczna dominacja kościoła rzymskokatolickiego były niepodważalne - jawne postawienie się/odrzucenie nakazów oznaczało pewną przegraną. W 1564 roku Pius IV wymógł na Albańczykach podporządkowanie się pod łacińskich duchownych. Bariery wciąż jednak istniały - przybysze i ich potomkowie posługiwali się odrębnym rytem, znanym we Włoszech jako bizantyjski. Wywoływało to kontrowersje, ale generalnie było tolerowane.

    Aby pełniej zintegrować tych „Greków” (bo tak, z racji obrządku, nazywano Arboreszy), papież Grzegorz XIII utworzył w 1577 roku Kolegium Greckie. Jego misją było kształcenie duchowieństwa w duchu teologii łacińskiej - nie tylko dla Albańczyków, ale także innych kościołów unickich. W XVIII wieku pojawiły się kolejne seminaria i instytucje religijne, mające na celu umożliwienie Arboreszom zachowanie ich „dróg”, przy jednoczesnym pozostawaniu pod zwierzchnictwem Rzymu. Albańczycy przejęli także ostatni „bizantyjski” klasztor na południu Włoch, mieszczący się w Grottaferrata (utworzony jeszcze w czasach gdy była to prowincja cesarstwa ze stolicą w Konstantynopolu). Zaowocowało to później powstaniem bazyliańskiego zakonu włoskiego.

    Klasztor w Grotaferrata

    W XVIII wieku pojawiły się także pierwsze przymiarki do wydzielenia struktur kościelnych Arboreszy i innych „Bizantyjczyków” (w większości Greków bądź ich potomków) z kościoła łacińskiego. W 1716 roku otwarto dom Księży Oratorianów w obrządku bizantyjskim. W 1742 roku Benedykt XIV opublikował konstytucję apostolską, która była próbą nadania rytowi bizantyjskiemu oficjalnego statusu i zrównania go z łacińskim (co ostatecznie stało się dopiero w następnym stuleciu). W 1784 roku stworzono ordynariat dla sycylijskich Albańczyków. Data ta jest traktowana jako początek kościoła Italo-albańskiego. Nie jest to jednak do końca prawda.

    W 1909 roku powstał ordynariat dla „Bizantyjczyków”, tym razem z Kalabrii. Dopiero w 1919 roku kościół katolicki ustanowił pierwszą eparchię dla wiernych używających rytu bizantyjskiego. Jej siedzibą jest Lungro w Kalabrii. Biskup nosi tytuł oznaczający dosłownie „biskupa italskich Albańczyków”. To wydarzenie oznacza w praktyce powstanie kościoła sui iuris. Terminem tym określa się kościoły innych rytów niż łaciński, ale wchodzących w skład kościoła rzymskiego i uznającego zwierzchność papieża. I tak narodził się kościół zwany dzisiaj kościołem katolickim obrządku bizantyjsko-włoskiego, kościołem italoalbańskim oraz kościołem italogreckim.

    W 1937 roku postawiono następny krok: wspominany przed chwilą ordynariat sycylijski został podniesiony do rangi eparchii. Siedzibą biskupa jest Piana degli Albanesi. Miesiąc przed tym wydarzeniem bizantyjski klasztor w Grottaferrata uzyskał status opactwa terytorialnego, który wyłączał go spod zwierzchnictwa lokalnej hierarchii. Obydwie eparchie i klasztor podlegają od tamtej pory tylko i wyłącznie pod Rzym. W 1940 roku opactwo i eparchie zebrały się na synodzie. Tematem obrad było zachowanie rytu bizantyjskiego i nawiązanie stosunków z prawosławiem albańskim, które wysłało na synod swoich delegatów.

    Kościół italoalbański istniej do dzisiaj i liczy sobie ponad 60k wiernych. Większość z nich zamieszkuje południe Włoch, gdzie mieści się miażdżąca większość italoalbańskich parafii. Największym wyzwaniem dla kościoła jak i samych Arboreszów okazały się być migracje południowców do USA. Italoalbańscy imigranci często stapiali się tam z resztą Sycylijczyków, Kalabryjczyków itp. zatracając tym samym swą odrębność. Było to w dużej mierze związane z tym, że nie zakładali tam oni własnych parafii i należeli do istniejących już włoskich. I tak jest po dziś dzień - mimo istnienia społeczności italoalbańskich w na przykład USA, należą one do włoskich parafii posługujących się rytem łacińskim.

    [Arboresze(ki) tańczą](https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/6d/Typical_Arbëreshë_female_costumes.jpg)

    PS. Wielkie dzięki dla @robson7 za zrobienie tego co powinienem umieć po tylu latach nauki języka polskiego.

    #wiara #religia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #islam #gruparatowaniapoziomu #historia

    Duchowieństwo italogreckie na początku XX wieku
    pokaż całość

    źródło: angelfire.com

  •  

    Religijne ABC
    B jak Bodhisattwa:
    • W buddyzmie - istota niebiańska lub ludzka zbliżająca się do oświecenia;
    • Nazwa z sanskrytu znaczy dosłownie „przebudzone dobro”, tłumaczy się też ten termin jako istotę (sattwa), która staje się buddą (osiąga bodhi);
    • Bodhisattwa osiągnął oświecenie, ale świadomie nie przechodzi do nirwany, aby pomóc wszystkim czującym istotom. Stąd nazywani są przyjaciółmi na drodze;
    • Wyróżnia się kilku bodhisattwów niebiańskich (transcendentnych) przejmujących na siebie ciężar ludzkich cierpień, takich jak Awalokiteśwara czy Mandziuśri;
    • W buddyzmie mahajany każdy praktykujący może wejść na drogę bodhisattwy aby pomóc sobie i innym czującym istotom;
    • W buddyzmie tybetańskim uważa się wielkich nauczycieli (Dalajlamę, Karmapę) za żywe wcielenia niebiańskich bodhisattwów

    Zapraszam do śledzenia nowego tagu #religijneabc oraz #daszwiare
    #wiara #religia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu

    Statua Awalokiteśwary - popularnego bodhisattwy współczucia
    pokaż całość

    źródło: cdn.buddhisttemple.ca

  •  

    Siema religijne świry, jako że ostatnio mam za mało czasu na pisanie pełnoprawnych odcinków, zaczynamy nowy cykl pod tytułem Religijne ABC, w którym codziennie (chyba) pokrótce będziemy sobie omawiać luźno powiązane zagadnienia z różnych nurtów religijnych.

    Dziś A jak Aron ha-kodesz:

    • Jest to szafa ołtarzowa, znajdująca się w żydowskiej synagodze, służąca do przechowywania zwojów Tory, czyli rodału;
    • Nazwa z hebrajskiego znaczy „święta arka” i nawiązuje do starotestamentowej Arki Przymierza. Nie jest jednak odpowiednikiem tabernakulum, nie klęka się przed nią ani nie oddaje czci;
    • Stała się integralną częścią synagogi dopiero w XIII w;
    • Szafa otwierana jest w największe święta, jednym z największych honorów jest dostąpienie zaszczytu otwarcia aron ha-kodesz;
    • Jest umieszczona zawsze w kierunku Jerozolimy (w Europie na ścianie wschodniej). W tym kierunku odbywa się większość modlitw;
    • Aron ha-kodesz zwykle zasłonięty jest parochetem – ozdobną tkaniną ściąganą w trakcie nabożeństw;
    • Często bogato zdobiona w ornamenty i motywy roślinne i fragmenty z Tory;

    Zapraszam do śledzenia nowego tagu #religijneabc oraz #daszwiare
    #wiara #religia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu

    Na zdjęciu Aron ha-kodesz w węgierskiej synagodze w Szeged
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Polacy wśród wyborców bahaickiego Powszechnego Domu Sprawiedliwości

    Bahaici świętują dziś 9-ty Dzień Ridván, w którym założyciel religii Bahá’u’lláh doznał Objawienia. Kulminacja święta odbywa się w izraelskim Al-Bahja, gdzie mieszkał i zmarł prorok Bahá’u’lláh. Tam też odbywają się dziś wybory do Powszechnego Domu Sprawiedliwości, najwyższej instytucji wiary bahá’í. Głoś ma około 1300 delegatów z całego świata, w tym z Polski. Tradycją jest, że przedstawiciele poszczególnych krajów są obecni w strojach ludowych.
    Bahaizm jest uniwersalną religią monoteistyczną głoszącą, że Bóg wysyłał do ludzi Posłańców (Krysznę, Abrahama, Jezusa, Buddę, Mahometa) z naukami dostosowanymi do czasów i kultur. Ostatnim prorokiem był Bahá’u’lláh z posłannictwem pokoju, miłości i jedności.

    Krótki filmik o wyborach Powszechnego Domu Sprawiedliwości

    Żródło 1
    Źródło 2
    FB wiary bahai w Polsce

    #daszwiare #wiara #religia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #gruzja

    Delegaci z Polski w tradycyjnych strojach góralskich, krakowskich i łowickich.
    pokaż całość

    źródło: bwns.imgix.net

  •  

    Odkrył jeden prosty sposób na posiadanie 35tys. chrześniaków - zobacz jak!

    W niedzielę Świętych Niewiast Mirrę Niosących Jego Świątobliwość Patriarcha Gruzji Eliasz II ochrzcił 1000 dzieci, które stały się jego dziećmi chrzestnymi. Był to 53. masowy chrzest, po którym każde z dzieci otrzymało krzyżyk, certyfikat chrztu i paschalny list patriarszy.
    Patriarcha Eliasz jest postacią darzoną wielkim zaufaniem i miłością w Gruzji. Patriarcha rozpoczął swoją pomoc w poprawie tragicznej sytuacji demograficznej w Gruzji, spowodowaną przez posowiecki odsetek aborcji organizując pierwszy masowy Chrzest w 2008 r. Masowe Chrzty odbywają się cztery razy w roku. Zwierzchnik Cerkwi osobiście udziela sakramentu i staje się ojcem chrzestnym każdego trzeciego i kolejnego dziecka prawosławnych małżeństw. W sumie Patriarcha posiada już ok. 35 tys. dzieci chrzestnych.

    Tłum w katedrze w Tbilisi oczekujący chrztu dzieci

    Żródło

    #daszwiare #wiara #religia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #gruzja
    pokaż całość

    źródło: wiadomosci.cerkiew.pl

  •  

    Dasz wiarę? Odc. 30 w którym rządzimy wielomilionowym imperium i zakładamy kanapową religię
    Kolejny odcinek autorstwa @niedoszly_andrzej , jak zwykle gwarancja 100% jakości #daszwiare

    Historia Indii jest dosyć egzotyczną dziedziną wiedzy. A szkoda, bo można o niej powiedzieć w zasadzie wszystko poza tym, że jest nudna i uboga. Nasze szkolnictwo skupia się jednak głównie na historii cywilizacji zachodniej i jej poprzedniczkach. Wzmianki o Indiach są mocno fragmentaryczne i ciężkie do zrozumienia, bo wyjęte z kontekstu głównego nurtu. Z lekcji kojarzę tylko szczątkowe informacje o cywilizacji doliny Indusu, potem krótkie wspominki o arabskich i tureckich podbojach i kolonializm europejskich mocarstw. Ale od czego mamy internet?

    W XVI wieku subkontynent był zdominowany przez tak zwane Państwo Wielkiego Mogoła, założone przez potomków wielkiego zdobywcy Timura, który kontrolował tereny od Chin po Konstantynopol. Babur, założyciel dynastii Wielkich Mogołów, nie chciał być gorszy niż sławny protoplasta. Dość powiedzieć, że państwo, któremu dał początek, było drugim największym imperium w historii Indii. Poddani Babura i jego następców tworzyli niesamowity tygiel kulturowy, jako że należeli do setek różnych grup etnicznych, religijnych, językowych i jakich tylko jeszcze.

    Terytorium Państwa Wielkiego Mogoła

    Wielkich Mogołów, choć byli bitnymi zdobywcami, ciężko określić mianem prymitywnych prostaków. Akbar - bohater naszego odcinka, trzeci władca imperium, był prawdziwym człowiekiem renesansu. Zdolny generał, który rozszerzył granice państwa na południu. Znakomity administrator, twórca systemu, który umożliwił efektywne zarządzanie tak rozległymi terytoriami. Biegły dyplomata, potrafiący pacyfikować nastroje arystokracji i rozgrywać opozycję.

    Był znany także jako patron kultury, stojący między innymi za stworzeniem biblioteki, zawierającej przeszło 24 tysiące wolumenów zapisanych sanskrytem, urdu, perskim, greką, arabskim a nawet łaciną. Biblioteka była nie tylko zbiorem ksiąg, ale także instytucją kulturalną i naukową, zatrudniająca i jednoczącą skrybów, uczonych, tłumaczy i artystów. Akbar zasłynął również jako edukator odpowiedzialny za stworzenie szkół, w których uczyło się wielu jego poddanych, bez względu na podziały etniczne i religijne.

    Akbar z sokołem (i wąsem)

    No właśnie. Te podziały mogły być palącym problemem państwa rządzonego przez Akbara. Wielcy Mogołowie i miażdżąca większość ich żołnierzy wywodziła się z wyznających islam turecko-mongolskich ludów Azji Środkowej. Z biegiem czasu kręgi rządzące uległy kulturowej iranizacji, ale islam pozostawał ważnym elementem ideologii dynastycznej i spoiwem jednoczącym władców z wojskiem i arystokracją terenów, które stanowiły rdzeń państwa.

    Z drugiej strony miażdżąca większość poddanych Akbara wyznawała hinduizm. Warto tutaj podkreślić, że hinduizm nie jest religią (przynajmniej nie w takim tego słowa rozumieniu, które dominuje w zachodniej części Starego Świata), a całym zbiorem wierzeń i filozofii, nieraz bardzo, bardzo różnych od siebie. Do tego dodajmy jeszcze wspływy mazdaistycznych religii irańskich - przede wszystkim zoroastryzmu, które odcisnęły mocne piętno na terenach Azji Środkowej i zachodnich terytoriach państwa Akbara.

    Kilka przykładów hinduskich bóstw

    Nie trudno wyobrazić sobie, że zawiłości polityki religijnej imperium mogły przyprawić o ból głowy. Jej niepowodzenia łatwo mogły przekształcić się w krwawą wojnę domową lub regionalne bunty. Akbar był zatem bardzo tolerancyjny. Czasem postępował nawet wbrew temu co głosili niektórzy muzułmańscy przywódcy religijni. I tak na przykład w 1579 roku zniósł obowiązek płacenia dżizji - specjalnego podatku nakładanego na innowierców. W tym samym roku zezwolił też jezuitom, którzy do Indii ściągnęli wraz z Portugalczykami, na prowadzenie swobodnej działalności misjonarskiej.

    Niekoniecznie jednak musiało za tym stać tylko wyrachowanie obliczone na ekonomiczne i polityczne korzyści. Według podań o jego życiu, będąc w średnim wieku przeżył mistyczne doświadczenie, które na zawsze zmieniło jego życie. Od zawsze był bardzo ciekawy świata i wspierał uczonych i kulturę, ale od tego momentu zaczął zagłębiać się w religijne dysputy. W 1575 roku zbudował tak zwany Ibadat Chana (dosłownie Dom Modlitwy). Było to miejsce regularnych debat filozofów, teologów, mistyków i nauczycieli religijnych. Akbar partycypował w spotkaniach.

    To wszystko nie działo się w próżni - religie występujące na terenach zjednoczonych przez Mogołów, zaczęły stykać się ze sobą i mieszać. Na ich panowanie przypada rozkwit sufizmu - islamu (a raczej islamów, gdyż sufizm nie jest jednorodny) skupionego na mistyce, który garściami czerpał z lokalnych, niemuzułmańskich tradycji. Dzięki regionalnym akcentom, sufizm był bardzo popularny wśród mas i to właśnie w nim upatruje się źródła popularyzacji islamu w północnych Indiach.

    Pałac Fathepur Sikri, w którym odbywały się imprezy filozoficzne

    Jak przed chwilą wspominaliśmy, Akbar był żywo zainteresowany religiami i sprawami związanymi z duchowością. W toku dyskusji, w których brał czynny udział i nauczania, które poznał, miał jakoby dojść do wniosku, że żadna z religii nie może zawierać całej prawdy. Z tego powodu zdecydował się na stworzenie własnej - zawierającej to co dobre i prawdziwe w pozostałych. Została ona nazwana Din-i Ilahi (dosłownie: Religia Boga), ale w czasach Akbara nazywano ją Tawhid-i-Ilahi (boski monoteizm)

    Religia owa opierała się głownie na elementach islamu i hinduizmu, ale zawierała również zapożyczenia z chrześcijaństwa, dżinizmu, mazdaizmu i sikhizmu. Potępiała uleganie rządzom, rozpustę i przemoc, a promowała pobożność, abstynencję, samokontrolę i łagodność. Nie było w niej autorytatywnych pism, ścisłej hierarchii i kapłanów. Praktyka cnoty (nie tylko cielesnej, choć pochwalano celibat) miała doprowadzić do zjednoczenia ludzkiej duszy z Bogiem.

    Propozycje władcy i wygłaszane przez niego poglądy oburzyły część muzułmańskich przywódców. Najprawdopodobniej to sprawiło, że Akbar zaczął nieprzychylnie się do nich odnosić i stał się niechętny praktykom i poglądom jakie promowali. Doprowadziło to do rebelii, na czele której stanął Dżahangir - syn i następca Akbara. Rozeszła się wprawdzie po kościach, ale wymusiła zmianę nastawienia cesarza.

    Stworzona przez niego religia nigdy nie wyszła poza dwór, a i na nim nie zrobiła jakieś oszałamiającej kariery. Jej „wyznawcami” byli tylko dostojnicy z najbliższego otoczenia władcy i nigdy nie było ich więcej niż 19. Zdaniem wielu historyków nie była to klęska, a świadomy plan Akbara. W ich interpretacji wcale nie chciał on tworzyć religii unifikującej podzielone wyznaniowo imperium - a tak głosił tradycyjny pogląd stworzony przez badaczy starszej daty.

    Akbar i jeden z 19 wiernych- Abu’l-Fazl

    Prawdziwym celem Religii Boga miało być jakoby zaspokojenie duchowych potrzeb i ambicji władcy. Ich zdaniem Akbar chciał po prostu stworzyć kult dla garstki wtajemniczonych. Akbar jakoby widział siebie jako natchnionego proroka, mającego specjalny kontakt z Bogiem, a nie będącego tylko zwykłym, ziemskim wykonawcą jego woli. I taką też rolę chciał odgrywać. Zmarł w 1605 roku, a boski monoteizm zniknął ze źródeł niedługo potem.
    Obrazek wg uznania, ja nie mam pomysłu

    #wiara #religia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #islam #gruparatowaniapoziomu #historia

    Jezuici (w czerni) tłumaczą Akbarowi i reszcie zebranych czemu Rzym jest the best
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Dasz wiarę? Odc. 28 w którym dokładamy cegiełkę do islamizacji Europy
    Odcinek autorstwa @niedoszly_andrzej , gwarancja 100% jakości #daszwiare

    Wszyscy, którzy chociaż raz na jakiś czas przeglądają główną Wykopu (2/10, nie polecam) są świadomi tego, że w Zachodniej Europie z roku na rok przybywa wyznawców islamu. Jest to fakt, któremu raczej nikt nie zaprzecza. Różne są tylko oceny zjawiska - niektórzy cieszą się, że jest więcej różnorodności, inni widzą w tym przejaw upadku Europy, jeszcze inni pocieszają się, że muzułmanie prędzej czy później ulegną sekularyzacji/chrystianizacji (zależnie od ideologicznego skrzywienia). Z tym zjawiskiem wiąże się zazwyczaj migrację, zwiększoną jeszcze przez tak zwany kryzys uchodźczy.

    Oczywiście powiązanie to jest jak najbardziej poprawne - miliony muzułmanów przybywają do krajów Okcydentu od co najmniej pół wieku. Ich liczby są na tyle wysokie, że w krajach takich jak Niemcy, Holandia, Francja czy Wielka Brytania można wskazać całe dzielnice, które już mają muzułmańską większość. Imigranci i ich dzieci to jednak nie jedyny powód, dla którego islam jest na demograficznej fali w Zachodniej Europie. Kolejnym tego powodem są konwersje rdzennych Europejczyków. I o tym właśnie spróbujemy sobie opowiedzieć dzisiaj.

    Meczet East London, mieszczący do 7k wiernych

    Podejdziemy do tematu na tyle kompleksowo, na ile pozwala nam konwencja odcinka. Zaczniemy od Zjednoczonego Królestwa. Według danych z 2011 roku, 3% brytyjskich muzułmanów to biali Brytyjczycy. BBC podaje, że liczba brytyjskich konwertytów na islam przekroczyła już 100k. Według badaczy, większość z nich to białe kobiety. Pokrywa się to z obserwacjami jednego z londyńskich imamów - Adżmala Masroora - według którego słów ¾ brytyjskich konwertytów to kobiety. Na tej podstawie niektórzy twierdzą, że większość konwersji to tak naprawdę konsekwencja wyjścia za mąż za muzułmanina.

    Jest to jednak temat, który ciężko zbadać i statystyka, według której przeciętny konwertyta na islam to 27letnia biała kobieta, nie oznacza zaraz, że każda z nich zrobiła to tylko i wyłącznie ze względu na swojego wybranka. BBC przytacza kilka historii kobiet, które nawróciły się w wyniku duchowych poszukiwań, a małżeństwo z muzułmaninem było konsekwencją konwersji, a nie jej przyczyną. Jedną z najgłośniejszych nawróconych ostatnich lat jest Lauren Booth - szwagierka Tonyego Blaira i dziennikarka.

    Jakie czynniki mogą zatem stać za konwersjami, których liczba podwoiła się w ciągu ostatniej dekady? Zdaniem samych „nowych muzułmanów” zapytanych przez Swansea University, do islamu przyciąga ich głównie wspólnotowość, prostota i rygoryzm moralny. Kulturę brytyjską widzą jako upadłą, rozpasaną, przeżartą permisywizmem i konsumpcjonizmem. Szukają w swoim życiu autentycznej duchowości i więzi, których nie znajdują w swoich rdzennych wspólnotach. Odpowiedzi takich udzielały zarówno kobiety jak i mężczyźni.

    Lauren Booth hejtuje szwagra

    Życie nowych muzułmanów i muzułmanek nie jest jednak usłane różami. Według historii opowiadanych dziennikarzom, w wielu przypadkach dochodzi do konfliktów rodzinnych. Rodzina i krewni często nie rozumieją decyzji o konwersji i traktują ją nieomal jak zdradę. Zła sława islamu, za którym ciągnie się odium terroryzmu i radykalizmu, nie pomaga.

    Zdaniem badaczy obawy te są jednak nieuzasadnione. To znaczy faktycznie część neofitów się radykalizuje, czego przykładem mogą być ludzie tacy jak Nicky Reilly, Richard Reid i Germaine Lindsay. W dodatku istnieje także zjawisko konwersji na islam wśród więźniów - jest ono na tyle znaczące, że niektórzy badacze twierdzą, że motywem stojącym za nawróceniem są dodatkowe przywileje dla muzułmanów w systemie penitencjarnym.

    He dindu nuffin’

    Większość jednak nie widzi sprzeczności między nową religią, a życiem w Wielkiej Brytanii. To z kolei może stać za innym problemem, jaki często napotykają konwertyci (a przynajmniej tak donoszą). Jest nim wyobcowanie w lokalnych społecznościach muzułmańskich. „Starzy” muzułmanie często odnoszą się bardzo lekceważąco do „nowych” i nie uważają ich za pełnoprawnych współwyznawców. Czasem wręcz podejrzewają o sabotaż czy bycie piątą kolumną.

    Nie był by to tak palący problem gdyby nie fakt, że znaczna część meczetów w Wielkiej Brytanii jest etniczna. To znaczy, że imigranci z, na przykład, Somalii zazwyczaj nie dzielą domów modlitwy/meczetów z, na przykład, Pakistańczykami. Podziały te często przechodzą na kolejne pokolenia. Biali Brytyjczycy wyznający islam mają tym większy kłopot, że (poza Londynem) są rozsiani po kraju i rzadko tworzą zwarte społeczności.

    Z drugiej strony, zdaniem Gatestone Institute, część konwertytów podchodzi do islamu o wiele ostrzej niż „starzy” wyznawcy (co niekoniecznie oznacza, że przyciąga ich terroryzm). Może to być spowodowane faktem, że religie z biegiem czasu często obrastają w zapożyczenia z lokalnych kultur, które łagodzą nieraz bardzo wyśrubowane normy. Z tego powodu, muzułmańscy neofici budzą obawy nie tylko rodziny czy lokalnych społeczności, ale także służb.

    Powyższe akapity odnoszą się w dużej mierze także do Niemiec i Francji. W Niemczech również mówi się o około 100k etnicznych Niemców, którzy przyjęli islam. Wielu z nich pochodzi z terenów byłego NRD, co, zdaniem profesor Esry Ozyurek, może być próbą ucieczki od wschodniej tożsamości. Kolejnym powodem może być fakt, że wschodnia część Niemców jest również o wiele bardziej zsekularyzowana niż Zachodnia - potrzeby duchowe nie znajdują ujścia w tradycyjnych wspólnotach, bo często ich po prostu nie ma.

    Arthur Wagner, polityk antyimigranckiej AfD nawrócił się na islam po tym jak kościół protestancki do którego należał opowiedział się za małżeństwami dla homoseksualistów

    Jeśli chodzi o Francję to liczbę rdzennych Francuzów, którzy porzucili swoje poprzednie wyznanie (lub w ogóle go nie mieli) i zdecydowali się na islam, także szacuje się na 100k. Dane szacunkowe Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 1999 roku mówią o 40k. Według kanału France 3 jest ich około 70k. NY Times zaś donosi, że w ciągu ostatnich 25 lat liczba konwertytów zwiększyła się dwukrotnie.

    Niezależnie od tego, która liczba jest najbliższa prawdzie, ilość konwertytów jest na tyle znacząca, że mają oni już „swoje” meczety. Zdaniem Bernarda Godarda, pracującego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, ilość konwersji wzrosła po 2000 roku. O ile wcześniej były one głównie spowodowane ślubami z muzułmanami/muzułmankami, tak teraz islam zyskał na popularności wśród młodych mężczyzn, których rodziny wywodzą się z byłych francuskich kolonii w Afryce.

    NY Times podaje, za Samirem Amgharem, że wpływ islamu na codzienne życie mieszkańców Francji, zwłaszcza tych żyjących w banlieu (dzielnicach klasy niższej, zamieszkanych głównie przez imigrantów i ich potomków) wzrósł znacząco - niezależnie od tego czy są oni muzułmanami czy nie. Zainteresowanie islamem wynika tam nie tylko z przyczyn duchowych, ale nakłada się na podziały klasowe. Islam zapewnia silne poczucie wspólnoty, a konflikt między świecką Republiką, a ludźmi żyjącymi na jej marginesie łatwo zobaczyć w kategoriach konfliktu religijnego.

    Wzrost liczby konwersji potwierdzają także muzułmańscy przywódcy religijni. Abderrahmane Ghoul z Marsylii podaje, że w 2012 sam podpisał około 130 dokumentów potwierdzających przyjęcie islamu. Imam Hassen Chalghoumi z Drancy koło Paryża uważa, że popularność islamu wynika z tego, że oferuje on alternatywę dla laickiej Republiki. Na islam przechodzą także celebryci, jak na przykład raperka Diam.

    Nowy krzyk mody paryskich ulic

    Na koniec ciekawostka dotycząca Hiszpanii. Wśród regionalistów z Andaluzji (to znaczy coś jak u nas RAŚ, ale bardziej) istnieje trend nazywany „islamizującym andaluzjanizmem” - historyczne Al-Andalus było krainą zamieszkaną przez muzułmańską większość. Zwolennicy tego nurtu uważają, że islam jest integralną częścią bycia Andaluzyjczykiem.

    #wiara #religia #ciekawostki #neuropa #4konserwy #islam #gruparatowaniapoziomu

    Meczet w Créteil pod Paryżem, zwany „Meczetem Nawróconych”.
    pokaż całość

    źródło: static01.nyt.com

    •  

      @niedoszly_andrzej:

      zupełnie się z Tobą nie zgadzam :)
      Przesadziłem, pewnie zgadzamy sie bardziej niż nie zgadzamy :)

      no sytuacja w USA to akurat słaby wyznacznik tego jak kształtuje się muzułmańska populacja globu, tam mieszka max kilka milionów muzułmanów. No i tam jest zupełnie inna specyfika "rynku religijnego" niż w krajach z największą liczbą muzułmanów.

      W sumie zgadzam sie, dodam tylko że w USA, Kanadzie łatwiej jest stać sie apostatą, tam co najwyżej mogą wyrzucić z domu, odciąć od pieniedzy itp. W krajach muzułmańskich odejść od religi jest o wiele trudniej, można nawet stracić życie, nie wiem czy w ogóle są jakieś statystyki z takich krajów i czy bedą wiarygodne.

      te zamieszanie z ateizmem w Egipcie jest jakąś wskazówka, ale raczej ciężko na tej podstawie mówić o ogólnych tendencjach. Zwłaszcza, że sekularne rządy na Bliskim Wschodzie się ostatnio posypały jeden po drugim- nawet w "tradycyjnie" laickiej Turcji od kilku kadencji rządzi partia romansująca z islamizmem. Więc tendencja jest moim zdaniem odwrotna- może za wyjątkiem Iranu, gdzie religia jest nierozerwalnie związana z władzą co skutecznie ją obrzydza wielu opozycjonistom.

      To prawda że to jest wskazówka, ale tych wskazówek jest wiecej i można zauważyć pewien trend. To się dzieje nie tylko w egipcie, czytałem o podobnej akcji w malezji . W Pakistanie ostatnio wprowadzono nowe prawo: za napisanie w sieci złego słowa o mahomecie można pójść na wiele lat do wiezienia:
      https://www.wykop.pl/cdn/c3201142/comment_Q0zyYGn2zWpjaim06DXOneP3Ne3zbig5.jpg
      To nowe prawo jest odpowiedzią na coraz większą krytyke religii w internecie.
      Ateizm po prostu staje się popularny. W Turcji też romansowanie z islamizmem wychodzi bokiem:

      Since then, the erosion of Islam among young people has been an oft-repeated theme in the Turkish public sphere. At a conference in March, a conservative academic at Istanbul’s Medeniyet University said he has students who wear the Islamic headscarf because of their family environment, but “who confess in private that they are not even deists but atheists.” In the past several months, dozens of articles in the press discussed the “deism plague,” and even TV shows highlighted the issue. Yet there is no data on how many Turks have abandoned Islam to jump on the “deism” bandwagon, though plenty of anecdotal evidence suggests that this is no imaginary matter.
      https://www.al-monitor.com/pulse/originals/2018/04/turkey-why-so-many-turks-are-losing-faith-in-islam.html

      a nie mówił tego w kontekście muzułmanów w Kanadzie? Poza tym tego typu deklaracje to też raczej należy brać bardzo ostrożnie- koniec cywilizacji łacińskiej, upadek kościoła i moralności są ogłaszane w kręgach katolickich regularnie od kilku stuleci, a jakoś jedno i drugie sobie trwa w najlepsze :). Duchowni/ głęboko wierzący często dramatyzują chcąc w ten sposób zwiększyć zaangażowanie "swoich" ludzi.
      Inny imam (?) z Afryki twierdził że miliony Afrykańczyków rocznie przechodzą na chrześcijaństwo, a nie znajduje to żadnego odbicia w badaniach wywiad z Al-Jazeery.

      Tak samo sceptycznie trzeba podchodzić do deklaracji o olbrzymiej liczbie konwersji na islam.
      Ja nie wieszczę żadnego nagłego upadku, to będzie długi proces tak jak to się stało w Europie. Jedyna różnica jest w tym że teraz na całym świecie młodzi ludzie mają dostęp do wiedzy, mogą szukać, poznawać nowe idee, krytykować stare, to może znacznie przyśpieszyć proces.

      Przemówienie imama wziąłem z tego filmu, autorem jest były muzułmanin z Kanady, polecam obejrzeć całosć, 20 min:
      https://www.youtube.com/watch?v=_-pYPWc26Gk

      Wszystkie "poważne" (czyli oparte na faktycznych badaniach a nie subiektywnej ocenie internetowych newsów) prognozy, które czytałem (na szczycie z najczęściej cytowanym raportem Pew Research Center) jednoznacznie mówią, że islam jest obecnie najszybciej rosnącą wielką religią na świecie i, że jeśli obecne tendencje się utrzymają to do 2050 zrówna się z chrześcijaństwem pod względem liczby wyznawców.
      Znam te badania, zgadzam się z tym co piszesz tylko dodaję że liczba wyznawców rośnie dzięki dużej liczbie dzieci a nie przez konwersje na islam.
      Ciekawostka na koniec: książka znanego naukowca ateisty Richarda Dawkinsa God Delusion, parę lat temu została przetłumaczona amatorsko na j. arabski i wrzucona do sieci, ta nieoficjalna wersja została pobrana ok 10 milionów razy.
      Teraz Dawkins chce udostępnić swoja książkę w paru innych językach za darmo:

      Richard Dawkins is responding to what he called the “stirring towards atheism” in some Islamic countries with a programme to make free downloads of his books available in Arabic, Urdu, Farsi and Indonesian.

      https://www.richarddawkins.net/2018/03/richard-dawkins-to-give-away-copies-of-the-god-delusion-in-islamic-countries/

      Wołam, może kogoś zainteresuje dyskusja i rzuci plusem: @luvencedus: @Quirang: @