Ciekawostki religijne i religioznawcze
#daszwiare

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 81, w którym moc jest z nami, i to na (pół)serio.

    Blog ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Kojarzycie spisy powszechne z 2001 roku? Mam na myśli głównie UK, Nową Zelandię i Australię. Otóż w tych krajach gdy ogłoszono cenzusy, w sieci pojawił się pomysł na podanie swojego wyznania jako... Jedi. W kraju kangurów taką religię zadeklarowało ok. 70k, w kraju ptaka kiwi 53k a w kraju który nie wygrał piłkarskiego turnieju od 1966 roku prawie 400k. Urzędy statystyczne załamywały ręce i apelowały o powagę, a żartownisie triumfowali. To jednak nie koniec historii, bo jakkolwiek znaczna część zadeklarowanych Jedi po prostu trollowała, to taki ruch religijny wcale nie jest dowcipem i istnieje naprawdę. Jeśli przecieracie oczy ze zdumienia i zastanawiacie się czy teraz to nie ja trolluję, to powtarzam raz jeszcze - religia Jedi istnieje naprawdę i to nie w odległej galaktyce, a tutaj, na naszej starej, dobrej Ziemi.

    Tradycyjnie zaczniemy od początku. W 1977 roku w kinach ukazała się pierwsza (a raczej czwarta) część sagi zwanej Gwiezdnymi Wojnami. Seria odniosła sukces daleko wykraczający poza filmy. Świat Star Wars okazał się tak atrakcyjny, że żeby zaspokoić głód na dziejące się w nim historie trzeba było wykorzystać inne środki przekazu - książki, komiksy, gry komputerowe, a nawet Lego. “Niech Moc będzie z Tobą” jest wg. American Film Institute w pierwszej dziesiątce najbardziej znanych cytatów z filmów ostatniego wieku. Ojciec serii, George Lucas, uważa, że jego sukces polegał przede wszystkim na umiejętnym opowiedzeniu starego mitu w atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy sposób. Chodzi o tak zwany monomit, o którym szeroko pisał Joseph Campbell (prywatnie zresztą znajomy Lucasa).

    Zdaniem Campbella, specjalizującego się w mitologii komparatywnej (zaznajomienie się i porównywanie różnych mitów ze sobą) miażdżąca większośc opowieści rozgrywa się według dzielonego schematu. Istnieją oczywiście wariacje, ale rdzeń jest wspólny - prawdopodobnie dlatego, że ludzie (naturalnie lub przez kulturę) po prostu preferują taki a nie inny sposób opowiadania historii. Teoria ta jest często krytykowana za daleko idące uproszczenia, ale w przypadku Gwiezdnych Wojen chyba zadziałała. Lucas inspirował się także innym poglądem Campbella, który uważał, że wszystkie religie mają część wspólną. W kosmologii i systemie wierzeń jakie stworzył dla filmu starał się zawrzeć tę esencję i, jak sam mówił, pobudzić widzów do zadawania sobie pytań na duchowe tematy i religijnych poszukiwań.

    I to się udało, aczkolwiek nie do końca tak jak wyobrażał to sobie Lucas (twierdzący, że nie chciał tworzyć nowej wiary). Od samego początku w Gwiezdnych Wojnach dopatrywano się wątków religijnych. Z racji czasów i kontekstu kulturowego w postaci Skywalkera doszukiwano się Jezusa, a sagę interpretowano w chrześcijański sposób. W rodzącym się fandomie dyskusje religijne były początkowo na marginesie. Samo zjawisko fandomu SW jest bardzo ciekawe, bo ludzie wiedzący, że chodzi o totalnie wyimaginowany świat spędzać godziny na tworzeniu i czytaniu zinów poruszających wszelakie kwestie - od broni, przez technologię na odzieży kończąc. Pisano fanfici*, organizowano zloty, konferencje i panele dyskusyjne. Znajomość SW była przepustką do towarzystwa i pomagała zdobyć znajomych.

    Społeczność skupiona na Gwiezdnych Wojnach miała się jeszcze bardziej rozwinąć dzięki internetowi. W latach 80. popularne stały się newsgroupy, na których użytkownicy dzielili się między sobą informacjami i opiniami na dany temat. Grupy te były hostowane przez tzw. Usenet. Jego popularność rosła bardzo szybko. W 1981 roku opublikowano przezeń 4k wiadomości a w 1986 już ponad 100k. Gwiezdne Wojny były jednym z popularnych tematów. Izolowani dotychczas fani, którzy interesowali się religią w ulubionym uniwersum, mogli się po raz pierwszy wymienić opiniami z osobami o podobnym zacięciu. Dyskusje te były często publicznie dostępne i potrafiły interesować także tych, którzy dotychczas nie zwracali uwagi na te aspekty. Nadal była to jednak mało liczna, nieformalna i niezorganizowana grupa.

    Przełom nastąpił wraz z RPGami. Jeśli ktoś spędził ostatnie 40 lat w więzieniu to wyjaśniam - to grupowa zabawa polegająca na odgrywaniu roli (stąd Role Playing). Rozgrywka przebiega zazwyczaj wg. zasad wybranego systemu - ich twórcy publikują całe, definiujące reguły podręczniki. RPG zaczęły jako gry “paper&pen” - tzn. dane o ruchach, obrażeniach, zaklęciach etc, były notowane na papierze. RPGi osadzano nie tylko w światach fantasy, ale także sci-fi, w tym Gwiezdnych Wojen. Zdaniem badaczy i fanów takie wcielanie się w rolę mocno odciskało się na graczu - miał on zachowywać się tak jak zrobiłby to “prawdziwy” Jedi, co sprawiało, że musiał zapoznać się z “nauczaniem” o mocy. Niektórym rozkminy o filozofii Jedi mocno się spodobały i dostrzegli w nich wartościowe idee do zastosowania w swoim życiu.

    Niektórzy wkręcali się do tego stopnia, że zaczynali identyfikować się jako Jedi i stosować w życiu to co uważali za filozofię mocy. Oczywiście wzbudzało to tak zwaną bekę wśród wielu fanów SW, ale nie jest to pierwszy raz gdy wyznawcy nowopowstającej religii musieli znosić prześladowania ze strony otoczenia. Jedi przetrwali próbę wiary i zaczęli nawet tworzyć własne strony internetowe żeby konsolidować społeczność i propagować dobrą nowinę. Upowszechnienie się internetu w ostatniej dekadzie XX wieku i rosnąca kultowość Gwiezdnych Wojen pozwoliły im na wypłynięcie na szerokie wody. Te zrobiły się jeszcze szersze gdy po po pęknieciu tzw. bańki internetowej (chodzi o gwałtowne spadki na NASDAQ) w 2001 roku zaczęto mocniej iść w stronę internetowych platform społecznościowych.

    W pierwszej dekadzie XXI wieku narodziło się większość społeczności internetowych zrzeszających jedystów. Także na ten okres przypada krystalizacja tego co można nazwać teologią i doktryną (a raczej teologiami i doktrynami) religii Jedi. Grupy skupione wokół stron i blogów zaczęły dochodzić do wspólnych wniosków co do tego czym jest jedyzm i jak powinni zachowywać się “wierni”. Nie jest to wcale prosta sprawa. Znaczna część z tych społeczności obwołuje się “Akademiami” nie tylko nawiązując do filmów, ale także dlatego, że oferują one swoim padawanom (uczącym się) kursy na temat jedyzmu. Niektóre mają nawet cały system akredytacji gdzie adept po kolei zalicza kolejne zadania i testy z wiedzy teoretycznej, zyskując potwierdzenie, że teraz jest na poziomie X (np. jest pełnoprawnym rycerzem Jedi).

    Oferowana wiedza różni się w zależności od akademii, ale większość dotyczy nauczania moralnego i filozoficznych rozważań. Nie tylko przez pryzmat świata SW, ale także przez lekturę klasycznych tekstów realnie istniejących filozofów. Jedizm jest inkluzywnym systemem i nie ma problemów z czerpaniem wzorców od innych. Popularne jest także uzupełnianie programu zestawami ćwiczeń mających zapewnić rozwój tężyzny fizycznej. Część szkół dodaje kursy medytacyjne odwołujące się często do praktyk podobnych do buddyjskich i hinduskich. Wątki z tak zwanych religii Wschodu są bardzo częste i popularne - nie jest to jednak przypadek czy kolejne wcielenie mody na “wschodnią mądrość” a’la New Age. Ze wszystkich systemów religijno- filozoficznych religia Jedi najbardziej przypomina bowiem daoizm/ taoizm.

    Taoizm to chińska tradycja, filozofia i nadprzyrodzone wierzenia. Będę tu sporo upraszczał, ale niestety nie da się inaczej, bo taoizm jest stary i różnorodny. Tao, od którego bierze swą nazwę, dosłownie oznacza ścieżkę/ drogę, ale bliższe prawdy (bliższe, bo jak poucza nas Lao Tzu, legendarny założyciel tradycji, “Tao które można wyrazić słowami nie jest prawdziwym Tao”) jest tłumaczenie “naturalny porządek wszechświata”. Zadaniem człowieka jest życie w zgodzie z Tao, którego nie można się zdefiniować. Tao spaja przeciwstawne siły, które są takimi tylko pozornie, bo jednak tworzą jedną całość. Sporo tu ciężkich do zdefiniowania rzeczy i pozornych paradoksów. Mówię o nich nieprzypadkowo - chcę bowiem pokazać taoistyczne skupienie na doświadczeniu i intuicji a nie rozkminie i definicji.

    Nawet ten pobieżny i skrótowy opis pozwala dostrzec wspólne cechy Mocy i Tao. Mocy również nie da się do końca zdefiniować. Można ją poczuć i nauczyć się z nią współpracować. Właśnie - z moca się współpracuje, nie jest to wydawanie rozkazów. Podobnie wygląda taoistyczne wu-wei, tłumaczone jako “niedziałanie”. Upraszczając i skracając - pozwolenie na to by rzeczy biegły swoim naturalnym torem. Moc, jak Tao, łączy pozornie sprzeczne elementy - Jasną i Ciemną stronę, które okazują się być jedną całością. Religijny taoizm zna ludzi którzy siłą woli przesuwają przedmioty, lewitują, wpływają na otoczenie. Znajome? Religijny taoizm postuluje też istnienie xianren (nieśmiertelnych). Kimś takim w świecie SW jest Yoda czy Imperator, którzy mimo unicestwienia fizycznych powłok nadal mogą być obecni w świecie żywych.

    Wielu jedystów dostrzegło te podobieństwa i uważa je za atut swojej religii. Jedyzm jawi im się jako wstęp do pogłębionego studiowania realnych tradycji zajmujących się rzeczywistymi ludzkimi problemami, a nie tylko LARPem** Gwiezdnych Wojen. Oczywiście ichnie interpretacje Wschodnich religii są często naiwne i niezgodne z tym co mówi akademia (rzeczywista, nie Jedi), ale przecież tak powstają nowe wiary - przez zapożyczenia i przerabianie na swój kontekst kulturowy. Część jedystów traktuje przedsięwzięcie raczej jako klub do dyskusji, ale są i tacy, którzy podchodzą do tego serio. I tak na przykład organizacja zwana Świątynią Zakonu Jedi została oficjalnie zarejestrowana jako kościół w Teksasie w 2005 roku. Kilka lat później Kanada uznała “swój” Zakon Jedi za zarejestrowaną organizację religijną.

    Póki co jedyzm jest znany głównie w krajach anglosaskich i kilku krajach Europy Zachodniej. Chyba mu to jednak nie przeszkadza, bo nie wygląda na religię mocno zainteresowaną prozelityzmem. Ten może być o tyle cięższy, że wiele osób słysząc o religii Jedi, zwłaszcza po pamiętnych akcjach związanych ze spisami ludności, uznaje całą sprawę za żart. “Powagi” na pewno nie dodaje pochodzenie religii ze srebrnego ekranu jak i to, że sami “wyznawcy” potrafią łączyć jedyzm z religiami tradycyjnymi - głównie Wschodnimi, ale bywa, że i z chrześcijaństwem. Czas pokaże czy jedyzm przetrwa i w jakim pójdzie kierunku. Sam fenomen jest jednak ciekawy i może nieco mówić o religii i człowieku - okazuje się, że ten może angażować się nawet w wierzenia, co do których ma absolutną pewność, że zostały wymyślone.

    #daszwiare #religia #ateizm #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zainteresowania #starwars
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: nie obraziłem się, po prostu zasnąłem ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      Dobra, to teraz wiem o co Ci chodzi. Wcześniej jakoś nie mogłem tego wyłapać, nie wiem czy nie z własnej głupoty ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Prostestantyzm jest "meh" bo poniekąd dla katolika musi być "meh", inaczej sam protestantyzm nie miałby sensu. Cała akcja ze schizmą właśnie polega na tym, że protestanci protestują przeciwko autorytetowi KK. Oczywiście uważam ich za pełnoprawnych chrześcijan, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, więc to bracia w wierze, z tego powodu czasem posłucham co ma taki Paul Vanderklay do powiedzenia i przyznam mu rację, a on jest przecież kalwinistycznym pastorem. Ale nie zgadzam się z nimi w kwestiach nazwijmy to filozoficznych (głównie z Lutrem).
      Zauważ że nie powiedziałem że protestantyzm jest po prostu zły, bo tak nie uważam. Słowo "meh" wyraża więcej niż tysiąc słów ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej:
      Obserwowane tagi #daszwiare
      Nie masz żadnych nowych powiadomień

      ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    • więcej komentarzy (20)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 80, w którym dokładnie myjemy rączki.

    Wpis na blogu ze źródłami i ładniejszym formatowaniem

    Według badania z 2015 roku co trzeci Polak nie myje rąk po wizycie w toalecie. Nietypowy wstęp jak na serię o wierzeniach, ale tylko pozornie. W niektórych religiach ablucje* są wręcz obowiązkiem wiernego. W cytowanym badaniu, być może przypadkiem, najlepsze wyniki miały Turcja i Bośnia, kraje kojarzone z islamem. Bogobojny muzułmanin powinien modlić się pięć razy dziennie. Modlitwa to jakby rozmowa z bogiem, a przecież nie wypada obcować ze stwórcą wszechświata, będąc brudnym i spoconym, prawda? Islam nie jest unikatowy pod tym względem. Bliski Wschód zna więcej grup, w których woda i obmycia były kluczowym elementem praktyki i wierzeń. Tak było w przypadku bliskowschodnich baptystów. I nie mam tu bynajmniej na myśli przedstawicieli jednej z protestanckich tradycji.

    Wierzenia żydowskie przechodziły transformację na przełomie er. Nie była to jednorodna religia, ale zbiór równoległych tradycji mających części wspólne, ale także różnice. Myślę, że każdy słyszał o Zwojach z Qumran. Gromadzący je byli prawdopodobnie Esseńczykami - jednym z takich właśnie judaistycznych ruchów. Było ich oczywiście znacznie więcej, a te ,które przypisywały szczególne znaczenie rytuałowi chrztu, określa się mianem baptystów. Był on zazwyczaj rozumiany jako oczyszczenie (prawdziwe lub symboliczne) oraz odrodzenie. To ostatnie było o tyle kluczowe, że wówczas powszechnie wierzono w rychłą boską interwencję w sprawy świata, która zakończy rządy tyranów, ukaże grzeszników oraz ustanowi nowy, sprawiedliwszy porządek. Ocaleją ci, którzy porzucą grzech i skupią się na bogu.

    Łatwo zauważyć czemu wiele tych ruchów zostało zasymilowanych przez chrześcijaństwo - było w zasadzie jednym z nich. Chrystianizacja sekt baptystycznych nie była radykalnym zerwaniem z przeszłością i dołączeniem do “nowej” religii. Baptyści widzieli w Jezusie uosobienie swoich religijnych nadziei, a jego nauczanie traktowano jak rozwinięcie ich poglądów. W miarę rozwoju ruchu jezusowego w jego łonie doszło do wykształcenia się różnić między tymi, którzy uważali się za uczniów Chrystusa. Nie dziwota - kanon, doktryna i pilnująca ich instytucja dopiero powstawały. Różnice były nie tylko teologiczne - także polityczne czy etniczne. Baptyści i chrześcijanie mocno zakorzenieni w judaizmie (stąd judeochrześcijanie), jednak dość szybko znaleźli się na marginesie.

    Misje szły im gorzej, bo wymagali przestrzegania żydowskich praw, a wiele z nich goje uważali za dziwne. Spory dotyczyły także wierzeń. Judeochrześcijanie uznawali Jezusa za mesjasza, ale ten był dla nich ludzką lub (w wersjach ezoterycznych) anielską postacią. Pogańscy konwertyci natomiast potrafili patrzeć na Jezusa jako boga, czasem równali go z Ojcem, co dla tradycji żydowskiej było nie do przyjęcia. Nie znamy szczegółów - większość literatury judeochrześcijańskiej przepadła albo została zniszczona jako sprzeczna z wersją, która ostatecznie została uznana za ortodoksję. Większość wiedzy o baptystach pochodzi od polemistów, ale nie każdy był im wrogi. Na przykład Justyn Męczennik uznawał ich za chrześcijan, choć sam wierzył w boskość Jezusa (najprawdopodobniej był subordynacjonistą)*.

    Nie inaczej było z tak zwanymi Elkazaitami. Pierwsze zachowane do naszych czasów wzmianki o nich pochodzą z “Odparcia wszelkich herezji” Hipolita Rzymskiego. Opisał działalność niejakiego Alkibiadesa z syryjskiej Apamei, który w pierwszej połowie III wieku działał w stolicy Imperium. Chrześcijanie Wiecznego Miasta spierali się m.in. co do odpuszczenia grzechów po chrzcie. Co?! To nie mogli po prostu iść do spowiedzi? No tak to wówczas nie wyglądało. Generalnie ludzie przyjmowali chrzest jako dorośli i jedną z jego “funkcji” było odpuszczenie grzechów. Co z tymi, którzy dopuścili się grzechów po chrzcie? Tutaj nie było zgody. Jedni uważali, że jeśli wierny będzie żałował za grzechy to może liczyć na miłosierdzie. Inni, że nie ma takiej możliwości, a jeszcze inni, że to zależy od rodzaju grzechu.

    Konsensusu nie było, a grzesznicy obawiali się potępienia. Alkibiades twierdził, że jest w posiadaniu książki, którą Chrystus i Duch Święty, pod postacią olbrzymich aniołów, przekazali Elkazajowi z Iranu. Zapoznanie się z jej treścią, uwierzenie w nią i kolejny chrzest miały zapewnić odpuszczenie wszelkich grzechów. Rytuał wymagał pokuty i wypowiedzenia formuły odrzucającej łamanie przykazań. Nie wiemy czy Elkazaj jest postacią historyczną (chociaż są i takie teorie). Chrześcijańscy pisarze często tworzyli genealogie herezjarchów, chcąc pokazać jak wypaczono to co uznawali za oryginalne nauczanie. Nie ma jednak wątpliwości, że ruch elkazaitów istniał, chociaż wiele wskazuje, że nie była to jedna grupa, a raczej zbiór wierzeń i praktyk przypisywanych Elkazajowi, do którego odwoływały się różne wspólnoty.

    Korzenie elkazaitymu siegają judeochrześcijaństwa. Współcześnie badacze, bazując na cytatach z polemistów, datują ich na początek II wieku, konkretnie wojnę Trajana z Partami. W trakcie konfliktu cesarz ten zajął część Mezopotamii gdzie żyło wielu Żydów (w tym chrześcijan) - część z nich uciekła tam przed rzymskimi represjami za powstania w Palestynie. W pierwszej fazie wojny Rzymianie byli górą i obawiano się, że rozbiją Partów, którzy byli tolerancyjni dla Żydów. Popularność zdobyła wówczas przepowiednia głosząca, że wyprawa Trajana to początek końca czasów, a za chwilę nastąpi wielka wojna między aniołami, katastrofalna dla ludzi. Przetrwać mieli tylko ci, którzy się nawrócą i uwierzą w księgę rzekomo objawioną przez Chrystusa i Ducha Świętego. Prawdopodobnie w tych okolicznościach narodził się elkazaityzm.

    Źródła podają, że głosił konieczność przestrzegania prawa mojżeszowego, w tym kontrowersyjnego dla gojów obrzezania. Nakazywał rozliczne rytuały związane z wodą, które wskazują baptystyczne korzenie. Na przykład, w razie zatrucia lub choroby zalecano modlić się i brać zimne kąpiele w rzece przez określony czas. Do tego dochodził ezoteryzm i gnoza - zbawienie umożliwia tajemna wiedza spisana w księdze. Elkazaici mieli też zalecać obserwację gwiazd i, w razie niekorzystnego ich układu, powstrzymywanie się od niektórych działań. Źródła nie są jednak do końca zgodne i wspominają o wpływie na inne grupy (np. Ebionitów). Stąd uważa się często, że elkazaityzm był tradycją, z której różne wspólnoty judeochrześcijańskie czerpały różne rzeczy, często miksując je ze swoimi praktykami i wierzeniami.

    Wskazuje na to także przypisywana im chrystologia, charakterystyczna dla części judeochrześcijan z pierwszych wieków. W jej myśl Chrystus miał być anielską istotą, nieograniczoną do Jezusa, który był tylko kolejnym jego wcieleniem. Niebiański Chrystus i Duch Święty byli odpowiednio synem i córką najwyższego Boga. Podobne poglądy znajdujemy na przykład u wspomnianych Ebionitów czy w pracach tzw. Pseudo-Klemensa, popularnych wśród judeochrześcijan (wzmiankowali o nich jednak także autorzy ortodoksyjni). Widać tu inspirację żydowskimi ezoterykami, którzy tworzyli rozbudowane angelologię i apokalipsy. Wpływy żydowskie są tu tak silne i łatwo zauważalne, że ortodoksyjny pisarz Epifaniusz z Salaminy sklasyfikował elkazaitów jako następców Esseńczyków, grupę żydowską, a nie chrześcijańską.

    Ten “błąd” (Epifaniusz nic nie pisze o Jezusie i chrystologii w kontekście elkazaitów) prawdopodobnie wynikał z tego, że nie tylko ich nauki wydały mu się bliższe judaizmowi niż temu, co on uznawał za chrześcijaństwo, ale także ich kultura i codzienna praktyka. Wspomina na przykład, że łączyli oni niezamężnych ludzi w pary i odrzucali kult dziewictwa. Było to dość typowe dla żydów, którzy małżeństwo uważali za najlepsze minimalizowanie ryzyka grzechów seksualnych. Chrześcijanie (oczywiście nie wszyscy, ale takie poglądy były popularne) pierwszych wieków byli często bardzo radykalni w sprawach seksu, który dość jednoznacznie uważali za czynność “nieczystą” i celibat zalecali (czasem wymuszali) nawet na osobach już będących w związkach. Szczególnie surowe było tutaj syriackie chrześcijaństwo.

    Wraz z instytucjonalizacją kościoła, zwycięstwem jednej z teologicznych frakcji i mariażem z państwem rzymskim, znacząco zmieniła się sytuacja grup, których poglądy uznano za nieortodoksyjne. Zaczęto je tępić, nieraz brutalnie, a robiły to już nie tylko szajki mnichów (zdarzało się, że różne wyznania miały “swoich” mnichów, których nasyłano na konkurencję) czy tumulty. Cesarze rzymscy uznali się za przedstawicieli boga, a w oficjalnej propagandzie byli odpowiedzialni nie tylko za granice czy żywność, ale także dusze poddanych. Według ortodoksów wiara w inne wyznania z automatu skazywała na wieczne potępienie, więc obowiązkiem państwa było zwalczanie herezji. I tak też robiono. Z biegiem czasu grupy, takie jak elkazaici czy ebionici, zostały stłamszone i po prostu przestały istnieć na terenach rzymskich.

    Imperium rzymskie, choć olbrzymie, nie było całym światem. Wielu chrześcijan mieszkało na ziemiach irańskich władców, gdzie ortodoksji nie sprawdzano - szachowie byli albo tolerancyjni, albo wspierali niechrześcijańskie religie. Ze źródeł muzułmańskich wiemy, że jeszcze w X wieku na terenie państwa kalifów (w dużej mierze pokrywającego się z irańskimi imperiami) istniały chrześcijańskie wyznania, które zniknęły z ziem rzymskich (np. marcjonici). Nie inaczej było z baptystami. Al-Nadim opisujący w X wieku dzieje Maniego, twórcy manicheizmu, wskazywał, że Mani wychował się wśród mezopotamskich baptystów, którzy są aktywni także w jego czasach Ba! Chrzcielna grupa zwana Mandejczykami, wywodząca swoje korzenie od Jana Chrzciciela, przetrwała do naszych czasów (choć zostało ich tylko około 10k).

    #daszwiare #religia #historia #zainteresowania #ateizm #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 79, w którym Wcielony Bóg zostaje maskotką balu charytatywnego.

    Link do bloga ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Kojarzycie doroczny serial pt. “polskie kluby w europejskich pucharach”? Wstyd, żenada, kompromitacja, frajerstwo, hańba. Gdyby mass media istniały w VII wieku w Iranie to zapewne uraczyłyby swoich odbiorców takimi nagłówkami. Państwo Sasanidów posypało się jak domek z kart w wyniku najazdu Arabów. Irańskie elity uważały swoją kulturę za najstarszą i najwyżej rozwiniętą, a resztę (ze szczególnym uwzględnieniem Arabów) za dzikusów. W irańskim odpowiedniku “Pana Tadeusza” czyli “Księdze Królów” autor przedstawia podbój jako największą i ostateczną katastrofę. Historycy do dzisiaj nie są do końca pewni czemu Arabom poszło tak łatwo. Mówi się o wyczerpaniu Iranu wojnami z Rzymianami, ale przecież państwo basileusów też swoje wycierpiało, a jednak zdołało przetrwać arabską nawałnicę.

    Upadek rządzącej dynastii pociągnął za sobą marginalizację kleru zoroastryjskiego, który było od niej mocno zależny. Państwowy kościół nie był jednak jedynym przejawem irańskiej religii. Przez setki lat kult Mazdy (główne bóstwo w irańskim panteonie) nie był mocno skodyfikowany - dość powiedzieć, że próbę taką podjęli dopiero właśnie Sasanidzi. Istniało więc w nim wiele równoległych tradycji i interpretacji, które miały pewne cechy wspólne, ale też różniły się od siebie. Do tego stopnia, że niektórzy podejrzewają, że we wschodniej części Iranu to Mitra był najważniejszym bóstwem. Wypada również wspomnieć, że z racji położenia między Bliskim a Dalekim Wschodem, w Iranie, obok lokalnych tradycji, funkcjonowały też wspólnoty judaistyczne, gnostyckie, chrześcijańskie, helleńskie czy buddyjskie.

    Rządy muzułmańskich Arabów nie oznaczały automatycznej konwersji na nową religię. Początkowo zdobywcy nie byli nawet chętni do nawracania, między innymi z powodu podatków płaconych przez innowierców - więcej muzułmanów równa się mniej wpływów. Był to zresztą jeden z powodów dla których Umajjadzi (bo tak nazywał się ród kalifów, arabskich władców), byli krytykowani przez część swoich współwyznawców. Inni jednak nie mieli z tym problemu postrzegając islam jako religię dla Arabów. Mimo to dochodziło do konwersji. Zachętą do niej, obok osobistych przekonań, były także potencjalne korzyści. W przypadku dawnych elit chodziło na przykład o utrzymanie swojej pozycji. Niemuzułmanie, jakkolwiek tolerowani, byli w gruncie rzeczy drugą kategorią i podlegali różnym ograniczeniom.

    Szacuje się, że już sto lat po podboju konwertytów było więcej niż Arabów. Nowi muzułmanie uważali, że należą im się dokładnie te same prawa co “starym”. Wielu Arabów, w tym Umajjadowie, miało jednak inne zdanie, co rodziło napięcia. W połowie VIII wieku doszło do przewrotu w wyniku którego kalifami zostali Abbasydzi. Centrum rebelii był wschodni Iran, znajdujący się na peryferiach umajjadzkich wpływów. Abbasydzi byli Arabami, ale znaczna część walczących w ich sprawie była etnicznie Irańczykami, na czele z wojskowym przywódcą rebelii, Abu Muslimem. Stał się on w pewnym momencie tak popularny, że Abbasydzi zdecydowali się go zabić. Nowi władcy istotnie włączyli do warstwy rządzącej i wojskowej wielu niearabskich muzułmanów, ale część ich sojuszników uznała, że zasługuje na więcej niż dostała.

    Źródłem niepokojów był znowu wschodni Iran, leżący nieco na uboczu centrum państwa kalifów. Z racji odległości od głównych ośrodków władzy był to region ciężki do kontrolowania oraz słabo zislamizowany. Lokalni muzułmanie potrafili się różnić od współwyznawców z innych regionów. Zachowywali bowiem część przekonań i przyzwyczajeń ze starych wiar. O co nie trudno - wielu było pierwszym pokoleniem wyznającym nową religię wśród członków swego rodu. Jednym z podwładnych Abu Muslima był niejaki Haszim ibn Hakim/ Haszim-i Hakim. W tej pierwszej wersji byłby Haszimem synem Hakima, w tej drugiej Haszimem Mędrcem. Ta druga interpretacja jest o tyle prawdopodobna, że oprócz bycia żołnierzem pełnił również rolę urzędnika - umiał pisać a obok ojczystego języka znał także komunikatywnie arabski.

    Abbasydzi czyścili szeregi swoich sojuszników z podejrzanych o nielojalność. Taki los spotkał kilku kolejnych przełożonych Haszima, co nie podobało się ani jemu, ani jego towarzyszom broni. Rosły kolejne muzułmańskie sekty, które teraz za cel stawiały sobie walkę z Abbasydami jako nieprawowiernymi. Haszim poszedł w tę stronę i miał nawet podawać się za proroka. W pewnym momencie został uwięziony, ale po pewnym czasie zwolniono go i wrócił do wsi pod Merwem. Tam ożenił się i został folarzem (nie foliarzem, to taki rzemieślnik od tkanin). Po pewnym czasie zaczął ponownie twierdzić, że jest prorokiem i budować wokół siebie ruch religijny. Miało to miejsce w okolicach 768 roku. Gdy gubernator próbował go aresztować, zbiegł ze swoimi zwolennikami do Transoksani (region między Amu- i Syr-darią).

    Tam zajeli kilka fortec, które stały się bazami wypadowymi na tereny kalifatu (lub jego lenników). Haszim przybrał miano Mukkany, co oznacza “zamaskowanego”. Według późniejszych relacji nauczał on, że bóg jako istota doskonała nie może objawić się ludziom, którzy nie przeżyli by spotkania z taką potęgą. Aby przekazać swą wolę wciela się on zatem w wybranych przez siebie ludzi. Tak miało być z Adamem, Noe, Abrahamem, Mojżeszem, Jezusem, Mahometem i Abu Muslimem. Zwieńczeniem tej linii był oczywiście Mukkana. Ciekawe jest uznanie Muslima za inkarnację boga - pokazuje, że legendarny wódz był wciąż ważną postacią we wschodnim Iranie. Na tyle, że warto było zaprzeczyć własnemu nauczaniu które przecież głosiło, że okresy między kolejnymi wcieleniami trwają po kilkaset lat.

    Pseudonim artystyczny jaki przybrał Haszim był powiązany z jego nauką o wcieleniach. Nawet w ciele człowieka splendor boskiego oblicza jest tak wielki, że może zabić oglądającego. Z tego powodu twarz Mukkany była zawsze zasłonięta zielonkawym jedwabiem. Miało to swój wymiar symboliczny, bo w islamskich wierzeniach w szaty takiego koloru będą ubrani mieszkańcy raju, który z kolei Mukkana obiecywał swoim zwolennikom. Ogłoszenie się inkarnowanym bogiem było jawnym zerwaniem z islamem. Nie dość, że naruszało granicę między ludźmi a doskonałym bogiem to jeszcze degradowało Mahometa z pieczęci proroków do roli jednego z posłańców. Apostazja i rebelią nie zaskarbiły mu sympatyków - źródła nieprzychylne Mukkanie twierdziły, że zasłania twarz ponieważ jest strasznie brzydki.

    Według Mukkany bóg wcielił się w niego, aby zrzucić z tronu niesprawiedliwych Abbasydów, pomścić Abu Muslima i położyć kres islamskiej (prawdopodobnie w znaczeniu “arabskiej”) dominacji. Widać tu dość dobrze dopasowany program pod ewentualnych słuchaczy. Nagrodą za wykonanie boskiego planu miało być życie w raju. Badacze uważają, że religia Haszima to miks popularnych w Azji Środkowej wierzeń. Zasłanianie twarzy wydaje się być nawiązaniem do Mojżesza, który po spotkaniu z bogiem również musiał się maskować z powodu świetlistego oblicza. Sukcesja proroków (tutaj kolejnych wcieleń boga) zaczynająca się od Adama jest z kolei żywcem wyjęta z islamu. Opisanie Mukkany jako zwiastuna nadchodzącego raju, miejsca wolnego od problemu, wpisuje się z kolei do idei mesjańskich.

    W zoroastryzmie wierzono w tzw. saoszjanta. Opisy różniły się, ale generalnie miał on prowadzić dobro w ostatniej bitwie ze złem, po której sprawiedliwi mieli zamieszkać w doskonałym świecie. Ta idea miała przeniknąć do wierzeń żydowskich (mesjasz) i buddyjskich (Maitreja). Wschód świata irańskiego był mocno nasiąknięty buddyzmem, a w czasach Mukkany wiara w rychłe nadejście Maitreji była żywa. Ze źródeł można wywnioskować, że Haszim nieco stylizował się na buddę, o czym świadczy choćby “cud” wywołania odbicia księżyca w wodzie w studni (można to zrobić na przykład za pomocą rtęci). Księżyc jest w ogóle istotny w symbolice buddyjskiej i bardzo możliwe, że Mukkana o tym wiedział. Tak czy inaczej kreował się na mesjasza, którego działalność doprowadzi do nowej ery - życia w raju.

    Wspomniałem już, że program Mukkany był idealnie skrojony pod warunki w jakich działał. Wschodni Irańczycy mieli dość Arabów, czuli się oszukani przez Abbasydów, chcieli pomścić Abu Muslima i czekali na mesjasza mającego odmienić świat. Skąd jednak mieli wiedzieć, że to Mukkana jest właśnie tym, którego szukają? Według źródeł Haszim, chcąc pokazać, że nie żartuje, zorganizował publiczne odsłonięcie swojej twarzy. Relacje mówią o tym, że jasność jaką ujrzeli wówczas zgromadzeni była tak wielka, że niektórzy umarli. Nieprzychylne źródła tłumaczą to sztuczką z ukrytymi lustrami, które w momencie zdjęcia nakrycia zostały skierowane na tłum, odbijając światło słoneczne. Mukkana miał wówczas obwieścić zgromadzonym, że są jego wybrańcami i cały świat należy do nich - łącznie z ludźmi i ich dobytkiem.

    Wyznawcom nie pozostało nic innego niż wprowadzić ten program w życie. Źródła donoszą, że w latach 70. VIII wieku zaczynają się najazdy “Ubranych na biało”, jak nazywano zwolenników nowego proroka. Lokalne siły zupełnie sobie z nimi nie radziły. Ruchu był początkowo traktowany jako regionalny problem. Na radarze Bagdadu pojawił się dopiero w okolicach 775 roku, gdy opanował Samarkandę, jedno z największych i ważniejszych miast w Azji Środkowej. Abbasydzi słali armię za armią, ale bez większych efektów. Ubrani na biało zdominowali Sogdianę (region wokół Samarkandy), a Mukkana zaczął nawet bić własne monety (symbol bycia niezależnym władcą). Sielanka trwała do 778 roku kiedy to siły nowego gubernatora Chorezmu odbiły Samarkandę a powstańcy zostali zepchnięci do defensywy.

    Padały kolejne twierdze Ubranych na biało, aż rządowi oblegli samą siedzibę Mukkany. Była to twierdza z podwójnymi murami w obrębie których znajdowały się pola uprawne. Oblężenie trwało jednak także w zimie, gdy nie da się pozyskiwać żywności. Ludzie umierali z głodu. Mukkana miał wówczas zniknąć w ogniu mówiąc, że udaje się w Niebiosa aby zebrać anielskie zastępy i na ich czele powrócić. Może to być nawiązanie do Maitreji “wkraczającego” w paranirwanę płonąc. Nieprzychylne źródła twierdzą, że było to samospalenie obliczone na to, że zdobywcy nie znajdą ciała a lud Sogdiany uwierzy w słowa o powrocie. Zadziałało, bo miejscowi jeszcze długo opowiadali legendy o “Zamaskowanym Proroku” - przeniknął on do kultury i stał się inspiracją dla kolejnych pokoleń spiskujących przeciwko władcom.

    Postać Mukkany stała się ważna także w ezoterycznych wierzeniach. W XIX wiecznej Europie moda na orientalizm była bardzo silna, a wielu zachłysnęło się wschodnimi wierzeniami. Zamaskowany Prorok był jednym z importów. Jego historią zainspirował się irlandzki poeta, Thomas Moore. Dzieło Moore’a bardzo spodobało się z kolei członkom jednego z klubów dla elity w XIX wiecznym St. Louis w Missouri. Uczynili oni Mukkanę patronem dorocznego balu dla tzw. debiutantek. Impreza ta to dziwactwo wyższych sfer i wyprawia się ją dla osiągających pełnoletność dziewczyn z ich kręgów. Zamaskowanym Prorokiem ogłasza się honorowego gospodarza balu. Impreza służy obecnie nie tylko do poczucia się elitarnym - towarzyszą jej zbiórki na cele charytatywne. Amerykański kapitalizm nie oszczędził nawet Wcielonego Boga.

    #daszwiare #religia #historia #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 78, w którym chcemy uczynić wiarę naukową a kończymy jako brazylijski Zięba.

    Link do bloga ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Amerykańska religia pierwszej połowy XIX wieku przechodziła głębokie przemiany. Był to okres tak zwanego drugiego Wielkiego Przebudzenia*, które charakteryzowało się odbiciem od rytuału i doktryn opartych o pisma w stronę emocji i indywidualnego doświadczenia. Ważną rolę odegrały tutaj zachodnie i środkowe części stanu Nowy Jork, określane mianem Spalonego Dystryktu (od religijnego ferworu). To właśnie tam narodził się mormonizm czy milleryzm (inspirujący adwentystów i Badaczy Pisma Świętego, w tym Świadków Jehowy). Działało tam wiele innych grup, np. szejkersi czy Towarzystwo Oneida budujące religijną utopię. W połowie XIX wieku na tej samej scenie pojawiły się siostry Fox, które twierdziły, że potrafią nie tylko wywołać niematerialne byty, ale także bezpośrednio się z nimi komunikować.

    Siostry stały się sławne jako media (pośredniczki między światem materii, a światem duchowym) i dały początek ruchowi nazywanemu spirytualizmem. W jego ramach szybko wykształcił się quasi rytuał seansu - spotkania na którym dochodziło do rzekomego kontaktu. Wzbudzało to olbrzymie zainteresowanie z uwagi na nacisk na osobiste doświadczenie i namacalność. Nie musisz wierzyć w mgliste dogmaty - w trakcie seansu wszyscy obecni mogli zobaczyć przemieszczające się przedmioty, usłyszeć szepty, kroki i pukania. Bezpośredni kontakt z duchowymi istotami był zarezerwowany dla medium, ale powyższe wystarczyło żeby przekonać wielu do realności tez głoszonych przez spirytualistów. Ruch stał się popularny,a na seansach zjawiały się tłumy, z których znaczna część była wykształcona i zamożna.

    Spirytualizm wyrósł w zasadzie na odrębną religię, chociaż często odwoływał się do pojęć chrześcijańskich. Z USA szybko trafił do Francji, ojczyzny Comte’a i pozytywizmu. Na fali rozwoju techniki i rosnącej jakości życia wielu Francuzów wierzyło, że oto nadchodzi nowa era - epoka nauki i racjonalnego myślenia. Te poglądy odbiły się także na religii. Tradycyjna, oparta na autorytecie i interpretacjach starożytnych pism przez starożytnych myślicieli, bez możliwości weryfikacji, jawiła się wielu jako niegodna zaufania albo wręcz fałszywa. Skoro naukowe badanie np. roślin umożliwia większą produkcję żywności, dzięki czemu mniej ludzi głoduje, to czy nie powinniśmy badać w ten sam sposób religii? Kto wie co tracimy przez trwanie przy objawionych doktrynach zamiast weryfikować nadprzyrodzone.

    Spirytualizm, mimo postulowanej empirii, szybko zaczął teologizować. Podjęto próby stworzenia spójnej interpretacji wizji i wiedzy z seansów. Popularny był np. Emanuel Swedenborg, uczony i teolog z XVIII wieku. W pracach opisywał zaświaty, rozmowy z aniołami i oryginalną kosmologię. Źródłem teologizacji bywała także ideologia - francuscy spirytualiści byli często lewicowcami i w seansach dopatrywali się poparcia dla swoich tez. Na przykład Paul Louisy postulował reinkarnację - duchy z seansów są jakby w kolejce do kolejnego wcielenia, a jego jakość zależy od postępowania, które mierzy się pod kątem traktowania innych ludzi. Celem cyklu wcieleń jest Niebo - najwyższy stan istnienia dla duszy, w którym doświadcza ona Boga. Im lepiej traktujemy innych, tym szybciej cel ten jest w naszym zasięgu.

    Jakby mało było ezoteryzmu, pozytywizmu czy utopijnego socjalizmu to pojawiła się jeszcze interpretacja katolicka. Niejaki Henri Delaage uważał, że spirytualizm nie tylko nie obala katolicyzmu, ale wręcz go potwierdza. Medium nie są żadną nowością, bo przecież wielu świętych i mistyków miało objawienia, w których spotykali Maryję, Jezusa, świętych i doświadczali nieba/ piekła/ czyśćca. Zwolennicy spirytualizmu trafiali się i wśród kleru. Słynny Henri Lacordaire przypuszczał nawet, że powszechność nadprzyrodzonych zjawisk na seansach to reakcja boga na scjentystyczne pojmowanie świata. Spirytualizm w świecie anglosaskim i na kontynencie był wielonurtowy i nieskodyfikowany. I takim zastał go niejaki Hipolitowi Rivail, który doszedł do wniosku, że możliwe i konieczne są zmiany w tej materii.

    Rivail ukończył progresywną uczelnię Pestalozziego, której celem było wyedukować człowieka racjonalnego i naukowo myślącego. Z tego powodu był sceptycznie nastawiony do doniesień o spirytualistycznych zjawiskach. Z czasem jednak stał się bywalcem salonu pani Baudin, która była medium. Spotkania te były luźne, ale Rivail przekształcił je w metodyczne badania zjawisk i studiowanie nadprzyrodzonych relacji. Projekt wsparło kilka osób o podobnych ambicjach, a jego owocem była wydana w 1857 roku Księga Duchów. Od innych publikacji tego typu, będących zbiorem luźnych anegdotek, odróżniała ją forma. Księga była wzorowana na katechizmie i składała się z pytań i odpowiedzi udzielanych rzekomo przez duchy na tematy dotyczące relacji między światami, życia po śmierci i porządku wszechświata.

    Dzieło było syntezą wcześniejszych poglądów pojawiających się w spirytualizmie. Podkreślało połączenie między materią a duchem możliwe za pomocą “fluidu”. Światy przenikały się - nawiązanie kontaktu z jednej ze stron nie było więc czymś trudnym. Dusze były nieśmiertelne, ale bóg stworzył je niedoskonałymi stawiając przed nimi zadanie osiągnięcia perfekcji. Amerykanie byli zdania, że świat duchowy ma kilka sfer i tak jak po ziemskim życiu następuje przejście do najniższej sfery świata duchowego, tak z niej następnie przechodzi się do coraz wyższych warstw. Rivail promował jednak wspomnianą już teorię Louisiego, według której dusze podróżują między światami w procesie reinkarnacji, a dochodzenie do perfekcji odbywa się w trakcie kolejnych materialnych wcieleń, a nie w wymiarach duchowych.

    Allan Kardec, bo tak zaczął się po wydaniu książki określać Rivail, puszczał oczko do progresywistów (istnienie jako proces ciągłego ulepszania), utopijnych socjalistów (dobroczynność warunkuje progres duszy), umiarkowanych (celem nie jest ziemski raju tylko perfekcyjna dusza oglądająca boga), pozytywistów (empirycznie badana wiara miał pomóc ulepszyć świat) a nawet katolików - w jego książce pojawiły się odwołania do chrześcijańskich mistyków i teologów. Umiejętne odwoływanie się do sympatii kilku różnych grup pozwoliło mu odnieść duży sukces. Książka stał się zarzewiem ruchu, który Kardec nazwał spirytyzmem aby odróżnić się od innych spirytualistów. W 1858 roku zaczął wydawać czasopismo “Revue spirite”, w którym odnosił się do bieżących spraw, np. zajmując stanowisko w sporach “doktrynalnych”.

    Kardec powołał także do życia Paryskie Towarzystwo Nauk Spirytystycznych, które miało prowadzić badania nad treściami rzekomo objawianymi przez duchy i ulepszać metody jakie stosowano w trakcie seansów. Jego zdaniem przewaga spirytyzmu nad religią czy filozofią polegała na tym, że te drugie były szukaniem wytłumaczeń pod z góry założoną tezę, podczas gdy ten pierwszy stosuje metody naukowe, obserwuje, eksperymentuje i dokładnie analizuje materiał z seansów:

    [spirytyzm] ma swoje źródła w faktach samej natury, w faktach które często możemy zobaczyć na własne oczy.

    Próby unifikacji spirytualizmu i odrzucanie materiału, którego nie dało się dopasować do teorii były przez niektórych uważane za błędne. Krytycy szanowali dążenie do rzetelnego badania zjawiska, ale nie zgadzali się na “ujednolicenie” argumentując, że dziedzina ta jest nowa. Niech interpretacje powstają i swobodnie krążą - najlepsza z nich w końcu wygra. Konkurencja założyła “Revue spiritualiste” w którym krytykowała doktrynerstwo Kardeca. Zaatakowano na przykład reinkarnację o której anglosaskie duchy nic nie mówiły. Kardec odpowiedział na swoich łamach, że jest to owoc… amerykańskiego rasizmu. Duchy wolały ukrywać przed ludźmi, że dusza w jednym wcieleniu może być “biała” a w kolejnym “czarna”. Inne różnice tłumaczył tym, że wielu po prostu nieumiejętnie postępuje z duchami i te mogą np. trollować.

    Spirytyzm zyskał zwolenników także poza Francją. W XIX wieku kultura francuska cieszyła się dużym prestiżem u międzynarodowych elit i ich przedstawiciele znali język i byli na bieżąco z trendami. Nie inaczej było w Rio de Janeiro gdzie osiadło wielu imigrantów z Francji. Założyli oni towarzystwo spirytystyczne zwane “Grupą Konfucjusza”. Brazylijski spirytyzm jakkolwiek oparty na pracach Kardeca był jednak pozbawiony jego autorytetu i dlatego szybko wyewoluował w wiele nurtów. Można je było podzielić na trzy grupy. Pierwszą zwano “naukową” - skupiała się na fizycznych zjawiskach zachodzących w trakcie seansów. Druga - “czysty spirytyzm” - do obserwacji zjawisk dokładała próby ich filozoficznej interpretacji, ale odrzucała element religijny, który był z kolei kluczowy dla grupy trzeciej, “mistycznej”.

    Spirytyzm był początkowo domeną europejskich imigrantów z klas średniej i wyższej, ale bardzo szybko stał się popularny także wśród lokalnych odpowiedników. Religijny spirytyzm zaczął ponadto przenikać do niższych warstw społeczeństwa gdzie bardzo płynnie łączył się z ludowymi wierzeniami. Było to tym łatwiejsze, że wiele dzielił z katolicyzmem i często odwoływał się do jego wierzeń i autorytetów. Z drugiej strony był także atrakcyjny dla znajdujących się na marginesie grup afrobrazylijskich, które już były mocno synkretyczne a spirytyzm był dla nich dodatkowym, atrakcyjnym elementem. Religijni spirytualiści żarli się z naukowymi i dlatego w 1881 roku podjęto próbę zjednoczenia. Kongres w Rio zakończył się jednak fiaskiem, ale co się odwlekło to nie uciekło i tak w 1884 roku powstała Brazylijska Federacja Spirytystów.

    Nie znaczy to, że konflikty ucichły - wręcz przeciwnie, doszło jeszcze do intensyfikacji, bo w religijnym spirytyzmie doszło do tarć między kultami afrobrazylijskimi, a nurtem chrześcijańskim, który adoptując kult maryjny, jeszcze bardziej odbił w stronę katolicyzmu. Jego najważniejsza figurą był Chico Xavier, który za spirytystyczny ideał uważał… żywoty katolickich świętych. Zdaniem badaczy o masowym (w przeciwieństwie do Francji, gdzie spirytyzm nie przedostał się dużą skalę do klasy ludowej) sukcesie w Brazylii przesądziło właśnie kopiowanie ludowego katolicyzmu z jego świętymi i obrzędowością. Rozwój tego ruchu doprowadził w końcu do zerwania afrobrazylijczyków z chrześcijańskimi spirytystami i dzisiaj obydwie tradycje uważa się za oddzielne (choć mające wiele wspólnego).

    Mimo różnic udało się jednak zachować świadomość przynależności do jednej, spirytystycznej wspólnoty między różnymi grupami. Nie znaczy to, że powstał jakiś kościół roszczący sobie prawa do ustalania jedynie słusznej doktryny. Po dziś dzień spirytyści (którzy w 2010 roku mieli stanowić 2% brazylijskiego społeczeństwa) należą do różnych szkół. Różnice między nimi są często znaczące, bo tzw. “wysoki spirytyzm” w zasadzie nie interesuje się kosmologiami i doktrynami i jest skupiony na… medycznym zastosowaniu spirytystycznych praktyk. Tak, to nie żart. W XX wieku zaczęły powstawać medyczne towarzystwa spirytystów (w skład w których wchodzili także lekarze) twierdzące, że ich metody pomagają i leczą. Ludzie ci wykładają na uczelniach i prowadzą szpitale (w samym Sao Paulo jest ich ponad 20).

    W czym może pomóc spirytyzm osobom borykającym się z problemami? Jeśli zgadujecie, że może chodzić o np. seans w trakcie którego rozmawia się ze zmarłym członkiem rodziny żeby upewnić się, że wszystko jest ok to macie rację. Ale fantazja nie kończy się tutaj. Placówki spirytystyczne leczą też depresję czy uzależnienia. Jak to działa? Ano doktor (lub “doktor” bo nie zawsze są to osoby po z dyplomem) modli się, nakłada ręce (przekazując w ten sposób tajemniczą energię) czy tam czyta religijny tekst, tłumacząc dlaczego nie można tyle pić. Oprócz tego powszechne są wszystkie możliwe terapie “alternatywne” jak np. homeopatia czy leczenie witaminami albo dziwacznymi dietami. Jeśli myślicie, że to tylko brazylijska wersja “doktora” Zięby to jesteście w błędzie. Istnieją bowiem spirytystyczni chirurdzy.

    Największą sławą cieszy się niejaki dr Adolf Fritz, który przez ostatnie 60 lat dokonał kilku tysięcy operacji. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że Fritz (o ile kiedykolwiek istniał) miał zginąć w trakcie I WŚ. Jak leczyć po śmierci? Otóż pan doktor “opętuje” medium i nadal może wycinać wyrostki czy zszywać rany. “Wynalazcą” Fritza był Jose Pedro de Freitas, ale po jego śmierci pojawili się następni, którzy twierdzili, że kontynuują oni współpracę z dobrym Adolfem. Wśród tych następców są lekarze z dyplomami. Środowisko medyczne jest podzielone - część uważa to za szarlatanerię, ale są i zwolennicy. Gdy ginekologowi Edsonowi de Queiroz odebrano uprawnienia do wykonywania zawodu z powodu spirytyzmu w lekarskiej praktyce, zwrócił się do sądu, który przywrócił mu tytuły i posadę.

    Można więc powiedzieć, że państwo sankcjonuje takie praktyki, a spirytyzm na dobre zadomowił się w Brazylii. Zarówno w ludowej religijności i na uniwersytetach.

    #daszwiare #religia #ciekawostki #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #historia
    pokaż całość

    •  

      Paul Louisy postulował reinkarnację - duchy z seansów są jakby w kolejce do kolejnego wcielenia, a jego jakość zależy od postępowania, które mierzy się pod kątem traktowania innych ludzi. Celem cyklu wcieleń jest Niebo - najwyższy stan istnienia dla duszy, w którym doświadcza ona Boga.

      @niedoszly_andrzej: Ciekawy koncept, chyba już kiedyś coś podobnego słyszałem.

      źródło: pinclipart.com

    •  

      @ja_nie_lubie: <nerd mode> no, ale panie kolego przecież w hinduizmie atman i brahman to w zasadzie to samo, a tutaj dusza indywidualna ma oglądać boge co jest rozdzielny w stosunku do niej </nerd mode>, nerwowo poprawia za duże okulary.

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 77, w którym miksujemy szyizm, neoplatonizm i pitagoreizm.

    Link do wpisu na blogu ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Tertulian zapytał kiedyś “co wspólnego mają Ateny i Jerozolima” konkludując, że chrześcijaństwo jest nową jakością i wymaga odrzucenia poprzedniego świata. Współcześni historycy uważają te słowa za dalekie od prawdy i wskazują, że frakcja, która ostatecznie zdefiniowała chrześcijańską ortodoksję czerpała z helleńskiej filozofii pełnymi garściami. Nie oni jedni. Czytając kiedyś książkę o świecie postrzymskim zaskoczył mnie fakt poświęcenia jednego z rozdziałów Arabom, gdzie autor przekonywał, że w pewnym sensie także oni byli kontynuatorami tradycji Imperium*. Co wspólnego ma Bliski Wschód i Ateny? Więcej niż mogłoby się wydawać. Region był silnie zhellenizowany, a nowi panowie byli zafascynowani osiągnięciami starożytnych i uważali się za ich następców.

    Al-Kindi, ojciec arabskiej filozofii, twierdził nawet, że jego lud jest spokrewniony z Grekami. Późniejszy Al-Farabi uważał, że muzułmanie przejęli od starożytnych więcej niż chrześcijanie z powodu większej zgodności islamu z filozofią. Kalif (przywódca muzułmańskiej wspólnoty) Al-Mamun opowiadał, że spotkał we śnie Arystotelesa, który przekonał go do wydania zgody na tłumaczenie greckich klasyków na arabski. Wpływy Greków były jeszcze mocniejsze wśród grup nie należących do głównego nurtu. Wszelkie rekordy pobili chyba Druzowie, którzy choć współcześnie nie są klasyfikowani jako muzułmanie, to korzeniami sięgają islamskiego Egiptu okresu Fatymidów. Druzyjski historyk Izzedin napisał kiedyś, że jego religia:

    wykracza poza ramy tradycyjnego monoteizmu sięgając do wcześniejszych form poszukiwania jedności z Absolutem. Stąd uwielbienie dla Hermesa, posłańca boskiej nowiny, dla Pitagorasa, boskiego Platona i dla Plotyna.

    Kim są Druzowie? Zacznijmy chronologicznie. Po śmierci Mahometa doszło do konfliktu. Ali był kuzynem i, jako mąż Fatimy, zięciem proroka. Zdaniem części muzułmanów to stawiało go na czele ich wspólnoty. Ali z żoną podzielali ten pogląd i odmówili uznania Abu Bakra, którego ogłoszono kalifem. Ali doczekał się przywództwa po trzecim kalifie, ale było ono kontestowane. Został w końcu zamordowany, a zastąpił go jeden z pretendentów, Mu’awija. Nie zakończyło to jednak konfliktu, bo część muzułmanów nadal popierała krewnych i potomków Alego uważając, że to oni powinno stać na czele ummy (wspólnoty wiernych). Nazwano ich “stronnictwem/ partią Alego” czyli szyitami. Szyizm nie był jednolity, ale powszechny był w nim ezoteryzm, przekonanie o istnieniu ukrytych znaczeń w nauczaniu Mahometa.

    Spór był zatem nie tylko personalny, ale i religijny - jedynymi, którzy znają prawdziwy islam są potomkowie Alego i to ich należy słuchać. Z powodu prześladowań szyici ukrywali się, próbując czasem, na fali rewolty czy przewrotu, obalić status quo i uzyskać władzę dla potomków Alego (niekoniecznie autentycznych). Właśnie taka historia wydarzyła się w X wieku w północnej Afryce, gdzie Berberowie (rdzenna, przedislamska ludność) wynieśli do władzy ród, który podawał się za potomków Fatimy, żony Alego. Tak zwani Fatymidzi stworzyli niezależne od sunnitów imperium obejmujące północną Afrykę i Syrię. Rdzeniem ich państwa był Egipt, a stolicą Kair. Miasto było centrum nie tylko politycznym, ale także kulturalnym i intelektualnym.

    Fundamentem na którym budowali tamtejsi intelektualiści była helleńska filozofia. Dużym zainteresowaniem cieszył się neoplatonizm Plotyna, Jamblicha i Porfiriusza. W skrócie - zakładali oni, że istnieje hierarchia bytów, na czele z Absolutem. Ten jest jedyny w swoim rodzaju, nie ma woli i nie podejmuje żadnych działań. Jego natura jest poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Jedyne co można o nim powiedzieć to to, że istnieje, jest doskonały i niezmienny. Nie jest stwórcą w tym sensie co bóg/ bogowie z różnych wierzeń, ale wszystko co istnieje, istnieje dzięki niemu, bo istnienie Absolutu umożliwia istnienie innym bytom, które z niego emanują. Takimi emanacjami były na przykład Powszechny Umysł i Powszechna Dusza. Niektóre z emanacji są jakby bliżej źródła i mogą pośredniczyć między ludźmi a Absolutem.

    Łatwo dostrzec dlaczego poglądy te nie były trudne do reinterpretacji dla islamu. Absolut to oczywiście Allah, a emanacje to na przykład aniołowie objawiający się prorokom. Bardziej ezoteryczne wersje głosiły, że prorocy mogli sami być emanacją bytów bliskich Absolutowi (a więc znajdujących się bliżej ideału niż człowiek). Około sto lat po dojściu Fatymidów do władzy rządy w Kairze objął niejaki Al-Hakim. Nowy kalif zerwał z tradycją tolerancji i brutalnie narzucił swoje zasady. Nakazywał umieścić w meczetach klątwy przeciwko pierwszym sunnickim kalifom, zakazał chrześcijanom obchodzenia Wielkanocy, kazał spalić wszystkie rodzynki w mieście i wylać cały miód do Nilu (można było z nich wyprodukować alkohol). Zrównał też z ziemią Bazylikę Grobu Pańskiego w Jerozolimie, bo uznał tzw. Cud Ognia za czary.

    Al-Hakima uznano za szaleńca, ale część uczonych zanurzonych w neoplatonizmie z jego niezrozumiałym Absolutem, doszła do innego wniosku. Irracjonalność (w ludzkim rozumieniu) była dla nich dowodem na bliskość z bogiem. Al-Hakim miał pokaźną grupę fanów uważających, że odegra on ważną rolę w historii. Nadzieje na nieuchronność przełomu wzmagał fakt zbliżajania się tysięcznej rocznicy zakończenia ziemskiej działalności Jezusa z Nazaretu. Pojawiły się pogłoski jakoby ruch skupiony na fatymidzkim kalifie, którego częścią był niejaki al-Darazi (stąd prawdopodobnie nazwa Druzowie - co ciekawe w późniejszej narracji sami zainteresowani uznali go za czarny charakter), uważał al-Hakima za emanację samego boga. Druzowie dzisiaj zaprzeczają, ale w świetle innych ich poglądów nie brzmi to nieprawdopodobnie.

    Druzowie uważają swoich pierwszych liderów za inkarnacje neoplatońskich Uniwersalnego Umysłu, Ducha oraz Słowa, Poprzednika i Następcy. Ich zdaniem ta piątka pojawiła się wielokrotnie w ludzkiej historii - jako Jezus i uczniowie, Mahomet, Mojżesz i prorocy, Platon i Arystoteles oraz Pitagoras. Każda inkarnacja zwiastuje nowy rozdział w dziejach ludzkości. Tak miało być także teraz. Dopóki żył al-Hakim Druzów tolerowano, ale po jego tajemniczym zniknięciu w 1021 roku skończyła się sielanka, a zaczęły krwawe prześladowania. Zamiast narodzin nowej masowej religii doszło do eksodusu tych którzy ocaleli z Egiptu. Większość z nich uciekła w okolice trudno dostępnych gór Libanu. Przez jakiś czas prowadzili misje, ale w pewnym momencie, z niejasnych przyczyn, wspólnota zamknęła się na konwersje.

    Druzowie uważali się za muzułmanów, ale ich podejście było niestandardowe. Tak zwane Filary Islamu zostały zreinterpretowane jako alegorie zachęcające do wiary i wspierania wspólnoty. Laikatowi pozwolono na wieprzowinę i alkohol. Zwolniono go też z obowiązku modlitwy. Z czasem od laikatu w ogóle przestano wymagać znajomości wiary, a bycie Druzem stało się kwestią przynależności do grupy. Oczywiście powoływanie się na islam nie spodobało się muzułmanom. Heretyk jest często w religiach abrahamicznych uważany za groźniejszego od innowiercy, bo nie tyle żyje w kłamstwie, co świadomie wypacza prawdę. Pojawiły się fatwy (opinie muzułmańskich uczonych) głoszące, że Druzów można atakować, co nasiliło najazdy. Prześladowania i ataki sprawiły, że odizolowali się oni jeszcze bardziej.

    Skoro islam występuje tylko z wierzchu (niektóre pojęcia, odwołania do Mahometa, Alego i Koranu) to czym naprawdę jest religia Druzów? Na to pytanie niełatwo odpowiedzieć, z powodu zamknięcia i nikłej znajomości u samych wyznawców. Mówiliśmy już o wpływach neoplatonizmu - Druzowie do dzisiaj wierzą w boga przypominającego filozoficzny Absolut, a nie osobowy byt z Biblii czy Koranu. Mówią o “Stwórcy Wszechświata”, ale ich stworzenie nie było aktem woli w konkretnym momencie. Z boga emanowały byty, z których potem wyłonił się wszechświat, w którym powstało życie. Na podobnej zasadzie pojawienie się religii to nie boża ingerencja w świat (Absolut nie ma woli), tylko kolejne wcielenia pierwszych emanacji. Silne są także wpływy Pitagorasa, którego imię już się tutaj pojawiło.

    Pitagoras jako nauczyciel religijny pojawił się w odcinku 65 i tam odsyłam po szczegóły. Jego podstawowym wpływem na religię Druzów jest reinkarnacja. Wierzenie to jest na tyle popularne, że często jest to jedna z nielicznych rzeczy którą o swojej religii wiedzą świeccy wyznawcy. W przeciwieństwie do Pitagorasa, Druzowie uważają jednak, że dusze ludzkie wcielają się tylko w ludzi. Po zamknięciu wspólnoty na konwertytów pojawił się pogląd, że Druzowie byli od zawsze Druzami, tj. ich dusze od momentu zaistnienia wcielają się w ludzi jednoczących się wokół kolejnych inkarnacji wyżej opisanej Piątki. Czyli za czasów Pitagorasa dusze, które obecnie żyją jako Druzowie były wtedy uczniami tego właśnie starożytnego filozofa. Ma to być efekt paktu jaki dusze zawarły z emanacjami przy pierwszym wcieleniu.

    Celem Druzów jest zjednoczenie z Absolutem, źródłem istnienia. Ideę tę wyraża symbol zapożyczony od pitagorejczyków - koło z kropką na środku. Koło to wszechświat, a punkt to Absolut, niezbędny dla istnienia reszty na podobnej zasadzie na jakiej przy rysowaniu cyrklem musimy wbić ostrą część w materiał. Nie ma koła bez kropki. I tutaj dochodzimy do kolejnej rzeczy zaczerpniętej od pitagorejczyków - wiedza jak osiągnąć cel jest tajemna i ciężka do pojęcia. Zdobywanie tejże wiedzy i próby jej zrozumienia wymagają lat pracy. Tysięcy lat - stąd reinkarnacja jest teologiczną koniecznością, bo żadna dusza nie jest w stanie tego zrobić na przestrzeni jednego życia. Druzowie to zatem grupa dusz od tysięcy lat podążających za naukami inkarnowanych emanacji aby wrócić do źródła.

    To sprawia, że Druzowie są niechętni mieszanym małżeństwom. Gdy Druzyjka Amal Alamuddin wychodziła za Clooneya, ludzie z jej rodzinnych stron wyrażali współczucie. Uważa się, że dusze wcielające się w dzieci z takich związków cofają się w duchowym rozwoju. Legendarna odwaga druzyjskich żołnierzy również może mieć źródła w wierze w reinkarnację. Wyraża to przypisywana im fraza “kto chce zasnąć w łonie swojej matki tej nocy?”. Jeśli po śmierci natychmiast wracamy do bliskich i życia, to wydaje się ona mniej straszna. Reinkarnacja stoi także prawdopodobnie za liberalnym podejściem do wiary - masz wiele wcieleń na zjednoczenie z Absolutem. W obecnym możesz poświęcić się biznesowi, uczelni czy życiu rodzinnemu. Życiem stricte religijnym możesz zając się przy następnej okazji.

    Znających doktrynę i praktykujących jest około 10%. To tzw. uqqal lub szejkowie. Są wśród nich kobiety, co może być pokłosiem tego, że tajemna wiedza była u pitagorejczyków dostępna także dla pań. Słynęli z lepszego traktowania płci żeńskiej niż otoczenie i to widać u Druzów. Reszta społeczności to juhhal - “nieświadomi/ ignoranci”. Juhhal mogą żyć w zasadzie bez religii (nie ma obowiązkowych modłów czy wizyt w miejscach kultu) a ich jedynym “przykazaniem” jest dbanie o wspólnotę. Świecki sposób życia wyróżnia Druzów na tle innych wyznań. W Libanie i Syrii gdzie istnieją największe wspólnoty (o przebiegu granic decydowały kolonialne mocarstwa, nie liczące się za bardzo z lokalsami) regiony często mają dominującą religię a jej przejawy są wszechobecne - ikony, figurki Maryi, cytaty z Koranu czy portrety ajatollahów.

    Szejkowie nie są duchownymi jak księża. Mają religijną wiedzę i, podobnie jak pitagorejczycy, prowadzą ascetyczne życie, przestrzegając dziwacznych nieraz reguł. Tak jak uczniowie Pitagorasa nie jedli np. fasoli, szejkom nie wolno wypić na raz szklanki wody, nawet w upale. Wielu trudni się rolnictwem z racji przekonania, że powinni jeść tylko to co sami wyhodują. Często żyją wśród “ignorantów”. Zdarzają się małżeństwa między przedstawicielami tych grup. Zaawansowani szejkowie to ajawid.Pełnią rolę liderów społeczności, rozsądzają spory i reprezentują w kontaktach z państwem. Zasada dobra wspólnoty jest tutaj także nadrzędna i w skrajnych sytuacjach szejkowie bywali powoływani do wojska, żeby bronić wiosek. Okazji ku temu nie brakuje - a to libańska wojna domowa czy ostatnia rewolucja w Syrii.

    Druzów jest od 1 do 2 milionów. Poza Syrią i Libanem rdzenne wspólnoty zamieszkują Izrael i Jordanię. Każda z grup jest autonomiczna. W czasie gdy libańscy Druzowie trzymali z szyitami, Izraelscy dogadali się ze swoim rządem i część z nich popiera idee syjonistyczne, służy w wojsku a nawet (mniejszość) nie uważa się za Arabów. To nie przeszkadza syryjskim Druzom trzymać z Assadami, którzy są sojusznikami antyizraelskiego Iranu. Wydaje się, że matecznikach Druzowie są w miarę bezpieczni (zwłaszcza po pokonaniu ISIS, dla których byli heretykami), ale z racji nikłej wiedzy religijnej laikatu istnieje potencjał na bardzo szybką sekularyzację i asymilację w diasporze. Największe społeczności poza Bliskim Wschodem żyją w Wenezueli i Stanach Zjednoczonych.

    #daszwiare #religia #ciekawostki #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #islam
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 76, w którym obalamy tezę, że religia to uduchowiony MLM.

    Link do bloga ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Patrząc na kościoły z boku można czasem odnieść wrażenie, że to przykład MLMa. Częścią praktyki i dowodem wiary jest dążenie do propagowania religii. W wielu związkach wyznaniowych istnieją nawet specjaliści zajmujący się tym zbożnym celem, czyli misjonarze. Każdy kto chodził na katechezę i czasami odwiedzał kościół spotkał się z wizytami misyjnego kleru, który opowiadał jak idzie przekonywanie ludzi do wiary w papieża, Jezusa i Maryję. Katolicyzm nie jest wyjątkowy, a są religie i wyznania jeszcze bardziej misyjne, wymagające aktywnego prozelityzmu (nawracania) także od szeregowych wiernych (np. Świadkowie Jehowy). Generalnie pozyskiwanie wyznawców jest uważane za coś dobrego. Skoro znamy Prawdę (koniecznie przez wielkie “P”) to jakbyśmy mieli się nią nie podzielić?

    Są jednak wspólnoty dla których potencjalni konwertyci to niekoniecznie powód do radości. Tak jest w przypadku zoroastrian. Wiara starożytnych Irańczyków przetrwała islamskie panowanie, chociaż skurczyła się do niewielkich rozmiarów. Oficjalna liczba jej wyznawców w Iranie oscyluje w okolicach 25k. W Indiach, gdzie nazywa się ich Parsami, wspólnota liczący sobie około 60k. Są to potomkowie tych zoroastrian, którzy z różnych powodów opuszczali zdominowany przez muzułmanów Iran. Jedni i drudzy są przyzwyczajeni do bycia mniejszością. Iran dostał się pod muzułmańskie panowanie w VII wieku, a obecnie jest krajem wyznaniowym i teokratycznym (rządzonym przez szyicki kler). Pewien czas po podboju zoroastrian uznano za “Lud Księgi”, co zapewniło im tolerancję religijną i prawo do istnienia.

    Wyznawcy islamu byli jednak uprzywilejowani. Na przykład, jeśli przechodziłeś na islam, to otrzymywałeś cały spadek po rodzicach, a Twoje rodzeństwo dostawało figę. Nie płaciłeś dodatkowych danin i nie obowiązywał cię szereg ograniczeń dla niewiernych. W okolicach XIII wieku większość Irańczyków była już muzułmanami. Zoroastrianie zaś byli dyskryminowani a czasem nawet prześladowani. Źródła donoszą na przykład o osobliwej praktyce publicznego torturowania psów przez muzułmanów. Psy były w ludowym zoroastryzmie uważane za miłe bogu zwierzęta, inaczej niż w ludowym islamie. Tortury powodowały reakcję zoroastrian, co dawało pretekst do użycia przemocy. Zdarzały się też przymusowe konwersje. Między innymi dlatego część zoroastrian wyemigrowała do Indii (stąd właśnie Parsowie).

    Zoroastryzm został niemal wytępiony. Przetrwał w wiejskich społecznościach wokół Yazdu i Kermanu. Sytuacja poprawiła się w XIX wieku właśnie dzięki Parsom. Stworzyli oni sieć anjomas (stowarzyszeń) w Iranie, wspierali pieniędzmi i edukacją. Doprowadziło to do transformacji dotychczas biednych i prowincjonalnych wspólnot. Pomoc zbiegła się z rolniczym boomem, który przyniósł dodatkowe benefity. Część zoroastrian przeniosła się do miast, gdzie awansowała do klasy średniej i wyższej. Pociągnęło to ze sobą ewolucję ich religii. Po arabskim podboju zoroastryzm stał się bardzo mocno skupiony na rytuałach i legalizmie, ale teraz odbił w stronę etyczno-filozoficzną. Wykształceni mieszczanie odrzucili wiele zwyczajów, np. słynne pozostawianie zwłok sępom na szczytach wież, w celu oczyszczenia kości z mięsa.

    Zmiany te doprowadziły do konfliktów w społeczności jak i w stosunkach z konserwatywnymi Parsami, ale ostatecznie zostały przyjęte. Konsekwencją wspomnianego bogacenia się była też emigracja. Zamożna mniejszość to łatwy cel dla demagogów i część zoroastrian zdecydowała się opuścić Iran. Liczna diaspora pojawiła się w krajach anglosaskich na czele z USA. Jako wyznawcy jednej z najstarszych religii świata przykuli tam uwagę różnej maści duchowych poszukiwaczy, między innymi teozofów. Niektórzy ludzie, po zapoznaniu się z myślą i praktyką zoroastryzmu wyrazili zainteresowanie jego formalnym przyjęciem. Temat ten był i jest mocno kontrowersyjny a kler zoroastryjski generalnie na te prośby odpowiadał, że zoroastryzm jest religią etniczną i trzeba się w tej wierze urodzić.

    Ludzie zachodu nie są jednak jedynym źródłem potencjalnych konwertytów i kontrowersji. Kolejnym są Irańczycy. W XIX wieku wśród mieszkańców Iranu zaczęło rosnąć zainteresowanie przedislamską historią, która okazała się być równie bogata i ciekawa. Jej istnienie było dla wielu dowodem, że islam i Iran nie muszą iść w parze. W niektórych kręgach zoroastryzm stał się modny jako rdzenna wiara i etyka, przeciwstawiana islamowi, który opisywano jako arabski import. Część ludzi zaczęło też postrzegać religię proroka jako przeszkodę na drodze do modernizacji kraju, a zoroastryzm jako rozwiązanie. Sympatia do zoroastryzmu i liczne odwołania do czasów w których był on dominującą wiarą charakteryzowała niektórych polityków z okresu przed Islamską Rewolucją. W tym samego szacha (króla) i jego otoczenie.

    Nastanie Islamskiej Republiki nie zdławiło zainteresowania starożytną religią. Po rewolucyjnych perturbacjach sytuacja zoroastrian w Iranie uległa poprawie. Zdaniem Sohraba Firuzfara, prezesa Związku Zoroastrian w Yazd, jego wspólnota ma się teraz najlepiej od VII wieku. Oczywiście rządy okrutnego szacha, który ciepło odnosił się do zoroastryzmu nie przysporzyły sympatii jego wyznawcom, ale wraz z upływem lat nastroje uległy poprawie. Moda na przedislamską przeszłość Iranu ożyła, między innymi dzięki rozczarowaniu nowym porządkiem. Skoro republika ma na sztandarach islam i jest on częścią ideologii władzy to polityczny sprzeciw łączy się często z odrzuceniem religii. Nie zawsze prowadzi to do wybrania zoroastryzmu jako alternatywy i nie jest to jedyny powód chęci konwersji, ale znaczący.

    Zoroastryjska wspólnota w Iranie ma bardzo niski przyrost naturalny (jej członkowie są średnio lepiej wykształceni i bardziej zamożni, co przekłada się na mniejszą liczbę dzieci), wysoki współczynnik emigracji (wyjazd jest atrakcyjną opcją, szczególnie dla młodych, którym władza “odbiera smak życia”) a jej członkowie często wchodzą w małżeństwa mieszane (mężczyzna aby poślubić muzułmankę musi wyznawać islam, kobieta poślubiona muzułmaninowi musi wychować dzieci w wierze męża). Teoretycznie zoroastryjscy kapłani powinni więc cieszyć się z zainteresowania, ale jest tu pewien problem. Mianowicie - prawo uznaje odejście od islamu za przestępstwo. Jest to także społeczne tabu i informacja, że jakaś mniejszość wyznaniowa pozyskuje konwertytów może podburzyć ulicę do linczów.

    W Iranie nie ma zatem mowy o otwartych konwersjach. Te zdarzają się jednak w diasporze. Z biegiem lat część kleru na obczyźnie uznała, że zoroastryzm jak najbardziej jest religią uniwersalną i przyjmuje do wspólnoty nie tylko Irańczyków innych wiar, ale i przedstawicieli nieirańskich etnosów. Rodzi to jednak kontrowersje w Iranie i wśród Parsów. Temat jest tym bardziej śliski, że niektórzy religijni dysydenci z Iranu, którzy uciekli na Zachód, twierdzą, że konwersje na zoroastryzm mają też miejsce w ojczyźnie. Liderzy irańskich wspólnot zaprzeczają i podkreślają, że przestrzegają prawa. Zdarzają się jednak anonimy wśród kleru potwierdzające to zjawisko, ale... krytykujące je. Konwertyci są czasem oskarżani o brak rzeczywistego zainteresowania religią i traktowanie jej jako politycznego manifestu.

    Anonimy i dysydenci niekoniecznie są wiarygodni. Na rzetelny spis nie możemy liczyć, ale w 2020 roku organizacja badawcza GAMAAN przeprowadziła badanie na grupie 40 tysięcy Irańczyków. Nie jest ono do końca zgodne ze sztuką, choćby z tego powodu, że przeprowadzono je online, a część starszych ludzi i mieszkających na prowincji nie posiada dostępu do internetu (w Iranie ma go jednak prawie ¾ ludzi- 60 z około 83 mln). Czynniki te starano się uwzględnić, a wyniki, choć niedoskonałe są ciekawe. Wg. nich muzułmanów jest w Iranie zaledwie około 40% (oficjalne dane mówią o 99%). Z zoroastryzmem identyfikuje się natomiast nie 0.03% a 7.7%. Zdaniem badaczy, nawet jeśli te wielkości nie są do końca takie, to potwierdzają fakt, że osób uważających sie za zoroastrian jest znacznie więcej twierdzi rząd.

    Mogłoby się wydawać, że niechęć do konwersji jest pozorowana, a tak naprawdę chodzi o strach przed muzułmanami. Zwłaszcza, że w diasporze do konwersji dochodzi. Nie jest to jednak do końca prawda. Wspomniałem już, że tradycyjnie zoroastryzm nie był misyjną religią. Pewne próby podejmowano za Sasanidów, kiedy to rządzący tworzyli zoroastryjski kościół na wzór chrześcijańskiego w Imperium Rzymskim. Iran był jednak rozległym państwem, a zoroastryzm religią wielu nurtów. Reformy te nie objęły wszystkich obszarów i tradycji. Zapędy misjonarskie po Sasanidach, nawet jeśli były, skutecznie hamowało prawo islamskie. Przekonanie o tym, że zoroastryzm to religia etniczna mocno wryło się w jego wyznawców. Widać to u Parsów, uznawanych za bardziej konserwatywną grupę niż Irańczycy.

    Parsowie nie mieli tak daleko idących prawnych ograniczeń jeśli chodzi o konwersje, a mimo to były one od zawsze na cenzurowanym. Wspólnota ta starała się trzymać na uboczu i nie mieszać się z innymi. Do tego stopnia, że dzieci tych, którzy wżenili się w rodzinę innowierców nie mają wstępu to świątyń. Jeśli Indus interesuje się zoroastryzmem, parscy kapłani mówią mu, że nie da się przyjąć ich religii, ale może mieć nadzieję, że reinkarnuje się w przyszłym wcieleniu jako zoroastrianin (mimo, że nie wierzą w reinkarnację). W XXI wieku doszło do ostrego kryzysu w parskiej społeczności - znalazła się ona w centrum zainteresowań wielu Irańczyków szukających “wiary ojców”. Skoro nie mogli formalnie zmienić religii w ojczyźnie to próbowali to zrobić w Indiach, gdzie prawo muzułmańskie przecież nie obowiązuje.

    Obywatele Iranu nie byli jedynymi chętnymi. Zoroastryzm był też wiarą ludów w Azji Środkowej. Po upadku promującego państwowy ateizm ZSRR ludność jego byłych republik nie musiała już ukrywać się ze swoimi religijnymi potrzebami. Tadżycy (jedna z irańskich nacji) i Uzbekowie (mówiący językiem z rodziny tureckiej) zaczęli odwoływać się do zoroastyjskich Achemenidów i Sasanidów jako prekursorów ich państw. Ci pierwsi posunęli się nawet do uznania Zoroastra za Tadżyka. Część klasy średniej i wyższej uznała, że tożsamość ich krajów powinna być budowana na zoroastryzmie a nie islamie i postanowiła “wrócić do wiary przodków”. Oczywiście nie mogli tego zrobić w Iranie i także udali się do Parsów. Ci początkowo nie bardzo wiedzieli jak zareagować. Niektórzy kapłani zaczęli przyjmowali nowych wiernych.

    Większość doszła jednak do wniosku, że zoroastrianinem może być tylko dziecko zoroastryjskiej pary i sprzeciwiła się przyjmowaniu nowych członków oraz nie uważała ich za swoich współwyznawców. Zwolennicy konwertytów, tzw. “nowozoroastrian” są zdania, że to jedyny sposób na ratunek przed wymarciem. Oficjalne dane mówią o mniej niż 100k wyznawców, a liczba ta cały czas się zmniejsza z uwagi na niewielką dzietność i częste ożenki poza religią. Tradycjonaliści twierdzą jednak, że to nieprawda i konwersje są niepotrzebne. Część Parsów przychylna nowozorastrianom założyła w Bombaju tak zwane Kolegium Zoroastryjskie, tłumaczące literaturę religijną, organizujące wykłady i utrzymujące kontakty z zainteresowanymi oraz konwertytami z innych państwach.

    Te inne państwa to nie tylko Iran i Azja Środkowa, ale także Rosja. Tak. Zoroastryzm ma swoich zwolenników, wśród etnicznych Rosjan twierdzących, że Słowianie to Ariowie (tak jak Irańczycy), zatem zoroastryzm to ich rdzenna religia. Co ciekawe to właśnie Rosjanie byli iskrą, która zamieniła teologiczny spór w otwarty, uliczny konflikt. W 2010 roku dwóch kapłanow z bombajskiego Kolegium wyświęciło na nowego kapłana Rosjanina, Michaiła Czispiakowa. 45 konserwatywnych duchownych na wieść o tym zebrało swoich zwolenników i udało się pod budynki Kolegium gdzie doszło do regularnych zamieszek. Wśród Parsów pojawił się rozłam. Konserwatyści czują się zagrożeni i są bardzo drażliwi na punkcie konwersji. Z tego powodu zerwali np. stosunki z zoroastrianami z Wielkiej Brytanii, którzy nawracają.

    Ciężko racjonalnie wytłumaczyć niechęć kleru do potencjalnych nowych wyznawców. O ile przypadek Iranu jest zrozumiały, to Parsowie jawią się jako religijne dziwadło. Prawdopodobnie naprawdę wynika to z tradycji i przekonania, że zoroastryzm jest religią, którą bóg zaprojektował dla Irańczyków. Skoro otrzymali objawienie przez Zoroastra, a żydzi przez Mojżesza, to chyba bóg lepiej wie, kto ma co wyznawać, prawda? Wydaje się jednak, że kurczenie się populacji “rdzennych” zoroastrian sprawi, że przyjmowanie konwertytów przestanie być kontrowersyjne i upowszechni się. Diaspora jest coraz liczniejsza i ma coraz więcej do powiedzenia, a tam lokalne wspólnoty nie mają problemu z konwertytami, upatrują wręcz w nich szansę na przetrwanie i dowód na to, że ich wiara ma coś do zaoferowania także dzisiaj.

    #daszwiare #iran #religia #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania #ciekawostki #hisoria
    pokaż całość

  •  

    #daszwiare #rozdajo

    Z okazji 75 odcinka małe rozdajo dla religijnych (i antyreligijnych) świrów. Zasady są proste - pluszujemy wpis do poniedzałku 12:00. Z plusujących wylosuje zwyciezcę który otrzyma książkę (wysyłka na mój koszt) "Teologia mistyczna Kościoła Wschodniego" Łosskiego. pokaż całość

    źródło: cdn-lubimyczytac.pl

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 75, w którym wymyślamy transhumanizm inspirując się mnichami z tajgi.

    Link do wpisu na blogu ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Kojarzycie zdjęcia rosyjskich astronautów z ISS, które przewinęły się przez media choćby przy okazji informacji o wycieku powietrza w ich części stacji? Obok typowych, narodowych symboli i bohaterów jak Gagarin można było na nich dostrzec także prawosławne ikony. Ich obecność może wydawać się dziwna, nie na miejscu. Gdzie kosmiczna stacja wypakowana nowoczesną technologią, owoc rygorystycznych naukowych dociekań, a gdzie religijne obrazki z często mitologicznymi postaciami, pisane w takim samym stylu od setek lat? Rosyjski kontekst stawia tę sprawę w nieco innym świetle. Radziecka eksploracja kosmosu i śmiałe wizje dotyczące tego jak powinna wyglądać przyszłość były tutaj mocno inspirowane religią, choćby za sprawą XIX wiecznego myśliciela Mikołaja Fiodorowa.

    Współcześnie jest on mało znaną postacią, ale swego czasu był prawdziwą gwiazdą rosyjskiego życia intelektualnego. Do grona jego admiratorów należeli literaci tacy jak Lew Tołstoj czy Fiodor Dostojewski, naukowcy jak Konstantyn Ciołkowski (pionier astronautyki), filozofowie jak Władimir Sołowjow oraz ezoterycy jak Piotr Uspienski. Jego idee inspirowały między innymi Władimira Wiernadskiego (naukowiec, prekursor geochemii, biogeochemii i radiogeologii) czy Siergieja Korolowa (naukowiec, który odegrał kluczową rolę w radzieckim programie kosmicznym). Fani Fiodorowa nazywali go Moskiewskim Sokratesem i uważali za wizjonera, uczonego i mistyka w jednej osobie. Fiodorow jest ojcem założycielem nurtu zwanego ruskim kosmizmem. Jest także określany jako prekursor transhumanizmu.

    Fiodorow żył trochę jak Sokrates - nie przejmował się dobrami doczesnymi a myśli przekazywał ustnie zostawiając ich propagowanie uczniom. Fundamentalną różnicą między nimi było podejście do śmierci. Sokrates uważał śmierć za naturalną a Fiodorow za abominację którą należy wyeliminować. Ale od początku. Mikołaj był nieślubnym synem księcia Pawła Gagarina i bliżej nieznanej Elżbiety. Niewiele wiemy o jego wczesnym życiu. Zdaniem badaczy wychowanie bez matki sprawiło, że miał bardzo patriarchalny ogląd świata. Jeden z nielicznych autobiograficznych zapisków mówi o trzech wspomnieniach z dzieciństwa - czarnym chlebie, którym chłopi żywili się w czasach głodu, opisanie wojny jako czegoś co polega na ludziach strzelających do siebie nawzajem i podział świata na krewnych i obcych.

    Te trzy wspomnienia przekładają się na trzy wyzwania jakie widział Fiodorow przed ludzkością - problem głodu, wojen i braku braterstwa. Zdaniem Mikołaja pierwotną przyczyną tych trudności, podobnie jak wszystkich innych, jest fakt ludzkiej śmiertelności. Wszystkie rozwiązania ludzkich problemów są tak naprawdę doraźne, bo nie dotykają faktycznego ich źródła - śmiertelności człowieka. Jeśli chcemy rzeczywiście coś zmienić to naszą misją powinna być nieśmiertelność. To właśnie Fiodorow określał mianem Wspólnego Celu ludzkości. Rozróżniał on dwa rodzaje śmierci - dezintegrację i fuzję. Ta pierwsza oznacza dosłowną śmierć i postępujący rozpad organizmów na atomy. To drugie określenie dotyczyło stapiania się jednostek w bezmyślną, ślepą masę, na przykład w ruchach politycznych czy religijnych.

    Z pierwszym rodzajem śmierci ludzie powinni walczyć opracowując technologię pozwalającą na zebranie cząsteczek ze zdezintegrowanych organizmów i ponowne tchnięcie w nie życia. Projekt Fiodorowa, w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych, zakładał nie tyle zapewnienie nieśmiertelności obecnie żyjącym (np. poprzez zatrzymanie starzenia), ale wskrzeszanie umarłych. I to wszystkich którzy kiedykolwiek żyli. Jeśli chodzi o śmierć - fuzję to bronią ludzkości miała być duchowość - pozwalająca znaleźć balans między byciem częścią czegoś większego, ale bez zatracenia się. Fiodorow uważał za ideał współistotność Trójcy która jest trzema oddzielnymi osobami a jednocześnie tym samym bytem. Zmartwychwstanie wszystkich ludzi uważał za akt czyniący z nich chrześcijan niezależnie od credo.

    Fiodorow może wydawać się człowiekiem jednej idei, ale wskrzeszenie wszystkich żyjących było tak naprawdę przepastnym zbiorem innych projektów. Na przykład - skoro materia krąży w przyrodzie, to ludzie chcąc ożywić swoich przodków muszą zbadać każdy zakątek nie tylko Ziemi, ale także wszechświata. Podróże kosmiczne stają się tym bardziej potrzebne, że nieśmiertelnych ludzi będzie tylko przybywać. Siłą rzeczy będą oni musieli zacząć zasiedlać inne światy. Ponadto - nieśmiertelność ludzi miała być tylko pierwszym krokiem na drodze do jeszcze większego celu, zapewnienia nieśmiertelności wszystkim istotom żyjącym. Co za tym idzie - wypełnienie życiem całego, wydaje się że obecnie martwego, wszechświata. Już w fazie poszukiwania technologii wskrzeszania ludzi doszłoby do wielki zmian.

    Nieśmiertelność, obok bycia celem samym w sobie była częścią projektu głębokiej przemiany ludzkości. Opracowanie takiej technologii wymaga potężnych zasobów, które w tej chwili idą na nadmierną konsumpcję czy prowadzenie wojen. Obydwa te zjawiska są, zdaniem Fiodorowa, potężnymi problemami i źródłem nierówności, nienawiści, szowinizmu, zabójstw, nałogów, problemów zdrowotnych, okaleczeń i tak dalej i tak po kolei. Przerzucenie zasobów na opracowanie technologii wskrzeszania ludzi rozwiązałoby problemy wynikające z wojen i konsumpcjonizmu. Ponadto technologia ta nie powstałaby przecież w izolacji. Jej osiągnięcie zajęłoby dużo czasu i wymusiło upowszechnienie się edukacji oraz wiązałoby się z ogólną I tu dochodzimy do prawosławnej inspiracji filozofii Wspólnego Celu. Sam Mikołaj rewolucją technologiczną. Te rzeczy miały by na zawsze zmienić ludzkość.

    Fiodorow regularnie uczęszczał do cerkwi i przyznawał się do religii jako natchnienia. Wspomniałem już o Trójcy jako idealnym bycie, ale sam pomysł zmartwychwstania nietrudno zidentyfikować z jedną z kluczowych obietnic prawosławia. Przedstawienie Jezusa wyłamującego bramy Hadesu i uwalniającego zmarłych jest obecne w niemal każdej cerkwi. Sam pogląd na śmierć jako niezgodną z naturą pochodzi z prawosławnej teologii. Twierdzi ona, że śmierć nie istniała w oryginalnym świecie stworzonym przez Boga. Niestety człowiek zgrzeszył a “zapłatą za grzech jest śmierć”. Prawosławie obiecywało człowiekowi życie wieczne, zgodne z pierwotnym zamysłem Boga, a Fiodorow chciał tę obietnicę zrealizować.

    W religii, podobnie jak u Fiodorowa, osiągnięcie tego celu wiązało się z ciężką pracą zarówno jednostek jak i społeczności, które te jednostki tworzyły. Życie wieczne jest wprawdzie łaską od Boga, ale na człowieku spoczywa obowiązek przyjęcia tej łaski i aktywna z nią współpraca w celu transformacji natury ludzkiej zepsutej przez grzech. Wspomniałem, że Fiodorow postrzegał pracę nad technologią pozwalającą wskrzeszać ludzi jako coś co miało nie tylko przynieść nieśmiertelność ale i zmienić człowieka z egotycznej istoty w wyższą formę. Tutaj Mikołaj mocno inspirował się tradycją monastyczną i duchowością hezychastyczną. Monastycyzm jest często uważany za kluczowy dla prawosławia ponieważ mnisi i mniszki w sposób radykalny pracują nad wcieleniem chrześcijańskiego ideału w życie.

    Fiodorow był wyznawcą Sergiusza z Radoneża, słynnego mnicha (był on najwyraźniej bardzo święty, bo jest czczony także przez katolików). Oprócz rzekomych cudów, wizji i obłaskawiania dzikich niedźwiedzi, Sergiusz jest znany z zainicjowania ponad 400 klasztorów. Fiorodow uznał to za ideał do naśladowania przy kolonizacji kosmosu. Wspólny wysiłek zamieniał niegościnne lasy i stepy na ludzkie siedziby a budowane cerkwie przekształcały świecką przestrzeń w sakralną. To samo należało zrobić z kosmosem. Tutaj wychodziła kolejna myśl inspirowana religią - natura aktualnie wymaga podporządkowania, bo została skażona naszym upadkiem i jest dla nas niebezpieczna, ale gdy przywrócony/ osiągniemy cel to zapanuje pełna harmonia i zniknie bariera między ludzkim a naturalnym.

    Kolejnym ukochanym mnichem Fiodorowa był Serafin z Sarowa (podobnie jak Sergiusz ma on swój fanklub także w innych kościołach). Serafin był hezychastą i jako taki za cel stawiał sobie przebóstwienie, który święty Atanazy zgrabnie podsumował mówiąc: “Po to Bóg stał się człowiekiem aby człowiek mógł stać się Bogiem”. Hezychaści uważają, że celem Boga jest pełne zjednoczenie ludzi z nim samym. Spędzali więc swoje życie na ciągłej modlitwie, medytacji i ascezie aby “wyczulić się” na bożą łaskę i jak najlepiej z nią współpracować. Niektórzy hezychaści twierdzili, że na końcu czasów Bóg zjednoczy ze sobą nie tylko ludzi, ale cały wszechświat. Fiodorow miał podobną wizję w której człowiek, z biegiem czasu, wskrzesza także inne istoty i wypełnia życiem cały kosmos, realizując boży plan.

    Mikołaj zmarł w 1903 roku, ale miał wielu zwolenników a jego idea żyła dalej. Kosmistami byli ludzie religijni i niereligijni, filozofowie, naukowcy i artyści. Rewolucja bolszewicka nie pogrzebała kosmizmu mimo podejrzliwości co do jego religijnych korzeni. Nowa władza i jej ludzie byli bardzo antyreligijni, ale część myślicieli komunistycznych potrafiło spojrzeć na te kwestie szerzej i czerpać z przeszłości rzeczy, które dały się pogodzić z obecnym porządkiem. Część komunistów była nastawiona idealistycznie i podobał im się pacyfizm, internacjonalizm i uniwersalizm Fiodorowa. Jego idee trafiły za pośrednictwem ucznia, Ciołkowskiego, do Siergieja Korolowa, człowieka odpowiedzialnego za radziecki program kosmiczny który wyniósł do gwiazd Jurija Gagarina. I tak jeden Gagarin zrealizował projekt drugiego.

    #daszwiare #religia #prawoslawie #rosja #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zainteresowania #historia
    pokaż całość

  •  

    #daszwiare Sprostowanie - w znalezisku tutaj napisałem, że Jozafat (czyli Budda) i Barlaam nadal znajdują się w Martyrologium Rzymskim, ale to nie jest prawda. Zostali z niego usunięci kilkaset lat później, po tym jak w XIX wieku wyszło na jaw, że ludzie ci nigdy nie istnieli i są bohaterami legendy stworzonej na bazie opowieści o Buddzie.

    Zmyliło mnie to, że na stronie z której korzystałem tekst martyrologium był podany jako pochodzący z 2008 roku, ale to dotyczyło tekstu polskiego, bo łaciński był starszy.

    Dziękuje @WyszkolonyKatol za zauważenie tego faktu i przepraszam za wprowadzenie w błąd.

    Co jednak nie zmienia faktu, że katolicy (a prawosławni nadal) przez setki lat czcili wymyślonych na bazie legendy o Buddzie ludzi. Cała reszta tekstu jest zgodna z wiedzą podaną w encyklopediach z których korzystałem (na stronie w Źródłach).
    pokaż całość

    +: S....m, ranunculus +11 innych
    •  

      @niedoszly_andrzej:
      Całe księgi były usuwane, istniało sporo apokryfów. Dogmat o nieomylności papieża wprowadziliśmy dopiero w 19 wieku.

      Jest też różnica między czcić Buddę, a wspominać kolesia, który rzekomo ewangelizował Indie

    •  

      @WyszkolonyKatol: no to hiperbola. Podobn8e zatytułowane były teksty które czytałem zbierając materiały do odcinka i postanowiłem iść ich slqdem.

      Zasadniczo tekst opisuje jak na bazie legendy o buddzie powstała legenda chrzescijanska a chrzescijanie dali się nabrać. I tyleʕ•ᴥ•ʔ.

      BTW. Papież był wg kk zawsze nieomylny, dogmat sprawił tylko, że nie można już w to nie wierzyć.

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 74, w którym czcimy świętego Buddę.

    LINK DO BLOGA Z LEPSZYM FORMATOWANIEM I ŹRÓDŁAMI

    Każdy zna Buddę, tak tego z wielkim “B” na początku. Ciężko nie znać prekursora jednej z największych tradycji religijno - filozoficznych. Tym bardziej, że akurat ta tradycja (czy raczej tradycje) cieszy się uznaniem i zainteresowaniem nawet wśród osób, którym daleko do religijnej wiary. Siddharta Gautama (bo tak się nazywał, budda to tytuł) był jednak celebrytą na długo przed nastaniem mody na zen czy Dalajlamę. Jego postać przeniknęła także do innych indyjskich religii. Bardzo możliwe, że już w starożytności (na pewno w średniowieczu) był czczony w tradycjach wedycznych jako wcielenie Wisznu. Osoba Buddy na dobre zapisała się w zbiorowej wyobraźni Indusów, niezależnie od religii. Proces ten powtórzył się w innych miejscach i Budda jest cenioną postacią w dalekowschodnich kulturach.

    Taoiści uznali Gautamę za wcielenie Laozi (założyciela taoizmu). W Japonii “honji suijaku” mówi (w uproszczeniu), że bóstwa z rdzennych wierzeń to tak naprawdę buddowie ukazujący się Japończykom w zrozumiałych dla nich formach aby przygotować ich na właściwy buddyzm. Wymownym przykładem znaczenia Buddy w religiach Dalekiego Wschodu jest historia manicheizmu. Misjonarze działający w Chinach uznali, że najlepszą strategią jest przedstawianie swoich nauk jako buddyzmu, a Maniego jako Buddy Światła. Sukces był tak duży, że kler buddyjski pisał specjalne broszury przestrzegające wiernych i wymógł na cesarzu zakaz konwersji. Motyw Buddy jako wielkiego nauczyciela przetrwał w Azji do dzisiaj i tamtejsze nowe ruchy religijne także się doń odwołują (np. Ahmadiyya czy bahaici).

    Kariera Gautamy nie ogranicza się jednak do Dalekiego Wschodu. Dotarł on także na Zachód. I nie mam tutaj na myśli Wattsa, zen, New Age czy ruchu mindfulness. Budda zrobił karierę na Zachodzie wcześniej jako… chrześcijański święty! Co!? Andrzej na głowę upadłeś! Jak niby miałby on być chrześcijańskim świętym skoro nie był chrześcijaninem? Nie był nawet wyznawcą boga YHWH żeby być honorowanym na tej zasadzie jak Mojżesz czy Eliasz. To wszystko prawda, ale to nie przeszkodziło Buddzie doczekać się kultu. Jak to możliwe? Wiemy już, że był on ważną figurą dla ludzi Dalekiego Wschodu i Azji Środkowej. W lokalnych kulturach krążyło wiele historii o życiu Gautamy. Wiele z nich było sprzecznych, ale pewne motywy były bardziej popularne i częściej opowiadane niż inne.

    Powtarza się wątek Buddy jako członka rodu królewskiego. Powszechna była też historia przepowiedni mówiących, że Gautama będzie wielkim władcą lub ascetą. Znana jest też próba odcięcia młodego Buddy od przeciętnych ludzi. Rodzice obawiali się, że kontakt z niedolą poprowadzi ich syna do zostania ascetą. Budda wymykał się jednak z pałacu i oglądał życie zwykłych ludzi. Nie potrafił zrozumieć czemu jest w nim tyle cierpienia. Pchnęło go to do duchowych poszukiwań. Zrezygnował z życia jako książe i udał się na nauki u różnych guru, mnichów i joginów. Gdy okazały się one niepełne, stworzył własną naukę i praktykę - czyli buddyzm. Nie wiemy jak, ale te historie w nieco zmienionej formie przedostały się w średniowieczu do świata chrześcijańskiego jako opowieść o Barlamie i Jozafacie.

    Być może stały za tym syriackie kościoły, które miały liczne wspólnoty w Indiach. Teorii jest jednak więcej. Niektórzy twierdzą, że opowieść schrystianizowali nie indyjscy, a bliskowschodni chrześcijanie, którzy jako poddani kalifatu mieli rozliczne kontakty z tłumaczonymi na arabski indyjskimi tekstami. Inni wskazują na manichejczyków, którzy jako wyznawcy religii łączącej chrześcijaństwo, mazdaizm i buddyzm byli idealnymi kandydatami na tworzenie synkretycznych wierzeń. Opowieść o świętych Barlamie i Jozafacie stała się popularna wśród bliskowschodnich chrześcijan na przełomie tysiącleci. Podobieństwa w tej opowieści są uderzające do wymienionych wcześniej popularnych motywów z legend mających opisywać życie i początek duchowej drogi Siddharty Gautamy.

    Opowieść zaczyna się od opisu panowania króla Abennara, który miał być władcą części Indii. Był on przywiązany do tradycyjnej religii i nie podobała mu się misjonarska działalność chrześcijan. Chcąc temu przeciwdziałać posunął się nawet do prześladowań. Pewnego dnia kapłani przepowiedzieli mu, że jego jedyny syn, Jozafat, sam zostanie chrześcijaninem. Władca postanowił więc odseparować syna od świata zewnętrznego. Nakazał zamknąć go w pałacu i zabronił opuszczania jego murów. Jozafat był jednak bardzo ciekawy otoczenia i pomimo zakazów wymykał się do miasta i spotykał z poddanymi. Jako królewski syn nie doświadczył biedy, więc zderzenie z życiem zwykłych ludzi było dlań szokiem. Nie mógł zrozumieć czemu na świecie jest tyle cierpienia. Popadł przez to w kryzys egzystencjalny.

    To była jednak część bożego planu. Bóg posłał wówczas do niego mnicha Barlaama przebranego za kupca. Za pomocą alegorii Barlaam przedstawia księciu chrześcijaństwo. Jozafat uznaje to za naukę tłumaczącą jego rozterki i przyjmuje chrzest. Abennar dowiaduje się o konwersji syna i próbuje różnych sztuczek aby wrócił do starej wiary. Bóg jednak czuwa i to władca idzie w ślady potomka. Po jego śmierci Jozafat zrzeka się władzy, zostaje mnichem i razem z Barlaamem praktykuje surową ascezę. Gdy umierają zostają ogłoszeni świętymi, a ich ciała stają się przedmiotem kultu. W czasach w których opowieść ta pojawiła się na Bliskim Wschodzie (VIII - XI wiek) krytyka historyczna czy mitologia komparatywna w zasadzie nie istniały. Nic dziwi więc, że wielu uznało te podania za prawdę.

    Najstarsza zapisana wersja legendy pochodzi z Gruzji, a datuje się ją na X wiek. W XI wieku mnisi z Atos przetłumaczyli ją na grekę, a kilka lat później pojawiła się wersja łacińska. Historia stała się popularna między innymi dlatego, że Europa przeżywała w średniowieczu okresy fascynacji daleką Azją. Mnożyły się legendy o rzekomych chrześcijańskich władcach na Wschodzie, którzy czekają tylko na znak żeby wspólnie z krzyżowcami zaatakować muzułmanów i odbić Jerozolimę. Teksty kopiowano i włączano do hagiografii (popularny w historycznych kościołach gatunek opisujący cudowne żywoty świętych), które czytali także świeccy. Barlaam i Jozafat pojawili się w słynnej średniowiecznej Złotej Legendzie, znanym i szeroko rozpowszechnionym zbiorze hagiografii.

    Duchowni wschodnich kościołów włączyli Barlaama i Jozafata do kalendarzy liturgicznych już w X/XI wieku. Łacińscy duchowni zrobili to samo w okolicach XIII wieku. Barlaam i Jozafat byli zatem czczeni oficjalnie. W końcu ich autentyczność potwierdziło także papiestwo, które starało się uporządkować kwestie kultu świętych i ich kanonizacji. Na polecenie Grzegorza XIII wydano w XVI wieku Martyrologium Rzymskie, które od tamtej pory jest oficjalnym, potwierdzonym przez Watykan spisem świętych. Liturgiczne wspomnienie Barlaama i Jozafata przypada w nim na 27 listopada. Prawosławni honorują ich zaś 26 sierpnia (greckie cerkwie) lub 19 listopada (ruskie cerkwie). I tak niczego nieświadomi chrześcijanie przez wieki modlili się i czcili Jozafata i Barlama.

    Pierwszym, który zauważył podobieństwo z historiami Buddy był wenecki skryba kopiujący teksty Marco Polo (który poświęcił jeden z fragmentów Gautamie). Chrześcijanie wyciągnęli z tego wniosek, że to historia Buddy jest zniekształconą historią Jozafata (co jest niemożliwe bo Budda jest datowany na od 300 do 500 lat przed Jezusem). Pierwszym człowiekiem, który zauważył, że może być dokładnie na odwrót był orientalista Steinschneider w XIX wieku. Pełne opracowanie tematu wykazujące czemu Steinschneider ma rację było jednak dziełem de Laboulaye’a. Poza analizą samej historii przedstawił tezę, że Jozafat to zniekształcona wersja buddyjskiego tytułu “bodhisattwa” oznaczająca osobę, która już osiągnęła oświecenie, ale zdecydowała się pozostać w cyklu wcieleń aby pomagać innym.

    Zauważono, że w arabskiej wersji jest mowa o Buddasafie. De Blois opisał proces powolnej zamiany w arabskim z Buddasafa na Yudasafa. Ten z kolei przełożono na gruzińskiego Iodasafa, który w grece odwzorowano, korzystając z hebrajskiego, jako Ioasafa. Tłumacz na łacinę przełożył z kolei Iosafa na Jozafata. Wszystkie formy imienia, które tu podałem są zapisane fonetycznie. Nie jestem lingwistą i nie chciałem się bawić w szlaczki, których nie rozumiem ani ja, ani czytelnik. Odkrycia lingwistów i orientalistów nie uszły uwadze kręgów katolickich. Encyklopedia Katolicka przyznaje wprost, że to podanie o Barlaamie i Jozafacie to legenda oparta na buddyjskich opowieściach o Gautamie, ale martyrologium rzymskie cały czas wymienia ich jako świętych, więc ich kult nadal obowiązuje.

    Internet jest pełen pytań czy można łączyć praktyki buddyjskie z byciem chrześcijaninem. Zazwyczaj odpowiedź brzmi nie. Ciekawe jednak jakie zdanie w temacie mieliby święci Barlaam i Jozafat.

    #daszwiare #religia #buddyzm #ciekawostki #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    •  

      Interesuje mnie natomiast pojęcie boddhisatwy i jak jest rozumiane i używane przez buddystów, a jest własnie tak jak colega @Dreampilot napisał

      @niedoszly_andrzej: To znaczy jest faktycznie tak, że bodhisattwa jest to istota która powstrzymuje się przed wejściem w nirwanę, póki wszystkie istoty nie osiągną oświecenia. Natomiast to czy bodhisattwa jest istotą "w pełni oświeconą", czy tez taka która jest "zaledwie o krok od oświecenia" to już czcza filozoficzna dyskusja. Zwłaszcza że różni nauczyciele róznie mówią o oświeceniu i o ile w dawnych tekstach buddyjskich oświecenie było czesto przedstawiane jako "punkt", tzn. było "zerojedynkowe" rozróznienie: ktoś albo nie jest oświecony, albo jest oświecony, to teraz oswiecenie bardziej traktuje się jako pewne kontinuum, i mogą być rózne "stopnie" oświecenia, mozna być oświeconym "bardziej" lub "mniej". Są też pojęcia nagłego i powolnego oświecenia, itd. pokaż całość

    •  

      @raj: @niedoszly_andrzej:

      Pozwolę sobie wkleić notę o bodhisattvie za Princeton Dictionary of Buddhism:

      bodhisattva. (P. bodhisatta; T. byang chub sems dpa’; C. pusa; J. bosatsu; K. posal 菩薩). In Sanskrit, lit. “enlightenment being.” The etymology is uncertain, but the term is typically glossed to mean a “being (SATTVA) intent on achieving enlightenment (BODHI),” viz., a being who has resolved to become a buddha. In the MAINSTREAM BUDDHIST SCHOOLS, the Buddha refers to himself in his many past lifetimes prior to his enlightenment as a bodhisattva; the word is thus generally reserved for the historical Buddha prior to his own enlightenment. In the MAHĀYĀNA traditions, by contrast, a bodhisattva can designate any being who resolves to generate BODHICITTA and follow the vehicle of the bodhisattvas (BODHISATTVAYĀNA) toward the achievement of buddhahood. The Mahāyāna denotation of the term first appears in the AṢṬASĀHASRIKĀPRAJÑĀPĀRAMITĀ, considered one of the earliest Mahāyāna sūtras, suggesting that it was already in use in this sense by at least the first century BCE. Schools differ on the precise length and constituent stages of the bodhisattva path (MĀRGA), but generally agree that it encompasses a huge number of lifetimes—according to many presentations, three incalculable eons of time (ASAṂKHYEYAKALPA)—during which the bodhisattva develops specific virtues known as perfections (PĀRAMITĀ) and proceeds through a series of stages (BHŪMI). Although all traditions agree that the bodhisattva is motivated by “great compassion” (MAHĀKARUṆĀ) to achieve buddhahood as quickly as possible, Western literature often describes the bodhisattva as someone who postpones his enlightenment in order to save all beings from suffering. This description is primarily relevant to the mainstream schools, where an adherent is said to recognize his ability to achieve the enlightenment of an ARHAT more quickly by following the teachings of a buddha, but chooses instead to become a bodhisattva; by choosing this longer course, he perfects himself over many lifetimes in order to achieve the superior enlightenment of a buddha at a point in the far-distant future when the teachings of the preceding buddha have completely disappeared. In the Mahāyāna, the nirvāṇa of the arhat is disparaged and is regarded as far inferior to buddhahood. Thus, the bodhisattva postpones nothing, instead striving to achieve buddhahood as quickly as possible. In both the mainstream and Mahāyana traditions, the bodhisattva, spending his penultimate lifetime in the TUṢITA heaven, takes his final rebirth in order to become a buddha and restore the dharma to the world. MAITREYA is the bodhisattva who will succeed the dispensation (ŚĀSANA) of the current buddha, GAUTAMA or ŚĀKYAMUNI; he is said to be waiting in the tuṣita heaven, until the conditions are right for him to take his final rebirth and become the next buddha in the lineage. In the Mahāyāna tradition, many bodhisattvas are described as having powers that rival or even surpass those of the buddhas themselves, and come to symbolize specific spiritual qualities, such as AVALOKITEŚVARA (the bodhisattva of compassion), MAÑJUŚRĪ (the bodhisattva of wisdom), VAJRAPĀṆI (the bodhisattva of power), and SAMANTABHADRA (the bodhisattva of extensive practice). In Western literature, these figures are sometimes referred to as “celestial bodhisattvas.” ¶ In Korea, the term posal also designates laywomen residents of monasteries, who assist with the menial chores of cooking, preserving food, doing laundry, etc. These posal are often widows or divorcées, who work for the monastery in exchange for room and board for themselves and their children. The posal will often serve the monastery permanently and end up retiring there as well. pokaż całość

    • więcej komentarzy (24)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 73, w którym sprawdzamy czy natura nie znosi próżni.

    Link do wpisu na blogu z lepszym formatowaniem i źródłami

    Znacie to powiedzonko? Niegdyś szafowano nim tak chętnie, że stało się ono memem. Ale wytłumaczmy o co chodzi. Kraje tzw. Zachodu przeszły proces nazywany sekularyzacją. Po polsku oznacza wprowadzenie rozdziału między państwo a religię, a po angielsku, dodatkowo, osłabienie postaw i poglądów religijnych w społeczeństwie (po naszemu “laicyzacja”). Chrześcijańskie kościoły utraciły przemożne wpływy na zachodnie państwa i społeczeństwa. Zbiegło się to w czasie z pojawieniem się licznych wspólnot imigranckich, z których część wywodzi/ła się z krajów tradycyjnie muzułmańskich. Obserwatorzy wychodzący z założenia, że “ludzie muszą w coś wierzyć” uznali, że islam zastąpi chrześcijaństwo.

    Natura nie znosi próżni - przestaniemy wierzyć w chrześcijaństwo, które no owszem, ma jakieś tam niedociągnięcia i wady, to przyjdzie islam i dopiero zobaczymy. Tekst ten stał się wytrychem, którym posługiwano się przy niemal każdej próbie krytyki chrześcijańskich wierzeń czy postępowania kościołów. Zwrot podłapali nawet niektórzy niewierzący kupując narrację, że może i chrześcijaństwo ma wady, ale islam to jest znacznie gorszy. Zamiast rozstrzygać kto jest zły a kto gorszy, chciałbym się zająć przestudiowaniem przypadku jednego z nielicznych państw świata, które zostało zaprojektowane jako sekularne i zobaczyć czy rzeczywiście “natura nie zniosła próżni” i czy kraj ten zamienił się w kalifat.

    Mowa o Urugwaju. W epoce kolonialnej tereny wchodzące w skład tego państwa były, wybaczcie określenie, zadupiem. Rdzenni mieszkańcy długo stawiali zaciekły opór kolonizatorom, a oni nie byli jakoś szczególnie zmotywowani, bo nie znaleźli tu wartych uwagi bogactw. Nawet gdy już ujarzmiono i wytępiono tubylców, to zasiedlenie szło opornie. O region spierali się Portugalczycy i Hiszpanie. Po co mieszkać w strefie potencjalnej wojny? Większy ruch ludności z Europy zaczął się dopiero w XVIII wieku. Miało to swoje religijne konsekwencje - z powodu małej ilości wiernych, kolonialny Kościół nie stworzył rozbudowanej sieci parafii. Przez lata nie było też lokalnej hierarchii, a Urugwaj podlegał pod diecezję Buenos Aires.

    Tereny Urugwaju były mocno skupione wokół ośrodka miejskiego w Montevideo, a interior słabo zaludniony. To także miało konsekwencje - klasa latyfundystów, którzy generalnie byli konserwatywni i klerykalni, była mniej liczna i biedniejsza niż w innych koloniach. Co więcej - część wiejskiej elity stanowili protestanci, potomkowie brytyjskich osadników. Byli oni mocno związani z miejskimi elitami Montevideo, które z kolei były liberalne. Zaczytywały się one w pracach francuskich i amerykańskich autorów. Jedną z największych zdobyczy epoki (przynajmniej tak to przedstawiali francuscy i amerykańscy pisarze) było zaś rozdzielenie państwa od kościoła, tolerancja religijna, a w konsekwencji - brak wojen z powodów wyznaniowych.

    Zafascynowane oświeceniowymi ideami elity uważały, że nowoczesne państwo musi być niezależne od religii, a w swoim młodym kraju chciały ten pomysł zrealizować w praktyce. Inne pomysł mieli jednak biskupi Montevideo, od połowy XIX wieku najwyżsi rangą lokalni dostojnicy kościelni. W urugwajskim Kościele, podobnie jak w europejskim, dominowała “walka z modernizmem”. Jej zwolennikiem był sam papież, Pius IX. Zgodnie z duchem “Sylabusa błędów” (dzieło wyjaśniające czemu liberalizm jest niezgodny z katolicyzmem) urugwajski kościół sprzeciwiał się tak szatańskim pomysłom jak utworzenie świeckich szkół kontrolowanych przez rząd, wprowadzenie rozwodów czy nieuznawanie katolicyzmu za religię państwową.

    Hierarchia rzuciła na front walki z liberalnymi elitami wszystkie siły wierząc, że ewentualne zwycięstwo przeciwnika oznacza koniec Kościoła i upadek wartości. Na niewiele się to jednak zdało, między innymi z powodów wymienionych wcześniej. Kościół nie był w Urugwaju tak mocno osadzony w życiu i historii ludności jak w wielu innych miejscach Ameryki Łacińskiej. Pierwszy cios nadszedł w 1861 roku, gdy rząd przejął cmentarze, argumentując, że pogrzeb jest dla wszystkich którzy go chcą, nie tylko dla tych którym pozwala kler. Doprowadziło to do ciągnących się kilka lat debat i polemik, których atmosfera była bardzo gorąca. Kler i konserwatywni katolicy twierdzili, że rząd chce tak naprawdę zniszczyć Kościół.

    Gdy bitewny kurz nieco opadł, w 1877 roku rząd ogłosił sekularyzację edukacji - szkoły musiały być od tej pory świeckie. W 1879 ogłoszono, że małżeństwa religijne muszą być uprzednio rejestrowane urzędowo. Kilka lat później nakazano usunięcie wszelkich symboli religijnych z placówek publicznych, w tym szpitali. W 1907 roku zakazano powoływania się na religię w parlamentarnych ślubowaniach. Chwilę potem zmieniono wszystkie religijne nazwy świąt na świeckie. I tak Boże Narodzenie stało się na przykład Dniem Rodziny a Trzech Króli przechrzczono na Święto Dzieci. Zsekularyzowano nawet nazwy miejscowości, na przykład miasteczko Santa Isabel (Święta Izabela) przemianowano na Paso de los Toros (Przejście Byków).

    W 1919 roku w życie weszła sekularna konstytucja, symbol ostatecznego triumfu wizji świeckiego państwa. Kościoły mogły działać, ale tylko w granicach prawa. Spór z kościołem, który próbował budować na myśli wypływającej z Sylabusa błędów stał się elementem urugwajskiej tożsamości narodowej. W popularnej wyobraźni dążenia kościoła były próbą budowy katolickiego państwa wyznaniowego. Tak jak niektóre kraje definiują swoją tożsamość przez pryzmat walki z np. sąsiadem, tak Urugwaj, definiował ją przez narrację o walce z kościołem przedstawionym jako mroczna siła chcąca opanować kraj i dzielić żyjących w nim ludzi ze względu na wyznanie. Antyklerykalizm stał się jednym z elementów nacjonalizmu urugwajskiego.

    Może to być ciężkie do wyobrażenia dla Polaka. U nas odwołania do “wiary ojców” są w zasadzie obowiązkowe dla polityków. Mit Urugwaju jest jednak inny i mówi on o kraj równości, który jest własność narodu, samodzielnego i niezależnego od władców czy religii. Promowano równe traktowanie innych, obywatelskość i jednorodność kulturową. Urugwajski bzik na tym punkcie był tak mocny, że wszystkie budynki publiczne musiały być szare. Zdaniem Nestora Da Costy z Katolickiego Uniwersytetu Urugwajskiego, laicki nacjonalizm stał się w pewnym sensie nową religią Urugwajczyków. W domowym zaciszu mogą wierzyć w swoich bogów, ale w przestrzeni publicznej musieli “czcić” państwo i naród.

    Czy to oznacza, że religia w Urugwaju umarła i zapanowała tam jakaś forma oświeceniowego komunizmu? Czy natura “nie zniosła próżni” a odwieczne prawa rządzące historią i społecznościami ludzkimi sprawiły, że Urugwaj się zislamizował/ padł ofiarą obcej agresji? Nie. Kościół, wieszczący upadek cywilizacji w wyniku wygranej armii Goga i Magoga, po jakimś czasie, przeprosił się z realiami i zaczął sobie w nich najnormalniej w świecie działać. Powstało sporo katolickich inicjatyw społecznych, naukowych i kulturowych, będących alternatywą dla państwowych. Radykalizm głoszący potrzebę budowy katolickiego państwa zdechł i ustąpił miejsca zupełnie innej formie religii, głoszonej przez nową generację duchownych.

    Pogodzonych z tym, że ich kościół jest dla państwa i społeczeństwa jednym z wielu i skupionych na głoszeniu tego co uważają za prawdę oraz życiu swojej wspólnoty. Dekady działania w zgodzie z prawem, w ramach sekularnego porządku, zmieniły także nastawienie społeczeństwa. Wojownicze postawy z pierwszej połowy XX wieku ustąpiły bardziej zniuansowanym i zrelaksowanym. Symboliczną cezurą zmiany myślenia o religii, była zgoda na pozostawienie wielkiego, 30 metrowego krzyża, wzniesionego z okazji mszy papieskiej. Wielu radykalniejszych polityków i działaczy uważało, że wprost narusza on prawo zakazujące symboli religijnych w miejscach publicznych, ale większość miała inne zdanie.

    Wspomniany Nestor Da Costa uważa, że urugwajski model był wręcz korzystny dla kościoła. Państwo odcięło go od wszystkich funduszy, dlatego żeby przetrwać musiał zwracać się bezpośrednio do wiernych. Feudalna struktura, w której hierarchia wykorzystuje wpływy wśród elity do zdobycia pieniędzy sprawia, że biskupi nie muszą przejmować się szeregowymi wiernymi. W Urugwaju nie było takiej możliwości na szerszą skalę. Kościół musiał więc angażować świeckich, co pozytywnie wpłynęło na ich samoidentyfikację z religią. Jeśli chodzi o dane, to Urugwajskie społeczeństwo jest podzielone mniej więcej po połowie na niereligijnych i religijnych. W ostatnich latach przewaga bezwyznaniowców zaczęła rosnąć, ale…

    No właśnie - sekularni Urugwajczycy mają mniej dzieci niż religijni. Z drugiej strony część dzieci religijnych rodzin i imigrantów (są raczej religijni) się z czasem laicyzuje. Sytuacja wygląda na patową. Urugwajczykom to jednak nie przeszkadza - religia jest u nich dla chętnych. Badania pokazują też, że wielu bezwyznaniowców nie jest ateistami czy nawet agnostykami. Część tych ludzi jest jak najbardziej wierząca, ale po prostu nie identyfikuje się z żadną religią. W istnienie siły wyższej wierzy około 80% mieszkańców. Natura chyba faktycznie nie zniosła próżni, ale postanowiła ją wypełnić inaczej niż islamem, bo liczba jego wyznawców, nie przekracza tysiąca, a według innych danych może to być nawet mniej niż 500 osób.

    #daszwiare #religia #ateizm #amerykapoludniowa #urugwaj #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostki #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Wpis na blogu z lepszym formatowaniem i źródłami

    Dasz Wiarę? Odc. 72, w którym zadajemy kłam tezie, że wiara jest dla niewykształconych.

    Obiegowa mądrość mówi, że im ludzie lepiej wykształceni tym mniejsza szansa, że będą wierzyć w religię/ nadprzyrodzone. Ojciec socjologii, Comte pisał wprost, że wiara religijna padnie w końcu ofiarą nauki i intelektu. Wtórowali mu jego następcy i nie bezpodstawnie, bo dane zebrane przez socjologów w XX wieku pokazywały spadek religijności wraz wykształceniem. Tłumaczono to na przykład tym, że w szkołach, zwłaszcza wyższych, zderzasz się z innymi sposobami myślenia, co sprawia, że zauważasz relatywność tego co brałeś za absolutną prawdę. Z czasem mniejszy wpływ mają także rodzice zmuszający do modlitwy czy nabożeństwa a większy rówieśnicy, wiecznie gotowi do imprezy. Teoria zgadzała się więc z praktyką i pogląd że szkoła zabija religię był obowiązujący.

    Tymczasem badania empiryczne z początku XXI wieku w USA rzucają nieco inne światło na sprawę. Należy jednak pamiętać, że zjawiska społeczne mogą zmieniać się w czasie. Wymyślony przykład, ale dobrze oddający sedno - potrawka z kartofli może być dzisiaj domeną pracujących fizycznie biedaków, by za 50 lat stać się luksusowym smakołykiem, pożądanym przez bogaczy, bo np. uprawa ziemniaków stała się strasznie droga i będą one synonimem luksusu i wysokiego statusu. Ponadto Amerykanie to chyba najbardziej religijne społeczeństwo wśród krajów rozwiniętych, a zjawiska obecne w społeczeństwie X nie są proste do przełożenia na społeczeństwo Y. To nie fizyka czy chemia żeby woda gotowała się w 100 stopniach celsjusza, niezależnie od tego czy to Austin czy Pcim Dolny.

    Z drugiej jednak strony siła oddziaływania amerykańskiej kultury jest olbrzymia. Widać to nawet po wykopie gdzie sporo materiałów wygląda jak żywcem przeklejona ze Stanów i dotyczy ichnich problemów. W okresie największych protestów BLM, człowiek nie znający Polski, a odwiedzający polskojęzyczne strony mógł mieć wrażenie, że nasz kraj przeżywa potężne problemy związane z podziałami rasowymi. Z tego powodu (obok zwykłej ciekawości) warto rzucić okiem co tam u Amerykanów słychać. Autorzy z których opracowań i badań tu korzystam uważają zaś, że słychać co następuje - o ile dla pokoleń z XX wieku można wskazać zależność "im wyższe wykształcenie tym większe odejście od religijności/ wiary", to na przełomie XX/ XXI wieku ten trend uległ znacznemu osłabieniu albo nawet zanikowi.

    Ba! Pojawił się nawet odwrotny i dzisiaj to ludzie, którzy nie idą na studia mają większe szanse na porzucenie wiary. Inne badanie pokazuje, że studentów uważających, że uczelnia wzmocniła ich wiarę jest 2,7 razy więcej niż tych, którzy mają odwrotne zdanie. Kolejne badanie pokazuje, że to czy student ma dobre, średnie czy kiepskie oceny nie jest powiązane z tym czy wierzy. Nie jest więc tak, że religijni studenci to owoc “obniżenia poziomu”. Jeszcze inne badania wskazują, że wiara w istnienie siły wyższej nie zależy istotnie od poziomu wykształcenia. Edukacja ma jednak wpływ na to jak wierzą Amerykanie. Ci lepiej wykształceni częściej podają, że wierzą, że siła wyższa nie jest osobowa. Wiara w życie po śmierci zaś jest nawet nieco częstsza wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia.

    Zdaniem Philipa Schwadela nie jest to jakaś wielka niespodzianka, a wcześniejsze poglądy o edukacji zabijającej wiarę religijną wzięły się uproszczeń. Wyróżnia on pięć cech edukacji - nacisk na racjonalność i empirię, zapewnienie kwalifikacji, poszerzenie kręgu znajomości ludzi i poglądów, kwestionowanie autorytetów oraz zwiększone zaangażowanie społeczne. Jego zdaniem tylko dwa z tych czynników uderzają w religijność (i to tylko niektóre jej typy). Pierwszym jest oczywiście nacisk na racjonalność i empirię, który np. demoluje światopogląd ludzi wierzących w literalną prawdziwość starożytnych pism religijnych. Drugim jest zaś znajomość różnych ludzi, wyznających różne poglądy. To z kolei uderza w religie które są ekskluzywne (uważające, że wszyscy inni są w absolutnym błędzie).

    Racjonalność i empiryzm nie uderzają jednak mocno we wszystkie wierzenia, bo większość z nich nie stoi w sprzeczności z nauką. Że to nieprawda, bo religia X to mówi Y a nauka Z? Warto tutaj dodać, że mówimy o perspektywie samych wierzących, którzy uważają, że różnica o której mowa to nie konflikt, a religia opisuje coś co jest poza nauką. Weźmy za przykład ewolucję. Wykształcony chrześcijanin powie, że opis stworzenia świata w Biblii to metafora, a Bóg tak zaprojektował wszechświat żeby w toku ewolucji pojawił się w nim człowiek. Podobnie rzecz ma się ze wspomnianym ekskluzywizmem. Wierzący, pod wpływem edukacji, raczej zmieni swoją wiarę na bardziej inkluzywną i o innej religii/ wyznaniu powie “no, to jest po prostu inna droga do tego samego celu”.

    Schwadel w swoim studium pokazuje, że owszem, edukacja ma spory wpływ na to jak ludzie wierzą, ale o wiele mniejszy na to czy ludzie w ogóle wierzą. Opisuje on tendencje osób religijnych do zmieniania wyznania (albo przechodzenia do innego nurtu w ramach tego samego) pod wpływem informacji i postaw nabytych w trakcie edukacji. Dobrą ilustracją tego stanu rzeczy są na przykład konwersje wykształconych ewangelikalnych protestantów na bardziej tradycyjne denominacje. Wykształceni wierni mają także tendencję do mniejszego posłuszeństwa względem religijnych hierarchów/ pastorów i gotowości do interpretowania wierzeń “po swojemu”. To oczywiście może prowadzić do kontrowersji (czy katolik zaprzeczający prawdziwej obecności to katolik?), ale badania mierzą samoidentyfikację.

    Skąd taka zmiana? Jeszcze niedawno w badaniach wychodziło, że edukacja (zwłaszcza wyższa) powoduje odejście od wiary/ zmniejszenie praktykowania. Autorzy “Souls in Transition” Uniwersytetu Oksfordzkiego oferują kilka możliwych wytłumaczeń. Organizacje wyznaniowe w USA nie są tak uprzywilejowane przez państwo jak w wielu innych krajach. Są przyzwyczajone do tego, że muszą być atrakcyjne dla aktualnych wiernych i potencjalnych konwertytów, bo inaczej ludzie po prostu pójdą do konkurencji albo zajmą się czymś innym. Jest w czym wybierać, więc ludzie lepiej wykształceni, którzy mają religijne potrzeby, jeśli nie pasują już do macierzystego wyznania mogą łatwiej znaleźć inne. Według badań PEW aż 42% Amerykanów ma za sobą przynajmniej jedną zmianę wyznania/ religii.

    Kolejną cechą, która sprzyja trwaniu amerykańskich wspólnot religijnych jest słabe zabezpieczenie socjalne na poziomie państwowym. Świątynia w USA nie jest miejscem, do którego chodzi się tylko aby wziąć udział w rytuałach. To często wspólnota, w której każdy każdego zna. Więzi, jakie tworzą się wokół religijnej wspólnoty, są często przenoszone na inne dziedziny życia. Ludzie polecają się do pracy, pożyczają pieniądze, oferują opiekę nad dziećmi i tak dalej. W amerykańskim społeczeństwie sporo zależy od znajomości i kontaktów. Bycie aktywnym członkiem organizacji wyznaniowej zwiększa Twoje szanse na studia, choćby przez stypednia, możliwość działalności charytatywnej czy listu polecającego napisane przez współwyznawców. Zwiększa także szanse na poradzenie sobie po szkole.

    Amerykańskie grupy wyznaniowe mogą być bardziej elastyczne i szybciej reagować na ewentualne kryzysy. Problem “apostazji” wykształconych został zauważony i kościoły zaczęły przeciwdziałania w postaci wchodzenia na campusy, organizowania wyznaniowych organizacji studenckich, specjalnych nabożeństw, wspólnych wyjazdów a nawet organizacji imprez. Przynależność do katolickiego Związku Studentów University of X City to nie tylko zabawa, ale też szansa na nowe kontakty i znajomości, co pomoże nie tylko na studiach, ale także po ich ukończeniu. Dodatkowo kościoły zaczęły mobilizować swoich wiernych, którzy są wykładowcami, do tego aby nie bali się przyznawać do swojej wiary i pokazywać, że można być jednocześnie wykształconym człowiekiem i wyznawcą Y.

    Badacze zauważają także, że niektóre kościoły, obok działania w świeckich szkołach, biorą sprawy w swoje ręce i zakładają własne. Skoro ludzie chcą zdobyć wykształcenie to muszą iść do świeckich szkół, gdzie stykają się z innymi wzorcami. Dobrym rozwiązaniem jest danie im możliwości zdobycia wykształcenia pod egidą macierzystego wyznania. Kontakt z “innym” będzie wówczas mniejszy, a dzięki temu zmniejsza się także szansa na dysonans i zmiana wyznania/ odejście od religii. Dodatkowym bonusem jest fakt, że prowadząc własną szkołę ma się wpływ na nauczane treści i wykładowców. Niekoniecznie oznacza to jakieś odrzucanie osiągnięć nauki, ale można tak rozłożyć akcenty żeby skupiać się na rzeczach, które otwarcie nie przeczą doktrynie a nawet podkreślać te, które są z nią zgodne.

    Inną przyczyna na jaką zwraca się uwagę jest… sukces sekularyzacji. Badacze zauważają, że wcześniejsze pokolenia studiujących Amerykanów były mocno zorientowane na sprawy związane z sensem życia, filozofią, duchowością etc. Historie o studentach prestiżowych kierunków rzucających/ zawieszających studia, aby wyjechać na kilka lat do Indii czy Nepalu nie wzięły się znikąd. Moda na wierzenia dalekowschodnie, rdzennych mieszkańców Ameryk, szamanizm czy wschodnie chrześcijaństwo była powszechna wśród boomerów, gdy byli młodzi. Możliwe, że ma to swoje korzenie w poczuciu finansowego bezpieczeństwa. Łatwiej interesować się mniej przyziemnymi rzeczami, gdy przyziemne potrzeby są zaspokojone i panuje optymizm co do przyszłości.

    Współcześni studenci zaś, jak zauważają badacze, są bardziej nastawieni na odniesienie sukcesu pod kątem finansowym i duchowe poszukiwania mają mniejsze wzięcie. Istnieje parcie na kierunki dające poszukiwane na rynku pracy umiejętności. Szansa, że studenci zostaną przy wyniesionych z domu poglądach na temat religii jest więc większa, bo nie poświęcają tyle czasu na refleksję nad tym czego zostali nauczeni. Może to być wręcz postrzegane jako "marnowanie czasu", który można spożytkować na naukę czegoś "pożytecznego". Może to mieć związek z poczuciem braku stabilności i gorszych warunkach finansowych. Boomerzy marzyli o nowym, lepszym jutrze. Zoomerzy i młodzi millenialsi chcą poczuć jakąś stabilność i nie w głowie im przebudowa świata.

    Kolejny czynnik, na jaki wskazują badacze zajmujący się tematem, to wpływ postmodernizmu, który mocno zaznaczył się w amerykańskiej akademii w latach 90. XX wieku. Postmodernistyczne filozofie podważyły poglądy pozytywistyczne i scjentystyczne, które wcześnie były powszechne i silne na amerykańskich uczelniach. Obiecywały one lepsze zrozumienie świata i człowieka oraz poprawę losu ludzi. Religię wskazywały często jako mało znaczącą tradycję lub nawet przeszkodę na drodze do celu. Postmodernizm zakwestionował tę narrację mówiąc, że scjentyzm czy pozytywizm również można i należy kwestionować. Pokłosiem tego była pluralizacja poglądów co do religii – a co za tym idzie – osłabienie zasięgu jej krytyki jako czegoś negatywnego.

    Tak jak wspomniałem na początku – ciężko przewidzieć, czy to zjawisko pojawi się i upowszechni w innych krajach. Pokazuje na pewno, że (przynajmniej w pewnych warunkach) religie potrafią się przystosować do wymagań, które stawia przed nimi współczesny świat i społeczeństwo. Nie znaczy to jednak, że proces zmniejszonego zainteresowania religią/ odejścia od niej się w USA zatrzymał. Trwa nadal, ale edukacja (zwłaszcza wyższa) nie ma już tak negatywnego wpływu na wiarę/ religijność jak kiedyś.

    #daszwiare #religia #chrzescijanstwo #katolicyzm #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania #ciekawostki #usa
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Od. 71, w którym zaczynamy poszukiwania starożytnych ateistów.

    Link do wpisu na blogu, lepsze formatowanie ze źródłami
    Link do podcastu

    Ateizm i sceptycyzm często przedstawia się jako nowinkę. Co ciekawe - podejście to spotyka się zarówno wśród ich proponentów jak i oponentów. Narracja tych pierwszych idzie mniej więcej tak jak na popularnym memie z ludzikiem oddającym hołd kolejnym wcieleniem nadprzyrodzonych sił. Od magicznych kamieni, przez bóstwa, jednego boga, proroków mówiących w imieniu boga itd. Na samym końcu człowiek stoi wyprostowany i spokojnie patrzy w niebo, nie ma żadnych bogów i magii. Odrzucanie sił nadprzyrodzonych jest tu prezentowane jako stopniowy proces prowadzący nas do dostrzeżenia prawdy o rzeczywistości. Nowość odrzucenia religii jest jak nowy produkt z reklamy - lepszy i sprawniejszy od poprzednich.

    Zupełnie inny cel w podkreślaniu rzekomej nowości mają z kolei krytykanci. Ich opowieść przedstawia niewiarę jako potencjalnie groźną. Jest ona niesprawdzona, nieprzetestowana w działaniu. Mówią coś w stylu - “no, może i to co mamy teraz nie jest doskonałe, ale wiemy, że funkcjonuje i daje stabilność. Niewiara jest niebezpieczna, bo może okazać się, że nie będzie działać w praktyce. Przecież nie wszystko co nowe i obiecujące progres musi być dobre, prawda? Komunizm też zapowiadał nową jakość, a jak to się wszystko skończyło?!”. Ci ludzie prezentują odejście od religii jako rewolucję i eksperyment. Pasuje to do ich narracji mającej przedstawiać wiarę w siły nadprzyrodzone jako stan “domyślny” dla ludzkości.

    To jest pierwszy problem jaki napotkamy przy naszym śledztwie dotyczącym historii sceptycyzmu i ateizmu - próba takiej interpretacji wiedzy którą mamy aby pasowała do założonej tezy. Ateista może chcieć widzieć ateizm jako coś przełomowego. Dokonanie czegoś po raz pierwszy jest samo w sobie postrzegane jako osiągnięcie. Amerykanie pysznią się byciem pierwsi na księżycu, a Rosjanie są dumni z pierwszego człowieka w kosmosie. Religiantowi czy konserwatyście obraz nowinki również pasuje, bo można przedstawić niewiarę jako naruszenie naturalnego porządku i pogrozić, że jeśli go naruszymy to czekają nas nieprzyjemności. Znacie “natura nie znosi próżni i jeśli odrzucimy X to przyjdzie Y i dopiero zobaczycie”?

    Pogląd o ateizmie i odrzuceniu religii jako nowościach oraz ich ścisły związek z Zachodem, oświeceniem i nauką wydał mi się dość kontrintuicyjny. Dlaczego? Zaawansowana wiedza naukowa wcale nie jest potrzebna do tego żeby nie wierzyć w bóstwa. Buntujący się gimnazjalista nie jest Newtonem (ten btw. był unitarianinem zafiksowany na Biblii), a mimo to potrafi stwierdzić “boga niet”. Czemu Mataios z Gimbazjonu miałby nie móc zrobić tego co Mateusz z gimnazjum? Oczywiście można wskazać, że Mateusz żyje w rzeczywistości ukształtowanej przez oświeceniową rewolucję i łatwo mu odrzucić wierzenia, bo całą robotę ich krytyki wykonały za niego poprzednie pokolenia filozofów i naukowców.

    To jednak nie tłumaczy ateizmu czy sceptycyzmu w innych, nawet tzw. “prymitywnych kulturach”. Lubię opowieść Everetta, amerykańskiego lingwisty badającego lud Piraha. Oprócz studiowania ich języka, Everett opowiadał im biblijne historie. Słuchali z zaciekawieniem, ale w końcu zapytali czy zna Jezusa osobiście. Everett odpowiedział “nie”. Piraha zapytali wówczas czy zna kogoś kto znał Jezusa albo chociaż kogoś kto znał kogoś kto zna Jezusa. Everett odpowiedział, że nie, że bazuje na relacjach sprzed setek lat. Piraha ze zdziwieniem zapytali: “to skąd wiesz, że to prawda?” i stracili zainteresowanie. Zmiażdżony gimboateistyczną logiką Everett miał kryzys wiary, który skończył się odrzuceniem religii.

    Wybitny brytyjski antropolog, sir Edward Evans-Pritchard opowiadał o swoich studiach nad Azande w Kongo, wśród których żył na początku XX wieku. Praktykowali wówczas raczej rdzenne wierzenia (obecnie chrześcijaństwo). Antropologowie skrupulatnie zapisywali przebieg rytuałów, pytali o poglądy na konkretne sprawy, rozmawiali z szamanami. Evans-Pritchard zdobył zaufanie niektórych z nich na tyle, że, według jego własnych słów, część ludzi, którzy regularnie brali udział w ceremoniach i rytuałach, przyznała się do niewierzenia w nie, a odprawiających je szamanów uważała za oszustów. Tutaj jednak wychodzi nam kolejny problem. Co można uznać za ateizm czy sceptycyzm?

    Praktykujący animizm mogą nie wierzyć w bogów, ale mają cały świat duchów i magii. Czy można nazwać ich ateistami? Nawet jeśli są wśród nich osoby, które w ogóle odrzucają nadprzyrodzone, to klasyfikowanie tego jako sceptycyzm czy ateizm można uznać za naciągane - nie ma tu żadnej myśli, konkurującej z religijną w tłumaczeniu świata. Ok, ale co w takim razie z np. ćarwaką? Był to nurt starożytnego hinduizmu, którego przedstawiciele twierdzili, że bogowie nie istnieją. Nie chcę się tu nad nimi rozwodzić, bo swego czasu napisałem o nich odcinek (DW 32) i do niego odsyłam zainteresowanych. Tak czy inaczej mamy potwierdzony przypadek starożytnego ateizmu i to filozoficznego.

    OK, ale przecież rozmawiamy o “naszej” cywilizacji. Wschodnie to inna para kaloszy, tam zdarzają się nurty religijne, które można by określić mianem ateistycznych (chociaż w religioznawstwie mówi się raczej o nonteizmie. Dlaczego? To temat na inny odcinek). Jednak skoro Indusi potrafili wpaść na to, że nie ma boga, to czemu miałaby to być bariera nie do przejścia dla Greków czy Rzymian? Znali przecież pojęcie ateizmu. Jeśli nie było ateistów, to po co wymyślono słowo na opis zjawiska, które nie istnieje? Nie wymyślamy określeń dla np. dyskryminacji mieszkańców kraterów Księżyca przez resztę. To zjawisko to po prostu nie występuje i zajmowanie się nim nie ma żadnego sensu (poza, może, eksperymentami myślowymi).

    Tutaj jednak jest kolejny problem jaki będziemy mieli w toku naszego śledztwa. Słowa mogą być pułapkami - greckie “atheos” ma wiele znaczeń. Dosłownie znaczy “bez boga/ bogów” i było używane na opisanie m.in.

    - osób nie czczących bogów danej społeczności
    - osób postrzeganych jako “opuszczone przez bogów” (czyli np. znajdujące się w trudnym położeniu, bo nie dopełniły swoich powinności religijnych)
    - osób mających inne niż powszechnie przyjęte wyobrażenie o bogach (co nie znaczy, że odrzucających istnienie bóstwa)

    Starożytny ateista mógł mieć więc inne poglądy niż te które dzisiaj zakwalifikowaliśmy jako ateizm. Ponadto określenie to było czasem używane po prostu jako obelga, za którą nie kryła się żadna treść. Na podobnej zasadzie na jakiej w internecie można zostać lewakiem nie mając wiele wspólnego z lewicą. Ale, ale… starożytni znali też ateizm jako po prostu nie wiarę.

    Platon w swoich Prawach daje wręcz rady jak rozmawiać z ateistami. Jedna z rad wręcz zaświadcza o tym, że brak wiary w bogów był postrzegany jako istniejący od dawna już wówczas. Platon radzi by mówić: “ani Ty, ani Twoi przyjaciele nie jesteście pierwszymi którzy mają takie zdanie na temat bogów. Jest bowiem prawdą, że ludzie cierpiący na tę chorobę [ateizm] pojawiają się zawsze, w mniejszych lub większych liczbach”. Platon dodaje, żeby mówić takim ludziom, że ateizmu nie da się obronić intelektualnie więc ateiści z wiekiem przerzucają się na np. deizm. Nawet jeśli dawać wiarę Platonowi (to są porady do dyskusji z ateuszami), to jednak zaświadcza on o obecności ateizmu i znajomości tego zjawiska.

    Kolejnym przykładem ateizmu rozumianego jako brak wiary w bóstwo, czyli ateizm w takim znaczeniu jak rozumiemy go dzisiaj, daje też epikurejczyk Filodemos, który wyróżnił trzy typy ateizmu:

    - poglądy mówiące, że nie da się stwierdzić czy istnieją bogowie (agnostycyzm)
    - poglądy implikujące brak istnienia bogów (ukryty ateizm)
    - poglądy mówiące wprost, że nie ma bogów (otwarty ateizm)

    Ten ostatni typ jest zgodny ze współczesną, szeroką definicją ateizmu. Wciąż mamy jednak problem co dokładnie starożytni mieli na myśli pisząc o braku wiary. Są to jednak wystarczające rysy na obiegowych prawdach a dodatkowo moje wątpliwości podsyciła lektura Camrdige Companion to Atheism. Uważam, że warto wejść w temat głębiej i przekonać się o jaki ateizm chodziło i czy jest on związany (a jeśli tak to na ile) z dzisiejszym. Wiedzę najlepiej czerpać z akademii dlatego będę tutaj męczył książkę Tima Whitmarsha, profesora filologii klasycznej Uniwersytetu Cambridge, zatytułowanej Battling Gods: Atheism in the Ancient World. Inne źródła będą oczywiście listowane w miarę tego jak będą się pojawiać.

    Mam nadzieję, że poszukiwanie starożytnych niewierzących będzie dla was równie ciekawe jak dla mnie.
    #daszwiare #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #ateizm #religia #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Pozwoliłem sobie zawołać wszystkich plusujących ostatnie ~5 #daszwiare bo chciałem zapytać was o to czy dostajecie powiadomienia o wpisach na tagu? Już kilka osób zwracało mi uwagę, że takich powiadomień nie mają i po X czasu wchodzą na tag i widzą, że od czasu ostatniej wizyty pojawiło się Y odcinków.

    Oczywiście to jest niszowy kątent i nawet się nie łudzę, że będzie masowo czytany a na pluszach mi nie zależy (robię to hobbystycznie), ale chciałbym dotrzeć do tych co są zainteresowani - może chielibyście być wołani jak się bedzie wpisik pojawiał? Na zachęte mała ankieta, o czym zrobić jeden z następnych dwóch wpisów: pokaż całość

    Jaki temat:

    • 7 głosów (2.72%)
      Elkezaici - judeochrześcijańska sekta Maniego
    • 6 głosów (2.33%)
      Churamici - ruch rewolucyjny w kalifacie
    • 52 głosy (20.23%)
      Ateizm w starożytności
    • 6 głosów (2.33%)
      Duchoborcy - rosyjscy kwakrzy od Tołstoja
    • 7 głosów (2.72%)
      Bodhidharma - chiński buddyzm i chan
    • 19 głosów (7.39%)
      Katarzy - dualistyczna grupa ze średniowiecza
    • 12 głosów (4.67%)
      Ksiądz Jan - legendarny władca bijący muzułmanów
    • 9 głosów (3.50%)
      Druzowie - bliskowschodnia religia miksujaca islam
    • 5 głosów (1.95%)
      Starokalendarzowcy - o kalendarzowej schizmie
    • 134 głosy (52.14%)
      Jezus był grzybem
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 70, w którym okazuje się, że ortodoksyjne chrześcijaństwo to kontrkultura i punk rock.

    Link do wpisu na tymczasowym blogu, ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Irokez i glany? Urocze.

    Ile razy słyszeliście w rozmowach światopoglądowych, że chrześcijaństwo, niezależnie od tego czy jest dosłownie prawdziwe, to jest podstawą “naszej cywilizacji” (cokolwiek to znaczy)? Ja wielokrotnie. Nie, to nie jest odcinek atakujący to przekonanie, a raczej prezentujący inne spojrzenie. Warto przypomnieć, że chrześcijaństwo zaczynało jako apokaliptyczny i ascetyczny ruch mówiący “Rzuć wszystko i skup się na zbawieniu, bo bliski jest dzień sądu”. Dla współczesnych samo określenie chrześcijaństwa w ten sposób może być dziwne. Od setek lat duże wyznania odkładają apokalipsę na nieokreśloną przyszłość, a wymagania względem wiernych ograniczają się w zasadzie do uczestnictwa w nabożeństwach.

    Doszło do specjalizacji w religii - ascetyzmu wymaga się od mnichów, udziału w misjach od misjonarzy, znajomości Biblii od zawodowego duchowieństwa. Radykalna reformacja nieco tutaj namieszała, a co jakiś czas pojawiają się grupy wymagające większego zaangażowania, ale statystycznie to grosze. Generalnie chrześcijanie są totalnie pogodzeni ze światem w którym żyją, a religia to bardziej zwyczaje i symbole. Do tego stopnia, że często ciężko odróżnić wierzących od niewierzących, bo wszyscy zachowują się mniej więcej tak samo. To “pogodzenie ze światem” było w zasadzie konieczne, jeśli radykalna religia miała mieć szansę zyskać poparcie polityków, umasowić się i zinstytucjonalizować.

    Z korzyściami łatwiejszej transmisji i wpływów poprzez osadzenie w kulturze idą jednak także minusy. Wolność sumienia sprawia, że ludzie zaczynają zadawać sobie pytania “Po co to?” i “Czy ja naprawdę w to wierzę?”. Takie okoliczności zaistniały na Zachodzie na przykład w latach 60. XX wieku wraz z kontrkulturą dzieci kwiatów. Przeczytałem sporo tekstów religijnych rozkminiaczy z tamtego okresu i ich wspólnym motywem było rozczarowanie i odrzucenie tego co wynieśli z domu. Katolicyzm, metodyzm, episkopalizm czy baptyzm były postrzegane jako miałkie, nic nie znaczące etykiety, bardziej zwyczaje, zbiory zasad współżycia społecznego i preteksty do rodzinnych spotkań przy stole.

    Popularne stało się wówczas poszukiwanie własnej tożsamości duchowej. Na masową skalę do zachodnich społeczeństw zaczęły przenikać tak zwane religie Wschodu (niekoniecznie w formie praktykowanej masowo w matecznikach). Eksperymentowano nie tylko z innymi religiami, ale także z innymi stanami świadomości, okultyzmem, psychodelikami, tworzono nowe wierzenia i sprawdzano czy można być uduchowionym bez religii. Ludzie pragnęli czegoś autentycznego, czegoś co wyznawali by ze względu na przekonanie i doświadczenie a nie dlatego, że ich przodkowie przyjechali z katolickiego/ luterańskiego/ anglikańskiego/ etc. kraju. Kierunek ten podchwyciły kolejne generacje kontestujących zastany porządek.

    O ile hippisi byli jeszcze dość pozytywni, to punkowa rewolucja lat 70 była mroczniejsza. “No Future” stało się hasłem pokolenia przekonanego, że świat dookoła nich jest sztuczny, plastikowy i nie ma żadnego sensu. Punk kontestował ślepe podążanie za normami społecznymi, autorytety, korporacje, konsumpcjonizm i stawiał na bycie autentycznym promując DIY. Oczywiście to spore uproszczenie, bo pomysłów na punka było wiele, że nie wspomnę o tym, iż dla wielu była to po prostu fajna zabawa bez żadnej ideologii. Czy może być coś odleglejszego od chrześcijaństwa, fundamentu porządku społecznego? Ale właśnie - czy samo chrześcijaństwo nie jest przypadkiem kontrkulturą?

    Powstało i ukształtowało się przecież jako alternatywa dla świata skupionego na służbie w armii, sprawowaniu nakazanych kultów, płaceniu podatków i byciu pożytecznym obywatelem. Jezus i apostołowie nie dostąpili zaszczytów, nie zrobili karier i nie założyli rodzin. Większość skończyła marnie, umierając bolesną śmiercią, zamęczona przez pogan i żydów. Ci widzieli ich jako szaleńców bredzących o końcu świata i Nowej Erze, bunt przeciwko zasadom na których oparty był ład społeczny i polityczny. Ok, można rozumieć chrześcijaństwo w ten sposób, ale jak trafić z tym do punków czy innych metali, dla których jest ono synonimem establishmentu i konwenansów? Radykalni protestanci? Owszem, dla wielu była to opcja.

    Dla innych jednak byli oni, jako niedawny wynalazek, nieautentyczni. Okazało się, że może to być nisza dla… prawosławia. Jedna z najbardziej zrytualizowanych form chrześcijaństwa zainteresowała sobą spontanicznych punków?! Kluczem okazał się monastycyzm. Nie zmienił się on wiele od czasu bliskowschodnich mnichów z III i IV wieku. W momencie gdy kościoły stawały się częścią imperialnego systemu, mnisi kontynuowali radykalniejsze formy chrześcijaństwa jako alternatywnej drogi życia. Święty Antoni czy Efrem Syryjczyk rozumieli religię nie jako mgliste obietnice życia po życiu czy spajanie społeczeństwa. Dla nich była to doświadczalna transformacja człowieka i radykalna droga życia.

    Antoni rozdał majątek, odrzucił społeczne normy i poświęcił się ciągłej modlitwie. Słupnicy spędzali swe życia na wysokich platformach. Efrem nie rozumiał jak ktoś kto dotknął Boga ma teraz wrócić do lepienia garnków. Jego wspólnoty żyły w celibacie, spędzając dnie na modlitwie i ascezie, które miały otwierać ich na bezpośrednie doświadczanie bóstwa. Ewagriusz propagował nieustanną modlitwę bez słów (praktykę podobną do Wschodnich medytacji). Za ich przykładem szły tysiące osób niewidzących dla siebie miejsca w tradycyjnych rolach społecznych. Ci ludzie budowali alternatywne społeczeństwo, co dobrze ilustruje ten cytat:

    I od tamtej pory w górach były klasztory, a mnisi zamienili pustynię w miasto, opuszczając rodzinne strony i zgłaszając się po obywatelstwo niebios.

    Mnichów i antysystemowe subkultury łączy nie tylko pogarda dla konwenansów, odrzucenie oczekiwań innych na rzecz bycia autentycznym, ale też zamiłowanie do prostoty i podobnej stylistyki. Spartańskie warunki w celach, skromny ubiór, DIY ikony i sznury modlitewne, długie brody, wszechobecne czaszki, cytaty wyrażające odrzucenie świata, powierzchowności i dóbr materialnych. Ciężko być bardziej metalowym od wielkiego schimnika w pełnym rynsztunku. W przeciwieństwie do modeli na pozowanych zdjęciach, które idą później na okładki albumów - oni noszą się tak naprawdę. To właśnie te rzeczy sprawiły, że Justin Marler, gitarzysta metalowego bandu Sleep z Kaliforni, zainteresował się prawosławiem.

    Miał o tyle łatwiej, że w Kaliforni funkcjonował już prawosławny klasztor założony przez konwertytów z pokolenia hippisów. Eugene Rose był prawdziwym dzieckiem epoki. Porzucił wyniesione z domu chrześcijaństwo i zainteresował się Dalekim Wschodem. Rozpoczął studia nad filozofią chińską, a był na tyle zdolny, że mógł uczyć się pod okiem Alana Wattsa, bożyszcza duchowych poszukiwaczy. Rose, zafascynowany taoizmem i buddyzmem, nauczył się starożytnych wariantów chińskiego żeby móc czytać historyczne traktaty w oryginale. W pewnym momencie Rose odkrył prawosławie, które pojawiło się w Kaliforni na szeroką skalę wraz z białymi imigrantami i biskupem Janem Maksymowiczem (późniejszym świętym).

    Eugene wkręcił się na tyle mocno, że nie skończyło się na byciu “zwykłym wiernym”. Prawosławna tradycja monastyczna zwana hezychazmem i stojąca za nią mistyczna teologia sprawiły, że sam zapragnął zostać mnichem. Udało mu się pozyskać pieniądze na zakup gruntów i razem z gronem podobnych sobie osób zaczął budować zespół klasztorny. Znaczna część mnichów była konwertytami, wielu miało podobną przeszłość jak Serafin (zakonne imię Rose’a), to znaczy wywodziła się z grup religijnych poszukiwaczy i była dość mocno obstukana zarówno w duchowych praktykach jak i teologicznych rozważaniach. Z racji tego mnisi założyli niemal równocześnie wydawnictwo religijne, które jest popularne nie tylko w Stanach.

    Marler trafił do Klasztoru Hermana z Alaski w 1991 roku. Mniszy styl życia i teologia prawosławna okazały się być mu na tyle bliskie, że zdecydował się porzucić karierę (jego zespół odniósł później sukces w USA). W późniejszym wywiadzie powiedział:

    Może się to wydawać dziwne, ale to [wstąpienie do klasztoru] było naprawdę naturalne. Istnieje wiele podobieństw między punkami a mnichami. Bieda, spanie na podłodze, nieprzejmowanie się tym jak Cię postrzegają, bycie uważanym za wyrzutka bo wyróżniasz się wyglądem. Moim zdaniem punki to ludzie poszukujący czegoś w życiu i muzyce. I to samo można powiedzieć o mnichach...

    Marler stwierdził, że skoro on znalazł odpowiedź na trapiące go pytania w prawosławiu to może być ono dobrą drogą także dla innych - mistyczną tradycją oferującą alternatywną drogę życia w stosunku do goniącego za uznaniem i bogactwem konsumpcyjnego społeczeństwa. Punki czy metale nie muszą wymyślać koła na nowo, bo przepis na nie już istnieje. Aby przebić się do nich ze swoim przesłaniem Marler postanowił… stworzyć punkowego zina z motywami prawosławnymi. Nazwał go Death to the World (Śmierć Światu), odwołując się do teologii świętego Izaaka Syryjskiego. “Światem” dla Izaaka były “pasje”, co w prawosławnej tradycji oznacza “patologiczne rządze”. Pisał on tak:

    Kiedy chcemy użyć zbiorczej nazwy na pasje nazywamy je światem [...] Mamy następujące pasje: umiłowanie bogactwa, pożądanie dóbr materialnych, żądze cielesne z których biorą się seksualne pasje, umiłowanie honoru prowadzące do zazdrości, pożądanie władzy, arogancja i duma z pozycji, pragnienie luksusowych ciuchów i ozdób, pociąg do sławy który jest źródłem resentymentu, urazy i strachu. Tam gdzie pasje nie działają tam świat staje się martwy… Ktoś powiedział o Świętych, że umarli za życia, bo choć byli żywi to nie żyli dla ciała. Zobacz która z tych pasji Tobą rządzi i na ile jesteś martwy.

    Zin był robiony ręcznie, sto procent DIY. Oprócz tekstów proponujących ascezę i modlitwę jako lek na pogoń za statusem, wypełniały go zdjęcia schimników, czaszek, bio męczenników, prowokującye cytatów z monastyków, a nawet klasyków ateizmu. Marler opierał się na pracach Rose’a, który postrzegał radykalny ateizm jako… wstęp do prawdziwego teizmu. Jego zdaniem wojujący ateiści byli jednymi z nielicznych, prawdziwych poszukiwaczy prawdy. Zamiast przyjąć, brzydko mówiąc, pierdololo oferowane przez akceptowalne społecznie formy religii, drążyli dalej i dzięki temu zachowywali szansę na autentyczne spotkanie z bóstwem. Bunt jest czymś dobrym, lepszym od przyjmowania wszystkiego jak leci “bo tak wypada”

    Marler przedstawiał prawosławie jako “The Last True Rebelion”, prawdziwy bunt odrzucający świat na rzecz pełnego zjednoczenia z Bogiem. Asceza i modlitwa nie są sztuką dla sztuki, a treningiem, który ma sprawić, że wierny będzie coraz bardziej receptywny na bożą łaskę. Nie chcę tu wchodzić mocno w teologię, ale w dużym skrócie chodzi o to, że celem jaki stawia Bóg człowiekowi jest przebóstwienie, dosłownie: stanie się Bogiem. Ambitnie? No i dlatego trzeba zaangażowania większego niż odurzanie się i kupowanie ciuchów dla “rebeliantów”. Death To The World stało się popularne, a jego wpływy nie ograniczają się do bycia ciekawostką - niektórzy muzycy i słuchacze pod jego wpływem przeszli na prawosławie.

    Pogląd, że religia powinna być autentycznym przekonaniem jest coraz popularniejszy na Zachodzie. Jest to jeden z czynników powodujących bezwyznaniowość. Liczba wiernych “z tradycji” spada i “wiernych z przekonania albo niewiernych” wzrasta. Badacze religijności Francuzów, z którymi wywiad miałem niedawno przyjemność czytać, uważają, że proces ten zmienia kościoły. Wypychane z kultury muszą powoli przechodzić na pozycje kontrkulturowe, bo główny nurt (przynajmniej w mocno świeckich krajach Zachodu) przestaje być chrześcijański. Możliwe, że doczekamy czasów, gdy historia chrześcijaństwa zatoczy koło i będzie się ono kojarzyło z buntem a nie fundamentem cywilizacji.

    #daszwiare #religia #prawoslawie #chrzescijanstwo #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #historia #zainteresowania #bekazkatoli (dla zasięgu)
    pokaż całość

    +: k.....k, Villard +28 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 69, w którym podpalamy Czechy i wymyślamy cenzopapy.

    Link do wpisu na tymczasowym blogu, ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Pamiętacie jak kiedyś powiedziałem, że przejdziemy sobie przez historię reformacji? Skończyłem na fermencie intelektualnym, sporze etnicznym i ożywieniu religijnym w Czechach XIV wieku (odc. 58). W międzyczasie zdążyłem zająć się kilkoma innymi tematami, ale czas wrócić do tej miniserii. W dzisiejszym odcinku zajmiemy się Janem Husem. Człowiekiem, który był płonącą żagwią rzuconą na wysuszone drwa religijnego porządku średniowiecznej Europy. Bardzo lubię zdanie z jednej z książek traktujących o religijności wieków średnich, które idzie tak:

    Like most mothers [matka Husa], his thought her child was brilliant. Unlike most mothers, however, she was right[...]

    Jan urodził się w okolicach 1369 roku w chłopskiej rodzinie. W ówczesnych czasach takie pochodzenie w zasadzie skazywało na oranie pola, ale w wieku 10 lat Jan wylądował w klasztorze. Tam zrobił wrażenie na uczących go mnichach i zarekomendowano go na Uniwersytet Karola. Szybko zdobył sobie uznanie wykładowców i innych studentów. Z racji niskiego pochodzenia musiał pracować aby się utrzymać, ale mimo to osiągał świetne wyniki w nauce. W 1396 roku uzyskał tytuł mistrza sztuk wyzwolonych i podjął pracę jako akademik. Był znany jako charyzmatyczny wykładowca, a jego zajęcia przyciągały tłumy. W 1401 roku został, w ramach uznania, wybrany na dziekana.

    W okolicach 1400 roku Hus zdecydował się na zostanie księdzem. Z jego pism wynika, że decyzja ta miała mu ułatwić karierę (uniwersytety były wówczas mocno powiązane z Kościołem), ale niechcący zmieniła jego życie. W trakcie przygotowania do ślubów dokładnie przestudiował Biblię. Lektura ta, według relacji samego Husa, doprowadziła do głębokiego nawrócenia. Hus chciał dzielić się tym doświadczeniem z innymi i oprócz uczelni zajął się kaznodziejstwem. Wykształcenie i umiejętność przemawiania sprawiły, że stał się popularny także w tej roli. W 1402 roku został osobistym spowiednikiem królowej Zofii, a na jego kazania Kaplica Betlejemska (miejsce spotkań reformatorsko zorientowanych katolików) pękała w szwach.

    Hus w swoim nauczaniu opierał się przede wszystkim na Wiklefie, którego poglądy były popularne wśród czeskich akademików w Pradze. Skłóceni z nimi niemieccy uczeni Uniwersytetu zażądali w 1403 roku potępienia Wiklefa przez uczelnię jako heretyka. Kontrowersja ciągnęła się latami, a biorący w niej udział Hus, jakkolwiek nie podpisywał się pod wszystkim co mówił Wiklef, zgadzał się co do tego, że doktryna musi być wprost wywiedziona z Biblii i to Pismo powinno być podstawą wiary każdego chrześcijanina. Najważniejszym zadaniem wiernego winno być jej studiowanie i wykorzystanie zawartej tam wiedzy w pogłębianiu relacji z Bogiem i wykonywaniu jego woli. Nie brzmi to jakoś rewolucyjnie, prawda?

    W czasach o których mowa brzmiało, bo liturgia i pisma religijne były po łacinie i przeciętny wierny ich po prostu nie rozumiał. Nie musiał, bo w ówczesnej religijności największy nacisk położony był na uczestniczenie w rytuałach zatwierdzonych przez hierarchię i przyjmowanie sakramentów, które jako transmitery łaski miały zapewniać wiernemu uświęcenie. Wiklef czy Hus nie występowali przeciwko temu - uważali jednak, że koniecznie należy zadbać także o nauczanie i postawić na indywidualną odpowiedzialność za budowanie więzi z Bogiem. Uważali też, że hierarchia, aby się nie degenerować, musi podlegać ocenie, a miarę tej oceny powinno wyznaczać Pismo, które powinno być ostatecznym argumentem w sporach.

    Do rangi symbolu ruchu praskiego urosła kwestia kielicha eucharystycznego. W Biblii Jezus podzielił się z uczniami nie tylko chlebem, ale także winem. W katolickiej tradycji (w przeciwieństwie do prawosławia czy miafizytyzmu) wykształcił się zwyczaj, że wierni dostawali tylko komunikant (chleb) a wino wypijał kapłan. Prascy reformatorzy uznali to za sprzeniewierzenie się Pismu i zaczęli udzielać wiernym komunii “sub utraque specie” (pod dwiema postaciami). Wywołało to olbrzymi skandal i poruszenie wśród części kleru. Co zabawne (bo kielich stał się z czasem symbolem husytyzmu) sam Hus nie dawał swoim wiernym kielicha, ale po prostu odmawiał potępienia tej praktyki jako, że była biblijna.

    Spory między duchownymi i uczonymi trwały, bo nie miał ich kto rozsądzić - schizma awiniońska sprawiała, że nie bardzo wiadomo było, który papież naprawdę jest papieżem. Władza państwowa generalnie wspierała lokalną hierarchię, ale w 1409 roku doszło do wielkiego przetasowania. Król chciał aby czescy biskupi posłuchali kardynałów zebranych w Pizie, którzy postanowili odwołać obecnych, skonfliktowanych papieży i powołać nowego. Duchowieństwo ani myślało to zrobić. Wściekły władca zwrócił się wówczas do Husa i jego zwolenników, którzy już wcześniej zdołali zapewnić sobie poparcie niektórych dworzan oraz czeskiego mieszczaństwa praskiego (skonfliktowanego z niemieckim).

    Król wykonał daleko idący zwrot - na większość urzędów powołał Czechów, a czeskiej nacji* na Uniwersytecie Karola przyznał trzy głosy, zaś głosy trzech nacji niemieckich zredukował do jednego. Dzięki poparciu Czechów królowi udało się narzucić posłuszeństwo soborowi w Pizie, ale ten niestety nie zakończył schizmy, a po prostu dołożył kolejnego papieża. Wściekli niemieccy studenci i akademicy opuścili Pragę, a na ich miejsce przyjęto Czechów. Pozycja Husa i związanych z nim uczonych i duchownych znacząco wzrosła. To jednak nie oznaczało końca sporu o Wiklefizm, bo w nowych warunkach ujawniło się sporo jego czeskich przeciwników, którzy wcześniej, z powodu konfliktu z Niemcami, siedzieli cicho.

    To właśnie ci Czesi poprosili o interwencję papieża wybranego w Pizie. Aleksander V, bo takie miano przybrał, potępił nauczanie Wiklefa i zabronił jego promocji. Arcybiskup praski wykorzystał to do akcji rekwirowania pism i w 1410 roku spalił przeszło dwieście tomów prac podejrzanych o herezję. To z kolei wywołało opór reformatorów - studenci i mieszczanie, niczym Strajk Kobiet, wyszli na ulice, przerywali msze i obrzucali wyzwiskami księży. Hus uznał jednak, że on jest ortodoksyjny i może nauczać - dlatego działał dalej. Faktycznie, ciężko znaleźć coś heretyckiego w jego kazaniach, ale należy pamiętać, że największą herezją w średniowieczu było samo nieposłuszeństwo wobec przełożonego.

    Arcybiskup praski ekskomunikował Jana, a papież “zaprosił” go na rozmowę, za którą Hus podziękował. Papież dołożył więc kolejną ekskomunikę, co jednak nie pomogło Kościołowi - na wieść o tym w Pradze wybuchł tumult, a arcybiskup musiał ratować się ucieczką. W tym okresie dominującą siłą w obozie reformatorskim nie byli już akademicy, a ludzie idący zdecydowanie dalej w swoim programie. Różne środowiska reformatorskie znacząco urosły w siłę, a do Pragi zaczęli przybywać dysydenci z innych ziem, szukając tutaj poparcia i schronienia. Wielu głosiło już nie tylko antyklerykalne hasła i potrzebę odnowy moralnej, ale także bliskość apokalipsy czy konieczność radykalnej przebudowy społeczeństwa.

    Husowi było daleko do tych poglądów, ale ujawniała się tu jedna z jego cech charakterystycznych - mógł się z kimś nie zgadzać, ale dopóki widział, że ten ktoś jest szczerym chrześcijaninem, nie chciał się od niego odcinać. Z racji osobistego autorytetu Hus stał się ikoną ruchu, którego postulatów w dużej mierze nie podzielał. Mimo licznych wrogów Jan był póki co nie do ruszenia, gdyż cieszył się poparciem władcy. Problem polegał jednak na tym, że jako osoba ideowa Hus nie był zbyt pragmatyczny i skrytykował króla przy okazji odpustów (tych samych które były jedną z przyczyn późniejszego wystąpienia Lutra). Teologia jaka za nimi stoi jest skomplikowana, ale krytykowano je jako “kupowanie sobie odpuszczenia grzechów”.

    W 1411 roku papież zbierał pieniądze na wyprawę przeciwko królowi Neapolu i zaoferował Wacławowi 50/50 ze wszystkich odpustów sprzedanych w Czechach. Jan oczywiście skrytykował władcę. Praga wrzała, bo w wyniku napływu i pojawiania się nowych idei, żądania szły w wielu środowiskach dalej niż pierwotnie. Niektórzy uważali wręcz, że żadna reforma Kościoła nie jest możliwa i trzeba go po prostu odrzucić jako Nierządnicę Babilońską. Na ulice Pragi znowu wyległy tłumy dewastujące mienie, zakłócające uroczystości religijne, skandujące antykościelne hasła i… rozklejające pierwsze cenzopapy, tj. obraźliwe lub prześmiewcze grafiki z papieżem (tak, husyci szkalowali papiestwo zanim to było modne).

    Rządzący postanowili zaprowadzić porządek i złapano, a następnie stracono, kilku studentów biorących udział w demonstracjach. Na całe miasto Kościół nałożył interdykt, pozbawiający jego mieszkańców możliwości brania udziału w nabożeństwach i sakramentach (wiara w ich zbawczą moc była powszechna). Chcąc uchronić Prażan przed karą, Hus wyjechał. Nie było to wcale korzystne z punktu widzenia Kościoła, bo wykorzystał on wygnanie na propagowanie swoich poglądów na prowincji. Napisał wówczas traktat “O Kościele”, w którym krytykował roszczenia do boskiego pochodzenia instytucji papiestwa. Był to w zasadzie pierwszy jawnie heretycki pogląd jaki wygłosił.

    W czasie jego nieobecności Praga wcale się nie uspokoiła. Reformatorzy zaczęli propagować udzielanie komunii pod obydwoma postaciami, co ściągało tłumy na odprawiane przez nich nabożeństwa. Wywołało to ostrą reakcję ze strony hierarchów i doprowadziło do ostrego podziału wśród Prażan. Hus był na ustach zwolenników “Kielicha” (czyli oferujących także wino jako część komunii). Reformatorzy apelowali do uniwersytetu i Kościoła aby pogodzić jakoś Husa z hierarchią. Okazja do porozumienia pojawiła się w 1414 roku kiedy to cesarz niemiecki, Zygmunt, zaprosił Jana na sobór do Konstancji gdzie miałby przedstawić swoją sprawę. Husa ostrzegano, że to może być pułapka, ale on odparł tylko:

    Jeśli bym miał stanąć przed stosem przygotowanym dla mnie, to wolałbym umrzeć i trafić do niebios a nawet piekła niż ulec.. Lepiej jest umrzeć dobrze niż żyć źle… Prawda zwycięży.

    Sobór nie był zainteresowany Husem. Tematem obrad było zakończenie schizmy i spór między tymi, którzy uważali, że kościołem powinny kierować sobory a tymi, którzy obstawali przy dominacji kurii papieskiej. Husowi nie dano możliwości uargumentowania swoich twierdzeń. Najpierw kazano mu czekać, bo na agendzie były inne sprawy. Gdy wezwano go na przesłuchanie, oczekiwano tylko odpowiedzi “tak” lub “nie”. Próby tłumaczenia ignorowano, a na koniec uznano go za heretyka i wydano go na śmierć poprzez spalenie. Według relacji świadków Jan umierał spokojny, do końca wyznając wiarę w Jezusa. Jego śmierć uznano w Pradze za męczeńską i szykowano się do obrony “Kielicha”. Ale to już w innym odcinku...

    #daszwiare #chrzescijanstwo #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #religia #bekazkatoli #wykopobrazapapieza #czechy #historia
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 68, w którym głosimy protokomunizm i domagamy się seksu socjalnego.

    Link do wpisu na tymczasowym blogu, ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Przewrót sasanidzki w Iranie był początkiem przetasowania nie tylko w geopolityce, ale także religii. Szukający legitymizacji Sasanidzi postanowili wykorzystać wierzenia w budowaniu swojej pozycji. Iran słynął z tolerancji dla obcych religii, a lokalne były eklektyczne i zróżnicowane. Nowi władcy zmienili ten stan rzeczy, grając kartą etnicznego i religijnego szowinizmu. Ideologia dworu głosiła, że Sasanidzi są przedstawicielami najwyższego boga, Ahura Mazdy, który obdarzył ich władzą, aby bronili Ludu i Prawdziwej Religii przed wrogami. Zaczęto tworzyć państwowy kościół zoroastryjski, co wiązało się z ujednoliceniem i zinstytucjonalizowanym zróżnicowanych i zdecentralizowanych do tej pory kultów irańskich

    Działania te popierała część magów (kapłanów). W zamian za współpracę zyskiwali wpływy, pieniądze, możliwość zdefiniowania ortodoksji i wsparcie w rozprawie z oponentami. Nie chodziło tylko o “obce” religie (chrześcijaństwo czy buddyzm), ale także innych Irańczyków. Wspomniałem wyżej (oraz w odcinku poświęconym zoroastryzmowi), że irańskie tradycje były zróżnicowane, a kapłani nie funkcjonowali w ramach sztywnej hierarchii. Tworzenie państwowego Kościoła wiązało się z uznaniem części wierzeń i praktyk za herezje oraz konieczność podporządkowania się tej grupie kapłanów, którzy zyskali państwowe poparcie. Na domiar złego, towarzyszyła temu centralizacja państwa i zwiększanie obciążeń podatkowych.

    Centralizacja, wyższe podatki i wyrzucenie poza nawias ortodoksji części wspólnot to przepis na uformowanie się opozycji. Jeden z takich ruchów tworzyli ludzie skupieni wokół Mazdaka. Prawdopodobnie nie był on twórcą, tylko liderem grupy zwanej dorostdini, uformowanej wcześniej przez Zaratustrę z Fasy. Prawdopodobnie była to jedna z tradycji irańskich, która konkurował o względy Sasanidów z nurtami Maniego czy Kartira. Laur zwycięzcy przypadł temu ostatniemu, a inne partie, pozbawione wsparcia i okresowo prześladowane, musiały walczyć o przetrwanie. W sprzyjających okolicznościach (np. spór o sukcesję) próbowały zmienić układ sił i zdobyć poparcie rywalizujących o władzę.

    Dla Mazdaka i jego zwolenników taka okazja pojawiła się w czasie panowania Kawada I. Niestety, ale do naszych czasów nie zachowały się żadne teksty samych mazdakitów (o ile takowe w ogóle istniały). Wszystko, co wiemy, pochodzi ze źródeł, które często były jawnie wrogie Mazdakowi. Istnieje więc spore ryzyko, że, zamiast rzetelnego opisu, mamy tutaj robienie czarnego pijaru. Według relacji Mazdak miał zyskać sobie przychylność szacha dokonując cudu polegającego na tym, że święty ogień (w zoroastryjskich świątyniach znajdowały się paleniska) przemówił. Kawad miał wówczas uznać się uczniem Mazdaka, a za przykładem władcy poszło wielu jego poddanych.

    Mazdak miał wtedy zacząć wprowadzać w życie swoją wizję polegającą na redystrybucji dóbr i równości społecznej. Nie chodziło tutaj jednak tylko o pieniądze, jedzenie czy ubiór. Źródła przypisują Mazdakowi następujące słowa:

    "Twoje żony są jak inne Twoje dobra i one także powinny być wspólną własnością. Jeśli który mężczyzna pożąda kobiety, pozwólmy aby ją posiadł. Nie ma zazdrości i nietolerancji w naszej religii i nikt nie powinien być wykluczony z przyjemności świata. Drzwi do zaspokojenia są otwarte dla każdego”

    To właśnie pomysł dzielenia pieniędzy i żon miał zjednać Mazdakowi poparcie biednych mas.

    Czy Mazdak jednak naprawdę wyprzedził swoje czasy o kilka epok i postulował seks socjalny? Są ku temu poważne wątpliwości właśnie ze względu na autorstwo źródeł. Współcześni badacze nie dają im wiary i uważają, że opisy te miały wywołać uczucie obrzydzenia i oburzenia u czytelników. W świetle znanych nam faktów już sam opis tego jak Mazdak zyskał wpływ na Kawada jest wątpliwy. Wiemy bowiem, że władca ten miał na pieńku z arystokracją - przez część swojego panowania był zwykłym figurantem, a faktyczną władzę sprawowali możni. Historycy uważają, że król chciał wykorzystać mocno egalitarystyczny i antyklerykalny mazdakizm, aby uderzyć w zagrażających mu arystokratów i wyższe duchowieństwo.

    Nie znaczy to jednak, że cały opis jest nieprawdziwy. Zdaniem historyków mazdakizm naprawdę opierał się na nauczaniu o równości ludzi i próbie zniesienia bądź ograniczenia własności prywatnej. Mazdak miał uważać, że istnieje pięć rzeczy które odwodzą ludzi od boga - zazdrość, mściwość, złość, pożądanie i chciwość. Nierówności społeczne rodzą te odczucia, więc najprostszym, systemowym rozwiązaniem problemu jest ograniczenie/zniesienie ich. To oznaczało konieczność poprawienia sytuacji najbiedniejszych. Ci zaś byli w naprawdę ciężkiej sytuacji z uwagi na reformy, które nie tylko doprowadziły do zwiększenia podatków, ale także ograniczyły możliwości lokalnych wspólnot, zwiększając przywileje centralnej władzy.

    Najpoważniejszą bronią ciemności- złego boga Arymana - była chciwość, która sprawiała, że ludzie nienawidzili swoich bliźnich, pożądali ich dóbr, krzywdzili i zabijali. To właśnie chciwość była źródłem zła na świecie i zniweczyła plany dobrego Stwórcy, który zaprojektował Ziemię tak, aby była ona bogata we wszelkie dobra potrzebne ludziom do godnego życia. Niestety, ludzie ulegli podszeptom Arymana i zdecydowali się na nierówny podział dóbr, co było źródłem wszelkich nieszczęść, wojen, niedostatku i nienawiści. Obowiązkiem mazdakity było zatem dążenie do “przywrócenia” ludzkości do “naturalnego” stanu, w którym panuje równość - tak jak świetlisty Ahura Mazda nakazał.

    Rdzeniem teologii mazdakizmu był dualizm: konflikt wspomnianych Ahura Mazdy (dobry pan światła) z Arymanem (pan ciemności). W przeciwieństwie do niektórych tradycji irańskich (np. manicheizm) nie był on antymaterialistyczny. Oskarżenia o organizowanie orgii i dzielenie się żonami brały się prawdopodobnie z tego, że Mazdak i jego poprzednicy nauczali, iż życie i korzystanie z przyjemności są dobre. Należy ich wręcz poszukiwać i radować się z egzystencji, gdyż stwórca zaplanował świat jako dobre miejsce dla ludzi. Zepsucie wynikało z działalności zła, a nie natury stworzenia. Wymownym symbolem było przedstawienie spersonifikowanej Radości jako zasiadającej obok tronu Ahura Mazdy.

    Poszukiwanie szczęścia i zadowolenia nie mogło się jednak odbywać kosztem innych - stąd pacyfizm i wegetarianizm. Tym, co uświęcało wiernego i zbliżało go do dobrego boga, było jego postępowanie i stosunek do innych istot żywych. Mazdak odrzucał zhierarchizowany Kościół zoroastryjski i jego rytuały jako nic nie wnoszące do rozwoju duchowego człowieka. Według źródeł Kawad, pod wpływem Mazdaka, miał nakazać zgaszenie świętych ognisk i zamknięcie świątyń przy jednoczesnym otwarciu spichlerzy dla potrzebujących. Dość wymowny symbol priorytetów jakie stawiała “nowa” religia. Egalitaryzm, socjalizm i antyklerykalizm znalazły sobie wielu zwolenników, ale, jak nietrudno się domyśleć, także wrogów.

    Wrogowie ci byli zaś absolutną elitą imperium i dysponowali znacznymi środkami. Byli na tyle potężni, że doprowadzili do obalenia Kawada a na tronie osadzili jego brata. Nie wiemy jednak dokładnie kiedy nastąpiła rozprawa z mazdakitami i ich przywódcą. Opisy źródłowe mówią, że stało się to za panowania Kawada (który powrócił po trzech latach), ale to nadal nie rozwiązuje problemu z datacją. Rozprawę z Mazdakiem przypisuje się Chosrowowi, synowi Kawada. Uważał on mazdakizm za zagrożenie nie tylko dla możnowładców i kleru, ale także dla państwa i władzy królewskiej - co w sumie miało sens, bo w równościowym społeczeństwie raczej nie ma miejsca dla wszechwładnych dynastów.

    Obawy te wyrażają słowa, które źródła wkładają w usta zoroastryjskiego kapłana:

    “Jeśli kobiety i majątek są wspólne to jak syn pozna ojca, a ojciec - syna? Jeśli ludzie są równi, to jak rozróżnimy szlachetnych? [...] Jeśli wszyscy są panami, to nad kim będą panować? Wszyscy będa mieli skarb, a kto będzie skarbnikiem? [...] Prowadzisz ludzi na zatracenie i nie widzisz zła które czynisz.”

    Bardzo możliwe, że poglądy Chosrowa na mazdakitów zostały uformowane właśnie pod wpływem kleru zoroastryjskiego. Rozprawa z Mazdakiem i jego zwolennikami jest dość obrazowo opisana w źródłach. Chosrow wymusza na ojcu wydanie swojego faworyta i jego wyznawców. Potem zakopuje 100k mazdakitów w ziemi tak, że wystają im nogi i następnie zmusza Mazdaka żeby obejrzał ten makabryczny “las”. Prorok jest zszokowany i po chwili umiera, a następnie zostaje powieszony a jego zwłoki przeszyte strzałami. W innej wersji Mazdak nie schodzi na zawał i po spacerze po “sadzie” sam zostaje zakopany w ziemi (oczywiście nogami ku górze).

    Niezależnie od tego, jak wyglądały techniczne szczegóły rozprawienia się z mazdakitami, to Chosrow przywraca dominację kleru zoroastryjskiego i dojeżdża wszystkich, którzy mają coś przeciwko (także innowierców). To jednak wcale nie oznacza wcale końca idei Mazdaka. Łatwo domyślić się, że problemy, które stały za popularnością mazdakitów, nie zniknęły, a oni sami przetrwali w jakiejś formie w regionach, które nie były mocno kontrolowane przez władzę centralną. Wiemy, że tak było, bo do Mazdaka odwoływali się później inni liderzy religijni, a podobieństwo ich teologicznych i społecznych pomysłów wskazuje na istnienie ciągłości między kolejnymi ludowymi ruchami religijnymi w Iranie.

    Wiemy nawet, że przetrwały one pojawienie się islamu i jego dominację. Postmazdakici odegrali dużą rolę w np. rewolucji Abbasydów i potem stali za kilkoma dużymi powstaniami przeciwko władzy centralnej. Islamizacja życia religijnego w Iranie również nie zakończyła żywota idei Mazdaka i jego następców. Wiele z nich zostało przeszczepionych na grunt nowej religii i odegrało bardzo dużą rolę w kształtowaniu się ludowego i mistycznego islamu - irańskiego sufizmu,który z kolei wpłynął na miejscowy szyizm. Dość powiedzieć, że Babak, jeden z liderów społeczno-religijnych odwołujących się do Mazdaka jest dzisiaj bohaterem narodowym Azerbejdżanu, a także popularną postacią także w Islamskiej Republice.

    #daszwiare #religia #iran #starozytnosc #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #antykapitalizm
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 67, w którym jesteśmy Rzymianami, ale identyfikujemy się jako Persowie.

    Link do wpisu na tymczasowym blogu, ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Czytając o tak zwanych religiach Wschodu w zachodnim kontekście łatwo natknąć się na dyskusje o tym, na ile np. zachodni buddyzm jest buddyzmem. Pojawiają się twierdzenia, że są to nowe wynalazki, tylko nawiązujące do idei i praktyk oryginałów. Nie jest to spór typowy dla współczesności. Na przestrzeni wieków studiowano np. chrześcijańskie tradycje, próbując oddzielić rzekome zapożyczenia z pogaństwa od prawdziwie chrześcijańskich, tak aby znaleźć “pierwotną” wersję. Pokłosie rzeczywistości zręcznie opisanej przez starożytnych sentencją “ex oriente lux” - tak się składa, że większość poglądów religijnych wyznawanych na Zachodzie pochodzi ze Wschodu i czasem ciężko dotrzeć do tego, o co tu tak naprawdę chodzi.

    Podobny spór dotyczy tak zwanego mitraizmu. Chodzi tutaj o popularne w późnoantycznym Rzymie kulty skupione na bogu Mitrze. Dlaczego “tak zwane”? Ano dlatego, że jest to zbiorcze pojęcie na dość złożone zjawisko. Z racji szczupłości źródeł pisanych ciężko o pewność, ale w świetle tego, co wiemy, wydaje się, że mitraizm nie był zinstytucjonalizowanym i sformalizowanym credo. Był to raczej zbiór symboli, idei, wierzeń i praktyk, do których różne grupy, zależnie od czasu i regionu, różnie podchodziły. Włożenie tego do pudełka z napisem “mitraizm” jest uproszczeniem, ale koniecznym (inaczej ciężko byłoby je opisać) i zasadnym (istniał pewien rdzeń, wspólny dla większości takich grup).

    Mitraizm jest anachronizmem takim samym, jak Cesarstwo Bizantyjskie. Obydwa określenia zostały wymyślone przez historyków, a sami zainteresowani ich nie stosowali. Mitraizm nazywano “kultami misteryjnymi Mitry” lub “kultami Persów”. Mitra był postacią pochodzącą z mitologii Ariów, obecną w wierzeniach Iranu i Indii. Jako strażnik przysięg i paktów był jednym z najważniejszych bogów dla ludów irańskich. Niektórzy twierdzą wręcz, że ważniejszym od Ahura Mazdy, którego dominująca pozycja w religiach irańskich miała wynikać z późniejszego sfabrykowania tradycji przez zoroastryjskich magów. Spór o to, czy tradycja irańska to mazdaizm czy mitraizm, choć ciekawy, jest jednak poza zasięgiem odcinka.

    My zajmiemy się sporem o to czy zachodni mitraizm miał coś wspólnego z perskim Mitrą. W przeszłości nie brakowało głosów, że rzymski mitraizm był “zachodnim skrzydłem” świata perskiego, ale w nowszych pracach dochodzi się do innych wniosków. Współcześnie skłania się raczej ku poglądowi, że ludzie Zachodu zainspirowani perskimi i mezopotamskimi wpływami, stworzyli swoją własną wersję tych wierzeń, gdzie zapożyczenia z “obcych” kultur mieszają się z lokalnymi. Niekoniecznie oznacza to jednak, że był to świadomy, “marketingowy” zabieg. Wydaje się raczej, że naprawdę wierzono w “perskość” kultu i mocno ją akcentowano.

    Robiono to pomimo faktu, że w czasach o których mowa (I-IV wiek n.e) Rzym miał na pieńku z Iranem. Wydaje się jednak, że zbrojne starcia z irańskimi Partami a później Sasanidami nie doprowadziły do postrzegania mitraizmu jako V kolumny w Cesarstwie. Być może wynikało to z tego, że kulty te były szczególnie popularne wśród żołnierzy i biurokratów niższego szczebla, a więc ludzi, którzy mieli duży wkład w codzienne funkcjonowanie państwa i jego obronę. Wygląda na to, że przekonanie o rzekomym perskim pochodzeniu wierzeń nie oznaczało dla członków kultu jakiegoś poczucia wspólnoty z Irańczykami i nie przeszkadzało im stawać przeciwko nim z bronią w ręku.

    Według naszych szczupłych źródeł, mitraiści twierdzili, że prekursorem ich kultów był nie kto inny jak sam Zoroaster. Ich zdaniem miał on poświęcić najwyższemu bogowi Mitrze specjalną grotę na granicy Persji. Grotami określano wszystkie mitraistyczne miejsca spotkań (tak zwane mitrea). Nawet te, które były zwykłymi pomieszczeniami w budynkach. Ciekawostką jest fakt, że pomieszczenia takie dekorowano tak aby z wyglądu przypominało groty. Mitrea, w przeciwieństwie do większości świątyń, były z zewnątrz nieodróżnialne od zwykłych zabudowań. Możliwe, że była to pochodna faktu, że misteria były “tylko dla kumatych” i celowo kreowano aurę tajemniczości i ekskluzywności.

    Według badaczy mitraizm był obecny niemal w każdym zakątku Cesarstwa. Za jego popularyzacją stali między innymi żołnierze przenoszeni między prowincjami. Z badań archeologicznych wynika, że mitraizm był popularniejszy w łacińskiej części Cesarstwa - Italii, Brytanii i na pograniczu germańsko-galijskim. Mitraizm nie rościł sobie pretensji do bycia masową religią. Wręcz przeciwnie -wspólnoty były zazwyczaj małe i samowystarczalne. Nie ma żadnych dowodów na istnienie nie tylko jakiejś mitraistycznej hierarchii, ale nawet regularnych, instytucjonalnych kontaktów między grupami. Ciężko więc mówić o jednym mitraizmie, było to raczej wspólne źródło, z którego różne grupy czerpały różne rzeczy.

    W starożytności mitraizm określano jako “misteria Mitry” lub “perskie misteria”. Misteria były czymś, w czym wzięcie udziału wymagało inicjacji. Obok zwykłych publicznych kultów, które były obowiązkowe dla każdego, istniały także inne, a część z nich była dostępna tylko dla wybranych. Dobrze opisuje to charakter mitraizmu w praktyce. Poszczególne grupy spotykały się w zaufanym gronie i same decydowały o tym, kto będzie mógł zostać członkiem. Źródła mówią o istnieniu siedmiostopniowej hierarchii, ale ciężko powiedzieć, na ile było to typowe dla wszystkich grup. Niektóre wydają się po prostu zbyt mało liczne (wiemy to po rozmiarach miejsc spotkań) i przypuszcza się, że tam hierarchia była bardziej spłaszczona.

    Na czele wspólnoty stał tak zwany Ojciec (zazwyczaj jeden, ale mamy też przykłady takich gdzie ojców było więcej). Spotkania mitraistyczne zasadzały się na wpólnym, uroczystym posiłku, który pełnił podwójną funkcję - społeczną (wzmacnianie więzi grupy) i religijną (uczczenie Mitry). Ze szczupłych źródeł wiemy, że przynajmniej część mitraistów wierzyła w konkretną symbolikę rytualnej uczty. Grota (faktyczna lub pomieszczenie nań ustylizowane) była uważana za symbol wszechświata. Ludzie spotykający się w niej to dusze, które pojawiają się we wszechświecie aby przeżyć swoje śmiertelne życie. Celem misteriów jest wtajemniczenie w czynności i wiedzę potrzebną duszom na osiągniecie życia wiecznego.

    Na korzyść tej interpretacji przemawia fakt występowania symboli astralnych w mitreach. Groty były pełne planet, gwiazd, znaków zodiaku, konstelacji i oczywiście Słońca, utożsamianego z Mitrą. Siedmiostopniową hierarchię interpretuje się z kolei jako odpowiednik siedmiu planet jakie znali starożytni. Ciężko dokładniej zrekonstruować konkretne wierzenia i poglądy grup mitraistycznych, zwłaszcza, że symbole są różnie przedstawiane i używane. Wydaje się, że wierzono, iż odpowiedź na misterium wszechświata jest zapisana w gwiazdach i planetach. Niektórzy uważają to za dowód na duży wpływ wierzeń mezopotamskich, gdzie religia miała olbrzymie związki z astrologią, na rzymski mitraizm.

    W centrum misteriów znajdował się naturalnie Mitra, określany jako “Słońce Niezwyciężone”. Był przedstawiany “po persku” (a raczej tak jak Persów wyobrażali sobie Rzymianie). Groty posiadały ołtarze i płaskorzeźby na ścianach, które roiły się od postaci Mitry w trakcie różnych czynności. Wszechobecnym motywem było zabicie byka (scena ta zazwyczaj znajduje się w centralnym miejscu sanktuarium). Inne sceny opowiadały historię poprzedzającą moment rytualnego zabójstwa (np. narodziny bóstwa) i to co nastąpiło po nim (np. ucztowanie na ofiarnym mięsie, czego pamiątką była wspólna uczta wyznawców). Uczeni mają niezły ból głowy jak interpretowane było rytualne zabicie byka przez Mitrę.

    Akt ten doczekał się nawet dedykowanego określenia - tauroktonia. Jeśli interpretacja nawiązujaca do mitologii irańskiej jest poprawna, to tauroktonia jest dobrą ilustracją rzymskiego mitraizmu jako miksu Zachodu ze Wschodem. Motyw rytualnego zabicia byka jako początku stworzonego świata był bowiem bardzo popularny w irańskich mitologiach. Rzecz w tym, że nie stał za nim Mitra. Zabicie byka obciążało zazwyczaj konto Arymana (zły bóg, przeciwnik Ahura Mazdy). Tauroktonia była związana nie tylko z początkiem, ale też końcem czasów. Wtedy to Saoszjant, zoroastryjski mesjasz, miał zabić byka a jego tłuszcz dodać do świętego napoju, haomy, który da sprawiedliwym nieśmiertelność.

    Zabicie byka przez Mitrę może zatem symbolizować początek wszechświata, w którym dusze ludzkie przeżywają swoje śmiertelne życie oraz jego (wszechświata) koniec, który niesie ze sobą nadzieję na życie wieczne. Mitra-Słońce zaś to siła sprawcza, stojąca za tym procesem. Interpretacji jest jednak mnóstwo i wiele z nich bierze pod uwagę nie tylko mitologię irańską, ale także wierzenia dotyczące astrologii. Wiele jest także ezoterycznych interpretacji, rozumiejących scenę rytualnego zabójstwa jako klucz do jakiejś zagadki, której rozwiązanie ma przynieść nieśmiertelność temu kto znalazł na nią odpowiedź.

    Znalezienie rozstrzygających odpowiedzi na pytania dotyczące mitraizmu jest jednak ciężkie, gdyż brakuje nam źródeł z epoki. Dzięki archeologii wiemy o powszechności kultu i jego popularności wśród konkretnych grup społecznych. Pojawiają się czasem głosy, że mitraizm mógł być rywalem chrześcijaństwa, ale z uwagi na jego skupienie się na mężczyznach wydaje się to niezbyt prawdopodobne. Z drugiej jednak strony imponująca jest (mimo licznych problemów) liczba odkrytych sanktuariów. Pewną wskazówką jest też mocna krytyka mitraizmu przez pisarzy chrześcijańskich. To właśnie przyjęcie tej religii jako państwowej doprowadziły do wytępienia “perskich misteriów”. Jedna “zachodnia” religia inspirowana “wschodem” zastąpiła drugą.

    #daszwiare #iran #ciekawostki #zainteresowania #religia #gruparatowaniapoziomu #historia #starozytnosc #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 66, w którym znajdujemy w końcu czas, żeby usiąść na spokojnie ze śramaną.

    Zapraszam do czytania na blogu (tymczasowy adres)

    Termin “śramana” pojawiał się tu kilka razy, ale nigdy się nad nim nie pochyliliśmy. No, nurt w religiach indyjskich, równoległy do wedycznego i cyk, pora na CSa. Nadrobimy to zaniedbanie. Zaczniemy od wpisu o początkach. Śramana to “osoba pracująca nad osiągnięciem wyższego/duchowego celu”. Termin oznaczał zatem jednostkę, ale z racji tego, że było ich sporo i często łączyły się w grupy, to zaczęto tak nazywać pewien nurt w indyjskiej religijności. Charakteryzował się odrzuceniem autorytetu Wed (kanon tekstów religijnych), hierarchii kapłańskiej i rytualnych ofiar. Zamiast tego proponował skupienie się na praktyce, podkreślał duchowy potencjał każdego człowieka i jego odpowiedzialność za rozwój tegoż potencjału.

    Istnieje wiele teorii mających tłumaczyć genezę śramany i jej odrębność od tradycji wedycznych (czyli tych nurtów, które na piedestale stawiały Wedy, dominację kapłanów i rytuały). Omówimy “protestancką reformację”, “reakcję autochtoniczną” i “Wielką Maghadę”. Teoria “reformacji” była swego czasu bardzo popularna wśród zachodnich badaczy. Głosi ona, że w starożytnych Indiach zaszedł proces podobny do obserwowanego w średniowiecznej Europie. Oficjalna religia, zdominowana przez grupę kapłanów zwanych braminami, stała się rytualistyczna, elitarna i “odległa” od wiernych, przez co nie spełniała wymagań tych, którzy chcieli czegoś więcej niż odbębnienie nakazanych czynności kultowych.

    Faktycznie - główny nurt indyjskich wierzeń I połowy I tysiąclecia p.n.e. był oparty o rytualne ofiary oraz zmonopolizowany przez kapłanów posługujących się zbiorem tekstów spisanych w sanskrycie, którego nie rozumiał nikt poza nimi. Żeby dany rytuał był ważny, musiał odbyć się w zgodzie z przepisami rytualnymi i w obecności kapłana. Kapłanem zaś zostawało się tylko z urodzenia. Obraz ten (poza dziedzicznym kapłaństwem) pasuje jak ulał do kościoła późnego średniowiecza, z jego skupieniem na rytuałach (liturgie z sakramentami), nadrzędną rolą kleru (jedyni szafarze sakramentów, które są niezbędne do zbawienia) posługującego się językiem którego nikt poza nimi nie rozumie (łacina).

    Podobnie jak w średniowiecznej Europie obok głównego nurtu istniały poboczne grupki, które inaczej rozkładały akcenty. Głosiły one konieczność zaangażowania, praktyki i przestrzegania zasad w codziennym życiu, odrzucenia/ograniczenia roli “duchowej arystokracji” (poglądu, że z racji urodzenia czy miejsca w hierarchii jest się z automatu bardziej zaawansowanym duchowo) oraz zwiększania przystępności dla tzw. “zwykłych ludzi”. W ujęciu tych hipotez u źródeł śramany leży próba reformy wedycznej religii i jest ona czymś w rodzaju Lutra w sari (albo nawet bez, bo niektóre grupy miały bardzo radykalne podejście do posiadania czegokolwiek na własność).

    Teoria “autochtonicznej reakcji” zasadza się na poglądzie, że śramana jest kontynuacją religii Indii sprzed podboju subkontynentu przez Ariów. Skoro Ariowie przynieśli ze sobą religie wedyczne i narzucili je podbitym, to prawdopodobnie śramana, ustawiająca się w opozycji, była pierwotnie inną tradycją religijną. Studia nad irańskimi Ariami zdają się potwierdzać, że religia Ariów była oparta na czynnościach kultowych, a ich poprawne wykonanie było kluczowe, inaczej nie dałyby pożądanego efektu. Skoro i w tradycjach wedycznych i u irańskich Ariów przewodnią rolę odgrywają rytuały, a nie np. praca jednostki nad rozwojem duchowym, to wspiera to teorię o autochtonicznym pochodzeniu śramany.

    Opisane wyżej teorie mają swoje mocne strony, ale mają także słabe. Na przykład - skoro śramana to zupełnie inna tradycja religijna, to dlaczego dzieli z wedycznymi tak dużo pojęć, postaw i poglądów? Chodzi tu na przykład o wiarę w reinkarnację, karmę, mokszę czy kult tych samych bóstw. Silnie akcentowana praca jednostki nad duchowym rozwojem? W tradycjach wedycznych także nie brakowało ascetów, których wysiłki skierowane były na osiągniecie oświecenia. Mowa tu o sannjasinach. Ich życie nie różniło się za bardzo od ideału śramany. Sannjasini stawiali na pogłębioną kontemplację i skromność, aby wyzwolić się z iluzji życia i zobaczyć sprawy takimi jak są naprawdę.

    Zwolennicy teorii reformacji często podnoszą argumenty, że teksty buddyzmu czy dżinizmu (tradycji, które wyłoniły się ze śramany) zostały spisane w prakrytach. Wedy spisane były zaś w sanskrycie, języku którego nie znał nikt poza kapłanami (braminami). Ładnie pasuje to do protestantów tłumaczących z łaciny na języki narodowe, prawda? Problem w tym, że okazało się, że te prakryty prawdopodobnie wcale nie były “językami ludu”, a ich znajomość (pali w buddyzmie i ardhamaghadi w dżinizmie) ograniczała się tylko do wykształconych wiernych tych tradycji. Kolejnym problemem jest też to, że dżiniści i buddyści także używali sanskrytu.

    Istnieje sporo przesłanek potwierdzających teorie reformacji i reakcji, ale wątpliwości jest dużo. Stąd próby “harmonizacji”, mieszania teorii. Niemal pewne, że pierwotna religia Ariów była rytualistyczna, a tradycje kontemplacyjne to inne wpływy. Śramana dzieli jednak zbyt wiele z tradycjami wedycznymi, by uznać ją za wcześniejszą religię Indii. Reformacja? Fakt, śramana dzieli pochodzenie z Wedami, ale zmiany są chyba zbyt radykalne jak na tę samą religię w innej formie. Np. kult bóstw zostaje, ale rdzeniem jest oświecenie jednostki - oświecony stoi nad bogami. Ojciec protestanckiej reformacji, Wiklef, przedkładał jednostkową świętość nad np. hierarchię, ale uświęcającym był Bóg, a uświęcony nie stawał ponad nim.

    Przykładem teorii harmonizującej jest wspomniany “model Wielkiej Maghady”. Twierdzi, że śramana wywodzi się z tego samego korzenia co tradycje wedyczne, ale na pewnym etapie ich drogi się rozeszły. Czemu? Na przykład w wyniku powstania kilku społeczności Ariów. Po podboju subkontynentu zasiedlili oni różne jego regiony i wspólna kultura zaczęła rozwijać się inaczej, na podobnej zasadzie, jak Słowianie w Czechach mają inną kulturę niż Słowianie w Rosji. Tłumaczy to istnienie różnic, ale i dużą ilość podobieństw między obydwiema tradycjami - były kiedyś jednym, ale po prostu wyewoluowały w inną stronę z uwagi na różne warunki, inne rozłożenie akcentów, lokalne wpływy, politykę i historię.

    Autorem tej teorii jest pan Bronkhorst, badacz cywilizacji tak zwanej Wielkiej Maghady. Jego zdaniem ojcami śramany są Ariowie którzy zasiedlili północno-wschodnią część Indii. Podobnie jak kuzyni z północnego zachodu, darzyli dużym szacunkiem ascetów i mistyków, ale ten nurt cieszył się u nich jeszcze większym wzięciem. Budda i Mahawira urodzili się i działali na terenach z grubsza odpowiadających rzeczonej Wielkiej Maghadzie. Niektórzy zaprzeczają pochodzeniu tej kultury od Ariów, ale patrząc na buddyzm i dżinizm ciężko nie zauważyć wpływów Wed. Wspomniałem już o karmie, samsarze czy mokszy, ale to nie jedyne części wspólne.

    Pisma buddyjskie i dżinijskie przywołują też te same bóstwa. Indra, jeden z ważniejszych wedyjskich bogów, jest przedstawiany jako opiekun Buddy i Mahawiry. Jak jednak wyjaśnić krytykę części tradycji wedycznych? Tradycje nie są monolitami - zazwyczaj istnieją w nich reformatorskie skrzydła, odrzucające pewne ich elementy. W samych Wedach zdarzają się teksty krytykujące np. uprzywilejowanie kapłanów. Bronkhorst dodaje też, że mogło się to stać w wyniku tarć klasowych w Wielkiej Maghadzie. Podział kastowy społeczeństw Ariów był płynny i zmieniał się w zależności od czasów i regionu. Tradycja jest w końcu rzeczą płynną, a nie ustanowioną raz na zawsze.

    Zdaniem Bronkhorsta braminom nie udało się zmonopolizować życia religijnego w Wielkiej Maghadzie z powodu oporu kasty znanej jako kszatrija (coś jak szlachta w Europie) i to doprowadziło do odrębności śramany. Jakie mamy przesłanki popierające tę tezę? Na przykład takie, że Budda i Mahawira pochodzili ze szlachty, a nie z rodzin kapłańskich. Mahawira miał nawet zostać poczęty jako bramin, ale Indra uznał, że to się nie godzi i przeniósł płód do ciała szlachcianki Trisali. Ponadto dżinijskie i buddyjskie teksty ociekają wojskową nomenklaturą. Dżinista znaczy “zwolennik Jiny”, czyli Zdobywcy. Ascetów przedstawiano często jako wojowników walczących nie z fizycznym wrogiem, ale z duchowymi wyzwaniami.

    Motyw “rycerza” doskonalącego się w walce pasował do motywu mnicha doskonalącego się na drodze do oświecenia. Był to alternatywny model religijności do głoszonego przez braminów utrzymujących, że duchowy potencjał jest przede wszystkim kwestią urodzenia i ludzie z innych kast nie są w stanie im dorównać. Właśnie - mówi się, że śramana odrzucała system kastowy. Prawda jest taka, że kasty funkcjonowały u dżinistów i (rzadziej, ale jednak) buddystów. Odrzucenie kast miało raczej wymiar religijny (każdy człowiek może być oświecony), a nie społeczny. Podobne zastrzeżenie należy poczynić przy poglądzie dotyczącym rzekomego odrzucenia Wed.

    Bo co to za odrzucenie Wed, skoro śramana dzieli z nimi sporą część wierzeń? O wiele trafniejsze byłoby powiedzenie, że śramana odrzucała pogląd, iż sama znajomość Wed i idący za tym fakt bycia braminem cokolwiek zmienia. Buddzie przypisuje się słowa “Ani nie jest się braminem przez urodzenie, ani przez urodzenie nie jest się niebraminem. Postępowanie czyni braminem, jak i czyni niebraminem”. I tutaj dochodzi do tego, co Bronkhorst uważa za clou - odrębność śramany zasadza się przede wszystkim na odrzuceniu tych elementów tradycji wedycznych, które czynią z nich religie zrytualizowane i zmonopolizowane przez braminów, w których inne kasty spadają do roli służebnej, całkowicie zależnej od kapłanów.

    I tak na przykład śramana odrzucała rytualne ofiary, a wręcz uznała je za barbarzyństwo i położyła silny nacisk na ahmisę (brak przemocy). Oprócz czysto moralnych czynników łatwo zauważyć motywację ideologiczną. Ofiary trzeba składać w określony w Wedach sposób, a znają je tylko bramini i tylko oni mogą składać ofiary. Podtrzymywanie przekonania o konieczności składania ofiar umacnia i cementuje pozycję braminów. Rytualne ofiary należy zatem odrzucić. Czy wierzenie w mokszę/nirwanę wzmacnia braminów? Nie, bo przecież jest ona efektem starań jednostki, a nie kwestią odprawienia stosownych rytuałów.

    Zdaniem teorii Bronkhorsta śramana wyłoniła się jako odrębny nurt w wyniku różnic regionalnych. Nie odrzuca ani spojrzenia na te ruchy jako próby reformacji, ani jako efektu synkretyzmu. Godzi te poglądy i dodaje do miksu katalizator w postaci zmian społecznych w Wielkiej Maghadzie i idącej za nimi odmiennej hierarchii. Czy jednak tak było naprawdę? W końcu to, że coś dobrze tłumaczy dane zjawisko, nie jest dowodem na prawdziwość tego “cosia”. Na to pytanie nie ma rozstrzygającej odpowiedzi, ale znajomość tych niepotwierdzonych teorii może nam pozwolić lepiej zrozumieć to, co faktycznie wiemy ze źródeł. I przyda się gdy będziemy omawiać kolejne, historyczne ruchy określane zaliczane do śramany.

    #daszwiare #religia #buddyzm #indie #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #historia #zainteresowania
    pokaż całość

    +: am_anfang_war_napoleon, loginnawykoppl +29 innych
    •  

      @niedoszly_andrzej: Dobry artykuł, przeczytałem z zainteresowaniem.Raczej nie będziemy wiedzieć jak było.Pewnym argumentem na rzecz teorii o autochtonicznych wpływach jest znalezienie w ruinach Harrapy i Mohendżo Daro glinianych pieczęci przedstawiających postać siedzącą w jednej z pozycji medytacyjnych jogi.Te cywilizacje były już dość zaawansowane (te dwa wymienione miasta w II tyś. p.n.e. posiadały systemy kanalizacji!!), zapewne posiadające swoje religie i jest niemożliwością aby Ariowie, jako ludy koczownicze, ich częściowo nie wchłonęli.Tubylcy mogli mieć swój system nazwijmy go proto-jogi.Choć z drugiej strony techniki wchodzenia w trans czy medytacji były znane w każdej kulturze.
      To co wiemy na pewno to to że w pewnym okresie zainteresowanie spekulacją filozoficzno-soteriologiczną i technikami medytacyjno-ascetycznymi objęło również kręgi bramińskie o czym świadczą najstarsze Upaniszady które zostały ułożone na krótko przed Buddą.Wg źródeł buddyjskich dwóch nauczycieli medytacji których uczniem był Budda było właśnie braminami.Śramanowie, asceci i medytujący wszelkiej maści albo akceptowali system wedyjski lub nie.Ponadto w źródłach buddyjskich znajdujemy opis Sześciu Wielkich Samanów okresu Buddy i okazuje się że niektórzy z nich głosili materializm i agnostycyzm.To świadczy o tym że był to okres wielkiej aktywności intelektualnej, początków filozofii i poszukiwań duchowych.
      Tak na dobrą sprawę można by znaleźć argumenty popierające zarówno hipotezę reformacji, autochtoniczną jak i harmonizującą.

      Sorki że się przyczepiam ale w artykule są dwa niedociągnięcia które mnie raziły choć to drobiazgi.
      Piszemy wedyjski podobnie jak buddyjski itp.
      Luter jako mężczyzna z pewnością wybrałby dhoti a nie sari.

      Czekam na kolejną odsłonę :)
      pokaż całość

    •  

      Raczej nie będziemy wiedzieć jak było.Pewnym argumentem na rzecz teorii o autochtonicznych wpływach jest znalezienie w ruinach Harrapy i Mohendżo Daro glinianych pieczęci przedstawiających postać siedzącą w jednej z pozycji medytacyjnych jogi.

      @Dreampilot: tak, ale nikt raczej nie przeczy, że wierzenia przedaryjskie miały wpływ na religie wedyczne i śramanę. Chodzi o to, że śramany nie można nazwać kontynuacją tych tradycji "w czystej formie", bo dzieli za dużo z wedycznymi.

      To co wiemy na pewno to to że w pewnym okresie zainteresowanie spekulacją filozoficzno-soteriologiczną i technikami medytacyjno-ascetycznymi objęło również kręgi bramińskie o czym świadczą najstarsze Upaniszady które zostały ułożone na krótko przed Buddą.
      A to prawda, właśnie na Upaniszady wskazują autorzy twierdzący, ze obydwie tradycje są ze sobą spokrewnione.

      Tak na dobrą sprawę można by znaleźć argumenty popierające zarówno hipotezę reformacji, autochtoniczną jak i harmonizującą.
      IMO to jest właśnie miks, tak jak różne teorie harmonizujące twierdzą. Pewnie była to kwestia zmian społecznych, spakdu po wcześniejszych wierzeniach, różnej ewolucji wierzeń i praktyk Ariów jak i chęci reformy religijnej.

      Luter jako mężczyzna z pewnością wybrałby dhoti a nie sari.
      To był żart ;)
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 65, w którym rozwijamy filozofię i matematykę (prawdopodobnie) oraz zakładamy sektę (na pewno).

    Każdy słyszał o Pitagorasie. Ba! Niektórzy nawet mieli szansę nim zostać (tak przynajmniej obiecywały stare podręczniki do matematyki). Mniej osób wie, że Pitagoras wywarł przemożny wpływ nie tylko na matematykę i filozofię, ale także duchowość. Co więcej - pitagorejskie dokonania na polu nauki są często poddawane w wątpliwość, ale nikt nie kwestionuje kariery guru. Przez znaczną część historii Pitagoras nie był postrzegany tylko jako uczony filozof, a raczej ktoś w rodzaju Buddy czy Laozi - oświecona istota, stojąca znacznie wyżej w hierarchii bytów niż nawet najmądrzejszy i najbardziej wykształcony człowiek.

    W starożytności i średniowieczu nazywano go ojcem matematyki, astronomii, muzyki i filozofii. Przypisywano mu, między innymi, opracowanie koncepcji świata jako uporządkowanego i poznawalnego systemu, odkrycie kulistości Ziemi, stworzenie teorii proporcjonalności w matematyce, opisanie wielościanu foremnego, matematyczny opis konsonansu i dysonansu w muzyce. Do listy należy dopisać teorię o pięciu strefach klimatycznych oraz słynne twierdzenie. Pitagoras jawi się jako nadludzki geniusz, któremu zawdzięczamy nauki wszelakie. Jest jednak pewien problem. Większość źródeł kadzących Pitagorasowi powstała kilkaset lat po jego śmierci. Źródła bliższe czasom, w których żył, są wyważone, a taki Heraklit wręcz określa go jako szarlatana.

    Wraz z rozwojem krytyki źródłowej zaczęła się rewizja historii o “boskim” geniuszu. Zeller, autor obszernej, XIX-wiecznej kolubryny o historii greckiej filozofii, doszedł do wniosku, że Pitagoras był raczej kimś w rodzaju guru, gdyż tworzył on coś na kształt grup religijnych oraz był autorem nietypowych koncepcji, odmiennych od głównego nurtu helleńskich wierzeń. Erich Frank, poszedł jeszcze dalej i stwierdził, że Pitagoras był sekciarzem, a rzekome odkrycia to dzieła innych ludzi. Burkert z kolei plasuje się gdzieś po środku. Twierdzi on, że odkrycia przypisywane Pitagorasowi były dziełem jego uczniów, którzy, mimo religijnej natury grupy, byli osobami wykształconymi, zaliczającymi się do elity intelektualnej.

    Patrząc na biografie Pitagorasa, łatwo zwątpić w ich wiarygodność. Prawdopodobnie naprawdę urodził się w VI wieku na Samos, ale reszta jest mało realna. Umiejętność bilokacji, czy obłaskawiania i rozmawiania ze zwierzętami, nie brzmią poważnie. Edukacja jest nie mniej podejrzana - Pitagoras miał studiować z Anaksymandrem, pobierać astronomiczne nauki od egipskich kapłanów, interpretować sny z żydowskimi uczonymi, wróżyć z Chaldejczykami, a w końcu udać się na nauki do samego Zoroastra. Ten miał mu przekazać wiedzę na temat prawdziwej natury rzeczy. Ciężko wziąć to wszystko za dobrą monetę. Współcześni badacze są już jednak bardziej zniuansowani i nie popadają w hiperkrytycyzm.

    Przyznaje się, że Pitagoras jest bardzo mocno zmitologizowaną postacią i nie można za bardzo ufać wizji skrzyżowania Einsteina z Teslą i Newtonem. Przyjmuje się, że Pitagoras miał swój wkład (mniejszy lub większy) w pitagoreizm. Ten zaś, obok wierzeń stricte religijnych, wnosił także bardziej praktyczne rzeczy. Na przykład spojrzenie na wszechświat jako opisywalną matematycznie harmonię. Użycie tego ostatniego słowa nie jest przypadkowe. Pitagorejczycy odwoływali się do faktu, że muzykę można opisać matematyką i twierdzili, że to samo można zrobić z innymi zjawiskami. Wspomniany komponent nadnaturalny to na przykład przekonanie o nieśmiertelności duszy i metempsychoza (wędrówka dusz).

    Wierze w metampsychozę towarzyszyło mniemanie, że wszystkie istoty żywe są w zasadzie tym samym. Pitagoras miał rozpoznać głos nieżyjącego przyjaciela w dźwiękach wydawanych przez bitego psa. Ciało postrzegano jako swoiste “opakowanie” na duszę w tym życiu, nie coś, do czego należy się przywiązywać. Kolejny pitagorejski pogląd głosił, że wszystkie zjawiska powtarzają się w cyklach i jeśli coś wydaje nam się nowe to znaczy, że nie znamy dobrze historii. W zasadach pitagoreizmu cytowanych przez Arystotelesa nie ma wprawdzie słowa o wegetarianizmie, ale później był on jego znakiem rozpoznawczym. Poświadcza to o ewolucji oryginalnego nauczania, co, jak się przypuszcza, doprowadziło do powstania dwóch odrębnych nurtów pitagoreizmu.

    Skąd jednak pitagoreizm, o którym cały czas mówimy? Pitagoras w okolicach 530 roku p.n.e osiedlił się w Kroton (Wielka Grecja, współcześnie południowe Włochy). To właśnie tam założył swoje zamknięte towarzystwa, które cechowały się moralnym rygoryzmem i sekretyzmem. Starożytni dziejopisarze przypisywali zwycięstwo Kroton nad odwiecznym wrogiem, Sybaris, właśnie wpływowi nauk Pitagorasa. Zwycięstwo to pozwoliło miastu zdominować region, a ludzie powiązani z Pitagorasem odgrywali dużą rolę w rządzeniu. Nie wiemy, co dokładnie się stało, ale w pewnym momencie doszło do konfliktu pitagorejskiej “elity” z “ludem”. Skończyło się masakrą i ucieczką resztek pitagorejczyków (Pitagoras zginął w tumulcie lub chwilę po nim).

    Nie był to jednak koniec. Wprost przeciwnie - źródła mówią o powstaniu wpływowych towarzystw w nowych lokacjach. Pitagorejczycy nazywali siebie homakooi (“ci, którzy zbierają się wspólnie, by słuchać”) i dbali o to, aby utrzymać odrębność od otoczenia. Nauczanie było tajne. Okres kandydacki trwał pięć lat i wymagał od chętnego oddania całego majątku wspólnocie. Kandydat był zobowiązany do pobierania nauk Pitagorasa (przekazywanych ustnie) bez prawa do odzywania się. Tajność chyba nie zdała się na wiele, bo wiemy na przykład, że pitagorejczykom nie wolno było jeść fasoli, podnosić okruchów, jeść białych kogutów i niektórych ryb oraz łamać chleba (później doszedł wegetarianizm).

    Przyznacie, że, póki co, mało tu matematyki? Wspomniałem już, że pitagoreizm ewoluował. W źródłach pojawia się informacja o istnieniu dwóch grup grup - akousmatikoi i mathematikoi. Pierwsza z nich rozumiała pitagoreizm jako zbiór zasad i rytuałów zapewniających lepszy byt w przyszłym wcieleniu (potencjalnie - przerwanie metampsychozy i osiągniecie stanu boskości), a druga dokładała do tego pogłębione studiowanie filozofii (w starożytnym rozumieniu - czyli nauki wszelakie). Nauka i refleksja zostały tu podniesione do rangi religijnej powinności.To właśnie mathematikoi mieli (w myśl niektórych interpretacji) być faktycznymi autorami odkryć i teorii, które później przypisano samemu Pitagorasowi.

    Nie znaczy to jednak, że mathematikoi byli jakimś “zakonem naukowców”. Łączyli oni coś, co dzisiaj nazwalibyśmy nauką, z ezoteryką i metafizyką. Przypisuje się im pomysł graficznego prezentowania liczb jako kropek, co miało pomagać w zrozumieniu relacji między nimi. Dużo uwagi poświęcali podziałowi liczb na parzyste i nieparzyste, zauważając szczególną właściwość jedynki, która kolejno dodawana sprawiała, że kolejne sumy były na przemian parzyste i nieparzyste. Liczby miały też symboliczne znaczenie - jedynka była utożsamiana z bytem, a czwórka z równością. Szczególna była trójka, jako cyfra mająca początek, środek i koniec. Symbolizowała ona dobroć jednostki składającą się, według pitagorejskich wierzeń, z roztropności, szczęścia i energii.

    Co ciekawe, pitagorejczycy mieli bardzo równościowe - zwłaszcza na tle epoki - poglądy w kwestii kobiet. Według podań, już za czasów Pitagorasa kobiety miały status zbliżony do mężczyzn w ramach zamkniętych grup. Teano, żona (w innej wersji córka) Pitagorasa, słynęła z wykształcenia, a niektóre źródła wręcz twierdzą, że po śmierci Mistrza to ona stanęła na czele ruchu. Generalnie kobiety pitagorejskie miały prawo do edukacji i część z nich poświęcała się filozofii. Zapiski filozofek pitagorejskich takich jak Fintys ze Sparty czy Aesary z Lukanii to jedne z najstarszych “dzieł naukowych” autorstwa kobiet. Niektórzy uważają, że matka Platona, Periktione, również była pitagorejką. Jest to kwestia mocno dyskusyjna, ale nie da się ukryć, że jej syn inspirował się Pitagorasem.

    Towarzystwa pitagorejskie przetrwały do przełomu IV i III wieku p.n.e. Przypuszcza się, że po tym okresie działały jeszcze jednostki odwołujące się do nauk Pitagorasa. Pitagoreizm zaczął się odradzać w I wieku p.n.e i, jako neopitagoreizm, rozkwitł w I i II wieku n.e. Uważa się, że neopitagorejczykiem był nasz stary znajomy (50 odcinek) Apoloniusz z Tiany. Neopitagoreizm ograniczał się jednak do bardzo wąskiej elity i nie stał się tak popularny, jak konkurencyjne szkoły. Przypuszcza się, że ostatecznie neopitagorejczyków wchłonął neoplatonizm. Na wiele wieków pozostała jednak legenda Pitagorasa jako archetypu genialnego uczonego i wizjonera. Poniekąd trwa do dzisiaj.

    #daszwiare #religia #historia #ciekawostki #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #starozytnosc
    pokaż całość

    •  

      Tymczasowa strona (przerobiłem bloga żeby ładniej wyglądał i można było sukskrybować, ale dość opornie idzie mi przerzucanie odcinków). Jak skończę to bo bedzie dostępny pod daszwiare.neuruopa.pl.

    •  

      @niedoszly_andrzej: Niektórzy zajmujący się historią matematyki mają nie najlepsze mniemanie o Pitagorejczykach, mianowicie ich kurczowe trzymanie się wymysłów o harmonii i proporcjach (vide anegdota o utopieniu autora dowodu na istnienie liczb niewymiernych) wpływała hamująco na rozwój matematyki. Uważa się też, że ich wpływ na rozwój matematyki jest mocno przeceniony i większość tego, czym się posługiwali, odziedziczyli po 'starożytnych' (panie, za Sumerów to była matematyka, teraz to nie ma matematyki).

      Inna sprawa, że niestety tak dawny okres jest słabo udokumentowany i tak naprawdę niewiele o nim wiemy, a jeśli już to rzadko ze źródeł bezpośrednich.
      pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 64, w którym bijemy się o teologiczne prawdy (i to nie tylko w przenośni).

    Myśląc o kształtowaniu się doktryny chrześcijańskiej na soborach ekumenicznych, możemy mieć przed oczyma ważkie debaty prowadzone przez pobożnych mędrców. Zgromadzeni słuchają ich uczonych słów i po cichu modlą się o roztropność... No dobra, poniosło mnie. Mało kto myśli o soborach, zwłaszcza, że często nie wie, że miały one miejsce, a doktryna była przedmiotem ostrych sporów. Soborowa rzeczywistość potrafiła być daleka od wyżej opisanej. Głośniejsza, pełna oskarżeń o herezję, politycznych nacisków, wyzwisk i przemocy.

    Abstrahując już od tego, na ile uprawnione były uchwały (przedmiot sporu wśród badaczy, wyznawców i fanów teorii spiskowych), to samo zjawisko jest trudne do zrozumienia dla współczesnych Europejczyków i Anglosasów. Zeświecczony mózg nie widzi przepaści między Maryją-Matką Bożą, a Maryją-Matką Chrystusa. Nawet, jak widzi, to nie jest to dlań powód do przemocy. “Każdy wierzy tak, jak uważa! Przecież chodzi o naśladowanie Jezusa, bycie dobrym, prawda?”. Zdaniem biskupów z Nicei sprawy mają się jednak inaczej:

    Ktokolwiek chce być zbawiony, przede wszystkim potrzeba, aby wyznawał katolicką [powszechną] wiarę. Której jeśliby kto nie zachował całej i nienaruszonej, ten niewątpliwie zginie na wieki. [...] Ta jest wiara katolicka [powszechna]*, której jeżeli kto wiernie i mocno nie wyznaje, zbawiony być nie może.

    Większość religii w starożytności nie skupiała się na doktrynalnej czystości. Chrześcijaństwo przez długi czas także było pluralistyczne. Oczywiście, spierano się i dyskutowano, ale nie mordowano. Ewentualnych wyjaśnień procesu narzucania “ortodoksji” i eliminowania nonkonformistów jest wiele, ale nie o tym mamy mówić. W tym przydługim wstępie chodziło o zwrócenie uwagi, że chrześcijaństwo przełomu epok uzależniało zbawienie od doktrynalnej czystości. To poniekąd wyjaśnia, dlaczego w pewnym momencie użycie przymusu i przemocy stało się nie tylko dopuszczalne, ale nawet zalecane.

    Heretycy zostaną przecież potępieni/zniszczeni. Bóg na sądzie powie “No… Symeonie, kochałeś mnie i byłeś wzorem cnót, ale niestety nieprawidłowo wierzyłeś w substancję Ducha Świętego więc spędzisz całą wieczność w piekle. Następny!”. Patrząc w ten sposób prześladowanie heretyka, czy nawet egzekucja herezjarchy, są dobre. Przymus i przemoc mogą doprowadzić do nawrócenia i ocalenia od niekończącej się męki w życiu wiecznym. OK, skoro już ustaliliśmy, że ci, co wierzą źle, skończą marnie, to wiemy, że warto wierzyć poprawnie. Powstaje jednak pytanie — kto lub co ma o tym decydować?

    Ktoś powie: “Pismo Święte”. Problem w tym, że Pismo można bardzo różnie rozumieć. Papież? Tu z kolei problemem było to, że ówczesny świat chrześcijański miał inne zdanie. Biskup Rzymu, jako jeden z patriarchów, miał olbrzymi autorytet i był bezapelacyjnie najważniejszym biskupem Zachodniej części Imperium, ale… no właśnie, Zachodniej. Sercem Imperium, i areną teologicznych sporów, był tymczasem znacznie bardziej ludny, bogaty i mocniej schrystianizowany Wschód. Prawda jest taka, że nie istniał wówczas powszechnie uznany sposób rozstrzygania sporów.

    W praktyce wyglądało to tak, że cesarze rzymscy widzieli tarcia między zwolennikami różnych opcji. Jako boży pomazańcy, troszczyli się o zbawienie poddanych (tak przynajmniej głosiła państwowa propaganda) i zwoływali zgromadzenia aby zakończyć kontrowersje. Miało to także praktyczny wymiar — różne partie były szczególnie popularne w różnych prowincjach. Pozwolenie na rozłam było więc potencjalnym zagrożeniem dla jedności politycznej. Różniące się grupy, egzystujące obok siebie, były zaś zagrożeniem dla stabilności. Sobór, bo tak nazwano owo zgromadzenie, wcale nie oznaczał końca problemów.

    Nie istniały jasne reguły co do, tego kto może wziąć udział. Nie istniały także zasady co do tego, od jakiej liczby zgromadzonych orzeczenia soboru były wiążące. Nie wiadomo było także, kto ma ostatnie słowo, gdyby nie udało się osiągnąć konsensusu. Nie było też powszechnie przyjętego kryterium porozumienia. Zwykła większość? Kwalifikowana? Miażdżąca? A czemu nie 100%? Ponadto — sobór był często ratyfikowany przez cesarza, co dawało różnym partiom kolejną okazję do gry wpływów (zwłaszcza, że cesarze nie istnieli w próżni, a ich środowisko było często podzielone i umoczone w te spory).

    Drzewiej, w historii pisanej przez Kościoły, nie było mowy o żadnym “ustalaniu ortodoksji”. Sobór, kierowany przez wolę bożą, zaledwie ją formalizował. Ortodoksja została dana raz na zawsze Apostołom przez Chrystusa, a oni przekazali ją (w niezmienionej formie) biskupim następcom. Sobór tylko potwierdzał prawdy i przestrzegł przed heretykami. Spojrzenie świeckich historyków jest jednak nieco inne — powszechnie przyjmuje się, że wiele ze ścierających się poglądów było równie/podobne stare i powszechne. Spór był zatem autentyczny, a ortodoksja bywała wypracowywana w myśl “co zostanie uchwalone i się przyjmie to będzie”.

    Poza wyżej opisanymi czynnikami atmosferę podkręcały też fakt, że chrześcijańskie od niedawna imperium nie wiedziało, gdzie wyznaczyć granicę z instytucjonalnym Kościołem. Niektórzy uważali, że oto nadchodzi nowa era w której Bóg dokona radykalnej transformacji społeczeństwa. Wyrażało się to na przykład w ruchu monastycznym, który głosił, że chrześcijaństwo zasadza się na odrzuceniu “świata” i ascetyzmie. Mnisi szybko stali się bohaterami zbiorowej wyobraźni i lokalnymi autorytetami. Ludzie potrafili bardziej liczyć się ze zdaniem swoich “świętych mężów” czy biskupów niż administracji. Niektórzy liderzy religijni byli w zasadzie władcami.

    Ówczesnych aleksandryjskich papieży określa się mianem “faraonów”, bo w praktyce to oni rządzili rzymskim Egiptem, ustawiając gubernatorów do kąta. Siła biskupów nie zasadzała się tylko na duchowym autorytecie czy działalności charytatywnej. Kościół potrafił mieć swoje “ramię zbrojne” w postaci mnichów. Duża liczba fanatycznie wierzących mężczyzn w sile wieku brzmi jak przepis na problemy. Monastycy czasem nie różnili się za wiele od gangów. Biskupi wykorzystywali to, posyłając mnisze bandy na np. krytykującego go radnego czy skąpego, bogatego kupca. Skąd brała się jednak ta skłonność do przemocy?

    Często mówi się, że religie budują społeczeństwa, ale to działa też w drugą stronę (kto wie czy nie bardziej). Społeczeństwa bliskowschodnie były (niektóre nadal są) zafiksowane na specyficznie rozumianym honorze. Powinnością szanującego się członka rodu jest krwawe mszczenie się na sąsiadach za historyczne krzywdy oraz obrona personalnego honoru. Ktoś obciął Cię z góry na dół i pogardliwie się uśmiechnął? Przecież on jest z klanu Symeonitów, z sąsiedniej wioski! Jego kuzynka jest żoną Jakuba z rodu Jakubów a dziadek wujka Jakuba, Efrem, wyłupił kiedyś oko bratankowi kuzynki babci za przyglądanie się córkom na targu!!! ZABIJ!

    Oczywiście, ludzie Kościoła mieli odrzucać świeckie sprawy. Nawet gdy udawało im się to zrobić, to swoją lojalność i przynależność często przenosili na religię. Na marginesie — taki na przykład Jenkins uważa, że to mogło być źródłem interpretacji krzyżowej śmierci Chrystusa jako przebłagalnej ofiary. Współczesnym może być ciężko zrozumieć, czemu zadośćuczynieniem za czyny (grzechy ludzi) jest śmierć niewinnego Chrystusa. Tymczasem w społeczeństwie, w którym zamordowanie/ciężkie pobicie nastolatka za występek dokonany przez jakiegoś kuzyna brata prababci wujka “aby sprawiedliwości stało się zadość”, było to jak najbardziej sensowne.

    Jeśli wyznawcy uważają przemoc za normalną rzecz, to fakt, że używają jej także w konfliktach religijnych, przestaje dziwić. Ponadto, ludzie bijący za wierzenia niekoniecznie byli teologami. Teologia często była sztandarem, jeszcze jednym powodem żeby nie lubić “onych”. Kibice Celticu nie zaczytują się w dziełach Akwinaty, ale odwołują się do katolicyzmu, podobnie jak Rangersi do protestantyzmu. Ciekawostka —w Konstantynopolu konflikt chrystologiczny też miał kibicowski smaczek. Widzowie wyścigów na hipodromie dzielili się na frakcje Zielonych i Niebieskich, które ścierały się ze sobą. W swoim czasie Zieloni opowiedzieli się za monofizytyzmem a Niebiescy za diofizytyzmem.

    Jakie dokładniej były kontrowersje i ich przebieg? O tym opowiemy sobie w kolejnych odcinkach.

    #daszwiare #chrzescijanstwo #religia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zainteresowania #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 63, w którym okazuje się, że głupota jest chrześcijańską cnotą i prowadzi do świętości.

    Po przeczytaniu tytułu zapewne myślisz sobie, drogi czytelniku, coś w stylu: “kurła, nie przenoś mnie tu
    gimboateizmu11”. Uspokajam- to nie gimboateizm. Głupota o której mowa ma bowiem inne znaczenie. Bear with me. W prawosławiu istnieje specjalna kategoria ascetów zwanych “Głupcami Chrystusowymi” (grek. saloi, ros. iurodivye, pol.- jurodiwy). O ile “klasyczny” ascetyzm polega na odcięciu się od świata to jurodstwo celowo żyje w “świecie”. I, zgodnie z nazwą, zasadza się na robieniu głupot. Nie są to jednak zwykłe głupoty- są to głupoty dla idei, ad maiorem dei gloriam.

    Jako teologiczną podstawę jurodstwa podaje się zazwyczaj ten fragment pawłowego listu do Koryntian. Głupotą są tutaj boże zamysły, których ludzie nie rozumieją i dlatego biorą je za głupotę:

    Niechaj się nikt nie łudzi! Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga.

    Apostoł Paweł optuje za głupotą

    Cele jurodstwa są wielorakie. Jednym z nich jest poniżenie ascety. Raczej mało kto patrzy przychylnie na bełkoczącego, zarośniętego bezdomnego, prawda? A tak właśnie wyglądają jurodiwy, Jest to tłumaczone z jednej strony jako przezwyciężenie jednostkowej dumy, rozumianej tu jako “matka wszystkich grzechów” (patrz finał Adwokata Diabła). Z drugiej strony jurodstwo to także sposób na podkreślenie obecności Boga w każdym, nawet “najgorszym” człowieku i ważności jednostki. Bezdomy, szalony żebrak może być natchniony przez Boga i użyteczny w celu jaki Stwórca postawił przed stworzeniem.

    Robienie pozornie szalonych lub głupich rzeczy ma także służyć wyrywaniu ludzi z ich przyzwyczajeń. Celem jest natchnienie obserwatora/ słuchacza aby zastanowił się, wyszedł z domyślnego stanu w którym jego zachowanie i myśli wynikają z bezmyślnego podążania znanymi sobie ścieżkami. Myślenie o sprawach które wydawały się oczywiste ma zaś pomóc wiernym znaleźć Prawdę (wielką literą!) czyli Boga. Co ciekawe- niekonwencjonalne zachowania dotyczą także spraw religijnych, co w mocno sformalizowanym i zrytualizowanym prawosławiu prowadziło czasem do podejrzeń jurodiwych o herezję.

    Tradycja upatruje korzeni jurodstwa u starotestamentowych proroków, którzy działali według mądrości osiedli: “albo grubo, albo wcale”. Na przykład Izajasz miał jakoby wędrować przez trzy lata bez obuwia i odzienia po pustyni, zwiastując w ten sposób niewolę egipską. Ezechiel z kolei otrzymał od Boga polecenie jedzenia placka pieczonego publicznie na “nawozie ludzkim” i odprawienie dziwacznej, publicznej pokuty (miłosierny Bóg w końcu jednak zezwolił Ezechielowi piec placki na nawozie wołowym). Z kolei Ozeasz, na rozkaz boży, poślubił prostytutkę, która powiła dzieci będące owocem jej “kariery”. Przy okazi Bóg zabronił Ozeaszowi konsumpcji związku.

    Ikona przedstawiająca proroka Ezechiela

    Zdaniem uczonych (a przynajmniej części z nich) jest to dość naciągana interpretacja. Tradycja ma na ten temat inne zdanie. Kolejne, biblijne wzmianki które można zrozumieć jako mówiące o Głupcach pochodzą także z pism św. Pawła:

    my głupi dla Chrystusa, wy mądrzy w Chrystusie, my niemocni, wy mocni; wy doznajecie szacunku, a my wzgardy. Aż do tej chwili łakniemy i cierpimy pragnienie, brak nam odzieży, jesteśmy policzkowani i skazani na tułaczkę, i utrudzeni pracą rąk własnych. Błogosławimy, gdy nam złorzeczą, znosimy, gdy nas prześladują; dobrym słowem odpowiadamy, gdy nas spotwarzają. Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili.

    Co jest dość trafnym opisem ideału Głupca dla Chrystusa, które to określenie pada tam wprost. Przeciwstawienie “głupoty” zawierzenia Jezusowi filozofii odwołującej się do rozumu było motywem który czasem pojawia się u Ojców Kościoła. Oczywiście w ich mniemaniu to właśnie przedkładanie Rozumu nad Objawienie było głupotą, bo przecież Bóg wie najlepiej. To nazywanie siebie głupcem było więc czymś w rodzaju używania “słowa na n” przez Afroamerykanów w stosunku do siebie samych. Jan Chryzostom, ojca kościoła, pisał tak:

    Kiedy Bóg coś objawi, trzeba to przyjąć z wiarą i nie dzielić włosa na czworo [...] Niech mnie nazywają […] głupcem w Chrystusie a będę dumny z tego miana jak z korony zwycięzcy. Ponieważ dzielę to miano z Pawłem, który powiedział: “Jesteśmy głupcami dla Chrystusa”.

    Jan Chryzostom wyjaśnia na czym polega chrześcijaństwo

    Pierwszym kanonizowanym Głupcem by Symeon (VI wiek). Hagiografia podaje, że zaczynał on jako “zwykły” asceta, niejako ukazując jurodstwo jako wyższy lvl. Żyjąc na pustyni Symeon osiąga apatheię (“wolność od patologicznych rządz”). Zaraz potem Bóg poleca mu żyć wśród ludzi i nawracać. Natchniony uznaje, że najlepsze efekty osiągnie uchodząc za szaleńca. Wkracza do Emesy wlokąc ścierwo psa. Ludzie uznają go za wariata i częstują gradem kamieni. Symeon lekce sobie waży ich ataki i wkracza do kościoła. Po zapaleniu wotywnych świec, obrzuca zgromadzonych na liturgii wiernych orzechami, za co spotyka go srogi oklep od bogobojnej owczarni.

    Następuje seria zdarzeń która jednoznacznie ukazuje mieszkańcom, że mają do czynienia ze świrem. Dzieje się jednak coś dziwnego, bo rzeczony świr zaczyna dokonywać cudów, wygania demony i przewiduje przyszłość. Ukrywa się jednak z pobożnością aby zwalczyć pychę a jego świętość i religijne życie wychodzą na jaw dopiero po śmierci. Żywot świętego Symeona dobrze oddaje ideał Głupca Chrystusowego i wyznacza pewien kanon zachowań dla naśladowców. Oprócz dziwacznego zachowania i ukrywania się z pobożnością Symeon jest agresywny i głośny a nawet w otwarty sposób łamie zasady religijne (np. jedząc mięso w post).

    Symeon z ziomeczkiem
    Mimo to zostaje kanonizowany przez kościół ortodoksyjny, a za nim podobni doń asceci- Izydora, Serapion, Besarion Cudotwórca, Tomasz czy Andrzej z Konstantynopola. Z czasem jednak hierarchia bizantyjska zaczyna patrzeć na Głupców z rosnącą podejrzliwością. Utrudnia im życie, nasyła władze, a duchowni gromią takie zachowania. Wg. badaczy do X wieku zjawisko Głupców praktycznie zamiera wśród bizantyjskich chrześcijan. Głupcy ogłoszeni świętymi są jednak nadal czczeni i, jako bliscy ludowi, cieszą się popularnością, a poświęcone im hagiografie są poczytne.

    Prace te trafiają w końcu na Ruś Kijowską, która przyjęła chrzest z Konstantynopola. Tam Głupcy zyskują nowe życie. Literackie źródła świadczące o ich popularności pojawiają się w XIV wieku. Motyw trafia na podatny grunt, bo tradycja chrześcijańska splata się z ludowym Iwanem Durakiem (Głupkiem). W przekazach Iwan jest prostaczkiem, niezbyt lotnym, ale cieszącym się nadprzyrodzoną opieką. Koniec końców, to on okazuje się tym dobrym i uczciwym (motyw ten często przewija się rosyjskiej kulturze, także współcześnie, np. 25/17- Русский подорожник).

    Głupiec Chrystusowy na obrazie Surikowa

    Niektórzy z jurodiwych, mimo bycia dość szorstkimi w obyciu, cieszyli się dużym szacunkiem i sławą. Dobrze widać to w zapiskach XVI wiecznego angielskiego posła wizytującego dwór cara, Gilesa Fletchera.

    [...] posiadają oni eremitów, których zwą świętymi mężami, a którzy z powodu swego stylu życia są jak gimonsofiści [nadzy mędrcy] choć nie dorównują ich wykształceniu. Mają oni w zwyczaju chodzić nago, w samej przepasce biodrowej, nieostrzyżeni. Wielu z nich nosi żelazne łańcuchy lub kołnierze. Chodzą tak nawet w środku bardzo mroźnej zimy. Są brani za proroków i świętych i z tego powodu mogą mówić co im się podoba, nawet o samym Najwyższym [...] jeśli któryś z nich zabierze coś ze sklepu bez płacenia, kupiec uważa, że spotkało go wielkie błogosławieństwo [...] Pewnego razu jeden z nich chodził nago po Moskwie i wykrzykiwał hasła przeciwko państwu i rządzącym [...] Kilka lat temu zmarł jeden z nich zwany Wasylem, który otwarcie krytykował cara za jego opresje i okrucieństwa wymierzone w lud [...]

    Wspomniany we fragmencie Wasyl to Wasyl Błogosławiony (tak, ten z Kremla) a car to Iwan Groźny, który krwawo rozprawiał się z krytykantami. Nawet on nie odważył się jednak ruszyć Wasyla. Popularni jurodiwy byli postrzegani jako święci i personifikacja prostego ludu. Nie znaczy to jednak, że każdy jurodiwy był uwielbianym “celebrytą”. Wybaczcie autorsko- amatorską antropologię, ale porównałbym ich do muzyków rockowych. Skandalistów jest (było) tam co niemiara, ale podziw udało się zaskarbić tylko niektórym. I podobnie jak z gwiazdami rocka, oprócz fanów są też hejterzy (to raczej hiphopowe określenie, ale co tam).

    Duch Ludu, obraz Nestorova

    Dla części ludzi sposób zachowania i komunikacji Głupców były nie do przyjęcia. Uważali ich nie za świętych dążących do unii z Bogiem, a za szalonych i szkodliwych. Szczególne kontrowersje wzbudzały takie akcje jak przebywanie w towarzystwie prostytutek czy wchodzenie w samej przepasce do cerkwi czy agresywne zachowanie. Zdarzały się przypadki pobić i samosądów na Głupcach (że już nie wspomnę o wyzwiskach i groźbach). Była to jednak część ich sposobu bycia- wszak jurodstwo polegało także na poniżeniu. Sława i uznanie były wypadkiem przy pracy, pogarda czy przemoc były normą.

    Kolejną rzeczą która mogła wpakować Głupca w kłopoty był antyklerykalizm. Jako asceci i odrzucający konwenanse często krytykowali kler jako zbyt skupiony na rytuałach i hierarchiach. Ponadto zdarzało się, że ich poglądy religijne odbiegały od oficjalnych. Głupcy zdają się balansować na granicy ortodoksji i herezji oraz ludowych wierzeń i i instytucjonalnej religii. Zdaniem niektórych badaczy kanonizacje jurodiwych to próby zawłaszczenia ludowych świętych, mające na celu przybliżyć oficjalną religię do ludowej. Pojawiają się jednak inne głosy wskazujące, że Głupcy nie atakowali cerkwi jako takiej, a starali się eksponować duchową, praktyczną stronę religii w miejsce ceremonialno- dogmatycznej.

    Cerkiew Świętego Wasyla na Kremlu

    Ruska cerkiew beatyfikowała około 40 osób będących Głupcami. Tradycja ta jest tam żywa przy czym w XIX wiek Rosja była świadkiem eksplozji popularności Głupców- zarówno na wsiach jak i w miastach. Literatura tego okresu zaświadcza o popularności jurodstwa. Postacie takie przewijają się u Tołstoja, Dostojewskiego, Uspienskiego czy Leskowa. Kres masowości tego zjawiska kładą komuniści i ich walka z religią. Jako się rzekło Głupcy nie zniknęli- w ruskim prawosławiu istnieją bowiem po dziś dzień.

    #daszwiare #religia #chrzescijanstwo #prawoslawie #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania #historia #rosja
    pokaż całość

    +: P................k, johnnyFiftyFIve +33 innych
  •  

    Dasz wiarę? Odcinek 62, w którym szukamy prawdziwe zachodnich wartości na Wschodzie.

    Każdy kto chociaż pobieżnie śledzi społeczno- polityczne życie Zachodu (Europa + kraje anglosaskie) musiał zauważyć pojawienie się ruchów odrzucających liberalne status quo. Z racji nacjonalistycznej retoryki i odrzucenia mainstreamowej prawicy ruchy te ochrzczono mianem alt-rightu, alternatywnej prawicy. Jest ona dość zróżnicowana ideologicznie, ale jednym z powtarzających się motywów jest przekonanie, że Zachód (różnie definiowany) upada.Jednym z przejawów tego kryzysu ma być rzekoma demoralizacja. Z tego powodu część alt-rightu szuka oparcia w religii wierząc, że jest ona ważna w dbaniu o moralność społeczeństwa.

    Podejścia różnią się znacząco- od klasycznie wierzących, przez mistyków do otwartych ateistów traktujących sprawę instrumentalnie. Różne są także preferencje co do religii. Mamy tradycjonalistycznych chrześcijan (często jednak chodzi o “tradycję wynalezioną”), neopogan a nawet konwertytów na islam uważających, że tylko pod sztandarem proroka można przywrócić Zachodowi rzekomo utraconą wielkość. Pewną popularnością (zwłaszcza w USA) cieszy się także… cerkiew prawosławna. Jest to pokłosie tego, że część zwolenników alt-rightu idealizuje inne kultury i tradycję. Paradoksalne, ale logiczne. Skoro u nas rządzi marksizm/ neomarksizm/ postmodernizm, to Zachód jest zdegenerowany. Pojawia się wówczas potrzeba wskazania tej “dobrej” kultury.

    Działacze patriotyczni na marszu w Charlottesville.

    Podobny mechanizm można było (o ironio!) zaobserwować w przypadku zachodnich marksistów doby zimnej wojny. Kapitalizm jak wiadomo degeneruje, prowadzi do nędzy i zniewolenia, ale taki maoizm? Maoizm to przyszłość świata! Co?! Wcale nie wymordowali, a nawet jeśli to w USA biją murzynów! Obiektem westchnień dla części amerykańskiego alt-rightu stała się Rosja. Jak to możliwe? Amerykańska debata jest mocno zafiksowana na rasie. Wraz z biegiem czasu status “w pełni białych” nadawano kolejnym grupom, np. katolikom (pierwotnie KKK był wymierzony także w nich) czy Słowianom. Ponadto- amerykański protestantyzm wykształcił na masową skalę zjawisko zwane chrześcijaństwem nie- lub ponad- denominacyjnym. To czy identyfikujesz się jako katolik czy jako nowonarodzony episkopalianin przestaje mieć znaczenie.

    Stąd wielu alt-prawicowców rozumie cywilizację Zachodu po prostu jako “białe chrześcijaństwo”. Rosjanie są biali? No są. Są chrześcijanami? No są. Komunizm się skończył? No skończył. Wniosek? Rosja jest przedstawicielem cywilizacji europejskiej. Przekaz ten wzmacniają sami zainteresowani. Rosyjska propaganda przedstawia Rosję jako kraj stojący na straży wartości chrześcijańskich i walczący z demoralizacją. Ironią jest tutaj fakt, że “w domu” Putin ochoczo pielęgnuje dziedzictwo ZSRR, bo część rosyjskiego społeczeństwa idealizuje czasy Sojuza. Że nie wspomnę o aborcjach, alkoholizmie, narkomanii, AIDS, wahabickiej Czeczeni, masowych migracjach z Azji Środkowej, biedzie, korupcji etc.

    Uznanie religii za istotną w walce ze “zgnilizną” i fascynacja Rosją nie tłumaczą w pełni zainteresowania prawosławiem wśród części alt-rightu. Prawosławie łączy w sobie wiele nurtów- od mistyczno- panenteistycznych, przez ludowe, po skrajnie tradycjonalistyczne i nacjonalistyczne (wiele z nich miesza się ze sobą). Amerykańskie prawosławie jest także mocno poszatkowane jurysdykcyjnie. Istnieje także wiele grup niekanonicznych. Dodatkowo prawosławie ma długą tradycję decentralizacji- biskupi często nie byli w stanie kontrolować swoich jurysdykcji- stąd duży udział “ludu” w zarządzaniu. Z racji istnienia wielu nurtów można przyciągać różne środowiska. Prawosławie jest w USA atrakcyjne dla katolików tęskniących za tradycją.

    To uczucie kiedy godzisz cara z jego zabójcami.

    Dla protestantów szukających pierwotnego kościoła. Dla ludzi zorientowanych raczej na kontemplacyjne doświadczenie religijne (hezychazm). Dla ludzi rozczarowanych politycznym zaangażowaniem religii. I tak dalej. W ramach tych opcji istnieje także nurt nacjonalistyczny- reakcyjny. Odrzuca zgniły modernizm i głosi konieczność powrotu do hierarchii, porządku, wspólnoty i zasad (rzekomo utraconych). Nietrudno zauważyć, że jest on potencjalnie atrakcyjny dla zwolenników alt-rightu. Zaraz, kościół katolicki czy protestanci też mają wspólnoty zorientowane “tradycyjnie”, prawda? Tak i one też cieszą się pewną popularnością, ale dla niektórych są nie do przełknięcia. Powody są różne.

    Prawosławie, obok miafizytyzmu, jest autentycznie najmniej zmienionym, historycznym wyznaniem. Do tego stopnia, że wiele cerkwi odprawia nabożeństwa w wymarłych językach. Kolejnym “atutem” jest wspomniane poszatkowanie jurysdykcyjne. W USA nie ma jednej, panprawosławnej organizacji kościelnej. Niby istnieje OCA (Orthodox Church of America) ale jej autokefalia nie jest powszechnie uznana. Niemal każda lokalna cerkiew ma sieć biskupstw i parafii w USA (co jest niekanoniczne). Kontrola jest słaba i często ogranicza się do finansów. Sieć parafialna jest rozproszona i nawet miejscowi mają słabe rozeznanie w tym co się dzieje w interiorze. Wiele parafii jest zatem mocno autonomiczna. I to działa na korzyść lokalnej wspólnoty bo może ona być tę wersją prawosławia która najlepiej trafia do lokalsów.

    Konwertyta zna tylko ten wycinek który ma u siebie. Łatwo tutaj o idealizację zwłaszcza, że żeby dowiedzieć się o brzydszych stronach trzeba by znać grekę, arabski czy rosyjski albo czytać akademickie opracowania. Katoliccy tradsi mają ten problem, że wielu biskupów (nawet papież) głosi poglądy progresywne. Oczywiście robią fikołki mające jakoś tłumaczyć ich bycie w kościele mimo konfliktu z hierarchią (której są winni posłuszeństwo) czy soborem watykańskim II (nieomylnym z definicji). Część ludzi jednak tego nie kupuje. Do tego dochodzi tradycyjna niechęć (zwłaszcza na południu) do katolicyzmu. Protestantyzm ma podobny “problem”- wiele kościołów jest jeszcze bardziej progresywna. Nowsze grupy potrafią być mocno reakcyjne, ale co to za tradycja co ma 100 czy 200 lat?

    Boska Liturgia Świętego Jana Chryzostoma liczy sobie prawie 1600 lat.

    Dodatkowo media co chwila donoszą o kolejnych skandalach seksualnych i finansowych u katolików i protestantów. Jest ich co niemiara, bo katolicyzm i protestantyzm to ogółem ~60% populacji USA. Prawosławni to około ~1%- totalna egzotyka, dziennikarze często nie wiedzą co to jest i skandale te są o wiele mniej nagłośnione. Skandale z krajów- matek zazwyczaj nie trafiają na pierwsze strony gazet, bo amerykanocentryzm i kogo obchodzą spory o pieniądze na katedrę w Bukareszcie skoro mało kto wie co to jest Bukareszt? O propagowanie pozytywnych informacji dbają zaś same cerkwie. Istnieją także grupy niekanoniczne, na przykład starokalendarzowe. Tam w ogóle jest jazda bez trzymanki.

    Są to małe grupki, połączone w coś na kształt federacji z hierarchią, ale więzy te są często formalne i ograniczają się do wymienienia metropolity/ biskupa w dyptychach. Pole do nadużyć jest tutaj olbrzymie- prawosławiem jest to co lokalny lider mówi, że nim jest. Amerykanie nie bardzo się w tym orientują. Stąd łatwiej jest podejść potencjalnego konwertytę niż tym katolickim tradsom, których wierność tradycji postawiła za nawiasem oficjalnego katolicyzmu. Grupy te są bardzo oddane i działają często sprawniej niż kanoniczne. Amerykańskie prawosławie jest też coraz bardziej misyjne.

    Przez lata cerkwie ograniczały się w zasadzie do posługi dla wspólnot imigranckich i ich potomków. To się jednak zmieniło- dla wielu ludzi z tej grupy religia była dodatkiem do tożsamości. Wraz z amerykanizacją młodszych pokoleń zaczęły one odpadać od cerkwi. Amerykańskie prawosławie ma niższy retention rate (% wychowanych w wierze którzy wyznają ją jako dorośli) niż katolicyzm (53% - 59%). Większość konwertytów to ex protestanci ze wspólnot które mocno stawiają na ewangelizację.- stąd starają się oni nawracać ludzi ze swojego otoczenia i promować swoją nową religię. Wg. danych cytowanych przez Baltimore Sun 70% członków amerykańskiej cerkwi antiocheńskiej to konwertyci. Dla wspomnianego OCA ten współczynnik to 50%. I tak w USA mariażu nacjonalistycznych nurtów prawosławia i części skrajnej prawicy stał się możliwy.

    Rosja broni chrześcijaństwa.

    Oczywiście nawet nie próbuję sugerować, że wszyscy czy większość amerykańskich konwertytów to naziści szukający podbudowy dla swojej ideologii. Jak wspomniałem wcześniej- prawosławie jest w USA atrakcyjne dla różnych grup. Zdarzają się nawet nawróceni buddyści/ hindusi/ new-age-hippisi, którzy zainteresowali się cerkwią przez jej praktyki kontemplacyjne. Przenikanie się obydwu grup jest jednak faktem i część skrajnej prawicy dostrzega w prawosławiu sojusznika na froncie walki z “lewactwem”. Najlepiej oddać głos samym zainteresowanym (poniższa wypowiedź pochodzi ze skrajnie prawicowego serwisu Vanguard News Network):

    Koniec końców prawosławne kraje pozostały bardziej jednolite rasowo i kulturowo niż laickie lub, co gorsza, protestanckie. Prawosławie jest jednym z najważniejszych powodów dla którego Grecy, Rosjanie czy Serbowie rozumieją kwestię żydowską lepiej niż jakikolwiek członek Twojego studenckiego klubu ateistów.

    Sytuacja w USA nie jest zresztą wyjątkowa, bo podobne rzeczy działy się (i dzieją) “w domu”. Współcześnie znane są związki Złotego Świtu z częścią duchowieństwa greckiego. Wielu ukraińskich duchownych otwarcie popiera nacjonalistów oraz ich ataki na cerkwie i laikat wierny moskiewskiej metropolii. Podobnie rzecz ma się w Rosji gdzie istnieje nie tylko sojusz z Putinem, ale także sojusze części duchowieństwa z organizacjami nacjonalistycznymi, które są na tyle silne, że wpływają na centralne władze (np. Narodny Sobor). Hierarchia w USA długi czas nawet nie zdawała sobie sprawy z występowania takiego zjawiska. Amerykańska opinia publiczna której “prawosławny” (ang. “orthodox”) kojarzy się raczej z żydami też nie.

    Pierwsze doniesienia na ten temat pochodziły od organizacji antyrasistowskich. Na demonstracjach organizowanych przez skrajną prawicę zaczęła pojawiać się symbolika prawosławna (charakterystyczne krzyże z trzema belkami czy przeróbki konfederackich flag z hasłem IC XC NIKA- Jezus Chrystus Zwycięzca). Rosnąca widoczność skrajnej prawicy sprawiła, że Rada Kanonicznych Cerkwi w USA wydała w 2017 roku rezolucję potępiającą rasizm i nienawiść na tle etnicznym. To jednak za bardzo nie przeszkadza części “wiernych”. Nawet w przypadku imiennych ekskomunik (co miało miejsce np. w przypadku grupy TradYouth) mogą sobie zawsze pójść do starokalendarzowych/ innych niekanonicznych cerkwi i dalej uważać się za prawosławnych.

    #daszwiare #chrzescijanstwo #usa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #prawoslawie #zainteresowania #religia
    pokaż całość

    +: ranunculus, P................k +23 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 61, w którym próbujemy zjednoczyć chrześcijan a kończymy na pełzającej wojnie domowej.

    Rzadko triggerują mnie internetowe głupoty. Jednak tekst pewnego wykopka o tym, że tolerancja religijna była jedną z głównych przyczyn upadku RON mnie striggerował. Wczesnonowożytna Polska była przez pewien czas tolerancyjnym krajem na tle sąsiadów (inna sprawa, że wynikało to w dużej mierze ze sporej ilości protestantów wśród elity). Ten stan rzeczy zmieniał się jednak wraz z rośnięciem w siłę kontrreformacji*. Symbolem końca “kraju bez stosów” miało być wygnanie Braci Polskich w 1658 roku. Konflikt którego religia była ważnym elementem, a który okazał się być pocałunkiem śmierci dla I RP, zaczął się jednak dużo wcześniej.

    Dokładniej to w 1596 roku, wraz z Unią Brzeską i próbą jej narzucenia prawosławnym. W tym odcinku opowiemy sobie o rzeczonej unii, ale w kolejnych odcinkach opiszę także konsekwencje. Zacznijmy od początku. Zainteresowanie Rzymu prawosławną Rusią wzrosło wraz z reformacją i przyłączeniem litewskiej Ukrainy do Korony (po unii lubelskiej). Nieco paradoksalnie, Księstwo Litewskie było raczej państwem ruskim. Znaczną część jego elit i społeczeństwa stanowili rusińscy wyznawcy prawosławia. Katoliccy Wielcy Książęta akceptowali ten stan rzeczy, bo konfesjonalizacja** nie była wówczas zbyt widoczna.

    Sytuacja zaczęła się jednak powoli zmieniać. W Koronie rosły wpływy kontrreformatorów, próbujących podporządkować papiestwu przedstawicieli innych wyznań. W ewentualnym zażegnaniu schizmy z prawosławiem dostrzegali oni szansę na wzmocnienie katolicyzmu, osłabionego sukcesami protestantów. Propagatorami idei unii byli w XVI wiecznej Polsce np. Antonio Possevino, legat papieski, czy Piotr Skarga, wpływowy jezuita. Zachodnia infiltracja ziem ruskich uświadomiła prawosławnym konieczność reformy.Dostrzegali oni lepszą organizację i edukację “łacinników” oraz zapał misyjny.

    RON po Unii Lubelskiej

    Religia była wówczas kwestią tożsamości. Wierni nie mieli raczej pojęcia o teologii- identyfikowali się przede wszystkim z rytuałami i zwyczajami. Pierwszy konflikt z prawosławiem w Koronie spowodowany był wprowadzeniem kalendarza gregoriańskiego na Rusi. Juliański podkreślał starożytność wiary prawosławnej, stąd wiele cerkwi olało zarządzenie o reformie. W Boże Narodzenie 1583/4 roku katolicy próbowali przeszkodzić w świątecznych liturgiach sprawowanych we lwowskich cerkwiach. Doszło wówczas do zamieszek.

    Strona prawosławna zażądała respektowania swoich zwyczajów. Król wydał wówczas specjalne rozporządzenie gwarantujące możliwość obchodzenia świąt po staremu. Presja ze strony katolików nie była jedynym problemem cerkwi. Kolejnym była jurysdykcja. Kijów był pod zwierzchnictwem patriarchy Konstantynopola, bo Bizancjum stało za chrztem Rusi. Upadek Cesarstwa w XV wieku i szukanie sojuszu z papiestwem przez część duchowieństwa greckiego doprowadziły jednak do spadku prestiżu patriarchatu. Rusińska cerkiew de facto rządziła się więc sama, a metropolitę (najważniejszego biskupa) wybierano na lokalnych synodach.

    W 1588 roku patriarcha Konstantynopola, Jeremiasz, odwiedził Kijów i powołał swojego legata, który miał mieć ostatnie słowo w lokalnych sprawach. Wywołało to oburzenie części duchowieństwa. Pojawiły się głosy o konieczności reformy i uzyskania prawa do samorządu. Kolejnym czynnikiem wzmagającym zapał hierarchii był przemożny wpływ rusińskich magnatów na cerkiew. Np. nie posiadała ona prawa do wielu budynków i ziem którymi na co dzień się posługiwała. Według lokalnego zwyczaju należały one do darczyńcy. Zdarzały się czasem przypadki odbierania miejsc kultu i sprzedawania ich przez szlachtę.

    Skarga poucza króla i możnych

    Z punktu widzenia laikatu problemem rusińskiego prawosławia była kiepska kondycja moralna i słabe wykształcenie kleru. Prawosławni księża mieli dzieci i nierzadko dziedziczyły one stanowisko. W wyniku tego księża często nie byli zainteresowani religią. Problemem była także symonia, czyli kupowanie godności kościelnych (np. aby objąć bogate biskupstwo). Świadomość świeckich rosła czego przejawem były bractwa cerkiewne. Dbały one o formację laikatu i naciskały na hierarchię w sprawach dobrego prowadzenia się duchownych.

    To właśnie bractwa, wobec kryzysu hierarchicznej cerkwi, brały w dużej mierze na siebie nauczanie wiary i praktyk. Niektóre z nich wprost mówiły o odrzucaniu biskupów, którzy nie byli wierni cerkiewnym zasadom. To one organizowały wydawnictwa religijne, działalność charytatywną i to one starały się przeciwstawiać katolickiej i protestanckiej działalności misyjnej. Rywalizacja o wiernych ożywiła rusińskie życie intelektualne. Pisarze religijni zaczęli tworzyć prace polemiczne, które odpowiadały na zarzuty katolików i protestantów.

    Niektórzy możni również zainteresowani byli reformą. Widzieli siebie jako protektorów cerkwi, która łączyła ich z ludem i zwiększała ich niezależność od Korony. Największym “dobrodziejem” prawosławia był ród Ostrogskich, który stworzył ważny religijny ośrodek intelektualny w Ostrogu. Możni liczyli na to, że udana reforma cerkwi zwiększy jej siłę, co zaowocuje zwiększeniem pozycji szlachty ruskiej w RON. Wszystkie te trzy siły (hierarchia, laikat zrzeszony w bractwach oraz magnaci) chciał więc zmiany, ale każdy miał inne powody i inne pomysły jak miałaby ona wyglądać.

    Ilustracja przedstawiająca Sobór Florencki

    Jednym z pomysłów na reformę było zbliżenie z Rzymem, posiadającym duże zasoby i intelektualne elity. Pomysły na to zbliżenie były dwa. Jeden zakładał zjednoczenie na zasadach partnerstwa- cerkiew pozostaje cerkwią, ale uznaje papieski prymat i zostaje stowarzyszona z Rzymem. Papiestwo zaś uznaje zwyczaje i wierzenia, które nie są wprost sprzeczne z łacińskimi. Drugi pomysł zakładał całkowite podporządkowanie cerkwi rusińskiej Rzymowi z jakimiś niewielkimi koncesjami na rzecz np. rytu. Za tym optował między innymi Piotr Skarga, a idea ta była wprost pokłosiem kontrreformacji tyle, że odniesionej do Wschodu.

    Wśród prawosławnej hierarchii pojawiła się grupa zwolenników unii, która chciała zmniejszenia wpływów możnych. Znaleźli się oni w konflikcie z Ostrogskim i magnatami, bo ich plany nie zakładały reformy edukacji czy obyczajów. Na to nalegali magnaci, którzy chcieli sprawnej i cieszącej się autorytetem cerkwi. Hierarchia była gotowa na unię w zamian za przywileje finansowe, prawo własności do ziemi i budynków oraz zrównanie z katolickimi biskupami (choć zdarzali się tam ludzie pragnący autentycznej reformy np. Hipacy Pociej). Dążenia do unii wspierało także otoczenie króla, widząc w nim szansę na pełniejszą integrację Ukrainy z Koroną.

    W końcu to grupa hierarchiczna doprowadziła do rozmów z papiestwem. W 1595 roku stworzyła ona wstępny akt unii, zaakceptowany przez katolickich biskupów. Wywołało to sprzeciwy innych prawosławnych. Zażądano zwołania synodu argumentując to tym, że unia musi być przyjęta przez wiernych. Część hierarchów poparła to stanowisko i doszło do rozłamu wśród unionistów. Nastąpiła aktywizacja bractw prawosławnych i możnowładztwa ruskiego. Ostrogski ogłosił, że sam jest w stanie wystawić nawet 20k armię aby bronić ortodoksji.

    Ławra Peczerska, prawosławny zespół klasztorny w Kijowie

    W tym samym czasie delegacja hierarchów znalazła się w Rzymie. Artykuły które sformułowano w 95 roku nie dotyczyły za bardzo spraw dogmatycznych ani edukacji, a zabezpieczenia interesów i władzy biskupów rusińskich. W związku z tym posiłkowano się postanowieniami unii florenckiej, poprzedniej (odrzuconej przez sprzeciw wiernych) próby zakończenia schizmy. Najbardziej kontrowersyjne było przyjęcie wyznania wiary z filioque (czyli, że Duch pochodzi także od Syna) oraz uznanie nauczania o czyśćcu (obydwie te rzeczy są odrzucane przez wszystkie historyczne kościoły poza KK).

    Rusińscy posłowie na sejm Rzeczypospolitej zażądali zdjęcia unickich biskupów ze stanowisk. Podobne żądania powtarzały się na lokalnych sejmikach. Rusiński laikat i część duchowieństwa odsądzały hierarchów od czci i wiary i robiły wszystko żeby zablokować wejście unii w życie. Przeciwko unii opowiedziały się także klasztory. Król zdecydował, że synod powinien potwierdzić unię, a na jego miejsce wyznaczono Brześć. Przeciwnikom udało się nań zaprosić przedstawicieli patriarchów Aleksandrii i Konstantynopola. Ci którzy liczyli na debaty srogo się jednak zawiedli.

    Konstanty Ostrogski

    Kością niezgody byli goście, przedstawiciele patriarchów. Zygmunt III dobrze wiedział, że patriarszy legaci reprezentują szarżę wyższą niż lokalni biskupi i mogą z łatwością pokierować synodem tak, że odrzuciłby unię. Stąd zabronił im uczestniczenia w spotkaniu. Prawosławni uznali to za jawną dyskryminację i postanowili przeprowadzić synod równolegle do unickiego. Kilkukrotnie słali oni zaproszenia do zwolenników unii, ale były one sukcesywnie ignorowane. W końcu metropolita kijowski Michał Rahoza odpowiedział im tak:

    “To zostało dokonane, zostało dokonane. Teraz nie może być inaczej. Czy to co zrobiliśmy było dobre czy złe, jesteśmy >teraz częścią Zachodniego Kościoła”.

    Unicki synod ograniczył się do potwierdzenia unii zawartej w Rzymie. Wyklęto też tych którzy odrzucali unię. Prawosławny synod, mimo przeszkód ze strony władz, które zamknęły wszystkie cerkwie, również się odbył. Ogłoszono na nim zdjęcie hierarchów którzy przyjęli unię ze stanowisk i zwrócono się do króla o zaakceptowanie tych decyzji. Schizma wśród polskich Rusinów stała się faktem. Ciężko dokładnie estymować liczebność zwolenników obydwu obozów, ale wydaje się, że (przynajmniej na Ukrainie) prawosławni byli dużo liczniejsi.

    Unia cieszyła się oficjalnym poparciem Korony, dlatego kolejne dwie dekady były dla jej przeciwników walką o przetrwanie. Prawosławie zostało de iure zdelegalizowane. Król Zygmunt III był wychowankiem jezuitów i gorącym zwolennikiem kontrreformacji. Poza tym widział w unii szansę na związanie Rusinów z Koroną. Wobec opozycji, unicka hierarchia zaczęła prześladować przeciwników, korzystając z królewskiego poparcia. Rekwirowano cerkwie, wypędzano duchownych, bito i aresztowano najbardziej hardych. Polityka ta odniosła relatywne sukcesy na Białorusi, ale oporu Rusinów z Ukrainy nie udało się skruszyć.

    Stało się to jeszcze trudniejsze po tym jak w konflikt włączyli się kozacy, którzy z racji częstych walk z Turkami i Tatarami, uważali się za obrońców chrześcijaństwa. Grupa ta zaczynała jako mieszanka rozbójników i wolnych chłopów, ale już wówczas była prawdziwą militarną, a co za tym idzie, polityczną siłą. Konflikt religijny na Ukrainie sprawił, że połączyli oni siły z rusińską szlachtą. To m.in. dzięki nim patriarcha Jerozolimy odwiedził Kijów i wyświęcił nową prawosławną hierarchię. Kozacka interwencja zapobiegła też aresztowaniu nowych biskupów przez stronę polską.

    Hipacy Pociej

    Sojusz z kozakami sprawił, że prawosławie złapało drugi oddech. Nie podobało się to władzom państwowym i unitom. Najbardziej odbiło się to na ziemiach białoruskich. Działał tam na przykład arcybiskup Jozafat Kuncewicz, który odbierał kolejne cerkwie prawosławnym i prześladował ich wspólnoty. W trakcie wizyty w Witebsku aresztował ostatniego aktywnego batiuszkę, co doprowadziło do tumultu w którym zamordowano Kuncewicza. Spotkało się to z mocną reakcją władzy, która skazała 19 uczestników linczu na śmierć. Co ciekawe- Jozafat jest dzisiaj czczony jako katolicki męczennik.

    Otrzeźwienie ze strony władz państwowych przyszło na początku panowania Władysława IV. Król i jego otoczenie dowiedziały się na przykład o coraz cieplejszych stosunkach na linii Kijów- Moskwa. Rosja, upokorzona przez Wazów na początku XVII wieku stawała się coraz mocniejsza i dyszała rządzą zemsty. Z między innymi tych przyczyn Władysław IV de facto uznał cerkiew prawosławną za istniejące i legalnie działające wyznanie. Rusińscy posłowie wybrali wówczas nowego metropolitę kijowskiego, którego godność (de facto) potwierdziły władze państwowe. Metropolitą został Piotr Mogila, który wsławił się udaną reformą cerkwi prawosławnej na Ukrainie.

    Cerkiew prawosławna i unicka próbowały się teraz porozumieć i zjednoczyć. Dążenia te poparły władze Korony, ale do wspólnego synodu nie doszło z powodu sprzeciwu Rzymu. Kuria wprost zabroniła unitom udziału. Podobne inicjatywy wychodziły jeszcze co jakiś czas z obydwu stron. W 1645 Mogila i prawosławny ród Kisieli zaproponowali zjednoczenie prawosławia z unią, a co za tym idzie- Rzymem, ale nie na zasadzie poddaństwa Rusinów kurii, a równości obydwu kościołów. Propozycja ta była długo rozważana przez papiestwo. Za długo. W 1648 roku wybuchło powstanie Chmielnickiego, który na sztandary wziął nie tylko rejestr i kozackie swobody, ale także obronę prawosławia przed zakusami katolików.

    #daszwiare #prawoslawie #katolicyzm #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #historia #zainteresowania #ciekawostkihistoryczne #religia
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: Tak w sumie to chyba przydałoby się napisać jakiś obszerniejszy i bardziej ogólny tekst obalający narodowo-katolickie i narodowo-konserwatywne mity na temat polskiej (i nie tylko) historii. Bo tekstów powielających te mity nie brakuje. Ostatnio nawet wydawnictwo von Borowiecky (założone przez Jerzego R. Nowaka z Radia Maryja i "Naszego Dziennika") wydało książkę "Hiszpania Franco" pod redakcją m.in. Jacka Bartyzela. Ogólnie to sporo wyszło publikacji prezentujących właśnie taką wizję historii. I wychodzą kolejne. pokaż całość

    •  

      @Trojden: niestety, ale strasznie dupy daja polscy historycy. Zamkneli sie w swiecie akademickim i rzadko wychodza (w dobie jutuba i wordpressa to jest moment) do szerszej publiki.

      Ta narodowokatolicyzacja historii jest w ogóle zabawna. Często bywam w Toruniu z przyczyn prywatnych i miałem okazję odwiedzić Kościół Najświętszej Maryji Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i Świętego Jana Pawła II (zwany też kościołem rydzyka). Na ścianach świątyni wymalowani są nie tylko święci, ale i osoby które odcisnęły piętno na historii Polski.

      I jest tam Piłsudski (ten który porzucił katolicyzm dla luteranizmu), Kościuszko (antyklerykał i człowiek uważający KK za raka) czy agnostyk Dmowski. Polacy- katolicy na każdym nabożeństwie modlą się przed ludźmi którzy z punktu widzenia KKK byli apostatami, heretykami i ciążyły na nich ekskomuniki.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 60, w którym chyba zakładamy nową religię, ale nasi zwolennicy twierdzą, że wcale nie.

    Słyszeliście kiedyś o dżinizmie? Nie, nie o tym z lampy Aladyna (wybaczcie żenujący żart prowadzącego), ale o jednej z najstarszych, ciągle istniejących religii świata. Nie? To właśnie nadrabiamy to karygodne zaniedbanie. Dżinizm to określenie na wierzenia, filozofie i praktyki których korzenie sięgają subkontynentu indyjskiego. W przeciwieństwie do “pokrewnych” hinduizmu i buddyzmu, dżinizm wciąż jest mocno ograniczony do swojego matecznika. Dzieli z wyżej wymienionymi wiele podobieństw i korzenie, ale wykazuje także oryginalne cechy pozwalające na zaklasyfikowanie go jako odrębna tradycja.

    Ciekawe są początki dżinizmu. Otóż, według samych zainteresowanych, nie ma on początku. Ten pogląd jest mocno związany z indyjską kosmologią, która przedstawia umierający i odradzający się wszechświat jako proces bez startu i końca. Czas między kolejnymi “stworzeniami” i “apokalipsami” określa się mianem kalp (jednostka czasu oznaczająca bardzo, bardzo długo). Zdaniem dżinistów w każdej kalpie pojawia się szereg ludzi, którzy odkrywają dżinizm. Jest on rozumiany nie jako jakieś objawienie a uniwersalna i obiektywna rzeczywistość. Ci ludzie są więc odkrywcami dżinizmu a nie twórcami. Na podobnej zasadzie na jakiej Kopernik nie sprawił, że Ziemia zaczęła krążyć wokół Słońca- po prostu odkrył ten stan rzeczy.

    24 nauczycieli obecnej Kalpy

    Kolejni odkrywcy dżinizmu określani są mianem “tirthankara” (l.poj.) co oznacza “budowniczego przeprawy [przez bród rzeki]”. Rzeką jest tutaj pasmo kolejnych wcieleń, a celem jest drugi brzeg, metafora wyzwolenia z cyklu śmierci i narodzin. “Tirtha”, czyli “przeprawa”, to wspólnota podążająca za wskazaniami odkrywcy dżinizmu w danej epoce. Według wierzeń każda kalpa ma 24 odkrywców dżinizmu. Nasza epoka jest ostatnia dla aktualnej kalpy, a jej nauczycielem jest Mahawira (co dosłownie oznacza “Wielki Bohater”), duchowy spadkobierca Parśwy, 23 tirthankary. Dominującym wśród historyków poglądem jest, że Mahavira i Parśwa są faktycznie istniejącymi postaciami, ale historyczność ich 22 poprzedników jest mocno kwestionowana.

    Mahawira jest datowany na VI/V wieku p.n.e. W życiu świeckim posługiwał się imieniem Wardhamana. Jest on wspominany nie tylko w pismach dżinijskich, ale także buddyjskich, gdzie nazywany jest Nigantha (“ten którego nie krępują więzy”). To wzmacnia twierdzenia o historyczności postaci. Problematyczne jest jednak to, że źródła o życiu Mahawiry które przetrwały do naszych czasów zostały spisane kilka wieków po jego śmierci. Zwiększa to ryzyko mitologizacji czy wręcz dodawania całkowicie wymyślonych historii. Przykładem tego mogą być opisy rzekomej walki Mahawiry z nauczycielami innych szkół, toczonej przy pomocy materializującej się, metafizycznej energii.

    Logo Konfede… znaczy symbol dżinizmu

    Dominująca tradycja podaje, że Mahawira urodził się w 599 roku p.n.e na terenie północno- wschodnich Indii (w mniej więcej tym samym regionie co Budda). Czasem przesuwa się te daty na V wiek, bazując na pismach buddyjskich, odkryciach archeologicznych i mniej popularnych przekazach. Dżinijskie teksty są spisane w prakrycie ardha magadhi, a nie sanskrycie (był on wówczas językiem sakralnym). Prawdopodobnie jest to celowy zabieg. Zwolennicy Mahawiry byli częścią nurtu indyjskiej duchowości znanego jako śramana, który istniał równolegle i oddzielnie w stosunku do tradycji wedycznych. Teorii na temat tego czym była śramana jest dużo i poświęcę im niedługo specjalny odcinek. Tutaj tylko sygnalizuję odrębność od mainstreamu.

    Mahawira pochodził z kasty znanej jako kszatrija, która w olbrzymim uproszczeniu była odpowiednikiem europejskiego rycerstwa/ szlachty. Wpływ pochodzenia widać na przykład po często militarnej terminologii stosowanej w pismach dżinijskich. Samo słowo jina, od którego pochodzi nazwa religii oznacza “zdobywcę”. Dżinizm prezentował się często jako duchowa walka, w której pokonuje się słabości i przeszkody na drodze do oświecenia. Mahawira, jako członek szlachetnego rodu nie musiał za bardzo martwić się o swój byt. Nie czuł się jednak usatysfakcjonowany i spełniony w swoim życiu i zaczął poszukiwać czegoś innego. Tym czymś było życie ascety.

    Narodziny Mahawiry

    Mahawira przyłączył się do swoistej subkultury duchowych poszukiwaczy, ascetów i mędrców, która towarzyszyła społeczeństwu indyjskiemu od niepamiętnych czasów. Ludzie ci wyznawali różne, także niezgodne z głównym nurtem poglądy na kwestie duchowe i filozoficzne. Gromadzili wokół siebie naśladowców oraz laikat i próbowali wdrażać swoje przekonania w życie. Według dżinijskiej tradycji rodzice Mahawiry byli zwolennikami nauk Parśwy więc ze zrozumieniem przyjęli decyzję syna. W ascetycznej praktyce wielu upatrywało szansy na wyrwanie się ze świata w przenośni i dosłownie.

    Każdy członek indyjskich społeczeństw miał pewne zobowiązania- rodzina, wspólnota, dbanie o dobro wspólne etc. Jednak, w myśl indyjskich wierzeń, życie w ten sposób niejako uruchamia prawo karmy- co oznacza, że po śmierci dusza dozna kolejnego wcielenia. Zaniedbanie obowiązków wcale nie wyłączało człowieka z działania prawa karmicznego. Co więcej, powodował, że kolejne wcielenie może być gorsze niż aktualne. Obowiązki o których mowa wynikały z urodzenia się w danej grupie społecznej. Co należy zatem zrobić skoro z tego kim jesteśmy wynikają rzeczy uniemożliwiające nam uwolnienie się z cyklu narodzin i śmierci?

    Mahwira medytuje

    Odpowiedź brzmiała- przestać być tym kim jesteśmy (a raczej wydaje nam się, że jesteśmy). W wielu indyjskich tradycjach złożeniu mniszych ślubów towarzyszy symboliczny pogrzeb i nadanie nowego imienia. Asceza jest więc próbą odkrycia prawdziwej natury a to ma owocować oświeceniem wyzwalającym z samsary (cyklu ponownych narodzin). Mahawira był radykalny i uważał, że tylko tak można osiągnąć pożądane efekty. Dżinijskie źródła są pełne opisów ekstremalnych postów i umartwień jakim się poddawał. Oprócz tego Mahawira praktykował medytację i prowadził życie tułacza. Tradycja podaje, że spędził 12 lat na medytacji, umartwieniach, wędrówkach i rozważaniach zanim osiągnął oświecenie.

    Dżinijskie źródła określają je mianem Kevala Jnana, co dosłownie oznacza wszechwiedzę. Tradycje różnią się w kwestii tego co nastąpiło później. Część z nich przedstawia oświeconego Mahawirę w sposób bardziej ludzki mówiąc, że podróżował i nauczał o odkrytej przez siebie ścieżce prowadzącej do uwolnienia. Inne z kolei mówią, że stał się czymś na podobieństwo boskiej istoty, która przestała mieć ludzkie potrzeby i pozostawała cały czas w jednym miejscu, a wiedzę przekazywała w nadprzyrodzony sposób. Mahawira zmarł w wieku 72 lat, a dżiniści zaczęli obchodzić święto Diwali (wywodzące się z tradycji wedycznej, ale hindusi celebrują je w innym celu niż upamiętnienie nauczania i życia Mahawiry).

    Oświecony Mahawira

    Nauczanie i praktyki Mahawiry rozwinięte w dżinizm potrafią być bardzo podobne do niektórych nurtów hinduizmu i buddyzmu. Do tego stopnia, że Europejczycy bardzo długo traktowali dżinizm jako jedną z buddyjskich szkół. Przykładem podobieństwa jest choćby to, że celem dżinijskich mnichów jest osiągnięcie pełnego oświecenia, przerywającego samsarę. Istnieje jednak szereg różnic. Przede wszystkim zasada ahimsy (odrzucenia przemocy) jest znacznie ostrzejsza i traktowana jako absolutnie kluczowa. Dżinijscy mnisi są przez to ściśle uzależnieni od laikatu i praktycznie nie występują w miejscach gdzie nia ma świeckich wyznawców. Nie wolno im na przykład samodzielnie przygotowywać sobie jedzenia, bo prowadzi to do śmierci mikroskopijnych form życia co “psuje karmę” (eh, te żenujące żarty).

    Kolejnym przykładem radykalnej ahimsy są maseczki jakie noszą mnisi w niektórych tradycjach. Tutaj celem jest również ochrona mikroskopijnych form życia. Istnieją także specjalne miotełki, które są non stop w użyciu gdy mnich się przemieszcza. Wymiatanie drogi ma służyć ochronie małych zwierząt i owadów które mogłyby zostać zdeptane przez nieuwagę. Dżinizm dzieli z buddyzmem i niektórymi nurtami hinduizmu wymagania dotyczące mówienia prawdy i zgodności czynów ze słowami (satya). Kolejną zasadą dżinizmu jest asteya czyli zakaz używania i brania czegoś co nie zostało dobrowolnie ofiarowane. Asteya łączy się z aparigrahą czyli zasadą nieprzywiązywania się do dóbr materialnych i rzeczy ulotnych.

    Medytujące dżinistki

    Zasady te są jednak o wiele surowsze w dżinizmie niż innych indyjskich religiach. Dość powiedzieć, że największa schizma (podział na Śwetambarów i Digambarów) była spowodowana konfliktem odnośnie tego czy mnisi powinni zakrywać ciało. Sam Mahawira był zadeklarowanym nudystą i zwyczaj ten wydaje się dominujący we wczesnym dżinizmie. Śwetambarowie dopuszczają odzienie, zwłaszcza przy kontaktach z laikatem, ale Digambarowie uważają to za nowinkę wypaczającą nauczanie dotyczące posiadania rzeczy. Ich zdaniem nieposiadanie musi być pełne i mnichowi nie wolno mieć nawet kawałka tkaniny.

    Co ciekawe- u Śwetambarów wykształciła się instytucja mniszek, ale proces ten nie zaszedł u Digambarów. Nagie kobiety uznano za zbyt wielką pokusę. Radykalne nieposiadanie i nieprzywiązywanie się do rzeczy przejawia się także przy jedzeniu. Mnichom nie wolno jeść z miski czy talerza- mogą jeść tylko to co wzięli w dłonie. Kolejną zasadą w której przejawia się radykalizm jest brahmacharya. Dotyczy ona czystości (przede wszystkim seksualnej) słów, czynów i myśli. Kluczowa jest także medytacja, ale w przeciwieństwie do buddyzmu czy niektórych nurtów hinduizmu jej celem nie jest transformacja i urzeczywistnienie przebudzonego umysłu. Chodzi raczej o ograniczenie przywiązań i aktywności które pozwalają na działanie praw karmicznych.

    Płaskorzeźba wyrażająca ahimsę

    Nie znaczy to jednak, że przeciętny wyznawca dżinizmu chodzi z miotełką i oddycha tak aby przypadkiem nie połknąć muchy. Zasady obowiązujące świeckich dżinistów są o wiele łagodniejsze niż te wyżej opisane, odnoszące się do mnichów. Dżinijska dieta jest generalnie wegetariańska, ale istnieją także czysto wegańskie nurty. Ponadto religijny kalendarz jest wypełniony okresami postu, medytacji i obowiązkowych prac charytatywnych. Świeckich dżinistów nie obowiązują także surowe restrykcje dotyczące posiadania, co jest skwapliwie wykorzystywane przez wielu z nich. Stereotyp łączący dżinistów z wpływową klasą wyższą nie wziął się z powietrza.

    I tutaj niestety muszę urwać wpis, chociaż tak naprawdę ledwo dotknęliśmy tematu. Też jestem zawiedziony, ale opowiedzenie o tradycji liczącej sobie 2.5k lat na 3 stronach a4 to zadanie niewykonalne. Mogę wam jednak obiecać, że jeszcze wrócimy do tego jak dżinizm zmieniał się od czasów jego “wcale nie założyciela”, jak ewoluowała jego filozofia oraz jakie były koleje losu wspólnot dżinijskich.

    #daszwiare #religia #indie #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania
    pokaż całość

    +: C...e, robson7 +40 innych
  •  

    Ponad 4 lata temu colega @luvencedus rozpoczął serię #daszwiare , pisząc o kultach cargo. W międzyczasie projekcik się "nieco" rozrósł i zyskał sobie dodatkowego autora (to jest- mnie) oraz grono nielicznych, ale oddanych czytelników.

    Z myślą o nich (i o wygodzie oraz jakości- Wykop nie pozwala na edycję po chwili od publikacji) postanowiłem założyć bloga na którego przerzuciłem historyczne odcinki i będę dorzucał nowe. Zapraszam do lektury: Blog Dasz Wiare

    PS. Nowe odcinki nadal będą wrzucane na wykop.

    #religia #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #ateizm #bekazkatoli #ciekawostki #historia #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 59 który może być o buddyzmie, ale nikt nie jest do końca pewny.

    Dzisiaj zacznę nietypowo- od inspiracji do powstania tekstu. Mianowicie- rozmawiałem sobie z colegą na temat stoicyzmu i buddyzmu. Colega stwierdził, że przez “obcość” buddyzmu człowiek Zachodu będzie miał problem z jego zrozumieniem i powinien wybrać stoicyzm. Buddyzm wszak wyłonił się ze starożytnej śramany i rozwijał na Dalekim Wschodzie. Współcześni, zachodni buddyści posługują się często terminologią ukształtowaną w Azji. Ponadto- patrzy się na nich nieufnie i często podnoszona jest krytyka, że “to nieprawdziwy buddyzm”. No cóż, chyba faktycznie jest to inherentnie obca tradycja, a my możemy się rozejść...

    Tak się jednak składa, że nowsze prace poświęcone Pyrronowi z Elis stawiają sprawę w innym świetle. Zacznijmy od podstaw. IV wiek p.n.e był okresem ekspansji szeroko pojętego świata greckiego. Aleksander Macedoński rozbił Achemenidów i dotarł aż do zachodnich Indii. Według spisującego żywoty filozofów Laertiosa, armii Macedończyka towarzyszyli greccy uczeni- w tym Pyrron. Po powrocie z wyprawy zasłynął on jako filozof i nauczyciel, prekursor pyrronizmu. Niestety, nie zostawił po sobie pism. Nasza wiedza bazuje na dziełach m.in. ucznia Tymona z Fliuntu i późniejszego spadkobiercy, Sekstusa Empiryka.

    XVI wieczne wyobrażenie Pyrrona

    Zdaniem Laertiosa Pyrron, pod wpływem perskich magów* i indyjskich gimnosofistów*, przyjął “najszlachetniejszą filozofię”. Streszcza ją jako powstrzymanie się od osądów i uznanie, że nie da się rozstrzygnąć tego co jest tak naprawdę właściwe a co nie jest. Pyrron miał też uważać, że ludzkim postępowaniem kierują nieuświadomione zwyczaje i konwencje. Tymon tak podsumował poglądy swojego mistrza (za Arystotelesem):

    Ktokolwiek chce osiągnąć eudajmonię [stan pełnego, racjonalnego zadowolenia z życia] musi rozważyć te trzy pytania. Po pierwsze: jaka jest prawdziwa natura pragmata [kwestie dotyczące sensu, moralności i etyki]? Po drugie: jak powinniśmy do nich podchodzić? Po trzecie: Jaki będzie wynik takiego podejścia?

    Jeśli chodzi o wszystkie pragmata, to są one adiaphora [niedefiniowalne, pozbawione tożsamości], astathmeta [zmienne, niestabilne] i anepikirita [niemożliwe do rozstrzygnięcia]. Z tego powodu ani nasze zmysły ani nasze doxai [poglądy, wierzenia] nie mogą powiedzieć pełnej prawdy ani całkowicie oszukać nas w kwestii pragmata. Nie możemy więc na nich polegać. Powinniśmy być adoxastous [wolni od poglądów], aklineis [wolni od inklinacji] oraz akradantous [niezachwiani] w decyzji o zrezygnowaniu z rozstrzygania na temat pragmata.

    Konkludując, o każdej pragmata możemy powiedzieć (tę formułę Pyrron radził powtarzać swoim uczniom gdy stykają się z rozważaniami na temat pragmata):

    Nie jest to niczym ponad to, czym nie jest, lub też zarówno jest jak i nie jest, bądź też z kolei ani jest ani nie jest.

    Innymi słowy- pytania o słuszność i niesłuszność, sens i bezsens, sprawiedliwość i niesprawiedliwość nigdy nie doczekają się ostatecznego rozstrzygnięcia. Aby to unaocznić, pyrroniści poddawali argumenty za i przeciw kolejnym dogmatom (jak określali osądy roszczące sobie prawo do orzekania co jest właściwe, a co nie). Zaniechanie osadów i rozstrzygnięć w kwestii pragmata nie było jednak sztuką dla sztuki. Zdaniem Pyrrona i jego zwolenników prowadziło do stanu który nazwali apatheia [wolność od pasji, rozumianych tu jako cierpienie] i ataraxia [niezmącony spokój].

    Tymon z Filuntu, rycina z XVII wieku

    Historycznie pyrronistów zakwalifikowano jako sceptyków, nurt negujący dogmaty a nawet samą możliwość poznania. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się to kontrowersyjne. Przecież Pyrron wprost twierdził, że pragmata są niemożliwe do rozstrzygnięcia. Ba! Sekstus, najsłynniejszy pyrronista, sam mówił o swojej szkole jako sceptykach. Część współczesnych badaczy twierdzi jednak, że przypisywanie pyrronistów do starożytnego sceptycyzmu jest po prostu błędem. Utożsamiali się oni wprawdzie ze sceptycyzmem, ale rozumieli go inaczej niż myśliciele i szkoły, które późniejsi badacze ochrzcili tym mianem.

    Co więcej- byli oni świadomi różnic i swojej odrębności. Sekstus Empiryk pisał tak:

    [...] w przypadku filozoficznych dociekań, niektórzy mówią, że odkryli prawdę, inni, że nie może być ona odkryta a jeszcze inni cały czas dociekają.

    Tych pierwszych określał mianem dogmatyków i jako przykład podawał szkołę Arystotelesa, epikurejczyków czy stoików. Tych drugich określał mianem akademików i za przykład podawał zwolenników Klitomachusa czy Karneadesa. Trzecią opcję określał mianem sceptyków i utożsamiał ją ze swoją szkołą, czyli pyrronistami. Tymczasem późniejsi badacze mianem sceptyków ochrzcili “bramkę numer dwa”. W ten sposób wrzucono do jednego wora dwa różne nurty. Różnice najprościej będzie wytłumaczyć na przykładzie:

    Wyobrażenie przedstawiające Sekstusa Empiryka

    Wyobraźmy sobie, że grupa antycznych filozofów patrzy na nocne niebo. Jedna z podgrup obwieszcza, że liczba gwiazd jest parzysta. Za chwilę kolejna grupa mówi, że to nieprawda, bo jest nieparzysta. Wtem trzecia grupa twierdzi, że tak naprawdę nie wiemy i nie będziemy wiedzieć- nawet jeśli policzymy wszystkie gwiazdy to i tak padniemy ofiarą zawodnych zmysłów i rozumowania. Czwarta, grupa twierdzi zaś, że wprawdzie teraz nie wiemy (bo nie policzyliśmy), ale jeśli kiedyś to zrobimy, to poznamy odpowiedź. Pierwsza i druga grupa to sekstusowi dogmatycy. Trzecia- akademicy, a czwarta to właśnie sceptycy- pyrroniści. Nie negowali oni możliwości zmysłowego i rozumowego poznania wszystkich rzeczy- ufali temu co wynikało z bezpośredniego doświadczenia.

    Zdaniem rewizjonistów pyrronizm z jego nieufnością do rozstrzygnięć co do pragmata, zawieszaniu osądu (ale nie odrzucający możliwości poznania) i celem jakim było osiągnięcie stanu apathei i ataraxi był czymś unikalnym w Grecji. Odmienność tłumaczy się indyjskimi wpływami, konkretnie śramaną. Był to, w dużym skrócie, zbiór filozofii i praktyk istniejących równolegle do wierzeń wedyjskich (w uproszczeniu- hinduizm), ale oddzielnych. Do naszych czasów przetrwały buddyzm i dżinizm. Teorie o indyjskich wpływach na Zachodzie są co jakiś czas podnoszone, ale zazwyczaj brak dowodów i przekonujących poszlak. W przypadku Pyrrona wiemy zaś, że był on w Indiach i miał bezpośredni kontakt z tamtejszymi myślicielami.

    Średniowieczne wyobrażenie spotkania Aleksandra z gimnosofistami

    Myślę, że czytelnicy zauważyli już podobieństwa. Warto zacząć od podkreślenia ważności powstrzymywania się od osądów- bardzo często pojawiało się to u Buddy i u Pyrrona. Ataraxia jest unikatem w greckiej myśli. Inne szkoły utożsamiały osiągnięcie stanu docelowego z posiadaniem i praktykowaniem właściwych przekonań i poglądów. Ataraxia oznacza zaś stan w którym człowiek uwalnia się od poglądów, od konieczności rozstrzygania pragmata. Zdaniem rewizjonistów jest to po prostu buddyjska nirwana. Sam motyw “uwolnienia się” jest centralny zarówno w buddyzmie jak i pyrronizmie.

    Pamiętacie trzy pytania i odpowiedzi z początku tekstu? Porównajmy je z buddyjską Trilaksaną, w której Budda mówi o naturze wszystkich dharm (termin mający wiele znaczeń, m.in kwestie dotyczące prawdziwej natury zjawisk, zdaniem rewizjonistów indyjski odpowiednik pragmata):

    Wszystkie dharmy są anitya [niestałe, niestabilne] …, wszystkie dharmy są duhkha [niesatysfakcjonujące, niedostateczne] i wszystkie dharmy są anatman [bez przyrodzonej tożsamości].

    Nietrudno zauważyć podobieństwa między trzema charakterystykami dharm i trzema charakterystykami pragmat. Są one rdzeniem odpowiednio buddyzmu i pyrronizmu a nauczanie o konieczności, odpowiednio, pozostawienia za sobą przywiązania i wstrzymania się od osądów wynikają właśnie z nich. Wspólny jest też cel- nirwana/ apatheia i ataraxia, oznaczające stan spokoju, wolny od cierpienia i przywiązań.

    Statua przedstawiająca Nagardżunę, twórcę buddyjskiej szkoły znanej jako Madhjamaka., uważanej za najbardziej podobną do pyrronizmu

    Kolejnym podobieństwem jest praktyka dyskutowania na temat przekonań, stawiania argumentów i kontr- oraz łuskania sprzeczności w doktrynach. Miało to na celu uświadomić dyskusyjność wszystkich wierzeń. Podobny jest również styl życia jaki przypisuje się Pyrronowi a o jakim donosi się w przypadku mędrców śramany. Słowo to oznacza “poszukującego, ascetę, tego który żyje surowo”. Pyrron nie był pierwszym greckim filozofem, który prowadził żywot podobny do pustelniczego, na uboczu (wystarczy choćby wspomnieć słynnego Diogenesa), ale rewizjoniści wskazują, że miał on udział w jego popularyzowaniu.

    No właśnie- część historyków zgadza się, że pyrroniści różnili się od reszty sceptyków, ale wskazują, że różnice można wytłumaczyć rozwinięciem greckich tradycji, bez odwoływania się do Buddy i innych nurtów śramany. Historycy tacy jak Bett minimalizują wpływ pobytu w Indiach, wskazując np. na trudności językowe. Jego zdaniem uniemożliwiło to Pyrronowi dobre zaznajomienie się z indyjskimi mędrcami i wpływy, jeśli były, to raczej marginalne. Spotyka się to z kontrą rewizjonistów wskazującą, że język faktycznie mógł być problemem, ale rdzeń tego nauczania jest w zasadzie prostą praktyką i nie trzeba tutaj mieć sanskrytu na C2 żeby zrozumieć podstawy.

    Herkules jako obrońca Buddy, rzeźba z Gandahary

    Z drugiej strony, niektórzy, np. Beckwith posuwają się wręcz do stwierdzenia, że pyrronizm to nie tyle filozofia inspirowana śramaną, ale po prostu buddyzm. Jego zdaniem pyrronizm jest nawet bardziej buddyjski od obecnego buddyzmu, bez odwołań do wierzeń religijnych/ parareligijnych w postaci na przykład karmy, duchowych istot, latających mnichów czy cyklów ponownych narodzin. Dyskusja na ten temat ma się dobrze, strony przerzucają się argumentami i spór jest daleki od zakończenia. Budda i Pyrron radzili by zapewne powstrzymanie się od rozstrzygnięć i dążenie do wyzwolenia się ze zbędnych przekonań.

    #daszwiare #buddyzm #religia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 58 w którym zamieniamy prostytuki w mniszki i torujemy drogę religijnej rewolucji w Europie.

    Dnia 6 lipca 1415 roku sobór obradujący w Konstancji wydał wyrok uznający Jana Husa za heretyka i oddał go w ręce władzy świeckiej żeby zrobiła to, czego “Święta Matka Kościół zrobić nie może, a co zrobione być powinno”*. Husa odarto z księżych szat i założono mu na głowę czapkę z napisem “Herezjarcha”, a potem spalono na stosie razem z jego pismami. Według relacji Hus zachował spokój i do końca głosił wiarę w Jezusa. W przeciwieństwie do wielu innych przypadków zabijania za poglądy odrzucane przez kościół, ta egzekucja doprowadziła do rewolucji, która tliła się w granicach Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Konflikt ten zmienił zarówno religijny, polityczny jak i społeczny krajobraz Europy.

    Hus i religijna reforma oraz rewolucja sygnowane jego imieniem nie pojawiły się nagle. Było to zwieńczenie procesów które zaczęły się manifestować w połowie XIV wieku. W Czechach trwał boom demograficzny i gospodarczy. Rozwój handlu sprawił, że ta dotychczas przygraniczna prowincja Cesarstwa, stała się ważnym ośrodkiem politycznym i gospodarczym. Bogactwo przyciągało osadników, głównie z germańskojęzycznych ziem. Za panowania Karola IV Praga stała się stolicą imperium i trzecim co do wielkości miastem w Europie. Władca ten miał duży wpływ na okoliczności które ukształtowały husytyzm.

    Hus na soborze w Konstancji

    W 1348 roku utworzył on pierwszą uczelnię w Europie Środkowej, Uniwersytet Karola w Pradze. Stał się on centrum życia intelektualnego całego regionu. Produktem ubocznym intelektualnych dociekań były rosnące kontrowersje na tematy polityczne i religijne. Karol, jako sojusznik awiniońskiego papiestwa, otworzył czeski kościół szeroko na jego wpływy. W dłuższym okresie czasu wywołało to opór ze strony miejscowego kleru. Jako osoba zainteresowana religią i życiem duchowym ściągnął do Czech popularnych kaznodziejów, którzy swoimi kazaniami o potrzebie odnowy życia chrześcijańskiego i kościoła przyciągali tłumy i rozpalali serca i umysły wiernych.

    Początkowo nawoływania te nie różniły się zbytnio od podobnych ruchów w Europie Zachodniej. Waldhauser, spowiednik cesarza, mocno krytykował niemoralne życie jakie prowadziło wielu kościelnych dostojników i ich hipokryzję. Działalność ta trafiła na podatny grunt, zwłaszcza wśród wykładowców i studentów Uniwersytetu. W Czechach zaczęły powstawać świeckie wspólnoty, poświęcające swoje życie modlitwie i pomocy bliźnim. Wielu z ich członków żywo interesowało się Biblią i uważało, że jest ona esencją chrześcijaństwa i studia nad nią mogą odmienić życie ludzi. Waldhauser zmarł w 1369 roku, w Awinionie, gdzie bronił się przed zarzutami jakie postawili mu czescy duchowni.

    Jan Milicz w akcji

    Pałeczkę po nim przejął jego uczeń Jan Milicz. Był urzędnikiem dworskim, ale przeżył głęboką przemianę i został wędrownym ascetą- kaznodzieją. Pełne umartwień życie zjednało mu zwolenników i spopularyzowało nauczanie, które oprócz ewangelicznego ubóstwa i wezwania do nawrócenia było pełne ostrzeżeń przed zbliżającym się Antychrystem. Milicz rozpropagował idee Waldhausera wśród Czechów. Charakterystyczne dla niego było nawracanie prostytutek- całe zamtuzy zamieniał w świeckie, żeńskie wspólnoty religijne. Sam Karol IV pozwolił mu przerobić budynek “Wenecji, luksusowego domu uciech, na swoisty świecki klasztor. Milicz nazwał swoje wspólnoty “Jerozolimą” a ich członkowie żyli, modlili się i pracowali razem.

    Prowadzili także działalność misyjną. Widzieli się jako naśladowcy wspólnot z Ewangelii. Język Jana był zresztą pełen odniesień do Nowego Testamentu i podobnie jak Jezus, mówił o rychło zbliżającym się końcu czasów i potrzebie nawrócenia. Millenaryzm jest obecny w niemal każdym wyznaniu chrześcijańskim, ale w przeszłości oczekiwanie końca było o wiele powszechniejsze. “Jerozolima” była bardzo popularna,ale miała także wrogów- Milicz krytykował duchownych i nie włączał ich do wspólnot. Oskarżono go o herezję i wezwano przed oblicze papieskie. Duchowni w Czechach spodziewali się egzekucji, ale Jan zmarł w lochu i nie doczekał się spalenia na stosie. “Jerozolimę” rozwiązano, a część członkiń, nie mogąc się utrzymać, wróciła do starego zawodu.

    Średniowieczna ilustracja przedstawiajaca wykład

    Nie był to jednak koniec odnowicielskich ruchów, bo na scenę wkroczył wówczas Maciej z Janowa, uczeń Milicza. Ten duchowny i intelektualista wykształcony na Uniwersytecie Karola i w Paryżu podzielał poglądy, że dla chrześcijanina ideałem powinien być pierwotny kościół opisany w Nowym Testamencie. Nie oznaczało to jednak, że odrzucał instytucję. Uważał, że nie jest ona wolna od błędów i biskupi powinni stać na straży moralnej i doktrynalnej czystości a nie zajmować się polityką i bogactwami. To mieszanie sacrum i profanum było zdaniem Macieja przyczyną wszystkich problemów w kościele i miało doprowadzić do pojawienia się Antychrysta.

    Maciej poważał sakramenty i głosił, że wierni powinni jak najczęściej po nie sięgać gdyż przekazują one łaskę, potrzebną zwłaszcza w zepsutych czasach. Dlatego głosił, że komunię należy przyjmować jak najczęściej. Popularność Macieja wywołała kontrowersje. W 1388/ 1389 roku teologowie skrytykowali praktykę częstych komunii, a synod nakazał przyjmować ją max. raz w miesiącu. W 1391 roku ludzie powiązani z Maciejem zbudowali tak zwaną kaplicę Betlejemską w centrum Pragi. Stała się ona miejscem spotkań wiernych zorientowanych na reformę i nauczanie w języku narodowym. Budynek mógł pomieścić setki osób, a mimo dużych rozmiarów niemal zawsze był pełny.

    Kaplica Betlejemska

    Wyczekiwanie końca i fascynacja Biblią nie były jedynymi powodami istnienia czeskiego ruchu reformatorskiego. Istotna była też schizma awiniońska. Katolicy wierzyli, że aby być w kościele Chrystusa należy być w łączności z następcą świętego Piotra. Schizma awiniońska polegała na tym, że dwóch biskupów uważano za papieży. Rodziło to pytanie- który jest nim prawdę? Była to kluczowa kwestia, bo wszyscy ludzie będący w niewłaściwym kościele byli (jak wówczas wierzono) skazani na potępienie. Rozłam osłabiał kościół i powodował, że pojawiły się głosy mówiące, że przynależność do tej czy innej grupy nie jest tak naprawdę kluczowa.

    Kolejnym czynnikiem mającym wpływ na ruch nazywany później husyckim był głęboki podział społeczeństwa według przynależności etnicznej. Czechy (a zwłaszcza Praga) były domem licznych społeczności niemieckojęzycznych, które dzięki poparciu władców i przewadze cywilizacyjnej szybko zaczęły dominować miejscowe elity- także kościelne i intelektualne. Widać to było jak na dłoni po Uniwersytecie Karola gdzie na każdego Czecha przypadało trzech Niemców. Oczywiście taki obrót spraw nie podobał się rdzennym możnym, mieszczaństwu i duchowieństwu, które czuły, że jeśli nic nie zrobią zostaną zaraz zmarginalizowane przez przybyszy i ich potomków.

    Palenie zwłok Wiklefa

    Dużą rolę odegrała także myśl Wiklefa. Akademicy z Uniwersytetu Karola żywo interesowali się ideami, które opisywałem w poprzednim odcinku. Wizja kościoła, który jest kościołem Chrystusowym o tyle o ile wciela w życie nauczanie Jezusa była dla nich sensowna. Wiklef trafił głównie do czeskojęzycznych akademików i nie był to przypadek. Uniwersytet Karola był areną powszechnego w średniowieczu sporu o uniwersalia. Opisywałem, ale jeszcze raz- jaki jest związek esencji zwierząt (rzeczy które sprawiają, że zwierzę jest identyfikowalne jako zwierzę) z materialnie istniejącymi zwierzętami? Czy jest jakaś esencja, która istnieje obiektywnie w każdym zwierzęciu czy etykieta “zwierzęta” to po prostu nasz arbitralny wymysł?
    Spór ten nakładał się w Pradze na konflikt etniczny. Zwolennikami nominalizmu (skłanianie się ku poglądowi, że nie ma żadnej esencji tylko arbitralne etykiety) byli niemieckojęzyczni uczeni. Pogląd przeciwny reprezentowali słowiańskojęzyczni akademicy. Wiklef ze swoim Boskim Umysłem jako źródłem pierwowzorów wszystkich istniejących rzeczy stał się szalenie popularny wśród Czechów. Jedna z wiklefickich prac z Pragi ma na marginesie notatkę która znakomicie podsumowuje recepcję idei oksfordzkiego uczonego na Uniwersytecie Karola: “Haha, Niemcy, haha! Precz! Precz!”.

    Rycina przedstawiająca ostatnie chwile Husa

    Krytyka nominalizmu była na rękę Czechom rywalizującym z Niemcami. Krytyka rozpasania moralnego duchowieństwa i rytualizmu podobała się religijnym reformatorom. Cenili sobie oni pogląd mówiący, że prawdziwi kościół Chrystusa jest tam gdzie faktyczna moralność a nie tam gdzie tytuły. Ludzie z religijnych wspólnot żywo interesowali się Biblią, a ta była według Wiklefa najlepszym drogowskazem w kwestiach wiary i moralności. Świeckie elity były z kolei zainteresowane ograniczeniem politycznych i gospodarczych wpływów kościoła. Współgrało to z ideami Jana nawołującymi do rozdzielenia religii od spraw państwowych i ekonomicznych. Wiklefizm był orężem, którego każda z tych grup potrzebowała aby bronić i skonkretyzować swoje pomysły.

    Za panowania Wacława IV, który nie był tak silnym władcą jak ojciec, Czechy, a zwłaszcza Praga stały się wrzącym kotłem sprzecznych idei, interesów i konkurujących ze sobą grup etnicznych oraz koterii możnych. Ruchy reformatorskie rozlały się z kaplicy Betlejemskiej i Uniwersytetu na całe Czechy. Ich zwolennicy przemierzali kraj, głosząc konieczność odrodzenia chrześcijaństwa i odrzucenia pogoni za bogactwem i władzą jaka cechowała wielu duchownych. Nowe idee wzięły szturmem serca Czechów. Tym który najlepiej ujął ducha czasów był Jan Hus, a do jego losów przejdziemy w następnym odcinku.

    #daszwiare #chrzescijanstwo #religia #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #protestantyzm #katolicyzm #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc 57 w którym wyprzedzamy epokę i rozwijamy idee, które na zawsze zmienią świat.

    Protestantyzm nie ma u nas dobrej prasy. Mimo, że protestanci mieli swego czasu wpływ na nasze dzieje- także religijne. Pierwsze, kompletne tłumaczenie Biblii na polski to sprawka kalwinów. Dystans (lub niechęć) ma kilka przyczyn. Protestantyzm był domeną wyższych klas. Wyznawcami byli głównie magnaci, średnia szlachta i bogate mieszczaństwo. Dla ludu było to coś “nie swojskiego”. Swoje dokładała katolicka propaganda wiążąca protestantyzm z obcymi. Przełomem był “potop” w trakcie którego szlachta kolaborowała ze Szwedami. Wśród kolaborantów nie brakowało katolików, ale fakty nie są przeszkodą by kłamać. Zabór pruski jeszcze wzmocnił to przekonanie. Współcześnie propaganda nowoateistyczna, chcąc ośmieszyć religię, sięga po skrajne przykłady ze swojego protestanckiego podwórka. Anon myśli potem, że wszyscy protestanci to kreacjoniści młodej Ziemi czytający Biblię dosłownie.

    Żeby choć trochę odczarować protestantyzm chciałem w kilku odcinkach (niekoniecznie chronologicznie) przedstawić korzenie XVI wiecznej reformacji. Wielu historyków uważa, że bardzo duży wpływ na myślicieli religijnych doby renesansu miał niejaki Jan Wiklef, żyjący w XIV wieku. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wyprzedził swoją epokę. Był Anglikiem a Wyspy były wówczas “different kettle of fish” niż reszta Zachodu. Na kontynencie ruchy mające na celu reformę kościoła, który postrzegany był jako zdemoralizowany i zainteresowany polityką, widać już w XI wieku. Próby zmiany wywoływały różne reakcje instytucji- od brutalnych prześladowań (waldensi) do pełnego włączenia w ramy kościoła (franciszkanie). Przez kolejne kilkaset lat Zachód był areną krucjat, działalności inkwizycji, nowych zakonów, kaznodziejów i gorących debat teologicznych.

    kalwińska Biblia Brzeska, pierwsze kompletne tłumaczenie Biblii na język polski

    Na tym tle Wyspy malowały się jako ostoja spokoju. Oczywiście herezje się zdarzały, ale ich zasięg był mocno ograniczony, czasem tylko do wąskiego grona kilku uczonych. Historycy wskazują, że różnice między Anglią a kontynentem mogły wynikać ze scentralizowanej władzy królewskiej i kościelnej w pierwszym przypadku- heretyków dojeżdżano zanim rozpropagowali swoje poglądy. O życiu Wiklefa nie wiadomo zbyt wiele. Urodził się w okolicach 1328 roku w rodzinie pomniejszej szlachty z Wycliff-on-Tees. Dzięki wyróżniającemu go intelektowi mógł studiować na Oksfordzie. W 1351 roku został wyświęcony na księdza a pięć lat później ukończył studia. Początkowo zajmował się nauczaniem filozofii, ale cały jego ambicją było nauczania teologii (była uważana za bardziej prestiżową), co mu się w końcu udało.

    Wiklef był generalnie popularny na uczelni. Miał jednak także wrogów. Widać to na przykładzie historii z oksfordzkim Canterbury College. W 1365 roku Wiklef został jego dyrektorem. Studentami byli (niekoniecznie lubiący się nawzajem) księża i zakonnicy. Wiklef był księdzem i do tego miał wątpliwości co do zasadności monastycyzmu. Konflikt z monastykami skończył się usunięciem go z funkcji dyrektora w 1370 roku. W tym samym okresie zaczęły krystalizować się religijne poglądy Jana. W jego czasach gorący był spór o uniwersalia. W uproszczeniu i na przykładzie- jaki jest związek esencji zwierząt (rzeczy które sprawiają, że zwierzę jest identyfikowalne jako zwierzę) a materialnie istniejącymi zwierzętami? Czy jest jakaś esencja, która istnieje obiektywnie w każdym zwierzęciu czy etykieta “zwierzęta” to po prostu nasza arbitralny wymysł?

    Ockham (ten od brzytwy, nie od pieca), Wiklef początkowo inpirował się jego pracami

    Całość sporu jest bardzo złożona i daleko wykracza ponad ten odcinek oraz moją wiedzę. Ważne jest jednak to jaką pozycję zajął Wiklef. Po wielu lekturach, debatach i przemyśleniach Jan uznał, że wszystkie idee są obiektywnie istniejącymi bytami, narodzonymi w Boskim Umyśle. Boskie idee są archetypami, które później manifestują się w materialnym świecie. Idea kościoła była więc niekoniecznie zbieżna z kościołem istniejącymi w materialnym świecie. Ponadto- ziemski kościół nie ma na nią monopolu i jest z nią związany o tyle, o ile realizuje jej założenia. Dzisiaj nie brzmi to może jakoś szczególnie odważnie, ale wówczas był to prawdziwy przełom. Oznaczało bowiem, że wierni mają prawo sprzeciwiać się instytucji jeśli robi ona coś co jest sprzeczne z boskim zamysłem.

    W epoce, w której przekonanie o braku zbawienia poza kościołem był czymś szeroko rozpowszechnionym a zbawienie było celem wielu ludzi, miało to olbrzymie znaczenie. W myśl Wiklefa w prawdziwym kościele bożym był bowiem nie ten kto na papierze przynależy do instytucji rządzonej przez biskupów, ale ten kto realizuje boży zamysł. Opływający w luksusy biskup, zajęty polityką i wizytami w lunaparach* po prostu nie jest w kościele. Niezależnie od teologicznego kunsztu i odprawionych rytuałów. Skonfliktowany z nim wiejski kaznodzieja, który całe swoje życie poświęcił służbie Bogu i ludziom jest zaś w kościele nawet jeśli obłożono go klątwami i ekskomuniką. Dla instytucjonalnego kościoła była to niezwykle niebezpieczna idea, podważająca jego pozycję i monopol na religię.

    Wiklef dający kaznodziejom Biblię przetłumaczoną na angielski

    Nie znaczy to jednak, że Wiklef odrzucał instytucję. Mieściła się ona w jego systemie- bycie faktycznym kościołem nie wynikało jednak z definicji, ale z trzymania się ideału. Poglądy te miały polityczne skutki, co dostrzegł Jan z Gaunt. Teoretycznie był on regentem, ale w praktyce rządził Anglią. Otoczył Wiklefa protekcją co sprawiło, że biskupi nie mogli go tknąć. Była to konsekwencja kontrowersji dotyczących relacji kościoła z państwem. Problem ten narastał od XI wieku i wynikające z niego napięcia znalazły ujście np. w sporze o inwestyturę czy konflikcie Bonifacego VIII** z Francją. Władza świecka do walki na froncie ideologicznym z kościelnymi teologami zaczęła rzucać swoich uczonych, krytykujących papieskie roszczenia do supremacji. Wiklef był jednym z nich.

    Jego wizja kościoła była różna od tej, którą prezentowała instytucja. Źródłem inspiracji był prymitywny kościół opisany w Biblii, którą Wiklef znał na wyrywki. Jego zdaniem autorytet lidera religijnego wynikał z jego kondycji moralnej. Innymi słowy- nie jesteś wiarygodny jeśli pouczasz wszystkich o ewangelii a w twoim postępowaniu widać co innego. Był to cios w pozycję biskupów, których powaga, zdaniem kościoła, wynikała z urzędu i apostolskiej tradycji. Był to palący problem zwłaszcza, że pod koniec XIV wieku schizma awiniońska pogłębiła patologie związane z polityką i pieniędzmi wśród hierarchii a do tego zrodziła nowy problem. Papieży było kilku (zazwyczaj dwóch, ale czasem nawet trzech naraz) a biskupi żonglowali swoją lojalnością razem z władcami.

    Papieski pałac w Awinion

    Wierni zastanawiali się skąd zatem mają wiedzieć która ekipa jest prawdziwym kościołem (niewłaściwy == piekło). Odpowiedź Wiklefa była prosta- kościół jest tam gdzie widać chrześcijańską miłość, opiekę nad słabszymi, wzajemną pomoc i szczerość wiary. Pogląd ten uderzał także w inny filar kościoła, czyli sakramenty. Sakramenty, są zdaniem katolicyzmu, przekaźnikiem łaski, którą stwórca daruje wiernym aby ich uświęcać. Uświęcanie to jest konieczne do zbawienia (bo upadły stan ludzi sam się nie regeneruje) co czyni sakramenty niezbędnymi i uzależnia wiernego od instytucji (bo tylko w jej ramach sakramenty są dostępne). W świetle poglądów Wiklefa sakramenty mogły równie dobrze istnieć poza instytucją (inna sprawa, że nie uważał ich za przekaźniki łaski).

    Jako się rzekło- Wiklef nie odrzucał instytucji- uważał natomiast, że musi się ona nieustannie pilnować bo jej bycie kościołem jest warunkowe. Doceniał realną świętość i oddanie chrześcijańskim zasadom wielu katolików. Ktoś zapyta jednak- jakim zasadom i dlaczego akurat tym? Jeśli nie biskupi to kto decyduje? Odpowiedź Wiklefa była prosta: Biblia. Jego zdaniem była ona dokładnym opisem pierwotnego kościoła, który z kolei był najwierniejszym, w świecie materialnym, odbiciem boskiego ideału. Z tego powodu uważał, że cała działalność kościoła powinna wynikać z Biblii i należy usuwać te praktyki i wierzenia, których w niej nie ma. Z tego tytułu zajadle krytykował na przykład monastycyzm, który uważał za “prywatyzowanie religii”, co doprowadziło do ostrego konfliktu z zakonami.

    Radykalne poglądy Wiklefa nie uszły uwadze Rzymu. W 1377 roku papież Grzegorz XI opublikował listę 18 “błędnych wniosków” i napisał:

    wybucha w tak obrzydliwym i odrażającym szaleństwie, że nie boi się podtrzymywać i publicznie głosić, a raczej przekazywać wymiocin wyssanych z własnej, jadowitej piersi, dogmatycznych propozycji i wniosków [...] które grożą obaleniem i osłabieniem całego kościoła.

    Dzięki ochronie ze strony Jana z Gaunt, Wiklef lekce sobie ważył tego typu ataki. Kościół był ponadto osłabiony kryzysem schizmy awiniońskiej i nie potrafił zmusić świeckich władz do ukarania heretyka. Nauczanie Wiklefa i kiepska sytuacja moralna kleru były wodą na młyn angielskiego antyklerykalizmu. Wiklef stał się swego rodzaju celebrytą na Oksfordzie i mimo kolejnych, wezwań hierarchów do ukarania go, wykładał sobie jeszcze długo jak gdyby nigdy nic.

    Wiklef piszący diss na papieża

    Tym co sprawiło, że “pałka się przegła” była kwestia eucharystii. W katolickim nauczaniu chleb i wino ulegają transsubstancjacji- czyli zachodzi w nich zmiana esencji z esencji chleba i wina, na esencję ciała i krwi Chrystusa a zatem, stają się one rzeczywistym ciałem i krwią Jezusa (nie metaforycznie). Wiklef jawnie skrytykował ten pogląd. Papiestwo, mimo trwającego kryzysu, wymogło w końcu interwencję i Wiklef został..., nie, nie spalony na stosie. Pozycja i związki z rządzącymi sprawiły, że wysłano go po prostu na przedwczesną emeryturę. Nadal jednak publicznie głosił i nauczał. Z tego powodu w 1382 roku odbył się synod angielskiego kościoła, który potępił nauczanie Wiklefa. Jego zwolennicy musieli wyrzec się “błędów” aby uniknąć procesu.

    Sam Wiklef pozostał jednak niewzruszony. Nie tylko odmówił stawienia się przed papieżem w 1384 roku, ale w liście wyraził nawet opinię, że papież może być Antychrystem. Zmarł w tym samym roku. Do samego końca zajmował się pisaniem prac teologicznych i filozoficznych oraz propagowaniem swoich poglądów na kwestie religii i kościoła. Jego oficjalne potępienie przez kościół powszechny miało miejsce dopiero w 1415 roku, na soborze w Konstancji. W 1428 roku jego zwłoki zostały ekshumowane, spalone i wrzucone do rzeki. Janowi raczej nie robiło to już jednak różnicy. Różnicę robiła zapoczątkowane przez niego idea Jana, która rozlała się nie tylko po Anglii, ale także na kontynencie.

    #daszwiare #religia #biblia #protestantyzm #bekazkatoli #katolicyzm #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc 56 w którym zostajemy katolikami, ale zachowujemy się jak prawosławni a łacinnicy mają problem.

    Od przełomu lat 70. i 80 XIX wieku do Stanów Zjednoczonych zaczęła migrować ruska (nie mylić z rosyjską) ludność Galicji, Bukowiny i Węgier. Ludzi tych określano różnymi mianami- Rusini, Galicyjczycy a nawet Zakarpaccy Ukraińcy. Jedną z cech, która odróżniała ich od reszty europejskich imigrantów do Stanów była religia. Większośc była wprawdzie katolikami, ale nie rzymskimi- należeli oni do tak zwanego kościoła greckokatolickiego. Jego cechą charakterystyczną było zachowanie wielu prawosławnych praktyk, wierzeń i niektórych świętych* z uznaniem uniwersalnego prymatu papieża. Wspólnoty te były pokłosiem unii między prawosławnymi kościołami a Rzymem.

    Motywy tychże unii były bardzo złożone, ale nie sposób ukryć, że polityka grała tutaj bardzo dużą rolę. Zachodnia szlachta rusińska znalazła się bowiem w granicach katolickich mocarstw- najpierw Polski a następnie Habsburgów. Wielu z nich, chcąc z jednej strony zachować swoją tożsamość i zwyczaje a z drugiej wpływy i władzę, doszła do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie formalne przyłączenie się do kościoła katolickiego (mówimy tutaj o czasach w których hierarchia była ściśle powiązana z władzą i innowiercom ciężko było robić karierę). Perspektywa pozyskania nowych wiernych była także bardzo atrakcyjna dla papiestwa i dlatego obydwie strony poszły na ustępstwa.

    Jesteśmy katolikami, to jest katolicki kościół

    Unicka (od unii kościelnej) hierarchia była gotowa uznać papieża za ziemskiego zwierzchnika kościoła, a w zamian papiestwo zgodziło się na zachowanie słowiańskiej liturgii, żonatych duchownych, pomijanie filoque w credo, komunię pod obiema postaciami, de facto kult świętych prawosławnych (którzy zmarli w stanie schizmy z Rzymem), prawosławne praktyki duchowe (na czele z kontrowersyjnym hezychazmem) i wiele, wiele innych. Teologowie musieli się nieźle nagimnastykować aby jakoś uzasadnić te rzeczy (np. jak pogodzić katolicką karę ekskomuniki dla osób nauczających, że dzieci powinny przyjmować komunię z faktem, że ruskie dzieci komunię przyjmowały etc.).

    Unia wywołała wiele kontrowersji - w przypadku Polski oznaczała ona bowiem czasową delegalizację prawosławia. Wielu wiernych uznało biskupów za zdrajców. Próby narzucania unii miały polityczne skutki- ruska ludność słała na przykład poselstwa do Moskwy prosząc o ochronę przed “papistami” co było znakomitym pretekstem dla caratu. Dla szeregowych wiernych, których hierarchia przyjęła unię, kontrowersje z czasem ucichły. W wielu przypadkach “katolickość” była czysto teoretyczna. Do tego stopnia, że ludzie ci nadal słyszeli w kościele, że są prawosławni** (a jak przestali to skończyło się to schizmą tylawską***). Swoje robiła izolacja geograficzna. Katolik z Włoch czy Hiszpanii nie miał pojęcia o wierzeniach i praktykach ruskich chłopów z Bukowiny i vice versa.

    Święty Jozafat Kuncewicz, męczennik za unię, który prześladował prawosławnych

    Migracje do Stanów miały jednak wszystko zmienić. Ich głównym motywem była ekonomia- bieda i brak perspektyw. Doświadczenia pierwszych migrantów były na tyle obiecujące, że szacuje się, że do 1917 roku do USA wyjechało około 350k Rusinów. Wielu udało się do pracy w kopalniach w Pensylwanii, gdzie trafili akurat na strajki górników. Właściciele kopalń byli wniebowzięci czego jednak nie można powiedzieć o miejscowych, którzy nie byli szczęśliwi, że przybysze took ‘er jabz. Szczęśliwi nie byli też katoliccy biskupi, którzy widząc greckokatolickie praktyki łapali się za głowę i zastanawiali czy to aby na pewno jest katolicyzm. Ponadto- jeśli ci ludzie naprawdę są katolikami to jaką różnicę robi im ryt? Niech chodzą na łacińską liturgię, jak Pan Bóg przykazał.

    To oczywiście nie spodobała się Rusinom. Gdy tylko mogli budowali swoje kościoły i ściągali księży z ojczyzny. Problem polegał jednak na tym, że księża ci podlegali pod miejscowych, łacińskich biskupów. Szczególnym problemem był fakt posiadania żon przez księży greckokatolickich- wzbudzało to oczywiście zazdrość i konsternację ze strony łacińskiego kleru. Papież Leon XII nakazał wówczas grekokatolikom aby do USA wysyłali tylko bezżennych duchownych (lub wdowców). Wielu Rusinów, w tym duchowni, odebrało to jako potraktowanie ich jako katolików drugiej kategorii. Zaczęli się wówczas zastanawiać czy aby na pewno są katolikami i czy unia miała sens.

    Cerkiew greckokatolicka (obecnie prawosławna) w Minneapolis

    Jednym z wątpiących był niejaki Aleksy Toth. Przybył on do USA na zaproszenie Rusinów i miał objąć parafię greckokatolicką w Minneapolis. Był wdowcem, więc wyglądało na to, że wszystko pójdzie gładko. Rzeczywistość okazała się jednak był odmienna. Jego nowy biskup, John Ireland, wściekł się gdy okazało się, że Toth był żonaty. Zabronił mu objęcia parafii, zakazał katolikom kontaktów z nim a wręcz chciał wysłać Totha z powrotem do Europy. Aleksy odwołał się wówczas do Rzymu, który podtrzymał decyzję Irelanda. Co więcej- papież nakazał wszystkim księżom greckokatolickim, którzy kiedykolwiek mieli żonę, opuścić Stany Zjednoczone.

    Toth nie zaakceptował tej decyzji i spotkał się z siedmioma innymi kapłanami, którzy podzielali jego rozgoryczenie i mieli dość niesprawiedliwego traktowania. Parafianie Totha i innych księży również byli zmęczeni nastawieniem amerykańskiego duchowieństwa i zaproponowali aby zwrócić się do rosyjskich, prawosławnych biskupów. Najbliższy, Włodzimierz, rezydował w San Francisco. Na zaproszenie parafii Totha przybył on do Minneapolis w marcu 1891 roku i krótko po tym cała parafia (około 400 osób), na czele z Aleksym, została włączona do rosyjskiej cerkwi w Ameryce. Był to kamyczek, który poruszył lawinę.

    Aleksy Toth

    Energiczny Toth zaczął kontaktować się z innymi parafiami i zachęcać je do podobnego kroku. Szybko okazało się, że przywiązanie wielu grekokatolików do katolicyzmu było bardzo słabe albo wręcz żadne. Szacuje się, że z około 400 rusińskich parafii w USA aż 300 przeszło na prawosławie. Dane mówią, że około 75% rusińskich emigrantów porzuciło grekokatolicyzm na rzecz prawosławia. Całkowicie zmieniło to oblicze prawosławia w Ameryce. Przed przybyciem Rusinów jego wyznawcy mieszkali głównie na Alasce i stanowili miks Rosjan i rdzennych ludów Alaski. W wyniku działalności Totha i jemu podobnych, Rusini zaczęli stanowić aż 85% wiernych rosyjskiej cerkwi w Stanach.

    Rzym, przestraszony masowymi konwersjami, postanowił przeciwdziałać, wysyłając w 1907 roku Sotera Ortyńskiego, greckokatolickiego biskupa, do USA. Zaczął on organizować życie kulturalne i parafialne dla tych wspólnot, które pozostały przy unii. Grekokatolicyzm w Stanach wydawał się łapać drugi oddech, ale to z kolei skandalizowało duchownych z obrządku łacińskiego. Wielu z nich nie rozumiało jakim cudem ludzie mający tak odmienne praktyki i wierzenia w ogóle mogą być uważani za katolików. Presja rzymskokatolickiego duchowieństwa i wiernych sprawiły, że papież Pius X wydał list apostolski Ea Semper. Ortyński określił list jako haniebny i uważał, że przyczyni się on do dalszych konwersji na prawosławie.

    Nie ma takiego grekokatolicyzowania

    List podporządkowywał bowiem biskupstwo greckokatolickie miejscowej, łacińskiej hierarchii. Duchowni greckokatoliccy mieli kształcić się w rzymskich seminariach i żyć w celibacie (co było kuriozalne, bo postanowienia unii zezwalały im na posiadanie żon). Musieli także przysięgać, że nie wyjadą poza granice łacińskiej diecezji bez zgody jej biskupa. Łacińska hierarchia miała także prawo do usuwania greckokatolickich księży. List uniemożliwiał także przyjmowanie obrządku wschodniego przez rzymskich katolików (ruch w drugą stronę był zaś dozwolony bez przeszkód). Małżeństwa mieszane mogły być zawierane tylko w kościele rzymskim. Jeśli mężczyzna obrządku łacińskiego poślubiał Rusinkę, wszystkie dzieci musiały być obowiązkowo chrzczone w jego kościele.

    Mimo krytyki ze strony greckokatolickiej instrukcje z listu pozostawały w mocy do 1913 roku. Konwersje na prawosławie trwały i dotyczyły nie tylko ludzi czujących związki z Rosją. Za przykładem Totha zaczęli iść także duchowni określający się jako Ukraińcy i powiązani z jej ruchem niepodległościowym- czyli twarde jądro grekokatolicyzmu. Jedną z takich osób był ksiądz Hryhoryj Hruszka, który redagował imigranckie pismo Ukrainska Swoboda. Po konwersji zaczął wydawać inny tytuł- Swiet, w którym oprócz idei ukraińskiej niepodległości propagował wystąpienie z unii i powrót do prawosławia. Czynnikiem, który zatrzymał proces masowych konwersji wśród Rusinów okazała się rewolucja bolszewicka. Doprowadziła ona do kryzysu prawosławnej eparchii i dała kościołowi katolickiemu czas na ogarnięcie sytuacji.

    Arcybiskup Szewczuk, metropolita Ukraińskiego Kościoła Katolickiego

    Współcześnie wschodnie kościoły katolickie działają w USA bez przeszkód i dozwolone jest nawet zmienianie obrządku z łacińskiego na wschodnie. Nie jest to prosty proces, ale w świetle prawa kanonicznego, legalny. Kościoły te są czasem wręcz promowane i prezentowane jako alternatywa dla katolików rozczarowanych Rzymem i zainteresowanych wschodnimi, mistycznymi praktykami. Sam spotkałem się z unitami, którzy polecali swoje parafie jako “best of both worlds” (łączące w sobie najlepsze cechy prawosławia i katolicyzmu). Ich działalność budzi czasem kontrowersje wśród tradycyjnych katolików, ale ogranicza się ona do internetu.

    #daszwiare #religia #chrzescijanstwo #katolicyzm #prawoslawie #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #bekazkatoli (?)
    pokaż całość

    +: C...e, yeron +28 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 55. w którym oczyszczamy buddyzm ze zniekształceń i zwalczamy podziały kastowe w społeczeństwie.

    Wielu ludziom buddyzm kojarzy się przede wszystkim ze skupieniem na życiu wewnętrznym. W powszechnej opinii jest to religia polegająca przede wszystkim na samodoskonaleniu się za pomocą praktyk medytacyjnych uzupełnianych nauczaniem moralnym. Oczywiście co jakiś czas docierają do nas informacje o mnichach wywierających wpływ na rządy w swoich krajach, prowadzących agitację na rzecz jakiejś partii czy liderach politycznych powołujących się na buddyzm w swoich działaniach. Jest to często przedstawiane jako działalność poboczna, niekoniecznie zła, ale jednak odbiegająca od wzorca. Z opinią taką na pewno nie zgodziłby się Bhimrao Ramji Ambedkar dla którego zaangażowanie w sprawy polityczne i społeczne było rdzeniem i motywem przewodnim buddyzmu.

    Młody Ambedkar

    Ambedkar urodził się w kolonialnych Indiach pod koniec XIX wieku. Jego rodzina wywodziła się z kasty dalitów (“niedotykalnych”) i jako taka była pogardzana przez resztę społeczeństwa. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że ojciec Ambedkara był brytyjskim żołnierzem, dzięki czemu on i jego rodzeństwo mogli liczyć na edukację. W szkole byli jednak traktowani o gorzej niż dzieci z innych kast. Nie mogli na przykład siedzieć w obecności reszty klasy czy samemu nalać sobie wody (jako, że nikt nie kwapił się do obsługiwania dalitów, Ambedkar mógł pić tylko wtedy gdy w szkole był służący). Warunki życia też nie rozpieszczały- z trzynastu braci i sióstr Ambedkara przeżyła tylko czwórka. Był on jedynym z całej gromadki, który zdał testy końcowe i mógł kontynuować edukację w liceum. Warto dodać, że był on jedynym dalitem w całej szkole.

    Po ukończeniu szkoły średniej dostał się do college’u i, według niego samego, był on pierwszym dalitem z kasty Mahar, który osiągnął ten level edukacji. Zdanie przezeń egzaminów z angielskiego było tak wielkim wydarzeniem, że ludzie z jego otoczenia zorganizowali specjalny festyn. Jeden z gości obecnych na celebracji wręczył Ambedkarowi biografię Buddy. Dalsza kariera edukacyjna zabrała naszego bohatera na studia do USA, konkretniej na Columbia University. W 1915 obronił magistra z ekonomii na tej uczelni, biorąc wcześniej udział także w kursach z filozofii, socjologii, psychologii i antropologii. Rok później obronił kolejną magisterkę po czym powrócił do Indii gdzie próbował pracować jako nauczyciel, księgowy i doradca biznesowy- wszystkie te interesy kończyły się jednak gdy klienci odkrywali, że Ambedkar jest dalitem.

    Ambedkar w otoczeniu ziomków z London School of Economics

    W 1918 roku udało mu się zostać wykładowcą ekonomii politycznej w Bombaju. Był generalnie lubiany przez studentów, ale dalickie pochodzenie sprawiało, że inni nauczyciele nie traktowali go poważnie. Z powodu dyskryminacji i świadomości fatalnego położenia dalitów Ambedkar angażował się politycznie i społecznie. Mimo braku formalnego wykształcenia występował przed sądem jako prawnik dla osób z niższych kast. Pisywał również do gazet przeznaczonych dla dalitów i domagał się polityki wyrównywania szans i większych nakładów na edukację wśród biedoty. Od 1927 roku zaczął organizować masowe akcje polegające na marszach do ujęć wody (“niedotykalnym” nie wolno było dotykać pojemników na wodę jak i samej wody pitej przez inne kasty) czy wtargnięcia do świątyń (dalitom nie wolno było wchodzić do wielu hinduskich świątyń).

    Ambedkar uważał, że religia hinduska jest jednym z najważniejszych elementów niesprawiedliwego systemu społecznego, który skazuje część ludzi na marną egzystencję. Z tego tytułu zaczął przeciwko niej występować. W 1927 roku publicznie spalił kopię religijnego prawa zwanego Manusmryti, który sankcjonował podziały kastowe i dyskryminację. W 1930 roku zorganizował marsz 15k dalitów, którego celem była świątynia Kalaram, ważny ośrodek pielgrzymkowy, przechowujący cudowne wizerunki Ramy (jeden z ważniejszych bogów w wielu hinduskich religiach). Dalici, chcący po raz pierwszy w historii ujrzeć cudowne przedmioty nie zostali wpuszczeni przez kapłanów.

    Bóstwa których dalitom oglądać nie wolno

    Ambedkar zaczął postrzegać hinduizm jako niereformowalną podporę systemu kastowego i z tego powodu zaczął interesować się innymi religiami. Chrześcijaństwo czy islam były w Indiach postrzegane jako obce wiary, narzucane przez kolonizatorów- skreślało je to niejako na starcie. Przez pewien czas Ambedkar pozostawał w zażyłych stosunkach z sikhami i odbył nawet kilka spotkań z ichnimi liderami religijnymi. Zawarte w sikhizmie idee walki z niesprawiedliwością były dlań bardzo atrakcyjne. Po pewnym czasie uznał jednak, że sikhowie nie sympatyzują wcale ze sprawą dalitów i uważają ich za obywateli drugiej kategorii. Jego zainteresowania skupiły się wówczas na buddyzmie.

    W 1950 roku odbył on podróż na Sri Lankę gdzie wziął udział w Światowym Kongresie Buddyjskim. Nawiązał również kontakty z indyjskimi buddystami i w trakcie ceremonii otwarcia klasztoru w indyjskim Pune ogłosił, że jest w trakcie pisania książki o buddyzmie i wraz z jej wydaniem publicznie przyjmie nauki Buddy. W międzyczasie dwukrotnie odwiedził Birmę gdzie również wziął udział w Światowym Kongresie Buddyjskimi. W 1955 roku założył Indyjskie Towarzystwo Buddystów a rok później ukończył pracę nad wyżej wspomnianą książką. Dotrzymał słowa co do publicznej konwersji. W celu jej formalnego sfinalizowania zaprosił do Nagpuru niejakiego Hammalawę Saddhatissę, wykształconego na zachodnich uniwersytetach mnicha i misjonarza ze Sri Lanki.

    Hamm… ala.. no ten gość o trudnym do wymówienia imieniu

    Do Nagpuru przybył nie tylko Saddhatissa, ale także setki tysięcy dalitów, którzy widzieli w Ambedkarze nie tylko reprezentanta ich sprawy i lidera, ale kogoś na kształt superherosa. Ceremonia przyjęcia schronienia w Trzech Klejnotach i zaakceptowania Pięciu Wskazań* przez Ambedkara trwała dwa dni. Na buddyzm przeszedł bowiem nie tylko on i jego rodzina, ale prawie wszyscy zebrani tam dalici. Ich liczbę szacuje się na około 400- 500k. Datę tę powszechnie uważa się za początek tak zwanej nfawajany, czyli Nowego Wozu (inne tradycje buddyjskie to Mahajana- Wielki Wóz, Hinajana- Mały Wóz i, czasami wyrózniana jako odrębna, Wadżrajana- Diamentowy Wóz).

    W założeniu nawajana miała być powrotem do czystej nauki Buddy. Jej twórcą był sam Ambedkar, który uznał, że wszystkie inne “wozy” są tak naprawdę odejściem rdzenia przekazu buddy Siakjamuniego. I tak na przykład odrzucał twierdzenia, że Siddhartha Gautama zacząć swoje poszukiwania ponieważ chciał zrozumieć naturę cierpienia, któremu podlegają wszystkie żywe istoty. Ambedkar uznał, że początkiem drogi Buddy były starania na rzecz zaprowadzenia pokoju między grupami społecznymi i etnicznymi w państwie którym żył. Odrzucał także tradycyjną interpretację Czterech Szlachetnych Prawd. Uznał, że jej wydźwięk jest zbyt pesymistyczny i została ona włożona w usta Buddy przez umartwiających się mnichów. Sam monastycyzm uznał za absolutnie nie do przyjęcia.

    Ambedkar na uroczystości swojej (i nie tylko) konwersji

    Krytyce poddane zostały także takie koncepty jak anatta, karma i reinkarnacja. Anatta oznacza (w uproszczeniu ofc) brak rzeczywistego, indywidualnego “ja”. Zdaniem Ambedkara koncept ten stoi w sprzeczności z karmą i reinkarnacją- skoro nie ma jakiegoś “ja” to kto zbiera złą lub dobrą karmę i kto odradza się w kolejnych życiach? Ambedkar w ogóle odrzucał prawa karmiczne i reinkarnację uważając je za przesądy, fałszywe wierzenia mające powstrzymywać ludzi przed walką o swoje, bo przecież ich pozycja i znaczenie w tym życiu są efektem czynów z poprzednich wcieleń (więc jeśli będą grzeczni to kolejne wcielenie będzie lepsze).

    Podobne zastrzeżenia miał co do idei Nirwany, która jego zdaniem nie była żadnym stanem wewnętrznym, uwolnieniem od cierpienia i lęku przed śmiercią czy innym tam przerwaniem cyklu narodzin. Ambedkar uważał te wszystkie interpretacje za wypaczenia, bo jego zdaniem Nirwana była “królestwem Sprawiedliwości na Ziemi” w którym ludzie “zostają wyzwoleni od biedy i dyskryminacji i otrzymują wsparcie aby czynić swoje życie szczęśliwym”. W dużym skrócie Ambedkar uważał po prostu, że kolejne pokolenia buddystów poszły w eskapizm, ucieczkę od realnych problemów do świata wewnętrznych przeżyć podczas gdy Budda miał jakoby opowiadał się za działaniem i społecznym zaangażowaniem na rzecz sprawiedliwości i równości “tu i teraz”.

    Ludzie oddający hołd Ambedkar

    Ambedkar zmarł po kilku tygodniach od konwersji, ale ruch który zapoczątkował trwa nadal. Najważniejszym podsumowaniem nauczania nawajany jest wydana pośmiertnie praca jej założyciela- The Buddha and His Dhamma. Nie ma tam nauczania mówiącego o medytacji, karmie, reinkarnacji czy Szlachetnych prawdach (które są obecne w niemal wszystkich historycznych szkołach buddyzmu). Tekst prezentuje buddyzm jako swego rodzaju ruch społeczno- ekonomiczny, którego celem jest poprawienie sytuacji dyskryminowanych i ubogich. Sam Ambedkar jest prezentowany jako kolejny budda i utożsamiany z Maitreją. Dla większość wyznawców nawajany jest to jedyne źródło informacji o buddyzmie, stąd nie mają oni dysonansu przy lekturze.

    Wyznawcy nawajany na religijnym święcie

    Wielu badaczy zajmujących się buddyzmem twierdzi, że nawajany nie powinno traktować się jako buddyjskiego nurtu a raczej coś w rodzaju nowej religii w przebraniu starej. Proponują oni nawet nazwę ambedkaryzm. Sam założyciel i jego zwolennicy są natomiast zdania, że oni nic nie wymyślili ani nie dodali do nauk Siakjamuniego- po prostu oczyścili je z pesymizmu i eskapizmu, który był efektem władzy wspólnot monastycznych i strachu przed historyczną hierarchią społeczną. Niezależnie od opinii krytyków, dalitowie uważają się za buddystów i są jako tacy identyfikowani przez państwo Indyjskie. Według cenzusu z 2011 roku w Indiach żyje około 8.4 milionów buddystów. Aż 87% z nich (czyli jakieś 7.3 miliony) to zwolennicy nawajany.

    #daszwiare #religia #buddyzm #indie #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania
    pokaż całość

    •  

      @Prekambr: nie wydaje mi się żeby to było możliwe. W sensie (na tyle ile wiem) ten "zachodni" buddyzm to też buddyzm. Nie jedyny ani nawet najliczniejszy (jak chcieliby niektórzy jego proponenci dla których większość/ duża część azjatyckiego buddyzmu to "wypaczenia"), ale jednak buddyzm.

      Istnieje on równolegle do bardziej/ skrajnie czarodziejskich nurtów, ale nie widzę (ja to pal sześć, ale wielu tradycyjnych liderów buddyjskich nie widzi) powodu dla którego to nie miał by być buddyzm. Warto mieć świadomość, że ten zachodni to (póki co przynajmniej) egzotyczna mniejszość, ale jak najbardziej poważana i uznawana przez resztę. Zresztą dyskusje co można uznać za co pozostawiałbym samym zainteresowanym- mają o wiele większą wiedzę i kompetencje niż internetowy hobbysta.

      Chyba, że w odczarowywaniy chodziło Ci o te bardziej historyczne, azjatyckie oblicza buddyzmu (czasem bardzo brzydkie)- to to jest jak najbardziej do zrobienia.
      pokaż całość

    •  

      Chyba, że w odczarowywaniy chodziło Ci o te bardziej historyczne, azjatyckie oblicza buddyzmu (czasem bardzo brzydkie)- to to jest jak najbardziej do zrobienia.

      @niedoszly_andrzej: O to to.

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 54 w którym przez dwa tysiące lat robimy geszefty na obczyźnie.

    Kerala, stan leżący na malabarskim wybrzeżu Indii, od starożytności przyciągał ludzi z całego świata. Był on swoistym centrum handlowym subkontynentu z Bliskim Wschodem, Europą oraz północną i wschodnią Afryką. Jednym z bogactw Kerali były pożądane przez wszystkich przyprawy, takie jak pieprz, cynamon, kardamon i imbir. Kupcy robili tutaj fortuny- nie dziwi więc fakt, że wielu z nich podejmowało decyzję o osiedleniu się na stałe. Przywozili oni ze sobą całe dobrodziejstwo inwentarza- zwyczaje, języki, tradycje i religie. Przez wieki, wśród osiadających kupców byli Grecy, Rzymianie, Persowie, Syryjczycy, Arabowie i, oczywiście, Żydzi. Keralska wspólnota jest powszechnie uważana za najbardziej starożytną grupę żydowską w Indiach.

    Nikt tak naprawdę nie wie na kiedy datować początki osadnictwa Żydów w Kerali. Historycy zazwyczaj wskazują na przełom er. Przemawia za tym fakt, że Kerala była wówczas często odwiedzana przez kupców z cesarstwa Rzymskiego. Chrześcijańska tradycja o św. Tomaszu mówi, że tym co przyciągnęło apostoła do Indii były właśnie informacje o wspólnotach żydowskich w Kerali*. Żydowskie tradycje różnią się od siebie. Jedne twierdzą, że napływ Żydów zaczął się już w czasach Salomona. Inne mówią o czasach niewoli babilońskiej, zburzeniu Drugiej Świątyni w Jerozolimie albo, że keralscy Żydzi to potomkowie ludzi wygnanych z Majorki w IV wieku. Konsensusem jest jednak to, że centrum działalności żydowskich wspólnot było portowe miasto Kodungallur, ważny ośrodek handlowy na malabarskim wybrzeżu.

    Wyobrażenie tego jak mogło wyglądać przybycie Żydów do Kerali

    Najstarszy dokument potwierdzający obecność Żydów w Kerali pochodzi jednak dopiero z okolic 1000 roku. Są to miedziane tabliczki jakie otrzymał żydowski starszy, Józef Rabban, od indyjskiego władcy. Zawierają one spis praw i przywilejów. Zakres tychże świadczy jednak, że wspólnota była już dobrze ukonstytuowana, więc jej historia jest raczej starsza niż przełom mileniów. Wszystko wskazuje na to, że potomkowie żydowskich kupców, choć zachowali religię, to generalnie wmieszali się w lokalne społeczeństwo. Żenili się z miejscowymi kobietami i posługiwali się językiem malajalam. Tabliczki wskazują, że zajmowali wysoką pozycję w społeczeństwie i byli bardzo blisko z władcami. Funkcjonowali w zasadzie jako autonomiczna wspólnota pod przewodnictwem swojej starszyzny. Mieli nawet prawo do samodzielnego zbierania podatków.

    Wiemy, że w okolicach połowy XIV wieku port Kodungallur dotknęła powódź, która nie tylko zniszczyła wiele budynków, ale także zmieniła linię brzegową a to utrudniało korzystanie z portu. Działalność kupiecka zaczęła przenosić się do Koczinu- innego portowego miasta w Kerali. Część Żydów wyemigrowała bardzo szybko, bo już w połowie XIV wieku w Koczinie powstała pierwsza synagoga. Wielu zostało jednak w Kodungallur. Natknęli się jeszcze Portugalczycy w XVI wieku. Podejrzewa się, że czynnikiem, który przesądził o migracji reszty były ataki władców miasta Kozhikode w XVI wieku, którzy próbowali zyskać monopol na handel pieprzem. Większość Żydów uszła do krewniaków w Koczinie, gdzie zostali dobrze przyjęci przez lokalnego władcę- zwolnił ich z podatków jednocześnie przyznając wszystkie prawa, które mieli podatnicy.

    Zdjęcie indyjskich Żydów

    Jak wie każdy kto czytał ten odcinek #daszwiare , portugalska infiltracja subkontynentu zwiększyła liczbę Żydów w Kerali. Przymusowo nawróceni na katolicyzm portugalscy żydzi widzieli w koloniach nie tylko okazję na dorobienie się, ale także szansę na ucieczkę przed inkwizycją. Keralscy Żydzi nazywali nowoprzybyłych paradesis (“obcy” w języku malajalam). Obydwie grupy stykały się czasem ze sobą, ale nie wymieszały się. Zapiski podróżników poświadczają odrębność- mówią o Żydach “białych” i “czarnych”. Paradesis mieli własną synagogę i nie zawierali raczej związków małżeńskich z indyjskimi Żydami. Niektórzy historycy twierdzą wręcz, że między wspólnotami dochodziło do konfliktów. Nowoprzybyli znali bowiem europejskie i bliskowschodnie języki oraz mieli kontakty z tamtejszymi wspólnotami żydowskimi w związku z czym stali się konkurencją dla tubylców.

    Mimo różnic i tarć, obydwie grupy były identyfikowane przez sąsiadów jako Żydzi i utrzymywały ze sobą kontakty. Tak naprawdę centrum życia zarówno paradesis jak i tubylców była lokalna synagoga a nie większa wspólnota. Wiemy, że tych synagog było osiem i każda z nich posiadała swoje własne ziemie, budynki i księgi. Rola synagogi wykraczała poza religię- oprócz modłów, pieśni i studiowania pism udzielano ślubów, pożyczek, organizowano naukę dla dzieci, zbierano składki na przedsięwzięcia biznesowe oraz pomoc potrzebującym. Przynależność była określana patrylinearnie- dzieci stawały się członkami kongregacji ojca. Kongregacją kierowali starsi, potrafiący czytać i interpretować religijne teksty. To do nich należało ostatnie słowo w kwestii tego co i jak robić. Ciekawostką jest fakt, że księgi kupowano od Żydów na Bliskim Wschodzie, w Holandii i w… Polsce.

    Rycina przedstawiająca koczińskiego Żyda

    Portugalska dominacja, w trakcie której grupy mniejszościowe w Kerali były prześladowane (nie wyłączając miejscowych chrześcijan, których siłą zmuszono do przyjęcia katolicyzmu i zniszczono wiele z ich zabytków literackich), zakończyła się w 2. połowie XVII wieku. Miejscowi Żydzi wręcz udzielili wsparcia Holendrom, którzy w 1663 roku zdominowali Keralę. Holendrzy odnosili się do Żydów z większą tolerancją i za ich panowania paradesi jeszcze umocnili swoją pozycję w handlu. Dochodzili nawet do stanowisk administracyjnych i doradczych u Holendrów i indyjskich władców. Ograniczenie wpływów portugalskich równało się stępieniu siły inkwizycji, co pozwoliło też na większą otwartość w wyrażaniu kultury i przekonań.

    Jeśli chodzi o liturgię i modły to synagogi były podobne do siebie. Wykorzystywano w nich elementy lokalne z zapożyczeniami z tradycji jemenickiej, sefardyjskiej i bagdadzkiej. Kompilacje lokalnych pieśni, modlitw i melodii nazywa się kolas (ciekawostka- są one używane we współczesnym Izraelu). Do naszych czasów zachowało się około 150 kobiecych, żydowskich pieśni w języku malajam. Pieśni te opowiadają historie biblijne, lokalne opowieści czy nawet historyjki z codziennego życia. W okolicach XIX wieku Żydzi z Koczinu zaczęli tworzyć pierwsze wydawnictwa judaistyczne w Indiach i drukować literaturę religijną, czytaną także przez imigrantów z Iraku i Bene Israel (plemiona żyjące w Indiach, uważające się za potomków starożytnych Izraelitów).

    Arka i bima z synagogi w Kadavumbagam

    Umiejętność czytania i pisania oraz edukacja w ogóle, były ważne dla społeczności żydowskiej z Koczin. Była to zresztą typowa cecha dla wszystkich grup należących do wyższych kast w Kerali. Dzieci z tychże kast były uczone w domach lub szkołach na długo przed przybyciem Brytyjczyków (którzy lubią się pysznić tym, że przynieśli Indusom edukację). Wpływ lokalnych zwyczajów przejawiał się także we w miarę wysokim statusie kobiet. Społeczeństwo południa Indii było o wiele bardziej egalitarne niż ówczesny, europejski standard. Stąd kobiety także często umiały pisać i czytać. Niektóre z nich znały nawet hebrajski.

    Fakt niskiego analfabetyzmu i łatwość w uczeniu się wśród koczińskich Żydów sprawił, że byli oni często zatrudniani w brytyjskiej administracji kolonialnej (szybko ogarniali także angielski). Uratowało to także sytuację ekonomiczną wspólnot żydowskich po tym jak handel przyprawami stał się mniej opłacalny. Gorsza sytuacja ekonomiczna w Kerali sprawiła, że koczińscy Żydzi zaczęli osiedlać się w innych regionach Indii- migrowano głównie do Bombaju i Kalkuty. Zmiana miejsca zamieszkania nie oznaczała jednak utraty tożsamości. Za wyjątkiem nielicznych paradesi, którzy potrafili się wżeniać w rodziny żydowskich imigrantów z Iraku, większość brała śluby tylko w ramach swojej grupy.

    Zdjęcie rabina “białych” Żydów

    Mimo tak wielu lat spędzonych w Indiach i braku większych prześladowań (poza portugalską inkwizycją), miażdżąca większość koczińskich Żydów podjęła decyzję o wyjeździe do Izraela gdy w połowie XX wieku nadarzyła się taka okazja. Idee syjonistyczne rozprzestrzeniały się wśród indyjskich żydów już wcześniej czego wyrazem była na przykład pieśń w języku malajam mówiąca:

    Nadzieja którą mieliśmy od starożytnych czasów,
    aby powrócić do Ziemi nadanej nam przez Boga,
    Nie zniknęła!


    Zdjęcie przedstawiające okolice zamieszkiwaną przez “białych” Żydów

    Niezależnie od tego jakie były motywy (odbudowa Izraela, kiepska sytuacja gospodarcza, chęć życia w religijnym otoczeniu etc.) koczińscy Żydzi w swojej masie wybrali Izrael. Migracje zaczęły się w latach 50. a największa grupa przesiedliła się w 1954 roku. Większość z nich zamieszkiwała w rolniczych komunach mimo, że w Indiach nigdy na dużą skalę nie zajmowali się rolnictwem. Z czasem zaczęli się nawet dorabiać majątków i budować własne synagogi. Co ciekawe- “biali” paradesi pozostali w Indiach dłużej- wyjechali dopiero w latach 70. i 80. Obecnie liczbę koczińskich Żydów w Izraelu szacuje się na około 8 k. W Indiach zostało ich zaledwie kilkudziesięciu.

    #daszwiare #judaizm #izrael #religia #zydzi #historia #indie #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania
    pokaż całość

    +: Ex3, C...e +17 innych
    •  

      Źródła:
      Johnson, Barbara C., ”The Kochin Jews of Kerala”, w: “The Jews of India: A Story of Three Communities”
      Katz Nathan, “Balanced Identity. Jews of Kochin”, w: “Who are the Jews of India”

      *Abstrahując od prawdziwości historii mówiącej o misyjnej posłudze Tomasza w Indiach, generalnie przyjmuje się, że pierwsi misjonarze:
      -podróżowali szlakami handlowymi (bo jako uczęszczane drogi były one bezpieczniejsze)
      -często mieli kontakty z kupcami (a nawet sami nimi byli)
      -odwiedzali miasta ze wspólnotami żydowskimi (bo większość zwolenników Jezusa na samiutkim początku była przecież Żydami)
      pokaż całość

      +: C...e, yeron +3 innych
    •  

      Brytole przynieśli edukację do Indii, zlamali enigme... xD

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 53 w którym uciekamy przed inkwizycją do Indii przez co niechcący przyczyniamy się do założenia inkwizycji także tam.

    Inkwizycja, nie wiedzieć czemu, zazwyczaj kojarzy się ludziom wyłącznie z Europą a jej ofiary identyfikowane są jako heretycy. Być może wynika to z tego, że “koszula bliższa ciału” i propagowaniem (a często przerysowywaniem) jej zbrodniczej historii zajmowali się głównie protestanccy autorzy. Ludzie ci, piszący od mniej więcej XVI wieku, skupiali się na współwyznawcach i ludziach, których uważali za prekursorów protestantyzmu. Niechrześcijańskie ofiary często ich po prostu nie obchodziły- w tamtych czasach chrześcijanie od prawa do lewa uważali, że inne religie to zło wcielone a ich wyznawcy zostaną na wieczność ukarani przez miłosiernego Boga. Z tego tytułu historia inkwizycji z Goa jest prawie całkowicie nieznana. Ale od czego mamy #daszwiare ?

    7 lipca 1497 roku, dwa tygodnie po wymuszonej konwersji portugalskich żydów na katolicyzm, Vasco da Gama wypłynął z Lizbony z zamiarem opłynięcia Przylądka Dobrej Nadziei i dotarcia do Indii. W 1498 roku flota dotarła do Goa, miasta na zachodnim wybrzeżu subkontynentu. Bogactwa jakie ze sobą przywieźli doprowadziły do podboju Goa i okolic oraz ustanowienia tam regularnej kolonii portugalskiej. Dążenia te popierało papiestwo. Już w 1454 roku papież Mikołaj V opublikował bullę Romanus Pontifex w której przyznawał portugalskiemu władcy wszystkie afrykańskie ziemie na południe od przylądka Bojador w Maroku (papież jako namiestnik Chrystusa ma prawo dzielić ziemie pogan między katolickich władców). Bulla zachęcała też do podboju ziem muzułmańskich i pogańskich a na zachętę, zezwalała na grabieże i zamienianie innowierców w niewolników*.

    Vasco da Gama

    Goa szybko stała się nie tylko gospodarczym, militarnym i politycznym centrum portugalskich kolonii w Azji, ale także misyjnym. Pojawił się jednak pewien problem- część Portugalczyków, zamiast radować się okazją do niesienia Dobrej Nowiny podbitym ludom upatrywała w Goa szansę na odcięcie się od zbawczej wiary. Mowa tutaj o tak zwanych Nowych Chrześcijanach- żydach i muzułmanach (oraz ich potomkach), których portugalskie władze przymusowo nawróciły na katolicyzm a którzy potajemnie praktykowali starą religię. W kontynentalnej Portugalii pilnowała ich inkwizycja i najmniejsze podejrzenie o trzymanie się starej religii kończyło się dochodzeniem, które mogło doprowadzić nawet do kary śmierci. W Goa tymczasem inkwizycji nie było.

    Stąd też przedsiębiorczy Nowi Chrześcijanie wykorzystali okazję aby dać dyla do Indii**. Duszpasterze ze zgrozą zauważyli, że wielu Nowych Chrześcijan dorabia się potężnych majątków na handlu z Azją oraz wykorzystuje nieobecność Świętego Oficjum (inna nazwa inkwizycji) i nie tylko przestaje praktykować katolicką wiarę, ale wręcz otwarcie wraca do religii przodków. Było to tym łatwiejsze, że w Indiach istniały sięgające korzeniami starożytności wspólnoty żydów. Rząd zauważył problem i w 1532 roku uchwalono prawo, które zabraniało Nowym Chrześcijanom migracji z Portugalii pod groźbą kary śmierci. Nie zatrzymało to jednak migracji oraz nie zlikwidowało wspólnot które już mieszkały w koloniach.

    Franciszek Ksawery, orędownik utworzenia inkwizycji w Goa, święty kościoła katolickiego

    Duchowni i administracja kolonialna radziły sobie póki co na własną rękę. W 1543 roku miał miejsce proces niejakiego Jeronimo Diasa. Był on lekarzem, potomkiem przymusowo nawróconych żydów. W trakcie rozmowy ze znajomymi wygłosił opinie sprzeczne z, jak donosi źródło, “naszą świętą wiarą”. Został aresztowany a na przesłuchaniu potwierdził twierdzenia “starego przymierza” (judaistyczne). Za ten występek, rada dostojników kościelnych i państwowych skazała go na śmierć przez spalenie na stosie. Nie można im jednak odmówić miłosierdzia- wyrok głosił bowiem, że “w wypadku gdybyś szukał przebaczenia i odpokutował i przyznał się do błędu i wyraził pragnienie odejścia jako Chrześcijanin, zostaniesz uduszony przed spaleniem, tak abyś nie cierpiał w płomieniach”.

    Grafika z epoki ukazująca egzekucję heretyków w Goa

    Nowi Chrześcijanie nie byli jedynym problemem. Indyjskie kolonie zamieszkiwały liczne grupy hindusów, muzułmanów i żydów. Wielu portugalskich osadników było ciekawych lokalnych wierzeń i zwyczajów, zwłaszcza rozlicznych grup hinduistycznych. Za namową kleru król Jan III wydał w 1546 roku zakaz praktykowania wszelkich form “tubylczej idolatrii” (czyli hinduizmu) we wszystkich portugalskich posiadłościach w Indiach. Nakazał także zniszczenie miejsc kultu, wygnanie kapłanów, karanie bałwochwalców i zabronił obchodzenia lokalnych świąt. Święty Franciszek Ksawery uważał, że to nie wystarczy. W 1546 roku napisał list do króla w którym stwierdził wprost:

    Drugą koniecznością dla chrześcijan jest to aby Wasza Wysokość utworzyła Świętą Inkwizycję gdyż jest wielu którzy żyją według żydowskiego prawa lub mahometańskiej sekty bez strachu przed Bogiem i bez wstydu przed światem. I jako, że są oni rozsiani po całej twierdzy potrzebujemy Świętej Inkwizycji i wielu kaznodziejów. Wasza Wysokość powinna zapewnić te niezbędne rzeczy waszym lojalnym i posłusznym poddanym w Indiach.

    Dwór długo opierał się podobnym żądaniom, ale w końcu uległ. Bezpośrednią przyczyną było śledztwo dotyczące Leonory Caldeiry. Pochodziła ona z rodziny przymusowo nawróconych żydów. Mieszkając w Kochinie weszła w kontakt z lokalną społecznością żydowską. Rzekomi świadkowie donieśli, że ona i miejscowi żydzi mają specjalny rytuał w trakcie którego krzyżują uprzednio przygotowane lalki przedstawiające Hamana. Po zdjęciu z krzyża lalki te są palone. Świadkowie zeznali, że lalki te są tak naprawdę przedstawieniem Jezusa a Haman oznacza diabeł po hebrajsku. Leonora i 19 innych Nowych Chrześcijan zostało przetransportowanych do Lizbony i tam postawiono ich przed trybunałem inkwizycyjnym. Rezultaty nie trudno przewidzieć- wszyscy zostali zabici.

    “Logo” inkwizycji z Goa

    Sprawa Leonory odbiła się szerokim echem i na Nowych Chrześcijan w portugalskich Indiach padł blady strach. Zebrali oni 570k reali i przekazali je papieżowi Pawłowi IV prosząc go o amnestię. Papież przyjął pieniądze, ale odmówił prośbie twierdząc, że decyzja należy do korony portugalskiej. Ta zaś ugięła się w końcu pod presją kleru i w 1560 roku zgodziła się na utworzenie Inkwizycji w swoich indyjskich posiadłościach. Według dekretu fundującego głównym celem inkwizycji miało być pilnowanie Nowych Chrześcijan i konwertytów z hinduizmu. Pod lupą znaleźć mogli się wszyscy mieszkańcy jako, że hinduizm był oficjalnie zakazany w portugalskich Indiach (chociaż nie przeprowadzono przymusowej chrystianizacji na masową skalę).

    Z czasem problem indyjskich konwertytów stał się bardzo poważny. Wielu miejscowych nawracało się na chrześcijaństwo z czysto ekonomicznych powodów- ułatwiało to zdobycie wykształcenia, pracy oraz otrzymywanie darów charytatywnych. Konwertyci często potajemnie praktykowali stare wierzenia. Aż 74% wszystkich, którzy zostali skazani przez inkwizycję w Goa było oskarżonych o potajemne wyznawanie hinduizmu. Elementem walki z lokalną religią było burzenie świątyń. Do 1566 liczbę zburzonych miejsc kultu szacuję się na 160. W wyniku późniejszych kampanii, do końca XVI wieku zburzono jeszcze około 600 świątyń. Zawierają się w niej także budynki sakralne buddystów i dżinistów, których Europejczycy często po prostu nie rozróżniali. Prawa z 1566 i 1577 roku zakazywały odbudowywania zniszczonych miejsc.

    Portugalski rysunek przedstawiający żydów z Malabaru

    Hindusi łamali prawo gdy odwodzili od konwersji na katolicyzm, próbowali propagować swoją religię lub pomagali ściganym przez inkwizycję. Nowe przepisy nakazywały chrzcić wszystkie sieroty i dzieci urodzone poza legalnymi małżeństwami i oddawać je do katolickich sierocińców. Do tego istniał obowiązek chrzczenia dzieci, których ojciec zmarł (nawet gdy rodzina nie była chrześcijańska). We wspomnianych sierocińcach obowiązywał surowy zakaz używania indyjskich języków oraz praktykowania lokalnych zwyczajów. Hindusi byli także dyskryminowani. Prawo spadkowe faworyzowało chrześcijańskich członków rodzin. Hindusi nie mogli także obejmować żadnych urzędów a lokalne wspólnoty mogły podejmować decyzję ignorując głosy swoich hinduskich członków. W sprawach sądowych ich zeznania miały mniejszą wiarygodność niż zeznania chrześcijan.

    W indyjskich posiadłościach Portugalczyków oprócz żydów, hindusów, muzułmanów, buddystów i dżinistów mieszkali także indyjscy chrześcijanie, zwani chrześcijanami Świętego Tomasza (znani także jako Nasrani). Ich historia sięgała pierwszych wieków chrześcijaństwa a organizacyjnie byli związani z “nestoriańskim” Kościołem Wschodu. Portugalczycy zmusili ich na synodzie w Diamper (1599) do dołączenia do kościoła katolickiego, a inkwizycja miała się upewnić, że te wspólnoty porzucą zwyczaje, księgi, nauczania i praktyki niezgodne z nauczaniem katolickim. Tych którzy nie chcieli porzucać swoich zwyczajów i wierzeń prześladowano. Co gorsza- spalono także bardzo dużo lokalnych dzieł chrześcijańskich przez co historia indyjskiego chrześcijaństwa sprzed przybycia Portugalczyków jest bardzo ciężka do zrekonstruowania.

    Szkic z XVIII wieku przedstawiający człowieka skazanego na śmierć przez inkwizycję

    Trudna do zrekonstruowania jest też dokładna działalność inkwizycji z Goa. Miała pod swoją jurysdykcją wszystkie terytoria portugalskie w Chinach, wschodniej Afryce, Indiach i Azji Południowo-Wschodniej. Niestety wiele z jej archiwów została spalona przez Portugalczyków po tym jak wycofano inkwizycję. Ponadto część dokumentów, które przetrwały są po dziś dzień niezbadane***. Stąd także ciężko dokładnie określić liczbę ofiar śmiertelnych (egzekucja lub śmierć w więzieniu), nie mówiąc już o wszystkich tych, których aresztowano, torturowano, pozbawiono pracy, majątku, wygnano, odebrano dzieci etc. Historycy są zatem zmuszeni podawać niepełne liczby, uzupełniane szacunkami. Dla wielu miejsc brak jakichkolwiek danych.

    Szacuję się, że do 1774 roku przez trybunały inkwizycyjne w samym Goa przewinęło się około 16 tysięcy 172 osób. Prawie ¾ z nich było lokalsami. Połowa była ochrzczona. Dla pierwszych stu lat działania inkwizycji podaję się liczbę 121 ofiar śmiertelnych i 4k 46 skazanych na więzienie, publiczne ośmieszenie, grzywny, przymusowe prace etc. Warto też pamiętać, że celem inkwizycji było przede wszystkim złamanie heretyka i zmuszenie go do powrotu do kościoła. Stąd ci którzy przyznali się do winy ( i była ona niewielka, na przykład kultywowanie pojedynczego, zabronionego zwyczaju) otrzymywali krótkie kary więzienia i musieli odbyć pokutę. Ostatecznie inkwizycję w Goa rozwiązano w 1820 roku, ale nie był to wcale koniec dyskryminacji innowierców w portugalskich koloniach.

    #daszwiare #katolicyzm #chrzescijanstwo #religia #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #zydzi #gruparatowaniapoziomu #buddyzm #indie #hinduizm #ateizm #bekazkatoli (dla zasięgu)
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: Czyli ten autor relatywizował przewinienia katolickiego kleru (w tym Aloisa Hudala), zatem stosował w tej kwestii relatywizm moralny - który podobno Kościół potępia. A już na pewno katoliccy apologeci bardzo chętnie przypisują relatywizm moralny wrogom Kościoła - rzeczywistym i domniemanym.

      Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że we wrogach najbardziej drażnią nas nasze własne wady - cóż, może to prawda.
      W ogóle to chrześcijańskie nakazy moralne jak najbardziej można nazwać relatywnymi - tyle że są takie w relacji do rozkazów Boga, a nie do natury człowieka. Według chrześcijan, określone rzeczy są złe (np. zabijanie i prześladowanie), chyba że nakazuje je Bóg. To wtedy są dobre, bo Bóg zawsze ma rację i z Bogiem się nie dyskutuje. No ale to problem praktycznie każdej religii monoteistycznej i henoteistycznej.

      Tak jak słynna kwestia: "czy bogowie lubią to, co zbożne, dlatego, że ono jest zbożne, czy też ono jest dlatego zbożne, że je bogowie lubią".
      pokaż całość

    •  

      @Trojden: ten problem o którym mówisz (Bóg raz każący mordować każdego kto wierzy inaczej, po to żeby za chwilę stwierdzić, że jednak trzeba kochać każdego) jest problemem dla samych chrześcijan. Historycznie istniało wiele (i były bardzo silne) odłamów, które wprost twierdziły, że JHWH nie jest tożsamy z Bogiem, który posłał Jezusa tylko jest szatanem udającym Boga. Co nieco o tym pisałem tutaj

      W sumie jak zacząłem czytać Biblię to nie mogłem oprzeć się wrażeniu (jeśli miałbym ją brać na poważnie), że faktycznie JHWH faktycznie jest jakimś pustynnym demonem, który zwodzi Żydów żeby oddawali mu boską cześć.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (57)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 52 w którym ogarniamy religijną historię świata i zadajemy kłam argumentowi z wielości religii.

    Argument ten idzie on mniej więcej tak, że abrahamiczny Bóg raczej nie istnieje gdyż ludzkość ma wiele różnych, sprzecznych idei religijnych. Gdyby istniała nieskończenie dobra, wszechmocna, osobowa siła wyższa, która od naszych poglądów na jej istnienie/charakterystykę uzależniała by swoją relację z nami, to nie pozwoliłaby na tak olbrzymie zróżnicowanie. Konkluzja jest taka, że religie abrahamiczne (czy, czasami, religie w ogóle) są wymyślone, a różnice wynikają z kontekstu kulturowego i historycznego. Z tym poglądem na pewno nie zgodziliby się bahaici. Ich zdaniem wielość religii i interpretacji jest jak najbardziej naturalna i zrozumiała gdyż Bóg objawiał się różnym ludziom, pod różnymi postaciami i z przekazem dostosowanym do poziomu rozwoju ludzkości w danej epoce/ kulturze.

    Grobowiec Baba w izraelskiej Hajfie

    Bahaizm narodził się w Iranie i wywodzi się z szajchizmu i babizmu. Ten pierwszy skupiał się na charakterystycznym dla szyizmu przekonaniu o istnieniu ukrytego, 12 imama (Mahdiego, następcy Mahometa). Jego ujawnienie się miało oznaczać czasy ostateczne i nową erę w dziejach ludzkości. Nadzieje były tak silne, że gdy w latach 40. XIX wieku Sayid Mirza Ali Mahomet ogłosił się “Babem” (dosłownie bramą), zwiastunem Mahdiego, wielu szajchitów przyłączyło się do niego. Doszło wówczas do rozłamu w irańskim szyizmie. Część ludzi uznała, że czas się wypełnił, a część, że Bab jest oszustem. Doszło do masakry babistów (zwolenników Baba), egzekucji ich przywódcy i aresztowań liderów. Jeden z nich, Mirza Hussein Ali Nuri, został po pewnym czasie uwolniony i zezwolono mu na wyjazd do Iraku. Bab już nie żył, ale babiści wierzyli w prawdziwość jego posłannictwa, a zapału dodawały im słowa mistrza, że po nim przyjdzie kolejny wielki nauczyciel.

    Dowód na to, że Baha’u’llah nie jest postacią mitologiczną

    W 1863 roku Ali Nuri ogłosił się właśnie tym prorokiem i przyjął miano Baha’u’llaha (Chwała Boża). Doprowadziło to do rozłamu wśród babistów- większość z nich uznała nowego mistrza. Problem polegał na tym, że nie miał on wjazdu do Iranu gdzie żyła większość z jego wyznawców. Na lidera religijnego z obawą patrzyły również osmańskie władze- dość powiedzieć, że Aqdas (“Najświętsza Księga”) została przezeń spisana w areszcie domowym. Mimo przeciwności Ali Nuri umiejętnie poskładał organizację. Stworzył tak zwane Domy Sprawiedliwości, które administrowały lokalnymi wspólnotami. Bardziej złożone problemy rozwiązywał sam- czy to za pomocą listów czy specjalnych wysłanników. Od lat 80. XIX wieku wspólnota w Iranie okrzepła do tego stopnie, że wytworzyła ona nawet własne szkolnictwo (tak aby uczyć się mogły także kobiety). Nacisk na edukację jest zresztą do dzisiaj jedną z ważniejszych zasad tej religii.

    Zdjęcie uczniów bahaickiej szkoły w Iranie

    Dzięki wykształceniu oraz skupieniu na pracy i życiu wspólnotowym bahaici zaczęli szybko piąć się w górę drabiny społecznej. Konwertytami byli nie tylko szyici, ale także irańscy zoroastrianie a nawet żydzi. Od lat 60. XIX wieku zaczyna się ekspansja misyjna na Bliskim Wschodzie, Kaukazie, Azji Środkowej, Indiach i Birmie. Po śmierci Baha’u’llaha w 1892 roku liderem wspólnoty został jego syn- Abbas Effendi. Bahaizm zaczął się wówczas rozprzestrzeniać na półwyspie Arabskim, w północnej Afryce, Europie, Amerykach, Australii i na Dalekim Wschodzie. Szczególnie aktywne misjonarsko były Indie i Stany Zjednoczone. Mniej wesoły był fakt, że w Iranie bahaici spotykali się z prześladowaniami. Nie chcąc dawać argumentów przeciwnikom, liderzy religii zdecydowali się na neutralność polityczną- co jednak na niewiele się zdało.

    Europejscy konwertyci na bahaizm

    Abbas zmodyfikował organizację- za jego rządów rada Domów Sprawiedliwości zaczęła być wybierana w głosowaniach. Powołał także wybieralne Krajowe i Powszechny Dom Sprawiedliwości. Jego następcą został Szogi Effendi. Za jego “kadencji” intensyfikacji uległa działalność misjonarska i znaczny wzrost liczby wyznawców. Aktywnie podróżował po świecie, odwiedzając Wielką Brytanię, Niemcy, Indie, Egipt, Irak i Stany Zjednoczone. Dzięki nowym, bardziej sekularnym władzom uspokoiła się sytuacja w samym Iranie. Bahaici zaczęli działać całkowicie jawnie, organizować zjazdy i konwencje. Otwierali szkoły dla kobiet a nawet zabierali głos w debacie publicznej opowiadając się za zwiększeniem praw “słabszej płci”. Wybudowali także świątynię w okolicach Teheranu. Ich dobra samoorganizacja stała się jednak z biegiem czasu problemem dla coraz bardziej obawiających się jakiejkolwiek opozycji rządzących.

    Ceremonia nadania szlachectwa Abbassowi Effendiemu

    Z tego powodu rząd represjonował bahaitów. Informacja o wyborze kobiet do krajowego Domu Sprawiedliwości wywołała skandal wśród szyitów- znów doszło do przemocy i wandalizmu. Powstanie Islamskiej Republiki Iranu w 1979 roku oczywiście nie poprawiło notowań mniejszości. Oskarżano ich o kolaborację ze wszystkimi możliwymi wrogami, odbierano dzieci, zamykano szkoły i zgromadzenia, rekwirowano majątki, a kobiety, na mocy specjalnego kruczka prawnego* oskarżano o prostytucję. Mimo ciężkiej sytuacji w Iranie, światowy bahaizm rozkwitał- w latach 50. doszło do masowych konwersji w Boliwii, Ugandzie i Indiach. Szogi zmarł w 1957 roku a po jego śmierci Powszechny Dom Sprawiedliwości ukonstytuował się jako instytucja zwierzchnia. Jego siedzibą stała się Hajfa (obecnie Izrael), gdzie spoczęły także ciała przywódców.

    Sanktuarium bahaickie w Hajfie

    W bahaizmie nie istnieje w kler. Na poziomie lokalnym osoby odpowiedzialne za nauczanie i administracje są wybierane przez wiernych. Co 19 dni organizowane jest święto ziafat dla całej społeczności. W trakcie ludzie czytają i omawiają teksty religijne (zarówno bahaickie jak i należące do innych religii). Następnie omawia się bieżące sprawy- działalność religijną, oświatową i charytatywną. Na koniec- poczęstunek i ploteczki. Raz do roku lokalne grupy wybierają swoich przedstawicieli na konwencje regionalne. Te są wstępem do konwencji narodowej, na której delegaci regionalni wybierają dziewięć osób do Krajowego Domu Sprawiedliwości. Rada ta zarządza wspólnotami w danym kraju. Członkowie Rad ze wszystkich krajów co pięć lat wybierają dziewięciu przedstawicieli wspomnianego już Powszechnego Domu Sprawiedliwości. Decyzje na wszystkich poziomach podejmowane są w drodze głosowania.

    Siedziba Powszechnego Domu Sprawiedliwości

    Bahaickie pojmowanie rzeczywistości zakłada istnienie wielu poziomów rzeczywistości. Najwyższym z nich jest Bóg, który jest absolutnie niemożliwy do ogarnięcia. Na drugim poziomie istnieje boska esencja, której mogą doświadczyć najbardziej zaawansowani duchowo wierni. Chcąc wejść na ten level, wierni powinni podążać za manifestacjami Boga- moralnym życiem, modlitwami, medytacjami, postami etc. Przewodnikami są tak zwani posłańcy. Do tej grupy zaliczają się osoby takie jak Abraham, Zoroaster, Kryszna, Budda, Jezus, Mahomet i wielu innych proroków, filozofów i nauczycieli duchowych. Co ciekawe- bahaizm uznaje także wierzenia i praktyki religii animistycznych i pogańskich jako umożliwiające rozwój duchowy. W bahaickich wierzeniach czynnikiem porządkującym wszechświat jest uniwersalny intelekt- pierwotna emanacja Boga. Umożliwia ona istnienie stworzenia, kieruje wszystkimi procesami i wskazuje ludziom właściwą ścieżkę.

    Bahaickie zobrazowanie postępującego objawienia

    Uniwersalny intelekt “oświeca” posłańców i pozwala im na stworzenie takiego systemu religijno- filozoficznego, który będzie dostosowany do warunków w których żyją ich odbiorcy. W przeciwieństwie do innych religii abrahamicznych, bahaici wierzą, że objawienie jest progresywne- to znaczy obecna forma nie jest ostateczna i kolejni posłańcy będą ją jeszcze wielokrotnie ulepszać. Co ciekawe- bahaici nie uważają ślepej wiary za coś pożądanego. Są zdania, że każdy powinien sam badać otaczającą go rzeczywistość i szukać prawdy. Bahaici nie mają najmniejszych problemów z akulturacją i pełnymi garściami czerpią z innych wierzeń. Przy tym, dla nich, nie są one “inne”- religia jest jedna, a jej celem jest ulepszanie człowieka. Jeśli go nie spełnia to lepszy jest nawet brak religii. Człowiek natomiast powinien pracować nad swoimi przywarami. Aby je przezwyciężyć, zdaniem bahaitów, potrzebuje trzech nauk- dbania o siebie, społeczeństwo i otoczenie oraz doskonalenia duchowego.

    I jeszcze raz sanktuarium, ale z innej perspektywy

    Idea jedności religii jest w bahaizmie powiązana z ideą jedności ludzkości. Nacjonalizmy i szowinizmy są stanowczo odrzucane. Istnienie narodów czy właściwych im kultur nie jest krytykowane, ale dla bahaizmu są to czysto zewnętrzne różnice, nie zmieniające tego, że wszyscy ludzie powinni być równi i zjednoczeni (dotyczy to także płci). Celem bahaizmu jest stworzenie uniwersalnego społeczeństwa- stąd promuje się wybranie i powszechne nauczanie jednego języka. Bahaici promują także międzynarodową współpracę przy podejmowaniu decyzji. Opowiadają się za pacyfizmem wskazując, że na zbrojenie marnotrawione są olbrzymie fundusze. Środkiem do zjednoczenia ludzkości, zdaniem bahaitów, jest właściwa edukacja i propagowanie idei humanistycznych, pacyfistycznych i komunitarnych. Opowiadają się także za zabezpieczeniami socjalnymi dla najuboższych.

    Bahaicka Świątynia Lotosu w Delhi

    Bahaizm stawia bardzo duży nacisk na działalność społeczną- bahaici powinni uczyć się i pracować tak aby korzyść odnosiło całe społeczeństwo. Zawodowe żebractwo i życie pustelnicze jest zakazane. Jak już wspominałem- bardzo duży nacisk położony jest na edukację i równość płci. Nie ma żadnych ograniczeń co do interakcji z wyznawcami innych religii oraz bezwyznaniowcami (także w przypadku małżeństwa). Nie istnieją zakazy dietetyczne, muzyczne czy literackie (można czytać Harrego Pottera). Mniej wesoło jest w kwestii używek- bahaitom nie wolno palić opium i uprawiać hazardu. Wolno głosować, ale nie należeć do partii politycznych. Oczywiście potępia się przemoc, kradzieże oraz zdrady. W kwestiach religijnych, bahaici powinni codziennie się modlić i medytować. Ciąży na nich także obowiązek datków charytatywnych i pielgrzymek. Te ostatnie (z uwagi na napiętą sytuację na Bliskim Wschodzie) są jednak obecnie zawieszone.

    Bahaicka świątynia na Samoa

    Dane dotyczące liczebności bahaickich wspólnot są bardzo zróżnicowane i niepewne. Duży wpływ na to ma fakt wrogości otoczenia w krajach muzułmańskich. Sami bahaici mówią o około 5 milionach. W 2010 roku World Christian Encyclopedia podawała liczbę 7,3 miliona w 218 krajach świata. Źródło to zwraca uwagę, że bahaizm jest jedyną religią, która przez ostatnie sto lat rosła rosła szybciej niż ogólna populacja, w każdym kraju należącym do ONZ. Britannica podaje zaś, że bahaizm jest drugą (po chrześcijaństwie) najbardziej rozpowszechnioną religią świata a zorganizowane grupy działają w 221 krajach i terytoriach autonomicznych. Bahaici są największą mniejszością religijną w Iranie, Panamie, Belize, Południowej Karolinie, Boliwi, Zambii i Papui Nowej Gwinei. Liczne grupy żyją także w Czadzie i Kenii. Bahaici są także obecni w Polsce, gdzie ich wspólnota liczy około 300 osób.

    #daszwiare #religia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #zainteresowania
    pokaż całość

    +: B....q, KomosaBiala +41 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 51 w którym wierzymy w piekło, szatana, sąd ostateczny i przyjście zbawiciela zanim to było modne.

    Dzisiaj zajmiemy się jedną z najstarszych, wciąż praktykowanych, religii świata. Współcześnie jest to ona marginalna demograficznie (szacunki mówią o 100k- 150k), ale historycznie sprawy miały się inaczej. Przez setki lat nauczania, praktyki i wierzenia tej religii działały nie tylko na bezpośrednich wyznawców, ale także kształtowały wyobrażenia sąsiadów. Mowa tutaj o zoroastryzmie, który odcisnął się na takich systemach wierzeń jak judaizm, gnostycyzm, wierzenia helleńskie, semicki politeizm, buddyzm, chrześcijaństwo, bahaizm i islam. I to pomimo faktu, że religia ta nigdy nie była misyjna w swoim głównym nurcie. Wszelkie zapożyczenia i inspiracje zoroastryzmem wynikają raczej z geniuszu jego idei i konceptów, ich zgodności z pragnieniami ludzi wyznających i tworzących religie. Świadectwem tego jest fakt, że jej misjonarskie mutacje rozwijały się prężnie i swego czaru rywalizowały z chrześcijaństwem na Zachodzie (mitraizm i manicheizm) i buddyzmem na Wschodzie (manicheizm).

    Nikt tak naprawdę nie wie kiedy zaczął się zoroastryzm. Jego korzenie sięgają starożytnych wierzeń Ariów. Tym terminem określa się grupy indoeuropejskich plemion, które w III tysiącleciu p.n.e zamieszkiwały okolice Azji Środkowej. W pierwszej połowie II tysiąclecia jedna z grup Ariów, zwana Indo-Ariami, opuściła matecznik i osiedliła się w północnych Indiach. Druga grupa, znana jako Irańczycy, zajęła Azję Środkową i płaskowyż Irański. Centralnym elementem religii Ariów był kult bóstw i spożywanie psychoaktywnego napoju znanego jako haoma. Na szczycie irańskiego panteonu stał Ahura Mazda. Nie tyle stworzył on materialny świat, co pozwalał mu istnieć i był siłą porządkującą go. Był on niejako emanacją i personifikacją “aszy”- swoistego prawa wszechświata, prawdy, porządku, dobra i pierwotnej zasady. Oblubienicą Ahura Mazdy była bogini Spanta Armaiti (personifikacja Ziemi), ale miał on wiele żon. Ważnymi bóstwami byli też Rasnu (sędzia), Mitra (wiele różnych funkcji, np. przysięgi), Bahram (bóg wojny) czy Anahidi (bogini zwycięstwa).

    Archeologiczne kultury w Azji Centralnej uważane są za grupy Ariów

    Formalnym kultem zajmowali się kapłani- mężczyźni po uprzednim przeszkoleniu. Przypuszcza się, że z czasem kapłaństwo stało się dziedziczne. Kapłani byli odpowiedzialni za czynności kultowe takie jak ofiary i podtrzymywanie świętego ognia. Rytuały były określane jako yasna i składały się z ofiarowania pożywienia i spożycia odurzającej haomy. Yasny pierwotnie były czymś na kształt wystawnych uczt na które ludzie zapraszali bóstwa jako gości honorowych. Oprócz ofiar recytowano także religijne hymny (staroirańskie mantrin) i śpiewano pieśni. Wierzenia dotyczące duszy i życia pozagrobowego były zróżnicowane. Generalnie wierzono, że po tym jak vyana (oddech życia) opuszczała ciało, urvan (osobista dusza) udawał się do zaświatów. Ci, którzy wiedli sprawiedliwe życie mogli liczyć na niebiańskie krainy. Niegrzeczni trafiali w pustkę po której błąkali się całą wieczność.

    To właśnie w pi razy drzwi takiej tradycji przyszło działać Zoroastrowi. Z racji braku źródeł nie do końca wiadomo kiedy i gdzie żył. Na podstawie analizy porównawczej Gat, (zbiór hymnów w języku staroawestyjskim, przypisywany Zoroastrowi) i Rigvedy (zbiór hymnów w sanskrycie) podaje się okres między 1500 a 1000 rokiem p.n.e. Większość uczonych datuje go na 1000 rok p.n.e. Rzeczone Gaty wymieniają Airanem Waedżo jako krainę Zoroastra. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo gdzie miałaby się ona znajdować. Brak nazw typowych dla zachodnich Irańczyków wskazuje na Wschód świata irańskiego, ale szczegółów brak. Ze źródeł wyłania się obraz Zoroastra jako kapłana i religijnego poety wywodzącego się ze szlachetnego rodu Spitamidów (spitama znaczy “biały” lub “jasny”). W wieku około 30 lat miał on doświadczyć wizji, która zaowocowała jego działalnością. Wizja miała być jakoby osobistym spotkaniem Zoroastra z Ahura Mazdą.

    Zoroastryjski mag z Baktrii

    Jego nauczenie nosiło znamiona krzyżówki monoteizmu z henoteizmem. Ahura Mazda był już nie tylko najważniejszym bogiem, ale także źródłem wielu innych bóstw (które Zoroaster ochrzcił mianem Amesza Spenta). Rzeczeni Amesza Spenta mieli być zaledwie hipostazami (hipostaza to byt, który wyłania się z Najwyższego Bytu). Nie znaczy, że Zoroaster potępiał wszystkie inne kulty albo ich zabraniał- po prostu wychodził z założenia, że równie dobrze można zwracać się bezpośrednio do Boga. Cześć oddawana innym bogom jest, tak czy inaczej czcią oddawaną Ahura Mazdzie czyli aszy. Obok Amesza Spenta istniały także bóstwa znane jako ahury. Te również były powiązane z Ahura Mazdą (ale w jakiś inny, bliżej niesprecyzowany sposób) i godne czci. Najstarsze części Awesty (zbioru zoroastryjskich hymnów i pism teologicznych) nie wymieniają ahur z imienia. Późniejsze identyfikują Mitrę i Apam Napat jako bóstwa z tej kategorii.

    Już przed Zoroastrem irańscy bogowie dzielili się na wspomniane ahury i dewy. Zoroaster uznał dewy za niegodne czci. Jedną z przyczyn tego poglądu mógł być fakt, że składane im ofiary były krwawe, a ich kapłani stosowali przemoc wobec ofiarnych zwierząt. Z czasem dewy przestają być uznawane za bogów, a stają się kimś w rodzaju demonów- złych nadprzyrodzonych istot. Najstarsze części Awesty nie wymieniają dew z imienia. Przypuszcza się, że proces ich porzucenia i “demonizacji” był bardzo długi. Ten dualistyczny podział na zło i dobro był cechą charakterystyczną zoroastryzmu. W jego teologii rozróżniano dwa sprzeczne ze sobą pierwiastki- Prawdę i Fałsz. Podział ten nie był odwieczny- Fałsz był bowiem nie czymś przyrodzonym, ale konsekwencją możliwości wyboru jaki miały żywe istoty.

    Zoroastryjska świątynia ognia z Baku

    Źródłem zła było coś co Zoroaster określał mianem “angra mainyu”- czyli “gniewny/ niszczący duch/umysł”. W oryginale nie był to zatem byt, ale raczej stan ducha/ umysłu. Jego korzenie tkwiły zaś w złych myślach. Z czasem angra mainyu doczekał się personifikacji w postaci Arymana- arcyprzeciwnika aszy. Podstawowym preceptem zoroastryzmu była maksyma “dobre myśli, dobre słowa, dobre czyny”. Jeśli człowiek ma dobre myśli to z nich rodzą się dobre słowa, a dobre słowa wcielone w życie owocują dobrymi czynami. Żyjący w ten sposób ludzie synchronizują się z aszą (a więc Ahura Mazdą). W przeciwnym razie wpadają w sidła “druj” (czyli fałszu). Ci którzy najbardziej zbliżają się do ideału (a każdy ma taki potencjał) mogą stać się saoszjantami (dosłownie- ci którzy przynoszą korzyści) i poprawiać egzystencję innych ludzi i kondycję świata.

    Poglądy Zoroastra rozprzestrzeniały się bardzo powoli. Nie była to nowa religia sensu stricte, ale raczej reinterpretacja starszych wierzeń i praktyk- nie zerwanie, a ewolucja. Prześledzenie procesu rozpowszechniania się i recepcji nauk Zoroastra jest bardzo ciężkie. Jego zwolennicy nie stworzyli jakiejś scentralizowanej instytucji. Wyglądało to raczej tak, że jakaś część tradycyjnych kapłanów i wiernych znalazła się pod jego wpływami i przemycała jego rozumienie do starszych form religijności- ciężko jednak dokładnie określić ile było “zoroastryzmu w zoroastryzmie”. Widać także przeobrażenia i zmiany w wierzeniach (z których wiele zachodziło równoległe a nie liniowo) zachodzące w czasie. Nie wiadomo też ile szeregowi wierni rozumieli (i na ile znali) z Zoroastra a na ile po prostu kontynuowali starożytny kult swoich poprzedników.

    Początkowo procesy te zachodziły tylko we wschodniej części irańskiego świata, ale zjednoczenie go przez Achemenidów prawdopodobnie umożliwiło ekspansję na Zachód. Uczeni nie są pewni kiedy zoroastryzm stał się dominującym nurtem religii irańskiej. Przypuszcza się, że pierwsi Achemenidzi wyznawali raczej mazdaizm (ogólna nazwa religii irańskich). Pewne przesłanki pokazują wpływy zoroastryjskie w tym okresie, ale taki na przykład Cyrus, w swojej słynnej inskrypcji, powoływał się na semickich bogów. Wiemy o niszczeniu miejsc kultu dew za Achemenidów i reformie kalendarza za Aratkserksesa II (zmieniono nazwy miesięcy na zoroastryjskie bóstwa), ale z drugiej strony wiemy też o bardzo daleko idącej tolerancji dla innych wierzeń.

    Wyobrażenie Zoroastra

    Wskazuje to, że zoroastryzm miał wówczas bardzo luźną strukturę. Stare wierzenia i tradycje mieszały się z nowymi interpretacjami a do tego doszło mnóstwo apokryficznych i nowych praktyk będących efektem naturalnej ewolucji religii. Pojawiają się kulty bóstw, których w ogóle nie ma w Gatach, historie o Zoroastrze stają się pełne magii a głównym zmartwieniem staje się poprawne przeprowadzanie czynności kultowych i budowa świątyń ognia. Nauczanie o Prawdzie i Fałszu zostaje przedstawione jako kosmiczna bitwa między siłami dobra i zła w której każdy bierze udział. Zło zostaje spersonifikowane w osobie Arymana, Azi Dżahaka (smoka, węża) i dewów. Istoty te zamieszkują podziemne krainy, gdzie knują przeciwko dobru i ludziom. Pojawia się także w pełni rozwinięta eschatologia (czyli nauczanie o czasach ostatecznych).

    Saoszjant to już nie każdy wierny żyjący w zgodzie z aszą, tylko konkretny mesjasz, który przyjdzie na końcu czasów aby ostatecznie pokonać zło. Łączy się to z wierzeniem w Fraszokereti (dosłownie “czynienie wspaniałym, doskonałym”) czyli odnowieniem świata. Początkiem tego okresu będzie pojawienie się na ziemi Saoszjanta, który poprowadzi ahury do walki z dewami. Saoszjant wskrzesi także wszystkich zmarłych ludzi, przywracając im ciała. Wówczas nastąpi Sąd Ostateczny- ahury Airjaman i Atar spuszczą na Ziemię rzekę płynnego metalu w której ocaleją tylko sprawiedliwi. Rzeka ta spłynie następnie do podziemnego świata i unicestwi pozostałe dewy i Arymana. Następnie Ahura Mazda i Amesza Spenta uwarzą specjalną, “białą” haomę, której wypicie zapewni sprawiedliwym nieśmiertelność. Następnie wszyscy będą sławić aszę przez całą wieczność.

    Współczesny obraz zoroastryjski

    Niewiele wiadomo o dziejach zoroastryzmu za panowania Seleucydów i Partów. Pisarze z czasów Sasanidów określali ten okres jako wieki ciemne, których początkiem było zniszczenie Awesty przez Aleksandra Wielkiego (faktycznie, w czasie podbojów Macedończyka zniszczono jakąś część tekstów religijnych). Miało to spowodować konfuzję i niezrozumienie tego czym jest Dobra Wiara. Na szczęście pojawienie się Sasanidów na tronie uratowało sytuację i Persja odzyskała swoją prawdziwą wiarę. Widać tutaj jak na dłoni propagandę sasanidzką, która próbowała zunifikować historycznie zróżnicowane wierzenia zoroastryjskie w jedną, koherentną religię i wykorzystać ją do swoich celów. Wielu magów (jak określano kapłanów) nie tylko się przed tym nie broniło, ale wręcz popierało te dążenia, chcąc zapewne narzucić swoje interpretacje tradycji zoroastryjskiej jako obowiązujące.

    Sojusz ten opłacił się zoroastryjskiemu klerowi (a przynajmniej jego rządzącej części), który w czasach sasanidzkich w zasadzie zyskał monopol na interpretacje irańskiej religii. Państwo sponsorowało świątynie, kształcenie kapłanów i broniło przed konkurencją ze strony “herezji” (czyli tymi zoroastyjczykami, którzy mieli inne poglądy od zwycięskiej partii) i innymi religiami (na przykład chrześcijaństwo). W zamian za to kościół zoroastryjski popierał coraz większe podziały społeczne i ucisk warstw niższych- z tego powodu wśród chłopstwa i rzemieślników popularny stał się zoroastryzm w wersji Mazdaka, odwołujący się do haseł sprawiedliwości i równości społecznej. Wśród osób o bardziej ezoterycznym oglądzie religii szerzył się natomiast manicheizm, który również czerpał garściami z nauk Zoroastra. Twórca religii, Mani, był przez pewien czas bardzo blisko z elitą rządzącą, ale ostatecznie został zmarginalizowany i uwięziony.

    Zniszczenie skrzyni z prochami Zoroastra przez muzułmanów

    Kres dominacji zoroastryjskiej położyły arabskie najazdy. Nastawienie nowych panów do starej religii było różne, ale radykalny monoteizm islamu zaowocował zerwaniem z politeistycznymi i henoteistycznymi tradycjami. Również dewy i Aryman zostały sprowadzone do roli demonów. Z biegiem czasu (pod przymusem bądź dobrowolnie) większość Irańczyków porzuciła ją na rzecz islamu. Mimo, że zoroastrian jest obecnie bardzo niewielu w Iranie, to religia ta cieszy się dużym szacunkiem ze strony świeckich elit (jako prawdziwa religia Irańczyków i przeciwwaga dla sklerykalizowanego do granic możliwości szyickiego islamu). Zoroastryzm, choć praktykowany przez maleńką grupkę jest ważnym składnikiem tożsamości irańskiej. Niewielkie społeczności przetrwały także w Indiach, gdzie perscy kupcy osiedlali się jeszcze w czasach Achemenidów. Indyjskich zoroastrian określa się mianem Parsów i grupa ta wydała na świat jednego z najsłynniejszych muzyków w historii- Freddiego Mercurego, który tak naprawdę nazywał się Farrokh Bulsara.

    #daszwiare #religia #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #iran
    pokaż całość

    •  

      @Kjedne: hinduizm nie był izolowany, wręcz przeciwnie- kolejno wchodził w interakcje z religiami stepowymi, irańskimi a potem islamem i chrześcijaństwem. Prawie całkowicie pochłonął buddyzm i przez ponad 1000 lat był w,stanie opierać się islamowi. A chrześcijaństwo w ogóle nie ma podjazdu- od mniej więcej III wieku próbuje tam nawracać a i tak ma mniej niż 3% wyznawców. Sukces "misyjny" islamu tam to też raczej kwestia polityczna. pokaż całość

      +: Kjedne
    •  

      @Kjedne: co do zoroastryzmu i chrześcijaństwa jeszcze to są badacze, którzy twierdzą, że judaizm odbił w stronę monoteizmu właśnie pid wpływem zoroastryjskich ideii :).

      Oto co mówi jewish encyclopedia:

      Resemblances Between Zoroastrianism and Judaism.
      The points of resemblance between Zoroastrianism and Judaism, and hence also between the former and Christianity, are many and striking. Ahuramazda, the supreme lord of Iran, omniscient, omnipresent, and eternal, endowed with creative power, which he exercises especially through the medium of his Spenta Mainyu ("Holy Spirit"), and governing the universe through the instrumentality of angels and archangels, presents the nearest parallel to Yhwh that is found in antiquity. But Ormuzd's power is hampered by his adversary, Ahriman, whose dominion, however, like Satan's, shall be destroyed at the end of the world. Zoroastrianism and Judaism present a number of resemblances to each other in their general systems of angelology and demonology, points of similarity which have been especially emphasized by the Jewish rabbinical scholars Schorr and Kohut and the Christian theologian Stave. There are striking parallels between the two faiths and Christianity in their eschatological teachings—the doctrines of a regenerate world, a perfect kingdom, the coming of a Messiah, the resurrection of the dead, and the life everlasting. Both Zoroastrianism and Judaism are revealed religions: in the one Ahuramazda imparts his revelation and pronounces his commandments to Zarathustra on "the Mountain of the Two Holy Communing Ones"; in the other Yhwh holds a similar communion with Moses on Sinai. The Magian laws of purification, moreover, more particularly those practised to remove pollution incurred through contact with dead or unclean matter, are given in the Avestan Vendïdād quite as elaborately as in the Levitical code, with which the Zoroastrian book has been compared (see Avesta). The two religions agree in certain respects with regard to their cosmological ideas. The six days of Creation in Genesis find a parallel in the six periods of Creation described in the Zoroastrian scriptures. Mankind, according to each religion, is descended from a single couple, and Mashya (man) and Mashyana are the Iranian Adam (man) and Eve. In the Bible a deluge destroys all people except a single righteous individual and his family; in the Avesta a winter depopulates the earth except in the Vara ("enclosure") of the blessed Yima. In each case the earth is peopled anew with the best two of every kind, and is afterward divided into three realms. The three sons of Yima's successor Thraetaona, named Erij (Avesta, "Airya"), Selm (Avesta, "Sairima"), and Tur (Avesta, "Tura"), are the inheritors in the Persian account; Shem, Ham, and Japheth, in the Semiticstory. Likenesses in minor matters, in certain details of ceremony and ritual, ideas of uncleanness, and the like, are to be noted, as well as parallels between Zoroaster and Moses as sacred lawgivers; and many of these resemblances are treated in the works referred to at the end of this article. pokaż całość

    • więcej komentarzy (19)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 50 w którym próbujemy zreformować starożytną religijność i przekonać ludzi do przedkładania tego co moralne nad to co doczesne.

    Dzisiaj opowiem wam o niesamowitej osobistości żyjącej w I wieku n.e. Już przed narodzinami jego matce objawiła się niebiańska istota i zapowiedziała, że dziecko które powije dokona rzeczy wielkich. Same narodziny były cudem a szybko dorastający młodzieniec zwracał uwagę swoją bystrością. W wieku zbliżonym do dorosłości opuścił rodzinny dom i poświęcił się wędrownemu nauczaniu. Szybko zdobył sobie popularność. Przemawiając do tłumów, wzywał ludzi do skupienia się nie na gromadzeniu doczesnych bogactw, ale na sprawach duchowych i moralnym życiu. Nie był jednak zwykłym mędrcem- nie ograniczał się do pouczeń, ale czynił także rozliczne cuda- uzdrawiał chorych, uwalniał nękanych przez złośliwe duchy a nawet wskrzeszał martwych. Obserwujący go ludzie szybko doszli do wniosku, że jest on kimś więcej niż człowiekiem. Niestety- nie wszystkim podobało się jego nauczanie i popularność. Przeciwnikom udało się go w końcu zaskarżyć przed rzymskimi władzami…

    Niespodzianka!!!

    Stop! Zapewne myślisz sobie coś w stylu “Dobra Andrzej, nie po to marnuje czas na czytanie Twoich wypocin żeby po raz tysięczny słuchać o Jezusie.” Rzecz w tym że ten wstępniak dotyczy niejakiego Apolloniusza z Tyany. Najważniejszym i najbardziej obszernym źródłem dotyczącym jego życia jest Żywot Apolloniusza, autorstwa Flawiusza Filostrata. Historycy mają z nim jednak duży problem gdyż jest naładowany nadnaturalnymi wątkami, powstał przeszło sto lat po opisywanych wydarzeniach a jego autor był mocno na bakier z filozofią. Istnieje przez to spore ryzyko, że niewiele rozumiał z faktycznego nauczania swojego “mistrza”. Nie jest to bynajmniej opinia współczesnych hiperkrytyków* tylko uwagi choćby autorów bizantyjskich. Mit, legenda i wiara będą się zatem mieszać z mrówczą pracą historyków próbujących jakoś oddzielić ziarno od plew.

    Zacznijmy od narodzin. Wiemy, że nasz bohater urodził się w zamożnej greckiej rodzinie, żyjącej w kappadockiej Tyanie. Według wierzeń jego narodziny zwiastował bóg Proteusz, który na pytanie matki “kim zatem będzie moje dziecko?” odpowiedział “mną”. Apolloniusz miał zatem być wcielonym bogiem. Jego narodziny były nie mniej cudowne- matka poszła z przyjaciółkami na pole, gdzie ucięła sobie drzemkę w trawie. Obudził ją dźwięk wydawany przez fruwające nad nią łabędzie i wówczas porodziła syna. Towarzyszył temu wielki piorun z niebios, który nie uderzył jednak ziemi. Zatrzymał się nad nią i powrócił skąd przyszedł. Dla wielu starożytnych piorun był znakiem od samego Zeusa, że oto narodził się jego syn. Wracając do bardziej przyziemnych rzeczy- jako członek zamożnego rodu Apolloniusz odebrał klasyczne wykształcenie, które obejmowało między innymi retorykę, filozofię, matematykę i historię. Jako nastolatek miał się zainteresować Pitagorasem i jego naukami. W świecie starożytnym Pitagoras był znany bardziej jako guru niż filozof czy matematyk (w dzisiejszym tych słów znaczeniu).

    Miasta jakie miał odwiedzić Apolloniusz

    Przypisywano mu wiele ezoterycznych doktryn nadających matematyce i filozofii duchowy wymiar. Pitagoreizmy były różne, ale jedną z cech wspólnych były na przykład wegetarianizm oraz wiara w reinkarnację. Pitagorejczycy mieli swoje wspólnoty, gdzie praktykowano tajemnicze obrzędy oraz przekazywano sekretną wiedzę, niedostępną dla “maluczkich”. Młody Apolloniusz wkręcił się tak mocno, że został pustelnikiem. Nie golił się, nie jadł mięsa, spał na ziemi i ubierał się tylko w lniane tkaniny. Wyrzekł się rodzinnego majątku, zostawiając sobie tylko niezbędne do egzystencji minimum. Po oddaniu dobytku starszemu bratu Apolloniusz miał jakoby rozpocząć pięcioletni okres izolacji. Ten autentyzm i poświęcenie sprawiły, że zaczął być popularny wśród ludzi szukających przeżyć duchowych. W trakcie odosobnienia Apolloniusz uzyskał rzekomo zdolność do czytania w myślach i posługiwania się każdym ludzkim językiem.

    W przeciwieństwie do klasycznych pitagorejczyków, młody Apolloniusz stwierdził, że powinien przekazywać wiedzę, którą zyskał poprzez swoją praktykę i kontemplację. Ponadto był żywo zainteresowany wymianą poglądów i spostrzeżeń z innymi. Został więc wędrownym mędrcem i podróżował po Wschodzie. Wersja minimum mówi o tym, że odwiedzał miasta leżące na wybrzeżach Azji Mniejszej, Syrii i kontynentalnej Grecji. Istnieją jednak tradycje mówiące, że zwiedził on szmat Azji. Przypisuje się mu odwiedzenie Egiptu, Mezopotamii a nawet dotarcie aż do Indii. Przekaz ten był nawet często uznawany za prawdziwy i nie budzący większych kontrowersji zwłaszcza, że odnaleziono indyjskie źródła traktujące o Apolloniuszu. Dzisiaj jest on jednak powszechnie odrzucany- wykazano, że rzekome źródła są tak naprawdę XIX- wiecznymi falsyfikatami.

    Posąg identyfikowany z Apolloniuszem

    W swoim nauczaniu Apolloniusz zwracał uwagę na fakt, iż wielu ludzi zbyt mocno koncentruje się na dobrach materialnych i zapomina o tym co jest faktycznym celem człowieka- moralne i dobre życie. Nawoływał do “nawrócenia” i odrzucenia niektórych praktyk religijnych. Krytykował na przykład ofiary ze zwierząt jakie starożytni składali bogom. Ponadto miał uważać, że wszystkie obrzędy, modlitwy, ofiary czy inne tam cuda na kiju są tak naprawdę bezwartościowe. Nauczał, że Najwyższa Siła rządząca i stanowiąca wszechświat ma te rzeczy za nic i nie potrzebuje ich. Apolloniusz twierdził, że Najwyższy Byt nie ingeruje w sprawy ludzkie i jest bardziej bezosobową ideą i siłą. Jedyną drogą do jego poznania są zatem nie modlitwy, ale nous (tak grecy nazywali racjonalny aspekt duszy ludzkiej- umysł). Postulował wiarę w reinkarnację, która miała wznosić dusze na coraz to wyższe stadium rozwoju. “Awans” duszy był zależny od poprzedniego wcielenia- jeśli dusza żyła moralnie, to wcielała się w wyższą formę życia, a jeśli niegodnie, to była degradowana.

    Tradycje ludowe (a za nimi Żywot) chciały jednak widzieć w Apolloniuszu przede wszystkim cudotwórcę i nadprzyrodzoną istotę. Flawiusz podaje na przykład, że znał on języki ptaków i potrafił się z nimi komunikować. Apolloniusz miał także posiadać zdolność obserwacji wielu odległych od siebie miejsc równocześnie. Flawiusz opisuje, że w trakcie jednej z przemów przed ludem w Efezie, wielki filozof nagle zamilkł po czym zaczął krzyczeć “zabij tyrana!”. Następnie obwieścił słuchającym, że właśnie był świadkiem zabójstwa cesarza Domicjana. Przytacza też proroctwo Apolloniusza, ostrzegającego Efezjan przed nadciągającą epidemią i późniejsze egzorcyzmy, których finałem było wygnanie demona zarazy. Apolloniusz był ceniony za uzdrowienia. Jego rodzinna Tyana stała się czymś w rodzaju małoazjatyckiego Lourdes- ciągnęły tam sznury pielgrzymów z nadzieją na wybawienie od choroby. Maksym z Tyru pisał, że Apolloniusz był w młodości adeptem w świątyni Asklepiosa. Mamy kilka historii o uzdrowieniach z Tarsu, Lebadeai czy Koryntu (gdzie Apolloniusz dojechał także wampira).

    Posąg przedstawiający Asklepiosa

    Do naszych czasów zachowała się pokaźna kolekcja listów Apolloniusza. Istnieją poważne wątpliwości co do tego, kto jest ich rzeczywistym autorem. Wiarygodności nie dodaje fakt, że kompozycja wielu z nich jest podejrzanie podobna do tej z Żywotów. Historycy przyjmują jednak, że część listów została napisana przez naszego bohatera albo chociaż sfabrykowano ją na podstawie rzeczywistych nauk. Listy prezentują Apolloniusza jako neopitagorejskiego filozofa i czempiona greckiej kultury, który czasem negatywnie odnosi się do Rzymian. Wątek ten nie występuje w Żywotach, co dodaje nieco wiarygodności listom. Uwiarygadnia je także zapis polemik ze stoickimi filozofem- Muzoniuszem Rufusem. Wskazują one na to, że spór wygrał ten drugi (czego fani Apolloniusza raczej by nie przyznali gdyby od początku do końca fabrykowali źródła). Generalnie listy są mniej naszpikowane magią i czarami, ale… paradoksalnie sam Apolloniusz określa się w nich mianem czarownika.

    Niektórzy badacze uważają go wprost za postać mityczną, ale generalnie przyjmuje się, że Apolloniusz faktycznie istniał i był religijnym myślicielem, który chciał zreformować religię swojego otoczenia. Fakt, że “cud ściele się gęsto” w relacjach o nim jest tłumaczony tym, że umysłowość starożytnych domagała się czarów i wrzucała je do opowieści o ludziach wybijających się zdecydowanie na ponadprzeciętność. Apolloniusz jest często porównywany do innego religijnego nauczyciela z I wieku- Jezusa z Nazaretu. Ich historie mają wiele podobieństw- cudowne narodziny, nadprzyrodzone pochodzenie, cuda, skierowanie uwagi na moralność i duchowość zamiast skupienia na rzeczach materialnych, fakt posiadania uczniów etc. Porównania te nie są nowe- pogańscy krytycy chrześcijaństwa często przeciwstawiali postaci Jezusa postać Apolloniusza, twierdząc, że przewyższał on mądrością, moralnością i mocą Nazarejczyka. Chrześcijanie zresztą nie zaprzeczali znakom i naukom Tyańczyka- po prostu uważali, że był opętany przez potężne demony, stąd miał moc czynienia cudów.

    Ale jakie podobieństwa?!

    Podobne do starożytnych polemistów poglądy (z pominięciem metafizyki) przypisuje się niektórym oświeceniowym myślicielom. Motyw ten jest zresztą do dzisiaj obecny w literaturze neopogańskiej a czasem nawet świeckiej (gdzie oczywiście pomija się element nadnaturalny). Warto dodać, że zwolennicy teorii “mitycznego Jezusa” (niezależnie od tego czy uważają, że Jezus został totalnie wymyślony czy istniał jakiś rzeczywisty pierwowzór, który później modyfikowano tak żeby pasował do proroctw i celów późniejszych wspólnot) powołują się na postać Apolloniusza, jako przykład tego jak mitologizowano nauczycieli moralnych i duchowych w czasach starożytności. Uważają, że taki sam proces zaszedł w przypadku Chrystusa.

    Należy jednak zaznaczyć, że między Jezusem a Apolloniuszem istnieją pewne znaczące różnice. Przede wszystkim Jezus głosił osobowego Boga, podczas gdy Apolloniusz skłaniał się bardziej ku panteizmowi. Ponadto Jezus przepowiadał rychłą apokalipsę i z powodu wiary w bliski koniec świata był o wiele bardziej wymagający w stosunku do swoich wyznawców. Apolloniusz zaś nie był apokaliptycznym prorokiem i nie odnosił się do końca mającego rzekomo być “tuż za rogiem”. Kolejną różnicą będzie fakt, że dla historii Jezusa kluczowa jest jego męczeńska śmierć na krzyżu (w ujęciu historycznym będąca efektem konfliktu z elitą kapłańską współpracującą z Rzymem). Apolloniusz zaś zamęczony nie został. Miał wprawdzie konfrontacje twarzą w twarz z Domicjanem, cesarzem rzymskim, ale dzięki nadprzyrodzonym mocom wyszedł z niej cało.

    #daszwiare #religia #rodzimowierstwo (wiem, że to nie słowiańskie, ale dla zasięgu) #ateizm #katolicyzm #chrzescijanstwo #historia #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania
    pokaż całość

    +: P................k, michelney +44 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 49 w którym pokazujemy, że chrześcijańskie misje niekoniecznie muszą opierać się na sile i przymusie.

    W ostatnim odcinku poruszyłem temat misji i chciałbym przy nim pozostać. Większość znaczących misji w dziejach chrześcijaństwa wyglądała tak, że strona nawracająca miała znaczną przewagę nad nawracanymi. Tak było w przypadku rzymskim a potem europejskim, gdzie to władcy narzucali poddanym wyznanie (choćby u nas) i tak było w przypadkach kolonialnych. Administracja danego imperium albo popierała misje albo wręcz narzucała chrzest. Wiązało się to przede wszystkim z faktem, że kościoły uwielbiały sojusze z tronem. Tron zaś cenił sobie ołtarz z którego co chwila pouczano maluczkich o boskim pochodzeniu władzy. Jest to częsty zarzut krytyków na argument za prawdziwością tej religii (znaczy- że jej rozpowszechnienie nie wynikało za bardzo z jakiejś “prawdziwości”, a raczej z politycznych i społecznych uwarunkowań).

    Indianie dobrowolnie i z radością przyjmują nową religię

    Ciekawym i dość unikalnym zjawiskiem jest tak zwany Kościół Wschodu- określany także jako wschodniosyriacki, asyryjski lub nestoriański. To ostatnie określenie jest niepoprawne, ale najbardziej rozpowszechnione i dlatego też będę go używał. W przeciwieństwie do reszty “historycznych” kościołów (rzymski, prawosławne i miafizyckie) nigdy nie udało mu się zawrzeć efektywnego sojuszu z tronem. Nestorianie byli zazwyczaj mniejszością na terenach na których działali. Nie był to bynajmniej efekt ewangelizacyjnego lenistwa. Wprost przeciwnie- zapał był tak wielki, że przez długi czas kościół ten był najbardziej rozległy geograficznie. I to właśnie rozproszenie było jedną z przyczyn faktu bycia mniejszością (obok niemożności siłowego narzucenia religii przy poparciu władzy). Matecznikiem kościoła była perska Mezopotamia, zwana przez irańskich zdobywców jako Asuristan (kraj Asyryjczyków).

    Ruiny klasztoru Świętego Eljasza w Iraku (stan przed działalnością ISIS)

    Korzenie kościoła sięgają najwcześniejszych syriackojęzycznych wspólnot chrześcijańskich. Pierwsze powstały w cesarstwie rzymskim, ale z racji ożywionych kontaktów z krewniakami z partyjskiej strony granicy, nowa religia rozpowszechniała się także tam. Partowie byli władcami Iranu do III wieku, kiedy to zostali obaleni przez Sasanidów. Nowa dynastia nie przeszkodziła w rozwoju chrześcijaństwa. Ze źródeł wiemy, że już w czasach partyjskich w Persji funkcjonowało dwadzieścia biskupstw i sięgały one Baktrii (współczesny Afganistan). Sasanidzkie najazdy na Rzymian i idące za nimi przesiedlenia zwiększały liczbę chrześcijan. W wyniku osiedlania greckojęzycznych jeńców z wybrzeży syryjskich (Antiochia i okolice) wśród mezopotamskich chrześcijan wyodrębniły się dwie organizacje kościelne- jedna helleńska, druga semicka. Czemu semicka a nie perska? Ano dlatego, że Mezopotamia, choć rządzona przez Persów to była w większości zamieszkana przez ludy semickojęzyczne.

    Ruiny kościoła nestorianskiego w Geramonie

    Po jakimś czasie różnice uległy zatarciu, ale były inne problemy. W IV wieku Rzym stał się chrześcijańskim państwem. Nieustannie skonfliktowani z nim Sasanidzi zaczęli patrzeć na swoich chrześcijańskich poddanych jak na potencjalną V kolumnę. Ponadto Sasanidzi zacieśnili związki z zoroastryjskimi magami i w uznali ich religię za państwową. Zdarzały się prześladowania innowierców, także chrześcijan. Były to jednak raczej okresowe kampanie, przerywane latami spokoju. To wyjaśnia inne zjawisko będące skutkiem “nawrócenia” Rzymu. Władza cesarska zaczęła mieszać się w kontrowersje teologiczne. Za poglądy niezgodne z aktualnie obowiązującymi groziła nawet śmierć. Członkowie frakcji które przegrały salwowali się często ucieczką do Iranu. Perskie władze wręcz cieszyły się z takiego obrotu spraw- ewentualne spory mogły bowiem rozbijać miejscowe wspólnoty chrześcijańskie.

    To uczucie gdy z jednej strony jesteś heretykiem potępionym przez sobór a z drugiej autorem jednej z katolickich liturgii

    Oszczędzę wam szczegółów dotyczących przebiegu sporów. Wspomnę tylko, że historia o rzekomym przyjęciu nauki Nestoriusza jest nieprawdziwa. Owszem, część jego poglądów była popierana a on sam był generalnie darzony szacunkiem*, ale teologia kościoła Wschodu nie jest nestoriańska. Sami patriarchowie Seleucji- Ktezyfonu (najważniejszy biskup perskich chrześcijan) uważali się za część powszechnego kościoła. Owszem w V wieku pojawił się teologiczny rozjazd z diofizytami (późniejsi katolicy i prawosławni) i miafizytami (tzw. orientalna ortodoksja), ale nie był on jednak tak wielki jak chcieliby niektórzy autorzy “ortodoksyjni”. W międzyczasie, mimo prześladowań, chrześcijaństwo nie tylko przetrwało w Mezopotamii, ale na dobre rozwinęło się także na terenach rdzennie perskich (np. Chuzestan i Sziraz) i kontynuowało ekspansję na Azję Środkową (np. Merw w dzisiejszym Turkmenistanie), Daleki Wschód oraz półwysep Arabski. W VI wieku funkcjonowały nestoriańskie biskupstwa w jemeńskiej Sanie i na Sokotrze. Doszło nawet do chrztów cały arabskich klanów i federacji.

    Ruiny Hiry, stolicy arabskich Lachmidów, których władcy byli wiernymi Kościoła Wschodu

    W VI wieku polityka Sasanidów zaczęła się zmieniać. Skoro prześladowania nie hamują wzrostu liczby wyznawców, a ci wyznawcy służą w armii czy w administracji i biorą udział w życiu gospodarczym, to lepiej się dogadać. Oczywiście kościół nie mógł liczyć na takie przywileje jak magowie, ale miał pozytywne relacje z władzą. Zdarzało się nawet, że biskupi i patriarchowie byli doradcami, dyplomatami i członkami dworu. Chosrow II miał nawet chrześcijańską żonę Szirin i był w bardzo przyjaznych stosunkach z patriarchą Sabriszo. Za pontyfikatu Sabriszo doszło do ożywienia ruchu monastycznego w którego skład wchodziły nie tylko osiadłe wspólnoty, ale także wędrowni misjonarze-mnisi. Zaowocowało to aktywnością ewangelizacyjną. Za pontyfikatu Iszujaba II chrześcijaństwo nie tylko na dobre zadomowiło się na ziemiach etniczne irańskich (dowodem utworzenie metropolii w Hulwanie), ale także na terenach afgańskich (nowa metropolia w Heracie) i w Azji Środkowej (metropolia w Samarkandzie).

    Wizerunek nestoriańskiego duchownego z irackiej Samarry

    Jeśli chodzi o ten ostatni region to, jak już wspomniałem, pierwsze wzmianki o lokalnych, licznych wspólnotach chrześcijańskich pochodzą z IV wieku. Głównym ośrodkiem był Merw, którego wpływy nie kończyły się wcale na osiadłych społecznościach regionu- misjonarze nestoriańscy starali się także trafić do koczowniczych sąsiadów żyjących na Wielkim Stepie. Źródła wzmiankują o tureckich królach, którzy przyjmowali chrzest ze swoimi ludami. Nie potrafimy jednak do końca zidentyfikować plemion i ich władców, ale konwersje te są raczej pewne- już w VI wieku zaskoczeni Rzymianie donoszą o chrześcijanach wśród swoich tureckich najemników. Wielu mieszkańców sąsiadującej z Merwem Sogdiany było nestorianami. Sogdyjczycy zajmowali bardzo ważne miejsce w handlu na wschodnim odcinku Jedwabnego Szlaku- pośredniczyli w wymianie między Chinami a Iranem. Prawdopodobnie to właśnie z Sogdiany chrześcijaństwo trafiło do Chin.

    Dzieło pochodzące z syriackiej biblii

    Wiemy, że wschodniosyryjscy mnisi wykradli w 552 roku jedwabniki i przewieźli je do Bizancjum. Zorganizowana i uchwytna źródłowo misja zaczęła się jednak w 635 roku wraz z przybyciem Alopena (prawdopodobnie Sogdyjczyka, gdyż źródła zaświadczają o jego znajomości chińskich języków). Przywiózł on ze sobą podarki dla cesarza prosząc władcę o możliwość otwartej działalności. Cesarz zgodę wydał, określając wiarę Alopena jako “Religię Światła”. Nestorianie uzyskali nawet prawo do posiadania klasztoru przy cesarskim dworze. Co ciekawe, dla Chińczyków była to “perska wiara”. W 642 roku misjonarze przetłumaczyli na język chiński najważniejsze dzieła a za rządów cesarza Kao-tsunga (650-83) wydano zezwolenie na budowę kościołów w stolicach chińskich prowincji. Za rządów cesarzowej Wu doszło do pierwszych prześladowań- był to prawdopodobnie efekt tego, że żwawy rozwój chrześcijaństwa był traktowany jako zagrożenie przez kler buddyjski. Potem jednak sytuacja unormowała się.

    Stella z Xian

    Tak zwana Stella z Xian (wzniesiona w 781 roku, odnaleziona w 1625 roku) dokumentuje rozwój chrześcijaństwa w Chinach. Była ona dedykowana misjonarzowi Issie z Balchu, który po przybyciu do Chin zasłynął jako sinolog. Stella wspomina nie tylko o Alopenie, ale także niejakim Chi-liehu, który działał w Kantonie. W VIII wieku powstają pierwsze chińskie dzieła chrześcijańskie- Świetliste Nauczanie, Tajemniczy Pokój i Sutra Radości. Duży wkład w tłumaczenie chrześcijańskich dzieł z syriackiego na lokalne języki miał indyjski uczony Pradschna oraz chrześcijański mnich Kingtsing (Adam). Szacuje się, że do X wieku w języku chińskim istniało około 500 dzieł chrześcijańskich (w tym cały Nowy Testament). Większość z nich nie przetrwała do naszych czasów i znamy je tylko ze wzmianek w innych źródłach. Najbogatszą kolekcją są tak zwane Sutry Jezusa, których terminologia obficie czerpie z buddyzmu i taoizmu, co zaświadcza, że miejscowe chrześcijaństwo nie miało problemów z akulturacją.

    Fresk z nestoriańskiego kościoła w Chinach przedstawiający procesję

    Zainteresowanie chrześcijan lokalnymi religiami nie było jednostronne. Wielu buddyjskich uczonych interesowało się przybyszami. Zaświadcza o tym fakt, że wśród odnajdywanych dzieł buddyjskich zdarzają się teksty chrześcijańskie lub nawiązania do jego wierzeń. Na przykład jedna z buddyjskich ksiąg z Dunhuang nosi tytuł “Jezus Mesjasz”. Wśród dzieł z Dunhuang znajdują się także dwa teksty przypisywane przywoływanemu już Issie z Balchu. Uczeni nie byli jedyną z wyższych grup społeczeństwa, która interesowała się chrześcijaństwem. Taki na przykład generał i cesarski minister Kuo Tzu łożył ze swojego prywatnego majątku na kościoły i synody duchowieństwa. Arabscy podróżnicy docierający do Chin w VIII i IX wieku zaświadczają o licznych i wpływowych wspólnotach nestoriańskich (co ciekawe- donoszą także, że ci ludzie oburzają się gdy zostaną tak nazwani i sami siebie określają mianem “ibadi”). Abu Said donosi nawet o relacji podróżnika, który rozmawiał z samym cesarzem Itsungiem- według niego sam cesarz prezentował mu manuskrypty z Jezusem na ilustracjach.

    Chińskie wyobrażenie Jezusa z IX wieku

    Równolegle chrześcijaństwo szerzyło się także wśród Turków poddanych chińskim wpływom i wśród Tangutów (tybetański lud żyjący w Syczuanie). W VIII wieku jeden z tureckich władców Kaszgaru nawrócił się nawet na chrześcijaństwo. Był to jednak ewenement, bo większość możnowładców, nawet jeśli odnosiło się pozytywnie do “religii światła” to zostawało przy lokalnych wierzeniach. Ten brak oparcia na politycznej sile okazał się być problematyczny. W 845 roku cesarz Wu-tsung rozpoczął prześladowania chrześcijan. Zburzono wiele kościołów i klasztorów, bogatsi wyznawcy utracili pozycje i majątki. Mnichów i mniszki pojmano i zsekularyzowano. Patriarcha Teodozjusz I wspomina, że duchowieństwo z Chin nie uczestniczyło w zwołanych przez niego synodach. Od X wieku doniesienia o nestorianach w Chinach stały się coraz rzadsze. Przyjmuje się, że miejscowy kościół albo znikł całkowicie albo został totalnie zmarginalizowany.

    Jedna z tak zwanych Sutr Jezusa

    Na odrodzenie musiał poczekać do czasów imperium mongolskiego. No, ale to już inna (choć nie mniej ciekawa) historia.

    #daszwiare #religia #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 48 w którym nawracamy rdzennych mieszkańców Ameryki na chrześcijaństwo. Przy okazji pokazujemy, że można to zrobić bez zniszczenia ich kultury, populacji a nawet wcześniejszych wierzeń.

    Misje chrystianizacyjne prowadzone w europejskich koloniach są tematem kontrowersyjnym. Z jednej strony kościoły lubią mówić jak to niosły Słowo Boże i jak przybliżały ludzi do Jezusa (cokolwiek to znaczy). Z drugiej historycy jak i sami zainteresowani (albo raczej- to co z nich zostało) zwracają uwagę na często nie do końca humanitarne metody jak i fakt, że ewangelizacja była produktem kolonialnego systemu, który nie zapisał zbyt pięknych kart w dziejach rdzennych społeczności. W niektórych przypadkach zakończył te dzieje na dobre. Oczywiście sprawa nie jest jednowymiarowa- wielu misjonarzy dostrzegało niesprawiedliwości kolonializmu a w religii widziało program nie tylko duchowy, ale i społeczny, którego realizacja położyła by kres uciskowi. Były także misje, które działały na terenach nie objętych bezpośrednią władzą mocarstw kolonialnych albo wręcz od nich niezależnych. Jedną z ciekawszych (i mniej znanych) misji chrześcijańskich w Nowym Świecie była działalność prawosławna na Alasce.

    Atahualpa - żywy (martwy) dowód na to, że chrześcijaństwo może szkodzić zdrowiu

    Rosyjskie parcie na Wschód sięga XVI wieku. Przez kolejne stulecia podróżnicy, myśliwi i kupcy eksplorowali Syberię docierając aż nad Pacyfik. W 1741 roku Vitus Bering i Aleksander Chirikow dotarli, przez wyspy Aleuckie, do Alaski. Ekspedycja zakończyła się wprawdzie śmiercią wielu jej członków (w tym Beringa), ale odkryła wiele wysp i rosyjską drogę do Ameryki Północnej. Za odkrywcami ruszyli tak zwani promyszleniki- myśliwi i kupcy szukający możliwości zarobku. Rdzenna ludność Alaski początkowo znalazła się w konflikcie z żadnymi zysku przybyszami. Sytuacja była jednak dynamiczna- wśród promyszlenników byli prawie sami mężczyźni- jedynymi kandydatkami na żony były więc lokalne kobiety. Integracja obydwu społeczności była tak szybka i silna, że James Cook, który odwiedził Aleuty pod koniec XVIII wieku nie potrafił odróżnić jednych od drugich. Rosjanie nie tylko wżenili się w lokalne społeczności, ale także nauczyli ich języków i przejęli wiele lokalnych zwyczajów a jednocześnie przynieśli lokalsom własne.

    Ojciec Chrestny cieśniny Beringa

    Jednym z rosyjskich wkładów w wymianę kulturową było prawosławie. Wśród osadników i podróżników nie było jeszcze regularnego kleru, ale ludzie sami chrzcili swoje dzieci i krewnych oraz uczyli ich jakichś podstaw swojej religii (na tyle ile ją znali). Dni swobody i wolnej, nomen omen, amerykanki były jednak policzone. Interes w eksploatacji Nowego Świata zwietrzyli zamożni kupcy i w 1784 roku niejaki Szelikow utworzył na wyspie Kodiak pierwszą regularną rosyjską kolonię. Kilka lat później Szelikow udał się do Petersburga chcąc uzyskać państwowy monopol na handel futrem. Caryca Katarzyna odmówiła, ale przedsięwzięciem zainteresował się miejscowy metropolita, Gabriel. Nie interesowały go futra a raczej “duchowe potrzeby” Rosjan i ich rodzin żyjących w Nowym Świecie. Gabriel zebrał kilku duchownych ze słynnego klasztoru Wałaam. Klasztor położony był w Karelii i miał doświadczenie w pracy misjonarskiej z ugrofińską ludnością. Do dzisiaj wielu fińskich i rosyjskich Saami (Lapończyków) określa się mianem prawosławnych.

    Lapońska cerkiew w Nellim

    W 1793 roku 8 duchownych z Wałaam wyruszyło do Nowego Świata pod przewodnictwem archimandryty Jozafa. Po dotarciu na wyspę Kodiak mnisi wzięli się energicznie do pracy. Wbrew zapewnieniom Szelikowa nie istniał jeszcze żaden kościół ani nie było obiecanych zapasów. Rdzenni mieszkańcy byli raczej przychylnie nastawieni do mnichów. Po mniej niż roku spędzonym na wyspie Jozaf napisał do swojego duchowego ojca w Wałaam:

    Ochrzciłem, chwalmy Boga, więcej niż 7000 miejscowych i połączyłem w małżeństwie więcej niż 2000. Zbudowaliśmy już kościół i jeżeli czas pozwoli, zbudujemy następny oraz dwa przenośne. Przydałby się jeszcze i piąty. Żyjemy dobrze, oni kochają nas a my kochamy ich.

    Mnisi szybko dostrzegli jednak, że kupiecka spółka traktuje lokalsów jak niewolników. Pomyszlennicy działali w małych grupach i musieli raczej dogadywać się z rdzennymi mieszkańcami- kupcy mieli zaś do dyspozycji zbrojne oddziały. Mnisi donieśli o tym co się dzieje Szelikowowi, ale ten olał sprawę. Rosyjskie działania zaczęły wywoływać wrogość wśród części lokalsów o czym boleśnie przekonał się mnich Juwenaliusz, zabity w trakcie wizyty na kontynencie. W 1799 roku Jozaf został nawet biskupem Kodiak, ale zginął w wyniku katastrofy morskiej, gdy wracał z nominacji. Na czele misji stanął wówczas Herman, który otwarcie sprzeciwił się polityce Baranowa, nadzorcy spółki. Został za to uwięziony i zabroniono mu kontaktów z tubylcami. W odpowiedzi na sprzeczne sygnały synod cerkwi wysłał do Kodiak mnicha Gideona aby skontrolował sytuację. Konkluzja jego raportu brzmiała następująco:

    razy jakie otrzymali mnisi od pracowników kompanii są efektem dominującego tam poglądu, który mówi, że “Bóg jest w Niebiosach a car daleko więc tylko Baranow jest tym, którego należy się bać”.

    Klasztor w Wałaam w całej okazałości

    Raport Gideona nie odbił się jednak szerokim echem. Konflikt znalazł rozwiązanie dopiero gdy Baranow odszedł ze stanowiska i zastąpił go Szymon Janowski. Nowy nadzorca był pod dużym wrażeniem charyzmatycznego Hermana- wkręcił się tak bardzo, że po śmierci żony sam zdecydował się na zostanie monastykiem. Herman ostatecznie zdecydował się na opuszczenie wyspy Kodiak i osiedlił się na sąsiedniej Wyspie Świerkowej. Swoją pustelnię ochrzcił mianem Nowego Wałaam i była ona nie tylko ośrodkiem religijnym, ale także czymś na kształt centrum lokalnej społeczności. Prowadził tam szkołę, sierociniec oraz hospicjum- jego postawa i poświęcenie rdzennej ludności sprawiły, że już za życia był uważany przez miejscowych za świętego. Na formalną kanonizację trzeba było jednak poczekać aż do 1970 roku.

    Święty Herman

    Polityka kompanii uległa zmianie a nałożyło się to na zmiany w samej rosyjskiej cerkwi, która zrozumiała, że Rosja jest wielonarodowym imperium i zaczęła prowadzić misje wśród innych nacji bez dorzucania rosyjskiej kultury. Na Alasce znalazło to swoje odbicie między innymi w osobie księdza Jana Weniaminowa. Po przybyciu na miejsce szybko nauczył się on lokalnych języków a nawet stworzył dla nich alfabet i słowniki. Z pomocą lokalnych konwertytów przetłumaczył Ewangelię według Świętego Marka i część Boskiej Liturgii oraz stworzył katechizm w lokalnym języku. Weniaminow był wziętym stolarzem i kowalem- tę wiedzę również przekazywał miejscowym. Z ich pomocą zbudował w Unalasce kościół Wniebowstąpienia. Założył także sierociniec i szkołę w których uczył dzieci pisania zarówno w ich natywnym języku jak i po rosyjsku. W wolnych chwilach podróżował po wyspach Aleuckich i nauczał oraz chrzcił miejscowych. Jakby tego było mało to w trakcie swoich podróży spisywał informacje na temat geologii, klimatu, ludności, zwyczajów, roślin i zwierząt. Wydał nawet kilka prac naukowych za co został włączony w poczet Carskiej Akademii Nauk.

    Sobór Wniebowstąpienia- jedna z najstarszych cerkwi w Ameryce

    Na zaproszenie władz kolonialnych osiedlił się następnie w Sitce, stolicy rosyjskiej Ameryki. Rdzenni mieszkańcy tych okolic zwani Tlingit znajdowali się w konflikcie z rosyjskimi osadnikami. Weniaminow przekonał ich jednak do siebie pomagając w trakcie epidemii ospy. Z pomocą konwertytów przetłumaczył liturgię na język Tlingit. Jego parafii podlegała także wspólnota żyjąca w Fort Ross (miejscowość w Kalifornii), najdalej wysunięta na południe posiadłość rosyjska w Ameryce. W trakcie jednej z wizyt spotkał się z hiszpańskimi misjonarzami działającymi w Kalifornii. W 1839 wrócił na chwilę do europejskiej części Rosji gdzie opublikował wyniki swoich badań i próbował wymóc zgodę na utworzenie osobnej diecezji dla Alaski (podlegała ona pod biskupstwo w Irkucku na Syberii). W trakcie pobytu w Europie dowiedział się o śmierci żony i zdecydował się na zostanie mnichem przyjmując imię Innocentego. W 1840 roku cerkiew powierzyła mu biskupstwo Kamczatki, Kuryli i wysp Aleuckich.

    Święty Innocenty z Alaski

    Dzięki ożywionej działalności Innocentego liczba wiernych urosła tak, że konieczne stało się stworzenie seminarium aby móc kształcić własne duchowieństwo. Było to o tyle ważne, że Weniaminow był zdania, iż kler musi wywodzić się także z rdzennej ludności. Doceniając jego zasługi, synod cerkwi mianował go arcybiskupem i oddał jego jurysdykcji część wschodniej Syberii. Innocenty powrócił do Azji gdzie nauczył się jeszcze kilku lokalnych języków i kontynuował działalność misjonarską. Przez częste podróże kajakiem w lodowatej wodzie zaczął mieć problemy z nogami, ale nie przeszkodziło to synodowi rosyjskiemu powołać go na metropolitę Moskwy (najwyższy możliwy urząd w ówczesnym rosyjskim prawosławiu). Jako metropolita nie zapomniał o Dalekim Wschodzie i Ameryce- założył Prawosławne Towarzystwo Misyjne, które wspierało życie religijne wśród nierosyjskiej ludności imperium.

    Święty Jakub Niecwietow

    Dalsza działalność misyjna i formacyjna w Ameryce była dziełem potomków konwertytów albo ludności kreolskiej (dzieci ze związków mieszanych). Doskonałym przykładem jest postać Jakuba Niecwietowa, którego matka była rdzenną Amerykanką. Przez 18 lat prowadził on misje wśród rdzennej ludności doliny rzeki Jukon. Kultywował podejście Weniaminowa i tłumaczył teksty religijne i liturgiczne na lokalne języki oraz starał się adaptować jak najwięcej lokalnych zwyczajów do praktyki prawosławnej. Można śmiało powiedzieć, że był to standard dla działalności misjonarskiej cerkwi na Alasce. W momencie śmierci Niecwietowa w 1865 roku cerkiew mogła się poszczycić około 12 000 wiernych wśród rdzennych Amerykanów, 9 kościołami, 35 kaplicami, 17 szkołami i 4 sierocińcami. Ogólna liczba prawosławnych była większa gdyż wliczali się do niej także etniczni Rosjanie i ludność mieszana, identyfikująca się jednak bardziej z rosyjskimi korzeniami.

    Fort Ross- najbardziej rosyjska część Kalifornii

    W 1867 Rosja sprzedała swoje amerykańskie posiadłości Stanom Zjednoczonym. Cerkiew nie tylko nie oponowała, ale wręcz uważała to za szansę na zwiększenie prawosławnej obecności w Ameryce. Weniaminow chciał na przykład przenieść stolicę biskupstwa z Sitki do San Francisco i pozyskać nauczycieli angielskiego dla swoich wiernych, mając świadomość, że prędzej czy później język ten wyprze rosyjski. O ile umowa sprzedaży gwarantowała prawną ochronę wolności wyznania i majątku cerkiewnego to tego samego nie można powiedzieć o kulturze i dobrach rdzennej ludności. Dla wielu białych Amerykanów “Indianie” byli niższą rasą, którą należy “ucywilizować” i “nawrócić”, przy okazji odbierając im najbardziej atrakcyjne ziemie i niszcząc ich zwyczaje i języki. Amerykański rząd jak i organizacje zaczęły podejmować próby agresywnej “amerykanizacji” rdzennej ludności.

    Czek za który Amerykanie kupili Alaskę

    Udział w tym procederze wzięły niektóre protestanckie kościoły, przede wszystkim prezbiterianie. Zakładane przez nich szkoły i instytucje kulturalne oraz społeczne były “English only”. Jeden z misjonarzy, Hall Young postawił sprawę bardzo jasno pisząc:

    Jedną silna pozycją jaką pierwszy zająłem była decyzja o nie tłumaczeniu niczego na rdzenne dialekty [tak naprawdę języki]. Zrobienie z miejscowych anglojęzycznego ludu jest o wiele prostsze niż schrystianizowanie i ucywilizowanie ich języków. Powinniśmy pozwolić zginąć tym starym językom razem z ich przesądami i grzechami- im szybciej tym lepiej- i zastąpić je chrześcijańską cywilizacją, zachęcając miejscowych do posługiwania się angielskim i tylko angielskim.

    Żywy dowód na przyjaźń alaskańso- rosyjską

    Część z tych osób uważała prawosławie za “zabobon” i “pogaństwo” (pokłosie włączenia przedchrześcijańskich zwyczajów do nowej religii) przedstawiali je jako rosyjską wiarę, którą miejscowi powinni porzucić gdyż są teraz amerykańskimi obywatelami. Prawosławne duchowieństwo i liderzy rdzennych wspólnot protestowali przeciwko agresywnemu prozelityzmowi i zwalczaniu rdzennej kultury. Niczego to jednak nie zmieniało- prawosławnych i liderów “Indian” przedstawiano jako ludzi, którzy chcą powstrzymać pochód “tego protestanckiego kraju i jego znakomitych szkół”. Lider prezbiteriańskiej misji odgrażał się wręcz, że “w ciągu 25 lat nie będzie żadnych prawosławnych na Alasce”. Prognozy te się jednak nie sprawdziły i do dzisiejszego dnia stan ten ma największy udział prawosławnych w populacji (5%) i są to w dużej mierze rdzenni Amerykanie.

    #daszwiare #religia #prawoslawie #chrzescijanstwo #historia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #zaineresowania
    pokaż całość

    +: N..............r, C...e +20 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 47 w którym przymusowo nawracamy na katolicyzm, zwalczamy łaźnie i doprowadzamy do powstania religijnego podziemia.

    Al-Andalus zajmuje ważne miejsce w dziejach Europy. Wielu historyków uważa, że było to miejsce spotkań i wymiany kulturowej, a tłumaczenia dzieł z arabskiego na łacinę przyczyniły się do odświeżenia spuścizny antyku na Zachodzie. Islam pojawił się w Iberii w wyniku podbojów w VIII wieku. Pod kontrolą chrześcijan pozostały jedynie odludne ziemie na północy. Przez wieki muzułmanie w Iberii górowali nad chrześcijańskimi sąsiadami pod każdym względem- kulturowym, ekonomicznym i politycznym. Kolejne fale konwersji, emigracje Mozarabów (andaluzyjskich chrześcijan) oraz imigracje Arabów i Berberów sprawiły, że około X wieku islam zdominował Andaluzję. Z czasem jednak iberyjscy chrześcijanie zaczęli ekspansję na południe. Pod koniec XV wieku padło ostatnie islamskie państwo półwyspu- emirat Granady. Rekonkwista dobiegła końca. Nie był to jednak koniec islamu na półwyspie Iberyjskim.

    Wielu muzułmanów wyemigrowało, ale wielu wolało zostać. Propaganda przedstawiała ich jako najeźdźców, ale w rzeczywistości Iberia była jedyną ojczyzną jaką znali. Przez wieki ludzie mieszali się, zmieniali religię i migrowali- stąd trudno ocenić skład etniczny tej grupy. Jeśli chodzi o liczebność to powszechnie przyjmuje się liczbę ok. 300k (koniec XVI wieku). Liczbę wszystkich ówczesnych mieszkańców Hiszpanii szacuje się zaś na 8 milionów. Muzułmanie byli zatem niewielką mniejszością (ok. 4%). Piszę o “muzułmanach”, ale od początku XVI wieku wystartowały przymusowe konwersje. Nietolerancja zaczęła się od Żydów- zostali oni wygnani z Hiszpanii w 1492 roku. Katoliccy monarchowie domagali się tego samego od portugalskich sąsiadów. Ci do kompletu dorzucili jeszcze muzułmanów. Wszyscy innowiercy stanęli przed wyborem- przyjąć chrzest, udać się na wygnanie albo… zostać niewolnikiem- bardzo miłosierne, w końcu mogli zabić*. Dodatkowo chrześcijańska miłość bliźniego sprawiła, że przepisy te dotyczyły tylko osób dorosłych. Dzieci miały nakaz pozostać w Portugalii i przejść przez katechezę oraz zostać ochrzczone- może traciły rodzinę i dom, ale za to zyskiwały szansę na wieczne zbawienie.

    Herb Nasrydów, ostatnich muzułmańskich władców na półwyspie Iberyjskim

    W Hiszpanii, traktatu pokojowy z 1492 roku gwarantował muzułmanom wolność wyznania. Jedną z przyczyn późniejszej zmiany były zawiedzione nadzieje. Kościół liczył na to, że muzułmanie zaczną nawracać się na chrześcijaństwo- zwłaszcza ci, których przodkowie przyjęli islam niedawno. Zadbano o to aby duchowieństwo wysłane do Granady władało językiem arabskim. Pierwsza dekada po podboju pokazała, że nadzieje te były płonne. Konwersje były bowiem rzadkie. Szczególnie bolesna była kwestia “elche” (ludzi którzy byli chrześcijanami, ale nawrócili się na islam)- większość z nich pozostała przy nowej religii. Do akcji włączył się arcybiskup Toledo, Cisneros, piastujący funkcję Wielkiego Inkwizytora. W wyniku jego konfrontacyjnych działań w Granadzie doszło do niepokojów. Cisneros wykorzystał to i zaczął głosić, że to muzułmanie złamali warunki pokoju i gwarancje przestają obowiązywać. Monarchowie zgodzili się z nim i ludzie Cisnerosa dostali pozwolenie na ostrzejsze traktowanie muzułmanów. W wyniku pierwszych kampanii chrześcijaństwo “przyjęło” około 50k osób. List gratulacyjny do Cisnerosa napisał sam papież Aleksander VI.

    Działania te doprowadziły do buntu. Niepokoje przeniosły się na prowincje. W lutym katoliccy monarchowie wysłali wojsko aby opanować sytuację- doszło do walk i okrutnych masakr (na przykład spalenie żywcem 600 cywilów, którzy schronili się w meczecie). Rewoltę zdławiono do 1501 roku, a warunki jakie zaoferowano pokonanym znacznie różniły się od tych z 1492 roku. Mieli do wyboru: 1. zostać i ochrzcić się 2. zostać, nie ochrzcić się i zostać niewolnikiem 3. nie ochrzcić się i wyjechać z Hiszpanii. Władze wcale nie były zainteresowane masową migracją muzułmanów a wręcz starały się ją utrudnić- opcja 1 i 2 były bowiem korzystniejsze z ich punktu widzenia. Wydarzenia z 1501 roku w zasadzie delegalizowały wyznawanie islamu w Granadzie. Datę tę powszechnie uważa się za narodziny tak zwanych Morysków. Termin ten oznaczał ludność, która pod przymusem przyjęła chrzest a w tajemnicy nadal praktykowała islam i stare zwyczaje.

    Pierwszy wśród misjonarzy i inkwizytorów- Francisco Cinseros

    Moryskowie nie żyli tylko w Granadzie. W Hiszpanii były inne tereny na których istniały liczne wspólnoty muzułmańskie (np. Avila czy Toledo). W 1502 roku delegalizacja islamu została rozszerzona na całość ziem królestwa Kastylii (największe królestwo wchodzące w skład korony hiszpańskiej). Co ciekawe tym, którzy nie chcieli przyjąć chrztu zabroniono emigracji do Mauretanii (tereny współczesnego Maroka, Tunezji i Algierii) oraz Turcji. Jedyną dozwoloną destynacją był Egipt. Wielu ludzi po prostu nie było stać na podróż w tak odległe strony. W przeciwieństwie do Granady nie mamy prawie żadnych świadectw masowych chrztów. Historycy podejrzewają, że jest to efekt tego, że konwertyci po masowych ceremoniach chrzcielnych trzymali się najdalej jak to możliwe od kościoła. W 1515 roku delegalizację rozszerzono na ziemie królestwa Nawarry, a w 1526 roku prawo to wprowadzono również w Aragonie.

    Duchowni dość szybko zorientowali się, że miażdżąca większość ich nowych “braci w wierze” nie ma i nie chce mieć nic wspólnego z chrześcijaństwem. Teksty z epoki pokazują, że konwersje były fikcją. Wbrew katolickim nadziejom ten stan rzeczy dotyczył nie tylko wykształconych i świadomych ludzi, ale także niższych warstw. Moryskowie unikali uczestniczenia w katolickich obrzędach. Szybko wprowadzono kary za brak obecności na niedzielnym nabożeństwie, ale i to na niewiele się zdało. Do spowiedzi przystępowali bardzo rzadko i niedbale recytowali wyuczone formułki. W każdy piątek spotykali się w gronie rodziny i za zamkniętymi drzwiami odmawiali salat. Chrześcijańscy pisarze donoszą ponadto o zwyczaju obmywania przez Morysków dzieci w ciepłej wodzie zaraz po chrzcie (miało to służyć zmyciu wody chrzcielnej i oleju). W przypadku chłopców rodzina dokonywała rytualnego obrzezania. Moryskowie często mieli podwójne imiona- chrześcijańskie którym posługiwali się w kontaktach z sąsiadami oraz muzułmańskie, którego używali w ramach swojej grupy.

    Wyobrażenie chrztu muzułmanów w Granadzie

    Śluby odbywały się wprawdzie w kościele, ale zaraz potem świętowano w domu, “po islamsku”, a panna młoda zrzucała z siebie suknię i przyodziewała się w muzułmański strój. Dzieci były uczone języka arabskiego, kuchni andaluzyjskiej, muzułmańskich modlitw, legend, wierszy a nawet gry na charakterystycznych dla kultury arabskiej instrumentach. Moryskowie zachowali muzułmańską tożsamość i świadomość do tego stopnia, że kronikarze oskarżają ich o wspieranie afrykańskich piratów, którzy ze swoich baz w Algierii atakowali hiszpańskie wybrzeża. Niektóre z tych oskarżeń mogą być przesadzone, ale niezaprzeczalnie istniały kontakty między wspólnotami Morysków a krajami muzułmańskimi. Moryskowie byli rozdarci między dwoma światami, co często znajdowało odbicie w ich życiu- wielu krążyło między Afryką a Iberią trudniąc się piractwem, kupiectwem czy żołnierką. Muzułmanie z innych regionów odnosili się do nich z szacunkiem, widząc w nich uciemiężonych braci w wierze.

    W reakcji na radykalną zmianę warunków życia muzułmanów, liderzy religijni wydali specjalny dekret w 1504 roku. Łagodził on zasady życia codziennego tak aby Moryskowie mogli jakoś funkcjonować i pozostawać muzułmanami. I tak na przykład potępiał kult przedmiotów i przedstawień ludzi, ale zezwalał nań jeśli był konieczny do przetrwania. Napominał wiernego aby w myślach modlił się do Boga. Przypominała o obowiązku modlitwy zezwalając jednak aby nie odbywała się ona o ustalonych porach, publicznie i w kierunku Mekki. To samo dotyczyło rytualnych ablucji (obmywanie się)- jeśli nie dało się ich zrobić zgodnie ze zwyczajem to za legitne uznawano nawet kąpiel w morzu czy zwykłe wytarcie rąk. Zezwalał nawet na picie alkoholu, jedzenie wieprzowiny i deklarowanie, że Jezus jest Synem Bożym jeśli miało to ocalić wiernego przed prześladowaniem. Nakazywał jednak aby kultywować swoje zwyczaje i wierzenia w gronie rodziny i dbać o ich przekazywanie kolejnym pokoleniom.

    Ilustracja przedstawiająca Morysków

    Dzięki tymczasowemu złagodzeniu wymagań, oświatowej działalności muzułmańskich liderów religijnych i silnego sprzeciwu wśród miażdżącej większości morysków- iberyjski islam przetrwał przymusowe konwersje. W kościelnych pismach z pierwszej połowy XVI wieku widać narastającą bezsilność wobec fiaska ewangelizacji “Nowych Chrześcijan” (tak nazywano nawróconych muzułmanów). Luis del Marmol, hiszpański kronikarz żyjący w Granadzie tak podsumował sytuację:

    ”Mówią o sobie, że są chrześcijanami, ale nietrudno dostrzec, że więcej uwagi przywiązują do rytu mahometańskiego niż do katolickiego. Z wielką gorliwością zamykają uszy na nauczanie naszych biskupów, księży i mnichów… Wierząc w swoje puste wymysły które zowią j’ofores, czyli przepowiednie, pokładają w nich całą nadzieję, ufając, że będą mogli jeszcze wrócić do bycia Maurami [muzułmanami].”

    Władze kościelne stosunkowo szybko doszły do wniosku, że skoro nie działa “po dobroci” (o ile wybór niewolnictwo lub chrzest to dobroć) to trzeba “na chama”. Był to tym bardziej palący problem, że niektórzy chrześcijańscy osadnicy zaczynali interesować się odmiennością Morysków i zdarzały się na przykład sytuacje gdy “Stare Chrześcijanki” ubierały się po “mauretańsku”. Zaczęto zwalczać muzułmańskie zwyczaje- na przykład zakazano nosić ciuchy kojarzone z islamem. Walczono także z łaźniami, bo z przyczyn religijnych muzułmańskie mieszczaństwo przywiązywało dużą wagę do higieny, a łaźnie były miejscem spotkań które cementowały społeczność. Nakładano specjalne podatki na “juglares” (minstreli)- w muzułmańskim społeczeństwie wędrowni poeci i bajarze cieszyli się dużym szacunkiem, a w warunkach opresji ich działalność służyła zachowaniu “starej” kultury. Zwalczano znajomość arabskiego wśród Morysków tak aby nie mieli dostępu do prac swoich przodków. W późniejszych czasach posiadając książkę po arabsku narażało się na karę śmierci wszystkich domowników.

    Wygnanie Morysków z Vinaros

    Sytuacja Morysków była nieco paradoksalna- z jednej strony starano się wykorzenić z nich islam i andaluzyjską kulturę, a z drugiej wielu członków społeczeństwa na każdym kroku podkreślało ich odrębność. Było to pokłosie niezwykle popularnego w Hiszpanii i Portugalii przekonania o “czystości krwi” oraz budowaniu wspólnej tożsamości chrześcijańskich mieszkańców półwyspu w opozycji do muzułmańskich “najeźdźców”. Teorie o czystości mówiły o tym, że iberyjski etnos został skażony domieszkami berberyjskiej, arabskiej i żydowskiej krwi. Im krew czystsza tym dany osobnik szlachetniejszy i bardziej wartościowy. Wokół tej idei powstało wiele praw i poglądów mających realny wpływ na hiszpański system polityczny i prawny (także w koloniach). Bardzo wybili się na nim Baskowie, jako ludność pochodząca z terenów, które nigdy na dłuższą metę nie znalazły się pod obcym panowaniem (a więc mająca potencjalnie najczystszą krew). Tworzono całe klasyfikacje “rasowe” ludzi i na ich podstawie próbowano przyznawać prawa i ustalać pozycję danej jednostki.

    To oraz przywiązanie Morysków do swojej religii i korzeni sprawiły, że zachowali swoją odrębność. Był to prawdziwy cierń dla władz hiszpańskich, które wobec groźby muzułmańskiej inwazji (w drugiej połowie XVI wieku piraci z Afryki regularnie najeżdżali wybrzeża, a Turcja wyrastała na pierwszą potęgę basenu Morza Śródziemnego) postrzegały Morysków jako V kolumnę. Chcąc wykorzenić poczucie przynależności do świata muzułmańskiego wokół Morysków zbudowano coś na kształt państwa policyjnego z inkwizycją na czele. Od upadku powstania Morysków w 1570 roku trybunały inkwizycyjne wzięły te społeczności pod lupę. Aż 82% wszystkich spraw inkwizycji w Granadzie dotyczyło Morysków. Śledztwa toczyły się masowo także w Saragossie i Walencji. Rozbijano lokalne społeczności i rodziny, aresztując i torturując podejrzanych o bycie liderami i uczonymi (w nich upatrywano źródła “problemu”). Nawet cień podejrzenia o praktykowanie islamu czy zwyczajów z islamem powiązanych prowadził do dochodzenia inkwizycyjnego. Jeśli podejrzanemu udowodniono “winę” to często kończyło się na karze śmierci.

    Przybycie Morysków do Oranu

    Ostateczne rozwiązanie kwestii Morysków przyszło w 1609 roku. Król Filip III wydał dekret nakazujący ich wygnanie. Setki tysięcy ludzi musiały opuścić swoje domostwa jeśli chciało przeżyć. W razie odmowy dekret królewski zezwalał na zabicie “rebeliantów” bez sądu. Wyrzucanym nie pozwolono na zabranie ze sobą dobytku i większej ilości pieniędzy. Nie wiedząc kto jest zasymilowany a kto trwa przy islamie i kulturze andaluzyjskiej, zdecydowano się na wyrzucenie wszystkich potomków konwertytów (wśród nich zapewne byli faktyczni katolicy). Niektóre regiony (zwłaszcza okolice Walencji i Granady) mocno się wyludniły i podupadły ekonomicznie. Na opornych lub powracających w późniejszych latach napuszczono inkwizycję. W Iberii pozostały naprawdę nieliczne wspólnoty Morysków i według historyków uległy one totalnej asymilacji do końca XVIII wieku. Wielu wygnanych osiedliło się w Afryce i zasiliło szeregi piratów atakujących hiszpańskie wybrzeża. W późniejszych czasach zasymilowali się z ludnością Maroka, Algierii i Tunezji.

    #daszwiare #islam #religia #chrzescijanstwo #katolicyzm #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: nie budiet z toba dyskutował bo jesteś i taj za cienki w uszach, adios

    •  

      @niedoszly_andrzej: Niechęć do konwersji jest bardziej zrozumiała jeśli weźmie się pod uwagę, że rekonkwista ze względu na różnice w poziomie cywilizacyjnym była w zasadzie inwazją barbarzyńców. Andaluzja bodaj pod każdym względem stała wyżej - techniki, organizacji życia miejskiego, kultury, nauki, sztuki, architektury i przepływ idei był w tym okresie jednostronny (z południa na północ).

      Sam upadek Andaluzji miał konsekwencje nieco przypominające upadek Bizancjum - złamane zostało 'zachodnie skrzydło' świata islamu (silny ośrodek konkurujący z 'oficjalnym' Bagdadem), które po tym nigdy w zasadzie nie odzyskało znaczenia politycznego, stając się po paruset latach stagnacji przedmiotem inwazji ze strony północnych sąsiadów zza Morza Śródziemnego.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 46 w którym ruszamy śladem buddyjskich misjonarzy i wspólnot na ziemiach, których dzisiaj z buddyzmem się raczej nie kojarzy.

    Jedną z wielu rzeczy którą wsławili się talibowie (obok pokonania ZSRR, brania amerykańskich pieniędzy i goszczenia bin Ladena) było zniszczenie liczących sobie niemal 1,5k lat posągów Buddy w afgańskim Bamian. Stało się to w 2001 roku czyli wtedy, kiedy autor tego wpisu miał wątpliwą przyjemność uczęszczać do podstawówki. Jako ciekawy świata dzieciak kojarzyłem Afganistan z islamem więc zdziwiłem się bardzo słysząc o wielgachnych posągach Buddy właśnie w tej lokalizacji. Przecież buddyzm to religia rodem z Indii i charakterystyczna raczej dla Dalekiego Wschodu, prawda? Nie znałem wówczas jeszcze angielskiego na poziomie umożliwiającym swobodne czytanie toteż odpowiedź na pytanie: “ale skąd one się tam w ogóle wzięły?” znalazłem dopiero parę ładnych lat później.

    Buddyzm rzeczywiście narodził się w północno- wschodnich Indiach, między VII a V wiekiem p.n.e. Nie ograniczał się jednak do swego matecznika. W przeciwieństwie do większości ówczesnych systemów religijno- filozoficznych nauczanie Siakjamuniego (Buddy) rościło sobie prawa do bycia uniwersalnym. Początkowa działalność misjonarska nie była oszałamiająca, ale zmieniło się to za sprawą cesarza Aśoki. Według podań władca, zżerany przez wyrzuty sumienia z powodu licznych wojen, zapragnął czynić więcej dobra niż zła. Za dobre uznał między innymi idee buddyjskich wspólnot i dlatego zaczął je wspierać. Od czasów Siakjamuniego doszło do podziałów na kilka grup i ruchów, które różniły się zdaniem na temat tego co jest właściwymi praktykami i poglądami. Podziałom próbowano zapobiec zwołując dwa synody (a według legendy, Aśoka zwołał trzeci). To wszystko jednak nie zdało się na wiele- istnienie różnych szkół i tradycji było faktem. Przyczyn tego stanu rzeczy było wiele.

    Aśoka na rzekomym III synodzie buddyjskim

    Uważa się, że jedną z kości niezgody był status arhatów- mnichów, którzy osiągnęli już oświecenie. Część uważała, że należy ich traktować jak nieomal nadprzyrodzone istoty. Inni twierdzili, że nadal posiadają oni ludzkie słabości. Tematem sporu była też kwestia tego co jest niezbędne dla osiągnięcia oświecenia- niektórzy uważali, że tylko wąska grupa ludzi może je osiągnąć. Kontrowersyjną kwestią były również elementy ludowe- powszechny stawał się na przykład kult rzekomych relikwii Buddy i popularnych mnichów. Problemem było także podejście do vinayi- zbioru zasad sanghi (wspólnoty monastycznej). Część uważała, że wiążące są tylko te zasady, które pochodzą od samego Buddy. Inni twierdzili, że należy być posłusznym także późniejszym. Istniało również wiele różnych komentarzy do nauk Buddy oraz ich kompilacji. Każda grupa twierdziła, że jej kanon jest lepszy i pełniejszy od innych. Według tradycji istniało wówczas 18 szkół z których tylko Theravada (“Droga Starszych”) przetrwała do dzisiaj.

    Za propagowaniem buddyzmu stali zarówno mnisi jak i świeccy zwolennicy, zazwyczaj kupcy. Liczne i często bogate oraz wpływowe wspólnoty buddyjskie zaczęły powstawać na terenie współczesnego Pakistanu, Afganistanu i Azji Środkowej. Najpopularniejsze były tam szkoły znane jako Dharmaguptaka, Sarvastivada i Mahasamghika. To właśnie ta ostatnia stała najprawdopodobniej za posągami Buddy w Bamian. Według legendy pierwszymi buddystami na tych terenach byli bracia Tapassu i Bhallika. Pochodzili jakoby z Baktrii (północny Afganistan) i osobiście poznali Buddę i jego przekaz w Indiach, po czym wrócili do domu i nauczali. Bardziej historyczne informacje o misjach buddyjskich na tym terenie pochodzą z czasów wspomnianego już Aśoki. W ciągu kilku wieków Baktria stała się silnym ośrodkiem propagowania buddyzmu. Odwiedzający ją w VII wieku chiński pielgrzym, Xuanzang, wspominał o 100 buddyjskich klasztorach i trzech tysiącach mnichów. Miejscowy buddyzm mieszał się z lokalnymi wierzeniami- indyjskimi, irańskimi, stepowymi i… greckimi (więcej tutaj).

    Buddhaghosa, jeden z ważniejszych uczonych w tradycji Theravady

    Historia oślepienia Kunali, syna Aśoki, jest łudząco podobna do greckiej tragedii o Hipolicie i Fedrze. Indo-grecki król Meneander I był bardzo życzliwie nastawiony do buddyzmu czego świadectwem jest zapis jego rozmów z mnichem Nagaseną, stworzony na podobieństwo platońskich dialogów. Motyw Herkulesa z maczugą stał się inspiracją dla przedstawiania strażnika Buddy, Vajrapani. Motyw Zeusa zamieniający się w orła aby porwać Ganimedesa został wykorzystany do ilustracji opowieści o bodhisattvie, który zakochał się w zamężnej kobiecie i przemienił się w ptaka Garudę aby móc się z nią spotykać. Co ciekawe- motyw ten przeniknął także w głąb Indii, a nawet do Chin. Buddyjska opowieść o oblężonym bodhisattvie, który nie daje się nabrać na wielkiego drewnianego słonia jest oparta na przekazach o koniu trojańskim. Wiele inskrypcji po grecku z tamtych terenów jest albo jawnie buddyjska albo ma buddyjską wymowę. Wysoka forma greki i odwołania do mitologii świadczą o tym, że ich autorzy byli Grekami albo przynajmniej ludnością zhellenizowaną.

    U początku II wieku p.n.e Grecy utracili kontrolę nad Baktrią na rzecz irańskich Saków. Nowi władcy nie ingerowali jednak w życie poddanych. Wiemy ponadto, że i oni mieli coś wspólnego z buddyzmem- wiele inskrypcji wskazuje, że religia ta rozwijała się bez problemów. Po około stu latach Saków zastąpili Kuszanie, indoeuropejscy koczownicy znani ze źródeł chińskich jako Yuezhi. Oprócz Baktrii podbili oni także znaczną część północno- zachodnich Indii. Łatwo ulegli lokalnym wpływom- do tego stopnia, że greka była u nich językiem administracji i polityki. Vima, władca Kuszanów, był żywo zainteresowany indyjskimi wierzeniami i osobiście czcił Sziwę. Jego wnuk, Kaniszka, znany w literaturze buddyjskiej jako “Drugi Aśoka”, miał ogromne zasługi dla rozwoju buddyzmu. Budował klasztory, wspierał je finansowo, dbał o kształcenie mnichów, zapewniał ochronę i popierał działalność intelektualną. Buddyjska tradycja utrzymuje, że to on zwołał synod w Kaszmirze na którym zapadła decyzja o przetłumaczeniu lokalnych buddyjskich dzieł na sanskryt.

    Płaskorzeźba z Gandahary, przedstawiająca Maitreję Siakjamuniego, i Avalokiteśwarę w otoczeniu zwolenników

    Wielu badaczy uważa, że grecko- irańskie wpływy za rządów Kuszanów miały decydujący wpływ na kształt Mahajany, której silnym ośrodkiem (a bardzo możliwe, że nawet matecznikiem) była Gandahara. Uważa się, że Mahajana nie była szkołą buddyjską, a raczej panbuddyjskim ruchem. Cechą charakterystyczną była akceptacja nowych pism, praktyk i zwyczajów. Łączyło się to z przekonaniem o nadludzkim charakterze Buddy oraz szczególnym skupieniem na współczuciu i pomocy wszystkim czującym istotom znajdującym się w gorszym położeniu. Mahajana głosiła także, że każda istota posiada naturę buddy i może dążyć do jej pełnego urzeczywistnienia. Ci, którzy podjęli się tego zadania, zwani byli bodhisattvami. Przysięgali, że będą odradzać się nawet wtedy, kiedy już nie będą musieli aby oświecać innych. Pojawiły się też wierzenia o możliwości przekazania cnoty przez bodhisattvów, którzy mieli jej więcej niż potrzebowali. Zwolennicy tych poglądów patrzyli na inne interpretacje buddyzmu z wyższością, określając je jako “Hinajana” (czyli “Mniejszy Wóz” w przeciwieństwie do Mahajany, czyli “Większego Wozu”).

    Chińskie źródła z III wieku n.e przedstawiają państwo Kuszanów jako silny ośrodek buddyzmu. Podania jak to o mnichu Sutralance z Puskarawati (współcześnie Charsadda), który udał się do Szasz (Taszkient) aby przyozdobić tamtejszą świątynię, pokazują, że kuszańscy buddyści byli zaangażowani w działalność misyjną w Azji Środkowej. Z chińskich źródeł wiemy jednak, że nauki Siakjamuniego nie zdobyły sobie tam silnej pozycji- wspominany już Xuanzang pisał o nielicznych grupach w Samarkandzie, a pewien koreański podróżnik wspominał o zaledwie jednym mnichu żyjącym w klasztorze. Buddyjskie wspólnoty istniały także w Mervie i innych regionach współczesnego Turkmenistanu. Relatywnie mała popularność buddyzmu w regionie jest paradoksem- to właśnie środkowoazjatyccy misjonarze (głównie Sogdyjczycy) zanieśli buddyzm do Chin i dalej na Wschód. Swoistym przystankiem na drodze do Chin była kotlina Kaszgarska.

    Niebieskooki i brodaty mnich z Kaszgaru

    Buddyzm dotarł tutaj najprawdopodobniej w pierwszym wieku n.e, ale według tradycji miało to miejsce już w czasach Aśoki. Miejscowi władcy wspierali rozwój wspólnot buddyjskich. Buddyjskie freski odnajdywane w kotlinie są łudząco podobne do gandaharskich, co zaświadcza o wpływach kuszańskiego buddyzmu. Ciekawostką jest fakt, że większość namalowanych postaci ma jasny odcień skóry, jasne oczy i włosy. Jest to pokłosie tego, że w omawianym okresie region ten był zamieszkany głównie przez indoeuropejskie ludy irańskie i tocharskie. W pobliskim Miranie odnaleziono malunki buddyjskiego artysty znanego jako Tita. Dało to asumpt do teorii o rzymskim buddyście Tytusie odwiedzającym kolejne wspólnoty położone na Jedwabnym Szlaku. Ciekawostką jest również fakt, że o ile większość kaszgarskich buddystów stała się w okolicach V wieku zwolennikami Mahajany, to Kucha jeszcze w VII wieku była zdominowana przez Sarvastivadan.

    Równolegle z rozwojem buddyzmu w Kaszgarze, misjonarze zaczęli docierać do Chin, które w pierwszym wieku n.e znacznie rozszerzyły swoje granice na zachód. Pierwsze źródłowe wzmianki o buddystach na ziemiach chińskich dotyczą gubernatora prowincji Chu, który łączył buddyzm z taoizmem. Księga Późniejszych Hanów podaje:

    Kiedy gubernator wysłał jedwabne dary jako znak poddaństwa do Minga, cesarza Han, ten odpowiedział mu następująco: “Król Chu recytuje subtelne słowa Huang-lao [odłam taoizmu] i z szacunkiem odprawia ofiary przeznaczone Buddzie. Niech zatem dobra będą mu oddane aby wspomóc upasana [świeccy wyznawcy] i śramana [mnichów].

    Fragment ten jest ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze pokazuje cechę charakterystyczną chińskiego buddyzmu u samych jego początków- skłonność do mieszania się i zapożyczania wierzeń i praktyk z lokalnych religii i filozofii. Po drugie wskazuje, że cesarz chiński był dobrze zaznajomiony z buddyzmem- znał nawet indyjskie określenia na wiernych i mnichów. Buddyjskie legendy mówią, że rzeczony cesarz Ming stał za sprowadzeniem misjonarzy do Chin- miał jakoby mieć sen o złotym człowieku i utożsamić go z Buddą.

    Budda z Uzbekistanu

    Pierwszy znany z imienia i wymieniony przez źródła misjonarz to Shigao. Był on Partem, który w 148 roku przybył do chińskiej stolicy, Luoyang. Prawdopodobnie to on stał za przetłumaczeniem pierwszych buddyjskich tekstów. Podejrzewa się, że to on zaczął uczyć Chińczyków metod i praktyk dhjany (medytacji). Jako osoba pochodząca z Iranu znał się dość dobrze na astrologii, co było chyba najbardziej pożądaną przez Chińczyków umiejętnością (przypisywali oni duży wpływ ciał niebieskich na życie ludzkie). Kolejnym znanym ze źródeł misjonarzem był An Xuan, który również pochodził z Partii. Dołączył w 181 roku do Szigao i wsparł go w tłumaczeniach. Był on prawdopodobnie pierwszym zwolennikiem Mahajany w Chinach. Kolejny był Kuszanin, Lokaksema, który wraz ze swoimi uczniami tłumaczył kolejne teksty. Co ciekawe, aż dwóch z trójki jego podopiecznych należało do grup taoistycznych, co zaświadcza o szybkiej akulturacji buddyzmu w Chinach. Jedenaście najstarszych zabytków piśmienniczych Mahajany, które zachowały się do naszych czasów to właśnie chińskie tłumaczenia Lokaksemy i jego studentów.

    Kolejni buddyjscy misjonarze pochodzili głównie z Sogdiany i Kaszgaru. Najsłynniejszym z nich jest Kumarajiva z Kuchy. Choć wywodził się z regionu opanowanego przez Sarvastivadan, był proponentem Mahajany. Przypisuje mu się ponad 300 przetłumaczonych na chiński dzieł. Niektórzy historycy odrzucają wprawdzie teorię o środkowoazjatyckiej drodze transmisji buddyzmu do Chin i twierdzą, że odpowiedzialni za nią byli mnisi z Indii. Mnogość środkowoazjatyckich zabytków buddyjskich i analiza językowa chińskich tłumaczeń tekstów przeczą jednak tym teoriom. Oczywiście nie oznacza to, że nie było bezpośrednich dróg transmisji buddyzmu z Indii do Chin- jak najbardziej mogły one istnieć i odgrywać pewną rolę, ale ciężko zaprzeczyć ogromnemu wkładowi partyjskich, sogdiańskich i kaszgarskich misjonarzy i uczonych. Nawiązanie bezpośrednich kontaktów z indyjskim buddyzmem jest datowane na nieco późniejsze czasy.

    Gdyby nie ten pan, nie byłoby Zen

    Prawdopodobnie z Azji Środkowej pochodził Bodhidharma, jedna z ważniejszych postaci nie tylko chińskiego buddyzmu, ale buddyzmu w ogóle. Istnieją podania wiążące jego osobę z południowymi Indiami, ale jest raczej pewne, że do Chin przybył przez Zachodnie Regiony (czyli Azję Centralną). Opisy przedstawiające go jako niebieskookiego barbarzyńcę zdają się sprzyjać teorii o irańskim pochodzeniu. Działał w V lub VI wieku a jego nowatorstwo (albo, w innej wersji- powrót do korzeni) polegało na tym, że uważał on wszystkie buddyjskie rytuały, ofiary, modlitwy, legendy i podania za w gruncie rzeczy bezwartościowe. To znaczy- nie potępiał ich i nie żądał odcięcia się, ale uważał, że istotą buddyzmu jest praktyka medytacji i rozważania nad paradoksami (zwanymi gong’an). Te rzeczy jako jedyne prowadzą do Oświecenia, co jest inherentnym celem buddyzmu. Szkoła Chan, której dał początek rozprzestrzeniła się w Korei jako Seon i w Japonii jako Zen. Z Bodhidarmą wiąże się bardzo dużo legend- przypisuje mu się na przykład założenie klasztory Szaolin i wpływ na kung fu.

    Wraz z rozwojem buddyzmu w Chinach część jego zwolenników uznała, że proces mieszania się oryginalnych koncepcji z natywnymi zaszedł za daleko. Na przykład termin dharma (w dużym skrócie- nauczanie Buddy), bodhi (oświecenie) i yoga były tłumaczone na chiński jako tao (“droga”, ale w znaczeniu porządku wszechświata, najwyższego wzorca), który to termin był silnie nasiąknięty wierzeniami taoistycznymi. Arhat był tłumaczony jako “zhenren” (Prawdziwy Człowiek) co w religii ludowej oznaczało osobę, która osiągnęła nieśmiertelność. Przykładów uproszczeń i reinterpretacji buddyzmu było bardzo dużo. Dlatego też wiele osób decydowało się na wyprawę do Indii w celu poznania pełniejszej i pierwotniejszej wersji nauk Siakjamuniego. Nie był to jedyny motyw podróży- wielu chciało po prostu zobaczyć na własne oczy miejsca które odwiedził Budda i jego pierwsi uczniowie.

    Rysunek przedstawiajacy buddyjskiego pielgrzyma, uczonego, tłumacza i podróżnika- Xuanzanga

    Kres rozwojowi a nawet istnieniu buddyzmu w Azji Środkowej przyniosły podboje islamskie. Muzułmańscy władcy byli skłonni tolerować innowierców, którzy należeli do grupy tak zwanych “Ludów Księgi”- za takowych uważali chrześcijan, żydów i sabejczyków. Niektórzy dodawali jeszcze zoroastrian. Buddyści jednak nie znajdują się w tej kategorii. Na domiar złego można ich oskarżyć o prawie wszystkie największe “grzechy” z islamskiego punktu widzenia. Przede wszystkim buddyści czcili wielu bogów a przy tym odrzucali koncept osobowego Absolutu. Ich świątynie i miejsca kultu były pełne posągów i innych wyobrażeń ludzi oraz zwierząt- przedmioty te były często obiektami kultu. Dla muzułmanów było to jawne bałwochwalstwo, jeden z najcięższych grzechów. Oprócz tego było jeszcze wiele innych czynników (na przykład rywalizacja kupców na Jedwabnym Szlaku)- ostatecznie islam wyparł buddyzm z Azji Środkowej, Pakistanu i Afganistanu niemal całkowicie. Według danych statystycznych mniej niż 1 procent mieszkańców regionu określa się dzisiaj mianem buddystów.

    #daszwiare #religia #buddyzm #hisotoria #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania
    pokaż całość

    +: Kamil26, C...e +17 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 45 w którym wyprzedzamy swoją epokę, pokazujemy, że Polska nie zawsze była zadupiem Europy oraz potwierdzamy słowa Biblii mówiące o tym, że żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie

    W kwestiach religijnych Polska jest powszechnie kojarzona jako katolicki kraj. Wielu tradycyjnych katolików wzdycha do niej jako ideału- państwa w którym kościół nie jest historyczną ciekawostką, ale instytucją mającą wpływ na rząd i społeczeństwo. Sam kościół bardzo chętnie odwołuje się do odwiecznego jakoby związku z państwem oraz ludem (czasem przesadza, przykładem kompromitujący tekst arcybiskupa Jędraszewskiego). Jednak każdy kto ma choćby cień pojęcia o historii wie, że przez znaczną część dziejów byliśmy krajem wielu religii, wyznań i kultur. Niektórzy do dziś wzdychają za Rzeczpospolitą Obojga Narodów albo wręcz roją o jej odbudowie. Ziemie będące pod panowaniem Jagiellonów zamieszkiwały wówczas różne grupy bałtyjskie, zachodnio i wschodniosłowiańskie, przybysze z Niemiec, Niderlandów, Turcy, Tatarzy, Żydzi, Ormianie a nawet Szkoci. Jeśli zaś chodzi o religię, to na ziemiach RON egzystowały różne wspólnoty muzułmańskie, żydowskie i chrześcijańskie. Obok tradycyjnych wyznań chrześcijańskich (katolicyzm, prawosławie, miafizytyzm) w XVI wieku zaczęły pojawiać się nowe, protestanckie wspólnoty.

    Był to efekt działalności ludzi, którzy uznali, że należy zreformować kościół- ich zdaniem papiestwo odeszło bardzo daleko od nauczania Jezusa i Apostołów. Reformatorzy różnili się od siebie, ale łączyło ich to, że odrzucali dyktat kościoła w kwestii tego w co i jak należy wierzyć. Zgadzali się też, że podstawą religii powinna być Biblia a nie zwyczaje i późniejsze teksty, które postrzegali jako czysto ludzkie. Szybko okazało się jednak, że kościół zreformować się nie da. Zaczęły więc pojawiać się nowe wspólnoty. W Polsce drugiej połowy XVI wieku miała miejsce duża liczba konwersji na kalwinizm i luteranizm wśród szlachty i mieszczaństwa. Sprawiły one, że ruch reformacyjny choć nie był masowy (nie dotknął prawie w ogóle chłopstwa), miał duże wpływy i cieszył się szacunkiem i poparciem ze strony szlacheckich elit politycznych i intelektualnych. Wielu przywódców popularnego wśród szlachty ruchy egzekucyjnego było protestantami.

    Rej była protestantem

    W przeciwieństwie do Europy Zachodniej Polska nie doświadczyła wojen religijnych. Kościół starał się wprawdzie ograniczyć ruchy reformacyjne, ale przez długi czas nie przynosiło to pożądanego skutku. Poza motywami religijnymi chodziło także o przywileje i wpływy. Kościół nie płacił większości podatków, posiadał sporo ziemi oraz prawo do sądzenia tych których uznał za heretyków. Reformatorzy szlacheccy skutecznie podważali ten stan rzeczy. Na przykład na sejmie z 1550 roku odebrano kościołowi prawo do karania “odstępców” (kościół dalej mógł ogłosić kogoś heretykiem, ale nie mógł skazywać). Mimo silnego oporu ze strony biskupów szlachta przegłosowała także postanowienia konfederacji warszawskiej z 1573 roku. Głosiła ona wolność wyznania i zasadę tolerancji religijnej. Co więcej- każdy kandydat na władcę musiał przysięgać, że będzie przestrzegał tych postanowień. Pozwoliło to na rozkwit protestanckiego życia religijnego i intelektualnego. Sprawiło także, że Polska stała się swoistą bezpieczną przystanią dla nawet najbardziej egzotycznych dysydentów religijnych.

    Kimś takim byli właśnie tak zwani arianie. Ich pojawienie się w Polsce jest łączone z działalnością krakowskich teologów, włoskich misjonarzy i idei społecznych propagowanych przez anabaptystów i braci czeskich. Grupa krakusów gościła w 1551 roku Leona Sozzini, którego teologiczne tezy mocno godziły w dogmat Trójcy Świętej. Poglądy te zdobyły sobie pewną popularność i spowodowały powstanie wspólnot odrzucających katolickie rozumienie Trójcy. Za ich twórcę tradycyjnie uznaje się Piotra z Goniądza. Mimo niskiego pochodzenia (był chłopem) ukończył prestiżowe studia w Padwie (na które, o ironio, wysłał go biskup Holszański). W trakcie pobytu za granicą Piotr spotkał się z pismami Michała Serwetusa i rozpoczął romans z antytrinitarną teologią. Po powrocie do Polski w 1555 roku przyłączył się do kalwinów. Zaledwie rok później, na synodzie w Seceminie, odrzucił równość Jezusa i Boga Ojca, za co został ostro skrytykowany. Jego zwolennicy (wśród nich była tak wpływowa figura jak hetman Jan Kiszka) nie zostawili go. Dzięki ich wsparciu, Piotr założył własną wspólnotę kalwińską i antytrynitarną. Wsparcie możnych szybko się jednak skończyło.

    Okładka dzieła Piotra z Goniąndza będącego atakiem na dogmat Trójcy

    Była to konsekwencja nie tyle poglądów religijnych, ale raczej programu społecznego. Grzechem Piotra było przekonanie, że system feudalny jest niesprawiedliwy i sprzeczny z zasadami biblijnymi. Głosił równość wszystkich ludzi, wzywał do zniesienia pańszczyzny i pacyfizmu. Spowodowało to odpływ bardziej zachowawczych kalwinów. Piotr nic sobie z tego nie robił i propagował swoje poglądy. Wtórowali mu zagraniczni kaznodzieje działający w Polsce, tacy jak Giorgio Blandrata, Francesco Stancaro, Gregorius Pauli, Faust Socyn czy Pierre Statorius (autor pierwszej pracy o gramatyce języka polskiego). Próby mediacji między kalwinami podjęto na synodach w Pińczowie (1561), Krakowie (1562) i Piotrkowie (1564), ale zakończyły się one tylko sformalizowaniem rozłamu. Antytrynitarze zostali wyrzuceni poza nawias kalwinizmu i zaczęli działać na własne konto. To właśnie kalwini ochrzcili ich mianem arian, oskarżając ich tym samym o jedną z najmocniej zwalczanych przez wczesny kościół herezji. Sami zainteresowani określali się jednak jako unitarianie, chrześcijanie oraz bracia i wskazywali, że nie są zwolennikami Ariusza.

    Wspólnoty te nie były liczne i szalenie popularne, ale dzięki obecności licznych intelektualistów- wpływowe. Przekładało się to na bogatą działalność pisarską i polemiczną. W tym właśnie celu, w 1574 roku, bracia założyli drukarnię. A mieli kogo drukować- w ich szeregach działały takie sławy jak Andrzej Frycz Modrzewski (uczony i pisarz), Mikołaj Sienicki (inicjator konfederacji warszawskiej), Grzegorz Paweł (teolog i prekursor utopijnego socjalizmu), Marcin Czechowic (autor jednego z pierwszych tłumaczeń Biblii na polski), Jan Niemojewski (apologeta i teolog), Stanisław Lubieniecki (historyk i astronom, jego imię nosi jeden z kraterów księżycowych), Erazm Otwinowski (poeta i teolog), Szymon Budny (tłumacz biblijny i apologeta) czy Andrzej Wiszowaty (autor Religio rationalis, w której podjął próbę pogodzenia sprzeczności między religią a rozumem). Szacuje się, że bracia napisali około 500 politycznych, społecznych, teologicznych i historycznych traktatów. Głównymi ośrodkami były Pińczów i Raków. Obydwie wspólnoty dysponowały własnymi uczelniami, które oferowały nie tylko stricte religijną edukację. Ta druga była tak poważana, że zaczęto ją określać mianem Sarmackich Aten (nawiązanie do idei sarmatyzmu i Akademii Ateńskiej). W okresie największego rozkwitu miała około tysiąca studentów różnych wyznań.

    Ruiny zboru braci polskich

    Liczniejsze grupy działały także w Krakowie, Lublinie, Nowym Sączu, Lubartowie, Lusławicach, Kisielinie, Śmiglu, Węgrowie, Iwie i Łosku. Powstawały wokół bogatych i wpływowych ludzi, którzy mogli zapewnić ochronę. Początkowo grupy antytrynitarne były tylko luźno ze sobą związane, ale zaczęło się to zmieniać wraz z kolejnymi synodami na których ustalano wspólne stanowiska. Jednym z najważniejszych głosów na rzecz uniformizacji był wspomniany już Faust Socyn. Przybył on do Polski w 1580 roku i zyskał sobie liczne grono zwolenników w trakcie synodów z 1584 i 1588 roku. Zaczął opracowywać katechizm mający być wykładnią doktryny. Nie dokończył go jednak i wydano go już po jego śmierci, w 1605 roku. Spotkał się on z dużym zainteresowaniem innych grup protestanckich i kręgów intelektualnych w ogóle- został przetłumaczony na kilka języków. Wiemy, że bracia polscy mieli duży wpływ na kształtowanie się protestantyzmu na Węgrzech i w Rumunii. Ich dzieła czytano także w Niderlandach, Francji, Italii, Niemczech i Szwajcarii. Z powodu sławy Socyna bracia byli znani na Zachodzie jako socynianie.

    Ich doktryna uznawała istnienia bożego objawienia. Jego źródłem była Biblia, jako pismo natchnione przez Boga. Przypisywali wielką rolę rozumowi, ale przyznawali, że nie jest on w stanie sam doprowadzić człowiek do zbawienia. Głosili konieczność studiowania Biblii i takiego jej interpretowania aby nie kłóciło się ono z wiedzą o świecie. Twierdzili, że Jezus był po prostu człowiekiem, który dzięki bożej łasce i męczeństwu został wywyższony- stąd zasadne jest oddawanie mu czci. Sprzeciwiali się jednak uznawaniu Chrystusa za logos, przyczynę i twórcę świata. Odrzucali również interpretację męczeństwa Chrystusa jako ofiarę za grzechy ludzi. Rozumowali, że Bóg jest dobry i miłosierny, więc mógł wymagać męki krzyża dla odkupienia grzechów. Istnienie piekła, również kłóciło się ich zdaniem z miłosiernym Bogiem (ponadto uważali, że Biblia nie wspomina o piekle i jest ono zapożyczeniem z innych religii). Nauczali, że Duch Święty nie jest zaś bytem samym w sobie, ale po prostu łaską, którą Bóg obdarza wiernych. Zdecydowanie odrzucali papiestwo, kult świętych, kult relikwii i “świętych przedmiotów”, zaangażowanie kościoła w politykę państw feudalnych, kościelne gromadzenie bogactw, chrzest niemowląt i przypisywanie nadrzędnego znaczenia rytuałom.

    Andrzej Frycz z ziomkami

    Ze sporów między zwolennikami izolacji i aktywizmu społecznego zwycięsko wyszła ta druga grupa. Bracia wyprzedzili swoją epokę jeśli chodzi o poglądy polityczne i społeczne. Głosili równość ludzi wobec prawa i sprzeciwiali się okrutnemu traktowaniu chłopów. Podkreślali znaczenie edukacji dla postępu społecznego i kierowania się racjonalizmem. Nawoływali do absolutnej tolerancji religijnej i rozdziału państwa od kościoła. Mało tego! Niektórzy autorzy uważali nawet kobiety za zupełnie równie mężczyznom i generalnie cieszyły się one wieloma swobodami o których katoliczki czy inne protestantki mogły zapomnieć. Zdarzało się nawet, że to kobiety nauczały (do dzisiaj szokuje to niektórych katolików, dopiero co w XVI wieku). Byli również pacyfistami. Że co, że brzmi znajomo i nazywa się liberalizm? No tak, w XXI wieku może i brzmi znajomo, ale w XVI i XVII wieku, czasach feudalizmu, społeczeństwa stanowego, myślenia magicznego, dominacji mężczyzn i szalejących wojen religijnych była to prawdziwa rewolucja. Idee socynów wywarły wpływ na ojców liberalizmu i oświecenia. Czytali ich John Stuart Mill, John Locke i Isaac Newton.

    Dzięki zmianom na arenie międzynarodowej oraz wysiłkom dostojników kościelnych sytuacja wyznaniowa zaczęła się w Polsce zmieniać na niekorzystną dla protestantów. Kościół od samego początku poważnie potraktował zagrożenie reformacyjne. Orędownikiem rekatolicyzacji był kardynał Stanisław Hozjusz. Gorąco sprzeciwiał się postanowieniom konfederacji warszawskiej i popierał jezuitów, którzy zaczęli napływać do Polski. Szybko otrzymali szkoły, kościoły, szpitale i pieniądze. Przypisuje się im największą rolę w zwycięstwie kontrreformacji. Dzięki rozlicznym szkołom wywarli duży wpływ na kształcenie elit, które potem decydowały o losach państwach. Nie trzeba chyba mówić, że nie uczono tam poszanowania dla wolności wyznania. Dodatkowo w 1603 roku ukazał się w Polsce pierwszy indeks ksiąg zakazanych. Ostateczny cios nadszedł jednak po potopie szwedzkim. Fakt, że władca szwedzki był protestantem i specjalnymi względami darzył swoich współwyznawców był darem losu dla kontrreformatorów. W ich propagandzie protestancka szlachta stała się teraz podwójnymi zdrajcami- kościoła i Polski.

    Ten pan był nawet podejrzewany o bycie bratem

    Bracia polscy nie dość, że byli protestantami to jeszcze mieli równościowe i antyfeudalne pomysły. Szlacheccy członkowie grupy potrafili uwalniać chłopów i oddawać im część swoich włości. W 1658 roku bracia zostali zdelegalizowani a jej męscy członkowie mogli migrować, przyjąć katolicyzm albo umrzeć. Większość wybrała migrację i udali się do Prus, Niderlandów i Transylwanii. Po krótkim czasie dołączyły do nich także kobiety. Diaspora pozostała wierna tradycjom intelektualnym i w 1668 roku wydała wielką kompilację rozlicznych prac socynian. Została ona szybko wrzucona na indeks ksiąg zakazanych. Katoliccy teologowie uważali ją za jedno z “największych zagrożeń dla chrześcijaństwa”. Wrogość otoczenia i odmienność światopoglądowa sprawiły, że bracia mieli duże problemy z prozelityzmem. Ich liczba zaczęła się szybko kurczyć. Ostatnia kongregacja została zamknięta w 1803 roku.

    #daszwiare #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #biblia #chrzescijanstwo #religia #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 44 w którym szukamy przyczyny istnienia zła i przekonujemy się o żywotności dualizmu.

    Zapewne każdy w miarę myślący człowiek zadawał sobie kiedyś pytanie- dlaczego na świecie dzieje się tyle zła? Pytanie to jest jeszcze bardziej zasadne w kontekście chrześcijaństwa. Religia ta postuluje bowiem istnienie nieskończenie dobrego (a przy tym wszechmocnego) Boga. Skoro Wszechmogący jest Dobrem Wcielonym, a wszystko co istnieje jest jego dziełem, to skąd zło? Po co nieskończenie dobry Bóg miałby stwarzać zło? I jak to w ogóle możliwe, że je stworzył skoro jest dobry? W teologii chrześcijańskiej istnieje cała gałąź próbująca jakoś pogodzić postulat wszechmogącego, dobrego Boga z istnieniem zła i cierpienia (zowie się to to teodycea). Próby rozwiązania puzzla są różne. I tak na przykład niektórzy teolodzy twierdzą, że zło nie jest wcale dziełem Boga. Jest ono konsekwencją odrzucenia bożej łaski przez człowieka. Czyli zło to tak naprawdę nieobecność bożej łaski spowodowana odmową człowieka. Bóg kierowany szacunkiem do człowieka i jego woli honoruje zaś te decyzje i nie narzuca się- nawet jeśli w konsekwencji prowadzi to do czegoś strasznego (tak, ta cringe’owa anegdotka o studencie i profesorze ma swoje korzenie właśnie tutaj).

    Oczywiście prób wyjaśnienia przyczyny istnienia i powszechności zła jest dużo, ale bardzo często odwołują się właśnie do wolnej woli człowieka i postulatu, że Bóg tę wolę poważa. Wiele z tych wytłumaczeń (zwłaszcza starszych datą) dodawało do równania Szatana, zbuntowanego anioła. Szatan miał jakoby zbuntować się przeciwko Bogu z zazdrości o miłość jaką Najwyższy obdarzył człowieka. Kierowany zawiścią stara się ze wszystkich sił odciągnąć ludzi od Boga. Problem w tym, że szatan w tradycyjnej chrześcijańskiej teologii jest trochę jak wróg w autorytaryzmach- jednocześnie słaby i silny. Słaby- bo w porównaniu do Boga jest zwykłym neptkiem, ale silny- bo jednak jakoś zwodzi ludzi na manowce. Zdaniem wielu ludzi ten obraz jest jednak zbyt sprzeczny z wszechobecnością i potęgą zła jaką obserwują. Ludzie ci dochodzili do wniosku, że Szatan (czy szerzej- siły zła) wcale nie jest tak bezradny wobec Boga jak twierdzą ortodoksyjne doktryny. Ba! Niektórzy wręcz twierdzili, że jest równorzędnym graczem. Poglądy takie określa się mianem dualistycznych. Są starsze od chrześcijaństwa i dość silnie manifestowały się w wierzeniach irańskich, skąd przenikały do religii semickich i greckich. Dualizm mocno zinfiltrował także wczesne grupy chrześcijańskie i inne rozwijające się wówczas systemy wierzeń.

    Szatan odmawia oddania pokłonu Adamowi, ilustracja z arabskiego manuskryptu

    Marcjonizm, jedna z najstarszych herezji, jest chyba najlepiej znaną starożytną formą dualizmu chrześcijańskiego. Jej twórca, Marcjon miał zupełnie inną interpretację chrześcijaństwa od tej którą ostatecznie przepchnięto jako ortodoksyjną na soborach ekumenicznych. Uważał on, że bóstwo opisywane w pismach żydowskich jest okrutne, niezrównoważone i zazdrosne. Nie potrafił przekonać się do wierzenia, że pełne miłości do człowieka bóstwo, o którym mówił Chrystus i apostołowie, to ten sam byt co JHWH. Marcjon doszedł zatem do wniosku, że jest dwóch bogów- jeden jest wcielonym złem a drugi wcielonym dobrem. Bóg Chrystusa był wprawdzie Najwyższym Bogiem, ale jego przeciwnik, JHWH, był również boskim bytem. Stąd nie sposób lekceważyć sił i możliwości zła. Marcjon nie był odosobniony w swoich poglądach a powagi dodawał mu fakt, że był jednym z pierwszych którzy próbowali skompilować kanon chrześcijańskich tekstów. Dodatkowo wspólnoty Marcjona całkowicie odrzucały żydowskie obyczaje i prawa (w końcu były one wymysłem psychopaty JHWH) co znacznie ułatwiało ewentualną konwersję poganom, którzy interesowali się osobą i nauczaniem Chrystusa, ale nie pasował im żydowski kontekst kulturowy (w II wieku w wielu wspólnotach funkcjonowały jeszcze zwyczaje żydowskie. Ba! Istniały całe grupy tzw. judeochrześcijan).

    Te czynniki i powszechność dysonansu między żydowską Biblią a nauczaniem Jezusa i Apostołów sprawiły, że poglądy Marcjona były bardzo popularne. I to pomimo potępienia ze strony wielu liderów wspólnot chrześcijańskich i, później, prześladowań. Marcjonici zdołali przetrwać bardzo długo i dotrzeć ze swoim nauczaniem w dalekie regiony starożytnego świata. I to mimo tego, że ich religia była bardzo restrykcyjna i wymagająca w stosunku do wiernych. Marcjon rozumował, że skoro zły JHWH stworzył materialny świat to znaczy, że coś musi być z tym światem nie tak. Stąd daleko posunięty ascetyzm i postulat celibatu nawet między małżonkami (w tym akurat nie był odosobniony, poglądy takie miały nawet niektóre grupy, które później uznano za ortodoksyjne). O sile i zasięgu oddziaływania Marcjona świadczy fakt, że jeszcze w IV wieku Cyryl, biskup Jerozolimy, zabraniał podróżującym wiernym modlić się z grupami chrześcijan których nie znają. Mogli to bowiem być marcjonici, których liczne wspólnoty zamieszkiwały wiele osad w Syropalestynie. Tomasz z Margii opisywał dzieje pewnego biskupa z Dailamu, żyjącego w VIII wieku, który nawracał „Marcjonitów, pogan i Manichejczyków”. Ibn al-Nadim, muzułmański uczony z X wieku, pisał natomiast o wspólnotach marcjonitów z Chorasanu, którzy „odprawiali swoje obrządki całkowicie jawnie, podobnie zresztą jak manichejczycy”.

    Marcjon z Synopy spijajacy kapuczinę ze świętym Janem

    Podobne tendencje przejawiały także niektóre chrześcijańskie grupy tak zwanych gnostyków. Część z nich była wręcz radykalnie dualistyczna i garściami czerpała z motywów irańskich kultów. Do tego stopnia, że niektóre z tych grup twierdziły wprost, że materia jest złem, więzieniem idealnej, niematerialnej duszy i zadaniem człowieka jest nic innego jak wyzwolenie się z okowów materialnego świata i pomaganie innym w tym samym celu. Cała epoka późnej starożytności i wczesnego średniowiecza była naznaczona dualizmem. Obok dualistów odwołujących się do chrześcijaństwa istniały też całe religie oparte na tej idei. Najpopularniejsza z nich, manicheizm, była przez długi czas poważnym rywalem dla chrześcijaństwa a popularność jaką zyskała sobie na ziemiach cesarstwa była tak wielka, że trzeba było naprawdę krwawych prześladowań aby ją “wyplenić”. Na przykład w 382 roku cesarz Teodozjusz wydał edykt w którym z automatu skazywał na śmierć wszystkich, którzy byli manichejskimi mnichami. Kara śmierci groziła za samo posiadanie manichejskich tekstów. O problemie jakim był manicheizm dla kościoła świadczy fakt, że termin ten stał się wręcz synonimem słowa herezja i był na przestrzeni wieków używany na określenie nawet tych grup, które z naukami Maniego nie miały nic wspólnego. O żywotności i możliwościach adaptacji manicheizmu świadczy choćby to, że przetrwał on do mniej więcej XIV wieku w… Chinach (więcej tutaj).

    Mimo tępienia myśli dualistycznej przez partię, która ostatecznie wygrała teologiczne spory i z pomocą władz rzymskich narzuciła “ortodoksyjną” interpretację chrześcijaństwa jako oficjalną, idee nie zniknęły. O dualizm oskarżano na przykład tak zwanych messalian, czyli członków wspólnot syriackich funkcjonujących na pograniczu persko- rzymskim w IV i V wieku. Łatkę dualistów przypięto także paulicjanom, którzy narodzili się jako ruch polityczno- religijny w VII wieku. Były to głownie ormiańskie wspólnoty, które odrzucały autorytet zarówno ortodoksyjnej jak i miafizyckiej organizacji kościelnej. Korzystając z politycznego osłabienia cesarstwa Rzymskiego, stworzyli własne państewko we wschodniej Azji Mniejszej, ale zasięg występowania ich wspólnot wykraczał daleko poza te tereny. Ostatecznie zostali jednak pokonani przez Rzymian i cesarze zaczęli przesiedlać ich jako osadników wojskowych do zachodniej części swojego imperium. Część paulicjan została osiedlona w Tracji gdzie ich poglądy spotkały się z zainteresowaniem sąsiedniej, słowiańskojęzycznej ludności. Idee paulicjan miały dać jakoby impuls do powstania grup znanych jako bogomiłowie. Grupy te również były oskarżane o dualizm. Ci z kolei mieli zanieść swoje wierzenia Serbom, dając początek Babunom. Stamtąd zaś misjonarze mieli udać się do Bośni i Dalmacji. Ta ostatnia była natomiast przyczółkiem do ekspansji na łacińską część chrześcijańskiego świata.

    Fresk przedstawiający synod zwołany przeciwko bogomiłom

    Czemu ciągle piszę o “oskarżeniach”, ‘łatkach” i “przypisywaniu” zamiast otwartym tekstem walnąć, że grupy te były jawnie dualistyczne? W przypadku paulicjan i messalian po prostu brakuje nam źródeł. To znaczy nie mamy praktycznie żadnych zabytków ich piśmiennictwa. Pod paulicjan często podpina się wprawdzie “Klucz do prawdy”, ale tekst ten powstał w ramach grupy znanej jako tondrakici. Część uczonych uważa, że grupa ta była pokrewna paulicjanom, ale nikt tak naprawdę tego nie wie. Nawet jeśli jakieś związki faktycznie występowały, to nadal nie wiadomo w jakim stopniu (i czy w ogóle) grupy te były zgodne ze sobą. Czytając zaś ortodoksyjnych autorów nie sposób nie dojść do wniosku, że bardziej zależy im na oczernieniu niż rzetelnym opisie teologii konkurencji. Taki na przykład Psellos oskarżał messalian o organizowanie kazirodczych i homoseksualnych orgii i dodawał, że poczęte w ten sposób potomstwo było następnie ofiarowane Szatanowi i zjadane w ramach rytualnego kanibalizmu. Tak odjechane oskarżenia stawiają pod znakiem zapytania wiarygodność opisów i są raczej czymś na kształt figury retorycznej, a nie rzeczywistą relacją. Dodatkowo warto pamiętać, że oskarżenia o arianizm, manicheizm (czyli dualizm) były często rytualnymi obelgami i mogły nie mieć nic wspólnego ze stanem faktycznym.

    Ponadto grupy o których tu mowa w większości przypadków nie tworzyły scentralizowanych, zhierarchizowanych i zdoktrynalizowanych instytucji. Były raczej czymś na kształt luźnej federacji zaprzyjaźnionych wspólnot z różnych regionów, które miały pewne podobieństwa w nauczaniu, ale także różnice (i te mogły być bardzo daleko idące). Postrzeganie ich przez pryzmat współczesnego kościoła katolickiego z jego papiestwem, soborami i kongregacjami do spraw nauczania tego i owego jest po prostu błędne. Jeśli już można je do czegoś porównać to raczej do zborów zielonoświątkowych, które nie tworzą scentralizowanych struktur- mają swoich “starszych” czy “pastorów” i utrzymują kontakty z innymi w ramach różnych stowarzyszeń i federacji. Poglądy i interpretacje (zwłaszcza w przypadku szczegółów) mogą się jednak znacznie różnić. Stąd jakaś grupa messalian faktycznie mogła mieć dualistyczne poglądy albo doń zbliżone, a inna już nie. Ponadto poglądy tych grup mogły się zmieniać i ewoluować wraz z upływem czasu, dojrzewaniem idei teologicznych, wymianą pokoleń wśród “starszych”, działalnością charyzmatycznej jednostki czy wpływem innych wspólnot. Żeby było jeszcze weselej- doktryna nie była “wyryta w kamieniu” (bo na przykład uchwalił ją nieomylny sobór i potwierdził książę apostołów) zatem pole do interpretacji i zmian było duże.

    Masakra paulicjan z 834 roku

    Jedyną grupą z wyżej wymienionych co do której mamy raczej pewność w kontekście oskarżeń o dualizm są bogomiłowie. W dużym uproszczeniu (bo były różne warianty) ich kosmologia twierdziła, że Najwyższy Bóg miał dwóch synów- starszego Satanaila i młodszego Michała. Satanail zbuntował się przeciwko Bogu i wbrew ojcu stworzył materialny świat i człowieka, ale nie potrafił go ożywić i obdarzyć osobowością. Zwrócił się wówczas o pomoc do Ojca, a ten, z tylko sobie znanych przyczyn, ożywił Adama, pierwszego człowieka. Satanail zamienił go i jego potomstwo w niewolników i traktował ich okrutnie (niespodzianka!!!). Ojciec wysłał wówczas Michała z misją uwolnienia ludzkości i uświadomienia jej czym jest świat w którym żyją i jakie jest ich prawdziwe pochodzenie i przeznaczenie. Michał wcielił się w niejakiego Jezusa z Nazaretu w czasie chrztu w Jordanie i objawił ludziom, że mają niematerialną duszę, którą mogą uwolnić z materialnej pułapki jeśli odrzucą doczesne przyjemności i zło będące konsekwencją pożądania ich. Michał znacznie osłabił Satanaila, ale ten dzięki intrygom i machinacjom doprowadził do ukrzyżowania brata. Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się prawdy głoszonej przez Jezusa, Satanail założył ortodoksyjny kościół. Jako władca materialnego świata załatwił mu sojusze z królami i sprawił, że z czasem stał się on potężniejszy od kościoła założonego przez Chrystusa.

    W XII wieku mamy pierwsze wzmianki źródłowe o chrześcijańskich wspólnotach dualistycznych w Europie Zachodniej. Do końca nie wiadomo czy grupy te powstały w wyniku misjonarskiej działalności z Bałkanów czy też rozwinęły się samodzielnie. Możliwe zresztą, że było tak i tak- to znaczy niektóre grupy zostały założone przez misjonarzy, a niektóre powstały samoczynnie. Te które powstały samoczynnie mogły potem inspirować się wschodnimi a te wywodzące się z działalności misjonarskiej przejmować idee od tych “autochtonicznych”. Współcześnie uważa się, że słynna wędrówka dualizmu (wraz z legendarną mapką z Wikipedii) od Azji Mniejszej do Langwedocji jest zbyt dużym uproszczeniem zróżnicowanej historii jednej z najbarwniejszych herezji łacińskiej Europy. Ciężko jednak zaprzeczyć, że kontakty miały miejsce. Źródła opisują na przykład wizytę lidera bogomiłów, Nicetasa. Odwiedził on wspólnoty dualistów, których kościół ochrzcił mianem katarów, a którzy sami siebie nazywali po prostu Dobrymi Ludźmi lub Dobrymi Chrześcijanami. Historycy wskazują jednak, że Nicetas i jego ludzie nie byli misjonarzami ani nawet nie tworzyli jednej organizacji kościelnej z Zachodem. Potwierdził to sam Nicetas w trakcie tak zwanego synodu z Saint-Felix, stwierdzając, że dualistyczne wspólnoty nie mogą wchodzić sobie w paradę i być rządzone jedna przez drugą.

    Z lewej: papież ekskomunikuje katarów, z prawej: pobożne rycerstwo masakruje ekskomunikowanych katarów

    Katarzy i im podobne grupy były solą w oku papiestwa i kościoła katolickiego. W momencie największego rozkwitu działały nieomal całkowicie jawnie na terenach północnych Włoch i południowej Francji, nierzadko utrzymując dobre stosunki z miejscowymi feudałami. Dualistyczne grupy działały także na terenie półwyspu Iberyjskiego, Niemiec, Czech i Węgier. Kościół miał prawdziwy problemy żeby wyplenić konkurencje. Udało się to dopiero dzięki skoordynowanym wysiłkom zbrojnych wypraw, akcji misjonarskich i działalności inkwizycji- a i tak zajęło to prawie dwa stulecia i zostało okupione zdewastowaniem i zubożeniem południowej Francji. Katarom i bogomiłom na pewno poświęcimy jeszcze po odcinku, po to zbyt ciekawe sprawy żeby ich nie opisać.

    #daszwiare #religia #historia #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 43 w którym okazuje się, że ilość palców którymi wykonuje się znak krzyża może być kwestią życia i śmierci oraz zaprowadzić nas do Boliwii przez Syberię i Chiny.

    Współcześnie, wśród internetowych “specjalistów”, dominuje pogląd mówiący o tym, że religia była tylko/ przede wszystkim narzędziem kryptoateistycznych elit do kontroli mas. Nie jest to chyba prawda w przypadku Aleksego Romanowa. Car panujący od 1645 roku, wsławił się dwoma rzeczami- odebraniem Polsce wielu ziem ruskich i żarliwą pobożnością. Uważał on, że jest odpowiedzialny za zbawienie swoich poddanych. Na przykład w 1651 roku wymusił delegalizację odprawiania skróconych liturgii*. Car promował ponadto reformy cerkiewne i chciał zwiększyć rygoru moralny wśród kleru i wiernych. Jego sojusznikiem był patriarcha Nikon, który prowadził zakrojone na szeroką skalę reformy mające wzmocnić cerkiew jako instytucję. Posunięcia Krzewicieli Pobożności (tak nazywano cara i jego obóz) wywoływały często opór ze strony zarówno laikatu jak i duchowieństwa. Napięcie rosło, ale otwarty konflikt wybuchł z całą mocą gdy wprowadzono reformy liturgiczne.

    “Jakie znowu metafory?!”

    Krzewiciele uznali, że należy odtworzyć powiązania z innymi cerkwiami. W trakcie spotkań z Grekami Rusini doszli do wniosku, że ich nabożeństwa i praktyki różnią się. Uznali, że skoro przyjęli prawosławie z Bizancjum, to różnice te są pokłosiem lokalnych innowacji i należy się ich pozbyć. Problem polegał na tym, że dla wielu Rusinów to właśnie ich wersja była “pierwotna” a różnice tłumaczyli osmańskimi i katolickimi wpływami u Greków. Fakt, że wielu greckich duchownych kształciło się u katolików (w tym jeden z reformistów, Arseniusz) sprawiał, że reformę postrzegano jako papieski spisek. Przekonanie te wzmacniały dwa fakty. Pierwszym były liczne próby narzucenia unii przez katolików (często siłą). Drugim był fakt, iż greccy biskupi na soborze we Florencji uznali papieskie roszczenia (nie weszły one w życie wobec oporu wiernych).

    Ja wam dam dwa palce!!!

    Zdaniem Rusinów Grecy stracili przez to prawo przewodzenia- to Moskwa była teraz Rzymem, stolicą jedynego prawdziwie chrześcijańskiego imperium. Nikon miał inne zdanie. Rozpoczął wprowadzanie zmian mających upodobnić ruskie zwyczaje i praktyki do “oryginalnych”. Najbardziej kontrowersyjny był zakaz czynienia znaku krzyża za pomocą dwóch palców i obowiązek dodania trzeciego. Synod nakazał rewizję wszystkich ksiąg liturgicznych i zmiany na grecką modłę. Zmieniono ilość prostracji i pokłonów, transkrypcję słowa Jezus (Isus na Iisus), częstotliwość modlitw oraz wprowadzono drobne korekty do translacji credo. Zmiany generalnie dotyczyły najczęściej powtarzanych w nabożeństwach słów, gestów i symboli. Dodatkowo, Nikon wprowadzał swoje reformy “na chama”. W pewnym momencie przestał słuchać się nawet cara i patriarchy ekumenicznego, którzy widząc opór przed zmianami proponowali żeby obok zrewidowanego rytu funkcjonował tradycyjny.

    Rewizja idzie pełną parą

    W 1656 roku Nikon posunął się do ogłoszenia starego symbolu krzyża heretyckim. Niejako oznaczało to, że ludzie sprzed reformy byli heretykami. Niepokornych zsyłano do klasztorów i więzień. Polemiki mówiące o tym że zmian nie wprowadzano na podstawie starożytnych tekstów liturgicznych tylko ich ówczesnych, greckich wersji (potwierdzają to współcześni badacze) tłumiono. Zdaniem krytyków Nikon hellenizował ruskie prawosławie. Został on wprawdzie zdjęty z urzędu przez synod w 1666 roku, ale ten sam synod potępił zwolenników starego rytu jako heretyków. Protestujący kler został ukarany (niektórych pozbawiono języków) przez cara i uwięziony. W 1676 roku padł opierający się reformie klasztor Sołowiecki (bronił się od 1668 roku) a jego załoga zmasakrowana. W 1681 roku spalono na stosie kilku przeciwników reformy. Przekaz był jasny- cerkiew i carat nie cofną się przed niczym żebym zrobić kuku tym, których nazywali raskolnikami (schizmatykami). Bardziej neutralnymi określeniami byli starowiercy i staroobrzędowcy.

    Aresztoanie Feodosiji Morozowej za opór przeciwko reformom. Trzyma ona uniesione dwa palce w geście sprzeciwu

    Myślę, że wielu czytających ma teraz w głowie niezły mętlik na zasadzie “Co?! Zabijać z powodu jednego palca więcej/ mniej?!”. W prawosławnej tradycji, która powstała przecież gdy 90% ludzi była analfabetami, liturgia i rytuały były bardzo ważne. Były to bowiem w zasadzie jedyne transmitery treści teologicznych. Żaden gest, żadna czynność i żadne słowa (oraz ich częstotliwość i kolejność) nie są przypadkowe. Jakiekolwiek zmiany rytu były odbierane jako próba zmiany samej wiary. Chodziło także o sposób reformowania, potępienie starych obyczajów jako heretyckich oraz dążenia Nikona do centralizacji cerkwi i kontroli nad życiem parafialnym. Silny był zwłaszcza opór niższego kleru, który uważał, że zdecentralizowanie i elementy lokalne są cechą prawosławia, a centralizacja i uniformizacja to “papistowskie herezje”. Wielu starowierców było zresztą gotowych do zaakceptowania reformy pod warunkiem możliwości używania także starego rytu i luźniejszej struktury cerkwi.

    Dwa albo śmierć

    O tym nie było jednak mowy. Schizma stała się faktem. Grup starowierczych było dużo i nie tworzyły one homogenicznego ruchu. Często różniły się w wielu sprawach, a wspólne było to, że obstawały przy starym rycie. Szybko zaczęło dochodzić do rozłamów. Jedną z największych kontrowersji była kwestia duchowieństwa. Wobec braku biskupów z ważną sukcesją apostolską (oficjalna cerkiew popadła przecież w herezję, więc jej linia przestała być koszerna) nie było nikogo kto mógłby wyświęcać nowych duchownych. Część starowierców stwierdziła, że “zasady uber alles” i, nie mogąc wyświęcać księży, obchodzili się bez nich. Te grupy nazwano bezpopowcami. Inni, popowcy, zaczęli tworzyć własne hierarchie przyjmując skruszone duchowieństwo nowego rytu lub akceptując święcenia od innych cerkwi. Punktów niezgody było jednak więcej co w połączeniu z rozległością terytorialną i faktem migracji doprowadziło do powstania kilku organizacji religijnych starowierców.

    Współczesna procesja popowców z okolic Moskwy

    Generalnie popowcy byli bardziej umiarkowani. Starali się kontynuować życie cerkiewne sprzed reformy, odprawiali liturgie, uznawali sakramenty i posiadali księży. W wyniku wyodrębnienie się kilku linii hierarchicznych, powstały różne organizacje kościelne popowców. Do naszych czasów przetrwały dwie największe. Pierwsza to hierarchia białokrynicka, ustanowiona przez greckiego biskupa, konwertytę na stary ryt, Ambrożego. Druga to hierarchia nowozybkowska (obecnie Rosyjska Cerkiew Staroprawosławna). Bezpopowców generalnie uważa się za bardziej radykalnych. Wielu uznało reformy Nikona i idące za nimi prześladowania za początek panowania Antychrysta. Głosili konieczność ścisłej ascezy i bezwzględnej obrony wiary przed szatańskimi zakusami. Skoro cerkiew zdradziła, to stała się “babilońską nierządnicą” i próby układania się z nią są zdradą. Bezpopowcy odrzucali nie tylko księży, ale (wiele grup) także liturgię i sakramenty. Z racji radykalizmu i idących za nim ostrzejszych prześladowań, wielu bezpopowców musiało uciekać.

    Biskup Ambroży, twórca linii białokrynickiej

    No właśnie, migracje. Prześladowania “raskolników” zelżały wprawdzie za Piotra Wielkiego, ale później było jeszcze kilka prób siłowego “przekonania schizmatyków do pojednania”. Starowiercy uciekali więc z regionów w których władze były sprawne w bardziej bezludne lub pograniczne obszary. I tak różne grupy osiedliły się nad Bałtykiem, na Uralu, w Rumunii, północy Rosji i na Syberii. Mieli tam generalnie spokój jako, że władze, zajęte kwestiami obronności i handlu, przymykały oko na ich niekoszerność. Starowiercy byli generalnie bardzo przedsiębiorczymi i wspólnotowymi ludźmi, toteż często doceniano ich jako osadników w dzikich i niebezpiecznych regionach. Wiele grup było także bardzo żywa intelektualnie i publikowała polemiczne i misjonarskie teksty, mające na celu wykazać czemu ich sprzeciw wobec polityki caratu i synodu był zasadny. Paradoksalnie- pojawienie się staroobrzędowców przyczyniło się do ożywienia umysłowego życia religijnego w Rosji, bo cerkiew też starała się odpierać krytykę i przekonywać starowierców do powrotu pod jej skrzydła.

    Cerkiew Jednowierców w Guślicy

    Pierwsze grupy starowierców zaczęły wracać do komunii z oficjalną cerkwią pod koniec XVIII wieku. Inicjatorem był arcybiskup Nicefor, który w 1781 roku przyjął wspólnotę popowców z okolic Melitopola do cerkwi. Zezwolił im na samodzielne wybieranie duchownych i używanie starych rytów i ksiąg liturgicznych. Pociągnęli oni za sobą kolejne grupy. Wielu liderów staroobrzędowców, widząc, że takie porozumienia działają i nie kończą się nawracaniem, zaczęło samodzielnie zwracać się do władz z prośbą o legalizację. Na początku synod ani carat nie chciały się wprawdzie zgodzić na powstanie hierarchii starowierczej i akceptowali pojedyncze wspólnoty jako parafie ze specjalnym rytem. Zjawisko to dało początek tak zwanym Edinoverie (Jednowiercy, czyli wierzący w to samo). Car Paweł I nakazał wyświęcanie księży specjalnie dla starego rytu i respektowanie zwyczajów jednowierców. Tak też się stało, choć niektórzy duchowni byli przeciw. Do wybuchu rewolucji komunistycznej istniało około 300 parafii jednowierczych.

    Bolwijska inwazja na XVII wieczne Imperium Rosyjskie (koloryzowane)

    Powstanie ZSRR sprawił, że wielu staroobrzędowców uciekło do Chin. Pozostali tam do lat 50. Wówczas zaczęły się wielkie projekty kolektywizacji rolnictwa, której oczywiście byli przeciwni. Dzięki wstawiennictwu ONZ i Czerwonego Krzyża, chińskie władze zgodziły się na migrację. Starowiercze grupy zostały osiedlone na Alasce i w Ameryce Łacińskiej- głównie Boliwi, Urugwaju i Brazylii. Ich osady wyglądają często jak żywcem przeniesione z XVII czy XVIII wiecznej Rosji i mocno wyróżniają się na tle latynoskiego otoczenia. Starowiercy generalnie starają się nie asymilować, aby nie zatracić “prawdziwej wiary”. Jako, że są to grupy z dużym przyrostem naturalnym i bardzo tradycyjne to wzbudziły one duże zainteresowanie władz rosyjskich. Obecnie ekipa Putina stara się ściągać wygnańców do ojczyzny, oferując im ziemię i pomoc w osiedleniu się. Wiele grup zdecydowało się na powrót, ale wiele nie chce mieć nic wspólnego z “Antychrystem” i żyje sobie w swoich enklawach, kontynuując tradycje ruskiego prawosławia.

    #daszwiare #religia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #chrzescijanstwo #prawoslawie #rosja #gruparatowaniapoziomu #historia #zainteresowania
    pokaż całość

    +: P................k, opinel +27 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 42 w którym bardzo chcemy naśladować Chrystusa i Franciszka, zmienić kościół i zaprowadzić nową epokę w dziejach ludzkiej duchowości. Niestety, kończymy na stosie

    Przemiany społeczne w okresie pełnego średniowiecza (XI - XIII wiek) dotknęły także życia religijnego. Jednym z przejawów był wzrost zainteresowania religią ze strony laikatu. W efekcie wzrosła religijna świadomość i zaangażowanie wiernych, ale z drugiej strony część ludzi, poznając katolickie nauczanie, uświadamiała sobie, że się z nim nie zgadza. Herezje szerzyły się jak pożar w suchym lesie. Ponadto wielu katolików uważało, że istnieje różnica między kościelną teorią a praktyką. Rozczarowani starali się sytuację poprawić na własną rękę. To często kończyło się procesami, przymusową reedukacją a czasem nawet śmiercią. Ówczesny kościół uważał, że zbawienie jest możliwe tylko w jego ramach. Każdy kto wyznawał inne poglądy był z automatu poza kościołem, co miało jakoby uniemożliwiać zbawienie. W tym świetle próby nauczania podjęte przez osoby “niewykwalifikowane” i “nieuprawnione” były ryzykowne i mogło prowadzić nawet do wiecznego potępienia.

    Nieżyczliwi mogą uważać, że kościół obawiał się tak naprawdę utraty wpływów*. Jeszcze mniej życzliwi mogą przy tym dodać, że reformatorzy kładli duży nacisk na skromność i ubóstwo co niekoniecznie podobało się hierarchii (która była w zasadzie feudałami). Prześladowania niewiele jednak dawały i kościół zmienił swoją politykę. Gdy w 1209 roku przed Innocentym III stanął Franciszek z Asyżu, nie popełniono błędów przeszłości. Dzięki swojej autentyczności, wynikającej z rygoryzmu moralnego i oddania sprawie, franciszkanie i klaryski (żeński odpowiednik) zdobyli sobie wielką popularność. Pod wpływem przykładnego życia zakonników (połączonego czasem z debatami teologicznymi) nawet heretycy nawracali się na katolicyzm. W połączeniu z krucjatami i działalnością inkwizycji dawało to świetne efekty w odzyskiwaniu utraconych owiec.

    Wyganie katarów z Carcassonne, krucjaty i działalność inkwizycji zdławiły kataryzm

    Szybko pojawiły się jednak nowe problemy- moralny rygoryzm i idealizm wielu zakonników niekoniecznie szły w parze z hierarchią. Zakon zaczął się instytucjonalizować. Jedni twierdzili, że oddala go to od ideału ubóstwa i służby bliźnim. Inni twierdzili, że zmiany nie tylko nie przeszkadzają, ale wręcz pomagają. Konflikt sięgał już czasów Franciszka. Założona przez niego wspólnota ubogich szybko stała się popularna i zaczął do niej płynąć szeroki strumień datków i nowych adeptów. W 1219 roku bracia z Bolonii otrzymali w prezencie nieruchomość. Gdy Franciszek dowiedział się o tym nakazał jej zwrot. Interweniował kardynał Hugolino. Przekonał Franciszka, że dom należy do niego, a bracia posiadają tylko prawo użytkowania. Ten kruczek pozwoliły uspokoić sytuację. Obawiając się nadużyć i wykoślawienia ideałów ewangelicznego ubóstwa, Franciszek sporządził w 1221 roku nową regułę. Zezwalał w niej braciom na nieposłuszeństwo wobec przełożonych którzy łamali zasady wspólnoty.

    Papież zezwala Franciszkowi na działalność

    Reguła ta nie została zaakceptowana przez papieża. Zatwierdził on wersję z 1223 roku, która kładła mniejszy nacisk na nieposłuszeństwo. Bojąc się kompromisów, Franciszek spisał testament, który nakazywał zachować i czytać razem z regułą. Wzywał w nim do oddania ewangelicznym ideałom ubóstwa, służby i dobroci. Znając umiejętności teologów do odwracania kota ogonem, zabronił reinterpretacji. Na niewiele się to zdało- zasady łamano często i gęsto. Wraz z gwałtownie rosnącymi szeregami, donacjami i wpływami, testament Franciszka zaczął ciążyć wyżej postawionym. Zwrócili się więc oni do kardynała Hugolino, wówczas już Grzegorza IX, z pytaniem czy wola Franciszka jest dla nich wiążąca. W bulli “Quo elongati” z 1230 roku papież zezwolił na reinterpretację zasad. Zastosowano tutaj ten sam mechanizm co przy domu w Bolonii- teoretycznym właścicielem bibliotek, klasztorów, kościołów, magazynów, sadów, pól etc. byli hierarchowie- franciszkanie mogli “tylko” używać tych zasobów.

    Z jednej strony umożliwiło to jeszcze większy rozrost zakonu i jego roli, ale z drugiej wymuszało konformizm w stosunku do hierarchii i zostawiało pole do nadużyć. Zdaniem grupy określanej później jako fraticelli, było to jawne sprzeniewierzenie się ideałom Franciszka. Druga strona, konwentualiści, uważali, że zmiany te są po prostu dostosowaniem się do warunków, konieczne aby móc realizować misję zakonu. Na przykład: aby nieść ewangelię wykształconym, potrzebni są oczytani bracia, edukacja i biblioteki. Działalność dobroczynna wymaga pieniędzy- można więc inwestować datki w działalność gospodarczą i dzielić zysk z biednymi. Dbanie o wiernych wymaga stałej obecność franciszkanów, czyli muszą mieć nieruchomości etc. Widać tu, że konflikt ten niekoniecznie wpisuje się w podział “idealiści” vs “skorumpowani”. Problem polegał jednak na tym, że granica między dostosowaniem zasad do realiów a działaniem dla osobistych korzyści była bardzo cienka.

    Wizerunek papieża Grzegorza IX

    Większe tarcia pojawiły się w latach 40. XIII wieku gdy generałem zakonu był Krescencjusz z Jesi. Część braci oskarżyła go i jego stronników przed papieżem o większe zainteresowanie sprawami materialnymi niż duchowymi. Źródła samego zakonu wspominają, że właśnie w tych czasach pojawiła się:

    grupa braci którzy (...) gardzą instytucjami i uważają się za lepszych od innych, chcą żyć po swojemu i wszystko przypisują duchowi, nosząc płaszcze tak krótkie, że sięgają ich pośladków.

    Problemy piętrzyły się- w trakcie dorocznego spotkania franciszkanów w 1257 roku, generał zakonu Jan narzekał na to, że zakonnicy mają za nic zasady i poddał się do dymisji. Jeden z jego następców, Bonawentura skazał go na więzienie za sianie fermentu. Kryzys jednak nie mijał i sam Bonawentura podjął próby zaostrzenia rygoru. Na niewiele się to zdało. W latach 70. i 80. XIII wieku wybuchł kolejny spór- o “usus pauper”. Konflikt jest ciekawy nie tylko w kontekście franciszkanów, ale katolickiego legalizmu w ogóle. Otóż- franciszkanie składali ślub ubóstwa, którego złamanie było grzechem śmiertelnym (popełnienie go było bardzo ryzykowne w kontekście zbawienia). Mogli jednak korzystać z dóbr niezbędnych do funkcjonowania. Problem polegał na tym, że ciężko jest zdefiniować które użytkowanie jest “niezbędne”, a które “zbędne”. Może się to wydawać pierdołą, ale w katolickim średniowieczu pierdołą nie było. Użytkowanie “zbędne” równało się bowiem złamaniu ślubu ubóstwa- czyli było grzechem śmiertelnym i mogło prowadzić do wiecznego potępienia. Polemiki wokół tematu toczyły się przez wiele dekad.

    Najstarsze zachowane przedstawienie świętego Franciszka

    W tym sporze były dwa główne obozy- konwentualiści i fraticelli. Ci pierwsi byli bardziej umiarkowani a drudzy rygorystyczni. Strony oskarżały się nawzajem o zdradę franciszkowych ideałów i najgorsze zbrodnie. W wyniku eskalacji spór przestał być sprawą zakonu i poprzez ludzi z zewnątrz (także wysokich szarż) wpisał się w inne konflikty epoki. Po pewnym czasie stał się wręcz konfliktem eklezjologicznym. Fraticelli i ich zwolennicy, spychani do narożnika przez konwentualistów, oparli się na szalenie popularnych wizjach Joachima z Fiore(patrz poprzedni odcinek i zidentyfikowali swoje stronnictwo z zakonem, który według przepowiedni miał wprowadzić ludzkość w nową epokę duchowości. Joachimowa epoka Ducha Świętego miała się bowiem charakteryzować końcem zinstytucjonalizowanej religii. Zastąpić ją miały paramonastyczne grupy ‘świętych”, skromnych, prostych i oddanych Bogu i ludziom, prowadzonych bezpośrednio przez Ducha Świętego. Fraticelii i ich sympatycy uznali, że przełom dokonuje się właśnie teraz a konflikt jest tego pokłosiem.

    Najpopularniejszą syntezę tych poglądów stworzył franciszkanin Piotr Olivi, którego prace potwierdzały, że koniec czasów ma miejsce właśnie teraz. Krytykował on hierarchów, którzy jego zdaniem odeszli od pierwotnego modelu propagowanego przez Chrystusa i apostołów. Dla Piotra zapowiedzią odnowy chrześcijaństwa było pojawienie się Franciszka z Asyżu, którego utożsamiał z apokaliptycznym aniołem Szóstej Pieczęci. Olivi rozpropagował wizję w której fraticelli byli motorem napędowym zmian, mającym wprowadzić ludzkość w nową erę. Jego pisma i nauczanie pozyskały wielu zwolenników dla sprawy radykalnych (a może konsekwentnych?) franciszkanów. Konflikt przybierał na sile, ale Olivi zmarł we względnym spokoju w 1298 roku. Dla wielu wiernych był świętym, a jego pracami inspirowali się jeszcze długo nie tylko “heretycy” (fraticelli, begardzi, beginki, bractwa Wolnego Ducha, Bracia Apostolscy etc.) ale także jak najbardziej koszerni katolicy.

    XVI wieczny fresk przedstawiający Joachima z Fiore

    W 1299 roku konwentualiści przeszli do kontrataku- zgromadzenie zakonu potępiło prace Oliviego oraz nakazało ich zniszczenie. Zaczęli również przedstawiać fraticelli jako zagrożenie dla ładu społecznego i jedności kościoła. Doszło do śledztw i polemicznych dyskusji w których obydwie strony miotały na siebie oskarżenia o herezję. Bulla papieża Klemensa V była próbą zakończenia konfliktu- przyznawała, że w zakonie dochodzi do nadużyć i nakazywała większą surowość obyczajów. Problem polegał na tym, że pozostawiała te zmiany w gestii przełożonych (którzy w większości byli konwentualistami) i nakazywał braciom aby byli posłuszni. W efekcie nic się nie zmieniło. Fraticelli, mając w pamięci zalecenia Franciszka co do nieposłuszeństwa, zaczęli otwarcie się buntować. Konwentualiści na niektóre z tych buntów odpowiadali siłą. Klemens ponownie próbował mediować, ale wielu hierarchów miało dość radykałów. Chaos pogłębił się jeszcze w 1314 roku, kiedy to w krótkim odstępie czasu zmarł zarówno generał zakonu jak i papież. Doszło nawet do zbrojnych walk o klasztory pomiędzy zwaśnionymi stronnictwami.

    Nowy papież, Jan XXII, wybrany został w 1316 roku i od samego początku żywo interesował się konfliktem. W 1317 roku 61 fraticelli stanęło przed sądem papieskim w Awinionie za wygnanie przełożonych z klasztorów. Jan XXII zażądał bezwzględnego posłuszeństwa**. Większość, zmiękczona przez inkwizycję uległa, ale czterech odmówiło. Zostali oni spaleni na stosie 7 maja 1318 roku. Szybko zaczęto także prześladować (a czasem nawet zabijać) ich świeckich zwolenników. Papież wydał także bullę, którą najlepiej podsumować cytatem z niej:

    Ubóstwo jest dobre, ale czystość jeszcze lepsza. Najlepsze jest zaś posłuszeństwo jeśli zachowa się je nienaruszone.

    Bulla była triumfem konwentualistów, ale trwał on bardzo krótko. Zachęcony podszeptami dominikanów i zmęczony zamieszaniem wokół kwestii ubóstwa, Jan XXII poszedł jeszcze dalej. Zmusił franciszkanów do przejęcia na własność wszystkich dóbr których używali. Ponadto stwierdził, że nauczanie, że Jezus i apostołowie byli ubodzy i nie posiadali dóbr materialnych jest heretyckie. Fraticelli (wzmocnieni przez wielu rozczarowanych obrotem spraw konwentualistów) stali się teraz zwierzyną łowną dla inkwizytorów. Ci którzy nie chcieli wyrzec się “błędów i herezji” (które to błędy jeszcze niedawno błędami nie były, a wręcz niektóre bulle papieskie nawoływały do ich przestrzegania) trafiali na stos. Polowanie na fraticelli i ich świeckich zwolenników było częścią większej akcji wymierzonej w świeckie i duchowne grupy odwołujące się do ideału ewangelicznego ubóstwa. Kościelny eksperyment z ubóstwem, mistycyzmem i większą rolą laikatu zaczynał wymykać się spod kontroli i hierarchia zaczęła zmieniać kurs.

    XV wieczne przedstawienie beginki

    #daszwiare #religia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #historia #katolicyzm #chrzescijanstwo #zainteresowania
    pokaż całość

    +: biliard, C...e +17 innych
    •  

      *Cytat z pism Waltera Mapa (który był obecny przy rozmowach Waldesa z papiestwem) wyraża tę obawę wprost:

      They have no fixed habitations. They go about two by two, barefoot, clad in woolen garments, owning nothing, holding all things common like the apostles, naked, following a naked Christ. They are making their first moves now in the humblest manner because they cannot launch an attack. If we admit them, we shall be driven out.” The implication is clear: the Church must drive them out first.

      **Symptomatyczny jest dialog jaki wywiązał się między jednym z braci a papieżem:

      When he began to speak, the pope mockingly observed that it was a surprise to see him there, defending the right to observe the Rule strictly, when everyone knew that he himself wore five tunics. The friar responded politely that he was not wearing five tunics. “Are you calling me a liar?” asked the pope. And when the friar responded that no, perhaps the Holy Father was just mistaken, the Pope sent him off to prison as well “to see how many tunics he was wearing.”
      pokaż całość

    •  

      Źródła:

      Jennifer Kolpacoff Deane, “Spiritual Franciscans, the Poverty Controversy, and the Apocalypse” w: “A History of Medieval Heresy and Inquisition”

      Wszystkie cytaty są przetłumaczone/ podane z tejże książki

      +: C...e, robson7 +1 inny
    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 41 w którym dotykamy Boga, rozkminiamy klucz do ludzkiej historii i tworzymy jedne z najbardziej wpływowych średniowiecznych idei.

    Okres między XI i XIII wiekiem był w Europie Zachodniej czasem zmian w wielu dziedzinach życia- także religijnego. Nowym zjawiskiem było większe zainteresowanie religią wśród laikatu. Dotyczyło ono zarówno bardziej teoretycznych rozważań nad doktryną jak i praktycznych doświadczeń religijnych. Jednym z poszukujących był Joachim z Fiore. Południe Italii, gdzie się wychował, było prawdziwym tyglem wiar i etnosów- obok siebie żyli katoliccy Longobardowie i Normanowie, żydzi, prawosławni Grecy, muzułmańscy Arabowie oraz różne grupy heterodoksyjne. Joachim od samego początku był zatem świadom istnienia różnych wierzeń i tradycji. Jako syn możnego łatwo znalazł zajęcie na dworze, gdzie miał także styczność z najświatlejszymi i najlepiej wykształconymi ludźmi w państwie. Wiemy również, że odwiedził jeszcze bardziej multikulturowy Konstantynopol. W trakcie pobytu na Wschodzie przeżył kryzys duchowy i udał się na pielgrzymkę do Palestyny. Wędrował po pustyniach i miejsca kultu aż doświadczył niewytłumaczalnego przeżycia, które uznał za spotkanie z Bogiem i które na zawsze odmieniło jego życie. Pod wpływem zetknięcia ze znanym/nieznanym nawrócił się i po powrocie w rodzinne strony porzucił karierę na dworze, poświęcając się życiu jako pustelnik- asceta.

    XVI- wieczny fresk przedstawiajacy Joachima

    Po kilku latach Joachim dołączył do benedyktynów gdzie, mimo drobnych zawirowań, szybko zrobił karierę (o ile można tak w ogóle powiedzieć w tym kontekście). Już w 1176 roku został przeorem klasztoru. Przez cały ten czas oddawał się nie tylko modlitwie, postom i kontemplacji, ale także studiom biblijnym. Nie interesowało go jednak tylko interpretowanie poszczególnych części świętych tekstów. Szukał powiązań między nimi wierząc, że Biblia zawiera wiele ezoterycznej wiedzy na temat przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Oprócz analizy suchego tekstu, Joachim zdawał się też na swoje wizje i religijne uniesienia. Po jednym z nich stwierdził, że w pełni zrozumiał Apokalipsę i relację między Starym a Nowym Testamentem. Po uzyskaniu zgody od papieża Lucjusza III, przystąpił do spisywania rzekomego objawienia. Zawierało ono nie tylko uwagi na temat powiązań między księgami Biblii i ich interpretacje, ale także cały system dotyczący tego jak należy rozumieć historię świata i zbawienia. Pełno w nich było odniesień do liczby trzy, którą Joachim uważał za szczególną. Dzieła wywarły olbrzymi wpływ na średniowieczną, łacińską Europę i jej religijność. Robert Lernen napisał kiedyś:

    Jakkolwiek niewielu śmiertelnikom jest dane wymyśleć chociaż jedną nową, znaczącą ideę- Joachim z Fiore wymyślił trzy.

    Pierwszą był pomysł aby Stary Testament potraktować jako swego rodzaju kryptogram- to znaczy tekst pełen ukrytych znaczeń i zależności, które można jednak właściwie odszyfrować. Jeśli zrobi się to dobrze to, zdaniem Joachima, zyskujemy w ten sposób klucz do przewidzenia przyszłych zdarzeń z historii świata. Wydarzenia ze Starego Testamentu miały bowiem być zapowiedzią tych z Nowego i dokładnie im odpowiadać (choć być mniej wyraźne jako, że był to czas gdy ludzkość nie znała pełnego objawienia). Joachim stworzył całą mapę aby zobrazować relację między historiami. Przedstawił testamenty jako symetryczne rozgałęzienia (jedno dla Starego i jedno dla Nowego) drzewa, których liście, pnie i gałęzie były opisane powiązanymi ze sobą (zdaniem Joachima) wydarzeniami biblijnymi. Były one skorelowane ze sobą nie tylko na podstawie znaczenia, ale także nakładających się na siebie generacji postaci biblijnych.

    Drzewo dziejów stworzone przez Joachima

    Drugą była interpretacja Apokalipsy, której kompletne znaczenie miał jakoby posiąść dzięki objawieniu. Większości teologów katolickich przed Joachimem traktowała Apokalipsę jako zbiór odrębnych wizji dotyczących wydarzeń w różnych okresach. Joachim uważał ją zaś za jedną, spójną narrację. Rewolucyjne było również przekonanie dotyczące aktualnego stanu historii. Według wcześniejszych interpretacji, okres tysiącletniego królestwa z rozdziału 20, odnosił się do czasów panowania kościoła w Rzymie i średniowiecznej Europie. Joachim temu zaprzeczał- uważał, że to tysiąclecie znajduje się jeszcze przyszłości. Jakkolwiek może to nie brzmieć jak bardzo śmiała teza, to w ówczesnej rzeczywistości jak najbardziej taka była. Można ją było bowiem zrozumieć jako przyznanie, że kościół rzymski z papieżem i biskupami na czele nie jest ostatecznym wcieleniem kościoła Chrystusowego. I tak też się stało, co wobec dużej popularności pism Joachima przysporzyło instytucjonalnemu kościołowi potężny ból głowy.

    Joachimowa interpretacja Trójcy Świętej, potępiona przez kościół jako błędna

    Trzecią i prawdopodobnie najbardziej wpływową ideą Joachima była mapa historii zbawienia. Dzielił on historię na ,jakże by inaczej, trzy okresy i przyporządkował im osoby Trójcy. Na okres Ojca przypadał Stary Testament, w którym wierni należeli do synagogi. Trwał on 42 pokolenia i zakończył się wraz z przyjściem Chrystusa. To z kolei było początkiem okresu Syna. Obowiązuje w nim Ewangelia, a naród wybrany gromadzi się w Kościele. Okres ten zbliża się jednak do końca, a po nim nastąpi okres Ducha. Okres Ojca był bardzo restrykcyjni i był czasem “niewoli” gdyż ludzie kierowali się tylko potrzebami ciała- trzeba było więc trzymać ich bardzo krótko. Okres Syna jest miksem wolności i niewoli, a ludzie rozwinęli się na tyle, że kierują się potrzebami ciała i ducha- można im zatem nieco poluzować. Zapowiedziany okres Ducha miał zaś być czasem pełnej wolności, wyparciem potrzeb ciała przez duchowe i obowiązywania Wiecznej Ewangelii. Kościół instytucjonalny miał zniknąć, wraz z obrzędami, klerem i zakazami oraz nakazami. W nowej epoce sam Duch Święty miał prowadzić wiernych żyjących we wspólnotach monastycznych i miał ich nieustannie uświęcać swoją łaską.

    Siedmiogłowa bestia- ilustracja do jednego z dzieł Joachima

    Z obliczeń Joachima wynikało, że okres Syna miał się skończyć w XIII wieku. Jego prace, pełne uczonych cytatów, obliczeń, odniesień do Biblii i nauk wszelakich oraz śmiałych wizji rozpalały wyobraźnię ludzi epoki, przepełnionych religijnością i oczekiwaniem wielkiej zmiany. Niektóre idee Joachima zostały oficjalnie potępione przez Rzym (np. nauczanie o Trójcy). Generalnie jednak był on uważany za jak najbardziej koszernego zawodnika a to tylko zwiększało jego zasięg i olbrzymią popularność. Szczególnie znany i poważany był wśród franciszkanów. Było to spowodowane tym, że zapowiadał on pojawienie się nowego zakonu u progu okresu Ducha. Zakon ten, kierując się wysokimi standardami moralnymi, miał pełnić rolę swoistego nauczyciela ludzkości i wprowadzić ją w nową epokę duchowości. Żyjący w ubóstwie, ascetyczni, pomagający innym oraz nauczający Ewangelii franciszkanie bardzo chcieli widzieć się w tej roli.

    Proroctwa Joachima miały odegrać bardzo dużą rolę w historii jednego z największych kryzysów w historii zakonu i przyczyniły się do jego konfliktu z hierarchią. Ale o tym kiedy indziej.

    #historia #daszwiare #katolicyzm #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #religia #chrzescijanstwo #zainteresowania #ciekawostki
    pokaż całość

    +: C...e, lwonly +19 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 40 w którym uważamy się za katolików, ale nie bardzo wiemy co to znaczy, a wszyscy dookoła oskarżają nas o herezję i próbują dojechać.

    Jednym z najbardziej tajemniczych zjawisk w europejskiej historii chrześcijaństwa jest tak zwany kościół bośniacki. Jest to efekt tego, że losom średniowiecznej Bośni nikt nie poświęcał wiele uwagi. Nie jest pewne czym był i czego nauczał rzeczony kościół. Autorem współczesnego zamieszania wokół niego był Chorwat Racki. Wziął on za dobrą monetę oskarżenia katolickich pisarzy historycznych i sklasyfikował wyznanie jako lokalną wariację chrześcijańskiego dualizmu (w dużym skrócie- zło jest niemal tak potężne jak dobro a materialny świat to dzieło szatana i więzienie dla niematerialnych dusz z którego muszą się uwolnić) oraz powiązał je z bogomiłami (dualistyczna herezja z Bułgarii). Pogląd ten zdobył duże uznanie wśród historyków- w wielu pracach w których jest wzmiankowany (pod nazwą “patareni”) określa się go mianem manichejskiego lub bogomilskiego. Co ciekawe teorie Rackiego zostały entuzjastycznie przyjęte przez bośniackich muzułmanów, którzy tłumaczyli w ten sposób konwersję Bośni na islam- że niby nigdy byli katolikami ani prawosławnymi, a ich odmienność od sąsiadów jest starsza niż osmańskie podboje.

    Problem w tym, że teorie te nie znalazły potwierdzenia w nowszej krytyce źródłowej i archeologii. Na przykład charakterystyczne dla Bośni stecaki (kamienie nagrobne) utożsamiane z kościołem bośniackim zawierają krzyże, który to symbol wyznania dualistyczne uważały za szatański. Poza tym stecaki zawierają motywy katolickie i prawosławne (a dualiści uważali ich za odstępców). Wszystkie źródła sugerujące dualizm pochodzą zaś od ludzi, którzy nigdy nie byli w Bośni. Ponadto wiemy, że mieli dobre powody by kłamać. Źródła z samej Bośni nie wspominają nic o dualistycznych praktykach czy wierzeniach. Termin “patareni”, jakim określali Bośniaków katolicy, był historyczną nazwą XI wiecznych grup heretyckich z Mediolanu. Jedyną wskazówką rzucającą cień podejrzenia o dualizm są doniesienia o tym, że możnowładcy bośniaccy przyjmowali zbiegów religijnych z Dalmacji. To jednak w żaden sposób nie przesądza o wpływie tych ludzi na wierzenia swoich gospodarzy. Mamy nawet dobre powody żeby uważać, że mieli oni odrębną organizację “kościelną”.

    “Heretyckie stecaki”

    Korzenie kościoła o którym (jako o odrębnej instytucji) pierwsze wzmianki pojawiają się w XIV wieku, sięgają XII wieku. Bośnia był pograniczem między łacińską a bizantyjską Europą. Ciężko tu jednak mówić o “miejscu spotkań”, bo główne szlaki handlowe i komunikacyjne biegły gdzie indziej. Górski teren sprzyjał zachowaniu niezależności i odrębności- zarówno od świata zewnętrznego jak i w ramach podregionów zwanych żupami, którymi rządzili żupanowie. Nad nimi znajdowali się banowie. Najznaczniejszy ban rządził środkową częścią regionu. Ludność była zróżnicowana kulturowo i religijnie- na południu i wschodzie przeważali prawosławni a na północy i zachodzie katolicy. Katolicyzm ten był jednak często odmienny od łacińskiego standardu made by Rzym. Bośniacki kler nie znał łaciny i używał cerkiewnosłowiańskiego. Do tego biskupa Bośni wybierali lokalsi ze swojego grona. Konsekracja odbywała się wprawdzie w Dubrowniku, ale tamtejszy arcybiskup nie miał nic do gadania w kwestii wyboru. Izolacja Bośni sprawiła też, że znacznie dłużej przetrwały tam słowiańskie zwyczaje i wierzenia (w mniej lub bardziej ochrzczonej formie).

    Próbę latynizacji Bośni podjęli Węgrzy, którzy podporządkowywali sobie ziemie chorwackie i zaczęli dominować w regionie. W 1192 roku papież uległ ich namowom i oddał Bośnię arcybiskupstwu w Splicie. Bośniacy olali tę decyzję i swojego biskupa nadal wysyłali na konsekrację do Dubrownika. Była to część konfliktu między biskupami Splitu, Dubrownika i Baru. List Wukana z 1199 roku, władcy Zety, będący pokłosiem tego konfliktu, jest jedną z pierwszych wzmianek o rzekomej herezji w Bośni. Oskarża on bana Kulina o odrzucenie katolicyzmu. Rok później w podobne tony uderzył arcybiskup Splitu. Wzbudziło to zainteresowanie papieża. Dokumenty synodu w Barze, który miał rozwiązać konflikty wśród katolików w regionie są bardzo ciekawe. Nakazują one duchowieństwu np. przestrzegać celibatu, golić brody oraz nie udzielać rozwodów. Świadczy to tym, że słowiańscy duchowni z tych stron trwali przy swoich zwyczajach i normach, którym bliżej było do prawosławia. Synod niewiele dał, bo tarcia między biskupami trwały cały XIII wiek. Nie dotknął też za bardzo sprawy bośniackiej a zarzuty o herezję cały czas docierały do papieża.

    Rękopis zawierający imiona liderów kościoła bośniackiego

    W odpowiedzi Kulin napisał do Rzymu, że rzeczywiście przyjął uchodźców gdyż myślał, że są oni chrześcijanami. Wysłał kilku z nich aby papież mógł sam sprawdzić ortodoksyjność ich nauczania. Niestety odpowiedź Rzymu nie zachowała się. Listy Kulina i synod w Barze pokazują, że historycznie wielu ludzi nie wiedziało do końca czym jest “ich” religia: katolickie duchowieństwo zachodnich Bałkanów było de facto prawosławne; Kulin przyjął heretyckich uchodźców; duchowni bośniaccy nie potrafili sprawdzić koszerności przybyszy, bo katolickie prace teologiczne były pisane po łacinie (której nie znali). Oskarżenia o herezję zaczęły się piętrzyć. Papież wezwał w końcu do krucjaty. Aby temu zapobiec, Kulin zwołał w 1203 roku synod do Bolino Polje. Bośniacy potępili błędy i potwierdzili łączność z Rzymem. Te “błędy” ciężko określić mianem herezji. Dotyczyły bowiem lokalnych praktyk które rozwinęły się pod wpływem tradycji wschodnich. Synod rzuca nieco światła na kościół katolicki w Bośni. Był on prowadzony przez grupy monastyczne związane z możnowładcami. Grupy te nie bardzo praktykowały odprawianie katolickich nabożeństw i nie miały sakramentów.

    To tylko dodaje cegiełkę do obrazu opisanego w powyższym akapicie. Bośniacki kościół nie tylko nie znał teologii katolickiej, ale nawet katolickich praktyk a jego członkowie nie przystępowali regularnie do sakramentów. Tworzące go wspólnoty funkcjonował według własnych zasad opartych, najprawdopodobniej, na standardowej dla Wschodu regule świętego Bazylego. Postanowienia synodu miały to jednak zmienić. Wyparcie się błędów i walki z heretykami na Zachodzie sprawiły, że papież odpuścił. Jednak w 1221 i 1222 roku pojawiły się ponowne oskarżenia o niezdefiniowaną herezję. Prawdopodobnie były one spowodowane ambicjami Węgrów. Papież wezwał do krucjaty, ale podjęto inne aktywności mające na celu uporządkowanie sytuacji. List papieski z 1232 roku opisuje biskupa Bośni jako broniącego heretyków analfabetę, który objął urząd dzięki przekupstwu i nie miał pojęcia o sakramentach i liturgii. Legat usunął go ze stanowiska, a na jego miejsce powołał niemieckiego duchownego. Rok później ban Ninosław wyrzekł się jakiejś nieopisanej herezji.

    Strona z tak zwanego Kodeksu Hvala, jednej z najlepiej zachowanych prac kościoła bośniackiego

    Nic to nie dało, bo w 1234 roku papież wezwał do ataku na Bośnię. Chciał on zapewne realnej katolicyzacji, podczas gdy Węgrzy chcieli zmienić nominalną zwierzchność w prawdziwą. Kampania zajęła kilka lat, ale mimo pewnych sukcesów (choćby zdobycie Sarajewa, gdzie Węgrzy wybudowali katedrę) Ninosław zachował część swoich terytoriów. Wojskom towarzyszyli dominikanie, których celem było “naprawianie błędów”. Nie obyło się bez palenia na stosie, ale nawet źródła dominikańskie nie opisują herezji wśród Bośniaków. Impreza nie trwała jednak długo gdyż w 1241 roku Węgrzy wycofali się z powodu najazdu Mongołów. Pomogło to Bośniakom odzyskać utracone ziemie. Ninosław napisał do papieża list przekonując, że jest katolikiem a kontakty z heretykami wynikały z zagrożenia krucjatami. Papież wstrzymał więc Węgrów, którzy w 1248 roku chcieli znowu najechać Bośnię i wysłał duchownych, którzy mieli zbadać sytuację. Nie wiemy jaki był bezpośredni efekt ekspedycji, ale w wyniku późniejszych nacisków Węgrów papież oddał im zwierzchność nad organizacją kościelną w Bośni.

    Było ono jednak czysto teoretyczne a Bośniacy rządzili sami zarówno swoim terytorium jak i kościołem. Cała rzecz działa się na początku XIV wieku czyli wtedy gdy pojawiają się pierwsze wzmianki o kościele Bośniackim jako odrębnej organizacji. Źródła papieskie i węgierskie określają go mianem manichejskiego przyrównując do bogomiłów i katarów. Starsze prace brały ich słowa za dobrą monetę. Współcześni historycy stawiają jednak tezę, że przyczyną wyodrębnienia się kościoła bośniackiego nie była herezja tylko fakt ścisłej współpracy papiestwa z Węgrami i chęć latynizacji lokalnych praktyk. Agresja, prześladowania i polityczne motywy krucjaty miały sprawić, że wierni i mnisi doszli do wniosku, że nie chcą mieć nic wspólnego z papiestwem. Innymi słowy- bośniacki kościół z XIV wieku był kontynuacją wspólnot monastycznych, których przedstawiciele wzięli udział w synodzie w Bolino Polje i które to wspólnoty dotychczas uważały się za katolickie. Przy czym nie oznacza to, że nie było tam heretyków. Źródła raczej nie kłamią mówiąc o przyjmowaniu “manichejskich” zbiegów z Dalmacji. Nie mamy jednak dowodu na to, że ich nauki zostały przyjęte przez Bośniaków. Są za to poszlaki mówiące, że wspólnoty heretyckie funkcjonowały tam odrębnie od kościoła bośniackiego.

    Strona z mszału Hrvoje

    Wszystkie źródła z samej Bośni i Dubrownika (który miał kontakty z kościołem Bośni) wskazują, że mnisi nie różnili się w swojej wierze od katolicyzmu czy cerkwi. Słynny rękopis zawierający “rytuał katarski”, po wnikliwszej analizie okazał się dziełem prawosławnym, stworzonym w Ochrydzie. “Katarski” zwyczaj łamania i błogosławienia chleba (znany z Francji) był powszechny wśród prawosławnych mnichów. Ponadto Bośniacy używali Księgi Psalmów podczas gdy grupy dualistyczne odrzucały zazwyczaj cały Stary Testament. Różniło ich także to, że sporadycznie odprawiali liturgię i pili wino. Mnisi z możnych rodzin, w przeciwieństwie do katarskich kaznodziejów, nie zrzekali się majątku. Bośniacki dostojnik kościelny, Radin, w ostatniej woli określił swój dobytek jako 5k dukatów, liczne konie i luksusowe przedmioty. Wszystkie teksty religijne kościoła bośniackiego są ortodoksyjne a niektóre mają wręcz oznaczone czytania tak jak w cerkwi. Uznawali także kult świętych, Trójcę i kult wizerunków. Zarzutom o herezję przeczy również fakt tego, że wielu wiernych kościoła było traktowanych z szacunkiem przez katolickich i prawosławnych sąsiadów. Na przykład wspomniany Radin, możny Vukcic (Alfons z Neapolu przyjął go do zakonu rycerskiego Dziewicy) czy możny Hrvoje (ojciec chrzestny córki króla Węgier, Zygmunta).

    Brak dowodów na herezję (albo raczej- dowody na ortodoksyjność) zdaje się potwierdzać tezę, że przyczyny schizmy były polityczne i organizacyjne. Bośniacy chcieli zachować swoje zwyczaje, które były unikalnym rozwinięciem wschodniej tradycji chrześcijańskiej. Możliwe, że chcieli również zachować monastyczną organizację- nigdy nie powołali regularnych instytucji i duchowieństwa. Kościół był więc de facto luźną federacją grup mniszych. Na jego czele stał djed (dziadek). Mnisi żyli w hizach (budynki klasztorne, dosłownie: dom), głównie na prowincji. Oprócz djeda byli także gostowie, strojnicy (gospodarze) i staracy (starcy). Przełożeni wspólnoty to właśnie strojnicy a jej doświadczeni członkowie staracowie. Gost był tytułem honorowym. Wszyscy określali się zaś mianem krstjani (chrześcijanin). Djed administrował w porozumieniu z radą dwunastu gospodarzy (strojnici). Hizy znajdowały się tylko w centralnej Bośni i były używane nie tylko do celów religijnych, ale także jako np. miejsca na nocleg dla podróżujących.

    Fresk przedstawiający synod, który potępił nauczanie bogomiłów

    Teorie mówiące o kościele bośniackim jako o państwowym nie mają żadnego potwierdzenia. Wyłamanie się mnichów spod władzy papieża nie było końcem katolicyzmu w Bośni. Od 1342 roku działała bez przeszkód (i większych sukcesów) misja franciszkańska. Kościoły istniały obok siebie. Do tego Bośniacy nie prowadzili misji. Papież, zatroskany losem odstępców, wzywał co jakiś czas do krucjaty w celu ich nawrócenia lub eksterminacji. XIV wiek to okres ekspansji terytorialnej Bośni pod rządami Kotromaniciów. Nominalnie byli katolikami, ale, z drobnymi wyjątkami, nie mieszali się w życie religijne i z szacunkiem odnosili się do kościoła bośniackiego. Wpływy djedów na politykę są widoczne tylko w pierwszej dekadzie XV wieku- z tego powodu przypuszcza się, że ówczesny władca, Stefan Ostoja, należał do kościoła. Zdarzały się związki między możnymi rodami a mnichami, ale tylko w kilku przypadkach były one znaczące. Mnisi rzadko świadczyli inne usługi niż religijne.

    Wydaje się, że za fenomenem bośniackiego kościoła stał fakt poszatkowania Bośni na odrębne regiony. Żaden z nich nie potrafił zdominować reszty i narzucić im religii. Jest zresztą możliwe, że nawet nie chciał jej narzucać- możni zmieniali bowiem wyznania z łatwością, zależnie od potrzeb. Stąd teoria, że instytucjonalna religia nie odgrywała większej roli w Bośni. Swoje robił także brak wiedzy na temat doktryny. Ze źródeł wiemy, że wielu katolików kultywowało zwyczaje z tradycji Wschodniej (od schizmy- prawosławne). Katolicy i Bośniacy (a nawet żydzi) często pielgrzymowali do prawosławnych klasztorów w Mileszewie gdzie znajdowały się (uznawane za czyniące cuda) relikwie świętego Sawy. Ważnym czynnikiem była także izolacja od sąsiadów, która sprawiała, że regularnego kleru w Bośni było bardzo mało.To wszystko sprawiało też, że Bośnia była tak naprawdę bardzo powierzchownie schrystianizowana, co tłumaczy łatwość z jaką jej mieszkańcy przeszli na islam w czasach Osmanów. Wydaje się, że duża część współczesnych Bośniaków (muzułmanów w Bośni) to właśnie potomkowie nawróconych na islam zwolenników kościoła bośniackiego.

    Fresk z Mileszewa przedstawiający świętego Sawę

    #daszwiare #katolicyzm #prawoslawie #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #historia #religia #ciekawostkihistoryczne #zainteresowania #sredniowiecze
    pokaż całość