Urlop od wypoka do odwołania. Elooo Nienawidzę autokorekty przez którą moja pisanina wygląda jakbym miał dodatkowy chromosom.

  •  

    Wiecie czego najbardziej nie lubię gadając z ludźmi z różnych "sekt" (w ludowym tego słowa znaczeniu)?

    Tego, że oni są jakby zjechali z jednej linii produkcyjnej. Pogadasz z 5 to jakbyś poznał wszystkich. Taka sama gadka, taki sam ton, takie same zwroty a nawet mimika. Co gorsza gadają jakby wykuli na pamięć jakiś skryp i teraz odgrywali rolę (z tego co kojarzę to np. JW rzeczywiście mają takie skrypty i na spotkaniach odgrywają scenki).

    Niektórzy (LDS np.) nie tylko gadają to samo i tak samo, ale jeszcze się tak samo ubierają. Mam wrażenie, że rozmawiam z publikacją wydawnictwa religijnego a nie żywą osobą. Kurna, asystent Googla wydaje mi się wiekszym indywidualistą

    Jak to jest, że pogadasz z ateistą, agnostykiem, katolikiem, buddystą czy muzułmaninem to (niezależnie czy się zgadzasz czy nie) znajdziesz wśród nich całe spektrum postaw, zachowań, poglądów etc. a tam kropka w kropkę to samo?
    #religia #ateizm
    pokaż całość

  •  

    Tak słabej Italii nie widziałem od 476 r. (╯°□°)╯
    #mecz

  •  

    No i finalnie przechodzimy do rzeczy, aczkolwiek tematu na pewno tutaj nie wyczerpiemy. Zaczynamy od osobistości powszechnie kojarzonej jako prekursora monastycyzyzmu chrześcijańskiego - Antoniego, zwanego również Wielkim, dla odróżnienia od innych świętych o tym samym imieniu. Z poprzednich odcinków wiemy już, że Antoni nie był wcale pierwszym mnichem, a monastycyzm nie narodził się w Egipcie. Tytuł “Ojca Wszystkich Mnichów”, jaki często pada w odniesieniu do niego nie jest jednak przesadzony - zwłaszcza, że jego znaczenie nie ogranicza się tylko do wpływu na monastycyzm, o czym zresztą zaraz się przekonamy.

    Na dzień dobry wypadałoby zacząć od tego, skąd czerpiemy wiedzę na temat Antoniego i jego żywota. Głównym źródłem jest, nomen omen, “Żywot Antoniego” autorstwa - Atanazego (o którym więcej w nadchodzącym miniodcinku). Źródło to, jakkolwiek obfitujące w informacje, jest dosyć problematyczne. Nie jest ono biografią w dzisiejszym tego słowa rozumieniu. Jego wydźwięk jest raczej podobny do czegoś, co dziś nazwalibyśmy skrzyżowaniem literatury przygodowej z legendą i opowieściami ludowymi. Element nadprzyrodzony jest tu obecny na każdym kroku, a nieustraszony główny bohater nie przestaje nas zadziwiać.

    Potrafi zjednać sobie każdego - od krokodyli żyjących w Nilu, po uczonych filozofów. Jest w stanie przetrwać przez lata w opuszczonym i nawiedzonym grobowcu pośrodku pustyni. Jego mądrość pozwala mu znać przyszłe wydarzenia i sprawia, że rady szukają u niego wszyscy - od niepiśmiennych chłopów, po samego cesarza. Leczenie ze śmiertelnych chorób, których medycy nie potrafią nawet sklasyfikować, jest załatwiane od ręki. Najpotężniejsze demony są bezradne i nie potrafią w żaden sposób zwieść Antoniego. Że brzmi to jak typowa późnoantyczna/średniowieczna hagiografia? No tak, ale nie dlatego, że dzieło czerpie z tego nurtu - ono ten nurt tworzy. Ustalone przezeń ramy biografii świętych będą obowiązywać przez następnych 1000 lat z okładem.

    Nie jest to jednak, jak zauważa Gregg, jedyny wymiar tego dzieła, które notabene dobrze wpisuje się w ramy tego jak biografie rozumiano w starożytności. Z całej tej plątaniny motywów i nadprzyrodzonych opowieści można wyciągnąć sporo materiału jak najbardziej historycznego. Dzieło zawiera również (co zauważył już Grzegorz z Nazjanzu) “regułę życia mniszego w formie narracji”. Pokrywa się to z tym, co mówił o nim sam autor, twierdząc, że spisał je na prośbę anonimowych mnichów nie będących Egipcjanami, chcących jednak poznać praktykę Antoniego. Głównymi odbiorcami mieli być chrześcijanie zainteresowani monastcyzmem i dlatego tekst roi się od nawiązań do Biblii.

    Atanazy przewidział jednak, że za lekturę mogą zabrać się także innowiercy. Zadbał zatem o motywy apologetyczne i nawiązania do kultur niechrześcijańskich. Opisał na przykład rzekome spotkanie Antoniego z helleńskimi filozofami, którzy nie potrafili zagiąć mnicha w debacie na temat logosu i platonizmu. Uczeni tacy jak Reitzenstein dopatrują się zapożyczeń z dzieł, takich jak “Żywot Apolloniusza z Tiany”, “Żywot Plotyna” czy podań o Pitagorasie. W pewnym momencie Atanazy opisuje Antoniego, który po transformacji opuszcza swoją pustelnię, językiem greckich misteriów: “jakby z jakiego sanktuarium, wtajemniczony w misteria, zapoznany z tajemnicą i wypełniony Bogiem”.

    Przy tej okazji przedstawia również monastycyzm w sposób mogący przyciągnąć bardziej wysublimowanego czytelnika - jako drogę do poznania samego siebie i rzeczywistości: “cnota nie jest poza naszym zasięgiem ani na zewnątrz, klucz do jej urzeczywistnienia mamy w sobie, a jej osiągnięcie nie jest trudne jeśli tylko zechcemy”, bo jak mówi Chrystus: “Królestwo Boże jest w was”. Jest to kluczowa uwaga, jako że wiedza i obeznanie Antoniego, w przeciwieństwie do filozofów, nie biorą się z lektury opasłych tomiszczy - jej źródłem jest poznanie prawdziwej natury stworzenia, możliwe dzięki przeżyciu i doświadczeniu Boga. Praktyka religijna jawi się tutaj, jako ostateczne zwieńczenie poszukiwania prawdy.

    Według “Żywota”, Antoni był prostym chłopem z prowincji. Atanazy mówi o analfabetyźmie, co kłóci się z tym, że przypisuje mu się siedem listów (co ciekawe o listach Antoniego wspomina Atanazy w swoim dziele, jakby zapominając o analfabetyźmie). Historia zaczyna się od osierocenia głównego bohatera i jego siostry. Rodzice zostawiają mu spory, jak na ówczesne standardy, majątek. Osiemnastoletni bohater poruszony chrystusowym “idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim” wysłuchuje rady Jezusa. Udaje się do sąsiedniej wioski, gdzie zostaje uczniem starszego stażem mnicha. Przy okazji odsyła siostrę na wychowania “w dziewictwie” do żeńskiej wspólnoty ascetycznej.

    Mamy tutaj zatem kolejne potwierdzenie, że Antoni nie był pierwszym mnichem, ale jak zauważa autor “nie było wówczas zbyt wielu klasztorów w Egipcie, a żaden mnich nie żył na pustyni”. Ruch monastyczny rozwijał się blisko zamieszkanych ośrodków. Na tym między innymi miała polegać rewolucja Antoniego, ale nie uprzedzajmy faktów. Póki co, został niejako “nowicjuszem” u starego mnicha i zaczął wdrażać się w ascetyczne praktyki. Zapewne (zwłaszcza jeśli czytaliśmy przedostatni odcinek) mamy teraz przed oczyma bicze, głodzenie się na śmierć czy inne tam dzikie zwierzęta.

    Niesłusznie, bo słówko “ascetyczny” użyte jest tutaj w nawiązaniu do swojego pierwotnego, sportowego znaczenia (greckiego askēsis) czyli czegoś w rodzaju reżimu treningowego. Mnich, podobnie jak sportowiec, jeśli chciał dojść do celu, musiał trzymać się wymagającej rutyny, która stopniowo przesuwa granice jego wytrzymałości i poznania. W przypadku sportowca chodziło jednak o zwiększenie masy mięśniowej, względnie kondycji, w przypadku zaś mnicha, o zmaksymalizowanie stanu uważności (w sensie angielskiego “watchfulness”). Z tego powodu Antoni spędzał dzień na modlitwach i pracy manualnej.

    Tu pojawiają się pierwsze schody wynikające z pojęć. Przeciętnemu człowiekowi modlitwa kojarzy się z “klepaniem paciorów” względnie prośbami “Boże spraw żebym zdał egzamin/znalazł dziewczynę/chomik Wacław odzyskał zdrowie”. Co kumatszy katolik zna zapewne metodę rozmyślania o Bogu, raju, świętych itd. na modłę “Ćwiczeń duchowych” Loyoli. Nie o to tu jednak chodzi. To nie są modlitwy charakterystyczne dla wschodniej duchowości. Wschodnich jest bardzo dużo i nawet nie będę próbował tutaj wgłębiać się w temat. Na początkowych etapach generalnie zaleca się w pełni świadome powtarzanie fraz modlitewnych i ich słuchanie. Zasadniczym celem jest dojście do levelu na którym modlitwa “modli się sama” a modlący się nie ma w umyśle żadnych obrazów i jest to raczej stan niżeli czynność. Nie brakuje też poglądów w myśl, których modlitwa powinna być bezsłowna- na przykład Ewagriusz z Pontu.

    Modlitwa powinna być nieprzerwana, zgodnie ze słowami świętego Pawła. Modlący się na modłę wschodnią pozostaje czujny i doświadcza stanów przez jakie przechodzi, dystansuje się od myśli i pasji a jego umysł otwiera się na Boga. Co to dokładnie znaczy to zdaniem mnichów jest poza naszym zasięgiem (chyba, że się tak modlimy). Tutaj znowu jest pewna różnica - umysł, to nie to samo co rozum. Chodzi o grecki “nous”. Termin ten jest bardzo rozległy - przyjmijmy uproszczoną i skróconą definicję: to zmysł/przymiot duszy, który umożliwia poznanie Boga (poznanie w sensie doświadczenie, przeżycie, a nie racjonalne zrozumienie, bo te jest niemożliwe). Niestety - w tekście trzeba będzie kilka razy wtrącać takie dygresje, bo religijność rzymskokatolicka (kształtująca nasze postrzeganie) bywa bardzo różna od innych.

    Pół biedy, kiedy stykamy się z tradycjami, które operują na innych pojęciach. Gorzej, gdy pojęcia są takie same albo podobne, ale mają inne znaczenie. Wyobrażanie sobie nieba, aniołów, scen biblijnych czy Jezusa, tak powszechne u rzymskich katolików czy protestantów, jest bardzo mocno odradzane przez wschodnich świętych w Filokaliach a docelowo modlący się ma być totalnie “poza” nimi. Niby i to i to chrześcijańska modlitwa, a jednak nie do końca. Terminologiczny odpowiednik “false friends” - wyrazów które brzmią/wyglądają podobnie, ale znaczących coś innego (np. włoska “curva” - krzywa, zakręt, łuk versus polska “kurwa”). Protip: jak chcecie wkurzyć prawosławnego, to zacznijcie mu cytować polskie tłumaczenia np. fragmentów z Jana Klimaka.

    Praca, o której wspomniałem zanim ugrzęźliśmy w dygresji, miała dwa cele: zapewnić mnichowi źródło utrzymania oraz utrzymywać go w stanie uważności. Z tego tytułu popularne były zajęcia pokroju plecenia koszy czy innych manualnych robót. Określone pory chodzenia spać i wstawania miały służyć temu samemu celowi. Dieta mnichów była bardzo skromna i oparta głównie na chlebie, wodzie i soli. Żeby nie było za łatwo - posty były bardzo częste. Czemu? Tutaj znowu musimy uciec się do dygresji. Mnisi, a za nimi wschodnie kościoły, radykalnie odrzucają dualizm i wierzą w pełną synergię duszy i ciała. Ciało nie tylko nie jest przeszkodą w zbawieniu, ale zdaniem wielu świętych (np. mnicha i Ojca Pustyni Makariusza Wielkiego) jednym ze środków do niego.

    W skrócie - chcesz mieć czysty umysł? Musisz zadbać o to żeby mieć “czyste” ciało. Jest to zresztą kolejny powód, dla którego mnisi pracowali fizycznie. Wychodzili z założenia, że zaniedbując ten aspekt, nie wykorzystają w pełni praktyki modlitewnej. No dobra, ale po co mnichowi (albo wiernemu) “czysty umysł” i cała ta uważność? I tutaj znowu dygresja i to chyba nawet dalej idąca niż poprzednie, bo musimy cofnąć się aż do początku, czyli stworzenia człowieka. We wschodniej tradycji chrześcijańskiej wierzy się, że pierwotny, naturalny stan człowieka był inny niż ten obecny. W skrócie - człowiek żył w idealnej synergii z Bogiem. Nie doświadczał chorób, śmierci, pasji, przemocy i pożądania, a zatem nie znał cierpienia. Nie musiał też korzystać z wyobraźni ani z rozumu, bo prowadziła go łaska. Ten stan rzeczy trwał aż człowiek odrzucił Boga, co doprowadziło do upadku nie tylko jego pierwotnej natury, ale także całego stworzenia. Efekty są dobrze znane każdemu, kto miał okazję być żywy.

    Co to ma wspólnego z wyżej opisanymi praktykami? Sporo. W zamierzeniu są one kluczem do powrotu do pierwotnego stanu. Umysł musi być czysty, aby otworzyć się na łaskę, która przywraca prawdziwą ludzką naturę. Stąd konieczność kontemplacji, modlitwy i uważności - sprawiają one, że praktykujący wznosi się ponad rozum i pasje (czyli pokusy i przywiązania), które niejako trzymają go w upadłym, nienaturalnym stanie. Powrót do pierwotnej natury zbliża człowieka do Boga na tyle, że zostaje on przebóstwiony, czyli zjednoczony ze swoim Stworzycielem.

    Ufff. Wróćmy do losów Antoniego. W trakcie nowicjatu regularnie stykał się on z pokusami, tęsknił za przyjaciółmi, ucztami, wystawnym jedzeniem i kobietami. Po pewnym czasie Antoni zakończył pobieranie nauk i na własną rękę przeniósł się do nekropolii leżącej w pobliżu wsi. W tej niemal gotyckiej scenerii szatan nadal próbował “zapaskudzić” umysł Antoniego pokusami, myślami i obrazami. Z plastycznych opisów tych nękań wziął się popularny w sztuce motyw świętego otoczonego przez demony. Antoni, według opisów Atanazego, okazał się jednak wyjątkowo odporny. Nawet on jednak był tylko człowiekiem i pewnego razu był bliski “pęknięcia”. Wtedy jednak pojawił się Bóg, cały na biało.

    Kuszenie, pokusy i stojące za nimi demony zniknęły jak ręką odjął. I tak, według Atanazego, Antoni osiągnął stan apathei (czyli stan niepodatności na pasje). Po tej przemianie wywędrował na pustynię, gdzie osiedlił się w opuszczonym starym forcie i został anachoretą (pustelnikiem) na pełen etat. Sam termin anachoreta (od anachōrētḗs) jest tutaj wymowny - “ten, który wycofał/oddalił/ odciął się”- w tym konkretnym wypadku od świata. I znowu musimy wyjaśnić sobie, o jaki świat tutaj chodzi. W kontekście wschodniego chrześcijaństwa, świat nie oznacza tutaj stworzenia jako takiego, ale ogół pasji. Stąd często powtarzany motyw o stawaniu się “martwym dla świata” - to znaczy odcięciu się od pasji.

    Antoni miał spędzić 20 lat na pustyni. To, że żył w odosobnieniu nie oznaczało, że nikt o nim nie wiedział. Jego sława sprawiła, że wielu przychodziło do jego pustelni, on jednak pozostawał za zamkniętymi drzwiami, zza których dobiegały odgłosy wydawane przez demony bezustannie kłębiące się nad świętym. Pewnego dnia jęki, krzyki i uderzenia były tak donośne, że ludzie koczujący pod fortem wyważyli drzwi. Ich oczom ukazał się nietknięty Antoni, który przez cały ten okres czasu nie postarzał się ani o dzień. Co więcej emanował jakimś nadludzkim spokojem i sama jego obecność wystarczyła, aby uzdrowić chorych, pogodzić skłóconych i nawrócić grzeszników.

    Świadkowie wydarzenia zostali pierwszymi uczniami Antoniego. Atanazy portretuje tutaj świętego, jako prekursora pustynnych wspólnot, pisząc: “od tego czasu w górach zaczęły pojawiać się klasztory, a pustynia została zamieniona w miasto przez mnichów, którzy opuszczali swoje wspólnoty i zgłaszali się po obywatelstwo niebios”. Zasiedlenie pustyni było prawdziwą rewolucją (co może umykać ludziom, którzy znają Las Vegas). Następuje długa przemowa, w której Antoni opowiada o demonach, ich sztuczkach, regułach życia mniszego i sposobach na pozostanie wolnym od pasji. Atanazy przedstawia następnie życie Antoniego i jego uczniów, jako “męczeństwo dnia codziennego” wskazując, że do świętości wystarczy codzienna praktyka i praca nad słabościami, nie trzeba zaraz ginąć w prześladowaniach.

    Późniejsze opisy dotyczą podróży świętego na Wschodnią pustynię i założenie klasztoru i ogrodów uprawnych, które znajdują się tam do dzisiaj. W nowym miejscu zyskuje kolejnych uczniów i oni także przechodzą instruktaż. Oprócz tego Antoni podróżuje między swoimi wspólnotami, i zapuszcza się nawet do Aleksandrii. Tam, oczywiście dokonuje cudów, uzdrawia, przepowiada przyszłe wydarzenia, poucza filozofów, sędziów i samego cesarza. Tego ostatniego informuje, że nie może czuć się zbyt pewnie z racji swojej pozycji i podlega tym samym kryteriom co inni. Według “Żywota” Antoni dożył 105 roku życia. Przed śmiercią poucza jeszcze swoich mnichów o konieczności modlitwy, zachowania umysłu czystym i, oczywiście, konieczności sprzeciwiania się heretykom i schizmatykom. Po udzieleniu ostatnich instrukcji umiera.

    To tyle jeśli chodzi o “Żywot Antoniego”. Obszernie, prawda? Te wstawki o modlitwie, umyśle, ciele, świecie i uważności - po co? Przecież ta seria ma dotyczyć historii, a nie rozkminiać przesłanie, nauczanie czy metafizykę? Śpieszę z wyjaśnieniami - wszystko to jest ważne także z historycznego i literackiego punktu widzenia. Praca Atanazego i idee, które się tam przewijają stanowią podstawy tego, jak chrześcijaństwo rozumieją kościoły orientalne i prawosławne. Stały się one jednym z ważniejszych źródeł doktryny i życia religijnego tych wspólnot, a słynne “Bóg stał się człowiekiem aby człowiek stał się bogiem” odbija się głośnym echem w całej wschodniej teologii (wspomniane przebóstwienie).

    Dzieło to, nie tylko przysłużyło się rozpropagowaniu idei monastycznej na cały chrześcijański świat (zwłaszcza na Wschodzie), dało początek gatunkowi “złotych legend”, ale także głęboko wpłynęło na sposób myślenia i postrzegania religii i życia religijnego oraz masowej wyobraźni. Widać w nim fundamenty, na których bazować będzie cały ruch stworzony wokół Ojców Pustyni, reprezentowany przez takie znamienitości, jak Grzegorz z Nazjanzu, Symeon Nowy Teolog, Grzegorz Palamas, Pseudo-Dionizy, Jan Klimak, Izaak Syryjczyk czy Jan Chryzostom. Dzieło to i zawarta w nim krytyka arianizmu miały także duży wpływ na to, jak ukształtował się nurt chrześcijaństwa, który od przełomu IV i V wieku zyskał miano ortodoksyjnego i jest protoplastą wszystkich większych, współcześnie istniejących denominacji.

    Ok, poznaliśmy znaczenie “Żywota” w dziejach chrześcijaństwa, ale co z Antonim? Musimy odwołać się do innych źródeł. Zacznijmy może od wspomnianych już listów, których autorstwo się mu przypisuje. Antoni z listów ma niewiele wspólnego z obrazem prostaczka-analfabety. Przebija z nich obraz nauczyciela, pokazującego, że religia, to droga do poznania samego siebie: “Wiem, że ten, kto zna siebie zna także Boga”. Gnosis gra tutaj bardzo dużą rolę. Nie chodzi o tę gnostycką, bo u Antoniego i jego spadkobierców nie jest to jakaś sekretna wiedza dla elity, ale coś, czego każdy może doświadczyć. Taka gnosis, to prawdziwa teologia - nie próby wyrażenia i usystematyzowania czegoś, czego nie da się ogarnąć, ale wiedza o Bogu wynikająca z życia z nim .

    Antoni z listów to nie tylko nauczyciel, ale także intelektualista, znający dorobek poprzedników. Był zaznajomiony z poglądami Orygenesa i wyrażał się dość podobnie, pisząc o pierwotnym stanie umysłu i upadku, co wiązał z prawdziwą naturą człowieka: “każdy grzech i każde oskarżenie jest obce naturze naszej duchowej esencji”. Sposób w jaki opisuje Chrystusa jest również podobny do Orygenesa - Chrystus jest lekarzem, który podnosi ludzkość ze stanu upadku i pokazuje jej prawdę o niej samej. Praktyka modlitewna i wyrzeczenia nie są sztuką dla sztuki, tylko interakcją z Bogiem, który obdarza łaską tych, którzy go szukają i umożliwia im zbliżanie się do siebie.

    Kolejną dużą różnicą jest sposób opisu demonów. Te z listów, to nie powykręcane poczwary rzucające się na mnichów czy piękni ludzie kuszący wdziękami, tylko niematerialne siły, karmiące po cichu ludzki umysł pasjami, odciągając go od Boga. Autor uważa, że potrzeba uważności i praktyki aby dostrzec źródło pasji i nauczyć się nieulegania im. Co ciekawe listy zawierają także potępienie arianizmu. W tym świetle potępienie z “Żywotów” nie byłoby zatem tylko zabiegiem propagandowym Atanazego. Kwestia autorstwa listów jest jednak debatowana, a niektórzy ją podważają. Pewnym argumentem za, są listy przypisywane Amonowi, uczniowi Antoniego, gdyż generalnie powtarzają one te same wątki i opinie.

    Jeszcze nieco inny obraz Antoniego znajdujemy w “Apoftegmatach Ojców Pustyni”. Jest on bardzo podobny do sposobu w jaki prezentowani są inni bohaterowie - ukazany jest przede wszystkim jako Ojciec, opiekun i nauczyciel młodych mnichów. Jawi się tutaj jako zwolennik nie przejmowania się sprawami doczesnymi i prowadzenia prostego życia. Nie jest radykałem i krytykuje mnichów, którzy przesadzają - np. w anegdocie o łowczym, który oburzył się widząc wesoło gaworzących mnichów. Antoni poprosił go, aby z dużą szybkością strzelał z łuku, na co ten odpowiedział, że broń może nie wytrzymać i pęknąć. Mnich puentuje wówczas, że tak samo dzieje się z człowiekiem, który przesadza z wyrzeczeniami.

    Różnica między “Żywotem” i “Listami”, a “Apoftegmatami” polega przede wszystkim na tym, że w tych ostatnich prawie w ogóle nie ma wypowiedzi na temat doktryny i prób zdefiniowania religii. Rady, jakich udziela nie są oratorskimi popisami, ale oszczędnymi wypowiedziami, często przewrotnymi i zagadkowymi - jak np. w anegdocie, w której pyta swoich podopiecznych o interpretacje biblijnego fragmentu. Mnisi dwoją się i troją, ale Antoni jest nieusatysfakcjonowany. Ostatni z nich mówi, że nie ma pojęcia jak rozumieć fragment, a Antoni mówi wówczas, że tylko on tak naprawdę zrozumiał w czym rzecz. W innej Bóg mówi Antoniemu wprost, żeby nie zastanawiał się za bardzo i zaufał opatrzności.

    Antoni nie zostaje przedstawiony jako nadczłowiek. Owszem, wyróżnia się spokojem i aurą, ale są również wzmianki o jego problemach i wątpliwościach odnośnie cierpienia, chorób itd. Widać także wewnętrzny konflikt gdy otrzymuje list od cesarza. W “Żywotach” wręcz pouczał władcę - tutaj początkowo chciał jechać do stolicy, zatrzymał go jednak inny mnich mówiąc, że zaprzepaści w ten sposób to, co do tej pory zrobił. Idealnym podsumowaniem opisu świętego w tym dziele jest pierwsza z anegdot o nim. Antoni miota się atakowany przez pasje i rozpaczliwie prosi Boga o wskazanie mu ścieżki do zbawienia. Otrzymuje wówczas wizję, w której na przemian modli się i pracuje. Głos mówi do niego: “rób tak, a będziesz zbawiony”.

    Który z tych opisów jest bliższy historycznej prawdy? Powszechnie przyjmuje się, że narracja Atanazego minus nadprzyrodzone zjawiska dość dobrze opisuje koleje jego losów. Listy oraz wzmianki z innych źródeł, przedstawiające go jako osobę inteligentną i dobrze obeznaną z intelektualnym życiem epoki, sprawiają, że historycy wątpią w opisy o braku wykształcenia i obycia - traktują je jako ozdobnik, mający uwypuklić niezwykłość głównego bohatera, z którego niby taki prostaczek, a tak ogarnia. Bardzo więc możliwe, że historyczny Antoni, jakkolwiek był zwolennikiem prostego życia i nie zaśmiecania sobie głowy, był tak naprawdę wykształconym człowiekiem.

    Co do rozumienia chrześcijaństwa - nie do końca wiadomo czy poglądy jakie wyraża Antoni w “Żywotach” nie są propagandowym zagraniem autora pisma. Jeśli jednak listy są autentycznym dziełem Ojca Mnichów albo chociaż powstały w jego otoczeniu, to wydaje się, że Atanazy dość wiernie oddał jego przekonania.

    W tym odcinku poznaliśmy pierwsze rewolucje chrześcijańskiego monastycyzmu - przeniesienie się na pustynię, pojawienie się jakichś ram i interpretacji mniszej praktyki oraz rozpropagowanie tego wzorca. W IV wieku mnisi zaczęli wyrastać na bohaterów chrześcijaństwa i kościołów. W kolejnym poznamy Pachomiusza i dowiemy się co takiego wiąże się z jego osobą, że historycy wymieniają go na jednym oddechu z Antonim.

    PS. Klasycznie wielkie dzięki dla @robson7 za nierówną walkę z przecinkami i kropkami, która jednak, jak mi wiadomo, przynosi mu nierzadko mucho satysfakcji ;)

    PS1. W tekście pojawia się kilka pojęć stricte związanych z religią, które próbuje w jakiś sposób przybliżyć czytelnikowi - zastrzegam jednak, że są to bardzo uproszczone i kulawe wyjaśnienia skrojone na potrzeby tekstu. Czynię to zastrzeżenie, żeby potem nie było, że “hurr nie oddałeś tego durr do końca”. Zresztą jak mam oddać jak sami zainteresowani twierdzą, że się nie da?

    PS2. Warto też dodać, że w czasach Antoniego wiele z omawianych tutaj praktyk i pojęć z nimi powiązanych nie było jeszcze w pełni uformowane. Tradycyjnie przyjmuje się, że tradycja hezychastyczna ukształtowała się w pełni w między X a XIV wiekiem, ale jej początki są ściśle związane z przełomem III i IV wieku i Ojcami Pustyni i ich duchowością.

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #niedoszlahistoria #historia #zainteresowania #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #religia

    Wjazd do klasztoru Świętego Antoniego w Egipcie
    pokaż całość

    +: turut, Nozyce +24 innych
  •  

    Witam Państwa w drugim odcinku, w którym, tym razem bez niespodzianek i wolt, będziemy wchodzić coraz głębiej w temat monastycyzmu egipskiego. Lektura poprzedniego odcinka uświadomiła nam, że Egipt, wbrew temu co kiedyś powszechnie sądzono, nie był wcale pierwszy, a chrześcijanie znali ascetów, pustelników i cenobitów w zasadzie od samego początku. Nie zmienia to faktu, że tutaj powstał wzorzec, który upowszechnił się później w innych krajach i nadpisał, wyparł bądź zmodyfikował wcześniejsze, lokalne tradycje. Nie wybiegajmy jednak za mocno do przodu.

    Żeby chociaż częściowo zrozumieć wydarzenia i procesy jakie zaraz będziemy omawiać wypadałoby naszkicować jakieś ramy. W czasach, o których mówimy Egipt był prowincją Cesarstwa Rzymskiego i to prowincją niesamowicie ważną i bogatą. Tak jak Kartagina była spichlerzem Zachodu, tak Egipty pełnił tę rolę na Wschodzie. Z tego powodu był prywatną domeną cesarską, a na jego czele stał prefekt z warstwy ekwickiej, a nie gubernator z klasy senatorskiej. Warto także podkreślić, że w czasach, które nas interesują to Wschód był bardziej zurbanizowany, rozwinięty i wyrafinowany. Aleksandrię zaś śmiało można nazwać stolicą intelektualną całego Imperium.

    Żeby przekonać się, że nie jest to stwierdzenie na wyrost, wystarczy zobaczyć na choćby fragmentaryczną listę uczonych, którzy tu działali. Znajdziemy na niej takie sławy jak Klaudiusz Ptolemeusz, Euklides, Erastotenes, Herofilus, Erasistratos, Hipparchos, Pappus czy Arystarch. Tutaj mieściły się szkoły zakładane przez filozofów i tutaj znajdowała się słynna Biblioteka Aleksandryjska. Bogactwo jakie generowały handel i rolnictwo przyciągało migrantów. Aleksandria i inne większe miasta były silnie zhellenizowane, ponadto byli w nich obecni także Rzymianie, Koptowie, Żydzi, Persowie, Nubijczycy, Etiopowie i przybysze z całego świata (nawet z Indii). Miało to swoje dobre strony, jak na przykład wymiana idei i buzujące życie intelektualne, ale także złe - napięcia między różnymi grupami znajdowały często ujście w ulicznych walkach o krwawym przebiegu.

    Życie religijne (w dużej mierze zresztą powiązane z intelektualnym) również miało się dobrze. Z zachowanych źródeł wiemy, że rozpowszechniało się nie tylko chrześcijaństwo (we wszystkich możliwych formach), ale także kulty oparte na wierzeniach perskich i semickich (w tym rdzenne), które mieszały się z greckimi i rzymskimi. Jeśli chodzi o język to w miastach dominowała greka a na prowincji rdzenne dialekty koptyjskie (w tym okresie historycy wyróżniają 6 głównych dialektów). Administracja i sądy posługiwały się zaś łaciną. W zasadzie wszyscy mieszkańcy Egiptu, niezależnie od podziałów etnicznych i religijnych mieszkali w Delcie Nilu i wzdłuż rzeki, od wylewów której uzależnione było całe rolnictwo. Pustynne regiony były niezamieszkane i raczej nieuczęszczane.

    Jeśli chodzi o chrześcijaństwo, to nie będę się za dużo powtarzał - kto ciekaw detalii niech zajrzy do odcinka o Afryce. Początki tej religii w Egipcie są związane z Aleksandrią i helleńską ludnością miast. Od II wieku nowa religia zaczyna przenikać na prowincję i powoli zyskuje sobie popularność. Masowe konwersje zaczynają się w III wieku, a ich szczyt przypada na wiek IV. Widać to na przykład po trendach w nadawaniu imion. Bagnall, opierając się ną studiowanych źródłach wykazuje, że od III wieku zaczyna się spadek liczby tych “pogańskich”. W IV wieku imion chrześcijańskich jest trochę ponad 50%, a na początku V już 90%. Z tego względu to właśnie Egipcjanie najmocniej odczuwali kolejne kampanie prześladowań, których kulminacją były te zarządzone przez Dioklecjana.

    Oprócz męczenników, Egipt dał chrześcijaństwu także wielu intelektualistów, filozofów i, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, teologów. W Aleksandrii działała tak zwana Szkoła Katechetyczna, kształcąca chrześcijan nie tylko w temacie wiedzy o religii, ale także zapoznająca ich z matematyką, geografią, fizyką - no w skrócie tym co w starożytności rozumiano jako filozofię, czyli protonauki wszelakie. Najbardziej znaną postacią powiązaną ze szkołą był żyjący w III wieku Orygenes. To jeden z najpłodniejszych autorów wczesnochrześcijańskich. Wsławił się krytycyzmem biblijnym - jako jeden z pierwszych zaprzągł metody krytyki źródłowej i wiedzę filologiczną do czytania Starego Testamentu i formującego się Nowego. Odrzucał literalne czytanie Pisma Świętego. Jego podejście i alegoryzm, za którym optował, były później naśladowane w ruchu monastycznym.

    Egipskie chrześcijaństwo było bardzo niejednorodne - oprócz podziału na sekty były także podziały na etnosy i jakby było tego mało, dochodziło do schizm. Z odkryć z Nag Hammadi wiemy o sektach gnostyckich (o ile można je tak nazywać, ale tutaj odsyłam do odcinków, w których temat był poruszany). Wspomniane przed chwilą prześladowania zaowocowały nie tylko śmiercią i tragediami ludzkimi, ale, prawdopodobnie, także poważną schizmą. Gdy w 304 roku zaczęto zarzucać sieci na aleksandryjskich chrześcijan, miejscowy biskup Piotr i wielu podlegających mu duchownych dało dyla, pozostawiając swoją owczarnię. Biskup Lykopolis Melecjusz uznał ucieczkę za zrzeczenie się urzędu i wyświęcił nowe duchowieństwo dla aleksandryjskich wspólnot.

    Prześladowania ustały w 307 roku, a Piotr powrócił do miasta wraz z resztą uciekinierów i zwołał synod, na którym ekskomunikował Melecjusza. Ten nie pozostał mu dłużny. Według noszącej znamiona legendy opowieści, konflikt wywołał tak duże niepokoje, że Rzymianie aresztowali obydwu dżentelmenów. Niestety nie posiadali dwóch wolnych cel, obydwaj trafili zatem do jednej. Aresztowanie nie przemówiło kłócącym się do rozsądku - korzystając z faktu wspólnej odsiadki toczyli spór dalej. Wściekli strażnicy zawiesili w końcu kurtynę w celi i zabronili osadzonym rozmów. Legenda jest dosyć wesoła, ale historia późniejszych losów Piotra i Melecjusza już nie bardzo. Piotr został umęczony w 311 roku a jego interlokutor skazany na pracę w kopalniach w Palestynie (którą jakimś cudem przeżył).

    Konflikt nazwany przez historyków schizmą melecjańską nie skończył się jednak. Duchowieństwo wyświęcone przez Melecjusza utworzyło równoległy kościół znany jako “Kościół Męczenników”. Od momentu rozłamu, w Aleksandrii i wielu miastach Delty Nilu było przynajmniej dwóch biskupów, z których każdy rościł sobie prawa do bycia tym właściwym, a tamtego drugiego uważał, w najlepszym razie, za schizmatyka. Podział ten odbił się także na mnichach. Ze źródeł wiemy, że wielu z nich opowiadało się za sukcesorami Melecjusza i istniały całe wspólnoty odrzucające następców Piotra. Kościół Męczenników przetrwał do V wieku (a przynajmniej taki obraz malują źródła), a jego rozłam był bardzo poważnym problemem egipskiego chrześcijaństwa.

    Nie przeszkodziło to jednak w dalszym rozwoju tej religii, gdyż jak wspomniałem wcześniej, IV wiek był świadkiem postępującej chrystianizacji rzymskiego Egiptu. Wraz z rosnącą liczbą wyznawców rosło znaczenie biskupa Aleksandrii. Wprawdzie mianem patriarchów zaczęto ich określać dopiero od wieku VI, ale w praktyce już od IV wieku zaczęli wyrastać na najważniejsze osoby w prowincji. Zalegalizowanie chrześcijaństwa przez Konstantyna tylko wzmocniło ten trend. Od 325 roku pod biskupa Aleksandrii podlegało przeszło stu innych na terenie Egiptu i Libii. Ich wpływy rosły nie tylko w kościele, ale także w polityce. Nieprzypadkowo inni biskupi zaczęli określać ich “nowymi Faraonami”. Dzięki rozwiniętej działalności charytatywnej i na rzecz wspólnot, cieszyli się nie tylko wpływami wśród elit, ale mieli także “szacun na dzielni”.

    Tak zwani parabalani, którzy na co dzień zaangażowani byli w zbożne dzieła pomocy bliźnim, mogli z bronią w ręku bronić osoby lub interesów swojego biskupa (w innym wypadku: dochodzić tychże). Oczywiście zrzucanie na nich odpowiedzialności za tak głośną sprawę jak zabójstwo Hypatii (słynne z powodu głośnego filmu) jest dyskusyjne, ale członkowie tej formacji niewątpliwie sprawiali problemy władzom i brali udział w tumultach na ulicach miasta. Wymownym świadectwem tego jest zarządzenie z 416 roku, które ograniczało liczebność parabalanich do 500. Były to czasy pełne napięć i przemocy, a na ulicach Aleksandrii walczyły ze sobą grupy wyznaniowe i etniczne. W przeciwieństwie do początków IV wieku, chrześcijanie nie byli już tylko niewinnymi ofiarami. Nie tylko potrafili się odgryzać, ale także przechodzili do ofensywy. Pod koniec stulecia zaczęli dominować religijny krajobraz miasta.

    Egipt był także matecznikiem pierwszej wielkiej herezji, która w pewnym okresie była o krok od triumfu nad obozem ortodoksyjnym. Mam tutaj na myśli arianizm. Samemu arianizmowi i przebiegowi kryzysu przyjrzymy się dokładniej w innym odcinku - tutaj tylko szybkie streszczenie. Wszystko zaczęło się w okolicach 318 roku w Aleksandrii jako spór między prezbiterem Ariuszem a biskupem Aleksandrem. Przedmiot sporu był niebanalny - dotyczył bowiem tego, kim jest Jezus i jaka jest jego relacja w stosunku do Boga. Ówcześni chrześcijanie mieli bardzo różne poglądy na ten temat i byli dalecy od jednomyślności. Paradoksalnie ciężko jest dokładnie zrekonstruować poglądy Ariusza, bo polemiści przypisywali mu bardzo różne opinie, niekoniecznie zgodne z tym co wyłania się z ocalałych po nim pism. Samo określenie “ariański” zaczęło z biegiem czasu żyć własnym życiem i stało się w zasadzie rytualną obelgą, istniejącą na bardzo podobnej zasadzie jak “manichejski”.

    Na podstawie kilku zachowanych dzieł i analizy pism polemicznych, Ariuszowi przypisuje się następujące poglądy:

    1. Bóg Ojciec jest jedynym “Bogiem z wielkiej litery”. Chrystus bywa nazywany bogiem (także w ewangeliach), ale ta jego boskość to efekt działania łaski - na podobnej zasadzie każdy człowiek, który nawiązuje specjalną relację z łaską (jedna z form obecności Boga, stąd zdefiniowane później rozróżnienie na Niestworzone Energie i Naturę) jest bogiem w tym sensie, co Chrystus (bogiem, a nie Bogiem).

    2. Chrystus jest stworzeniem - nie istniał od zawsze, nie jest odwieczny jak Bóg Ojciec. Chrystus jest dziełem Boga Ojca na podobnej zasadzie, jak każde inne stworzenie. Podobnie jak wszystko, co stworzone, Chrystus został powołany do bytu z nicości.

    Nie oznacza to, że Ariusz widział Chrystusa, jako stworzenie jak każde inne. Potwierdzał rolę Jezusa jako mediatora między materialnym, zmieniającym się światem, a niestworzonym, niezmiennym Bogiem. To, że Ariusz nie skupiał się na roli Jezusa jako logosu (w czym zawiera się rola pośrednika i łącznika) a raczej na jego domniemanym pochodzeniu i losach sprzed ewangelii, nie oznacza, że z automatu je odrzucał. Tak czy inaczej jego poglądy odmawiające Chrystusowi jakiejkolwiek boskości (poza tą dostępną także człowiekowi), zostały uznane za herezję przez Aleksandra. Ariusz odpowiedział mu zarzutem o diteizm (wiarę w dwóch Bogów) w następstwie czego został ekskomunikowany razem ze swoimi zwolennikami, których mu nie brakowało.

    Zbiegł do Palestyny, gdzie zaskarbił sobie poparcie wpływowych osób, mających chody także na cesarskim dworze. Poparcie dla Ariusza wyraziło wielu biskupów. To, co zaczęło się jako spór w ramach kościoła aleksandryjskiego, stało się kością niezgody dla kościołów Wschodu. Konflikt trafił nawet na dwór cesarski i dla jego zażegnania cesarz Konstantyn, od niedawna jedynowładca Imperium, zwołał sobór w Nicei. Wyznanie wiary uzgodnione na pierwszym powszechnym soborze było całkowicie sprzeczne z poglądami Ariusza, który został potępiony i skazany na wygnanie. Nie zakończyło to jednak konfliktu, który trwał w najlepsze jeszcze przez ponad 50 lat. Arianizm miał się dobrze i bez Ariusza - co zresztą potwierdza konkluzję, że jego wystąpienie było tylko katalizatorem, a ludzi odrzucających boskość Chrystusa lub wyznających jedną z form subordynacjonizmu było o wiele więcej.

    Znamy już nieco realia rzymskiego Egiptu z IV wieku. Zanim jednak przejdziemy do omówienia głównych bohaterów i najważniejszych źródeł, warto wspomnieć o bardzo tajemniczej kwestii. Mam tutaj na myśli tak zwanych Terapeutów. Słówko “tajemniczy” pojawia się tutaj nieprzypadkowo, bo o grupie wiadomo bardzo mało. Jedynym źródłem, które mówi o nich coś więcej, są zapiski pod tytułem: “De Vita Contemplativa”, pochodzące z I wieku n.e. Autorstwo tradycyjnie przypisuje się Filonowi z Aleksandrii (znanemu nam, mam nadzieję, z jednego z odcinków), ale praca wyraża wiele poglądów nie pasujących do innych dzieł Aleksandryjczyka i stąd kwestia ta jest kontrowersyjna. Terapeuci jawią się w niej jako asceci (ale i filozofowie!) żyjący na terenie Egiptu w okolicach jeziora Marjut.

    Sam autor nie był do końca pewien etymologii słowa Terapeuci i podawał, że oznaczało ono lekarzy (w sensie uzdrowicieli duszy) bądź służących Bogu. Pisał on, że Terepeuci istnieli także w innych miejscach starożytnego świata, zarówno wśród Greków jak i barbarzyńców. Marjut miało być miejscem spotkań ludzi poświęcających się kontemplacji, pochodzących z różnych stron świata. Autor dzieła pisał, że ludzie ci żyją we wstrzemięźliwości i prostocie. Nie mieli nic na własność i nie dopuszczali do siebie pokus. Dodawał też, że przez sześć dni pozostają oni w samotności oddając się modłom, postom, kontemplacji i studiowaniu pism. Spotykali się siódmego dnia, w trakcie którego dyskutowali, a na koniec spożywali wspólną kolację, podczas której usługiwali sobie nawzajem i śpiewali razem aż do świtu. Mieli opierać się na pięcioksięgu, księgach proroków i psalmach, ale posiadali także własną literaturę.

    Naprawdę nie trzeba wiele wyobraźni żeby wspólnotę tę odczytać jako chrześcijańskich mnichów. Sam autor zwiększa pole do spekulacji pisząc, iż grupa ta wyróżnia się na tle innych sekt żydowskich. Utożsamienie terapeutów z mnichami nie jest nowe. Zrobił to już Euzebiusz z Cezarei żyjący na przełomie III i IV wieku. IV wieczny Epifaniusz z Salaminy identyfikował Terapeutów jako heterodoksyjną grupę chrześcijańską, określaną mianem Jaseńczyków. Identyfikacja Terapeutów z mnichami jest jednak karkołomna z uwagi na przypisanie autorstwa Filonowi. To jest na dzień dzisiejszy konsensus wynikający z analizy językowej. Filon zmarł w okolicach 50 roku, Jezus 30 roku. Szansa na to, że w ciągu 20 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa chrześcijańscy asceci zamieszkiwali okolice Marjut jest niska (z drugiej jednak strony nie jest niemożliwa).

    Po raz kolejny dochodzimy do czegoś, co można ewentualnie ocenić tylko w kategoriach “mniej lub bardziej prawdopodobne”. Niezależnie jednak od tego, co tak naprawdę “poeta miał na myśli” (ten od Terapeutów naturalnie), asceci, pustelnicy i ludzie oddający się kontemplacji, mają w egipskim chrześcijaństwie dłuższą historię, niż ta zaczynająca się od Antoniego (254-356), Pachomiusza (292-346), Makarego Egipcjanina (ok. 300-391), Amona (ok. 290-347) czy Makarego Aleksandryjczyka (ok. 300-393). I pozostaje to faktem nawet wobec twierdzenia, że Terapeuci wyznawali judaizm (tak, wiem). Najlepszym dowodem na to są “Żywoty” tych świętych i innych Ojców Pustyni. Antoni, Pachomiusz i inni, zanim zostali mnichami odbyli bowiem praktykę u starszych stażem mnichów, mając ich za swoistych mistrzów i duchowych przewodników. Siłą rzeczy nie byli zatem pierwsi, choć to oni na dobre zmienili i rozpropagowali ten styl życia.

    Ich dokładniejsze losy i osiągnięcia poznamy w kolejnych odcinkach. W tym poszerzymy jeszcze swoją wiedzę o podstawy dotyczące źródeł. Jednym z ważniejszych są tak zwane “Powiedzenia Ojców Pustyni”. Jest to zbiór anegdot i powiedzeń przypisywanych mnichom żyjącym od IV do VI wieku. Wiele z nich jest zagadkowa, zabawna, zaskakująca, o podwójnym dnie etc. Istnieje kilka wersji dzieła, spisanych w różnych językach - greka, łacina, dialekty koptyjskie, ormiański i ge’ez. Kolejnym ważnym źródłem jest “Historia Mnichów Egiptu”, anonimowe dzieło spisane po grecku w okolicach 400 roku. Ma ona charakter relacji z wyprawy i opowiada o podróży grupy palestyńskich mnichów do Egiptu w 394 roku.

    Oprócz utworów anonimowych są jeszcze prace Ewagriusza z Pontu, który osiedlił się w Kelli na terenie Dolnego Egiptu. Jest on powszechnie uważany za pioniera teologii monastycznej, a do jego najsłynniejszych dzieł zalicza się “Praktikos” (swego rodzaju instrukcja dla zainteresowanych życiem monastycznym) i “O Modlitwie”. Jego prace również zawierają wiele anegdot i zagadkowych powiedzeń. Warto wspomnieć także o pismach Jana Kasjana, których tłumaczenia spopularyzowały duchowość egipskiego monastycyzmu także na Zachodzie. Pochodzący z Galacji Paladiusz rozpropagował ją z kolei w Azji Mniejszej za sprawą “Historii Lausjańskich”. Wzmianki o mnichach pojawiają się także w “Historiach Kościelnych” autorstwa Euzebiusza z Cezarei (III/IV wiek), Sokratesa i Sozomena (V wiek).

    Na sam koniec chciałem wymienić jeszcze bardzo ważne źródło, a mianowicie “Żywot Antoniego” autorstwa niejakiego Atanazego z Aleksandrii. Nie chce tylko sygnalizować ważności dzieła, ale także osobę samego autora. Atanazy, choć nie był mnichem, odegrał bardzo ważną rolę w ukształtowaniu pewnego wzorca monastycyzmu. Mianowicie: propagował on monastycyzm jako sojusznika kościoła prowadzonego przez biskupów, a mnichów ukazywał jako obrońców ortodoksji. Dzięki takim staraniom, mniszy ferwor, często bardzo nieformalny i mający “problemy” z formującą się doktryną, został w jakimś stopniu wykorzystany na rzecz zinstytucjonalizowanego kościoła. Myślę, że wiemy już wystarczająco dużo o warunkach panujących pod koniec III, i w IV wieku w Egipcie, żeby w następnym odcinku płynnie przejść do losów miejscowego monastycyzmu.

    PS. Wielkie dzięki dla @robson7 za korekty, które sprawiają, że teksty są czytalne. No i wielkie dzięki dla czytelników, że im się chce przebijać przez takie ściany tekstu.

    PS1. Będzie jeszcze max. 2 stronnicowy mini- odcinek o Atanazym, autorze “Żywota Antoniego” a potem już pustynia pełną gębą.

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #niedoszlahistoria #historia #zainteresowania #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #religia

    Wyobrażenie największego schwarzcharaktera dla egipskich ortodoksów- Ariusza z Aleksandrii
    pokaż całość

  •  

    No w końcu udało mi się ogarnąć do takiego stopnia, że mogę w miarę na spokojnie usiąść i napisać dłuższy tekst. Muszę przyznać, że trochę was oszukałem, jak w zamierzchłych czasach (to znaczy w ostatnim puszczonym odcinku głównej serii) powiedziałem, że najpierw napiszę co nieco o chrześcijańskim życiu intelektualnym, a dopiero potem przejdę do monastycyzmu - zrobimy dokładnie na odwrót. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi z tego powodu robił wyrzutów. Sam nie wiem czy ten temat nie jest ciekawszy i bardziej, hmmmm? Egzotyczny? Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że monastycyzm miał potężny wpływ na kształtowanie się chrześcijaństwa, zwłaszcza wschodniego, istniejącego dzisiaj w ramach kościołów orientalnych, prawosławnych i nestoriańskich (na upartego można by tam wcisnąć także unitów). Ciekawych informacji jest tyle, że tematowi poświęcimy kilka odcinków.

    Brak świadomości na temat znaczenia monastycyzmu jest wypadkową kilku rzeczy. Stewart uważa, że wynika to przede wszystkim z tego, że historycy do swojej pracy skupiają się przeważnie na źródłach pisanych, a jeśli chodzi o początki ruchów monastycznych to nie możemy narzekać na kłopot bogactwa (a w przeszłości było z tym jeszcze gorzej). Po drugie historycy, to, jakby nie patrzeć uczeni - nic dziwnego zatem, że łatwiej odnajdują się w czytaniu tekstów pisanych przez innych uczonych-filozofów czy apologetów. Po trzecie wreszcie - od czasów oświecenia chrześcijański mistycyzm znajdował się pod ostrzałem ze strony ludzi takich jak na przykład Gibbon, którzy uważali mnichów i mniszki za, nie przymierzając, bandę szaleńców i oszołomów. W najlepszym razie racjonalizowano monastycyzm, jako systematyczny sposób kanalizowania bardziej uduchowionych czy jedną z niewielu możliwości decydowania o sobie, jakie były dane kobietom żyjącym w starożytnych społeczeństwach.

    Druga połowa XX wieku przyniosła jednak zmianę nastawienia do tematu. Kontrkultura hippisowska i New Age były jednymi z czynników, które wyzwoliły zainteresowanie duchowością - przede wszystkim Dalekiego Wschodu, ale także Bliższego. Badania pokazują, że ponad 65 % amerykańskich buddystów, to konwertyci w pierwszym pokoleniu. Dla prawosławia współczynnik ten, to ponad 50%. “Mistyczny” to chyba najpopularniejsze słowo we współczesnym, religijnym życiu Amerykanów (a na pewno w Kalifornii). W wyniku tych zmian zaczęto zastanawiać się co takiego jest w tych praktykach i sposobie na życie. Odkryto także terapeutyczne zastosowanie technik kojarzonych do tej pory stricte z religią. Ruch mindfulness, stworzony na kanwie technik medytacyjnych, obecnie jest już częścią mainstreamu (co zauważa chyba każdy kto pracuje w tak zwanym korpo), a badania wskazują, że kontemplacja, modlitwa, asceza, medytacja itd. mają jak najbardziej świeckie zastosowanie i nie muszą służyć tylko wyrwaniu się z cyklu ponownych narodzin, przebóstwieniu czy innemu, stricte religijnemu celowi.

    Zmiana nastawienia nie ominęła historyków - część z nich postanowiła nadrobić zaniedbania będące efektem oświeceniowych uprzedzeń względem religii i duchowości w ogóle. Nałożył się na to rozwój archeologii, odkrycia egipskich papirusów oraz tłumaczenia tekstów, które wcześniej były dostępne tylko w tak egzotycznych językach jak koptyjski, ge’ez czy syriacki. To wszystko umożliwiło historykom zajęcie się tematem na poważnie i sprawiło, że nie musieli oni tonąć w przypuszczeniach wysnutych na podstawie dwóch mglistych wzmianek. Dysponując nowymi źródłami, zaczęli oni podważać dotychczas obowiązujące teorie, które opisywały monastycyzm jako męski ruch, skupiony wokół założyciela danej wspólnoty (zawsze ortodoksa, od początku do końca), która szybko się formalizowała i żyła dokładnie tak, jak lokalny biskup przykazał.

    Wnioski wynikające z nowszych badań zaprzeczały takim opisom. Wyłaniał się z nich inny obraz - wspólnoty i ruchy monastyczne były bardzo często nieuporządkowane, niezhierarchizowane, przestrzeń do dyskusji była w nich bardzo rozległa, kobiety odgrywały ważne role, a grupy mnisze często znajdowały się w konflikcie z bardziej uporządkowanym, oficjalnym kościołem. Historia monastycyzmu okazała się być bardziej skomplikowana - odkryto, że nie jest to linia prosta od założyciela do jego naśladowców. Różne ruchy rozwijały się inaczej, obrastały różnymi zapożyczeniami czy też były kształtowane przez typowe dla regionu okoliczności. Wymiana myśli, idei i przeżyć również miała się bardzo dobrze, także między odległymi od siebie regionami.

    Tradycyjnie przyjmowano, że początki chrześcijańskiego monastycyzmu sięgają III wieku i wiążą się ściśle z osobą świętego Antoniego. Nowsze badania pokazują jednak, że już pierwsze chrześcijańskie wspólnoty żyjące na terenie Syropalestyny i Mezopotamii, wykazywały pociąg do takiego stylu życia. Oczywiście nie można tutaj mówić o sformalizowanym ruchu, jak w późniejszych czasach, ale inspirację widać już w judaizmie (nie piszcie mi, że wtedy nie było judaizmu, termin ten nie jest bowiem ograniczony do tego rabinicznego). Z badań nad religijnością żydowską czasów Jezusa wiemy, że istniały wówczas wspólnoty monastyczne i ascetyczne jak na przykład Esseńczycy (do których często zalicza się słynną grupę z Qumran). Grupy te ni były jendak wielką nowością a judaizm znał ludzi żyjących “po mniszemu” już we wcześniejszych czasach.

    Chodzi o nazirejczyków, ludzi, którzy składali śluby czasowego lub wieczystego poświęcenia się Bogu. Informacje o nich czerpiemy głównie z biblijnej Księgi Liczb. Pojawiają się także w Księdze Machabejskiej i Królewskiej. Nie wszyscy z nich żyli we wspólnotach, byli eremitami czy zajmowali się nauczaniem religijnym, ale wielu tak. Nazirejczykami zostawali przedstawiciele obydwu płci, przypuszcza się także, że rodzic mógł wybrać taki “zawód” dla swojego dziecka. Na czas trwania ślubu (chyba, że był wieczysty) nie wolno im było spożywać wina i innych napojów alkoholowych. Obowiązywał również zakaz golenia się i strzyżenia, jak i zbliżania się do zwłok (nawet gdyby nieboszczykiem był ktoś z bliskiej rodziny). Niewiele wiadomo na temat dożywotnich nazirejczyków, bo mamy tylko mgliste wzmianki, jak te o Samsonie czy Samuelu. I tak Samson jest określany jako “Nazirejczyk boży od chwili urodzenia”. Matka Samuela mówi zaś o nim: “oddam go Panu po wszystkie dni jego życia, a brzytwa nie dotknie jego głowy”.

    Jeśli chodzi o czasy nowotestamentowe, to wzmianki o nazirejczykach pojawiają się nie tylko w Ewangeliach i Dziejach, ale także innych źródłach, jak na przykład u Józefa Flawiusza czy w Talmudzie. Zdaniem autorów Encyklopedii Katolickiej wiele przemawia za tym, że Jan Chrzciciel był nazirejczykiem, chodź nigdzie nie został tak nazwany wprost. Epifaniusz z Salaminy (IV wiek) twierdzi, że Apostoł Jakub Sprawiedliwy był jednym z nich. Istnieją również podejrzenia co do Pawła. Marshall spekuluje, że sam Jezus mógł złożyć takie śluby. Na pewno nazirejski zwyczaj składania ślubów i skupiania się na życiu religijnym przetrwał we wspólnotach judeochrześcijańskich, które, jak wykazał Murray, odcisnęły duże piętno na kształtowaniu się chrześcijaństwa syriackiego. To oczywiście spore uproszczenie, ale Stewart twierdzi, że syriackie podejście do chrześcijaństwa było bardziej skupione na ascetyzmie i bardziej rygorystyczne niż helleńskie. Dobrym przykładem, jak wskazują Murray, Brock czy Griffith, może być zalecanie celibatu wszystkim ochrzczonym w wielu grupach syriackich.

    Wiele wczesnych mezopotamskich i syryjskich wspólnot funkcjonowało w sposób, który można nazwać monastycznym, a ascetyzm (często bardzo radykalny) cieszył się dużą popularnością. Jest to uchwytne już w II wieku, w pismach Tacjana. Był on Asyryjczykiem, który odebrał grecką edukację, ale na pewnym etapie swojego życia nawrócił się na chrześcijaństwo i stwierdził, że stoi ono w całkowitej sprzeczności z innymi sposobami życia. Po powrocie na ojczyste ziemie odrzucił nie tylko kulturę hellenistyczną, ale nawet małżeństwo i prokreację. Harmless, powołując się na Murraya twierdzi, że wspominane zalecanie celibatu (nawet małżeństwom) było popularne wśród syriackich chrześcijan jeszcze w III stuleciu. Ludzie decydujący się na ten ruch określani byli mianem “Synów/Córek Przymierza”. Nie żyli oni jednak w odosobnieniu, ale wchodzili w skład większych wspólnot, do których należeli także ci nie decydujący się na celibat.

    Z pism Teodoreta wiemy, że inna część chrześcijan nie widziała dla siebie miejsca w szerokich wspólnotach i decydowała się na życie pustelnicze lub tylko w gronie bardziej “wczutych”. Zjawisko to określano “îhîdāyâ”. Słowo to jest syriackim odpowiednikiem greckiego monachos (“pojedyńczy, samotny”). Ma ono jednak o wiele więcej znaczeń i może także oznaczać “singla” (w sensie osoba nie będąca w związku) lub “skupionego/oddanego jednemu celowi”. Określenia tego używano także w syriackich wersjach ewangelii w odniesieniu do Chrystusa jako “jedynego Syna Bożego”. Poświęcenie się praktykom “îhîdāyâ” oznaczało zatem stawanie się bardziej podobnym do Chrystusa. Celibat był tutaj nieodzowny. Murray twierdzi, że o ile cechą charakterystyczną egipskiego monastycyzmu było życie wspólnotowe w pustynnej okolicy, to syriackiego - konsekrowane dziewictwo/celibat.

    Pierwszą uchwytną w źródłach figurą syriackiego “mnicha” jest, według Vööbusa, Jakub z Nisibs, żyjący na przełomie III i IV wieku. Jego dzieje opisuje między innymi wspomniany już Teodoret z Cyru. Podaje on, że Jakub w pewnym momencie życia opuścił swoje rodzinne strony i wybrał życie w odosobnieniu. Źródło znane jako Meshihazekha mówi, że zyskał on duże poważania i biskup Arbeli często zasięgał jego rady. Według Eliasza z Nisibs, Jakub został w okolicach 308 roku wybrany na biskupa tegoż miasta (znaczy Nisibis). Ze źródeł wiadomo też, że w czasach jego pontyfikatu w pobliskich górach żyli chrześcijańscy asceci, którzy utrzymywali kontakty ze wspólnotą miejską. Z tego powodu Vööbus uważa, że monastycyzmu w Syrii i Mezopotamii wypłynął na szerokie wody na początku IV wieku. Oczywiście należy pamiętać, że określenia tego używamy umownie - wspólnoty, o których mowa nie były jeszcze w pełni zhierarchizowane ani sformalizowane.

    Współcześni historycy lubią podkreślać, że ruch monastyczny ziem syriackich pojawił się niezależnie od egipskiego. Oczywiście wpływy były i z czasem odcisnęły bardzo głębokie piętno, ale sama idea powstała niezależnie. Opowieść o Eugeniuszu, syryjskim chrześcijaninie z IV wieku, który przebywał przez kilka lat w Egipcie, gdzie spotkał Ojców Pustyni i zaadaptował ich metody i organizację, które następnie przełożył na ojczysty grunt, to raczej późniejsza inwencja wynikająca z faktu potężnej popularności Ojców Pustyni i chęci wywiedzenia syriackiego monastycyzmu wprost od nich. Historia ta, choć najprawdopodobniej nieprawdziwa, zawiera jednak prawdziwą treść - egipski model, praktyki i teologia zaczęła się z czasem upowszechniać w Syrii i Mezopotamii, a wraz z nią do lamusa odchodziła część lokalnych zwyczajów (bądź ulegała transformacji tak, aby pogodzić ją z importowanymi wpływami).

    Kolejne świadectwa o wpływach ascetyzmu i zaczątkach syriackiego życia monastycznego dają pisma Afrahata oraz jednego z uczniów Jakuba - słynnego Efrema Syryjczyka. Efrem sam był “Synem Przymierza”. Obydwaj syriaccy święci wywarli przemożny wpływ na swoje kościoły. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że głoszone przez nich poglądy stały się kanoniczne dla większości semickojęzycznej ludności regionu. Efrem Syryjczyk wywarł także duży wpływ na chrześcijaństwo w innych kręgach kulturowych. Z ich prac wynika, że we wspólnotach syriackich nie było mowy o elitaryzmie - standardów moralnych i poświęcenia się duchowemu życiu wymagano od wszystkich, a nie od grupki wybrańców. Była to w zasadzie logiczna konsekwencja tego, że chrzest uważano za rzeczywiste przyobleczenie się w Chrystusa. W tym kontekście nie powinno dziwić, że od ochrzczonego wiernego wymagano “anielskiego” prowadzenia się.

    Motyw anielskiego życia pojawiał się bardzo często u Efrema. Nie chodziło tu tylko o wstrzymywanie się od uprawiania seksu. Wierny miał czuwać, modlić się nieustannie, mało spać, trzymać się ustalonego, prostego grafiku dnia. Efrem lubił określać swoje “anioły” mianem “przebudzonych” - tych, którzy zawsze byli czujni, nieustannie kontemplowali i chwalili Boga. Takim “przebudzonym” był dla niego także Chrystus. Adam “przysnął”, co pozwoliło grzechowi dostać się do stworzonego świata i pociągnęło za sobą pojawienie się śmierci, cierpienia, chorób i innych, delikatnie rzecz ujmując, nieprzyjemnych rzeczy. Chrystus był tym, który przebudził ludzkość i pokazał, że można mieć otwarte oczy. Chrześcijanie przyoblekali się w Chrystusa i dzięki modlitwom i wyrzeczeniom zachowywali czujność i nie dawali się zwieść na manowce. W tym kontekście Efrem często przywoływał przypowieść Chrystusa o rozważnych pannach czekających na przybycie oblubieńca.

    Relacje helleńskich chrześcijan z Azji Mniejszej i zachodniej Syrii potwierdzają ascetyczne i wymagające podejście swoich semickich sąsiadów. Grzegorz z Nazjanzu (IV wiek) pisał o Syryjczykach, którzy umartwiali się nosząc żelazne obręcze, śpiąc na gołej ziemi, poszcząc i modląc się stojąc nieruchomo w ciężkich warunkach atmosferycznych. Wspominany Teodoret z Cyru pisze o ludziach żyjących w odosobnieniu, na szczytach gór, żywiących się tylko tym co sami uzbierali. Obserwacje Efrema Syryjczyka i Izaaka Antiocheńskiego potwierdzają przekazy Teodoreta. Efrem pisze, że wielu jego współwyznawców porzucało miasta, w których żyli i majątki, którymi dysponowali i udawało się w góry lub na pustynię. Tam żyli z tego co udało im się znaleźć, chroniąc się w grotach, ziemiankach i na drzewach. Nie strzygli się i nie dbali zbytnio o ubiór. Niektórzy byli tak radykalni, że głodzili się na śmierć (co przywodzi na myśl dżinijską sallechanę czy buddyjskie sokushinbutsu), podpalali lub wydawali się na żer dzikich zwierząt.

    Oczywiście należy pamiętać, że używamy tutaj określeń “monastyczny” i “mnisi” w sposób umowny. Ludzie, o których mówimy byli prekursorami, ponadto późniejsza “egiptyzacja” ruchu mniszego i ascetycznego sprawiła, że wiele praktyk i przekonań zostało odrzuconych, rozwiniętych w innym kierunku lub też zreinterpretowanych. Z badań nad syriakcimi wspólnotami wiemy, że miały one duży problem z “ortodoksyjnością” i często wpadały pod wpływy mazdaistyczne i gnostyckie. Opisane wyżej praktyki pokrywają się w dużej mierze z manichejskimi i zdaje się, że wpłynęły one bardzo mocno na Syryjczyków. Trop ten jest bardzo ciekawy i wyraźny choć kontrowersyjny. Manichejscy “mnisi” byli, jak podaje Lieu, znani z wędrownego trybu życia. Asmussen dodaje ponadto, że o ile na terenach irańskich istniały manichejskie klasztory, to na Zachodzie rzecz miała się inaczej - były to raczej luźne wspólnoty Wybranych, którzy co jakiś czas spotykali się ze swoimi Słuchaczami. Łudząco przypomina to strukturę syriackich grup i jednostek zaangażowanych w lokalny, chrześcijański monastycyzm, ale zdaniem Asmussena nie jest to argument rozstrzygający.

    Nie sposób jednak ukryć, że wpływy były - dyskusyjne jest tylko jakie i w jakim stopniu. Tak czy inaczej dualistyczne tendencje zostały w końcu wyhamowane, ale część surowych praktyk przetrwała. Chrześcijanie odrzucili te najbardziej ekstremalne jak na przykład samobójcza głodówka, ale także mniej spektakularne jak manichejski zakaz zrywania owoców z drzew i krzewów. Wiemy, że Mani miał również pewne kontakty z mnichami indyjskimi - buddystami, dżinistami i innymi nurtami śramany. Lieu, za Henrichsem, uważa, że manichejski pogląd o wędrówce dusz między formami zwierzęcymi a roślinnymi ma korzenie indyjskie. Lang wskazuje również, że dzięki “irańskiemu łącznikowi” historia Buddy przedostała się na chrześcijański Wschód, gdzie przybrała formę opowieści o Baarlamie i Jozafacie. Możliwe, że inne wpływy z subkontynentu przedostały się do Mezopotamii i Persji za pośrednictwem manicheizmu. Z drugiej jednak strony jeśli chodzi o ekstrema, to dualizm był dobrze znany Persom i źródła radykalnych tendencji można równie dobrze szukać w gnostycyzmie i różnych odmianach religii mazdaistycznych.

    Syriaccy protomnisi wywarli wpływ także na swoich współwyznawców z sąsiednich regionów. Bliskość Armenii sprawiała, że był to dla nich naturalny kierunek migracji (odsyłam do tekstu o korzeniach kaukaskiego chrześcijaństwa i jego semickim pochodzeniu). Potwierdzają to źródła takie jak dzieła Faustusa z Bizancjum napisane na przełomie IV i V wieku. Pisał on na przykład o pochodzącym z Syrii Gindzie i jego towarzyszach. Żyli oni we wspólnocie, mając za kompanów także dzikie zwierzęta. Żywili się tym co mogli uzbierać i znajdowali się w ciągłym ruchu, przemierzając pustynię i trudno dostępne tereny górskie. Przestrzegali również surowych postów. Faustus wskazuje, że Ormianie znali rytualne zagłodzenie się na śmierć. Przyznacie, że opis zgadza się z podaniami Efrema i Izaaka? Autor innego ormiańskiego źródła, Jan Mandakuni, opisywał także zwyczaj samospalenia i wydania się na żer dzikich zwierząt.

    Z opisów syriackich i ormiańskich widać, że znaczna część świętych mężów i matek nie żyła cały czas w odosobnieniu lub swojej wspólnocie. Wędrowali po regionie i okolicach nawracając, nauczając i dokonując cudów (a przynajmniej tak twierdzą źródła). No właśnie, matek. Warto się nad tym trochę zatrzymać. Zdaniem Brocka i Ashbrook, żywoty syriackich świętych pokazują, że kobiety odgrywały tutaj znacznie większą rolę niż we wspólnotach helleńskich i łacińskich. Były również mocno reprezentowane w ruchu monastycznym, gdzie miały swoje wspólnoty lub żyły w tych koedukacyjnych. To, obok surowej dyscypliny przeplatanej czasem bardzo radykalnymi zwyczajami, była jedna z cech pierwszych uchwytnych wspólnot monastycznych Syrii i Mezopotamii. Z wędrownym trybem życia łączyła się również działalność misyjna. Wiemy, że syriaccy chrześcijanie bardzo wcześnie zaczęli docierać do tak odległych zakątków jak Azja Środkowa czy Chiny, a ich późniejsze kościoły (jakobicki i nestoriański) miały swoje diecezje na terenach rozciągających się między Syberią a Sri Lanką, Eufratem i Morzem Wschodniochińskim.

    Tak jak wspominałem - z biegiem czasu na model syriacki nałożyły się wpływy Egiptu, które zostały uznane za wzorcowe dla chrześcijańskiego monastycyzmu i rozprzestrzeniły się nie tylko na terenach cesarstwa, ale także poza nim. W dużej mierze nadpisały one wcześniej egzystujące tradycje ascetyczne, pustelnicze i monastyczne oraz przetransformowały je, dokonując reinterpretacji w myśl teologii rozwiniętej przez Atanazego z Aleksandrii i samych Ojców Pustyni. Nie oznacza to jednak całkowitego zastąpienia i usunięcia przeszłości. Mnisi syriaccy zachowali na przykład wspominaną przed chwilą skłonność do misyjnej włóczęgi co bardzo przyczyniło się do rozrostu tamtejszych wspólnot.

    Dzisiejszy odcinek to tylko wprowadzenie. I to w zasadzie wprowadzenie do wprowadzenia, mające na celu pokazać, że monastycyzm nie był wyłącznie egipskim wynalazkiem z przełomu III/IV wieku, tylko czymś, czego zaczątki obecne były w żydowskiej i chrześcijańskiej tradycji długo, długo wcześniej. W następnym przeniesiemy się nad Nil i wejdziemy w temat nieco głębiej.

    PS. Wielkie dzięki dla @robson7 za pomoc w walce z kulejącą znajomością pisanej polszczyzny
    PS1. Źródła w komentarzach
    PS2. Klasycznie- proszę o zgłaszanie błędów

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #niedoszlahistoria #historia #zainteresowania #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne

    Mozaika z XI wieku przedstawiająca Efrema Syryjczyka
    pokaż całość

  •  

    Witam wszystkich po długiej przerwie, która niestety jeszcze troszeczkę potrwa, aczkolwiek nie dłużej niż do końca lipca bieżącego roku (oby!). Dzisiejszy odcinek nie jest bowiem częścią głównej serii, a raczej czymś pisanym obok, tak jak ten poświęcony Mandejczykom. Temat ma nieco wspólnego z tym, o czym traktuje główna seria, ale jest inny. Będą nim mianowicie książki. Niekoniecznie jednak chodzi o książki tak jak dzisiaj je rozumiemy - to znaczy papierowe strony w oprawce. Będzie bowiem mowa o piśmiennictwie starożytnym, które było często utrwalane było w formie papirusowego zwoju. Z biegiem czasu jednak zaczął wypierać go pergamin, wywodzący się ze starożytnego regionu znanego jako Pergamon.

    Nie o szczegóły techniczne tu jednak chodzi, a to, w jakim stopniu piśmiennictwo starożytne dotrwało do naszych czasów. Kto nie spał na lekcjach ten wie, że powstawały wówczas całe biblioteki. Najsłynniejsza, ta w Aleksandrii, miała mieścić około 550 000 woluminów. Pergamońska, zdaniem Plutarcha, dochodziła do 200 000. Nie mamy dobrych informacji o liczbach z Aten, ale wiemy, że miasto filozofów miało przynajmniej trzy takie instytucje: Ptolemaion, Bibliotekę Hadriana i Bibliotekę Pantainosa. Mniej znane biblioteki mieściły się poza tym na przykład na Rodos czy w Antiochii. Większość dzieł spisywana była po grecku (zwłaszcza prace na temat nauk wszelakich, czyli filozofii w starożytnym tego słowa rozumieniu). Część prac pisana była po łacinie (głównie akty prawne, kodeksy i te dotyczące administracji), syriacku czy w którymś z języków irańskich.

    Ile z tych dzieł przetrwało dziejowe zawirowania? Jest to bardzo dobre pytanie, ale nie mamy tutaj miejsca żeby na nie odpowiedzieć w sposób kompleksowy. Szacunki są bardzo różne - niektórzy posuwają się wręcz do twierdzenia, że przetrwał zaledwie 1% dzieł starożytnych. Uczeni są generalnie bardziej ostrożni w ocenach oraz pełni rezerwy co do metod takich wyliczeń, ale powszechnie przyjmuje się, że przetrwało raczej mniej niż więcej. Czemu tak się stało? No cóż, historia nie lubi nudy, w związku z czym jest pełna wojen, podbojów, łupiestwa zwycięskich armii, pożarów, powodzi, tumultów i im podobnych. Wszystko to. to w dużym skrócie - rzeczy, które raczej nie sprzyjają konserwacji papirusu i pergaminu.

    Swoją cegiełkę do niszczenia dziedzictwa poprzednich wieków dorzucili także niektórzy chrześcijanie, żyjący na pograniczu epok. No i, wybaczcie przydługawy wstęp, tym się zajmiemy w tym miniodcinku. Jakieś uwagi na ten temat pojawiały się często przy okazji gównoburz pod tagiem #naukowcywiary i zainspirowało mnie to żeby trochę bliżej przyjrzeć się tematowi. Palenie, niszczenie czy cenzurowanie książek przez chrześcijan można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą określiłbym mianem “państwowej”, drugą zaś “spontanicznej”. W tej pierwszej mieszczą się przypadki niszczenia dzieł literackich z rozkazu rządzących, często inspirowanych przez wyznanie osoby odpowiedzialnej lub kościoły, a do drugiej zakwalifikowałbym te, w których chrześcijańskie tumulty “brały sprawy we własne ręce”. My skupimy się na tej pierwszej kategorii, bo nie chce napisać tutaj grzmota na 18 stron A4.

    Niszczenie książek i/lub cenzura nie były chrześcijańskimi wynalazkami, a państwo rzymskie miało w tej dziedzinie długie tradycje. Źródła wskazują na przykład, że niszczenie pism miało miejsce w II wieku przed Chrystusem, przy próbach złamania Bachanaliów. Sami chrześcijanie w czasach prześladowań Dioklecjana mieli okazję doświadczyć niszczenia pism przez Rzymian. Przykładem mogą być wydarzenia z Nikomedii z 303 roku, gdzie na mocy rozporządzeń cesarza zniszczono miejsce spotkań chrześcijan i wszystkie znalezione tam pisma. Zdarzały się też przypadki palenia ksiąg chrześcijańskich razem z ich posiadaczami (dodajmy, że jeszcze żywymi). Bardzo podobnie traktowano inne “wywrotowe” grupy, takie jak na przykład Manichejczycy. Zoroastryjska Księga Arta Wirafa zaświadcza, że i Hellenom sztuka palenia zwojów nie była obca (aczkolwiek dewastacja Persepolis to dość kontrowersyjny temat i generalnie historycy sprzeczają się czy było to celowe niszczenie perskiego dziedzictwa kulturowego, czy zwykłe łupiestwo połączone z wandalizmem).

    Wraz z rozprzestrzenieniem się chrześcijaństwa i zdobywaniem przez nie (czyli w sumie przez kościoły, które rościły sobie prawo do jego definiowania i reprezentowania) wpływów w państwie rzymskim, część chrześcijan przejęła te niechlubne metody. Czytelnicy #niedoszlahistoria pamiętają zapewne, że chrześcijanie mieli bardzo różne podejście do pogańskiego dziedzictwa. Byli wśród nich tacy, którzy totalnie odrzucali osiągnięcia pogańskiej filozofii, kultury i idee religijne obecne w pogańskich społecznościach. Inni byli bardziej zniuansowani i twierdzili, że pewne rzeczy są jak najbardziej godne uwagi i nie sprzeczne z nauczaniem chrześcijańskim (jakkolwiek je definiowali). Często odwoływali się oni do idei o pierwotnym objawieniu, według którego Bóg ukazał niepełne prawdy różnym ludom, aby utorować drogę swojemu przyjściu na świat. Chodziło nie tylko o dziedzictwo żydowskie, ale także o intelektualne osiągnięcia pogańskiego antyku.

    Pewne postawy i poglądy były jednak wspólne. Może nie dla wszystkich, ale na pewno dla znaczącej liczby chrześcijan. Ważnym elementem religii pogańskich była magia. Trzeba tu zaznaczyć, że mówimy o czasach i społeczeństwach, w których rozdział spraw religijnych i niereligijnych w zasadzie nie istniał i taki sposób myślenia był praktycznie nieobecny. Magia czy wiara w nadprzyrodzone nie ograniczały się do świątyń, życia prywatnego czy wspólnotowego. Były one całą mocą obecne w życiu publicznym czy umysłowym i odciskały swoje piętno na filozofii. To rodziło poważne problemy, bo dla większości chrześcijan magia była czymś złym i nie do przyjęcia z definicji. Dodatkowo, wraz z postępującym definiowaniem ortodoksji i adaptacją chrześcijaństwa w tej interpretacji jako oficjalnej ideologii państwa rzymskiego, bardzo mocno kurczył się zakres tematów, na które można było swobodnie dyskutować. Dla niektórych problemem stawała się nie tylko magia czy wróżby, ale jakikolwiek inny światopogląd. Oczywiście nie ma tu mowy o cenzurze czy prześladowaniu w stylu bliższych nam totalitaryzmów. Ponadto trzeba by dodać, że radykałowie nie zawsze mieli największy posłuch.

    Przyjrzymy się tutaj wydarzeniom i prawu zebranemu w kodeksach późnej starożytności, wymierzonym w publikacje i osoby głoszące “nieprawomyślne opinie”. Na dzień dobry idą procesy czarowników, do jakich doszło podczas panowania Walensa. Rzecz zaczęła się w Antiochii w 372 roku. Podstawą było prawo uchwalone w 370 roku zakazujące nauczania i uprawiania astrologii pod groźbą kary śmierci. Procesy w Antiochii były najprawdopodobniej reakcją Walensa na działania wróżbitów, którzy próbowali przewidzieć jego przyszłość i to, kto go zastąpi. Miał więc podwójny motyw - jako chrześcijanin był przeciwny czarom i wróżbom, jako cesarz nie życzył sobie, aby ktoś mieszał się w jego panowanie. Według Ammianusa Marcellinusa, większość ofiar stanowili filozofowie. Wszyscy oni zostali poddani torturom (standardowa procedura), a niektórzy spaleni żywcem. Wśród nich znajdował się Maksymus, nauczyciel Juliana Apostaty, który jak się przypuszcza, odegrał sporą rolę w kształtowaniu się poglądów religijnych ostatniego (neo)pogańskiego cesarza Rzymu.

    Nie tylko ludzie ucierpieli w trakcie procesów - zarekwirowano i zniszczono książki, jakie posiadali oskarżeni. Ammianus donosi, że większość z nich dotyczyło tak zwanych sztuk wyzwolonych i sztuki. Dodaje też, że samo posiadanie dzieł jakie mieli domniemani “konspiratorzy” wystarczyło, by zostać zakwalifikowanym do ich grona. Potwierdzają to pisma Jana Chryzostoma, relacjonującego historię człowieka, który nie chcąc wpaść w sidła obławy wrzucił posiadaną przez siebie księgę do rzeki. Została ona jednak odnaleziona, a on sam skazany na śmierć. Dzięki zeznaniom torturowanych udało się znaleźć poszlaki prowadzące do innych uczestników domniemanego spisku czarowników - tym razem już nie tylko w Antiochii. Polowanie na “konspiratorów” miało miejsce na terenie całego rzymskiego Wschodu. Ze szczególną pieczołowitością przeglądano literackie kolekcje oskarżonych. Ammianus pisze, że z uwagi na to, że posiadanie pewnych dzieł (niekoniecznie stricte “magicznych”) groziło torturami, ludzie posuwali się do niszczenia ksiąg i zwojów, jakie posiadali.

    Hermiasz Sozomen żyjący w V wieku pisał, że czasy panowania Walensa, to okres, w którym “zginęli wszyscy helleńscy filozofowie”. Nie należy jednak brać jego słów dosłownie - jego dzieło jest znane z triumfalizmu, próby ukazania wielkiego zwycięstwa jego Kościoła nad wszelkimi możliwymi rywalami i przedstawieniu ich w jak najgorszym świetle. Co do relacji Ammianusa czy Zosimosa (o której nie wspomniałem, ale jest ona utrzymana w bardzo podobnym tonie), to również należy być ostrożnym. Obydwaj mogli “nieco” podkoloryzować zarzuty i przerysowywać postawę Walensa, jako że sami byli poganami, a Ammianus dodatkowo obwiniał cesarza o katastrofalną sytuację polityczną, jaka doprowadziła do klęski Rzymian pod Adrianopolem.

    Rohmann uważa, że akcja wymierzona w domniemaną konspirację faktycznie zakończyła się zniszczeniem dzieł antycznych twórców oraz śmiercią wielu wykształconych obywateli imperium (co ciekawe: byli wśród nich także chrześcijanie). Przywołuje na przykład wzmianki o działającym na Wschodzie prokonsulu Festusie, dość odważnie szafującym wyrokami śmierci. Z drugiej strony twierdzi, że opisy Zosimosa i Ammianusa (oraz innych pogańskich autorów) mogą być mocno przesadzone. Relacje te składają się jednak na obraz, który chociaż w części jest prawdziwy - ludzie byli oskarżani o udział w spiskach na podstawie posiadanych przez siebie książek i znaczna część z nich należała do grupy, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, inteligencji. Wielu zginęło, a ich kolekcje literackie zostały zniszczone przez nich samych lub przez oskarżycieli.

    Kolejne większe akcje niszczenia książek miały miejsce w czasach Teodozjusza I, który ogłosił ortodoksyjne chrześcijaństwo oficjalną religią państwa, co w konsekwencji mocno ograniczyło spektrum dopuszczalnych poglądów w debacie publicznej. Na początku swojego panowania Teodozjusz zdawał się nie występować przeciwko poganom, ale wg. opinii części historyków zmienił zdanie pod wpływem biskupów takich jak Ambroży z Mediolanu (jest to jednak gorąco debatowana kwestia). W 391 lub 392 roku ogłosił szereg praw wymierzonych w pogan. Zostały wcielone w życie w sposób zorganizowany - w każdym mieście powoływano bowiem zespół ludzi odpowiedzialnych za rozstrzyganie w tego typu sprawach, wielu z nich było wykształconych, co było niezbędne dla właściwej oceny rekwirowanych dzieł pisanych.

    Najbardziej ścigano za posiadanie literatury heretyckiej, magicznej i krytykującej chrześcijaństwo.W 386 roku Walentynian II i Teodozjusz zabronili czytania pamfletów antychrześcijańskich pod groźbą kary śmierci. Jedyną nadzieją na ocalenie głowy było wydanie autora jeśli nie był on znany. Obowiązkiem każdego mieszkańca imperium, jeśliby znalazł taką publikację, było jej natychmiastowe zniszczenie i zgłoszenie władzom o zaistniałej sytuacji. Z prawa tego korzystał często Cynegiusz, prefekt pretorianów wschodniej części Imperium, współpracujący z niektórymi biskupami przy niszczeniu pogańskich miejsc kultu. Podobne prawo wydali w 406 cesarze Arkadiusz i Honoriusz, a w 407 roku potwierdzili je, po czym w 409 roku ogłosili, że wszyscy posiadacze nieprawomyślnych ksiąg muszą je oddać w celu zniszczenia i nawrócić się na ortodoksyjne chrześcijaństwo.

    O niszczeniu ksiąg w tym okresie donosił także Augustyn z Hippony, aczkolwiek winą za to obarczał lokalny kler, a nie rzymskie władze. Jest to możliwe, gdyż na mocy wspomnianego prawa z 409 roku, administracja imperialna nadawała im takie uprawnienia. Augustyn na początku swoich wyznań wspominał o tym kilkukrotnie i na tej podstawie sądzi się, że był to tak zwany chleb powszedni. Zwłaszcza na Zachodzie, nie będącym tak schrystianizowanym, jak Wschód. Z drugiej jednak strony wiemy, że tego typu przepisy nie zawsze były wprowadzane w życie tak, jak chcieliby legislatorzy. Lokalna administracja, często gęsto uwikłana w interesy lokalnej społeczności, miała tendencję do tego, żeby na wiele rzeczy patrzeć przez palce. Do tego dochodziła wspomniana niejednorodna postawa chrześcijan wobec różnych elementów “starego świata”. Świadczy o tym choćby częstotliwość ogłaszania edyktów - co jakiś czas odpowiednim organom trzeba było “przypominać” czego życzy sobie cesarz i jego otoczenie, ponieważ nie przestrzegali oni ustanowionych wcześniej praw.

    Choć ciężko dokładnie określić na ile prawa te były skuteczne i egzekwowane, to ze źródeł wiemy, że takie akcje zdarzały się co jakiś czas i “astrologowie” byli prześladowani, wypędzani a nawet skazywani na śmierć. Pod tym mianem kryją się, zdaniem Rohmanna, nie tylko magicy i wróżbici, ale także heretycy i ci spośród pogan, którzy narazili się lokalnemu klerowi/wpływowym chrześcijanom. Niszczenie literatury heretyckiej i manichejskiej jest dobrze poświadczone nie tylko w zbiorach praw rzymskich i kanonicznych. Cesarze z dynastii teodozjańskiej nie byli tutaj zbyt oryginalni, bo już w czasach Konstantyna zniszczono dzieła podejrzewane o sprzyjanie arianizmowi oraz prace Porfiriusza. Kontrowersje w ramach chrześcijaństwa sprawiły, że heretyckich dzieł do niszczenia nigdy nie brakowało. Działalność innych kultów i krytyków chrześcijaństwa dokładała materiału.

    Kodeks Justyniana, skomponowany do 534 roku, również zawierał przepisy wymierzone w publikacje uznane za sprzeczne z nauczaniem kościoła lub jawnie przeciwko niemu występujące. Justynian poszedł jednak o krok dalej i w 529 roku zabronił poganom (a jakaś część filozofów była jeszcze poganami) i Żydom nauczać oraz pełnić ważne funkcje publiczne. Przepisy z 531 roku zabraniały wręcz nauczania czegokolwiek, co nie było zgodne z przyjętą wówczas definicją ortodoksji. Noethlichs zauważa, że antyczne teksty nadal były studiowane (inaczej przecież nie miałyby szans przetrwać do naszych czasów). Rohmann uważa, że prawo to miało na celu co innego: pozbawić pogańskich filozofów wpływów i pieniędzy z nauczania.

    Prawa te, w przeciwieństwie do wielu innych podobnych im przepisów, faktycznie weszły w życie (przynajmniej w jakimś stopniu), o czym zaświadczają na przykład Zosimos i Prokopiusz. Ich zdaniem sprawiły one, że nieortodoksyjni lekarze i uczeni stracili źródło zarobku. Co ciekawe, prawo to było wymierzone tak samo w chrześcijan uznanych za heretyków, jak i pogan. Jego ogłoszenie wiąże się często z zamknięciem tzw. Akademii Platońskiej (w praktyce byli to jednak neoplatonicy działający w Atenach, zmuszeni do zarzucenia nauczania). Wydarzenie to urosło do rangi symbolu końca antycznych tradycji intelektualnych, ale zdaniem współczesnych historyków, mocno na wyrost, ponieważ “Akademia” miała niewiele wspólnego z historyczną Akademią Platońską, a inne “szkoły” pogan lub te, w których poganie nauczali (np. w Antiochii czy Aleksandrii) działały nadal. Hannam, posiłkując się Malanasem (syryjski kronikarz żyjący w VI wieku), uważa, że dekret był wymierzony tylko w neoplatoników z Aten.

    Sankcja pragmatyczna z 554 roku głosiła dodatkowo, że annonę, pieniądze za nauczanie przyznawane z budżetów miast, mogli otrzymywać jedynie nauczyciele wyznający ortodoksyjną wersję religii chrześcijańskiej. Przepisy kodeksu podtrzymywały także wcześniejsze prawa zezwalające na przejmowanie majątków osób uznanych (na jakiejkolwiek podstawie) za pogan lub heretyków. Ewentualne publikacje podpadające pod jedną z tych kategorii miały być niszczone. Od czasów Marcjana przestępstwem były też wszelkie dyskusje podważające ortodoksyjne nauczanie (fakt jest jednak taki, że przepis ten był słabo egzekwowany). Tak zwani heretycy mieli jeszcze gorzej niż poganie-innowiercy. Jest to tendencja, która utrzymywała się także w późniejszych czasach.

    Jedną z najlepiej opisanych akcji represyjnych przeciwko “heretykom i poganom” z czasów Justyniana była ta z Antiochii. Znamy ją dobrze dzięki “Żywotowi Świętego Symeona”, a postać świętego robi za tło do całej afery. Otóż, zdaniem autora poganie i heretycy byli liczni w mieście i czuli się bardzo pewnie. Tak pewnie, że zniszczyli dzieło sztuki, będące wotem dla Symeona. Jego sponsorem był jeden z nawróconych pogan, który miał zostać uleczony za sprawą świętego. Symeon przepowiedział wówczas, że winni postępku zostaną ukarani, a miasto oczyszczone z grzechu. Według relacji, kilka miesięcy później do Antiochii przybył oficjel zwany Amancjuszem, który szybko zaczął “ciąć heretyków równo z ziemią”.

    Wielu znaczących mieszkańców straciło dobytki (część życie). Co ciekawe tekst dość jasno mówi o książkach, które posiadali oskarżeni i skazywani i wskazuje, że były one traktowane jako bardzo szkodliwe i to na nie spada odpowiedzialność za błędne poglądy karanych - zostają one przyrównane do idoli (tj. fałszywych bóstw). Dalej relacja mówi, że książki zostały znalezione, zarekwirowane i zniszczone - dokładnie tak, jak przewidział święty Symeon. Źródło nie mówi dokładnie o jakie księgi chodziło, ale wymienia rodzaje i obok standardowych czarów, wróżb, herezji, pogaństwa etc. na liście są jeszcze “automatycy” czyli zwolennicy epikureizmu.

    Epikureizm był szkołą filozofii greckiej, na którą chrześcijanie patrzyli z największą podejrzliwością i wrogością. I ta uwaga nie tyczy się tylko tych odrzucających (lub podchodzących z rezerwą) do dziedzictwa filozofii. Potężnie upraszczając opierała się ona na poglądach, które można opisać jako materializm. Sam Epikur często krytykował różnego rodzaju przekonania o istnieniu sił nadprzyrodzonych, w tym wiarę w bogów. Tego typu poglądy w społeczeństwie, w którym ateizm był karany śmiercią (i nie mam tutaj bynajmniej na myśli tylko chrześcijańskiego Imperium Romanum, ale także pogańskie) sprawiły, że jego zwolennicy byli w konflikcie z wieloma innymi szkołami filozoficznymi. Pojawienie się chrześcijaństwa nie poprawiło ich sytuacji. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że powszechnie przyjmuje się, że w czasach dominacji chrześcijaństwa z epikureizmu i tak niewiele już zostało.

    Dokładne ocenienie tego, jaki procent książek, które nie dotrwały do naszych czasów, został zniszczony w wyniku wyżej opisanych akcji i im podobnych, jest niemożliwe. Fakt, że tak mało piśmiennictwa starożytnego przetrwało do dzisiaj powszechnie przypisuje się czynnikom omówionym wcześniej. Niewątpliwie jednak jakaś część dziedzictwa antyku została zniszczona w toku akcji, o których traktuje tekst i im podobnym. Nie chodzi tylko o dzieła religijne, magiczne i astrologiczne. Nie było wówczas ostrych granic (o ile one kiedykolwiek były) między tymi dziedzinami, a sferą świecką - był to jeden z powodów tego, że prace, które dzisiaj ocenilibyśmy jako “naukowe” wpadały do tej samej kategorii, co dzieła, które zakwalifikowalibyśmy jako “magia i ezoteryka”. Istnieje jednak możliwość, że część prac “naukowych” została zniszczona z uwagi na to, że zawierała poglądy niezgodne z tym co było wówczas uznawane za obowiązującą ortodoksję.

    Oczywiście opinie na te kwestie wśród samych chrześcijan były zróżnicowane - niektórzy (zwłaszcza ci wywodzący się z warstw wyższych) twierdzili, że jak najbardziej należy zezwalać na debatę, wielość wierzeń i interpretacji. W czasach Justyniana czy Teodozjusza dominujące poglądy i podejście były już jednak inne, przynajmniej na szczytach władzy (bo w samym kościele to już niekoniecznie). Wiązało się to w dużej mierze ze wspomnianą już ideologizacją ortodoksyjnego chrześcijaństwa i początkami czynienia z niego oficjalnej ideologii państwowej. Wielu biskupów przyklasnęło tym pomysłom i dążeniom, a jedyne czym się w tej materii różnili, to która interpretacja powinna być wspierana i przyjęta przez państwo. Zaś zwycięski obóz ortodoksów, który w IV wieku uzyskał przewagę nad innymi, sam zaczął bardzo szybko dzielić się - ale to już inna historia, chociaż i w trakcie tych wydarzeń niszczono książki ideologicznych oponentów, z których część napisana została w II czy III wieku po Chrystusie.

    PS. Po raz kolejny składam hołdy @robson7 za uczynienie tekstu czytalnym. Gdyby jakieś błędy się ostały to proszę o zgłaszanie.

    PS.1. Źródła w komentarzu.
    PS.2. Odcinek z głównej serii już niedługo (naprawdę).

    Justynian z ekipą

    #niedoszlahistoria #historia #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #4konserwy #neuropa #chrzescijanstwo #starozytnosc
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc.27 w którym bijemy rekord sprzed tysiąca lat

    Kiedy myślimy o prawosławiu (zakładając, że w ogóle o nim myślimy) na myśl przychodzą nam zapewne Grecy i wschodni oraz południowi Słowianie. Jeśli kumamy coś z historii, to wyobraźnia podsuwa nam Bizancjum, Ruś Kijowską, Serbię, Bułgarię czy Cesarstwo Rosyjskie. Jeśli uważnie czytaliśmy #niedoszlahistoria to… a, no tak, do tego momentu jeszcze nie doszliśmy. Nasze skojarzenia raczej nie zaprowadzą nas do parnych i zielonych terenów Ameryki Środkowej i Majów. Niesłusznie.

    Tak się bowiem składa, że w 2010 roku Majowie dokonali, jak to ujął ojciec Peter Jackson, „największej masowej konwersji na prawosławie od czasów chrztu Rusi Kijowskiej”. Z kronikarskiego obowiązku dodajmy tylko, że Włodzimierz Wielki przyjął chrzest w 988 roku. Ale zaraz, zaraz, jacy Majowie? Przecież cywilizacja Majów przygasła jeszcze przed przybyciem Hiszpanów do „Nowego Świata”, a europejska konkwista dokonała dzieła! Z grubsza jest to prawda. Tyle, że Majowie żyją do dzisiaj.

    Piramida El Castillo w Chichen Itza

    Mimo politycznej dominacji kolonialnych władców, która przyniosła między innymi prześladowania, choroby i niewolnictwo, część Majów przetrwała na wiejskich terenach Jukatanu i Gwatemali, oddalonych od dużych centrów administracyjnych. Nie dali się kastylianizacji. Przetrwali też kreolizację (proces przyjmowania kultury latynoskiej) i prześladowania ze strony rządów i współobywateli o bardziej „europejskim” pochodzeniu. No i ludobójstwo - na przykład w latach 80. XX wieku rząd gwatemalski przeprowadził kampanię terroru pod płaszczykiem walki z komunistyczną partyzantką; według szacunków zginęło wtedy ponad 40k Majów.

    Liczbę członków majańskich grup etnicznych szacuje się obecnie na 7 milionów, z czego większość zamieszkuje tereny, na których żyli ich przodkowie. To, że przetrwali nie znaczy jednak, że wpływy hiszpańskie i kreolskie w ogóle ich nie dotknęły. Nie wszyscy posługują się językami majańskimi, których jest około 21. Część z nich mówi tylko po hiszpańsku lub angielsku (Majowie żyją także w Belize) lub posługuje się którymś z kreolskich miksów języków europejskich i lokalnych. Wpływy dotknęły także sfery duchowej - katoliccy misjonarze nawrócili większość wspólnot na tę właśnie religię.

    Żywy dowód na to, że Majowie żyją i mają się dobrze

    Jak to jednak przy katolicyzacji bywa, sporo starych wierzeń zostało włączonych w ramy nowego wyznania, ale w zchrystianizowanej otoczce. I tak na przykład jedno z lokalnych bóstw, Mama, zostało utożsamione z chrześcijańskim misjonarzem Szymonem, który działał na rzecz wspólnot Majów w XVI wieku. Kult Świętego Szymona (zwanego też Maximónem) jest bardzo popularny w Gwatemali. Wspólnot Majów nie ominęła eksplozja ewangelikalnego chrześcijaństwa, której początki przypadają na koniec XX wieku. Wiele osad i miasteczek porzuciło Kościół Katolicki na rzecz ewangelikalizmu.

    I tu zaczyna się nasza właściwa historia. Jest ona ściśle powiązana z osobą gwatemalskiego katolickiego duchownego, Andrésa Giróna. Girón, choć nie był Majem, zawsze troszczył się o rdzenne wspólnoty. Zaangażował się między innymi w ruch, broniący praw Majów do ziemi, którą chcieli odebrać im farmerzy. Pamiętacie o wspominanym przed chwilą ludobójstwie? Generalnie życie Majów w drugiej połowie XX wieku w Gwatemali nie było usłane różami. Aktywistom udało się jednak obronić i ocalić chociaż część rdzennych rolników. Girón wyrósł w oczach Majów na bohatera i obrońcę.

    Girón z ekipą (ten z czerwonym krzyżem)

    Organizował Majów nie tylko politycznie i społecznie, ale także duchowo. Zaangażował się w charyzmatyczny Ruch Odnowy w Duchu Świętym. Jego popularność była bardzo duża wśród rdzennej ludności z uwagi na bardzo ekspresyjną religijność. Girón, nieustępliwie walczący o prawa Majów, zaczął popadać w konflikty z tą częścią katolickiej hierarchii, która trzymała raczej z bogatszą warstwą społeczeństwa i broniła jej interesów. Do tego doszły spory o liturgię. W końcu konflikt urósł do takich rozmiarów, że Girón zdecydował się wystąpić z kościoła.

    Pociągnął za sobą wielu zwolenników. Ciężko powiedzieć jak liczna była to grupa - szacunki wahają się od kilkudziesięciu tysięcy do około 200k. „Schizmatycy” trafili pod skrzydła organizacji znanej jako Towarzystwo Świeckich Kleryków Świętego Bazylego. Ugrupowanie to można opisać jako tzw. „zachodnie prawosławie” - jest to zbiorczy termin na grupy, które nawiązują do prawosławnej tradycji (i często znajdują się w komunii z kościołami Wschodnimi), ale zachowują zachodnie ryty liturgiczne. Wszystko to miało miejsce w 2006 roku.

    W międzyczasie Girón wszedł w kontakt z metropolitą Atenagorasem, zwierzchnikiem greckiej cerkwi na terenie Meksyku, Ameryki Środkowej, Karaibów, Kolumbii i Wenezueli (pod auspicjami patriarchatu Konstantynopola). Skąd w ogóle wzięła się grecka cerkiew na tych terenach? No to już inna historia, związana z migracjami Greków. Hellenowie są trochę jak Żydzi - ciężko znaleźć kraj, w którym nie byłoby zorganizowanej diaspory, dbającej o kultywowanie greckiej kultury. Po długim procesie poznawania się i dogadywania, Atenagoras ogłosił w 2010 roku, że grupa prowadzona przez Andrésa Giróna, przechodzi pod jego jurysdykcję.

    Atenagoras i jego nowa owczarnia

    I tak naprawdę to nie koniec historii, a dopiero jej początek. Pod metropolię Atenagorasa przed 2010 rokiem podlegało zaledwie około 5 tysięcy wiernych. Mimo, że dokładna liczba prawosławnych Majów nie jest znana, to szacuje się ją na co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. Na pewno jest to spore wyzwanie od strony „logistycznej”. Jak już jesteśmy przy liczbach, to na samym początku, gdy górę wziął hurraoptymizm, mówiono (jak na przykład przywoływany już Peter Jackson) o ponad 100k nowych wiernych. Szacunki dochodziły nawet do 500k.

    Potem, gdy zaczęto organizować struktury kościoła i wzięto się za katechizację na poważnie, okazało się, że tak naprawdę nikt do końca nie wie ilu konwertytów pozyskano. Nie można tutaj po prostu zliczyć wszystkich zwolenników Giróna - wielu z nich zdecydowało się na protestantyzm lub na pozostanie przy kościele katolickim. Do tego na prawosławie zaczęli z czasem przechodzić ludzie, którzy z ruchem ex-księdza nie mieli nic wspólnego.

    Problem polega na tym, że mówimy tutaj o wsiach i osadach, nieraz bardzo oddalonych zarówno od siebie nawzajem, jak i od dużych ośrodków. Z biegiem czasu zaczęły pojawiać się ostrożniejsze szacunki - i tak na przykład prawosławny duchowny John Chakos twierdzi, że liczba prawosławnych Majów wynosi kilkadziesiąt tysięcy, ale nie przekracza 100k. Strona Mayanorthodox zaś, podaje liczbę około 40k i 100 parafii.

    Gwatemalski prawosławny band w pełnym składzie

    Misjonarze, odpowiedzialni za odprawianie nabożeństw i organizację cerkwi, prowadzą wręcz nomadyczny styl życia - jest ich bowiem zaledwie sześciu. Większość czasu spędzają podróżując od jednej wsi do drugiej. Według przywoływanego już Chakosa, głównym wsparciem są rady starszych i wiejscy katecheci, którzy jednak wiedzą bardzo niewiele na temat swojej nowej religii. Cerkiew przyznaje, że struktury są dopiero tworzone, a wierni, choć deklarują się jako prawosławni, dopiero uczą się co to pojęcie tak naprawdę oznacza.

    Źródła i małe wyjaśnienie w komentarzu.

    #religia #wiara #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #historia #prawoslawie #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #daszwiare

    Wnętrze prawosławnego klasztoru w Gwatemali.
    pokaż całość

  •  

    Dzisiejszy odcinek będzie trochę inny, bo muszę sobie zrobić małą przerwę od chrześcijaństwa. Poza tym, nieładnie się tak ograniczać i pomijać bogactwo innych kultur. Niestety, bardzo ciężko wyjść z europocentryzmu. Dlatego też ten wpis będzie miksem tego, co “obce” i tego, co znane - mianowicie zajmiemy się najbardziej wysuniętymi na Wschód państwami greckimi i ich relacją z buddyzmem. W przeciwieństwie do głównego cyklu nie będę mocno wnikał w szczegóły, ponieważ tekst piszę dla odprężenia.

    Wracając do tematu, to nieco przewrotnie można by napisać, że moda na „mądrości Wschodu” wśród przedstawicieli kultur europejskich ma nieco dłuższy rodowód niż ruch hippisowski i duchowość a’la New Age. Jednym z pierwszych, dobrze udokumentowanych religijnych kontaktów między Indiami a Europą było zderzenie Greków z subkontynentem w IV wieku przed Chrystusem.

    Zapewne każdy kojarzy postać Macedończyka i fakt, że dotarł on aż do Indii, gdzie również podporządkował sobie pewne terytoria. Tyle tylko, że od tego momentu narracja się zwija. Żołnierze się buntują, Aleksander zawraca, umiera na terenie Persji, a jego imperium dzielą między siebie diadochowie. Kto bardziej uważny, ten kojarzy, że gros terytoriów na Wschodzie przypadła Seleukosowi.

    I to w zasadzie na tyle. Podręczniki koncentrują się na relacjonowaniu wydarzeń z Bliskiego Wschodu, te zaś zachodzące na dalszym, traktują po macoszemu albo całkowicie zlewają. W moim przypadku podręcznik olał temat całkowicie, w związku z czym, jako licealista byłem przekonany, że widocznie greckie panowanie się tam nie utrzymało i lokalsi sobie, a świat hellenistyczny sobie.

    Tyle, że to nieprawda.

    W 330 roku przed Chrystusem Aleksander zawitał do perskiej Baktrii i podporządkował sobie ten region. Gdy ruszył żeby podbijać dalej, zostawił na miejscu 3500 kawalerzystów i 10k piechoty. Mieli oni za zadanie strzec nie tylko władzy Aleksandra, ale także spokoju miast i osad przez niego założonych. Bardzo podobny scenariusz powtórzył się w północno-wschodnich Indiach. Aleksander miał rozmach - według podań, samych Aleksandrii założył koło 70.

    Nieprzypadkowo nieco późniejsi greccy i rzymscy geografie określali baktryjską część Azji Środkowej jako „krainę tysiąca miast”. Ściągający tu greccy osadnicy przynosili ze sobą swoje wierzenia, tradycje i kulturę. Wbrew sceptycyzmowi niektórych badaczy, wiele z tych osad stała się (lub była od początku) miastami pełną gębą, a Baktria przeobraziła się w żywotne centrum kultury hellenistycznej. Sztandarowym przykładem jest Ajchanom, ze swoim pałacem, agorą, teatrem i gimnazjonem.

    Grecy nie byli jednak jedynymi mieszkańcami tych wszystkich Aleksandrii, Antiochii (nazwa na cześć seleudzkich Antiochów) i Seleucji (nazwa na cześć eee… seleudzkich Seleukosów). Materiał archeologiczny, taki jak na przykład inskrypcje, poświadcza, że w użyciu było kilka języków - grecki, aramejski, sanskryt i pali. Z czasem widać, że Grecy zaczęli przejmować coraz więcej elementów z otaczających ich kultur. Przykładem mogą być indyjskie i irańskie symbole pojawiające się na monetach, inskrypcjach i płaskorzeźbach.

    Działało to jednak w obydwie strony - tożsamość helleńska „przechodziła” również na miejscową ludność, czego przykładem jest zmienianie imion na brzmiące bardziej grecko. Kultura grecka była w regionie poważana przez długi czas, na co dowodem jest fakt, że elity Saków, Partów czy Kuszanów, którzy zastąpili Greków w roli władców, przejmowały jej elementy. Miksy te były możliwe dzięki polityce Aleksandra, który wbrew swojemu wychowawcy, rojącemu o wyższości Hellenów Arystotelesowi, popierał model etnicznej integracji.

    Helleńskie miasta były bogate dzięki przejęciu achemenidzkich skarbców, eksploatacji surowców naturalnych i rozbudowanej sieci handlowej, łączącej Daleki Wschód z wybrzeżem Morza Śródziemnego. Buzujący handel i możliwość dorobienia się przyciągały osadników z Bałkanów i Azji Mniejszej. Bogactwo i szukanie nowości nie ograniczały się jednak do przybyszów z Zachodu. Te same popędy kierowały zapewne ludnością irańską i indyjską, która również ściągała do poleis. I to nie tylko tych dalekowschodnich - ze źródeł wynika, że ta najsłynniejsza, egipska Aleksandria miała w I wieku przed Chrystusem indyjskich i irańskich mieszkańców.

    Nie wszyscy jednak przemierzali drogę Zachód-Wschód lub Wschód-Zachód dla bogactwa, sławy czy przygody. Niektórzy robili to, bo umiłowali mądrość i byli ciekawi co do powiedzenia mają jej miłośnicy z innych części świata. Już w trakcie samej kampanii, Aleksandrowi towarzyszył filozof Onesykrytus, który zbierał informacje o indyjskich systemach wierzeń. Do świty Macedończyka dołączył Kalanus, jeden z gimnosofistów (nagich sofistów), jak Grecy określali miejscowych ascetów.

    Ze źródeł wynika, że na bardzo wczesnym etapie Grecy byli świadomi tego, że w indyjskiej tradycji religijnej istnieją (uwaga: uproszczenie) dwa główne nurty - bramiński i śramański. Ten drugi, to (również uproszczenie) nurt, gdzie mocno akcentowano ascezę. Wywodzą się z niego takie religie jak buddyzm i dżinizm oraz trzy nieortodoksyjne szkoły hinduizmu: Ćarwaka, Adźnana i Adźiwika.

    Wschód fascynował, a motywy z podbojów Aleksandra weszły do ludowych tradycji i podań. Według Diogenesa Laertiosa, fascynacji tej uległ Pyrron z Elidy wraz ze swoim mistrzem Anaksarchusem. Udali się oni w podróż, w trakcie której pobierali nauki od perskich magów i indyjskich nagich sofistów. W twórczości Pyrrona widać te wpływy - w przeciwieństwie do Platona nie uważał samopoznania za rzecz wartą zachodu ani źródło szczęścia.

    Uważał wręcz, że poznanie (nie tylko samopoznanie, ale poznanie w ogóle) jest niemożliwe. Skoro więc nie da się dojść do prawdziwej własności rzeczy, lepiej wstrzymywać się od osądów. To jego zdaniem prowadzi do ciszy (aphasia), a ta umożliwia powstanie niezakłóconego stanu spokoju (ataraxia). Między Pyrronem, a buddyzmem jest tyle podobieństw, że badacze analizujący podania o nim uważają, że nie ma możliwości żeby jego filozofia rozwinęła się bez wpływów śramany.

    Dodatkową wskazówką jest styl życia Pyrrona, który opisywał w swoich pracach jego uczeń, niejaki Tymon. Według jego relacji, prowadził on bardzo ascetyczny tryb życia. Preferował przebywanie w samotności, ciszę i odrzucenie zmysłowych przyjemności. Dźwięki skupisk ludzkich przyrównywał do roju os. Widać tutaj podobieństwa do praktyk indyjskich ascetów. Mimo to, w żadnym z tekstów nie padają sformułowania charakterystyczne dla wczesnego buddyzmu - stąd nie wiadomo czy Pyrron nie inspirował się jakimś innym nurtem śramany.

    Początki buddyzmu datuje się na V-IV wieku przed Chrystusem. Mimo to, wydaje się jednak, że do czasów powstania imperium Maurjów (ok. 320 roku p.n.e), ruch zapoczątkowany przez Buddę nie zrobił wielkiej kariery poza terenami nad środkowym Gangesem. Państwo Maurjów założył Ćandragupta i było to imperium indyjskie o największym zasięgu terytorialnym w historii. Rzeczony władca pokonał Greków panujących w Pendżabie. Nie oznaczało to jednak końca ich obecności w Indiach. Mimo agresji w Pendżabie, utrzymywał dobre stosunki z Grekami w Baktrii i Seleucydami, których przedstawiciel, filozof Megastenes, stale rezydował na jego dworze.

    Kluczową postacią dla naszej opowieści jest jednak wnuk Ćandragupty - imperator Aśoka. Zanim objął on samodzielną władzę, panował w Taxili, która miała wielu greckich mieszkańców i przed zwycięstwem Maurjów, była stolicą greckiej satrapii. Aśoka początkowo prowadził bardzo ekspansjonistyczną politykę, ale pod wpływem okropieństw wojny, których był świadkiem w trakcie podboju Orissy (wschodnie Indie), nawrócił się na buddyzm i stwierdził, że ułoży swoje państwo w zgodzie z jego nauczaniem.

    Od tego momentu Aśoka zaczął intensywnie działać na rzecz propagowania buddyzmu. Według źródeł zwołał synod 300k mnichów i przekazał im miliard sztab złota. Relacja ta jest zapewne przesadzona, ale przekaz - imperator stawia na buddyzm - jest prawdziwy. Nie poprzestał jednak na donejtach. Wspierał inicjatywy misyjne i próbował przyciągnąć do buddyzmu ludzi pochodzących z różnych grup etnicznych. W tym celu nakazał pisanie w różnych językach, w tym po grecku.

    Jedna z inskrypcji spisanych w grece głosił:

    „Podbój przez Dharmę miał tutaj miejsce, na granicach a nawet sześćset yojanas (4k mil) stąd, gdzie panuje grecki król Antiyoga (Antiochos) oraz dalej, gdzie rządzi czterech królów zwanych Tumayama (Ptolemeusz), Antikini (Antygon), Maka (Magas) i Alikasudara (Aleksander). Tak samo stało się na wschodzie wśród Ćolów, Pandjów i aż do Tamraparni. […] Tak samo na terytorium królewskim, wśród Yonów (indyjskie określenie Greków)… lud wszędzie przyjmuje instrukcje Aśoki dotyczące dharmy”.

    Niestety - z racji braku źródeł zachodnich nie wiemy czy misjonarze buddyjscy dotarli do miejsc przeznaczenia. Jasno jednak widać, że Aśoka podjął próbę nawrócenia swoich greckich poddanych i ich niepodległych kuzynów z Baktrii. Prawdopodobnie triumfalizm z inskrypcji jest nieco przesadzony, ale mamy dobre powody by wierzyć, że jakaś część Greków przeszła na nową religię. Widać to choćby po wysokim stylu greki z inskrypcji buddyjskich, takich jak ta z
    Aleksandrii Arachozyjskiej. Zaświadcza ona o helleńskiej wspólnocie zwolenników buddyzmu w tym mieście.

    Inskrypcji tego typu jest więcej i w wielu przypadkach nie są one wiernym tłumaczeniem tekstów spisanych w sankrycie czy po aramejsku. Autorzy musieli bardzo dobrze znać nie tylko grekę, ale i kulturę helleńską. Widać bowiem, że nie ograniczali się do tłumaczenia, ale tak dobierali sformułowania, aby przedstawić zawarty w tekście koncept w sposób jak najbardziej zrozumiały dla rodaków. I tak na przykład, fragment o powstrzymywaniu się przed zabijaniem i jedzeniem zwierząt jest podany za pomocą sformułowań przypisywanych Pitagorasowi, żyjącemu w VI wieku p.n.e.

    Zatem - dopiero panowanie Aśoki i jego konwersja sprawiły, że buddyzm stał się prawdziwie międzynarodową religią. Dzięki temu, że pod jego panowaniem oraz w sąsiedztwie żyli Grecy, na dzień dobry trafił także do nich. Z czasem zaczął pozyskiwać także wpływowych konwertytów i sprzymierzeńców, nawet wśród elit helleńskich państw. No właśnie - państw. Z czasem, greckie poleis w Baktrii zostały zjednoczone w ramach jednego królestwa. W okolicach 125 roku przed Chrystusem państwo to jednak upadło pod ciosami stepowych najeźdźców.

    Nie był to koniec miejscowego hellenizmu. Po pierwsze: to, że Grecy utracili tam władzę nie sprawiło, że zniknęli z powierzchni ziemi. Jak już wspominałem, następujący po sobie panowie tych ziem podziwiali grecką kulturę jeszcze przez kilka wieków. Po drugie: w tak zwanym międzyczasie, władcy greko-baktryjscy zdołali podbić część północno-wschodnich Indii. Ich ekspansja zbiegła się w czasie z upadkiem imperium Maurjów. Te podboje dały początek tak zwanemu królestwu Indo-Greckiemu. Jego najwybitniejszy władca, Meneander I, miał jakoby nawrócić się na buddyzm.

    Tak przynajmniej twierdzi „Milindapanha”, niekanoniczne (ale wciąż istotne) pismo buddyjskie. Kwestia tej akurat konwersji jest przedmiotem dyskusji między badaczami. Na pewno Meneander był życzliwie nastawiony do buddyzmu, a bite przez niego monety aż ociekają od buddyjskich symboli. Ma to znaczenie o tyle, że monety nie były tylko środkiem płatniczym, ale także propagandowym, za pomocą którego starożytni i średniowieczni władcy manifestowali promowane przez siebie ideologie.

    „Milindapanha” jest zapisem dialogu między królem, a Nagaseną, buddyjskim mędrcem. Zdaniem niektórych badaczy, dzieło nosi znamiona wpływów greckich dialogów filozoficznych, ale inni twierdzą, że jest to nadinterpretacja i pismo to jak najbardziej wpasowuje się w lokalny kanon. Jest to o tyle istotne, że ewentualne greckie wpływy mogłyby zaświadczać o istnieniu buddyjskich mnichów o greckiej proweniencji (ich istnienie i tak uważa się za pewnik, ale to byłby dodatkowy argument).

    Skąd to wiadomo? Wzmiankują o tym źródła ze Sri Lanki, bazujące na indyjskich, które opisują misje buddyjskie. Wymieniają one co najmniej jednego greckiego mnicha-misjonarza. Dharmaraksita zostaje wprost opisany jako Yona (Grek). Do tego mamy Maharakkitę, który został wysłany do kraju Greków (stąd twierdzenie, że był Grekiem). Inne źródła wspominają o misjonarzach z greckich krain, którzy działali na terenie Sri Lanki. W myśl tych przekazów greccy buddyści odegrali sporą rolę przy konwersji wyspy. Wiemy również o ożywionej działalności misyjnej ośrodków helleńskich w Azji Środkowej pod panowaniem Kuszanów.

    Tworzący wiele wieków później tybetański historyk Taranta, autor „Historii buddyzmu w Indiach”, wspomina o konwersjach wśród Greków. Pisze o królu zwanym Mi-nar (identyfikowany z Meneandrem), jego poddanych, którzy czcili boga niebios (Zeusa) i nie znali rozróżnienia na cnotę i występek (robi to w sposób, przywodzący na myśl misteria dionizyjskie). Według podawanej przez niego legendy, arahant Ditika przyleciał (tak, przyleciał, to nie przejęzyczenie) w trakcie jednego z takich festiwali, a Grecy wzięli go za Zeusa i usłuchali jego instrukcji.

    Oczywiście te wszystkie podania należy traktować z dużą dozą sceptycyzmu i zdrowego rozsądku, ponieważ są pełne nie tylko przesadzonych liczb, ale także latających mnichów, cudów, bogów, demonów itp. (to, że na Zachód sprzedaje się te bardziej filozoficzne odłamy buddyzmu czy religii wschodnich w ogóle, to jeszcze nie znaczy, że one takie są w formie masowej). Nadnaturalna narracja nie oznacza jednak, że opisywane wydarzenia nie miały miejsca. Na dodatek znajdują one potwierdzenie w wykopaliskach, inskrypcjach i numizmatyce.

    Bernard zauważa ponadto, że w przypadku królestwa Indo-Greckiego i jego stosunku (oraz ewentualnej konwersji) do buddyzmu, w grę wchodziły dodatkowe czynniki. Tereny te były przez około sto lat pod panowaniem Maurjów, którzy ze wszystkich sił promowali buddyzm. Mamy więc prawo uważać, że znaczna część populacji, w tym elit, wyznawała tę religię. Nawet jeśli helleńskie elity rządzące nie zdecydowały się na pełną konwersję, to, znając ich politykę religijną, na pewno „mrugały oczkiem” do swoich poddanych, demonstrując szacunek dla ich wierzeń, symboli, pojęć itd.

    Na zakończenie - gra między hellenizmem a buddyzmem była dwustronna. Wpływy Greków widać przede wszystkim w sztuce sakralnej. Temat jest debatowalny, ale zdaniem wielu badaczy to greccy artyści zaczęli jako pierwsi tworzyć antropomorficzne przedstawienia Buddy. Przedtem był on prezentowany tylko i wyłącznie za pomocą symboli. Między zaś sposobem przedstawiania stojącego Buddy a Apollem Belwederskim jest wiele podobieństw. Fakt, że pierwsze takie rzeźby pochodziły z Gandhary, gdzie wpływy helleńskie były bardzo silne, jeszcze dodaje wiarygodności tej tezie.

    Wydaje się również, że Herakles z lwią skórą, który był bóstwem opiekuńczym Demetriusza I, posłużył za inspirację dla prezentacji postaci znanej jako Wadżrapani - „ochroniarza” Buddy. Również sposób zobrazowania japońskich Nio (tamtejsi ochroniarze Buddy) przywodzi na myśl inspiracje Heraklesem. Uczeni tacy jak Tanabe, doszukują się także podobieństw między przedstawicielami panteonu helleńskiego, a bogami występującymi w Mahajanie.

    Konkludując - hippisi wcale nie byli tacy oryginalni jak im się wydawało. Ludzie wywodzący się z Europy (czy szerzej z tego, co my uznajemy za europejski krąg kulturowy) nie tylko mieli coś wspólnego z buddyzmem, ale nawet mieli nań pewien wpływ i dołożyli swoją cegiełkę do jego rozwoju.

    P.S.1. Wielkie podziękowania za pomoc przy korekcie dla @robson7, którego cierpliwość i zapał do ślęczenia nad Wordem intensywnie ostatnio testuję (to trzeci tekst na przestrzeni tygodnia). Mam nadzieje, że to daje jakieś bonusowe punkty na Sądzie Ostatecznym albo, w przypadku tego tekstu, na drodze do osiągnięcia Nirwany. Jakby się jednak nie udało wyłapać wszystkich błędów albo jak napisałbym coś, co jest obrazą dla faktów i/lub stanu aktualnej wiedzy na ten temat, tradycyjnie proszę o stosowną korektę w komentarzach. Tym bardziej o nią proszę, że moje pojęcie o temacie jest nikłe.

    P.S.2. Starałem się streszczać jak mogę i nie wchodzić w szczegóły, mam nadzieję, że się udało. Nie martwcie się jednak fani ścian tekstu - w serii o chrześcijaństwie wszystko będzie tak jak Bóg przykazał.

    P.S.3. Z góry przepraszam jeśli są błędy w transkrypcji indyjskich nazw. Dla wielu z nich nie udało mi się znaleźć polskich tłumaczeń i robiłem to na własną rękę - są zatem szanse, że zrobiłem to źle, bo nie mam pojęcia o sanskrycie.

    P.S.4. Bibliografia w komentarzu

    #gruparatowaniapoziomu #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #religia #buddyzm #zainteresowania #neoreakcja #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #starozytnosc

    Wadżrapani/ Herkules i Budda, Gandhara, II wiek
    pokaż całość

    +: M........a, chrominancja +110 innych
    •  

      @niedoszly_andrzej: @luvencedus: Na Zachód trafia najczęściej na tyle zeświecczony i uproszczony buddyzm, że niektórzy uważają go za "ateistyczny system filozoficzny"! ( ͡° ʖ̯ ͡°)

      pokaż spoiler Oczywiście jest jeszcze drugi biegun, który w Polsce reprezentuje min. **mister Ceyrowsky**, a który charakteryzuje się zastąpieniem zdrowego rozsądku przez tzw. 'interpretatio christiana' i postrzeganiem buddyzmu przez pryzmat "bałwochwalstwa" i "czczenia demonów". (-‸ლ)
      pokaż całość

    •  

      zen jest dla intelektualistów i wymaga troszeczkę wiedzy nt buddyzmu

      @luvencedus: Intelektualiści wszystko przeintelektualizowują i to im zwykle przeszkadza w praktyce zen :). Zen jest bardzo prosty i wymaga przede wszystkim praktyki :). Wiedza na temat buddyzmu nie jest tu wcale potrzebna, owszem, może być przydatnym dodatkiem (ale tylko dodatkiem) na późniejszym etapie praktyki, kiedy ktoś chce się rozwijać w kierunku zostania nauczycielem.
      Ale zen to "specjalny przekaz poza słowami", czyli poza intelektem i intelektualną wiedzą...
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    W tym odcinku przenosimy się z ośnieżonych szczytów Kaukazu do rozgrzanej słońcem Afryki. Większość tekstu będzie poświęcona Egiptowi i tradycji koptyjskiej oraz Aksum, będącym jej „pochodną”. Jeśli denerwowały was dziury źródłowe w poprzednim odcinku, to spieszę z informacją, że w tym odcinku będzie tylko gorzej. O Nubię, Libię i Afrykę północno-zachodnią niestety tylko się otrzemy - brak nam sensownego materiału źródłowego, a miejscowe kościoły i ich tradycje nie przetrwały do czasów nam współczesnych.

    A więc kościół koptyjski. Na wstępie należy zaznaczyć jedną ważną rzecz - rodowód egipskiego chrześcijaństwa jest jak najbardziej rzymsko-helleński, a to dlatego, że wspólnoty w początkowej fazie powstawały tam w obrębie zhellenizowanych miast (a przynajmniej nie mamy podstaw by sądzić, że było inaczej). Duchową stolicą była zaś od początku Aleksandria, która cieszyła się przy okazji sławą najważniejszego ośrodka intelektualnego cesarstwa.

    W interesującym nas okresie Egipt był żyznym polem dla różnego rodzaju kultów i religii. Działali tu misjonarze przeróżnych proweniencji - chrześcijanie, gnostycy, manichejczycy, lokalne i obce kulty pogańskie, mazdaiści, a nawet buddyści (według Duranta). Konkurencja była zatem ostra i nie zmalała nawet długo po tym, jak rzymscy cesarze zdecydowali się ostatecznie na opowiedzenie się po stronie protoortodoksyjnej. To nie przypadek, że większość znalezisk dotyczących pism gnostyckich i apokryficznych pochodzi z Egiptu.

    I bez wymienionych wyżej wpływów, miejscowe tradycje religijne były bardzo bogate. W miastach posiadały one domieszkę pierwiastka helleńskiego. I tak na przykład, w Aleksandrii bardzo popularny był synkretyczny kult Serapisa. Egipt nie tylko przyjmował, ale także dawał. Na innych ziemiach należących do cesarstwa, czczono bóstwa rodem z kraju faraonów. Szczególną popularnością cieszyły się kulty Ozyrysa i Izydy, którą to niektórzy wynosili wręcz do roli Boga (w sensie Najwyższej Istoty, której inne bóstwa są emanacjami).

    Warto również zauważyć, że w wierzeniach egipskich znalazło się bardzo wiele motywów, które (według jednych badaczy) mogły inspirować niektóre elementy nauczania chrześcijańskiego albo (według innych) zazębiać się z nim. Bardzo szeroko popularny był na przykład Ozyrys, wpisujący się w motyw boga, który umiera i zmartwychwstaje. Zdaniem Frazera chrześcijaństwo dużo zawdzięcza Egiptowi, aczkolwiek współcześni badacze krytykują go za paralelizm na siłę i upraszczanie tak, aby pasowało pod z góry założoną tezę. Ta kwestia, choć ciekawa, wykracza poza odcinek. Jak będę miał chwilkę to coś na ten temat skrobnę.

    Chrześcijaństwo wystartowało (jak się przypuszcza) głównie wśród diaspory zamieszkującej miasta w Delcie Nilu. Bardzo szybko jednak zaczęło się szerzyć także wśród zhellenizowanych pogan, zamieszkujących miasta na północy. W II wieku na większą skalę zaczęło ono przenikać w głąb kraju, co poświadczają znaleziska archeologiczne, takie jak na przykład odnalezienie pism chrześcijańskich w mieście Oksyrynchos.

    Co do legendarnych początków, to Meinardus cytuje koptyjskie podania, wiążące początki chrześcijaństwa z pobytem Świętej Rodziny w Egipcie. Według tychże podań, jakaś część mieszkańców Egiptu, która weszła w kontakt z Jezusem, rozpoznała w nim Boga i „nawróciła się”. Inne teksty mówią o działalności misjonarskiej apostoła Marka, który miał działać w Aleksandrii, gdzie, przy okazji jednej z wizyt, został umęczony.

    Ta druga opcja nie jest niedorzeczna, ale jest bardzo wątpliwe, żeby tradycja i późniejsze, oparte na niej legendy, wiarygodnie przekazywały szczegóły na temat działalności Marka. Wydaje się, że jeśli faktycznie działał w Aleksandrii, to raczej wśród diaspory. Tym niemniej postać apostoła była i jest bardzo ważna dla lokalnego kościoła, a jego zwierzchnik uważany jest, ni mniej ni więcej, za następcę Marka.

    W III wieku chrześcijaństwo zdobywało sobie coraz więcej wyznawców i pojawiają się dowody na pierwsze wspólnoty koptyjskie, czyli posługujące się ówczesnym językiem egipskim. Mimo silnych wpływów helleńskich, prowincja i część miast Egiptu pozostawały przy lokalnej kulturze i języku. Ten okres, to także pierwsze większe prześladowania. Zarówno ze strony państwa, na przykład za Sewera w 202 roku, jak i tumultów, których przykładem mogą być zamieszki w Aleksandrii w 249 roku.

    Nie zahamowały one jednak wzrostu liczby wyznawców mimo, że na pewno mocno odbiły się na tradycji lokalnego kościoła. Wiemy to choćby stąd, że Koptowie mają kalendarz liturgiczny, który liczy lata od 284 roku p.n.Ch. i te lata, to nie jakieś tam Roki Pańskie czy nasze ery, ale… Anno Martyrum (Rok Męczenników). Wybór 284 na 1 rok, to nie przypadek - cesarzem został wówczas Dioklecjan, który mocno dał się we znaki chrześcijanom, także (a może przedewszystkim) egipskim.

    Masowe konwersje wśród Koptów (nazwa pochodzi od określenia Egipcjanina z mykeńskiej greki) datuje się na przełom III i IV wieku. Było to możliwe dzięki rozwojowi monastycyzmu, przedsięwzięciom misjonarskim i ustandaryzowaniu koptyjskiego piśmiennictwa. Taylor uważa, że najważniejszym czynnikiem była właśnie popularność monastycyzmu wśród miejscowych chrześcijan. Surowy tryb życia zaskarbiał miejscowym cenobitom wiele szacunku wśród Koptów. Ogólnie zasługują oni na osobny wpis i tak też się stanie.

    Surowość i ascetyzm nie były jednak jedynymi rzeczami, które miejscowy kościół mógł zaoferować. Aleksandria skupiała i przyciągała wielu intelektualistów i część z nich zainteresowała się chrześcijaństwem, a w konsekwencji nawróciła. Jednym z takich zawodników był Pantaneusz, stoicki filozof rodem z Sycylii. Pod koniec II stulecia związał się on z aleksandryjską szkołą katechetyczną, kształcącą kolejne pokolenia chrześcijańskich intelektualistów. Związani z nią byli, między innymi, Atenagoras z Aten, Klemens Aleksandryjski, Teognostus, Dydym Aleksandryjski czy Orygenes. Ci panowie również niedługo doczekają się osobnego wpisu (i tak @Michelney, będzie Synezjusz).

    Jej działalność była bardzo ważna dla zachowania osiągnięć świata starożytnego dla następnych pokoleń i kultury chrześcijańskiej. Wbrew poglądom pisarzy wczesnochrześcijańskich, takich jak Tertulian, aleksandryjska szkoła katechetyczna twierdziła, że nie ma konfliktu między objawieniem a filozofią (czyli, na tamte czasy, nauką). Wprost przeciwnie, jedno uzupełnia drugie i pozwala wierzącym pełniej poznać i zrozumieć Boga i jego dzieła. Zupełnie inne podejście niż tertulianowe: „Nie chcemy żadnych dyskusji po tym, jak posiedliśmy Jezusa Chrystusa…”.

    Z działalnością intelektualną i oświatową związany jest kolejny czynnik, który umożliwił narodziny tradycji koptyjskiej. Pod koniec III wieku ustandaryzowano piśmiennictwo koptyjskie i od tego momentu coraz więcej tekstów chrześcijańskich było spisywanych w tym właśnie języku, a nie po grecku. Umożliwiło to wymianę myśli i idei między helleńskimi miastami, a koptyjską prowincją. W ten sposób możliwe stało się stworzenie jednej wspólnoty. Według Taylora, pod koniec III stulecia Egipt miał przeszło 100 świątyń chrześcijańskich.

    Efekty upowszechnienia się chrześcijaństwa wśród „ludu” były takie, że od IV stulecia patriarchowie aleksandryjscy mieli bardzo dużo do powiedzenia przy okazji sporów dotyczących formułowania się ortodoksyjnej doktryny. Olbrzymia popularność i masowość chrześcijaństwa w Egipcie miały także drugą stronę - wielu wiernych nie zgadzało się z oficjalną linią i tworzyło własne interpretacje. Jedna z ważniejszych kontrowersji w dziejach chrześcijaństwa - ariańska, miała swoje korzenie w Egipcie. O gnostykach już wspominałem.

    Dzieje koptyjskiego kościoła, jego działalności intelektualnej, politycznej i monastycznej są bardzo bogate. Na nasze jednak nieszczęście (a moje szczęście) większość źródeł dotyczy późniejszych czasów, od IV-V wieku w górę, a my jednak jesteśmy wciąż przy II i III stuleciu (no dobra, czasem nieśmiało zahaczymy o IV wiek). Do tematu wrócimy w swoim czasie, a tymczasem zrobi się jeszcze trochę egzotyczniej, bo naszym następnym przystankiem jest Nubia.

    Będzie to, jak już wspominałem, krótki przejazd. Nubia to nazwa krainy historyczno-geograficznej, leżącej na południe od ziem egipskich, między I a VI kataraktą. Nie poświęcimy jej tutaj dużo miejsca, gdyż dla interesującego nas przedziału czasowego brak przekonywujących dowodów. Jedyne co mamy, to spekulacje na temat związków z Egiptem i syriackimi kupcami. To znaczy same wpływy kultury egipskiej i obecność syryjskich kupców nie są spekulacją, tylko dobrze potwierdzonym faktem. Nie wiemy jednak czy miało to jakieś znaczenie dla dziejów miejscowego chrześcijaństwa.

    Twierdząco na tę pytanie odpowiada Michałowski, który uważa, że pierwszymi chrześcijanami w Nubii byli mieszkańcy Egiptu, którzy uciekali na południe w obawie przed prześladowaniami albo z powodów niekoniecznie związanych z religią. Chrześcijaństwo mogli również przynosić kupcy, podróżujący szlakiem z Asuanu. Wpływy chrześcijaństwa zapewne wzrosły wraz z konwersją cesarstwa w IV wieku. Miejscowy kościół jednak nie wytrzymał próby czasu, dlatego też brak nam informacji z lokalnych źródeł i tradycji.

    Uchwytne ślady istnienia wspólnot chrześcijańskich zaczynają się dopiero od V wieku, Dzięki wykopaliskom wiemy, że na początku piątego stulecia Nubia miała chrześcijańskie klasztory i pochówki. Wydaje się mało prawdopodobne żeby wyrosły ot tak, nagle. Z racji ich znaczenia i zainwestowanych środków wydaje się, że był to efekt procesu, który rozpoczął się wcześniej.

    Nie mamy jednak żadnych wiarygodnych źródeł ani nawet legend, z których moglibyśmy wysnuć jakieś w miarę sensowne przypuszczenia. Z tego powodu nie będziemy wchodzić w ten temat. To, co wiemy pochodzi z czasów późniejszych, a my chcemy zachować jakiś porządek chronologiczny. Ostatnią rzeczą, którą mogę się podzielić jest ciekawostka, że duży wkład w studia nad chrześcijańską Nubią mieli polscy uczeni.

    Idziemy dalej na południe i tym sposobem trafiamy na tereny Rogu Afryki, gdzie od I wieku dominowało królestwo znane jako Aksum, do którego tradycji nawiązuje współczesna Etiopia i Erytrea. Swoją siłę i znaczenie Aksum zawdzięczało między innymi temu, że leżało w pobliżu szlaków handlowych łączących Afrykę i południową Arabię i dalej, także Indie i kraje Azji Południowo-Wschodniej.

    Gdzie handel tam pieniądze. Mimo generalnych skojarzeń, związanych z Afryką, jako miejscem zacofania i relatywnej słabości pod każdym względem w stosunku do reszty świata, Aksum było ważnym graczem w regionie i rozdawało karty w kontaktach z sąsiadami (zarówno afrykańskimi jak i arabskimi). Autorzy starożytni wymieniali je, jako mocarstwo na równi z Persją, Rzymem i Chinami. Wytworzyło ono także oryginalną kulturę, której część znalazła ujście w piśmiennictwie i architekturze chrześcijańskiej.

    Aksum zamieszkiwała ludność pochodzenia semickiego oraz kuszyckiego. Ci drudzy byli jednak poddani wpływom semickim tak silnym, że niemal wyparły one starsze zwyczaje i języki. Generalnie ten region rogu Afryki był kotłem, w którym mieszała się miejscowa ludność z semickimi migrantami z półwyspu Arabskiego oraz przybyszami z innych stron świata. Mocne były zwłaszcza wpływy helleńskie - wiemy o kilku władcach, którzy odebrali wychowanie i wykształcenie w zgodzie z najlepszymi wzorami paidei.

    To wszystko sprawiało, że życie religijne regionu było bardzo zróżnicowane. Wiemy, że większość plemion miała swoje kulty, będące oryginalną mieszanką tradycji przyniesionych przez semickich przybyszów z Arabii oraz wierzeń lokalnych. Obecni byli tu jednak także czciciele greckich, egipskich i mezopotamskich bogów. Możemy się domyślać, że nie zabrakło również kultów indyjskich i perskich.

    No i Żydzi. Zdanie rozpoczynające jeden z poprzednich akapitów można by rozwinąć: „a tam gdzie pieniądze, tam Żydzi”. Aksum miało diasporę z długimi tradycjami życia w regionie. Wpływy żydowskie musiały być bardzo mocne, zwłaszcza na chrześcijaństwo, z racji tego, że ma ono wiele elementów wywodzących się z tych właśnie wierzeń i tradycji. I tak na przykład, po dziś dzień miejscowy kościół do pewnego stopnia przestrzega przepisów rytualnych, dotyczących jedzenia i obrzezania. Obchodzi również szabat.

    Tradycyjne podania mówią o działalności Mateusza Apostoła w Etiopii, ale brak na to przekonujących dowodów. Nowy Testament podaje, że mieszkańcy Etiopii byli obecni w czasie Pięćdziesiątnicy. Jest wielce prawdopodobne, że działali tu judeochrześcijańscy misjonarze (zapewne wśród swoich krewniaków) jak i syriaccy - w końcu region ten leżał na skrzyżowaniu szlaków handlowych z Indiami, a zarówno Żydzi jak i Aramejczycy byli w tym handlu bardzo aktywni.

    Oprócz tego, ze źródeł wiemy, że dwór królewski utrzymywał zażyłe stosunki ze światem kultury helleńskiej i już król Zoskales, żyjący w I wieku n.e. znał grekę. Z zapisków Euzebiusza wiemy, że na dworze Konstantyna przebywali Etiopczycy mający świadomość tego, że władca ten sprzyja chrześcijaństwu. Zdaniem Mekourii, czynnik ten zadecydował o konwersji dworu królewskiego w pierwszej połowie IV wieku (ehhh Andrzej, znowu oszukujesz).

    Inaczej widzi to Tarike Neguest, podanie dotyczące okoliczności chrztu Aksum. Potwierdzają je wzmianki z pism Euzebiusza i Rufina z Akwilei. Historia dotyczy dwóch braci - Frumencjusza i Edezjusza. Bracia pochodzili z Tyru, a ich wuj Meropiusz, był filozofem. Rodzinka wyruszyła w podróż do Indii, ale w drodze powrotnej, prawdopodobnie na Morzu Czerwonym, zostali zaatakowaniu przez piratów. Meropiusz zginął, a bracia dostali się do niewoli.

    Ostatecznie skończyli na dworze króla Aksum, Ousanasa. Ten, wzorem swoich przodków, bardzo cenił sobie grecką kulturę, więc odnosił się do swoich wykształconych i biegłych w „greckiej sztuce” gości bardzo życzliwie. Edezjusz dostał wysoki urząd, a Frumencjusz zaszczyt nauczania królewskich dzieci. Gdy Ousanas umarł, bracia pozostali w Etiopii, na życzenie królowej, która chciała, aby następca tronu - Ezana, był pełnoletni, kiedy greccy doradcy wyjadą.

    Tak też się stało i Edezjusz powrócił w końcu do Tyru, a Frumencjusz udał się do Aleksandrii, gdzie zdał relacje z ostatnich kilku lat patriarsze Atanazjuszowi. Ten dostrzegł szansę w przychylnym nastawieniu dworu etiopskiego do Frumencjusza i poprosił go o wzięcie udziału w misji. Oczywiście uzyskał zgodę. Starszy z braci wrócił do swojego wychowanka Ezany i sobie tylko znanymi sposobami nakłonił go do chrztu. Za jego przykładem poszedł dwór i możnowładcy.

    Oczywiście przejście ze starej religii w nową nie odbyło się płynnie. Widać to na przykład po inskrypcjach stworzonych za panowania Ezany - są one napisane tak, że można się w nich doszukać odniesień zarówno do chrześcijaństwa, jak i pogańskich wierzeń. Jeśli teoria Mekourii jest prawdziwa, to władca ten zdawał sobie sprawę, że z jednej strony potrzebuje, aby władcy Rzymu patrzyli nań życzliwszym okiem, a z drugiej, nie może sobie pozwolić na otwarty sprzeciw znacznej części poddanych.

    Appleyard twierdzi, że konwersja Aksum była podręcznikowym przykładem działania z góry na dół i że przez wiele lat nowa religia była domeną elit politycznych i społecznych. Jego zdaniem, upowszechnienie się chrześcijaństwa zaczęło się na przełomie V/VI wieku (teraz to już serio oszukuję). Wskazuje tutaj na etiopskie podania o Dziewięciu Świętych, to jest misjonarzach z Cesarstwa. Przypisuje się im przetłumaczenie Biblii na ge’ez (miejscowy język) i stworzenie sieci klasztornej i parafialnej, która umożliwiła efektywną chrystianizację kraju.

    Co ciekawe mimo, że mamy kilka źródeł traktujących o zakończonej sukcesem misji Frumencjusza, to nie możemy ustalić dokładnej daty chrztu rządzących Aksum. Istnieje konsensus co do tego, że miało to miejsce w pierwszej połowie IV wieku. Część historyków twierdzi, że było to w okolicach 315 roku, inni, że raczej w latach 30. czwartego stulecia.

    Od samego początku istnienia, miejscowy kościół był mocno związany z Aleksandrią, która zapewniała kadry (zanim miejscowi wykształcili własne), pisma, edukację i wszystko to, co było Aksumitom niezbędne do tego, aby prowadzić działalność religijną i misyjną. Pierwszy zwierzchnik etiopskich wspólnot, nasz znajomy Frumencjusz, został mianowany przez patriarchę Aleksandrii. Przerodziło się to w zwyczaj, który utrzymywał się aż do XX wieku.

    Patriarcha mianował tak zwanego Abunę (z syriackiego: „nasz Ojciec”), którym, zgodnie z tradycją, zostawał Kopt. Sytuacja zmieniła się dopiero w drugiej połowie XX wieku, gdy miejscowy kościół uzyskał autokefalię i własnego patriarchę, wybieranego spośród etiopskiego duchowieństwa. Kurde, teraz to dopiero wybiegłem do przodu.

    Zanim na dobre pożegnamy się z Czarnym Lądem, czeka nas jeszcze szybki rzut oka na ziemie leżące na zachód od Egiptu. Czemu krótki? Dlatego, że nie bardzo wiemy jak podejść do tematu. Mamy źródła poświadczające liczne wspólnoty, zwłaszcza w Pentapolis i Kartaginie oraz okolicach.

    Jest jednak pewien zasadniczy problem - odcinek ten ma być poświęcony grupom niezromanizowanym i niezhellenizowanym. Pentapolis zaś było pod bardzo silnym wpływem kultury helleńskiej, a Kartagina wraz z przyległościami była niemal tak rzymska jak Rzym. Do tego stopnia, że to ten właśnie region uważa się za jeden z mateczników łacińskiego chrześcijaństwa. Nieprzypadkowo: gdy w Rzymie językiem wspólnot była jeszcze greka, afrykańskie już posługiwały się łaciną.

    W obydwu przypadkach wiemy, że łacińscy i greccy chrześcijanie działali wśród „aborygenów” znanych jako Berberowie oraz ludności punickiej zamieszkującej Kartaginę. I tak na przykład, spośród dwunastu tak zwanych scylytyjskich męczenników, zabitych w 180 roku, dwóch nosiło punickie imiona. To jednak nie przesądza sprawy w żadną ze stron, czego dowodem są nasze Jessici, Brajany i Sean Paule.

    Podobny problem mamy z chrześcijańskim epitafium grobowym z Sour El-Ghozlane. Miejscowość ta, to część regionu znanego jako Kabylia (od berberskich Kabylów), ale w starożytności istniała tu także rzymska osada. Nie bardzo wiemy czy fakt istnienia 18 biskupstw w III wieku w Numidii (zamieszkanej głównie przez Berberów) da się podpiąć pod berberskie chrześcijaństwo.

    Temat jest bardzo niejasny i niejednoznaczny - z jednej strony nie mamy dobrych powodów żeby podważać istnienie berberskich i punickich chrześcijan, z drugiej jednak, brak przekonywujących dowodów na to, że w interesującym nas okresie stworzyli oni „swoje” odrębne wspólnoty. Wydaje się raczej, że wchodzili oni w skład tych, którym ton nadawała miejska zromanizowana bądź zhellenizowana ludność. Powszechnie przyjmuje się, że dopiero od IV wieku miejscowe chrześcijaństwo opuszcza łacińsko-grecki świat miast i na szerszą skalę przedostaje się na prowincje.

    Naprawdę głupio mi, że toniemy w domysłach i spekulacjach, ale należy być uczciwym. Czemu zatem w ogóle poruszać ten temat? A czemu nie? Jest to ciekawy przyczynek do dyskusji i badań. Może kiedyś archeologom i historykom uda się dokopać do niedostępnych dzisiaj informacji i nasza wiedza i rekonstrukcja będą pełniejsze i pewniejsze.

    I tak dochodzimy do końca naszej wycieczki objazdowej. Europę, mimo buńczucznych zapowiedzi, sobie darujemy. Albo dobra, jednak coś o niej powiem - wiemy, że mało wiemy. Źródła zaczynają się dopiero od IV wieku, a i one nie są doskonałe. Mam nadzieję, że wybaczycie tonięcie w domysłach i spekulacjach, jakie miało miejsce przy opisie Libii, rzymskiej Afryki i Nubii. Ten odcinek kończy temat konwersji przed IV wiekiem i dojściem do władzy Konstantyna.

    Ogłoszenia parafialne.

    Następny odcinek (albo dwa, względnie trzy) będzie poświęcony wczesnochrześcijańskiej filozofii i teologii, a później zajmiemy się ascetyzmem i ruchami monastycznymi, które również miały duży wpływ na rosnącą popularność chrześcijaństwa (zwłaszcza na Bliskim Wschodzie). Potem przejdziemy do nawrócenia Konstantyna i jego skutków - tylko po to, żeby przejść do kontrowersji, które rozsadziły ortodoksyjny kościół. Mam nadzieję, że brzmi to ciekawie.

    W międzyczasie planuje co najmniej dwa krótkie teksty na tematy nie związane z główną serią. Muszę trochę odpocząć i zrobić coś poza tym, bo jeszcze mi temat zbrzydnie, a naprawdę bardzo zależy mi żeby dojechać do końca. Pierwszy z tekstów jest o tym, że hipisi wcale nie byli oryginalni ze swoją fascynacją religiami wschodu, a drugi ma opisywać co się dzieje gdy millenaryzm wchodzi za mocno i łączy się z kryzysem feudalnego społeczeństwa.

    PS. 1. Większe niż tradycyjnie dzięki dla @robson7 za korekty (bo go trochę mocno zasypuję pracą). Gdybyś mimo to, drogi czytelniku, widział jakieś błędy, to nie zakładaj od razu, że autor jest idiotą. Errare humanum est- po prostu wytknij je w komentarzu. Będę wdzięczny i skorzystają na tym przyszli czytelnicy, po tym jak wrzucę poprawione wersje na stronę.

    PS. 2. Bibliografia w komentarzu

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania #neoreakcja #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne

    Wizerunek Świętego Antoniego, jednego z tzw. Ojców Pustyni, autorstwa Michała Anioła
    pokaż całość

  •  

    Dzisiaj czeka nas wycieczka po pozostałych regionach starożytnego świata, o których wiemy, że pojawiło i rozwijało się tam chrześcijaństwo. Początkowo chciałem opisać Armenię, Iberię i Albanię (w obydwu przypadkach chodzi o te leżące na Kaukazie) wraz z Afryką, ale po drodze okazało się, że wychodzi taka ściana tekstu, że chowa się nawet inskrypcja Dariusza w Behistun. Odcinek podzieliłem na dwa. W pierwszej części Kaukaz, potem Czarny Ląd.

    Na dzień dobry Armenia. W interesujących nas czasach terminem tym określano znacznie większy obszar niż dzisiaj. Armenia miała już wówczas epizody imperialne w swojej historii. Największy zasięg terytorialny osiągnęła za panowania Tigranesa Wielkiego, który rządził w pierwszej połowie I wieku p.n.e. Wszystko zmieniło się wraz z przybyciem Rzymian - po serii porażek, na początku I wieku n.e. Ormianie znaleźli się pod panowaniem rzymskim.

    Według lokalnej tradycji ormiańskie chrześcijaństwo ma, jakże by inaczej, apostolskie korzenie. Według legendy, pierwszymi misjonarzami byli Tadeusz i Bartłomiej. W przypadku Tadeusza chodzi o naszego znajomego z poprzedniego odcinka, czyli Addaja, którego, według syriackich podań, Jezus miał wysłać do Abgara V z misją uzdrowienia władcy. Taylor uważa, że Bartłomieja dopisano do tej historii później, pierwotnie przedstawiała ona tylko dzieje Tadeusza.

    Legendy legendami, ale syriackie korzenie ormiańskiego kościoła wydają się być bardzo prawdopodobne, żeby nie powiedzieć pewne. Wskazuje na to choćby analiza pojęć teologicznych języka ormiańskiego, która ukazuje zapożyczenia z syriackiego. Taylor twierdzi, że teologia ormiańska długo pozostawała pod wpływem szkół syriackich, które stanowiły nie tylko źródło inspiracji intelektualnej, ale także tekstów religijnych. Pierwsze dzieła religijne na terenach zamieszkiwanych przez Ormian spisywano w wywodzącym się z Edessy dialekcie aramejskiego.

    Domyślamy się również, że pierwszymi chrześcijanami byli Żydzi, nawracani przez swoich pobratymców z Palestyny. Ormiański kronikarz, Mojżesz z Chorenu, podaje na przykład, że w czasie jednej z kampanii Tigranes pojmał około 10 000 Żydów i przesiedlił ich do Armenii. Niestety nie mamy żadnych bliższych informacji na temat tego, jak kształtowały się ich losy i relacje z wyznawcami chrystianizmu.

    Brak nam również informacji o tym, jak rozwijał się kościół i wspólnoty chrześcijańskie w Armenii. Mamy jedynie wskazówki, że nowa religia zdobyła sobie tutaj stosunkowo dużą grupę wyznawców, bo już na przełomie II i III wieku pojawiają się wzmianki u pisarzy wczesnochrześcijańskich mówiące o Armenii. Wiemy również o tym, że gnostycki filozof Bardasanes, zagrożony przez prześladowania za czasów Karakali, zbiegł do Armenii i tam nauczał. Kurkijan wskazuje, że według ormiańskich kronik w III wieku Armenia miała co najmniej dwa kościoły - jeden w Artaz, a drugi w Sjuniku.

    O istnieniu ormiańskich wspólnot wiedział nawet żyjący w Kartaginie Tertulian, który pisał o prześladowaniach zarządzonych przez króla Aksydaresa. Mamy również źródła mówiące o akcjach wymierzonych w chrześcijan w czasach Chosrowa I. Skoro dochodziło do prześladowań to wydaje się prawdopodobne, że chrześcijanie byli liczną i widoczną grupą. Z drugiej strony, część z tych informacji pochodzi z IV wieku i może być zabiegiem mającym na celu dorobienie męczeńskiej legendy (lubowanie się w martyrologii to nie wynalazek polskiego romantyzmu).

    Zanim dojdziemy do konwersji Tiridatesa i działalności Grzegorza Oświeciciela, warto przybliżyć sobie nieco tło historyczne. Wiemy już, że od I wieku p.n.e. to Rzymianie wyrastają na siłę rozdającą karty na Bliskim Wschodzie i w Azji Mniejszej. Armenia traci swoją mocarstwową pozycję i wpada w orbitę wpływów rzymskich. Rządy sprawuje tam ten, kto potrafi zabezpieczyć sobie poparcie Rzymu. Z drugiej jednak strony, Rzymianom rośnie konkurencja w postaci państwa Partów, którzy pokonują Seleucydów na Wschodzie i tworzą imperium, którego bazą jest współczesny Iran i Irak.

    Armenia (podobnie jak Mezopotamia i Syria) leży na styku obydwu potęg. Z tego też powodu staje się areną walk - czasem zakulisowych, szpiegowskich, dyplomatycznych czy handlowych, a czasem otwartych, zbrojnych konfliktów. W przeciwieństwie do semickich ziem pogranicza, Armenia ma o wiele więcej wspólnego z kulturą irańską. Zdaniem badaczy takich jak Boyce, przed chrystianizacją dominowały tam różne formy mazdaizmu, w tym zoroastryzm. Występowały one jednak w miksie ze starszymi, lokalnymi wierzeniami.

    W I wieku Armenia dostaje się pod władzę dynastii Arsacydów, rządzącej także państwem Partów. Nie dochodzi jednak do zjednoczenia, bo miejscowi władcy chcą zachować choć trochę niezależności i balansują między Rzymem a Partami. Sytuacja zmieni się po dojściu do władzy Sasanidów w III wieku. Traktują oni Armenię jak integralną część Iranu, a ich ideologia władzy jest mocno oparta na przedstawieniu Arsacydów jako odstępców od zoroastryzmu i zdrajców.

    I tak wojny ruszają od nowa, a walczące frakcje „wymieniają” się na tronie. W okolicach 252 roku, rządzący Armenią Chosrow II zostaje zamordowany przez sasanidzkiego agenta Anaka. Stronnicy Arsacydów zabijają Anaka i masakrują jego krewnych. Według podań, jedynie jego syn Grzegorz uniknął śmierci, ukrywając się w Kapadocji. Masakrę i zamęt przeżywa syn Chosrowa, Tiridates. Jest on jednak za młody na rządy, a poza tym nie bardzo ma czym rządzić, bo perski szach Ardaszir, wykorzystuje zamieszanie i zajmuje Armenię.

    Tiridates trafia pod opiekuńcze skrzydła Rzymian, którzy widzą w nim zabezpieczenie dla swoich pretensji na Kaukazie. Odbiera wykształcenie i przesiąka rzymsko-helleńską kulturą. Według ormiańskiej tradycji, to właśnie na uchodźstwie poznaje Grzegorza (syna Anaka), który zostaje jego sługą. Przyszły król nie wie jednak o pochodzeniu swojego nowego służącego.

    W 287 roku wykorzystuje nadarzającą się okazje i przy pomocy rzymskiego wsparcia ląduje w Armenii, odbijając znaczną część jej ziem z rąk Sasanidów. No i tu zaczyna się nasza właściwa historia. Zdaniem ormiańskiego Ojca Kościoła Agathangelosa, Tiridates w wielu aspektach naśladował rzymskich cesarzy. Najwyraźniej także w kwestii prześladowania chrześcijan. Ormiański władca gdy dowiaduje się, że Grzegorz jest chrześcijaninem nakazuje mu złożenia ofiar bogom.

    Grzegorz, jakkolwiek wierny sługa, jest także dobrym chrześcijaninem i odmawia. Rozwścieczony Tiridates, dla którego tradycyjna religia była ważnym spoiwem łączącym społeczeństwo z władcą, postanawia ukarać Grzegorza i jego współwyznawców. Wydaje edykt, w którym nakazuje ściganie chrześcijan. Treść edyktu wskazuje, że chrześcijaństwo było wówczas bardzo popularne i być może władca widział w nowej religii zagrożenie dla porządku i trwania państwa.

    W międzyczasie król zakochuje się w chrześcijance, ale ta odrzuca jego zaloty, za co spotyka ją kara śmierci. Krótko potem Tiridates podupada na zdrowiu, co chrześcijańscy kronikarze opisują jako karę boską. Według legendy, w trakcie choroby króla, jego siostra ma wizję, która mówi, że tylko Grzegorz może uzdrowić władcę. Zostaje on uwolniony, a jego modlitwy sprawiają, że władca i inne osoby z jego otoczenia odzyskują zdrowie. Tiridatesowi nie trzeba więcej. Między 301 a 303 rokiem przyjmuje chrzest i ogłasza chrześcijaństwo oficjalną religią.

    Nie poprzestaje jednak na tym. Z obrońcy starych bogów staje się ich przeciwnikiem i stara się wymusić na swoich poddanych odejście od tradycyjnych kultów. „Stara się” to eufemizm dla „rozpoczyna kampanię zamykania świątyń i niszczenia kultowych posągów” oraz „wymusza posłuszeństwo na każdym, kto zgłasza obiekcje”. Pieniądze uzyskane z pogańskich świątyń przekazuje wspólnotom chrześcijańskim, które z kolei wykorzystują je w celu pomocy potrzebującym (zapewne nie tylko w tym celu), co z kolei przysparza im jeszcze więcej wyznawców.

    Grzegorz staje na czele lokalnego kościoła i za fundusze otrzymane od władcy przystępuje do budowy świątyń chrześcijańskich. Warto nadmienić, że bierze również udział w zamykaniu (bądź przekształcaniu w chrześcijańskie miejsca kultu) starych świątyń. Zapoczątkowuje również edukację chrześcijańską, rekrutując i szkoląc misjonarzy, którzy prowadzą później akcje misyjne we wszystkich zakątkach Armenii. Co ciekawe, według Agathangelosa, nawraca się wielu kapłanów starych bogów. Nawrócenie narodu nie jest w tym przypadku literacka przesadą - odbywają się masowe chrzty w rzekach Aratsani (obecnie Murat) i Arakses.

    W ten oto sposób Armenia stała się pierwszym chrześcijańskim krajem świata (jeśliby doniesienia o konwersji Abgara VIII były przekłamane). Nie oznacza to oczywiście, że Ormianie nagle zapomnieli o zwyczajach przodków. Kulty pogańskie, w różnych formach, przetrwały długo (wszak od zamoczenia w wodzie do faktycznego przyjęcia wiary jeszcze długa droga) wśród ludu. Do pewnego stopnia podpisywała się pod nimi opozycja, która spiskowała przeciw Arsacydom. Wydaje się, że o ostatecznym zwycięstwie chrześcijaństwa zadecydowało stworzenie ormiańskiego alfabetu przez Świętego Mezropa Masztoca na początku V wieku.

    Zostajemy na Kaukazie, tyle że przenosimy się do Iberii. Historia tego regionu ginie w pomroce dziejów. Wydaje się, że ziemie te były zamieszkiwane przez plemiona kartwelskie (czyli, w uproszczeniu: gruzińskie). Pierwsze, bardziej wiarygodne informacje o państwowości pochodzą z IV wieku p.n.e. Na wpół legendarne kroniki pisane w czasach średniowiecza (a więc dużo późniejszych) donoszą, że niejaki Farnawaz, został królem Iberii i podporządkował sobie sąsiednią Kolchidę i niektóre przygraniczne terytoria zamieszkane przez Ormian.

    No i najważniejsze - przy okazji pokonał wojska Aleksandra Macedońskiego, dowodzone przez niejakiego Azo (w innej wersji to Azo pokonał samego Macedończyka). Zupełnie tak, jak nasi Lechici - kolejny dowód na to, że nie mamy monopolu na niektóre motywy. Kraj się rozwijał, kraj się rozrastał, aż do kryzysu w II wieku. W jego wyniku dynastia Farnawaza utraciła władzę, zastąpioną importowaną, ormiańską rodziną. W wyniku przewrotu Ormianie odbili ziemie zdobyte przez Farnawaza, a Kolchida uzyskała niepodległość. Iberia została wciągnięta w orbitę wpływów Pontu i Armenii.

    Sytuację wyjaśnili Rzymianie, podporządkowując sobie zarówno Armenię, jak i Pont. Wspominana Kolchida stała się rzymską prowincją. Iberia zachowała jednak jakąś autonomię, bo co jakiś czas padała ofiarą rzymskich najazdów (z wzajemnością). Wydaje się, że na skutek wcześniejszych wpływów perskich i ormiańskich dominowały religie wywodzące się z mazdaizmu - w tym oczywiście zoroastryzm. Bardzo popularny był także mitraizm, który łatwo wchłaniał elementy wierzeń lokalnych. I tu niespodzianka - obok Kartwelów i innych kaukaskich plemion w Iberii żyła także całkiem liczna wspólnota żydowska.

    Niestety, z racji tego, że Iberia nie posiada zabytków sztuki piśmienniczej, a ludy, które wchodziły z nią w kontakt, a takową posiadały nie poświęcały wiele miejsca wydarzeniom u Kartwelów, ciężko nam zrekonstruować II i III wiek. Konkretniejsze informacje na temat wspólnot chrześcijańskich na tym terenie zaczynają się dopiero wraz ze Świętą Nino, czyli na początku IV wieku.

    Urodziła się ona w rzymskiej rodzinie w Kolastri, w Kapadocji. Nino była jedynaczką, a jej rodzice, generał Zabulon i matka Zuzanna, mogli poszczycić się niebyle koneksjami. Zabulon miał być krewnym Świętego Jerzego, a brat Zuzanny, Hubnal I, patriarchą Jerozolimy. Nino została wychowana przez zakonnicę (przypominam, że to legenda) w Betlejem, pod uważnym okiem wuja. Po pewnym czasie wyruszyła z nim do Rzymu, gdzie doszła do wniosku, że chce jechać do kraju, w którym spoczywa fragment tuniki Jezusa (o czym za chwilę), czyli do Iberii. I tutaj narracja wschodnia rozjeżdża się z katolicką. Według tej drugiej, Nino znalazła się na Kaukazie jako niewolnica.

    Niezależnie od tego jak było, gdy tylko znalazła się wśród Kartwelów, zaczęła głosić im chrześcijaństwo, zaczynając od lokalnych Żydów. I tutaj nielegendarny wtręt: w czasie jej pobytu w Iberii, kraj miał podobną sytuację co Armenia - to znaczy znajdował się między perskim młotem, a rzymskim kowadłem. Czyli nie było za wesoło. Wracamy jednak do legendy. Zatem, jakby tego wszystkiego było mało, to królowa Nana, żona Miriana III była mocno chora. Królowa posiadała już jakąś wiedzę o chrześcijaństwie (wtręt: być może kojarzyła z opowieści, że ci chrześcijanie to dopiero potrafią czynić cuda i wyganiać demony) i zaprosiła Nino do siebie.

    Misjonarce udało się pozyskać poparcie żydowskiego rabina i jego córki, którzy należeli do królewskiej świty. Królowa, zachęcona radą Nino i jej stronników, zdecydowała się przyjąć chrzest, co oczywiście zaowocowało uzdrowieniem. Królewski małżonek nie był za bardzo zadowolony, ale po tym jak Bóg pokarał go ślepotą, szybko zmienił zdanie. I tak w 326 roku Iberia dołączyła do Armenii, jako drugie, oficjalnie chrześcijańskie państwo.

    Ej, Andrzej co Ty oszukujesz, miałeś mówić o II i III wieku, a wyjeżdżasz tutaj z IV. Po pierwsze, to jednak pierwsza połowa IV w (więc prawie się liczy). Po drugie - zacząłem od przytoczenia tej opowieści, bo to w zasadzie jedyne źródło informacji na temat początków chrześcijaństwa w Gruzji. Teraz spróbujemy sobie wyciągnąć co nieco informacji na temat tego, co mogło dziać się przed przybyciem Nino na Kaukaz. Szału nie będzie, ale jakiś obraz nam to jednak da.

    Zdaniem Mgaloblishvili (ehhh, Gruzini), autorki ”Ancient Christianity in the Caucasus”, źródła (choć, jako legendy, nie mówią tego wprost) wskazują, że początki chrześcijaństwa w Iberii były powiązane z Żydami. Według legendy, Elioz, gruziński Żyd z Mcchety był obecny w trakcie ukrzyżowania Chrystusa i przywiózł ze sobą fragment szaty ukrzyżowanego. Miasto to (stolica Iberii) ma dosyć dobrze poświadczoną liczną i wpływową diasporę, której korzenie sięgają czasów sprzed narodzin Chrystusa.

    Żywot Świętej Nino również daje podobne poszlaki żydowskich korzeni, gdy podaje , że pierwszymi słuchaczami i konwertytami misjonarki byli miejscowi Żydzi. Wpływy widać także w liturgii (oszczędzę wam szczegółów, ja też nie mam na tyle pojęcia o rytach, żeby wyciągnąć z tego coś sensownego) czy nazewnictwie pierwszych kościołów, które odnosiło się do miejsc i wydarzeń w Jerozolimie.

    Dodatkowo, podobnie jak w przypadku Armenii, sporą rolę odegrali także syriaccy misjonarze. Zdaniem badaczy tekst „Nawrócenia Kartli”, najstarszej gruzińskiej kroniki, nosi ślady tłumaczeń z syriackiego. To znaczy nie bezpośrednio, ale zwroty i konstrukcje stylistyczne wyglądają na zapożyczenia z tego dialektu aramejskiego. Nietrudno zatem znaleźć argumenty dla scenariusza, w którym pierwszymi chrześcijanami w Iberii są należący do diaspory Żydzi. Liczba chrześcijan rośnie w wyniku konwersji, będących efektem działalności misjonarzy z terenów syriackich.

    I tak sobie rośnie (choć wydaje się, że nie osiąga takich wartości jak w Armenii), aż w IV wieku na tronie rzymskim zasiada cesarz, który nawet nie ukrywa, że chrześcijanie cieszą się u niego największymi względami. Władca Iberii, zagrożony ekspansywnymi Sasanidami, chce zachować tron - i żeby zaskarbić sobie sympatię cesarza, od którego zależy jego być albo nie być, decyduje się na konwersję. Zwłaszcza, że najpopularniejsze wówczas religie w Iberii są jawnie związane z perskim zoroastryzmem.

    Oczywiście to tylko jeden z czynników i powyższy scenariusz nawet nie uzurpuje sobie praw do tłumaczenia tak złożonego zjawiska. Nie możemy naturalnie zapominać o pożądanych wówczas cudach i egzorcyzmach oraz o potrzebach duchowych i miliardzie innych czynników, których i tak nie jesteśmy w stanie odtworzyć i poznać, bo w źródłach jest więcej kraterów niż na Księżycu. Tak czy inaczej to wszystko, co możemy powiedzieć o Iberii. Ten akapit w pewnym stopniu odnosi się także do Armenii i Albanii.

    No właśnie, Albania, wisienka na naszym kaukaskim torcie. Gwoli jasności - naturalnie nie chodzi nam o region historyczny na Bałkanach, ani współcześnie istniejące państwo, do którego pretensje rości sobie Popek (wiem że suchar, ale nie mogłem się powstrzymać), tylko o krainę historyczno-geograficzną, leżącą w przybliżeniu na ziemiach wchodzących obecnie w skład Azerbejdżanu i rosyjskiego (czy na pewno?) Dagestanu. Tereny te zamieszkiwały przeróżne plemiona posługujące się językami kaukaskimi.

    Według starożytnych geografów, plemion było 26 i choć miały swoich wodzów, to podlegały jednemu królowi. Nazwa „Albańczycy” miała jakoby pochodzić od najsilniejszego plemienia w konfederacji. Obok tego autorzy wymieniają jeszcze Utian, Lezgów czy Yikian (identyfikowanych kolejno z współcześnie żyjącymi Udynami, Lezginami i Cachurami). Utianie mieli być największym, po Albańczykach, plemieniem.

    Istnieją teorie, że Albanię niejako stworzyli Persowie, podbijając wszystkie te plemiona i organizując je w satrapię. Inne teorie mówią o wpływach ormiańskich. Zdaniem Nikonorova, pierwsi królowie związku plemiennego byli jednak Albańczykami. Pierwsze wzmianki w źródłach traktujące o Albanii pochodzą z drugiego stulecia przed Chrystusem.

    Położenie Albanii sprawiało, że była ona ważna nie tylko w rozgrywce między Rzymem a Persją, ale także w konflikcie między koczownikami z nadkaspijskiego stepu, a osiadłą ludnością Bliskiego Wschodu. To właśnie na terenach kontrolowanych przez Albańczyków znajdowały się przełęcze, pozwalające koczownikom przekroczyć masyw kaukaski i uderzyć tereny leżące na południe od niego. Z tego właśnie tytułu obszar ten był uważany za strategiczny zarówno przez Rzymian, jak i Persów.

    Podobnie jak w Iberii i Armenii, na terenach Albanii dominowały różne formy mazdaizmu wymieszane z kultami lokalnymi. Zdaniem Nikoronova, Albańczyków wyróżniał od sąsiadów fakt składania ofiar z ludzi. Wydaje się jednak, że nawet jeśli taka praktyka istniała to była ona niezwykle rzadka. Religijny krajobraz nie byłby pełny bez naszych znajomych z Iberii, czyli Żydów. Diaspora istniała tutaj, według tradycyjnych podań, od czasów Niewoli Babilońskiej (brak jednak rozstrzygających dowodów).

    Tradycja podaje, że chrześcijaństwo zaczęło się w Albanii za sprawą apostołów - Bartłomieja, Tadeusza (Addaja) i ucznia tego ostatniego, Świętego Elizeusza. Nawet opracowania cerkiewne podają, że to legendy i niczego nie można być pewnym. Według tychże opracowań, Bartłomiej miał odwiedzić Albanię przy okazji pracy misyjnej w Armenii. Ustanowił kilka wspólnot i powołał pierwszych biskupów. Nie spodobało się to lokalnym, pogańskim kapłanom, którzy przy pomocy swoich stronników pojmali Bartłomieja i zabili go.

    Istnieje jeszcze jedna legenda, która mówi, że w Albanii działał Święty Elizeusz, uczeń Tadeusza (Addaja). Został tam wysłany z polecenia Jakuba stojącego na czele kongregacji jerozolimskiej. Tradycję tę opisał Mojżesz z Kalankatiuk w pochodzącej z VIII wieku „Historii Albanii”. Według tej relacji Elizeusz przybył do Derbentu w okolicach 70 roku i rozpoczął nauczanie. Później przeprawił się przez Kurę i przebywał w Ooty, a następnie osiadł w Kisz, gdzie zbudował kościół (który istnieje do dzisiaj).

    Podróżował później po całej Albanii, głosząc Dobrą Nowinę i pozyskując konwertytów, ale niestety (a może i stety, w końcu niektórzy pożądali męczeństwa) naraził się pogańskim kapłanom i również został zabity. Kościół Albanii uznawał Elizeusza za swojego apostoła i świętego patrona - widać to w tekstach wspomnianego Mojżesza czy jego imiennika z Chorene.

    No dobra, a mniej legendarnie? To co mamy, wskazuje na to, że rozwój chrześcijaństwa w Albanii przebiegał podobnie do procesu chrystianizacji w Armenii i Iberii. W przytoczonych legendach nie ma wprawdzie wzmianek o diasporze, ale historycy uważają, że także na tym obszarze, odegrała ona decydującą rolę we wczesnym stadium ekspansji. Potem przyszła kolej na kupców i misjonarzy ze świata aramejskiego - ich obecność poświadczają obaj Mojżesze oraz odnalezione chrześcijańskie inskrypcje w języku syriackim.

    Na podstawie informacji o męczeństwie apostołów (których, naturalnie nie bierze się dosłownie) wydaje się, że lokalne kulty próbowały bronić się przed ekspansją chrześcijaństwa i nie cofały się przed otwartymi prześladowaniami. Decydującą rolę w procesie konwersji Albanii odegrał fakt nawrócenia się ormiańskiego Tiridatesa. Albania była bardzo mocno związana z Armenią i to nie tylko politycznie i ekonomicznie, ale także kulturowo. Do tego stopnia, że jeśli chodzi o wytwory kultury w średniowieczu, to często ciężko jest odróżnić co jest zabytkiem ormiańskim, a co albańskim.

    Według relacji źródłowych, zbożną misję nawracania Albanii kontynuował Grzegorz Oświeciciel, zaraz po tym, jak oświecił Armenię. Według kronikarskiej relacji, król Albańczyków Urnair spotkał się z Grzegorzem, a ten przekonał go do nowej wiary. Po trwającym czterdzieści dni poście i egzorcyzmach, albański dwór królewski wraz z wojownikami i ważniejszymi dostojnikami przyjął chrzest. Miało to miejsce w 313 roku.

    Akurat to podanie wydaje się całkiem wiarygodne, ale możliwe, że Grzegorz osobiście nie działał na terenie sąsiada i jest to metafora działalności ormiańskich misjonarzy. Być może do spotkania na szczycie faktycznie jednak doszło. Historycy upatrują przyczyn konwersji w kilku czynnikach - przede wszystkim we wspominanych już wpływach ormiańskich. Po drugie, zwraca się uwagę na fakt, że wspólna religia mogła być pożądanym czynnikiem unifikującym 26 plemion. No i na koniec - przyjęcie chrztu niejako zrywało religijne związki z Persją, która była największym zagrożeniem dla samodzielności Albanii.

    Myślę, że uważna lektura odcinka dobitnie ukazuje podobieństwa między trzema kaukaskimi krainami. Ich sytuacja polityczna w omawianym okresie była niemal identyczna. Wszystkie trzy miały znaczące związki z kulturami i religijnością irańską, ale chciały niejako „wybić się na niepodległość”. W tym fakcie upatruje się politycznego podłoża decyzji o konwersji na nową religię, która wiązała ich raczej ze światem rzymsko-helleńskim.

    Jakkolwiek dokładniejszych informacji mamy mało, to nie ulega wątpliwości, że te trzy państwa były pierwszymi, oficjalnie chrześcijańskimi krajami na świecie. Być może ich konwersje poprzedził chrzest Abgara VIII, ale jak wiemy z poprzedniego odcinka, jest to kwestia dyskusyjna. Wszystkie trzy kościoły, których początki właśnie poznaliśmy, mimo różnych zawirowań i kolei losu, przetrwały po dziś dzień. Nawet albański, choć obecnie funkcjonuje jako udyjski i ma nie więcej niż 10k wyznawców.

    PS. 1. Większe niż tradycyjnie dzięki dla @robson7 za korekty (bo go trochę zasypuję pracą). Gdybyś mimo to, drogi czytelniku, widział jakieś błędy, to nie zakładaj od razu, że autor jest idiotą. Errare humanum est- po prostu wytknij je w komentarzu. Będę wdzięczny i skorzystają na tym przyszli czytelnicy, po tym jak wrzucę poprawione wersje na stronę.

    PS. 2. Bibliografia w komentarzu

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania #neoreakcja #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne

    Kościół w Kisz, zwany Kościołem Świętego Elizeusza
    pokaż całość

    •  

      Wiem, że moje postrzeganie "wypaczone" zostało wychowaniem w kulturze, która tak bardzo akcentuje indywidualizm. Nie sposób mi jednak wzbudzić w sobie jakichkolwiek ciepłych uczuć wobec tak beznamiętnego i zimnego przedmiotu, jakim jest bóg monistyczny.

      @Turysta_Onanista: Na pewno. Postrzeganie wszystkich nas zostało wypaczone przez kulturę w jakiej żyjemy.

      Wyżej napisałem, że wspomniany Alan Watts - "propagator" panteizmu - podkreślał, że pomijając nawet czy to prawda czy nie, to poznanie innej kultury, pozwala dostrzec to gdzie są granice własnej kultury. Cywilizacji łacińskiej. Czyli sposobu interpretowania świata, którego podstawy wywodzą się z cywilizacji mezopotamskiej, potem egipskiej, żydowskiej, greckiej itd..
      W innych miejscach świata ludzie po prostu wymyślili inne rozwiązania pewnych fundamentalnych problemów. Inne spojrzenie na rzeczywistość.
      Ale dotyczy to spraw tak podstawowych, że naprawdę ciężko, o ile to w ogóle możliwe, przestawić się w pełni na ich sposób myślenia, a nawet tylko wyobrazić go siebie i naprawdę zrozumieć. Nie da się, choćby dlatego, że są ogromne różnice językowe, i u nich istnieją słowa i znaczenia, które u nas nie mają odpowiedników i na odwrót.

      Brak zrozumienia właśnie dostrzegam w pierwszym akapicie. Bo co jest nie tak z tymi wszystkimi rzeczami, o które pytasz? Dla mnie te pytania w ogóle nie za bardzo mają sens :( Mam wrażenie, że Twoje wyobrażenie jest błędne i stąd wątpliwości.
      Jak chcesz proste wprowadzenie do panteizmu, to sobie przeczytaj to opowiadanie, jest krókie:
      http://www.galactanet.com/oneoff/theegg_mod.html
      polecam po angielsku, ale jest też polskie tłumaczenie podlinkowane na górze strony.
      pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: Z takich fundamentalnych, to na przykład spojrzenie na relację najwyższej istoty z człowiekiem.

      W chrześcijaństwie jest to ewidentnie relacja typu pan-poddany. Różnica między nami, niedoskonałymi stworzeniami swego pana, jest podkreślana na każdym kroku. Jedyny człowiek będący Bogiem - Jezus - był wydarzeniem na skalę założenia całkiem nowej religii.

      W hinduizmie ta relacja oparta na jedności - ty i najwyższa warstwa rzeczywistości to jedno i to samo. W gruncie rzeczy jesteś tym samym co bóg, czyli nim jesteś - a on jest Tobą. Nie dostrzegasz swej boskości, bo sam ją przed sobą ukryłeś przy pomocy iluzji życia.

      W buddyzmie nasze życie też okazuje się iluzją, a my wszyscy okazujemy się w gruncie rzeczy jednym i tym samym. Ale rozkładając rzeczywistość na czynniki pierwsze, buddyści idą dalej, aż docierają do po prostu pustki, nicości. W ogóle nie ma żadnego boga.

      Ciekawe są też kwestie moralności. Generalnie zasady wszędzie są takie same - nie zabijaj, nie kradnij, don't be an asshole.

      Ale w chrześcijaństwie moralność jest wyraźnie narzucona przez Boga. Masz zasady i powinieneś się ich maksymalnie dokładnie trzymać. Nie kradnij, to nie kradnij. A jeśli zrobisz coś wbrew zasadom, to jest to po prostu grzech. Masz się pilnować. I traktujemy to co zostało powiedziane dosłownie - liczy się "litera prawa".

      W buddyzmie liczy się raczej "duch prawa". Są pewne zasady, ale nie tyle liczy się czyn, co intencja. Czasem można zrobić coś niby-złego, ale w dobrej intencji. Buddyzm traktuje to inaczej. Pewnie ze względu na to, że moralność nie jest objawiona przez nieomylną istotę, lecz podlega takim samy prawom jak wszystko inne w tym życiu.

      W hinduizmie to w sumie nie wiem dokładnie, ale podejrzewam, że podobnie. Zła karma jest wtedy, gdy z rozmysłem robisz coś złego.

      No i oczywiście z istotnych różnic to to co się dzieje po śmierci.
      Chrześcijanie po śmierci idą pod sąd, gdzie Bóg stwierdza, czy zasługujesz na jego łaskę, czy na odrzucenie. Obdarzeni łaską zostają w raju i mogą patrzeć na Boga. Odrzuceni idą do piekła, lub trafiają w nicość, lub po prostu umierają - zależnie od interpretacji.

      Buddyści i hindusi wierzą w koło życia, w które każda istota jest uwikłana. Po śmierci odradza się ponownie, chyba że osiągnie odpowiedni stan psychiczny za życia, aby móc uciec od ponownych narodzin.
      Hindusi mówią na to właśnie moksza, a buddyści nirwana. Zasadniczo jest to coś zbliżonego, tylko oczywiście z powodu różnic w poglądach na podstwy rzeczywistości - u hindusów jest to ostateczny powrót do Twojej boskiej istoty, a u buddystów rozpłynięcie się w nicości.

      Dobra, tyle, bo i tak za długo to piszę, jest już strasznie późno, znów cała noc przed kompem ;) Mam nadzieję, że nic nie poplątałem, jeszcze raz disclaimeruję, że to tylko moja szczątkowa wiedza i mogę się mylić (proszę o poprawkę) oraz, że dotyczy głównie buddyzmu zen i filozofii hinduskiej. Różne szkoły i odłamy obu religii/filozofii mogą na pewne sprawy patrzeć akurat inaczej :]

      Nie wiem czy byłbym skłonny się zgodzić. Chrześcijaństwo ostatnich wieków raczej nie jest skórę do skrupulanctwa. Głębsze analizowanie grzechów zazwyczaj pokazuje, że Kościół jest świadom i uznaje sytuacje typowo ludzkie, chociażby patrząc na podejście do samobójstwa.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (22)

  •  

    Tak jak zapowiadałem w poprzednim odcinku, dzisiejszy poszerzy nam trochę horyzonty. Przyjrzymy się bowiem temu, jak rozwijało się chrześcijaństwo w II i III wieku poza światem grecko-rzymskim. I nie mam tutaj na myśli tylko terenów nie wchodzących w skład cesarstwa, ale także te, które doń należały, ale nie były mocno poddane wpływom rzymsko-helleńskim. Dzisiaj skupimy się na Azji i tradycji znanej jako syriacka (wraz z jej odnogami). Wywodzące się z niej kościoły były swego czasu bardzo aktywne misyjnie.

    A zatem: wschodnia Syria i Mezopotamia. Wstęp do dziejów chrześcijaństwa poza światem grecko-rzymskim musi zacząć się od tych regionów. Nakazuje tak nie tylko geograficzna bliskość Galilei i Judei, ale także chronologia. Dlaczego Syria występuje razem z Mezopotamią? Dzielenie ich byłoby bez sensu, ponieważ obydwa te regiony były zdominowane przez semickie ludy, które dzieliła wprawdzie przynależność etniczna, ale łączył język aramejski - tamtejsza lingua franca, którą na co dzień posługiwał się sam Jezus. Mimo zewnętrznych wpływów perskich i helleńskich, udało się im w dużej mierze zachować kulturową autonomię, a im dalej od dużych ośrodków, tym mniej zapożyczeń.

    Spencer Trimingham spekuluje, że nawet Jezus mógł mieć do czynienia z nieżydowskimi ludami semickimi na samym początku swojej kariery. Wśród mieszkańców Galilei nie brakowało bowiem semickich pogan, w tym także koczowniczych Arabów. Marek mówi wprost o tym, że za Jezusem szli ludzie z „Galilei, Judei, Idumei i Zajordanii”. Większość mieszkańców tych regionów (poza Judeą) nie była Żydami. Żydów było jednak sporo i nie wiadomo do końca „co poeta miał na myśli”. Może w tłumach, o których mowa, byli poganie, a może nie. Z racji braku szczegółów pozostają nam spekulacje.

    Pierwsze uchwytne ślady semickich wspólnot chrześcijańskich na interesujących nas obszarach pochodzą z przełomu I i II wieku. Wydaje się, że jednym z pierwszych, większych centrów było Adiabene. W okolicach połowy I wieku dynastia rządząca tym państwem przeszła na judaizm i zaczęła utrzymywać bardzo ożywione kontakty z Jerozolimą. Do tego stopnia, że według podań, dom panujący miał swoją rezydencję w stolicy Judei. Murray twierdzi, że to adiabeńscy żydzi jako pierwsi zaczęli nawracać się na nową religię. Rozwój pierwszych wspólnot w tym rejonie był, na początku, silnie powiązany z występowaniem diaspory.

    Baum przychyla się do tego zdania i również upatruje pierwszych konwertytów w Żydach zamieszkujących region. Misyjny rozmach nowych wspólnot (o którym za chwilę) łączy on z faktem, że w czasach Partów, tamtejsi Żydzi kontrolowali perski odcinek Jedwabnego Szlaku. Voobus potwierdza tezę, wskazując, że syriackie chrześcijaństwo bazowało na Targumach (aramejskie tłumaczenia hebrajskiej Biblii dla aramejskojęzycznych Żydów) i wykazuje podobieństwa w sposobach interpretowania Biblii. Z poprzednich odcinków wiemy, że synagoga reaguje stosunkowo szybko i z czasem misyjne wysiłki chrześcijan koncentrują się na pogańskich grupach etnicznych.

    Syria i Mezopotamia były gorącym terenem w interesujących nas czasach. Leżały na pograniczu Cesarstwa Rzymskiego i ich największych rywali: państwa Partów, a później Sasanidów. Ziemia przechodziła z rąk do rąk, a mieszkańcy byli często uprowadzani i przesiedlani w głąb Persji. Ten fakt, zdaniem Bauma, był jednym z ważniejszych powodów, dla których chrześcijaństwo na dobre rozwinęło się także po drugiej stronie granicy. Oczywiście równie ważną rolę odegrały konwersje wynikające z kontaktów handlowych i stosunków między grupami krewniaczymi.

    I tak na przykład w 260 roku Szapur I spustoszył rzymską Syrię i część Azji Mniejszej. Uprowadził ze sobą wielu chrześcijańskich rzemieślników z Antiochii, Kapadocji i Cylicji, którzy zostali osiedleni w Babilonii, Partii, Elamie i Persji. Wśród nich był biskup Antiochii, Demetriusz, który po przymusowej przeprowadzce został pierwszym biskupem Beth Lapat (Gundeszapur). „Źródłem” chrześcijan po perskiej stronie granicy, poza przesiedleńcami i konwertytami byli także uchodźcy. W trakcie kilku okresów prześladowań niektórzy wschodni chrześcijanie salwowali się ucieczką do państwa Partów, a potem Sasanidów. Ironią losu jest to, że z czasem sytuacja ta się odwróciła, ale nie wybiegajmy przed szereg.

    Mimo, że z racji szczupłości źródeł nie znamy zbyt wielu szczegółów, to na podstawie liczebności i znaczenia późniejszych wspólnot sądzi się, że chrześcijaństwo w bardzo krótkim czasie pozyskało sobie wielu konwertytów na terenie całego obszaru aramejskojęzycznego. Silnym ośrodkiem stała się Edessa (Philip nazywa ją pierwszym chrześcijańskim miastem świata), stolica Osroene. Miasto stało się z czasem matecznikiem wpływowej szkoły teologicznej, która miała znaczący udział w dziejach powszechnego chrześcijaństwa. Edessa w pełni zasługuje na miano duchowej stolicy syriackich chrześcijan. W późniejszych czasach ważnymi ośrodkami stały się także Nisibis i Irbil.

    Według bardzo popularnej na Wschodzie legendy, wspomniane królestwo Osrone nawróciło się na chrześcijaństwo już w czasach Chrystusa. Panujący wówczas władca Abgar V cierpiał z powodu choroby i gdy usłyszał o wielkim uzdrowicielu Jezusie, miał jakoby napisać do niego list. W liście uznawał Jezusa za kogoś bardzo ważnego (może nawet samego Boga), prosił o uzdrowienie i oferował ochronę przed Żydami, którzy, według listu, „spiskują aby zrobić Ci [Jezusowi] krzywdę”.

    Chrystus miał z kolei odpisać Abgarowi, że jest błogosławiony jako ten, który nie widział, ale uwierzył. Z żalem, ale odmówił przeniesienia się do Edessy, wymawiając się koniecznością wypełnienia bardzo ważnej misji, która była powodem całej jego działalności. Zamiast tego jednak wysłał królowi jednego ze swoich uczniów aby ten wyleczył go z choroby. Apostołem tym miał być Tadeusz (Addai), jeden z siedemdziesięciu dwóch uczniów wyznaczonych przez Chrystusa. Katolicka tradycja utożsamia go z Judą Tadeuszem, ale syriacka twierdzi, że był to zupełnie inny zawodnik.

    Historyczność opisanego wyżej wydarzenia jest… no, nawet nie bardzo wątpliwa. Ze świecą szukać kogoś, kto upierałby się, że to prawda (choć, naturalnie, znajdą się i tacy). Historycy mocno różnią się w ocenie prawdziwej natury i przeznaczenia listów. Ehrmann i Bauer twierdzą na przykład, że był to element antyheretyckiej propagandy. Większość historyków uważa je po prostu za legendę założycielską syriackiego chrześcijaństwa i próbę pokazania starożytnego rodowodu. W czasach kościoła opartego o sukcesję apostolską, ważnym ośrodkom religijnym wypadało mieć apostolskie korzenie. Legenda ta jest także odczytywana jako potwierdzenie semickich korzeni.

    Bardziej prawdopodobne jest jednak, że dopiero Abgar VIII przyjął chrzest. To z kolei znaczyłoby, że konwersja Osroene miała miejsce pod koniec II wieku. Nawet to nie jest jednak do końca pewne. Teorię tę popierają na przykład Jenkins, Burkitt czy Adler. Gdyby okazało się to prawdą to Armenia nie mogłaby się szczycić tytułem pierwszego państwa, które oficjalnie przyjęło chrześcijaństwo. Znając kaukaskie nastawienie do historii (o którym swoją drogą polecam poczytać; jeśli myślicie, że holocaust i IPN to szczyt historycznej gównoburzy, to będziecie w szoku) byłby to jeden z większych skandali w XXI wieku. Spory między historykami jednak trwają i są dalekie od rozstrzygnięcia.

    Niezależnie od tego czy Abgar VIII przyjął chrzest, to na pewno był pozytywnie nastawiony do chrześcijaństwa i rozkwitało ono w jego państwie. Przejawem tego może być eksponowana pozycja filozofa i pisarza, Bardesanesa na dworze królewskim. Bardasanes jest wprawdzie uważany za gnostyka, ale mówimy tutaj o czasach, w których nie było dobrze zdefiniowanych granic ortodoksji i herezji, a poszukiwania kanonu i doktryny cały czas trwały. No i to, że został ostatecznie uznany za odstępcę od prawdziwej wiary nie znaczy, że nie miał zwolenników i nie dołożył swojej cegiełki do dziejów aramejskiego chrześcijaństwa.

    Pod koniec I wieku językiem wspólnot wschodniosyryjskich i mezopotamskich była zarówno greka jak i aramejskie dialekty. Był to w dużej mierze efekt tego, że część misjonarzy wywodziła się z bardziej zhellenizowanej, zachodniej Syrii. W pewnym momencie musiały pojawić się różnice i uprzedzenia, bo wydaje się, że Grecy i Aramejczycy przez pewien okres czasu tworzyli osobne wspólnoty. Tak przynajmniej interpretuje się inskrypcję maga Kartira z III wieku, który wspomina o Nazarejczykach i Chrześcijanach jako osobnych grupach. Nazarejczyków odczytuje się jako wspólnoty semickie, a Chrześcijan jako określenie na wspólnoty greckojęzyczne.

    W końcu jednak ograniczenia te zniknęły, przynajmniej w większości przypadków i językiem liturgicznym syryjskich i mezopotamskich chrześcijan na dobre stał się syriacki, dialekt aramejskiego jakim posługiwano się w Edessie. Przewodnia rola tego miasta jest jeszcze bardziej widoczna w III wieku. I tak na przykład, gdy wśród perskich chrześcijan wybuchł spór o prymat w hierarchii, Papa, biskup Seleucji-Ktezyfonu, prosił o interwencję biskupa Edessy, a nie np. Antiochii (która wywodziła swoją historię od Piotra Apostoła).

    Póki co, mówiliśmy przede wszystkim o rzymskiej stronie świata aramejskojęzycznego. Jeśli chodzi o stronę perską, to już Dzieje Apostolskie wspominają o Medach, Persach i Partach wśród nawróconych w dzień Pięćdziesiątnicy. Syriackie tradycje mówią z kolei o Aggaju, Manie i Marim jako pierwszych chrześcijańskich misjonarzach (według tej tradycji mieli być oni uczniami Addaja). Historycznie początki tamtejszego kościoła są związane z działalnością semickich misjonarzy (w tym żydowskich). Pierwszym ośrodkiem perskiego (w znaczeniu politycznym, nie etnicznym) chrześcijaństwa była część Mezopotamii, znana Partom i Sasanidom jako Asuristan, od zamieszkujących ten region Asyryjczyków.

    Syriaccy misjonarze z rzymskiej strefy wpływów byli tak naprawdę u siebie, bo mimo rozdarcia politycznego między dwie potęgi, kultura była, pi razy drzwi, wspólna. Zdaniem Ziółkowskiego w momencie upadku państwa Sasanidów większość mieszkańców Asuristanu była już chrześcijanami. Mieli oni swoją własną organizację kościelną, szkoły teologiczne i gęstą sieć biskupstw. To wszystko dało początek, tak zwanej, tradycji wschodniosyriackiej (ale to już późniejsze dzieje, w interesującym nas okresie nie ma dobrego powodu aby wydzielać jakieś grupy).

    Nasi „Asyryjczycy” nie próżnowali na froncie misyjnym. Nieśli chrześcijaństwo do Persji właściwej, gdzie również zyskało ono popularność, ale przez długi czas nie szerzyło się z taką skutecznością jak w Mezopotamii. W II wieku źródła mówią już o kościołach w Chuzestanie. Księga Praw Krain z III wieku mówi o wspólnotach w Medii, Partii i Baktrii. Nowa religia docierała nawet w tak dziwne rejony jak wyspa Chark (Zatoka Perska). W mniej więcej tym samym czasie syriaccy misjonarze zanieśli chrześcijaństwo na półwysep Arabski i do Indii (o czym szerzej za chwilę).

    Niestety niewiele wiemy o życiu wczesnych wspólnot syriackich. Na podstawie szczątkowych informacji z II wieku wydaje się, że miejscowe chrześcijaństwo było mocno nastawione z jednej strony na misje a z drugiej na ascezę i mistycyzm. Było również bardzo wymagające wobec swoich wyznawców. Wielu z nich decydowało się na życie we wspólnotach monastycznych. Początkowo uważano, że stało się to za sprawą inspiracji monastycyzmem egipskim, ale obecnie istnieją także teorie mówiące, że obydwa ruchy rozwinęły się niezależnie od siebie. Co ciekawe monastycyzm syriacki nie zakładał odcięcia się od świata „na dobre” i jednym z zadań mnichów była działalność misyjna. Nietypowe jest również to, że wspólnoty cenobityczne były koedukacyjne.

    Żywoty Świętych Perskich pokazują, że na Wschodzie, w przeciwieństwie zwłaszcza do łacińskiego Zachodu, kobiety odgrywały bardzo ważne role. Mamy wręcz doniesienia o kobietach-misjonarzach, które całe swoje życie poświęcały życiu religijnemu, wyłamując się z tradycyjnej roli matki i żony. Harvey twierdzi, że kobiety odegrały kluczową rolę w rozprzestrzenianiu się chrześcijaństwa w regionie i nawet jeśli nie zostawały „świętymi” (a takie właśnie przypadki opisuje w „Holy Women of the Syrian Orient”), to zazwyczaj jako pierwsze nawracały się i promowały nową religię wśród członków swojej rodziny.

    Van den Berg zauważa, że syriaccy chrześcijanie znajdowali się pod dużymi wpływami gnostyckimi i dualistycznymi. Region ten był w końcu nie tylko miksem politycznych wpływów Rzymu i Persji, ale także tyglem różnych tradycji religijnych - greckich, syryjskich, mezopotamskich, perskich, ludów Azji Środkowej, a nawet indyjskich. Dualizm irański sprawiał, że w cenie było surowe prowadzenie się - stąd prawdopodobnie ascetyczny tryb życia wspomnianych przed chwilą wspólnot. Taki też obraz ukazuje Voobus pisząc o wczesnej teologii kościoła syriackiego - nawołuje on do duchowej bitwy z pokusami. Miejscowi pisarze i uczeni mieli zatem nieco inne inspiracje niż grecko-rzymska filozofia. Dość powiedzieć, że syriackie Dzieje Tomasza przedstawiają celibat jako „jedną drogę dla kraju” (#pdk).

    Ascetyzm i wezwanie do odrzucenia świata przebijał z tekstów lokalsów takich jak Tacjan czy Bardasanes. Tacjan był Asyryjczykiem, który osiedlił się w Cesarstwie Rzymskim i zainteresował się hellenistyczną filozofią. Po latach studiów nawrócił się na chrześcijaństwo, które poznał u boku Justyna Męczennika. Był on jednak o wiele radykalniejszy i uważał, że chrześcijaństwo jest środkiem do wyzwolenia się ze świata, który z kolei uważał za coś w rodzaju więzienia. Pogląd mocno zalatujący gnostycyzmem. Jeśli chodzi o Bardasanesa, to wprost twierdził on, że materia jest czymś złym. Co ciekawe, Porfiriusz podaje, że spotykał się on z wyznawcami indyjskich religii. Mimo posiadania podobnych poglądów, mocno krytykował Maniego i uważał go za heretyka.

    „Didascalia Apostolorum” z III wieku rysuje już jednak inny obraz syriackich wspólnot. Dzieło powstało jako swego rodzaju poradnik i wykładnia doktryny, w celu ujednolicenia i rozjaśnienia nauczania. W przeciwieństwie do poglądów dżentelmenów z poprzedniego akapitu, błogosławi i wynosi pod niebiosa związki małżeńskie i związane z nimi posiadanie potomstwa. Sprzeciwia się również radykalnemu przestrzeganiu przepisów kultowych odziedziczonych po judaizmie (pamiętajmy, że żydowskie wpływy były mocniejsze na pograniczu cesarstwa i na Wschodzie). Pokazuje także, że wspólnoty przekształcają się w bardziej hierarchiczne struktury z duchowieństwem (czyli laikat może zajmować się „normalnym” życiem).

    Syriackie chrześcijaństwo, podobnie jak grecko-rzymskie, było przede wszystkim miejskim fenomenem. Asmussen zauważa, że wielu aramejskich chrześcijan było kupcami (a podobno pieniądze i powściągliwość nie idą w parze). Z racji przesiedleń w miastach Partów i Sasanidów było także pełno chrześcijańskich rzemieślników. Dominowali jednak kupcy. „Żywoty Perskich Świętych” wymieniają nawet kilku świętych handlarzy. Mozdoor i Venetis twierdzą, że była to wpływowa grupa i potrafiła nawet nawiązać rywalizację z Żydami. Ci sami autorzy twierdzą, że skupienie działalności misjonarskiej na ważnych centrach miejskich i handlowych takich jak Edessa czy Irbil (stolica Adiabene) było celowym działaniem, mającym zwiększyć wpływy.

    Jeśli chodzi o nastawienie władz, to chrześcijanie przez długi czas nie mieli większych problemów. W strefie przygranicznej, nawet w trakcie prześladowań, Rzymianie woleli nie zaogniać problematycznej sytuacji w tak gorącym regionie i raczej przymykali oko. Zapewne sporą rolę odgrywał fakt, że była to wpływowa wspólnota, której wielu członków nie należało do grona gołodupców. Partowie wykazywali się dużą tolerancją i niespecjalnie interesowały ich wierzenia poddanych. Mozdroor i Venetis twierdzą nawet, że nawiązywali przyjazne kontakty z biskupami i używali ich jako pośredników w komunikacji z chrześcijańskimi mieszkańcami ich państwa.

    Zmiany zaczęły się po 224 roku, kiedy to Sasanidzi przejęli władzę w Persji. Nowa dynastia od samego początku szukała porozumienia z klerem zoroastryjskim i w tej religii upatrywała legitymizacji dla przewrotu i swoich rządów. Wiemy to choćby z listu maga Tansara do Gusznaspa, w którym kapłan przedstawiał Partów jako odstępców od wiary, a Ardaszira jako tego, który przywraca prawdziwą religię. Polityka względem innych religii zaczęła się zmieniać. Nie oznacza to od razu prześladowań, ale na przykład ograniczenie wcześniejszych przywilejów. Wydaje się, że mocno uderzyło to zwłaszcza w żydów.

    Zoroastryjski kler chciał wykorzystać nadarzającą się okazję i ugrać jak najwięcej dla siebie. Nie trudno wyobrazić sobie, że magowie wyszli z założenia, iż skoro legitymizują Sasanidów, to należy im się coś w zamian. Na dworze Szapura I i jego następców widać rosnące wpływy Kartira, aczkolwiek są oni jeszcze w miarę tolerancyjni. Szapur przedstawia się jako wyznawca Ahura Mazdy i narzędzie bogów, ale szanuje żydów czy chrześcijan i zezwala na działalność Maniego, który dołącza do jego świty. Bahram I prześladuje już manichejczyków i wydaje ich 12 apostołów magom. Prześladowania chrześcijan pełną parą ruszają jednak dopiero w IV wieku, po nawróceniu Konstantyna.

    Zdaniem Philpa prześladowania były nie tylko efektem zmian w Cesarstwie Rzymskim (największym rywalu sasanidzkiej Persji), ale także pokłosiem faktu, że o ile do III wieku chrześcijaństwo szerzyło się głównie wśród semickiej ludności i we wschodniej części państwa, to w IV zaczęło przyciągać coraz więcej irańskich konwertytów z właściwej Persji. To z kolei BARDZO nie podobało się zoroastryjskiemu klerowi. Jest to o tyle bardziej prawdopodobne, że manichejczycy byli prześladowani już w III wieku na skutek tego, że ich religia, jako wywodząca się z mazdaizmu, była rywalem dla zoroastryzmu od samego początku.

    Aramejskie wspólnoty i ich misyjne wysiłki są mocno powiązane z pojawieniem się i rozwojem chrześcijaństwa w Indiach. Wbrew pozorom świat w kilku pierwszych wiekach naszej ery nie był tak wielkim miejscem jak mogłoby się wydawać. Wielu autorów starożytnych, takich jak Strabon, Pliniusz czy Klaudiusz Ptolemeusz, demonstruje wiedzę na temat Indii i poświadcza istnienie ożywionej wymiany handlowej. Na podstawie zapisków można wydzielić trzy główne szlaki handlowe. Pierwszy prowadził z północnych Indii do odnogi Jedwabnego Szlaku bięgnącej przez Azję Środkową do Antiochii. Drugi biegł od ujścia Indusu, przez Zatokę Perską i w górę Eufratu do portów Lewantu.

    Trzeci, prawdopodobnie najpopularniejszy - biegł z południowych Indii, przez południowe wybrzeża Arabii do egipskich portów nad Morzem Czerwonym. Tam następował przeładunek na statki pływające po Nilu do Aleksandrii. Z Aleksandrii zaś - na całe Morze Śródziemne. W 45 roku niejaki Hippalos odkrył zastosowanie wiatru monsunowego aby przyśpieszyć podróż do i z Indii. Jednocześnie boski August, który zdaniem Warmingtona rozkminił jak istotny jest handel indyjski, rozprawił się z pośrednikami w postaci Himdżarytów i Sabejczyków. Wdzięczni kupcy mieszkający w Muziris (port na malabarskim wybrzeżu Indii) ufundowali świątynie poświęconą geniusowi princepsa.

    Handel ruszył na całego. Rzymianie kupowali tkaniny, przyprawy i szlachetne kamienie. Płacili w złocie. W południowych Indiach znajduje się wiele rzymskich monet datowanych na I-III stulecie. Tamilskie źródła, takie jak pochodzące z II wieku Shilappadikaram, wspominają o „wielkich statkach wyładowanych złotem” płynących z Zachodu oraz o bogatych kupcach „mówiących dziwnymi językami”, którzy zaczęli osiadać w miastach królestwa Ćera. Wśród kupców tych byli Grecy, Syryjczycy i Żydzi.

    Tradycja kościoła (a raczej kościołów, bo obecnie jest ich kilka) indyjskiego podaje, że chrześcijaństwo zaczęło się tu wraz z przybyciem Tomasza Apostoła. Miał on jakoby przybyć do Muziris w 52 roku. Brzmi nieprawdopodobnie? Nie do końca. Puthiakunnel twierdzi, że nie ma w tym nic dziwnego, bo w mieście żyła spora społeczność żydowska i możliwe, że tak jak wielu judeochrześcijańskich misjonarzy, Tomasz odwiedzał skupiska diaspory, głosząc nauki Chrystusa.

    O tej tradycji wspominają syriackie, apokryficzne Dzieje Tomasza oraz szereg innych źródeł, w tym Ambroży z Mediolanu, Hieronim ze Strydonu czy Grzegorz z Nazjanu. Euzebiusz z Cezarei twierdzi, że jego nauczyciel, stoicki filozof Pantaenus, po tym jak nawrócił się na chrześcijaństwo, odwiedził indyjskie wspólnoty. Po raz kolejny wydaje się, że za wszystkim stoją Żydzi. Jussay twierdzi, że mamy dobre przesłanki aby uważać, że żydowscy kupcy docierali do Indii już w czasach Salomona, aczkolwiek wielu poddaje to w wątpliwość. Fernandes z kolei twierdzi, że część Żydów zbiegła do Indii po zniszczeniu I świątyni.

    Mniej kontrowersyjne są prace Katza, Kodera, Puthiakunnela, de Beth Hillela i Jamesa, które prezentują dowody na to, że Żydzi byli obecni na malabarskim wybrzeżu w I wieku n.e. Wskazuje na to również fakt, że wielu Żydów udało się tam po klęsce powstania i zniszczeniu Jerozolimy w 70 roku. Na możliwość żydowskich korzeni indyjskich chrześcijan (albo przynajmniej ich części) wskazuje analiza zwyczajów i pieśni chrześcijańskiej mniejszości znanej Knanaya. Jussay twierdzi, że podobieństwa z kulturą koczińskich Żydów są tak znaczące, że istnieją małe szanse na to, że są efektem przypadku.

    Według tradycji, Tomasz, po odwiedzeniu Sokotry, miał pojawić się w Muziris, gdzie spędził pewien czas wśród miejscowych Żydów. Następnie udał się na południe, gdzie nawrócił kilka rodzin należących do wysokich kast i założył siedem wspólnot. W 72 roku zmarł męczeńską śmiercią i został pochowany w Mylapore (gdzie obecnie znajduje się poświęcona mu bazylika). Czy opowieść ta jest prawdziwa? Historycy są bardzo powściągliwi w tej kwestii, zwłaszcza w kontekście wspomnianego już zjawiska szukania apostolskich korzeni. Frykenberg wskazuje jednak, że nawet jeśli historie te nie są literalnie prawdziwe, to na pewno poświadczają starożytność indyjskiego chrześcijaństwa.

    Bezpiecznie będzie założyć, że pierwsze wspólnoty w Indiach powstały na drodze kontaktów handlowych z rzymskim i perskim Bliskim Wschodem, być może już w I wieku. Prawdopodobnie wielu początkowych konwertytów rekrutowało się spośród miejscowych Żydów, ale chrześcijanami zostawali także miejscowi, jak i migrujący z Zachodu kupcy, którzy decydowali się na pozostanie w Indiach. Gdzie w tym wszystkim ręka syriackiego chrześcijaństwa? Ano, na pewno musiała być, bo aż do przybycia Portugalczyków, miejscowe kościoły uznawały patriarchę Seleucji-Ktezyfonu (później rezydującego w Bagdadzie) za swojego zwierzchnika.

    Brown podaje, że misyjną sztafetę w Indiach bardzo szybko przejęli kupcy syriaccy z miast leżących nad Zatoką Perską i dlatego miejscowy kościół stał się częścią kościoła syriackiego, a później wschodniosyriackiego. Kronika z Siirt podaje, że pod koniec III wieku misje w Indiach prowadziło biskupstwo w Basrze. Brown przedstawia teorię mówiącą, że tomaszowa tradycja to efekt wpływów syriackich - Tomasz był szczególnie czczony na Wschodzie, a „Dzieje Tomasza” traktujące o indyjskiej misji, zostały spisane w Edessie. W późniejszych czasach, które wykraczają poza ten odcinek, indyjski kościół podlegał pod metropolitę Rev Ardashir (Iran), będącą częścią Kościoła Wschodu. Z tego też powodu liturgia, księgi, teksty filozoficzne i religijne były syriackojęzyczne.

    Jeśli chodzi o Arabów to chrześcijaństwo zaczęło się wśród nich szerzyć bardzo szybko. Jak zauważa Spencer Trimingham, wbrew powszechnym wyobrażeniom, arabskie osadnictwo poza terenami rodzimego półwyspu nie zaczęło się wcale wraz z ekspansją islamu (wołam @UtTeR_DesTrucTiOn). Bryce podaje, że migracje miały miejsce znacznie wcześniej i Arabowie pojawili się na terenach, przykładowo, Palmyry (środkowa Syria) w okolicy III wieku p.n.e. Źródła potwierdzają, że plemiona arabskie zamieszkiwały Syrię, Mezopotamię, Palestynę a nawet zachodnią Persję, jeszcze przed narodzeniem Chrystusa.

    Ciężko jednak dokładnie wskazać i prześledzić wędrówki, bo mamy problemy z identyfikacją. Ziemie o których mowa, były semickie językowo. Z racji podobieństwa językowego nie było większych barier dla wymiany kulturowej - zachodziła ona bardzo szybko. Często obejmowała ona także sferę języka właśnie i w wielu przypadkach Arabowie porzucali swoje dialekty na rzecz lokalnego, aramejskiego narzecza. Millar twierdzi, że dokładnie taki proces zaszedł w przypadku dynastii rządzącej wspominanym już Osroene i kolejni Abgarowie byli potomkami wodzów arabskiego plemienia znanego jako Orrhoei.

    Ta „unia kulturowa” sprawia, że w wielu przypadkach ciężko wydzielić chrześcijaństwo syriackie i arabskie. Arabowie albo sami stawali się „Aramejczykami” (w sensie, że tracili świadomość pochodzenia), albo przejmowali ich kulturę w takim stopniu, że jedyną rzeczą, która różniła ich od aramejskich sąsiadów, było pochodzenie. Dla czasów, które nas interesują podział taki jest niemal niemożliwy i bezsensowny (zwłaszcza dla Syrii i Mezopotamii) z kilkoma wyjątkami.

    Jednym z tych wyjątków są plemiona, pozostające przy koczowniczym lub pół-koczowniczym trybie życia, mimo zmiany miejsca zamieszkania. Z żywotów syriackich świętych wiemy o mnichach i pustelnikach, którzy działali wśród takich właśnie Arabów (na marginesie: w tych czasach, na tych terenach, mianem Arabów określano nie tylko grupy wywodzące się z płw. Arabskiego ale także koczowników w ogóle). Wydaje się, że tak tak jak w przypadku innych pogan, czynnikiem inicjującym proces konwersji, była potrzeba boskich interwencji. Ciężkie warunki życia i balansowanie na krawędzi przetrwania na pewno nie pomagały w kwestiach zdrowotnych.

    Pustelnicy i mnisi cieszyli się dobrą opinią jeśli chodzi o zdolność czynienia cudów. Pamiętamy pielgrzymki beduinów pod słup Symeona Stylity? Spencer twierdzi, że konwersje plemion i klanów zachodziły z góry na dół - wodzowie albo ważni członkowie starszyzny, mieli problem i znajdowali rozwiązanie przy pomocy eremitów. Sprawiało to, że zaczynali interesować się chrześcijaństwem i przyjmować nauki od swoich wspomożycieli. Po jakimś czasie decydowali się na chrzest, a w ich ślady szła reszta członków społeczności.

    Czasami plemiona łączyły się w większe organizmy - konfederacje. Niektóre z nich okazywały się trwalsze od innych i tworzyły niezależne albo autonomiczne państewka na pograniczu półwyspu, Persji i Cesarstwa. Trwałe kontakty między plemionami ułatwiały szerzenie się nowej religii. Wydaje się, że tak było w przypadku późniejszych konfederacji Tanukidów, Zokomidów, Ghassanidów i Lachmidów. Z racji braku źródeł i dziur w tych które mamy, ciężko dokładnie zrekonstruować ich dzieje.

    Pochodzenie Tanukidów ginie w pomroce dziejów. Na horyzoncie historii pojawiają się w drugim wieku, jako grupa plemion zamieszkujących Hauran - region leżący na pograniczu współczesnej Syrii i Jordanii. W III wieku walczyli po stronie rzymskiej w konflikcie z Palmyrą i odegrali dużą rolę w pokonaniu Zenobii i jej popleczników. W mniej więcej tym samym czasie nawrócili się na chrześcijaństwo, prawdopodobnie za sprawą syriackich kupców i mnichów. Mieli silne związki z pustynnymi wspólnotami monastycznymi.

    Zokomidzi pochodzili z północnej części półwyspu arabskiego i w III wieku zostali, jako sojusznicy Palmyry, osiedleni na terenie Syrii i Palestyny. Tam na szeroką skalę weszli w kontakty z chrześcijańskimi misjonarzami. W wyniku tych kontaktów, zdaniem Shahida, Zokomos ochrzcił się, pociągając za sobą starszyznę. Szczyt ich znaczenia przypadł na IV wiek, kiedy to byli sojusznikami Rzymu, broniącymi cesarstwa przed intruzjami krewniaków, prowadzących koczowniczy tryb życia. Jeden z wodzów, Dawid, zasłynął jako fundator klasztoru.

    Ghassanidzi i Lachmidzi, to nieco późniejsze dzieje. Ci pierwsi mieli długie tradycje chrześcijańskie i historycznie byli powiązani z kościołem syriackim, ale w VI wieku dołączyli do obozu chalcedońskiego. Stało się tak najprawdopodobniej dlatego, że znaleźli się w orbicie rzymskich wpływów i uzyskali status sprzymierzeńców cesarstwa. Wśród Lachmidów było sporo plemion wyznających inne religie, ale rządzący pozostali wierni syriackiemu kościołowi (wtedy to już raczej wschodniosyriackiemu). Lachmidzi w jakiś sposób uznawali zwierzchnictwo szachów Persji i bronili dostępu do Mezopotamii przed koczownikami z półwyspu.

    Trochę za bardzo wybiegliśmy jednak w późniejsze czasy. Wróćmy zatem do arabskiego chrześcijaństwa w II i III wieku. Poza koczownikami, możemy także mniej więcej prześledzić rozprzestrzenianie się nowej religii w rzymskiej Arabii. Mam tutaj na myśli tereny zamieszkane przez Nabatejczyków. Byli oni Arabami, prawdopodobnie pochodzącymi z południa półwyspu, którzy w I tysiącleciu p.n.Ch zaczęli przesuwać się coraz bardziej na północ. W czasach diadochów utworzyli królestwo obejmujące tereny współczesnego Izraela, Palestyny, południowej Syrii, Synaju, Jordanii i Arabii Saudyjskiej.

    Mieli bardzo dobre stosunki z Żydami i byli sojusznikami makabejskich powstańców. Sytuacja zmieniła się po powstaniu królestwa Hasmoneuszy w 160 p.n.e. Po latach wojen, Nabatejczycy uzyskali przewagę, ale wplątali się z kolei w konflikt z Seleucydami. I tym razem zmagania zakończyły się sukcesem Arabów, a w następstwie zwycięstwa pod Kanną udało im się zająć Damaszek. Zwycięski król Obodas I został wówczas okrzyknięty bogiem.

    Kres dominacji Nabatejczyków w regionie przyniosło pojawienie się Rzymian. Po pokonaniu arabskich armii w bitwach, zawarli wprawdzie pokój, ale Nabatea stała się państwem klienckim. W 106r. Rzymianie całkowicie ją zajęli i włączyli pod bezpośredni zarząd, tworząc w ten sposób prowincję Arabia Petraea. Rzymskie panowanie przyniosło rozwój gospodarczy i dalszą urbanizację. Powstało kilka nowych ośrodków miejskich, a istniejące (w tym najważniejsze - Petra i Bostra) jeszcze się rozrosły.

    Mieszkańcy Nabatei byli w większości semickimi poganami. Istniejące kulty były miksem wpływów arabskich, palestyńskich, egipskich, syryjskich i mezopotamskich. Cześć mieszkańców terytoriów, które znajdowały się kiedyś pod kontrolą Żydów, wyznawała judaizm. Jako że był to region leżący na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych, chrześcijaństwo zaczęło się tutaj pojawiać bardzo wcześnie. Przynosili je ze sobą palestyńscy judeochrześcijanie, koczowniczy Arabowie z terenów syryjskich i mezopotamskich oraz syriaccy kupcy.

    Zdaniem Spencera Triminghama, konwersje na szeroką skalę zaczęły się w II wieku. Wskazuje na to rosnąca liczba kontrowersji dotyczących istoty chrześcijaństwa. Na terenach zamieszkanych przez Aramejczyków i Arabów ścierają się ze sobą różne wersje i interpretacje. Do ważniejszych można zaliczyć protortodoksów, którzy dzielą się już na wspólnoty helleńskie i semickie. Ta druga grupa wydaje się być pod silniejszym wpływem tradycji żydowskiej i dualizmu, ta pierwsza czerpie więcej ze świata greckiego. Mamy także marcjonitów, których wspólnoty przetrwają na Bliskim Wschodzie aż do podboju arabskiego. Obrazu dopełniają judeochrześcijanie, chcący pogodzić nauczanie Jezusa z tradycją żydowską.

    No i gnostycy. Arabowie dorobili się swoich własnych już w połowie II wieku. Gnostykiem był Monoimus Arab, którego nauczanie łączyło monizm, chrześcijaństwo i wpływy pitagorejskie. Niestety, niewiele wiemy na temat jego poglądów, bo nie pozostawił po sobie żadnych prac (albo nie dotrwały one do naszych czasów). To samo jest prawdą w temacie dzieł arabskich chrześcijan w tym okresie (jeśli takie były). Wiele informacji na temat semickiego chrześcijaństwa przekazują jednak źródła dotyczące Orygenesa. Pokazują one, że w pierwszej połowie III wieku chrześcijanie na ziemiach aramejskich i arabskich byli już licznie reprezentowani. Tak licznie, że istnieje tradycja mówiąca, że cesarz Filip Arab, pochodzący z Szahby leżącej w rzymskiej Arabii, był chrześcijaninem.

    Podania te, zdaniem Pohlsandera, wzięły się stąd, że osady i miasteczka w tym regionie miały bardzo duży udział chrześcijan w populacji. To z kolei było efektem wytężonej pracy misyjnej Edessy i Bostry. Wzmianki o chrześcijaństwie cesarza pojawiają się na przykład u Euzebiusza z Cezarei czy Hieronima ze Strydonu. Wspominają oni, że cesarz wraz z małżonką chcieli wziąć udział w celebracji Wielkiej Soboty w Antiochii, ale biskup Babylas kazał im pozostać na zewnątrz. Domniemane chrześcijaństwo Filipa jest przedmiotem sporów między historykami. Z jednej strony władca ten był bardzo tolerancyjny i zdawał się być zainteresowany nową religią. Z drugiej jednak, wypełniał wszystkie czynności kultowe związane z urzędem cesarskim.

    Informacje o znacząco dużej liczebności chrześcijańskich wspólnot w rzymskiej Arabii w III wieku potwierdza także archeologia. I tak na przykład, Glueck zidentyfikował ponad 300 chrześcijańskich pochówków w regionie znanym jako Idumea. W innej pracy wykazał arabskie pochodzenie symboli wykorzystanych do zdobienia kościołów w epoce bizantyjskiej. Archeologia, zdaniem Triminghama, pokazuje również, że w arabskiej prowincji budowano więcej kościołów w stosunku do reszty regionu oraz, że świątynie pogańskie szybciej wychodziły z użycia lub były przerabiane na chrześcijańskie miejsca kultu.

    Jeśli chodzi o interior półwyspu arabskiego, to tutaj niestety, ale brak nam źródeł dla interesujących nas czasów. To znaczy dla większości terenów. Jedyne co mamy, to szczątkowe informacje o działalności misjonarskiej kościoła syriackiego we wschodniej części półwyspu. Dostała się ona pod kontrolę Sasanidów w IV wieku. Wraz z tym podbojem, na szerszą skalę pojawili się tam chrześcijańscy kupcy i misjonarze z Asuristanu. Był to także popularny kierunek dla chrześcijańskich zbiegów w czasie prześladowań w państwie Sasanidów. Nie ma się jednak co łamać - do V i VI wieku też dojdziemy, a z tych czasów jakieś informacje mamy. Wtedy też omówimy sobie to zagadnienie dokładniej.

    Tym oto sposobem docieramy do końca odcinka. Mam nadzieję, że jesteście chociaż trochę zaskoczeni faktem, że chrześcijaństwo dotarło do Indii wcześniej niż w wiele miejsc, które dzisiaj kojarzone są jako tradycyjnie chrześcijańskie. To jednak nie koniec naszej podróży - w następnym odcinku przyjrzymy się losom wspólnot i państw zamieszkujących resztę znanego wówczas świata, tj. Afrykę i Europę. No i dokończymy Azję, uzupełniając wiedzę o tym, co działo się na Kaukazie.

    PS. 1. Tradycyjnie dzięki dla @robson7 za korekty. Gdybyś mimo to, drogi czytelniku, widział jakieś błędy, to nie zakładaj od razu, że autor jest idiotą. Errare humanum est- po prost wytknij je w komentarzu. Będę wdzięczny i skorzystają na tym przyszli czytelnicy, po tym jak wrzucę poprawione wersje na stronę.

    PS.2. Niech będzie, od tego odcinka będę wrzucał także bibliografię, choćby szczątkową. Sorry za nieformalny zapis, ale serio mi się nie chce, robię to tylko dlatego, że strona znowu się “przedłuża”. Kolejność przypadkowa, bo pisane na 5 min przed wrzuceniem na mirko.

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania #neoreakcja #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne

    Tak zwana Stela z Xi'an zawierająca tekst edyktu chińskiego cesarza, zezwalającego na działalność chrześcijańskich wspólnot na terenach rządzonych przez dynastię Tang (stela pochodzi z VIII wieku, edykt wydano w 638).
    pokaż całość

  •  

    Witam ponownie.

    Naszym dzisiejszym tematem jest zgłębienie zjawiska konwersji na chrześcijaństwo i powodów, dla których poganie mogli porzucać dotychczasowe ścieżki życia i przerzucać się na nową religię. Fakt ten jest jedną z większych zagadek w temacie. Jak to się stało, że marginalny ruch założony przez Żydów (pochodzących z, jak pamiętamy, Radomia cesarstwa) w niespełna cztery stulecia stał się oficjalną religią Rzymu?

    Wyjaśnień tego stanu rzeczy mamy wiele: od cudów i boskich interwencji po hipotezy w stylu niesamowitej zdolności adaptacyjnej chrześcijaństwa (Adolf von Harnack), przedstawieniu nowej religii jako siły odnawiającej więdnące życie miejskich wspólnot (Rodney Stark) czy przekaz, dopasowany do ewoluujących potrzeb duchowych (Marcel Simon).

    Zanim poszukamy odpowiedzi na to pytanie, rzut oka na statystyki, albo raczej ich symulację. Podaję za „The Early Christian World” pod redakcją Esler’a:

    Rok|Liczba chrześcijan (szacunkowa)|Udział w populacji cesarstwa (szacunkowy)

    40|1000|0,0017%
    50|1400|0,0023%
    100|7,530|0,0126%

    150|40,496|0,07%
    200|217,795|0,36%
    250|1,171,356|1,9%
    300|6,299,832|10,5%
    350|33,882,008|56,6%

    Zapewne wielu z was ciśnie się teraz na usta: ej, jak oni to niby opracowali? Zawsze byłem noga ze statystyki historycznej, ale obiecuję, że jak tylko będę miał chwilkę to zrobię osobny wpis na ten temat. Póki co załóżmy, że wyliczenia te są, pi razy drzwi, poprawne (zresztą nikt nie utrzymuje, że są one dokładnie poprawne, chodzi tylko o rząd wielkości).

    Oczywiście w oczy rzuca się drastyczny skok popularności chrześcijaństwa między 300 a 350 rokiem, podyktowany zapewne konwersją Konstantyna i rodziny cesarskiej. Chrześcijaństwo w kilka lat awansuje z prześladowanej, choć licznej sekty, do rangi religii wyznawanej przez najważniejsze osoby w państwie.

    Konstantynem i tym co po nim zajmiemy się jednak przy innej okazji. Najpierw zastanówmy się jak chrześcijanie doszli do tych 10 procent w przeddzień edyktu mediolańskiego. Zaczniemy od tego, że pokrótce omówimy sobie „habitat”.

    Z zachowanych zabytków piśmiennictwa i źródeł archeologicznych, jak również „antropologizacji” wynika, że chrześcijaństwo szerzyło się głównie w miastach. Nie znaczy to jednak, że proces ten postępował wszędzie tak samo - to wiemy na przykład z rekonstrukcji liczby chrześcijan na podstawie liczby duchownych (znanej ze źródeł).

    I tak wydaje się, że Rzym wpasował się mniej więcej w średnią podawaną w niedorobionej tabelce kilka akapitów wyżej. Z wyliczeń Roberta M. Granta wynika, że w okolicach 250 roku Wieczne Miasto miało około 20k chrześcijan na 700k mieszkańców (czyli 0,028%).

    Nie wszędzie jednak było tak samo. Na przykład palestyńska Gaza wyglądała inaczej - pod koniec czwartego stulecia miasto miało zaledwie 280 chrześcijan i 163 świeżych konwertytów (na 15k mieszkańców). Widzimy więc, że czynników kształtujących prędkość konwersji musiało być dużo i wiele zależało od lokalnych uwarunkowań.

    Wydaje się, że największym wzięciem wczesne chrześcijaństwo cieszyło się w Azji Mniejszej. Badania van der Meera i Mohrmann z 1958 r. wskazują, że do końca pierwszego wieku chrześcijańskie wspólnoty zamieszkiwały 42 miasta cesarstwa. Ponad połowa z nich znajdowała się na terenach współczesnej Turcji.

    Oczywiście wspólnoty owe nie ograniczały się do tego regionu - na linii Zachód-Wschód sięgały od Rzymu do Edessy, a na osi Północ-Południe od macedońskiego Filippi do libijskich Pentapolis. Pod koniec III wieku chrześcijaństwo na dobre sięgnęło półwyspu Iberyjskiego na zachodzie, Brytanii na północy, Iraku na wschodzie i Arabii na południu. Według badań Hinson’a nadal jednak dominowała Azja Mniejsza, wraz z Syrią, Egiptem i Kartaginą.

    Mamy bardzo mało informacji na temat chrześcijaństwa prowincjonalnego. Nawet archeologia niewiele (póki co) może nam tutaj pomóc i z tego też tytułu uważa się, że było to zjawisko marginalne, a sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero w czasach Konstantyna. Jedyne co możemy powiedzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa to to, że takie zjawisko istniało.

    Problemem naszych źródeł jest to, że skupiają się niemal całkowicie na świecie grecko-rzymskim (obejmującym także wspomnianą przed chwilą Kartaginę, miasta syryjskiego wybrzeża, północny Egipt i wybrzeża Azji Mniejszej). Z fragmentarycznych źródeł wiemy jednak, że chrześcijaństwo cieszyło się dużym wzięciem także poza tym światem.

    Do końca II wieku istniały już liczne wspólnoty syriackich chrześcijan, które koncentrowały się wokół miast takich jak Nisibis i Edessa. Miały one w przyszłości dużą rolę do odegrania w procesie kształtowania się chrześcijańskiej doktryny i kontrowersji jakie wokół niej narosły.

    Wraz z syriackim chrześcijaństwem rozwijało się „asyryjskie”. Asuristan był bardzo silnym ośrodkiem tej tradycji i z czasem stał się matecznikiem nurtu wschodniosyriackiego. Na taką skalę, że zdaniem Ziółkowskiego w VII wieku była to religia większości mieszkańców tego regionu, mimo prześladowań ze strony Sasanidów.

    Aż korci żeby opisać jeszcze kilka innych kierunków misjonarskich, ale nie o tym mieliśmy tutaj mówić. Zrobię to zatem w następnym odcinku, bo temat jest bardzo ciekawy. Podam też więcej szczegółów do przykładów, które już wymieniłem. Najwyżej seria się trochę rozciągnie, ale to chyba nie problem?

    Przechodzimy zatem do nawróceń i tego co za nimi stało. Wiemy o zastrzeżeniach co do definicji konwersji, wiemy o pogańskiej reakcji na chrześcijaństwo i wiemy, że poganie mogli oczekiwać od swojej religii przede wszystkim skuteczności w załatwianiu spraw doczesnych i opieki nadprzyrodzonych sił.

    Wspomniana opieka miała się przejawiać nie tylko w pomyślnym obrocie spraw życia codziennego, ale także w bardziej spektakularny sposób. I tak dochodzimy do cudów, o które dwa odcinki temu pytał @ja_nie_lubie i które MacMullen czy James uważali za kluczowe przy konwersjach.

    Cuda były bardzo pożądane w tamtych czasach. Ten kto cieszył się reputacją zdolnego do ich czynienia, stawał się szybko popularny. Sam Jezus był początkowo postrzegany przez wielu przede wszystkim jako święty mąż, wędrowny cudotwórca i to stąd mogli brać się jego pierwsi zwolennicy.

    Vermes zauważa, że wiele nowotestamentowych opisów działalności Jezusa bardzo dobrze wpisuje się we wzorzec czegoś co nazywa „charyzmatycznym judaizmem”. Mowa tutaj o judaizmie w szerszym tego słowa ujęciu (niektórzy judaizmem nazywają tylko jego rabiniczną wersję, która kształtowała się mniej więcej w tym samym czasie co chrześcijaństwo).

    Przywołuje przykłady starożytnych proroków, którzy często występowali przeciwko (lub poza nim) skostniałemu systemowi wierzeń, a swój autorytet opierali na rzekomej mocy jaką miał obdarzyć ich Bóg. Pokazuje także postacie bardziej współczesne Jezusowi jak Hanina ben Dosa, Honi czy Jan Chrzciciel.

    Jeśli ufać źródłom (często apokryficznym), to w zasadzie każda konwersja dokonana przez apostołów i ich następców była związana z cudem. Najczęściej z uzdrowieniem, choć zdarzały się dużo bardziej spektakularne. Takie jak na przykład zniszczenie świątyni Artemidy wraz z zamieszkującym ją demonem.

    Fakt, że wiele z tych opisów pochodzi z apokryfów wcale nie przekreśla ich użyteczności. Owszem stawia pod znakiem zapytania historyczność zdarzeń, ale jasno i dobitnie pokazuje, że dla wspólnot, w obrębie których powstały, przyczyna nawrócenia była nierozerwalnie związana z cudami.

    Na tej podstawie możemy przyjąć, że faktycznie, cuda odgrywały sporą, być może decydującą rolę w procesie pozyskiwania konwertytów. Zaraz zaraz, co ty pleciesz?! Trzy odcinki temu pisałeś coś o zasadzie ekonomii myślenia i o tym, że historia, choć nie jest nauką, to zasługuje na pewną dozę zaufania, a teraz każesz nam wierzyć w cuda?

    No nie. To nie tak. To znaczy, owszem, możemy przyjąć, że w tamtych czasach, z sobie tylko znanych powodów, Bóg łaskawiej i hojniej sypał cudami niż teraz. Możemy, w końcu jest to możliwe (co tak naprawdę nie jest możliwe?). Tylko, że to będzie niezgodne ze wspomnianą już zasadą ekonomii myślenia.

    Musielibyśmy założyć, że:

    a) chrześcijański bóg istnieje
    b) lubi czasem zainterweniować w życie ludzi
    c) kiedyś interweniował częściej albo kiedyś ludzie byli bardziej wyczuleni na te interwencje

    Wszystkie te założenia są ok, ale jeśli je przyjmiemy to znaczy, że nie mówimy już o historii tylko o religijnej tradycji. Chcemy chyba jednak pozostać przy historii? Ja bym chciał. Dlatego też przyjmiemy prostsze założenia. Dzięki temu nie opuścimy naszego poletka.

    Zatem: cokolwiek wydarzyło się między nawracającymi a nawracanymi było przez dużą część zainteresowanych uważane za cud i dowód na boską interwencję. To czy faktycznie był to cud pozostaje poza naszym zainteresowaniem. W końcu chcemy znać powody konwersji TAMTYCH ludzi.

    Świat starożytnych był pełen cudów. Dosłownie. Przytaczany już w naszej serii Kelsos pytał na przykład chrześcijan czym się różnią od egipskich handlarzy cudów, którzy są obecni w każdym większym mieście. Wystawali na placach i za opłatą oferowali powodzenie, uroki, uzdrowienie i inne drobne usługi. Skoro była podaż to musiał być popyt.

    Nawróceni musieli wierzyć, że to co się stało jest prawdziwe, jest cudem i stoi za tym Bóg. W przeciwnym razie po prostu by się nie nawrócili. I nie jest tak, że wszyscy ludzie, którzy wówczas żyli, brali opowieści o cudach za dobrą monetę. Wiele osób nie tylko je odrzucało, ale wręcz wyśmiewało.

    Nie było to jednak najczęstsze podejście. Ojciec Historii Kościoła, Euzebiusz podaje przykład Azji Mniejszej w I wieku, mówiąc o „wielu, którzy przyjęli Dobrą Nowinę i siali zbawcze ziarno Królestwa Niebieskiego jak świat szeroki[…] czynili cuda z Bożą pomocą i za pośrednictwem Ducha Świętego”.

    Ludzie nie pozostawali obojętni i „w rezultacie zebrane tłumy, każdy jeden mąż, […] zaczęły żarliwie oddawać cześć Stwórcy Wszechrzeczy”. Podobnie wypowiadał się Święty Paweł, który również upatrywał potwierdzenia prawdziwości chrystusowej nauki w cudach i nadprzyrodzonych mocach, a nie w „uwodzących przekonywaniem” słowach mądrości.

    Przywoływane już Dzieje Jana opowiadają historię apostoła w Efezie, który natrafia na wrogo nastawiony tłum pogan, ale przekonuje ich cudownymi uzdrowieniami i zniszczeniem świątyni Artemidy, którą, jak się okazuje, zamieszkiwał demon.

    Rzekomy demon w świątyni to swoją drogą świetna ilustracja tego, jak wielu chrześcijan widziało różnice między „swoimi”cudami, a tymi czynionymi przez konkurencję. Jan uzdrawia, bo jest medium, przez które działa moc prawdziwego Boga. Kult Artemidy owszem, ma moc, ale jest to moc szatańska.

    Wracając jednak do tych rzekomych wydarzeń to ciężko stwierdzić, czy faktycznie miały one miejsce. To znaczy możemy racjonalizować i szukać informacji o jakimś trzęsieniu ziemi czy spontanicznym pożarze, które mógłby zniszczyć świątynię. Tyle, że to bez sensu i nie jest ważne dla naszego rozumienia tematu. Ważne jest to, że jakaś część ludzi wierzyła w tę historię.

    Przyjmuje się, że Dzieje Jana zostały spisane w drugiej połowie II wieku, a opisywana akcja (niezależnie od tego czy jest prawdziwa czy nie) musiała być umiejscowiona nie później niż w drugiej połowie I wieku. Wynika z tego prosty wniosek: historia ta musiała funkcjonować jako coś wartego uwagi w przekazie ustnym przez co najmniej 50 lat. Gdyby została uznana za całkowitą bzdurę i nie była powszechna - są raczej małe szanse, że doczekała by się spisania i dotrwała do naszych czasów.

    Tego typu opowieści, funkcjonujące w powszechnym obiegu, są regułą. I tak wspominany już Euzebiusz przytacza opowieść o męczennikach z Cezarei, którzy zostali wrzuceni do wody i utonęli. Niedługo potem miastem wstrząsnęło trzęsienie ziemi, a ciała męczenników wypłynęły na plażę. Jeśli wierzyć jego słowom to: „każdy mieszkaniec Cezarei może o tym zaświadczyć”. Nieprzypadkowo używa czasu teraźniejszego i to właśnie trzęsienie łączy z konwersją mieszkańców miasta, którzy „wyznali, że jedynym prawdziwym bogiem jest bóg chrześcijan”.

    Widzimy, że w obydwu przytoczonych tu historiach (i wielu innych, których przytoczyć nie możemy bo nie mamy na to miejsca) cud niekoniecznie był czymś indywidualnym. Potęga Boga jest ukazana jako wielka i przerażająca, co jasno wskazuje, że góruje on nad wszystkimi innymi siłami w świecie.

    Są ku temu dobre powody. Świat jest w końcu miejscem, na którym wyznaje się setki bogów, demonów, aniołów czy innych kosmicznych sił. Skoro na każdym placu stoi Egipcjanin gotowy za drobną opłatą cudownie uzdrowić cię z choroby, nie dołączysz ot tak do podejrzanej sekty, obiecującej w zasadzie to samo.

    Chyba, że przekonasz się, że moc która przez nich działa jest potężniejsza i skuteczniejsza. Zdaniem MacMullena „dowodem” (w sensie: w odczuciu ówczesnych ludzi) na to mogły być egzorcyzmy. Temat ten jest prawie nieruszony przez historyków, tymczasem źródła wczesnochrześcijańskie często o nim wspominają.

    Poruszają go nie tylko apokryfy czy spisane „wieści gminne”, ale także ludzie światli i piśmienni, tacy jak na przykład Justyn, Ireneusz, Tertulian, Cyprian Kartagiński czy Euzebiusz. W każdym z tych przypadków wskazywali oni, że chrześcijanie wypędzali demony nieomal hurtowo.

    Wiele wskazuje na to, że początkowo bardzo powszechna była wiara w to, że każdy chrześcijanin ma moc wypędzania złych duchów. Niedługo jednak pojawiła się grupa „egzorcystów z zawodu”. Widocznie uznano, że jakkolwiek każdy może to robić, to jednak fajnie mieć też specjalistów.

    Egzorcyzmy chrześcijańskie wywodziły się z żydowskiej tradycji religijnej. Jak zauważa Vermes, starożytni Żydzi utożsamiali wiele chorób i dolegliwości (zwłaszcza umysłowych) z opętaniem. Patrząc na apokryfy i rodzącą się hagiografię widać, że wczesne chrześcijaństwo poszło w ślady „starszych braci”, a z egzorcyzmów uczyniło swój znak rozpoznawczy.

    Co ciekawe opisy dość szybko ewoluują i ze „zwykłych” przechodzą w bardziej szczegółowe i dramatyczne. Na ich zakończenie, po ciężkiej walce egzorcysta odbywa niejako triumf nad pokonanym złym duchem, zmuszając go do płaszczenia się, błagania o litość i rozpaczliwych krzyków. Takie historie ukazywały boską potęgę. Bóg jawił się jako ten, który ot tak załatwia inne byty nadprzyrodzone. Obraz bardzo zgodny z chrześcijańską wizją monoteizmu.

    Był to także bardzo istotny przekaz w politeistycznym kontekście, w jakim operowało chrześcijaństwo. Otóż samo przekonanie pogan do wiary w jeszcze jednego boga nie było jakimś wielkim wyzwaniem. W końcu podobne zjawiska zachodziły cały czas mimo, że czasem spotykały się z oporem co tradycyjniejszych członków społeczności. Na pewno nie było to tak wielkim problemem jak przekonanie pogan, że tylko ten bóg jest Bogiem, a reszta to demony czy wręcz zmyślone postacie.

    Takie triumfalno-dominujące przedstawianie chrześcijańskiego Boga na pewno miało swoją rolę we wbijaniu świeżo nawróconym do głów tego, na czym polega chrześcijański teizm w odróżnieniu od pogańskiego. Wszystkie te cuda, od uzdrowień po egzorcyzmy, były powodami, dla których jakaś część ludzi przeszła na chrześcijaństwo.

    Zebrane tłumy, stając w oko w oko z taką potęgą albo branymi za prawdę doniesieniami o niej, zaczynały interesować się szczegółami. To z kolei mogło i często prowadziło do trwałej konwersji. Ten obraz jest tym bardziej wiarygodny, że zgadza się z tym, co wynika z antropologizacji czyli tym, co wiemy o działalności ludzi takich jak Simon Kimbangu czy William Wade Harris.

    Oczywiście nie znaczy to, że wszystkie konwersje były spowodowana wiarą w cuda czy strachem przed ewentualną karą (tego akurat nie jesteśmy w stanie określić). Nie mamy jednak dobrych powodów, żeby nie uważać, że to był jeden z ważniejszych czynników, znacznie zwiększający atrakcyjność chrześcijaństwa w oczach pogan.

    To co? Możemy się rozejść, wszystko jasne?

    No, nie do końca. Pogląd, który omówiliśmy i uznaliśmy za całkiem sensowne wytłumaczenie, nie daje nam bowiem pełnego obrazu (albo raczej pełniejszego). Czy nie ważniejszym tematem do zbadania są indywidualne, wewnętrzne konwersje? Gdyby ograniczyć się tylko do cudów, to poza nawiasem zostają nam wszyscy ludzie, którzy zainteresowali się chrześcijaństwem z innych powodów niż pragnienie nadprzyrodzonej interwencji. I nie chodzi tylko o intelektualistów. Nie trzeba zaraz być filozofem żeby mieć wysublimowane potrzeby religijne.

    Ze źródeł i antropologizacji wiemy, że konwersja była często owocem poszukiwań duchowych i zwieńczeniem procesu wewnętrznej przemiany. Oczywiście źródła są fragmentaryczne, bo niewielu konwertytów spisało swoje przemyślenia, ale to co wiemy wystarczy żeby stwierdzić, że tacy ludzie istnieli.

    Ciekawa jest zwłaszcza owa „antopologizacja”. Współczesne czasy przenikania się kultur dostarczyły badaczom wiele materiału: inwazja „mądrości Wschodu”, konwersje na islam w Europie Zachodniej, pojawienie się tzw. neopogaństwa czy masowy eksport chrześcijaństwa do Afryki i na Daleki Wschód.

    Badający te zjawiska doszli do wniosku, że konwersja to stopniowy proces i wypracowali następujący model (podajemy za Lewis’em Rambo):

    1. Punkt wyjściowy - początkowy model życia danej jednostki
    2. Kryzys tożsamości (model nie odpowiada potrzebom, rodzi się poczucie niekompletności)
    3. Poszukiwanie rozwiązania (celu, sensu, nowej osobowości)
    4. Zainteresowanie jedną z poznanych koncepcji
    5. Długotrwała i wzajemna interakcja ze wspólnotą, która uosabia model życia atrakcyjny dla jednostki
    6. Wybór między starym a nowym
    7. Stopniowe dostosowywanie się do nowego modelu oraz tegoż modelu do siebie

    Jakby tego było mało to wytłumaczenie z cudami jest niekompletne. Przecież to, że ktoś zainteresował się chrześcijaństwem bo zobaczył/usłyszał o niezwykłej mocy Boga, nie czyniło z niego jeszcze chrześcijanina, prawda? Nawet w tym przypadku cud był tylko (i aż) bodźcem, który inicjował proces konwersji.

    To wszystko sprawiło, że historycy uświadomili sobie, że problemu konwersji nie można do końca „cudownie” wytłumaczyć. Pogląd ten nie zniknął z mainstreamu, pojawiła się jednak konieczność szukania dodatkowych wytłumaczeń żeby lepiej zrozumieć ten fenomen.

    Stąd pogląd wyrażany między innymi przez Simon’a czy Finn’a, że klasyczne pogaństwo po prostu się „przeżyło”. Albo raczej warunki w jakich żyli ludzie zmieniły się tak, że dotychczasowe sposoby na zaspokajanie potrzeb duchowych (i innych, które wierzenia/religie pomagają zaspokajać) nie było dłużej możliwe dla znacznej części ludzi.

    Jako symptomy Simon podaje widoczną w pogaństwie ewolucję w stronę henoteizmu, czyli skupianiu czci na jednym bóstwie, uważanym za główne. Nie ma tu jednak mowy o odrzuceniu innych. Widać to świetnie na przykładzie ewolucji kultu Izydy, która z czasem jest opisywana jako ta „której twarz obliczem pospólnym bogów i bogiń wszystkich”.

    Jeszcze lepiej wyraża to Plutarch ze swoim: „Nie ma bogów różnych dla różnych ludów [...] lecz tak jak słońce, księżyc, niebo, ziemia i morze są wspólne dla wszystkich, a przecież różnie się nazywają wśród różnych ludów, tak również jest jeden byt duchowy”.

    Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruje Simon w tym, że pogaństwo rozpaczliwie próbowało pogodzić zlewające się ze sobą nurty pochodzące ze starszych kultów etnicznych. Były one jednak zbyt różne i nawet zaawansowany synkretyzm nie potrafił poskładać ich tak, żeby nadać im spójny sens i dać wspólną tożsamość ich zwolennikom.

    Kolejnym symptomem miały być sukcesy misyjne misteriów wschodnich (i kultów wschodnich w ogóle). To z kolei, Simon interpretuje jako zmianę oczekiwań ludzi wobec religii. Twierdzi, że wielu z nich nie chciało już tylko pośrednictwa w ubijaniu interesów z bogami, ale autentycznego, indywidualnego kontaktu z bóstwem.

    I rzecz nie dotyczyła tylko pospólstwa, które z uwagi na trudy życia mogło szukać pocieszenia. Poetycko (bez cienia szydery) ujął to jeden z największych umysłów epoki, Klaudiusz Ptolemeusz: „Śmiertelnikiem jestem, efemerydą. Gdy jednak choć na chwilę rzucę okiem na nocne niebo, nie na Ziemi stoję; dotykam Stwórcy a moja dusza pije nieśmiertelność”.

    Skupiona na perfekcyjnym rytuale i jakby oderwana od rzeczywistości religia formy przestała wystarczać. Finn idzie dalej i wskazuje na przemiany polityczne, społeczne i ekonomiczne w Cesarstwie, którym towarzyszą niepokoje. Między 96 a 180 rokiem rządziło tylko 5 cesarzy, za to do 283 aż 29. Powiedzmy jeszcze, że większość nie doczekała śmierci ze starości.

    Żyjący wówczas ludzie doświadczają kolejnych uzurpacji, walk, zamachów, inflacji, rosnących podatków, samowoli wojskowych rządów... i tak można by jeszcze długo. To z kolei miało sprawić, że ludzie zaczęli szukać oparcia „na trudne czasy”, ale nie widzieli go już w klasycznych, niedostępnych bogach i szukali gdzie indziej.

    Któż natomiast miał być niby bardziej dostępny niż Jezus? Simon twierdzi, że owa „dostępność” odegrała ważną rolę. Historia Jezusa-człowieka, który umarł, zmartwychwstał i żyje wiecznie, dawała nadzieję adeptom jego nauk na przejście tej samej ścieżki. O powszechności takiego pragniena zaświadczają także kulty misteryjne.

    Wyszydzana przez Kelsosa wiara w cierpiącego (ale ostatecznie zwycięskiego) Jezusa, przemawiała chyba bardziej do żyjących wówczas ludzi niż sterylny, doskonały, Najwyższy Byt. Do tego chrześcijaństwo skupione było na wspomagających się wspólnotach. Było to coś co robiło duże wrażenie nawet na krytykach i oponentach.

    Chrześcijaństwo głosiło też konieczność szanowania i miłowania wszystkich ludzi niezależnie od płci i stanu. Bardzo atrakcyjna idea dla kobiet czy niewolników, ale nie tylko. Badania Bruce’a Maliny nad źródłami jasno pokazują, że chwyt/zarzut pogańskich polemistów o tym, jakoby chrześcijanie targetowali kobiety i tłuszczę nie był prawdziwy (swoją drogą podobne zarzuty padają do dzisiaj).

    Konwertytami byli ludzie z bardzo różnych warstw i grup. Ze źródeł znamy imiona około tysiąca nawróconych w I i II wieku. I tak na przykład: autor Ewangelii Łukasza był lekarzem, Onezym zbiegłym niewolnikiem, Korneliusz centurionem, Klemens rzymski urzędnikiem, Justyn Męczennik filozofem, a Perpetua i Vibius patrycjuszami z Kartaginy.

    Żeby nikt nie zrozumiał opacznie - nie chodzi o to, że wspólnoty chrześcijańskie, to były loże masońskie, złożone z bogatych, wykształconych i wpływowych. Na pewno większość należała do niższych stanów, ale generalnie był w nich cały przekrój społeczeństwa. Najlepszym tego dowodem są wzmianki o senatorach i ekwitach, którzy tracili tytuły i majątki w czasach prześladowań Decjusza i Waleriana.

    Keith Hopkins twierdzi nawet, że wśród chrześcijan od samego niemal początku można było znaleźć ludzi z górnych 2 procent. Ten sam autor opisuje również jak wyglądała mobilność społeczna w tamtych czasach i wskazuje, że wiele rodzin wychodziło z nizin na wyżyny. Nie był to jednak szybki i łatwy proces - badacze wskazują, że średnio zajmowało to trzy pokolenia.

    No dobra. Obraz który mamy jest daleki od idealnego, ale z tymi źródłami, które są dostępne naprawdę nie można wybrzydzać. Ciężko dodać coś o konwersjach przed Konstantynem (do tego co za jego panowania i po nim niedługo dojdziemy) bez wchodzenia w szczegóły, studiowanie indywidualnych przypadków i mnożenie przypuszczeń. Ostatecznej odpowiedzi na to pytanie o tak dużą popularność chrześcijaństwa nie poznamy nigdy.

    W tym odcinku skupiliśmy się na świecie grecko-rzymskim, ale to tylko część historii jaką chcielibyśmy sobie opowiedzieć. W następnej części poznamy kilka faktów na temat rozwoju wczesnego chrześcijaństwa w bardziej egzotycznych miejscach. Wydaje mi się, że jest to o tyle ciekawe, że prawie w ogóle się o tym nie mówi.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 . W razie jakby jednak były (jakiekolwiek) proszę o zgłaszanie

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania #neoreakcja #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne

    Malunek z III wieku przedstawiający obrzęd chrztu
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: Tak, ponieważ ta niezwykle barwna postać żyła w bardzo ciekawych czasach. Ostatni filozof antyczny(jak był i jest przez niektórych określany) miał zostać wybrany biskupem stolicy Pentapolis mimo,że prawdopodobnie nie był jeszcze wtedy nawet ochrzczony. Teksty, które po nim zostały stanowią piękne świadectwo epoki, niektóre to przecież wręcz klasyki literatury późnoantycznej. Interesujące są również jego listy, zaznajomiłem się z małą ich częścią w trakcie pisania pracy nt. ekonomii Libii Superior.
      Z resztą, niepotrzebnie to piszę, bo na pewno dobrze o tym wiesz :), więc mam cichą nadzieję na taki odcinek
      pokaż całość

    •  

      @michelney: będzie odcinek o rodzącej się chrześcijańskiej filozofii to i Synezjuszowi kilka akapitów się poświęci ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • więcej komentarzy (29)

  •  

    W dzisiejszym odcinku tematem przewodnim będzie pogańska reakcja na fakt pojawienia się chrześcijaństwa. Mianowicie: zajmiemy się tym jak poganie widzieli nową religię, co o niej myśleli i jak ją rozumieli. Chociaż uczciwiej będzie powiedzieć: jak MOGLI ją widzieć i rozumieć. Mogli, bo interesują nas przede wszystkim przeciętni mieszkańcy Imperium, a ci nie zostawili nam wielu wskazówek.

    Samo pojawienie się nowego kultu nie było niczym nadzwyczajnym w pogańskim świecie. Z poprzedniego odcinka wiemy o bujnym życiu religijnym, pojawiających się misteriach ze wschodnimi korzeniami, nowych kultach będących efektem synkretyzmu religijnego oraz o nieustannej reinterpretacji starych wierzeń.

    Wiemy też, że mimo iż zazwyczaj nie wywoływało to dużych kontrowersji, to spotykało się często z nieufnością ze strony co bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Chrześcijaństwo wzbudzało jednak o wiele większe emocje i okazało się być o wiele twardszym orzechem do zgryzienia.

    Dlaczego tak było? Raczej nie był to efekt tego, że chrześcijańskie wierzenia zakładały, że Bóg stał się człowiekiem. W pogaństwie był to częsty motyw choć, zazwyczaj, rzecz działa w drugą stronę i to ludzie dostępowali deifikacji. Co ciekawe, niektórzy chrześcijańscy misjonarze, święci i cudotwórcy byli brani za takich właśnie herosów przez ich pogańskich sąsiadów.

    Idee podobne do chrześcijańskiego monoteizmu zagościły wśród filozofów i wyższych warstw społecznych na dobre. Hierarchię niebiańskich bytów również ciężko nazwać obcą i niezrozumiałą dla pogan ideą. Zwłaszcza dla tych, którzy byli zwolennikami medioplatonizmu.

    Pierwsze pęknięcia pojawiały się w kwestii daimonów. Cześć chrześcijan zaczęła je bardzo szybko utożsamiać z Szatanem i jego sługami (stąd współczesne określenie demon). Tak jak wspominaliśmy, z czasem, pojawił się i zyskał na popularności pogląd, że pogańscy bogowie to tak naprawdę demony.

    I to był problem. To oraz fakt, że chrześcijanie uważali, że ich Bóg ma wyłączność na odbieranie czci. Cały cymes w tym, że starożytne społeczności były w zasadzie wspólnotami opartymi na religii. Dotyczy to w zasadzie wszystkich form państwowości istniejących w basenie Morza Śródziemnego.

    Ciężko tu jednak mówić o państwie wyznaniowym w dzisiejszym tego słowa rozumieniu. Pogaństwa nie były bowiem zbyt wymagające. Nie miały jasno zdefiniowanej doktryny. Nie domagały się autentycznej czci dla bóstw i nie miały jasno sformułowanej teologii. Przynajmniej jeśli porównamy je z chrześcijaństwem czy wierzeniami żydowskimi.

    System ten można streścić w następujący sposób - w przestrzeni publicznej musisz brać udział w kulcie wspólnoty, do której należysz. Przy czym wszystkie wspólnoty musiały oddawać cześć cesarzowi i bogom rzymskim. To czy ktoś naprawdę wierzył w bogów było kwestią drugorzędną, dopóki nie podważał ich istnienia publicznie. Wyłamanie się z kultu nie było zatem problemem wiary bądź jej braku tylko zamachem na władzę i porządek społeczny.

    Chrześcijanie nie dość, że odmawiali udziału w publicznych ofiarowaniach to jeszcze mieli dość tupetu żeby twierdzić, że ich bóg jest lepszy niż cesarski panteon. Nie tylko lepszy zresztą - że jako jedyny jest prawdziwy. Jakby tego było mało, to wielu z nich uważało, że ten panteon to nie zbiór mitów, przekłamań czy zwyrodniała forma pierwotnego objawienia tylko demony, zło wcielone.

    Zło tymczasem, trzeba przecież aktywnie zwalczać. Nie trzeba chyba mówić, że tego typu opinie nie podobały się poganom? Bardzo dziwna i obraźliwa była dla nich również idea boga gniewającego się za brak osobistego oddania. Pogańscy bogowie byli obrażeni brakiem odpowiednich rytuałów. Chrześcijański Bóg chciał osobistej czci, a na tych, którzy mu jej nie oferowali, miała czekać kara.

    Poganie nie rozumieli tego konceptu i często wyśmiewali go, mówiąc na przykład, że jakoś nie słyszeli żeby ktoś bluźniący chrześcijańskiemu bożkowi został porażony piorunem. Chrześcijanie odpowiadali zapewne, że większość kar czeka na grzeszników po śmierci. To również spotykało się często ze wzruszeniem ramion. Wielu pogan nie wierzyło w życie pozagrobowe albo uważało, że i tak jest ono niezbyt ciekawe.

    I tu mogę wrócić na szybko do kwestii poruszonej przez colegę @ja_nie_lubie. O tych wierzeniach wiemy z, że się tak wyrażę, samego źródła. Mianowicie: inskrypcje nagrobne. Wśród uczonych jest kilku szaleńców, jak na przykład Sencer Sahin (cześć jego pamięci), którzy poświęcili znaczną część swojej kariery na badanie tego typu rzeczy. Przestudiował on całe mnóstwo inskrypcji w duchu: „Grobowce są ostatecznym miejscem zamieszkania ludzi [...] ofiara z łez jedyną własnością umarłych- miasta ciszy”.

    Wielu przeszkadzała też chrześcijańska nauka o zbawionych i potępionych. Uważali, że jest bardzo dziwna i szkodliwa społecznie bo wprowadza duże podziały. Czciciele Baala czy Izydy nie byli zdania, że ci, którzy zanosili prośby do Jupitera czy Merkurego zostaną ukarani (a nawet jeśli, to na pewno nie mówili tego głośno). Czciciele Jahwe dokładnie na odwrót. Na pewno nie polubisz kogoś, kto mówi Ci, że będziesz męczony całą wieczność, bo czcisz Glykona czy innego Seta.

    To oraz sprzeciw wobec wspólnotowych kultów, było poglądami najtrudniejszymi do przełknięcia dla pogan. Albo inaczej, takimi, których głoszenie wywoływało największą niechęć i/lub agresję. Na pewno większą niż monoteizm, rytuały czy wcielony Najwyższy Bóg, który umiera na krzyżu jak pospolity opryszek.

    Zachowane dzieła krytykujące chrześcijaństwo za jego teologiczne/filozoficzne koncepty nie dają pełnego obrazu. Jest to efekt tego, że ich autorzy należeli do klasy wyższej i od chrześcijaństwa odrzucała ich część jego doktrynalnych postulatów albo chociaż wyobrażenia jakie mieli na ich temat.

    Jak zatem przeciętni poganie widzieli i rozumieli chrześcijańskie nauczanie poza tym, że nie podobało im się przeświadczenie chrześcijan o monopolu na prawdę? Oczywiście musimy tu mocno uogólniać, bo po obydwu stronach istniało wiele interpretacji, ale część poglądów była albo wspólna dla większości albo chociaż dla dużej części. Generalne zastrzeżenie jest takie, że poganie mieli nikłe pojęcie o tych kwestiach.

    Był to, oprócz zwykłego braku zainteresowania, efekt tego, że nie bardzo mieli skąd brać informacje. Instruktarze były dla katechumenów. Ponadto wiemy, że w momencie gdy konwersje zaczęły się robić masowe, to i oni byli traktowani z taryfą ulgową bo przecież jest jeszcze formacja. Czyli najpierw można zostać chrześcijaninem, a dopiero później zgłębiać to, co pojęcie to dokładnie oznacza.

    Większość literatury chrześcijańskiej była pisana dla celów wewnętrznych, aby tłumaczyć zagadnienia związana z wiarą tym, którzy byli już częścią kościoła albo byli krok od stania się nią. Apologetyka, jeśli nawet przyjąć, że była pisana dla celów polemicznych, nie wychodziła poza grono ludzi zainteresowanych filozofią i raczej nie trafiała pod strzechy.

    Ponadto mówimy o czasach, w których jakieś 3/4 społeczeństwa nie umiało czytać. Głównym źródłem „informacji” były zatem opowieści i plotki, które powstawały na skutek co sensacyjniejszych i budzących silne emocje wydarzeń. To oraz... wcześniejsze plotki i wyobrażenia o wierze żydowskiej z którą chrystianizm był początkowo mylony.

    Oczywiście jakaś część ludzi miała lepsze i wiarygodniejsze informacje. O chrześcijaństwie dowiadywali się od wędrownych kaznodziejów, ulicznych nauczycieli albo od przypadkowych, szeregowych chrześcijan (sąsiadów, członków rodzin, znajomych etc.). Tyle, że ci ludzie mogli mieć bardzo różny poziom wiedzy i niekoniecznie musiał się on zgadzać z poglądami większości albo tymi, które prezentują chrześcijańscy pisarze ani też z tym, co my dzisiaj rozumiemy jako chrześcijaństwo.

    Zajmijmy się może najpierw tymi, którzy mieli lepsze info. Co mogli wiedzieć? Na podstawie źródeł możemy mniemać, że wiedzieli o monoteizmie, przy czym niekoniecznie rozumieli chrześcijański koncept boga. Istnieje duża szansa, że byli świadomi nauczania o różnego rodzaju pośrednikach między Bogiem a ludźmi, różnych rodzajach aniołów i prorokach. W końcu w wierzeniach grecko-rzymskich pośrednicy również występowali.

    Chrześcijanie zaznajamiali ich także z pojęciem grzechu i dużych wymagań co do prowadzenia się. Za tym z kolei szła wiedza o karze jaka czeka każdego, kto świadomie odrzuca przykazania. Zapalczywość Boga była jednak równoważona obietnicą zbawienia, wiecznego życia w raju i opieki w życiu doczesnym.

    Obydwie te rzeczy były ważne i bardzo poszukiwane przez wielu żyjących wówczas ludzi. Ta opieka miała się przedstawiać nie tylko w pomyślnym obrocie spraw życia codziennego, ale także w bardziej spektakularny sposób. Czyli za pomocą cudów. To jednak szerzej omówimy sobie w następnym odcinku, gdy przejdziemy do przyczyn konwersji (i tutaj znowu odpowiemy pełniej na pytanie @ja_nie_lubie).

    Wielu ludzi, prawdopodobnie większość, miała jednak o wiele bardziej okrojoną wiedzę na temat chrześcijaństwa i bazowała raczej na sensacyjnych i wywołujących grozę opowieściach. Z tego też powodu widziała w chrześcijaństwie zbiór szkodliwych sekt stanowiących zagrożenie dla porządku społecznego.

    Jak już wiemy z pierwszych akapitów, chrześcijańskie odrzucenie (a często i potępienie) oficjalnych kultów nie pomagało ich sprawie. Musicie wiedzieć, że (w dużym uproszczeniu) Rzymianie upatrywali źródeł swojej siły i powodzenia w mos maiorum, czyli tradycji, którą odziedziczyli po przodkach. Integralną częścią tej tradycji była rzymska religia.

    Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że chrześcijanie mieli do niej różne podejścia i cześć uważała po prostu, że to zdeformowane Objawienie Pierwotne, inni, że demoniczny kult etc. Pogan nie interesował jednak powód, tylko sam fakt odrzucenia, który, ich zdaniem, był bardzo niebezpieczny dla wszystkich.

    W całym Cesarstwie tylko Żydzi mieli specjalny przywilej, na mocy którego nie musieli brać udziału w publicznych ofiarowaniach i kulcie cesarza. Fakt ten był zresztą jednym z powodów, dla których inni patrzyli na nich z podejrzliwością czy wręcz nienawiścią. Nie składasz ofiar bogom, którzy pozwalają istnieć światu? To tak jakbyś chciał żeby świat przestał istnieć. Czyli nienawidzisz ludzkości, która przecież przestanie istnieć wraz ze światem.

    Różnica polegała jednak na tym, że Żydzi (mimo wyjątków) nie byli nastawieni tak misyjnie i znaczna cześć z nich uważała, że mają oni Boga na wyłączność. Do czego zmierzam - nie próbowali oni masowo nawracać pogan. To znaczy próby były, ale często spotykały się one z odrzuceniem ze strony większości/znacznej części ich samych (a już na pewno kapłańskiej elity skupionej w Jerozolimie). Z czasem, jak to powiedział Simon "judaizm zasklepił się w sobie i zajął studiowaniem Prawa".

    Uważa się, że zanim na scenę wkroczył Paweł i mu podobni, „chrześcijanie” mieli bardzo podobne nastawienie. Mamy dobre powody by mniemać, że do końca I wieku poganie nie rozróżniali zbytnio obydwu grup. Pawłowe podejście szybko się jednak upowszechniło i źródła z II wieku jasno wykazują, że w tych czasach sytuacja zmieniła się o 180 stopni.

    Kwestia chrześcijan była o wiele poważniejsza, ponieważ wychodzili oni ze swoją nauką do pogan i próbowali ich przekonwertować na swoje przekonania. Wywoływało to oczywiście większą niechęć i nienawiść ze strony dużej części społeczeństwa. Jak nie lubisz mlecznego jogurtu, to go nie jesz, ale jak na placu przez który przechodzisz stoi mleczarz i ciągle mówi, że nie jedzący jogurtu poniosą konsekwencje, to... no, wkurzysz się.

    Sytuacja chrześcijan była gorsza także dlatego, że w przeciwieństwie do Żydów ich status prawny nie był w żaden sposób regulowany. Nie mogli liczyć na ochronę prawną no i nie mieli „swoich” dzielnic i osad, w których rządziliby się po swojemu. Co ciekawe większość zarzutów podnoszonych przeciwko Żydom przeszła na chrześcijan, na czele ze słynną onolatrią.

    Z poprzednich odcinków wiemy, że wiele tych zarzutów o „antysystemowość” nie była do końca prawdziwa albo raczej nie była prawdziwa dla wszystkich chrześcijan. Zdaniem Simona, chrześcijaństwo było najradykalniejsze, gdy nadzieja na rychłe przyjście Chrystusa była żywa. Czyli wtedy, kiedy poganie nie rozróżniali za dobrze synagogi od chrystianizmu.

    Nadzieja owa jednak z biegiem czasu słabła, a wspólnoty zaczęły reformować się i reinterpretować swoje nauczanie tak aby żyć w rzeczywistości, w której żywioły i zastępy nadprzyrodzonych istot nie dewastują świata. Wydaje się zresztą, że chrześcijaństwo nigdy tak naprawdę nie odrzucało posłuszeństwa władzy państwowej i nie sprzeciwiało się radykalnie istniejącym stosunkom społecznym.

    Już Święty Paweł twierdził, że ludzie nie powinni występować przeciwko władzy, która jako taka jest siłą miłą Bogu bo porządkuje świat. Trochę nadinterpretując można by powiedzieć, że chrześcijanie wyprzedzili epokę, bo we władzy widzieli elementy świeckie i religijne, podczas gdy dla pogan jedno było nierozerwalnie związane z drugim.

    Najpoważniejszą przyczyną konfliktu na linii cesarstwo/poganie - chrześcijaństwo było prawdopodobnie to właśnie rozróżnienie, a nie radykalizm, który przygasł gdy chrześcijaństwo na dobre pojawiło się na pogańskim horyzoncie. Chrześcijanie głosili lojalizm, ale odrzucali oficjalne kulty. Poganie nie potrafili zrozumieć tego konceptu i odrzucenie kultu odczytywali jako wystąpienie przeciwko władzy i porządkowi społecznemu.

    Nie był to jedyny problem. Wielu chrześcijan, wbrew temu co głosił Święty Paweł, uważało, że nie wolno spożywać mięsa pochodzącego z ofiar pogańskich i takiego, które miało w sobie krew. Cześć tego mięsa była sprzedawana później przez świątynie na targu, dlatego też obostrzenie to równało się w praktyce zakazowi spożywania posiłków z poganami. Wydaje się, że zakaz ten był przestrzegany jeszcze w IV wieku bo krytykował go Święty Augustyn.

    Takie podejście do sprawy bardzo utrudniało utrzymywanie normalnych stosunków między chrześcijanami i poganami - wspólne ucztowanie było czymś nieodzownym w przypadku przyjaciół czy nawet znajomych. Na dodatek (o czym też już wspominaliśmy) wiele wspólnot zabraniało chrześcijanom wstępowania w związki z poganami.

    To oraz konieczność inicjacji, aby brać udział w chrześcijańskich obrzędach religijnych, budowało poczucie obcości, które łatwo przeradza się w nieufność, która z kolei prowadzi do wrogości. Prawdopodobnie dlatego chrześcijański monoteizm był często interpretowany jako ateizm i mizantropia (nie czcisz bogów = nie chcesz żeby świat istniał = nienawidzisz ludzi).

    Inne popularne zarzuty to czary, niemoralne praktyki seksualne, mordy rytualne i kanibalizm. Te zarzuty są być może pokłosiem chrześcijańskiej philadélpheia, czyli braterskiej miłości. Chrześcijanie zwracali się do siebie per „bracie/siostro” co, w połączeniu z otwartością na kobiety, było odczytywane jako dowód na istnienie seksualnych relacji. Widać to na przykład w dialogu chrześcijańskiego pisarza Mincjusza Feliksa. Rozmowa toczy się między Oktawiuszem a poganinem Cecyliuszem i choć jest fikcją, to dobrze oddaje panujący klimat.

    Cecyliusz przypisuje chrześcijanom wszelki możliwe występki: „Wszędzie między nimi panuje jakby kult rozkoszy zmysłowej: nazywają się bez różnicy braćmi i siostrami”; „gaśnie zdradliwe światło, a wtedy w bezwstydnych ciemnościach sploty ciał toczą się w niewypowiedzianych namiętnościach, jak kto kogo dopadł; i chociaż nie wszyscy czynem, to jednak przez współświadomość na równi wszyscy wszeteczni."

    Pojawiają się tam także zarzuty o naruszanie porządku społecznego. Poganie nie rozumieli czemu chrześcijanie zadają się z kobietami, niższymi warstwami oraz niewolnikami. Nie wiedzieli czego dobry obywatel miał szukać w kontaktach z tymi grupami. Oczywiście chrześcijańskich podejść było całe mnóstwo, z poprzednich odcinków pamiętamy na przykład wzmianki o montanistach czy wysokiej pozycji kobiet w niektórych wschodnich wspólnotach.

    Z biegiem czasu na znaczeniu zyskała jednak (zwłaszcza na Zachodzie) ta opcja, która opowiadała się za tradycyjnym, choć nieco zmodyfikowanym podejściem. Modyfikacja polegała na stwierdzeniu, że obowiązkiem każdego chrześcijanina jest kochać i szanować innych. Pater familias nadal był Panem i Władcą w swoim domostwie, ale tak jak jego domownicy winni mu byli posłuszeństwo, tak on był im winny szacunek i opiekę.

    Kobiety, niewolnicy czy osoby z niższych warstw byli zatem takimi samymi ludźmi jak dobrzy obywatele i w związku z tym nie było niczego urągającego w zadawaniu się z nimi. Nie znaczy to, że powszechnie głoszono hasła równouprawnienia płci, abolicjonizmu czy społeczeństwa bezklasowego. Nie ta epoka. Pierwsze znana nam, zdecydowana krytyka instytucji niewolnictwa ze strony chrześcijaństwa to dopiero IV wiek.

    I tak dochodzimy do jednego z bardziej odjechanych zarzutów (jakby kazirodztwo i kanibalizm nie były wystarczająco dziwne). Mianowicie: chrześcijanie byli oskarżani o kult osła. Nie do końca wiemy jak ten dziwaczny pogląd powstał i czy był to autentyczny zarzut czy raczej satyra, sposób na wyśmianie kultu.

    Jego przykładem jest szeroko dyskutowane i interpretowane na wszelkie sposoby graffiti z Palatynatu (wrzucane już kilka razy w komentarzach). Przedstawia ukrzyżowanego człowieka z głową osła oraz mężczyznę z prawą ręką w górze. Gest ten jest odczytywany jako oddanie hołdu. Podpis pod rysunkiem zaś jest odczytywany jako (co ciekawe, są w nim orty) „Aleksamenos czci swojego boga”.

    Niektórzy badacze uważają, że ukrzyżowany osobnik to Chrystus, a malunek jest żartem z chrześcijanina Aleksamenosa, prawdopodobnie żołnierza/strażnika. Inni twierdzą jednak, że rzeczony Aleksamenos był tak naprawdę setianinem (gnostycka grupa) a malunek wcale nie jest żartem tylko standardowym przedstawieniem Seta. Jeszcze inni uczeni twierdzą, że grafitti może przedstawiać Anubisa.

    Teorii jest wiele, ale powszechnie przyjmuje się, że malunek dotyczy wierzeń chrześcijańskich, a zarzut onolatrii padał naprawdę. Potwierdza to na przykład Tertulian, przytaczając relację o Żydzie z Kartaginy, który stworzył karykaturę Chrystusa z oślimi uszami i podpisał ją jako „Onocetes - bóg chrześcijan”.

    Co ciekawe Żydzi również byli oskarżani o kult osła. Źródeł tego poglądu badacze dopatrują się w wykrzywionej tradycji żydowskiej, dotyczącej wyjścia z Egiptu, przytoczonej przez Tertuliana. Zdaniem pogan Żydzi błądzili na pustyni, aż spotkali osła, który wskazał im drogę wyjścia. Z tego też powodu mieli utożsamić swojego boga z osłem.

    Zarzut onolatrii przeszedł na chrześcijan, bo poganie mniej więcej zdawali sobie sprawę z żydowskich korzeni chrześcijaństwa. To wszystko brzmi absurdalnie, ale poglądy takie głosili nie tylko jarmarczni przekupnie, ale powtarzali go także ludzie z wyższych sfer. Robił to nawet tak znaczący zawodnik jak Fronton, nauczyciel Marka Aureliusza.

    Jak nie trudno się domyślać, wszystkie te rzeczy krążące w obiegu nie nastrajały pozytywnie, tak zwanej, opinii publicznej. Jako szanujący (niechby nawet tylko deklaratywnie) mos maiorum Rzymianin, nie będziesz odnosił się z sympatią do ludzi, którzy odrzucają odwieczne zasady, postępują niemoralnie i mają mordercze ciągoty.

    Z tego też tytułu uważa się, że za większością prześladowań o których donosili pisarze wczesnochrześcijańscy, stały tak naprawdę tłumy złożone z ich sąsiadów i współobywateli. Władze rzymskie były o wiele bardziej powściągliwe i ostrożne. Widać to na przykład po instrukcjach słanych do gubernatorów aby byli ostrożni i nie dawali wiary w pogłoski.

    Mniej lub bardziej spontaniczne tumulty takie nie były i często prowadziły nie tylko do rękoczynów, ale wręcz kończyły się zabójstwami. Ciekawy obraz napięć między różnymi społecznościami pokazuje nieco antychrześcijańska w wymowie Agora (nieco bo większość z jej „antychrześcijańskiego” wydźwięku wynika raczej z niewiedzy niż celowej manipulacji autorów). Nawet tam jednak przedstawia się pogan jako bezpośrednich prowodyrów zamieszek.

    Taka była ówczesna rzeczywistość. Napięcia między społecznościami rosły i znajdowały ujście w walkach na ulicach miast. Aleksandria była jednym z gorętszych terenów bo niemal od zawsze była kosmopolityczna. Nie znaczy to jednak, że była wyjątkiem. Wiemy o innych prześladowaniach i męczennikach. Źródła donoszą głównie o Azji Mniejszej i Syropalestynie, ale zdarzały się i w Galii czy Italii.

    Nie była to zresztą unikatowa cecha pogan, tylko raczej powszechnie przyjmowany sposób na rozwiązywanie problemów. Dużo wody upłynęło w Nilu i Tybrze, ale w końcu role się odwróciły i to chrześcijańskie tumulty stały się zagrożeniem dla pogan, żydów czy konkurencji w postaci tak zwanych heretyków.

    Jako się rzekło: obraz ten nie jest kompletny. I nie obejmuje on zarzutów jakie wysnuwali ludzie lepiej wykształceni i umiejący lepiej konstruować krytykę niż hurtem oskarżać o zabijanie małych dzieci i orgie. Pewnym przedsmakiem był wpis o Kelsosie i Orygenesie, ale do tego tematu jeszcze wrócimy.

    Nasza największą bolączką przy próbie rekonstrukcji pogańskiego odbioru chrześcijaństwa jest, tradycyjnie, brak źródeł. To co wiemy (albo raczej myślimy, że wiemy) jest w dużej mierze oparte na naszych domysłach i „antropologizacji”, przed którą tak przestrzegał MacMullen. W tym jednak wypadku jesteśmy na nią po prostu skazani.

    Z tego też powodu jesteśmy daleko od wyczerpania tematu. Nie to jednak było naszym celem tylko stworzenie pewnego szkicu, który chyba udało nam się uzyskać. Widzimy dlaczego większość pogan, w pierwszym odruchu, nastawiała się raczej negatywnie do chrześcijaństwa.

    Właśnie. Pogan. Chrystus i apostołowie działali przecież głównie wśród Żydów. Synagoga stosunkowo szybko orientuje się jednak w tym co się dzieje i, zdaniem badaczy, udaje się jej postawić bariery, które skutecznie zatrzymują odpływ wiernych.

    To oraz nastawienie zainicjowane przez Pawła powoduje, że być może już w 2 połowie I wieku miażdżąca większość nawracanych to poganie. W następnym odcinku zobaczymy dlaczego, mimo wszystko, chrześcijaństwo było jednak w stanie pozyskać sobie konwertytów wśród, zdawałoby się, totalnie obcych sobie ludzi.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 i jeszcze raz przepraszam za raki związane z formatowaniem tekstu. W razie jakby jednak były błędy to proszę o zgłaszanie.

    PS.2 Bardzo ciekawa kwestia dotyczy mordów rytualnych o jakie oskarżani byli chrześcijanie. Mieli oni jakoby grubo posypywać niemowlę mąką i niczemu nieświadomemu adeptowi dawać pałkę i kazać mu bić w to miejsce gdzie znajdowała się głowa. Gdy adept rozwalił dziecku czaszkę i trysnęła krew było już za późno- stawał się winnym zbrodni co cementowało jego związek ze ludobójczą wspólnotą. Potem musiał jakoby zjeść mąkę wymieszaną z krwią.

    Nie przypomina wam to wywodzących się z ludowego chrześcijaństwa legend o Żydach mordujących niemowlęta i piekących macę?

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Żydzi zabijający rytualnie młodego Williama (Obraz pochodzący z lektorium kościoła Świętej Trójcy w Loddon)
    pokaż całość

  •  

    Zgodnie z zapowiedziami z poprzedniego odcinka dzisiaj spróbujemy sobie przybliżyć religijność i wierzenia pogan zamieszkujących ziemie Cesarstwa Rzymskiego. Jak już wspominaliśmy - jeśli chcemy dowiedzieć się czegoś o konwersjach, musimy najpierw przestudiować konwertowanych.

    Pierwsze primo. Pogaństwo to nie nazwa jakieś konkretnej religii, tylko zbiorcze określenie ukute przez pisarzy wczesnochrześcijańskich. Miało służyć określeniu „onych”. Czyli tych, którzy nie byli ani żydami ani chrześcijanami. Pogaństwo to zatem zbiorcza kategoria, a pogaństw było tak naprawdę tysiące.

    Często pogaństwa były bardzo różne od siebie. Mimo pewnych tendencji ujednolicających, niektóre wierzenia na zawsze pozostały odmienne. Do tego stopnia, że wyznawca jednego pogaństwa, pogardzał wyznawcami drugiego i nazywał ich wierzenia zabobonami.

    Jeśli po przeczytaniu tych akapitów mówisz: „Thx cpt. Obvious!” to w pełni to rozumiem, ale wyszedłem z założenia, że lepiej napisać oczywistość niż ryzykować, że zostanie się źle odebranym. Pamiętajcie zatem, że sporo spłycamy i sprowadzamy do wspólnego mianownika.

    Koncentrujemy się także na wierzeniach obecnych w najbardziej rozwiniętych obszarach, należących do cesarstwa. Czyli, upraszczając - na ziemiach leżących w bezpośrednim sąsiedztwie Morza Śródziemnego - głównego medium komunikacyjnego. W skrócie - interesują nas głównie wierzenia hellenistyczne i rzymskie. To tam bowiem zlokalizowane były najliczniejsze wspólnoty chrześcijańskie.

    Pogaństwa często wymykają się współczesnym wyobrażeniom o religii, bo są one (wyobrażenia, nie pogaństwa) oparte w dużej mierze na chrześcijaństwie. Sprawy mają się inaczej przy religii, która ma jasno ustaloną doktrynę i jasno odcina się od magii.

    Z drugiej jednak strony wiele rzeczy o których sobie dzisiaj opowiemy będzie brzmieć znajomo, ponieważ chrześcijaństwo dużo przejęło ze starszych wierzeń. Nawet jeśli nie doktrynalnie, to na pewno w ludowej pobożności.

    Zacznijmy może od warunków w jakich funkcjonowały wierzenia przedchrześcijańskie. Świat śródziemnomorski był wówczas zjednoczony w ramach jednego państwa, dla którego próżno szukać groźnego konkurenta.

    We wschodniej części, tradycja życia pod jedną władzą była dłuższa i sięgała czasów Aleksandra i jego następców. Ich podboje zaowocowały powstaniem kultury hellenistycznej, czyli miksu kultur bliskowschodnich z kulturą grecką oraz dużą domieszką wpływów irańskich. Granice między barbarzyńcami ze wschodu a Hellenami nieco się zatarły. Przynajmniej wśród ludzi z wyższych klas.

    Bycie człowiekiem cywilizowanym stało się w pewnym sensie kwestią wychowania i kultury, a nie urodzenia. Greka i inne elementy kultury Hellenów szturmem zdobyły Bliski Wschód, ale lokalne języki trzymały się mocno, zwłaszcza na prowincji. Symbolicznym przesunięciem ciężaru świata helleńskiego na Wschód jest fakt, że głównym jego ośrodkiem intelektualnym była Aleksandria.

    Rzymski podbój lub pokojowa aneksja, tylko nałożyły się na zastaną rzeczywistość. Dzięki niej wschodnia część Morza Śródziemnego zostaje zjednoczona z zachodnią oraz ze znacznymi połaciami kontynentalnej Europy. Trzeba jednak pamiętać, że w tamtych czasach to ex oriente lux (światło przychodzi ze wschodu) i helleńska cześć imperium jest lepiej rozwinięta cywilizacyjnie za wyjątkiem, może, punickiej Afryki.

    Wymiana kulturowa zachodzi oczywiście w obydwie strony. Kultura rzymska, bardzo długo pozostająca pod wpływem greckiej, miesza się z helleńską. Mimo politycznej dominacji zachodu, to wschód wnosi największy wkład na polu kulturowym. Językiem kultury i nauki (filozofii) pozostaje greka. To również ze wschodu przychodzi na zachód dużo idei i ruchów religijnych.

    Chrześcijaństwo nie jest wyjątkiem i symptomatyczne jest to, że nawet na Zachodzie jego początki są związane przede wszystkim z greckojęzyczną ludnością, a przez wiele lat katechizacja i liturgia były odprawiane w tymże języku.

    To zjednoczenie i przemieszanie nie oznacza jednak, że ludzie totalnie tracą swoje lokalne tożsamości i rozpuszczają się w wielkim, ponadnarodowym tyglu. Języki lokalne mają się dobrze i tak w Afryce obecne są języki berberskie i punickie, w Galii i Brytanii celtyckie, w Iberii ibero-celtyckie, na Bliskim Wschodzie koptyjski, aramejski i dialekty arabskie.

    Z jednej strony widać rodzącą się świadomość bycia mieszkańcem cesarstwa i korzyści jakie płyną z uczestnictwa w tej wspólnocie politycznej i gospodarczej. Z drugiej jednak widać, że partykularyzmy nadal mają się dobrze. Koniec końców, wydaje się jednak, że pozytywne strony przewyższały negatywne, a władza rzymska nie była opresyjna dla większości poddanych.

    I teraz ważna rzecz, o której należy pamiętać, tycząca się w dużej mierze także zjawisk, które przed chwilą opisywaliśmy. Znaczna część naszej wiedzy na temat wierzeń i praktyk religijnych pogan pochodzi z ze źródeł pisanych. Tak się jednak składa, że dzieła te tworzyli głównie ludzie należący do wyższych warstw społecznych. Ich liczebność szacuje się na nie więcej niż 10 procent populacji imperium.

    Posługując się więc tekstami źródłowymi, tak naprawdę patrzymy na ówczesne wierzenia z perspektywy klas wyższych. Nietrudno sobie wyobrazić, że ich poglądy musiały się różnić od posiadanych przez osoby wywodzące się z innych klas. Nie chodzi o to, żeby obraz wynikający ze źródeł całkowicie odrzucać, ale pamiętać o tym przy czytaniu kolejnych akapitów.

    Jeśli zatem chodzi o religię i wierzenia, to początkowo były one ściśle etniczne. Triumf grupy A nad grupą B był często obrazowany jako triumf bogów A nad bogami B. Zmiany widać za rządów Aleksandra i diadochów, którzy kopiują rozwiązania perskie i do wierzeń podbitych ludów odnoszą się nie tyle tolerancyjnie, co wręcz z sympatią.

    Wiele wskazuje na to, że ludzie uznawali istnienie różnych nadprzyrodzonych sił, ale sami czcili tylko pewien wycinek tego boskiego świata. Znaczy to zatem, że nie odmawiali boskości czy specjalnego statusu pozostałym jego przedstawicielom. Wierzenia niejako stoją obok siebie.

    Rzymianie adoptują podejście Macedończyków z drobną modyfikacją. Nie dość, że oddają cześć bogom podbitych ludów (no nie wszyscy, ale np. gubernatorzy), to wymagają od nich czci dla swojego panteonu. Z czasem bogowie rzymscy wchodzą do lokalnych panteonów i vice-versa.

    Im dalej w las tym więcej drzew - z czasem dochodzi do utożsamienia bóstw. Bóstwa o podobnych atrybutach, historiach, miejscach w hierarchii nakładają się na siebie. Jupiter to Zeus, a z czasem Jupiter-Zeus staje się Baalem z kultów semickich. I tak dalej. Proces ten dotyczy nie tylko bóstw. Utożsamianiu podlegają także mity i lokalne tradycje, a z czasem kulty. Synkretyzm pełną gębą.

    Zdaniem Marcela Simona wiele kultów, świadomie lub nie, skręca w stronę panteizmu lub panenteizmu. To pierwsze to przekonanie, że świat jest przepełniony różnie interpretowaną „boską” energią. To drugie to miks klasycznego teizmu z panteizmem: osobowy bóg zawiera w sobie świat, ale jest zarazem czymś więcej. Wpisuje się to w opisywane już filozoficzne tendencje do wiary w jedno najwyższe bóstwo.

    Żebyśmy się zrozumieli - nikt jawnie nie odrzuca tradycyjnych ram politeizmu. Po prostu zaczynają być one nieco inaczej interpretowane. W myśl tego spojrzenia bogowie, to tak naprawdę różne formy tego samego, najwyższego bytu czy kosmicznej siły. Simon podsumowuje to jako: „monoteizm w zasadzie, politeizm w praktyce”.

    Wiemy już o tendencjach w religijności pogańskiej. Zobaczmy jeszcze czego nie akceptowano. Z pism krytyków i apologetów widać, że do rytualnych obelg, którymi rzucano na ślepo chcąc zdyskredytować przeciwnika, zaliczały się: wyuzdane zachowania seksualne, poligamia, kazirodztwo, składanie ofiar z ludzi, ateizm i kanibalizm.

    Skoro były one tak powszechnie rzucane przy próbie zdyskredytowania poglądów przeciwnika, to jest raczej jasne, że nie cieszyły się one społeczną akceptacją. Co do składania ofiar z ludzi to zdarzały się one w wierzeniach rzymskich, celtyckich, italskich i punijskich, ale w czasach, które nas interesują była to odległa przeszłość.

    Religijność dużej części warstw wyższych była mocno powiązana ze szkołami filozoficznymi. Nie będę tutaj powtarzał opisów poglądów (czy może raczej wierzeń) z odcinka poświęconego stosunkom chrześcijaństwa z filozofią antyczną, zainteresowanych odsyłam tam. Tutaj omówimy sobie tylko kilka tendencji, a nie poglądy poszczególnych szkół.

    W interesujących nas czasach, wśród klas wyższych dużą popularnością cieszyły się poglądy o istnieniu nieśmiertelnej duszy i związanego z jej istnieniem, życia po śmierci. Jak zauważył @Turysta_Onanista - nawet tradycyjnie materialistycznie nastawieni stoicy, wierzyli wówczas w nieśmiertelność duszy.

    Poglądy na to, co działo się z duszą po śmierci były bardzo różne i w dużej mierze zależały od kontekstu kulturowego. I tak na przykład w obrębie wierzeń greckich istniał pogląd, że dusze szlachetnych ludzi zażywają rozkoszy i spokoju na Polach Elizejskich. Znalezienie się tam było zaszczytem, dostępnym nielicznym, reszta lądowała w mniej prestiżowych częściach zaświatów.

    Z drugiej jednak strony wielu ludzi nie wierzyło w życie po śmierci, na co mamy dowody zarówno w literaturze jak i badaniach miejsc pochówku. Istniało także wiele poglądów pośrednich. Poglądy te głosiły, że życie pozagrobowe istnieje, ale jest ono nędznym odbiciem życia doczesnego. Ot, zbłąkane dusze wałęsają się po jakimś nieświecie. O zażywaniu przyjemności czy uldze nie było więc mowy.

    Wracając do bogów. Różne wspólnoty miały różnych bogów (lub inne istoty nadprzyrodzone), którym składali ofiary i do których zanosili swoje prośby. I tak, dany osobnik składał zwykle ofiary opiekunom swojej rodziny/rodu. Ponadto jeśli należał do jakiejś grupy (np. zawodowej), to ona również miała swoich bogów. Miasta czy osady również miały swoich. Istniały także kulty, w których czczono jeszcze inne bóstwa. I tak dalej.

    Co mam na myśli, mówiąc o innych istotach nadprzyrodzonych? W wierzeniach greckich (które odcisnęły się dużym piętnem na helleńskich) istniała osobna kategoria bytów znajdujących się między ludźmi i bogami. Były to daimony. Daimony byłu bytami duchowymi, nie tak potężnymi jak bogowie, ale mogącymi znacznie więcej niż ludzie.

    I tu dochodzimy do kolejnego punktu. Ludowe pogaństwa były w dużej mierze opartej na przeświadczeniu, że istnieją pewne siły, które można opanować za pomocą określonych słów i czynności. Słowa i czynności zmuszały, nakłaniały albo obłaskawiały te siły do działania na naszą korzyść.

    Takie przekonania są szczególnie widoczne w rzymskiej religii, która była w dużej mierze oparta na "do ut des" czyli „daję abyś dawał”. W jej myśl, centralną częścią religii było niejako ubijanie interesu z siłami rządzącymi światem. Rzymska religia była bardzo zrytualizowana - żeby deal został przybity wszystko musiało przebiegać według tradycyjnego przepisu.

    Nie jest to jednak unikatowa cecha rzymskich wierzeń. Bardzo podobnie zapatrywali się na sprawy inni poganie. Chrześcijańska i żydowska idea o obdarzaniu Boga czcią mogła być bardzo dziwna dla ludzi z zewnątrz. Obco brzmiała także idea swoistej wierności Bogu.

    Poganin zazwyczaj nie miał problemu z rytuałami, w których inwokowano inne bóstwa niż te, które zazwyczaj czcił (bo np. tradycyjne nie chcą dać czegoś co chciał). Wiemy o tym na przykład ze studiowania tabliczek, na których wierni zapisywali swoje życzenia przy okazji składania ofiar w świątyniach czy sanktuariach.

    W tym kontekście ciekawe są także niektóre grafitti. Jedno z nich, wykonane w porcie obsługującym Rzym mówi wprost: „Hermesie, dobry towarzyszu, spraw żebym zyskał!”. Jak zauważa MacMullen, w sumie ciężko się temu dziwić.

    Skoro Rzymianie odnieśli tak oszałamiające sukcesy i stworzyli największą potęgę jaką znał świat (a raczej ich część świata), skrupulatnie wypełniając po drodze przepisy kultowe, to nie trudno wyciągnąć z tego następujący wniosek: przestrzeganie zasad rytuału opłaca się, bo bogowie odpłacają z nawiązką za ofiary.

    Tolerancja, o której już wspominaliśmy, wynikała nie tylko z polityki państwa, ale także z braku jasno określonej doktryny. Jej efektem był też powszechny synkretyzm. Nie znaczy to jednak, że nie było tarć i różnic. Różne grupy patrzyły na praktyki kultowe i wierzenia innych z wyższością. Rzymianie byli szczególnie nieufni wobec idei egipskich i żydowskich. Często naśmiewali się z nich i określali mianem superstitio (zabobon).

    Zdarzały się także przypadki akcji wymierzonych w jakieś wierzenia. Było to zazwyczaj związane z polityką, a nie religijnością. Tym niemniej takie prześladowania też się zdarzały. I tak było na przykład z kultami skupionymi na Bachusie. Zostały zdelegalizowane za występki przeciw moralności. Wielu zostało skazanych na śmierć. Podobnie rzecz miała się z niektórymi grupami druidów oskarżanych o składanie ofiar z ludzi.

    Ciekawym i ważnym zjawiskiem w religijności pogańskiej były także kulty misteryjne. Najbardziej znanymi ich przejawami były greckie misteria eleuzyńskie, orfickie i dionizyjskie. Wraz z mieszaniem się wierzeń pojawiły się misteria wschodnie związane z Kybele, Izydą, Serapisem czy Mitrą. W przeciwieństwie do misteriów greckich, prowadziły one ożywioną działalność misjonarską.

    Tego terminu nie należy jednak rozumieć w jego chrześcijańskim ujęciu choćby dlatego, że misteria nie odrzucały innych form religijności. Chodzi raczej o aktywne poszukiwanie wyznawców. „Misjonarzami” byli albo mieszkańcy terenów, z których kulty się wywodziły, albo Rzymianie „nawróceni” w czasie swojego pobytu poza miejscem zamieszkania.

    To czy członków kultów misteryjnych było wielu, jest rzeczą wysoce debatowalną, ale wiemy na pewno, że można było ich spotkać w całym cesarstwie. Często uważali się oni za duchową elitę. Dostęp do wielu kultów był ściśle zarezerwowany dla wtajemniczonych. Istniały jednak takie grupy i praktyki, które były publiczne. I grupy te organizowały na przykład wielkie, miejskie procesje.

    Misteria nadal bazowały na wierzeniach wywiedzionych z pogaństwa i tak naprawdę nie było między nimi ostrej granicy (członkowie kultów mogli normalnie brać udział w innych ceremoniach). Kulty misteryjne były raczej uzupełnieniem niż rywalem. Istniały jednak pewne cechy, które wyróżniały je od reszty.

    I tak na przykład wiele z nich miało jakieś nauczanie, coś co można by nazwać teologią. Nie było to tylko zawieranie umów z bogami, ale także zestaw bardziej sprecyzowanych wierzeń. Pogaństwa tymczasem nie można było „przyjąć” w wyniku np. pobierania nauk.

    Sytuacja wyglądała całkowicie inaczej gdy chciało się zostać wtajemniczonym. Simon zauważa też, że o ile w innych formach pogaństwa rytuał jest luźno związany z przekazywanym mitem, to w kultach misteryjnych sytuacja była inna.

    Gesty, symbole i przebieg danego rytuału były tutaj ściśle powiązane z przekazem. Istotna była także czystość, ale nie znana z tradycyjnego pogaństwa czystość rytualna tylko moralne postępowanie. Oczywiście każda grupa rozumiała przez to coś troszeczkę innego. Pojęcie grzechu i pokuty było integralną częścią kultów.

    Kolejną cechą wspólną dla większości z nich był motyw cierpiącego bóstwa. Bogowie, którym poświęcone były misteria zazwyczaj przechodzili przez etap gwałtownej śmierci. Nie był to jednak ich koniec, a jedynie przystanek na drodze do transformacji, która prowadziła do lepszego, wyższego stanu.

    Przypomina to cykl obumierania i odradzania się w przyrodzie. Na tej podstawie uczeni twierdzą, że inspiracją tych historii były starsze mity agrarne. Wychodząc z tego założenia, często przyjmuje się, że pierwotnym celem misteriów było pobudzenie przyrody do, niejako, wykonania cyklu.

    Los misteryjnych bogów jest odczytywany jako zapowiedź życia po śmierci, w domyśle lepszego stanu niż życie na tym łez padole. Kult oferował wtajemniczenie, które miało zapewnić wiernemu to, przez co przeszedł bóg, czyli pośmiertny „level up”. Tutaj również upatruje się źródeł sukcesów wierzeń misteryjnych. Zamiast błąkania się jako cień po nieświecie, przyrzekały bowiem pośmiertne życie w chwale.

    Wiele rytuałów misteryjnych przywodzi na myśl kościelne. Niektórzy twierdzą, że były one źródłem inspiracji. Na przykład: ważnym elementem obrzędu było odtworzenie śmierci i upadku boga. W niektórych misteriach duża rolę odgrywała krew ofiarnego zwierzęcia, utożsamiana z krwią boga. Odbywały się również uczty podobne do eucharystycznych.

    Źródeł sukcesu wschodnich misteriów uczeni dopatrują się w zaspokajaniu potrzeb duchowych, którym nie mogły zadośćuczynić tradycyjne formy pogaństwa. Misteria obiecywały zbawienie i prawdziwy związek z bóstwem. Ich nauczanie odpowiadało na pytania jakie zadawali sobie ludzie. Bogate, tajemnicze i wypełnione emocjami rytuały na pewno przysparzały im popularności. Z drugiej jednak strony przysparzały im także wrogów.

    Wielu Rzymian bardzo podejrzliwie patrzało na kulty misteryjne i uważało je, w skrócie, za niemoralne zgromadzenia. Krążyły o nich niestworzone opowieści. Na przykład plotka mówiła, że w trakcie misteriów poświęconych Attysowi, kapłani i część wiernych dokonywali rytualnego samookaleczenia. Być może niektóre z tych doniesień są prawdziwe.

    Ostatnim elementem o którym wspomnimy jest kult cesarski. Zjawisko to pojawiło się w ramach pogaństwa na początku naszej ery (w sumie ciężko żeby się pojawiło wcześniej skoro nie było cesarzy). Wydaje się, że jego korzenie sięgają Bliskiego Wschodu, gdzie boska lub nieomal boska cześć oddawana władcom była czymś normalnym.

    Monarchie hellenistyczne, powstałe po greckim podboju, bardzo szybko zaadaptowały to podejście. Stało się to mimo tego, iż była to rzecz obca greckiej tradycji. Dla kultury helleńskiej na Wschodzie oddawanie boskiej czci princepsowi było czymś absolutnie naturalnym i bardzo szybko był on traktowany jako władca pełną gębą, a nie „pierwszy obywatel”.

    Cesarzom to nie przeszkadzało i bardzo szybko zobaczyli w tym szansę na wzmocnienie swojej pozycji. Tutaj jednak należy zastrzec, że z racji różnic kulturowych, na Zachodzie nie czczono władcy jako boga. Cześć odbierał jego genius, boska cząstka. Do panteonu zaliczano cesarza dopiero po śmierci.

    Na dobrą sprawę dopiero Domicjan zażądał dla siebie tytułu Pana i Boga za życia. Wraz z pojawieniem się kultu cesarskiego powstało także coś, co można nazwać jego teologią. Zatem cesarz jest godny czci gdyż jego władza jest odbiciem władzy boskiej. Mocno zaznaczały się tutaj związki z kultami solarnymi. Cesarz został uznany za ziemski odpowiednik Boskiego Słońca.

    Odprawianie nakazanych rytuałów na cześć boskiego cesarza/jego geniusa, stało się jakby papierkiem lakmusowym wierności i posłuszeństwa państwu. Z tego powodu był to naprawdę powszechny i uniwersalny kult, którego obrzędy niejako jednoczyły wszystkich mieszkańców imperium.

    Była to także kość niezgody i główna przyczyna prześladowań chrześcijan, którzy jakkolwiek szanowali władzę cesarską (zazwyczaj), nie mieli zamiaru traktować cesarza jak boga. Z drugiej strony, jak zauważa Simon, wiele charakterystycznych dla kultu cesarskiego cech widać w kulcie chrześcijańskim.

    I tak na przykład poganie świętowali urodziny Augusta jako symbol nastania nowej ery. Greckojęzyczni poddani często tytułowali cesarzy soter, czyli zbawiciel. Tytuły Boga, czyli łaciński Dominus i Kyrios, również były w częstym użyciu w odniesieniu do osoby cesarza.

    Simon stawia tezę, że masowość kultu, w którym człowiek jest równocześnie uważany za bóstwo, mogła niejako „przygotować” mieszkańców imperium na chrześcijańską ideę Boga- człowieka i Wcielenia.

    I tak oto dochodzimy do końca naszego pobieżnego przeglądu religijności rzymskich pogan w przededniu eksplozji chrześcijaństwa. Obraz jaki tutaj naszkicowaliśmy jest oczywiście nie pełny i pobieżny, ale myślę, że pokrywa najważniejsze tematy i wskazuje na tendencje, które w pełni rozwinęło chrześcijaństwo.

    W następnym odcinku zbliżymy się do tematu konwersji. Opowiemy sobie bowiem o zderzeniu (a może raczej o zetknięciu?) chrześcijaństwa ze światem pogańskim i tym jak ten świat ją odebrał i jak mógł ją (przynajmniej na początku) widzieć, zanim sam stał się, przynajmniej nominalnie, chrześcijański.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 . W razie jakby jednak były (jakiekolwiek) proszę o zgłaszanie. Jest to o tyle bardziej prawdopodobne, że ostatnio mam mało czasu bo praca, praca, praca.

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Relaksujący się Attys (w przeciwieństwie do mnie)
    pokaż całość

    +: WujaAndzej, n.......i +180 innych
  •  

    Zanim weźmiemy się za próbę powiedzenia czegoś sensownego o konwersjach na chrześcijaństwo wśród mieszkańców Cesarstwa Rzymskiego, wypadałoby zadać sobie kilka pytań wstępnych i wyjaśnić wątpliwości z nimi związane. Z pomocą przychodzi nam Ramsay MacMullen, autor „Christianizing the Roman Empire”.

    Próby ujęcia tego tematu są niezmiernie trudne dla historyków z kilku powodów. Przede wszystkim szczupłość źródeł. Konwersja na nową wiarę jest zjawiskiem społecznym związanym z wieloma czynnikami. Żeby ją chociaż w miarę dobrze prześledzić należałoby bardzo dobrze poznać badane jednostki. W końcu każda z nich ma swoje własne powody żeby zmienić wiarę.

    Jest to niestety niewykonalne. Miażdżąca większość ludzi nawróconych na chrześcijaństwo nie zostawiła po sobie żadnych zapisków ani innych wskazówek, które mogłyby dać nam chociaż częściową odpowiedź na pytanie dlaczego zdecydowali się na taki krok.

    Proces konwersji możemy prześledzić tylko dla kilku przypadków. Przypadki te i tak nie są do końca jasne bo autorzy prac, które dotrwały do naszych czasów, koncentrowali się zazwyczaj na czymś innym. O swoich życiowych doświadczeniach i przemyśleniach, które pchnęły ich do konwersji wspominali, w większości, bardzo zdawkowo.

    Nawet gdy w tych nielicznych, w miarę dobrze uźródłowionych przypadkach, udaje nam się chociaż trochę zrekonstruować prawdopodobne motywy i przesłanki za konwersją, to nie do końca możemy generalizować. W końcu trudno przypuszczać, że dokładnie takie same pobudki kierowały na przykład Augustynem, wykształconym i bywałym, a hipotetycznym asyryjskim kupcem Adorem czy celtyckim rolnikiem Brennusem.

    Mamy kilka skąpych wzmianek na temat konwersji ludzi nie zaliczających się do grona intelektualistów. Niestety, tak naprawdę to raczej zwiększają one liczbę pytań niż zmniejszają. Żeby uzmysłowić sobie o czym mowa, posłużę się przykładem MacMullen’a, dotyczącym masowej konwersji Beduinów.

    Relacja pochodzi od Teodoreta z Cyru. Opisuje historię „pielgrzymek” grup Beduinów, którzy odwiedzali słynącego z czynienia cudów Symeona Słupnika. Przybywali oni w dużych grupach, liczących nawet do tysiąca ludzi. W czasie wizyty wyrzekali się swoich przewinień i niszczyli figurki swoich bóstw.

    Prosili Symeona o instrukcję i wstawiennictwo. Ten chętnie nauczał ich i błogosławił, co wprawiało Beduinów w ekstatyczny stan. Emocje były tak silne, że pewnego razu prawie zdeptali Teodoreta, niezauważając go, gdy biegli po błogosławieństwo do symeonowego słupa.

    W teorii mamy masowe nawrócenie Beduinów na chrześcijaństwo. Co jednak możemy o nim naprawdę powiedzieć? Czy ludzi, którzy całą swoją wiedzę o chrześcijaństwie czerpali z kilkugodzinnego przebywania pod słupem świętego można nazwać chrześcijanami? Jak wyglądała implementacja tych „nauk” do ich stylu życia? Na ile pozostawali im wierni? Jak je tak naprawdę rozumieli?

    Rozumienie jest poważnym problemem, bo ludzie zasadniczo nie postrzegają religii w ten sam sposób. Wiele zależy na przykład od kontekstu kulturowego. W naszym przyjęło się uważać, że religia, to w dużej mierze doktryna i wiara. Wykop jest pełny „XXX to nie chrześcijanin bo Biblia mówi YYY a on robi ZZZ”. To nie znaczy, że zawsze tak było. I nie jest tak wszędzie.

    Jakże zdziwieni byli europejscy badacze wychowani na podobnych poglądach gdy próbowali zrozumieć szinto. Campbell przytacza ciekawą anegdotę. Sytuacja miała rzekomo miejsce na jednym z kongresów poświęconych religioznawstwu. Rozmowa toczyła się między zachodnim socjologiem a kapłanem szinto i przebiegała mniej więcej tak:

    - Socjolog: Wiesz, odwiedziłem kilka świątyni szinto i byłem świadkiem wielu rytuałów oraz przeczytałem sporo książek, ale wiesz… nadal nie łapie waszej ideologii i waszej teologii.
    - Kapłan: Nie mamy ideologii. Nie mamy teologii. Tańczymy.

    Ma to niebagatelne znaczenie. Nie mniejsze mają też inne pytania, które możemy zadać. Brak nam jednak przekonujących odpowiedzi. Mimo to, próbujemy. Rekonstruujemy na podstawie informacji na temat konwersji pokrewnych grup, szukamy odpowiedników we współczesnych badaniach i spekulujemy w oparciu o to, co wydaje nam się prawdopodobne.

    Tego typu próby rekonstrukcji potrafią być jednak niebezpieczne i są obarczone dużą dozą gdybania. Mimo to robią zawrotną karierę. MacMullen określa je zbiorczo mianem „antropologizacji” – czyli przenoszenia badań współczesnych zjawisk religijnych i współczesnych wyobrażeń na to, co zdarzyło się wiele wieków temu i/lub szukania odpowiedników wśród innych grup.

    Przy omawianiu tematu jakichkolwiek wierzeń jest nieomal obowiązkiem przywołanie przykładu słynnego, polinezyjskiego „kultu cargo” (colega @luvencedus też opisywał). Jeśli zaś chodzi o wczesne chrześcijaństwo, to współcześni badacze lubią podpierać się przykładami kimbangistów (w tej serii też pojawiło się do nich odwołanie) i współczesnej działalności misjonarskiej w Afryce i Azji.

    Nie chodzi o to, że to coś złego. Chodzi bardziej o to, że należy być bardzo ostrożnym przy wysuwaniu daleko idących wniosków i przenoszeniu sytuacji, które często mają ze sobą niewiele wspólnego poza tym, że dotyczą wierzeń. Problem jest głębszy i dotyczy w zasadzie wszystkich nauk społecznych i nieumiejętnego korzystania z nich.

    Otóż - nauki społeczne nie są naukami w takim sensie, jak nauki ścisłe. Różnica polega na przykład na tym, że (to duże uproszczenie, ale niech tam) te drugie są w stanie formułować ogólne prawa, te pierwsze zaś nie. I tak, jeśli skoczysz z dziesiątego piętra to zawsze polecisz na dół i sobie głupi ryj rozwalisz.

    Zawsze. Bez wyjątków. Grawitacja na Ziemi zadziała tak samo, niezależnie od kultury, rasy, religii, przeżyć i lokalnych uwarunkowań skaczącego z 10 piętra. Podobnie jak opór elektryczny zawsze zależy od długości, przekroju i materiału z jakiego wykonany jest przewodnik - orientacja seksualna i preferencje muzyczne producenta i pracownika produkcji nie mają znaczenia.

    Tego samego nie można powiedzieć o zjawiskach społecznych, które są przedmiotem zainteresowania nauk społecznych. Jest to efekt tego, że przedmioty badań nauk ścisłych, takie jak elektrony, pierwiastki, fale etc. są stosunkowo proste, stabilne i można je w miarę precyzyjnie opisać. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o ludziach.

    Ludzie są różni, każdy człowiek jest niesamowicie złożony i to w jakim znajduje się teraz stanie jest efektem tysięcy, a może i milionów czynników. Co gorsza wielu z tych czynników nawet nie potrafimy zidentyfikować i zmierzyć. Żeby było jeszcze gorzej - ludzie cały czas się zmieniają. Wyobrażacie sobie jak ciężką dziedziną byłaby fizyka, gdyby każdy atom był unikalnym „bytem” a jego właściwości i zachowanie wynikały by z osobistej historii?

    To, że słynni amerykańscy naukowcy „udowodnili” że, nie wiem, właściciele yorków mają średnio o 3 pkt. wyższe IQ niż właściciele cocker-spanieli, badając reprezentatywną grupę Amerykanów ze stanów Midwestu, nie znaczy, że wynik tego badania będzie zawsze i wszędzie prawdziwy. Tymczasem jeśli zmierzą rezystancję przewodu o długości X, wykonanego z materiału Y i o przekroju Z to będzie ona zawsze taka sama.

    Może się okazać, że w Kenii jest dokładnie na odwrót bo, powiedzmy, panuje inna moda i yorki są szalenie popularne wśród profesorów, a cocker-spaniele, to ulubione psy bezdomnych. Bardzo szybko może się też okazać, że w tych samych stanach Midwestu sytuacja radykalnie zmieni się w 2 lata, bo ludzie decydujący się dotychczas na yorki przerzucą się na inne psy.

    To taka mała, kilkuakapitowa dygresja. Niemniej ważna, ponieważ traktowanie badań nauk społecznych jak badań nauk ścisłych jest popularnym błędem i/lub techniką manipulacji. Jak wam ktoś za jakiś czas wrzuci na mirko zarzutkę w stylu „według badań amerykańskich naukowców zwolennicy poglądów XYZ mają IQ wyższe średnio o X pkt niż zwolennicy poglądówZYX i o Y wyższe niż ci opowiadający się za ZYX” to wklejcie mu to: https://blogs.scientificamerican.com/cross-check/is-social-science-an-oxymoron-will-that-ever-change/ i zajmijcie się czymś bardziej pożytecznym niż bicie piany.

    Nawiązując do tematu przewodniego - nie chodzi o to, żeby całkowicie odrzucać analogie i założenia, które będziemy przyjmować. Mają one sens i istnieje spora szansa, że są zasadne. Należy jednak być uczciwym i przede wszystkim nie iść z nimi za daleko oraz mieć świadomość, że nasze próby rekonstrukcji są często oparte na bardzo wątłych podstawach. Lepszych i pewniejszych póki co jednak nie mamy.

    Dlatego też na samym wstępie zaznaczamy, że nasz obraz będzie miał wiele dziur, a na domiar złego znaczną częścią tego obrazu będą, mniej lub bardziej udanie naszyte, łaty (przypuszczenia). Aż chce się powiedzieć: „Witamy w świecie historii wczesnego chrześcijaństwa”.

    Jak zatem w ogóle rozumieć sformułowanie „nawrócił/a się na chrześcijaństwo” w kontekście pierwszych wieków?

    W samych źródłach, często apokryfach, nawrócenie jest zazwyczaj ściśle powiązane z cudem, którego dokonuje apostoł/misjonarz. Nowi wierni deklarują wówczas: „Jest jeden Bóg, Bóg Jana [cytat pochodzi z Dziejów Jana] … Zostaliśmy nawróceni poprzez cudowne czyny, których byliśmy świadkami! Miej litość nad nami Panie, niech będzie wola Twoja i ocal nas przed grzechami!”. Taki nawrócony przechodził później przez instruktarz i uzyskiwał pełne członkostwo we wspólnocie.

    Nie wiadomo czy taki opis jest wiarygodny. I nie chodzi tu o prawdziwość cudów. Jest po prostu prawdopodobne, że ludzie nawracali się z innych powodów, a opowieść o cudzie była dodawana później. Być może robił to dopiero kompilator ustnych przekazów, po to, żeby wpasować ją w znany mu kanon. Z analizy źródeł wiemy bowiem, że cuda są nieodzowną częścią tego typu historii.

    MacMullen, na podstawie analizy tekstów traktujących o wierzeniach z epoki, uważa jednak, że w większości przypadków obraz ten jest prawdziwy. Twierdzi on, że o nawróceniu czy wierze ogólnie decydowało przede wszystkim przeświadczenie, że siły czczone przez wiernego zaopiekują się nim w ciągu jego życia i/lub gdy umrze.

    Oczywiście istniało wielu ludzi, których poglądy na kwestie metafizyczne były efektem wielu lat poszukiwania i refleksji. Na przykład Święty Augustyn. Tyle, że znamienita większość ludzi była zainteresowana tym, co dany system wierzeń jej oferuje i na ile jest prawdziwy, w znaczeniu korzyści, które przynosi tu i teraz. Widać to nie tylko na przykładzie tekstów i znalezisk dotyczących chrześcijaństwa, ale także innych wierzeń.

    Uzdrowienie i ukojenie wynikające ze świadomości opieki i życia po śmierci, trwała wspólnota, dobre wzorce życia etc. były w cenie. Dopiero po przekonaniu się, że dane wierzenia coś dają, następowało zainteresowanie doktryną rozumianą tu jako „w jaki sposób należy wierzyć, zachowywać się i czcić bóstwo, aby dostąpić łask”.

    Poglądy te są związane z pracami i teoriami Arthura Nocka, który twierdził, że większość ludzi nie jest tak naprawdę zainteresowana teologicznymi czy nawet rozumowymi rozkminami, dzieleniem włosa na czworo i szukaniem sensu czy logiki w wierzeniach.

    Te rzeczy cechują o wiele węższą, aczkolwiek wpływową grupę. Jej działalność i twórczość często wykrzywia obraz rzeczywistości. Mówimy o starożytności. Nie było mirko czy facebooka, na których zwykły Anonides mógłby podzielić się swoim spojrzeniem na sprawę. Ba! Anonides, Anonus czy Anoszua nie zawsze umieli pisać.

    W myśl teorii Nock’a i idącego za nim MacMullena, większość ludzi (albo chociaż znacząca grupa) bardziej przejmowała się tym, co może mieć dzięki wierze i wypełnianiu praktyk religijnych niż tym, czy Bóg jest jeden w trzech osobach czy po prostu jeden.

    Niesie to ze sobą kilka implikacji dla naszej sprawy. Konwersja na chrześcijaństwo (albo jakąkolwiek inną religię/system wierzeń w tamtych czasach) nie oznaczała nagłego i radykalnego zwrotu w życiu większości konwertytów, zwłaszcza tych pochodzących z masowych nawróceń i klas, nazwijmy to, ludowych.

    Zaraz, zaraz co Ty mówisz? Przecież w poprzednich odcinkach pisałeś, że przed przyjęciem chrztu było kilka lat katechumenatu połączonego z instruktarzem i sprawdzaniem czy prowadzenie się danego kandydata rzeczywiście wskazuje na wcielanie chrześcijańskich ideałów w życie!

    To wszystko prawda, ale ze źródeł wiemy, że szeregi chrześcijan zaczęły szybko rosnąć, przemieniając nową religię w masową. To, co jest do zrobienia w momencie gdy żyjemy we wspólnocie 50 osób i mamy 5 zainteresowanych, przestaje być do zrobienia gdy żyjemy we wspólnocie 200 i mamy 500 zainteresowanych. Z czego 300 pochodzi z osad, w których w ogóle nie ma „starych chrześcijan”, a w mieście są raz na trzy miesiące.

    Ponadto nie jest łatwo zmienić przyzwyczajenia i sposoby myślenia ludzi. Poganie nie zapomnieli magicznie o bagażu doświadczeń i wiedzy wyniesionym z życia przed przyjęciem chrztu. Stare wpływy były wszędzie: w życiu wspólnotowym, w języku, w zwyczajach czy w historiach, które opowiadali sobie ludzie. Materiał który mamy pokazuje, że chrześcijaństwo w dużej mierze raczej zasymilowało się ze „starym”. Jednocześnie jednak zaasymilowało stare.

    Oczywiście nie znaczy to, że nic się nie zmieniło. Nowa religia wnosiła nowe idee i inaczej rozkładała akcenty w tych, które już funkcjonowały. Z biegiem czasu te nowinki i transformacje zaczęły na dużą skalę odbijać się także na życiu tzw. „zwykłych ludzi”. Przykładem może być skupienie się na charytatywności czy wspominany już zakaz zabijania dzieci.

    Nie znaczy to tym samym, że nie było ludzi, którzy próbowali radykalnie zerwać z przeszłością lub raczej tym, co oni rozumieli jako przeszłość. Widać to na przykładzie spojrzenia chrześcijan na kwestie związane z ich dziedzictwem pochodzącym sprzed przyjęcia chrztu. Dajmy sobie może prosty przykład, żeby lepiej to zobrazować.

    Radykalniejsza część chrześcijan wypracowała pogląd, że wszystko co pochodzi z kultur pogańskich jest czystym złem, a sami bogowie i nadprzyrodzone istoty z innych wierzeń, to tak naprawdę demony. W tym samym czasie powstał i zdobył popularność zgoła odmienny pogląd.

    Głosił, że Bóg w jakiś sposób dał wszystkim ludziom na Ziemi swoje niepełne objawienie (na pełne nie byli gotowi). I tak jak Żydzi otrzymali prawo, tak na przykład Grecy dostali filozofię. Przez wieki ludzie rozwijali te niepełne prawdy. Czasem jakaś część z nich została bardzo mocno zdeformowana. W końcu jednak przyszedł Chrystus, który nie dość, że zbawił ludzkość, to objawił jej całą prawdę.

    Skoro były próby radykalnego zerwania, a brakuje źródeł, to skąd wiemy, że to raczej ta druga opcja wzięła górę? Cóż, nie trzeba wiele by zauważyć jak wiele historii, sposobów życia, myślenia i wierzenia znanych poganom, przetrwało nawet do dzisiaj. Tyle, że w niejako „ochrzczonej” formie.

    Ok, wiemy już, że cała sprawa jest o tyle bardziej problematyczna, że religijność jest bardzo złożonym zjawiskiem społecznym. Jego pojmowanie, przejawy i rola jaką odgrywa w życiu jednostek i społeczności ewoluuje i zmienia się z czasem - podobnie jak same religie/wierzenia.

    I tu dochodzimy do clou - niestety ale granice dla tego co znaczyło nawrócić się na chrześcijaństwo będziemy musieli wyznaczyć arbitralnie - jakaś obiektywna definicja nie istnieje, materiał jest zbyt ograniczony. Jednak, żeby cokolwiek powiedzieć, musimy tę definicję mieć.

    Definicja nie może być zbyt wąska, bo jeśli za chrześcijan uznamy tylko tych, którzy mieli spore pojęcie o kształtujących się wówczas doktrynach, to zostaniemy z garstką intelektualistów i przegapimy wiele zjawisk, powoli transformujących społeczeństwo.

    Z drugiej strony nie może być ona zbyt szeroka - wówczas bowiem okaże się, że każdy kto chociaż raz zakrzyknął coś o Chrystusie, modlił się albo prosił duchownego/świętego o błogosławieństwo, jest chrześcijaninem. Znaczyło by to, że chrześcijaństwo rozprzestrzeniło się szybciutko i nie wolniej zapuściło głębokie korzenie.

    MacMullen proponuje zatem następującą definicję przejścia na chrześcijaństwo: chrześcijaninem staje się ten, kto deklaruje wiarę we wszechmocnego chrześcijańskiego Boga i zobowiązuje się, że będzie przestrzegał zakazów i nakazów, płynących z faktu bycia chrześcijaninem. I nie zmienia zdania.

    Wiem, że definicja ta nie jest idealna. No, ale jakąś musimy mieć.

    Wielu z tak nawróconych ludzi, zwłaszcza gdy mówimy tutaj o późniejszych czasach, w których chrześcijaństwo stało się państwową religią, miało bardzo luźne związki z religią czy kościołem i prawie zerową wiedzę na temat tego, w co i dlaczego powinno się wierzyć.

    Ci bardziej „wczuci” chrześcijanie próbowali z tym walczyć poprzez coś, co moglibyśmy nazwać religijną edukacją. Wspólnoty (oczywiście nie wszystkie i nie zawsze) zaczęły z biegiem czasu i wzrostem liczby wyznawców, wychodzić z założenia, że żeby zostać chrześcijaninem trzeba przede wszystkim chcieć nim być, a proces formacji może zajmować nawet długie lata.

    No dobra dość użalania się nad sobą i płakania , że tamtego nie wiemy, tamto nie jasne, a w ogóle to, nie przymierzając, rekonstruujemy barokowe wnętrze z klocków duplo, a na domiar złego połowy z nich nie mamy i musimy używać plasteliny. Wypadałoby przejść do rzeczy. Niestety, nie starczy nam na to odcinka. Dam zatem ostatnie zastrzeżenie.

    Temat konwersji, jakkolwiek banalnie to brzmi, dotyczy oczywiście pogan, a nie chrześcijan. Bo to właśnie oni nawracali się na chrześcijaństwo, a nie odwrotnie. Z tego też tytułu będziemy mówić przede wszystkim o poganach i ich świecie. Zanim przejdziemy do chrystianizacji, musimy nieco przybliżyć sobie to, jak żyli, wierzyli i myśleli poganie. I to właśnie zrobimy w kolejnym odcinku.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 . W razie jakby jednak były (jakiekolwiek) proszę o zgłaszanie

    PS. 2 Wiem, że 4 strony a4 zastrzeżeń to dużo, ale pomyślałem, że będzie dobrze nieco głębiej wejść w temat i zwrócić uwagę na problemy które mamy. W końcu nic tak nie pomaga zrozumieć historii jak pisanie o jej bolączkach i ograniczeniach.

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Pochodzące z VI wieku przedstawienie Symeona Słupnika
    pokaż całość

  •  

    A co jeśli Franciszek i wysokie duchowieństwo doskonale wie co robi namawiając do masowego przyjmowania uchodźców? Dane wskazują, że w XXI wieku chrześcijaństwo bije rekordy konwersji wśród muslimów. I prężnie rozwija się w Azji i Afryce. No i sporo imigrantów to chrześcijanie. Co jeśli rozkminili, że skoro biali przestają wierzyć/ identyfikować się że zorganizowana religią, a za kilka pokoleń i tak wymrą to lepiej zawczasu zastąpić ich sniadymi synami pustyni i kuzynami mokebe?
    #teoriespiskowe #religia #ateizm #neuropa #4konserwy

    PS. Nie bierzcie tego na poważnie, to tylko eksperyment myślowy
    pokaż całość

  •  

    Ok, obiecałem, że skrobnę coś o tym czym jest dyscyplina zwana historią, czemu nie jest nauką i dlaczego mimo wszystko może nam coś powiedzieć o przeszłości. Tak się jednak składa, że w międzyczasie napatoczył mi się artykuł napisany przez Tima O’Neila na bardzo podobny temat.

    Pomyślałem- po co mam się trudzić i pisać wszystko od podstaw skoro ktoś już to zrobił w bardzo dobry i przystępny sposób? Na dodatek poruszył kwestię, która jest mocno powiązana z przedmiotem naszych rozważań i do której kilkukrotnie nawiązywałem.

    Dlatego też postanowiłem pójść na skróty i po prostu przetłumaczyć artykuł O’Neila. W tym wypadku pójście na łatwiznę absolutnie nie ma negatywnego wpływ na jakość przekazu. Myślę nawet, że autor artykułu który za chwilę przeczytamy wyłożył całą rzecz lepiej i sprawniej niż ja bym to zrobił.

    Tłumaczenie nie jest dosłowne. Koncentruję się na tym żeby jak najlepiej przekazać i uwypuklić interesujące nas zagadnienia (stąd czasem dodaje przykłady etc.). Motyw przewodni artykułu, czyli instrumentalne używanie „historii” w dyskusjach światopoglądowych, też jest ciekawy dlatego zostawiłem całość.

    W tekście często dodaje coś od siebie. Wiem, że nie powinienem i, że może to zaburzać przekaz autora, ale czasem prostu nie mogłem się powstrzymać. Mam nadzieję, że wybaczycie. Dla porównania podam link do oryginału.

    W tekście dostaje się głównie ateistom, ale uczciwość nakazuje powiedzieć, że nie mają oni monopolu na, mówiąc brzydko, kurwienie historii. Zamiast ateistów i ich bajek możecie tam wstawić kogokolwiek i ich przekazy. Tak się jednak składa, że autora akurat głupota tej grupy boli najbardziej, bo sam się z nią utożsamia (grupą, nie głupotą).

    Zanim zaczniemy, przybliżmy sylwetkę autora. To swoją drogą jedna z pierwszych rzeczy, którą należy zrobić przy krytyce źródłowej. Tim O’Neill jest magistrem literatury średniowiecznej, historykiem- hobbystą i bloggerem który zajmuje się głównie recenzowaniem prac historycznych poświęconych starożytności i średniowieczu. Jest aktywnym członkiem Australian Atheist Foundation i Australian Skepticts.

    Polecam tego Pana i jego twórczość, linki na koniec tekstu. A my tymczasem, zaczynamy!

    W kwietniu zeszłego roku, Grundy, autor bloga Deity Shmeity napisał posta pod tytułem „Historia to nie moja działka”. Był to komentarz do niedawno wydanej książki Barta Ehrmann’a „Did Jesus Exist? The Historical Argument for Jesus of Nazareth”, w której autor krytykował hipotezę Mitycznego Jezusa. W przeciwieństwie do współczesnych historyków, wielu ateistów uważa tę hipotezę za przekonującą i nie spodobała im się książka bardzo szanowanego Ehrmann’a, która ją krytykuje. Grundly napisał „Szczerze mówiąc mam nikłe pojęcie na temat tego czy Jezus istniał czy nie”, ale dodał „przychylam się do tego, że nie istniał”. Dał też do zrozumienia, że odrzuca to co mają na ten temat do powiedzenia historycy i inni uczeni zajmujący się tematem.

    Napisał:

    „Historia jest chujowa. Ok, to nie fair, ale to nigdy nie była moja działka. Moja pewność co do prawdziwości historycznych wydarzeń jest niska z powodu natury źródeł. Historia jest pisana przez zwycięzców i przekazuje głownie ich wersje. Książki są palone. Zapiski znikają. Komu mam ufać gdy chce się dowiedzieć co stało się 2 tysiące lat temu?”

    Jako, że historia jest moją dyscypliną odpowiedziałem za pomocą krytycznych komentarzy wymierzonych w takie nastawienie i za pomocą argumentów o tym jak robi się historię (rozumianą tutaj jako dyscyplina akademicka). Grundy nie obraził się, a po zapoznaniu się z moimi wypowiedziami, poprosił o rozwinięcie argumentacji co niniejszym robię tym tekstem.

    Ateiści i analfabetyzm historyczny

    Powinienem zacząć od tego, że jestem ateistą. Byłem ateistą całe swoje dorosłe życie i nadal nim pozostaję. Jestem także członkiem kilku ateistycznych i sceptycznych organizacji i mam udokumentowane 21 lat brania udziału w dyskusjach jako niewierzący. Zaznaczam to bo zauważyłem, że gdy zaczynam krytykować ateistów za ich brak zrozumienia historii albo historiografii, ludzie niejako automatycznie klasyfikują mnie jako teistycznego apologetę. Nie jest to prawda, ale dzieje się to cały czas.

    Po 30 latach obserwowania i brania udziału w debatach historycznych z innymi ateistami mogą spokojnie powiedzieć, że większość z nich to historyczni analfabeci. Nie jest to cecha charakteryzująca tę grupę, bo historyczny analfabetyzm jest raczej normą niż wyjątkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy większość ateistów wypowiada się na tematy historyczne albo co gorsza próbuje używać argumentów wywiedzionych z historii w debatach na temat religii, prezentują wiedzę na poziomie ucznia szkoły średniej.

    Nie jest to jakoś bardzo niezwykłe zważywszy na fakt, że większość ludzi po skończeniu szkoły średniej nie uczy się więcej na temat historii. Niestety, ale znaczy to, że ich zrozumienie historycznych postaci, tematów lub wydarzeń jest oparte na wpół zapomnianych lekcjach, dokumentach z TV i kulturze popularnej, przede wszystkim książkach i filmach.

    Co gorsza znaczy to także, że ateiści (podobnie jak większość ludzi) mają pojęcie o tym jak robi się historię i jaka jest jej metodologia również na poziomie szkoły średniej. Czyli nie ma jej wcale albo prawie wcale. Poza kilkoma chwalebnymi wyjątkami, nauczyciele historii ograniczają się zazwyczaj do zmuszania ludzi do wkuwania dat i wydarzeń dotyczących tematu, który aktualnie omawiają na lekcji.

    Na tym poziomie w zasadzie nie porusza się tematu skąd wiemy to co wiemy, jak do tego doszliśmy i jakie jest prawdopodobieństwo tego, że ta rekonstrukcja może mieć coś wspólnego z rzeczywistością. Prowadzi to do tego, że z czasem przeciętnemu ateiście (tak jak innym ludziom) zaczyna świtać, że skoro historia nie jest taka prosta, jasna i oczywista jak przekazywał to pan Wilikins, nauczyciel, to znaczy, że jest jednym wielkim szwindlem i należy ją całkowicie odrzucić.

    To odrzucenie może być nawet częstsze wśród ateistów ponieważ wielu (oczywiście nie wszyscy) z nich jest zainteresowana nauką. Nauka, w porównaniu z historią jest o wiele pewniejsza w swoich założeniach. Możesz stworzyć hipotezę i przetestować ją w praktyce. Możesz faktycznie czegoś dowieść. Hipotezy naukowe żeby były naukowe, muszą być falsyfikowalne. W tym zestawieniu historia wygląda na „hand-vawing” [nie miałem pojęcia jak to dobrze przetłumaczyć jednym słowem- jest to udawanie że efektywnie robi się coś ważnego, podczas gdy tak naprawdę nie robi się nic albo tylko pozoruje działania] gdzie każdy może mówić co chce i jak chce.

    Historia i Nauka

    Tymczasem jednak historia jest pełnoprawną, rygorystyczną dyscypliną akademicką ze swoimi własnymi regułami i metodologią, czym przypomina naukę. Nie znaczy to jednak, że JEST nauką. Czasem jest określana jako nauka, zwłaszcza w Europie, ale ma to sens tylko w szerszym znaczeniu tego słowa, czyli „systematyczne i metodyczne dochodzenie do wiedzy”. Zanim jednak przejdziemy do tego jak działa historia rzucimy okiem na naukę [Oczywiście opis metody naukowej tu zawarty jest sporym uproszczeniem i spłyceniem].

    Nauka jest w dużej mierze oparta na zasadach rozumowania indukcyjnego i prawdopodobieństwa logicznego. I tak na przykład: myszy, które otrzymały zastrzyk pewnej substancji tracą na wadze. Na tej podstawie można wyciągnąć wniosek, że substancja ta redukuje apetyt. Prawdziwość tego wniosku można sprawdzić za pomocą doświadczeń, w trakcie których wyklucza się inne wytłumaczenia- na przykład, że ta substancja zwiększa szybkość przemiany materii albo, że myszy traciły apetyt bo zestresowały się zastrzykiem.

    To wszystko jest możliwe dzięki oparciu nauk o pewne dobrze sprawdzone prawa, co z kolei pozwala na stosowanie indukcji. Dlatego też jeśli coś działa w określony sposób na nasze przykładowe myszy dzisiaj, to spokojnie możemy przyjąć, że będzie działać w ten sam sposób jutro. Eksperymenty te mogą potwierdzić inni badacze. Jest to możliwe dzięki temu, że przedmiot badań jest mierzalny, a eksperyment można kontrolować i powtarzać. To z kolei pozwala nauce wyciągać daleko idące wnioski i konstruować teorie naukowe [nie są to jednak teorie w potocznym tego słowa znaczeniu].

    Niestety, ale żadna z opisanych wyżej rzeczy nie ma zastosowania przy historii. Wydarzenia, niezależnie od tego czy wielkie czy małe, wydarzają się raz i już ich nie ma. Historycy mogą coś o nich powiedzieć tylko na podstawie śladów, które pozostawiły w źródłach (jeśli akurat mamy farta). Niestety, ale w przeciwieństwie do badaczy myszy, historyk nie może dokonać serii laboratoryjnych testów symulujących przyczyny i okoliczności upadku Rzymu.

    W większości przypadków nie może nawet obserwować zjawisk i na tej podstawie wyciągnąć wniosków. Taki zoolog tymczasem może obserwować zachowanie grupy goryli i je analizować. Jakby tego było mało to prawa i zasady rządzące procesami historycznymi nie są dobrze poznane (o ile w ogóle istnieją i da się je zdefiniować). To z kolei nie pozwala przeprowadzić symulacji. Nie możemy, na przykład, sprawdzić tego jak upowszechnienie się prasy drukowanej wpłynęło na upadek Napoleona. Fizyk teoretyczny tymczasem może zrobić symulację dla powiedzmy ruchów planet w bardzo odległym układzie albo dla zjawisk związanych z gwiazdami, które dawno przestały istnieć.

    Wszystko to sprawia, że wielu ateistów [i ludzi w ogóle] odrzuca historię jako coś czego nie da się udowodnić naukowo. Automatycznie uznają zatem, że jej związki z rzeczywistością są bardzo wątłe albo wręcz żadne. To bardzo radykalne podejście do sprawy i bardzo rzadko jest ono konsekwentne. Wielokrotnie mówiłem osobom, które deklarowały takie poglądy, że jakoś nie przeszkadzają im one czytać prasy i, do pewnego stopnia, wierzyć w to co przeczytały. Tymczasem w myśl tych poglądów powinni być tak samo sceptyczni co do relacji o wypadku ze wczoraj jak i do rewolucji sprzed 400 lat. [Albo do tego co mówi koleżanka z pracy o swoim wakacyjnym wypadzie na Majorkę].

    Metoda

    To, że historia nie jest nauką nie znaczy jednak, że nie może i nie jest wstanie powiedzieć nam czegoś o przeszłości z dużą dozą prawdopodobieństwa. Już pierwsi historycy, tacy jak Herodot, zastanawiali się jak oddzielać ziarno od plew, skąd brać informacje i jak je weryfikować. Dzisiejsza, systematyczna metodologia zaczęła się na dobre rozwijać dopiero w XVIII wieku i bazuje na technikach Bartholda Niebuhra i Leopolda von Ranke. Jest ona oparta na trzech fundamentalnych krokach, z których każdy ma swój własny zestaw technik.

    1. Heurystyka- polega na identyfikowaniu materiału który może być istotny jako źródło informacji na dany temat. Tyczy się zarówno tych najbardziej oczywistych, jak na przykład źródło z epoki opisujące wydarzenia którymi chce zająć się historyk czy późniejsza kronika zawierająca tego typu informacje.

    Równie dobrze mogą to jednak być mniej oczywiste, a nie mniej przydatne źródła- na przykład dominujące wówczas mody literackie, które mogą pomóc zidentyfikować na ile przekaz z interesującego nas źródła jest odbiciem sposobu w jaki opowiadano wówczas o wydarzeniach, a na ile próbą spisania autentycznych wydarzeń [i stąd mamy na przykład turbosłowiaństwo, bo przecież hurrrr Kadłubek, durr Prokosz].

    Źródła nie muszą być pisane i równie dobrze mogą to być na przykład monety, dzieła sztuki czy przedmioty codziennego użytku. Ba! Źródła nie muszą być nawet materialne- przysłowia, ustne przekazy albo wierzenia z epoki to też pełnoprawne źródła. Czasem wierniejsze od pisanych.

    Słowo klucz w tym wypadku to istotne. Określenie tego co przydatne i istotne oraz idące za nimi ustalenie wiarygodności i hierarchii wymaga doświadczenia, obycia i wiedzy. No ogólnie, dużego skilla.

    2. Krytyka- jest to proces w którym historyk bierze zebrany materiał pod lupę i stara się oddzielić ziarno od plew, czyli zbadać autentyczność działalności ludzkiej (źródła) które go interesują i które uznał za istotne.

    Autentyczność dzieła gra tutaj kluczową rolę. Historyk zadaje takie pytania jak: czy źródło jest tym czym się prezentuje? Czy jest wiarygodne? Jak ma się do toczonych wówczas sporów? Jakie są uprzedzenia i ograniczenia autora źródła? Jaki są okoliczności powstania źródła? Z jakich środków korzysta autor? Pytań jakie zadać musi historyk żeby dojść do czegoś sensownego jest oczywiście o wiele więcej.

    Jeśli chodzi o źródła archeologiczne, sztukę i architekturę to kluczowe jest osadzenie ich w kontekście czasów które nas interesują i społeczeństwa w jakim funkcjonowały. Do tego z kolei potrzebujemy ogólnej wiedzy o epoce.

    3. Synteza i przedstawienie- polega na zebraniu materiału i konkluzji wynikających z pracy ze źródłami i spójne ich opisanie, przy zadbaniu o to, żeby tworzone stwierdzenia miały swoje oparcie w źródłach poddanych krytyce.

    Zasadnicza różnica między metodami uprawiania historii a tymi stosowanymi w nauce polega na subiektywizmie. Zarówno naukowcy jak i historycy dochodzą do efektów swoich badań w sposób metodyczny i usystematyzowany. Historycy w o wiele większej mierze są jednak skazani na subiektywną ocenę efektów swojej pracy. I ten subiektywizm jest czymś co bardzo mocno odróżnia historię (i inne dyscypliny wiedzy oraz nauki społeczne) od nauki [też niedługo wrzucę kilka tekstów na ten temat].

    Dlatego historia nie polega wcale na określaniu tego co bezdyskusyjnie stało się w przeszłości. Jest to po prostu niemożliwe, poza suchymi faktami w stylu ”Adolf Hitler urodził się 20 kwietnia 1889 roku”. To co można ustalić ponad wszelką wątpliwość jest jednak mocno ograniczone.

    Jeśli chodzi o całą resztę to historycy starają się dać jak najlepszy, najprostszy, najbardziej zgodny z tym co wiemy o epoce, okolicznościach, ludziach, społeczeństwie i świecie oraz, last but not least, najbardziej prawdopodobny obraz zdarzeń. Innymi słowy starają się dać jak najlepsze wyjaśnienie dla zebranego materiału przy jak najmniejszej liczbie wstępnych założeń. Oznacza to, że zasada ekonomii myślenia, zwana również @Brzytwa_Ockhama jest kluczowa w analizie historycznej.

    Historyk zawsze powinien przedkładać najprostsze wyjaśnienie, biorące pod uwagę zgromadzone dowody, nad wszystkie inne.

    To z kolei prowadzi nas z powrotem do punktu od którego wyszliśmy, czyli historyczności Jezusa. O wiele prostszym i znajdującym lepsze odbicie w źródłach i naszej wiedzy jest wyjaśnienie, że chrześcijańskie pojmowanie Jezusa jest oparte na autentycznie istniejącej postaci, będącej [w ujęciu historycznym, sekularnym] kimś w rodzaju żydowskiego świętego męża/ proroka/ nauczyciela religijnego, który został zabity w okolicach 30 roku po narodzeniu Chrystusa [ehh, te błędy w datowaniu].

    Ludzie tymczasem podejmują inne próby mające tłumaczyć to zjawisko. Początków wierzeń w Jezusa doszukują się w przekonaniach hipotetycznie istniejącej żydowskiej sekty, która oddawała cześć pewnej czysto niebiańskiej istocie. Ich zdaniem w wyniku ewolucji wierzeń i historycznych przeinaczeń, ta rzekomo istniejąca niebiańska istota została niejako „uhistoryzowana” i tak powstał Chrystus.

    Problem polega na tym, że nie ma dobrych dowodów na istnienie sekty wyznającej tego typu przekonania. Brak również przekonywujących dowodów na to, że sekta taka zniknęła by bez najmniejszych, łatwych do prześledzenia tropów. Dlatego też cała hipoteza Mitycznego Jezusa jest odrzucana przez historyków- takie myślenie po prostu nie jest zgodne z zasadą ekonomii myślenia i wymusza na nas myślenie ad hoc i „a, co jeśli”.

    [Ważna uwaga: nikt nie mówi, że nie mogło tak być. Jasne, że mogło- my jednak nie mamy wiarygodnych źródeł wskazujących, że mogło. Bez tego ciężko w ogóle mówić o historii i ktoś może zapytać: “hej czemu nie uznać, że Jezus był wielbłądem, który ocalił grupę żydów ofiarując im swoje mleko jako kolację i ratując zagrażającego im gada? Potem mitologia poszła w ruch i zrobiła z niego zbawcę świata”.]

    Dlaczego ateiści (czasami) nie rozumieją historii?

    Ogarnięcie opisanego przed chwilą procesu analizy historycznej wymaga przygotowania [wiedzy], praktyki i w pewnym stopniu, umiejętności. Bez tego łatwo można skończyć z czymś co nieco przypomina analizę historyczną, ale kończy się totalnie wadliwymi [ja bym powiedział, że odjechanymi] wnioskami.

    Weźmy pierwszy krok, heurystykę. Spotkałem wielu ateistów którzy odrzucają historyczność Jezusa gdyż „brak wiarygodnych wzmianek o nim z jego czasów, a te które są to późniejsze pogłoski” albo „nie ma żadnych relacji naocznych świadków”. W skrócie- odrzucają wszystkie źródła traktujące o Jezusie gdyż nie pochodzą one dokładnie z czasów w których żył i\lub nie są dziełem naocznych świadków.

    [Pomijają przy tym fakt, że ewangelie, jakkolwiek niedoskonałe bo są tekstami religijnymi, powstały na bazie m.in. ustnych przekazów o Chrystusie].

    Problem polega na tym, że gdy zastosujemy tę samą zasadę do innych postaci historycznych z czasów przed nowożytnych to… okaże się, że musimy niemal całkowicie wyrzucić do kosza studiowanie historii świata przed XVI wiekiem. Tak się składa, że źródeł spełniających wspomniane przed chwilą kryteria nie ma prawie wcale dla czasów średniowiecza i starożytności. Jeśli chcemy być konsekwentni to musielibyśmy odrzucić niemal wszystkie z nich, a to jest totalnym absurdem.

    Tak na szybko- nie mamy żadnych źródeł spełniających w/w kryteria dla osób daleko znaczniejszych dla czasów w których żyli. I tak na przykład musielibyśmy powiedzieć „żegnajcie!” wszystkim pracom dotyczącym na przykład Hannibala. Zgodzicie się chyba, że wywarł on większy wpływ na świat w okresie swojego życia niż wiejski kaznodzieja Jezus [żeby nie było- ostatecznie to Jezus wywarł XXX razy większy wpływ na dzieje świata no, ale mówimy tutaj o wpływie za życia]?

    Bardzo podobne, podstawowe błędy są często udziałem ateistów w przypadku drugiego kroku czyli krytyki źródłowej. I tak na przykład internet i publikacje papierowe są zapchane ponurymi obrazami bestialstwa inkwizycji. Mamy całe książki wypełnione szczegółami na temat dzikich tortur i smutnych losów setek tysięcy niewinnych ofiar skazanych na stos przez bezlitosny kościół katolicki.

    Cały cymes polega na tym, że przed XX wiekiem powstało dużo literatury która totalnie pomijała krytykę źródłową i brała informacje zawarte w źródłach za pewnik. Było to szczególnie widoczne wśród autorów anglosaskich (to jest protestanckich). Źródła na których się opierali pochodziły głównie z XVI i XVII wieku i były paszkwilami pisanymi przez angielskich protestantów. Anglia znajdowała się wówczas w ostrym konflikcie z Hiszpanią na niemal każdym polu (politycznym, religijnym i ekonomicznym).

    Branie tego co pisali anglosascy/ protestanccy autorzy za wiarygodne bezkrytycznie i bez konfrontacji z innymi źródłami, jest nie najlepszym pomysłem. Zaowocowało mocno wykrzywionym obrazem. Na szczęście studia nad innymi źródłami, w tym nad archiwami samej inkwizycji, pomogły zrewidować ten obraz.
    W rezultacie wiemy, że 160 lat działania inkwizycji w Hiszpanii zostało okupione od 3 do 5 tysiącami egzekucji. Wbrew temu co pisali tacy geniusze jak Henry Charles Leas, którzy bezgranicznie ufali swoim źródłom, ofiar nie było kilkaset tysięcy. Ateiści przejęli te poglądy bo pasowały im do tezy, ale fakt jest taki, że są one mało historyczne.

    [Chyba, że uznamy, że inkwizytorzy i ramię świeckie domyślili się, że za X wieków ktoś zacznie szperać w archiwach dlatego postanowili je sfałszować. Godna podziwu zapobiegliwość].

    Wreszcie synteza i przedstawienie wymagają chociaż próby obiektywnego spojrzenia na sprawę. Osobnik analizujący źródła może mieć swoje własne, mocne przekonania na sprawę, co bardzo negatywnie wpływa na rzetelność i prowadzi do przedkładania prawdopodobnych wniosków zgodnych z jego światopoglądem nad inne, nieraz bardziej prawdopodobne. Co gorsza te przekonania mogą sprawić, że cały proces został przeprowadzony pod z góry założoną tezę i autor na dzień dobry wykluczył wszystko co mu do niej nie pasowało.

    Historycy dwoją się i troją żeby uniknąć tego typu rzeczy albo chociaż zminimalizować ich wpływ [przynajmniej powinni jeśli chcą być wydawani przez prestiżowe wydawnictwa i publikowani w dobrych periodykach]. Niestety, nie zawsze można to powiedzieć o osobach biorących aktywny udział w dyskusjach światopoglądowych [albo, co gorsza, internetowych gównoburzach].

    Zbyt często wielu ateistów przy okazji polemik dotyczących przeszłości selekcjonuje materiały tak aby wspierać swoją antyreligijną narrację. Jednocześnie pomijają albo lekceważą wszystko co może wskazywać, że nie było tak jak twierdzą albo, że kwestia jest bardziej złożona. Nie można tego traktować jako rzetelnego podejścia do historii- w zasadzie jest to propaganda której funkcją jest nawracanie na jedynie słuszne poglądy (zazwyczaj i tak jest skierowana do już nawróconych).

    Dobrym przykładem jest historia nauki. Do początków XX wieku popularne było przekonanie, że można ja streścić jako zmaganie racjonalnego postępu z religijną ciemnotą. Narracja wyglądała mniej więcej tak: przez wieki grupa oświeconych i myślących uczonych/ naukowców, motywowanych szlachetnymi pobudkami, chciała pchnąć ludzkość do przodu. Niestety przeszkadzała im w tym tępa tłuszcza sterowana przez głupców opętanych religijnymi urojeniami.
    W XX wieku, kiedy historia nauki na dobre się narodziła [jej początki sięgają XIX wieku], poglądy te zostały zrewidowane a conflict thesis [mniej więcej streszczona w akapicie wyżej] została w dużej mierze odrzucona. Wśród współczesnych historyków dominuje inne podejście. Jest ono bardziej zniuansowane, próbujące uwzględnić szerszy obraz i nieufne wobec wielkich narracji budowanych na kilku wątkach.

    Historycy skłaniają się do zdanie, że choć dochodziło do konfliktów, to rzadko można je ująć w proste ramy „ciemna religia vs oświecona nauka”. Ponadto były to raczej wyjątki, a nie reguła [nie wspominając już o tym jak głupie jest przenoszenie stosunków chrześcijaństwo- nauka na kategorię religia- nauka. Co z buddyzmem, tao, hinduizmem, bon, szinto i ich niezliczonymi odnogami/ nurtami?].

    Obiektywizm, Uprzedzenia i Historyczne Bajki

    My ateiści i wolnomyśliciele często nabijamy się z wierzących jako tych którzy nie myślą racjonalnie, nie są w stanie krytycznie podejść do tematu i mają tendencję do kurczowego trzymania się swoich idei nawet gdy dowody jednoznacznie wskazują, że jest inaczej. Niestety, o wiele łatwiej jest gadać o byciu racjonalistą i krytykować innych za przeciwną postawę, niż faktycznie być racjonalnym. Każdy ma swoje uprzedzenia i każdy podlega efektowi potwierdzenia- tendencji do faworyzowania informacji które potwierdzają nasze przekonania.

    Jest to po prostu wrodzona cecha i ciężko od niej uciec nawet gdy jesteśmy jej w pełni świadomi. To znaczy, że ateiści mogą zachowywać się dokładnie tak jak wierzący w przypadkach gdy chodzi o atrakcyjne dla nich idee. Często są gotowi przyjmować je bezkrytycznie, bronić przed dowodami albo przesłankami, że było albo mogło być inaczej. Ateiści tak samo lubią proste, pasujące im do tezy historie i przedkładają je nad bardziej szczegółowe, zniuansowane i skomplikowane, ale nie pasujące im do światopoglądu.

    Stąd bajka o średniowiecznym kościele nauczającym, że Ziemia jest płaska i bohaterskim Kolumbie, który płynąc do Ameryk udowodnił, że prymitywne biblijne przesądy są nieprawdziwe, ma się dobrze. Niestety- ma ona mało wspólnego z rzeczywistością. Jest naprawdę źle. Sam znam wielu inteligentnych i wyedukowanych ateistów, którzy jak katarynki powtarzają nieprawdziwe historie bez żadnej dozy krytycyzmu.

    Choćby tę o zacofanym kościele, rzucającym się Rejtanem na drodze postępowi. Co gorsza- gdy kontrowałem te błędne wyobrażenia przedstawiając dowody, na przykład na to, że katolicy epoki średniowiecza wiedzieli i nauczali, że Ziemia jest sferą, a mit Płaskiej Ziemi został wymyślony przez pisarza Washingtona Irvinga w 1828 roku, spotykałem się ze sprzeciwem i niechęcią do przyznania się do błędu.

    Pasujące do tezy baśnie, takie jak ta o chrześcijanach dewastujących Bibliotekę Aleksandryjską (nie zrobili tego) albo zabijających Hypatię ponieważ kochała ona naukę i wiedzę (też nieprawda) mają bardzo dużą siłę perswazji. Dlatego też wielu ateistów jest gotowych dać się pokroić żeby tylko nie przyznać, że opowieści te mają raczej mało wspólnego z rzeczywistością. Nawet gdy przedstawi im się dowody. Cóż religijni fundamentaliści nie mają wyłączności na bycie dogmatycznymi jeśli chodzi o wiarę w mity.

    Jednym z głównych celów historii jest zrozumienie czemu świat w którym żyjemy wygląda tak jak wygląda i co i dlaczego mogło mieć na to wpływ. Żeby miało to jednak jakikolwiek sens i było choć trochę możliwe to musimy co nieco wiedzieć o tym jak działa historia, jak ją badamy i jak używamy materiałów źródłowych.

    Jest jeszcze jeden warunek: na zebrany materiał musimy patrzeć najobiektywniej jak to możliwe. Podchodzenie do niego ze z góry założoną tezą nie da nam dobrych rezultatów. Ateiści którzy próbują instrumentalnie używać historii w swoich dyskusjach robią to źle i wyglądają na tak samo niedoinformowanych albo dogmatycznych jak fundamentaliści. I nie jest to przyjemny widok.

    Link do oryginalnego artykułu

    Link do starego bloga Tim’a

    Link do nowego bloga Tim’a

    PS. Tekst bez zwyczajowej korekty u @robson7, chciałem wrzucić jak najszybciej. Wyczaisz błąd? Zgłoś (pięknie proszę).

    PS.2 Jak ktoś ma jakieś zażalenia do tekstu co do zawartych w nim opisów i prezentacji to kierować je tutaj

    PS.3 Mam nadzieję, że nikt nie powiesi mnie za wstawki i brak wierności w tłumaczeniu

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Tim O'Neill patrzący z niesmakiem na poziom świadomości historycznej wśród internetowych dyskutantów (koloryzowane)
    pokaż całość

    źródło: i0.wp.com

    +: S.........a, otnoknusu +84 innych
  •  

    W dzisiejszym odcinku pójdziemy tropem z poprzedniego i omówimy sobie mniej więcej relacje między wczesnym chrześcijaństwem, a „mądrością tego świata”. Mówiąc o tejże mądrości mamy na myśli antyczną filozofię, a termin ów był w czasach starożytnych o wiele bardziej pojemny niż dzisiaj.

    Był to efekt tego, że mianem filozofii określano nie tylko rozważania i spekulacje na temat „podstawowych problemów i idei” (dziękuje Pan wikipedia), ale także dociekania, które z perspektywy czasu nazwalibyśmy naukami przyrodniczymi, ścisłymi i społecznymi.

    Do tego filozofia przesiąknięta była mistycyzmem i wierzeniami, które dzisiaj uznalibyśmy za religijne. Pitagoras, znamy nam głównie jako matematyk był w świecie starożytnym postrzegany przede wszystkim jako mistyk. To znaczy filozof. To znaczy matematyka, mistyka i filozofia lądowały do wspólnej kategorii z napisem filozofia. Miejmy w pamięci, że używamy tutaj tego słowa w jego antycznym, a nie współczesnym znaczeniu.

    Z poprzedniego odcinka wiemy już, że Kelsos, a w raz z nim inni mieszkańcy cesarstwa, oskarżał chrześcijan o odrzucanie rozumowego dążenia do poznania prawdy i pogardę dla filozofii. Wielu wykształconych pogan widziało chrześcijan jako przygłupią tłuszczę, która chce wszystko zastąpić wiarą w Jezusa. Swoją drogą niektórzy podnoszą takie zarzuty po dziś dzień.

    Czy mieli rację? I tak i nie. Faktycznie, wśród niektórych wspólnot chrześcijańskich funkcjonowało przekonanie, że “mądrość tego świata” nie przynosi nic dobrego i że, objawienie zawarte w „świętych tekstach” wystarczy za całą wiedzę.

    Korzeni tego chrześcijańskiego antyintelektualizmu wielu dopatruje się w pawłowych listach i sformułowaniach typu „Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego” czy „Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga”.

    Na całą sprawę należy również patrzeć w kontekście historycznym. Wiem, że wracamy do tego któryś raz, ale starożytność generalnie nie była epoką rozumu i nauki. To znaczy nikt nie zaprzecza osiągnięciom starożytnych, ale jeśli chodzi o całokształt, to wspólnoty starożytne były głęboko przesiąknięte irracjonalizmem, wiarą w magię i różnego rodzaju zabobony.

    Jak pisałem w którymś z komentarzy pod poprzednim odcinkiem - chrześcijanie nie przylecieli do Rzymu z kosmosu - byli Rzymianami (niekoniecznie obywatelami, ale mieszkańcami imperium). To, że wielu z nich było niewykształconych i przykładało większą wagę do guseł i czucia niż do „mędrca szkiełka i oka” to nie chrześcijańska inwencja, tylko norma społeczeństwa w którym żyli.

    Żeby się o tym przekonać wystarczy zobaczyć jakie zarzuty stawiała im szersza publika, a nie tak zwani mędrcy. Ludzi nie bolało to, że chrześcijanie nie zgadzają się z poglądami jakiegoś filozofa czy ich stosunek do filozofii jako takiej. Problemem była ich amoralność, ateizm, bezbożnictwo, czczenie głowy osła, paranie się magią, konszachty z czarownicami i współpraca z demonami. Przynajmniej tak myślało wielu prostych ludzi.

    Stosunek do filozofii i osiągnięć rozumu należy raczej rozpatrywać przy uwzględnieniu pochodzenia i pozycji społecznej. Chrześcijanie nie wywodzący się z elit społecznych i intelektualnych generalnie nie widzieli swojej nadziei w filozofii i wiedzy. Podobnie bowiem jak większość żyjących wówczas „prostych ludzi” nie mieli o niej pojęcia. Ciężko więc mówić o odrzuceniu czegokolwiek gdy ma się tego nie zna albo zna bardzo kiepsko.

    Jeśli chodzi o chrześcijan wywodzących się z bardziej świadomych i wyższych warstw (niekoniecznie mowa tu o arystokracji), to tutaj można wyróżnić wiele różnych podstaw w stosunku do dorobku filozofii i dziedzictwa niechrześcijańskich przodków oraz rozumu jako takiego.

    Część odrzucała filozofię i jej metody jako wywodzące się i związane z pogaństwem. I tutaj należy poczynić ważne zastrzeżenie - gdy autorzy wczesnochrześcijańscy piszą lekceważąco o „mądrości Greków”, to niekoniecznie znaczy, że odrzucają filozofię jako taką (rozumianą jako pogłębiona, rozumowa refleksja) tylko, że nisko cenią sobie greckie wierzenia. Jako się rzekło: filozofia była wówczas przesiąknięta mistycyzmem i wierzeniami religijnymi.

    Wracając jednak do różnic we wczesnochrześcijańskim podejściu do filozofii. Poza tymi, którzy całkiem ją odrzucali istnieli także tacy, którzy niekoniecznie mieli z nią problem, ale z racji wspomnianego przed chwilą związku między filozofią a wierzeniami, byli nieufni i mieli wiele obiekcji. Chcieli odrzucenia religijnych i mistycznych konotacji wywodzących się z innych wierzeń.

    Istnieli także tacy chrześcijanie, którzy uważali wręcz, że nie ma żadnego problemu, a filozofia jest tym co Grecy dostali od Boga w ramach przymierza. Innymi słowy Żydzi dostali Prawo, a Grecy filozofię. Wśród tych ostatnich, z biegiem czasu wykształcił się pogląd bardzo podobny do tego wyznawanego przez Kelsosa i innych medioplatoników - że rozum i rozważania jest jedną z dróg prowadzących do Boga. To jednak późniejsze dzieje.

    Jest jednak faktem, że w chrześcijaństwie od samego początku aż po dzień dzisiejszy jest wiele nurtów albo otwarcie odrzucających naukę (rozumianą jako owoc intelektualnych dociekań), albo mocno wobec niej nieufnych, postrzegających ją jako zagrożenie dla wiary. Tyle, że na drugim biegunie znajdują się grupy, które uważają dokładnie odwrotnie.

    Chrześcijańskie zapatrywanie się na rozum i owoce jego pracy to bardzo rozbudowany temat, ale tutaj (pobieżnie) przedstawimy sobie relację tylko między wczesnym chrześcijaństwem, a antyczną filozofią. Dla Greków z wyższych sfer (rozumianych tu jako ludzie wychowani w kulturze helleńskiej) filozofia i intelekt były bardzo ważne. Jeśli chrześcijaństwo miało na trwale zadomowić się w tym gronie, to po prostu nie mogło być zbiorem przesądów i prawd branych tylko na wiarę.

    Czasy o których mówimy, czyli II-IV wiek, to wbrew wcześniejszym poglądom, okres bardzo ożywionej działalności intelektualnej. Żyjący wówczas filozofowie (czyli także „naukowcy”), zarówno poganie jak i chrześcijanie, byli bardzo dobrze zaznajomieni z osiągnięciami klasycznej greckiej cywilizacji i potrafili również dołożyć się do jej osiągnięć.

    Przybliżmy sobie zatem świat ówczesnych elit. I tak, w procesie kształcenia najważniejsze były dwie rzeczy: retoryka i znajomość klasycznych tekstów. Retorykę należy w tym kontekście rozumieć jako sztukę prowadzenia sporu i konstruowania argumentów. Elity ceniły sobie dyskusję jako bardzo istotną w procesie wykuwania wiedzy i przekonań.

    Ważna była również znajomość klasycznych tekstów. Mówimy tutaj o społeczeństwach tradycyjnych, w których starożytność danej opinii była istotnym argumentem przemawiającym za jej słusznością. Wystarczy sięgnąć chociażby do Kelsosa i przypomnieć sobie jak zarzuca chrześcijanom, że ich poglądy to nowinki, które nie mogą się równać wiedzy Egipcjan, Greków czy ludów Bliskiego Wschodu.

    Jeśli chodzi o ścisłą elitę intelektualną i ludzi, którzy poświęcali życie, jak byśmy to dzisiaj nazwali, rozkminianiu, to przechodzili oni bardziej rygorystyczny trening. Wymagało to znalezienia szkoły filozoficznej (niekoniecznie budynku), gdzie grupka adeptów pobierała nauki od mistrza.

    Proces ten był ważny nie tylko dla formacji intelektualnej danego zawodnika, ale także jako okazja do nawiania przyjaźnie i kontaktów, które mógłby ułatwić późniejszą karierę. Mistrz, będący zazwyczaj osobą wpływową, polecał na przykład uczniów na wysokie stanowiska w administracji.

    Uczniowie studiowali filozofię po starożytnemu, czyli nie tylko teksty które dzisiaj nazwalibyśmy stricte filozoficznymi, ale także te, dotyczące geografii, historii, literatury, nauk przyrodniczych i matematyki. Od upadku cesarstwa na Zachodzie i kryzysu na Wschodzie w V wieku, świat musiał czekać aż do czasów pełnego średniowiecza (albo, jak twierdzi Freeman, do czasów Renesansu), żeby móc cieszyć się podobnym systemem i taką jego powszechnością.

    Większość mistrzów należała do jakiegoś nurtu filozoficznego i miała poglądy bardzo zbliżone do tych przewodnich. Platon i jego szkoła pozostawali najbardziej popularnymi. Centralną częścią jego poglądów był kontrast między zmiennym i niedoskonałym światem materialnym a idealnym i niezmiennym światem idei, znanych też jako formy.

    Nauka u mistrzów związanych z platonizmem zaczynała się od logiki i matematyki, które ich zdaniem były niezbędne aby zmierzyć się z wyzwaniem zrozumienia i poznania form. I tak na przykład rozważając wszelakie formy odwagi w świecie, człowiek mógł z czasem spróbować zrozumieć czym jest odwaga jako Forma, czyli odwaga sama w sobie.

    W myśl poglądów platońskich idealne formy egzystowały w świecie idei, a ich przejawy w świecie materialnym były tylko niedoskonałymi odbiciami. Formy, podobnie jak całe istnienie, można ustawić w hierarchicznym porządku. Z tego też powodu zakładano istnienie Najwyższej Formy, jako (jakkolwiek głupio to brzmi) najbardziej idealnego ideału, zawierającego w sobie wszystko to co dobre.

    W czasach o których mówimy idea Najwyższej Formy miała już dodatkowe konotacje i wiele osób zaczęło ją utożsamiać z bogiem, ale nie takim jak Zeus czy inny olimpijczyk - Bogiem przez wielkie „B”, najwyższym bytem we wszechświecie. Bóg zaś miał komunikować się ze światem materialnym za pomocą pośredników (niższych form), które z kolei człowiek może zrozumieć za pomocą rozumu.

    Oczywiście spłycamy tutaj mocno platonizm, ale nie ma innej drogi jeśli chcemy przybliżyć ten system w nie więcej niż kilku krótkich akapitach. Z biegiem czasu opracowany przez Platona system ewoluował i dlatego w II wieku mówi się zazwyczaj o medioplatonizmie.

    Rozróżnienie to ma podkreślać różnice między ideami z II wieku, a oryginalnymi pomysłami Platona. Większość medioplatoników uważała, że o ile niemożliwe jest zrozumienie Najwyższego Bytu, to człowiek może spekulować czym jest, a czym nie. Może też rozważać relację, jaka łączy go z Bogiem i w ten sposób nawiązać z nim indywidualny stosunek.

    Zdaniem medioplatoników Bóg był wiecznym i absolutnie doskonałym stwórcą, który ciągle znajdował się w procesie stwarzania. Medioplatonicy wierzyli, że ostatecznym celem całego stworzenia jest osiągnięcie perfekcji takiej, jak jego autor. Postęp zaś jest możliwy dzięki myśleniu i rozważaniu, a Bóg wspiera ludzi za pomocą pośredników, którzy inspirują.

    Generalnie medioplatonizm był bardziej mistyczny niż oryginalny system, z którego się wywodził. Medioplatonicy z większą nieufnością patrzyli na pokusy związane z materią. Byli zdania, że odciągają one człowieka od rozważań i myślenia przybliżającego go do Najwyższego Bytu. Dbałość o obyczaje szła w parze z filozofią.

    Inna szkoła związana była z systemem stworzonym przez Arystotelesa. Był on uczniem Platona i w początkowym okresie pozostawał pod jego wpływami, ale z czasem rozwinął swoją filozofię w innym kierunku. Odrzucał istnienie Form, które można zrozumieć poprzez rozważania.

    Jego zdaniem kluczem do poznania była pieczołowita obserwacja tego co występuje w świecie materialnym. Wiedza powinna wynikać z nagromadzenia sprawdzanych empirycznie faktów i refleksji nad nimi. Arystoteles praktykował to co głosił i prowadził własne, jakbyśmy to dzisiaj nazwali, prace badawcze. Z tego tytułu jest uważany za ojca biologii i zoologii. Zasłynął także jako logik.

    Arystoteles uważał także, że wszystko co żyje podlega zmianom. Jego zdaniem każda żyjąca istota dąży do osiągnięcia najwyższego dla niej stadium. Najwyższy stan dostępny dla człowieka określał eudajmonią. Dosłownie tłumaczy się ją jako szczęście albo dobrobyt, ale proponuje się także określenie „rozkwit człowieka”, jako tłumaczenie lepiej oddające sens pojęcia.

    W myśl założeń Arystotelesa wszystkie zjawiska istnieją w świecie, którego najwyższy byt, Nieruchomy Poruszyciel sprawia, że cały kosmos działa jak należy, utrzymując go w harmonii. Zdolność do kontemplacji i doceniania całego stworzenia i harmonii, która je wypełnia, jest, według Arystotelesa, najwyższym stadium eudajmonii.

    Arystoteles był mniej popularny niż Platon z kilku powodów. Po pierwsze jego dzieła były pisane bardzo trudnym do zrozumienia językiem. Ponadto często nie były to żadne dzieła, a raczej zapiski i szkice. Rozumienie ich bez komentarzy bardziej doświadczonych i oczytanych ludzi było ciężkie. W dodatku nacisk jaki kładł na empirię i logikę wyprzedzał jego epokę. Grecka miłość do spekulacji i hipotez brała póki co górę nad metodycznym, żmudnym badaniem i sortowaniem obserwowalnych faktów.

    Kolejnym wpływowym nurtem był stoicyzm. Odłamów było wiele, ale generalnie stoicy uważali, że wszystko co istnieje jest materią i jest ze sobą ściśle powiązane w wielkim cyklu zmiany, narodzin, rozwoju i śmierci. Siłą, która napędza świat jest pneuma, żywioł utożsamiany z logosem. Ludzka dusza jest również ożywiona dzięki pneumie (możliwe, że stąd wywodziła się gnostycka idea „boskiej cząstki” uwięzionej w człowieku).

    Stoicyzm przechodził różne koleje losu i potrafił adaptować się do coraz to nowych wyzwań i idei. Stoicy cieszyli się opinią filozofów nie uciekających od trudnych pytań. System ten wywarł duży wpływ na cesarstwo, a cesarz Marek Aureliusz jest powszechnie znany z bycia jego zwolennikiem.

    Najstarszym nurtem, który można określić jako znaczący, byli pitagorejczycy. Były to bardzo mistyczne grupy, same przedstawiające się jako spadkobiercy ich mistrza i depozytariusza prawd o świecie, które odkrył i wyjawił. Pitagoras żył w VI wieku przed Chrystusem. Pochodził on z Azji Mniejszej, ale znaczną część życia spędził w Wielkiej Grecji, gdzie zdobył zwolenników dla swoich poglądów.

    Oprócz tego istniało wiele pomniejszych nurtów i szkół, będących często oryginalnym efektem miksu poglądów wielkich mistrzów, lokalnej tradycji i inwencji mniej znanych myślicieli. Znajomość klasyków i trening filozoficzny były nieodzowną częścią paidei, dobrego wychowania niezbędnego do bycia człowiekiem „na poziomie”.

    Mimo, że może brzmieć to dziwnie, część rzeczonych ludzi „na poziomie” bardzo szybko zaczęła interesować się chrześcijaństwem (pamiętacie Apollosa, o którym mówiliśmy przy okazji odcinka traktującego o Pawle?). Wydaje się jednak, że na szerszą skalę zaczęło dziać się to dopiero w II wieku.

    Jednym z takich przypadków był wspominany już wcześniej Tacjan, autor „Diatessaronu”. W swojej „Mowie do Greków” pisał wprost, że jest “tym, który myśli jak barbarzyńcy, urodził się na ziemiach Asyryjczyków, studiował waszą wiedzę [filozofia] a później tę, którą teraz wyznaje [chrześcijaństwo]”.

    Tacjan przedstawia się zatem jako osoba wyedukowana w klasycznej wiedzy, ale uważa, że chrześcijaństwo jest nadrzędne. Dalej w tekście wyjaśnia, że chrześcijaństwo bardziej do niego przemawia, gdyż chrześcijanie postępują lepiej niż filozofowie. Nie podoba mu się zwłaszcza, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, „klasizm” (pamiętacie Kelsosa?).

    Mamy tutaj przykład chrześcijanina, który choć poznaje „greckie mądrości”, to przedkłada nad nie objawioną prawdę swojej nowej religii. Nie poprzestaje jednak na tym i stara się wykazać wyższość swojej prawdy, mówiąc iż filozofowie ciągle się między sobą kłócą, a chrześcijanie zgodnie czczą Najwyższego Boga (tak jakby chrześcijanie nie prowadzili niekończących się dysput w co i jak wierzyć).

    Inne podejście przedstawia inny wykształcony chrześcijanin, Justyn Męczennik. Opisuje swoje życie sprzed nawrócenia, jako ciągłe poszukiwanie i studiowanie osiągnięć różnych szkół filozoficznych. Żadna jednak do niego nie przemawiała, nie widział czegoś, co do końca odpowiadałoby na trapiące go pytania.

    Sytuacja ta trwała dopóki pewien „mądry starzec” nie przedstawił mu chrześcijańskiego nauczania. Justyn dostrzegł w nim zwieńczenie dążeń greckich filozofów. Innymi słowy przedstawiał on wiedzę pogan jako w dużej mierze dobrą i prawdziwą i uważał, że Bóg w jakiś sposób pozwolił dojść do niej Grekom.

    Widać tutaj nawiązanie do motywu, który występował już wcześniej u Filona, a który omówiliśmy w tekście poświęconym Listowi do Hebrajczyków. Filon zasadniczo uważał, ze Bóg objawił prawdę i dał narzędzia do jej poznawania wszystkim nacjom, tyle że Żydzi najlepiej ją pojęli i przechowali. Stąd jego słynne „Kim jest Platon jeśli nie Mojżeszem mówiącym po grecku?”.

    Justyn zamieniał tylko żydów na chrześcijan i uważał, że misja Chrystusa przyczyniła się do poszerzenia wiedzy i świadomości ludzi. Posunął się nawet do twierdzenia, że ci spośród pogan, którzy szukali prawdy (czyli byli natchnięci przez logos) to tak naprawdę „honorowi chrześcijanie”. I tak na przykład, chrześcijaninem był dla Justyna Sokrates. Freeman uważa, że tego typu poglądy otworzyły drogę do asymilacji znacznej części przedchrześcijańskiego dziedzictwa w ramach nowej religii, która z czasem zaczęła wyznaczać porządek rzeczy.

    Z poprzedniego odcinka wiemy już o podejściu Orygenesa, który w ramach odpowiedzi Kelsosowi pisał, że chrześcijanie wcale nie odrzucają dziedzictwa starożytnych, nie zgadzają się jednak z jego całością, a rozumowe rozważanie wiary i jej prawd jest jak najbardziej mile widziane.

    Dlaczego o nim wspominam? Robię to, ponieważ w podobnym duchu wypowiadali się inni wykształceni chrześcijanie z Aleksandrii. Wielu badaczy przypisuje to tradycji wspominanego przed chwilą Filona, którego twórczość była poświęcona próbie połączenia helleńskiej myśli z religią i tradycją żydowską.

    Weźmy na przykład Klemensa Aleksandryjskiego, Ojca Kościoła. Outler uważa wręcz, że był on najbardziej zanurzony w greckiej filozofii ze wszystkich autorów wczesnochrześcijańskich. Urodził się w Atenach, w pogańskiej rodzinie. Miasto to wciąż było ważnym centrum intelektualnym starożytnego świata. Prym wiodła jednak Aleksandria, do której Klemens ostatecznie wyemigrował, szukając odpowiedzi na trapiące go pytania.

    Prace Klemensa ukazują bardzo dużą wiedzę na temat tradycji, literatury i filozofii helleńskiej. Jego krytyka religii pogańskich jest w bardzo dużym stopniu oparta o poglądy medioplatoników. Twierdził, że ci, którzy żyli przed objawieniem Chrystusa, ale starali się poznać bożą prawdę mogą być uznani za „honorowych chrześcijan”.

    Zdaniem Klemensa kimś takim był na przykład Platon. Klemens pisał wprost: „ [filozofia] jest jakby wstępem dla tych, którzy żyli przed Chrystusem” i „możemy powiedzieć, że została [filozofia] dana Grekom dla tego celu; filozofia jest dla nich bowiem tym, czym Prawo dla Żydów - nauczycielem mającym doprowadzić ich do Chrystusa”.

    W myśl tych poglądów objawienie Chrystusa było nie tylko wypełnieniem Prawa, ale i czymś co miało rozwinąć filozofię grecką. Zdaniem Klemensa, Chrystus był czymś co zamienia tlącą się w filozofii iskierkę prawdy w płomień. Uważał, że studiowanie filozofii powinno być niezbędną częścią chrześcijańskiej edukacji.

    Zdaniem Klemensa wiara była czymś co rozbudzało umysł i umożliwiało rozumowanie i trzeźwy osąd. Freeman twierdzi, że poglądy Klemensa na relację wiary z rozumem i poznaniem można streścić w następujący sposób - gdy masz już rdzeń w postaci wiary, możesz iść dalej i poznawać prawdę za pomocą logiki lub duchowego oświecenia.

    Bardzo ważnym elementem teologii Klemensa był obowiązek pracy nad rozwinięciem cnoty, będącej ostatecznym wyrazem Boga. Podlegać mu mieli wszyscy ochrzczeni. Natura tej cnoty, była jego zdaniem możliwa do poznania rozumem. Czuć Platona? Różnica była jednak taka, że metaforą świetlistej prawdy było u Platona słońce, a u Klemensa - Chrystus.

    Podsumowując - wiara potrzebuje rozumu aby iść dalej przez świat i osiągać kolejne stopnie rozwoju duchowego na ścieżce do zbawienia. Klemens twierdził, że Chrystus dał wzorzec postępowania i chrześcijanie powinni starać się go naśladować w swoim życiu.

    Ciekawe są jego poglądy na inne kwestie. Jeśli chodzi o cielesność, to Klemens nie był surowy i uważał, że jak najbardziej należy (jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli) „szanować się”, ale w żaden sposób nie potępiał on ani nie przedstawiał ciała i jego potrzeb jako czegoś obrzydliwego i grzesznego.

    Potępiał za to „dobrowolnych męczenników” czyli ludzi, którzy wiedząc o prześladowaniach sami wystawiali się na widok prześladowców. Uważał, że nie są oni prawdziwymi męczennikami i są współodpowiedzialni za swoją śmierć, gdyż nie szukali aktywnie schronienia i ratunku.

    Jeśli chodzi o wpływ platonizmu i jego relację z chrześcijaństwem, to bardzo podobne poglądy miał Euzebiusz z Cezarei, ojciec historii kościelnej. Był również głęboko zanurzony w tej szkole filozofii. W „Praeparatio evangelica” znajduje się mnóstwo odniesień do poglądów Platona i dzieł medioplatońskich.

    Ok, to zobaczmy jak wyglądał przeciwny biegun. Wspominaliśmy już wcześniej o Tacjanie, jednak o wiele żarliwszym oponentem „mądrości tego świata” był Tertulian. Bardzo mało wiadomo o tym wczesnochrześcijańskim pisarzu. Urodził się w Afryce w okolicach 160 roku i spędził większość życia w Kartaginie. Pochodził z rodziny rzymskiego centuriona, a na chrześcijaństwo nawrócił się jako dorosły.

    Swoją działalność pisarską rozpoczął pod koniec II wieku. Na początku III jego poglądy teologiczne zaczęły bardzo mocno zbiegać się z tymi głoszonymi przez montanistów. Według przekazów zmarł w zaawansowanym wieku, być może dożył nawet osiemdziesiątki. Jest znany jako twórca wielu terminów używanych dzisiaj w teologii i filozofii (ze wskazaniem na tę pierwszą dyscyplinę - np. pojęcie Trójcy po łacinie).

    Jego podejście można streścić w jego słowach: „wierzę ponieważ to absurd”- Tertulian przedkładał wiarę w objawienie nad rozumowe dociekania. Dodatkowo oskarżał filozofię o tworzenie herezji. To właśnie w helleńskim spojrzeniu na świat dopatrywał się źródeł herezji takich jak na przykład gnostycyzm. Jego zdaniem dla każdej herezji istniejącej w ramach chrześcijaństwa można wskazać szkołę filozoficzną będącą jej źródłem.

    I tak np. poglądy Walentyniana o eonach, były żywcem wyjęte z platońskiej nauki o pośrednikach między Bogiem a ludźmi. Marcjon zaś miał, według niego, zaczerpnąć swoją idee Najwyższego Boga i pomniejszego demiurga od stoików. Heretycy, którzy głosili śmierć duszy mieli wywieść swoje poglądy od Epikurejczyków. Wszystkich filozofów oskarżał o zaprzeczanie zmartwychwstaniu ciała, w które bardzo głęboko wierzył i którego z zacięciem bronił przed zwolennikami innych poglądów.

    Kolejnym cytatem, którym można podsumować jego nastawienie do filozofii i jej metod jest: „Co mają wspólnego Ateny z Jerozolimą? Jaka zgodność jest między Akademią Platona a Kościołem? Jaka między chrześcijanami a heretykami? … Przecz ze wszystkimi próbami chrześcijaństwa wymieszanego ze stoikami, platonikami i dialektyką! Nie chcemy żadnych dyskusji po tym jak posiedliśmy Jezusa Chrystusa…”.

    Żadne z podejść, które tu opisaliśmy i pokazaliśmy na przykładach, ostatecznie nie zwyciężyło innych. Przez całą historię chrześcijaństwa kotłowały się one i rozpychały, raz górę brało jedne, raz drugie, innym razem jakieś jeszcze inne. Po dziś dzień wśród chrześcijańskich wyznań istnieje całe spektrum poglądów dotyczących związków wiary z rozumowymi rozważaniami i „mądrością tego świata”, którą dzisiaj nazywamy nauką.

    Na szczęście (albo i nie, zależy z jakiej perspektywy patrzeć) obóz postrzegający dziedzictwo przedchrześcijańskich pokoleń jako wartościowe, okazał się na tyle silny, że z powodzeniem włączył znaczną część minionego dziedzictwa w chrześcijaństwo i jego rodzącą się wówczas teologię.

    Było to o tyle prostsze, że wśród wyedukowanych współczesnych chrześcijanom pogan, popularność zdobywała koncepcja Najwyższego Bóstwa. Jej różne odbicia i interpretacje widać w Najwyższym Bycie medioplatonizmu, Nieruchomym Poruszycielu Arystotelesa czy stoickiej pneumie. Szlaki przetarł także Filon, a po nim Justyn Męczennik.

    Oprócz wspominanego już logosu, dla chrześcijan atrakcyjny był koncept stworzenia przedstawiony przez Platona w Timajosie. Jego poglądy na temat istnienia stwórcy, wielkiego architekta, zbiegły się z wierzeniami w Stwórcę. Opis stworzenia jako czegoś z gruntu dobrego również pasował.

    Justyn Męczennik pisał nawet, że chrześcijanie są prześladowani za swoje wierzenia mimo, że ich wiara nie różni się wiele od platoników. Dlaczego zatem jedna grupa jest prześladowana, a druga nie?

    Chrześcijańska teologia zawdzięcza wiele platonikom także w kwestii poglądów związanych z duszą. Platon pisał, że dusza istniała przed wcieleniem i jest „boską iskrą” w człowieku. Uważał także, że dusza może się ćwiczyć w trakcie życia i wchodzić niejako na „wyższy poziom”. Chrześcijanie odczytywali to jako drogę do połączenia duszy z Bogiem w Niebie.

    Kolejnym punktem, w którym chrześcijańskie poglądy spotykały się z platońskimi była nauka o pośrednikach i logosie. Nie będziemy wchodzić w szczegóły bo było to omawiane przy okazji Filona i listu do Hebrajczyków. Dość powiedzieć, że chrześcijanie zreinterpretowali idee logosu jako Chrystusa.

    Inni pośrednicy, o których wspominał Platon, zostali utożsamieni z Duchem Świętym i aniołami. Chrześcijanie wierzyli, że Bóg nadal działa na świecie poprzez Ducha i wykorzystuje anioły do przekazywania swojej woli, tak jak zrobił to z Gabrielem i Maryją.

    Pozostawała drażliwa kwestia stosunków między tymi pośrednikami a Bogiem. Wydaje się, że aż do początków IV wieku wśród chrześcijan (przynajmniej tych żyjących na terenie cesarstwa) dominowały różne formy subordynacjonizmu. Jego zwolennicy wierzyli, że choć Chrystus i Duch są w jakiś sposób „boscy” to są podporządkowani Bogu Ojcu i niejako „stoją niżej w hierarchii”.

    Odmian tego poglądu było wiele, a jego zwolennikami byli (przynajmniej tak się odczytuje ich dzieła) nie jacyś tam marginalizowani heretycy, ale takie tuzy jak Klemens Rzymski, Ignacy Antiocheński, Justyn Męczennik, Tertulian czy papież Dionizy. Subordynacjonizm widać także w wielu apokryficznych (ale ważnych dla wczesnych wspólnot) dziełach, takich jak „Didache”.

    Spory o stosunki między osobami Trójcy i relację z grecką filozofią były tylko wierzchołkami góry lodowej. W obrębie chrześcijaństwa kotłowało się mnóstwo poglądów i sposobów patrzenia na świat. Póki co, mogły one koegzystować, gdyż nie było jeszcze sposobu na wypracowanie szeroko akceptowalnego konsensusu.

    Zresztą nawet gdyby dało się go wypracować, to wciąż nie było możliwości narzucenia go wszystkim zainteresowanym (niezainteresowanym tym bardziej). Możliwości zawarcia zarówno konsensusu jak i narzucenia go powoli zaczęły się jednak pojawiać począwszy od IV wieku.

    I temu niedługo się przyjrzymy. Wcześniej jednak wypadałoby napisać co nieco na temat nawróceń i działalności misjonarskiej.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 . W razie jakby jednak były (jakiekolwiek) proszę o zgłaszanie

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Ilustracja przedstawiająca Klemensa Aleksandryjskiego
    pokaż całość

  •  

    Ok, bajkę już sobie opowiedzieliśmy. W tym odcinku będzie nieco poważniej, bo nie poprzestaniemy na samej historii, ale spróbujemy zobaczyć skąd może się ona wywodzić, czemu jest taka jaka jest i jakie są jej związki z rzeczywistością i innymi opowieściami. Spróbujemy to dobre słowo, bo łatwo można uznać, że cały ten tok myślowy jest grubymi nićmi szyty. Przynajmniej będzie ciekawie.

    Pierwsza kwestia- zwyczaj rytualnego królobójstwa dla obszaru na którym dzieje się akcja jest potwierdzony w źródłach. Wspomina o nim na przykład Diodor Sycylijski, grecki historyk, który przez kilka lat swojego życia przebywał w Egipcie. Jego relacja dotyczy ziem znanych jako Meroe leżących w bezpośrednim sąsiedztwie Napaty. Według niej, król otrzymywał wiadomość od kapłanów i w asyście możnych stawiał się na egzekucję.

    Diodor odnotował jednak, że zwyczaj ten jest w odwrocie i podawał przykład Ergamenesa. Władca ten odebrał helleńskie wychowanie i zamiast poddać się wyrokowi bogów, zaatakował główną świątynię i wyciął zgromadzonych w niej kapłanów. Diodor tworzył w I wieku przed narodzeniem Chrystusa.

    Frobenius, który jako pierwszy Europejczyk spisał tę legendę zauważa, że bardzo przypomina ona Baśnie z tysiąca i jednej nocy. Myślę, że każdy zna tę historię, ale jeśli nie to na szybko przypomnę. Opowiada ona o losach Szecherezady, która poślubiła sułtana praktykującego osobliwy zwyczaj mordowania swoich żon zaraz po nocy poślubnej. Był to efekt traumy jaką przeżył po tym jak zdradziła go kobieta.

    Szecherezada wiedząc, że jeśli dojdzie do zbliżenia to ją także czeka śmierć, zaczęła opowiadać sułtanowi legendy. Ten początkowo nie chciał słuchać, ale w końcu historie niesamowicie go wciągnęły. Z czasem zakochał się w małżonce co uwolniło go od szaleństwa. W ten sposób Szecherezada ocaliła nie tylko siebie, ale także wiele kobiet, które po jej śmierci poślubiłby szalony sułtan

    W naszej historii widzimy bardzo podobny motyw- wykorzystanie fascynujących historii żeby uniknąć śmierci. Oczywiście są i różnice- na przykład tutaj to król jest zagrożony, a nie zagraża. Podobieństw jest jednak więcej i tak na przykład w obydwu przypadkach to kobieta jest autorem misternego planu, a w fabułę wpleciona jest miłość, która niesie kres zabijaniu .

    Z tego powodu często sądzi się, że obydwie historie mają “wspólnego przodka” czyli wywodzą się z tej samej tradycji, która z czasem rozwinęła się w kilka innych. Na podobnej zasadzie jak wszystkie języki słowiańskie najprawdopodobniej pochodzą od języka proto-słowiańskiego.

    Jeśli chodzi o Tysiąc i jedną noc, to zazwyczaj przyjmuje się, że większość zawartych w niej historii uformowała się w znanym nam kształcie między VIII a XIV wiekiem. Okres ten słynie nie tylko z tego, że ukształtowało się w nim wiele historii, ale także dlatego, że ugruntowało się wówczas wiele zwyczajów dotyczących opowiadania i opiewania bohaterskich czynów i tragicznych zdarzeń. Działo się to zarówno na dworach europejskich jak i arabskich, perskich oraz indyjskich.

    Sądzi się, że wersja którą usłyszał Frobenius wykrystalizowała się ostatecznie w okolicach X wieku. Oczywiście nie znaczy to, że nie czerpała ze starszych tradycji i historycznych wydarzeń o których już wspomnieliśmy (rdzeń historii może być o wiele starszy), ale sposób w jaki się ją opowiada (np. język), schematy myślowe oraz opisywane otoczenie przywodzą na myśl właśnie tamte czasu.

    Że to aż tysiąc lat i przez ten czas nie ma opcji żeby ktoś czegoś nie zmienił? No cóż, i tak i nie. Ryzyko zmian zawsze istnieje, ale zazwyczaj są one bardzo powierzchowne. Ponadto badania nad przekazami ustnymi pokazują, że w kulturach oralnych (albo chociaż z przewagą tego typu przekazów) przywiązuje się bardzo dużą wagę do tego żeby powtórzyć zasłyszaną historię w ten sam sposób.

    Zresztą nie robi tego byle chmyz bo istnieją zawodowi opowiadacze, których honorem jest wierne przekazywanie historii będących w obiegu. Ludzie pracujący nad tym tematem i badający opowiadaczy są pod ogromnym wrażeniem ich zdolności zapamiętywanie. Pamiętają oni tysiące opowieści co do najdrobniejszego detalu.

    Idźmy do źródła i weźmy cytat z braci Grimm: „Każdy kto wierzy, że tradycje łatwo ulegają zafałszowaniu i są niedbale przekazywane, a co za tym idzie nie są w stanie przetrwać w tej samej formie przez dłuższy okres czasu powinien posłuchać z jaką pieczołowitością i dbałością o szczegóły są one opowiadane; żadna część nie zmienia się przy powtarzaniu, a każdy błąd jest korygowany natychmiast po tym jak zostanie zauważony”.

    Skąd jednak wyrastają korzenie tej tradycji o której mowa? Ustaliliśmy już, że ma ona wiele wspólnego z historiami Tysiąca i jednej nocy. Tę z kolei zwyczajowo przypisuje się Persom, a jej upowszechnienie miało z kolei być zasługą Arabów. Frobenius uważa jednak, że nie jest to do końca prawda i rdzeń historii nie pochodzi wcale z Persji a z południa Półwyspu Arabskiego, które identyfikuje z miejscem pochodzenia Farlimasa.

    Południe Półwyspu było znane starożytnym jako Arabia Felix czyli Arabia Szczęśliwa. Na tle całej reszty regionu był to bardzo bogaty i wysoko rozwinięty cywilizacyjnie obszar, w którym krzyżowały się szlaki handlowe między wschodem Afryki, Persją, krainami Morza Śródziemnego i Indii. Materiał jaki zebrał tam Frobenius stał się podstawą takich wniosków. Fakt, że mieszkańcy południowych wybrzeży byli swego czasu wziętymi kupcami i żeglarzami przemawia na korzyć tej hipotezy.

    Różnice między wersjami legendy tłumaczy się zazwyczaj tym, że arabskie opowieści były z biegiem czasu niejako „tłumaczone” na język i okoliczności zrozumiałe dla ludności Nubii i Persji. Jeśli chodzi o nubijską wersję to wspominany już Diodor tłumaczy skąd mógł wziąć się motyw królobójstwa. Frazer (autor Złotej Gałęzi) idzie nawet dalej i twierdzi, że zwyczaj rytualnych zabójstw królów utrzymał się bardzo długo wśród Szylluków, ludu zamieszkującego nieco dalej na południe od terenów o których mowa w legendzie.

    Ich zwyczaje były bardzo podobne do opisanych w legendzie. Kapłani pełnili rolę pośredników między bogami i ludźmi, ale ich wola nie była odczytywana na podstawie znaków na niebie, tylko zwyczaju. Według tradycji zaś król miał panować siedem lat chyba, że bogowie dali znać wcześniej, że utracił ich łaskę. Znakiem takim mógł być nieurodzaj, negatywne zjawiska pogodowe, przegrana wojna, pomór zwierząt hodowlanych, choroby etc.

    Gdy nadchodził czas kapłani zjawiali się u króla i jego otoczenia i obwieszczali mu wolę bogów. Osoba króla była uważana za świętą i jedynie nieliczni mogli go oglądać. Z tego też powodu król był „aresztowany” przez grupę najwyższych wielmożów i to oni prowadzili go na miejsce ofiary.

    Rytuał mógł się odbyć tylko między pierwszą a ostatnią fazą księżyca, gdy noce były najciemniejsze. Króla składano w ofierze pod koniec pory suchej, przed pierwszymi deszczami i zasiewami. Wyrok wykonywał arystokrata cieszący się największym szacunkiem. Władca był duszony. Śmierci króla nie można było publicznie ogłaszać ani opłakiwać.

    Razem z królem zabijano i chowano dziewicę (stąd prawdopodobnie westalka w legendzie). Gdy ciała zgniły, odkopywano kości i zawijano je w byczą skórę. Rok po egzekucji powoływano nowego króla i na jego „koronacji” (bardziej pasowałoby namaszczenie na króla, ale tak jest czytelniej) zabijano w ofierze setkę bydła.

    Skąd jednak wziął się ten osobliwy zwyczaj? Zdaniem Campbella wcale nie jest on osobliwy tylko uniwersalny i widać go w wielu innych mitologiach tyle, że z czasem przybierał on inne, bardziej symboliczne formy. Traf chciał, że wśród ludów zamieszkujących sąsiedztwo Rogu Afryki przetrwał w starszej formie na tyle długo żeby zostać przekazanym w ustnej relacji.

    Z pracy Duarte Barbosy noszącej tytuł „Opisanie wybrzeży Wschodniej Afryki i Malabaru” wiemy, że bardzo podobny zwyczaj istniał na opisywanych przez niego terenach. W Malabarze, według relacji Barbosy sprawa wyglądała tak: panowanie króla wyznaczało położenie Jupitera względem konstelacji zodiakalnych. Zazwyczaj było to około 12 lat.

    Gdy Jupiter znalazł się w określonym położeniu nadchodził czas na ofiarę. Król był rytualnie kąpany w zbiorniku i udawał się w do świątyni na piechotę. Po oddaniu czci bóstwom wychodził ze świątyni i był stawiany na platformie i prowadzony wśród tłumu. Tłum zaś ciął go nożami, starając się odkroić kawałki ciała. Gdy mdlał z upływu krwi, podrzynano mu gardło.

    Zdaniem Frobeniusa rytuały te są związane z archetypiczną historią śmiercią i zmartwychwstaniem bóstwa. Motyw ten występuje w mitach wielu kultur: skandynawski Baldr, mezoamerykański Quetzalcoatl, japoński Izanami, egipski Ozyrys czy grecki Dionizos.

    U zarania dziejów królowie byli utożsamiani z bogami. Wiara w to, w różnych formach, przetrwała aż do starożytności. Motyw znany z tych mitów przewidywał śmierć, zejście do świata podziemnego i odrodzenie, często dzięki interwencji Wielkiej Bogini (znanej różnie w różnych kulturach). Stąd prawdopodobnie w znanych nam wersjach legend tak dużą rolę odgrywa kobieta.

    Zdaniem uczonych opowiadających się za tą teorią, krwawy rytuał zaczął się z biegiem czasu„cywilizować”, a śmierć i upokorzenie bóstwa zaczęto przedstawiać coraz bardziej symbolicznie. Zdaniem Campbella i Frobeniusa to właśnie ta archetypiczna historia leży u podstaw zarówno Baśni tysiąca i jednej nocy jaki i opowieści o upadku Napaty.

    #andrzejotysiacutwarzy #mitologia #bajki #religia #historia #legendy #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu

    Link do opowieści

    Wizerunek Quetzalcoatla
    pokaż całość

  •  

    Dzisiejszy odcinek sponsoruje Joseph Campbell. Tym razem już nieco szerzej pogadamy sobie o micie, jego prawdopodobnych korzeniach i znaczeniu. Na wstępie powiem, że w warstwie narracyjnej dzisiejszy mit może brzmieć bardzo znajomo mimo, iż założył bym się z każdym, że nigdy wcześniej go nie słyszał.

    Mit pochodzi z terenów współczesnego Sudanu aczkolwiek jego akcja nie jest umiejscowiona w konkretnych czasach. Wiadomo tyle, że działo się to „dawno, dawno temu” . Opowiada historię upadku królestwa Napaty i został zarejestrowany przez Europejczyków na początku XX wieku.

    Zatem: dawno, dawno temu, na ziemiach obecnie wchodzących w skład południowego Egiptu, Sudanu, Etiopii, Erytrei i Czadu istniały cztery królestwa. Jedno w Nubii, jedno w Etiopii, jedno w Kordofanie i jedno w Darfurze. Najbogatsze było jednak to w Kordofanie, rządzone przez władców tytułujących się Napami. Miało ono potężne złoża metali szlachetnych, które eksportowało do dalekich krajów, co z kolei zapewniało mu dobrobyt.

    Napowie byli najbogatszymi osobami na tej planecie i żyli w wielkim dostatku bo, wbrew obiegowej opinii, za pieniądze można kupić bardzo wiele. Zanim zaczniecie zazdrościć musicie wiedzieć, że był pewien haczyk który sprawiał, że życie władcy nie było wcale różowe. System dziedziczenia był daleki od naszych wyobrażeń, opartych o tradycje ukształtowane w średniowiecznej Europie.

    Owszem, Nap panował od śmierci poprzednika do swojej własnej tylko, że ta nigdy nie była śmiercią ze starości albo chociaż z powodu choroby. Napowie rządzili dopóki Bóg obdarzał ich swoim błogosławieństwem. Gdy przestawali, kapłani składali ich w ofierze i wybierali nowego władcę. Aby odczytać zamiary Boga, kapłani każdej nocy prowadzili dokładne obserwacje nieba. Układy gwiazd były komunikatem od Boga, informującym kapłanów, że dany władca utracił jego błogosławieństwo.

    Od takiego właśnie wydarzenia zaczyna się nasza historia. Panujący król został zabity w ofierze, razem z dwoma ofiarnymi bykami. Święte ognie, płonące w trakcie panowania władcy zostały zgaszone, kobiety zamknięte w pałacu, a kapłani pogrążyli się w modłach i poświęcili rytuałom, których zadaniem było poznanie woli Boga co do osoby nowego władcy.

    Bóg nie kazał długo czekać i szybko wskazał swojego faworyta. Szczęśliwcem był Akaf, siostrzeniec niedawno złożonego w ofierze monarchy. Kapłani poinformowali go o decyzji Boga, na nowo rozpalili święte ognie i powrócili do swoich obserwatoriów, aby sprawdzać czy Bóg nie zmienia zdania co do nowego władcy.

    Zgodnie ze zwyczajem Akaf miał wybrać towarzysza, który podzieli jego los- to znaczy, będzie zaznawać nieprzyzwoitego luksusu, a gdy nadejdzie wiadomość z Nieba zostanie złożony w ofierze. Jego wybór padł na Farlimasa, niewolnika, którego podarował mu władca jednego z królestw leżących na Wschodzie. Na wieść o tym wątpliwym zaszczycie Farlimas nawet nie mrugnął i odparł tylko krótkie „Inshallah”.

    Drugiego towarzysza doli/niedoli wybierał królowi Arcykapłan. I w sumie nie był to towarzysz, a towarzyszka pełniąca rolę westalki. Wybór arcykapłana padł na siostrę władcy Salifu Hamr. W przeciwieństwie do Farlimasa bała się ona śmierci i wieść o nominacji wprawiła ją w przerażenie. Po pewnym czasie wszystko wróciło do normy. Akaf i Farlimas zażywali luksusów, a Salifu opiekowała się świętym ogniem.

    Każdego wieczora król ucztował z przyjaciółmi i sprawiał sobie przyjemności. Na widok części z nich nawet Hugh Hefner zacząłby się jąkać i oblał rumieńcem. Pewnego wieczoru jednak Bóg sprawił, że Akaf uświadomił sobie z całą mocą co czeka go w niedalekiej przyszłości. Strach wypełnił jego serce. Bóg jednak nikogo nie zostawia w potrzebie i dlatego też natchnął Akafa aby poprosił Farlimasa o opowiedzenie jakiejś historii.

    Trzeba wam bowiem wiedzieć, że Farlimas miał niezwykły talent opowiadania. Znał miliony historii i sposoby na to, jak nawet najbardziej prozaiczną opowieść zamienić w fabułę wgniatającą słuchacza w fotel (albo raczej poduszkę do siedzenia, bo foteli wówczas nie było). I tak też się stało. Farlimas opowiedział jedną ze swoich historii wszystkim zgromadzonym w pałacu królewskim.

    Opowieść Farlimasa była tak niesamowita, że król zapomniał o oddychaniu, goście zapomnieli o napitkach a niewolnicy o usługiwaniu. Wszyscy przysłuchiwali się słowom z ust Farlimasa jak zaczarowani. Gdy skończył, wszyscy czuli się jakby przed chwilą omdleli i teraz dopiero dochodzili do siebie. Słowa Farlimasa były słodkie i wciągające jak najlepszy haszysz. Trzeba było kilku ładnych chwil żeby zebrani zorientowali się, że jest już poranek i ostatnie 8 godzin spędzili słuchając opowieści.

    Od tamtej pory Farlimas każdego wieczora opowiadał historie królowi i jego gościom, a oni przysłuchiwali się z takim zainteresowaniem, że zapominali o całym świecie. Król zapomniał o losie który miał się stać jego udziałem. Goście płacili Farlimasowi ciężkie pieniądze w dowód wdzięczności. Wieści o tym co dzieje się w pałacu dotarły do Salifu. W jej głowie pojawił się pewien plan i poprosiła brata żeby zezwolił jej na przyjście na ucztę by posłuchać Farlimasa.

    Król zgodził się i pewnego wieczora Salifu znalazła się wśród widowni. Farlimas dostrzegł ją i poczuł jak traci zmysły. Jedyne co widział to Salifu. Jedyne co widziała Salifu to Farlimas. Wtem przemówił król: “Czemu nie zaczynasz opowieści, czyżby skończyły ci się historie?”. Farlimas otrząsnął się i rozpoczął opowiadać. Robił to tak sugestywnie, a jego głos był tak słodki, że wszyscy słuchacze, zahipnotyzowani, zasnęli.

    Wszyscy za wyjątkiem Salifu. Ich spojrzenia spotkały się i podeszli do siebie wiedząc, że są sobie przeznaczeni. Był jednak jeden szkopuł- obydwoje wiedzieli, że gdy tylko kapłani otrzymają znak od Boga, będą musieli pożegnać się z życiem. Nie chcieli umierać,a teraz zyskali dodatkowy powód żeby żyć. Zarysy planu który miała Salifu stały się wówczas jeszcze bardziej wyraźne. Póki co jednak, poprosiła Farlimasa aby jej zaufał.

    Tego dnia odwiedziła arcykapłana, pytając skąd kapłani wiedzą kiedy nadchodzi czas na zmianę władcy. Ten odpowiedział jej, że wiedzą to na podstawie obserwacji ruchów gwiazd, których nie spuszczają z oka. Gdyby przestali je obserwować na pewien czas, nie byliby później w stanie ich odnaleźć. Wtedy Salifu powiedziała, że prace Boga są zaiste niesamowite, ale gwiazdy wcale nie są najwspanialsze. Opowiadania Farlimasa dystansują je o kilka długości.

    Kapłan zaprzeczył, ale opinia ta zasiała ziarno niepewności- w końcu nigdy ich nie słyszał, jak zatem mógł wyrokować? Salifu namówiła go wówczas na wizytę w pałacu królewskim i posłuchanie Farlimasa. Tak też się stało. Uprzedziła swojego wybranka, że tego wieczora musi być lepszy niż zwykle, kapłani zapowiedzieli bowiem, że powrócą do obserwatorium wraz z pojawieniem się księżyca.

    Wszyscy rozsiedli się a Farlimas zaczął opowiadać. Mimo, iż wydawało się to niemożliwe, historia którą opowiadał była jeszcze bardziej wciągająca niż wszystkie poprzednie. Tłum całkowicie zatracił kontakt z rzeczywistością i upajał się słowami płynącymi z ust towarzysza króla. W końcu wszyscy zahipnotyzowani, zasnęli pijani historią. Wszyscy poza Salifu. Resztę nocy spędzili razem, przytulając się i obdarzając czułościami. Obydwoje zrozumieli, że odkryli sposób aby zadrwić z losu.

    Tego dnia Salifu po raz kolejny odwiedziła arcykapłana, pytając go czy zmienił zdanie. Ten odparł jednak, że jedna noc to za mało żeby zadecydować, a jego kapłani nie byli przygotowani. Następne kilka godzin spędzili na modłach i ofiarach po czym, po raz kolejny udali się do pałacu posłuchać Farlimasa. Z takim samym skutkiem. Od tamtej pory kapłani wciągnęli się w opowieści i byli stałymi słuchaczami. Cała sytuacja trwała wiele, wiele dni. Salifu i Farlimas triumfowali.

    Niestety nic co dobre nie trwa wiecznie i pewnego dnia kapłani zorientowali się co tak naprawdę się dzieje. Stało się to za sprawą bogatego kupca który udawał się w interesach do zamorskich krajów i zapytał kapłanów kiedy wypada pewien świąteczny dzień, na który koniecznie chciał zdążyć. Wtedy okazało się, że żaden z kapłanów nie prowadził obserwacji nieba i nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi na to pytanie.

    Kapłani wpadli w popłoch, a wieści o ich zaniedbaniach szybko rozeszły się po całym królestwie. Arcykapłan wpadł w gniew i wezwał Salifu chcąc wypytać ją o przebieg rozmowy, która doprowadziła do takiej sytuacji. Przypomniała mu ona, że nie zgadzali się co do tego czy największym dziełem bożym są gwiazdy czy historie opowiadane przez Farlimasa. Arcykapłan jeszcze bardziej się zdenerwował i zakrzyknął, że Farlimas musi zginąć bo jest wrogiem Boga.

    Salifu przerwała ten wybuch złości przypominając kapłanowi, że Farlimas jest towarzyszem śmierci króla i nie może zginąć przed nim. To zaś nastąpi dopiero gdy Bóg tak zadecyduje. Problem polegał jednak na tym, że kapłani tak długo nie obserwowali nieba, że nie potrafili już odczytywać boskich życzeń zapisanych w gwiazdach.

    Arcykapłan spotkał się z królem i przedstawił mu całą sytuację. Poprosił króla o sąd boży- jeszcze jedną noc z Farlimasem. Jeśli jego historia znowu opęta kapłanów to będzie znak, że taka jest wola boża. Jeśli nie to będzie znaczyło, że Bóg życzy sobie śmierci króla i jego towarzysza. Akaf zgodził się, jego jedynym wymogiem było upublicznienie sądu. Dodajmy tylko, że nie była to normalna praktyka bo zwykli śmiertelnicy nie mogli oglądać króla.

    I tak też się stało. Sąd był publiczny i ściągnął olbrzymie tłumy w stołecznym mieście. Gdy wszyscy już się zebrali i zaczął się wieczór, Farlimas stanął przed ludem. I tym razem, tak jak zawsze, opowiedziana przez niego historia porwała ludzi. Było w niej jednak coś innego. Dotychczas, po kilku godzinach słuchania, wszyscy wkraczali w stan kojącej hipnozy i zasypali. Tym razem jednak ukojenia zaznali tylko niektórzy. Inni doznali horroru, który z każdą sekundą i wypowiadanym słowem stawał się coraz straszniejszy.

    Nie mogli jednak przestać słuchać. I tak gdy wzeszło słońce, a Farlimas skończył opowiadać okazało się, że kapłani i ich świta leżą martwi. Salifu poprosiła wówczas brata aby pokazał twarz swoim poddanym i gestem tym obwieścił koniec tradycji królobójstwa. Tak też się stało. Akaf był pierwszym władcą który panował aż do naturalnej śmierci.

    Po nim tron objął Farlimas, który poślubił Salifu. Jego panowanie było najwspanialszym w dziejach a potęga królestwa sięgnęła zenitu. Więcej nie składano tam ofiar z ludzi. Pech chciał, że królestwo po śmierci Farlimasa popadło w potężne tarapaty. Gdy zmarł sąsiednie państwa wypowiedziały traktaty i rozpoczęły wojnę.

    W tym samym czasie barbarzyńcy zaczęli najeżdżać Napatę. Po kilku latach walk upadła ona pod ciosami swoich nieprzyjaciół. Jej bogactwa rozkradziono, ludzi wybito i sprzedano w niewolę a miasta i wspaniałe budowle zostały zburzone.

    Jedyne co pozostało to sława Farlimasa, najlepszego opowiadacza w dziejach.

    #andrzejotysiacutwarzy #mitologia #bajki #religia #historia #legendy #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu

    Próba uchwycenia sensu i pochodzenia opowieści

    Biżuteria z Napaty
    pokaż całość

  •  

    Zgodnie z zapowiedzią dzisiaj zajmiemy się Kelsosem, pierwszym gimboateistą w dziejach. No dobra, nie do końca, bo po pierwsze Kelsos nie był ateistą, a po drugie w jego czasach gimnazjum (gimnazjon) kojarzył się raczej z miejscem do ćwiczenia ciała niż umysłu (aczkolwiek budynki te służyły również jako miejsce nauczania). Właściwszym będzie powiedzenie, że Kelsos jest pierwszym znanym nam autorem pisemnej krytyki chrześcijaństwa, którego dzieło zachowało się do naszych czasów.

    Dlaczego to ważne? Nawet niekoniecznie chodzi o debaty na temat wiary. Z punktu widzenia historii znacznie ciekawszy jest fakt, że dzieło Kelsosa daje nam wgląd w to, jak wiele współczesnych mu ludzi mogło zapatrywać się na chrześcijaństwo. Ta wiedza jest z kolei kluczowa dla naszych prób zrekonstruowania procesu konwersji pogan na nową religię. Oczywiście nikt nie upiera się, że wymowa dzieła jest super miarodajna, ale historycy twierdzą, że Kelsos i jemu podobni wyrażali poglądy, które w różnych odmianach funkcjonowały wśród części społeczeństwa.

    O samym autorze nie wiemy nic ponad to, czego dowiadujemy się z jego pracy. Tam natomiast brak informacji o jego pochodzeniu czy życiu. Dzieło nosi tytuł „Prawdziwe Słowo” i jest datowane na okolice 180 roku. Widać, że autor jest osobą wyedukowaną i oczytaną, ale, jak to ujmuje Freeman, niekoniecznie bardzo lotną. Freeman zauważa, że Kelsos był tak naprawdę tradycjonalistą, który bezkrytycznie podchodził do ówczesnej tradycji religijnej i nie widział konieczności jej analizowania czy krytykowania (wbrew poglądom które głosił).

    Bardzo możliwe, że właśnie z tego powodu utwór ten przetrwał do naszych czasów. Takiego szczęścia nie miały na przykład pisma Porfiriusza - ten pochodzący z Tyru filozof dał się mocno we znaki Ojcom i Doktorom Kościoła pisząc piętnastotomową pracę „Przeciwko Chrześcijanom”. Niestety, znane nam prace chrześcijańskich apologetów nie oferują dogłębnej analizy argumentów Porfiriusza i dlatego znamy tylko kilka tych, do których odnieśli się jego adwersarze.

    Inaczej wygląda sytuacja z pracą Kelsosa, która przetrwała w około 70 procentach. Stało się to dzięki faktowi, że na warsztat wziął ją Orygenes, rozkładając zarzuty oponenta na czynniki pierwsze i po kolei na nie odpowiadając. Z pracy wynika, że Kelsos był zwolennikiem platonizmu, co było bardzo typowe dla okresu, w którym żył i tworzył. Znajdował się także pod wpływem filozofii stoickiej.

    Nie wiemy co powodowało Kelsosem i skąd wzięła się jego fascynacja chrześcijaństwem. Z analizy tekstu wynika, iż Kelsos miał sporą wiedzę o ruchach chrześcijańskich i jest niemal pewne, że czytał ewangelie i inne teksty religijne. To, że jego wiedza była spora niekoniecznie oznacza, że głęboka. Wiele zarzutów jest tak sformułowanych, że można by je odnieść w zasadzie do każdego kto bezkrytycznie idzie za jakimś poglądem. Tyczy się to i samego Kelsosa, który nigdzie nie oferuje żadnej refleksji na temat tego, dlaczego niektórym ludziom tradycyjne wierzenia mogły nie wystarczać i czemu brali się za religie Wschodu (czy to nie brzmi znajomo?).

    Kelsos wierzył w Najwyższy Byt/Boga, który jest idealny i stoi na szczycie istnienia. Jego zdaniem Bóg był absolutnym dobrem, siłą która opiekowała się wszechświatem i innymi, niższymi w hierarchii istotami. Kelsos pisał: „Bóg opiekuje się kosmosem a jego opatrzność nigdy go nie opuszcza i nie pozwala na szerzenie się zła”. Wierzył również, że kosmos był dziełem Boga i jego przeznaczeniem było osiągniecie stanu perfekcji, takiego jak stwórca. Boga nie trzeba czcić, jest on bowiem siłą, która nie potrzebuje hołdów. Z racji tego co robi, wypadałoby go jednak szanować.

    Kelsos wyraża pogląd, że ludzie nie są wcale „koroną stworzenia”, centrum kosmosu. Był przekonany, że Bóg stworzył świat dla świata, nie pod potrzeby człowieka. Przyznawał się do bycia pod wpływami stoików i tak jak oni wierzył, że wszystko na świecie jest ze sobą powiązane, w tym także materia i „duchowa substancja”. Uważał także, że stworzenie wypełnia harmonia i dowodził tego przykładem mrówek, które organizują społeczność, hierarchię i karzą tych, którzy wprowadzają zamęt.

    Drogą do poznania i osiągnięcia harmonii i dobra wypełniającego wszechświat jest, według Kelsosa, obserwacja i analiza. Jeśli chodzi o zło, to przyznaje, że nie da się zaprzeczyć jego istnieniu, ale jest ono nieodłączną częścią istnienia, a jego „ilość” jest stała. Oczywiście czasem wydaje nam się, że w danym okresie dzieje się więcej złych rzeczy. Wynika to jednak z tego, że nie potrafimy dobrze powiązać zależności występujących między złem i dobrem i patrzymy na nie przez pryzmat naszych doświadczeń, niekoniecznie miarodajnych.

    Kelsos uważał, że harmonia i porządek, które możemy zaobserwować w świecie mają także swoje odbicie w społeczeństwie. Dlatego też opowiada się za istniejącym porządkiem społecznym, a cześć oddawaną cesarzowi uważa za uzupełnienie szacunku oddawanego Bogu. Nie znaczy to jednak, że należy zawsze i wszędzie zgadzać się z władzą - po to mamy rozum żeby wiedzieć kiedy porządek przekształca się w tyranię.

    Nie tylko po to zresztą - rozum jest jego zdaniem niezbędny w procesie wierzenia. Uważał, że każdą rzecz w którą decydujemy się uwierzyć powinniśmy najpierw poddać krytycznej analizie. I nawet gdy już uwierzymy, nie powinniśmy przestawać kwestionować naszych przekonań. To wszystko jest jednak możliwe tylko dzięki Bogu: „nie jest On umysłem, inteligencją lub wiedzą, ale to On sprawia, że myślimy i jest przyczyną, dla której istnieje inteligencja i może istnieć wiedza”.

    Brzmi pięknie, ale nawet pobieżna lektura Orygenesa pokazuje, że Kelsos odwołuje się przede wszystkim do pogańskich tradycji w obrębie cesarstwa. Gwarantem prawdziwości jego przekonań nie jest jakiś starannie przeprowadzony proces myślowy, a mądrość starożytnych Egipcjan, Greków, Rzymian i ludów Bliskiego Wschodu. Orygenes często zarzuca mu, że konstruując argumenty na bazie starożytności danych poglądów, Kelsos nie chce pamiętać, że wierzenia Żydów, na których opierają się chrześcijanie również są starożytne.

    Ok, mniej więcej wyłożyliśmy już poglądy Kelsosa, zatem możemy teraz przejść do zarzutów jakie stawiał chrześcijanom i chrześcijaństwu. Oczywiście nie sposób tutaj przytoczyć wszystkich, ani nawet większości. Lista przytyków jest bardzo długa, co można sprawdzić choćby w internecie. Skupimy się więc tylko na niektórych, najbardziej wymownych. Zrobimy to w ten sposób, że najpierw napiszę co Kelsos zarzucał chrześcijanom, a potem co Orygenes pisał w odpowiedzi. Rytualne obelgi o niemoralność, wyuzdanie i występek wszelaki pomijam.

    Zaczynamy. Kelsos uważał, że chrześcijanie zbyt szybko akceptują swoje nauki jako prawdziwe i nie poddają ich krytycznej analizie. Jego zdaniem był to skutek zbyt dużego skupienia się na cudach i nadprzyrodzonych zjawiskach, przy jednoczesnym wyłączeniu krytycyzmu. Zarzucał im, że bardziej przemawia do nich to co czują zmysłami niż pojmują umysłem.

    Orygenes odpowiadał, że jest to nieprawda, a źródłem wiary jest wnikliwe studiowanie pism religijnych, które chrześcijanie odziedziczyli w spadku po otoczeniu Jezusa. Co więcej, chrześcijanie nie ograniczają się tylko do tych pism, ale, korzystając ze wsparcia Ducha Świętego, na bieżąco weryfikują prawdy o Bogu i jego stworzeniu. Na poparcie swojego zdania przywoływał fakt, iż chrześcijaństwo zostało zbudowane na zreformowanej tradycji żydowskiej. Nie było więc prawdą, że chrześcijanie hurtem przyjęli cały pakiet wierzeń - ich wiara jest raczej efektem analizy objawienia.

    Kelsos podejrzewał chrześcijan o uprawianie czarów. Pisał, że przywołują oni demony i dają się opętać potężnym, nadludzkim siłom. Jezusa postrzegał jako potężnego czarodzieja, który był w tak dobrej komitywie z demonami, że potrafił im rozkazywać. Orygenes uważał, że argumenty te wynikały ze złej woli albo całkowitej ignorancji i że chrześcijanie nie mają i nie chcą mieć nic wspólnego z demonami i magią. Wręcz przeciwnie, są wrogo nastawieni do czarów i czarowników.

    Ciekawsze jest jednak zderzenie dwóch wizji religii. Kelsos nie potrafił pojąć dlaczego chrześcijanie upierają się przy oddawaniu czci tylko swojemu bogu i czemu mają tak wielki problem z braniem udziału w powszechnych ceremoniach. Przecież brali w nich udział członkowie wszelkich możliwych kultów. Dlaczego zatem chrześcijanie nie mogą iść w ich ślady? Ponadto rytuały te, to coś co sprawia, że różnorodne ludy imperium tworzą jedność.

    Odrzucenie ich było nie tylko świadomym wycofaniem się ze wspólnoty, ale także wyzwaniem rzuconym władzy, gdyż obrzędy te były związane z oddawaniem szczególnej czci cesarzowi. Kelsos poważnie obawiał się chrześcijańskiego podejścia i pisał, że gdyby wszyscy je zaadoptowali, to zapanowałby chaos, a władza i porządek przestałyby istnieć. Z przekąsem zauważał, że ucierpieliby na tym sami chrześcijanie.

    Obawy te były tym poważniejsze, że Kelsos był świadomy tego, jak liczba chrześcijan rośnie, a idee które głoszą spotykają się z coraz większym odzewem ze strony społeczeństwa. W jego czasach część elit intelektualnych była już schrystianizowana. Chodzi nie tylko o idee społeczne, ale także religijne. Były to czasy ożywionej religijnej transformacji i nowe sekty rosły jak grzyby po deszczu. Wiele z nich w jakimś stopniu czerpała z chrześcijaństwa. Kelsos bał się, że rozsadzą one istniejący porządek.

    Zarzut o sekretność i rzekomą wywrotowość Orygenes odpiera mówiąc, iż obowiązujące prawa są niesprawiedliwe i wymierzone w chrześcijan. Czy można mieć pretensje do kogoś kto jest ścigany przez ludzi żądnych mordu, że się przed nimi ukrywa? Jest to raczej objaw zdrowego rozsądku, a nie czegoś złego. To, że chrześcijanie nie chcą uczestniczyć w oficjalnych kultach nie wynika z ich nienawiści do państwa i społeczeństwa, a z przekonania, że boską cześć wolno oddawać tylko Bogu. Orygenes idzie dalej i porównuje chrześcijan do Sokratesa i Pitagorejczyków, cierpiących prześladowania za prawdę ze strony swoich rodaków.

    Jak już mówiliśmy, Kelsos był dobrze zorientowany w chrześcijaństwie. Wiedział o istnieniu różnych grup i podejść do interpretowania chrześcijaństwa. Znał marcjonitów i im podobne wspólnoty, wiedział także, że istnieją chrześcijanie, którzy chcą podążać drogami utartymi przez Żydów. Wiedział jednak, że znacząca większość, nawet jeśli nie odcina się radykalnie od judaistycznych korzeni, podaje się i uważa za odrębną grupę.

    Co ciekawe, wymieniał także kilka grup chrześcijańskich, którym przewodziły kobiety lub cieszyły się tam prominentną rolą. Jest to o tyle ważne, że wzmianki o nich są bardzo skąpe i ciężko je znaleźć w innych źródłach. Był także świadomy wewnętrznych konfliktów targających chrześcijaństwem i, jak sam pisał: „nie trzeba nawet mówić, że chrześcijanie nienawidzą się nawzajem”. Uważał, że wynika to z braku solidnych fundamentów i ze znaczących różnic między świętymi tekstami.

    Orygenes widział to inaczej. Doceniał rozum i dążenie do prawdy - dlatego cenił filozofię. Widział w niej jednak także źródło herezji. W ten sposób tłumaczył (dosyć podobnie do Freemana), że Grecy próbowali zrozumieć chrześcijańskie objawienie za pomocą sobie znanych metod, które niekoniecznie się w tej konkretnej sytuacji sprawdzały. Porównywał filozofię do medycyny i pisał, że tak jak w tej drugiej istnieją skuteczne i nieskuteczne metody, tak w tej pierwszej istnieją sposoby myślenia prowadzące do prawdy i takie, które prowadzą do fałszu. Głupotą byłoby jednak odrzucać filozofię z tego tytułu, tak jak nikt nie odrzuca medycyny z uwagi na to, że jakieś formy leczenia okazały się nieskuteczne.

    Jeśli chodzi o Stary Testament i boga Żydów to Kelsos zasadniczo powtarzał schematy myślowe gnostyków. Jako platonik nie potrafił wyobrazić sobie wszechmogącego Boga, robiącego przeprawę przez Morze Czerwone, albo karcącego jednostkę czy grupę za złamanie jednego z setek przepisów. Bóg Kelsosa nie mógł przejawiać ludzkich zachowań takich jak gniew, żal, senność czy zmęczenie. Zgadzał się z gnostykami co do tego, że Jahwe to pomniejsze bóstwo, demiurg. Nie mógł tylko zrozumieć dlaczego Bóg pozwolił mu na przejęcie kontroli.

    Orygenes odpierał oskarżenia Kelsosa co do tradycji żydowskiej, wskazując, że wiele tekstów opisujących Boga jest alegorycznych. Wskazywał na przykład mitów grecko-rzymskich, które również alegorycznie opisywały bóstwa czy zjawiska nadprzyrodzone. Zauważał też, że żydowskie pojmowanie Boga może wydawać się dziwne czy niestosowne, ale człowiek nie jest w stanie orientować się w świecie mądrze jeśli nie dysponuje prawdą. Żydzi zaś, mimo że byli blisko prawdy, to jednak nie znali jej w całości.

    Zdaniem Orygenesa przyjście Chrystusa było uzupełnieniem wiedzy danej Żydom przez Boga (dlaczego, to można przeczytać w odcinku o Ireneuszu) i dlatego chrześcijaństwo, pomimo żydowskiego korzenia, jest inne. Zarzucał Kelsosowi, że niesprawiedliwie ocenia Żydów i czyni to przez pryzmat uprzedzeń przejawianych przez inne nacje, które również mają swoje za uszami (wliczając w tę kategorię także Rzymian i Greków).

    Kelsos odrzucał chrześcijańską interpretację Starego Testamentu jako zapowiedzi nadejścia Chrystusa. Jego zdaniem, jeśli żydowskie Pisma kogoś zapowiadały, to wielkiego politycznego lidera, króla z prawdziwego zdarzenia, a nie prowincjonalnego nauczyciela religijnego, który skończył na krzyżu (żeby nie było, to opinia Kelsosa, nie moja). Ponadto, nawet jeśli te proroctwa to prawda, to ludzi wpasowujących się w zawarte w nich charakterystyki było wielu. Jak rozróżnić o którego chodziło prorokom?

    Orygenes odpowiada, że zrozumienie Pisma wymaga wiary, łaski bożej i rozumu. Mówi, że chrześcijanie uwierzyli w Jezusa i zobaczyli w nim mesjasza dzięki natchnieniu przez Boga i po wnikliwych analizach wydarzeń i proroctw w piśmie. To, że można je odczytywać inaczej wcale nie znaczy, że chrześcijańska interpretacja nie jest prawidłowa. Podobnie jak to, że na jedną sprawę istnieje wiele poglądów nie oznacza, że żaden nie może być prawdziwy i właściwy.

    Kelsos widział Jezusa jako wysłannika żydowskiego bóstwa. Bóstwa, które niejednokrotnie pokazało, że potrafi być okrutne i destrukcyjne. Autor powoływał się tutaj na przypadek wieży Babel i zniszczenia Sodomy i Gomory. Nauczanie Jezusa wcale nie jest Dobrą Nowiną, skoro większość albo znaczna część ludzkości nie dostąpi zbawienia, o którym mówił Chrystus. Co więcej, ich udziałem stanie się wieczne cierpienie i męczarnia. Kłóciło się to bardzo mocno ze stoickimi poglądami jakie wyznawał Kelsos.

    Orygenes odpowiada, że Bóg wcale nie jest okrutny i mściwy. Jest faktem, że karze ludzi za grzechy, ale wcześniej przedstawia ludziom reguły gry i postępowania. Czy można mieć pretensje do władcy karcącego przestępcę za łamanie prawa w sytuacji, w której przestępca znał przepisy? Czy przestępca sam nie ściąga na siebie kary? Analogicznie widzi sytuację potępionych - jako tych, którzy mieli wybór między posłuszeństwem Bogu i nieposłuszeństwem, ale wybrali to drugie.

    Kelsos nie potrafił także zrozumieć chrześcijańskiego nauczania o wcieleniu Jezusa. Jako platonik akceptował oczywiście pośredników między Najwyższym Bytem a światem materialnym. Nie rozumiał jednak dlaczego chrześcijanie wierzą, że Jezus również musiał być bogiem aby być takim pośrednikiem. Zdaniem Kelsosa była to bardzo dziwna idea. Jaki Bóg chciałby degradować się do połączenia z ludzkim ciałem? Jak to świadczyło o jego wszechmocy i wspaniałości?

    Kelsos odrzucał także przekonanie o tym, że ciało zawierające boskiego ducha wyglądało by jak każde inne ciało. Zadawał również pytanie dlaczego Bóg tak długo zwlekał z objawieniem się ludziom pod taką postacią. Ponad to, życie Jezusa nie mogło mieć nic wspólnego z boskością. Podróżował po prowincjonalnych miasteczkach, przemawiając do niepiśmiennych prostaków, a na koniec poniósł śmierć na krzyżu jak pospolity zbrodniarz. Co to za Bóg, którego wyparli się jego uczniowie. Gdzie tu miejsce na boski splendor? Cała ta idea jest dla Kelsosa abominacją i obrazą dla Boga.

    Orygenes odpowiada, że wcielenie Jezusa miało, między innymi, na celu pokazanie ludzkości jedności Boga z ludźmi i tego, jak wygląda komunia ludzkiego z boskim i jak wielkie dobro przynosi. W ten sposób Jezus pokazywał, że będąc w przyjaźni z Bogiem, człowiek jest w stanie pokonywać przeciwności i osiągnąć zbawienie - stan jaki przygotował dla niego Bóg. Ukrzyżowanie zaś było niezbędne dla odkupienia i zmartwychwstania, które z kolei było jedyną drogą do tego, żeby pokazać ludzkości, że Bóg potrafi wygrać ze śmiercią.

    Dziwaczne wydawało się Kelsosowi podejście chrześcijan do intelektu i kwestie związanych z rozumem (przynajmniej takie jakie chrześcijanom przypisywał). Pisał, że chrześcijanie wierzą, że mądrość jest głupstwem a bycie ignorantem jest rzeczą dobrą. W jego światopoglądzie rozumowe szukanie prawdy było jedynym środkiem zbliżającym ludzi do Boga i jakiekolwiek próby deprecjonowania go były niejako atakiem na platońskie spojrzenie na Boga.

    Orygenes odpowiadał, że Kelsos przekręca naukę Pawła o tym, że „mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga” i robi to albo dlatego, że jej nie rozumie, albo specjalnie. Pawłowi chodzi o fałszywą wiedzę, a nie o rozum w ogóle. „Mądrość tego świata” to, zdaniem Orygenesa, rzeczy, które uchodzą za mądre i natchnione, podczas gdy tak naprawdę takie nie są. Mówi też, że zdanie Kelsosa jest tym bardziej błędne, że dla chrześcijan rozumowe rozważania o prawdach wiary są bardzo ważne i jest to rzecz, którą chrześcijanie cały czas robią.

    Kelsos nie potrafił dostrzec Najwyższego Bytu w osobie Jahwe. Kwestionuje jego moc i pozycję jako bóstwa. Wspomina o tym, że chrześcijanie często posuwają się do niszczenia rzeźb i innych przedstawień pogańskich bóstw, co ich zdaniem ma dowodzić potęgi Jahwe. Jego odpowiedzią jest: skoro wasz bóg jest taki mocny i potężny jak mówicie, to czemu nie potrafi chronić was przed prześladowaniami i tumultami? Jesteście przecież jedną z najsłabszych grup w cesarstwie a napinacie muskuły, zdaje się mówić Kelsos.

    Jego zdaniem Jahwe nie przysłużył się także Żydom, którzy przez wieki doznali wielu klęsk i upokorzeń, a całkiem niedawno stracili swoją ojczyznę, którą rządzili teraz Rzymianie. Pytanie Kelsosa brzmiało - co zyskiwałoby imperium przyjmując opiekę tak słabego bóstwa? Bóstwa, które nie tylko nie radzi sobie z innymi boskimi bytami, ale nie potrafi nawet pokonać swojego byłego sługi, Szatana.

    Orygenes odpowiada, że Bóg nie raz ratował swoich wyznawców, zarówno Żydów jak i chrześcijan. Podaje przykłady z Biblii, opowiadając historię Mojżesza czy Izraelitów w Palestynie, borykających się z Filistynami. To, że czasami ich doświadcza, to inna sprawa. Co do cesarstwa Rzymskiego, to uważa, że gdyby przyjęło ono Boga, to ten błogosławił by mu i chronił przed nieprzyjaciółmi. Już teraz w jakiś sposób to robi, bo przecież cesarze nie zawdzięczają swojej władzy jakiemuś tam Saturnowi, tylko Bogu.

    Ostatnim zarzutem, o którym wspomnimy jest ten, że chrześcijanie skupiają się głównie na pracy z najbiedniejszymi i najniższymi grupami społecznymi. Kelsos przyznaje, że w ich szeregach znajdują się wykształceni i stateczni obywatele, ale jako człowiek z warstw “na poziomie” nie potrafił zrozumieć jak można przestawać z „niewolnikami, kobietami i dziećmi” oraz „przędzaczami, szewcami, praczami i wsiowymi gamoniami”. Przeciwstawia chrześcijaństwo kultom misteryjnym, które skupiają najlepsze moralnie jednostki i wykształconych ludzi.

    Była to chyba najbardziej symptomatyczna różnica między Kelsosem i kręgami z których się wywodził, a chrześcijanami. Orygenes odpowiada, że to przecież normalne, że nauczyciele chrześcijańscy zwracają się do takich ludzi. W końcu to też ludzie i też mogą czynić dobrze i być zbawieni, mimo, że pochodzą z niskich i ubogich warstw społecznych. Nie ma nic złego w pracy z grzesznikami, przecież właśnie chodzi o to żeby ci, którzy grzeszą poznali naukę, która odwiedzie ich od grzeszenia.

    Cała ta debata stanowi interesujący zapis różnic między grecko-rzymskimi tradycjonalistami, a chrześcijanami. Tradycjonaliści nie mogli zrozumieć dlaczego ktoś mógłby być zainteresowany nowymi ideami religijnymi. W chrześcijaństwie widzieli zagrożenie dla stabilności Imperium i ruch przeciwstawiający się całemu dorobkowi kulturalnemu i intelektualnemu jego mieszkańców.

    Większość obaw Kelsosa i jego środowiska miała okazać się mocno wyolbrzymiona. Z biegiem czasu chrześcijaństwo zaczęło adaptować się do społeczności, w których zdobywało konwertytów. Nieprzejednane kontestowanie porządku społecznego było niemożliwe, gdy samemu było się beneficjentem tego porządku. Chrześcijanie nie byli ludźmi znikąd, a chrzest nie sprawiał magicznie, że zapominali o bogatych i rozwiniętych kulturach, z których się wywodzili.

    Tak było na przykład z greckimi tradycjami intelektualnymi, tak bliskimi Kelsosowi. Były one zbyt cenne dla ludzi wychowanych w helleńskiej kulturze (także chrześcijan) by się ich wyprzeć. Jedyne co można było zrobić, to zasymilować je i przestawić na nowe tory. I tak chrześcijaństwo z wichrzycielskiej religii, oskarżanej o próby rozsadzenie cesarstwa, stało się w końcu oficjalnym wyznaniem tegoż i podporą jego ideologii państwowej, aż do ostatecznego upadku w XV wieku.

    PS.1. Lektura „Przeciwko Kelsosowi” (do której gorąco zachęcam) jest ciekawa nie tylko w kontekście debaty, o której wspominaliśmy. Warto się z nią zapoznać żeby zobaczyć, że niektóre z zarzutów Kelsosa są czasem powtarzane przez współczesnych krytyków chrześcijaństwa. Warto również dlatego, żeby zobaczyć, że ludzie żyjący 18 wieków temu wcale nie byli głupkami (bardzo częsty błąd w myśleniu o przeszłości) i bardzo umiejętnie konstruowali argumenty i prowadzili dyskusję.

    PS.2. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 . W razie jakby jednak były (jakiekolwiek) proszę o zgłaszanie

    PS.3. Wszystkim czytelnikom i mirkom życzę Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Ilustracja z XVI wieku przedstawiająca Orygenesa
    pokaż całość

  •  

    Każdy czasem potrzebuje trochę przerwy od poważniejszych tematów. Kiedy nie katuje się czytaniem opasłych monografii (no dobra, mocno przesadzam) lubię sobie poczytać mity, baśnie i legendy. Są bardzo ważkie powody żeby się nimi interesować. Kto zna Campbella i Eliade (albo chociaż Petersona) ten wie o co chodzi, kto nie zna- pozna niebawem, bo prędzej czy później coś o nich skrobnę.

    Ten tekst powstaje jednak jako świąteczny relaks, dlatego nie będę tutaj wykładał skomplikowanych i przepełnionych żargonem teorii. Zamiast tego opowiem wam bajkę. Bajkę o tym jak niebezpieczną rzeczą jest prawda i dlaczego mówienie wszystkiego żonie nie zawsze jest dobrym pomysłem. TL:DR dla niecierpliwych.

    pokaż spoiler W pewnej wsi w Japonii żyło sobie dwóch drwali: młody Minokichi i starszy Mosaku. Wstawali wcześnie rano i szli do pobliskiego lasu rąbać drzewa. Pewnego razu zaskoczyła ich zamieć śnieżna przez którą nie byli w stanie wrócić do wioski. Zabarykadowali się w chacie wzniesionej przez rybaków. Tam w środku nocy zaatakował ich lodowy demon pod postacią nieziemsko pięknej kobiety. Starszy drwal stracił życie, ale demon puścił wolno młodego mówiąc mu, iż wróci po niego jeśli kiedykolwiek opowie komuś o tych wydarzeniach.


    pokaż spoiler Rok później Minokichi poznał dziewczynę w której niemal od razu się zakochał. Szybko wzięli ślub, a po kilku latach dochowali się sporej gromadki dzieci. Byli związkiem idealnym, bardzo zżytym i serdecznym. Nie mieli przed sobą tajemnic poza tą z feralnej nocy. Minokichi nie wytrzymał okłamywania żony i w końcu wyznał jej prawdę. Wówczas okazało się, że tak naprawdę jest ona lodowym demonem. Odstąpiła jednak od spełnienia groźby, kazała zająć się dziećmi i zniknęła.


    Rzecz działa się dawno temu w Japonii, w prowincji Musashi która obecnie wchodzi w skład megalopolis Tokio. Drzewiej jednak znajdowało się tam wiele wiosek, lasów, zagajników i pól uprawnych. W jednej z takich wiosek żyło dwóch drwali: Mosaku i Minokichi. Gdy wydarzyła się nasza historia Mosaku był już staruszkiem, a Minokichi, jego uczeń, osiemnastolatkiem.

    Każdego dnia wstawali oni wcześnie rano i szli do lasu oddalonego od ich rodzinnej wsi jakieś pięć mil. Po drodze musieli przeprawić się przez rzekę, która oddzielała dziewiczy las od terenów zamieszkanych przez ludzi. Rzeka była dzika i rwąca. W końcu nasza historia dzieje się w czasach gdy nie regulowano ich biegu. Z tego też tytułu pomost przy którym zatrzymywała się łódź przewożąca ludzi na drugi brzeg, był nieustannie niszczony i odbudowywany w powodziach.

    Pewnego dnia, w trakcie zimy, gdy nasi bohaterowie wracali wieczorną porą do domu, zaskoczyła ich burza śnieżna. Mimo ciężkich warunków pogodowych udało im się dotrzeć do rzeki. Tam jednak okazało się, że kładka przy której zawsze oczekiwał na nich przewoźnik była pusta. Na domiar złego właściciel łodzi która codziennie ich przewoziła, zacumował na drugim brzegu. Temperatura i warunki pogodowe wykluczały możliwość przepłynięcia wpław.

    Nie była to jednak tragedia, bo wiedzieli, że nieopodal znajduje się chatka w której przesiadywali czasami rybacy. Nie było to wymarzone miejsce na przetrwanie zamieci, bo budynek miał raczej rachityczną konstrukcję i na domiar złego nie posiadał miejsca na palenisko. Mosaku i Minokichi nie byli jednak w sytuacji w której mogliby wybrzydzać. Zaryglowali się w chatce i rozłożyli na siennikach aby odpocząć. Mieli nadzieję, że zamieć szybko ustąpi. Fakt, że znaleźli schronienie dodał im animuszu i poprawił morale.

    Wiekowy Mosaku, wykończony trudami dnia, zasnął nieomal natychmiast. Minokichi mimo, iż też się położył, nie mógł jednak zapaść w sen. Przewracał się z boku na bok, nasłuchując wiatru i śniegu z deszczem uderzających o ściany i dach. Chatka skrzypiała i trzeszczała, ale dzielnie opierała się podmuchom wiatru. Minokichi czuł jak z sekundy na sekundę spada temperatura. Mimo to, w końcu i mu udało się zasnąć.

    Obudził go potężny huk wyłamywanych drzwi i podmuch zimna. Nagle, oślepiła go biel, tak jasna jakby do wnętrza chatki wpadł piorun. Gdy w końcu odzyskał wzrok zobaczył kobietę. Była ona całkowicie biała. Miała białe włosy, skórę, usta, oczy i była odziana w biel. Klęczała nad Mosaku i chuchała na niego swoim lodowatym oddechem, który wyglądał jak biały dym. Niemal w tym samym momencie kobieta odwróciła się i wbiła swoje lodowato zimne spojrzenie w Minokichiego.

    Próbował krzyczeć ale powietrze uwięzło mu w płucach. Kobieta schyliła się tak, że jej nieskazitelnie biała twarz niemal dotykała twarzy Minokichiego. Mimo przerażenia zobaczył, że jest nieziemsko piękna. Patrzała na niego jeszcze przez chwilę po czym wyszeptała: „Chciałam zrobić z tobą to co z twoim towarzyszem, ale teraz przepełnia mnie litość dla ciebie. Jesteś taki młody i przystojny, że zasługujesz na to żeby żyć. Jeśli jednak kiedykolwiek powiesz o tym co się tutaj wydarzyło- znajdę Cię i zabiję.”

    Po wypowiedzeniu tych słów kobieta odwróciła się i wyszła z chatki. Zaraz po tym Minokichi odzyskał władze nad ciałem i czucie. Natychmiast zerwał się na równe nogi i z przerażeniem rozglądać się na wszystkie strony. Nigdzie jednak nie dostrzegł kobiety, zniknęła tak nagle jak się pojawiła. Wdzierający się do chaty śnieg szybko go otrzeźwił. Minokichi na nowo wstawił drzwi, podparł je kilkoma szczapami drewna. Totalnie nie rozumiał tego co się przed chwilą stało i tego co zobaczył. Wtem przypomniał sobie o towarzyszu.

    Wykrzyknął jego imię, ale Mosaku nie odpowiedział mu. Spodziewając się najgorszego podbiegł do niego i sprawdził czy oddycha. Niestety, klatka piersiowa starca była nieruchoma, a on sam był biały nieomal jak zjawa która przed chwilą zniknęła. Minokichi dotknął twarzy swojego nauczyciela i z przerażeniem zauważył, że jest ona niesamowicie zimna. Chłód był tak bolesny, że niemal natychmiast cofnął rękę. Mosaku leżał zimny i nieruchomy jak bryła lodu.

    Minokichi nie zmrużył oka aż do świtu. Wraz ze wschodem słońca uspokoiła się burza. Gdy tylko młody drwal spostrzegł pierwsze promienie słońca, galopem udał się do kładki. Tam, wycieńczony z zimna i sterroryzowany nocnymi wydarzeniami, zemdlał. Kilka godzin później znalazł go właściciel łodzi który przewoził ludzi z brzegu na brzeg. Zabrał go ze sobą i posłał jednego z rybaku do rodzinnej wioski Minokichiego. Jego krewniacy i sąsiedzi otoczyli go czułą opieką i po kilku tygodniach doszedł mniej więcej do siebie.

    Ludzie zauważyli jednak, że się zmienił, że chodził jakby przerażony. Stał się małomówny i z nikim nie chciał rozmawiać o tym jakie wydarzenia poprzedziły odnalezienie go nieopodal przeprawy. Czas goi jednak najgorsze rany. Z czasem powrócił do pracy jako drwal. Nadal jednak był wycofany i rozmawiał jedynie ze swoją matką, która pomagała mu w sprzedawaniu drewna które zrąbał w lesie.

    Mniej więcej rok od traumatycznych wydarzeń, gdy wracał już do domu, spotkał uroczą dziewczynę, podróżującą do przeprawy. Pozdrowiła go i zapytała czy mógłby jej towarzyszyć do rzeki. Niechętnie zgodził się, odpowiadając półsłówkami. Cały czas miał z tyłu głowy obrazy z pamiętnej nocy i nie potrafił przestać o nich myśleć choćby na chwilę.

    W trakcie to jak się czuł zaczęło się jednak zmieniać. Ze zdumieniem odkrył, że głos dziewczyny brzmi tak pięknie jak śpiew ptaków. Zaczął się jej uważnie przyglądać. Szybko dostrzegł, że jest ona nie tylko wysoka i szczupła, ale także nadzwyczajnie piękna. Niezrażona jego milczeniem cały czas próbowała nawiązać rozmowę. Przedstawiła się jako O-Yuki i wyjawiła, że niedawno straciła rodziców i że chce się dostać do Yedo gdzie ma trochę krewnych. Liczyła, że rodzina pomoże jej znaleźć prace jako służąca.

    Minokichi zaczął się dziwnie czuć. Coś sprawiało, że tracił zmysł, że przestawał widzieć świat dookoła w normalny sposób. Przestał myśleć o sprawunkach, o tym co zjeść po powrocie, o dyspozycjach które miał wydać matce. Wkrótce przestał myśleć nawet o swoim zmarłym nauczycielu i przerażająco pięknej kobiecie która pozbawiła go życia.

    Towarzystwo dziewczyny sprawiło, że coś w nim pękło i rozsupłało mu język. Zaczął z nią rozmawiać, opowiadali sobie o coraz bardziej prywatnych sprawach. Dziwne uczucie narastało w Minokichim. Gdy byli blisko przeprawy zrozumiał, że jest zakochany w dziewczynie. Wiedząc, że ich drogi rozejdą się zaraz po przekroczeniu rzeki postanowił postawić wszystko na jedną kartę i zapytał O-Yuki czy jest zamężna lub zaręczona. Ze śmiechem odpowiedziała mu, że nie i natychmiast zrewanżowała się pytaniem.

    Minokichi natychmiast odparł, że nie i zaprosił ją żeby odpoczęła przed dalszą podróżą w domu jego matki, wszak wioska w której mieszkają znajduje się blisko traktu do Yedo. Dziewczyna zaskoczona śmiałością towarzysza początkowo nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Po chwili wahania zgodziła się. Jej też spodobał się tajemniczy drwal i było to widać po spojrzeniach i uśmiechach jakie mu słała.

    Dalej wszystko potoczyło się niepodziewanie szybko i O-Yuki wyszła za Minokichiego. Młodzi nie próżnowali i w kilka lat dorobili się gromadki dzieci. Mimo kilku ciąż, codziennego znoju i upływu lat O-Yuki pozostawała piękną kobietą a Minokichi był niesamowicie szczęśliwy przy jej boku. Wspierała go trudnych chwilach, była wspaniałą matką, powierniczką jego najskrytszych myśli i namiętną kochanką. Była tylko jedna rzecz która nie dawała spokoju naszemu drwalowi.

    Były to wydarzenia z nocy gdy spotkał lodowego demona, który pozbawił życia starego Mosaku. Czuł się winny, bo z żoną mówili sobie wszystko. Ona odkrywała przed nim swoje najskrytsze myśli a nawet zakazane tajemnice rodowe. Żartowała czasem, że on zna ją lepiej od niej samej, a ona zna go lepiej niż on siebie. Minokichi przytakiwał, ale po chwili pochmurniał i czuł palący wstyd, że tak okłamuje kobietę swojego życia i matkę swoich dzieci.

    Pewnego razu nie wytrzymał i wymsknęło mu się, że jest coś czego jego żona nie wie. Jej oczy momentalnie napełniły się smutkiem zmieszanym z podejrzliwością i zaczęła go pytać co to takiego. Szybko uświadomił sobie jak wielki błąd popełnił i próbował jakoś zmienić temat. O-Yuki nie dawała jednak za wygraną.

    Po kilku dniach kłótni, ciężkich spojrzeń, podejrzeń i nerwów Minokichi poczuł, że nie może tego dłużej ciągnąć. Po powrocie z pracy kazał dzieciom położyć się do łóżek i wziął swoją żonę na bok. Przyznał się do kłamstwa i z najdrobniejszymi szczegółami opowiedział jej co wydarzyło się gdy miał osiemnaście lat i uczył się zawodu drwala. W miarę jak zmierzał ku końcowi widział zmiany zachodzące na twarzy żony.

    Gdy w końcu opowiedział o groźbie demona, twarz O-Yuki wykrzywił grymas ni to przerażenia, ni wściekłości i krzyknęła: „To byłam JA! JA! I to MI, MI obiecałeś, że nigdy nikomu o tym nie powiesz. Teraz gdy złamałeś dane mi słowo powinnam cię zabić, ale nie zrobię tego ze względu na dzieci które mamy. Nie mogę jednak żyć pod jednym dachem z kłamcą i krzywoprzysięzca. Na koniec powiem ci żebyś dobrze zajmował się naszymi dziećmi, bo jeśli nie to pewnego dnia wrócę po ciebie”.

    Po chwili zamieniał się w lód i rozpadła na tysiąc kryształów.

    Legenda którą przed chwilą przeczytaliście pochodzi z japońskiego folkloru i dotyczy stwora znanego jako Yuki-onna. Ma ona wiele różnych wersji a Yuki występuje w niezliczonej ilości historii.

    PS.1 To zaledwie niewinny początek tego co chce zrobić, to jest opisywania i analizowania ciekawszych mitów, opowieści, legend, fantastycznych wierzeń, przypowieści i innych takich- zebranych z różnych religii i kultur. Stąd też taguje religia, gruparatowaniapoziomu i historia bo domyślnie będzie sporo rzeczy dotyczących historii, religii, kultury i „na poziomie”. Wiem, że zajawka jest dosyć niewinna, ale to taki luźniejszy, świąteczny odcinek.

    PS.2 Tag- #andrzejotysiacutwarzy (tak, to ukłon w stronę Campbell’a).

    PS.3 Na próbę wołam ludzi którzy śledzą serię poświęconą chrześcijaństwu. Może ta seria też ich zainteresuje, jeśli nie to proszę żebyście nie plusowali- to będzie dla mnie informacja żeby nie wołać was gdy pojawią się wpisy o mitach.

    PS.4 Trwają święta więc jeszcze raz: Wesołych Świąt

    #andrzejotysiacutwarzy #mitologia #bajki #religia #historia #legendy #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    W dzisiejszym odcinku spróbujemy opowiedzieć sobie o życiu wspólnot chrześcijańskich w II i III wieku. Niestety, ale nasze źródła są bardzo mocno ograniczone, dlatego też musimy brać sporą poprawkę na obraz, jaki wyłania się z tych, które są dostępne. Dość powiedzieć, że praktycznie nie mamy zabytków sztuki chrześcijańskiej sprzed 200 roku. Brakuje nawet tak, zdawałoby się, powszechnych rzeczy, jak inskrypcje grobowe - prawie wszystkie, które znamy pochodzą z wieku III. Pierwsza znana nam „Historia Kościelna”, autorstwa Euzebiusza, pochodzi z IV wieku, a materiał w niej zawarty również jest ograniczony. Jeśli chodzi o pierwsze wieki to zawiera głównie spisy biskupów i opisy prześladowań. No, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo, a czytelnicy przywykli już do tego, że w większości przypadków dysponujemy jedynie skrawkami.

    Ze źródeł które mamy, wyłania się jednak dosyć ciekawy obraz. Wydaje się, że autorzy chrześcijańscy mocno chcieli pokazać członków swych wspólnot, jako żyjących mniej więcej tak, jak ich pogańscy sąsiedzi. Tertulian pisał wprost: “Żyjemy razem z wami, dzielimy forum, rynek, łaźnie, sklepy, warsztaty, gospody, jarmarki i resztę. Pływamy z wami na statkach i razem służymy w armii oraz pracujemy w rolnictwie i handlu”. W tym samym tonie utrzymany jest list do Diogneta. Nieznany autor pisze, że chrześcijanie posługują się tym samy językiem co poganie, mieszkają w tych samych miejscach i mają, plus minus, tę samą kulturę.

    Jest jednak pewna różnica - chrześcijanie niby żyją w tym świecie, ale wiedzą, że jest on tylko tymczasowy i szykują się do wiecznego życia w swojej prawdziwej, niebiańskiej ojczyźnie. Niekompatybilności między nimi a poganami są bardziej subtelne. I tak np: chrześcijanie pobierają się i zakładają rodziny, ale “nie zabijają swojego potomstwa”. Jest to oczywiście nawiązanie do faktu, że gdy poganie uznawali, że z ich dzieckiem jest coś nie tak (mogła to być choroba, ale także nie taka płeć jakiej życzyli sobie rodzice) często zostawiali je w lesie lub w górach.Chrześcijanie nie praktykowali tego zwyczaju. W większości wspólnot porzucanie dzieci i aborcja były surowo zabronione.

    Dowiadujemy się też, że chrześcijanie ucztują, spotykają się z innymi i mają normalne życie społeczne, ale nie dzielą łoża z nikim jak tylko swoim małżonkiem/małżonką. W większości wspólnot obowiązywała daleko posunięta wstrzemięźliwość seksualna. W niektórych przypadkach zalecano życie w celibacie nawet małżonkom. Chrześcijanie „przestrzegają obowiązujących praw, ale jednocześnie transcendują przepisy swoim życiem”. Niestety, jak zauważa autor: „Żydzi atakują ich jako obcych,a poganie dyskryminują ich… Kochają oni wszystkich ludzi mimo, że są przez nich wszystkich prześladowani”.

    Idea chrześcijan jako „obcych w swojej ojczyźnie” powtarza się w wielu innych dziełach. Podobne motywy prezentuje, napisany w okolicach połowy II wieku w Rzymie, utwór „Pasterz Hermasa”. Głównym bohaterem jest Hermas, a książka opowiada o jego losach. Na pewnym etapie życia spotyka on mężczyznę ubranego jak pasterz, który prezentuje się jako boski posłaniec. Mówi Hermasowi, że jego król (Bóg) może wezwać go do domu (Nieba) w każdej chwili. Z tego też powodu radzi mu żeby nie przejmował się za bardzo gromadzeniem dóbr materialnych. Zamiast tego powinien skupić się na pracy nad swoim postępowaniem i pomocy bliźnim.

    „Pasterz Hermasa” i podobne mu dzieła pokazują rodzący się ideał chrześcijańskiego życia - człowieka, który świadomie rezygnuje ze zbytków i poświęca się czynieniu dobra i pomocy innym. Dla wielu chrześcijan istotna była także kwestia wstrzemięźliwości seksualnej. Wiele wskazuje na to, że Jezus nigdy się nie ożenił i nie założył rodziny, co było w zasadzie niespotykane u Żydów. Nie wydaje się jednak, żeby Jezus w jakikolwiek sposób czynił obiekcje w kwestiach cielesnych. Jedyną rzeczą jaką możemy wskazać, jest potępienie rozwodów. Wielu historyków widzi to, jako reakcje na napiętą sytuację społeczną w Galilei, spowodowaną transformacją wynikającą z rosnącego rozwarstwienia i wpływów helleńskich.

    Z tego też powodu badacze tacy jak Freeman czy Gordis wywodzą korzenie chrześcijańskiej „purytańskości” raczej od Pawła i wpływów zewnętrznych. Jednym z przykładów takich wpływów może być umniejszanie potrzebom ciała w tradycji platońskiej. Zdaniem jej przedstawicieli, żądze wynikające z materii powstrzymywały człowieka przed szukaniem i próbami zrozumienia wyższej, niematerialnej rzeczywistości. Możliwe także, że odcisnął się tutaj wpływ sekt radykalnie interpretujących dualizm, obecny w wielu kultach i religiach na Bliskim Wschodzie, między innymi u Persów. Widać go także u gnostyków. Wielu z nich całkowicie odrzucało potrzeby ciała i umartwiało się. Jest bardzo możliwe, że idee takie, wpływały także na chrześcijański mainstream.

    Wszystkie te opowieści o umartwiających się i odcinających się od przyjemności ciała, które są chętnie używane przez ludzi nisko ceniących chrześcijaństwo w charakterze koronnego argumentu za tym, że chrześcijanie to szaleńcy nienawidzący świata, nie są jednak zbyt miarodajne. Wiemy bowiem, że miażdżąca większość chrześcijan żyła w małżeństwie i miała dzieci.Osobom, które decydowały się na życie w celibacie, przysługiwał szacunek, ale nie znaczy to, że była to droga zalecana i proponowana wszystkim wiernym (przynajmniej nie w większości wspólnot).

    Powyższy akapit nie świadczy jednak o tym, że te historie o sublimujących, to nieprawda (idzie raczej o powszechność takich postaw). Dla wielu chrześcijan uzdrowienie ducha było tożsame z uzdrowieniem ciała, rozumianym tutaj jako życie w czystości. Widać to wyraźnie na przykład w „Dziejach Tomasza”, apokryficznym dziele syriackim. Pamiętacie gdy pisałem, że historycy uważają apokryfy za mało wartościowe w kwestii prawdy historycznej o czasach, które opisują, ale przyznają jednocześnie, że ciężko je przecenić jeśli chodzi o obraz świata jaki jawił się chociaż część ludzi żyjących wówczas gdy zostały one napisane? „Dzieje Tomasza” są bardzo dobrym tego przykładem.

    Opowiadają one o rzekomych przygodach apostoła Tomasza, który miał jakoby ruszyć z Antiochii w podróż na Wschód. W trakcie wędrówki przemierzył Syrię i Mezopotamię, aż dotarł do Indii. Widać w nich aż za dobrze motyw, o którym pisałem - posiadanie czystej duszy jest ściśle związane z posiadaniem „czystego” ciała. Sam akt konwersji jest często powiązany z uzdrowieniem z poważnej choroby lub wypędzeniem jakiegoś demona. W dziele tym konwertyci, aby utrzymać łaski płynące z oczyszczenia, często decydują się na celibat. Co ciekawe Dzieje te opisują również kobiety jako kapłanów i misjonarzy, co daje niektórym historykom asumpt do twierdzenia, że chrześcijaństwo na Wschodzie było bardziej egalitarne.

    Informacje z chrześcijańskiej literatury tego okresu pokazują, że im dalej na Zachód, tym bardziej przeważała patriarchalna postawa. Często jest to łączone z obyczajami rzymskimi, w których pater familias (głowa rodziny lub rodu) był w zasadzie autokratycznym władcą domostwa i wszyscy byli mu winni szacunek, wdzięczność i posłuszeństwo. Chrześcijaństwo niejako „ochrzciło” te zwyczaje i zreinterpretowało je w swoim duchu. I tak, posłuszeństwo głowie rodziny jest przyrównywane (na zasadzie metafory) do posłuszeństwa Bogu. W podobny sposób wyrażona jest relacja między panem domu a jego mieszkańcami - winien on ich kochać i szanować, tak jak Bóg kocha i szanuje swoje stworzenie.

    Ciekawe są również rady dotyczące życia z wyznawcami innych wiar. Tertulian odradza chrześcijankom wychodzenia za pogan. Rozwodzi się nad problemami jakie to prokuruje. I tak na przykład, pokazuje jak przestrzeganie postów będzie rodziło konflikt w sytuacji, gdy mąż wyda ucztę. Jego życzenie, aby udać się poza miasto, może spowodować, że chrześcijanka nie będzie miała czasu żeby pomagać biednym. Co najgorsze jednak, będzie musiała towarzyszyć mężowi w trakcie wszystkich pogańskich świąt i uroczystości. Z tego też powodu Tertulian uważał, że lepiej będzie chrześcijance poślubić chrześcijanina o niższym statusie społecznym, niż równego sobie, ale poganina. „Pasterz Hermasa” pisał zaś, że w wypadku bycia z poganinem, chrześcijankom powinno przysługiwać prawo do rozwodu.

    Jeśli chodzi o dzieci, to wiemy już, że większość chrześcijan nie mogła dokonywać aborcji i porzucać niechcianych pociech. Z czasem zostało to uznane przez wspólnoty za równoznaczne z morderstwem i było surowo potępione. Uznanie chrześcijaństwa religią państwową Cesarstwa pociągnęło za sobą zdelegalizowanie takich praktyk. Niektórzy twierdzą, że działało to na korzyść chrześcijaństwa, ponieważ zwiększało ich dzietność. Taka trochę islamizacja Europy. Inne wyliczenia jednak temu przeczą. To znaczy, faktycznie, chrześcijanie mogli mieć więcej dzieci niż pogańscy sąsiedzi, ale czynnik ten nie był tak ważny jak zwolennicy tej teorii myślą. Z czasem dzieci chrześcijańskich rodziców zaczęto chrzcić. Dzieci chrzczono także, gdy rodzice się nawracali. Ciężko jednak stwierdzić kiedy stało się to normą.

    Wiele zwyczajów i nakazów funkcjonujących wśród wspólnot chrześcijańskich zostało przejętych jako spadek po judaizmie. Jako przykład można podać troskę o ubogich, ze szczególnym uwzględnieniem sierot i wdów. Jest to często łączone z obawami przed pokusami, na jakie wystawia materialne bogactwo. Dzielenie się majątkiem z ubogimi było więc win-win situation. Z jednej strony biedny mógł przetrwać dzięki datkom, z drugiej bogaty miał mniejszy majątek, więc pokusy na jakie był wystawiony również były mniejsze. Hermas ujmował to nieco inaczej: jeśli bogaty da datek biednemu, ten pomodli się w jego intencji, a Bóg życzliwszym okiem patrzy na modlitwy ludzi niższego stanu. Bóg wesprze więc bogatego, dzięki czemu stanie się on jeszcze bogatszy.

    Z Apologii Tertuliana wyłania się obraz wspólnot chrześcijańskich jako nieomal komun. Z tego, co autor mówił swoim pogańskim czytelnikom,chrześcijanie dzielili się wszystkim za wyjątkiem żon. Ponadto wszyscy, których było na to stać, zrzucali się na wspólny fundusz, przeznaczany później na pomoc potrzebującym. Tertulian wymienia wśród nich takie grupy jak rozbitkowie, sieroty, przewlekle chorzy czy porzuceni niewolnicy. Jeden z dokumentów kościoła w Rzymie wskazuje, że w tym samym czasie wspierał on przeszło ponad 1500 sierot. Zdaniem wielu badaczy, scentralizowana i przymusowa charytatywność znacznie przyczyniła się do sukcesu kościoła i wygrała mu wielu zwolenników.

    Jeśli chodzi o konwertytów, to na podstawie „Tradycji Apostolskiej” Hipolita Rzymskiego możemy mniej więcej odtworzyć proces stawania się chrześcijaninem. Ciężko powiedzieć na ile wymagania wspólnoty rzymskiej przekładały się na inne. Znajdujemy wiele podobnych opisów i na tej podstawie wydaje się, że admisja do kościoła rzymskiego była, mniej więcej, reprezentatywna. Na początku ochotnicy zgłaszali się do starszych wspólnoty i byli pytani o powód konwersji. Musieli także odpowiadać na pytania dotyczące ich majątku, stanu cywilnego, pracy i stanu prawnego (czy byli wolni czy niewolni). Od niewolników wymagano zgody ich właściciela i obietnicy, że pozostaną mu posłuszni nawet jeśli jest on poganinem.

    Te obwarowania były prawdopodobnie efektem obaw co do tego, że nawracanie niewolników może zostać potraktowane jako działalność wywrotowa, podważająca istniejący porządek społeczny. Pytania o zawód również były zasadne. Osoby trudniące się czymś, co było sprzeczne z zasadami moralnymi wspólnoty, musiały to rzucić lub same były odrzucane. Jeśli chodzi o ludzi wykonujących prace związane z oficjalnymi kultami, to również stawali oni przed wyborem, z tym że w ich przypadku był on nieco inny. I tak na przykład rzeźbiarze mogli pozostać w zawodzie pod warunkiem, że nie będą więcej rzeźbić rzeczy związanych z pogaństwem, takich jak na przykład posągi bogów. Nieco gorzej mieli aktorzy - jako że sztuki teatralne były nierozłącznie związane z pogaństwem, musieli oni rzucić pracę jeśli chcieli dostąpić chrztu.

    Na wstępie odrzucano pogańskich kapłanów, gladiatorów i tych, którzy parali się magią. Może dzisiaj nie brzmi to dziwnie, ale w cesarstwie rzymskim kulty mieszały się ze sobą i często było tak, że kapłan przynależał do dwóch lub więcej ugrupowań religijnych. Co do magików to granica między magią a religią nie była wówczas tak jasna jak dzisiaj (chociaż i dzisiaj wielu ma z tym problem) i wielu ludzi postrzegało obrzędy religijne jako magiczne. Wielu magów uważało, że ich „tajemna sztuka” jest w jakiś sposób związana z Bogiem/bogami.Oczywiście ten akapit nie znaczy wcale, że ja lub historycy wierzymy w magię. Jej istnienie jest kwestią dyskusyjną i nikt nie ma przekonywujących dowodów, ale magowie istnieli i istnieją ponad wszelkie wątpliwości.

    Ci, którzy przeszli wstępną selekcję, mieli przed sobą trzyletni katechumenat. Okres ten mógł ulec skróceniu jeśli kandydat robił dobre wrażenie na członkach i starszych wspólnoty. Każdy katechumen, który zginął w wyniku prześladowań, był automatycznie uważany za ochrzczonego. Po okresie katechumenatu następował chrzest, poprzedzony krótkim okresem postu i egzorcyzmami. Chrzest odbywał się poprzez całkowite zanurzenie kandydata w wodzie. Wynikało to prawdopodobnie z biblijnego opisu chrztu Jezusa, który odbył się w Jordanie. W trakcie chrztu delikwent musiał wyprzeć się szatana i trzykrotnie wypowiedzieć wyznania wiary. Były to niejako wczesne wersje składowe obecnie istniejącego credo. Oczywiście nie brzmiały dokładnie tak samo.

    Katechumen musiał wyznać, że wierzy w Boga wszechmogącego. Następnie mówił, że wierzy w: „Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Dziewicy. Został ukrzyżowany za Poncjusza Piłata, zmarł i zmartwychwstał trzeciego dnia i wstąpił do nieba. Zasiada po prawicy Ojca i jest tym, który będzie sądził żywych i umarłych”. Na koniec zostawało wyznanie: „Wierzę w Ducha Świętego i Święty Kościół oraz zmartwychwstanie ciała”. Co do tego ostatniego punktu istniały spore różnice i na przykład na Wschodzie to jakie ciała otrzymają zmartwychwstali, było przedmiotem ożywionej debaty. Wydaje się jednak, że w kręgu łacińskiego chrześcijaństwa przeważała opcja wymieniona w credo.

    Ochrzczeni mogli brać udział w niedzielnych nabożeństwach i eucharystiach. Przebieg tych drugich znamy z kilku opisów, choćby „Pierwszej Apologii” Justyna Męczennika. Pisał on, że kapłan sprawujący sakrament dziękował Bogu za chleb i wino (mieszane z wodą) i prosił o pobłogosławienie. Następnie dzielił je między zebranych. Justyn pisze: „Nie dostajemy tego jako zwykłego chleba czy zwykłego wina, ale tak, jak nasz pan, Jezus Chrystus stał się człowiekiem przez Słowo Boże i miał krew i ciało, tak zostaliśmy nauczeni, że pokarm ten za sprawą jego modlitwy przeistacza się w to ciało i krew które on miał”. Justyn zaznaczał, że ceremonia została przekazana wspólnotom przez apostołów i jest kluczową częścią kultu chrześcijańskiego.

    Freeman pisze, że wszystko wskazuje na to, iż we wczesnych wspólnotach rozwinęła się wiara w szczególną moc pokarmu eucharystycznego. Jego zdaniem chrześcijanie wierzyli, że spożywanie go prowadzi do duchowej transformacji. Wypracowanie Eucharystii, nabożeństw, postów i ceremonii (takich jak np. chrzest) w takim kształcie jakim znamy je dzisiaj, zajęło kilka stuleci, ale wczesne wspólnoty położyły pod nie podwaliny. Większość rytuałów wczesnych chrześcijan przetrwała w zwyczajach kultowych współczesnych denominacji. Czasem w ramach jednej denominacji akcenty jednak są różnie rozłożone. I tak na przykład w obrębie katolicyzmu istnieją wspólnoty neokatechumenalne, których zwyczaje eucharystyczne przywodzą na myśl te z pierwszych wieków.

    Skoro wiemy już jak zostać chrześcijaninem to wypadałoby się dowiedzieć jak można przestać nim być. Było wiele przewin, za które groziło wydalenie ze wspólnoty. Na podstawie analizy zapisków o karach i ograniczeniach, widać że największym wyzwanie dla chrześcijan było postawienie wyraźnych i trwałych barier między nimi, a resztą kultów i religii. Obradujący w 305 lub 306 roku synod w Elvirze podsumował ten temat w swoich kanonach. I tak, każdy kto składał ofiary bogom podlega dożywotniej ekskomunice. Za samo oglądanie ofiar grozi dziesięcioletnia pokuta. Za spożywanie posiłków z poganami i żydami wierny tracił prawo do uczestniczenia w eucharystii. Kobiety nie mogą wychodzić za innowierców i heretyków. Rodzic, który wydaje swoją córkę za niechrześcijanina, traci prawo do udziału w eucharystii.

    Najbardziej problematyczną kwestią były ofiary składane bogom. Jak już pisałem w którymś odcinku, starożytność nie była epoką racjonalnych mędrców dyskutujących na ważkie tematy. Składanie ofiar bogom było obowiązkowe. W końcu to właśnie te ofiary podtrzymywały pax deorum i to dzięki nim ludzie byli w stanie przebłagać bogów, aby pozwolili światu istnieć. Nie branie w nich udziału było więc aktem wywrotowym, wystąpieniem przeciwko wspólnocie i grupie, z której dany człowiek się wywodził. W tym kontekście nabiera sensu chrześcijańskie przekonanie o byciu obcy w swojej ojczyźnie - poświęcając się Jezusowi i nie biorąc udziału w ceremoniach niejako stawali się obcy.

    Karą za większość przewinień był albo okres obowiązkowej pokuty (mogący trwać nawet do 10 lat) lub ekskomunika. W wielu przypadkach ekskomunika była dożywotnia, ale w niektórych z nich zezwalano na jej uchylenie i przywrócenie ekskomunikowanego do kościoła. I tak na przykład małżonek zdradzający swoją żonę mógł liczyć na łaskę jeśli odciął się od kochanki. Jeśli kiedykolwiek jednak ponownie zdradził, nie miał już żadnych szans. W przypadku kobiet było nieco gorzej, bowiem te, które zostawiły swoich mężów i żyły z innymi, nie mogły liczyć na powrót do kościoła po zerwaniu z kochankiem i pojednaniu z mężem. Konsekrowane dziewice, które złamały swoje śluby i nie odbyły pokuty, również podpadały pod dożywotnią ekskomunikę.

    Widać, że reguły dotyczące seksualności kobiet były ostrzejsze niż te dotyczące mężczyzn. Tak samo wyglądało to u pogan, z tą jednak różnicą, że poprzeczka w przypadku mężczyzn u chrześcijan była nieco wyżej zawieszona. Generalnie można powiedzieć, że mężczyźni mogli liczyć na drugą szansę w przypadku nieakceptowalnego zachowania. Jeśli jednak ponownie zachowywali się w ten sposób byli obkładani dożywotnią ekskomuniką. U Pań, zarówno u chrześcijan jak i pogan, zazwyczaj nie było drugich szans.

    Synod z Elviry wymagał od wszystkich duchownych żeby zachowywali celibat. Ci, którzy mieli już żony nadal powinni z nimi żyć, ale nie wolno im było uprawiać seksu. Problematyczne zachowania seksualne z miejsca skreślały z bycia duchownym. W domu duchownego mogły mieszkać tylko krewniaczki i to tylko jeśli były konsekrowanymi dziewicami. Kobiet takich było bardzo mało. W końcu zadaniem córki w tradycyjnej rzymskiej rodzinie było przypieczętowanie małżeństwem sojuszu z innym rodem. Osoby takie cieszyły się jednak dużym prestiżem i nawet uczeni bardzo sceptycznie nastawieni do chrześcijaństwa podkreślają, że dla kobiet, które nie widziały się w patriarchalnym społeczeństwie rzymskim mogła to być, akceptowalna dla rodziny, droga ucieczki od roli matki i żony. Zjawisko to miało jednak i drugie oblicze - istnieli nauczyciele religijni, którzy uważali kobiety za „kusicielki” i „namawiające do złego”, i domagali się od nich wyparcia się seksualności jeśli chciały być dobrymi chrześcijankami.

    Podsumowując, w II wieku i na przełomie III widać, że zaczyna się wyostrzać chrześcijańska tożsamość. Z poprzedniego odcinak wiemy już, jak wspólnoty podejmują bardzo poważne próby zdefiniowanie tego czym jest chrześcijaństwo i jakie wierzenia są w jego obrębie akceptowalne. Z tego wiemy, że życie religijne wspólnot zaczyna się rytualizować. Największą rolę w budowaniu chrześcijańskiej tożsamości uczeni przypisują obowiązkowi dbania o innych i wspólnotę. Dodatkowo cementowało to więzi między ludźmi i zachęcało do konwersji. Zdaniem badaczy takich jak Freeman, to właśnie był główny czynnik decydujący o sukcesie chrześcijaństwa, daleko ważniejszy niż intelektualne dysputy toczone przez apologetów.

    Kształtowanie się powszechnej chrześcijańskiej tożsamości było koniecznością, jeśli religia ta miała przetrwać. Po pierwsze - rozrosła się ona nie wiele różnych nurtów i interpretacji, co mocno ją dezintegrowało. Po drugie - chrześcijanie nadal byli mniejszością w masach pogan i żydów, z którymi dzielili miasta i osady. Chrześcijanie nie nie byli ludźmi znikąd. Pochodzili z różnych grup, które miały mniej lub bardziej zdefiniowaną tożsamość i zawsze istniało ryzyko, że zapragną powrócić do życia w swoich wspólnotach. Dzięki wypracowaniu własnych form życia społecznego, duża część konwertytów na dobre pozostała przy swojej nowej religii. Gdy się to stało, chrześcijanie zaczęli być widoczni dla swoich sąsiadów. Wielu nie witało ich jednak z otwartymi ramionami. Jednym z nich był niejaki Kelsos, którym to zajmiemy się w następnym odcinku.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 . W razie jakby jednak były (jakiekolwiek) proszę o zgłaszanie

    PS.2. Wszystkim czytelnikom i mirkom życzę zdrowych, wesołych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia

    PS.3. Tag obserwuje ponad 80 osób, ale nie wiem czy wszyscy zainteresowani przeglądają powiadomienia. Dlatego uruchamiam spamlistę, kto chętny niech się zapisuje. (Link)[ https://mirkolisty.pvu.pl/list/bmWE2un7rC2MDACk]

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Malunek z katakumb przedstawiający Dobrego Pasterza
    pokaż całość

  •  

    Na zakończenie ostatniego odcinka rzuciłem, że w następnym (czyli w tym) opowiemy sobie nieco o tym, jak kształtował się ortodoksyjny kościół. Ewolucję tę ukażemy na przykładzie Ireneusza z Lyonu, jednej z najważniejszych postaci II wieku. Mam nadzieję, że cały czas macie w pamięci uwagi o tym, że chrześcijaństwo pierwszych wieków było bardzo płynne i do tego miana pretendowało wiele ruchów i grup o nieraz krańcowo różnych poglądach. Z biegiem czasu różnice te stały się na tyle poważne, że liderzy grup w głównym nurcie dostrzegli potrzebę określenie tego, czym chrześcijaństwo jest i w co należy wierzyć, żeby uchodzić za chrześcijanina - tak, aby „wilki w owczej skórze” miały utrudnione zadanie.

    Nie chodziło tylko o, już nam znane, kwestie autorytetu poszczególnych pism i kanonu. Oczywiście nadal zastanawiano się, które z nich są prawdziwe, a które są fałszerstwami. Nadal nie było jasnych i powszechnie przyjętych interpretacji nauk Jezusa i Apostołów (zgody co do niektórych elementów brakowało zresztą długo - zobaczymy to w sporze o subordynacjonizm). W II wieku dołączył do tego nowy problem, a mianowicie: ruchy charyzmatyczne. Kto z tych, którzy twierdzą, że przemawia przez nich Bóg jest prawdziwym prorokiem, a kto szarlatanem? Co z tego, co mówią jest prawdziwe, a co nie? Jak to weryfikować?

    Był to bardzo poważny problem. Na przykład w latach 60. II wieku, w Azji Mniejszej pojawił się człowiek, który twierdził, że przemawia przez niego Bóg. Nazywał się Montanus i, według krytyków, zanim zaczął podawać się za proroka, był kapłanem Kybele. Do Montanusa przyłączyły się dwie kobiety - Maksymilla i Pryska. Jest to o tyle istotne, że pokazuje, że w II wieku było wiele grup, w których kobiety pełniły rolę kapłanek albo wręcz liderów duchowych. Tak czy inaczej, nasza trójca dała początek ruchowi nazywanemu później montanizmem. Jego wpływ był na tyle duży, że kształtował wiele poglądów Tertuliana, zwanego ojcem łacińskiego chrześcijaństwa.

    Montaniści twierdzili, że inspiruje i przemawia przez nich Duch Święty. Ich przesłanie głosiło, że Frygia (gdzie ruch się narodził) została wybrana przez Boga na nowe Jeruzalem. Montaniści deklarowali, że inspirują się nauczaniem męczenników i występowali przeciwko „gnostykom”. Na zarzuty o oszustwo odpowiadali, że ci, którzy im nie wierzą, nie powinni nazywać się chrześcijanami. Ci, którzy zarzucali im postępowanie sprzeczne z pismami, słyszeli w odpowiedzi, że bezpośrednie objawienie jest bardziej aktualne niż teksty sprzed 100 czy więcej lat. Wieści o montanistach szybko się rozeszły, a ruch zdobył popularność w swoim regionie.

    Pojawienie się i popularność ruchów charyzmatycznych jeszcze bardziej komplikowały sytuację i zaogniały kwestię prawdy i fałszu. Kto ma rację? Pisma?Jeśli tak, to które? Jak je wybrać i kto i dlaczego ma to zrobić? Proroctwa? Jeśli tak to jak odróżnić brednie szaleńców od rzeczywistych objawień? Obydwa? Jeśli tak to co jest ważniejsze? W miarę jak chrześcijaństwo rozrastało się, różnice między poszczególnymi wspólnotami rosły. Niepokoiło to wielu liderów, czego wyrazem była na przykład zawzięta krytyka tak zwanych gnostyków.Problem polegał jednak na tym, że wciąż nie istniał szeroko akceptowalny podział na herezję i ortodoksję.

    Samo słowo herezja, z greckiego „heiresis”, oznaczało po prostu wybór i tradycyjnie było używane w kontekście szkół filozoficznych. Ciężko prześledzić ewolucję tego słowa i stwierdzić kiedy dokładnie zaczęło ono oznaczać zły wybór w sprawach wiary. Jest to problematyczne, ponieważ dla różnych grup inne poglądy były właściwe, a inne błędne. Brakowało konsensusu i nauki, które z czasem potępiano jako heretyckie potrafiły przez lata cieszyć się wpływami, a ich zwolennicy byli szanowani i poważani. Na przykład w IV wieku potępiono wszelkie formy subordynacjonizmu jako heretyckie, ale ulegały mu takie intelektualne gwiazdy pierwszych trzech wieków jak Justyn Męczennik, Orygenes czy Tertulian.

    Jeśli chodzi o kształtowanie się ortodoksji, to, patrząc z perspektywy czasu, możemy wymienić kilka rzeczy, które pozwoliły „proto-ortodoksom” przeforsować swój punkt widzenia. Przede wszystkim ich wspólnoty zaczęły się instytucjonalizować, przez co były one efektywniejsze niż grupy o luźniejszej strukturze. Proces ten był spowodowany przede wszystkim konsolidacją pozycji biskupów i upowszechnieniem się wiary w sukcesję apostolską. W jej myśl biskupi byli tymi, którzy dostali depozyt wiary od apostołów i dlatego też mieli oni prawo orzekać o tym, co jest jest prawdziwe, a co nie jest.

    Instytucjonalizacja umożliwiła poczynienie jakichś ustaleń co do tego, jakie pisma można uznać za rzetelne źródła wiary, jakie są wątpliwe, a jakie należałoby odrzucić całkowicie. Przełom II i III wieku to pierwsze tego próby (to znaczy nie wiemy czy pierwsze, ale na pewno pierwsze, o których wiemy, bo się zachowały). Ich przykładem jest fragment Muratoriego i prace Klemensa Aleksandryjskiego. Ten pierwszy, to kawałek dzieła, będącego łacińskim tłumaczeniem greckiego dokumentu, wymieniającego dzieła, uznawane przez wspólnoty znane autorowi za autorytatywne. Jest on datowany na koniec II wieku, aczkolwiek niektórzy uczeni twierdzą, że pochodził z późniejszych czasów - górna datacja sięga nawet IV wieku.

    Na liście „świętych ksiąg” znalazły się cztery ewangelie (z nazwy wymieniony jest Łukasz i Jan, pozostałe dwie niestety nie), Dzieje Apostolskie, 13 listów Pawła (bez Listu do Hebrajczyków), list Judy oraz dwa listy Jana. Brak trzeciego listu Jana, listu Jakuba oraz listów Piotra. Wymienia także Apokalipsę Piotra (nie wiadomo jednak o którą chodzi, bo pod tą nazwą krążyło kilka dzieł), mówi jednak, że jest ona odrzucana przez niektórych. Wspomina również o Pasterzu Hermasa, ale tutaj czyni zastrzeżenie, że powinno się go czytać tylko w domowym zaciszu, a nie we wspólnocie. Całkowicie zaś odrzuca dwa rzekome listy Pawła, jako fałszywe. Listy te były adresowane do Laodycejczyków i Aleksandryjczyków.

    Nieco szerzy jest kanon Klemensa, który oprócz tych ksiąg, które ostatecznie dostały się do NT, wymieniał te, które miały autorytet wśród wspólnot z którymi miał kontakt - List Barnaby, Didache, I list Klemensa, Apokalipsę Piotra, Pasterza Hermasa, Ewangelię Hebrajczyków i Egipcjan. Hebrajczycy to ewangelia określana mianem judeochrześcijańskiej, związana, jak się podejrzewa, z ebionitami bądź grupami do nich podobnymi. Jeśli chodzi o Egipcjan, to prawdopodobnie Klemens miał na myśli wersję tego dzieła, która nie była gnostycka. Widzimy więc, że proto-ortodoksyjni chrześcijanie nie mieli łatwego orzecha do zgryzienia a rozrzut nie napawał optymizmem.

    Ukoronowaniem procesu „kanonizacji” był IV wiek, kiedy to kanon ustalono tak skutecznie, że dzisiaj ciężko wskazać chrześcijańską denominację, stosującą inny. To znaczy, są takie, które mają większy, ale nie przychodzi mi do głowy ani jedna (nie licząc może jakichś egzotycznych), która odrzuciła by którąkolwiek z 27 ksiąg Nowego Testamentu. Określanie kanonu było krokiem milowym dla chrześcijaństwa. W dłuższej perspektywie czasowej pozwalało ono bowiem na znaczne zawężenie pola do dyskusji doktrynalnych - a to wzmacniało jedność chrześcijaństwa, co było kluczowe jeśli miało ono przetrwać w świecie, w którym nowe ruchy religijne rozprzestrzeniały się jak pożar.

    Świadomość proto-ortodoksów i ich siła rosły.Świadectwem tego był sposób ich samookreślenia się w stosunku do innych grup. Nie pisano już enigmatycznie o fałszywych nauczycielach, bojąc się opisywać ich nauki czy wymieniać nazwy. Teraz ci inni chrześcijanie byli opisywani, nazywani kategoryzowani jako tkwiący w błędzie i wypaczający czystą naukę daną ludzkości przez Jezusa i apostołów. Posuwano się nawet do przypisywania im diabolicznej inspiracji. Mieli być instrumentem Szatana, który chciał w ten sposób zniweczyć dzieło boże. Dla autorów proto-ortodoksyjnych, tworzących na przełomie II i III wieku, było już jasne, że heretycy będą cierpieć męki piekielne.

    Jednym z dzieł najszerzej opisujących te kwestie z punktu widzenia proto-ortodoksji była praca Ireneusza, znana z łacińskiego przekładu jako „Przeciwko Herezjom”. Oryginalny grecki tytuł brzmiał jednak: „O wykryciu i obaleniu tego co jest fałszywie nazywane wiedzą”. Wiedza, o której tu mowa, to naturalnie gnosis, znana nam już z dwóch poprzednich odcinków. Jest to monumentalne dzieło,niesłychanie istotne przy definiowaniu granic ortodoksji i herezji.

    Ireneusz pochodził ze Smyrny, leżącej w Azji Mniejszej. Prawdopodobnie wychował się w chrześcijańskiej rodzinie. Jego wzorem i inspiracją był biskup Smyrny, męczennik Polikarp. Ireneusz przedstawiał go w kontraście do Walentyna i Marcjona, jako wzorcowego lidera chrześcijańskiego, który nigdy nie sprzeniewierzył się nauce Chrystusa. Tę z kolei, miał jakoby poznać za pośrednictwem Świętego Jana Ewangelisty. Dla Ireneusza to właśnie gotowość Polikarpa do męczeństwa była ostatecznym miernikiem „oddania sprawie” i sprawiała, że wierzył w czystość jego nauk. Po osiągnięciu dojrzałości opuścił Wschód i ruszył do zachodniej części Cesarstwa, ostatecznie osiadając w Lyonie jako duchowny lokalnych greckojęzycznych chrześcijan.

    Przez pewien czas przebywał także w Rzymie, gdzie najprawdopodobniej spotkał osobiście Walentyna, którego nauki miał później potępić w swoim dziele. W trakcie tego pobytu doszło do zamieszek w Lyonie, w których zginęło około 40 członków wspólnoty Ireneusza. Wśród ofiar był biskup Potinus i w związku z tym wierni poprosili Ireneusza o powrót do Lyonu i zastąpienie męczennika.

    Ireneusz był niesamowicie oczytany w krążącej wówczas po wspólnotach chrześcijańskiej literaturze. Wydaje się jednak, że nie odebrał formalnego wykształcenia i nie znał się na helleńskiej filozofii. Z całą pewnością poznał styl retoryczny i sposoby prowadzenia dyskusji oraz argumentowania, jakie były używane w jego czasach. W jakimś stopniu znał także greckich klasyków, w jego pracach są bowiem cytaty z Platona i Homera. Znał również dobrze tradycję żydowską i to, co przejęło z niej chrześcijaństwo. Był jednak w pełni świadomy różnic między nimi i uważał, że to chrześcijanie są teraz narodem wybranym („z tego powodu późniejszy lud [chrześcijanie] wydarł błogosławieństwo od Ojca tym co byli przedtem, tak jak Jakub ukradł błogosławieństwo Ezawowi”).

    Z tego powodu nazywał heretykami judeochrześcijan, takich jak na przykład ebionici, uznający wprawdzie Jezusa, ale widzący go jako proroka i mesjasza, a nie boga oraz zaprzeczający narodzinom z dziewicy. Zdaniem Ireneusza chrześcijaństwo transcenduje poza judaizm, dzięki czemu zyskuje zwolenników we wszystkich częściach świata. Wymieniał wspólnoty żyjące wśród Germanów, na półwyspie Iberyjskim, w Libii, Egipcie oraz wśród Celtów. Dał również świadectwo tego, że chrześcijanie na dobre wrośli w społeczeństwo imperium - znajdowali się wśród zamożnych kupców, a niektórzy byli nawet wśród urzędników cesarskich.

    Z tego też powodu wydaje się, że problemy wspólnoty lyońskiej wynikały raczej z lokalnego konfliktu niżeli z centralnie sterowanych prześladowań. Okres między śmiercią Marka Aureliusza w 180 roku, a prześladowaniami Septimusa Sewerusa z roku 202, uważa się za spokojny dla chrześcijan. Spokojny, jak się zaraz przekonamy, jeśli chodzi o stosunki z władzą państwową, a nie ogólnie spokojny.

    Po powrocie do Lyonu i objęciu stanowiska biskupa, Ireneusz styka się bowiem z konkurencją - innymi liderami chrześcijańskimi, głoszącymi poglądy nieraz bardzo mocno odbiegające od tego, co sam uważał za dopuszczalne.Większość tych grup była w jakiś sposób związana z tym, co Ireneusz postrzegał jako gnostycyzm. Za największe zagrożenie uważał on niejakiego Marka Magika, którego opisywał jako ucznia Walentyna. „Przeciwko herezjom” było efektem napięć jakie wywoływała rywalizacja o wiernych i konwertytów.

    Rzeczą, która od razu rzuca się w oczy w dziele Ireneusza, jest pewność i głębokie przekonanie o misji chrześcijaństwa (naturalnie tego prawdziwego, niefałszywego). Jakże różna jest jego wymowa w stosunku do Justyna Męczennika, którego, zdaniem Freemana, wydawał się wręcz przepraszać. Ireneusz jest pewny, że wiara jego kościoła wywodzi się prosto od apostołów i jest na tyle silna żeby oprzeć się zniekształconym naukom.

    Ireneusz wykłada swoje poglądy, określane przez uczonych jako mocno oparte na dziełach Pawła. Mówi, że jest tylko jeden Bóg i to on przemawia przez proroków i pisma. Ten Bóg stworzył świat i ludzkość, a uczynił to z miłości. Zdaniem Ireneusza, Bóg zaprojektował dla człowieka wspaniałą przyszłość i świat. Człowiek miał je osiągnąć dzięki wdzięczności i posłuszeństwu Stwórcy. Niestety, ludzie zbuntowali się przeciwko Bogu. Stało się to przez namowy Szatana, który zdaniem Ireneusza, przekonał Adama i Ewę, że sami mogą dojść do niejako „najwyższego stadium rozwoju”, bez pomocy Boga.

    I tak, zamiast świetlanej przyszłości i życia z Bogiem, udziałem ludzkości stało się życie w mroku. Świat człowieka okazał się być daleki od ideału, pełen cierpienia, przemocy, chorób i niedoli. Dobry Bóg nie opuścił jednak swego stworzenia i dał mu Prawo (chodzi o żydowskie Prawo) tak, aby człowiek mógł jakoś przetrwać w świecie i rozwijać się, żeby w pewnym momencie Bóg mógł mu objawić Prawdę. Prawo i tradycja żydowska były więc istotne, ale nie były ostateczne.

    Czas gdy panowało Prawo trwał aż do momentu, w którym Bóg uznał, że człowiek stał się na tyle dojrzały, żeby poznać boże nauki. Nowy etap w dziejach ludzkości rozpoczął się od zesłania na świat Jezusa Chrystusa, który jednak nie został w tym momencie stworzony - współistniał wcześniej, razem z Ojcem i Duchem Świętym. Ireneusz stwierdzał, że żydowskie pisma odnoszą się do Chrystusa jako do Mądrości. Utożsamiał też Chrystusa ze „Słowem” u Jana. Badacze chrześcijaństwa uważają, że utożsamienia te były bardzo istotne jeśli chodzi o rozwój teologii (Parson podaje jednak, że inni ojcowie kościoła często identyfikowali Ducha z Mądrością).

    Chrystus, idzie dalej Ireneusz, w czasie swojego pobytu w świecie ludzi był w pełni człowiekiem (co nie znaczy, że Ireneusz zaprzecza jego boskości), zatem twierdzenia doketystów są absolutnie nieuprawnione i fałszywe. Chrystus musiał umrzeć jako człowiek aby zbawcza męka mogła rzeczywiście być zbawcza. Inaczej bowiem, jak odkupiłby grzechy Adama i Ewy wraz z całym ich potomstwem? Skoro Chrystus przebywał na świecie jako byt materialny, jako człowiek, twierdzenia gnostyków czy marcjonitów o tym jakoby materia była czystym złem są nieprawdą.

    Ireneusz inspiruje się listem do Rzymian i przedstawia Chrystusa jako nowego Adama. Jego zdaniem nieposłuszeństwo Adama i Ewy zostało odwrócone (w sensie odczynione) przez posłuszeństwo Maryi i Jezusa. Najpierw Maryja zgodziła się urodzić Jezusa, a później ten zgodził się do końca wypełnić rolę jaką przeznaczył mu Ojciec. Ireneusz przypisywał także dużą rolę Duchowi Świętemu - to on miał przemawiać przez proroków gdy zwiastowali przyjście mesjasza.

    Ireneusz często określał Chrystusa jako „rekapitulację”. Grecki oryginał tego terminu był używany na określenie zakończenia dyskusji, kiedy podsumowuje się argumenty i cały przebieg debaty. Wydaje się jednak, że Ireneusz rozumiał go także jako „zbiór, ostateczne zebranie”. Freeman odczytuje to jako przekonanie, że Chrystus jest zwieńczeniem historii zbawienia. Nie oznacza to jednak, że ta historia kończy się wraz ze zmartwychwstaniem. Zdaniem Ireneusza jej finałem będzie ponowne przyjście i Sąd Ostateczny, dzięki któremu ludzie zostaną na nowo w pełni zjednoczeni z Bogiem.

    Ireneusz pouczał swoich wiernych, aby nie tracili wiary i wyczekiwali Dnia Sądu. Było to prawdopodobnie związane z tym, że w najwcześniejszych wspólnotach wierni spodziewali się rychłego ponownego przyjścia Jezusa, ale od czasów apostolskich minęło kilka pokoleń, a świat jak istniał, tak istniał. Nietrudno sobie wyobrazić, że dla wielu mógł być to powód do wątpliwości. Ireneusz jasno stwierdzał, że wątpienie w bożą obietnicę jest grzechem, a koniec nadejdzie gdy Bóg uzna, że jest czas ku temu.

    Po swoistym „wyznaniu wiary” Ireneusz przystępuje do frontalnej szarży na heretyków. Oskarża ich o wybiórcze stosowanie pism a nawet całkowite ignorowanie fragmentów, które im nie pasują: „Dzięki zwodniczej argumentacji, chytrze połączonej w całość, zwodzą proste umysły i łapią je w sidła poprzez zniekształcanie Słowa Bożego”. Zdaniem Ireneusza nauczanie jego kościoła było, w przeciwieństwie do heretyckiego, zgodne z Pismem (żydowskim, rozumianym jako zapowiedź nadejścia Jezusa) i działalnością Ducha Świętego.

    Duch Święty pełni przewodnią rolę w kierowaniu chrześcijaństwem - według Ireneusza “tam gdzie kościół tam i Duch, a tam gdzie Duch tam i kościół”. Kościół Ireneusza jest zaś gwarantem czystości nauki jezusowej i wierności jej. Dzieje się to nie tylko za sprawą ducha, ale sukcesji apostolskiej, według której współcześni Ireneuszowi biskupi otrzymali wiedzę i wiarę od apostołów. Oczywiście stało się to, za pośrednictwem innych duchownych. Tym niemniej jednak źródłem głoszonej przez nich nauki mieli być apostołowie, którzy czerpali wiedzę bezpośrednio od Chrystusa. Stąd też powaga i znaczenie urzędu biskupiego - jako tego, który prawdy o Bogu dowiedział się od apostołów.

    Co ciekawe bardzo podobny koncept miały pogańskie szkoły filozoficzne, wierzące, że zostały założone przez mistrzów, których naukom były poświęcone. Zgodnie z ich poglądami mistrzowie przekazali oryginalne myśli swoim pierwszym uczniom, a ci - kolejnym pokoleniom adeptów. Dzięki temu, przyłączając się do którejś z grup, określanych np. jako pitagorejczycy, dany osobnik miał „pewność”, że czerpie wiedzę ze źródła, od samego Pitagorasa. Nie oznacza to jednak, że chrześcijanie pogląd ten zapożyczyli - mogli go równie dobrze rozwinąć niezależnie, albo tylko na zasadzie inspiracji.

    To co pisał Ireneusz brzmi nieco bardziej znajomo prawda? Zwłaszcza jeśli skonfrontujemy to z poglądami jakie mieli tak zwani gnostycy.Nieprzypadkowo Ireneusz jest Ojcem Kościoła. Miał jednak kilka, nazwijmy to, „nieszablonowych” poglądów. I tak na przykład twierdził, że Jezus, żeby być reprezentatywny jako człowiek, przeżył w swoim ziemskim życiu wszystkie stadia - od poczęcia po późną starość,dożywając panowania Trajana (które zaczęło się w 98 roku). Nie sprecyzował jednak co miał na myśli - czy ukrzyżowanie odbyło się pod koniec I wieku? czy to raczej zmartwychwstały Jezus przebywał na tym łez padole? Twierdził, że tak mówi tradycja apostolska mimo, że ewangelie wskazują, że Jezus został ukrzyżowany jako trzydziestolatek.

    Kolejna niezgodność dotyczy listy biskupów Rzymu. Chcąc ukazać sukcesję apostolską w działaniu, Ireneusz wywiódł kościół rzymski od Piotra i Pawła. Tymczasem list Pawła do Rzymian nie wspomina nic o Piotrze. Ponadto - skoro pisał list do wspólnoty rzymskiej zanim pojawił się w Rzymie to znaczy, że istniała ona w mieście już jakiś czas wcześniej. Imiona następców Piotra i Pawła - Linusa, Anakletusa, Klemensa, Euarestusa i Aleksandra - nie pojawiają się w żadnym innym źródle i z tego tytułu są traktowana jako tradycja. Z tego tytułu też uczeni sądzą, że należy być generalnie ostrożnym przy ocenianiu historyczności apostolskości, o której pisze Ireneusz.

    Opisuje on na przykład spotkanie swojego bohatera, Polikarpa z apostołem Janem. Współcześni badacze kwestionują tę znajomość mówiąc, że Jan musiałby być bardzo wiekowy, żebym opis ten był prawdziwy. Całe to zamieszanie z apostołami nie miało by może znaczenia, gdyby nie fakt, że Ireneusz podjął swoją własną próbę uporządkowania kanonu Nowego Testamentu, a głównym kryterium jakie przyjął, była apostolskość tekstów. To znaczy te, które uznał za stworzone przez apostołów albo w ich otoczeniu, sklasyfikował jako kanoniczne. To on, jako jeden z pierwszych, przypisał czterem anonimowym ewangeliom z I wieku autorów, od których imion są znane do dzisiaj. Stąd, też Ireneusz jest uważany za ojca tej tradycji, mimo, że pewne utożsamienia były starsze i pochodziły z pism Papiasza.

    Nie wiadomo czemu ograniczył się do czterech. Sam Ireneusz stwierdził, że “tak jak Ziemia oparta jest na czterech filarach, tak kościół ma cztery filary”. Jest możliwe, że zgromadził i przeczytał wszystkie ewangelie, odrzucając te, które powstały później albo których treść stała w sprzeczności z tym, co rozumiał jako tradycję apostolską. Wszystkie ewangelie apokryficzne, które mamy albo chociaż identyfikujemy ze źródeł, pochodzą z II wieku - tylko kanoniczne zostały spisane przed 100 rokiem. Na tej podstawie większość uczonych twierdzi, że są one najbardziej wiarygodne i być może tym kryterium kierował się Ireneusz.

    Zapiski Papiasza są czasem interpretowane jako poszlaka tego, że w I wieku ewangelii było więcej. Sprawdzić tego jednak, póki co, nie jesteśmy w stanie. Zdaniem Boringa (i nie tylko jego), prawdopodobieństwo tego, że tekstów z I wieku było więcej, jest tym wyższe, że z analizy ewangelii kanonicznych wynika, że ich autorzy korzystali z wcześniejszych źródeł - być może wczesnych form ewangelii. Tutaj jednak występuje ten sam problem, który nie pozwala wyjść poza przypuszczenia - brak źródeł. Jest to generalnie skomplikowany temat, którego poruszenie wykracza daleko poza ramy serii i moje kompetencje. Jeśli ktoś jest zainteresowany niech poczyta na przykład o tzw. four document hypotesis.

    Wróćmy jednak do tekstu naszego bohatera. Niezależnie od tego jakim kryterium kierował się Ireneusz, to i tak nas o nim nie poinformował. Ograniczył się do wychwalania liczby cztery: cztery strony świata,cztery wiatry i cztery stwory z Apokalipsy. Niestety nie wyjaśnił również dlaczego i na jakiej zasadzie przypisywał ewangeliom autorstwo. Być może korzystał z wspominanych już pism Papiasza, który tworzył na przełomie I I II wieku. Papiasz, zdaniem Ireneusza, był towarzyszem Polikarpa oraz znajomym apostoła Jana. Papiasz pisał, że owszem, znał Jana, ale nie precyzował jakiego Jana. Euzebiusz z Cezarei twierdził, że Papiasz nie znał osobiście apostoła. Klasyczny galimatias.

    Ireneusz wywodził zatem wiarę swojego kościoła od apostołów i ich otoczenia. Co jednak z heretykami, przeciwko którym pisał? Zdaniem Ireneusza, tak jak prawdziwy kościół ma jedno źródło, tak herezja wywodzi się z jednego. Uważał on, że wszystkim herezjom początek dał niejaki Szymon Mag, o którym wspominają Dzieje Apostolskie. Przedstawia go jako nieomal Antyapostoła, dającego początek sukcesji antyapostolskiej, której z kolei wcieleniem są wszystkie historyczne i obecnie istniejące herezje.

    Ireneusz wyjaśnił ich działanie za pomocą metafory. W metaforze tej mozaika przedstawiająca króla reprezentuje prawidłowe nauczanie. Heretycy to ci, którzy przychodzą, niszczą mozaikę i na nowo układają kamienie z których była złożona, tyle że na kształt psa lub lisa (symbolizujących tutaj fałszywe nauczenie). Potem bezczelnie twierdzą, że tak wyglądała oryginalna mozaika, a oni nic w niej nie zmieniali. Poglądy wyrażone przez Ireneusza zostały, mniej lub bardziej, zaadoptowane przez ludzi tworzących instytucjonalny kościół rzymski (nie mylić z KRK).

    Nie znaczy to jednak, że problemy zniknęły. Przełom II i III wieku to dopiero próby stworzenia kanonu, które zaowocowały wypracowaniem jego rdzenia. Nie został on jednak jeszcze ostatecznie ustalony, zaaprobowany czy upowszechniony. Wiele wspólnot (i nie mam tu na myśli gnostyków czy członków jakichś innych, „egzotycznych” dla nas wyznań) było tak przyzwyczajonych do swoich ewangelii, że nie rozumiało czemu nagle miało by przyjmować jakieś inne. Problemem była zwłaszcza ewangelia Jana, której narracja różni się od tej obecnej w pismach synoptycznych.

    Najprawdopodobniej to właśnie z tego powodu syriaccy chrześcijanie postanowili skompilować wszystkie cztery w jedną koherentną narrację. Dokonał tego Tacjan, student Justyna Męczennika, którego to poznał w Rzymie. Jego dzieło nazwano Diatessaronem (“poprzez cztery”). Badacze przypuszczają, że został on napisany po syriacku, a później przetłumaczony na grekę. Tacjan pominął opisy pochodzenia Chrystysa i przepisał całą resztę, rewidując chronologię. Jego końcowe dzieło było o 30 procent krótsze niż treść wszystkich czterech ewangelii.

    Kompilacja ta zyskała olbrzymią popularność w Syrii i wśród wspólnot na Wschodzie (Asyria i dalej). Dopiero w V wieku została ostatecznie wycofana z powszechnego użycia i zastąpiona czterema Ewangeliami. Duchowieństwo syriackie zaczęło nawet niszczyć kopie Diatessaronu. Wiemy, że Teodoret z Cyru zebrał ponad dwieście kopii pracy Tacjana i spalił je. Prawdopodobnie jednak zwyczaj korzystania z Diatessaronu przetrwał, bo Koran na przykład wspomina o tym, że chrześcijanie opierają się na jednej ewangelii.

    Dalsze dzieje kształtowania się tego, co w IV wieku nazwano ortodoksją poznamy w kolejnych odcinkach. Oczywiście pełne prześledzenie tego procesu jest nieomal niemożliwe, a dokładnie - na tyle skomplikowane, że było by nieuczciwe gdybym stwierdził, że jestem w stanie dobrze to zrobić. Nie ma w tym nic dziwnego - mnogość tradycji chrześcijańskich i obcych wpływów, uwarunkowania historyczne, osobiste ambicje i setki innych czynników będących w grze, nie ułatwiają zadania.

    Zresztą: pojawienie się ortodoksji wcale nie zatrzymało dyskusji, dysput i konfliktów w ramach chrześcijaństwa. Na pewno nieco zmniejszyło obszar dopuszczalnych wątpliwości, ale kolejne wieki pokazują, że nie przyniosło ostatecznego rozwiązania. Nawet na tak wąskim polu, jakie stwarza możliwość interpretacji 27 ksiąg NT, było dość miejsca żeby sprzeczać się co do hierarchii w Trójcy, natury Chrystusa, przebiegu zbawienia, języków liturgicznych, dopuszczalnych zachowań - a to tylko wierzchołek góry lodowej. Spory, w tej czy innej formie, trwają zresztą do dzisiaj.

    Różnorodność obecna w II wieku musiała jednak zostać nieco wzięta w ryzy, jeśli chrześcijaństwo miało przetrwać i rozwijać się. Zestaw poglądów i modele zaproponowane przez Ireneusza i mu podobnych okazały się być najskuteczniejsze i dlatego też jego środowisko ze swoją interpretacją nauczania Jezusa i apostołów, wzięło górę. Czy był to także efekt tego, że były prawdziwe albo chociaż najbliżej prawdy? To już nie jest pytanie do historyków.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Wielkie dzięki za pomoc dla @robson7 . W razie jakby jednak były (jakiekolwiek) proszę o zgłaszanie

    PS.2. @3shortwords: zwrócił mi uwagę, że głoszę jakoby istniała wielość poglądów na chrześcijaństwo i jego przekaz w czasach apostolskich. Tymczasem nikt tak nie uważa bo do okresu tego brakuje źródeł, istnieją tylko przypuszczenia i spekulacje. Być może nie wyrażam się jednak jasno i w tekstach nie przekazuję dobrze tego co chce przekazać (odwieczne ryzyko związane z pisaniem czegokolwiek). Szerzej wejdę w temat w dodatkowym odcinku który planuje jakoś po 1 stycznia. Uważam, że warto będzie poruszyć kwestię tego czym jest historia, jak działa i jakie ma ograniczenia- bo jest to absolutnie nieodzowne żeby wyciągnąć coś sensownego z tych tekstów (jakichkolwiek zresztą).

    PS.3. Tag obserwuje ponad 80 osób, ale nie wiem czy wszyscy zainteresowani przeglądają powiadomienia. Dlatego uruchamiam spamlistę, kto chętny niech się zapisuje. Link

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Fragmenty papirusu zawierającego "Przeciwko herezjom" Ireneusza.
    pokaż całość

    +: Brzytwa_Ockhama, L...........s +74 innych
  •  

    W ostatnim odcinku omówiliśmy sobie pokrótce czym był gnostycyzm i jak można go rozumieć. Nie chciałem za bardzo wchodzić w teksty żeby nie utracić głównego przesłania. No i nie chciałem pisać odcinka na 20 stron A4, bo odkrycie z Nag Hammadi daje nam tyle materiału, że standardowe 5-7 stron to zdecydowanie za mało. Stąd też pomysł na dodatkowy odcinek, nieco szerzej wchodzący w temat. W sumie myślę żeby robić tak gdy trafimy na jakieś zagadnienie które ciężko omówić w jednym odcinku.

    Dziś nja tapetę weźmiemy Ewangelię Tomasza, budzącą wiele sensacji i kontrowersji. Dodajmy że często bardzo niezdrowych sensacji, w których pragnienie udowodnienia, że było „inaczej niż się wszystkim wydawało” i „kościół fałszował historię żeby chronić swoje wpływy” biorą górę nad rozsądkiem. My, na miarę naszych skromnych możliwości, postaramy się to zrobić na spokojnie i chłodno. Powiemy sobie czym ta praca jest, poszukamy odpowiedzi na pytania kiedy powstała, pod jakimi wpływami, jakie może być jej przesłanie i na ile jest wiarygodna. Opieramy się na Freeman’ie i Ehrmann’ie.

    Przed 1945 rokiem mieliśmy dostęp tylko do fragmentów dzieła rzekomo napisanego przez apostoła Tomasza, ale odkrycie z Nag Hammadi sprawiło, że badacze zyskali dostęp do całości tekstu (a przynajmniej jeden z jego wersji). Jest to oczywiście fałszerstwo (w łagodniejszej wersji, pseudoepigraf), co jednak nie przesądza o wiarygodności. Nie jest to Ewangelia w tradycyjnym tego słowa znaczeniu gdyż nie zawiera opisów życia i działalności Jezusa czy jego uczniów, ale 114 rzekomych wypowiedzi Jezusa wraz z introdukcją i zakończeniem napisanym przez kompilatora.

    Większość wypowiedzi zaczyna się od „Jezus powiedział:...”. W niektórych przypadkach zapisano także dialogi jakie miał odbyć Jezus ze swoimi uczniami. Wypowiedzi te nie są w żaden sposób uszeregowane, czasem można dostrzec jakąś myśl przewodnią kilku wersów następujących po sobie, ale generalnie jest to po prostu randomowy zbiór.

    Z tego też tytułu ustalenie kiedy dzieło zostało napisane jest bardzo trudnym zadaniem- nie ma narracyjnych ram i jest bardzo możliwe, że kolejni przepisywacze usuwali/ dodawali coś od siebie. Na podstawie analiz tekstu proponuje się daty między 40 a 140 rokiem. Jest to nie tylko spory rozrzut ale i coś co dodaje kontrowersji- jeśli dolne datowanie jest prawdziwe, to ewangelia mogła powstać jako jeden z pierwszych zapisów o Chrystusie. To z kolei czyniłoby ją bardzo wiarygodnym źródłem.

    Z tym wiąże się jednak pewien problem, bo wykazuje ona dużo cech kojarzonych z gnostykami. Na przykład, na samym wstępie autor mówi, że: „To jest zbiór sekretnych wypowiedzi Jezusa, które Didymus Juda Tomasz spisał. Powiedział on [Jezus- przypisek mój], że: ktokolwiek odnajdzie ich poprawną interpretację ten nie doświadczy śmierci” (Powiedzenie 1). Sekretność i „tajemna wiedza” prowadząca do zbawienia daje się łatwo zidentyfikować ze stylem gnostyków.

    Tyle, że jak zauważają badacze, to o niczym nie przesądza. Przed chwilą pisałem o tym, że z racji charakteru tekstu istnieje spora szansa na to, że powiedzenia modyfikowano. Istnieje duża możliwość, że starszy materiał, być może wywodzący się z I wieku, został całkowicie przepisany przez „gnostyków”. Klasycznie- wiadomo, że mało wiadomo. No, ale lepiej jasno powiedzieć, że „mogło być tak i tak”, niż nie mówić nic albo co gorsza, wprowadzać w błąd.

    Ponad połowa wypowiedzi Jezusa wydaje się mniej lub więcej zazębiać z tymi które znamy z Nowego Testamentu- 79 z 114. W niektórych przypadkach nacisk jest na „więcej” niż mniej, a przykładem może być przypowieść o ziarnku gorczycy (Powiedzenie 20/Marek 4:30-32), ślepych przewodnikach (Powiedzenie 34/Mateusz 15:14) czy ubogich (Powiedzenie 54/ Łukasz 6:20). Generalnie opisy „podobne” są u Tomasza są bardziej szczegółowe i barwniej opisane niż u kanonicznych ewangelistów. Nie znaczy to, że autor używa tych samych słów, chodzi bardziej o sytuacje.

    Weźmy za przykład mateuszowe „szukajcie a znajdziecie (7:7-8) i tomaszowe „Pozwólcie szukającemu szukać dalej, aż znajdzie. Kiedy zaś znajdzie będzie zaniepokojony. Zaniepokojony zostanie zadziwiony i będzie rządził wszystkimi” (Powiedzenie 2). Albo: „Wtedy uczniowie zapytali go: Kiedy przyjdzie Królestwo? Jezu powiedział: Nie przyjdzie za sprawą oczekiwania na nie. Nie będzie to kwestia powiedzenia: oto jest albo: tutaj jest. Królestwo Ojca rozprzestrzenia się bowiem na całej Ziemi, a ludzie go nie widzą” (Powiedzenie 113). Zaczyna się bardzo podobnie do Marka 13:4 czy Łukasza 17:20, tyle, że ma inny przebieg.

    Poza wypowiedziami przypominającymi te znane z kanonu są także takie dla których ciężej znaleźć odpowiedniki. I tak na przykład: „Jezus powiedział: te niebiosa przeminą i te które są nad nimi także przeminą. Umarli nie są żywi a żyjący nie umrą. W czasach gdy jedliście to co umarłe uczyniliście to czymś, co jest żywe. Co zrobicie kiedy dostąpicie życia w świetle? W dniu w którym będziecie jednym staniecie się dwoma. Kiedy staniecie się dwoma, co zrobicie?” (Powiedzenie 11). Creepy, prawda?

    Skąd wzięły się te powiedzenia których nie możemy odnieść do kanonu? Te które możemy, jak przypuszczamy z dużą dozą prawdopodobieństwa, wywodzą się ze wspólnych dla tych dzieł tekstów lub tradycji. Możliwe też, że nasz „Tomasz” pisząc swoją Ewangelię, bazował na kanonicznych, modyfikując nieco ich zawartość, dodając także coś od siebie. Co jednak z resztą? Pamiętacie o Q? Źródle z którego korzystać mieli Łukasz i Mateusz przy pisaniu swoich ewangelii? Jeśli nie to szybko przypomnę.

    Marek, Łukasz i Mateusz to tzw. ewangelie synoptyczne („patrzące jednym okiem”) bardzo do siebie podobne. U Łukasza i Mateusza jest wszystko to co u Marka plus dodatkowy materiał. Daje to asumpt do przypuszczenia, że te dwie ewangelie powstały w oparciu o Marka (albo tę samą tradycję z której Marek się wywodził) plus dodatkowe źródła. Z innych tekstów wiemy, że ktoś skomponował listę z wypowiedziami Jezusa- i stąd teoria o Q, utożsamiany właśnie z tą listą wypowiedzi.

    Przez lata istnienie Q było kwestionowane i mocno krytykowane, bo przecież jak to możliwe, pytali uczeni, że chrześcijanie spisali jakąś ewangelię złożoną z wypowiedzi a nie będącą opowieścią o życiu i misji Jezusa? Przecież na tym ewangelia polega, prawda? Przecież w ewangelii chodzi o pokazanie zmartwychwstałego Chrystusa, bo to zbawienia i wstanie z martwych było główną obietnicą chrześcijaństwa. Tyle, że argument ten upadł w momencie odkrycia Ewangelii Tomasza, która składa się właśnie głównie z wypowiedzi Jezusa a nie relacji o nim.

    Nie znaczy to, że ktoś uważa, że Tomasz to właśnie owo zaginione Q. Propozycja badaczy jest raczej taka: „skoro część powiedzeń z Tomasza pokrywa się z Matueszem i Łukaszem, to istnieje spora szansa, że powstały one w oparciu o to samo źródło, być może właśnie Q”. I tu wracamy do próby odpowiedzi na pytanie zadane kilka akapitów dalej- jest szansa, że powiedzenia których nie ma u synoptyków, ale znajdujemy je u Tomasza to efekt wierniejszego odwzorowania zawartości Q, albo innej jego interpretacji. Jeśli przychylać się do teorii o dolnym datowaniu możliwe, że dzieło powstało w wyniku zapisania ustnych tradycji wspólnoty w której żył autor.

    Ehrmann spekuluje, że Q mogło powstać w gronie chrześcijan, którzy (podobnie jak wielu współczesnych ludzi) byli raczej zainteresowani naukami Jezusa i tego co z nich wynikało niż kosmicznym dramatem w którym Chrystus umiera za grzechy ludzkości, przetrąca kręgosłup śmierci i wskazuje drogę do zbawienia i życia wiecznego. Dramatem, który najwcześniej pojawia się chyba w interpretacji Pawła, który nigdy nie poznał żyjącego Jezusa, a swoją wiedzę o tym co „poeta miał na myśli” czerpał z wizji i objawień (jak sam skromnie zauważył: „żyje we mnie Chrystus”).

    Jakie jest przesłanie Ewangelii Tomasza? Jak je interpretować? Przez wiele lat żyliśmy w przeświadczeniu, że jest gnostycka, ale pogłębiona refleksja nad tym zjawiskiem prowadzi do konkluzji, że nie był to koherentny ruch i choć jesteśmy w stanie wyłapać wierzenia i poglądy podzielane przez wielu tzw. „gnostyków”, to jest to raczej umowne pojęcie. Nawet przy założeniu, że jest to dzieło gnostyckie, określenie to może nam mówić bardzo mało. Z tego też powodu musimy się sprawie przyjrzeć bliżej i z większą uwagą.

    Wspominaliśmy już, że na samym początku dzieła Jezus mówi o konieczności poprawnego interpretowania jego słów. Mówi, że przynosi on wiedzę która zapewnia zbawienie, dlatego warto jej szukać. W również cytowanych wypowiedziach opisuje proces dochodzenia do prawdy- najpierw okaże się, że to co wiedział szukający ma się nijak do faktów, zaniepokoi się, ale zaraz potem przyjdzie zadziwienie i posiądzie świat. Nie chodziło raczej o świat materialny, bo jak zauważa Jezus: „Ktokolwiek zrozumie świat znajdzie jedynie martwe ciało, a ktokolwiek znajdzie ciało będzie wywyższony w stosunku do świata” (Powiedzenie 56).

    Świat materialny jest zatem martwy a siła życiowa należy do świata duchowego: „Jezus powiedział: Gdy zapytają was skąd przyszliście, odpowiedzcie im, że przybyliście ze światła, z miejsca w którym światło stało się tym czym jest. Gdy zapytają czy wy jesteście, odpowiedzcie, że jesteście jego dziećmi i wybranymi Żyjącego Ojca”(Powiedzenie 50). Materia jest zatem swego rodzaju pułapką i więzieniem dla ducha.

    Zadaniem poszukującego zbawienia jest uświadomienie sobie, że świat materialny nie jest miejscem docelowym. To z kolei prowadzi do wyzwolenia z oków: „Kiedy rozdziejesz się i ułożysz swoje szaty pod stopami jak małe dzieci i nastąpisz na nie zobaczysz Syna Żyjącego i nie będziesz się już obawiał”(Powiedzenie 37). Wyzwolenie zapewnia powrót do miejsca z którego wywodzą się dusze: „Jezus powiedział: błogosławieni samotnicy i wybrani, bo wam dane będzie królestwo. Wy z niego jesteście i wy do niego powrócicie” (Powiedzenie 49).

    Nie jest to jednak takie łatwe, bo przebywanie w świecie materialnym osłabia i oślepia ducha. Dlatego też Jezus zstąpił do świata materialnego- aby pobudzić i wyzwolić ludzkość oraz umożliwić jej zbawienie i przywrócić ją miejscu do którego należy: Jezus powiedział: pojawiłem się na tym świecie w formie wydającej się być ciałem. Wszyscy których spotkałem byli zaczadzeni; nie znalazłem nikogo spragnionego; moja dusza cierpiała za synów ludzkich, ponieważ są oni ślepi w swoich serach i nie widzą… Teraz są odurzeni, ale gdy otrzeźwieją, będą żałować” (Powiedzenie 28).

    Jak autor wyobraża sobie zbawienie? Pamiętacie tekst o stawaniu się dwoma? Wydaje się, że oznacza on, że w momencie śmierci duch oddzieli się od ciała i przez chwilę człowiek będzie dwoma, ale ciało umrze a duch będzie żył wiecznie. Zbawienie nie jest więc stanem w tym świecie, ale od tego świata, którego stworzenie było de facto aktem uwięzienia ducha. W myśl tych nauk zapowiadane przez Jezusa Królestwo istnieje poza światem: „Jeśli ci którzy Cię prowadzą powiedzą, że królestwo jest w niebie, to ptaki znajdują się przed Tobą. Jeśli powiedzą, że jest w morzu to znaczy, że ryby są przed Tobą. Królestwo jest raczej w Tobie i poza Tobą. Gdy poznasz samego siebie zrozumiesz, że jesteś synem Żyjącego Ojca” (Powiedzenie 3).

    Tutaj pojawia się motyw o którym wspominaliśmy w poprzednim odcinku- mianowicie o tym jak ważne jest samopoznanie w procesie zbawienia. Zapewne chodzi tutaj o uświadomienie sobie tego, że ciało w którym żyjemy nie jest nami i musimy odkryć swoją prawdziwą naturę, która połączy nas z „Żyjącym Ojcem”. Innymi słowy- duch który w nas żyje jest boskiego pochodzenia, to znaczy jest tak boski jak Jezus: „Ten kto pije z moich ust stanie się taki jak ja. Ja sam zaś stanę się taki jak on, a rzeczy które są ukryte zostaną mu odsłonięte”(Powiedzenie 108). Samopoznanie jest przedstawione jako dochodzenie do jedności.

    Dlatego też Jezus mówi o sobie jako o tym który łączy a nie dzieli. To on prowadzi do tego żeby dany człowiek stał się „jednym”. Stawanie się jednym to motyw który często pojawia się w wypowiedziach w Ewangelii Tomasza. Traktuje o tym na przykład powiedzenie 22: „Kiedy uczynicie dwoje jednym, a to co wewnątrz takie jak to co na zewnątrz i to co na zewnątrz takie jak wewnątrz, a to co na górze takie jak na dole a to co kobiece męskie i to co męskie kobiece tak, że ani mężczyzna nie będzie mężczyzną ani kobieta nie będzie kobietą […] wtedy wejdziecie do królestwa”.

    Cytat ten stawia w nieco innym świetle najbardziej, chyba, kontrowersyjne powiedzenie z Ewangelii Tomasza: „Piotr powiedział do niego: niech Maria nas opuści bo kobiety nie są godne życia. Jezus odpowiedział mu: Ja sam ją poprowadzę, tak aby stała się mężczyzną, żeby jej dusza stała się taka jak wasze. Każda kobieta która uczyni się mężczyzną wejdzie do Królestwa”. Cytat ten wprawiał w konsternację uczonych interpretujących gnostycyzm jako podejście zdecydowanie bardziej przychylniejsze kobietom niż „konkurencja”.

    Jak zatem należałoby rozumieć tę wypowiedź? Przede wszystkim musimy uświadomić sobie, że postrzeganie płci różni się zależnie od czasów i kultury. Człowiek piszący Ewangelię Tomasza i jego czytelnicy mieli w tym względzie inne poglądy niż na przykład my. Oczywiście współcześnie istnieje wiele spojrzeń na płcie, ale w naszej kulturze można je sprowadzić do: mężczyźni i kobiety to dwie strony tego samego, po prostu ludzie. Na podobnej zasadzie jak moneta składa się z rewersu i awersu- bez jednego nie ma drugiego. Grecy i Rzymianie mieli jednak nieco inny ogląd sytuacji.

    Dla nich płcie nie były różnymi stronami tego samego a raczej różnymi stopniami. Na podstawie obrazów jakie wyłaniają się z prac pisarzy, poetów, filozofów czy nawet dzieł medycznych możemy powiedzieć, że starożytni patrzeli na kobietę jak na swego rodzaju niepełną wersję mężczyzny. W sumie to człowiek, ale jakby nie do końca wykształcony- ma mniejsze mięśnie, jest niższy, waży mniej, nie ma penisa, zarostu etc. Powiedzenie o słabszej płci nie było tylko literacką przenośnią. W świecie który był dużo brutalniejszy od naszego siła i agresja były postrzegane jako coś nieodzownego. Z tego powodu patriarchat (nie lubię tego słówka bo jest już w zasadzie rytualną obelgą która nic nie znaczy) miał się dobrze.

    Z prac antycznych autorów wynika także, że istniał pogląd, że to co żyje da się uszeregować w swoistą piramidę perfekcji. I tak rośliny były gorsze od zwierząt, zwierzęta od ludzi, kobiety od mężczyzn, mężczyźni od bogów, a bogowie od perfekcyjnego bytu. Stąd też prawdopodobnie myśl, że żeby się zbawić należy stać się perfekcyjnym, a więc zjednoczyć się z Idealnym Bytem. Logiczną implikacją tego poglądu jest przekonanie, że kobieta musi stać się najpierw jak mężczyzna, żeby móc dostąpić zbawienia- jest to niejako obowiązkowy przystanek na trasie do perfekcji i jedności z Ideałem.

    Wszystko ładnie pięknie, tylko na ile Ewangelia Tomasza wiarygodnie przedstawia nauki Jezusa, a na ile jest to późniejsza reinterpretacja, wpisująca się w „ruch gnostycki”? Między uczonymi trwa zażarty spór o jej wiarygodność i wierność przekazu. Istnieje sporo podobieństw między nią a kanonicznymi Ewangeliami, co obozowi który przychyla się do Tomasza pozwala twierdzić, iż dolna datacja jest bliższa prawdzie, a to czyni go bardziej wiarygodnym. Z drugiej jednak strony widzimy olbrzymie podobieństwo do tekstów gnostyckich i idee zawarte w dziele wyglądają jak żywcem wyjęte z II wieku, kiedy to wychowany na filozofii grecki intelekt próbował zrozumieć nową religię.

    To z kolej buduje argumenty tych którzy podważają wiarygodność Ewangelii i twierdzą, że nawet jeśli jej autor bazował na jakichś wczesnych źródłach, to odczytał je później w duchu „gnostycyzmu”, szukając w ten sposób potwierdzenia dla swoich poglądów teologicznych. Kolejnym argumentem tej strony sporu jest fakt, iż w dziele brak odniesień do tradycji i historii żydowskiej (grzech, konieczność pokuty i właściwego postępowania). Argumentują oni, że taki tekst mógł powstać w czasach gdy chrześcijaństwo było już oddzielną religią. Ich zdaniem jest bardzo wątpliwe żeby pierwsi chrześcijanie, którzy do schyłku I wieku mieli problemy z określeniem swojego stosunku do judaizmu i żydowskości (pamiętamy z poprzednich odcinków?), stworzyli tekst w którym nie ma nawet wzmianki o tych rzeczach.

    Pierwszy obóz próbuje parować, że na podobnej zasadzie można by odnosić się do Pawła, który opisuje Jezusa w oderwaniu od jego żydowskości, jako mesjasza cierpiącego za grzechy świata. Problem polega jednak na tym, że autor idzie dużo dalej niż Paweł. U Tomasza zbawienie nie jest możliwe dzięki odkupieńczej męce a poznaniu samego siebie i zjednoczeniu się z ideałem. Ponadto u Pawła pojawiają się chociaż wzmianki o elementach żydowskiej tradycji, jak choćby powracająca jak bumerang kwestia przestrzegania Prawa. U Tomasza brak nawet tego.

    I tak możemy jeszcze długo, ale ostatecznie rozstrzygnąć sprawy nie jesteśmy w stanie, bo to wykracza poza możliwości historii i historyków. W końcu kto udowodni, że poglądy charakterystyczne dla gnostyków z II wieku nie pojawiły się wcześniej i autor Tomasza był jednym z pierwszych, albo wręcz pierwszym który na coś takiego wpadł? Odpowiedź na pytanie o wiarygodność Tomasz pozostaje niestety kwestią interpretacji i, w dużej mierze, wcześniejszych poglądów jakie mieliśmy gdy podchodziliśmy do tematu relacji między kanonem a apokryfami.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Tradycyjnie proszę o zgłaszanie.

    PS.2. Tag obserwuje ponad 70 osób, ale nie wiem czy wszyscy zainteresowani przeglądają powiadomienia. Dlatego uruchamiam spamlistę, kto chętny niech się zapisuje. Link

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Początek Ewangelii Tomasza odnalezionej w Nag Hammadi
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: upload.wikimedia.org

  •  

    Czy istnieje opcja sprawdzenia jacy użytkownicy obserwują jakiś tag? #kiciochpyta

  •  

    Colega @wujaUBek poruszył dosyć ciekawy temat związków między gnostycyzmem a wierzeniami wywodzącymi się z subkontynentu
    Indyjskiego. Nie jest to moja działka i zbytnio się na tym nie znam, ale zainteresowało mnie to na tyle, że postanowiłem się przyjrzeć tematowi i ten krótki tekścik powstał jako podsumowanie tego  co udało mi się dowiedzieć i jak się na to zapatruje.

    Opieram się przede wszystkim na artykule Giovanni’ego Verardi pt. „The Buddhists, the Gnostics and the Antomistic Society or the Arabian Sea in the First-Second Century AD” i “The Gnostic Gospels” Elaine Pagels. Verardi to krótkie podsumowanie podobieństw między buddyzmem a gnostycyzmem a książka Pagels omawia odkrycia z Nag Hammadi.

    Zacznijmy o od historii. Jednym z pierwszych który zaczął doszukiwać się związków między gnostycyzmem a buddyzmem był Edward Conze, autor „Buddhism and Gnosticism”. Inspirował się pracami Izaaka Jakuba Schmidta, misjonarza i orientalisty. Conze wziął na warsztat jedną ze szkół buddyzmu, mahajanę.

    Widział w jej naukach najwięcej podobieństw do poglądów typowych dla gnostyków. Conze był przekonany, że podobieństw jest zbyt dużo i są one zbyt wielkie żeby mówić o przypadku. Dlatego też zobaczmy je sobie na szybko żeby wiedzieć o czym mowa.

    Dodajmy tylko, że zawarte tu uwagi nie odnoszą się do całości poglądów buddyjskich. Jeśli chodzi o ten system religijno- filozoficzny to
    UWAGA! UWAGA! UWAGA! mam o nim bardzo nikłe pojęcie i w całości (znaczy bezkrytycznie) opieram się na Verardim i Conze. Jak coś reklamacje słać do tych dżentelmenów. Zdaniem tych panów mahajanę i gnozę łączy:

    1.       Podejście do świata: miejsce uwięzienia dusz

    2.       Dualizm: wyraźna różnica między samsarą a nirwaną oraz materią a duchem

    3.       Podejście do boskich bytów: istnieją, ale nie są wszechmocne i nie mogą się równać z Oświeconym na podobnej zasadzie jak u
    gnostyków żaden bóg nie może równać się z Nadrzędnym Bogiem

    4.       Indywidualizm: zbawienie osiąga się indywidualnie dzięki poznaniu

    5.       Dzielenie ludzi na kategorie: to akurat nie z mahajany a z terawady, wielu gnostyków również wierzyło, że ludzkość dzieli się na kilka kategorii

    6.       Istnienie zbawiciela który oświeca i odsłania prawdę (buddowie i Chrystus)

    7.       „Doketyzm”- w mahajanie buddowie niejako „nie należą do tego świata” podobnie jak Chrystus w rozumieniu wielu gnostyków był zjawą/ boskim duchem

    8.       Negatywne nastawienie wobec ciała, rozumianego jako źródło popędów przeszkadzających w osiągnięciu zbawienia

    Oczywiście zarówno założenia gnostycyzmu (jeśli uważnie czytaliśmy odcinek mu poświęcony to wiemy, że to zbiorcza nazwa na nurty religijne nieraz bardzo różne od siebie a nie jednorodny ruch) i mahajany zostały tutaj bardzo „spłaszczone”.

    Co na przykład z „gnostykami” którzy nie byli doketystami (jak np. autor Apokryfonu Jakuba) albo nie byli przekonani, że stworzenie to
    zło (Ewangelia Prawdy) a efekt działania Błędu (Szatana)? Widać jednak daleko idące podobieństwa, które pozwalają sądzić, że wpływy indyjskie odcisnęły się na gnostycyzmie.

    Tutaj jednak pojawia się pewne „ale” i przyznają to sami autorzy tego konceptu (co bardzo dobrze o nich świadczy)- nie mamy żadnych wiarygodnych źródeł, które pozwoliły by nam prześledzić transmisję
    idei z Indii na Bliski Wschód.

    I tu w zasadzie moglibyśmy zakończyć bo historycy do pracy potrzebują źródeł, a iskanie podobieństw daje co najwyżej prawo do przypuszczeń, które (już kiedyś o tym pisałem przy okazji rzekomego szaleństwa Pawła) mogą być co najwyżej mniej lub bardziej prawdopodobne.

    Oczywiście to integralna część historii, ale rozchodzi się o to żeby mieć świadomość tego jakie ograniczenia wynikają z faktu, że nie mamy na dany temat źródeł.

    Jest zasadnicza różnica między wpływami greckimi na chrześcijaństwo a możliwymi wpływami buddyjskimi- greckie możemy prześledzić „bezpośrednio”. To znaczy autorzy piszący o np. Chrystusie jako logosie używali dokładnie tych samych sformułowań co autorzy pogańscy.

    Co więcej wiemy, że pisarze wczesnochrześcijańscy (zarówno ci uznani
    za ortodoksyjnych jak i heretyków) wywodzili się z kultury helleńskiej, syriackiej, perskiej, koptyjskiej, żydowskiej, łacińskiej. Siłą rzeczy, jako osoby wykształcone, MUSIELI w jakimś
    stopniu znać tradycje intelektualne i religijne swoich kultur. Nie wiemy nic o żadnym autorze który wywodził się z którejś z rozlicznych
    kultur subkontynentu.

    Dlatego też historycy nie podejmują tego tropu (tj. związków gnostycko- indyjskich) , a jeśli podejmują, to co najwyżej napiszą, że
    to prawdopodobne i przejdą do czegoś bardziej „namacalnego”. To po prostu kwestia metodologii historii jako dyscypliny akademickiej-
    pracujemy na źródłach, nie ma źródeł- ciężko mówić, że robimy historię.

    To nie wynik ignorancji czy uprzedzeń tylko uczciwości i ograniczeń. Nikt nie mówi, że nie było „indyjskiego łącznika”- tylko, że w
    sytuacji gdy nie mamy źródeł żaden uczciwy historyk nie może powiedzieć, że: „Ha! To na pewno przejęli od Indusów bo oni wpadli na
    to kilkaset lat wcześniej”.

    No nie. Żeby być uczciwym należy powiedzieć, że owszem mamy pewne wskazówki na temat tego, że do kontaktów i transmisji idei mogło dojść
    oraz, że analiza wierzeń sprawia, że jest to wysoce prawdopodobne.

    O tyle bardziej prawdopodobne, że podobne idee przenikały także z mazdaizmu, który był bliższy kulturom Bliskiego Wschodu, bo przez 3
    wieki żyły pod panowaniem Persów dla których był to „rodzimy” system wierzeń”. No, ale przejdźmy do Indii i tego co przemawia na korzyść tezy, że miały one wpływ na gnostycyzm.

    Przede wszystkim, wbrew temu co myślimy o przeszłości, nasi przodkowie też byli mobilni. W interesującym nas okresie nawet bardziej, bo
    Bliski Wschód i basen Morza Śródziemnego były zjednoczone pod jedną
    władzą, która zapewniała stabilność i bezpieczeństwo. Dzięki temu
    handel na dalekie odległości był dalece mniej ryzykowny.

    Ze źródeł i wykopalisk wiemy, że kupcy cesarstwa utrzymywali ożywione
    kontakty handlowe z Indiami i, że w wyniku działalności misjonarskiej
    część Indusów nawróciła się na chrześcijaństwo, zwłaszcza na terenach
    obecnie wchodzących w skład stanu Kerala. Było to o tyle prostsze, że
    obszary te zamieszkiwali Żydzi koczińscy, których obecność w Indiach
    datuje się czasem nawet od VI wieku p.n.e.

    Zarówno chrześcijanie (zwani chrześcijanami świętego Tomasza) jak i
    żydzi żyją tam do dzisiaj. Ba! Prawie co piąty mieszkaniec stanu jest
    chrześcijaninem. Skoro możliwa była transmisja chrystianizmu na
    Wschód, to czemu nie wierzeń indyjskich na Bliski Wschód i do całego
    Cesarstwa Rzymskiego?

    Powiem więcej- tutaj nawet nie musimy gdybać i przypuszczać, gdyż ze
    źródeł wiemy, że misjonarze buddyjscy działali na przykład w
    Aleksandrii, a mamy dobre powody żeby sądzić, że także w innych
    ważnych miastach Cesarstwa. Hipolit Rzymski który tworzył w III wieku
    wiedział na przykład o braminach i uważał ich za inspiratorów
    zachodnich herezji.

    Tutaj oddaje głos Pagels która w kilku słowach ujmuje to o czym
    pisałem przez kilka ostatnich akapitów- „Te wskazówki pokazują, że
    istnieje taka możliwość (wpływów indyjskich na gnozę- przypisek mój),
    ale dowody którymi dysponujemy nie pozwalają na rozstrzygnięcie. Wiemy
    bowiem, że bliźniacze tradycje mogą powstać niezależnie od siebie w
    różnych kulturach, w różnych okresach czasu”. Dziękuje pani Pagels.

    Od siebie dodam tylko, że nie nawet jeśli idee z subkontynentu
    ukształtowały gnostycyzm (a mamy wiele powodów żeby tak mniemać) to
    nie wiemy w jaki sposób ta transmisja się odbyła. Może przez mazdaizm,
    a może z mazdaizmu do kultury helleńskiej i z niej do gnostycyzmu,
    może z buddyzmu bezpośrednio, a może przez wpływy grecko- baktryjskie,
    a może jeszcze jakoś inaczej? Pozostają nam przypuszczenia.

    Dlaczego o tym nie wspomniałem w tekście? Bo o tym nie wiedziałem,
    ponadto żaden z autorów na pracach których opieram się przy robieniu
    tej serii nie zająknął się nawet słowem o możliwych wpływach
    indyjskich- prawdopodobnie efekt tego o czym pisała Pagels.

    Tak czy inaczej dzięki @wujaUBek za poruszenie tego tematu- nie dość,
    że ciekawy to nadarzyła się fajna okazja, żeby pokazać jakim
    ograniczenia podlega dyscyplina zwana historią.

    PS. Jako, że to tekst w którym wiele z poruszonych tematów to dla mnie
    totalna terra incognita, szukanie błędów mile widziane. I mam na myśli
    nie tylko błędy ortograficzne i gramatyczne, ale także merytoryczne.

    Tekst umieszczany za pomocą telefonu więc nie wiem czy nie będzie cyrków z formatowaniem.

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo#katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy#neuropa #ateizm #zainteresowania #buddyzm
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    Witam z powrotem, nadal jesteśmy w drugim wieku tyle, że dzisiaj zajmiemy się jednym z najciekawszych, najdziwniejszych i najbardziej odjazdowych zjawisk w historii wczesnego chrześcijaństwa, a może i całej tej religii. Mianowicie: zajmiemy się gnostycyzmem. Naturalnie nie jest tak, że zajmiemy się nim całościowo i kompleksowo bo to fenomen (a może raczej fenomeny) tak szerokie i głębokie jak samo wczesne chrześcijaństwo. No i jego pełniejsze poznanie wymagałoby kogoś kumatego a nie zwykłego niedoszłego_andrzeja. Skupimy się zatem na tym co najbardziej istotne.

    Samo określenie „gnostycki” sprawia badaczom sporo problemów. Jest to spowodowane tym, że pojęcie to zostało niejako ukute przez autorów proto- ortodoksyjnych i badania nad gnostycyzmem były przez wiele, wiele lat możliwe tylko przy użyciu pism które były wobec nich bardzo krytyczne. „Bardzo krytyczne” to eufemizm dla „wprost nazywały ich heretykami i potępiały”. Późniejsze odkrycia sprawiły, że wielu uczonych twierdzi, że określenie gnostycki stało się z czasem rytualną obelgą i było używane w odniesieniu do wszystkich ruchów, które dany pisarz podejrzewał o nieortodoksyjność. Na bardzo podobnej zasadzie wiele rzekomo „manichejskich” sekt w średniowieczu nie miała nic wspólnego z naukami Maniego. Określenie to stało się po prostu synonimem herezji i w takim kontekście należy je odczytywać.

    Nie wiemy do końca co tak naprawdę pojęcie „gnostycki” oznaczało. Studia nad później odkrytymi źródłami, pisanymi przez tak zwanych gnostyków zmieniły obraz jaki wyłaniał się z pism krytyków. Przedstawiali oni bowiem gnostycyzm jako odrębny ruch, charakteryzujący się określoną doktryną i w zasadzie stanowiący po prostu oddzielny „kościół”. Pogląd ten został zrewidowany i obecnie ciężko nawet wskazać definicję
    gnostycyzmu- w tekstach tak określanych da się dostrzec wiele punktów wspólnych, ale jest także wiele rzeczy które stoją w otwartej sprzeczności ze sobą. Stąd też wątpliwości badaczy czy można w ogóle mówić o gnostycyzmie jako koherentnym zjawisku czy może raczej każdy z tych nurtów należałoby traktować indywidualnie.

    Jest to zatem raczej sztuczne pojęcie i z tego powodu sprawia wiele kłopotów. To, że jest to kłopotliwa sprawa nie sprawia jednak, że nie powinniśmy spróbować uchwycić te zjawisko. Zjawisko, które choć nie było takie jak opisywali je proto- ortodoksi, to jednak zaistniało. Musimy po prostu pamiętać o tych zastrzeżeniach i rozumieć, że określeń „gnostycki” czy „gnostyk” używamy mocno umownie. Wielu tak zwanych gnostyków mogło by się zdziwić, że byli za takowych uważani. Tym niemniej jednak musimy mieć jakąś bazę żeby być w stanie ruszyć z tematem. Że trzeba będzie upraszczać, żonglować i naginać? No taka już niestety natura „wielkich narracji” w historii.

    Na początku musimy więc wypracować jakąś roboczą definicję zjawiska. Ludzkość od zawsze zadawała sobie miliony pytań o swoją egzystencję, jej sens, miejsce we wszechświecie, naturę i w ogóle. W II wieku debata nie była wcale spokojniejsza niż dzisiaj. Część ludzi poszukujących odpowiedzi na w/w pytania doszła do wniosku, że prawdę może poznać tylko garstka wybrańców dzięki swoim unikalnym przymiotom ducha i umysłu. Ludzi tych nazwano gnostykami, od greckiego „gnosis” oznaczającego wiedzę. Gnostycy wierzyli, że ludzkość jest czymś więcej niż tylko świadomym swego istnienia mięsem i, że jej miejsce nie znajduje się w świecie materialnym. Ich zdaniem ludzie muszą wyzwolić ducha z materialnych oków żeby na nowo zjednoczyć się ze źródłem z którego się wywodzą.

    Gnostycyzm wyrósł na medioplatonizmie i jego przekonaniu o tym, że wyższa, duchowa rzeczywistość jest bardziej prawdziwa i stabilna niż pogrążony w chaosie świat materialny. Platonicy byli przekonani, że poznanie tej „wyższej” rzeczywistości jest jak najbardziej możliwe, a da się to zrobić poprzez kontemplację, rozważania i rozumowe dochodzenie do prawdy. Gnostycy podzielali tę wiarę i często, gęsto szukali prawd duchowych w religiach, mitach, magii i innych formach wierzeń. Opieranie się na różnych tradycjach to jedna z przyczyn tego, że nie był to skonkretyzowany i sformalizowany ruch tylko zbiorcza nazwa tych, którzy różnymi sposobami starali się posiąść gnosis, mającą zapewniać zbawienie, oświecenie, wyższą świadomość czy co tam jeszcze.

    Ich ezoteryczne i mistyczne podejście do tematu, fantastyczne kosmologie, odjechane interpretacje i skąpe wzmianki źródłowe sprawiły, że po dziś dzień mocno oddziałują na wyobraźnie. Zarówno teraz jak i wtedy wielu ludzi czuło się wyobcowanych, nie rozumiało świata, nie widziało w nim sensu lub nie potrafiło odnaleźć w nim nic dla siebie. Teksty i wierzenia gnostyckie są trudne do odczytania i interpretacji. I muszą takie być, przecież zdradzają one największe tajemnice świata i nie może być tak, że byle Antek zrozumie ich przesłanie i będzie w stanie się zbawić. To wiedza zarezerwowana dla ścisłej, duchowej i intelektualnej, elity. Elity która ma w sobie jakąś cząstkę bożej duszy, która sprawia, że rozumie i czuje to co niezrozumiałe i wymykające się zmysłom oraz odkrywa to co zakryte.

    Ufff, właśnie ustalenie przybliżonej i roboczej definicji gnostycyzmu zajęło nam jedną stroną A4. Widzicie więc, że nie przesadzałem gdy mówiłem, że nie będzie to takie łatwe. Teraz kolejna sprawa: co to ma do chrześcijaństwa? Ano ma sporo- wielu gnostyków wierzyło, że owa „iskra boża” została pobudzona przez boskiego emisariusza, który zstąpił do świata materialnego aby uratować żyjące w nim fragmenty boskiej duszy. Ten emisariusz nie mógł być jakimś tam prorokiem, czyli człowiekiem który ledwo co otarł się o boskość. Musiał być bogiem. I tak oto gnostycy zreinterpretowali rolę Chrystusa w duchu swoich przekonań.

    Ok, zauważyliście pewnie, że używam tutaj jakichś poetycko brzmiących słów, które ciężko odnieść do konkretnych i jasnych definicji? Nieprzypadkowo- bo tak właśnie robili gnostycy. Język którym się posługiwali był przepełniony ezoteryzmem, mistycyzmem, symbolizmem i niejednoznacznością. Dlatego też gnostycy od zawsze fascynowali nie tylko ludzi interesujących się historią, ale także tych bardziej skorych aby doszukiwać się w niej sensacji (stąd na przykład gigantyczny sukces książki Dana Browna). Nie jest to jedyny powód, bo bogactwo wierzeń różnych grup gnostyckich jest uderzające i pełne eonów, archontów, pełni, ducha, bytów i aniołów.

    Nakreślmy sobie ogólne korzenie gnostycyzmu. Wiemy już o wpływach platonizmu, ale przecież nas interesuje przede wszystkim gnostycyzm chrześcijański albo chociaż z chrześcijaństwem związany. Połączenie to jest zresztą o tyle dziwne, że zarówno w chrześcijaństwie jak i w judaizmie z którego się ono wywodzi, świat nie jest czymś złym. Tymczasem w wierzeniach gnostyckich, owszem, jest. Maintream’owi chrześcijanie i żydzi naturalnie przyznają, że świat jest pełen zła, a w życiu nie brak nieszczęść i sytuacji których chcielibyśmy uniknąć za wszelką cenę. Tyle, że natura świata nie jest zła, a zło nie jest czymś przyrodzonym. Za większość zła odpowiadają zresztą ludzie, których postępki niweczą dobro jakie Stwórca tchnął w stworzenie. Tymczasem u gnostyków świat materialny po prostu jest zły. Jak godzili kwestie Boga- Ojca i Jezusa z tymi poglądami?

    Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy cofnąć się do tradycji żydowskiej. Żydzi wierzyli, że są narodem wybranym przez Boga, że łączy ich specjalna z nim więź i Bóg broni i prowadzi swój lud. Jako przykład takiego myślenia można wziąć choćby jeden z żydowskich mitów założycielskich, a mianowicie ten o Mojżeszu i niewoli egipskiej. Chcąc wyzwolić swoich podopiecznych, Jahwe kilkukrotnie interweniował zabijając wielu Egipcjan. Kto nie spał na religii w szkole wie, że w tym micie Bóg potrafił zabić niewinne egipskie dzieci żeby zmusić faraona do podjęcia decyzji korzystnej dla Żydów. W drodze z Egiptu Mojżesz, w imieniu całego narodu, przypieczętował sojusz z Bogiem.

    W miarę upływu czasu Żydzi doświadczali jednak innych nieprzyjemności a Bóg jakoś nie palił się do pomocy. Dlaczego? Wielu, nie wyłączając proroków, miało gotową odpowiedź na to pytanie- otóż Żydzi obrazili Boga swoimi grzechami a to stawiało przymierze jakie z nim zawarli pod znakiem zapytania. Jedynym wyjściem z sytuacji było posypanie głowy popiołem i powrót do życia według boskich nakazów. Co jednak gdy mimo pokut i poprawy Bóg nadal pozostawał głuchy na potrzeby swojego ludu? I jak przekonanie o karze i nagrodzie w życiu ma się do faktu, że wielu dobrych ludzi cierpi a wielu złych zażywa przyjemności?

    I tutaj z pomocą przychodzi apokaliptycyzm, jeden z nurtów jakie narodziły się w tradycji żydowskiej. Wydaje się, że w pełni rozwinął się w czasach gdy Judea była częścią państwa Seleucydów, którzy prześladowali Żydów za bycie Żydami. Prowadziło to do powstania nie lada łamigłówki- skoro jesteśmy prześladowani za bycie Żydami, czyli życie zgodnie z wolą Boga, to przecież zła jakie nas spotyka nie można wytłumaczyć grzeszeniem przeciwko Bogu. Zwolennicy apokaliptycyzmu mieli gotową odpowiedź: Bóg i jego stworzenie są dobre, ale zło i cierpienie dotyka nas gdyż istnieje Szatan, który nienawidzi dzieł bożych i ze wszystkich sił stara się je zniszczyć i im zaszkodzić.

    Apokaliptycy utrzymywali jednak, że jest to stan tymczasowy i już za chwilę, za chwileczkę Bóg dokona pomsty na prześladowcach jego ludu. Apokaliptycyzm święcił triumfy w czasach Jezusa i był związany z zapowiedzią pojawienia się mesjasza, który pokona i ukarze butnych Rzymian. Wielu uczonych twierdzi zresztą, że Jezus był pod wpływem tego ruchu i na przykład Ehrmann nazywa go „najsłynniejszym żydowskim apokaliptykiem”. Co jednak gdy zapowiedziana apokalipsa nie nadchodzi, a kolejne pokolenia, mniej lub bardziej żwawo, hasają po świecie?

    I tutaj pojawiają się gnostycy uzbrojeni w platońskie podejście do świata materialnego. Otóż- między tym, że Bóg jest dobry i chce dla nas najlepszego a faktem, że cierpimy i doświadczamy zła nie ma sprzeczności. Po prostu bóg- stwórca, panujący nad tym światem nie jest Bogiem, tylko kolejnym bożkiem, podobnym do Zeusów i innych Saturnów, okrutnym, raptownym i bardzo ludzkim w swoim zachowaniu. Gnostycy zdają się mówić: „Nie wierzycie? Sprawdźcie Biblię, sami zobaczcie co ten demiurg Jahwe wyprawiał z ludźmi”. Zdaniem gnostyków Jezus był Synem Bożym, ale nie tego starotestamentowego mściwego bożka, ale prawdziwego, najwyższego Boga (kłania się Platon), tego który nie mógł patrzeć na katusze ludzkości i dlatego posłał cząstkę swojej boskości aby pobudzić dusze ludzi i umożliwić im zbawienie.

    I tak, mniej więcej, wiemy już w jaki sposób wyewoluowało gnostyckie podejście do świata i życia- z nałożenia się na siebie idei zawartych w platonizmie i apokaliptycznej tradycji żydowskiej. Oczywiście nie znaczy to, że nie było innych wpływów. Dualizm w końcu nie był oryginalnym wymysłem Platona tylko cechą wielu religii bliskowschodnich. I tak wracamy do źródeł. Sytuacja którą opisałem kilka akapitów wyżej trwała przez stulecia, aż do pamiętnego 1945 roku i odkrycia pism gnostyckich w Nag Hammadi. Było to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii badań nad wczesnym chrześcijaństwem, porównywalne chyba tylko do odkrycia Zwojów Morza Martwego.

    Przez wiele lat badacze mieli spory problem z badaniem gnostyków bo brakowało wiarygodnych źródeł które mogły by nam dać sensowny wgląd. Większość materiałów którymi dysponowali, pochodziła z pism ich przeciwników. Mam tutaj na myśli: „Odparcie wszelkich herezji” Hipolita Rzymskiego, „Przeciw herezjom” Ireneusza z Lyonu oraz kilka prac Tertuliana wymierzonych w heretyków. Nie trudno się domyśleć, że budowanie rzetelnego obrazu czegokolwiek, zwłaszcza ruchu religijnego, na bazie tekstów pisanych przez jego krytyków jest bardzo karkołomnym przedsięwzięciem, a jego ewentualne efekty muszą być traktowane mocno sceptycznie. W XVIII i XIX wieku odkryto kilka zwojów gnostyckich, ale nie odcisnęły one dużego piętna na studiach tego zagadnienia.

    Przełom nastąpił w 1945 roku. Grupce niepiśmiennych rolników w trakcie prac polowych udało się odkryć zapieczętowany słój. Po długich perypetiach (historia odkrycia jest niemal tak ciekawa jak to co odkryto) okazało się, że słój zawiera trzynaście kodeksów w których zapisano 52 dzieła, głównie gnostyckie. Językiem wszystkich źródeł jest koptyjski, egipski zapisywany greckim alfabetem. W skład „biblioteki” wchodzą takie teksty jak Ewangelia Tomasza, Ewangelia Prawdy, Apokryfon Jana, Ewangelia Filipa czy Ewangelia Egipcjan. Gdybyśmy mieli wymieniać wszystkie teksty nie starczyłoby tutaj miejsca, kto ciekawy niech sprawdzi, choćby na angielskiej Wikipedii. W przyszłości na pewno omówimy Ewangelię Tomasza, ale to w osobnym tekście.

    Odkrycie to było przełomem, bo w końcu pozwoliło poznać gnostycyzm z perspektywy samych gnostyków, a nie ich proto- ortodoksyjnych przeciwników. Okazało się na przykład, że wielu tak zwanych „gnostyków” miała mało wspólnego z tym co my rozumiemy jako gnostycyzm. Ba! Przy odrobinie dobrych chęci można by ich zaliczyć nawet do autorów ortodoksyjnych. Uczeni przypuszczają, że do zakopania zwojów doszło w IV wieku i miało ono związek pojawieniem się kanonu Nowego Testamentu i zabiegami Atanazego z Aleksandrii, które miały na celu jego upowszechnienie na terenie Egiptu. Jego wprowadzenie niejako z automatu czyniło wszystkie inne pisma heretyckimi. Ktoś (prawdopodobnie mnisi z pobliskiego klasztoru) uznał jednak, ze dzieła które nie pasowały do kanonu są cenne i aby nie dopuścić do ich zniszczenia, zapieczętował je i ukrył.

    Nie oznacza to jednak, że odkrycie z Nag Hammadi cudownie rozwiązuje wszystkie problemy z gnostycyzmem. Jak już wspominaliśmy- większość tekstów była pisana w skomplikowany sposób, pozostawiający szerokie pole do interpretacji. Wiemy zatem co w nich jest (to znaczy nie zawsze, bo niektóre z nich występują tylko jako fragmenty), ale nie wiemy jak teksty te były interpretowane przez samych gnostyków. Ponadto nie dają nam one całościowego spojrzenia na zjawisko, na podobnej zasadzie jak artykuł na temat Mistrzostw Świata w piłce nożnej zakłada, że czytelnik wie o jaką stawkę toczy się gra, jakie są najbardziej utytułowane drużyny, na czym piłka jako dyscyplina polega itd. Podobny problem występuje tutaj. Nie ma jednak co narzekać, bo z biblioteką z Nag Hammadi i tak wiemy znacznie więcej niż bez niej.

    W co zatem wierzyli gnostycy? Oczywiście odpowiadając na to pytanie musimy pamiętać, że „gnostycyzmów” było wiele. Dość już jednak zastrzeżeń, miejmy je wszystkie z tyłu głowy, ale czas najwyższy przejść do rzeczy. Gnostycy wierzyli zatem w Najwyższego Boga, absolutnie perfekcyjnego, niemożliwego do pojęcia, zrozumienia i pełnego poznania. Ten Bóg, ze sobie tylko znanych powodów, stworzył duchową rzeczywistość w której istniał tylko on. No nie do końca. Skoro istniał to znaczy, że istniało Istnienie, skoro stworzył to istniało Stworzenie, a skoro myślał to istniało Myślenie i tak dalej. Rzeczy te stały się niejako emanacjami Najwyższego Boga a gnostycy nazwali je eonami. Z eonów tych zaczęły wyłaniać się inne byty, które zasiedlały kolejne (i wciąż tworzące się) poziomy duchowej rzeczywistości.

    W tym momencie mity kosmogoniczne zaczynają się rozjeżdżać i każdy nieco inaczej tłumaczy powstanie materialnego świata, aczkolwiek wszystkie przedstawiają je jako tragedię która doprowadziła do uwięzienia idealnego ducha w niedoskonałej materii. Tutaj przedstawię opowieść zawartą w Apokryfonie Jana, jednym z dzieł które odnaleziono w Nag Hammadi. Autor przedstawia się jako Jan, syn Zebedeusza. Tekst przedstawia wizję jaką autor otrzymał przebywając na jednej z judejskich pustyni, niedaleko Jerozolimy. Rzekomy Jan twierdzi, że wizja pochodzi od Chrystusa, który także jest w niej obecny jako Niewidzialny Duch, byt istniejący poza ramami stworzenia (cokolwiek to oznacza).

    Jan poznaje prawdę niejako poprzez myśli które przekazuje mu Chrystus (też nie do końca wiemy co to oznacza). Personifikacją jednej z tych myśli jest byt nazywany Barbelo, będący pośrednikiem między Niewidzialnym Duchem a resztą istnienia. Za chwilę pojawia się kolejny byt, Perfekcyjny Człowiek, Adamas, będący pierwowzorem całego stworzenia. Obok niego występują inne eony, a wszyscy żyją w duchowej rzeczywistości, gdzie panuje Niewidzialny Duch i Barbelo, zapewniający idealną harmonię. Sielanka trwa aż do pojawienia się eonu Mądrości, która lubi sprawiać problemy i łamie konwenanse i schematy. Jej myśli doprowadzają do powstania odrębnego eonu, niejako jej dziecka. Jest ono jednak tak szkaradne, że Mądrość ukrywa je w chmurze, poza zasięgiem innych duchowych bytów.

    No i teraz robi się ciekawie bo dziecię Mądrości nazywa się Ialdabaoth, co jest tłumaczone jako Jahwe, Pan Szabatów. Dorasta on odizolowany od reszty, nieświadomy istnienia niczego poza nim samym i faktu, że jego rodzicem jest Mądrość. Żyje w złudzeniu, że jest jedynym bogiem i to nie jakimś tam bogiem, ale Jedynym Bogiem. Ialdabaoth zaczyna tworzyć własne eony i zaprzęga je do pracy a pracą tą jest tworzenie świata. Wieści o powstaniu materialnej rzeczywistości budzą konsternację wśród mieszkańców niebios. Niebianie zwodzą potomka Mądrości i dzięki ich podstępowi Ialdabaoth tchnął swego ducha w jedno ze swoich stworzeń. Istotą tą okazał się być człowiek. Szybko okazuje się, że człowiek zaczyna dorównywać swojemu stwórcy, a nawet go przewyższać. Ten próbuje wyrwać cząstkę swojej mocy, ale próba ta kończy się niepowodzeniem a jej skutkiem ubocznym jest stworzenie kobiety. Wściekły Ialdabaoth decyduje się na wygnanie ludzi z raju.

    Aby dopełnić zemsty Stwórca uwodzi Ewę, która zachodzi w ciążę i rodzi Kaina i Abla. Następnie oddaje się Adamowi i powija mu syna, Seta. Potomkowie Seta są nosicielami boskiego ducha, który Ialdabaoth tchnął w Adama. Postać Seta powtarzała się w wielu innych mitach i tekstach. Na tej podstawie część uczonych twierdzi, że w ramach gnostycyzmu można wyróżnić nurt roboczo nazywany setianizmem. Nie wiemy czy był on w jakiś sposób spójny i zorganizowany czy jedyne co łączyło poszczególnych „setian” ze sobą, było przypisywanie szczególnej roli Setowi. Jako jedyny otrzymał cząstkę boskiego ducha, a jej posiadanie było jednym z warunków dostąpienia oświecenia. W niektórych tekstach Setowi przypisuje się większe znaczenie niż Jezusowi. Setianizm jest przedmiotem sporu między badaczami i póki co brakuje zgody i konsensu w tej sprawie.

    Ok, ale wróćmy do naszej historii. Demiurg (po grecku „stwórca”) stara się za wszelką cenę zniszczyć ludzi i odzyskać utraconą cząstkę swojej mocy. Dlatego też zsyła na ludzi plagi, potopy, wojny, rzezie i co tam jeszcze. Inne eony, powodowane współczuciem, interweniują po stronie ludzi za sprawą Barbelo, który jako Opatrzność kieruje nimi tak, aby wybawić ich z opałów. I tak na przykład gdy demiurg zsyła potop, Barbelo objawia to Noemu i każe mu zbudować Arkę. Barbelo stara się podtrzymać w ludzkości pamięć o jej prawdziwym pochodzeniu i to, że nie należą oni do materialnego świata, a do niebiańskiej, wyższej rzeczywistości.

    Opisana tutaj historia jest bardzo ciekawym miksem mitologii żydowskiej, chrześcijańskiej i wierzeń platoników. Gnostycy, w przeciwieństwie do Marcjona, nie odrzucali kanonu pism żydowskich, interpretowali je tylko po swojemu, jako historię zmagań potomków Adama i Seta z demiurgiem, który na pewnym etapie wmówił ludziom, że jest Jedynym Bogiem. Nie jest to jedyna historia jaką opowiadali sobie gnostycy, znaczna większość z nich ma jednak punkt wspólny: stworzenie było złe z samego założenia a dobro występowało na świecie tylko dlatego, że niebiańskie siły wrobiły Ialdabaotha w podzielenie się z człowiekiem boskim duchem. Zadaniem człowieka było uwolnienie się z materialnego więzienia i powrót do czystej, prawdziwej, duchowej rzeczywistości.

    Żeby jednak było to możliwe koniecznie jest posiadanie wiedzy, gnosis. W jednym z tekstów odnalezionych w Nag Hammadi, Jezus mówi do swojego rzekomego brata, Judy Didymusa Tomasza (czasem utożsamianego z apostołem o tym imieniu): „gdy mi towarzysz, mimo, że nie rozumiesz to tak naprawdę już zrozumiałeś i dlatego będziesz nazwany Tym Który Zna Siebie. Ten bowiem kto nie zna siebie nic nie wie, a ten który poznał siebie wie już wszystko”. W chrześcijańskim gnostycyzmie tym który oświeca jest Chrystus. Tu pojawia się jednak kolejny problem, bo skoro Chrystus jest wysłannikiem prawdziwego Boga, to jak znalazł się w materialnym świecie? Przecież to niemożliwe żeby coś tak doskonałego chciało przywdziewać tak niedoskonałą (i złą, koniecznie pamiętajmy, że złą) materię.

    Część gnostyków głosiła poglądy podobne do Marcjona, według którego Jezus nie był człowiekiem, tylko, dzięki swoim nadprzyrodzonym mocom, wydawał się nim być. Po wypełnieniu misji i pobudzeniu boskiej mocy zawartej w części ludzkości powrócił tam skąd przyszedł. Inni jednak byli zdania, że Chrystus był boskim duchem który opętał Jezusa- człowieka i użył go jako swojej marionetki. Poglądy na naturę samego Jezusa różniły się. Niektórzy widzieli w nim zwykłego człowieka, inni jednak twierdzili, że musiało w nim być coś wyjątkowego, skoro to go wybrał Chrystus. Pojawiły się na przykład teorie, że Jezus miał nie-materialne ciało. Teoria z opętaniem przez boskiego ducha tłumaczyła także zmartwychwstanie- jako ponowne wstąpienie Chrystusa w martwe ciało Jezusa.

    Tak czy inaczej gnosis jaką przyniósł ze sobą Chrystus była niezbędna do prawdziwego zbawienia. Jak już kilkukrotnie wspominaliśmy, będzie ono udziałem tylko nielicznych. Dlaczego? Otóż gnostycy wierzyli, że jest kilka typów ludzi. Jeden z poglądów głosił, że istnieją trzy typy. Pierwszy typ to dzieła demiurga, pozbawione cząstki boskości, nie różniące się niczym od innych zwierząt. Drugi typ to ludzie posiadający jakąś formę duszy, ale nieożywionej boską mocą. Tacy ludzie mieli szansę na życie wieczne, jeśli wierzyli i czynili dobro. Trzecia grupa to duchowa elita, gnostycy, ci którzy dzięki boskiej mocy znają prawdziwą naturę świata i pewnego dnia powrócą do swojej duchowej ojczyzny.

    Skoro materia jest zła i jest więzieniem dla ducha, to co z ciałem? Częstym zarzutem jaki padał ze strony przeciwników gnostycyzmu jest ten o rozwiązłość i libertyńskie podejście do życia. Skoro ciało, a więc materia, nie ma żadnego znaczenia, to co za różnica jak nim rozporządzamy? Na tyle ile się jednak orientujemy, większość gnostyków miała podejście dokładnie odwrotne od tego które przypisywali im krytycy. Analiza tekstów z Nag Hammadi wskazuje, że gnostycy preferowali ascetyczny tryb życia. Czy Tertulian, Ireneusz i inni bezczelnie kłamali? W końcu zarzut o „złe prowadzenie się” był często wykorzystywany przez stronę A w celu zaszkodzenia stronie B. Sami chrześcijanie byli oskarżani przez pogan o niemoralność i wyuzdanie. Być może kłamali świadomie, być może opinię o gnostycyzmie wyrobili sobie na podstawie innych sekt, które miały bardziej zabawowe podejście do kwestii cielesnych.

    Kolejną ciekawą kwestią jest analiza wspólnot gnostyckich. Ciekawą bo wydaje się, że często nie były to żadne wspólnoty i w przeciwieństwie do innych “heretyków”, takich jak ebionici czy marcjonici, gnostycy niekoniecznie tworzyli swoje grupy. Wydaje się, że wielu gnostyków należało do proto- ortodoksyjnego chrześcijaństwa lub innych większych wspólnot. Po prostu uważali się za duchową elitę tychże grup, tych którzy posiedli gnosis, przeznaczone tylko dla nich, nie dla szeregowych współwyznawców. Gnostycyzm niekoniecznie był nastawiony misyjnie, często wręcz przeciwnie- wtajemniczeni na co dzień brali udział w życiu swoich wspólnot a swoje przekonania zostawiali dla siebie, albo dla wąskiego kręgu innych „oświeconych” z którymi czasem spotykali się na jakichś tajemnych rytuałach. To, że mieli swoje obrządki poświadcza na przykład Ewangelia Filipa.

    Wspominałem już o źródłach pisanych przez proto- ortodoksów i teraz się nimi zajmiemy bo są one ciekawe w kontekście tego jak inni chrześcijanie mogli patrzeć na swoich gnostyckich współwyznawców. Oczywiście uważali ich za heretyków i krytykowali. Najczęściej przewijającą się krytyką było zauważenie, że gnostycy niejako „na siłę” komplikowali swoje pisma, mitologizowali i używali mnóstwa zbędnych ozdobników. No, w skrócie uprawiali takie literackie Bizancjum, jakby koniecznie chcieli pokazać, że są kumaci, oświeceni i w ogóle, nie to co cała reszta. Pisarze proto- ortodoksyjni ukazywali swoją wersję chrześcijaństwa jako tę prawdziwą właśnie dlatego, że była prosta (w porównaniu go gnostycyzmu), nie dzieliła włosa na czworo i nie chowała się po kątach.

    W skrócie: była taka jak Jezus, który też nie bał się mówić otwarcie i potrafił wyrażać skomplikowane prawdy za pomocą prostych metafor. Z tego powodu „gnosis” nie mogła pochodzić od Chrystusa. Zdaniem krytyków ojcem gnozy (i wszelkich herezji) był nie kto inny jak Szymon Mag, rywal apostołów. Ponadto oskarżano gnostyków o nienawiść do ciała, pisano o tym jak wyniszczali swoje organizmy postami i umartwianiem się. Dziwna rzecz, że byli przy tym oskarżani o niemoralne prowadzenie się. W końcu ciężko żeby umierający z głodu i wyniszczony biczowaniem się zawodnik miał siłę na cielesne swawole. Prawdopodobnie był to zarzut wysuwany niejako z przyzwyczajenie- w zasadzie każda grupa oskarżała tę drugą o niemoralność.

    Pisma proto- ortodoksów przedstawiały gnostycyzm jako osobny ruch, herezję zatruwającą umysły wiernych, rywalizującą z prawdziwym nauczaniem i zdeterminowaną żeby zdominować i wyrugować przeciwnika. Na podstawie badań i odkryć z Nag Hammadi mamy dobre powody żeby sądzić, że to nieprawda. Tutaj nie mogę nie wspomnieć o Walterze Bauerze i jego pracy Ortodoksja i Herezja we Wczesnym Chrześcijaństwie, wydanej w 1934 roku. Autor ten jako jeden z pierwszych zwrócił uwagę na niejednorodność wczesnego chrześcijaństwa i nieporozumienia wynikające z tradycyjnych wyobrażeń o kościele jako instytucji która od samego początku stała na straży ortodoksji i czystości wiary.

    Przykładem ilustrującym to o czym już mówiliśmy, to znaczy o wątpliwościach co do tego czy gnostycyzm w ogóle był czymś o czym można mówić w kategoriach zorganizowanego ruchu oraz wiarygodności informacji uzyskiwanych z analizy dzieł krytyków, może być tak zwana Ewangelia Prawdy. Przed odkryciem z 1945 roku znaliśmy ją bowiem tylko z pism Ireneusza, który odrzucał ją jako gnostycką, a jej autora przedstawiał jako zadeklarowanego gnostyka i herezjarchę. Jeden z kodeksów odnalezionych w Nag Hammadi zawierał ją jednak w całości co dało nam niepowtarzalną szansę na zweryfikowanie obrazu z dzieł Ireneusza z rzeczywistością. Okazało się, że nie jest to nawet Ewangelia, a raczej zapis rozważań autora nad znaczeniem misji Chrystusa.

    Według tego co tam czytamy istnieje jeden najwyższy Bóg, ojciec wszystkiego co żywe (brak wzmianek o jakichś innych bóstwach). Świat był pogrążony w chaosie z powodu Błędu (utożsamianego z diabłem) i ludzkich grzechów, ale przyjście Jezusa radykalnie zmieniło sytuację. Dodajmy, że Jezus z Ewangelii Prawdy jest opisany jako istota ludzka, a nie doketystyczna „zjawa”. Świat niestety nie rozpoznaje zbawiciela w Jezusie i zostaje on skazany na śmierć. Jego śmierć jest jakby ukoronowaniem misji i dzięki niej część ludzi zrozumiała, że „żyje w mroku” i jedyną szansą na zmianę jest pójście za Chrystusem. Możliwość zbawienia jest dostępna dla wszystkich, a ci którzy już o niej wiedzą są wprost zachęcani żeby dzielić się „Dobrą Nowiną” z resztą ludzkości.

    Ciężko wskazać tutaj jakieś elementy do których ktoś z grona proto- ortodoksów mógłby się przyczepić. To znaczy styl faktycznie przywodzi na myśl prace gnostyków, ale interpretacja Freemana (czyli ta którą przytoczyłem wyżej) jest jak najbardziej uprawniona. Ewangelia Prawdy została jednak uznana za heretycką przez Ireneusza, który określił ją jako niezgodną z nauczaniem apostołów. Miała być napisana przez Walentyna, który w czasach panowania Antoninusa Piusa był nauczycielem religijnym w Rzymie. Był bardzo popularny i według jednej relacji był nawet kandydatem na biskupa Rzymu. Freeman uważa, że istnieje szansa na to, że Ireneusz celowo nadinterpretował tekst Ewangelii Prawdy gdyż mógł mieć personalny konflikt z Walentynem- wiemy bowiem, że przebywał on w Rzymie w mniej więcej tym samym czasie. To jednak czysta spekulacja.

    Odkrycia i badanie tekstów samych gnostyków sprawiły, że uczeni zaczęli mocniej podważać wiarygodność źródeł ze strony proto- ortodoksyjnej. Na przykładzie Ewangelii Prawdy widać, że gnostykiem mógł zostać okrzyknięty każdy, kto z jakiegoś powodu nie pasował autorom tych dzieł i jest duża szansa na to, że wiele ruchów czy nauczycieli nie miało powiązań z innymi „gnostykami” (czyli nie tworzyło żadnego osobnego ruchu) tylko miało swoją własną, autorską interpretację chrześcijaństwa. Oczywiście wiele z tekstów którymi dysponujemy wykazuje pewne cechy światopoglądu tradycyjnie przypisywanego gnostykom, ale czy bycie doketystą oznacza zaraz bycie gnostykiem? Czy każdy dualista jest wyznawcą zoroastryzmu?

    W klasyfikowanych jako gnostyckie Apokalipsie Piotra i Pierwszej Apokalipsie Jakuba Chrystus unika ukrzyżowania. U Piotra Jezus wprost mówi, że ukrzyżowany został jego sobowtór. U Jakuba Jezus twierdzi, że nie cierpiał, a ukrzyżowanie było tylko przedstawieniem mającym obnażyć słabość i zepsucie możnych tego świata. W Dziejach Jana, również uznawanych za gnostyckie, Jezus jest przedstawiony niemal jak doppelgänger z Baldur’s Gate- przybierający różne postacie, zależnie od potrzeby. Z drugiej jednak strony w Apokryfonie Jakuba zmartwychwstały Jezus mówi apostołom, że cierpiał na krzyżu po to żeby ich odkupić. Dzieło to również zostało okrzyknięte gnostyckim mimo, iż jego autor nie podpisywał się pod doketyzmem.

    Przykład ten potwierdza to o czym pisaliśmy niemal na samym początku: że nigdy nie było żadnego gnostycyzmu w rozumieniu pisarzy proto- ortodoksyjnych, że jest to zbiorcza, sztuczna kategoria do której, na domiar złego, zaczęto szybko wrzucać wiele osób i prądów myślowych, które nie miały ze sobą wiele wspólnego. Skoro jednak nie był to formalny ruch to skąd w ogóle wzięło się to pojęcie i dlaczego istnieją punkty styczne między wieloma autorami którym gnostycyzm się przypisuje? Czemu mamy wrażenie, że był to jakiś ruch albo chociaż kilka ruchów opierająca się na mniej więcej tych samych przekonaniach? Zdaniem części współczesnych badaczy było to pokłosie konwersji wykształconych pogan, osadzonych mocno w kulturze helleńskiej.

    Byli to ludzie przyzwyczajeni do rozważań, debat i krytycznej analizy dzieł teologiczno- filozoficznych. Okres w którym żyli był czasem ożywionej debaty i daleko idących przemian w sferze religijności i duchowości. Jako, że ani instytucjonalny kościół, ani powiązana z nim „ortodoksyjna” teologia jeszcze się w pełni nie wykształciły, mieli oni duże pole do popisu i spekulacji. I stąd właśnie mógł się wziąć cały ten „gnostycyzm”. Ich idee, interpretacje i postulaty łatwiej zrozumieć gdy uświadomimy sobie, że żydowska tradycja religijna z jej pismami i zwyczajami była dla nich dziwna i pełna sprzeczności. Gnostycyzm był próbą jej reinterpretacji w duchu greckim, a może raczej helleńskim, czyli z domieszką wierzeń bliskowschodnich.

    Co mam na myśli mówiąc o sprzecznościach? Grecy nie mogli na przykład zrozumieć dlaczego Bóg na samym początku Biblii mówi na przykład: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam”. Dlaczego posługuje się liczbą mnogą? Dla umysłu osadzonego w kulturze w której mnogość bogów i półboskich stworzeń jest czymś normalnym, było jasne, że nie jest to przypadek i Bóg musiał być otoczony jakimiś innymi bytami i być może to stąd wzięły się te wszystkie eony. Platonizm ze swoją hierarchią bytów, dołożył jeszcze cegiełkę.

    Kolejną rzeczą której nie mogli pojąć Grecy był sposób przedstawienia Boga. Weźmy chociaż scenę wygnania z raju. Bóg jest tutaj przedstawiony jako mściwy zazdrośnik, który na dodatek nie potrafi przewidzieć konsekwencji własnych decyzji. Gdy człowiek sięga po zakazany owoc Bóg unosi się gniewem i wyrzuca go z raju totalnie nieprzygotowanego na wyzwania jakie stawia przed nim życie poza Edenem. Jak to możliwe, że wszechmogący, najwyższy i jedyny Bóg nie jest w stanie przewidzieć tej sytuacji a gdy już się ona zdarza, to zrzuca całą winę i karę na człowieka? Wychowany na platonizmie Grek miał duży problem żeby uwierzyć, że biblijny Jahwe miałby być Najwyższym Bytem. Stąd zapewne przekonanie o tym, że bóg- stwórca i Jedyny Bóg to nie ta sama osoba.

    Tego typu wątpliwości było więcej i teksty z Nag Hammadi obrazują zmagania się greckiego umysłu z wyzwaniami zawartymi w kształtującym się na bazie judaizmu chrześcijaństwem. Z tego punktu widzenia nie ma również nic dziwnego w dążeniu „gnostyków” do poznania sekretów świata, bo to coś co greccy filozofowie próbowali robić od bardzo dawna. Nic zatem dziwnego, że wielu konwertytów wywodzących się z bardziej wykształconych grup społecznych, przeszczepiało te idee na grunt swojej nowej religii. Zwłaszcza, że religia ta była jeszcze w powijakach i nie miała do końca zdefiniowanej doktryny. Zamiast tego wiele różnych grup rywalizowało o prymat i o to, żeby pozyskiwać wyznawców do swoich interpretacji.

    To też było najprawdopodobniej było przyczyną tak zaciętej krytyki. Ludzie wywodzący się z bardziej tradycyjnych kręgów czuli rosnące wyobcowanie i niepewność co do tego czy oni i nowi konwertyci z korzeniami w pogańskiej filozofii mają jeszcze na myśli to samo gdy mówią o chrześcijaństwie. Możliwe, że właśnie to doprowadziło do obawy i powstania wrażenia, że „gnostycy” formują swoje własne wspólnoty i chcą rywalizować ze wspólnotami do których należeli Ireneusz czy Hipolit Rzymski. Większość tekstów gnostyckich zaginęła i przez wieki byliśmy skazani na prace krytyków, stąd ten zniekształcony obraz gnostycyzmu.

    Analiza odkryć z Nag Hammadi podkopuje go- co tekst i nauczyciel to inna interpretacja „gnosis”. Wiele wskazuje na to, że żadnego gnostycyzmu nie było, że teksty i wierzenia to nie produkt grupy o koherentnych poglądach, a efekt indywidualnych zmagań helleńskiej elity intelektualnej, starającej się przetłumaczyć sobie swoją nową religię na bardziej zrozumiały dla siebie język. Konwersja nie oznaczała przecież, że neofici nagle tracili kontakt z tradycjami i sposobami myślenia w których wyrośli oni i całe pokolenia ich przodków. Ciężko wyobrazić sobie, żeby tak ludzie o tak zróżnicowanych poglądy mogli uformować jednolity ruch, nie mówiąc już o instytucjonalnym kościele. Jak takie „wspólnoty” miały by się w ogóle komunikować ze sobą albo z resztą świata?

    Problem ten dotyczył całego chrześcijaństwa. II wiek pokazał dobitnie, że jeśli miało ono przetrwać to potrzebowało instytucjonalizacji i choćby częściowej uniformizacji. I tym zajmiemy się w następnym odcinku serii. W międzyczasie jednak pojawi się dodatkowy odcinek o Ewangeliach Tomasza i Judasza, bo gnostycyzm to zbyt ciekawy i obszerny temat żeby wyczerpać go na 6 stronach A4.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Tradycyjnie proszę o zgłaszanie.

    PS.2. Tag obserwuje ponad 70 osób, ale nie wiem czy wszyscy zainteresowani przeglądają powiadomienia. Dlatego uruchamiam spamlistę, kto chętny niech się zapisuje. Link

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Zdjęcie z kodeksami odnalezionymi w Nag Hammadi
    pokaż całość

    •  

      @3shortwords: Dobra, miałem po kolei pisać odpowiedź do Twoich postów, ale w połowie zrozumiałem, że to bez sensu bo my nie mówimy o tym samym i to tylko spotęguje chaos który prowadzi do tego, że coraz bardziej zaciemnia się ten spór zamiast rozjaśniać. Zatem gwoli wyjaśnienia i od myślników bo nie chce potęgować chaosu:

      - Ten tekst opisuje ruchy gnostyckie z II wieku. II wiek to nie czasy apostolskie. TO FAKT

      - wzmianki o "fałszywych" i dziwnych naukach które komentowałem w tej serii pochodzą z ksiąg NT napisanych najpóźniej (np. List Judy) - więc wtedy są już różne wierzenia, ale to nie są czasy apostolskie, przypisywanie tych dzieł apostołom i ludziom od nich to tradycja nie znajdująca potwierdzenia w badaniach historycznych- TO FAKT

      - jest oczywiste, że w czasach apostolskich, we wspólnotach które miały z nimi styczność ciężko o płynność wierzeń, bo żyli ludzie którzy swoim autorytetem mogli wydawać wiążące interpretacje nauk Jezusa- apostołowie właśnie TO BARDZO ZASADNE I DOBRZE UGRUNTOWANE PRZYPUSZCZENIE, ŻEBY NIE POWIEDZIEĆ FAKT

      - oczywiście nie możemy wykluczyć, że już w czasach apostolskich pojawiły się grupy z inną nauką bo w końcu łatwo wyobrazić sobie sytuację w której np. Paweł nawraca jakiegoś np. kupca z Persji, który po kilku dniach słuchania o Jezusie wraca do domu w okolicach dzisiejsze Basry i nawraca swoją rodzinę i znajomych- ale, że jego pojęcie o chrześcijaństwie jest nikłe to miksuje je z innymi swoimi wyobrażeniami i starszymi wierzeniami- TO SPEKULACJA, zasadna, tłumacząca skąd się wzięły "herezje", ale nie do zweryfikowania na gruncie historii

      - skoro na przełomie I i II wieku pojawiają się na masową skale różne grupy to BYĆ MOŻE są one kontynuacjami starszych tradycji, BYĆ MOŻE sięgających nawet czasów apostolskich. TO SPEKULACJA, nie da się jej zweryfikować na gruncie historii

      - spór Pawła z Jerozolimą i wzmianki o bardzo wczesnych ewangeliach, listach etc. wskazują, że jest szansa, że nawet w najwcześniejszych czasach mogło być różne nauczenie- SPEKULACJA, niemożliwa do weryfikacji na gruncie historii

      Cały problem polega na tym, że ja (a raczej autorzy na których się opieram) w odniesieniu do czasów apostolskich piszę o spekulacjach bo nie mamy do nich źródeł co przecież PRZYZNAŁEM:

      Niestety nie wiemy prawie nic na temat sporów w I wieku, bo napisane
      wtedy ewangelie, dzieje i listy nie zachowały się do naszych czasów-
      to znaczy, tylko te które trafiły do kanonu się zachowały.

      - a Ty odczytujesz te spekulacje jako twierdzenia. I teraz jest kilka możliwości- w tekstach odcinków źle przekazałem to co chciałem przekazać (np. użyłem nieodpowiednich sformułowań) albo Ty to nadinterpretujesz. W przypadku opcji I wskaż mi fragmenty w tekstach, które można odczytać jako TWIERDZENIA, że w czasach apostolskich funkcjonowało kilka wersji chrześcijaństwa- i pisze to bez ironii bo nieprzypadkowo na koniec każdego odcinak proszę o wskazywanie błędów, niejasności etc.

      W dyskusji widzę, że przez chaotyczne pisanie faktycznie w niektórych miejscach może to brzmieć tak jakbym pisał- za apostołów NA PEWNO była konkurencja nauczająca inaczej- w takim razie obwieszczam wszem i wobec- WCALE TAK NIE MYŚLĘ, NIE MA ŹRÓDEŁ KTÓRE MOGŁYBY TO UDOWODNIĆ/OBALIĆ WIĘC HISTORIA NIC NIE MOŻE TU ZROBIĆ- pozostaje nam spekulacja której żadną miarą nie można brać za więcej niż właśnie spekulację.

      Źródła na których można oprzeć twierdzenia o wielości pojawiają się po czasach apostolskich, koniec I wieku, początek II- to FAKT.

      Ja przez całą te dyskusję myślałem, że Ty piszesz o gnostykach, sektach judeochrześcijańskich, no jednym słowem o ruchach chrześcijańskich/ okołochrześcijańskich z przełomu wieków i później i, że to im zaprzeczasz, a tutaj już płynność chrześcijaństwa nie jest spekulacją tylko FAKTEM- bo wiemy, że takie ruchy istniały, miały odmienne nauczanie, poglądy, korzenie, tradycje etc.

      W odpowiedzi na to proto- ortodoksi zwarli szeregi i podjęli próbę ujednolicenia wierzeń, zakończoną w pi razy drzwi w okolicach IV wieku.

      Myślałem tak bo ja cały czas dawałem przykłady z II, III i IV (Serapion, Ireneusz, gnostycy etc.) wieku i myślałem, że to z nimi dyskutujesz i je odrzucasz.

      Ponawiam prośbę o wskazanie mylących określeń w tekście, żebym mógł je poprawić.
      pokaż całość

      +: a.........5, 3.........s +1 inny
    • więcej komentarzy (48)

  •  

    W dzisiejszym odcinku nakreślimy sobie trochę sytuację w jakiej żyli chrześcijanie w II wieku i problemy z jakimi się borykali. Będzie trochę o cesarstwie, konwersji i dużo o stosunkach z Żydami, bo stulecie to było kluczowe w wyodrębnieniu chrześcijaństwa jako samodzielnej religii. Chrześcijaństwo nie operowało w próżni i musimy co nieco wiedzieć o wydarzeniach w Cesarstwie w II wieku. Jest to okres w którym zatrzymuje się rzymska ekspansja na szeroką skalę. Symbolem tej zmiany jest Wał Hadriana, obrazujący zmianę polityki z ekspansywnej na skupioną na obronie granic. Hadrian jest również dobrym przykładem na rzymską fascynację helleńskim Wschodem. Był on częstym gościem greckich miast gdzie lubił wdawać się w debaty z filozofami i ludźmi kultury.

    Różnice między grupami wczesnochrześcijańskimi były już wielokrotnie przywoływane, ale warto zrobić to po raz kolejny żeby zwrócić uwagę, że wynikało to nie tylko z płynności doktryny chrześcijańskiej, ale także z charakteru cesarstwa. Często wyobrażamy sobie Imperium Romanum jako wysoce scentralizowane i zbiurokratyzowane państwo. Współcześni historycy lubią jednak podkreślać, że w rzeczywistości była to wspólnota ośrodków miejskich, a ciężar administracji i utrzymania spoczywał raczej na elitach lokalnych. Cesarstwo było zatem wielkim klasterem różnych kultur, sposobów uprawiania polityki, warunków ekonomicznych, religii, idei i języków- trwającym w jako takim sojuszu, który póki co opłacał się wszystkim albo chociaż większości (mniej lub bardziej).

    W II wieku chrześcijaństwo na dobre wyszło poza swoje tradycyjne mateczniki i zanurzyło się w kulturze helleńskiej. Wcześniejsze prace przedstawiały pogląd, iż kultura ta w II wieku znajdowała się w kryzysie. Opinię taką wyrażał między innymi Edward Gibbon, autor absolutnego klasyka „Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego” i była ona powszechna. Z nowszych badań wyłania się jednak inny obraz wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. Grecka kultura nadal była ekspansywna, świeża i buzowała nowymi pomysłami. Oczywiście świat helleński znajdował się wówczas pod kontrolą Rzymian, ale zdobywcy
    cenili sobie jego osiągnięcia i jeśli chodzi o kulturę to raczej oni byli pod wpływem Greków niż Grecy pod ich.

    Część historyków uważa nawet, że II wiek to okres w którym hellenizacja Wschodu dokonywała się jeszcze szybciej i miała większy zasięg niż za Aleksandra czy jego diadochów. Część zachodnia Cesarstwa, zwłaszcza Italia, również znajdowały się pod jej wpływem. Chrześcijaństwo nie mogło być wyjątkiem. Z czego wynikała ta siła oddziaływania? Między innymi z przejęcia i upowszechnienia przez Rzymian i innych mieszkańców cesarstwa greckiej paidei- modelu dobrego wychowania, edukacji i postępowania. Studiowanie greckich pisarzy i filozofów było nieodłączną częścią tego procesu. Paradoksalnie, rzymskie panowanie na Wschodzie zamiast latynizacji przyniosło dalszą hellenizację- zwłaszcza w Azji Mniejszej.

    Jest to dla nas o tyle ważniejsze, że ten obszar Cesarstwa stał się areną chrześcijańskiej ekspansji. W 111 roku Trajan wysłał Pliniusza aby ten przyjrzał się sytuacji w Azji Mniejszej. Do Rzymu regularnie napływały bowiem skargi na nadużycia gubernatorów, łapówkarstwo, prywatę, marnotrawienie podatków etc. Pliniusz napotkał także na chrześcijan, a z jego korespondencji wiemy, że nie bardzo orientował się jak podejść do sprawy. Obraz wspólnot z jakimi miał kontakt jest ciekawy- Pliniusz widzi ich jako odrębną grupę, nie ma wzmianek o żydowskich korzeniach. Donosi także, że członkowie tego dziwnego kultu są rozsiani po rzymskich prowincjach i można ich znaleźć w każdym mieście, miasteczku a nawet na wsiach. Konwertytów rekrutują ze wszystkich klas społecznych.

    Pliniusz donosił, że w trakcie przesłuchań chrześcijanie zaprzeczali jakoby ich działalność była wywrotowa albo mogła powodować negatywne konsekwencje. Z jego relacji wynika, że chrześcijanie spotykali się raz w tygodniu. W trakcie spotkania oddawali cześć Chrystusowi i składali przysięgi, że będą wystrzegać się złych uczynków. Oprócz tego organizowali także uczty zwane eucharystiami. Władze rzymskie zakazały tych aktywności podejrzewając, że mają one charakter polityczny. Trajan nakazał Pliniuszowi rozwagę w obchodzeniu się z chrześcijanami- ci którzy oddali hołd bogom lub wycofali się ze swoich wierzeń powinny
    być puszczeni wolno.

    Dlaczego władze rzymskie w ogóle interesowały się faktem istnienia tych wspólnot i czemu miały z nimi problem? No cóż… wbrew obiegowej opinii antyk nie był epoką racjonalnych mędrców spacerujących po ogrodach i prowadzących uczone dyskusje na ważkie tematy. To znaczy, tacy też byli, ale kultura, organizacja społeczna i polityczna starożytnych społeczności była przesiąknięta magią, kultami i irracjonalizmem do szpiku kości.

    Wulgaryzując i upraszczając- tradycyjne wierzenia grecko- rzymskie zakładały, że świat istnieje ponieważ taka jest wola bogów. Dopóki ludzie czczą bogów i składają ofiary, dopóty panuje Pax Deorum i bogowie nie mają powodu aby niszczyć świat. Jeśli jednak ktoś obrazi bóstwa, mogą one szybko zmienić zdanie- chrześcijanie którzy odmawiali czci bogom byli więc nie jakąś tam sektą z egzotycznymi, dziwnymi wierzeniami tylko zagrożeniem dla samego trwania świata. Dość powiedzieć, że w starożytnych polis za ateizm karano śmiercią i było to jedne z najcięższych oskarżeń i stało się niejako rytualną obelgą. Na marginesie: chrześcijanie byli często oskarżani o ateizm.

    Obiegowa opinia mówi także o tym, że Rzymianie byli tolerancyjni wobec innych ludów i ich wierzeń. O ile na poziomie państwa była to prawda (no chyba, że daną grupę wyznaniową postrzegano jako potencjalne zagrożenie tak jak w przypadku chrześcijan) o tyle Rzymianie (chodzi o osoby wychowane w kulturze łacińskiej, a nie o wszystkich obywateli Rzymu) często pogardzali innymi wierzeniami. Wystarczy poczytać co autorzy tacy jak np. Tacyt pisali o judaizmie czy kulcie Serapiona w Egipcie. Dla łacińskiej elity było to coś nielicytującego z ich statusem a kulty takie nazywali zabobonami (superstitio) i traktowali bardzo podejrzliwie.

    To jednak nie koniec listy przewin. Za panowania Trajana uważano, że cesarze są w jakiś sposób związani z bogami. Jeśli ktoś nie oddawał czci bogom był podejrzany o nielojalność wobec władzy. Tytułowanie Chrystusa królem również nie budziło ciepłych skojarzeń u Rzymian. Dodajmy do tego, że na Chrystusa wyrok wydał przedstawiciel oficjalnych władz cesarstwa, uznając go tym samym za buntownika. Tytuł mesjasza, który był przez władze rzymskie utożsamiany z wiszącym w powietrzu powstaniem żydowskim, też nie brzmiał zachęcająco. I tak oto sam fakt bycia chrześcijaninem czynił danego osobnika wywrotowcem.

    To wszystko nie znaczy jednak, że popularne wyobrażenia o prześladowaniu chrześcijan są prawdziwe. Gdy pojawia się taki temat w kontekście rzymskim wiele osób myśli, że były to działania zakrojone na szeroką skalę, scentralizowane i przeprowadzane z dużą dokładnością. Trochę pokutuje tutaj mit o którym już wspomniałem, a który utożsamia Rzym z nowoczesnymi biurokracjami. Tak naprawdę natomiast o większych, masowych prześladowaniach można mówić dopiero od III wieku. Z poprzedniego odcinka wiemy, że już w I wieku nie było łatwo, ale były to raczej lokalne problemy. Antychrześcijańskie edykty często łagodzili rzymscy gubernatorzy, zdecydowanie skłaniających się do zdania, że lepiej nie szukać problemów z lokalną ludnością dopóki grzecznie płaci podatki. Większość problemów wynikała raczej z konfliktów jakie rodziły się między chrześcijanami, a innymi grupami, które oskarżały ich o bezbożność, ateizm i inne takie.

    Jeśli w I wieku, a przynajmniej przez jego znaczną część, ciężko mówić o chrześcijanach jako oddzielnej grupie to źródła z II wiek rysują zupełnie inny obraz. Chrześcijanie byli postrzegani jako samodzielny ruch i byli obecni w wielu miejscach. Nie wiemy za bardzo w jaki sposób dokonywała się ekspansja. Chrześcijańskie źródła z IV wieku przypisują sukces wędrownym kaznodziejom, którzy dzięki spektakularnym cudom byli w stanie nawracać całe społeczności. Powstało na ten temat wiele legend, jak na przykład ta z apokryficznych Dziejów Jana. Według opowieści gdy apostoł nauczał w Efezie poruszył także temat lokalnej świątyni Artemidy i powiedział, że zamieszkuje ją demon. W tym momencie budynek świątynny rozpadł się na kawałki i runął. Zgromadzeni słuchacze natychmiast uznali prawdziwość nauk Jana i nawrócili się.

    Oczywiście opowieść ta, podobnie jak wiele innych jest czystą fantastyką, ale nie trudno wyobrazić sobie, że wędrowni misjonarze odegrali jakąś rolę w procesie konwersji innowierców na chrześcijaństwo. Potwierdza to zresztą Celsus, krytyk wczesnego chrześcijaństwa oraz teksty apokryficzne z II I III wieku. Jasne, że są one odrzucane przez badaczy jako rzetelne źródła odnośnie początków chrześcijaństwa i doktryny, ale są istotne jeśli chodzi o dokumentowanie życia, sposobów działania i myślenia wspólnot w których powstały i funkcjonowały. Na podobnej zasadzie jak fantastyczne teorie Kadłubka o pochodzeniu Polaków ciężko traktować jako poważne źródła odnośnie samego pochodzenia, ale są cenne jeśli szukamy informacji jak ówcześnie żyjący wyobrażali sobie swoją przeszłość i korzenie.

    Z tych fantastycznych i apokryficznych opowieści o misjach wyłania się następujący wzorzec- apostoł przybywa do miasta, naucza i nawraca jakąś grupę. W jej skład wchodzi zazwyczaj kobieta z warstw wyższych. Często dochodzi do konfliktu między nią a jej mężem gdyż odmawia ona współżycia. Wściekły mąż wymaga na władzach aresztowanie i skazanie apostoła. Jest on przedstawiony jako burzyciel porządku, ktoś kto występuje przeciw utartym schematom. Jednym z najciekawszych tego typu utworów są Dzieje Pawła i Tekli. Opowiadają one historię Tekli, a więc kobiety, uczennicy świętego Pawła. W wielu kręgach były odczytywane jako legitymizujące kobiety w rolach kapłanów i z tego powodu spotkały się ze zdecydowaną krytyką ze strony proto- ortodoksów. Mimo to były popularne i czytano je po syriacku, łacinie i grecku. Jak coś chętnie opiszę je szerzej bo Ehrmann poświęca im cały podrozdział.

    Wspólnoty tworzone przez charyzmatycznych, wędrownych misjonarzy musiały być jednak mało stabilne i bardzo plastyczne. Jak bumerang wraca tutaj kwestia płynności chrześcijaństwa, znana nam już aż za dobrze z I stulecia. Nie znaczy to jednak, że nie mogły przetrwać. Możemy odwołać się do lepiej poznanych i bardziej współczesnych przykładów, jak choćby kimbangiści. Nie będę się tutaj o nich rozpisywał gdyż zrobił to już kolega @luvencedus w jednym z wpisów z serii „Dasz wiarę?”- serdecznie polecam. Na każdą historię sukcesu przypadało jednak zapewne wiele porażek. Zapewne wiele z tych wspólnot szybko się rozpadła.

    Studia nad konwersjami i religijnością są w ogóle bardzo trudne gdyż są to bardzo indywidualne sprawy. Literatura wczesnochrześcijańska wyróżniała kilka modeli takich jak: nawrócenie poprzez bezpośredni i niespodziewany kontakt z Bogiem, czego przykładem był Paweł; nawrócenie poprzez styczność z misjonarzem obdarzonym łaską czynienia cudów, czego przykłady mamy we wspomnianych już źródłach; w końcu nawrócenie w wyniku wewnętrznych poszukiwań i odkrywania samego siebie, jak na przykład Augustyn. W literaturze o wiele częściej jednak sięgano po motyw konwersji jako „prawdy uderzającej prosto między oczy” prawdopodobnie po to aby wyróżnić chrześcijaństwo z grona innych wierzeń i podkreślić jego rewolucyjność.

    No właśnie, inne grupy- chrześcijaństwo nie działało przecież w próżni.Tradycyjnie ukazuje się je jako całkowicie nową jakość, coś czego świat antyczny nigdy wcześniej nie zaznał. Tymczasem jednak, gdy porównamy je do innych, współczesnych mu wspólnot wychodzi, że nie jest to do końca prawda. W tamtych czasach istniało wiele podobnych ruchów religijnych z rytuałami inicjacyjnymi, wspólnymi posiłkami, cyklicznymi spotkaniami, mistycyzmem, czekaniem na apokalipsę czy nawet kultem jednego boga.

    Tak, jeden bóg nie był unikalną cechą wierzeń żydowskich i chrześcijańskich. W wielu wierzeniach pogańskich również pojawiła się idea najwyższego bóstwa, które jednak było tak abstrakcyjne i odległe, że nie dało się go inaczej poznać jak poprzez pośredników- boskie emanacje, anioły, proroków etc. Pochówki pogańskie z omawiangeo okresu mają często inskrypcje dedykowane „theos hypsistos”, „najwyższemu bogu”. Przyjęcie chrześcijaństwa przez pogan nie musiało być zatem taką rewolucją jak na pierwszy rzut oka mogłoby się nam wydawać.

    Wydaje się zresztą, że kształtujący się kościół nie ułatwiał tego procesu i nie zależało mu wcale na tym żeby jak najszybciej nałapać jak najwięcej wiernych. Poświadczają to rozliczne dokumenty dotyczące konwersji. I tak na przykład dwa źródła z łacińskich wspólnot żyjących w III wieku w Rzymie i Kartaginie opisują przebieg zostawania chrześcijaninem- chętny musi stawić się przed komisją i potrzebuje kilku świadków, którzy poświadczą czystość jego zamiarów. Jeśli wykonuje zawód wymagający brania udziału w pogańskich rytuałach, musi z niego zrezygnować. Następnie następuje trzy letnia nauka i instruktarz, w trakcie których katechumen (osoba chcąca dołączyć do wspólnoty) musi prowadzić przykładne życie. Dopiero potem może dostąpić chrztu.

    Wszystko ładnie i pięknie tylko dlaczego w ogóle ktoś mógłby chcieć przyjąć chrześcijaństwo? Jest to jak najbardziej zasadne pytanie, ale kwestia znalezienia odpowiedzi to już inna sprawa. Uczciwiej będzie powiedzieć, że nie dysponujemy przekonywującym wyjaśnieniem dla wszystkich przypadków. To znaczy uczeni twierdzą, że znają kilka dobrych powodów, ale to zasługuje na oddzielny odcinek. Tutaj ograniczymy się tylko do stwierdzenia, że wielu ludzi znajdowało dobre powody i chrześcijaństwo szerzyło się jak pożar. W różnych kulturach wyglądało to inaczej ale zasadniczo najwięcej wyznawców rekrutowało się ze Wschodu. Nie byli to jednak tylko Grecy, nowa religia przenikała także do innych miejscowych kultur, jak na przykład do syriackiej czy koptyjskiej. Dało to początek kilku różnym, odrębnym tradycjom, które swego czasu były bardzo wpływowe mimo, że dzisiaj są praktycznie nie znane wśród Europejczyków.

    Syriaccy misjonarze nie próżnowali i działali także po za granicami swoich mateczników, z których najważniejszymi były Edessa i Nisibis. Działali na przykład w Armenii (tej historycznej, o wiele większej, nie ograniczającej się do tego co dzisiaj znamy jako Armenię) i to na tyle skutecznie, że na samym początku IV wieku król Tridates III przyjął chrzest. Docierali także do Aksum w dzisiejszej Etiopii, którego władcy również ochrzcili się w pierwszej połowie IV wieku. Ożywiona działalność misyjna doprowadziła do takiego rozrostu, że z czasem chrześcijaństwo syriackie rozpadło się na dwa nurty- wschodni i zachodni.

    Bazą zachodniego była Syria a wschodniego Asuristan, północna część dzisiejszego Iraku. Obydwie te tradycje prowadziły misje nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i Środkowym a nawet Dalekim. I tak na przykład wiemy, że w Persji w 235 roku działało 20 biskupstw. Mniej więcej w tym samym okresie chrześcijanie perscy zanieśli swoją religię na tereny współczesnego Kuwejtu, Bahrajnu i Kataru oraz do Arabii Szczęśliwej, czyli południa półwyspu Arabskiego. Na początku III wieku nawrócili jedno z królestw leżących na zachodnim wybrzeżu Indii, dając początek tzw. chrześcijanom św. Tomasza. W VII wieku perski chrześcijanin Alopen rozpoczął pierwszą, zakrojoną na szeroką skalę misję w Chinach. Kiedyś zacząłem o tym pisać na Wykopie (#nieeuropejskiechrzescijanstwo), ale potem przerwałem, na pewno do tego wrócę, ale wszystko w swoim czasie.

    Tymczasem wróćmy do naszych wspólnot. Miejscem spotkań w II wieku były prywatne domy. Możemy się oczywiście domyślać, że spotkania odbywały się głównie w domostwach najbogatszych członków wspólnoty, bo dysponowali oni większą, nazwijmy to, powierzchnią użytkową. Pierwsze regularne miejsca kultu pochodzą dopiero z III wieku. Najstarszy znany nam „kościół” został odnaleziony w trakcie wykopalisk w Dura- Europos, osadzie nad Eufratem, którą Rzymianie zamienili na garnizon strzegący granicy z agresywnym państwem Sasanidów. Miasto było tyglem kulturowym, a wśród jego mieszkańców znajdowała się i grupa chrześcijan, szacowana na około 60 osób.

    „Świątynia” ta, była zaadaptowanym domem mieszkalnym z dobudowanym baptysterium. Zachowały się fragmenty fresków przedstawiających Dobrego Pasterza, Marię w pustym grobowcu i Adama z Ewą. W kościele znaleziono również fragmenty papirusów zawierających modlitwy po hebrajsku i grecku. Co ciekawe kongregacja działała jawnie o czym świadczy krzyż namalowany na drzwiach. Prawdopodobnie rzymska administracja nie chciała antagonizować żadnej z grup żyjących w mieście z uwagi na zagrożenie perskie.

    Nieopodal kościoła wznosiła się synagoga, będąca centrum życia lokalnej społeczności żydowskiej. Czyni to odkrycie z Dura-Euopos jeszcze ciekawszym, gdyż przywołuje wzajemne stosunki i relacje między chrześcijanami i żydami. O ile główny nurt chrześcijaństwa już wydzielił się z judaizmu to nadal mocno na nim bazował. Obydwie grupy odwoływały się do tych samych pism i bardzo podobnych wartości, tylko inaczej je postrzegały. Istniały wprawdzie mniejsze grupy takie jak na przykład ebionici, które próbowały się jeszcze trzymać żydowskiej tożsamości. Dla innych było już jednak jasne, że należą do oddzielnych
    grup.

    Ebionici podawali się za potomków pierwszych chrześcijan, wywodzących się z rodzin żydowskich, prawdziwych kontynuatorów dzieła apostołów. Nazwa wywodzi się z hebrajskiego „ebionim” oznaczającego „tych którzy są ubodzy”. Z racji korzeni do których się odwoływali, uznawali Jezusa jedynie za proroka, odrzucając jego ewentualną boskość, narodziny z dziewicy i opowieści o tym jak to Chrystus wypełnił i zniósł prawo. Ich pozycja nie była jednak zbyt mocna. Był to między innymi efekt wydarzeń z 135 roku. Szymon bar Kochba ogłosił się wówczas mesjaszem i stanął na czele kolejnego powstania żydowskiego przeciwko Rzymianom. Ci judeochrześcijanie którzy nie chcieli uznać go za zbawcę (a nie chcieli bo za takowego uważali Jezusa) stali się obiektem prześladowań, a nawet egzekucji.

    Mało kto chciał identyfikować się z grupą która nie dość, że nie uważa cię za „swego” to jeszcze ściga i zabija. Klęska powstania, które rzymska interwencja utopiła w morzu krwi (wybaczcie poetyckie sformułowanie) przyczyniła się zresztą do powstanie poglądu, że Żydzi nie są już narodem wybranym i nie cieszą się specjalnymi względami Boga. Nie ma co zatem się nimi przejmować i poczuwać do jakiejś większej wspólnoty. Z tego też powodu ebionici i inne grupy judeochrześcijańskie zaczęły się marginalizować, aż w końcu zniknęły.

    Po tych wydarzeniach podejście pozostałych chrześcijan do żydowskiego rdzenia ich wierzeń zmieniło się jeszcze bardziej. Można wyróżnić wiele postaw. Wydaje się, że dominowało przekonanie, że nowa wiara to zupgradeowany judaizm, taki judaizm +. Mesjasz już przyszedł, zniósł stare, tymczasowe reguły gry, wypełnił proroctwa i przez swoją miłość umożliwił ludzkości zbawienie. Nie znaczy to jednak, że podejście to było jednolite i nie było pośrednich interpretacji w jego ramach, albo nawet skrajnie innych. Zobaczmy to na przykładzie Teofila z Antiochii i Marcjona.

    Teofil, biskup, pisarz i apologeta żyjący w II wieku korespondował z niejakim Autolykusem, pogańskim uczonym, którego próbował nawrócić na chrześcijaństwo. Z tego co napisał wynika, że przeszedł na chrześcijaństwo studiując żydowskie pisma religijne czyli niejako „na około”- najpierw zainteresował się judaizmem i to na bazie tego zainteresowania trafił na chrześcijaństwo na które ostatecznie się zdecydował. Upierał się przy znaczeniu żydowskiej tradycji dla chrześcijaństwa a Prawo uważał za podstawę chrześcijańskiej moralności. Co ciekawe w jego liście znajduje się bardzo mało wzmianek o Jezusie, który jeśli już występuje to w roli logosu. Można odnieść wrażenie, że bardzo podobny list mógłby zostać napisany przez kogoś kto chciałby aby jego adresat nawrócił się na judaizm.

    Zupełnie inne podejście prezentował Marcjon. Był on bardzo ciekawą i wpływową postacią w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Pochodził z Synopy, z zamożnej i wpływowej rodziny. Niektóre podania mówią, iż jego ojciec był biskupem. Dorobił się dużych pieniędzy na handlu morskim i był powszechnie podziwiany za swoje zdolności organizacyjne i pomysłowość. Przedstawiał bardzo ascetyczne podejście a jego oryginalne pomysły doprowadziły go do radykalizmu. Absolutnie odrzucał cielesność, a co za tym idzie, także małżeństwo. Żeby trochę przybliżyć wam co mam na myśli gdy mówię „radykalny”, pozwolę sobie
    zacytować samego Marcjona gdy pisał o płodzie: „odpychający, krzepnący kawałek mięsa, żyjący w tym samym szlamie przez 9 miesięcy”. Z tych właśnie powodów celibat był stanem pożądanym dla wszystkich zwolenników Marcjona.

    O ile u Teofila Chrystus występuje w śladowych ilościach, o tyle Marcjon jest w nim absolutnie zakochany. Jezus jest dla niego synem Boga, który pojawił się na Ziemi aby przynieść ludzkości nową prawdę i wyzwolić ją od zła i fałszu. Przymiotnik „nową” nie jest tutaj przypadkiem ani przenośnią- zdaniem Marcjona bóg Żydów i Starego Testamentu to demiurg, pomniejsze bóstwo odpowiedzialne za stworzenie świata. Na uzasadnienie swoich poglądów przytaczał biblijne opisy Jahwe ukazujące go jako zawistnego okrutnika. Czy głoszący miłość Jezus mógł być synem kogoś takiego? Dla Marcjona odpowiedź była jasna: absolutnie nie. Jezus był synem Jedynego i Prawdziwego Boga, który z bogiem żydowskim nie miał nic wspólnego.

    Marcjon odrzucał zatem żydowską tradycję, a chrześcijan widzących w Jezusie wypełnienie się proroctw uważał za błądzących. Jezus, ten który przynosił miłość i zbawienie, nie mógł być zapowiedziany i oczekiwany przez ludzi wyznających, w jego ocenie, prymitywne zabobony. Jego i Jezusa bóg był nową jakością i tak też postrzegał on chrześcijaństwo. Ideę swojego boga zapożyczył z platonizmu z jego hierarchią bytów. Na tej podstawie twierdził, że Jahwe to pomniejsze bóstwo, podobne bogom pogan, a Bóg Ojciec to byt nadrzędny, stojący na szczycie istnienia.

    Podobnie jak Platon był przekonany, że możliwym jest poznanie prawdziwej, duchowej rzeczywistości. W przeciwieństwie jednak do greckiego filozofa uważał, że poznanie to jest możliwe poprzez Jezusa, podczas gdy Platon był zdania, że jedyną drogą są filozoficzne rozważania. Marcjon był także zwolennikiem doketyzmu, co było naturalną konsekwencją jego poglądów na kwestie związane z ciałem ludzkim- ciężko wyobrazić sobie żeby syn wszechmocnego, najwyższego boga pływał dziewięć miesięcy w „szlamie”.

    Marcjonowi często przypisuje się antysemityzm, w końcu całkowicie odrzucał on żydowską tradycję i wierzenia. Nie jest to jednak prawda, bo jeśli już to Marcjon bardziej współczuł „Narodowi Wybranemu”- przez tyle wieków żył on przecież pod butem okrutnego demiurga. To także jego, a nie Żydów, obwiniał Marcjon o ukrzyżowanie Chrystusa. Jego zdaniem Żydzi byli po prostu jedną z licznych pogańskich grup, która jeśli chciała poznać prawdę i dostąpić zbawienia, powinna przyjąć chrzest i odrzucić okrutnego demiurga.

    Powszechnie uważa się, że Marcjon podjął jedną z pierwszych prób stworzenia kanonu Nowego Testamentu. Jest to jednak kwestionowane i pojawiają się opinie, że posługiwał się tym zestawem tekstów nie dla tego, że dokonał jakieś selekcji, ale dlatego, że to one były w obiegu we wspólnocie w której żył i się wychował. Nie znamy również dokładnie jego „kanonu”, gdyż nie wymienił on z nazwy wszystkich pism których używał. Uczeni podejrzewają, że posługiwał się jakąś wersją Ewangelii Łukasza. Tu też należy poczynić zastrzeżenie, że to, że w pierwszych wiekach chrześcijanie mieli miliard Ewangelii to tylko część problemu- bo teoretycznie te same Ewangelie mogły też funkcjonować w różnych wersjach, nieco się od siebie różniących. Ponadto posługiwał się listami Pawła i uważał go za jedynego apostoła, który w pełni zrozumiał przesłanie i doniosłość misji Jezusa.

    Klarowność i rygor procesu myślowego Marcjona budziły duży podziw wśród współczesnych. Jego odpowiedzi na sprzeczności między nauczaniem Jezusa, apostołów a tradycją żydowską okazały się być bardzo przekonywujące. Był to widocznie palący problem dla wielu chrześcijan, którzy nie potrafili pogodzić wizji Boga przedstawionej przez chrześcijaństwo z tą, którą ich zdaniem, głosił judaizm. Jego poglądy były jednak nie do przyjęcia dla wielu innych „współwyznawców”. I tak na przykład w czasie pobytu w Rzymie, Marcjon został odrzucony przez miejscowe wspólnoty.

    Nie zniechęciło go to jednak do dalszej działalności, w myśl jakże prawdziwych słów Jacka Kuronia: „nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. I Marcjon zaczął zakładać własne wspólnoty a robił to tak skutecznie, że czasem nie tylko konkurowały one z proto- ortodoksami, ale, w niektórych przypadkach, wręcz wygrywały rywalizację. Marcjonizm przetrwał setki lat. W IV wieku biskup jerozolimski Cyryl przestrzegał swoich wiernych przed brataniem się z nieznanymi sobie wspólnotami chrześcijańskimi bo istnieje szansa, że mogą w ten sposób trafić na marcjonitów.

    Marcjonici przetrwali nawet podboje islamskie, a ich działalność nie ograniczyła się do ziem Cesarstwa Rzymskiego. I tak na przykład Tomasz z Margii opisywał dzieje pewnego biskupa z Dailamu, żyjącego w VIII wieku, który nawracał „Marcjonitów, pogan i Manichejczyków”. Ibn al-Nadim, muzułmański uczony z X wieku pisał natomiast o licznych wspólnotach marcjonitów z Chorasanu, którzy „odprawiali swoje obrządki całkowicie jawnie, podobnie zresztą jak manichejczycy”.

    Jako się rzekło- na tyle ile nam wiadomo większość chrześcijan prezentowała jednak bardziej wyważone poglądy niż omówieni przed chwilą Teofil i Marcjon. Ci „cenrtyści” postrzegali chrześcijaństwo jako, owszem, wywodzące się z judaizmu, ale będące jego rozwinięciem i dopełnieniem. Dysponujemy wieloma takimi tekstami, na przykład „Dialogi z Żydem Tryfonem” napisane przez Justyna Męczennika. Dzieło to jest o tyle ciekawsze, że jego autor był bardzo nietuzinkową postacią.

    Urodził i wychował się w łacińskiej kolonii w Samarii, na początku II wieku. Mimo tego pisząc posługiwał się greką. Jako młodzieniec był zafascynowany filozofią grecką i zaczytywał się w stoikach, pitagorejczykach i platonistach. Ta ostatnia grupa najbardziej go przekonywała. W pewnym momencie życia nawrócił się jednak na chrześcijaństwo pod wpływem, jak sam pisał, „starszego mędrca”. W okolicach 140 roku przeniósł się do Rzymu gdzie nauczał, korzystając z w miarę tolerancyjnych rządów Antoninusa Piusa. W czasie pobytu w Wiecznym Mieście napisał kilka dzieł. Jednym z ważniejszych była I Apologia.

    Została ona zaadresowana do samego cesarza, a Justyn pisał w niej o tym, że ludzie nie powinni wyrabiać sobie opinii na temat chrześcijaństwa na podstawie plotek które były w obiegu. Jego zdaniem opowieści te były nieprawdziwe i ich fałsz próbował wykazać- bronił chrześcijan przed oskarżeniami o niemoralność i ateizm (serio, byli o to oskarżani). Jego zdaniem ogólna zasada powinna wyglądać tak, że zanim zaczniemy coś krytykować, powinniśmy to coś dogłębnie poznać i upewnić się, że nasza wiedza pochodzi ze sprawdzonych źródeł. Wyobrażacie sobie świat bez tych wszystkich gimbo- izmów? Domorosłych specjalistów od chrześcijaństwa, ateizmu, neomarksizmu, islamu, wstaw cokolwiek? Niestety rada Justyna ginie pod stosami jutubowych kanałów, pamfletów, blogów i innych takich.

    Pomarzyć dobra rzecz, ale wróćmy do tekstu. Justyn przedstawiał również nieco „filońską” wizję filozofii i nauki greckiej, pisząc, że Grecy tak naprawdę inspirowali się objawieniem danym Mojżeszowi przez Boga. Jego zdaniem Grecy, choć posiedli prawdę, zniekształcili ją, co doprowadziło do powstania dziesiątek różnych szkół filozoficznych. Justyn wzywał czytelników by powrócili do korzeni i pierwotnej wersji Prawdy danej ludziom przez Boga. Innymi słowy: powinni przyjąć chrzest i iść za Chrystusem. Chrystusem którego Justyn wpisywał w rolę logosu. Wspominam o tym bo podobne poglądy stały się z czasem popularne, co w efekcie sprawiło, że chrześcijaństwo przejęło dużo ze świata antycznego i nie odcięło się od jego dziedzictwa.

    Dialogi są jednak jeszcze ciekawsze. Dzieło to „przedstawia” debatę między Justynem a żydem Tryfonem i jest wzorowane na greckich dialogach, za pomocą których autorzy przedstawiali poglądy stron na jakąś kontrowersyjną kwestię. Justyn w przeciwieństwie do, na przykład, internetowych trolli, sam zastosował się do swojej rady z I Apologii. To znaczy- dialog nie jest pisany pod tezę „chrześcijaństwo jest dobre i to prawda, a wszystko inne złe i głupie”. Autor stara się oddać faktyczne poglądy obydwu stron i jakby tego było mało, ustami Tryfona zadaje bardzo niewygodne pytania na temat chrześcijaństwa, także takie na które nie potrafi znaleźć koherentnej i przekonującej odpowiedzi. Dialog w przeciwieństwie do wielu innych nie kończy się przyznaniem się oponenta do tkwienia w błędzie i prośby o instrukcje.

    Tryfon, będący prawdopodobnie personifikacją uczonych Żydów z którymi dyskutował Justyn, jest przedstawiony w bardzo pozytywnym świetle. Na przykład z miejsca odrzuca obiegowe oskarżenia chrześcijan o kanibalizm, grupowe współżycie czy wyuzdanie jako fałszywe plotki mające ich zdyskredytować. Omówimy sobie po krótce rozmowę bo świetnie ilustruje ona na czym polegał problem. I tak Tryfon zarzuca chrześcijanom, że z jednej strony utrzymują oni, że są wierni Pismu, a z drugiej strony odrzucają na przykład obrzezanie czy pojęcie niekoszernego jedzenia. Justyn odpowiada, że były to tylko rozwiązania tymczasowe, które obowiązywały do przyjścia Chrystusa.

    Kolejnym zarzutem jest nazywanie Jezusa mesjaszem, podczas gdy żydowska tradycja zawsze mówiła, iż będzie on liderem politycznym i odniesie jak najbardziej ziemskie sukcesy. Skoro chrześcijanie uznają Jezusa za boga, a jego zwycięstwo za duchowe to jak mogą traktować go jak mesjasza? I skąd wzięli przekonanie o tym, że Bóg pojawi się na świecie w ludzkim ciele za pośrednictwem dziewicy? Ponadto- jak chcą pogodzić monoteizm z boskością Jezusa? Justyn broni się mówiąc o tym, że Pisma nie należy czytać literalnie, że jest to zbiór metafor i przenośni. Rozwija idee Jezusa jako logosu, ale idzie dalej i nazywa
    go także Pierwszą Zasadą. W swoim opisie pozostaje jednak subordynacjonistą. W kwestii interpretacji pojawia się jednak inny problem- z jakich tekstów należy korzystać i jak rozsądzić która interpretacja jest poprawna, a która nie?

    Ciekawy jest zwłaszcza spór o Biblię. Tryfon twierdzi, że hebrajska wersja jest bardziej wiarygodna i gdyby chrześcijanie bazowali na niej nie wierzyliby w coś takiego jak niepokalane poczęcie- jego zdaniem był to błąd wynikający z greckiego przekładu. Justyn odpowiada, że w tej kwestii przekład jest wiarygodniejszy (!) niż oryginał. To jest szczególnie uderzające, ile uczciwości intelektualnej wymagało zapisania zarzutu przed którym autor nie potrafił się przekonująco obronić? Zwłaszcza, że za chwilę Tryfon przypuszcza frontalną szarżę w której oskarża chrześcijan o „chciejstwo”, to jest takie interpretowanie Biblii, które wpasuje się w ich wierzenia.

    W miarę jak dyskusja zmierza ku końcowi Justyn zaczyna grać pierwsze skrzypce. Pisze, że on i inni chrześcijanie doceniają tradycję żydowską i uważają, że Żydzi faktycznie cieszyli się specjalnymi względami ale te czasy to przeszłość i taka jest wola boża. Bóg w swoim miłosierdziu dał ludziom możliwość zbawienia i rozszerzył je także na gojów oraz zdjął z ludzkości brzemię przestrzegania całego Prawa. Teraz Bóg wymaga przede wszystkim miłości w stosunku do bliźnich i traktowania ich z szacunkiem. Coś jak znane z wyborów „czyny nie słowa” z tą różnicą, ze bardziej „czyny w stosunku do innych, a nie literalne i bezmyślne wypełnianie przepisów które w zasadzie nie wiadomo czemu służą i nie wpływają na relacje i jakość życia innych ludzi”.

    Justyn utrzymywał, że tradycji żydowskiej należy się szacunek, mimo, iż jej przedstawiciele nie rozpoznali mesjasza. Był to silnie rozpowszechniony pogląd w kręgach chrześcijańskich II i III wieku. Nie znaczy to jednak, że jedyny. Obok niego funkcjonowały poglądy które wprawdzie uznawały ważność i doniosłość tradycji żydowskiej, ale głosiły poglądy, że wobec faktu odrzucenia Chrystusa przez judaizm, nie należy im się żadne preferencyjne traktowanie. Niektórzy, w ramach tego nurty, twierdzili wręcz, że Żydzi są wrogami, którzy sprzeniewierzyli objawienie dane im przez Boga i wykoślawili je. Przykładem takiego podejścia może być na przykład pseudoepigraficzny list Barnaby, którego autor głosił, iż Żydzi źle zinterpretowali nauki dane Abrahamowi i nigdy nie byli narodem wybranym.

    Podobne podejście widać w pismach Melitona z Sardis, który żył i tworzył w drugiej połowie II wieku. Jest on znany przede wszystkim z tego, że był jednym z pierwszych chrześcijańskich pielgrzymów do Palestyny. Jako jeden z pierwszych dokonał rozróżnienia na pisma stricte chrześcijańskie i żydowskie określając te drugie jako „Stare Przymierze”. Jedynym jego dziełem które zachowało się do naszych czasów w całości jest Homilia Paschalna. Zawiera ona ciekawą metaforę, która idzie mniej więcej tak- gdy chcesz zbudować jakąkolwiek konstrukcję to pierwszą rzeczą jaką robisz jest model. Gdy jednak budynek zostanie skończony model może służyć co najwyżej jako pamiątka, ale poza tym traci znaczenie.

    Modelem w metaforze jest oczywiście judaizm, a kompletnym projektem- chrześcijaństwo. W jej myśl wraz z nadejściem Chrystusa i działalnością apostołów judaizm przestał być potrzebny i może tylko (albo może raczej aż) służyć jako punkt odniesienia. Meliton porównuje także Chrystusa do baranka i pisze, że tak jak Żydzi złożyli w ofierze baranka aby wyrwać się z egipskiej niewoli, tak śmierć Jezusa pozwoliła wyrwać się z oków Prawa i ograniczeń nakładanych przez tradycję żydowską. Nie poprzestaje jednak na tym, ale dodatkowo oskarża Żydów o zabicie Jezusa, a co za tym idzie- zabicie samego Boga. Poglądy Melitona oraz inne, podobne, okazały się być popularne, czego dowodem jest choćby fakt, iż zostały one szybko przetłumaczone na wiele języków.

    Ukoronowaniem takiego sposobu myślenia o judaizmie i jego relacji z chrześcijaństwem było Adversus Judaeos, zbiór homilii Jana Chryzostoma z IV wieku. Autor zebrał większość powtarzających się wcześniej argumentów przeciwko judaizmowi w jedną całość: i tak Żydzi odeszli od prawdy zawartej w objawieniach które otrzymali od Boga, za co spotkały ich później kary takie jak rzezie z rąk Rzymian czy wygnanie z Judei. Bóg na nowo objawił się ludzkości, tym razem całej. Nowym „narodem wybranym” były wszystkie narody, a raczej ci ich przedstawiciele którzy przyjęli nauki uczniów Jezusa. Zdaniem wielu badaczy takie spojrzenie na Żydów przyczyniło się do rozwoju antysemityzmu.

    Podsumowując: w II wieku chrześcijaństwo było postrzegane jako odrębna religia i były ku temu dobre powody. Na dobre weszło w świat pogan i szybko zaczęło pozyskiwać konwertytów w wielu różnych miejscach, coraz bardziej oddalając się od judaizmu i przesiąkając wpływami pogańskimi i kulturą helleńską. Co do Żydów i tradycji judaistycznej w obrębie chrześcijaństwa w II i III wieku kotłowało się kilka spojrzeń na tę kwestię. Pewne grupy, jak na przykład Ebionici, utrzymywały, że chrześcijanie są w zasadzie żydami, tyle, że podążającymi za naukami proroka Jezusa.

    Z drugiej strony mieliśmy Marcjona i jemu podobnych którzy całkowicie odcinali się od judaizmu i widzieli chrześcijaństwo jako zupełnie nową jakość. Mainstream, a więc proto- ortodoksi, zajmowali bardziej stonowane stanowiska, które jednak znacznie się od siebie różniły. Zgadzali się w zasadzie tylko co do jednego: chrześcijaństwo wywodzi się w jakiś sposób z tradycji żydowskiej i judaizmu, ale relacja, stopień „pokrewieństwa” i stosunek do współczesnych Żydów były, jak przed chwilą zobaczyliśmy, bardzo zróżnicowane. Raz górę brały jedne, raz drugie a czasem jakiś kompromis między nimi. Historia chrześcijaństwa zaczęła się na dobre.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Tradycyjnie proszę o zgłaszanie.

    PS.2. Tag obserwuje ponad 70 osób, ale nie wiem czy wszyscy zainteresowani przeglądają powiadomienia. Dlatego uruchamiam spamlistę, kto chętny niech się zapisuje. Link

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania

    Fresk z kościoła w Dura- Europos przedstawiający dobrego pasterza
    pokaż całość

    źródło: goods.jpg

  •  

    W dzisiejszym odcinku spróbujemy zrobić sobie małe podsumowanie i przybliżyć życie oraz kształt wczesnych wspólnot chrześcijańskich. Ich badanie nastręcza wiele problemów historykom. Jest to spowodowane przede wszystkim brakiem źródeł i wspominanym już faktem, że na tym etapie chrześcijaństwo było czymś bardzo płynnym i niejednorodnym. Problemy te próbuje się obejść studiując współczesne małe wspólnoty. Oczywiście uczeni zdają sobie sprawę z rozlicznych różnic. W końcu przedmioty badań dzieli jakieś 1900 lat. Nikt nie upiera się, że wyniki takich badań można przenieść w stosunku 1:1. Mogą nam one jednak dać jakieś wyobrażenie i wgląd w życie tamtych wspólnot. No i nie bardzo możemy wybrzydzać, bo za wiele asów w rękawie nie mamy.

    Freeman odwołuje się do badań Jamesa Aulta, studiującego baptystów w USA. Przeciętna badana przez niego kongregacja liczyła około 100 członków. Umiejętności organizacyjne i społeczne pastora były kluczowe dla przetrwania danej grupy zaraz obok atmosfery panującej wśród jej członków. Był to efekt ostrej rywalizacji między kongregacjami. Wierni lub poszukujący mieli duży wybór- w każdym miasteczku działało co najmniej kilka. Z tego też powodu kościoły opierały się głównie na strukturze, nazwijmy to, rodowej. Jedna rodzina stawała się członkiem kongregacji, po czym wciągała do niej innych członków rodu- kuzynów, wnuków, rodzeństwo etc.

    Aulta postawił tezę, że wspólnoty nie służyły tylko wyrażaniu takich czy innych poglądów religijnych, ale także (a może i przede wszystkim) wzmacnianiu więzi rodzinnych i sąsiedzkich między członkami kongregacji. Nawet te wspólnoty które twierdziły, że opierają się na literalnej interpretacji Biblii pomijały lub nie przywiązywały dużej wagi do niepasujących im fragmentów. Cechą wszystkich wspólnot było tworzenie własnych interpretacji chrześcijaństwa i każda wspólnota (mimo, że korzystały z tej samej wersji Biblii), skupiała swoją uwagę na innych tekstach.

    Wspólnoty rozpadały się jeśli dochodziły do takiej liczby wyznawców, że niemożliwym było aby liderzy mogli utrzymywać zażyłe kontakty z każdym z członków. Wzrost liczb sprzyjał również pojawianiu się sporów na tle doktryny, które niemal zawsze były odbiciem personalnych konfliktów i niesnasek. Innymi słowy gra między wspólnotą a wierzeniami była wzajemna- wierzenia kształtowały wspólnotę a wspólnota kształtowała wierzenia.

    Nietrudno odnieść to do czasów wczesnochrześcijańskich. Skoro baptyści, korzystający z tego samego zestawu tekstów, potrafili wyciągać krańcowo różne wioski, to co musiało się dziać gdy mówimy o wspólnotach które korzystały z różnych tekstów? Skoro wspólnoty rozpadały się co jakiś czas, rozsadzane konfliktami, pojawianiem się nowych kongregacji, liderów etc. to nie trudno skojarzyć ten fakt z panicznym strachem pierwszych chrześcijan przed “fałszywymi nauczycielami”. Dodajmy do tego fakt, że baptyści badani przez Aulta to przedstawiciele jednej kultury, posługujący się tym samym językiem. Pierwsze wspólnoty chrześcijańskie- dokładnie na odwrót.

    Że były to problemy palące potwierdza tak zwane Didache („Nauczanie Pana do narodów przekazane przez przez 12 Apostołów)”. Dzieło to powstało około 100 roku i było jedną z najwcześniejszych (zachowanych do naszych czasów) prób zdefiniowania wierzeń i sposobów postępowania akceptowalnych w ramach wspólnoty. Problem polega na tym, że inne wspólnoty również podejmowały tego typu próby, tylko, że niekoniecznie dochodziły do takich samych wniosków. To tylko potęgowało zamęt.

    Widać jednak pewne cechy wspólne, może nie dla wszystkich, ale dla znacznej części wspólnot. Przez większą cześć I wieku chrześcijaństwo było apokaliptyczną sektą, oczekującą na wypełnienie się zmian zapowiadanych przez Jezusa i podpieranych później nauczaniem liderów. Paruzja nie była czymś co leżało w odległej przyszłości, ale czymś co znajdowała się zaraz za horyzontem i nadchodziło wielkimi krokami. Życie wspólnot było zatem zaprogramowane pod Wielką Zmianę. Wszystko inne nie było istotne, bo zaraz i tak koniec, a słuchanie Jezusa i jego uczniów miało zapewnić znalezienie się w gronie uprzywilejowanych.

    Zapowiadany koniec jednak nie nadchodził a z biegiem czasu wspólnoty przestały go
    wyglądać. Trzeba było zatem zreformować ich życie, tak aby ich istnienie miało sens w świecie który miał jeszcze przed sobą jakąś przyszłość. Jezus przestał być postrzegany jako zwiastun rychłej Wielkiej
    Zmiany. Kim zatem był i po co zrobił to co zrobił? Tutaj górę zaczęło brać podejście Świętego Pawła. Nie wiemy tylko czy liderzy wspólnot o których mowa inspirowali się nim świadomie, czy kimś innym kto doszedł
    do podobnych wniosków czy też może sami dokonali tej reinterpretacji.

    Jezus stał się Chrystusem, mesjaszem, którego misja była wprawdzie inna niż ta przewidywana przez tradycyjny judaizm, ale nadal była misją zakończoną triumfem i sukcesem. Triumf polegał na odkupieniu
    grzechów, przezwyciężeniu śmierci i otworzeniu ludziom drogi do zbawienia. Kogo obchodzi zwycięstwo nad Rzymianami i odbudowa państwa Izrael skoro można dostąpić wiecznego życia? W tej interpretacji triumf Jezusa nie był zwycięstwem w skali ziemskiej, tylko kosmicznej, wywracał do góry nogami planszę na której do tej pory toczyła się gra.

    Koniec świata nadejdzie w swoim czasie, ale zanim do niego dojdzie wiele pokoleń będzie żyć i umierać. Nie trzeba jednak czekać na Dni Ostateczne, bo ofiara Chrystusa sprawia, że nagroda stała się dostępna dla każdego. Trzeba tylko przeżyć swoje życie postępując w określony sposób i unikając popełniania czegoś co Żydzi, a za nimi chrześcijanie, nazywali grzechem.

    Ta reinterpretacja miała swoje konsekwencje- bo żeby miała sens, należało uznać, że ludzi są grzeszni- inaczej bowiem czego odkupieniem była męczeńska śmierć Jezusa? Wiem, że nie brzmi to szczególnie rewolucyjnie, ale dla pogańskich kultur Rzymu i okolic, nie było to wcale tak oczywiste. Ich religia była bardziej skupiona na czynnościach kultowych i podtrzymywaniu Pax Deorum, stanu w którym bogowie byli przychylni ludziom. Oczywiście ludy te wierzyły, że pewne zachowania są mile widziane a inne nie, ale nie posiadały tak prostej i jasno sformułowanej wykładni jak Żydzi czy później chrześcijanie.

    Wyniesienie Chrystusa do roli zbawcy świata i ludzkości rozwiązywało problem braku apokalipsy i wynosiło wspólnoty chrześcijańskie na inny poziom- z żyjących w oczekiwaniu na ostateczny koniec na pogodzonych z koniecznością radzenia sobie z wyzwaniami życia. Ba! Dawało koncepty jak sobie z tymi wyzwaniami radzić. Podejście to jednak rodziło kolejne problemy. Kim zatem jest zbawiający świat Chrystus? I to było nowe zarzewie konfliktów i podziałów.

    Skoro Jezus nie był Jedynym Bogiem, to jak wyglądała jego z nim relacja? Był mu równy, podporządkowany czy może wręcz ważniejszy od niego? Podejście do tej kwestii było bardzo różne. Możemy jednak wyróżnić kilka głównych poglądów. Wielu widziało Jezusa jako człowieka, ale posiadającego specjalną relację z Bogiem, na zasadzie jakiegoś superproroka. Inny popularny pogląd mówił, że Jezus był odrębnym bytem, istniejącym na długo przed stworzeniem świata i został posłany jako logos, żeby zmienić świat podług woli Boga.

    Niektórzy, jak miejscami autor Jana, posuwali się nawet do twierdzenia, że Jezus jest równy Bogu. Początkowo idea ta wywoływała sprzeciw, szczególnie wśród chrześcijan o żydowskim rodowodzie. To ona
    jednak ostatecznie zatriumfowała i stała się częścią dogmatu o Trójcy, przyjętego w IV wieku. Do tego czas dominującym wśród chrześcijan poglądem był tzw. subordynazcjonizm. Występował on w różnych wersjach
    i niektóre uznawały boski status Jezusa, ale zawsze stawiały go niżej w stosunku do Ojca. Co ciekawe, do IV wieku, był to pogląd przeważający także w kręgach proto- ortodoksyjnych.

    Religijne życie wspólnot chrześcijańskich było skupione na Jezusie, aczkolwiek interpretacje jego roli i natury potrafiły być bardzo różne. Chrześcijanie ogólnie nie mieli łatwo. Oprócz podziałów wewnętrznych mieli także problemy zewnętrzne. Z jednej strony spotykali się z niechęcią ze strony Żydów, zwłaszcza tych o bardziej tradycjonalistycznym podejściu. Wiemy również o prześladowaniach ze strony państwa rzymskiego.

    I tak Tacyt donosi o działaniach Nerona z 64 roku i opisuje chrześcijan skazywanych na ukrzyżowanie, zamienianych w żywe pochodnie i wydawanych na żer dzikim zwierzętom. Niektórzy historycy twierdzą jednak, że Neron nie prześladował chrześcijan celowo. Jego zamysłem było po prostu zrzucenie winy za pożar miasta na „obcych”, w tym Żydów, a chrześcijanie oberwali niejako „odłamkiem”, bo Rzymianie brali ich za jakąś judaistyczną sektę. Brak bowiem przekonywujących dowodów na to, że Rzymianie w siódmej dekadzie I wieku odróżniali Żydów od chrześcijan.

    Mamy również doniesienia o prześladowaniach za czasów Domicjana w latach 90. I wieku, ale materiał źródłowy jest bardzo szczupły, a na jego podstawie wydaje się, że nie była to wielka, zakrojona na szeroką skalę akcja. Raczej uboczny skutek reform religijnych cesarza, który starał się w ten sposób nieco „odkurzyć” tradycyjną rzymską religię. Źródła chrześcijańskie wskazują raczej, że najważniejszym zmartwieniem wspólnot z tego okresu byli „fałszywi nauczyciele” i niekończące się spory, owocujące rozłamami.

    Didache jest dobrym przykładem na to jak wspólnoty próbowały definiować się i wprowadzać rozróżnienia na to co dozwolone i zakazane. Autor, ukazujący się jako uczeń apostołów, mocno opiera się na tradycji żydowskiej tyle, że nieco zmodyfikowanej. Na przykład pisze o konieczności zachowania postów, ale przy innych okazjach niż Żydzi. Większość nakazanych modlitw jest oparta na żydowskich, aczkolwiek prominentne miejsce zajmuje Ojcze Nasz. Podobieństw i zapożyczeń jest tak wiele, że niektórzy badacze twierdzą, że było to dzieło żydowskie, przepisane tak aby uwzględnić potrzeby chrześcijańskiej wspólnoty autora.

    I tak aby stać się członkiem wspólnoty konieczny jest chrzest. Ochrzczony ma prawo brać udział w eucharystiach, które są centralną częścią życia społeczności. Aby pozostać jej członkiem należy przestrzegać określonego kodu moralnego. Większość tego kodu, sądząc po liście grzechów, jest wywiedziona z zasad żydowskich. Dzieło podkreśla również, że członkowie wspólnoty powinni szanować jej duchowych przewodników, „kapłanów”. Wspólnoty z czasów napisania Didache jawią się jako o wiele bardziej stabilne i niejako „ustatkowane”, pogodzone ze światem zewnętrznym.

    Wiemy już, że oczekiwanie na rychłą apokalipsę wypaliło się. Oczywiście nie znaczy to, że w każdej wspólnocie i w takim samym stopniu, sekty apokaliptyczne istniały nadal i część z nich miała się dobrze. Nowym fundamentem zreformowanych ruchów chrześcijańskich było życie wspólnotowe. Stąd nacisk na miłość bliźniego, zwłaszcza w obrębie wspólnoty i stąd powstanie hierarchii i wysoka pozycja liderów religijnych.

    Żeby wspólnota mogła prawidłowo funkcjonować, jej podstawowa komórka, rodzina, musiała być na piedestale. Stąd właśnie nawoływania w listach i innych dziełach z przełomu wieków do niekwestionowania tradycyjnych hierarchii. Żony powinny być posłuszne mężom, dzieci rodzicom, niewolnicy swoim właścicielom. Odpowiedzią na konflikty mogące się pojawić w ramach istniejących hierarchii miały być miłość i szacunek do jakich zobowiązani byli wszyscy członkowie wspólnoty, niezależnie od statusu.

    Z tego też powodu szczególny nacisk kładziono na eucharystię. Była ona rytuałem zespalającym rodziny i jednostki we wspólnotę. Był to nie tylko wspólny posiłek, ale także okazja do wspólnego czytania Biblii (wtedy jeszcze tylko Stary Testament), ewangelii, listów apostolskich i innych tekstów uważanych za autorytatywne. Eucharystia nie tylko ugruntowywała wspólnotę, ale jednoczyła ją wokół idei religijnych. Z tego powodu szybko stała się centralnym rytuałem chrześcijaństwa. Branie w niej udziału było wskazane jeśli delikwent chciał umożliwić swojej nieśmiertelnej duszy dostąpienie zbawienia.

    Kolejnym dokumentem którzy rzuca nieco światła na życie wspólnot chrześcijańskich z przełomu wieków jest I List Klemensa. Jest datowany na 96 rok i jest dowodem na to, że wspólnoty końca I wieku nie tylko zaczęły się hierarchizować, ale także instytucjonalizować. List jest znany przede wszystkim jako źródło podań o męczeńskiej śmierci Piotra i Pawła w stolicy Cesarstwa. Tradycja katolicka uważa Klemensa za jednego z papieży, ale wiele wskazuje na to, że był on tylko jednym z kilku liderów wspólnot chrześcijańskich zamieszkujących Rzym.

    Według współczesnych badań wspólnoty te zachowywały swoją odrębność. Do ich wydzielenia się z judaizmu skupionego wokół synagogi doszło w okolicach 50 roku. Nie znamy szczegółów, ale wydaje się, że to właśnie wtedy miejscowi Żydzi zakazali judeochrześcijanom modlić się w swoich obejściach. Od tamtego momentu większość konwertytów pochodziła z rodzin pogańskich, ale styczność z judeochrześcijanami sprawiała, że orientowali się oni w wierzeniach żydowskich.

    W czasach Klemensa wspólnoty rzymskie były mocno zróżnicowane, a część ich członków rekrutowała się z wyższych warstw społecznych. Jakże różna sytuacja od tej z połowy I wieku, kiedy to część chrześcijan sprzedawała się w niewolę, aby za uzyskane w ten sposób pieniądze wesprzeć bardziej potrzebujących współwyznawców. No dobra, ale gdzie ten instytucjonalizm zapytacie? Oczywiście w czasach Klemensa nie było czegoś takiego jak Stolica Apostolska ani papiestwo, ale głównym celem listu było przywołanie do porządku chrześcijan z Koryntu.

    W Koryncie, jak wiemy z listu, powstała frakcja która sprzeciwiała się porządkom zaprowadzanym przez prezbiterów (z greckiego presbyteros- starszy). Klemens przedstawia się w liście jako osoba uprawniona do przywołania wspólnoty korynckiej do porządku. Na jakiej podstawie?
    Ano, list zaświadcza, że już w tych czasach pojawiły się zaczątki idei zwanej sukcesją apostolską. Sukcesja apostolska zasadzała się na przekonaniu, że niektórzy liderzy pochodzą z linii zapoczątkowanej przez apostołów, a zatem ich autorytet i prawa do rozstrzygania sporów są większe niż w przypadku ich „zwykłych” odpowiedników. Oraz, że ci „zwykli”, jeśli faktycznie mają być tym za kogo się podają, muszą być wyświęceni przez kogoś kto od wywodzi się od apostołów.

    List jest interpretowany jako wymowne świadectwo rodzącej się hierarchii i zaczątków kościoła jako instytucji. Wydaje się, że bardzo egalitarny duch pierwszych wspólnot, był powoli zastępowany tradycyjnym dla judaizmu podziałem na zwykłych wiernych, kler i elitę kapłańską. Po 100 roku, na szeroką skalę pojawiają się wzmianki o biskupach jako zwierzchnikach prezbiterów i diakonów. Świadectwem tego są na przykład listy Ignacego Antiocheńskiego. Przedstawiają one biskupa jako ważną osobistość dla członków wspólnot z którymi jest związany.

    U Ignacego widać także próby podejmowane przez biskupów w celu zwiększenia kontroli nad wspólnotami. Wspomina o swoich staraniach zmierzających do ewidencjonowania i sprawdzania kandydatów do chrztu, osób uprawnionych do organizowania uczt eucharystycznych, wiernych chcących wziąć ślub etc. Czy można sobie wyobrazić lepszą ochronę biskupiej owczarni przed „fałszywymi nauczycielami”? Wyłania się z tego obraz biskupa jako strażnika właściwych nauk i zasad postępowania. I ten obraz promował Ignacy nie tylko u siebie, ale także w czasie swojego pobytu w Italii, zakończonego męczeńską śmiercią.

    No dobrze, ale cały czas mówimy o wspólnotach, biskupach, zmianach, stabilizacji, ale ciągle nie poruszyliśmy najważniejszego tematu- kim byli członkowie tychże grup? Pytanie dobre, ale bardzo trudne, zwłaszcza, że chrześcijaństwo działało na bardzo rozległym terytorium i to, że w jednym miejscu przyciągało wiernych o określonym profilu, nie znaczy, że była to ogólna prawidłowość. Wiemy, że członkowie wspólnot pochodzili z bardzo zróżnicowanych środowisk. W początkowej fazie rekrutowali się oczywiście głównie spośród Żydów. Tradycje i pisma żydowskie grały zresztą dużą rolę w życiu religijnym wielu wspólnot, nawet mimo późniejszych konfliktów ze „starszymi braćmi w wierze”.

    Jeśli chodzi o konwertytów z pogaństwa, to przynajmniej na początku, większość z nich wywodziła się z tak zwanych „bogobojnych”. Bogobojni to zbiorcza nazwa ludzi którzy byli sympatykami judaizmu, ale albo nie chcieli przyjąć tej religii albo nie mogli tego zrobić- wśród Żydów popularny był wówczas pogląd, że Żydem nie można stać się przez konwersję, a przynależność do Narodu Wybranego jest dziedziczna. Dopiero później, z biegiem czasu, chrześcijaństwo zaczęło szerzyć się na coraz większą skalę wśród pogan, którzy nie mieli zbyt wiele wspólnego z judaizmem.

    Pozyskiwanie konwertytów z pogańskich społeczności było o tyle prostsze, że językiem wspólnot żyjących poza Judeą była greka (w samej Judei również nie brakowało greckojęzycznych kongregacji). Wyjaśnia to również fakt dlaczego chrześcijaństwo szerzyło się głównie na wschodzie Cesarstwa. Chrześcijaństwo z biegiem czasu zaczęło posługiwać się także językiem kultury greckiej- wspominaliśmy już reinterpretację roli Jezusa jako logosu. Dodajmy do tego narodziny z dziewicy, zmartwychwstanie czy deifikację, a obraz rozjaśni nam się jeszcze bardziej.

    Jeśli chodzi o podziały klasowe to do wspólnot chrześcijańskich należeli przedstawiciele wszystkich grup społecznych, za wyjątkiem ścisłej elity. Obiegowa opinia mówił o tym, że wcześni chrześcijanie rekrutowali się z niewykształconej biedoty i niewolników. Mit o biedocie wziął się najprawdopodobniej z uwagi jaką zwracali pisarze wczesnochrześcijańscy na pokusy związane z bogactwem. Skoro byli nieufni wobec bogactwa, to znaczy, że wywodzili się z biedoty, prawda? Tyle, że źródła mówią co innego. I to bardzo wczesne źródła.

    Już w okresie działalności Pawła mamy wzmianki o wpływowych osobistościach przyjmujących jego nauki-choćby o Sergiuszu Pawle, rzymskim zarządcy Cypru. Ponadto w listach apostoła występują takie osoby jak Lydia, zajmująca się barwieniem kosztownych tkanin czy miejski skarbnik Koryntu, Erastus. Patron autora Ewangelii Łukasza, Teofil, również wydaje się być osobą o wysokim statusie. Do tego dochodzi dużo wzmianek o kupcach i rzemieślnikach (ówczesna „klasa średnia”) z innych dzieł. Nie znaczy to oczywiście, że stanowili oni większość wspólnot- raczej, że były one przekrojem całego społeczeństwa.

    Jeśli chodzi o pozycję kobiet to jest to bardziej złożona kwestia. Wszystko wskazuje na to, że historyczny Jezus nie miał problemu z obracaniem się wśród pań. Nawet wśród takich, których reputacja nie była najlepsza. Był wprawdzie zatwardziałym przeciwnikiem rozwodów, ale nic nie wskazuje na to, że potępiał kwestie związane z cielesnością. Jest to późniejsza tendencja i uwidacznia się wśród niektórych liderów. Jej sztandarowym przykładem był Paweł. Pisał on wprawdzie, że w obliczu Chrystusa podział na płcie nie ma większego znaczenia, ale…. Ale w sumie to cielesność jest w jakiś sposób nieczysta i nie do końca miła Bogu. A co ciągnie do rozpusty? Kobiece wdzięki.

    Niektórzy doprowadzali ten pogląd do takiej skrajności, że uważali, iż celibat, a nie małżeństwo, powinno być docelowym stanem każdego człowieka. Z jakiegoś powodu część liderów chrześcijańskich zaczęła przypisywać wyższy status ludziom powstrzymującym się od seksu. Pojawiły się nawet ruchy dziewic konsekrowanych (co ciekawe instytucja taka istnieje w KRK do dzisiaj).
    Jest to o tyle dziwne, że stoi jawnej sprzeczności z tradycją żydowską z której chrześcijaństwo przecież wyrosło. Dla Żyda nie było nic ważniejszego niż założenie rodziny i spłodzenie potomstwa. Oczywiście powyższe nie znaczy, że chrześcijanie całkowicie odrzucili seks i prokreacje- ale wiele wspólnot zaczęło wynosić czystość i/lub daleko posuniętą wstrzemięźliwość seksualną na piedestał. Część nauk tego nurtu została później zaaprobowana przez rodzącą się ortodoksję.

    Kolejną kwestią jest obraz Boga. Z jednej bowiem strony Bóg jest przedstawiany jako miłosierny ojciec, a jego najważniejszym przykazaniem jest miłowanie i szacunek w stosunku do innych. Z drugiej jednak strony wielu ludzi nie mogło pojąć co miłosiernego jest w Bogu który wydaje na mękę i śmierć własnego syna. Chrześcijaństwo rozwinęło wprawdzie pogląd, że ofiara Chrystusa była dobrowolna, ale wielu pozostało nieprzekonanych. Przykazania miłości, pomocy innym i poświęcenia dla większego dobra kłóciły się też z wizerunkiem Boga zsyłającego klęski i śmierć na nieposłuszną ludzkość, jaki wyłaniał się z części tekstów. Problem ten nie był nowy i dotyczył także judaizmu z którego rodzące się chrześcijaństwo czerpało pełnymi garściami.

    No dobra ale czy w pierwszym wieku można w ogóle mówić o chrześcijaństwie jako o oddzielnym nurcie? Tradycyjne przedstawienie tych wspólnot jest takie, że miały one świadomość swojej odrębności i silne poczucie misji, a kościół był na najlepszej drodze do uformowania się jako instytucja, a co za tym idzie, zerwanie z judaizmem miał już za sobą.
    Źródła jednak przeczą temu obrazowi. Oczywiście, ruch chrześcijański już w I wieku wydzielił się z żydowskiego mainstream’u skupionego wokół Świątyni i synagogi. Tyle, że to o niczym nie przesądza bo ze studiów nad judaizmem w I wieku wiemy, że takich grup było znacznie więcej. Niektóre z nich także nie ograniczały się do etnicznych Żydów.

    Jak to więc było z tą odrębnością? Tutaj znowu musimy zwrócić uwagę na płynną naturę zjawiska. W I wieku były grupy akcentujące swoją odrębność od żydowskiej tradycji, ale nie brakowało też takich które były świadome tego, że są w niej osadzone, a swój konflikt z synagogą postrzegały zaś bardziej jako kłótnię wewnątrz rodziny. Oczywiście widać ewolucję wierzeń i rosnącą liczbę różnicę, formowanie się instytucji. Były to jednak procesy zajmujące kilka dekad i ciężko postawić ostateczną granicę między jednym a drugim.

    Podsumowując- coś co później nazwano chrześcijaństwem zaczęło jako ruch apokaliptyczny. Apokalipsa jednak nie nadeszła. Doprowadziło to do ewolucji nauczania i wykształcenia się nowych form wspólnoty. To z kolei zaowocowało pojawieniem się zaczątków hierarchii i instytucji. Jeśli chodzi o stosunki z judaizmem- protochrześcijaństwo zaczęło jako ruch żydowski. Ewolucja nauczania spowodowana skupieniem się na Chrystusie i zmiany postrzeganiu jego roli i osoby spowodowały jednak pojawiania się dalej idących różnic.

    W drugiej połowie I wieku główny nurt judaizmu zdał sobie sprawę, że nie może pogodzić swoich pryncypiów z tymi prezentowanymi przez nowy ruch. Grypy te zaczęły od siebie odbijać. Nie znaczy to jednak, że wszyscy żydzi i chrześcijanie byli tego świadomi. Konflikt był przez wielu traktowany w kategorii kłótni w rodzinie. Zaczął się on jednak zaogniać, a chrześcijanie coraz bardziej odbijali od żydowskiego mainstreamu, na co wpływ na pewno miały duże liczby greckojęzycznych konwertytów z pogaństwa.

    Wydaje się, że I wiek nie rozstrzygnął jednak sprawy definitywnie, a przynajmniej nie w przypadku wielu wspólnot. Różnice były już jednak zbyt duże aby na nowo zintegrować judaizm z jego odnogą, zainspirowaną przez Jezusa. Liczba różnic i rzeczy wyróżniających chrześcijaństwo jako coś nowego stale rosła. Co więcej, rosła także świadomość tych różnic. Nie znaczy to jednak, że działo się tak w przypadku każdej wspólnoty. I w ten oto sposób opuszczamy I wiek i wkraczamy w kolejny.
    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Tym razem zapomniałem wcześniej wysłać tekstu do sprawdzenia. Mam nadzieję @robson7 , że się nie obrazisz. Obiecuję poprawę ;).

    PS.2. Nie wołam już ludzi do wpisów bo za każdym razem plusuje ktoś inny i nie wiem czy sobie życzą spamu. Jak ktoś chce być na bieżąco to jest tag #niedoszlahistoria

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa
    pokaż całość

    źródło: jews.jpg

  •  

    Rosyjska maszyneria wygrała internetową wojnę o nielegalne referendum

    Rząd i media publiczne nie reagowały na czas, gdy w sieci szerzono nieprawdziwe informacje.

    Kataloński ruch niepodległościowy, nie mając środków niezbędnych aby osiągnąć swoje cele i oderwać się od Hiszpanii, korzystał z usług prorosyjskiej sieci która ma na swoje usługi tysiące profili w mediach społecznościowych i jest związana z Kremlem i środowiskami wenezuelskich chavistów oraz aktywistami takimi jak Julian Assange. Za jej pomocą publikował informacje i fałszywe wiadomości.

    Według różnych badań dotyczących komunikacji internetowej ta strategia była świadoma i okazała się sukcesem. Za jej pomocą udało się przekonać międzynarodową opinię publiczną do narracji niepodległościowców, a było to tym łatwiejsze, że nie spotkało się ze zdecydowaną odpowiedzią rządu hiszpańskiego i jego instytucji.

    Ani rząd, ani partie polityczne, ani media publiczne nie potrafiły odpowiedzieć na tę akcję w sposób zorganizowany. Według badania przeprowadzonego przez zespół z Uniwersytetu Georg’a Washingtona, które obejmowało okres czasu przed i po referendum, doszło do powstania dwóch baniek informacyjnych. Jedna wspierała dążenia niepodległościowe i krytykowała poczynania hiszpańskiego rządu, druga zaś wskazywała na łamanie prawa przez katalońskich nacjonalistów i broniła polityki rządu.

    Ciężko jednak mówić tu o równowadze bo wg. studium aż 78,2 procent wiadomości i komentarzy broniło sprawy niepodległości Katalonii i obwiniało rząd w Madrycie za brutalność policji. Zaledwie 19,2% broniło polityki rządowej i orzeczeń sądowych o niekonstytucyjności referendum.

    Studium którego dane przywołujemy powstało przy użyciu programu do analizy i zliczania stworzonego do pracy przy big data. Program to hiszpańska technologia, a jego autor, Javier Lesaca, jest pracownikiem naukowym który współpracuje ze Szkołą Mediów i Spraw Publicznych Uniwersytetu Georg’a Washingtona. Analizie poddano 5 milionów 29 tysięcy 877 wiadomości w mediach społecznościowych napisanych między 29 września i 5 październikiem. Sprawdzano głównie Twittera i Facebook. Badano wiadomości w języku angielskim, kastylijskim i katalońskim.

    Najważniejsza konkluzja: „Prawdziwa bitwa o 1 października w Katalonii rozegrała się na polu informacji. Plan stworzony przez organizatorów referendum zakończył się sukcesem”. Dalej czytamy, że: „przekaz, który zdominował światową opinię publiczną był korzystny dla niepodległościowców: brutalna policja hiszpańska pacyfikuje pokojowo nastawionych Katalończyków, którzy chcą wyrazić swoją wolę w demokratycznym procesie głosowania. Narracja rządowa i korzystne dla niej obraz nie przebiły się i nie zdominowały internetowego dyskursu”.

    Jeśli chodzi o powszechność to 50 najpopularniejszych wiadomości sprzyjających ruchowi niepodległościowemu zostało udostępnionych 966 tysięcy 132 razy. W przypadku 50 najbardziej popularnych popierających rząd i krytykujących przywódców katalońskich, udało się naliczyć zaledwie 47 tysięcy 321 udostępnień. Zaledwie 4% wiadomości krytykowało organizatorów referendum które uznano za nielegalne, a tylko 2% zawierało zdjęcia wskazujące na oszustwa przy wyborach, takie jak oddawanie kilku głosów przez jedną osobę.

    Cel: legitymizacja aneksji Krymu

    Rosjanie dostrzegli szansę w katalońskich dążeniach do niepodległości i chcieli je wykorzystać aby usprawiedliwić status Krymu i donbaskich republik. Krymu, który w wyniku konfliktu z 2014 roku, został zaanektowany przez Rosjan.

    Zdaniem Donary Barojan, badaczki pracującej dla think tanku Atlantic Council: „propaganda separatystów ze Wschodniej Ukrainy zamierzała wykorzystać kryzys kataloński do legitymizacji nielegalnej aneksji Krymu. Barojan w analizie Digital Forensics Lab, stwierdza że nie jest to pierwsza taka próba.

    Prorosyjskie media i ośrodki propagandowe na Ukrainie podeszły tak samo do referendum dotyczącego szkockiej niepodległości w 2014 roku, które ostatecznie zadecydowało o pozostaniu Szkocji w Wielkiej Brytanii.

    Tak czy inaczej, Krem próbował wykorzystać kryzys na swoją korzyść. Według Barojan, kryzys sprawił, że: „pretensje zgłaszana przez Rosjan i separatystycznych liderów, używane jeszcze w 2014 roku, zyskały na wiarygodności”.

    Wpływ Kremla

    Wpływ państwowych mediów rosyjskich, takich jak RT czy Sputnik, na globalną opinię publiczną jest większy niż gigantów takich jak CNN albo The Guardian, nie mówiąc już o mediach hiszpańskich, takich jak El Mundo czy La Vanguardia. Co więcej opór ze strony mediów hiszpańskich był nikły, w zasadzie nie istniał. Sumaryczny wpływ wiadomości Sputnika i RT na opinie wyrażane w mediach był około 10 krotnie większy niż dwóch hiszpańskich mediów publicznych, RTVE i EFE, których wpływy były ledwie symboliczne.

    Inna niedawna analiza, podjęta przez grupę The Integrity Initiative, której celem jest zwalczanie wpływów rosyjskiej dezinformacji w Europie, zapewnia, że „Kreml szuka wpływów w Madrycie”. „To co udaje nam się wykryć, jest klasycznym przykładem mechanizmów kontroli, powszechnie stosowanych w działaniach KGB. Udzielając poparcia obydwu stronom, Rosja umiejscawia się w wygodnej pozycji. Zwiększa to szanse, że kryzys nie zakończy się w sposób którego by sobie nie życzyła i, że pozostanie pod kontrolą Moskwy”- cytat ten pochodzi z dokumentu pod tytułem „Kontekst ingerencji rosyjskiej w kwestię katalońską”.

    Tłumaczy to dlaczego sam Putin powiedział, że to co dzieje się w Katalonii jest: „wewnętrzną sprawą Hiszpanii i powinno zostać rozwiązane za pośrednictwem miejscowego prawa i w zgodzie z tradycjami demokratycznym”. Analiza The Integrity Initiative uważa, że nie ma żadnych sprzeczności między słowami Putnia a wiadomościami wspierającymi ruch niepodległościowy, publikowanymi przez media finansowane przez Kreml. Po prostu Rosja lawiruje między stronami,
    szukając korzystnych dla siebie rozwiązań.

    Co więcej, zdaniem autorów analizy prawdziwym celem Moskwy może być wzbudzenie poparcia dla skrajnej prawicy w Hiszpanii. Według raportu: „wyborcy skrajnej prawicy i konserwatyści rozczarowani PP wykazują rosnącą sympatię w stosunku do Putina i Rosji. Grupa ta nie jest póki co istotna w polityce hiszpańskiej, ale boom nacjonalizmu hiszpańskiego w reakcji na kwestię Katalonii prawdopodobnie zwiększy poparcie takich partii jak VOX”.

    #rajoy chuju, ustąp z urzędu!

    Tam właśnie pojawia się jedna z najpowszechniej wśród środowisk prorosyjskich i ich stronnictw sojuszniczych we wschodniej Europie obsesji: George Soros, magnat finansowy, urodzony na Węgrzech, ocalały z Holocaustu i sponsor wielu postępowych inicjatyw. Wiele mniejszościowych mediów związanych z Rosją, jak na przykład El Espía Digital, które publikują informacje podawane przez RT i Sputnik, prowadzi narrację która, choć pozbawiona przekonywujących dowodów, ma skłonić odbiorców do wiary w to, że Soros finansuje kataloński ruch niepodległościowy.

    Tak czy inaczej, internetowa kampania popierająca dążenia niepodległościowe jest zorganizowana i nie opiera się wyłącznie na ochotnikach i sympatykach. Dowodem na to jest badanie Lesaci z Uniwersytetu Georga Washingtona, według którego wiadomości RT i Sputnika są udostępniane przez profile z których aż 87% jest określanych jako publikujące fake newsy bądź jako boty czy fake konta. Pomagają w tym konta chavist’ów z których wiele jest również prowadzona przez boty. Miażdżąca większość tych wiadomości jest szkodliwa dla poczynań rządu w Madrycie i strategii jaką ustalił z partiami opozycji.

    Kolejną wskazówką jest fakt, że szóstym, najpopularniejszym tagiem w rozmowach prowadzonych za pomocą portali społecznościowych, w dniach poprzedzających referendum i zaraz po nim było #rajoydimision. Według analiz „wprowadzenie tego tagu do jednego z najpopularniejszych sugeruje, że istnieje przemyślana strategia aby utożsamić kryzys w Katalonii z osobą premiera”.

    Więcej informacji o ingerencjach rosyjskich

    Na tydzień przed planowanym referendum w sprawie niepodległości Katalonii, ludzie związani z rosyjską machiną dezinformacji donosili o zwiększonej ilości wiadomości przychylnych dla integralności Hiszpanii. Wśród zwyczajowo powtarzanych wiadomości, sprzyjających Trumpowi, al-Assadowi czy atakujących Ukrainę, zaczęlo się nawoływanie do konieczności propagowania niepodległości Katalonii.

    Tak twierdzi na przykład Alianza para Asegurar la Democracia, projekt stworzony przez German Marshall Fund w reakcji na to że, trakcie wyborów prezydenckich w USA po sieci krążyło dużo nieprawdziwych informacji, które finalnie przyczyniły się do wyboru Trumpa. Organizacja ta posługuje się narzędziem zwanym Hamilton 68, które analizuje 600 kont powiązanych z Kremlem. Tydzień przed referendum jednym z najpopularniejszych hasztagów używanych przez te profile był #catalonia.

    Z tymi kontami łączy się Juliana Assange, który żyje na terenie ambasady Ekwadoru w Londynie, skąd prowadzi agitację za pomocą Twittera, udostępniając dokumenty z tzw. Wikileaks. Były one wykorzystywane żeby propagować wyidealizowany obraz referendum z 1 października. Do kampanii tej przyłączyła się grupa hakerów zwana Anonymous i ukrywający się w Rosji Edward Snowden, poszukiwany przez amerykański wymiar sprawiedliwości.

    Po 1 października, manewrach policyjnych mających uniemożliwić odbycie się głosowania, grupa hakerów katalońskich korzystała z pomocy podobnych grup wywodzących się z krajów byłego ZSRR, w tym Rosji.

    Działacze niepodległościowi, wykorzystali ekscesy z udziałem policji i podawali przesadzone informacje, dodając czasem nieprawdziwe zdjęcia. Co więcej, nawet rząd kataloński podawał nieprawdziwe informacje, np. zawyżając liczbę rannych do około tysiąca osób. Informacja ta była później zresztą wykorzystywane przez prorosyjskie grupy, które porównywały to do represji z czasów faszystowskich rządów Franco. Celem przekazu medialnego rosyjskich RT i Sputnika, było pokazanie
    Unii Europejskiej jako słabej i niezorganizowanej.

    Prezydent Putin i jego przedstawiciele dyplomatyczni zapewniali wprawdzie, że kwestia Katalonii jest wewnętrzną sprawą Hiszpanii, ale 26 października ujawniliśmy, że jeden z przywódców separatystów, powiązany z Putniem, odwiedził Barcelonę. Prawdopodobnym celem wizyty było nawiązanie relacji w razie gdyby Katalonia stała się niepodległa. Wskazują na to źródła hiszpańskiego wywiadu. Dimitri Medóev, osetyjski polityk związany z Moskwą, otworzył nawet swoje biuro w Barcelonie, prawdopodobnie również w celu nawiązania kontaktów w imieniu Moskwy.

    W tym samym czasie przedstawiciele dwóch rosyjskich organizacji pozarządowych odwiedzili Katalonię w czasie podróży zorganizowanej przez Światową Organizację Przeciwko Torturom. Celem ich wizyty było zebranie informacji o nadużyciach ze strony policji w czasie referendum. Byli to Yuri Dzhibladze, prezydent Centrum Rozwoju Demokracji i Praw Człowieka oraz Olga Zakarowa, dyrektora Centrum Analiz dla Wolności.

    Chwilę przed tym Hiszpania zgodziła się na ekstradycję do USA rosyjskiego hakera, Piotra Lewaszowa, przeciwko któremu toczy się śledztwo prowadzone przez FBI. Jest on oskarżony o cyberataki w trakcie kampanii prezydenckiej z 2016 roku. Śledztwo opiera się na przekonaniu, że Rosja zorganizowała ataki hakerskie na komputery Demokratów. Lewaszow został zatrzymany w kwietniu 2017 roku, w Barcelonie. Wcześniej, w styczniu, w Barcelonie zatrzymano innego rosyjskiego hakera, Stanisława Lisowa. W jego przypadku również podjęto decyzję o ekstradycji do USA za przestępstwa internetowe.

    PS. Artykuł nie jest najwyższych lotów, ale tak na zachętę, bo wiem, że lubisz taką tematykę (@Cheater). Zawołam też @urs6 @robson7 bo plusowali.

    PS2. Raz na jakiś czas wrzucę jakiś ciekawszy tekst/news z hiszpańskojęzycznych źródeł, może poszum czegoś o nacjonalizmach regionalnych w Hiszpanii. Albo wojny domowej w Kolumbii? Albo chavism, albo Castro... sam nie wiem.

    PS.3 Co do liczb z tej manifestacji to zdaniem policji w Barcelonie ludzi było 750 tysięcy:

    Cientos de miles de personas —750.000, según la Guardia Urbana— se concentraron este sábado en Barcelona para exigir la libertad de los políticos y los dirigentes independentistas encarcelados por delitos de sedición y rebelión

    PS4. Sorry za błędy

    #mundohispanico (to tag pod który będę wrzucał co jakiś czas posty o tematyce związanej z Hispanidad'em)
    #4konserwy
    #neuropa
    #60groszyzawpis (a co tam)

    Obrazki do art:

    Ile procent komentarzy za, przeciw, neutralnych
    tematyka wrzucanych newsów
    Najpopularniejsze hasztagi
    pokaż całość

    •  

      Co do liczb z tej manifestacji to zdaniem policji w Barcelonie ludzi było 750 tysięcy

      @niedoszly_andrzej: Brzmi niesamowicie jak na 4,5milionową aglomerację. Barcelońska policja niekoniecznie musi być obiektywna w tej sprawie, ale lepszego źródła nie znajdziemy. Jeżeli to prawdziwa liczba to... już nie wykluczam, że ta secesja dojdzie do skutku.

      PS
      Artykuł trochę śmieszny jak każda tak daleko posunięta paranoja związana z ruskimi hakerami, ale jednak ciekawy. Czekam na więcej i dziękuję, ze mój temat poszedł na pierwszy ogień:) Pozdro
      pokaż całość

    •  

      @Cheater: ciężko powiedzieć bo oni podlegają pod Generalitat, ale w Katalonii wszystko podlega pod Generalitat( ͡° ͜ʖ ͡°).

      Artykuł trochę śmieszny jak każda tak daleko posunięta paranoja związana z ruskimi hakerami, ale jednak ciekawy.

      Zawsze śmieszy przypisywanie im jakiejś mocy sprawczej, oni co najwyżej kanalizują nastroje antyestablishmentowe. Poparcie dla Trumpa czy Breitu nie wzięło się od ruskich hakerów. pokaż całość

    • więcej komentarzy (7)

  •  

    Nadeszła wielkopomna chwila, znajomość hiszpańskiego wjechała na B2, jeśli ktoś jest zainteresowany jakims autorem, artykułem czymkolwiek w języku Cervantesa, chętnie przetłumaczenie.

    PS. Pamiętam, że kilka miesięcy temu @flamel narzekał, że mało po ang źródeł o nowej prawicy, ale na francuski to jeszcze z roczek trzeba będzie poczekać (póki co A2).
    #socdem #publicystyka #chwalesie pokaż całość

  •  

    Dobra, tym razem bez rozczarowań. W tym odcinku, jak i być może kilku następnych, omówimy sobie pobieżnie apokryfy i wczesnochrześcijańskie herezje. Czemu pobieżnie? Bo to strasznie rozbudowany i szeroki temat w zasadzie wymagający odrębnej serii. Przyznam szczerze, że dla mnie osobiście jest on mega interesujący i bardzo możliwe, że czegoś takiego się podejmę. Nie chcę jednak rzucać słów na wiatr więc nie traktujcie tego jak ostatecznej deklaracji. Zacznijmy zatem.

    Na wstępie chciałem zaznaczyć, że przy pisaniu tego odcinka opierałem się przede wszystkim na książce Ehrmana „Lost Christianities” a nie na „A New History…” Freemana. Aaaa! No i będzie trochę powtórzeń na wypadek gdyby ktoś nie czytał poprzedniego odcinka, ale lepiej przeczytać. No dobra, ale do rzeczy.

    W Polsce może tego za bardzo nie widać, ale współczesne chrześcijaństwo jest bardzo dalekie od jednorodności i mieszczą się tam bardzo różne grupy. Mają one często krańcowo różne podejście do wiary, interpretacji Biblii, roli religii w życiu codziennym, stosunku do nauki, polityki i w zasadzie każdego innego aspektu ludzkiej działalności.

    W Polsce kojarzymy chrześcijaństwo głównie z kościołem rzymskokatolickim i to w naszym specyficznym, polskim wydaniu. Wiele osób mogło by zdziwić się, że w takim np. USA istnieje wiele kościołów nie tyle afirmujących LGBT, co przeznaczonych dla ludzi z tej społeczności (nie lubię tego słowa bo niejako sugeruje ono ich odrębną tożsamość, ale z braku laku…).

    Zresztą nie trzeba zaraz brać na tapetę jakichś egzotycznych wyznań. W obrębie samego katolicyzmu bywa bardzo różnie. I tak na przykład w Holandii, według badania z 2007 roku, zaledwie 27% zadeklarowanych katolików wierzyło w Boga. 55% określało się jako zwolennicy ietsyzmu lub deizmu agnostycznego a 17% jako ateiści i agnostycy. Przypominam, że mówimy tutaj o wierzeniach zadeklarowanych katolików, a nie ogółu populacji.

    Na tej podstawie bardzo zasadne jest pytanie czy w ogóle możemy mówić o chrześcijaństwie jako jakimś spójnym nurcie czy może raczej o chrześcijaństwach? Nie mam tutaj miejsca na wymienianie poszczególnych wyznań i różnic między nimi. Kto ciekawy niech sprawdzi hasło „List of Christian denominations” na angielskiej Wikipedii. Gwarantuję, że to i tak tylko wierzchołek góry lodowej. Czy może być coś bardziej zróżnicowanego niż współczesne chrześcijaństwo? Być może dobrą odpowiedzią na to pytanie jest… wczesne chrześcijaństwo.

    W pierwszych trzech wiekach istnienia chrześcijaństwa, poszczególne grupy używające tego miana były jeszcze bardziej zróżnicowane w sprawach wiary niż, powiedzmy, prawosławna cerkiew bułgarska w porównaniu z menonickim kościołem Kanady. Niestety znacząca cześć informacji o wczesnochrześcijańskich grupach nie przetrwała do naszych czasów i znamy je jedynie fragmentarycznie, na podstawie pism ich krytyków lub wręcz tylko z nazwy. Było zapewne wiele nurtów o których jedyne co wiemy, to to, że istniały. Jak na przykład „secesjoniści” z listów Jana. Zapewne było wiele takich o których istnieniu nic nie wiemy bo nie zostało ono w ogóle odnotowane, albo wzmianki nie zachowały się do naszych czasów.

    I tak w II i III wieku istniały grupy chrześcijan które wierzyły, że Bóg jest stwórcą świata. Inni twierdzili jednak, że jest to owoc pracy pomniejszego bóstwa. Jeszcze inni uważali świat za materialne więzienie dla czystej, duchowej energii. Byli chrześcijanie którzy uważali żydowską Biblię za napisaną pod boskim natchnieniem. Inne grupy twierdziły, że owszem, ale żydowski bóg to nie ten Jedyny, Prawdziwy Bóg. Nie brakowało też takich którzy twierdzili, że powstały one z podszeptu szatana. Byli chrześcijanie którzy wierzyli, że Jezus był jednocześnie Bogiem i człowiekiem/Bogiem/człowiekiem, ale adoptowanym i natchnionym przez Boga/ człowiekiem niejako opętanym przez bożą moc. I można by tak jeszcze długo, a lista i tak nie byłaby pełna.

    Jak to możliwe, że takie poglądy uchodziły za chrześcijańskie? Dlaczego ci ludzie uważali się chrześcijan? Przecież pobieżna nawet lektura Pisma mocno zawęża pole do interpretacji, prawda? Rzecz w tym, że w czasach o których mówimy nie istniał jeszcze kanon Nowego Testamentu. Grupy o których mowa dysponowały ustępami z obecnie nie uznawanych Ewangelii, Listów, Apokalips i Dziejów Apostolskich, które potwierdzały ich tezy i umacniały ich w wierzeniach.

    Większość z dzieł które nie zostały włączone do kanonu nie przetrwała do naszych czasów. Określa się je zbiorczą nazwą apokryfów. Ich pominięcie było efektem zwycięstwa frakcji którą badacza roboczo nazywają „proto- ortodoksyjną”. Co to znaczy? Mówimy tutaj o tradycji do której przyznawać się będą później ci chrześcijanie, których poglądy zostało zaadoptowane przez państwo i stały się oficjalną doktryną. Grupa ta, dzięki poparciu ze strony aparatu państwowego, była w stanie przeforsować swój kanon i jego interpretacje jako właściwe. I to od tej grupy wywodzi się praktycznie całe współczesne chrześcijaństwo z całym swoim bogactwem poglądów i zróżnicowaniem teologicznym.

    Wiem, że może to brzmieć jak jakieś foliarskie teorie spiskowe, przyrównujące ortodoksów do złej korporacji, bezlitośnie wycinającej konkurencję. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana i mieli oni często dobre powody żeby odrzucać inne interpretacje czy źródła . Na przykład: znamienita większość apokryficznych pism została napisana później niż „ortodoksyjne” Ewangelie co niejako z automatu czyni je mniej wiarygodnymi. Wiele z nich było też fałszerstwami. Ich autorzy podawali się za uczniów Jezusa, bądź osoby z otoczenia apostołów. O ile Ewangelie w Nowym Testamencie są anonimowe, a przypisanie im autorów to późniejsza inwencja, o tyle np. autor Ewangelii Piotra jasno i wyraźnie podaje się za apostoła. Praca ta została spisana w okolicach połowy II wieku, więc nie muszę chyba mówić, że to się kupy nie trzyma?

    Nie jest moim zamiarem całkowite deprecjonowanie apokryfów jako fałszywek, ani też oskarżanie zwycięskiej frakcji o celowe fałszowanie historii dla, jak to przedstawiają różnego rodzaju teorie spiskowe, doraźnych korzyści w stylu władzy, pieniędzy czy prestiżu. Przyjmowanie a priori, że autorzy apokryficznych prac byli w pełni świadomymi kłamcami, jest głupie i nieuzasadnione. Tradycja chrześcijańska po prostu nie była jednorodna i ewoluowała w różnych kierunkach, a jej odnogi ulegały innym wpływom. Oczywiście cześć apokryfów mogła zostać napisana przez ludzi którzy w pełni świadomie naginali wydarzenia czy ich interpretacje do swoich celów, ale równie dobrze mogą one być po prostu odbiciami alternatywnych tradycji.

    Że ich autorzy uciekali się do podpisywania swoich prac imionami uczniów Jezusa? To niekoniecznie świadczy o tym, że były całkowicie wyssane z palca. W świecie starożytnym był to bardzo powszechny zabieg, nieograniczony do chrześcijaństwa. Fałszerstwa były plagą w czasach starożytnych i był to szeroko stosowany zabieg, mający na celu podeprzeć głoszone poglądy autorytetem kogoś powszechnie szanowanego. Co ciekawe fałszerstwami były nawet niektóre dzieła krytykujące tego typu praktyki. Część Nowego Testamentu to też fałszerstwa (przypominam, że nie wartościuje w tej chwili przesłania tych pism, tylko ich autorstwo)- na przykład listy Pawła. Istniejący konsensus badaczy mówi, że 7 listów z 13 przypisywanych mu i znajdujących się w NT, to faktycznie jego dzieła. Pozostałe 6, no cóż, nie.

    Sprawa nie jest taka prosta, a ja nawet nie podejmuję się prób rozstrzygnięcia tego kto miał rację i jaka jest poprawna interpretacja i która wersja chrześcijaństwa jest prawdziwa. O ile coś takiego w ogóle można określić. Zamiast tego po prostu przybliżymy sobie nieco temat apokryfów, a później może i ruchów heretyckich. To jak kształtował się kanon uznany później za ortodoksyjny, pokrótce opisałem w poprzednim odcinku (pokrótce bo to tak zwany ciężki temat).

    Co z tymi apokryfami zatem? Było ich całe mnóstwo. Jak to ujął Orygenes- „kościół ma cztery Ewangelie, a heretycy mają wiele”. Wymienił kilka krążących w jego czasach: Egipcjan, 12 apostołów, Bazylidesa, Tomasza, Macieja. O 12 Apostołach i Bazylidesie nie wiemy prawie nic. Egipcjanie i Maciej coś wiemy, ich poglądy opisał pokrótce Klemens z Aleksandrii. Ewangelie Tomasza udało się odnaleźć w trakcie wykopalisk i omówimy ją tutaj. Orygenes nie był jedynym pisarzem który wspomniał o apokryfach. Wzmiankował o nich również Euzebiusz z Cezarei, pisząc o Hebrajczykach i Piotrze.

    I to właśnie Ewangelia Piotra będzie tą, którą się zajmiemy. Jest jedną z najwcześniejszych apokryficznych ewangelii, a zatem istnieje jakaś szansa, że powstała w oparciu o autentyczną tradycje, tyle, że trochę inną niż ortodoksyjna, a nie dlatego, że jej autor chciał na siłę uzasadnić swoje poglądy teologiczne. Jako się rzekło- ewangelia ta jest fałszerstwem. Autor przedstawia się wyraźnie jako Piotr, apostoł Jezusa, mimo, iż dzieło zostało napisane w połowie II wieku, więc Piotr musiałby mieć jakieś… 130 do 150 lat.

    Ciekawa jest nie tylko treść Ewangelii, ale także jej historia. Wiemy o niej z Historii kościelnej Euzebiusza z Cezarei, jednej z najważniejszych prac dotyczących pierwszych wieków chrześcijaństwa. Opowiada on historię o Serapionie, biskupie Antiochii z przełomu II i III wieku. Serapion opiekował się nie tylko wspólnotami miejskimi, ale także tymi żyjącymi w okolicach stolicy rzymskiej Syrii. W czasie jednej z wizyt trafił do Rosus, gdzie odkrył, że miejscowi chrześcijanie opierają się na ewangelii której autorem miał być Święty Piotr.

    Niczego nie podejrzewając i ufając w autorytet tak ważnego apostoła Serapion zezwolił na jej używanie i powrócił do Antiochii. Po pewnym czasie nabrał jednak wątpliwości i zapoznał się z tekstem ewangelii. Okazało się, że część narracji zdawała się sprzyjać poglądom doketystów. Jest to zbiorcza nazwa na poglądy, szybko uznane przez proto- ortodoksów za heretyckie, które podważały cierpienie i śmierć Chrystusa. W ramach doketyzmu istniało kilka nurtów.

    Jeden z nich głosił, że Chrystus miał tylko boską naturę w związku z czym nie posiadał materialnego ciała, było ono tylko iluzją. Nie cierpiał ani nie umarł na krzyżu, bo po prostu nie był śmiertelnikiem. Cała pasja i śmierć, wszystko to było tylko iluzją. Inna grupa głosiła, że Jezus był człowiekiem „opętanym” przez boskiego ducha Chrystusa. To dzięki niemu był w stanie czynić cuda i to od ducha pochodziły nauki które Jezus głosił. W ostatnich chwilach życia Jezusa duch boży po prostu go opuścił (stąd okrzyk ukrzyżowanego: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”), zatem to człowiek cierpiał na krzyżu, a nie Bóg.

    Nie muszę chyba mówić, że poglądy te były absolutnie nie do przyjęcia dla proto- ortodoksów? Co zatem ze zbawienną męką, śmiercią i zmartwychwstaniem? Jaki sens miała ofiara i cierpienie których nie było? Co to za Bóg, który bawi się ludzkim ciałem jak marionetką i porzuca człowieka w tarapatach? Serapion zareagował więc stanowczo i zabronił korzystania z tej ewangelii oraz napisał pamflet w którym ostro krytykował zawarte w niej poglądy. Co ciekawe, dostrzegł zgodność większości treści z przekazami z którymi się zgadzał, niepokoiły go tylko te ustępy które mogły być odczytane na korzyść doketyzmu. Euzebiusz niestety ich nie cytuje, więc nie wiemy co dokładnie miał na myśli.

    Niestety, bo od tamtej pory słuch o Ewangelii Piotra zaginął (chodzi o źródła). I było tak, aż do XIX stulecia. W trakcie wykopalisk prowadzonych przez Francuzów w latach 1886-87. Archeolodzy badali chrześcijańską część cmentarza w miasteczku Achmim. Tam zaś natrafili na grób mnicha datowany na VIII-XII wiek. Nie grób był jednak ciekawy, a jego zawartość. Rzeczony mnich został bowiem pochowany z manuskryptem z VII-VIII wieku. Zawierał on kilka tekstów religijnych, w tym apokryfów, w tym ewangelię i apokalipsę Piotra. Znalezisko to ma także wymiar symboliczny. W w manuskrypcie znajdowały się także dzieła żydowskie, a heretyckie przeplatały się z ortodoksyjnymi. Niezła ilustracja klimatu religijnego epoki.

    Niestety, manuskrypt zawiera tylko fragment ewangelii Piotra. Wiemy to, gdyż zaczyna się ona i kończy w pół zdania. Zawiera opis ostatnich dni Jezusa- proces, ukrzyżowanie, męka i zmartwychwstanie. Tego co zawierało całe dzieło nie dowiemy się nigdy. Nie przeszkadza to jednak w spekulacjach których paliwem jest fakt odnalezienia kilku pomniejszych fragmentów, zawierających rozmowy między Jezusem a Piotrem, prawdopodobnie pochodzących z tej właśnie Ewangelii. Nie możemy jednak być pewni co do całościowej wymowy dzieła.

    Tak czy inaczej, odnaleziony fragment zaczyna się od opis tego jak zebrani Żydzi, tumult, kapłani i Herod, odmówili umycia rąk. Wymowa sceny wydania wyroku na Jezusa jest tutaj zdecydowanie bardziej antyżydowska. We fragmencie to Herod, król żydowski, skazuje na śmierć a nie Piłat. Prawdopodobnie to efekt rosnących, antyżydowskich resentymentów, które były spowodowane licznymi konfliktami wspólnot chrześcijańskich ze „starszymi braćmi w wierze”. Generalnie, reszta narracji jest bardzo podobna do tej w ewangeliach kanonicznych. Są jednak pewne różnice, które mogą powadzić do interpretacji dalekich od ortodoksyjnych.

    I tak w trakcie męki Jezus milczy „jakby nie cierpiał”. Ustęp ten można odczytywać właśnie jako sprzyjający doketyzmowi. To jednak nie koniec. Umierający Jezus krzyczy „mocy, moja mocy, czemu mnie opuszczasz”, po czym autor stwierdza, że został zabrany, mimo, iż ciało pozostaje na krzyżu. Swobodnie można to odczytać w duchu doketyzmu jako moment opuszczenia śmiertelnego ciała Jezusa przez boskiego ducha, Chrystusa. Inaczej ma się również sprawa z łotrami. U Piotra tylko jeden z nich się odzywa, występując w obronie Jezusa. Żołnierze mszczą się i nie łamią mu nóg, tak aby dłużej konał.

    Potem następuje pogrzeb Jezusa, a narracja zaczyna być prowadzona w pierwszej osobie. Rzekomy Piotr pisze o zgrozie i żałobie jakie stają się udziałem apostołów. Opis straży trzymanej przy grobie Jezusa jest o wiele bardziej szczegółowy. To znaczy opisuje on sam proces zmartwychwstania, którego próżno szukać w oficjalnych ewangeliach. Według relacji wydarzenie to miało świadków, odbyło się na oczach kilku mieszkańców Jerozolimy i towarzyszyły mu znaki na niebie. Spanikowani kapłani udali się do Piłata prosząc go o powstrzymanie wieści rozchodzących się po mieście. Piłat odparł im, że przecież wzięli na siebie winę za wyrok na Jezusa. Następnego dnia Maria Magdalena wraz z towarzyszkami udają się do grobu, nieświadome tego co się stało. Przekonują się, że grób jest pusty. Nie całkiem pusty bo na odchodne spotykają anioła który obwiesza im radosną nowinę. Narracja urywa się w trakcie opisu przygotowań apostołów do połowu ryb.

    Nie wiemy czy autor ewangelii bazował na pracach innych ewangelistów. Historia przez niego przedstawiona, jest, jak już wiemy, bardzo podobna, różni się tylko szczegółami. Materiał nie wygląda jednak na zapożyczony z żadnej ze starszych, uznanych za kanoniczne ewangelie, w przeciwieństwie do np. synoptycznych. W ich przypadku jasno widać, że Mateusz i Łukasz wzorowali się na Marku. Jest bardziej prawdopodobne, że autor Piotra po prostu spisał tradycje krążące po wspólnocie w której żył, a podobieństwo wynika z podobieństwa między ustnymi przekazami. Czymś co wskazuje na to, że dzieło to powstało później niż kanoniczne, jest widoczny, negatywny stosunek do żydów. Był to efekt procesu trwającego kilka dekad, zauważalny w wielu wspólnotach chrześcijańskich II wieku, czyli wtedy kiedy drogi obydwu grup ostatecznie się rozeszły i zaczęły ze sobą rywalizować.

    Co ciekawe narracja Piotra i tak nie była kropką nad „i” w procesie podkreślanie winy Żydów. Tertulian np. donosi o legendzie, wg. której Piłat miał wysłać list do cesarza Tyberiusza, w którym donosił o sprawie Jezusa. Tyberiusz miał wówczas złożyć wniosek w senacie o uznanie Jezusa za boga. Senat okazał się wprawdzie niechętny, ale Tyberiusz osobiście uznał boski status Chrystusa. Według tego samego podania, Piłat przyjął chrzest po cudownym zmartwychwstaniu. Legenda ta to tylko jeden z przykładów bo w ramach literatury chrześcijańskiej rozwinął się cały gatunek na temat relacji między prokuratorem Judei a niesłusznie skazanym mesjaszem. Historie były tak odjechane, że niektóre ogłaszały Piłata świętym. Mało tego, kościół etiopski oficjalnie czci go jako świętego.

    No dobra, ostatnim pytanie jakie musimy sobie zadać brzmi: jak popularna była Ewangelia Piotra i jaki był jej zasięg oddziaływania? Tutaj jest trochę gorzej z odpowiedzią, w końcu gdyby nie czysty przypadek nie znalibyśmy nawet jednego fragmentu. Z drugiej jednak strony wiele wskazuje na to, że w pewnym okresie było to dosyć popularne dzieło. Kwestia powszechności pism chrześcijańskich w ogóle jest ciekawa bo mamy dobre powody żeby sądzić, że np. Marek nie był szeroko znany. Był traktowany raczej jako skrót z pozostałych ewangelii synoptycznych. Po co zatem czytać skrót gdy można zdobyć pełną wersję?

    Wyniki wykopalisk wskazują wręcz, że apokryficzne ewangelie mogły cieszyć się większą popularnością niż Marek. Mowa tu o Egipcie, bastionie wczesnego chrześcijaństwa, którego klimat (sucho i ciepło) był idealny dla konserwacji tekstów. Oczywiście nie jesteśmy pewni na ile wyniki wykopalisk egipskich można przenosić na inne tereny. Ponadto nie wiemy jaki procent istniejących tekstów przetrwał, mogło być przecież tak, że Ewangelia Marka istniała w 100 000 egzemplarzy a Piotra w jednym, ale jakimś cudem to piotrowa zachowała się do naszych czasów. Szanse na to są jednak bardzo małe, a wspomniane wykopaliska nie rozstrzygają definitywnie tej kwestii, ale dają nam jednak pewien ogląd sytuacji.

    Zresztą istnieją inne poszlaki. I tak na przykład na podstawie II listu Klemensa wielu uczonych sądzi, że rzeczony Klemens znał ewangelię Piotra i uważał ją za prawdziwą. Albo znalezione kawałek ceramiki, datowane na VI wiek, które określają Piotra mianem ewangelisty. Wydaje się wiec, że dla wielu chrześcijan ewangelia Piotra pozostawała ważna nawet po tym jak oficjalny kościół odrzucił ją i nie przypisał do kanonu. Samo znalezisko z Egiptu ukazuje, że 500 lat po tym jak Serapion z Antiochii zabronił jej używania, istnieli chrześcijanie którzy uważali ją za autentyczną. I, że nie było to izolowane zjawisko, bo znano ją nie tylko w Syrii, ale i w Egipcie.

    Mały bonus. Wspomniany manuskrypt, odkryty w grobie mnicha, zawierał nie tylko Ewangelię, ale także szereg innych prac, w tym tzw. Apokalipsę według Świętego Piotra. Moim zdaniem jest ona bardzo interesująca gdyż, w przeciwieństwie do Apokalipsy Jana traktującej o czasach ostatecznych, jej motywem przewodnim jest swoista „wycieczka” po piekle i niebiosach. Przewodnikiem jest sam Jezus, zwiedzającym zaś Piotr. Jak widzimy, Dante, ze swoją „Boską Komedią, nie był oryginalny. Narracja zaczyna się od Jezusa pouczającego apostołów odnośnie Końca Świata. Gdy pada pytanie o czas w jakim to się stanie, Jezus wskazuje na drzewo figowe i mówi, że koniec rozpocznie się gdy drzewo wyda pędy. Piotr zauważa wówczas, że jest to cykl który powtarza się naturalnie co jakiś czas i, że nie wie jak ma rozumieć porównanie.

    Okazuje się, że Jezus ma na myśli koniec świata, bardziej zbliżony do tego z Piosenki o Końcu Świata Miłosza (polecam swoją drogą). Koniec świata ma miejsce codziennie, w każdej chwili ktoś umiera, a wraz z tym kończy się przecież jego świat. Najwięcej miejsca Apokalipsa poświęca na opis katuszy jakie czekają potępionych. I tak bluźniercy zwisają na swoich językach nad ogniskami, kobiety które zaplatały włosy w warkocze aby zwodzić mężczyzn (no co, ja tego nie wymyślałem) wiszą, jak nie trudno się domyśleć, za włosy. Mężczyźni którzy dali się uwieść zwisają za genitalia. Ci którzy przywiązywali zbyt dużą wagę do dóbr doczesnych cierpią nabici na ogniste pale. Dzieci które nie były posłuszne rodzicom są rwane na strzępy przez dzikie ptaki. Niewolnicy sprzeciwiający się swoim panom spędzają wieczność gryząc swoje języki.

    Opisy pośmiertnego życia zbawionych nie są tak ciekawe. W końcu ciężko wymyślić sposoby na błogie spędzenie wieczności. Tak czy inaczej autor jasno pokazuje, że warto wytrwać w wierze i nie dać się przeciwnościom. W drugą stronę- absolutnie nie warto zadzierać z Bogiem- kończy się to bowiem zwisaniem za którąś z rozlicznych części ciała przez całą wieczność. Treść dzieła, podobnie jak innych apokalips, próbuje przekazać czytelnikowi myśl, że warto poświęcać chwilowe przyjemności w celu osiągnięcia czegoś później- w tym wypadku po śmierci.

    Na przykładzie jednego (no dobra, dwóch) tylko dzieł widać, że wczesne wspólnoty chrześcijańskie niekoniecznie były takie jakie wiele osób je sobie wyobraża. Niektóre nie znały na przykład tekstów które dzisiaj uważamy za kanoniczne. Zamiast tego odwoływały się do dzieł o których istnieniu i/lub treści większość współczesnych chrześcijan nie ma bladego pojęcia. I nie była to tylko cecha izolowanych, peryferyjnych wspólnot. Prace o których mówimy nie były też rzadkimi artefaktami- wskazują na to analizy dzieł pisarz wczesnochrześcijańskich, nawet tych uznawanych powszechnie za ortodoksyjnych. Że o fakcie występowania tych dzieł w kilku oddalonych od siebie miejscach nie wspomnę. Ba! Niektóre apokryfy mogły być nawet popularniejsze niż teksty ortodoksyjne. Wydaje się, że tak właśnie było z tekstami o Piłacie, które dotrwały do europejskiego średniowiecza i były pożywką dla ludowych opowieści.

    Niestety, większość tego materiału została stracona, wydaje się, że bezpowrotnie. W IV wieku ustalono kanon, a w następnych stuleciach był on wcielany w życie. To znaczy- oficjalne kościoły, założone przez zwycięskich proto- ortodoksów zwalczały wspólnoty które uważały za heretyckie. Dlaczego? Jednym z powodów tego stanu rzeczy był fakt uczynienia chrześcijaństwa religią państwową Cesarstwa Rzymskiego. To stworzyło konieczność ujednolicenia wierzeń, pism i sposobów postępowania, bo skoro według oficjalnej ideologii państwowej cesarz jest wybrańcem Boga który ma zaprowadzać boży ład na Ziemi, to jak może to robić skoro nie wie dokładnie czym ten ład jest i jak powinien wyglądać? Na to nałożyły się inne czynniki, na przykład przekonanie, że do zbawienia konieczna jest ortodoksyjna wiara. Jak to świadczyło o biskupie czy świeckim władcy, że toleruje nieprawdziwe wierzenia? Że za nic ma nieśmiertelne dusze swojej owczarni/ swoich poddanych?

    Posługując się tą logiką należało zatem zakazać pism które mogły być zarzewiem heretyckich, a więc skutkujących wiecznym potępieniem i podważaniem porządku państwowego, poglądów. Wiele dzieł zostało celowo zniszczonych, wiele ukrytych i zapomnianych. Bardzo nieliczne przetrwały do naszych czasów. Nie ma co jednak tracić nadziei, bo jak pokazuje przykład Ewangelii Piotra, możliwe, że wiele z nich czeka na ponowne odkrycie w gorących piaskach Egiptu lub Syropalestyny.

    I jak podobało się? Mnie samego ten temat mocno zainteresował, bo jest powiązany z moim byłym konikiem- herezjami chrześcijańskimi. Jeśli będą chętni to z przyjemnością przybliżę kilka innych tekstów apokryficznych, żebyśmy mieli nieco pełniejszy obraz kotłującego się świata wierzeń pierwszych chrześcijan.

    PS. Mam nadzieję, że nie ma miliarda błędów. Zwyczajowo pełniącemu rolę cenzora @robson7 (którego pozdrawiam) obowiązki nie pozwoliły rzucić okiem na tekst przed jego wrzuceniem na wykop. Tradycyjna prośba o wyłapywanie błędów.

    PS.2. Nie wołam już ludzi do wpisów bo za każdym razem plusuje ktoś inny i nie wiem czy sobie życzą spamu. Jak ktoś chce być na bieżąco to jest tag #niedoszlahistoria

    #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa

    Fragment manuskryptu zawierającego Ewangelię Piotra
    pokaż całość

    źródło: peter.jpg