Wykop.pl, Twój portal o murzynach którzy zrobili cośtam gdzieśtam.

  •  

    @Sinity:
    Tak z ciekawości prześwietliłem sb tego Arestowicza co dawałeś we wpisie i to niezły odlot ogólnie. Gość oprócz militarno- politycznych filmików ma wrzutki o tym, że współczesna kultura to gnostycka herezja, gada o marksiźmie kulturowym, płacze, że ludzie nie są into religia, należał do partii chrześcijańskich nacjonalistów i szkolił się pod okiem typa co jest astrologiem. Generalnie wydaje się być dla mnie skrzyżowaniem Bartosiaka z Petersonem, podlanym sokiem z Dugina.

    PS. Oblokuj PW
    pokaż całość

  •  

    Jakim cudem ten cios w twarz viniciusa to nie jest czerwona kartka? Pytanie nieironiczne.
    #realmadryt #mecz

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 83, w którym sprawdzamy manichejskość manicheizmu.

    Wpis na blogu z lepszym formatowaniem i źródłami
    Link do podcastu

    Myślę, że każdy spotkał się z terminem “manichejski dualizm”. Może nie jest on używany w języku potocznym, ale można nań trafić w publicystyce, gdy autor tekstu chce podkreślić jak przeciwstawne względem siebie są jakieś zjawiska czy idee. Nie zdziwi nas to jeśli przeczytamy popularyzatorskie teksty o manicheizmie. Jest tam opisywany jako radykalnie dualistyczny, przedstawiający świat jako miejsce walki między dobrem i złem, na czele których stoją rywalizujące ze sobą bóstwa. Sprawa jest jednak bardziej złożona. Manicheologia znacznie rozwinęła się przez ostatnie dekady i przeszła niejedną burzę. Jest to efekt odkrycia i/ lub przetłumaczenia kilku nowych źródeł, co miało miejsce w XX wieku. Był to tym większy przełom, że po raz pierwszy w historii udało się znaleźć teksty napisane przez wyznawców tej religii.

    Odkrycia te mocno namieszały, a ja w tym odcinku postaram się przybliżyć przebieg sporów dotyczących istoty manicheizmu. Wśród zachodnich badaczy pierwszymi, którzy podjęli temat byli protestanci. Było to pokłosie faktu, że katolicka propaganda potrafiła używać tego określenia w stosunku do nich samych. To z kolei było efektem utraty pierwotnego znaczenia, w wyniku czego “manichejczyk” stał się synonimem słowa heretyk, obelgą na tych, którzy nie zgadzali się z jedynie słuszną doktryną. Słysząc te wyzwiska, protestanccy intelektualiści zaczęli się zastanawiać czym tak naprawdę było nauczanie Maniego i czy miało coś wspólnego z ich wierzeniami. Na początku zatem manicheizm był traktowany jako chrześcijańska herezja - czyli inna wersja chrześcijaństwa niż ta, która wygrała z konkurencją i stała się ortodoksją.

    Palącym problemem badań nad manicheizmem i innymi tzw. herezjami były źródła - ich szczupłość i charakter. Były to dzieła ortodoksyjnych polemistów, którzy pisali aby wykazać, że ich adwersarze, są w błędzie. Nie dość, że tworzyli pod tezę, to jeszcze czasem oczerniali konkurencję. Niektóre opisy są tak odjechane, że współcześni badacze uważają, że mogą być całkowicie wyssane z palca. Takie postępowanie niekoniecznie wynikało z niskich pobudek. W myśl ówczesnych poglądów heretyk był najgorszym zbrodniarzem. Wierzono, że zbawieni będą tylko ci, którzy wyznają poprawną wersję nauk Jezusa. Stawką nie była abstrakcyjna racja a ochrona ludzi przed piekłem, na jakie skazywała wiara w fałszywe, heretyckie doktryny. W takiej sytuacji nie dziwi przyjęcie zasady “wszystkie ciosy dozwolone”.

    Mani był dla wczesnochrześcijańskich pisarzy herezjarchą, czyli osobą, która kierując się złą wolą, stwarza herezję wypaczając tym samym prawdę. Najwięcej pisali o nim św. Augustyn z Hippony i autor Acta Archelai. Ten pierwszy, zanim przeszedł na ortodoksję, sam był manichejczykiem. Acta opisuje zaś fikcyjną debatę w której Maniego zaorał biskup Archelaos. Prace te są polemiczne, a ich autorzy mają silną, religijną motywację aby ukazać manicheizm jako fałsz. Czy to znaczy, że są bezwartościowe? Nie. Historycy traktują je jednak bardzo ostrożnie, bo wiedzą, że ich autorzy mają powody aby być bardziej zainteresowani ocaleniem duszy czytelnika przed mękami piekielnymi na jakie skazuje wiera w heretyckie doktryny, niż rzetelną prezentacją i krytyką rzeczywistych poglądów swoich interlokutorów.

    Błąd Maniego miał polegać między innymi na dualizmie. Oczywiście podział dobro/ zło występuje też w ortodoksji, ale ma on tutaj charakter bardziej etyczny - pewne postawy/ czyny są dobre, a inne są złe. Wszechmogący (i jedyny prawdziwy) bóg jest dobry. Diabły w zestawieniu z bogiem to żałosne neptki i nie są one tożsame ze złem, bo nie jest ono rzeczywistym bytem. Dualizm Maniego miał być zaś bardziej ontologiczny*. Dobro i zło są rzeczywiście istniejącymi substancjami z których składa się wszystko co istnieje. Są one współistotne z bogami, którzy niejako stoją na czele obydwu sił. Widzialny świat to dzieło złego boga i powstał on poprzez uwięzienie dobrego światła w materii. Nie brzmi to jakby dobry bóg był największym kozakiem w mieście. Z tego powodu walka dobra ze złem wydaje się rzeczywista i ciężka.

    Nie brzmi to jak chrześcijaństwo jakie znamy, prawda? Rzecz w tym, że przed zwycięstwem pewnych teologicznych nurtów, których wyznawcy z pomocą państwa rzymskiego nie tylko przyznali sobie monopol na ortodoksję, ale i siłowo wytępili inne wersje, religia ta była mocno zróżnicowana. Mani mógł zatem mieć takie poglądy i jednocześnie uważać się oraz być uważanym za chrześcijanina. Skąd jednak wziął dualistyczne idee, bo chyba nie z Biblii? Badacze głowili się nad tym zagadnieniem, aż w XX wieku odkryto nowe źródła na temat manicheizmu (część z nich autorstwa samych zainteresowanych) na terenie Azji Środkowej i Wschodniej. Mało? W okolicach połowy tego samego stulecia, w Egipcie odnaleziono pisma grup, które określa się zbiorczą nazwą gnostyków. Razem z nimi pojawiły się nowe teorie.

    Zacznijmy od znalezisk ze Wschodu. Były to nie tylko teksty, ale także sztuka. We wszystkich z nich widać, że tamtejszy manicheizm ociekał symbolami i pojęciami żywcem wyciągniętymi z tradycji irańskich, chińskich i indyjskich. Mocno zyskała wówczas koncepcja uważająca manicheizm nie za herezję, ale za odrębną religię. Błąd herezjologów** miał być pokłosiem taktyki misjonarskiej tej religii, która starała się dotrzeć do nowych wiernych posługując się tym co znali i poważali. Proponenci tej teorii zauważyli, że chrześcijanie nie byli jedynymi ofiarami. Źródła chińskie wspominają buddystów narzekających, że dla wielu ich rodaków Buddą jest Mani a nie Gautama. Wymowna jest historia świątyni w Cao’an. Oryginalnie manichejska, została przejęta przez buddystów, którzy nie zorientowali się, co do jej pochodzenia i odprawiali swoje rytuały przed posągiem Maniego, biorąc go za Buddę Światła.

    Dominujący stał się wówczas pogląd, że manicheizm miał być odrębną religią, kolażem tradycji z którymi jego twórca miał styczność. A miał styczność z wieloma, bo pochodził z kosmopolitycznej Mezopotamii i miał odbyć wiele podróży, np. do Indii. To tłumaczyło obecność zapożyczeń z tradycji irańskich, chińskich, indyjskich, helleńskich i judeochrześcijańskich. Właśnie odwołaniem do irańskiego mazdaizmu próbowano tłumaczyć obecność dualizmu w religii Maniego. Zagadka rozwiązana? Średnio. Odwołania do mazdaistycznych wierzeń są obecne, ale ich dualizm jest inny niż ten, który znaleziono w tekstach manichejskich i polemistów. Mazdaizmy twierdzą, że stworzenie jest dziełem dobrego boga. Siły zła je psują, ale z natury jest dobre. Nie pasuje to za bardzo do wizji świata jako więzienia dla dobrego światła.

    Tę sprzeczność w wierzeniach tłumaczono różnie. Może Mani poszedł o krok dalej w swoim dualizmie? Pewną pomocą były odkrycia tekstów tak zwanych gnostyków z Egiptu. Wbrew starszym teoriom gnostycyzm nie był koherentnym ruchem - tym terminem określa się wiele różnych grup, często nie mających za sobą wiele wspólnego. Jako podstawę do ich zbiorczego zaklasyfikowania podaje się wierzenie, że istnieje jakaś tajemna, religijna wiedza, której poznanie daje wiedzącemu jakieś benefity - na przykład zapewnia zbawienie czy deifikację. Ten pogląd występował u znamienitej większości tzw. gnostyków. Cała reszta mogła, i często była, znacząco inna. Gnostyccy myśliciele mieli różne oryginalne pomysły na interpretację Biblii i pożenienie jej z innymi filozofiami i ówczesną wiedzą o świecie.

    Niektórzy z tzw. gnostyków mieli poglądy zbliżone do manichejskich. Taki Marcjon, twórca pierwszego kanonu Nowego Testamentu, był na zdania, że bogów jest co najmniej dwóch. Jego zdaniem ten z kart ST to niezbyt przyjemne i pomniejsze bóstwo. Jego głównym wkładem w historię, obok gnębienia żydów, było stworzenie świata na którym cierpimy i umieramy. Bóg Ojciec, ten który posłał Jezusa, nie miał z tym nic wspólnego, bo był kochającym ludzi bogiem. Obraz ten jest dość podobny do poglądów w myśl, których świat to dzieło złego bóstwa. Gnostycy lubowali się też w kosmologiach, które łączyły religijne, nadprzyrodzone wizje z ówczesną wiedzą na temat świata. Mani zdawał się wpisywać w ten nurt - sam napisał kilka dzieł w których tłumaczył jak i dlaczego świat w którym żyjemy działa tak, a nie inaczej.

    Czyżby wszystko w końcu zaczęło układać się w całość? Proszę bardzo - wyjaśniliśmy, że manicheizm nie był żadną tam herezją chrześcijańską, a pełnoprawną religią, stworzoną przez człowieka renesansu (Mani był prorokiem, lekarzem, podróżnikiem, filozofem, uczonym, artystą i pisarzem) z połączenia różnych tradycji. Źródła potwierdzały radykalny dualizm, łatwość w łączeniu się z innymi tradycjami i gnostyckie wpływy. I gdy już myślano, że wszystko jasne, nadeszła II połowa XX wieku i odkrycie kolejnych manichejskich pism, w tym fragmentów dzieła zwanego Żywą Ewangelią. Ze źródeł wiemy, że napisał ją sam Mani i, że była to fundamentalna i najszerzej znana wśród jego wyznawców praca. Na samym początku pojawia się fragment, który zatrząsł manicheologią w posadach:

    Ja, Mani, Apostoł Jezusa Chrystusa, z woli Boga Ojca Prawdy przez Którego się stałem. On żyje od zawsze i na zawsze, przed wszystkimi rzeczami i po nich. Wszystko co się stało i stanie od Niego pochodzi. Także ja od Niego pochodzę i zgodnie z Jego wolą działam. Przez Niego cała prawda została mi dana…

    W tym i innych fragmentach Ojciec Prawdy (dobry bóg) jest opisany nie jako równy złemu, czy tylko trochę od niego silniejszy, ale jako omnipotentny i sterujący wszystkim co się dzieje. Ponadto Mani nazywa siebie apostołem Jezusa, i nie jest to pojedynczy wybryk. Z odkrytych dzieł wynikało, że tego tytułu używał najczęściej gdy mówił o sobie. Nowe źródła potwierdziły, że Mani wychował się u chrześcijańskich baptystów w Mezopotamii. To wszystko wywołało prawdziwą burzę. Po dziś dzień badacze głowią się jak to złożyć w całość która miałaby sens. Część tekstów zdaje się pokazywać Maniego jako monoteistę, wierzącego we wszechmogącego boga. Jednocześnie inne potwierdzają wierzenia radykalnie dualistyczne - zło jest w nich niezależną, odwieczną siłą, współistotną ze złym bogiew i tworzącą materialny świat.

    Niektórzy stwierdzili, że ten paradoks jest pozorny - Mani, z racji wychowania się wśród baptystów znał i posługiwał się czasem chrześcijańskimi frazami i symbolami. Tak naprawdę jego teologia miała być w gruncie rzeczy radykalnie dualistyczna, o czym świadczą choćby opisy świata jako więzienia dla dobra. Zwolennicy tej teorii wskazują też, że słowa dobierano tak żeby brzmieć bardziej chrześcijańsko, bo Mani uważał wyznawców tej religii uważał za łatwych do nawrócenia. Z tymi teoriami są jednak pewne problemy. Cytowany tekst pojawia się na samym wstępie do Żywej Ewangelii. Mani nie pisał swoich prac dla beki czy z nadmiaru wolnego czasu, ale w konkretnym celu, który uważał za kluczowy dla swojej religii. Wierzył on bowiem w coś na kształt sukcesji proroków, podobnej do tej którą znamy chociażby z islamu.

    Innymi słowy - nie uważał siebie za jedynego sprawiedliwego z unikalną misją od boga. Odwrotnie - twierdził, że jest kolejnym ogniwem w długim łańcuchu posłańców, do których zaliczał nauczycieli religijnych takich jak Budda, Zoroaster czy Jezus. Co więcej - twierdził, że ten ostatni, mówiąc o Paraklecie, zapowiedział jego nadejście. Te zaś było konieczne, bo nauki wcześniejszych proroków zostały zapomniane lub przekręcone. Zdaniem Maniego było to pokłosie faktu, że nie spisali oni swoich słów. On nie miał zamiaru popełniać tego błędu i głosił to otwartym tekstem. Widzicie problem z przywołanymi przed chwilą teoriami? Po co spisywać swoje nauki w celu zabezpieczenia ich przed wykoślawieniem przez kolejne pokolenia, skoro sami przeinaczamy je we wstępie swojego najbardziej fundamentalnego dzieła?

    Warto dodać, że mamy fragmenty pism manichejskich w językach irańskich, które również głoszą omnipotencję boga Ojca Prawdy. Skoro chodziło tylko o propagandę obliczoną jako lep na chrześcijan, to czemu spisano ją w językach, którymi grupa docelowa się nie posługiwała? Inną próba wyjaśnienia sprzeczności jest teoria opierająca się na baptystycznych korzeniach. W jej myśl prorok i pierwsi uczniowie byli zakorzenieni w tradycji judeochrześcijańskiej, ale ich następcy pochodzący z innych kultur, dodali do nowej religii swoje wyobrażenia. Tu pojawia się jednak problem - nie bardzo wiadomo jakie miałyby to być kultury. Jak już wspominałem, irańskie wierzenia, jakkolwiek dualistyczne, uznawały świat i stworzenie za coś dobrego - odwrotnie niż manicheizm. Najbliżej podobnych poglądów byliby gnostycy.

    Teoria przerobienia oryginalnego, judeochrześcijańskiego rdzenia na bardziej gnostycki brzmi całkiem sensownie. Nieco problemowa jest jednak ewidentna sprzeczność między charakterem religii Maniego, a ruchami gnostyckimi. Ta pierwsza była, i w praktyce i teorii, pomyślana jako masowa religia. Mani sam aktywnie prowadził działalność misyjną i rozsyłał uczniów aby nawracali. Tak zwani gnostycy byli natomiast raczej małymi, elitarnymi grupkami - gnoza, niejako z definicji była wiedzą tajemną, a co to za tajemnica, skoro może ją poznać każdy i jest aktywnie głoszona na całym świecie? Kolejnym problemem z tą teorią jest niemożność określenia tego czy faktycznie najstarsze manichejskie dzieła są wolne od radykalnego dualizmu i kiedy ewentualnie miałby on pojawić się w manicheizmie.

    Oprócz teorii idących w jedną ze stron (radykalny dualizm vs monoteizm) pojawiają się głosy pośrednie i te są obecnie chyba najbardziej popularne. Wskazują one, że Mani mógł być twórcą systemu religijnego, który chciał ożenić klasyczny monoteizm judeochrześcijaństwa z dualizmem ontologicznym. Jeden z badaczy ochrzcił tę doktrynę “optymistycznym dualizmem”, i to określenie jest często używane. Czemu optymistyczny? No, bo mimo, że zło jest realną i odwieczną siłą, to jednak dobro jest wszechpotężne - ewentualne przewagi zła są zatem tymczasowe - dobro wygra tak czy inaczej. Powiecie, że w takim razie rodzi to szereg pytań w stylu “skoro dobry bóg jest wszechmocny to czemu pozwala na uwięzienie dobrego światła w złej materii?”. Ok, rzecz w tym, że podobne problemy mają też inne systemy religijne.

    Praktycznie każdy ma jakieś sprzeczności, które dla jego zwolenników są okazją do teologicznych fikołków, a dla przeciwników argumentem za odrzuceniem Przecież klasyczne monoteizmy mają podobnie - na przykład jakoś muszą wytłumaczyć skąd zło w świecie stworzonym i sterowanym przez dobrego boga. Manicheizm ma swoje niedociągnięcia, ale rozwiązuje ten problem - zło nie pochodzi od dobrego boga, jest odwieczne i istnieje niezależnie. Komuś może wydawać się, że uwięzienie światła to triumf zła, ale w religii Maniego jest to element boskiego planu ostatecznej rozprawy ze złem. Dobry bóg wiedział, że dla materii długotrwały kontakt ze światłem jest czymś w rodzaju palenia papierosów dla człowieka - nie da się tego robić wiecznie, prędzej czy później zaklejone smołą płuca odmawiają współpracy i palacz umiera.

    Świat, choć jest dziełem złego, jest w manichejskim rozumieniu kluczem do triumfu dobra nad złem. Wszechświat w jakim żyjemy jest swego rodzaju kosmiczną maszyną do rozdzielania materii i światła. Tym co umożliwia rozdzielenie jest znajomość nauk Maniego. W toku specjalnych praktyk, światło zostaje uwolnione i wraca ono do świata niematerialnego. Jakie to praktyki? Jedna z nich była swoistym zbawieniem przez trawienie i zakładała, że zaawansowana grupa wyznawców uwalnia światło pozyskane poprzez spożycie roślin (zawierających go najwięcej ze wszystkich żyjących istot) w trakcie śpiewu. Uwalnianie nieodwracalnie uszkadza materię. Koniec świata nadejdzie gdy uwolni się ostatnia cząstka światła. Obumarła materia zostanie wówczas raz na zawsze odseparowana od triumfującego dobra.

    Czekaj Andrzej, to bez sensu, ten wszechmogący bóg nie może odseparować od siebie dobra i zła ot, tak? Odpowiem słowami pewnego rodaka: “ńńie wiem”. Równie dobrze możemy zapytać czy wszechmogący bóg nie mógł po prostu przebaczyć ludziom grzechów tylko musiał sam sobie złożyć siebie samego w ofierze. Nie wiemy zresztą czy ta interpretacja manicheizmu jest prawdziwa. Do mnie ona przemawia, między innymi przez swoją niedoskonałość. Wygląda to tak jakby Mani chciał rozwiązać pewne problemy znanej sobie religii, przez co momentalnie wpadł w kolejne. Moim zdaniem to mówi nam nieco o samej naturze systemów religijnych - każdemu można zarzucić nieścisłości czy absurdalność niektórych koncepcji. Cóż, dzięki temu nie nudzimy się i możemy brać udział w niekończących się debatach.

    #daszwiare #religia #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    dokładnie tak czułem, że będzie - real dominuje, real dusi, stwarza okazje ale nie może strzelić gola. A ogórek odda pół strzału i cyk gol. I jeszcze ich bramkarz ma dzień konia. Ehhhhh...
    #realmadryt

  •  

    Jak poradzić sobie z dysonansem gdy bardzo chcemy wierzyć, że problem przestępstw seksualnych w KK wynika z czynników zewnętrznych?

    Pewnym rozwiązaniem jest wymyślenie kabały np. komunistów którzy powtykali agentów w szeregi kleru żeby dokonać ochydy spustoszenia i zdyskredytować nawę piotrową. Jeśli nie mamy szurskich odchyłów? Trochę trudniej, ale z pomocą przychodzi nam "kiedyś to było". Otóż kiedyś to było moralne społeczeństwo, ale niestety lewaki zrobili rewolucje seksualną co odbiło się także na kościele. Czyli: "Może i gwałcą, ale to przez wrogów kościoła!" Że co, że to argumentacja na poziomie Seby, który skakał Matiemu po głowie, ale Mati jest winny, bo chodził po osiedlu Seby?

    To najmniejszy problem. Znacznie większym jest ten, że nawet pobieżne zapoznanie się historią prowadzi do wniosku, że, jakby okrutnie by to nie brzmiało, KK ma długą tradycję gwałcenia młodzieży. O wiele starszą niż rewolucja seksualna. Co więcej - władze eklezjalne były świadome i wielokrotnie ostrzegane/ informowane. Odo z Cluny, Piotr Damiani, Iwo z Chartres - to tylko kilka nazwisk autorów, którzy już w X/XI wieku donosili o Sodomie w Domu Bożym. Kwestie te spychano na margines, żeby "nie skandalizować wiernych". Co więcej - nieprzyjemności spotykały tych, którzy mówili o problemie "grzechu, który nie powinien być nazywany" (ulubiony eufemizm średniowiecznych pisarzy na gwałty).

    Jakoś trzeba było sobie jednak z tym radzić, choćby wewnętrznie. Pewne rozwiązania proponował święty Benedykt czy Hildemar, autor komentarzy do Reguły. Mnichom kazano na przykład spać w jednej izbie przy zapalonych świecach. Między miejscami spoczynku mnichów znajdywały się spoczynki tych "starszych i sprawdzonych" mających pilnować resztę. Hildemar dodawał od siebie, że młodsi nie powinni nawet oddawać moczu bez obecności opiekuna. Co więcej - starszy opiekun miał także być obecny kiedy młodszy będzie czyścił łóżko po nocnej polucji. Najbardziej zaskakujące są jednak kary za gwałty. Hildemar pisał tak:

    Jeśli brat starszy niż 15 lat posiądzie chłopca i dojdzie do stosunku, dziecko powinno być zbite rózgami i ukarane[...]

    Gwałcicielowi, jeśli był to jego "pierwszy raz", groziła zaś... pokuta. Jeśli "posiadania chłopca" zdarzało się częściej, to w przypadku gdy był już wyświęcony, otrzymywał karę zakazu odprawiania mszy przez dwa lata. Jeśli zatem następnym razem usłyszycie, że jakiś duchowny za wykorzystywanie seksualne klepał pacierze przez 3 lata i nie mógł spowiadać przez dwa, to niech was pociesza myśl, że jest to triumf tradycji nad modernizmem.

    Cytat za książką The Corrupter of Boys, autorstwa Dyan Elliot, wydanej przez uniwerek Pensylwanii

    #bekazkatoli #religia
    pokaż całość

  •  

    KK to jednak progresywna instytucja. Jeśli zapiszą was tam opiekunowie kiedy byliście niemowlakami, to wprawdzie nie można się wypisać*, ale kiedyś było gorzej i szanowny rodzic mógł podjąć za was o wiele bardziej brzemienną w skutkach decyzję. W myśl reguły św. Benedykta, która stała się szablonem dla zachodniego monastycyzmu, rodzice mogli zdecydować za dziecko, że... zostanie ono mnichem**:

    “If any man of good station offer his son to God in the monastery and the boy himself is still very young, let his parents draw up the petition which we mentioned above [vowing to accept the monastic life]. And then at the Offeratory let them wrap the petition and the boy’s hand in the altar cloth and so offer him. As regards property, let them promise in the same document under oath that they will never of themselves, or through an intermediary, or in any way whatever, give him anything or provide him with the opportunity of possessing anything

    Cytat za książką The Corrupter of Boys, autorstwa Dyan Elliot, wydanej przez uniwerek Pensylwanii

    pokaż spoiler *apostazja, wbrew mitom, nie jest "wypisaniem się z kościoła"
    **inaczej wyglądało to na półwyspie Iberyjskim po synodzie w Toledo (VII wiek), który uznał, że dziecko oddane przed 10 rokiem życia będzie miało możliwość nie składania ślubów i opuszczenia klasztoru. Na Wschodzie (Bizancjum) monastyczne wspólnoty również dawały taką możliwość, a wiele z nich w ogóle nie przyjmowała dzieci.


    #gimboateizm #ciekawostkihistoryczne #bekazkatoli
    pokaż całość

  •  

    Wstępne dane z czeskiego cenzusu z 2021 roku, tłumaczenie góglowskie (nie umiem po krecikowemu):

    The answer to religious belief, which was also a voluntary question, was completed by 69.9% of the population. In response, 18.7% of them declared that they were believers and belonged to a church or religious society. Of the churches and religious societies, the Roman Catholic Church was the most represented, representing one tenth of all responses (741.0 thousand people). The answer "without religious faith" accounted for more than two thirds (68.3%) of the answers.

    Wydaje mi się, że te 18,7% wyznających religię to z tych 70% co odpowiedziało na to pytanie. Czyli jeśli intuicja mówiąca, że to raczej wyznający religię mają większą motywację żeby ją deklarować w spisie, jest prawdziwa, to odsetek religijnych Czechów jest jeszcze niższy.

    A co ty sousede? Stále se modlíte ke knězi?

    #gimboateizm #religia #bekazkatoli
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 82, w którym popełniamy męczeńską śmierć.

    Odcinek w formie podcastu
    Wpis na blogu z lepszym formatowaniem i źródłami

    Widząc tytuł zapewne myślisz sobie coś w stylu “Co?! Jak w ogóle można popełnić śmierć? Nie tylko męczeńską, ale jakąkolwiek?! Coś ci się pomyliło, śmierć można co najwyżej ponieść a popełnić to można samobójstwo”. To oczywiście prawda, ale obstaję przy tym, że tytuł, choć niepoprawny językowo, to dobrze oddaje burzliwe perypetie tak zwanych Męczenników z Kordoby i kontrowersje jakie wzbudzili. Jestem przekonany, że gdy zapoznamy się z tematem to tytuł nabierze więcej sensu także dla Ciebie. Zacznijmy od miejsca i czasu. Interesująca nas historia rozegrała się w połowie IX wieku, w Kordobie, jednym z większych i ważniejszych miast al-Andalus - kontrolowanej przez muzułmańskich władców części półwyspu Iberyjskiego. Skąd wyznawcy islamu na terenach dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii?

    Muzułmańska obecność w Iberii była efektem podboju chrześcijańskiego królestwa Wizygotów około 150 lat przed interesującymi nas wydarzeniami. Część historyków twierdzi, że najeźdźcy nie planowali niczego więcej niż wyprawa łupieżcza, ale dzięki wojnie domowej między wizygockimi arystokratami łatwo zajęli większość półwyspu. Część zwycięskich armii osiadła na anektowanych ziemiach, a udział muzułmanów w lokalnej populacji rósł dzięki migracji i stopniowej islamizacji (proces przyjmowania islamu) potomków podbitej ludności. Obok nich żyła liczna społeczność chrześcijan, zwanych Mozarabami. Wbrew obiegowym opiniom o “religii pokoju”, muzułmański podbój rzadko równał się szybkiej, przymusowej konwersji. Dominująca interpretacja Koranu mówiła, że społeczności wyznające pewne religie powinny być tolerowane.

    Chodzi tutaj o tak zwane “Ludy Księgi” czyli chrześcijan, żydów i sabejczyków. Jeśli nie wiecie kim są ci ostatni, to nie przejmujcie się - historycy też do końca nie wiedzą. Zasady te z czasem rozszerzono także na innych, na przykład zoroastrian. Były jednak pewne warunki - na przykład konieczność płacenia specjalnego podatku. Jeśli miałeś pecha nie należeć do “Ludów Księgi” to mogłeś nawet stracić życie. Nie był to jednak problem chrześcijan. Specjalna opłata nie była jedyną niedogodnością. Niewierni musieli także przestrzegać całego szeregu specjalnych praw. Szczegółowe warunki były spisywane w umowach jakie zawierali zwycięzcy z elitami podbitych ludów. Niestety taka umowa dla Kordoby i okolic się nie zachowała. Z całej Iberii do naszych czasów dotrwał tylko kontrakt zawarty z możnym Teodemirem z Murcji.

    Na nasze szczęście umowy te były zazwyczaj dość podobne. Opisywały one opłaty i posługi jakie świadczyć muszą podbici i prawa których muszą przestrzegać. W zamian otrzymywali możliwość praktykowania religii i zachowania dobytku. To jednak nie znaczy, że było milusio i wesoło. Prawa o których mowa czyniły z chrześcijan ludność drugiej kategorii. Generalnie postępowano w myśl zasady “niech sobie będą, ale się nie obnoszą”. Zakazywano wielu form publicznego kultu, jak procesje, pogrzeby czy bicie w dzwony. Chrześcijanom nie wolno było także obejmować urzędów wiążących się z wydawaniem poleceń muzułmanom, jeździć konno i nosić broni. Zabronione było także nawracanie wyznawców islamu, zniechęcanie do konwersji na islam a nawet budowa nowych świątyń czy remontowanie starych.

    Było tego więcej, ale główny przekaz brzmiał: “muzułmanin to jest gość, a islam jest de best”. Z drugiej jednak strony traktaty traktatami, ale w praktyce różnie z tym bywało. I to nie tylko “na ulicy” ale i na szczytach. Weźmy restrykcje dotyczące ważnych pozycji. Nie była wcale rzadkością sytuacja w której chrześcijański dostojnik na dworze możnego był prominentną postacią. Nawet jeśli formalnie nie miał wysokiego urzędu, to w praktyce władca czy osoby z jego otoczenia mocno polegały na opiniach i kontaktach chrześcijanina. Wynikało to na przykład z tego, że społeczności muzułmańskie były mocno klanowe, klany te rywalizowały a dostojnicy często przedkładali interes rodu nad interes władcy. Chrześcijanie, z definicji nie mogli być członkami klanu i oficjalnie rządzić - byli zatem bezpieczniejszym wyborem

    Ze źródeł wiemy, że Kordoba w interesującym nas okresie była dobrą ilustracją tego rozjazdu. Dzwony w świątyniach biły w najlepsze. Procesje się odbywały. Ba! Potrafiły wręcz przechodzić przez muzułmańskie sąsiedztwa. Nawet nieprzychylny muzułmanom Eulogiusz, autor znający i wychwalający męczenników pod niebiosa, podaje, że w Kordobie i okolicach działał przeszło tuzin chrześcijańskich miejsc kultu z których co najmniej dwa powstały za jego życia. Znamy też chrześcijańskich dostojników na dworze miejscowego emira. Jednym z nich był brat wspomnianego Eulogiusza. Oczywiście nie było idealnie – dyskryminujące prawa istniały i można było je zastosować. Zdarzały się też akty agresji ze strony zwykłych muzułmanów czy pojedyncze przypadki kar za bluźnierstwo. Były to jednak rzadkie zdarzenia.

    Aż nadeszło lato 851 roku. Wówczas to Izaak, mnich żyjący w pobliskich górach pojawił się w mieście, stanął przed kadim (muzułmańskim sędzią) i poprosił o wyłożenie najważniejszych nauk islamu. Krótko po tym jak sędzia zaczął opowiadać, Izaak przerwał wyzywając Mahometa. Krzyczał, że niechybnie jest on w piekle za kłamstwa jakie naopowiadał Arabom. Kadi i jego świta byli w szoku. Izaaka zapytano czy jest pijany czy stracił rozum - przecież wie co grozi za mówienie takich rzeczy i to jeszcze w takim towarzystwie. Mnich odparł, że jest absolutnie świadomy tego co robi i z czym się to wiąże, ale musiał to uczynić, bo nie mógł dłużej patrzeć na to jak szerzą się kłamstwa. Woli umrzeć niż tłumić w sobie “żar prawości”. Jego życzenie zostało oczywiście spełnione - Izaak został skazany i ścięty 3 czerwca.

    Sprawy o bluźnierstwo się zdarzały, ale dotychczas wyglądały inaczej. Ot, ktoś za dużo wypił/ pokłócił się i w gniewie powiedział coś czego nie powinien. Izaak zaś zdawał się działać z premedytacją. Oszalał? Może, ale jak wytłumaczyć to, że w ciągu następnych czterech dni siedmiu chrześcijan poszło w jego ślady i ściągnęło na siebie karę śmierci? Wywołało to konsternację wśród muzułmanów i chrześcijan. Kim byli męczennicy i jakie były konsekwencje ich działania? Szukający odpowiedzi na te pytania korzystają zazwyczaj z pism Eulogiusza i Pawła Albara. Są one o tyle cenne, że ich autorzy byli naocznymi świadkami wydarzeń. Eulogiusz nie tylko miał kontakt z częścią męczenników - sam zainspirował kilkoro do takiego czynu i ostatecznie powiększył ich szeregi decydując się na publiczne bluźnierstwo.

    Pierwszym który poszedł w ślady zabitego mnicha by żołnierz, Sancho. Kolejną szóstką umęczonych byli mnisi, z których jeden był krewnym Izaaka. Następnie publicznego bluźnierstwa dokonali dwaj duchowni i mnich. Po egzekucji rzeczonego mnicha, Teodemira nastąpiły 3 miesiące przerwy. Tym razem laur męczennika przyozdobił skronie dwóch pań - Flory i Marii. Maria była siostrą jednego z zabitych. Jej ojciec formalnie przeszedł na islam gdy ożenił się z jej matką. Tak naprawdę jednak nie tylko nie porzucił swojej religii, ale nawet schrystianizował swoją żonę. Po jej śmierci, poświęcił się pokucie a dzieci oddał do klasztorów. Tam Maria poznała Florę, która również pochodziła z formalnie muzułmańskiej rodziny, ale jako, że jej ojciec zmarł gdy była dzieckiem, została wychowana przez chrześcijańską matkę.

    Flora miała dodatkowy problem, bo jej starszy brat był muzułmaninem i naciskał na nią aby praktykowała islam. Po różnych perypetiach dziewczyna uciekła z miasta. Wróciła razem z Marią, aby razem stanąć przed kadim, obrazić islam i otrzymać wyrok śmierci. Jako, że Flora formalnie była muzułmanką, to dano jej szansę na powrót do islamu. Wraz z Marią zamknięto ją w więzieniu, gdzie przebywał także Eulogiusz. Znalazł się tam, bo emir uważał, że ruch męczenników jest inspirowany przez duchownych. W więzieniu napisał Memoriale sanctorum - laurkę dla zabitych za celowe bluźnierstwa. Ponadto aktywnie zachęcał Florę i Marię żeby nie bały się o utratę życia. Przekonywał je, że śmierć za wiarę to wielka zasługa i zostaną nagrodzone w niebie które, jako męczenniczki, mają zagwarantowane.

    Flora i Maria zainspirowały dzieło Eulogiusza pt. Documentum Martyriale, podobne do pism z okresu rzymskich prześladowań. Chwaliło męczenników i apelowało do czekujących na karę żeby wybrali śmierć za wiarę. Eulogiusz wymieniał nagrody jakie czekają na zabitych i przypominał im, że w niebie oczekują ich Jezus i męczennicy z przeszłości. W więzieniu Eulogiusz poznał Sabigoto i Aureliusza - małżonków, którzy myśleli o męczeństwie i odwiedzali czekających na egzekucję chrześcijan. Ich rodziny oficjalnie wyznawały islam, ale oboje zostali wychowani przez ukrytych chrześcijan. Para obawiała się o dzieci, które po ich śmierci zostaną sierotami. Eulogiusz przekonał ich, że męczeństwo to nie tylko zbawienie dla nich, ale też dobry przykład dla dzieci. Wszak wielu ludzi ma rodziców, a jest niemoralna.

    Flora i Maria zostały ścięte 24 listopada 851 roku. Kilka dni później Eulogiusz został uwolniony. W styczniu 852 roku męczeńską koronę przywdziali ksiądz Gusemind i mnich Servus Dei (dosłownie Sługa Boży). Następne pół roku upłynęło bez żadnych obliczonych na karę śmierci bluźnierstw. Gdy wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą na scenę wkroczyli Sabigoto, Aureliusz, Feliks i Liliosa (również para) oraz mnich Georg z Palestyny. Obydwu małżeństwom dano okazję na powrót do islamu (oficjalnie byli muzułmanami), ale nie skorzystali z tej opcji. Całą piątkę zabito 27 lipca 852 roku. Tego lata jeszcze sześć osób publicznie zdissowało islam i zostało skazanych na śmierć. Emilia i Jeremiasz dissowali po arabsku więc władze zanim ich skazały i zabiły, musiały najpierw uratować ich przed próbą linczu przez tłum.

    We wrześniu 852 roku zmarł Abd ar Rahman II, a władzę po nim objął Muhammad I. Nowy władca wyczyścił dwór z chrześcijan. Wydawało się, że polityka ta przyniosła zamierzony efekt, bo celowe bluźnierstwa ustały na około 9 miesięcy. I tym razem jednak okazało się, że to nie koniec. Po miejsce w niebie zgłosił się ksiądz Fandila. Wystąpienie księdza tak zezłościło emira, że rozważał on ostateczne rozwiązanie kwestii chrześcijan, ale ostatecznie ograniczył się do zabicia duchownego. Kilka dni potem zabito następnych bluźnierców - księdza Anastazego, mnicha Feliksa, siostrę Dignę i święcką wierną Benildus. Wielu szukających śmierci miało kontakt z mnichami w Tabanos. Z tego powodu zamknięto ich klasztor, ale nie przeszkodziło to tamtejszej mniszce Kolumbie w znalezieniu męczeńskiej śmierci krótko potem.

    Jej przykład zainspirował kolejną mniszkę - Pomposę z Pinny Mellarii. Inne siostry próbowały ją powstrzymać, ale nie dała za wygraną i uciekła z konwentu do Kordoby gdzie znalazła upragniony wyrok śmierci za bluźnierstwo. Po tej egzekucji strumień śmiałków znacząco się zmniejszył. Ostatnimi męczennikami o jakich informuje nas Eulogiusz byli Ruderyk i Salomon, zabici w 857 roku. Nie znaczy to jednak, że zjawisko całkowicie ustało. Albar informuje nas na przykład o karach śmierci dla męczenników w 859 roku. Arabskie źródła z X wieku również wspominają o takich przypadkach, podobnie jak chrześcijańskie, ale nie napisane w samej Kordobie. Istnieje też ważny powód dla którego Eulogiusz przestał dokumentować kolejne przypadki - sam został jednym z męczenników po tym jak celowo obraził islam.

    Wiemy już mniej więcej kim byli nasi bohaterowie. Dlaczego decydowali się jednak na takie czyny? Odpowiedź na to pytanie jest trudna a teorii wiele. Hiszpańscy historycy uważali, że dobrowolne męczeństwa były odpowiedzią na prześladowania. Miały na celu wstrząsnąć wspólnotą, bo przecież wielu Mozarabów układało sobie życie w warunkach muzułmańskich rządów. Ofiara miała jakoby przebudzić ich z letargu i pokazać jak niebezpieczny jest islam. Kolejna interpretacja mówi, że były to rozpaczliwe próby odwrócenia biegu rzeczy - w miarę upływu lat coraz więcej miejscowych porzucało chrześcijaństwo. Ci którzy zostali czuli, że muszą koniecznie coś zrobić, bo przecież tylko w kościele jest zbawienie. Być może liczyli na to, że taka demonstracja wiary sprawi, że muzułmanie i odstępcy przyjmą ich wiarę.

    Inna interpretacja mówi, że ludzie aktywnie poszukujący męczeńskiej śmierci chcieli mieć pewność zbawienia. Ze źródeł wynika, że wielu bluźniącyh było przedtem penitentami. Zwyczaj pojawił się w II wieku. Polegał na odcięciu się od przyziemnych spraw i pokucie za grzechy. Zostanie penitentem było popularne i przedstawiane jako dobry sposób na odzyskanie stanu łaski w jakim było się świeżo po chrzcie. Haczyk polegał jednak na tym, że penitentem można było zostać tylko raz. Jeśli zgrzeszyliśmy potem, to pozostawała nam tylko nadzieja, że bóg nam przebaczy. W relacji Eulogiusza widać jak wielu męczenników obawia się, że robią za mało i czują strach przed potencjalnymi, przyszłymi grzechami. Męczeństwo rozwiązywało ten problem, bo nie tylko uświęcało człowieka, ale zabierało mu możliwość grzeszenia.

    Ale czy tak osiągnięte męczeństwo w ogóle jest męczeństwem? Przejdźmy do kontrowersji ze wstępu. Te były na tyle znaczące, że Eulogiusz komponował całe apologie w celach polemicznych. Jak można krytykować tak nabożne czyny? Cóż, wielu andaluzyjskich chrześcijan uważało, że nie ma tu nic nabożnego. Argumentem krytykantów był fakt istnienia sporych różnic między sytuacją i postępowaniem Kordobańczyków a osób znanych z martyrologiów (spisy zabitych za wiarę) i hagiografii (wyidealizowane biografie świętych). Przede wszystkim - zabici aktywnie szukali śmierci. Spór ten nie był nowy i toczył się już w starożytności. Rzymski gubernator Azji z II wieku, widząc dążenie niektórych chrześcijan do otrzymania wyroku pytał ich czy nie łatwiej byłoby gdyby się powiesili albo zeskoczyli z klifu.

    I właśnie na utrzymane w tym duchu historie powoływał się w swoich pismach Eulogiusz. Jasne, zdecydowana większość podań o męczennikach opisuje sytuacje w których męczeństwo nie było aktywnie poszukiwane. Wierny nie chciał umierać, decydował się na to tylko dlatego, że wymagano od niego wyparcia się tego co uważał za najważniejsze, czyli wiary. Większość to jednak nie całość. Istnieją także opowieści takie jak o Ignacym Antiocheńskim, który przyznał się do chrześcijaństwa sam z siebie, wiedząc co go czeka po takim wyznaniu. Podobna jest historia Feliksa Mauretańskiego, który słysząc o prześladowaniach w Hiszpanii, opuścił rodzinne strony, udał się tam i “triumfalnie osiągnął status męczennika wiedząc, że nie miał takiej okazji w ojczyźnie”. Takie opowieści jednak nie rozwiązywały problemu.

    Może i kościół czcił także tę mniejszość, która poszukiwała męczeńskiej śmierci, ale ich egzekucje miały miejsce w innych warunkach. To znaczy prawo zakazywało kultu chrześcijańskiego albo kazało chrześcijanom brać udział w pogańskich rytuałach. Zamęczeni nie mieli wyboru - musieli albo wyrzec się życia albo Jezusa. Sytuację większości zabitych Kordobańczyków ciężko było jednak pod to podciągnąć. Może dałoby się z tak zrobić z apostatami, bo obok bluźnierstwa byli też skazywani za porzucenie islamu i uporczywe trwanie przy swoim wyborze. Z drugiej strony - ci ludzie tak naprawdę nie byli muzułmanami, bo przecież wychowali ich ci krewni którzy byli chrześcijanami. No i nie byli oni aktywnie ścigani, ujęci przez śledzących - gdyby nie bluźnierstwo to ich apostazja prawdopodobnie nigdy nie wyszłaby na jaw.

    Ponadto miażdżąca większość męczenników nie była nigdy muzułmanami, a chrześcijanami od dziecka. Zabici mogli wyznawać swoją wiarę, a kary śmierci zasądzono nie za praktykę własnej religii tylko za obrażanie cudzej. To był twardy orzech dla Eulogiusza. Podjął się karkołomnej próby udowodnienia, że andaluzyjscy chrześcijanie są tak naprawdę prześladowani. Nie ma może nakazu modlenia się w stronę Mekki, pielgrzymki tam czy lektury Koranu, ale spotykają się z oficjalną dyskryminacją i nieoficjalną niechęcią ze strony szeregowych wyznawców islamu. Podawał tu przykłady jak to księża czy mnisi oberwą czasem kamieniem od grupy wyrostków, jak muzułmanie nie chcą nawet przebywać w towarzystwie chrześcijan, jak traktują ich z pogardą czy wykorzystują prawną przewagę np. w biznesie.

    Wątpliwość w przyznaniu zabitym męczeńskiego statusu budził też brak cudów. W Kordobie popularny był kult Wiktorii i Akisklusa zabitych tutaj za wiarę w czasach Rzymu. Hagiografia mówi, że wrzucono ich do rozgrzanego pieca, ale święci wyszli zeń bez szwanku Obciążono ich zatem głazami i próbowano utopić, ale jakimś cudem utrzymali się na powierzchni. Podjęto kolejną próbę spalenia, ale tym razem ogień nie tylko nie uczynił krzywdy chrześcijanom, ale też wzbudził pożar który pochłonął setki pogan. W końcu bóg zdecydował, że dość tego i zabrał dusze swoich wyznawców do niebios. Podobne historie opowiadano o innych męczennikach z czasów imperium. Skoro bóg uczynił tak wielkie i widzialne dla mas znaki gdy chrześcijanie cierpieli przez pogan to czemu nie teraz gdy uciskają ich Saraceni?

    Eulogiusz nie mógł po prostu wymyślić wielkich cudów, bo pisał do ludzi, którzy byli naocznymi świadkami wydarzeń. Dlatego opisane przezeń cuda były mniej spektakularne. Na przykład podawał, że gdy ścinano jednego z męczenników to zatonęła łódź z obserwującymi muzułmanami. Słabo wobec pożaru zabijającego setki pogan, prawda? Nie to było jednak sednem jego argumentu. Pisał bowiem, że cud nie jest konieczny by stwierdzić świętość. O niej decyduje prawość w życiu. Cuda są dziełem boga, a ten suwerennie decyduje czy i jak je uczyni. Czemu zatem wtedy czynił a teraz nie? Eulogiusz tłumaczył, że w III wieku chrześcijaństwo było nową wiarą i cud był potrzebny żeby umacniać konwertytów. Teraz nie trzeba, bo z przeszłości wiemy przecież o niezliczonych cudach potwierdzających bożą moc.

    Kolejna krytyka kultu zabitych dotyczyła ich oprawców. Historyczni męczennicy ginęli za odmowę oddania czci bożkom. Muzułmanie zaś nie zmuszali do swoich praktyk. Wielu Mozarabów uważało też, że islam to pokrewna wiara, z tym samym bogiem. Na zasadzie: mamy prawdę, ale oni są blisko. Eulogiusz wytoczył tu ciężkie działa. Przypominał, że islam odmawia Chrystusowi takiego statusu jaki ma Ojciec. Tak jak arianizm - najgorsza herezja, w którą wiara, jak potwierdziły sobory, uniemożliwia zbawienie. Uważając, że islam jest tylko trochę w błędzie skazujesz na wieczne męki jego wyznawców i popierasz Ariusza. Eulogiusz malował też Mahometa nie jako będącego w błędzie, ale sługę szatana, który na polecenie swego pana stworzył fałszywą religię z wykorzystaniem postaci Jezusa, aby odwieść ludzi od prawdy.

    Z pism Eulogiusza wynika, że grupa chrześcijan odrzucająca roszczenia zabitych do męczeństwa była całkiem spora i należeli do niej także wpływowi duchowni. Kolejne pokolenia katolików przychyliły się jednak bardziej do jego zdania. Niekoniecznie świadomie, po krytycznej analizie argumentów, ale w praktyce jak najbardziej. Część zabitych doczekała się bowiem kultu i uznania za świętych. Niektórzy są czczeni także współcześnie. Tak jest na przykład z samym Eulogiuszem czy Sisenandusem, którego kult mocno rozwinął się także w Portugalii z której terenów pochodził. Warto nadmienić, iż z uwagi na fakt, że opisywane tu wydarzenia miały miejsce przed Schizmą Wschodnią, część męczenników jest czczona także przez cerkiew prawosławną. Jak widzicie - męczeńską śmierć można jak najbardziej popełnić.

    #daszwiare #katolicyzm #islam #gruparatowaniapoziomu #historia #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Nie jest to może jakieś mega częste, ale zauważyłem, że czasami gdy wypływa temat historycznych prześladowań religijnych (w wykonaniu kościoła oczywiście) pojawiają się ludzie piszący coś w stylu*:

    No nie jest to może piękne, ale poczytaj sb jakimi oszołomami byli prześladowani. Nic dziwnego, że KK ich dojeżdżał!

    Co zabawne - takie hasła potrafią paść z ust ludzi niewierzących. Jest tu jednak pewien zasadniczy problem. Otóż miażdżąca większość źródeł jakie mamy o tych "heretykach" (ich własne zazwyczaj albo zaginęły albo też zostały celowo zniszczone) to dzieła... ortodoksyjnych duchownych. Jeśli weźmiesz do ręki jakiekolwiek współczesne opracowanie akademickie to ostrzegają Cię one, że autorom źródeł raczej nie wolno ufać, bo zazwyczaj nie interesowała ich rzetelna polemika z teologicznymi adwersarzami tylko po prostu obsmarowanie ich z góry na dół jako totalnych degeneratów.

    Kilka cytatów z Panarionu wielkiego herezjologa Świętego Epifaniusza dla ilustracji:

    Po wspólnym ucztowaniu i że tak powiem po nadmiernym nasyceniu ich żył pokarmem, rzucają się w szaloną namiętność. 26.4.4. Mąż odsunąwszy się od swej żony, mówi, kierując słowa do własnej żony: „Wstań, uprawiaj miłość z bratem”. [...] po odbyciu stosunku z namiętnością [cechującą] rozpustę podnoszą swoje bluźnierstwo do nieba, kobieta i mężczyzna przyjmują upływ nasienia z mężczyzny do ich własnych rąk i stają, podniósłszy głowę ku niebu, mając na rękach nieczystość, i rzekomo się modlą, 26.4.6. są nazywani stratiotykami i gnostykami, faktycznie ofiarują to, co mają na rękach, Ojcu wszystkich rzeczy i mówią: „Składamy ci ten dar, ciało Chrystusa”. 26.4.7. Następnie to jedzą5 , mając udział w swoim własnym bezwstydzie,

    Podobnie od kobiety, gdy dochodzi do tego, że ma upływ krwi, zebraną od niej nieczystą krew miesiączki, podobnie wziąwszy, wspólnie jedzą. I mówią: „To jest krew Chrystusa”.

    Nie wstydzą się mówić o naszym Zbawicielu i Panu, Jezusie Chrystusie, że On objawił tę obsceniczność. 26.8.2. W tak zwanych Wielkich pytaniach Marii [...] przedstawiają to, co On jej objawia, wziąwszy ją na górę i pomodliwszy się oraz wydawszy na świat ze swojego boku kobietę. Następnie On zaczął z nią współżyć i w ten sposób rzekomo uczestniczył w upływie jego nasienia, aby pokazać, że „musimy w ten sposób czynić, abyśmy żyli”.

    Wiem, że mało kto ma czas i chęci na sięganie po akademickie cegły, ale polecam przystępne video.

    Wpis dedykuje niezastąpionemu @loginnawykoppl

    pokaż spoiler *poza standardowymi tekstami o kontekście historycznym, które są śmieszne w przypadku instytucji twierdzącej, że jej nauczanie moralne pochodzi od boga


    #religia #bekazkatoli #historia #ciekawostki
    pokaż całość

    •  

      @niedoszly_andrzej: Jeszcze taka myśl, że tworzenie tego typu oskarżeń musiało być dość specyficznym procesem. Mamy księdza tudzież zakonnika, formalnie żyjącego w celibacie niekoniecznie wybranym w pełnie świadomie i dobrowolnie, ponieważ do stanu kapłańskiego lub zakonnego został przeznaczony przez rodzinę jeszcze jako dziecko czy nastolatek i prawdopodobnie cierpi z powodu niezrealizowanych potrzeb seksualnych. I nagle dostaje za zadanie napisanie jakiegoś takiego pastiszu, w którym w końcu może się wyżyć na papierze i wypuścić z siebie najdziksze fantazje, wszystko ku chwale Boga i Kościoła, a także władcy świeckiego, który może sypnie grosiwem na klasztor za pretekst do konfiskaty majątków tych przebrzydłych heretyków. pokaż całość

    •  

      @ja_nie_lubie: to ja też sb przyjanuszuje. To co piszesz mogło mieć faktycznie wpływ i jest to widoczne w literaturze pisanej przez duchownych. Jak czasem człowiek czyta np. mistyczki katolickie to ma się wrażenie, że to soft erotyka z Jezusem w roli ogiera. Ale wydaje się dla mnie, że nie tylko to - ludzie w ogóle mają tendencję żeby swoich oponentów podejrzewać o bycie degeneratami moralnymi, bo to w jakiś sposób uprawomacnia ich własne przekonania. I łatwo wtedy dać wiarę w najbardziej absurdalne oskarżenia, bo przecież skoro zaprzeczaja naszej NASWIETSZEJ PRAWDZIE no to cos musi z nimi byc nie tak, NIE?! pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    To już wiem czemu Perez tak cisnął na superligę dx - nie musiałby rywalizować z potężnymi drużynami z nieistniejących państw. #realmadryt

  •  

    To ten kryzys ma w końcu #fcbarcelona czy #realmadryt XD?

    Nie no bk, może niech lepiej grają rezerwy. Teraz sie szeryf zamuruje i tyle.

  •  

    Jedną ze śmieszniejszych rzeczy w Polsce jest obsesja na punkcie Niemiec. IRL odpowiednicy wykopowych #4konserwy (ale i oni też) robiący z Niemiec jakieś lewackie imperium zła niszczące cywilizację łacińską, której Polska ma zaszczyt być czempionem (więc Polskę trzeba zniszczyć). Rzeczywistość? Krajem rządzą od 16 lat umiarkowane konserwy*, a Polska jest ich 5 największym partnerem handlowym (import). Niemieckie diabły nie tylko tutaj kupują, ale wg. danych z 2015 roku odpowiadają za 20% inwestycji zagranicznych. Szachy 2137D - wrzucaj hajs i uzależniaj swój przemysł od kraju, który postanowiłeś zniszczyć.

    #bekazprawakow beka z prawakow, spiski na temat Niemiec niszczących Polske można włożyć tam gdzie bajki o Sorosie etc. O wiele rzadziej mówi się jednak o tzw. drugiej stronie medalu - czyli o czasem wręcz groteskowej idealizacji Niemiec (wgle całego Zachodu). Niedościgiony wzór, a w Polsce, wiadomo, jak w lesie. Przoduje w tym zwłaszcza #bekazpisu.

    Tymczasem niemiecka "potęga" przespała ostatnie 30 lat i jest w dupie z firmami technologicznymi, rewolucją energetyczną, regularnie ubywa jej firm na liście 100 największych (w 2021 niemiecki geniusz ma 3 takie, dokładnie tyle samo co 5-6x mniejsze Holandia czy Szwajcaria), digitalizacja jest na poziomie gorszym niż w PL, płatności bezgotówkowe nie istnieją, dostęp do dobrej jakości neta graniczy z cudem, POTEŻNY biznes samochodowy uzależnił się od chińskiego rynku, a obecne władze robią wszystko co w ich mocy by uzależnić energetykę od Rosji. A, byłbym zapomniał - kraj jest demograficznym trupem, a przez afery z uchodźcami zrobił fatalną reklamę masowej imigracji bez której zamieni się w ubożejący dom starców**.

    Ja się was pytam #4konserwy i #neuropa, czy my jesteśmy poważnym krajem upatrując boge wie czego u Helmuta i Helgi?
    #swiat #geopolityka #niemcy

    pokaż spoiler *tak, wiem, w Polsce nie można być Prawdziwym Konserwatystą jeśli nie plujesz na widok tęczy
    *o tym wszystkim, plus wiele więcej, można posłuchać nawet w państwowej DW.
    pokaż całość

  •  

    Uwielbiam takie wątki jak ten. TL:DR - kobiety nie mają zainteresowań i się na niczym nie znają. Wiecznie tylko płycizna w postaci mody, kosmetyków, filmów, przepisów do gotowania etc. Nie to co faceci - historia, polityka, gospodarka, technologia... Za każdym zjedzonym drażem.

    Po 1. Nawet jeśli to prawda, że kobiety to tylko techniki malowania paznokci i kosmetyki to w czym takie zainteresowanie jest gorsze od, nie wiem, znajomości wojny stuletniej? Chad manicurzystka zarabia pieniądze, napędza gospodarke, podnosi samopoczucie klientek vs virgin historycy, którzy nonstop się kłócą o to czy Zygfryd Monachijski był bękartem Rodryga I czy Fulka III, co absolutnie niczego nie wnosi i nie zmienia*. A za chwilę i tak napiszą rewizję i okaże sie, że jednak był synem Gundbada VII.

    Po 2. Ta "ambitna wiedza" o gospodarce, polityce czy tam historii jest często żałośnie powierzchowna. Ba! Często w ogóle jej nie ma i to "zainteresowanie" sprowadza się do jakichś pseudohistoriozoficznych dyskusji a'la ze szwagrem przy flaszce i w stylu "Hard times create strong man", "Rzym upadł przez multikulti", a w ogóle to ludzie jak mają dobrze to się degenerują, patrz eksperyment ze szczurami.

    Każdy kto w życiu przeczytał kilka akademickich publikacji na dowolny temat z historii (ale z innych dziedzin też) widzi jak znamienita większość dyskusji w temacie to po prostu brednie a ludzie, którzy biorą w nich udział nawet nie bardzo wiedzą czym jest dyscyplina zwana historią i o co w niej chodzi**.

    pokaż spoiler *Uga buga, kto nie zna historii jest skazany na jej powtarzanie. W rzeczywistości historia uczy nas jedynie tego, że jeszcze nikogo niczego nie nauczyła.


    pokaż spoiler **Moim ulubieńcem był zawodnik, który na mój cytat z jakiejś pracy (rzecz dotyczyła starożytności) odparł, że robię błąd z odwołania do autorytetu XD.


    #p0lka #logikarozowychpaskow #blackpill #redpill #przegryw #rozowepaski
    pokaż całość

    •  

      @yourfatherdrunk: oj podpisuje sie pod tym :)

      ...niestety.

    •  

      @Lordani66: Jacy "my"?
      Zdecydowana większość ludzi nie jest ani wynalazcami, ani naukowcami. Odkrycia, osiągnięcia naukowe i wynalazki to dzieła wybitnych umysłów na przestrzeni wieków. W historii świata, większość ludzi pracowała na roli i nie ruszała się poza swoją wioskę, po czym została zapomniana.
      Co do meritum, o którym wspomniał OP, to kobiety były w nauce od początku, choć ich udział nie zawsze był zauważany - tyle że przez większość czasu kobiety miały pod górkę, bo trudniej było im się kształcić i przebić. Kobiety uzyskały możliwość studiowania dopiero na przełomie XIX i XX wieku.
      Jedynym polskim naukowcem-noblistą była Maria Skłodowska-Curie.
      Kobietom zawdzięczamy np. kevlar, piłę tarczową, piec gazowy, wycieraczki samochodowe, zmywarkę do naczyń, maszynę do lodów, korektor w płynie, składane łóżko, system tajnej komunikacji, system ogrzewania domów energią słoneczną i jeden z pierwszych języków programowania.
      Owszem, statystycznie biorąc, kobiety zawsze były mniej zaangażowane w działalność naukową niż mężczyźni - co nie oznacza, że nic nie wniosły. Choć istnieje tzw. zjawisko Matyldy.
      To, że na politechnikach studiują głównie mężczyźni, a wydziały filologii i pedagogiki są zdominowane przez kobiety, nijak nie czyni kobiet gorszymi.

      @niedoszly_andrzej: Ech...
      I co z tego, że mam na czarnej tag przegryw oraz pokrewne, skoro i tak natrafiam na treści z tym związane...
      Tow. @swiety_spokoj powiela tu chyba wszystkie popularne mizoginiczne stereotypy.
      W odpowiedzi na to można np. stwierdzić, że z kolei mężczyźni to tylko chlają, oglądają sport w telewizji, prowadzą wojny, zajmują się motoryzacją, myślistwem lub strzelectwem, napastują kobiety i wymyślają niebezpieczne ideologie jak komunizm, nazizm, faszyzm, klerykalizm, chrześcijanizm, judaizm, islamizm itd. Jakoś najbardziej zbrodniczy dyktatorzy i guru najgroźniejszych sekt byli mężczyznami. Które ludobójstwa były dziełem kobiet?

      Odnośnie treści kanałów i widowni: oprócz tego, że to głównie płeć brzydka ogląda patostreamy, to np. większość widzów kanału Psycholoszka stanowią kobiety. A to zdecydowanie wartościowy kanał, omawiający psychologiczne aspekty otaczającej nas rzeczywistości. Jeśli chodzi o treści edukacyjne i obalające mity, to kobiety nie ustępują mężczyznom. Jest jeszcze np. Natalia Nishka Tur, Mówiąc Inaczej, emce i inne.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (17)

  •  

    Kazek widać, że musi odpocząć. Dejcie tego Blanco w końcu, naprawdę dobrze wyglądał w końcówce zeszłego sezonu.
    #realmadryt

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 81, w którym moc jest z nami, i to na (pół)serio.

    Blog ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Kojarzycie spisy powszechne z 2001 roku? Mam na myśli głównie UK, Nową Zelandię i Australię. Otóż w tych krajach gdy ogłoszono cenzusy, w sieci pojawił się pomysł na podanie swojego wyznania jako... Jedi. W kraju kangurów taką religię zadeklarowało ok. 70k, w kraju ptaka kiwi 53k a w kraju który nie wygrał piłkarskiego turnieju od 1966 roku prawie 400k. Urzędy statystyczne załamywały ręce i apelowały o powagę, a żartownisie triumfowali. To jednak nie koniec historii, bo jakkolwiek znaczna część zadeklarowanych Jedi po prostu trollowała, to taki ruch religijny wcale nie jest dowcipem i istnieje naprawdę. Jeśli przecieracie oczy ze zdumienia i zastanawiacie się czy teraz to nie ja trolluję, to powtarzam raz jeszcze - religia Jedi istnieje naprawdę i to nie w odległej galaktyce, a tutaj, na naszej starej, dobrej Ziemi.

    Tradycyjnie zaczniemy od początku. W 1977 roku w kinach ukazała się pierwsza (a raczej czwarta) część sagi zwanej Gwiezdnymi Wojnami. Seria odniosła sukces daleko wykraczający poza filmy. Świat Star Wars okazał się tak atrakcyjny, że żeby zaspokoić głód na dziejące się w nim historie trzeba było wykorzystać inne środki przekazu - książki, komiksy, gry komputerowe, a nawet Lego. “Niech Moc będzie z Tobą” jest wg. American Film Institute w pierwszej dziesiątce najbardziej znanych cytatów z filmów ostatniego wieku. Ojciec serii, George Lucas, uważa, że jego sukces polegał przede wszystkim na umiejętnym opowiedzeniu starego mitu w atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy sposób. Chodzi o tak zwany monomit, o którym szeroko pisał Joseph Campbell (prywatnie zresztą znajomy Lucasa).

    Zdaniem Campbella, specjalizującego się w mitologii komparatywnej (zaznajomienie się i porównywanie różnych mitów ze sobą) miażdżąca większośc opowieści rozgrywa się według dzielonego schematu. Istnieją oczywiście wariacje, ale rdzeń jest wspólny - prawdopodobnie dlatego, że ludzie (naturalnie lub przez kulturę) po prostu preferują taki a nie inny sposób opowiadania historii. Teoria ta jest często krytykowana za daleko idące uproszczenia, ale w przypadku Gwiezdnych Wojen chyba zadziałała. Lucas inspirował się także innym poglądem Campbella, który uważał, że wszystkie religie mają część wspólną. W kosmologii i systemie wierzeń jakie stworzył dla filmu starał się zawrzeć tę esencję i, jak sam mówił, pobudzić widzów do zadawania sobie pytań na duchowe tematy i religijnych poszukiwań.

    I to się udało, aczkolwiek nie do końca tak jak wyobrażał to sobie Lucas (twierdzący, że nie chciał tworzyć nowej wiary). Od samego początku w Gwiezdnych Wojnach dopatrywano się wątków religijnych. Z racji czasów i kontekstu kulturowego w postaci Skywalkera doszukiwano się Jezusa, a sagę interpretowano w chrześcijański sposób. W rodzącym się fandomie dyskusje religijne były początkowo na marginesie. Samo zjawisko fandomu SW jest bardzo ciekawe, bo ludzie wiedzący, że chodzi o totalnie wyimaginowany świat spędzać godziny na tworzeniu i czytaniu zinów poruszających wszelakie kwestie - od broni, przez technologię na odzieży kończąc. Pisano fanfici*, organizowano zloty, konferencje i panele dyskusyjne. Znajomość SW była przepustką do towarzystwa i pomagała zdobyć znajomych.

    Społeczność skupiona na Gwiezdnych Wojnach miała się jeszcze bardziej rozwinąć dzięki internetowi. W latach 80. popularne stały się newsgroupy, na których użytkownicy dzielili się między sobą informacjami i opiniami na dany temat. Grupy te były hostowane przez tzw. Usenet. Jego popularność rosła bardzo szybko. W 1981 roku opublikowano przezeń 4k wiadomości a w 1986 już ponad 100k. Gwiezdne Wojny były jednym z popularnych tematów. Izolowani dotychczas fani, którzy interesowali się religią w ulubionym uniwersum, mogli się po raz pierwszy wymienić opiniami z osobami o podobnym zacięciu. Dyskusje te były często publicznie dostępne i potrafiły interesować także tych, którzy dotychczas nie zwracali uwagi na te aspekty. Nadal była to jednak mało liczna, nieformalna i niezorganizowana grupa.

    Przełom nastąpił wraz z RPGami. Jeśli ktoś spędził ostatnie 40 lat w więzieniu to wyjaśniam - to grupowa zabawa polegająca na odgrywaniu roli (stąd Role Playing). Rozgrywka przebiega zazwyczaj wg. zasad wybranego systemu - ich twórcy publikują całe, definiujące reguły podręczniki. RPG zaczęły jako gry “paper&pen” - tzn. dane o ruchach, obrażeniach, zaklęciach etc, były notowane na papierze. RPGi osadzano nie tylko w światach fantasy, ale także sci-fi, w tym Gwiezdnych Wojen. Zdaniem badaczy i fanów takie wcielanie się w rolę mocno odciskało się na graczu - miał on zachowywać się tak jak zrobiłby to “prawdziwy” Jedi, co sprawiało, że musiał zapoznać się z “nauczaniem” o mocy. Niektórym rozkminy o filozofii Jedi mocno się spodobały i dostrzegli w nich wartościowe idee do zastosowania w swoim życiu.

    Niektórzy wkręcali się do tego stopnia, że zaczynali identyfikować się jako Jedi i stosować w życiu to co uważali za filozofię mocy. Oczywiście wzbudzało to tak zwaną bekę wśród wielu fanów SW, ale nie jest to pierwszy raz gdy wyznawcy nowopowstającej religii musieli znosić prześladowania ze strony otoczenia. Jedi przetrwali próbę wiary i zaczęli nawet tworzyć własne strony internetowe żeby konsolidować społeczność i propagować dobrą nowinę. Upowszechnienie się internetu w ostatniej dekadzie XX wieku i rosnąca kultowość Gwiezdnych Wojen pozwoliły im na wypłynięcie na szerokie wody. Te zrobiły się jeszcze szersze gdy po po pęknieciu tzw. bańki internetowej (chodzi o gwałtowne spadki na NASDAQ) w 2001 roku zaczęto mocniej iść w stronę internetowych platform społecznościowych.

    W pierwszej dekadzie XXI wieku narodziło się większość społeczności internetowych zrzeszających jedystów. Także na ten okres przypada krystalizacja tego co można nazwać teologią i doktryną (a raczej teologiami i doktrynami) religii Jedi. Grupy skupione wokół stron i blogów zaczęły dochodzić do wspólnych wniosków co do tego czym jest jedyzm i jak powinni zachowywać się “wierni”. Nie jest to wcale prosta sprawa. Znaczna część z tych społeczności obwołuje się “Akademiami” nie tylko nawiązując do filmów, ale także dlatego, że oferują one swoim padawanom (uczącym się) kursy na temat jedyzmu. Niektóre mają nawet cały system akredytacji gdzie adept po kolei zalicza kolejne zadania i testy z wiedzy teoretycznej, zyskując potwierdzenie, że teraz jest na poziomie X (np. jest pełnoprawnym rycerzem Jedi).

    Oferowana wiedza różni się w zależności od akademii, ale większość dotyczy nauczania moralnego i filozoficznych rozważań. Nie tylko przez pryzmat świata SW, ale także przez lekturę klasycznych tekstów realnie istniejących filozofów. Jedizm jest inkluzywnym systemem i nie ma problemów z czerpaniem wzorców od innych. Popularne jest także uzupełnianie programu zestawami ćwiczeń mających zapewnić rozwój tężyzny fizycznej. Część szkół dodaje kursy medytacyjne odwołujące się często do praktyk podobnych do buddyjskich i hinduskich. Wątki z tak zwanych religii Wschodu są bardzo częste i popularne - nie jest to jednak przypadek czy kolejne wcielenie mody na “wschodnią mądrość” a’la New Age. Ze wszystkich systemów religijno- filozoficznych religia Jedi najbardziej przypomina bowiem daoizm/ taoizm.

    Taoizm to chińska tradycja, filozofia i nadprzyrodzone wierzenia. Będę tu sporo upraszczał, ale niestety nie da się inaczej, bo taoizm jest stary i różnorodny. Tao, od którego bierze swą nazwę, dosłownie oznacza ścieżkę/ drogę, ale bliższe prawdy (bliższe, bo jak poucza nas Lao Tzu, legendarny założyciel tradycji, “Tao które można wyrazić słowami nie jest prawdziwym Tao”) jest tłumaczenie “naturalny porządek wszechświata”. Zadaniem człowieka jest życie w zgodzie z Tao, którego nie można się zdefiniować. Tao spaja przeciwstawne siły, które są takimi tylko pozornie, bo jednak tworzą jedną całość. Sporo tu ciężkich do zdefiniowania rzeczy i pozornych paradoksów. Mówię o nich nieprzypadkowo - chcę bowiem pokazać taoistyczne skupienie na doświadczeniu i intuicji a nie rozkminie i definicji.

    Nawet ten pobieżny i skrótowy opis pozwala dostrzec wspólne cechy Mocy i Tao. Mocy również nie da się do końca zdefiniować. Można ją poczuć i nauczyć się z nią współpracować. Właśnie - z moca się współpracuje, nie jest to wydawanie rozkazów. Podobnie wygląda taoistyczne wu-wei, tłumaczone jako “niedziałanie”. Upraszczając i skracając - pozwolenie na to by rzeczy biegły swoim naturalnym torem. Moc, jak Tao, łączy pozornie sprzeczne elementy - Jasną i Ciemną stronę, które okazują się być jedną całością. Religijny taoizm zna ludzi którzy siłą woli przesuwają przedmioty, lewitują, wpływają na otoczenie. Znajome? Religijny taoizm postuluje też istnienie xianren (nieśmiertelnych). Kimś takim w świecie SW jest Yoda czy Imperator, którzy mimo unicestwienia fizycznych powłok nadal mogą być obecni w świecie żywych.

    Wielu jedystów dostrzegło te podobieństwa i uważa je za atut swojej religii. Jedyzm jawi im się jako wstęp do pogłębionego studiowania realnych tradycji zajmujących się rzeczywistymi ludzkimi problemami, a nie tylko LARPem** Gwiezdnych Wojen. Oczywiście ichnie interpretacje Wschodnich religii są często naiwne i niezgodne z tym co mówi akademia (rzeczywista, nie Jedi), ale przecież tak powstają nowe wiary - przez zapożyczenia i przerabianie na swój kontekst kulturowy. Część jedystów traktuje przedsięwzięcie raczej jako klub do dyskusji, ale są i tacy, którzy podchodzą do tego serio. I tak na przykład organizacja zwana Świątynią Zakonu Jedi została oficjalnie zarejestrowana jako kościół w Teksasie w 2005 roku. Kilka lat później Kanada uznała “swój” Zakon Jedi za zarejestrowaną organizację religijną.

    Póki co jedyzm jest znany głównie w krajach anglosaskich i kilku krajach Europy Zachodniej. Chyba mu to jednak nie przeszkadza, bo nie wygląda na religię mocno zainteresowaną prozelityzmem. Ten może być o tyle cięższy, że wiele osób słysząc o religii Jedi, zwłaszcza po pamiętnych akcjach związanych ze spisami ludności, uznaje całą sprawę za żart. “Powagi” na pewno nie dodaje pochodzenie religii ze srebrnego ekranu jak i to, że sami “wyznawcy” potrafią łączyć jedyzm z religiami tradycyjnymi - głównie Wschodnimi, ale bywa, że i z chrześcijaństwem. Czas pokaże czy jedyzm przetrwa i w jakim pójdzie kierunku. Sam fenomen jest jednak ciekawy i może nieco mówić o religii i człowieku - okazuje się, że ten może angażować się nawet w wierzenia, co do których ma absolutną pewność, że zostały wymyślone.

    #daszwiare #religia #ateizm #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zainteresowania #starwars
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 80, w którym dokładnie myjemy rączki.

    Wpis na blogu ze źródłami i ładniejszym formatowaniem

    Według badania z 2015 roku co trzeci Polak nie myje rąk po wizycie w toalecie. Nietypowy wstęp jak na serię o wierzeniach, ale tylko pozornie. W niektórych religiach ablucje* są wręcz obowiązkiem wiernego. W cytowanym badaniu, być może przypadkiem, najlepsze wyniki miały Turcja i Bośnia, kraje kojarzone z islamem. Bogobojny muzułmanin powinien modlić się pięć razy dziennie. Modlitwa to jakby rozmowa z bogiem, a przecież nie wypada obcować ze stwórcą wszechświata, będąc brudnym i spoconym, prawda? Islam nie jest unikatowy pod tym względem. Bliski Wschód zna więcej grup, w których woda i obmycia były kluczowym elementem praktyki i wierzeń. Tak było w przypadku bliskowschodnich baptystów. I nie mam tu bynajmniej na myśli przedstawicieli jednej z protestanckich tradycji.

    Wierzenia żydowskie przechodziły transformację na przełomie er. Nie była to jednorodna religia, ale zbiór równoległych tradycji mających części wspólne, ale także różnice. Myślę, że każdy słyszał o Zwojach z Qumran. Gromadzący je byli prawdopodobnie Esseńczykami - jednym z takich właśnie judaistycznych ruchów. Było ich oczywiście znacznie więcej, a te ,które przypisywały szczególne znaczenie rytuałowi chrztu, określa się mianem baptystów. Był on zazwyczaj rozumiany jako oczyszczenie (prawdziwe lub symboliczne) oraz odrodzenie. To ostatnie było o tyle kluczowe, że wówczas powszechnie wierzono w rychłą boską interwencję w sprawy świata, która zakończy rządy tyranów, ukaże grzeszników oraz ustanowi nowy, sprawiedliwszy porządek. Ocaleją ci, którzy porzucą grzech i skupią się na bogu.

    Łatwo zauważyć czemu wiele tych ruchów zostało zasymilowanych przez chrześcijaństwo - było w zasadzie jednym z nich. Chrystianizacja sekt baptystycznych nie była radykalnym zerwaniem z przeszłością i dołączeniem do “nowej” religii. Baptyści widzieli w Jezusie uosobienie swoich religijnych nadziei, a jego nauczanie traktowano jak rozwinięcie ich poglądów. W miarę rozwoju ruchu jezusowego w jego łonie doszło do wykształcenia się różnić między tymi, którzy uważali się za uczniów Chrystusa. Nie dziwota - kanon, doktryna i pilnująca ich instytucja dopiero powstawały. Różnice były nie tylko teologiczne - także polityczne czy etniczne. Baptyści i chrześcijanie mocno zakorzenieni w judaizmie (stąd judeochrześcijanie), jednak dość szybko znaleźli się na marginesie.

    Misje szły im gorzej, bo wymagali przestrzegania żydowskich praw, a wiele z nich goje uważali za dziwne. Spory dotyczyły także wierzeń. Judeochrześcijanie uznawali Jezusa za mesjasza, ale ten był dla nich ludzką lub (w wersjach ezoterycznych) anielską postacią. Pogańscy konwertyci natomiast potrafili patrzeć na Jezusa jako boga, czasem równali go z Ojcem, co dla tradycji żydowskiej było nie do przyjęcia. Nie znamy szczegółów - większość literatury judeochrześcijańskiej przepadła albo została zniszczona jako sprzeczna z wersją, która ostatecznie została uznana za ortodoksję. Większość wiedzy o baptystach pochodzi od polemistów, ale nie każdy był im wrogi. Na przykład Justyn Męczennik uznawał ich za chrześcijan, choć sam wierzył w boskość Jezusa (najprawdopodobniej był subordynacjonistą)*.

    Nie inaczej było z tak zwanymi Elkazaitami. Pierwsze zachowane do naszych czasów wzmianki o nich pochodzą z “Odparcia wszelkich herezji” Hipolita Rzymskiego. Opisał działalność niejakiego Alkibiadesa z syryjskiej Apamei, który w pierwszej połowie III wieku działał w stolicy Imperium. Chrześcijanie Wiecznego Miasta spierali się m.in. co do odpuszczenia grzechów po chrzcie. Co?! To nie mogli po prostu iść do spowiedzi? No tak to wówczas nie wyglądało. Generalnie ludzie przyjmowali chrzest jako dorośli i jedną z jego “funkcji” było odpuszczenie grzechów. Co z tymi, którzy dopuścili się grzechów po chrzcie? Tutaj nie było zgody. Jedni uważali, że jeśli wierny będzie żałował za grzechy to może liczyć na miłosierdzie. Inni, że nie ma takiej możliwości, a jeszcze inni, że to zależy od rodzaju grzechu.

    Konsensusu nie było, a grzesznicy obawiali się potępienia. Alkibiades twierdził, że jest w posiadaniu książki, którą Chrystus i Duch Święty, pod postacią olbrzymich aniołów, przekazali Elkazajowi z Iranu. Zapoznanie się z jej treścią, uwierzenie w nią i kolejny chrzest miały zapewnić odpuszczenie wszelkich grzechów. Rytuał wymagał pokuty i wypowiedzenia formuły odrzucającej łamanie przykazań. Nie wiemy czy Elkazaj jest postacią historyczną (chociaż są i takie teorie). Chrześcijańscy pisarze często tworzyli genealogie herezjarchów, chcąc pokazać jak wypaczono to co uznawali za oryginalne nauczanie. Nie ma jednak wątpliwości, że ruch elkazaitów istniał, chociaż wiele wskazuje, że nie była to jedna grupa, a raczej zbiór wierzeń i praktyk przypisywanych Elkazajowi, do którego odwoływały się różne wspólnoty.

    Korzenie elkazaitymu siegają judeochrześcijaństwa. Współcześnie badacze, bazując na cytatach z polemistów, datują ich na początek II wieku, konkretnie wojnę Trajana z Partami. W trakcie konfliktu cesarz ten zajął część Mezopotamii gdzie żyło wielu Żydów (w tym chrześcijan) - część z nich uciekła tam przed rzymskimi represjami za powstania w Palestynie. W pierwszej fazie wojny Rzymianie byli górą i obawiano się, że rozbiją Partów, którzy byli tolerancyjni dla Żydów. Popularność zdobyła wówczas przepowiednia głosząca, że wyprawa Trajana to początek końca czasów, a za chwilę nastąpi wielka wojna między aniołami, katastrofalna dla ludzi. Przetrwać mieli tylko ci, którzy się nawrócą i uwierzą w księgę rzekomo objawioną przez Chrystusa i Ducha Świętego. Prawdopodobnie w tych okolicznościach narodził się elkazaityzm.

    Źródła podają, że głosił konieczność przestrzegania prawa mojżeszowego, w tym kontrowersyjnego dla gojów obrzezania. Nakazywał rozliczne rytuały związane z wodą, które wskazują baptystyczne korzenie. Na przykład, w razie zatrucia lub choroby zalecano modlić się i brać zimne kąpiele w rzece przez określony czas. Do tego dochodził ezoteryzm i gnoza - zbawienie umożliwia tajemna wiedza spisana w księdze. Elkazaici mieli też zalecać obserwację gwiazd i, w razie niekorzystnego ich układu, powstrzymywanie się od niektórych działań. Źródła nie są jednak do końca zgodne i wspominają o wpływie na inne grupy (np. Ebionitów). Stąd uważa się często, że elkazaityzm był tradycją, z której różne wspólnoty judeochrześcijańskie czerpały różne rzeczy, często miksując je ze swoimi praktykami i wierzeniami.

    Wskazuje na to także przypisywana im chrystologia, charakterystyczna dla części judeochrześcijan z pierwszych wieków. W jej myśl Chrystus miał być anielską istotą, nieograniczoną do Jezusa, który był tylko kolejnym jego wcieleniem. Niebiański Chrystus i Duch Święty byli odpowiednio synem i córką najwyższego Boga. Podobne poglądy znajdujemy na przykład u wspomnianych Ebionitów czy w pracach tzw. Pseudo-Klemensa, popularnych wśród judeochrześcijan (wzmiankowali o nich jednak także autorzy ortodoksyjni). Widać tu inspirację żydowskimi ezoterykami, którzy tworzyli rozbudowane angelologię i apokalipsy. Wpływy żydowskie są tu tak silne i łatwo zauważalne, że ortodoksyjny pisarz Epifaniusz z Salaminy sklasyfikował elkazaitów jako następców Esseńczyków, grupę żydowską, a nie chrześcijańską.

    Ten “błąd” (Epifaniusz nic nie pisze o Jezusie i chrystologii w kontekście elkazaitów) prawdopodobnie wynikał z tego, że nie tylko ich nauki wydały mu się bliższe judaizmowi niż temu, co on uznawał za chrześcijaństwo, ale także ich kultura i codzienna praktyka. Wspomina na przykład, że łączyli oni niezamężnych ludzi w pary i odrzucali kult dziewictwa. Było to dość typowe dla żydów, którzy małżeństwo uważali za najlepsze minimalizowanie ryzyka grzechów seksualnych. Chrześcijanie (oczywiście nie wszyscy, ale takie poglądy były popularne) pierwszych wieków byli często bardzo radykalni w sprawach seksu, który dość jednoznacznie uważali za czynność “nieczystą” i celibat zalecali (czasem wymuszali) nawet na osobach już będących w związkach. Szczególnie surowe było tutaj syriackie chrześcijaństwo.

    Wraz z instytucjonalizacją kościoła, zwycięstwem jednej z teologicznych frakcji i mariażem z państwem rzymskim, znacząco zmieniła się sytuacja grup, których poglądy uznano za nieortodoksyjne. Zaczęto je tępić, nieraz brutalnie, a robiły to już nie tylko szajki mnichów (zdarzało się, że różne wyznania miały “swoich” mnichów, których nasyłano na konkurencję) czy tumulty. Cesarze rzymscy uznali się za przedstawicieli boga, a w oficjalnej propagandzie byli odpowiedzialni nie tylko za granice czy żywność, ale także dusze poddanych. Według ortodoksów wiara w inne wyznania z automatu skazywała na wieczne potępienie, więc obowiązkiem państwa było zwalczanie herezji. I tak też robiono. Z biegiem czasu grupy, takie jak elkazaici czy ebionici, zostały stłamszone i po prostu przestały istnieć na terenach rzymskich.

    Imperium rzymskie, choć olbrzymie, nie było całym światem. Wielu chrześcijan mieszkało na ziemiach irańskich władców, gdzie ortodoksji nie sprawdzano - szachowie byli albo tolerancyjni, albo wspierali niechrześcijańskie religie. Ze źródeł muzułmańskich wiemy, że jeszcze w X wieku na terenie państwa kalifów (w dużej mierze pokrywającego się z irańskimi imperiami) istniały chrześcijańskie wyznania, które zniknęły z ziem rzymskich (np. marcjonici). Nie inaczej było z baptystami. Al-Nadim opisujący w X wieku dzieje Maniego, twórcy manicheizmu, wskazywał, że Mani wychował się wśród mezopotamskich baptystów, którzy są aktywni także w jego czasach Ba! Chrzcielna grupa zwana Mandejczykami, wywodząca swoje korzenie od Jana Chrzciciela, przetrwała do naszych czasów (choć zostało ich tylko około 10k).

    #daszwiare #religia #historia #zainteresowania #ateizm #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Większość ludzi z którymi miałem przyjemność (lub nie) rozmawiać jest święcie przekonana, że religia to rzecz należąca do przeszłości. Taki pogląd wygłaszali często nawet wierzący, choć oczywiście z dużym ubolewaniem. Ba! Nawet mi się zdarzyło popełnić wpis przewidujący, że religie chcąc przetrwać będą morfować w bardziej subtelne i mniej inwazyjne formy.

    Ostatnio jednak, pod wpływem zaznajamiania się z konsekwencjami zmian klimatu naszła mnie refleksja - po pierwsze: co za jełop wymyślił tę nazwę*, a po drugie- przyszłość należy do religii i to nie czegoś na wzór zachodniego #buddyzm (u) czy uniwersalnych unitarian tylko La Luz del Mundo czy Świadków Jehowy. Pod wpływem zmian klimatów setki milionów ludzi znajdą się w tragicznym położeniu - kryzys uchodźczy jaki mamy teraz czy ten z 2015 to betka.

    Jak słusznie zauważył wybitny patriota Marian K. na trudne czasy potrzebny jest silny człowiek. Albo lepiej - silna instytucja z silną ideologią, która z jednej strony potrafi pomóc przetrwać z drugiej dać dobry powód żeby o to przetrwanie walczyć (robiąc oczywiście kuku tym co rywalizują o kurczące się zasoby). Tak Panowie, Panie i Niebinarni czytelnicy tego przydługiego wpisu. Zamordystyczna religia na całego (a nie jakieś liberalne wyznania) to przyszłość świata.

    Na pocieszenie - może warto pomyśleć o założeniu jakiejś sekty? Kto wie którą instytucję możni nowego świata uznają za dobrego partnera w organizowaniu tych poddanych, którzy nie umarli z pragnienia/ głodu/ epidemii. Jeśli zaczniesz już dzisiaj, to może za 100-150 lat zostaniesz kolejnym Mahometem, Jezusem czy Buddą.

    pokaż spoiler *brzmi bardzo neutralnie, powinno być klimatyczny holocaust/ masowe wymieranie/ Twoje dziecko będzie walczyć o szklankę wody z uchodźcami z Pakistanu.


    #religia #przemyslenia #ateizm #bekazkatoli
    pokaż całość

    +: MalyBiolog, t.....k +16 innych
    •  

      brzmi bardzo neutralnie, powinno być klimatyczny holocaust/ masowe wymieranie/

      @niedoszly_andrzej: Przecież dosyć powszechnie używa się w tej chwili określenia "katastrofa klimatyczna", ono już właściwie na dobre przyjęło się w mediach itp.

    •  

      Przecież dosyć powszechnie używa się w tej chwili określenia "katastrofa klimatyczna", ono już właściwie na dobre przyjęło się w mediach itp.

      @raj: też się z nim spotykam czasem, ale jednak częściej jest to "zmiana klimatu/ globalnie ocieplenie" (przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia). A najbardziej triggeruje mnie ratowanie planety, której wsio rawno czy średnia temperatura będzie 0 czy 50 stopni.

      Cóż, może po prostu kończy się obecna kalpa ( ͡° ͜ʖ ͡°).
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (9)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 79, w którym Wcielony Bóg zostaje maskotką balu charytatywnego.

    Link do bloga ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Kojarzycie doroczny serial pt. “polskie kluby w europejskich pucharach”? Wstyd, żenada, kompromitacja, frajerstwo, hańba. Gdyby mass media istniały w VII wieku w Iranie to zapewne uraczyłyby swoich odbiorców takimi nagłówkami. Państwo Sasanidów posypało się jak domek z kart w wyniku najazdu Arabów. Irańskie elity uważały swoją kulturę za najstarszą i najwyżej rozwiniętą, a resztę (ze szczególnym uwzględnieniem Arabów) za dzikusów. W irańskim odpowiedniku “Pana Tadeusza” czyli “Księdze Królów” autor przedstawia podbój jako największą i ostateczną katastrofę. Historycy do dzisiaj nie są do końca pewni czemu Arabom poszło tak łatwo. Mówi się o wyczerpaniu Iranu wojnami z Rzymianami, ale przecież państwo basileusów też swoje wycierpiało, a jednak zdołało przetrwać arabską nawałnicę.

    Upadek rządzącej dynastii pociągnął za sobą marginalizację kleru zoroastryjskiego, który było od niej mocno zależny. Państwowy kościół nie był jednak jedynym przejawem irańskiej religii. Przez setki lat kult Mazdy (główne bóstwo w irańskim panteonie) nie był mocno skodyfikowany - dość powiedzieć, że próbę taką podjęli dopiero właśnie Sasanidzi. Istniało więc w nim wiele równoległych tradycji i interpretacji, które miały pewne cechy wspólne, ale też różniły się od siebie. Do tego stopnia, że niektórzy podejrzewają, że we wschodniej części Iranu to Mitra był najważniejszym bóstwem. Wypada również wspomnieć, że z racji położenia między Bliskim a Dalekim Wschodem, w Iranie, obok lokalnych tradycji, funkcjonowały też wspólnoty judaistyczne, gnostyckie, chrześcijańskie, helleńskie czy buddyjskie.

    Rządy muzułmańskich Arabów nie oznaczały automatycznej konwersji na nową religię. Początkowo zdobywcy nie byli nawet chętni do nawracania, między innymi z powodu podatków płaconych przez innowierców - więcej muzułmanów równa się mniej wpływów. Był to zresztą jeden z powodów dla których Umajjadzi (bo tak nazywał się ród kalifów, arabskich władców), byli krytykowani przez część swoich współwyznawców. Inni jednak nie mieli z tym problemu postrzegając islam jako religię dla Arabów. Mimo to dochodziło do konwersji. Zachętą do niej, obok osobistych przekonań, były także potencjalne korzyści. W przypadku dawnych elit chodziło na przykład o utrzymanie swojej pozycji. Niemuzułmanie, jakkolwiek tolerowani, byli w gruncie rzeczy drugą kategorią i podlegali różnym ograniczeniom.

    Szacuje się, że już sto lat po podboju konwertytów było więcej niż Arabów. Nowi muzułmanie uważali, że należą im się dokładnie te same prawa co “starym”. Wielu Arabów, w tym Umajjadowie, miało jednak inne zdanie, co rodziło napięcia. W połowie VIII wieku doszło do przewrotu w wyniku którego kalifami zostali Abbasydzi. Centrum rebelii był wschodni Iran, znajdujący się na peryferiach umajjadzkich wpływów. Abbasydzi byli Arabami, ale znaczna część walczących w ich sprawie była etnicznie Irańczykami, na czele z wojskowym przywódcą rebelii, Abu Muslimem. Stał się on w pewnym momencie tak popularny, że Abbasydzi zdecydowali się go zabić. Nowi władcy istotnie włączyli do warstwy rządzącej i wojskowej wielu niearabskich muzułmanów, ale część ich sojuszników uznała, że zasługuje na więcej niż dostała.

    Źródłem niepokojów był znowu wschodni Iran, leżący nieco na uboczu centrum państwa kalifów. Z racji odległości od głównych ośrodków władzy był to region ciężki do kontrolowania oraz słabo zislamizowany. Lokalni muzułmanie potrafili się różnić od współwyznawców z innych regionów. Zachowywali bowiem część przekonań i przyzwyczajeń ze starych wiar. O co nie trudno - wielu było pierwszym pokoleniem wyznającym nową religię wśród członków swego rodu. Jednym z podwładnych Abu Muslima był niejaki Haszim ibn Hakim/ Haszim-i Hakim. W tej pierwszej wersji byłby Haszimem synem Hakima, w tej drugiej Haszimem Mędrcem. Ta druga interpretacja jest o tyle prawdopodobna, że oprócz bycia żołnierzem pełnił również rolę urzędnika - umiał pisać a obok ojczystego języka znał także komunikatywnie arabski.

    Abbasydzi czyścili szeregi swoich sojuszników z podejrzanych o nielojalność. Taki los spotkał kilku kolejnych przełożonych Haszima, co nie podobało się ani jemu, ani jego towarzyszom broni. Rosły kolejne muzułmańskie sekty, które teraz za cel stawiały sobie walkę z Abbasydami jako nieprawowiernymi. Haszim poszedł w tę stronę i miał nawet podawać się za proroka. W pewnym momencie został uwięziony, ale po pewnym czasie zwolniono go i wrócił do wsi pod Merwem. Tam ożenił się i został folarzem (nie foliarzem, to taki rzemieślnik od tkanin). Po pewnym czasie zaczął ponownie twierdzić, że jest prorokiem i budować wokół siebie ruch religijny. Miało to miejsce w okolicach 768 roku. Gdy gubernator próbował go aresztować, zbiegł ze swoimi zwolennikami do Transoksani (region między Amu- i Syr-darią).

    Tam zajeli kilka fortec, które stały się bazami wypadowymi na tereny kalifatu (lub jego lenników). Haszim przybrał miano Mukkany, co oznacza “zamaskowanego”. Według późniejszych relacji nauczał on, że bóg jako istota doskonała nie może objawić się ludziom, którzy nie przeżyli by spotkania z taką potęgą. Aby przekazać swą wolę wciela się on zatem w wybranych przez siebie ludzi. Tak miało być z Adamem, Noe, Abrahamem, Mojżeszem, Jezusem, Mahometem i Abu Muslimem. Zwieńczeniem tej linii był oczywiście Mukkana. Ciekawe jest uznanie Muslima za inkarnację boga - pokazuje, że legendarny wódz był wciąż ważną postacią we wschodnim Iranie. Na tyle, że warto było zaprzeczyć własnemu nauczaniu które przecież głosiło, że okresy między kolejnymi wcieleniami trwają po kilkaset lat.

    Pseudonim artystyczny jaki przybrał Haszim był powiązany z jego nauką o wcieleniach. Nawet w ciele człowieka splendor boskiego oblicza jest tak wielki, że może zabić oglądającego. Z tego powodu twarz Mukkany była zawsze zasłonięta zielonkawym jedwabiem. Miało to swój wymiar symboliczny, bo w islamskich wierzeniach w szaty takiego koloru będą ubrani mieszkańcy raju, który z kolei Mukkana obiecywał swoim zwolennikom. Ogłoszenie się inkarnowanym bogiem było jawnym zerwaniem z islamem. Nie dość, że naruszało granicę między ludźmi a doskonałym bogiem to jeszcze degradowało Mahometa z pieczęci proroków do roli jednego z posłańców. Apostazja i rebelią nie zaskarbiły mu sympatyków - źródła nieprzychylne Mukkanie twierdziły, że zasłania twarz ponieważ jest strasznie brzydki.

    Według Mukkany bóg wcielił się w niego, aby zrzucić z tronu niesprawiedliwych Abbasydów, pomścić Abu Muslima i położyć kres islamskiej (prawdopodobnie w znaczeniu “arabskiej”) dominacji. Widać tu dość dobrze dopasowany program pod ewentualnych słuchaczy. Nagrodą za wykonanie boskiego planu miało być życie w raju. Badacze uważają, że religia Haszima to miks popularnych w Azji Środkowej wierzeń. Zasłanianie twarzy wydaje się być nawiązaniem do Mojżesza, który po spotkaniu z bogiem również musiał się maskować z powodu świetlistego oblicza. Sukcesja proroków (tutaj kolejnych wcieleń boga) zaczynająca się od Adama jest z kolei żywcem wyjęta z islamu. Opisanie Mukkany jako zwiastuna nadchodzącego raju, miejsca wolnego od problemu, wpisuje się z kolei do idei mesjańskich.

    W zoroastryzmie wierzono w tzw. saoszjanta. Opisy różniły się, ale generalnie miał on prowadzić dobro w ostatniej bitwie ze złem, po której sprawiedliwi mieli zamieszkać w doskonałym świecie. Ta idea miała przeniknąć do wierzeń żydowskich (mesjasz) i buddyjskich (Maitreja). Wschód świata irańskiego był mocno nasiąknięty buddyzmem, a w czasach Mukkany wiara w rychłe nadejście Maitreji była żywa. Ze źródeł można wywnioskować, że Haszim nieco stylizował się na buddę, o czym świadczy choćby “cud” wywołania odbicia księżyca w wodzie w studni (można to zrobić na przykład za pomocą rtęci). Księżyc jest w ogóle istotny w symbolice buddyjskiej i bardzo możliwe, że Mukkana o tym wiedział. Tak czy inaczej kreował się na mesjasza, którego działalność doprowadzi do nowej ery - życia w raju.

    Wspomniałem już, że program Mukkany był idealnie skrojony pod warunki w jakich działał. Wschodni Irańczycy mieli dość Arabów, czuli się oszukani przez Abbasydów, chcieli pomścić Abu Muslima i czekali na mesjasza mającego odmienić świat. Skąd jednak mieli wiedzieć, że to Mukkana jest właśnie tym, którego szukają? Według źródeł Haszim, chcąc pokazać, że nie żartuje, zorganizował publiczne odsłonięcie swojej twarzy. Relacje mówią o tym, że jasność jaką ujrzeli wówczas zgromadzeni była tak wielka, że niektórzy umarli. Nieprzychylne źródła tłumaczą to sztuczką z ukrytymi lustrami, które w momencie zdjęcia nakrycia zostały skierowane na tłum, odbijając światło słoneczne. Mukkana miał wówczas obwieścić zgromadzonym, że są jego wybrańcami i cały świat należy do nich - łącznie z ludźmi i ich dobytkiem.

    Wyznawcom nie pozostało nic innego niż wprowadzić ten program w życie. Źródła donoszą, że w latach 70. VIII wieku zaczynają się najazdy “Ubranych na biało”, jak nazywano zwolenników nowego proroka. Lokalne siły zupełnie sobie z nimi nie radziły. Ruchu był początkowo traktowany jako regionalny problem. Na radarze Bagdadu pojawił się dopiero w okolicach 775 roku, gdy opanował Samarkandę, jedno z największych i ważniejszych miast w Azji Środkowej. Abbasydzi słali armię za armią, ale bez większych efektów. Ubrani na biało zdominowali Sogdianę (region wokół Samarkandy), a Mukkana zaczął nawet bić własne monety (symbol bycia niezależnym władcą). Sielanka trwała do 778 roku kiedy to siły nowego gubernatora Chorezmu odbiły Samarkandę a powstańcy zostali zepchnięci do defensywy.

    Padały kolejne twierdze Ubranych na biało, aż rządowi oblegli samą siedzibę Mukkany. Była to twierdza z podwójnymi murami w obrębie których znajdowały się pola uprawne. Oblężenie trwało jednak także w zimie, gdy nie da się pozyskiwać żywności. Ludzie umierali z głodu. Mukkana miał wówczas zniknąć w ogniu mówiąc, że udaje się w Niebiosa aby zebrać anielskie zastępy i na ich czele powrócić. Może to być nawiązanie do Maitreji “wkraczającego” w paranirwanę płonąc. Nieprzychylne źródła twierdzą, że było to samospalenie obliczone na to, że zdobywcy nie znajdą ciała a lud Sogdiany uwierzy w słowa o powrocie. Zadziałało, bo miejscowi jeszcze długo opowiadali legendy o “Zamaskowanym Proroku” - przeniknął on do kultury i stał się inspiracją dla kolejnych pokoleń spiskujących przeciwko władcom.

    Postać Mukkany stała się ważna także w ezoterycznych wierzeniach. W XIX wiecznej Europie moda na orientalizm była bardzo silna, a wielu zachłysnęło się wschodnimi wierzeniami. Zamaskowany Prorok był jednym z importów. Jego historią zainspirował się irlandzki poeta, Thomas Moore. Dzieło Moore’a bardzo spodobało się z kolei członkom jednego z klubów dla elity w XIX wiecznym St. Louis w Missouri. Uczynili oni Mukkanę patronem dorocznego balu dla tzw. debiutantek. Impreza ta to dziwactwo wyższych sfer i wyprawia się ją dla osiągających pełnoletność dziewczyn z ich kręgów. Zamaskowanym Prorokiem ogłasza się honorowego gospodarza balu. Impreza służy obecnie nie tylko do poczucia się elitarnym - towarzyszą jej zbiórki na cele charytatywne. Amerykański kapitalizm nie oszczędził nawet Wcielonego Boga.

    #daszwiare #religia #historia #zainteresowania #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    +: V.....d, posso +15 innych
  •  

    Zatorski wspaniale wyjaśnia kulturowych katolików ("to nie do końca tak jak religia mówi, ale przecie ta religia zbudowała najlepszą na świecie Cywylizację Łacińską™) w tym tekście.

    Pozwole sobie zacytować fragment najlepszej orki:

    Po co to wszystko? Czy zamiast dokonywać karkołomnych akrobacji egzegetycznych [właśnie to "no może to nie dosłownie prawda, ale patrz jakie wartościowe"], nie lepiej – skoro już odzyskało się „wewnętrzną wolność” (s. 6) – powiedzieć sobie po prostu: „Nie ma w życiu ani przesłaniu Jezusa z Nazaretu nic nadzwyczajnego ani »niesamowitego«, to jedna z niezliczonych prognoz apokaliptycznych, obietnic nowego rozdania kart, jakie zawsze znajdują posłuch u sfrustrowanych swoją sytuacją życiową i dowiadujących się z radością, że ci, którym powiodło się lepiej, to »chwast« skazany na spalenie w piecach roznieconych już niebawem przez »aniołów Pana«. Mało tego: w działaniach Jezusa i jego uczniów odnajdziemy niemal wszystkie techniki manipulacji, które taki niepokój budzą w działaniach przywódców współczesnych sekt: »bombardowanie miłością«, wzbudzanie poczucia winy, żądanie zerwania więzi rodzinnych, wyzbycia się majątku na rzecz gminy (casus Ananiasza i Safiry), poddania kontroli swojego życia intymnego. Trudno też za bardzo użyteczne uznać zalecenia, by upodobnić się do »ptaków niebieskich« czy dokonać autokastracji. Ewangelia – gdy przeczytać ją własnymi oczyma – jawi się jako dość banalna opowieść o posępnym proroku apokalipsy, któremu zdarzało się płakać, ale który – jak to z naciskiem podkreślał w Imieniu róży złowrogi Jorge – nie zaśmiał się ani razu.

    #religia #przemyslenia #bekazkatoli
    pokaż całość

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 78, w którym chcemy uczynić wiarę naukową a kończymy jako brazylijski Zięba.

    Link do bloga ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Amerykańska religia pierwszej połowy XIX wieku przechodziła głębokie przemiany. Był to okres tak zwanego drugiego Wielkiego Przebudzenia*, które charakteryzowało się odbiciem od rytuału i doktryn opartych o pisma w stronę emocji i indywidualnego doświadczenia. Ważną rolę odegrały tutaj zachodnie i środkowe części stanu Nowy Jork, określane mianem Spalonego Dystryktu (od religijnego ferworu). To właśnie tam narodził się mormonizm czy milleryzm (inspirujący adwentystów i Badaczy Pisma Świętego, w tym Świadków Jehowy). Działało tam wiele innych grup, np. szejkersi czy Towarzystwo Oneida budujące religijną utopię. W połowie XIX wieku na tej samej scenie pojawiły się siostry Fox, które twierdziły, że potrafią nie tylko wywołać niematerialne byty, ale także bezpośrednio się z nimi komunikować.

    Siostry stały się sławne jako media (pośredniczki między światem materii, a światem duchowym) i dały początek ruchowi nazywanemu spirytualizmem. W jego ramach szybko wykształcił się quasi rytuał seansu - spotkania na którym dochodziło do rzekomego kontaktu. Wzbudzało to olbrzymie zainteresowanie z uwagi na nacisk na osobiste doświadczenie i namacalność. Nie musisz wierzyć w mgliste dogmaty - w trakcie seansu wszyscy obecni mogli zobaczyć przemieszczające się przedmioty, usłyszeć szepty, kroki i pukania. Bezpośredni kontakt z duchowymi istotami był zarezerwowany dla medium, ale powyższe wystarczyło żeby przekonać wielu do realności tez głoszonych przez spirytualistów. Ruch stał się popularny,a na seansach zjawiały się tłumy, z których znaczna część była wykształcona i zamożna.

    Spirytualizm wyrósł w zasadzie na odrębną religię, chociaż często odwoływał się do pojęć chrześcijańskich. Z USA szybko trafił do Francji, ojczyzny Comte’a i pozytywizmu. Na fali rozwoju techniki i rosnącej jakości życia wielu Francuzów wierzyło, że oto nadchodzi nowa era - epoka nauki i racjonalnego myślenia. Te poglądy odbiły się także na religii. Tradycyjna, oparta na autorytecie i interpretacjach starożytnych pism przez starożytnych myślicieli, bez możliwości weryfikacji, jawiła się wielu jako niegodna zaufania albo wręcz fałszywa. Skoro naukowe badanie np. roślin umożliwia większą produkcję żywności, dzięki czemu mniej ludzi głoduje, to czy nie powinniśmy badać w ten sam sposób religii? Kto wie co tracimy przez trwanie przy objawionych doktrynach zamiast weryfikować nadprzyrodzone.

    Spirytualizm, mimo postulowanej empirii, szybko zaczął teologizować. Podjęto próby stworzenia spójnej interpretacji wizji i wiedzy z seansów. Popularny był np. Emanuel Swedenborg, uczony i teolog z XVIII wieku. W pracach opisywał zaświaty, rozmowy z aniołami i oryginalną kosmologię. Źródłem teologizacji bywała także ideologia - francuscy spirytualiści byli często lewicowcami i w seansach dopatrywali się poparcia dla swoich tez. Na przykład Paul Louisy postulował reinkarnację - duchy z seansów są jakby w kolejce do kolejnego wcielenia, a jego jakość zależy od postępowania, które mierzy się pod kątem traktowania innych ludzi. Celem cyklu wcieleń jest Niebo - najwyższy stan istnienia dla duszy, w którym doświadcza ona Boga. Im lepiej traktujemy innych, tym szybciej cel ten jest w naszym zasięgu.

    Jakby mało było ezoteryzmu, pozytywizmu czy utopijnego socjalizmu to pojawiła się jeszcze interpretacja katolicka. Niejaki Henri Delaage uważał, że spirytualizm nie tylko nie obala katolicyzmu, ale wręcz go potwierdza. Medium nie są żadną nowością, bo przecież wielu świętych i mistyków miało objawienia, w których spotykali Maryję, Jezusa, świętych i doświadczali nieba/ piekła/ czyśćca. Zwolennicy spirytualizmu trafiali się i wśród kleru. Słynny Henri Lacordaire przypuszczał nawet, że powszechność nadprzyrodzonych zjawisk na seansach to reakcja boga na scjentystyczne pojmowanie świata. Spirytualizm w świecie anglosaskim i na kontynencie był wielonurtowy i nieskodyfikowany. I takim zastał go niejaki Hipolitowi Rivail, który doszedł do wniosku, że możliwe i konieczne są zmiany w tej materii.

    Rivail ukończył progresywną uczelnię Pestalozziego, której celem było wyedukować człowieka racjonalnego i naukowo myślącego. Z tego powodu był sceptycznie nastawiony do doniesień o spirytualistycznych zjawiskach. Z czasem jednak stał się bywalcem salonu pani Baudin, która była medium. Spotkania te były luźne, ale Rivail przekształcił je w metodyczne badania zjawisk i studiowanie nadprzyrodzonych relacji. Projekt wsparło kilka osób o podobnych ambicjach, a jego owocem była wydana w 1857 roku Księga Duchów. Od innych publikacji tego typu, będących zbiorem luźnych anegdotek, odróżniała ją forma. Księga była wzorowana na katechizmie i składała się z pytań i odpowiedzi udzielanych rzekomo przez duchy na tematy dotyczące relacji między światami, życia po śmierci i porządku wszechświata.

    Dzieło było syntezą wcześniejszych poglądów pojawiających się w spirytualizmie. Podkreślało połączenie między materią a duchem możliwe za pomocą “fluidu”. Światy przenikały się - nawiązanie kontaktu z jednej ze stron nie było więc czymś trudnym. Dusze były nieśmiertelne, ale bóg stworzył je niedoskonałymi stawiając przed nimi zadanie osiągnięcia perfekcji. Amerykanie byli zdania, że świat duchowy ma kilka sfer i tak jak po ziemskim życiu następuje przejście do najniższej sfery świata duchowego, tak z niej następnie przechodzi się do coraz wyższych warstw. Rivail promował jednak wspomnianą już teorię Louisiego, według której dusze podróżują między światami w procesie reinkarnacji, a dochodzenie do perfekcji odbywa się w trakcie kolejnych materialnych wcieleń, a nie w wymiarach duchowych.

    Allan Kardec, bo tak zaczął się po wydaniu książki określać Rivail, puszczał oczko do progresywistów (istnienie jako proces ciągłego ulepszania), utopijnych socjalistów (dobroczynność warunkuje progres duszy), umiarkowanych (celem nie jest ziemski raju tylko perfekcyjna dusza oglądająca boga), pozytywistów (empirycznie badana wiara miał pomóc ulepszyć świat) a nawet katolików - w jego książce pojawiły się odwołania do chrześcijańskich mistyków i teologów. Umiejętne odwoływanie się do sympatii kilku różnych grup pozwoliło mu odnieść duży sukces. Książka stał się zarzewiem ruchu, który Kardec nazwał spirytyzmem aby odróżnić się od innych spirytualistów. W 1858 roku zaczął wydawać czasopismo “Revue spirite”, w którym odnosił się do bieżących spraw, np. zajmując stanowisko w sporach “doktrynalnych”.

    Kardec powołał także do życia Paryskie Towarzystwo Nauk Spirytystycznych, które miało prowadzić badania nad treściami rzekomo objawianymi przez duchy i ulepszać metody jakie stosowano w trakcie seansów. Jego zdaniem przewaga spirytyzmu nad religią czy filozofią polegała na tym, że te drugie były szukaniem wytłumaczeń pod z góry założoną tezę, podczas gdy ten pierwszy stosuje metody naukowe, obserwuje, eksperymentuje i dokładnie analizuje materiał z seansów:

    [spirytyzm] ma swoje źródła w faktach samej natury, w faktach które często możemy zobaczyć na własne oczy.

    Próby unifikacji spirytualizmu i odrzucanie materiału, którego nie dało się dopasować do teorii były przez niektórych uważane za błędne. Krytycy szanowali dążenie do rzetelnego badania zjawiska, ale nie zgadzali się na “ujednolicenie” argumentując, że dziedzina ta jest nowa. Niech interpretacje powstają i swobodnie krążą - najlepsza z nich w końcu wygra. Konkurencja założyła “Revue spiritualiste” w którym krytykowała doktrynerstwo Kardeca. Zaatakowano na przykład reinkarnację o której anglosaskie duchy nic nie mówiły. Kardec odpowiedział na swoich łamach, że jest to owoc… amerykańskiego rasizmu. Duchy wolały ukrywać przed ludźmi, że dusza w jednym wcieleniu może być “biała” a w kolejnym “czarna”. Inne różnice tłumaczył tym, że wielu po prostu nieumiejętnie postępuje z duchami i te mogą np. trollować.

    Spirytyzm zyskał zwolenników także poza Francją. W XIX wieku kultura francuska cieszyła się dużym prestiżem u międzynarodowych elit i ich przedstawiciele znali język i byli na bieżąco z trendami. Nie inaczej było w Rio de Janeiro gdzie osiadło wielu imigrantów z Francji. Założyli oni towarzystwo spirytystyczne zwane “Grupą Konfucjusza”. Brazylijski spirytyzm jakkolwiek oparty na pracach Kardeca był jednak pozbawiony jego autorytetu i dlatego szybko wyewoluował w wiele nurtów. Można je było podzielić na trzy grupy. Pierwszą zwano “naukową” - skupiała się na fizycznych zjawiskach zachodzących w trakcie seansów. Druga - “czysty spirytyzm” - do obserwacji zjawisk dokładała próby ich filozoficznej interpretacji, ale odrzucała element religijny, który był z kolei kluczowy dla grupy trzeciej, “mistycznej”.

    Spirytyzm był początkowo domeną europejskich imigrantów z klas średniej i wyższej, ale bardzo szybko stał się popularny także wśród lokalnych odpowiedników. Religijny spirytyzm zaczął ponadto przenikać do niższych warstw społeczeństwa gdzie bardzo płynnie łączył się z ludowymi wierzeniami. Było to tym łatwiejsze, że wiele dzielił z katolicyzmem i często odwoływał się do jego wierzeń i autorytetów. Z drugiej strony był także atrakcyjny dla znajdujących się na marginesie grup afrobrazylijskich, które już były mocno synkretyczne a spirytyzm był dla nich dodatkowym, atrakcyjnym elementem. Religijni spirytualiści żarli się z naukowymi i dlatego w 1881 roku podjęto próbę zjednoczenia. Kongres w Rio zakończył się jednak fiaskiem, ale co się odwlekło to nie uciekło i tak w 1884 roku powstała Brazylijska Federacja Spirytystów.

    Nie znaczy to, że konflikty ucichły - wręcz przeciwnie, doszło jeszcze do intensyfikacji, bo w religijnym spirytyzmie doszło do tarć między kultami afrobrazylijskimi, a nurtem chrześcijańskim, który adoptując kult maryjny, jeszcze bardziej odbił w stronę katolicyzmu. Jego najważniejsza figurą był Chico Xavier, który za spirytystyczny ideał uważał… żywoty katolickich świętych. Zdaniem badaczy o masowym (w przeciwieństwie do Francji, gdzie spirytyzm nie przedostał się dużą skalę do klasy ludowej) sukcesie w Brazylii przesądziło właśnie kopiowanie ludowego katolicyzmu z jego świętymi i obrzędowością. Rozwój tego ruchu doprowadził w końcu do zerwania afrobrazylijczyków z chrześcijańskimi spirytystami i dzisiaj obydwie tradycje uważa się za oddzielne (choć mające wiele wspólnego).

    Mimo różnic udało się jednak zachować świadomość przynależności do jednej, spirytystycznej wspólnoty między różnymi grupami. Nie znaczy to, że powstał jakiś kościół roszczący sobie prawa do ustalania jedynie słusznej doktryny. Po dziś dzień spirytyści (którzy w 2010 roku mieli stanowić 2% brazylijskiego społeczeństwa) należą do różnych szkół. Różnice między nimi są często znaczące, bo tzw. “wysoki spirytyzm” w zasadzie nie interesuje się kosmologiami i doktrynami i jest skupiony na… medycznym zastosowaniu spirytystycznych praktyk. Tak, to nie żart. W XX wieku zaczęły powstawać medyczne towarzystwa spirytystów (w skład w których wchodzili także lekarze) twierdzące, że ich metody pomagają i leczą. Ludzie ci wykładają na uczelniach i prowadzą szpitale (w samym Sao Paulo jest ich ponad 20).

    W czym może pomóc spirytyzm osobom borykającym się z problemami? Jeśli zgadujecie, że może chodzić o np. seans w trakcie którego rozmawia się ze zmarłym członkiem rodziny żeby upewnić się, że wszystko jest ok to macie rację. Ale fantazja nie kończy się tutaj. Placówki spirytystyczne leczą też depresję czy uzależnienia. Jak to działa? Ano doktor (lub “doktor” bo nie zawsze są to osoby po z dyplomem) modli się, nakłada ręce (przekazując w ten sposób tajemniczą energię) czy tam czyta religijny tekst, tłumacząc dlaczego nie można tyle pić. Oprócz tego powszechne są wszystkie możliwe terapie “alternatywne” jak np. homeopatia czy leczenie witaminami albo dziwacznymi dietami. Jeśli myślicie, że to tylko brazylijska wersja “doktora” Zięby to jesteście w błędzie. Istnieją bowiem spirytystyczni chirurdzy.

    Największą sławą cieszy się niejaki dr Adolf Fritz, który przez ostatnie 60 lat dokonał kilku tysięcy operacji. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że Fritz (o ile kiedykolwiek istniał) miał zginąć w trakcie I WŚ. Jak leczyć po śmierci? Otóż pan doktor “opętuje” medium i nadal może wycinać wyrostki czy zszywać rany. “Wynalazcą” Fritza był Jose Pedro de Freitas, ale po jego śmierci pojawili się następni, którzy twierdzili, że kontynuują oni współpracę z dobrym Adolfem. Wśród tych następców są lekarze z dyplomami. Środowisko medyczne jest podzielone - część uważa to za szarlatanerię, ale są i zwolennicy. Gdy ginekologowi Edsonowi de Queiroz odebrano uprawnienia do wykonywania zawodu z powodu spirytyzmu w lekarskiej praktyce, zwrócił się do sądu, który przywrócił mu tytuły i posadę.

    Można więc powiedzieć, że państwo sankcjonuje takie praktyki, a spirytyzm na dobre zadomowił się w Brazylii. Zarówno w ludowej religijności i na uniwersytetach.

    #daszwiare #religia #ciekawostki #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #historia
    pokaż całość

    •  

      @ja_nie_lubie: <nerd mode> no, ale panie kolego przecież w hinduizmie atman i brahman to w zasadzie to samo, a tutaj dusza indywidualna ma oglądać boge co jest rozdzielny w stosunku do niej </nerd mode>, nerwowo poprawia za duże okulary.

    •  

      @niedoszly_andrzej: ,, poglądy o odnajdowaniu Chrystusa w sobie znajdujemy w kodeksach z Nag Hammadi odnalezionych w Egipcie.Kiedyś je omawiałem dosyć szczegółowo i wynika z nich.że cały życiorys Jezusa został sfałszowany tylko po to żeby dopasować go do proroctw Starego Testamentu i na potrzeby zawiązującej się religii. Prof. Keith Hopkins również mówi,że odnalezione kodeksy zmieniły nasze poglądy na temat wczesnego chrześcijaństwa.Odnaleziono 52 manuskrypty opisujące tamtą epokę, najprawdopodobniej napisano je w którymś z egipskich klasztorów, i około IV w. zakopano na pustyni. Nienaruszone przeleżały aż do XX w. więc mamy pewność,że nikt nic nie dopisał ani nie wymazał.Z tego co pamiętam z czasu opisywania kodeksów to w tym czasie szalało już chrześcijaństwo mordujące Esseńczyków, którzy również zaliczali siebie do mistyków i być może to oni chronili w ten sposób swoją wiedzę, zresztą w omawianym filmie również pada taka sugestia. Jak wynika z historii religia, którą stworzył Konstantyn była wprowadzana siłą i kto nie chciał jej przyjąć i nadal wierzył w mistyczne nauki Jezusa, był zabijany.W ten sposób religia pozbyła się prawdziwych nauk Jezusa i wmówiła ludziom,że tylko jej wersja jest prawdziwa i ze strachu o własne życie nikt już nie protestował, więc kłamstwo wprowadzane w umysły ludzi zaczęło funkcjonować jako prawda. Jednak pradawnej wiedzy nie udało się Kościołowi Katolickiemu zniszczyć całkowicie i przetrwała, co prawda w dzisiejszych czasach jest uznawana przez Kościól za herezje, ale istnieje i można ją bez obaw o utratę życia poznawać. Pisarz Tim Freke mówi,że jest rzeczą zdumiewającą nieuznawanie przez Kościół ewangelii Tomasza i traktowanie innych pism jako heretyckie i niebezpieczne, co nam pokazuje na jak potężną organizację wyrósł Kościół Katolicki.Te niebezpieczne dla Kościoła teksty opowiadają o różnych drogach prowadzących do Boga i zbawienia. Opowiadają o potrzebie kontemplacji i podtrzymywaniu boskiej iskierki jaka w nas płonie.Ale i ten pogląd,że dusza jest iskierką, promykiem ,cząstką Boga już dawno zlikwidował Kościół. Synod w hiszpańskim mieście Toledo około roku 400 potępił hipotezę dotyczącą pochodzenia duszy, hipotezę jej emanacji — jakby była promieniem słońca — z boskości.Biskupi stwierdzili bowiem, że „dusza człowieka nie jest substancją boską czy częścią Boga, ale stworzeniem... "Jeśli zatem ktoś wierzyć będzie, że dusza jest częścią Boga lub boską substancją, niech będzie przeklęty!”. Taka wersja została przyjęta chociaż tak naprawdę nie wiedziano nic o duszy. Ale za to w ten sposób zniszczono wiedzę o istnieniu światów wewnętrznych w które wprowadzał uczni Jezus i zlikwidowano wcześniejsze życie duszy. I jak wszyscy wiemy to życie zaczyna się od wdmuchnięcia przez Boga tchnienia życia w konkretne ciało. Ale czy wiedza mówiąca,że ludzie mają szukać Boga w sobie może być niebezpieczna? Przecież wiemy,że tego właśnie Jezus uczył wybranych uczni.Paradoksalnie właśnie ten fakt jest niebezpieczny bo jeśli ktoś nie jest fanatykiem religijnym to zaczyna zadawać pytania i odkrywa,że istnieją w naszej świadomości światy wewnętrzne, a religia jest kolosem stojącym na glinianych nogach. pokaż całość

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 77, w którym miksujemy szyizm, neoplatonizm i pitagoreizm.

    Link do wpisu na blogu ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Tertulian zapytał kiedyś “co wspólnego mają Ateny i Jerozolima” konkludując, że chrześcijaństwo jest nową jakością i wymaga odrzucenia poprzedniego świata. Współcześni historycy uważają te słowa za dalekie od prawdy i wskazują, że frakcja, która ostatecznie zdefiniowała chrześcijańską ortodoksję czerpała z helleńskiej filozofii pełnymi garściami. Nie oni jedni. Czytając kiedyś książkę o świecie postrzymskim zaskoczył mnie fakt poświęcenia jednego z rozdziałów Arabom, gdzie autor przekonywał, że w pewnym sensie także oni byli kontynuatorami tradycji Imperium*. Co wspólnego ma Bliski Wschód i Ateny? Więcej niż mogłoby się wydawać. Region był silnie zhellenizowany, a nowi panowie byli zafascynowani osiągnięciami starożytnych i uważali się za ich następców.

    Al-Kindi, ojciec arabskiej filozofii, twierdził nawet, że jego lud jest spokrewniony z Grekami. Późniejszy Al-Farabi uważał, że muzułmanie przejęli od starożytnych więcej niż chrześcijanie z powodu większej zgodności islamu z filozofią. Kalif (przywódca muzułmańskiej wspólnoty) Al-Mamun opowiadał, że spotkał we śnie Arystotelesa, który przekonał go do wydania zgody na tłumaczenie greckich klasyków na arabski. Wpływy Greków były jeszcze mocniejsze wśród grup nie należących do głównego nurtu. Wszelkie rekordy pobili chyba Druzowie, którzy choć współcześnie nie są klasyfikowani jako muzułmanie, to korzeniami sięgają islamskiego Egiptu okresu Fatymidów. Druzyjski historyk Izzedin napisał kiedyś, że jego religia:

    wykracza poza ramy tradycyjnego monoteizmu sięgając do wcześniejszych form poszukiwania jedności z Absolutem. Stąd uwielbienie dla Hermesa, posłańca boskiej nowiny, dla Pitagorasa, boskiego Platona i dla Plotyna.

    Kim są Druzowie? Zacznijmy chronologicznie. Po śmierci Mahometa doszło do konfliktu. Ali był kuzynem i, jako mąż Fatimy, zięciem proroka. Zdaniem części muzułmanów to stawiało go na czele ich wspólnoty. Ali z żoną podzielali ten pogląd i odmówili uznania Abu Bakra, którego ogłoszono kalifem. Ali doczekał się przywództwa po trzecim kalifie, ale było ono kontestowane. Został w końcu zamordowany, a zastąpił go jeden z pretendentów, Mu’awija. Nie zakończyło to jednak konfliktu, bo część muzułmanów nadal popierała krewnych i potomków Alego uważając, że to oni powinno stać na czele ummy (wspólnoty wiernych). Nazwano ich “stronnictwem/ partią Alego” czyli szyitami. Szyizm nie był jednolity, ale powszechny był w nim ezoteryzm, przekonanie o istnieniu ukrytych znaczeń w nauczaniu Mahometa.

    Spór był zatem nie tylko personalny, ale i religijny - jedynymi, którzy znają prawdziwy islam są potomkowie Alego i to ich należy słuchać. Z powodu prześladowań szyici ukrywali się, próbując czasem, na fali rewolty czy przewrotu, obalić status quo i uzyskać władzę dla potomków Alego (niekoniecznie autentycznych). Właśnie taka historia wydarzyła się w X wieku w północnej Afryce, gdzie Berberowie (rdzenna, przedislamska ludność) wynieśli do władzy ród, który podawał się za potomków Fatimy, żony Alego. Tak zwani Fatymidzi stworzyli niezależne od sunnitów imperium obejmujące północną Afrykę i Syrię. Rdzeniem ich państwa był Egipt, a stolicą Kair. Miasto było centrum nie tylko politycznym, ale także kulturalnym i intelektualnym.

    Fundamentem na którym budowali tamtejsi intelektualiści była helleńska filozofia. Dużym zainteresowaniem cieszył się neoplatonizm Plotyna, Jamblicha i Porfiriusza. W skrócie - zakładali oni, że istnieje hierarchia bytów, na czele z Absolutem. Ten jest jedyny w swoim rodzaju, nie ma woli i nie podejmuje żadnych działań. Jego natura jest poza zasięgiem ludzkiego pojmowania. Jedyne co można o nim powiedzieć to to, że istnieje, jest doskonały i niezmienny. Nie jest stwórcą w tym sensie co bóg/ bogowie z różnych wierzeń, ale wszystko co istnieje, istnieje dzięki niemu, bo istnienie Absolutu umożliwia istnienie innym bytom, które z niego emanują. Takimi emanacjami były na przykład Powszechny Umysł i Powszechna Dusza. Niektóre z emanacji są jakby bliżej źródła i mogą pośredniczyć między ludźmi a Absolutem.

    Łatwo dostrzec dlaczego poglądy te nie były trudne do reinterpretacji dla islamu. Absolut to oczywiście Allah, a emanacje to na przykład aniołowie objawiający się prorokom. Bardziej ezoteryczne wersje głosiły, że prorocy mogli sami być emanacją bytów bliskich Absolutowi (a więc znajdujących się bliżej ideału niż człowiek). Około sto lat po dojściu Fatymidów do władzy rządy w Kairze objął niejaki Al-Hakim. Nowy kalif zerwał z tradycją tolerancji i brutalnie narzucił swoje zasady. Nakazywał umieścić w meczetach klątwy przeciwko pierwszym sunnickim kalifom, zakazał chrześcijanom obchodzenia Wielkanocy, kazał spalić wszystkie rodzynki w mieście i wylać cały miód do Nilu (można było z nich wyprodukować alkohol). Zrównał też z ziemią Bazylikę Grobu Pańskiego w Jerozolimie, bo uznał tzw. Cud Ognia za czary.

    Al-Hakima uznano za szaleńca, ale część uczonych zanurzonych w neoplatonizmie z jego niezrozumiałym Absolutem, doszła do innego wniosku. Irracjonalność (w ludzkim rozumieniu) była dla nich dowodem na bliskość z bogiem. Al-Hakim miał pokaźną grupę fanów uważających, że odegra on ważną rolę w historii. Nadzieje na nieuchronność przełomu wzmagał fakt zbliżajania się tysięcznej rocznicy zakończenia ziemskiej działalności Jezusa z Nazaretu. Pojawiły się pogłoski jakoby ruch skupiony na fatymidzkim kalifie, którego częścią był niejaki al-Darazi (stąd prawdopodobnie nazwa Druzowie - co ciekawe w późniejszej narracji sami zainteresowani uznali go za czarny charakter), uważał al-Hakima za emanację samego boga. Druzowie dzisiaj zaprzeczają, ale w świetle innych ich poglądów nie brzmi to nieprawdopodobnie.

    Druzowie uważają swoich pierwszych liderów za inkarnacje neoplatońskich Uniwersalnego Umysłu, Ducha oraz Słowa, Poprzednika i Następcy. Ich zdaniem ta piątka pojawiła się wielokrotnie w ludzkiej historii - jako Jezus i uczniowie, Mahomet, Mojżesz i prorocy, Platon i Arystoteles oraz Pitagoras. Każda inkarnacja zwiastuje nowy rozdział w dziejach ludzkości. Tak miało być także teraz. Dopóki żył al-Hakim Druzów tolerowano, ale po jego tajemniczym zniknięciu w 1021 roku skończyła się sielanka, a zaczęły krwawe prześladowania. Zamiast narodzin nowej masowej religii doszło do eksodusu tych którzy ocaleli z Egiptu. Większość z nich uciekła w okolice trudno dostępnych gór Libanu. Przez jakiś czas prowadzili misje, ale w pewnym momencie, z niejasnych przyczyn, wspólnota zamknęła się na konwersje.

    Druzowie uważali się za muzułmanów, ale ich podejście było niestandardowe. Tak zwane Filary Islamu zostały zreinterpretowane jako alegorie zachęcające do wiary i wspierania wspólnoty. Laikatowi pozwolono na wieprzowinę i alkohol. Zwolniono go też z obowiązku modlitwy. Z czasem od laikatu w ogóle przestano wymagać znajomości wiary, a bycie Druzem stało się kwestią przynależności do grupy. Oczywiście powoływanie się na islam nie spodobało się muzułmanom. Heretyk jest często w religiach abrahamicznych uważany za groźniejszego od innowiercy, bo nie tyle żyje w kłamstwie, co świadomie wypacza prawdę. Pojawiły się fatwy (opinie muzułmańskich uczonych) głoszące, że Druzów można atakować, co nasiliło najazdy. Prześladowania i ataki sprawiły, że odizolowali się oni jeszcze bardziej.

    Skoro islam występuje tylko z wierzchu (niektóre pojęcia, odwołania do Mahometa, Alego i Koranu) to czym naprawdę jest religia Druzów? Na to pytanie niełatwo odpowiedzieć, z powodu zamknięcia i nikłej znajomości u samych wyznawców. Mówiliśmy już o wpływach neoplatonizmu - Druzowie do dzisiaj wierzą w boga przypominającego filozoficzny Absolut, a nie osobowy byt z Biblii czy Koranu. Mówią o “Stwórcy Wszechświata”, ale ich stworzenie nie było aktem woli w konkretnym momencie. Z boga emanowały byty, z których potem wyłonił się wszechświat, w którym powstało życie. Na podobnej zasadzie pojawienie się religii to nie boża ingerencja w świat (Absolut nie ma woli), tylko kolejne wcielenia pierwszych emanacji. Silne są także wpływy Pitagorasa, którego imię już się tutaj pojawiło.

    Pitagoras jako nauczyciel religijny pojawił się w odcinku 65 i tam odsyłam po szczegóły. Jego podstawowym wpływem na religię Druzów jest reinkarnacja. Wierzenie to jest na tyle popularne, że często jest to jedna z nielicznych rzeczy którą o swojej religii wiedzą świeccy wyznawcy. W przeciwieństwie do Pitagorasa, Druzowie uważają jednak, że dusze ludzkie wcielają się tylko w ludzi. Po zamknięciu wspólnoty na konwertytów pojawił się pogląd, że Druzowie byli od zawsze Druzami, tj. ich dusze od momentu zaistnienia wcielają się w ludzi jednoczących się wokół kolejnych inkarnacji wyżej opisanej Piątki. Czyli za czasów Pitagorasa dusze, które obecnie żyją jako Druzowie były wtedy uczniami tego właśnie starożytnego filozofa. Ma to być efekt paktu jaki dusze zawarły z emanacjami przy pierwszym wcieleniu.

    Celem Druzów jest zjednoczenie z Absolutem, źródłem istnienia. Ideę tę wyraża symbol zapożyczony od pitagorejczyków - koło z kropką na środku. Koło to wszechświat, a punkt to Absolut, niezbędny dla istnienia reszty na podobnej zasadzie na jakiej przy rysowaniu cyrklem musimy wbić ostrą część w materiał. Nie ma koła bez kropki. I tutaj dochodzimy do kolejnej rzeczy zaczerpniętej od pitagorejczyków - wiedza jak osiągnąć cel jest tajemna i ciężka do pojęcia. Zdobywanie tejże wiedzy i próby jej zrozumienia wymagają lat pracy. Tysięcy lat - stąd reinkarnacja jest teologiczną koniecznością, bo żadna dusza nie jest w stanie tego zrobić na przestrzeni jednego życia. Druzowie to zatem grupa dusz od tysięcy lat podążających za naukami inkarnowanych emanacji aby wrócić do źródła.

    To sprawia, że Druzowie są niechętni mieszanym małżeństwom. Gdy Druzyjka Amal Alamuddin wychodziła za Clooneya, ludzie z jej rodzinnych stron wyrażali współczucie. Uważa się, że dusze wcielające się w dzieci z takich związków cofają się w duchowym rozwoju. Legendarna odwaga druzyjskich żołnierzy również może mieć źródła w wierze w reinkarnację. Wyraża to przypisywana im fraza “kto chce zasnąć w łonie swojej matki tej nocy?”. Jeśli po śmierci natychmiast wracamy do bliskich i życia, to wydaje się ona mniej straszna. Reinkarnacja stoi także prawdopodobnie za liberalnym podejściem do wiary - masz wiele wcieleń na zjednoczenie z Absolutem. W obecnym możesz poświęcić się biznesowi, uczelni czy życiu rodzinnemu. Życiem stricte religijnym możesz zając się przy następnej okazji.

    Znających doktrynę i praktykujących jest około 10%. To tzw. uqqal lub szejkowie. Są wśród nich kobiety, co może być pokłosiem tego, że tajemna wiedza była u pitagorejczyków dostępna także dla pań. Słynęli z lepszego traktowania płci żeńskiej niż otoczenie i to widać u Druzów. Reszta społeczności to juhhal - “nieświadomi/ ignoranci”. Juhhal mogą żyć w zasadzie bez religii (nie ma obowiązkowych modłów czy wizyt w miejscach kultu) a ich jedynym “przykazaniem” jest dbanie o wspólnotę. Świecki sposób życia wyróżnia Druzów na tle innych wyznań. W Libanie i Syrii gdzie istnieją największe wspólnoty (o przebiegu granic decydowały kolonialne mocarstwa, nie liczące się za bardzo z lokalsami) regiony często mają dominującą religię a jej przejawy są wszechobecne - ikony, figurki Maryi, cytaty z Koranu czy portrety ajatollahów.

    Szejkowie nie są duchownymi jak księża. Mają religijną wiedzę i, podobnie jak pitagorejczycy, prowadzą ascetyczne życie, przestrzegając dziwacznych nieraz reguł. Tak jak uczniowie Pitagorasa nie jedli np. fasoli, szejkom nie wolno wypić na raz szklanki wody, nawet w upale. Wielu trudni się rolnictwem z racji przekonania, że powinni jeść tylko to co sami wyhodują. Często żyją wśród “ignorantów”. Zdarzają się małżeństwa między przedstawicielami tych grup. Zaawansowani szejkowie to ajawid.Pełnią rolę liderów społeczności, rozsądzają spory i reprezentują w kontaktach z państwem. Zasada dobra wspólnoty jest tutaj także nadrzędna i w skrajnych sytuacjach szejkowie bywali powoływani do wojska, żeby bronić wiosek. Okazji ku temu nie brakuje - a to libańska wojna domowa czy ostatnia rewolucja w Syrii.

    Druzów jest od 1 do 2 milionów. Poza Syrią i Libanem rdzenne wspólnoty zamieszkują Izrael i Jordanię. Każda z grup jest autonomiczna. W czasie gdy libańscy Druzowie trzymali z szyitami, Izraelscy dogadali się ze swoim rządem i część z nich popiera idee syjonistyczne, służy w wojsku a nawet (mniejszość) nie uważa się za Arabów. To nie przeszkadza syryjskim Druzom trzymać z Assadami, którzy są sojusznikami antyizraelskiego Iranu. Wydaje się, że matecznikach Druzowie są w miarę bezpieczni (zwłaszcza po pokonaniu ISIS, dla których byli heretykami), ale z racji nikłej wiedzy religijnej laikatu istnieje potencjał na bardzo szybką sekularyzację i asymilację w diasporze. Największe społeczności poza Bliskim Wschodem żyją w Wenezueli i Stanach Zjednoczonych.

    #daszwiare #religia #ciekawostki #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #islam
    pokaż całość

    +: neib1, V.....d +20 innych
  •  

    Hejka religijne świry! Wiecie co się dzisiaj stało? Otóż wikariusz Jezusa Chrystusa wydał list apostolski zatytułowany TRADITIONIS CUSTODES. O co chodzi?

    tl:dr
    Zasady zawarte w liście w zasadzie uniemożliwiają rozwój ruchów tzw. tradsów skupionych wokół tzw. Tradycyjnej Łacińskiej Mszy. Co więcej - zapisy wskazują, że będą one wygaszane i dławione. List wprowadza przepisy wymagające ścisłej kontroli prawowierności takich grup, nowe grupy nie będą tworzone, a istniejące mogą być rozwiązane jeśli biskup/ wyznaczony przez niego duchowny stwierdzi, że msza trydencka nie sprzyja rozwojowi duchowemu wiernych. Nowowyświęceni księża muszą mieć zgodę samego Watykanu na odprawianie takich mszy, a ci którzy już to robią muszą uzyskać zgodę swojego biskupa, który oczywiście może jej nie wydać. Bez zgody nie wolno im kontynuować.

    Wg. NCR papież nawet nie ukrywa dlaczego ukręca łeb tradsom:

    Pope Francis judges that many of those who are attached to the Extraordinary Form express in “words and attitudes … [a] rejection of the Church and her institutions in the name of what is called the ‘true Church.’ One is dealing here with comportment that contradicts communion and nurtures the divisive tendency.”
    Źródło cytatu

    Czyli dość zabawy w "jestem katolikiem, ale ten papież lewak...".

    Szczegóły:

    pokaż spoiler >It belongs to the diocesan bishop [..] to regulate the liturgical celebrations of his diocese. [6] Therefore, it is his exclusive competence to authorize the use of the 1962 Roman Missal in his diocese
    Czyli jeśli biskup stwierdzi, że Mszy Trydenckiej niet, to niet i nie ma zmiłuj.


    pokaż spoiler >is to determine [biskup] that these groups [Tradsi] do not deny the validity and the legitimacy of the liturgical reform
    czyli tzw. Tradsi będą pod lupą i jakiekolwiek krytyki obecnego rytu będą tępione


    pokaż spoiler >is to designate one or more locations where the faithful adherents of these groups may gather for the eucharistic celebration (not however in the parochial churches and without the erection of new personal parishes);
    Czyli to biskup będzie wyznaczał kościół gdzie taką mszę można odprawiać, ale nie mogą to być kościoły parafialne. I nie można tworzyć nowych dla takich grup.


    pokaż spoiler >In these celebrations the readings are proclaimed in the vernacular language, using translations of the Sacred Scripture approved for liturgical use by the respective Episcopal Conferences;
    Łaciny nie będzie można używać w czytaniach z Biblii, te będą musiały być w narodowym języku.


    pokaż spoiler >to proceed suitably to verify that the parishes canonically erected for the benefit of these faithful are effective for their spiritual growth, and to determine whether or not to retain them;
    na bieżąco będzie oceniane czy uczestnictwo w mszach tradycyjnego rytu służy rozwojowi duchowemu wiernych - i jeśli nie, to biskup może taka grupę rozwiązać.


    pokaż spoiler >to take care not to authorize the establishment of new groups.
    Nowe grupy nie będą tworzone (!!!)


    pokaż spoiler >Priests ordained after the publication of the present Motu Proprio, who wish to celebrate using the Missale Romanum of 1962, should submit a formal request to the diocesan Bishop who shall consult the Apostolic See before granting this authorization.
    Każdy ksiądz wyświęcony po publikacji tego listu, jeśli chce celebrować mszę trydencką będzie musiał mieć zgodę Watykanu (!!!)


    pokaż spoiler >Priests who already celebrate according to the Missale Romanum of 1962 should request from the diocesan Bishop the authorization to continue to enjoy this faculty.
    Ci ktorzy już celebrują muszą wnioskować o zgodę aby móc kontynuować. Biskup oczywiście może zgody nie wydać.


    #religia #chrzescijanstwo #katolicyzm #ciekawostki #zainteresowania
    pokaż całość

    •  

      @GokuMK: @sindram: @Ignacy_Patzer: To ja juz czekam na samolikwidację Kościoła we Francji. Zawsze wiedziałem, że to miejsce, gdzie w łonie katolicyzmu ruchy tradycjonalistyczne są najsilniejsze, ale dopiero jak tam mieszkałem, to uświadomiłem sobie skalę.
      Tradycjonaliści to zdecydowana większośc praktykujących, a "novusordowe" parafie nie licząc największych katedr w największych miastach to często jedna-dwie msze na.... tydzień. A ich przywódcami jest grupa starszych panów zyjących mentalnie w czasach de Gaulle'a i Mitteranda. Dla odmiany w parafiach z msza trydencką często trzeba przychodzić z dużym wyprzedzeniem, jak nie chce się stać na zewnątrz.
      Wykluczając tych ludzi z Kościoła (a ta decyzja jest niedaleko od tego) ograniczy się Kościół tam do smiesznie małej grupy. A już teraz praktykujących katolików jest niewielu (nie bez przyczyny to ojczyzna laicyzacji). Ale ciekawostka jest taka, że obecna młodzież (nawet jak ateistyczna) to jest pierwszym pokoleniem chcącym karać za obraze uczuć religijnych, na co oburzały się już media i władze, ze to wbrew "duchowi Republiki" ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    •  

      @Pas-ze-mna-owce: Byłem niedawno na trydencie, akurat w Krakowie i średnia wieku dużo niższa niż na parafialnym novusie, więc i w Polsce potrafi to pewne grupy gromadzić.

    • więcej komentarzy (24)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 76, w którym obalamy tezę, że religia to uduchowiony MLM.

    Link do bloga ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Patrząc na kościoły z boku można czasem odnieść wrażenie, że to przykład MLMa. Częścią praktyki i dowodem wiary jest dążenie do propagowania religii. W wielu związkach wyznaniowych istnieją nawet specjaliści zajmujący się tym zbożnym celem, czyli misjonarze. Każdy kto chodził na katechezę i czasami odwiedzał kościół spotkał się z wizytami misyjnego kleru, który opowiadał jak idzie przekonywanie ludzi do wiary w papieża, Jezusa i Maryję. Katolicyzm nie jest wyjątkowy, a są religie i wyznania jeszcze bardziej misyjne, wymagające aktywnego prozelityzmu (nawracania) także od szeregowych wiernych (np. Świadkowie Jehowy). Generalnie pozyskiwanie wyznawców jest uważane za coś dobrego. Skoro znamy Prawdę (koniecznie przez wielkie “P”) to jakbyśmy mieli się nią nie podzielić?

    Są jednak wspólnoty dla których potencjalni konwertyci to niekoniecznie powód do radości. Tak jest w przypadku zoroastrian. Wiara starożytnych Irańczyków przetrwała islamskie panowanie, chociaż skurczyła się do niewielkich rozmiarów. Oficjalna liczba jej wyznawców w Iranie oscyluje w okolicach 25k. W Indiach, gdzie nazywa się ich Parsami, wspólnota liczący sobie około 60k. Są to potomkowie tych zoroastrian, którzy z różnych powodów opuszczali zdominowany przez muzułmanów Iran. Jedni i drudzy są przyzwyczajeni do bycia mniejszością. Iran dostał się pod muzułmańskie panowanie w VII wieku, a obecnie jest krajem wyznaniowym i teokratycznym (rządzonym przez szyicki kler). Pewien czas po podboju zoroastrian uznano za “Lud Księgi”, co zapewniło im tolerancję religijną i prawo do istnienia.

    Wyznawcy islamu byli jednak uprzywilejowani. Na przykład, jeśli przechodziłeś na islam, to otrzymywałeś cały spadek po rodzicach, a Twoje rodzeństwo dostawało figę. Nie płaciłeś dodatkowych danin i nie obowiązywał cię szereg ograniczeń dla niewiernych. W okolicach XIII wieku większość Irańczyków była już muzułmanami. Zoroastrianie zaś byli dyskryminowani a czasem nawet prześladowani. Źródła donoszą na przykład o osobliwej praktyce publicznego torturowania psów przez muzułmanów. Psy były w ludowym zoroastryzmie uważane za miłe bogu zwierzęta, inaczej niż w ludowym islamie. Tortury powodowały reakcję zoroastrian, co dawało pretekst do użycia przemocy. Zdarzały się też przymusowe konwersje. Między innymi dlatego część zoroastrian wyemigrowała do Indii (stąd właśnie Parsowie).

    Zoroastryzm został niemal wytępiony. Przetrwał w wiejskich społecznościach wokół Yazdu i Kermanu. Sytuacja poprawiła się w XIX wieku właśnie dzięki Parsom. Stworzyli oni sieć anjomas (stowarzyszeń) w Iranie, wspierali pieniędzmi i edukacją. Doprowadziło to do transformacji dotychczas biednych i prowincjonalnych wspólnot. Pomoc zbiegła się z rolniczym boomem, który przyniósł dodatkowe benefity. Część zoroastrian przeniosła się do miast, gdzie awansowała do klasy średniej i wyższej. Pociągnęło to ze sobą ewolucję ich religii. Po arabskim podboju zoroastryzm stał się bardzo mocno skupiony na rytuałach i legalizmie, ale teraz odbił w stronę etyczno-filozoficzną. Wykształceni mieszczanie odrzucili wiele zwyczajów, np. słynne pozostawianie zwłok sępom na szczytach wież, w celu oczyszczenia kości z mięsa.

    Zmiany te doprowadziły do konfliktów w społeczności jak i w stosunkach z konserwatywnymi Parsami, ale ostatecznie zostały przyjęte. Konsekwencją wspomnianego bogacenia się była też emigracja. Zamożna mniejszość to łatwy cel dla demagogów i część zoroastrian zdecydowała się opuścić Iran. Liczna diaspora pojawiła się w krajach anglosaskich na czele z USA. Jako wyznawcy jednej z najstarszych religii świata przykuli tam uwagę różnej maści duchowych poszukiwaczy, między innymi teozofów. Niektórzy ludzie, po zapoznaniu się z myślą i praktyką zoroastryzmu wyrazili zainteresowanie jego formalnym przyjęciem. Temat ten był i jest mocno kontrowersyjny a kler zoroastryjski generalnie na te prośby odpowiadał, że zoroastryzm jest religią etniczną i trzeba się w tej wierze urodzić.

    Ludzie zachodu nie są jednak jedynym źródłem potencjalnych konwertytów i kontrowersji. Kolejnym są Irańczycy. W XIX wieku wśród mieszkańców Iranu zaczęło rosnąć zainteresowanie przedislamską historią, która okazała się być równie bogata i ciekawa. Jej istnienie było dla wielu dowodem, że islam i Iran nie muszą iść w parze. W niektórych kręgach zoroastryzm stał się modny jako rdzenna wiara i etyka, przeciwstawiana islamowi, który opisywano jako arabski import. Część ludzi zaczęło też postrzegać religię proroka jako przeszkodę na drodze do modernizacji kraju, a zoroastryzm jako rozwiązanie. Sympatia do zoroastryzmu i liczne odwołania do czasów w których był on dominującą wiarą charakteryzowała niektórych polityków z okresu przed Islamską Rewolucją. W tym samego szacha (króla) i jego otoczenie.

    Nastanie Islamskiej Republiki nie zdławiło zainteresowania starożytną religią. Po rewolucyjnych perturbacjach sytuacja zoroastrian w Iranie uległa poprawie. Zdaniem Sohraba Firuzfara, prezesa Związku Zoroastrian w Yazd, jego wspólnota ma się teraz najlepiej od VII wieku. Oczywiście rządy okrutnego szacha, który ciepło odnosił się do zoroastryzmu nie przysporzyły sympatii jego wyznawcom, ale wraz z upływem lat nastroje uległy poprawie. Moda na przedislamską przeszłość Iranu ożyła, między innymi dzięki rozczarowaniu nowym porządkiem. Skoro republika ma na sztandarach islam i jest on częścią ideologii władzy to polityczny sprzeciw łączy się często z odrzuceniem religii. Nie zawsze prowadzi to do wybrania zoroastryzmu jako alternatywy i nie jest to jedyny powód chęci konwersji, ale znaczący.

    Zoroastryjska wspólnota w Iranie ma bardzo niski przyrost naturalny (jej członkowie są średnio lepiej wykształceni i bardziej zamożni, co przekłada się na mniejszą liczbę dzieci), wysoki współczynnik emigracji (wyjazd jest atrakcyjną opcją, szczególnie dla młodych, którym władza “odbiera smak życia”) a jej członkowie często wchodzą w małżeństwa mieszane (mężczyzna aby poślubić muzułmankę musi wyznawać islam, kobieta poślubiona muzułmaninowi musi wychować dzieci w wierze męża). Teoretycznie zoroastryjscy kapłani powinni więc cieszyć się z zainteresowania, ale jest tu pewien problem. Mianowicie - prawo uznaje odejście od islamu za przestępstwo. Jest to także społeczne tabu i informacja, że jakaś mniejszość wyznaniowa pozyskuje konwertytów może podburzyć ulicę do linczów.

    W Iranie nie ma zatem mowy o otwartych konwersjach. Te zdarzają się jednak w diasporze. Z biegiem lat część kleru na obczyźnie uznała, że zoroastryzm jak najbardziej jest religią uniwersalną i przyjmuje do wspólnoty nie tylko Irańczyków innych wiar, ale i przedstawicieli nieirańskich etnosów. Rodzi to jednak kontrowersje w Iranie i wśród Parsów. Temat jest tym bardziej śliski, że niektórzy religijni dysydenci z Iranu, którzy uciekli na Zachód, twierdzą, że konwersje na zoroastryzm mają też miejsce w ojczyźnie. Liderzy irańskich wspólnot zaprzeczają i podkreślają, że przestrzegają prawa. Zdarzają się jednak anonimy wśród kleru potwierdzające to zjawisko, ale... krytykujące je. Konwertyci są czasem oskarżani o brak rzeczywistego zainteresowania religią i traktowanie jej jako politycznego manifestu.

    Anonimy i dysydenci niekoniecznie są wiarygodni. Na rzetelny spis nie możemy liczyć, ale w 2020 roku organizacja badawcza GAMAAN przeprowadziła badanie na grupie 40 tysięcy Irańczyków. Nie jest ono do końca zgodne ze sztuką, choćby z tego powodu, że przeprowadzono je online, a część starszych ludzi i mieszkających na prowincji nie posiada dostępu do internetu (w Iranie ma go jednak prawie ¾ ludzi- 60 z około 83 mln). Czynniki te starano się uwzględnić, a wyniki, choć niedoskonałe są ciekawe. Wg. nich muzułmanów jest w Iranie zaledwie około 40% (oficjalne dane mówią o 99%). Z zoroastryzmem identyfikuje się natomiast nie 0.03% a 7.7%. Zdaniem badaczy, nawet jeśli te wielkości nie są do końca takie, to potwierdzają fakt, że osób uważających sie za zoroastrian jest znacznie więcej twierdzi rząd.

    Mogłoby się wydawać, że niechęć do konwersji jest pozorowana, a tak naprawdę chodzi o strach przed muzułmanami. Zwłaszcza, że w diasporze do konwersji dochodzi. Nie jest to jednak do końca prawda. Wspomniałem już, że tradycyjnie zoroastryzm nie był misyjną religią. Pewne próby podejmowano za Sasanidów, kiedy to rządzący tworzyli zoroastryjski kościół na wzór chrześcijańskiego w Imperium Rzymskim. Iran był jednak rozległym państwem, a zoroastryzm religią wielu nurtów. Reformy te nie objęły wszystkich obszarów i tradycji. Zapędy misjonarskie po Sasanidach, nawet jeśli były, skutecznie hamowało prawo islamskie. Przekonanie o tym, że zoroastryzm to religia etniczna mocno wryło się w jego wyznawców. Widać to u Parsów, uznawanych za bardziej konserwatywną grupę niż Irańczycy.

    Parsowie nie mieli tak daleko idących prawnych ograniczeń jeśli chodzi o konwersje, a mimo to były one od zawsze na cenzurowanym. Wspólnota ta starała się trzymać na uboczu i nie mieszać się z innymi. Do tego stopnia, że dzieci tych, którzy wżenili się w rodzinę innowierców nie mają wstępu to świątyń. Jeśli Indus interesuje się zoroastryzmem, parscy kapłani mówią mu, że nie da się przyjąć ich religii, ale może mieć nadzieję, że reinkarnuje się w przyszłym wcieleniu jako zoroastrianin (mimo, że nie wierzą w reinkarnację). W XXI wieku doszło do ostrego kryzysu w parskiej społeczności - znalazła się ona w centrum zainteresowań wielu Irańczyków szukających “wiary ojców”. Skoro nie mogli formalnie zmienić religii w ojczyźnie to próbowali to zrobić w Indiach, gdzie prawo muzułmańskie przecież nie obowiązuje.

    Obywatele Iranu nie byli jedynymi chętnymi. Zoroastryzm był też wiarą ludów w Azji Środkowej. Po upadku promującego państwowy ateizm ZSRR ludność jego byłych republik nie musiała już ukrywać się ze swoimi religijnymi potrzebami. Tadżycy (jedna z irańskich nacji) i Uzbekowie (mówiący językiem z rodziny tureckiej) zaczęli odwoływać się do zoroastyjskich Achemenidów i Sasanidów jako prekursorów ich państw. Ci pierwsi posunęli się nawet do uznania Zoroastra za Tadżyka. Część klasy średniej i wyższej uznała, że tożsamość ich krajów powinna być budowana na zoroastryzmie a nie islamie i postanowiła “wrócić do wiary przodków”. Oczywiście nie mogli tego zrobić w Iranie i także udali się do Parsów. Ci początkowo nie bardzo wiedzieli jak zareagować. Niektórzy kapłani zaczęli przyjmowali nowych wiernych.

    Większość doszła jednak do wniosku, że zoroastrianinem może być tylko dziecko zoroastryjskiej pary i sprzeciwiła się przyjmowaniu nowych członków oraz nie uważała ich za swoich współwyznawców. Zwolennicy konwertytów, tzw. “nowozoroastrian” są zdania, że to jedyny sposób na ratunek przed wymarciem. Oficjalne dane mówią o mniej niż 100k wyznawców, a liczba ta cały czas się zmniejsza z uwagi na niewielką dzietność i częste ożenki poza religią. Tradycjonaliści twierdzą jednak, że to nieprawda i konwersje są niepotrzebne. Część Parsów przychylna nowozorastrianom założyła w Bombaju tak zwane Kolegium Zoroastryjskie, tłumaczące literaturę religijną, organizujące wykłady i utrzymujące kontakty z zainteresowanymi oraz konwertytami z innych państwach.

    Te inne państwa to nie tylko Iran i Azja Środkowa, ale także Rosja. Tak. Zoroastryzm ma swoich zwolenników, wśród etnicznych Rosjan twierdzących, że Słowianie to Ariowie (tak jak Irańczycy), zatem zoroastryzm to ich rdzenna religia. Co ciekawe to właśnie Rosjanie byli iskrą, która zamieniła teologiczny spór w otwarty, uliczny konflikt. W 2010 roku dwóch kapłanow z bombajskiego Kolegium wyświęciło na nowego kapłana Rosjanina, Michaiła Czispiakowa. 45 konserwatywnych duchownych na wieść o tym zebrało swoich zwolenników i udało się pod budynki Kolegium gdzie doszło do regularnych zamieszek. Wśród Parsów pojawił się rozłam. Konserwatyści czują się zagrożeni i są bardzo drażliwi na punkcie konwersji. Z tego powodu zerwali np. stosunki z zoroastrianami z Wielkiej Brytanii, którzy nawracają.

    Ciężko racjonalnie wytłumaczyć niechęć kleru do potencjalnych nowych wyznawców. O ile przypadek Iranu jest zrozumiały, to Parsowie jawią się jako religijne dziwadło. Prawdopodobnie naprawdę wynika to z tradycji i przekonania, że zoroastryzm jest religią, którą bóg zaprojektował dla Irańczyków. Skoro otrzymali objawienie przez Zoroastra, a żydzi przez Mojżesza, to chyba bóg lepiej wie, kto ma co wyznawać, prawda? Wydaje się jednak, że kurczenie się populacji “rdzennych” zoroastrian sprawi, że przyjmowanie konwertytów przestanie być kontrowersyjne i upowszechni się. Diaspora jest coraz liczniejsza i ma coraz więcej do powiedzenia, a tam lokalne wspólnoty nie mają problemu z konwertytami, upatrują wręcz w nich szansę na przetrwanie i dowód na to, że ich wiara ma coś do zaoferowania także dzisiaj.

    #daszwiare #iran #religia #gruparatowaniapoziomu #zainteresowania #ciekawostki #hisoria
    pokaż całość

  •  

    Świeżutki raporcik z badań PEW na temat wierzeń religijnych w Indiach jest dobrą okazją na krótkie odświeżenie wpisu sprzed półtora roku.

    Zasadniczo chodzi o to, że wymachiwanie statystykami przynależności religijnej to żart. Jak zapytać “wyznawców” w co tak naprawdę wierzą, to często okazuje się, że wprost olewają “swoją” religię, jest ona dla nich dodatkiem do kotleta/ kebaba/ curry, bo koniec końców "wierzą po swojemu". I tak w Indiach:

    - 54% chrześcijan wierzy w karmę (która jest sprzeczna z mainstreamowym chrześcijańskim nauczaniem) a wśród buddystów odsetek ten to 64%.
    - co trzeci chrześcijanin i co czwarty muzułmanin wierzy w oczyszczającą moc kąpieli w Gangesie
    - 27% muzułmanów i 29% chrześcijan wierzy w reinkarnację
    - 60% buddystów nie wierzy w nirwanę
    - Co trzeci chrześcijanin i czterech na 10 muzułmanów nie wierzy w niebo
    - Połowa chrześcijan nie wierzy w cuda (ciekawe w takim razie jak Jezus zmartwychwstał czy tam uzdrawiał chorych)
    - Połowa chrześcijan i 3 na 10 muzułmanów nie wierzy w Sąd Ostateczny
    - Prawie połowa chrześcijan wierzy w przeznaczenie
    - Co czwarty chrześcijanin i połowa muzułmanów wierzy w “Złe Oko”

    Zachęcam do rzucenia okiem na raport jak i pamiętania o tym co wyżej napisałem gdy ktoś będzie wam wymachiwał ilu to katolików/ muzułmanów/ chrześcijan/ kogotamjeszcze jest na świecie.

    #religia #ateizm #bekazkatoli #statystyka #ciekawostki #zainteresowania

    wszystkie dane i wiele więcej do znalezienia w raporcie.
    pokaż całość

  •  

    Stało się. Wykopowa główna miała rację, władzę nad światem przejmują Żymianie, maski opadły, mamy full scale NWO, Bill Gates jest oficjalnie Bogiem- Imperatorem.

    Jednym z pierwszych jego dekretów jest ogłoszenie, że wszyscy goje muszą koniecznie być wyznawcami jakiejś religii i, że musi to być jakaś "historyczna" religia (tj. nie wolno wymyślać nowych, trzeba się zadeklarować do już istniejących). Jako, że Naród Wybrany nie lubi śmieszków z boge, wszystkie pastafarianizmy i dyskordianizmy zostają zdelegalizowane.

    Jaką religię byś wybrał drogi goju i dlaczego?

    #glupiewykopowezabawy #religia #heheszki
    pokaż całość

  •  

    Jeśli #realmadryt puści Brahima to ja nie mam pytań. Dalej wciskać na siłę Viniciusa i Rodrygo.

  •  

    #daszwiare #rozdajo

    Z okazji 75 odcinka małe rozdajo dla religijnych (i antyreligijnych) świrów. Zasady są proste - pluszujemy wpis do poniedzałku 12:00. Z plusujących wylosuje zwyciezcę który otrzyma książkę (wysyłka na mój koszt) "Teologia mistyczna Kościoła Wschodniego" Łosskiego. pokaż całość

    źródło: cdn-lubimyczytac.pl

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 75, w którym wymyślamy transhumanizm inspirując się mnichami z tajgi.

    Link do wpisu na blogu ze źródłami i lepszym formatowaniem

    Kojarzycie zdjęcia rosyjskich astronautów z ISS, które przewinęły się przez media choćby przy okazji informacji o wycieku powietrza w ich części stacji? Obok typowych, narodowych symboli i bohaterów jak Gagarin można było na nich dostrzec także prawosławne ikony. Ich obecność może wydawać się dziwna, nie na miejscu. Gdzie kosmiczna stacja wypakowana nowoczesną technologią, owoc rygorystycznych naukowych dociekań, a gdzie religijne obrazki z często mitologicznymi postaciami, pisane w takim samym stylu od setek lat? Rosyjski kontekst stawia tę sprawę w nieco innym świetle. Radziecka eksploracja kosmosu i śmiałe wizje dotyczące tego jak powinna wyglądać przyszłość były tutaj mocno inspirowane religią, choćby za sprawą XIX wiecznego myśliciela Mikołaja Fiodorowa.

    Współcześnie jest on mało znaną postacią, ale swego czasu był prawdziwą gwiazdą rosyjskiego życia intelektualnego. Do grona jego admiratorów należeli literaci tacy jak Lew Tołstoj czy Fiodor Dostojewski, naukowcy jak Konstantyn Ciołkowski (pionier astronautyki), filozofowie jak Władimir Sołowjow oraz ezoterycy jak Piotr Uspienski. Jego idee inspirowały między innymi Władimira Wiernadskiego (naukowiec, prekursor geochemii, biogeochemii i radiogeologii) czy Siergieja Korolowa (naukowiec, który odegrał kluczową rolę w radzieckim programie kosmicznym). Fani Fiodorowa nazywali go Moskiewskim Sokratesem i uważali za wizjonera, uczonego i mistyka w jednej osobie. Fiodorow jest ojcem założycielem nurtu zwanego ruskim kosmizmem. Jest także określany jako prekursor transhumanizmu.

    Fiodorow żył trochę jak Sokrates - nie przejmował się dobrami doczesnymi a myśli przekazywał ustnie zostawiając ich propagowanie uczniom. Fundamentalną różnicą między nimi było podejście do śmierci. Sokrates uważał śmierć za naturalną a Fiodorow za abominację którą należy wyeliminować. Ale od początku. Mikołaj był nieślubnym synem księcia Pawła Gagarina i bliżej nieznanej Elżbiety. Niewiele wiemy o jego wczesnym życiu. Zdaniem badaczy wychowanie bez matki sprawiło, że miał bardzo patriarchalny ogląd świata. Jeden z nielicznych autobiograficznych zapisków mówi o trzech wspomnieniach z dzieciństwa - czarnym chlebie, którym chłopi żywili się w czasach głodu, opisanie wojny jako czegoś co polega na ludziach strzelających do siebie nawzajem i podział świata na krewnych i obcych.

    Te trzy wspomnienia przekładają się na trzy wyzwania jakie widział Fiodorow przed ludzkością - problem głodu, wojen i braku braterstwa. Zdaniem Mikołaja pierwotną przyczyną tych trudności, podobnie jak wszystkich innych, jest fakt ludzkiej śmiertelności. Wszystkie rozwiązania ludzkich problemów są tak naprawdę doraźne, bo nie dotykają faktycznego ich źródła - śmiertelności człowieka. Jeśli chcemy rzeczywiście coś zmienić to naszą misją powinna być nieśmiertelność. To właśnie Fiodorow określał mianem Wspólnego Celu ludzkości. Rozróżniał on dwa rodzaje śmierci - dezintegrację i fuzję. Ta pierwsza oznacza dosłowną śmierć i postępujący rozpad organizmów na atomy. To drugie określenie dotyczyło stapiania się jednostek w bezmyślną, ślepą masę, na przykład w ruchach politycznych czy religijnych.

    Z pierwszym rodzajem śmierci ludzie powinni walczyć opracowując technologię pozwalającą na zebranie cząsteczek ze zdezintegrowanych organizmów i ponowne tchnięcie w nie życia. Projekt Fiodorowa, w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych, zakładał nie tyle zapewnienie nieśmiertelności obecnie żyjącym (np. poprzez zatrzymanie starzenia), ale wskrzeszanie umarłych. I to wszystkich którzy kiedykolwiek żyli. Jeśli chodzi o śmierć - fuzję to bronią ludzkości miała być duchowość - pozwalająca znaleźć balans między byciem częścią czegoś większego, ale bez zatracenia się. Fiodorow uważał za ideał współistotność Trójcy która jest trzema oddzielnymi osobami a jednocześnie tym samym bytem. Zmartwychwstanie wszystkich ludzi uważał za akt czyniący z nich chrześcijan niezależnie od credo.

    Fiodorow może wydawać się człowiekiem jednej idei, ale wskrzeszenie wszystkich żyjących było tak naprawdę przepastnym zbiorem innych projektów. Na przykład - skoro materia krąży w przyrodzie, to ludzie chcąc ożywić swoich przodków muszą zbadać każdy zakątek nie tylko Ziemi, ale także wszechświata. Podróże kosmiczne stają się tym bardziej potrzebne, że nieśmiertelnych ludzi będzie tylko przybywać. Siłą rzeczy będą oni musieli zacząć zasiedlać inne światy. Ponadto - nieśmiertelność ludzi miała być tylko pierwszym krokiem na drodze do jeszcze większego celu, zapewnienia nieśmiertelności wszystkim istotom żyjącym. Co za tym idzie - wypełnienie życiem całego, wydaje się że obecnie martwego, wszechświata. Już w fazie poszukiwania technologii wskrzeszania ludzi doszłoby do wielki zmian.

    Nieśmiertelność, obok bycia celem samym w sobie była częścią projektu głębokiej przemiany ludzkości. Opracowanie takiej technologii wymaga potężnych zasobów, które w tej chwili idą na nadmierną konsumpcję czy prowadzenie wojen. Obydwa te zjawiska są, zdaniem Fiodorowa, potężnymi problemami i źródłem nierówności, nienawiści, szowinizmu, zabójstw, nałogów, problemów zdrowotnych, okaleczeń i tak dalej i tak po kolei. Przerzucenie zasobów na opracowanie technologii wskrzeszania ludzi rozwiązałoby problemy wynikające z wojen i konsumpcjonizmu. Ponadto technologia ta nie powstałaby przecież w izolacji. Jej osiągnięcie zajęłoby dużo czasu i wymusiło upowszechnienie się edukacji oraz wiązałoby się z ogólną I tu dochodzimy do prawosławnej inspiracji filozofii Wspólnego Celu. Sam Mikołaj rewolucją technologiczną. Te rzeczy miały by na zawsze zmienić ludzkość.

    Fiodorow regularnie uczęszczał do cerkwi i przyznawał się do religii jako natchnienia. Wspomniałem już o Trójcy jako idealnym bycie, ale sam pomysł zmartwychwstania nietrudno zidentyfikować z jedną z kluczowych obietnic prawosławia. Przedstawienie Jezusa wyłamującego bramy Hadesu i uwalniającego zmarłych jest obecne w niemal każdej cerkwi. Sam pogląd na śmierć jako niezgodną z naturą pochodzi z prawosławnej teologii. Twierdzi ona, że śmierć nie istniała w oryginalnym świecie stworzonym przez Boga. Niestety człowiek zgrzeszył a “zapłatą za grzech jest śmierć”. Prawosławie obiecywało człowiekowi życie wieczne, zgodne z pierwotnym zamysłem Boga, a Fiodorow chciał tę obietnicę zrealizować.

    W religii, podobnie jak u Fiodorowa, osiągnięcie tego celu wiązało się z ciężką pracą zarówno jednostek jak i społeczności, które te jednostki tworzyły. Życie wieczne jest wprawdzie łaską od Boga, ale na człowieku spoczywa obowiązek przyjęcia tej łaski i aktywna z nią współpraca w celu transformacji natury ludzkiej zepsutej przez grzech. Wspomniałem, że Fiodorow postrzegał pracę nad technologią pozwalającą wskrzeszać ludzi jako coś co miało nie tylko przynieść nieśmiertelność ale i zmienić człowieka z egotycznej istoty w wyższą formę. Tutaj Mikołaj mocno inspirował się tradycją monastyczną i duchowością hezychastyczną. Monastycyzm jest często uważany za kluczowy dla prawosławia ponieważ mnisi i mniszki w sposób radykalny pracują nad wcieleniem chrześcijańskiego ideału w życie.

    Fiodorow był wyznawcą Sergiusza z Radoneża, słynnego mnicha (był on najwyraźniej bardzo święty, bo jest czczony także przez katolików). Oprócz rzekomych cudów, wizji i obłaskawiania dzikich niedźwiedzi, Sergiusz jest znany z zainicjowania ponad 400 klasztorów. Fiorodow uznał to za ideał do naśladowania przy kolonizacji kosmosu. Wspólny wysiłek zamieniał niegościnne lasy i stepy na ludzkie siedziby a budowane cerkwie przekształcały świecką przestrzeń w sakralną. To samo należało zrobić z kosmosem. Tutaj wychodziła kolejna myśl inspirowana religią - natura aktualnie wymaga podporządkowania, bo została skażona naszym upadkiem i jest dla nas niebezpieczna, ale gdy przywrócony/ osiągniemy cel to zapanuje pełna harmonia i zniknie bariera między ludzkim a naturalnym.

    Kolejnym ukochanym mnichem Fiodorowa był Serafin z Sarowa (podobnie jak Sergiusz ma on swój fanklub także w innych kościołach). Serafin był hezychastą i jako taki za cel stawiał sobie przebóstwienie, który święty Atanazy zgrabnie podsumował mówiąc: “Po to Bóg stał się człowiekiem aby człowiek mógł stać się Bogiem”. Hezychaści uważają, że celem Boga jest pełne zjednoczenie ludzi z nim samym. Spędzali więc swoje życie na ciągłej modlitwie, medytacji i ascezie aby “wyczulić się” na bożą łaskę i jak najlepiej z nią współpracować. Niektórzy hezychaści twierdzili, że na końcu czasów Bóg zjednoczy ze sobą nie tylko ludzi, ale cały wszechświat. Fiodorow miał podobną wizję w której człowiek, z biegiem czasu, wskrzesza także inne istoty i wypełnia życiem cały kosmos, realizując boży plan.

    Mikołaj zmarł w 1903 roku, ale miał wielu zwolenników a jego idea żyła dalej. Kosmistami byli ludzie religijni i niereligijni, filozofowie, naukowcy i artyści. Rewolucja bolszewicka nie pogrzebała kosmizmu mimo podejrzliwości co do jego religijnych korzeni. Nowa władza i jej ludzie byli bardzo antyreligijni, ale część myślicieli komunistycznych potrafiło spojrzeć na te kwestie szerzej i czerpać z przeszłości rzeczy, które dały się pogodzić z obecnym porządkiem. Część komunistów była nastawiona idealistycznie i podobał im się pacyfizm, internacjonalizm i uniwersalizm Fiodorowa. Jego idee trafiły za pośrednictwem ucznia, Ciołkowskiego, do Siergieja Korolowa, człowieka odpowiedzialnego za radziecki program kosmiczny który wyniósł do gwiazd Jurija Gagarina. I tak jeden Gagarin zrealizował projekt drugiego.

    #daszwiare #religia #prawoslawie #rosja #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #zainteresowania #historia
    pokaż całość

  •  

    ehhhh, mistrzostwo się wygrywa w starciach z Levante czy innym Alaves a nie w meczach z Barcelonami i Atletico.
    #realmadryt

    +: Svoher
  •  

    #daszwiare Sprostowanie - w znalezisku tutaj napisałem, że Jozafat (czyli Budda) i Barlaam nadal znajdują się w Martyrologium Rzymskim, ale to nie jest prawda. Zostali z niego usunięci kilkaset lat później, po tym jak w XIX wieku wyszło na jaw, że ludzie ci nigdy nie istnieli i są bohaterami legendy stworzonej na bazie opowieści o Buddzie.

    Zmyliło mnie to, że na stronie z której korzystałem tekst martyrologium był podany jako pochodzący z 2008 roku, ale to dotyczyło tekstu polskiego, bo łaciński był starszy.

    Dziękuje @WyszkolonyKatol za zauważenie tego faktu i przepraszam za wprowadzenie w błąd.

    Co jednak nie zmienia faktu, że katolicy (a prawosławni nadal) przez setki lat czcili wymyślonych na bazie legendy o Buddzie ludzi. Cała reszta tekstu jest zgodna z wiedzą podaną w encyklopediach z których korzystałem (na stronie w Źródłach).
    pokaż całość

    +: S....m, ranunculus +11 innych
    •  
      W.............l

      0

      @niedoszly_andrzej:
      Całe księgi były usuwane, istniało sporo apokryfów. Dogmat o nieomylności papieża wprowadziliśmy dopiero w 19 wieku.

      Jest też różnica między czcić Buddę, a wspominać kolesia, który rzekomo ewangelizował Indie

    •  

      @WyszkolonyKatol: no to hiperbola. Podobn8e zatytułowane były teksty które czytałem zbierając materiały do odcinka i postanowiłem iść ich slqdem.

      Zasadniczo tekst opisuje jak na bazie legendy o buddzie powstała legenda chrzescijanska a chrzescijanie dali się nabrać. I tyleʕ•ᴥ•ʔ.

      BTW. Papież był wg kk zawsze nieomylny, dogmat sprawił tylko, że nie można już w to nie wierzyć.

    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 74, w którym czcimy świętego Buddę.

    LINK DO BLOGA Z LEPSZYM FORMATOWANIEM I ŹRÓDŁAMI

    Każdy zna Buddę, tak tego z wielkim “B” na początku. Ciężko nie znać prekursora jednej z największych tradycji religijno - filozoficznych. Tym bardziej, że akurat ta tradycja (czy raczej tradycje) cieszy się uznaniem i zainteresowaniem nawet wśród osób, którym daleko do religijnej wiary. Siddharta Gautama (bo tak się nazywał, budda to tytuł) był jednak celebrytą na długo przed nastaniem mody na zen czy Dalajlamę. Jego postać przeniknęła także do innych indyjskich religii. Bardzo możliwe, że już w starożytności (na pewno w średniowieczu) był czczony w tradycjach wedycznych jako wcielenie Wisznu. Osoba Buddy na dobre zapisała się w zbiorowej wyobraźni Indusów, niezależnie od religii. Proces ten powtórzył się w innych miejscach i Budda jest cenioną postacią w dalekowschodnich kulturach.

    Taoiści uznali Gautamę za wcielenie Laozi (założyciela taoizmu). W Japonii “honji suijaku” mówi (w uproszczeniu), że bóstwa z rdzennych wierzeń to tak naprawdę buddowie ukazujący się Japończykom w zrozumiałych dla nich formach aby przygotować ich na właściwy buddyzm. Wymownym przykładem znaczenia Buddy w religiach Dalekiego Wschodu jest historia manicheizmu. Misjonarze działający w Chinach uznali, że najlepszą strategią jest przedstawianie swoich nauk jako buddyzmu, a Maniego jako Buddy Światła. Sukces był tak duży, że kler buddyjski pisał specjalne broszury przestrzegające wiernych i wymógł na cesarzu zakaz konwersji. Motyw Buddy jako wielkiego nauczyciela przetrwał w Azji do dzisiaj i tamtejsze nowe ruchy religijne także się doń odwołują (np. Ahmadiyya czy bahaici).

    Kariera Gautamy nie ogranicza się jednak do Dalekiego Wschodu. Dotarł on także na Zachód. I nie mam tutaj na myśli Wattsa, zen, New Age czy ruchu mindfulness. Budda zrobił karierę na Zachodzie wcześniej jako… chrześcijański święty! Co!? Andrzej na głowę upadłeś! Jak niby miałby on być chrześcijańskim świętym skoro nie był chrześcijaninem? Nie był nawet wyznawcą boga YHWH żeby być honorowanym na tej zasadzie jak Mojżesz czy Eliasz. To wszystko prawda, ale to nie przeszkodziło Buddzie doczekać się kultu. Jak to możliwe? Wiemy już, że był on ważną figurą dla ludzi Dalekiego Wschodu i Azji Środkowej. W lokalnych kulturach krążyło wiele historii o życiu Gautamy. Wiele z nich było sprzecznych, ale pewne motywy były bardziej popularne i częściej opowiadane niż inne.

    Powtarza się wątek Buddy jako członka rodu królewskiego. Powszechna była też historia przepowiedni mówiących, że Gautama będzie wielkim władcą lub ascetą. Znana jest też próba odcięcia młodego Buddy od przeciętnych ludzi. Rodzice obawiali się, że kontakt z niedolą poprowadzi ich syna do zostania ascetą. Budda wymykał się jednak z pałacu i oglądał życie zwykłych ludzi. Nie potrafił zrozumieć czemu jest w nim tyle cierpienia. Pchnęło go to do duchowych poszukiwań. Zrezygnował z życia jako książe i udał się na nauki u różnych guru, mnichów i joginów. Gdy okazały się one niepełne, stworzył własną naukę i praktykę - czyli buddyzm. Nie wiemy jak, ale te historie w nieco zmienionej formie przedostały się w średniowieczu do świata chrześcijańskiego jako opowieść o Barlamie i Jozafacie.

    Być może stały za tym syriackie kościoły, które miały liczne wspólnoty w Indiach. Teorii jest jednak więcej. Niektórzy twierdzą, że opowieść schrystianizowali nie indyjscy, a bliskowschodni chrześcijanie, którzy jako poddani kalifatu mieli rozliczne kontakty z tłumaczonymi na arabski indyjskimi tekstami. Inni wskazują na manichejczyków, którzy jako wyznawcy religii łączącej chrześcijaństwo, mazdaizm i buddyzm byli idealnymi kandydatami na tworzenie synkretycznych wierzeń. Opowieść o świętych Barlamie i Jozafacie stała się popularna wśród bliskowschodnich chrześcijan na przełomie tysiącleci. Podobieństwa w tej opowieści są uderzające do wymienionych wcześniej popularnych motywów z legend mających opisywać życie i początek duchowej drogi Siddharty Gautamy.

    Opowieść zaczyna się od opisu panowania króla Abennara, który miał być władcą części Indii. Był on przywiązany do tradycyjnej religii i nie podobała mu się misjonarska działalność chrześcijan. Chcąc temu przeciwdziałać posunął się nawet do prześladowań. Pewnego dnia kapłani przepowiedzieli mu, że jego jedyny syn, Jozafat, sam zostanie chrześcijaninem. Władca postanowił więc odseparować syna od świata zewnętrznego. Nakazał zamknąć go w pałacu i zabronił opuszczania jego murów. Jozafat był jednak bardzo ciekawy otoczenia i pomimo zakazów wymykał się do miasta i spotykał z poddanymi. Jako królewski syn nie doświadczył biedy, więc zderzenie z życiem zwykłych ludzi było dlań szokiem. Nie mógł zrozumieć czemu na świecie jest tyle cierpienia. Popadł przez to w kryzys egzystencjalny.

    To była jednak część bożego planu. Bóg posłał wówczas do niego mnicha Barlaama przebranego za kupca. Za pomocą alegorii Barlaam przedstawia księciu chrześcijaństwo. Jozafat uznaje to za naukę tłumaczącą jego rozterki i przyjmuje chrzest. Abennar dowiaduje się o konwersji syna i próbuje różnych sztuczek aby wrócił do starej wiary. Bóg jednak czuwa i to władca idzie w ślady potomka. Po jego śmierci Jozafat zrzeka się władzy, zostaje mnichem i razem z Barlaamem praktykuje surową ascezę. Gdy umierają zostają ogłoszeni świętymi, a ich ciała stają się przedmiotem kultu. W czasach w których opowieść ta pojawiła się na Bliskim Wschodzie (VIII - XI wiek) krytyka historyczna czy mitologia komparatywna w zasadzie nie istniały. Nic dziwi więc, że wielu uznało te podania za prawdę.

    Najstarsza zapisana wersja legendy pochodzi z Gruzji, a datuje się ją na X wiek. W XI wieku mnisi z Atos przetłumaczyli ją na grekę, a kilka lat później pojawiła się wersja łacińska. Historia stała się popularna między innymi dlatego, że Europa przeżywała w średniowieczu okresy fascynacji daleką Azją. Mnożyły się legendy o rzekomych chrześcijańskich władcach na Wschodzie, którzy czekają tylko na znak żeby wspólnie z krzyżowcami zaatakować muzułmanów i odbić Jerozolimę. Teksty kopiowano i włączano do hagiografii (popularny w historycznych kościołach gatunek opisujący cudowne żywoty świętych), które czytali także świeccy. Barlaam i Jozafat pojawili się w słynnej średniowiecznej Złotej Legendzie, znanym i szeroko rozpowszechnionym zbiorze hagiografii.

    Duchowni wschodnich kościołów włączyli Barlaama i Jozafata do kalendarzy liturgicznych już w X/XI wieku. Łacińscy duchowni zrobili to samo w okolicach XIII wieku. Barlaam i Jozafat byli zatem czczeni oficjalnie. W końcu ich autentyczność potwierdziło także papiestwo, które starało się uporządkować kwestie kultu świętych i ich kanonizacji. Na polecenie Grzegorza XIII wydano w XVI wieku Martyrologium Rzymskie, które od tamtej pory jest oficjalnym, potwierdzonym przez Watykan spisem świętych. Liturgiczne wspomnienie Barlaama i Jozafata przypada w nim na 27 listopada. Prawosławni honorują ich zaś 26 sierpnia (greckie cerkwie) lub 19 listopada (ruskie cerkwie). I tak niczego nieświadomi chrześcijanie przez wieki modlili się i czcili Jozafata i Barlama.

    Pierwszym, który zauważył podobieństwo z historiami Buddy był wenecki skryba kopiujący teksty Marco Polo (który poświęcił jeden z fragmentów Gautamie). Chrześcijanie wyciągnęli z tego wniosek, że to historia Buddy jest zniekształconą historią Jozafata (co jest niemożliwe bo Budda jest datowany na od 300 do 500 lat przed Jezusem). Pierwszym człowiekiem, który zauważył, że może być dokładnie na odwrót był orientalista Steinschneider w XIX wieku. Pełne opracowanie tematu wykazujące czemu Steinschneider ma rację było jednak dziełem de Laboulaye’a. Poza analizą samej historii przedstawił tezę, że Jozafat to zniekształcona wersja buddyjskiego tytułu “bodhisattwa” oznaczająca osobę, która już osiągnęła oświecenie, ale zdecydowała się pozostać w cyklu wcieleń aby pomagać innym.

    Zauważono, że w arabskiej wersji jest mowa o Buddasafie. De Blois opisał proces powolnej zamiany w arabskim z Buddasafa na Yudasafa. Ten z kolei przełożono na gruzińskiego Iodasafa, który w grece odwzorowano, korzystając z hebrajskiego, jako Ioasafa. Tłumacz na łacinę przełożył z kolei Iosafa na Jozafata. Wszystkie formy imienia, które tu podałem są zapisane fonetycznie. Nie jestem lingwistą i nie chciałem się bawić w szlaczki, których nie rozumiem ani ja, ani czytelnik. Odkrycia lingwistów i orientalistów nie uszły uwadze kręgów katolickich. Encyklopedia Katolicka przyznaje wprost, że to podanie o Barlaamie i Jozafacie to legenda oparta na buddyjskich opowieściach o Gautamie, ale martyrologium rzymskie cały czas wymienia ich jako świętych, więc ich kult nadal obowiązuje.

    Internet jest pełen pytań czy można łączyć praktyki buddyjskie z byciem chrześcijaninem. Zazwyczaj odpowiedź brzmi nie. Ciekawe jednak jakie zdanie w temacie mieliby święci Barlaam i Jozafat.

    #daszwiare #religia #buddyzm #ciekawostki #zainteresowania #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    •  

      Interesuje mnie natomiast pojęcie boddhisatwy i jak jest rozumiane i używane przez buddystów, a jest własnie tak jak colega @Dreampilot napisał

      @niedoszly_andrzej: To znaczy jest faktycznie tak, że bodhisattwa jest to istota która powstrzymuje się przed wejściem w nirwanę, póki wszystkie istoty nie osiągną oświecenia. Natomiast to czy bodhisattwa jest istotą "w pełni oświeconą", czy tez taka która jest "zaledwie o krok od oświecenia" to już czcza filozoficzna dyskusja. Zwłaszcza że różni nauczyciele róznie mówią o oświeceniu i o ile w dawnych tekstach buddyjskich oświecenie było czesto przedstawiane jako "punkt", tzn. było "zerojedynkowe" rozróznienie: ktoś albo nie jest oświecony, albo jest oświecony, to teraz oswiecenie bardziej traktuje się jako pewne kontinuum, i mogą być rózne "stopnie" oświecenia, mozna być oświeconym "bardziej" lub "mniej". Są też pojęcia nagłego i powolnego oświecenia, itd. pokaż całość

    •  

      @raj: @niedoszly_andrzej:

      Pozwolę sobie wkleić notę o bodhisattvie za Princeton Dictionary of Buddhism:

      bodhisattva. (P. bodhisatta; T. byang chub sems dpa’; C. pusa; J. bosatsu; K. posal 菩薩). In Sanskrit, lit. “enlightenment being.” The etymology is uncertain, but the term is typically glossed to mean a “being (SATTVA) intent on achieving enlightenment (BODHI),” viz., a being who has resolved to become a buddha. In the MAINSTREAM BUDDHIST SCHOOLS, the Buddha refers to himself in his many past lifetimes prior to his enlightenment as a bodhisattva; the word is thus generally reserved for the historical Buddha prior to his own enlightenment. In the MAHĀYĀNA traditions, by contrast, a bodhisattva can designate any being who resolves to generate BODHICITTA and follow the vehicle of the bodhisattvas (BODHISATTVAYĀNA) toward the achievement of buddhahood. The Mahāyāna denotation of the term first appears in the AṢṬASĀHASRIKĀPRAJÑĀPĀRAMITĀ, considered one of the earliest Mahāyāna sūtras, suggesting that it was already in use in this sense by at least the first century BCE. Schools differ on the precise length and constituent stages of the bodhisattva path (MĀRGA), but generally agree that it encompasses a huge number of lifetimes—according to many presentations, three incalculable eons of time (ASAṂKHYEYAKALPA)—during which the bodhisattva develops specific virtues known as perfections (PĀRAMITĀ) and proceeds through a series of stages (BHŪMI). Although all traditions agree that the bodhisattva is motivated by “great compassion” (MAHĀKARUṆĀ) to achieve buddhahood as quickly as possible, Western literature often describes the bodhisattva as someone who postpones his enlightenment in order to save all beings from suffering. This description is primarily relevant to the mainstream schools, where an adherent is said to recognize his ability to achieve the enlightenment of an ARHAT more quickly by following the teachings of a buddha, but chooses instead to become a bodhisattva; by choosing this longer course, he perfects himself over many lifetimes in order to achieve the superior enlightenment of a buddha at a point in the far-distant future when the teachings of the preceding buddha have completely disappeared. In the Mahāyāna, the nirvāṇa of the arhat is disparaged and is regarded as far inferior to buddhahood. Thus, the bodhisattva postpones nothing, instead striving to achieve buddhahood as quickly as possible. In both the mainstream and Mahāyana traditions, the bodhisattva, spending his penultimate lifetime in the TUṢITA heaven, takes his final rebirth in order to become a buddha and restore the dharma to the world. MAITREYA is the bodhisattva who will succeed the dispensation (ŚĀSANA) of the current buddha, GAUTAMA or ŚĀKYAMUNI; he is said to be waiting in the tuṣita heaven, until the conditions are right for him to take his final rebirth and become the next buddha in the lineage. In the Mahāyāna tradition, many bodhisattvas are described as having powers that rival or even surpass those of the buddhas themselves, and come to symbolize specific spiritual qualities, such as AVALOKITEŚVARA (the bodhisattva of compassion), MAÑJUŚRĪ (the bodhisattva of wisdom), VAJRAPĀṆI (the bodhisattva of power), and SAMANTABHADRA (the bodhisattva of extensive practice). In Western literature, these figures are sometimes referred to as “celestial bodhisattvas.” ¶ In Korea, the term posal also designates laywomen residents of monasteries, who assist with the menial chores of cooking, preserving food, doing laundry, etc. These posal are often widows or divorcées, who work for the monastery in exchange for room and board for themselves and their children. The posal will often serve the monastery permanently and end up retiring there as well. pokaż całość

    • więcej komentarzy (24)

  •  

    Jakby się nad tym zastanowić to katolickie boge jest najbardziej przeciwskuteczną i komplikująca sprawy istotą ever.

    Katolickie boge kocha ludzi i chce ich zbawienia, dlatego jak wiemy zbawi wszystkich. A nie, takiego wała! Nasz geniusz tworzy system w którym część pójdzie do diabołów. No, dobra, szanuje wolna wole, gimboateis zaroany. Ale to dopiero początek.

    Od czego katolickie boge uzależnia zbawienie? Od wiary w katolicyzm i uczestnictwa w sakramentach. Co robi katolickie boge żeby ludzie wierzyli i brali udział w sakramentach? Objawia się ludziom i informuje ich o zasadach gry? A skąd.

    Nasz geniusz posłał się 2k lat temu na prowincjonalne zadupie świata zwane Palestyną i tam wszystko objawia. Oczywiście w swoim geniuszu nie wpadł na to, żeby swoje objawienie spisać. Spisali je więc anonimowi autorzy, dekady po tym jak wrócił na chmurki. I to spisali tak, że są różnice, a same teksty można interpretować na milion sposobów.

    Efekt? Tysiące denominacji, miliony interpretacji, setki religii, wojny, przemoc, prześladowania.

    To może chociaż objawienie jest do ogarnięcia i zrozumienia? Zapomnij - jakieś Trójce, święci co to się niby do nich nie modlisz, ale jednak modlisz, obrazy i posągi których nie wolno czcić, ale w sumie to się czci, wafelki co to są ciałem, ale tak inaczej, dziewice zachodzące w ciąże i tak dalej i tak po kolei.

    Pytam się ja @Bog_Wszechmogacy, dumny ty jestes z siebie, masz ty rozum i godność boge?

    #bekazkatoli #religia #ateizm #gimboateizm #pasta (?)
    pokaż całość

    •  

      @robson7: fajne masz myślenie autystyczne

    •  

      @bartolomis: Wyzywanie mnie od autystów, ani na jotę nie zmieni niezaprzeczalnego, bez wątpliwości wynikającego z Twych wpisów faktu, że to, w co jak sądzisz, wierzysz, jest przerażająco naiwne, płytkie choć pokrętne i zwyczajnie głupie. Niestety łudzisz się tylko, że jesteś na najprostszej drodze do prawdy czy innej formy zbawienie, tudzież oświecenia - tymczasem, swymi publicznymi wpisami ukazujesz tylko pustkę i bezssens, oraz zadziwiającą skuteczność tego, czym nas od wieków próbuje się zniewolić, omamić i ograniczyć.
      Na szczęście nie wszyscy ludzie są upośledzeni, ograniczeni i podatni na prostacką manipulację - nie wszyscy są Twego pokroju. Coraz więcej jest tych, którzy potrafią czytać, rozumować, wyciągać wnioski, obserwować rzeczywistość i siebie samych w stopniu wystarczającym, by nie dać nabrać się na sztuczki i słowa, kierowane do prostaczków.
      Paradoksalnie, to właśnie Ty, poprzez swój jakże widoczny brak inteligencji, swoimi tekstami doskonale przyczyniasz się do tego, by ludzi świadomych, o których piszę, było z dnia na dzień więcej i więcej.
      Chwała Ci za to.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

  •  

    Ciąg dalszy przemyśleń dotyczących tekstu pani Chantal Delsol. Tym razem chciałem się pochylić nad jedną z cech, które autorka uważa za charakterystne dla chrześcijaństwa - mianowicie tego, że jest ono w gruncie rzeczy cywilizacją i jego celem jest narzucenenie pewnego sposobu widzenia społeczeństwa i moralności. To jest btw. bardzo charakterystyczne spojrzenie dla wielu ludzi - tzn. wiele osób dysktujących o chrześcijaństwie w ogóle pomija (albo jest nawet nieświadoma) konkretnych wierzeń, bo dla nich chrześcijaństwo to jakiś cement cywilizacyjny i sztandar, a wierzyć to i tak każdy wierzy "po swojemu".

    Mam problem z tym podejściem z dwóch powodów. Po pierwsze pomija to, że są inne wersje chrześcijaństwa, tzn takie uważające, że być chrześcijaninem to wierzyć w konkretne rzeczy i wg. nich postępować a nie budować najlepszą na świecie cywilizację łacińską. Że z racji tego, że chrześcijaństwo jest radykalną i bardzo wymagająca religią jest rzeczą oczywistą, że będzie to mniejszościowa grupa, ale to nie problem, bo skoro nagroda jest tak wielka (wieczność z boge) to siłą rzeczy nie może być za łatwo.

    Po drugie (i to już moje zdanie jako Janusza, więc się nie liczy, ale możemy pogównoburzyć) to pierwsze (chrześcijaństwo jako cywilizacja) to w ogóle nie jest chrześcijaństwo, a to drugie jest. Innymi słowy - jakbym miał być chrześcijaninem to szedłbym w wyznania narodzone w wyniku tzw. radykalnej reformacji, bo uważam, że one lepiej ujmują to co wynika z Biblii i chrześcijaństw pierwszych wieków. Misją Jezusa nie było budowanie podwalin pod cywilizację łacińskią czy tam bizantyjską albo trzeciego Rzymu dla wiecznej Chwały Świętej Rusi tylko wezwanie ludzi do nawrócenia i skoncentrowania swoich wysiłków na nadchodzącym Krolestwie Bożym. Ale to oczywiście tylko moje rozumienie, rozumiem, że ktoś może uważać, że jak najbardziej chodziło o to żeby stworzyć instutucje która potem będzie otwierać uczelnie w średniowiecznej Europie i dzięki temu doczekamy się narodzin nauki (ale się nie zgadzam).

    Na koniec autorka wprawdzie pisze, że ta droga (chrześcijaństwo jako cywilizacja narzucająca) jest wadliwa, bo chrześcijanie powinni raczej działać tak żeby ludzi najpierw przekonać do wiary a z tej wiary powinien wynikać oczekiwany porządek społeczny i moralny:

    Chrześcijanie niestrudzenie protestujący, by zapobiec wprowadzeniu bandyckich praw dotyczących aborcji czy wspomaganego rozrodu, mogą wygrać jedynie w przypadku, kiedy najpierw przeprowadzą rewolucję duchową. Nawróćmy ludzi na chrześcijaństwo, na integralną godność każdego poczętego dziecka, a wtedy będziemy mogli zakazać aborcji. Próby uczynienia tego w kierunku odwrotnym będą jak usiłowanie narzucenia wyznania ludom niekatolickim: terrorystycznym absurdem. Wiara i przestrzeganie zasad poprzedzają ustanowienie praw.

    IMO to jest jednak "ucieczka do przodu", bo tej wizji po prostu nie da się zrealizować. Na wolnym rynku religii zawsze będą olbrzymie rozbieżności co do przekonań metafiznych (vide tradycje gdzie nie było państwowego brania za morde na taka skale jak u nas, czyli np. hinduzim) i ja to postrzegam jako próbę pogodzenia tradycyjnego, historycznego chrześcijaństwa z obecnym pluralizmem. Że niby nie porzucamy naszej misji zaprowadzenia porządku miłego boge tylko postaramy się go osiągnąc w sposób akceptowalny w systemie pluralistycznym (tzn. przekonujac znaczącą większośc ludzi zanim przepchniemy takie prawo). To mi się jednak wydaje kapitulacją przed nowym porządkiem, ale ubranym w taki sposób, że niby wcale nie odchodzimy od tego co od wieków mówimśy, że trzeba.

    To chyba ostateczny przykład tego, że główna teza tekstu jest prawdziwa - tj. odejściu cywilizacyjnego "chrześcijaństwa" towarzyszy nie koniec świata a zmiana paradygmatu i trzeba grać wg. nowych zasad.

    #religia #rozkminy #przemyslenia #ateizm
    pokaż całość

    •  

      @BRTM: imo cywilizacje Dalekiego Wschodu można by uznać za ateistyczne (tak robią niektórzy i chyba orędownikiem tego jest np. @raj czy @kubako na wypieku), bo tamtejsze boge to są bardziej potęzne, magiczne istoty niż to co u nas rozumie się jako osobowy Absolut. To zresztą jest ciekawe, że dla Japończyka szinto to często nie jest religia, to się po prostu robi, religią jest chrześcijaństwo czy tam islam.

      PS. W sumie to nie wiem po co komu cywilizacja ateistyczna (w znaczeniu zachodnioeuropejskim), dla mnie byłoby nudno bez zróżnicowania w tej kwestii (pasjonat religioznawstwa tutej here).
      pokaż całość

    •  

      Komentarz usunięty przez autora

    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Po lekturze tego arta, który podrzucił mi nieoceniony @eoneon naszło mnie kilka refleksji i chciałbym się nimi podzielić. W tym wpisie chciałbym zwrócić uwagę na (moim zdaniem celną) uwagę pani Chantal Delsol odnośnie tego co stanowi cechę rozpoznawczą chrześcijaństwa, mianowicie:

    Gdy panuje kosmoteizm [autorka stosuje to pojęcie zbiorczo na religie naturalne, panteistyczne i politeistyczne], człowiek czuje się zadomowiony w świecie, który stanowi jedyną rzeczywistość i obejmuje zarówno sacrum, jak i profanum. Pod rządami monoteizmu człowiek jest obcy w świecie immanencji i odczuwa tęsknotę za światem innym. Dla monoteisty ten świat to jedynie miejsce pobytu tymczasowego. Dla kosmoteisty – to dom.

    O ile chrześcijanie potrafią się bardzo różnić między sobą w wielu sprawach (np. chrystologia, eklezjologia, eschatologia, natura zbawienia etd, itd) to akurat ta cecha wydaje mi się wspólna dla wszystkich rodzajów chrześcijaństwa. Przy okazji jest (w moim mniemaniu) głównym zarzutem jaki można postawić tej religii - że to doczesne życie jest jej zdaniem mało wartym preludium do prawdziwego powołania człowieka - czyli życia w raju z boge. Można teoryzować czemu tak jest. Pan Nicze pewnie powiedziałby, że to dlatego, że niewolników piecze, że przegrywają w życiu więc wymyślają sobie bajkę o tym, że na końcu to oni będą triumfować a wygrywy tego świata będą w najlepszym razie im równi, a w najgorszym (ale bardzo prawdopodobnym, wszak bogatemu ciężej) - na wieki dojechani.

    Ale ja nie o tym chciałem. W sumie smutną refleksją jest to, że w ten sposób chrześcijaństwo niejako odbiera nam i deprecjonuje jedyne życie, co do którego mamy pewność, że istnieje.

    Inb4 chrześcijanie niekoniecznie się umartwiają. Ba! Ten i ten święty napisał żeby się cieszyć stworzeniem i dziękować za nie boge. Fajnie, ale to nadal nie zmienia faktu, że z perspektywy chrześcijaństwa koniec końców życie doczesne to betka w porównaniu do wiecznego więc jest ono drugorzędne a to czy spędzimy je na miłych rzeczach czy na byciu niewolnikiem seksualnym zamkniętym w piwnicy i regularnie torturowanym nie ma znaczenia.

    Pozwolę sobie zawołać @kubako (bo panteizm). @loginnawykoppl (bo fizolofia) i @Fennrir (bo kiedyś pisałeś coś podobnego, a przynajmniej takie mam wrażenie) oraz @Zepelin9 (bo antropologia).

    #religia #ateizm #przemyslenia #rozkminy
    pokaż całość

    •  

      @Domator_Penetrator: ok, nareszcie jest dla mnie jasne co próbujesz przekazać (to pewnie moja wina, że na początku nie zrozumiałem).

      Skutki są dla mnie jasne, nadal jednak nie jest dla mnie jasne, jak z tych skutków wyrasta coś, co określiłeś jako znaczenie.

      Wyrasta z nich tak, że ma dla mnie znaczenie przyjęcie takiej właśnie perspektywy, bo sprawia, że jestem bardziej zaangażowany w swoje życie, bo mam teraz świadomość, że końcy się ono na tym świecie.

      Nie rozumiem. Napisałem, że nie jest dla mnie jasne, jak skończoność życia miałaby dodawać mu wartości, a nie ujmować.

      IMO tak, że bardziej doceniasz rzeczy o których wiesz, że są wyjątkowe a tym bardziej jednorazowe. Nie pamiętam drogi do sklepu, którą pokonuję codziennie, ale pamiętam doskonale widok zielono- wulkanicznej Islandii, bo bedąc tam miałem świadomosć, że to wyjątkowe i cięzko będzie to powtórzyć (nie jestem milionerem żeby sobie pozwolić na regularne wizyty tam).

      Na podobnej zasadzie widze sprawę z życiem - jeśli dałbym się nabrać na chrześcijaństwo i nie traktował życia specjalnie, to oczywiscie koniec koncow nie ma to znaczenia (bo umieram i nic nie ma więc nawet nie mam świadomosci straty), ale z inna postawa mialbym lepiej w zyciu doczesnym, bo zamiast np. tkwic w nieudanym malzenstwie bo boge, po prostu bym się rozwiódł.

      Ja zwracam uwagę, że analogią gubi jeden istotny element - gimnazjum jest okresem wewnątrz życia i nabywa wartości w jego obrębie. Życie z kolei jest 'wewnątrz' niczego. Stąd imo analogia jest raczej kiepska.

      Racja, zle to ująłem, ale też nie interesuje mnie wlasnie perspektywa spoza życia, bo w przyjętej przeze mnie w ogóle czegoś takiego nie ma, co z kolei sprawia, że bardziej zwracam uwagę na doczesność.

      Rzecz w tym, że jak dla mnie z wpisu wynika, iż to chrześcijaństwo jakoś odwodzi ludzi od uznania życia doczesnego za najważniejsze i każe im wierzyć w niepewną obietnicę przyszłego. Ja uważam jednak odwrotnie - chrześcijaństwo przemawia do ludzi, którzy już wcześniej uznali, że "wszystko to marność".

      Tacy ludzie zapewne też są, ale jednak w większości przypadków chrześcijaństwo sączy ludziom do głowy taki obraz życia doczesnego jak pisze autorka teksu, bo przecież miażdząca większość ludzi znajdujących się pod wpływem tej religii to ludzie w niej wychowani. I znam sprawę na swoim własnym przypadku, bo w katolicyzmie zostałem wychowany i mam doświadczenie sprzed porzucenia vs po porzuceniu. Mam też doświadczenia wielu znajomych osób, które chrześcijański obraz świata męczy i krzywdzi m.in z tego powodu, że odrzucają swiat jako grzeszny i zepsuty. Oczywiście znajdą się ludzie w odwróconej sytuacj, ale to nijak nie zmienia tego co mi dało odrzucenie pogądlu, że liczy się to życie po życiu. I co by, moim zdaniem, dało tym którzy są na rozdrożu, bo ich własne doświadczenie nie zgadza się z poglądami, które wpojono im w procesie wychowania.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (39)

  •  

    Kraj bije rekordy umieralności od czasów II WŚ. Jedyna nadzieja w szczepionkach. Co robi Episkopat? Ano wydaje oświadczenie w którym krytykuje szczepionki jako podejrzane moralnie: https://www.wykop.pl/link/6056377/episkopat-vs-szczepionki/

    Zapraszam do zapoznania się z wybitnymi #naukowcywiary
    #bekazprawakow #bekazkatoli #neuropa #polska
    pokaż całość

    +: yeron, r........n +483 innych
  •  

    Dasz Wiarę? Odc. 73, w którym sprawdzamy czy natura nie znosi próżni.

    Link do wpisu na blogu z lepszym formatowaniem i źródłami

    Znacie to powiedzonko? Niegdyś szafowano nim tak chętnie, że stało się ono memem. Ale wytłumaczmy o co chodzi. Kraje tzw. Zachodu przeszły proces nazywany sekularyzacją. Po polsku oznacza wprowadzenie rozdziału między państwo a religię, a po angielsku, dodatkowo, osłabienie postaw i poglądów religijnych w społeczeństwie (po naszemu “laicyzacja”). Chrześcijańskie kościoły utraciły przemożne wpływy na zachodnie państwa i społeczeństwa. Zbiegło się to w czasie z pojawieniem się licznych wspólnot imigranckich, z których część wywodzi/ła się z krajów tradycyjnie muzułmańskich. Obserwatorzy wychodzący z założenia, że “ludzie muszą w coś wierzyć” uznali, że islam zastąpi chrześcijaństwo.

    Natura nie znosi próżni - przestaniemy wierzyć w chrześcijaństwo, które no owszem, ma jakieś tam niedociągnięcia i wady, to przyjdzie islam i dopiero zobaczymy. Tekst ten stał się wytrychem, którym posługiwano się przy niemal każdej próbie krytyki chrześcijańskich wierzeń czy postępowania kościołów. Zwrot podłapali nawet niektórzy niewierzący kupując narrację, że może i chrześcijaństwo ma wady, ale islam to jest znacznie gorszy. Zamiast rozstrzygać kto jest zły a kto gorszy, chciałbym się zająć przestudiowaniem przypadku jednego z nielicznych państw świata, które zostało zaprojektowane jako sekularne i zobaczyć czy rzeczywiście “natura nie zniosła próżni” i czy kraj ten zamienił się w kalifat.

    Mowa o Urugwaju. W epoce kolonialnej tereny wchodzące w skład tego państwa były, wybaczcie określenie, zadupiem. Rdzenni mieszkańcy długo stawiali zaciekły opór kolonizatorom, a oni nie byli jakoś szczególnie zmotywowani, bo nie znaleźli tu wartych uwagi bogactw. Nawet gdy już ujarzmiono i wytępiono tubylców, to zasiedlenie szło opornie. O region spierali się Portugalczycy i Hiszpanie. Po co mieszkać w strefie potencjalnej wojny? Większy ruch ludności z Europy zaczął się dopiero w XVIII wieku. Miało to swoje religijne konsekwencje - z powodu małej ilości wiernych, kolonialny Kościół nie stworzył rozbudowanej sieci parafii. Przez lata nie było też lokalnej hierarchii, a Urugwaj podlegał pod diecezję Buenos Aires.

    Tereny Urugwaju były mocno skupione wokół ośrodka miejskiego w Montevideo, a interior słabo zaludniony. To także miało konsekwencje - klasa latyfundystów, którzy generalnie byli konserwatywni i klerykalni, była mniej liczna i biedniejsza niż w innych koloniach. Co więcej - część wiejskiej elity stanowili protestanci, potomkowie brytyjskich osadników. Byli oni mocno związani z miejskimi elitami Montevideo, które z kolei były liberalne. Zaczytywały się one w pracach francuskich i amerykańskich autorów. Jedną z największych zdobyczy epoki (przynajmniej tak to przedstawiali francuscy i amerykańscy pisarze) było zaś rozdzielenie państwa od kościoła, tolerancja religijna, a w konsekwencji - brak wojen z powodów wyznaniowych.

    Zafascynowane oświeceniowymi ideami elity uważały, że nowoczesne państwo musi być niezależne od religii, a w swoim młodym kraju chciały ten pomysł zrealizować w praktyce. Inne pomysł mieli jednak biskupi Montevideo, od połowy XIX wieku najwyżsi rangą lokalni dostojnicy kościelni. W urugwajskim Kościele, podobnie jak w europejskim, dominowała “walka z modernizmem”. Jej zwolennikiem był sam papież, Pius IX. Zgodnie z duchem “Sylabusa błędów” (dzieło wyjaśniające czemu liberalizm jest niezgodny z katolicyzmem) urugwajski kościół sprzeciwiał się tak szatańskim pomysłom jak utworzenie świeckich szkół kontrolowanych przez rząd, wprowadzenie rozwodów czy nieuznawanie katolicyzmu za religię państwową.

    Hierarchia rzuciła na front walki z liberalnymi elitami wszystkie siły wierząc, że ewentualne zwycięstwo przeciwnika oznacza koniec Kościoła i upadek wartości. Na niewiele się to jednak zdało, między innymi z powodów wymienionych wcześniej. Kościół nie był w Urugwaju tak mocno osadzony w życiu i historii ludności jak w wielu innych miejscach Ameryki Łacińskiej. Pierwszy cios nadszedł w 1861 roku, gdy rząd przejął cmentarze, argumentując, że pogrzeb jest dla wszystkich którzy go chcą, nie tylko dla tych którym pozwala kler. Doprowadziło to do ciągnących się kilka lat debat i polemik, których atmosfera była bardzo gorąca. Kler i konserwatywni katolicy twierdzili, że rząd chce tak naprawdę zniszczyć Kościół.

    Gdy bitewny kurz nieco opadł, w 1877 roku rząd ogłosił sekularyzację edukacji - szkoły musiały być od tej pory świeckie. W 1879 ogłoszono, że małżeństwa religijne muszą być uprzednio rejestrowane urzędowo. Kilka lat później nakazano usunięcie wszelkich symboli religijnych z placówek publicznych, w tym szpitali. W 1907 roku zakazano powoływania się na religię w parlamentarnych ślubowaniach. Chwilę potem zmieniono wszystkie religijne nazwy świąt na świeckie. I tak Boże Narodzenie stało się na przykład Dniem Rodziny a Trzech Króli przechrzczono na Święto Dzieci. Zsekularyzowano nawet nazwy miejscowości, na przykład miasteczko Santa Isabel (Święta Izabela) przemianowano na Paso de los Toros (Przejście Byków).

    W 1919 roku w życie weszła sekularna konstytucja, symbol ostatecznego triumfu wizji świeckiego państwa. Kościoły mogły działać, ale tylko w granicach prawa. Spór z kościołem, który próbował budować na myśli wypływającej z Sylabusa błędów stał się elementem urugwajskiej tożsamości narodowej. W popularnej wyobraźni dążenia kościoła były próbą budowy katolickiego państwa wyznaniowego. Tak jak niektóre kraje definiują swoją tożsamość przez pryzmat walki z np. sąsiadem, tak Urugwaj, definiował ją przez narrację o walce z kościołem przedstawionym jako mroczna siła chcąca opanować kraj i dzielić żyjących w nim ludzi ze względu na wyznanie. Antyklerykalizm stał się jednym z elementów nacjonalizmu urugwajskiego.

    Może to być ciężkie do wyobrażenia dla Polaka. U nas odwołania do “wiary ojców” są w zasadzie obowiązkowe dla polityków. Mit Urugwaju jest jednak inny i mówi on o kraj równości, który jest własność narodu, samodzielnego i niezależnego od władców czy religii. Promowano równe traktowanie innych, obywatelskość i jednorodność kulturową. Urugwajski bzik na tym punkcie był tak mocny, że wszystkie budynki publiczne musiały być szare. Zdaniem Nestora Da Costy z Katolickiego Uniwersytetu Urugwajskiego, laicki nacjonalizm stał się w pewnym sensie nową religią Urugwajczyków. W domowym zaciszu mogą wierzyć w swoich bogów, ale w przestrzeni publicznej musieli “czcić” państwo i naród.

    Czy to oznacza, że religia w Urugwaju umarła i zapanowała tam jakaś forma oświeceniowego komunizmu? Czy natura “nie zniosła próżni” a odwieczne prawa rządzące historią i społecznościami ludzkimi sprawiły, że Urugwaj się zislamizował/ padł ofiarą obcej agresji? Nie. Kościół, wieszczący upadek cywilizacji w wyniku wygranej armii Goga i Magoga, po jakimś czasie, przeprosił się z realiami i zaczął sobie w nich najnormalniej w świecie działać. Powstało sporo katolickich inicjatyw społecznych, naukowych i kulturowych, będących alternatywą dla państwowych. Radykalizm głoszący potrzebę budowy katolickiego państwa zdechł i ustąpił miejsca zupełnie innej formie religii, głoszonej przez nową generację duchownych.

    Pogodzonych z tym, że ich kościół jest dla państwa i społeczeństwa jednym z wielu i skupionych na głoszeniu tego co uważają za prawdę oraz życiu swojej wspólnoty. Dekady działania w zgodzie z prawem, w ramach sekularnego porządku, zmieniły także nastawienie społeczeństwa. Wojownicze postawy z pierwszej połowy XX wieku ustąpiły bardziej zniuansowanym i zrelaksowanym. Symboliczną cezurą zmiany myślenia o religii, była zgoda na pozostawienie wielkiego, 30 metrowego krzyża, wzniesionego z okazji mszy papieskiej. Wielu radykalniejszych polityków i działaczy uważało, że wprost narusza on prawo zakazujące symboli religijnych w miejscach publicznych, ale większość miała inne zdanie.

    Wspomniany Nestor Da Costa uważa, że urugwajski model był wręcz korzystny dla kościoła. Państwo odcięło go od wszystkich funduszy, dlatego żeby przetrwać musiał zwracać się bezpośrednio do wiernych. Feudalna struktura, w której hierarchia wykorzystuje wpływy wśród elity do zdobycia pieniędzy sprawia, że biskupi nie muszą przejmować się szeregowymi wiernymi. W Urugwaju nie było takiej możliwości na szerszą skalę. Kościół musiał więc angażować świeckich, co pozytywnie wpłynęło na ich samoidentyfikację z religią. Jeśli chodzi o dane, to Urugwajskie społeczeństwo jest podzielone mniej więcej po połowie na niereligijnych i religijnych. W ostatnich latach przewaga bezwyznaniowców zaczęła rosnąć, ale…

    No właśnie - sekularni Urugwajczycy mają mniej dzieci niż religijni. Z drugiej strony część dzieci religijnych rodzin i imigrantów (są raczej religijni) się z czasem laicyzuje. Sytuacja wygląda na patową. Urugwajczykom to jednak nie przeszkadza - religia jest u nich dla chętnych. Badania pokazują też, że wielu bezwyznaniowców nie jest ateistami czy nawet agnostykami. Część tych ludzi jest jak najbardziej wierząca, ale po prostu nie identyfikuje się z żadną religią. W istnienie siły wyższej wierzy około 80% mieszkańców. Natura chyba faktycznie nie zniosła próżni, ale postanowiła ją wypełnić inaczej niż islamem, bo liczba jego wyznawców, nie przekracza tysiąca, a według innych danych może to być nawet mniej niż 500 osób.

    #daszwiare #religia #ateizm #amerykapoludniowa #urugwaj #gruparatowaniapoziomu #historia #ciekawostki #zainteresowania
    pokaż całość

  •  

    Cywilizacja łacińska jest dziełem gejów.

    Co tam sapiesz konserwo? To Kościół zbudował cywilizację łacińską? Ano Kościół. A konkretnie duchowni, którzy stanowili elitę intelektualną swoich czasów.

    Jak zauważył Frederic Martel, liczba duchownych zależała od tego, jak społeczeństwo traktowało gejów. Jak w Hiszpanii, Włoszech czy Francji srożyła się homofobia, to seminaria pękały w szwach. A jak teraz gejów lubią, to seminaria świecą pustkami.

    Jeśli Martel ma rację to znaczna część księży w długiej historii Kościoła wolała facetów. A więc prawdziwymi budowniczymi cywilizacji łacińskiej byliby nie biali, heteroseksualni mężczyźni, tylko geje.

    Obecna neomarksistowska antycywilizacja sygnowana gender i queer jest także dziełem gejów. A przynajmniej tak głosi Wykop. A zatem ta wojna cywilizacji jest tak naprawdę wojną frakcyjną LGBT.

    #neuropa #heheszki #pasta #rozkminy #przemyslenia #bekazprawakow #bekazkatoli
    pokaż całość

    +: k.....k, yeron +40 innych
  •  

    -> Urodź się w trudnych dla narodu czasach, pod obcą władzą
    -> Miej wielki plan dla swojego narodu
    -> Szafuj na prawo i lewo hasłami o tradycji, wierze i narodzie
    -> Załóż polityczną organizację walczącą o twoją wizję kraju
    -> Nadchodzi ogólnoświatowy kryzys
    -> Twoja chora ideologia przyczynia się do śmierci 60k Polaków

    Nazywasz się Jarosław Kaczyński, zdjęcie niepowiązane

    #bekazpisu #bekazprawakow #bekazkatoli #neuropa
    pokaż całość

    źródło: upload.wikimedia.org

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika niedoszly_andrzej

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.