•  

    Niedawno skończyłem poradnik poświęcony produktywności oraz efektywności. Na razie jest dostępny wyłącznie dla użytkowników Wattpada, ale pomyślałem sobie, że mogę go też upowszechnić w formie pliku. Jest ktoś zainteresowany?

    #produktywnosc #piszzwykopem #pisanie #ciekawostki #pytanie

    źródło: Photo_1561366487163.png

  •  

    Najśmieszniej, jak się znajdzie jakieś swoje cringowe rzeczy XD Moje pseudo próby literackie. Trzecia klasa podstawówki.
    Tytuł "książki" - "Ania i Kasia powstanie kosmosu" XD

    #chwalesie #rozowepaski #piszzwykopem

    źródło: 1565633734675.JPG

  •  

    Mam prawo być zmęczona
    Budowaniem swojego życia
    Od nowa
    Pakowaniem rzeczy w pudła
    Gubieniem z podstawówki zdjęć, walentynek, najlepszych łyżew, sukienki, co obrzydła.

    Dziś tutaj śpię
    A co jutro?
    Nie wiem.
    Być może inne łóżko
    Zupełnie obce "u siebie"

    #piszzwykopem

  •  

    Mirkosławy,

    oprócz mikroblogów piszemy to tu, to tam, a jedno z tych dwóch to #newsweek. Jeśli nie męczy Was czytanie więcej niż Wykopu, to zapraszamy do naszych wypocin. Generalnie utrzymujemy poziom typowej polskiej cebuli pod postacią Janusza, który więcej woli wydać na piwo niż wycieczki, więc poznacie, jak wyjechać i nie wydać, a i żeby na golonkę starczyło po powrocie.

    ZBIÓR SŁOWA PISANEGO

    #podroze #podrozujzwykopem #piszzwykopem #taniepodrozowanie #tanielatanie #breakplan #tegoniewiedziauem #ciekawostki #nieczytasznieideztobotoluzka #ciekawostkizruznychdziedzinwiedzyniepowszechnej
    pokaż całość

    źródło: 61602592_1245760012247338_3680819549998940160_n.png

  •  

    Hejka ! Zdecydowałem się kontynuować drugi koncept w celu rozwinięcia kompletnej historii. Będę postował do momentu zakończenia pierwszego rozdziału. Dawajcie znać co myślicie jeśli znacie kogoś komu się to spodoba wołajcie ( ͡° ͜ʖ ͡°) Nawaliłem tagów dla wydźwięku za co z góry przepraszam. Lojalnie wołam @cotosietutajstanelo ° ͜ʖ ͡ - miłej "lektury" xD

    Tom poczuł że odzyskuje równowagę. -Muszę się uspokoić.- pomyślał. Spojrzał szybko ostatni raz na izbę i pospiesznie wyszedł przez drzwi.

    II.

    Rynek w centrum wioski zmienił się nie do poznania. Rytuał odbywał się raz w roku, gdy oba księżyce, wielki Karun zasłaniając małego Tahira nakładały się na siebie tworzyły piękną błękitną zorzę łączącą wymiar żywych i duchów. Zwykle senny placyk pękał w szwach, napełniając nozdrza Toma ostrym zapachem korzennych przypraw i grillowanego mięsa. Wtajemniczeni kupcy zjeżdżali się tu co roku w nadziei na zarobek a rzemieślnicy na zdobycie rzadkich składników i prastarej wiedzy. Dar budzono w każdej większej miejscowości, ale właśnie tutaj wykonywano go całościowo według tradycji sięgającej czasów gdy dar posiadali posiadali wyłącznie klanowi szamani. Chaotycznie ustawione stragany i namioty kusiły by zajrzeć do każdego z nich i poznać jakie sekrety kryje. Zgrzyt rożnów z szaszłykami mieszał się z hałasem obwoźnych kuźni i nawoływaniem sprzedawców zachwalających swoje towary.


    -NAJLEPSZE MITHRILLOWE SZTYLETY! PROSTO SPOD MŁOTA! - Rozwarł pyszczek szopa zażywny półczłowiek z rasy Tanukarów. Małe, okrągłe oczka zwinnie prześlizgiwały się po tłumie wypatrując potencjalnych klientów. Strzygł półokrągłymi uszami pełnymi drobnych kolczyków w oczekiwaniu na westchnienie zachwytu produktem, który wkrótce miał posłużyć do wyprawiania zwierzyny, lub wymuszonych operacjach jamy brzusznej pechowców na trakcie do stolicy. Ubrany był w luźną atłasową kamizelkę, niedbale odkrywającą brunatny brzuszek. Bufiaste pantalony, wyprofilowane tak by wyodrębnić puszysty pręgowany ogon z zawiązanym wstążką dzwoneczkiem, trzęsły drobnymi cekinami za każdym dźwięcznym wymachem kity. Tom poczuł ukłucie zazdrości na widok tajemniczego kapłana wychodzącego z namiotu skrybów. W ręku niósł profesjonalny zestaw kreślenia run. Misternie wykonane uchwyty z głowami smoków wieńczyły złote obręcze a same pędzle wykonane były z włókien pawich piór. Tom oddałby wszystko aby je mieć. Uwaga młodzieńca przeniosła się na drugie ramie przybysza. W całości metalowe, smukłe i emanujące drobną poświatą. Z miejsc gdzie pancerz nie okrywał spoiw można było dostrzec misternie wykonane rzędy zębatek, obracających się miarowym rytmem na wzór bicia serca. Nieznajomy wyczuł że jest obserwowany i w mgnieniu oka odwrócił głowę w stronę Toma.
    Fala strachu jaki poczuł chłopak była przytłaczająca. -”To nie jest kapłan”- pomyślał.
    Łysa głowa poznaczona setkami blizn, dolna szczęka zastąpiona żelazną protezą z wyprofilowanymi kłami na wzór wilczych. To nie to jednak wzbudziło największą grozę. Jedno z oczu płonęło jaskrawo żółtym blaskiem tęczówki i zdawało się patrzeć wprost na niego. Drugie puste jak u martwej ryby leniwie rozglądało się naokoło, niepewne na jakim obiekcie spocząć. Matka nauczyła go odrobinę dzikiej magii. Nie wymagała inkantacji, chowańca czy też przebudzonego daru. Pozwalała na analizę aury. Dzięki temu Rose wyczuwała nastrój i próg bólu jaki zniesie ranny w trakcie udzielania pierwszej pomocy. Nieznajomy był dziesięć metrów od niego. Zebrał manę i skoncentrował wzrok na sylwetce postaci zwróconej już w jego kierunku. Nicość. Zupełny brak sygnału zwrotnego czy też ciepła myśli jakie emitowały żyjące istoty. Miał manę, lecz nie krążyła po ciele tylko nieruchomo trwała w zawieszeniu jak woda w rowie. Pusty ruszył w jego kierunku. Zgodnie z naukami ojca w razie zagrożenia należy wycofać się w bezpieczne miejsce i ustalić dalsze działanie

    #pasta #fantastyka #fantasy #gownowpis #heheszki #piszzwykopem #czytajzwykopem #recenzja #niebieskiepaski #rozowepaski #hobby
    pokaż całość

  •  

    Love, Death & Robots

    Na reklamę antologii natrafiłem kompletnym przypadkiem i zainteresowała mnie przede wszystkim użytym utworem, który zalicza się do gatunku industrial hardcore, co według mnie było całkiem odważnym i niezwykle klimatycznym posunięciem, pasującym do trailera. A że dodatkowo zapowiedziano, że to będzie osiemnaście różnych historii przeznaczonych dla pełnoletniego widza, nie mogłem sobie tego odpuścić.

    Przy okazji chciałbym uprzedzić, a może też zachęcić, że w niniejszej pseudo-recenzji postanowiłem spisać myśli, które pojawiły się podczas oglądania. Ot, w ramach małego eksperymentu.

    „Sonnie ma przewagę” – 17 minut

    Oparta na opowiadaniu Petera F. Hamiltona o tym samym tytule.

    Brytyjski akcent niespecjalnie pasuje mi do typowego science fiction – kojarzy mi się bardziej ze steampunkiem[1].

    Główni bohaterowie odrobili lekcję z grania w „Cyberpunk 2020” i wiedzą, co to jest Styl. Za to kobiety nie wiedzą, do czego służą staniki. Chyba żadna go nie nosi.

    Spodziewałem się raczej walki robotów niźli walki Ksenomorfa z czymś podobnym do trolla jaskiniowego. Warto zapamiętać fakt, iż sterujący nimi łączą się ze swoimi „avatarami”.

    Jest bardzo ładna wizualnie, czarny + niebieski to chyba moje ulubione połączenie, a takie właśnie przeważa (przynajmniej takie odniosłem wrażenie).

    Animacja walki również została zrobiona ładnie. Może nawet zbyt ładnie, bo łatwo dojść do wniosku, że została wyreżyserowana w taki sposób, by specjalnie pokazać niektóre akcje w slow motion. Co przypominało bardziej taniec niż pojedynek na śmierć i życie.

    Oczywiście przed samą walką pojawiła się próba przekupstwa, która była idealnym momentem do przedstawienia historii i motywów głównej bohaterki. Śmierdzi ekspozycją na kilometr.

    Antyfani Netfliksa oraz zwolennicy teorii spiskowych[2] ucieszą się na wieść, że w tak krótkim utworze było wystarczająco dużo miejsca na krótki wątek romantyczny, schematyczny jak nigdy, bo pomiędzy piękną, delikatną i bezbronną kobietą (sama na pytanie, dlaczego jest ze swoim mężczyzną, odpowiada, że ten daje jej ochronę) a typową waleczną chłopczycą, która do ładnych nie należy.

    Na szczęście końcówka wynagrodziła ten wątek, rozwalając mi mózg. I chyba nie tylko mi.

    [1]tak, wiem, że steampunk to podgatunek fantastyki naukowej, ale jednak skupia się na alternatywnej wersji historii, a nie na przyszłości.
    [2]jedna z nich brzmi, że Netflix forsuje „lewackie treści” w swoich utworach

    #cyberpunkstories - > autorski tag, który można zaobserwować (jeśli taką macie ochotę) bądź wrzucić na czarną listę; będzie tu całokształt mojej „twórczości”, na którą składają się też opowiadania, pseudo-recenzje książek, opowiadań, filmów, seriali, gier i komiksów związanych z szeroko pojętą fantastyką naukową oraz przemyślenia

    opowiadania
    (cyberpunk) Wszystko zaczyna się w barach
    (low fantasy) Wspomnienia Vincenta: Perfekcyjny przyjaciel

    pseudo-recenzje
    (gra) „Return of the Obra Dinn
    (opowiadanie) Dmitry Glukhovsky - Koniec Drogi

    cyberpunkowe przemyślenia
    czy e-booki to czytelnicza przyszłość?

    „Rutyna Pisania”
    Gdzie reklamować własną twórczość?
    O publikowaniu
    Ratunku! Nie mam weny!
    Odpocznij sobie
    Jak znaleźć czas na pisanie?
    Codzienne pisanie. Z czym to się je?
    Przestań czytać opowiadania w Internecie
    Pierwszy draft

    #tworczoscwlasna #netflix #piszzwykopem #sciencefiction
    pokaż całość

  •  

    No elo mireczki co szukacie daleko i głęboko.
    tl;dr

    pokaż spoiler Do wygrania 1200zł
    Wystarczy stworzyć najlepsze dzieło z pogranicza prawdy i fikcji
    Wrzucić je w tag #szczurzanora i zostać przeze mnie wybranym


    Celem zabawy jest przewietrzyć ten zapach wódy i spermy z mirkobloga i
    pokazać, że mireczki umieją robić fajne rzeczy.
    Chodzi mi też o zmotywowanie was do szukania magii w tym nudnym i smutnym
    świecie.
    Możecie napisać opowiadanie o wróżkach z waszego lasku.
    Reportaż o portalach do piekieł jak źródła smogu.
    Fabularyzowany program TV o tym jak Ctuhlhu sabotuje klasę średnią.
    Jakiś ambient, a może piosenkę...
    nie wiem zróbcie tak by mi kapcie spadły
    uznajcie coś zwykłego i znanego za tajemnicę i poszukajcie odpowiedzi.

    Jako przykład takiego działania pragnę podlinkować tag
    #wroclawskietramwaje użytkownika @Romantyczny_widelec

    Zasady:
    1. Uczestnik konkursu musi być autorem lub współautorem ze zgodą reszty
    autorów.
    2. Można zgłaszać dowolne dzieło które można obejrzeć na komputerze(
    tekst, film, muzykę, program lub inny prosty do otworzenia zestaw danych)
    3. Dzieło nie musi znajdować się na mikroblogu, jednak tylko tam można je
    zgłaszać.
    4. Wpis powinien zawierać:
    4.1 Właściwą treść
    4.2 tag #szczurzanora
    4.3 Link do Tego wpisu
    4.4 Skrót funkcji SHA-1 z jakiegoś sekretu (coś w rodzaju hasła) znanego
    tylko autorowi, potrzebne będzie to w przypadku gdy autor wygra ale nie
    będzie możliwa komunikacja z nim przy pomocy konta na wykopie jako
    potwierdzenie że on to on
    można wygenerować na przykład tutaj

    pokaż spoiler hash z wytrzzeszcz to 7c02b41b5a7ea242acd7e01ec8e36e9b0b6fe984 pobawcie się tym

    5. Można zgłosić dowolną ilość dzieł (ale proszę nie spamować)
    6. Zobowiązuję się, że na pewno zapoznam się z 12 najbardziej plusowanymi
    w danych miesiącach wpisami, jednak może się okazać że wygra jakiś
    nieplusowany wpis który zobaczę ukradkiem, nie wiem jak będzie z czasem po
    prostu.
    7. Wpisy wrzucone na nocnej powodują brak możliwości zwycięstwa (wpis
    trzeba otagować a na nocnej nie tagujemy sory)
    8. Terminy wersja pierwsza:
    8.1 Rozpoczęcie zabawy 1 marca 2019 zaraz po nocnej
    8.2 Zakończenie zgłoszeń 1 marca 2020 zaraz przed nocną (noc 29 lutego->1
    marca).
    8.3 Nieprzekraczalny termin wytypowania zwycięzcy 19 marca 2020
    9. Terminy wersja druga:
    9.1 Co tydzień zapisuje sobie link do najbardziej plusowanego dzieła i w ciągu miesiąca porównuje ich 5+ (tj najlepsze z poprzedniego i 4 najbardziej plusowen i ewentualnie coś jeszcze)
    9.2 zwycięzca każdego takiego miesięcznego pojedynku wygrywa 100zł
    ᘔ. Zielonki się bawią
    Ɛ. Nagroda to 1200 polskich złotych dla zwycięzcy minus jakieś podatki
    jak by były.

    Dziękuje @Romantyczny_widelec za zgodzenie się bycia drugim sędzinom

    Dołączam ankietkę gdzie możecie zadecydować którą wersję terminów, jednak termin co miesiąc musi osiągnąć znaczącą przewagę (co najmniej 66%) bym go brał pod uwagę bo mój czas nie jest z gumy.

    no elo można robić screeny

    #konkurs #rozdajo #piszzwykopem #rysujzwykopem #paranormalne
    #gruparatowaniapoziomu #tworczoscwlasna #bogactwo #creepy #scp
    pokaż całość

    jak to robimy

    • 19 głosów (61.29%)
      wersja 1200 na koniec
    • 12 głosów (38.71%)
      wersja po 100 co miesiac
  •  

    UWAGA UWAGA TO JEST TYLKO SZKIC ZASAD I CAŁEJ AKCJI, WRZUCAM TERAZ BO CHCE 
    WIEDZIEĆ CZY MNIE ROZUMIECIE, OFICJALNE ROZPOCZĘCIE BĘDZIE W PÓŹNYCH 
    GODZINACH WIECZORNYCH 
    TAK WIĘC NA RAZIE NIE WRZUCACIE SWOICH ZGŁOSZEŃ I NA PEWNO NIE LINKUJECIE 
    ICH DO TEGO WPISU 

    No elo mireczki co szukacie daleko i głęboko. 
    tl;dr 

    pokaż spoiler Do wygrania 1200zł 
    Wystarczy stworzyć najlepsze dzieło z pogranicza prawdy i fikcji 
    Wrzucić je w tag #szczurzanora i zostać przeze mnie wybranym 


    Celem zabawy jest przewietrzyć ten zapach wódy i spermy z mirkobloga i 
    pokazać, że mireczki umieją robić fajne rzeczy. 
    Chodzi mi też o zmotywowanie was do szukania magii w tym nudnym i smutnym
    świecie. 
    Możecie napisać opowiadanie o wróżkach z waszego lasku. 
    Reportaż o portalach do piekieł jak źródła smogu. 
    Fabularyzowany program TV o tym jak Ctuhlhu sabotuje klasę średnią. 
    Jakiś ambient, a może piosenkę... 
    nie wiem zróbcie tak by mi kapcie spadły 
    uznajcie coś zwykłego i znanego za tajemnicę i poszukajcie odpowiedzi. 

    Jako przykład takiego działania pragnę podlinkować tag 
    #wroclawskietramwaje użytkownika @Romantyczny_widelec 

    Zasady: 
    1. Uczestnik konkursu musi być autorem lub współautorem ze zgodą reszty 
    autorów. 
    2. Można zgłaszać dowolne dzieło które można obejrzeć na komputerze( 
    tekst, film, muzykę, program lub inny prosty do otworzenia zestaw danych) 
    3. Dzieło nie musi znajdować się na mikroblogu, jednak tylko tam można je 
    zgłaszać. 
    4. Wpis powinien zawierać: 
    4.1 Właściwą treść 
    4.2 tag #szczurzanora 
    4.3 Link do Tego wpisu 
    4.4 Skrót funkcji SHA-1 z jakiegoś sekretu (coś w rodzaju hasła) znanego 
    tylko autorowi, potrzebne będzie to w przypadku gdy autor wygra ale nie 
    będzie możliwa komunikacja z nim przy pomocy konta na wykopie jako 
    potwierdzenie że on to on 
    5. Można zgłosić dowolną ilość dzieł (ale proszę nie spamować) 
    6. Zobowiązuję się, że na pewno zapoznam się z 12 najbardziej plusowanymi 
    w danych miesiącach wpisami, jednak może się okazać że wygra jakiś 
    nieplusowany wpis który zobaczę ukradkiem, nie wiem jak będzie z czasem po 
    prostu. 
    7. Wpisy wrzucone na nocnej powodują brak możliwości zwycięstwa (wpis 
    trzeba otagować a na nocnej nie tagujemy sory) 
    8. Terminy: 
    8.1 Rozpoczęcie zabawy 1 marca 2019 zaraz po nocnej 
    8.2 Zakończenie zgłoszeń 1 marca 2020 zaraz przed nocną (noc 29 lutego->1 
    marca). 
    8.3 Nieprzekraczalny termin wytypowania zwycięzcy 19 marca 2020 
    9. Zielonki się bawią 
    10. Nagroda to 1200 polskich złotych dla zwycięzcy minus jakieś podatki 
    jak by były. 

    #konkurs #rozdajo #piszzwykopem #rysujzwykopem #paranormalne 
    #gruparatowaniapoziomu #tworczoscwlasna #bogactwo
    pokaż całość

  •  

    Eh wiosna jak by tak zrobić konkurs literacki?
    #piszzwykopem może nawet się trochę grosza pojawi no max 300 ale to muszę pomyśleć
    Więc prawie #rozdajo byli by zainteresowani?

  •  

    - Jak można, przez pomyłkę,
    zabrać z samolotu nie swoją walizkę?
    Nawet jeśli podobna to przecież podpisana
    powinna być wyraźnie: imieniem i nazwiskiem-
    Dziwią się osoby dorosłe,
    Które osiągają sukcesy,
    Którym nigdy nie zdarzyło się
    Nawet ubrać czegoś na lewą stronę.
    Realizują śmiałe pomysły
    Głoszą śmiałe poglądy
    Śmiałe - cudze

    I nawet przez chwilkę
    Nie zauważyli,
    Iż przez pomyłkę zabrali
    bagaż nie swojego życia.

    #piszzwykopem #poezja
    pokaż całość

    •  

      @kt13: Jest sporo do poprawienia w interpunkcji - chociażby dwa pierwsze przecinki, które należy wyrzucić, bo zupełnie wypaczają sens wypowiedzi. Te myślniki to też od czapy.
      Jakbyś jeszcze przemyślała inne rozdzielenie drugiego i trzeciego wersu (nawet na trzy wersy), to już byłoby naprawdę nieźle.
      Potraktuj to jak życzliwą sugestię, a nie poprawianie na siłę Szymborskiej :)

    •  

      @yosemitesam halleluja. W końcu ktoś ma coś do powiedzenia ;) przemyślę to, dzięki. Za każde uwagi jestem wdzięczna, bo generalnie nie dostaje się ich zbyt dużo

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    Mój najnowszy wiersz ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    pokaż spoiler https://www.facebook.com/grajaczadlem/


    #gownowpis #scorpjoncontent #poezja #wiersz #piszzwykopem #tworczoscwlasna

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: scontent.fwaw3-1.fna.fbcdn.net

  •  

    Witajcie Mirki i Mirabelki!

    Melduję, że 3 dni temu otrzymałem od @wytrzzeszcz wykopowy zeszyt!
    Z racji tego robię jego #rozdajo! Wynik ogłoszę w środę koło, powiedzmy, 22. Pozwolę sobie zacytować kolegę @wytrzzeszcz, aby przybliżyć/przypomnieć Wam zasady tego rozdajo:

    Tym który nie brali udziału w poprzednich edycjach tylko przypomnę zasady.
    1. Wysyłający robi Rozdajo i wybiera kogoś kto się wg niego nada
    2. Robi to jako wpis w tagu #wykopowyzeszyt by wszyscy widzieli że będzie wysyłał
    3. Wysyła
    4. Odbierający robi wpis że doszło, dopisuje coś do zeszytu
    5. Wracamy do punktu 1 tak długo jak zeszyt jest nie pełny


    (więcej szczegółów tutaj)

    Zachęcam do zabawy i do plusowania!

    #wykopowyzeszyt #piszzwykopem
    pokaż całość

    źródło: 50423315_779661272411044_8671404052816330752_n.jpg

  •  

    Niech będzie chwała mirki!
    mam dla was trzy rzeczy, każda z nich została już uruchomiona na tym
    portalu, ale chyba warto wrócić do tematu bo zacny.
    no to lecimy
    Na początek 2x #rozdajo

    Może zanim zacznę rozdawać... Zależy mi przedewszystkim by komuś się morda
    cieszyła i poznał nowy inny świat. Dlatego opiszę tu 3 zabawy
    Które mam nadzieję coś w waszym zyciyu poprawią
    I zdaje sobie sprawę że mogę byś średnio zrozumiały, dlatego zapraszam do
    zadawania pytań, z wieką przyjemnością wyjaśnię niejasności


    Na pierwszy ogień idzie to mniejsze rozdajo a mianowicie
    #wykopowyzeszyt czyli tak jak w dwóch poprzednich edycjach
    z pośród pulsujących wybiorę osobę której wyślę zeszyt, taki niby zwykły
    ale stanowiacy swego rodzaju obietnicę czegoś ciekawego i nietuzinkowego
    Tym który nie brali udziału w poprzednich edycjach tylko przypomnę zasady.
    1. Wysyłający robi Rozdajo i wybiera kogoś kto się wg niego nada
    2. Robi to jako wpis w tagu #wykopowyzeszyt by wszyscy widzieli że będzie wysyłał
    3. Wysyła
    4. Odbierający robi wpis źe doszło, dopisuje coś do zeszytu
    5. Wracamy do punktu 1 tak długo jak zeszyt jest nie pełny

    Tak więc prosta rzecz a naprawdę masa zabawy z takiego #piszzwykopem
    Takie wspólne i troszke losowe budowanie historii mocno wam przypadło do
    gustu, ze nadal słysze echa płaczu że jakieś dzbany zgubiły zeszyt w końcu
    Udało się 2 razy to i uda się tym razem wierzę w to.

    Tak więc zostaw plusa w pierwszym komentarzu jeśli Cię to interesuje.

    Że dziś mi humorek mocno spadł to na tym nie kończę

    Moja druga propozycja to #deprofundis

    Tak jest to moje chorepsychicznie epistolograficzne gówno

    ale od początku. De Profundis to gra #rpg dziejąca się między graczami
    bez mistrza gry. Sama gra nie wymaga spotjkania się czy innego wychodzenia
    z piwnicy zbytnio. Całość jest pomyślana jako korespondencja między postaciami.
    Ale rozgrywka się w tym nie zamyka, zachęca się by starać się wczuwać w
    odgrywaną postać tak często jak to możliwe (ale ostrożnie #psychologia ,
    #psychiatira ), przez co Twój nudny dzień nagle zaczyna być magiczy,bo sam
    tej magi szukasz w świecie. I tak powoli tworzycie razem z innym mirkem
    ciekawy i niepowtarzalny świat. Podstawowy podręcznik
    KTÓRY JEST OBIEKTEM ROZDAJO NUMER 2 JEŚLI TEN WPIS ZDOBĘDZIE PONAD 1000 PLUSÓW
    TO Z POŚRÓD PLUSUJĄCYCH KOMENTARZ NUMER 2 WYBIORĘ KOGOŚ KOMU GO WYŚLĘ.
    A jest to książka dość trudno dostępna w papierze (wiadomo piraty są...)
    Jeśli chodzi natomiast o świat w jakim się gra to podręcznik poleca 3:
    1850, 1920 i "Tu i teraz" wszystko lekko przyprawione pomysłami pisarza
    nazwiskiem #lovecraft. Ja od siebie polecam równierz kolorowy i pokręcony
    świat #postapo czyli #neuroshime, I niech mnie drzwi ścinsą przebijecie
    1234 plusy dorzucę jeszczę podręcznik do neuroshimy i zstaw kości

    W kolejnych komntarzach będą kolejne "światy" i zachęcam do plusowania równierz
    w tym chodiz o to by inni gracze wiedzieli kto chce w jakim świecie grać i
    mozna było łączyć się w pary na PW. Dla tych co się wsytydzą walić na PW mogę
    zorganizowac jakieś akcje w stylu łączenia w pary, spokojnie mam w tym doświadczenie
    btw, tu jest stary wpis na temat może wyjaśnić co nieco
    https://www.wykop.pl/wpis/22905215/a-wiec-mirki-zapytalem-sie-was-czy-chcecie-zagrac-/

    Tak więc mamy załatwione Zeszyt i De Profundis obie te zabawy rozwijają wyobraźnie
    i pozwalają uczynić nudne jak dworzec w katowicach życie czymś ciekawym.

    No i część 3 która jest i propozycja i pośbą do was.

    jeśli ludzie z #bitcoin i #kryptowaluty pamiętają z rok z kawałkiem temu,
    kręciłem #mirkowycznyn czyli akcje gdzie mirki w ciemno zakładały się że wykonają
    i opiszą jak wykonali jakieś zadanie, mające być czymś trunym a ciekawym.
    Zadania miały spowodować efekt "WOW" w ich życiu i tak dalej, wiecie coś
    o czym można opowiedzieć po latach.
    Pieniądze miały być bylko przynentą na tych leniwych.
    Chciałbym na przełomie marca/kwietnia znowu to uruchomić, ale przyznam, że
    brakuje mi pomysłów na zadania. Listę z ostatniej edycji macie tutaj:
    https://www.wykop.pl/wpis/27163749/mirki-z-mirkowycznyn-rozwojosobisty-potrzebuje-was/

    No i to chyba na tyle, do wygrania jest dużo, a właściwie wszystko.
    plusy zbieram do poniedziałku po pracy czy cos w tym guście.
    Mam nadzieję że będzie dobrze i conajmniej parę osób przez chwilę uśmiechnie
    się przez tego szczura.
    #glupiewykowezabawy
    pokaż całość

    •  

      @wytrzzeszcz na pewno wchodzę w zeszyt :D tylko tak: co tam się pisze? Cokolwiek, mogę coś narysować, napisać coś swojego, czy wspólnie tworzymy jakąś jedną spójną historię?

      Co do gier listowych. Między jaką ilością graczy się to rozgrywa? Co ile mniej więcej będzie musiał być wysyłany list?

      Co do wyzwań to zaraz doczytam :D

      Świetna inicjatywa Mirek! Na takie rzeczy liczyłem zakładając tu konto.
      pokaż całość

    •  

      @MeeF: Co do zeszytu to czytasz co pisali inni i wypadało by się dopasować, ale to żaden wymóg, więc cokolwiek tylko szanuj miejsce

      listowe ogólnie gra jest zazwyczaj 1vs1 ale ta sama postać może korespondować z wieloma innymi (wtedy jest ciekawiej)

      zachęcam doczytać

      dziękuje, to bardzo miłe mam nadzieję ze inni też podzielą twoje zdanie bo już kupilem podra do deprofundis na allegro a mam w szafce swoje wydruki więc chciałbym rozdać xD pokaż całość

    • więcej komentarzy (19)

  •  

    #piszzwykopem #opowiadanie #tworczoscwlasna #literatura

    Naskrobałem sobie opowiadanie. Może kogoś zainteresuje, więc wstawiam.

    Charles Miller – to nazwisko powinno być znane w każdym zapyziałym zakątku tego cholernego świata – pomyślał posiadacz tego nazwiska. Zajmował się pisaniem od najmłodszych lat. Chciał to robić, odkąd pierwszy raz przeczytał „Wojnę światów” Herberta Wallesa. Wymyślone przez niego spotkanie przez ludzi obcej cywilizacji, które skończyło się inwazją, wywróciło Charles’owi sposób patrzenia na świat. Zaczął myśleć o tym, co mogłoby się stać i co stanie się w przyszłości. Oczywiście potem przyszli inni: Philip K. Dick, Lem, Asimov, Frank Herbert i wielu innych. Gdy tak czytał, to doszedł do wniosku, że ciekawie byłoby napisać coś własnego. I napisał jedno opowiadanie, a potem drugie, aż w końcu zapomniał, że mógł żyć kiedyś bez pisania. Niestety, los nie był dla niego zbyt łaskawy, bo choć miał już czterdzieści dwa lata, to nigdy nie udało mu się wydać żadnej książki. Cały jego dorobek literacki ograniczał się do jednego erotycznego opowiadania, które opublikował w mało znanej gazecie o nazwie „Finezje”, gdy brakowało mu pieniędzy na jedzenie.. Od paru lat pogrążał się w co raz większej depresji. Od zawsze chciał być wielkim pisarzem i temu zajęciu poświęcał każdą wolną chwilę. Później chciał być już tylko pisarzem, ale nawet jego bardziej konwencyjne dzieła nie dostały się do druku. Teraz liczył już tylko na to, że jakikolwiek wydawca splunie na niego, bo to znaczyłoby, że chociaż został rozpoznany jako grafoman.

    Kończył właśnie spisywać swoje żale na papier, bo była to jedyna rzecz, która dawała mu trochę wytchnienia w tym świecie. Przestał stukać w klawisze na maszynie do pisania, którą przedkładał nad komputer, po czym odłożył maszynopis na stos innych kartek. Potem wyciągnął z szafki w biurku, przy którym pisał butelkę whisky i szklankę. Nalał sobie. Skrzywił się wypijając pierwszy łyk. Nie tak bardzo jakby to zrobił jeszcze parę miesięcy temu. Niepowodzenie literackie odbijało się na jego psychice tak, jak rana kłuta odbiłaby się na jego zdrowiu. Pił co raz więcej.

    Rzucił szklanką w ścianę. Nerwy mu nie wytrzymywały. Dlaczego, dlaczego nikt nie chciał wydać żadnej z jego cholernych książek. Przecież napisał ich sześć i nic. Mógł tylko patrzeć, jak inni pisarze, których można by nazwać, co najwyżej, miernymi osiągają sukcesy, a on mógł się tylko temu przyglądać. Wszystkie jego starania rozbijały się jak ta szklanka o ścianę. Nie chciał wiele, tylko żeby znalazło się parę osób, drobne grono, które doceniłoby to, co pisał. Widocznie jego próba uchwycenia świata była dla świata gówno warta. Nikt nie chciał czytać o kosmosie. Ludzie woleli romansidła.

    Zaczął żałować, że rozbił szklankę, bo znów zachciało mu się pić. Zorientował się jednak, że i tak skończyła mu się już whisky, więc wyszedł z domu, żeby zaopatrzyć się w większą ilość. Już nie kupował butelek, raczej skrzynki. Szła mu na to cała wypłata, którą dostawał pracując w jakiejś beznadziejnej knajpie jako kelner.

    Szedł wzdłuż ulicy i gdy miał już wchodzić do sklepu po alkohol, zobaczył naprzeciwko lokal, którego wcześniej tutaj nie widział. Podszedł, żeby się przyjrzeć. Na szybie był przyklejony plakat przedstawiający uśmiechniętą śmierć – prawdopodobnie zaczerpnięty motyw z meksykańskiej kultury. Jakiś szaman urządził tutaj swoją pracownię? Drzwi nie przedstawiały z kolei nic, więc Charles postanowił wejść do środka, żeby sprawdzić, co to jest właściwie za miejsce.

    Gdy wszedł, zobaczył zwyczajny, obłożony towarem na półkach sklep. Jednak to właśnie towar odróżniał to miejsce. Na półkach zamiast zabawek, piłek, czy nowego rodzaju nieprawdopodobnie nie zawierającej cukru coli były obłożone przedmiotami, których zbyt często się raczej nie widuje – laleczki voodoo, czaszki, berła, indiańskie medaliony, dziwaczne księgi w opasłych oprawach i wiele innych przedziwnych akcesoriów. Za ladą stał sprzedawca, który miał na sobie obszerną, czarną szatę, spod której nie dało się zobaczyć szczegółów jego sylwetki. Miał włosy koloru węgla zalizane do tyłu i krótko ostrzyżony zarost tego samego koloru.
    — Czym mogę służyć? — spytał dziwnie wyglądający sprzedawca.
    — Ja się tylko chciałem rozejrzeć.
    — Oczywiście, proszę.
    Charles podszedł pod jedną z półek i wziął do ręki pierwszy lepszy medalion. Był ośmiokątny, cały czarny i wypukły po środku. Wyglądał tak, jakby dało się go w jakiś sposób otworzyć. Gdy Charles spróbował to zrobić, usłyszał od sprzedawcy:
    — Niech pan tego nie robi.
    — Słucham?
    — Niech pan nie próbuje otworzyć tego medalionu.
    — Dlaczego?
    — Ten medalion ma leczyć bezsenność. Jeśli spróbuje pan go otworzyć nie znając zasad jego działania, może pan uśpić sam siebie na kilka dni.
    Charles spojrzał jeszcze raz na medalion i pomyślał, że właśnie został potraktowany jak frajer, którego można łatwo naciągnąć. Czy wyglądał aż tak naiwnie?
    — Widzę, że mi pan nie wierzy — powiedział sprzedawca domyślając się, co chodziło Charles’owi po głowie.
    — Nie jestem osobą, która wierzy w takie rzeczy. Preferuję raczej twarde dane i informacje, które można w każdej chwili wypróbować w zwykłym świecie, nie odwołując się do magicznych sztuczek nie z tego świata.
    — A chciałby pan wypróbować któryś z moich towarów?
    Tego Charles się nie spodziewał. Raczej liczył na to, że zostanie potraktowany beznadziejną gadką o tym, dlaczego magia działa, tylko gdy się w nią uwierzy, a gdyby to zrobił, to magia mogłaby mu naprawić wszystkie życiowe niepowodzenia. Ale — oczywiście — po paru tygodniach, bo magia musi się skumulować, żeby zaczęła działać. Oczywiście. Jednak sprzedawca zdawał się nie przejmować takimi rzeczami.
    — Chciał pan kiedyś latać?
    — Latać?
    — Tak, latać. Oderwać się od ziemi, pokonać grawitację, powiedzieć „cześć” ptakom w ich naturalnym środowisku.
    — Dlaczego pan pyta?
    — Bo dzisiaj jest dzień, w którym mógłby się pan przekonać, jak to jest.
    Po tych słowach wyciągnął spod lady słoik z zielonym płynem i szklankę. Nalał do szklanki malachitowej substancji, a potem podał ją Charles’owi.
    — Co to jest?
    — To jest napój, dzięki któremu oderwie się pan od ziemi. Nie wierzy pan, że te przedmioty mają rzeczywistą, magiczną moc, więc może zrobimy mały zakład? – Zapytał z uśmiechem.
    — Jaki zakład?
    — Bardzo prosty. Jeśli pan to wypije i uniesie się w powietrze, to kupi pan coś ode mnie. A jeśli nie, to dam panu butelkę whisky. — Te słowa mogły być najzwyklejszymi bzdurami, ale po tym jak je wypowiedział, to wyciągnął jeszcze butelkę najprawdziwszego Jacka Danielsa, czyli jedną z nielicznych rzeczy, które ostatnimi czasy robiły na Charles’ię jakiekolwiek wrażenie.
    — Wystarczy, że to wypiję, a potem niby zacznę lewitować? — Nie dowierzał Charles.
    — Wystarczy, że pan to wypije, a później naprawdę zacznie pan latać — powiedział z uśmiechem sprzedawca.
    — Niech będzie.
    Oczywiście picie dziwnego płynu, niewiadomego pochodzenia nie było najmądrzejszym ruchem, ale postępujący alkoholizm nie wybrzydza, gdy może dostać butelkę Jacka Danielsa za darmo.
    Wziął do ręki szklankę i wypił ją jednym haustem. Płyn smakował jak skrzyżowanie bimbru, kiwi i syropem do kaszlu. Dało się przełknąć, ale tylko przez wprawionego alkoholika.
    Przez chwilę nie działo się nic. Charles czekał na efekt, a sprzedawca szczerzył się do klienta tak, jakby miał go zaraz ogołocić z całej kasy. Jednak po chwili Charles poczuł wibracje pod stopami, tak jakby był w stanie wyczuć ruchy tektoniczne Ziemi. Drżenie narastało. Do tego stopnia, że w pewnym momencie Charles musiał złapać się za ladę, żeby się nie przewrócić. I wtedy poczuł, a właściwie to przestał czuć, żeby jego stopy przylegały do ziemi. Jego wzrok zaczął się unosić w górę razem z całym ciałem. Stał się lekki jak balon z helem i tak samo jakby to się stało z balonem, powietrze zaczęło go wypierać do góry. Mimo chwilowego przerażenia nawet spodobała mu się ta sytuacja. Czuł się lekki. Mógł latać w sposób, o jakim Da Vinci tylko marzył. Przez chwilę czuł się jak władca świata, ale to uczucie szybko zniknęło, gdy rąbnął tyłem głowy o sufit. Rzeczywistość lubi o sobie przypominać w najmniej przyjemny sposób.
    — Ściągnij mnie, do cholery, na dół! — ryknął ból z tyłu jego głowy.
    — Klient nasz pan — odpowiedział sprzedawca takim tonem, jakby miał zaraz ryknąć śmiechem — po czym wyjął z fałd swojej szaty igłę. Podszedł z nią do Charles’a, podwinął mu nogawkę i ukłuł go w ścięgno Achillesa.
    Charles’em przez cały pokój miotnęła jakaś siła. Chyba grawitacji niespecjalnie podobały się takie zabawy. Spadając roztrzaskał jedną z półek w sklepie. Wszystkie medaliony, talizmany, księgi, różdżki się posypały, a spadając wystrzeliły z siebie kaskadę iskier, które zlały się w obraz, który przedstawiał rozmytą — jakby widzianą w krzywym zwierciadle — szubienicę.
    Charles obolały i zdenerwowany całą sytuacją wykrztusił z siebie:
    — Co do…?
    — Magiczne przedmioty nie lubią być poniewierane — odparł sprzedawca uprzedzając tok myśli Charles’a.
    Charles zaczął masować obolałą głowę i spróbował jakoś ogarnąć, co się właśnie wydarzyło. Nigdy nie był zabobonny ani religijny. Nie przepadał, gdy ludzie zaczynali mówić o „nadprzyrodzonych rzeczach”, bo i rozsądek, i doświadczenie podpowiadało mu, że nie ma czegoś takiego, a jeśli ktoś chce cię przekonać, że jest, to albo jest idiotą, albo chce wycisnąć z ciebie kasę.
    — Jak się panu podobało? — spytał sprzedawca rozbawiony. Chyba nie pierwszy raz mu się przytrafił taki niedowiarek.
    — Jak cholera — burknął Charles wstając.
    — Zdaje się, że wygrałem zakład — powiedział sprzedawca — musi pan teraz coś ode mnie kupić.
    Charles rozejrzał się po sklepie. Miał pustkę w głowie. Właśnie dowiedział się, że magia istnieje, co już było ciosem dla jego światopoglądu, a teraz musiał wybrać sobie jeszcze magiczny przedmiot, który go nie zabije. Właściwie to nawet go nie chciał. Jedyne na co miał ochotę, to wyjść stamtąd.
    — Widzę, że nie może się pan zdecydować. Może podpowiedzieć? Czym pan się zajmuje zawodowo?
    — Ja… piszę książki.
    — Ciekawe, a dobrze się sprzedają? – spytał sprzedawca szczerząc się cały czas tym irytującym uśmiechem
    — Nie specjalnie — odparł Charles zagryzając zęby. Może to było niewinne pytanie, ale sprzedawca działał mu na nerwy.
    — Może chciałby pan coś na poprawę tego stanu rzeczy?
    — Ma pan coś, co sprawi, że moje książki rozejdą się ot tak? – spytał zdziwiony Charles z nutą nadziei w głosie. Jeśli istniała magia, to może istniał też sposób, żeby mógł stać się w końcu pisarzem.
    — Magia nie zna granic. Zaraz coś dla pana przyniosę.
    Sprzedawca odwrócił się na pięcie i poszedł na zaplecze. Przez chwilę dało się słyszeć tylko stukot przekładanych przedmiotów. Po chwili wyszedł z zaplecza taszcząc ze sobą ciężką, jaskrawo czerwoną maszynę do pisania.
    — Zdaje się, że to rozwiąże pana problemy.
    — Co to jest?
    — Maszyna do pisania — odparł rozbawiony sprzedawca.
    — To wiem. – Znów zaczął zagryzać zęby. — Jak działa?
    — To bardzo proste. Wystarczy, że napisze pan swoją kolejną książkę na tej maszynie, a ona załatwi resztę.
    — Załatwi resztę? Sprawi, że wydawcy spojrzą na moją powieść przychylnie, a czytelnicy zaczną skupować ją z półek?
    — Dokładnie tak.
    Charles nie mógł zebrać myśli. Miał przed sobą — przynajmniej według zapewnień sprzedawcy — klucz do jego największego marzenia. Gdyby to zadziałało, to w końcu mógłby zaistnieć jako pisarz, spełnić swoje największe marzenie, no i zdobyć uznanie za ponad dwadzieścia lat szlifowania swoich umiejętności. Niezależnie od wszystkiego, Charles musiał się przekonać.
    Już chciał się zgodzić, ale przyszła mu do głowy myśl:
    — Jaka jest cena tej maszyny?
    — Niewysoka — odpowiedział mężczyzna cały czas się uśmiechając — wystarczy, że nie będziesz pisał już tego, co pisałeś dotychczas.
    — A po co miałbym pisać to, co już napisałem? — spytał zdziwiony Charles.
    — Cena, jak widać, nie jest wygórowana.
    — Tylko tyle? A pieniądze? — Brzmiało to trochę jak podstęp.
    — Nie chcę pieniędzy. Wystarczy mi świadomość, że moje towary znajdują zastosowanie.
    Charles przez chwilę przyglądał się tajemniczej maszynie. W blasku słońca lśniła jak samochód po lakierowaniu. Co mu właściwie szkodzi spróbować?
    — Biorę.
    Kartki wskakiwały do maszyny nagie jak nowonarodzone dzieci, a wylatywały zapisane drobnym druczkiem jak strony Biblii Gutenberga. Na koniec zgrabnie układały się na równiutkim stosie setek innych kartek tuż obok. Charles, mimo ponad dwudziestu lat pisania nie mógł się nadziwić szybkością, z jaką powstawała jego nowa książka. Książka, która miała mu zapewnić bogactwo, sławę i długo wyczekiwane uznanie. Czuł się tak podekscytowany tą myślą, że od tygodnia nie wypił ani kropli jego ulubionej whisky. Zresztą, po co miałby to robić? Wystarczyło, że upijał się myślą o jego powstającym dziele, które zostanie skończone w ciągu najbliższych dwóch dni.
    Praca na maszynie należała do niezwykłych doświadczeń. Charles tylko ustawiał dłonie nad klawiszami, a wtedy zaczynała się magia. Palce same poruszały mu się po klawiszach i wystukiwały zdania. Nie pojedyncze, wyrwane z kontekstu, ale prawdziwe, opisujące historie i literackie zdania. Z początku Charles myślał, że to maszyna pisze sama, bez jego udziału, ale potem, gdy czytał opowiadania, które powstały zauważył, że to nie są zupełnie mu obce fabuły. Miał wrażenie, że skądś je już znał, ale nie wiedział skąd. Jednak zdał sobie sprawę, że to, co czytał jest jego opowiadaniem, historią, która gnieździła się w jego głowie, a on nie potrafił po nią sięgnąć. Za to maszyna to potrafiła, a on miał cholernie dużo szczęścia.

    Nareszcie udało mu się skończyć. Napisał swoją powieść w zaledwie trzy tygodnie. Wziął cygaro, położył się na kanapie i spokojnie je odpalił. Książka była świetna. Opowiadała historię młodej pary, która kupuje dom na wsi, żeby z dala od zgiełku spróbować uratować małżeństwo. Na początek opisuje przybycie obu małżonków do domu, który kupili, ich powierzchowności oraz ich stosunek do siebie. Dopiero później książka powoli zagłębiała się w mroczne sekrety ich małżeństwa, żeby dojść do przyczyn kryzysu. Wtedy dochodziło do wyjaśnienia, że mąż był przez wiele lat alkoholikiem, przez co jego żona wpadła w depresję i cierpiała razem ze swoim mężem, ale zamiast w alkohol uciekała w prochy. Kłócili się wielokrotnie, doszło nawet kilka razy do rękoczynów, ale koniec końców nie potrafili bez siebie żyć. W końcu na zacisznej wsi, w której zamieszkali udaje im się znaleźć spokój i wzajemne zrozumienie. Głęboka opowieść o dwójce połamanych ludzi, która próbuje skleić się nawzajem.
    Właściwie Charles w myślach napawał się już sprzedażą swoich książek, gdy naszła go myśl: a co jeśli ta maszyna, cała ta magia, sklep z artefaktami i wyszczerzony sprzedawca to tylko wytwór jego wyobraźni? Może obudzi się zaraz w kaftanie bezpieczeństwa i zostanie w niego władowane kilka tysięcy voltów na uspokojenie? Po chwili paniki Charles zignorował tę myśl. Nawet jeśli zwariował to co? Wolał te wyobrażenia od smutnej rzeczywistości.
    Dopalił cygaro, wziął maszynopis, po czym zapakował go do paczki i wysłał do jednego ze słynniejszych wydawnictw w kraju. Nie miał wątpliwości, że go przyjmą, a nawet jeśli to co? Już nie pierwszy raz znosi odrzucenie.
    — Panie Miller, skąd pan czerpie pomysły? — spytał młody mężczyzna na spotkaniu autorskim.
    — Z tego samego miejsca, co każdy pisarz — z dna butelki.
    Śmiech na sali.
    — Jaką dałby pan radę młodym pisarzom? — krzyknął ktoś z końca sali.
    — Jeśli ktoś wciska wam do ręki butelkę wódki, a wy mu odmawiacie, to lepiej zmieńcie zawód.
    Kolejny śmiech.
    — Chyba wystarczy już tych pytań. Pan Miller jest zmęczony – powiedziała prowadząca to spotkanie kobieta.
    Wszyscy zaczęli się rozchodzić. Charles nie wstał od razu, ale patrzył jeszcze na wychodzących ludzi. Miesiąc temu był nikim, teraz jest bardziej popularny niż cholerny prezydent. Napawał się tą chwilą, a właściwie to czuł ulgę. Po tylu latach pracy w końcu ktoś się pochylił nad jego twórczością. Na piedestale stanął posąg z jego podobizną.
    Obok niego siedziała prowadząca, która też nie szykowała się do szybkiego wyjścia. Szczupła brunetka o bardzo ponętnym spojrzeniu. Kolejny aspekt jego sukcesu. Wiedział, że tej nocy nie spędzi sam.
    Kolejnego dnia wstał pełen energii. Chyba pierwszy raz w życiu czuł się prawdziwie szczęśliwy. Jego marzenie się spełniło — został uznanym i sławnym pisarzem. Jego książka w ciągu miesiąca zarobiła tyle, że przez następne dwadzieścia lat nie byłby w stanie uszczuplić swojego konta. Zapalił cygaro i nalał sobie szklankę whisky, która kosztowała więcej niż zarabiał kiedyś jako kelner przez pół roku. Brakowało mu tylko jednego — pisania.
    Właściwie, to skończył swoją poprzednią książkę miesiąc temu i nigdzie mu się nie śpieszyło, ale pisanie zawsze go relaksowało. Poszedł do swojego gabinetu i usiadł przy biurku, na którym stała jego cudowna maszyna, która zapewniła mu powodzenie. Błyszczała czerwienią, tak jak w momencie, gdy ją kupował od tego dziwnego sprzedawcy. Gdy ostatnio przechodził tamtędy, nie mógł znaleźć tego sklepu. Zwinął interes handlu artefaktami? Trochę nie mieściło się to Charles’owi w głowie, ale widocznie miał jakiś powód.
    Przyszedł czas na pisanie. Charles wyciągnął ręce nad maszyną, a jego ręce zaczęły skakać po niej i wystukiwać zdania w niemożliwym dla człowieka tempie. Po minucie pierwsza strona była już zapisana. Charles chciał od razu zobaczyć, co jego umysł tym razem wytworzył. Wyjął kartkę i przeczytał, co wyskoczyło spod jego palców.
    Pierwsza strona opowiadała o młodym mężczyźnie, który zostaje wyrzucony z domu przez żonę, ponieważ zaczęła sypiać z jego przyjacielem i ląduje na bruku. Śpi na dworcach, żebra na ulicy, aż pewnego dnia przypadkowa kobieta, która kilka lat wcześniej straciła męża w wypadku, spotyka go. Postanawia mu pomóc, przygarnia go pod swój dach. Z czasem co raz bardziej przekonuje się do niego, aż w końcu rodzi się między miłość…
    Znowu miłosna historia dwójki zranionych ludzi? — pomyślał Charles — Muszę się bardziej postarać.
    Nie wiedział, w zasadzie, jak zmienić zapisywaną historię. Po prostu uniósł ręce nad maszyną licząc, że sama zrozumie, że on nie chce o tym pisać i po raz drugi przystąpił do pisania.
    Po kolejnej minucie miał w ręku kolejną kartkę. Tym razem fabuła opisywała kobietę, której partner był sadystycznym draniem. Znęcał się nad nią i tłukł do nieprzytomności. Żyła z nim przez trzy miesiące, ale nie wytrzymała w końcu i postanowiła odebrać sobie życie skacząc z budynku. Nie udało jej się, ponieważ jej sąsiadka, która wyszła wtedy na dach zapalić papierosa złapała ją w porę. Kobieta po nieudanej próbie samobójczej trafia zakładu psychiatrycznego, w którym poznaje chorego na lekką schizofrenię mężczyznę. Z czasem oboje stają się sobie co raz bliżsi. Dobrze się rozumieją i dzielą sposób myślenia. Po niedługim czasie zakochują się w sobie…
    Charles nie mógł uwierzyć w to, co czytał. Przecież to były zwykłe, tanie romansidła. Przypominały trochę jego najnowszą powieść, z powodu dosyć mrocznego nastroju i wątku miłosnego, ale w gruncie rzeczy to były romansidła.
    Ta myśl uderzyła Charles’a jak wylane z okna pomyje. Jego genialna powieść, dzieło, które uczyniło go sławnym, było zwykłym romansidłem. Nie potrafił zrozumieć, jak to się stało, że zaczął pisać historie romantyczne. Przecież nigdy takich nie pisał, a właściwie to ich nie znosił. Uważał, że to głupie opowieści dla podstarzałych kobiet, które nie wyszalały się w młodości, więc szukały pocieszenia w Don Marlonach i Hrabiach De Puco. Jego serce było w kosmosie. Science fiction było jego gatunkiem. Latami pisał opowiadania o podróżach międzygalaktycznymi statkami, kosmicznych piratach, wojnach między planetami. Kiedy to się stało, że dał się tak upodlić, żeby zacząć pisać romansidła?
    Te gorączkowe myśli przerwał, a właściwie skoncentrował wzrok Charles’a, który padł na maszynę, na której pisał.
    — Cholerny czarodziej! Omamił mnie i rzucił na mnie urok! — wywrzeszczał wściekły Charles.
    Spokojnie, czym ja się właściwie denerwuję? — pomyślał — przecież jestem teraz rozpoznawalnym pisarzem. Mogę posłać w diabły tę maszynę i napisać coś własnymi rękami. W końcu te historie i tak były moje. Nie potrzebna mi żadna magia.
    Ten wniosek uspokoił go trochę. Ściągnął nową maszynę z biurka, a potem wyciągnął starą z szafy z ubraniami. Była strasznie sfatygowana. Jej klawisze lata świetności miały chyba w czasach, gdy wyprowadzał się od rodziców, ale przez długi czas mu wystarczała, więc dlaczego nie teraz?
    Postawił maszynę na biurku i usiadł przy nim. Wyciągnął ręce nad maszyną i poszedł na żywioł. Już po krótkiej chwili uświadomił sobie, że to co napisał, jest kolejnym romansidłem, kolejną tandetą, od której chciał uciec.
    Zaniósł się histerycznym śmiechem. Po dwudziestu paru latach pisania nie wiedział jak pisać. To był dla niego cios. Nie umiał sobie wyobrazić, żeby już do końca życia miał tworzyć tandetne historie pod masy. Zawsze uwielbiał zajmować się pracą nad tymi historiami, bo były to historie, które mu się podobały. Wydawcy patrzyli na niego z politowaniem, ale on kochał wysyłać kolejne statki na podbój dalszych krańców wszechświata. Co miał teraz ze sobą zrobić?
    Najpierw dopadnę tego handlarzynę i połamię mu nogi za takie zabawy, a później dowiem się, w jaki sposób mogę odwrócić ten czar — pomyślał Charles.

    Jedyne co zobaczył Charles stojąc przed sklepem, który sprawił, że stał się słynnym pisarzem to grupka bezdomnych. Leżeli dokładnie w miejscu, w którym półtora miesiąca kupił swoją maszynę. Nie było sklepu, nie było szczerzącego się sprzedawcy. Była grupka meneli, która leżała pijana za pieniądze, które zebrali sprzedając złom i żebrząc od ludzi.
    Kim ja jestem, jeśli nie mogę być pisarzem, jeśli nie mogę pisać tego, czego chcę? — pomyślał, a ta myśl została z nim do dzisiaj. Cały żal stał mu się z czasem obojętny. Minęło tyle lat, że już nie potrafił go czuć. Jedynie czasem, gdy przyjeżdżał na spotkania autorskie, bo nie miał nic ciekawszego do roboty, to stawał się trochę smutny, choć ukrywał to przed widownią. Zresztą, i tak mieli go za wygasłą wiele lat temu gwiazdę, która zasłynęła dobrze napisanym romansidłem, którego nikt dziś już nie zna. Był kiepskim pisarzem, zdobył sławę i znów był kiepskim pisarzem. Historia zatoczyła koło. Gdy robi się zbyt melancholijny, to wypija butelkę whisky. Kiedyś słyszał, że gdy marzenia umierają, to wraz z nimi przepada część człowieka. Co się dzieje, gdy umrą wszystkie marzenia?
    pokaż całość

  •  

    No ( ͡° ͜ʖ ͡°) to znowu ja i moje paranoje
    I znowu miś ʕ•ᴥ•ʔ, który zaprowadzi was do mojego fanpejdża. Zapraszamy (w sensie ja i miś)
    #tworczoscwlasna #wiersz #poezja #piszzwykopem #scorpjoncontent

    źródło: Do pominięcia.png

    +: hejk4, W.....0 +6 innych
  •  

    Hej, zgodnie z obietnicą wrzucam drugą część mojego opowiadania inspirowanego kulturą słowiańską i Wiedźminem. Pierwsza część, a właściwie wstęp dostępny jest tutaj

    Tak jak za poprzednim razem będę bardzo, bardzo wdzięczny za przedstawienie opinii ;)

    ***

    - Śpisz?

    Po sypialni rozległ się cichy, ledwo słyszalny dziewczęcy szept.

    - Jeszcze nie, Zosiu.

    Odpowiedziała Marysia, która jako jedyna tej nocy leżała w łóżku. Obok niej na podłodze spało pięć dziewczyn z wioski. Pomimo twardego i niewygodnego miejsca na spoczynek, wszystkie pogrążone były w głębokim śnie.

    Najstarsza z nich Hanna była rówieśniczką Marysi i chociaż dorastały razem, to od dzieciństwa rywalizowały ze sobą praktycznie pod każdym względem. Kogo warkocz będzie ładniej spleciony, kto założy piękniejszą suknię, kogo chłopcy zaproszą więcej razy do tańca na wiejskim jarmarku – zmaganiom nie było końca. Dziewczyny zawsze udawały, że się szczerze nie znoszą, lecz tak naprawdę były najlepszymi przyjaciółkami. Hanna przyrzekła sobie, że jeśli Przemko po ślubie będzie źle traktował Marysię lub zrobi jej choćby najmniejszą krzywdę, ona pierwsza przemówi mu do rozumu.

    Nad przyszłą panną młodą czuwały również dwie bliźniaczki o imionach Róża i Rosława. Jak na córki młynarza przystało, posiadały dość pulchną sylwetkę. Nie było we wsi, a nawet w całej okolicy większych plotkarek od nich. Dziewczęta wiedziały wszystko o wszystkich, a żaden skandal nie mógł przejść ich uwadze. Jeśli od długiego czasu nic ciekawego się nie wydarzyło, często same rozpowiadały wymyślone historie o zalotach, romansach i zdradach. Oczywiście główne role w ich opowieściach odgrywali mieszkańcy wioski. W wyborze konkretnych bohaterów szczególnymi względami mogły cieszyć się osoby, do których siostry nie pałały zbyt dużą sympatią. I chociaż nikt nie brał na poważnie rozsiewanych przez nie plotek, to raz na jakiś czas zawierały one w sobie ziarno prawdy. Jedyną rozrywką, do której bliźniaczki podchodziły z takim samym zapałem jak do zmyślania opowieści, było siłowanie się na rękę. W zabawie praktycznie zarezerwowanej dla mężczyzn nie miały sobie równych. Do tej pory tylko wioskowy rzeźnik Hugo mógł wytrzymać napór ich masywnych rąk i je pokonać. Róża i Rosława nie mogły już się doczekać, kiedy w trakcie wesela ponownie rzucą mu wyzwanie.

    Przy łóżku Marysi spała także rudowłosa Bogna. Od dzieciństwa jej cała twarz obsypana była piegami, co podczas dorastania stanowiło dla niej istny koszmar oraz służyło innym dzieciom jako obiekt docinek i złośliwości. Z upływem lat piegi straciły jednak wyrazistość i dziewczyna wypiękniała wręcz nie do poznania. Bogna zachwycała nie tylko swą urodą, lecz również głosem, dzięki któremu każda pieśń przez nią śpiewana brzmiała jak melodia z samych niebios. Swój talent prezentowała zarówno na festynach, jak i w trakcie opiekowania się młodszym rodzeństwem. Dziewczyna, chociaż miała tylko piętnaście lat, postawiła sobie za punkt honoru poznanie na weselu odpowiedniego kandydata na przyszłego męża.

    Obok Bogny leżała jej młodsza, ośmioletnia siostra Nadzieja. Urodzona długo przed zapowiedzianym przez znachorkę terminem, wątła i słaba nie miała wielkich szans na przeżycie. Jej rodzice każdej nocy prosili bogów o wsparcie i nadali dziecku imię, które miało pomóc w pokonaniu przeciwności losu. Ich modlitwy zostały najwyraźniej wysłuchane i już po zaledwie paru dniach dziewczynka była zdrowa i tryskała energią. Nadzieja nie słuchając swojej siostry ani żadnego innego dorosłego uparła się, że także chce wziąć udział w czuwaniu. I jak to zwykle bywa w takich przypadkach, zasnęła jako pierwsza.

    - Słyszysz jak chrapią?

    Spytała cicho Zosia, była młodszą siostrą Marysi i choć dzieliły je trzy lata różnicy w wieku, doskonale między sobą się dogadywały. Obie dziewczyny zaśmiały się, jednak szybko umilkły w obawie, że kogoś obudzą.

    - Nie mogę już doczekać się jutra. Przez całą noc będę tańczyć i śpiewać! Na weselu wszyscy będą się dobrze bawić… no może oprócz Garbusa, któremu wychodząc za mąż, złamiesz serce.

    Zachichotała złośliwie.
    - Przestań!

    Krzyknęła jej starsza siostra. Po chwili rozejrzała się nerwowo czy jej głos nikogo nie wyrwał ze snu.

    - Powtarzałam ci wiele razy, abyś go tak nie nazywała. Wystarczy już, że inni pod moją nieobecność ciągle się z niego śmieją. Czy chciałabyś być na jego miejscu?

    Spytała siostrę.

    Wszemił był kaleką od urodzenia. Na jego plecach wyrósł duży garb, dzięki któremu zawdzięczał swoje szczególnie popularne wśród złośliwych dzieci przezwisko. Miał także problemy z poprawną wymową nawet najprostszego słowa. Zarówno chłopcy, jak i dziewczęta szydzili z niego i robili mu głupie żarty. Niezdolny do pracy w polu, dnie i noce spędzał razem z matką w ich domu. Jedynym jego obrońcą, gdy wychodził na podwórze była Marysia, która zawsze odstraszała i przeganiała żartownisiów. W zemście rozpowiadano później, że są parą, lecz zupełnie się tym nie przejmowała.

    - Ja... przepraszam. Obiecuję, że więcej go tak nie nazwę.

    Odezwała się głosem pełnym skruchy Zosia.

    - Będę bardzo tęsknić za twoim nieustannym prawieniem mi morałów, gdy już się od nas wyprowadzisz.

    Dodała, po czym uśmiechnęła się najpiękniej jak tylko potrafiła.

    - Przecież przeprowadzam się na drugi koniec wioski, nie świata. Jeszcze nie raz uszy ci zwiędną od moich kazań. Obiecuję.

    Odpowiedziała radośnie Marysia.

    - Późno już. Dlaczego jeszcze nie śpisz?

    Zadała siostrze pytanie.

    - Ale... ale na tym polega całe dzisiejsze czuwanie. Mamy bronić cię przez całą noc przed różnymi złymi chochlikami, duchami i… upiorami.

    Odparła całkiem poważnie Zosia.

    - Naprawdę w to wierzysz? Nie masz się czym martwić głuptasie! Żadne duchy nie istnieją, a tym bardziej jakieś złośliwe chochliki. Nawet jeśli jest choćby odrobina prawdy w tych głupich zabobonach, to i tak możesz być spokojna – w razie czego będą mieć ze mną do czynienia. Nie myśl o tym i spróbuj zasnąć, no chyba że chcesz w połowie mojego wesela paść jak kamień ze zmęczenia. A tego własnej siostrze bym nie wybaczyła!

    Dziewczyny ponownie cicho się roześmiały. Po uspokajających słowach Marysi, Zosia postanowiła zrobić jedyną rzecz, którą miała żałować już do końca swych dni. Zasnęła.

    #piszzwykopem #ksiazki #literatura #tworczoscwlasna #wiedzmin #wiedzmin3 #probujepisacksiazke
    pokaż całość

    •  

      @Fireon: nie pasuje mi jakoś twój „format” zapisywania dialogów, nie spotkałem się z takim zapisem w j. polskim. Podbijam to co poprzednik o imionach dziewczyn i Gar... Wszemiła, tez brzmi to trochę dziwnie.

    •  

      @asunez: @yosemitesam: Ależ przecież to jest świat wymyślony więc nie bardzo rozumiem te zarzuty. Równie dobrze moglibyście Sapkowskiemu zarzucać, że z jednej strony ma jakiś kwiat (Jaskier), a z drugiej Geralta czy inną Cirille, a ma jeszcze Jakuba, Sigismunda i Lamberta (chociaż nie wiem czy niektóre z nich nie występują tylko w grach). No i odnośnie samego występowania imion z różnych religii - przecież my teraz też mamy imiona z różnych kultur i tu pomijam już jakieś nowoczesne naleciałości pokroju Dżastin. Mamy imiona biblijne, rzymskie czy słowiańskie i nikogo pupa o to nie boli.

      @Fireon: Odnośnie dialogów. Chyba lepszym rozwiązaniem byłoby:

      - Ja... przepraszam. Obiecuję, że więcej go tak nie nazwę - odezwała się głosem pełnym skruchy Zosia - Będę bardzo tęsknić za twoim nieustannym prawieniem mi morałów, gdy już się od nas wyprowadzisz - dodała, po czym uśmiechnęła się najpiękniej jak tylko potrafiła.
      - Przecież przeprowadzam się na drugi koniec wioski, nie świata. Jeszcze nie raz uszy ci zwiędną od moich kazań. Obiecuję - odpowiedziała radośnie Marysia.


      No i też nie musisz po każdym tekście wypowiedzianym przez postacie dodawać jakiś komentarz. Np. "Zadała siostrze pytanie. " jest wg mnie całkowicie zbędne, ale to tylko moje zdanie.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (6)

  •  

    Hej Mirki,

    Piszę opowiadanie inspirowane kulturą słowiańską i Wiedźminem. Może to grafomaństwo, ale czy ktoś byłby chętny ocenić moją pracę? Byłbym bardzo, bardzo, bardzo wdzięczny za przedstawienie opinii. Póki co podsyłam wstęp:

    Wybaczcie jeśli zaśmiecam któryś tag ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Noc przedślubna

    Żniwa w wiosce Przedrosły powoli dobiegały końca. Stodoły i spichlerze zapełniały się zebranym zbożem. Młode dziewczęta wraz z dziećmi zajęte były dekorowaniem chat oraz podwórza. Starsi chłopcy naprawiali uszkodzone płoty i łatali dziurawe dachy domostw. Studnia znajdująca się na samym środku gościńca została przyozdobiona wszelkiego rodzaju kwiatami. W powietrzu unosił się wspaniały zapach wędzonego mięsa i świeżo wypiekanego chleba.

    Nadszedł bowiem najszczęśliwszy okres w roku, czas radości i zabawy, czas wesel. Licząca już siedemnaście wiosen Marysia, najstarsza córka kowala nareszcie wychodziła za mąż. Była to piękna dziewczyna, za którą oglądali się wszyscy tutejsi kawalerowie. Jej zielone oczy i czarne włosy, zazwyczaj splątane w dwa warkocze przyciągały jak magnes spojrzenia innych osób. Rodzice Marysi, choć długo zwlekali z ożenkiem, koniec końców wybrali córce dobrego kandydata. Przemko może nie zachwycał urodą, lecz nadrabiał tę cechę swą pracowitością i uczciwością. Wywodził się także z najzamożniejszej chłopskiej rodziny we wsi, co było jego kolejną, jak nie najważniejszą zaletą.

    W przeddzień ślubu, gdy zbliżał się już wieczór i zapadał zmrok, niezamężne dziewczęta z najbliższej okolicy odwiedzały domostwo przyszłej panny młodej. Zgodnie z tradycją miały one czuwać w nocy przy jej łóżku i odpędzać w razie potrzeby wszelkie złowrogie istoty. Wedle ludowych wierzeń w uroczystości przeszkodzić mogły złośliwe chochliki, które zazwyczaj wkradały się do chaty i plamiły, brudziły bądź całkowicie rozrywały na strzępy suknię ślubną. Te wredniejsze próbowały ponoć skraść nawet cnotę przyszłej panny młodej.

    O wiele większe zagrożenie miały powodować zazdrosne duchy kobiet, które zostały na całe życie starymi pannami lub nie doczekując swych zaślubin tragicznie zmarły w młodym wieku. Te zmory w najlepszym przypadku oszpecały swą ofiarę tak, aby nazajutrz jej wybranek zrezygnował ze ślubu. W innych bardziej ponurych podaniach duchy porywały nieszczęsną dziewczynę i odchodziły w nieznanym kierunku.

    Gdyby tylko ktoś oprócz małych dzieci traktował poważnie pradawne opowieści, być może wydarzenia, które miały nadejść tej nocy, potoczyłyby się zupełnie inaczej…

    #piszzwykopem #ksiazki #literatura #tworczoscwlasna #wiedzmin #wiedzmin3 #probujepisacksiazke
    pokaż całość

    +: x.........K, FlamesFromHell +10 innych
    •  

      Nie mniej

      @Fireon: Niemniej* ; )

      Na początku - nie wrzucałeś tego już gdzieś? Mam wrażenie, że pierwszy akapit już widziałem, chociaż może to wynikać z dość banalnej sceny oraz mocno standardowego sposobu opisu.

      Ogólnie nie bierz tego komentarza jako wymierną ocenę - po prostu przyczepię się właściwie do wszystkiego, co moim zdaniem jest tego warte, choćby i przyczepki były mocno subiektywne.

      Po pierwsze to, co napisało już kilka osób. Pierwszy akapit jakby odbity od formy. Zdanie po zdaniu - pach, pach, pach. Im dłużej trwa taka maniera, tym bardziej tekst jest męczący. Niby nie jest tutaj długo, ale i tak bym popracował.

      Była to piękna dziewczyna, za którą oglądali się wszyscy tutejsi kawalerowie.

      A byli jacyś nietutejsi?

      Jej zielone oczy i czarne włosy, zazwyczaj splątane w dwa warkocze przyciągały jak magnes spojrzenia innych osób.

      Niepotrzebny zaimek "jej", niepotrzebne "innych osób", po prostu - "[...] włosy [...] przyciągały spojrzenia jak magnes". Do tego mimo wszystko nieco banalne, warto nadawać postaciom od początku bardziej szczegółowych, charakterystycznych cech.

      Przemko może nie zachwycał urodą, lecz nadrabiał tę cechę swą pracowitością i uczciwością.

      "Nie zachwycanie urodą" trochę zgrzyta mi z istotą cechy. Albo "jakaś uroda", albo w ogóle nieco inaczej, np.

      Uroda Przemko być może nie sprawiała, że dziewuchom miękną kolana, ale za to był uczciwy i pracowity.

      Wywodził się także z najzamożniejszej chłopskiej rodziny we wsi, co było jego kolejną, jak nie najważniejszą zaletą.

      Jak dla mnie świetna okazja do luźnego wtrącenia - powyższy opis jest po prostu... nieliteracki, a humor w fantasy zdecydowanie nie szkodzi.

      Uroda Przemko być może nie sprawiała, że dziewuchom miękną kolana, ale za to był uczciwy, pracowity, honorowy... No i pochodził z najzamożniejszej rodziny ze wsi, co mogło dodać mu nieco punktów.

      gdy zbliżał się już wieczór i zapadał zmrok

      Wtóruję za @90alexa90, dwa razy to samo.

      miały one czuwać

      po co ten zaimek?

      odpędzać w razie potrzeby wszelkie złowrogie istoty. Wedle ludowych wierzeń w uroczystości przeszkodzić mogły złośliwe chochliki, które zazwyczaj wkradały się

      Dla mnie gryzie się tutaj jedna rzecz. Najpierw piszesz "w razie potrzeby" sugerujące niską częstotliwość ww. zdarzeń, a w następnym zdaniu jest "zazwyczaj"

      Te wredniejsze próbowały ponoć skraść nawet cnotę przyszłej panny młodej.

      "Nawet skraść cnotę" a "skraść nawet cnotę" to inne rzeczy. Zastosowany przez ciebie szyk sugeruje, że chochliki kradły różne rzeczy, nawet cnotę. Wydaje mi się, że chodziło ci raczej o wyeksponowanie kradzieży cnoty jako najgorszego występku chochlików ; )

      O wiele większe zagrożenie miały powodować zazdrosne duchy kobiet, które zostały na całe życie starymi pannami lub nie doczekując swych zaślubin tragicznie zmarły w młodym wieku.

      Brakuje mi tutaj pewnego uporządkowania. Tzn. najpierw piszesz o chochlikach, stopniując powodowane przez nich hece. I teraz, jeżeli chcesz wprowadzić coś gorszego, to imho powinieneś trochę to upłynnić. Rozdzieliłeś chochliki od zjaw, co tworzy wrażenie, że to od tych pierwszych mają pannę młodą bronić panny z okolicy, a z duchami w sumie nie wiadomo co ; )

      Ale to nie chochlików obawiano się tak naprawdę. Właściwym zagrożeniem były zazdrosne duchy kobiet[..]

      Dalej:

      Te zmory w najlepszym przypadku oszpecały swą ofiarę tak, aby nazajutrz jej wybranek zrezygnował ze ślubu. W innych bardziej ponurych podaniach duchy porywały nieszczęsną dziewczynę i odchodziły w nieznanym kierunku.

      Popracuj nad zaimkami i przyimkami - widoczny powyżej sposób ich stosowania świadczy o nieporadności piszącego. "Te zmory" "oszpecały swoją ofiarę tak[...]". Lepiej użyć synonimu a potem opisać, na czym polegało oszpecenie. No i "porywały nieszczęsną dziewczynę i odchodziły w nieznanym kierunku" to trochę jakby porywały, a potem sobie szły ; )

      Brakuje przecinków, ale to już mi się nie chce. Pozdrawiam.
      pokaż całość

    •  

      @IamHater: dzieki serdecznie za tak wyczerpujące uwagi :)

    • więcej komentarzy (9)

  •  

    Fragment mojego opowiadania, jak myślicie będzie coś z tego? ( ͡º ͜ʖ͡º)

    Droga
    To nie jest właściwa droga

    Niektórzy mówili że otrzymałam klucze do miasta twych snów
    Bardziej ucieszy mnie wyjście poza mury i złapanie oddechu
    Bardziej skłonna jestem wspiąć się lub ujarzmić wewnętrzne morza
    Jestem bardziej żywa czując wewnątrz pałacu pełnego drzew
    Robię to z powodów, których nawet nie mogą sobie wyobrazić
    Tracę siebie, zatchnięta czymś więcej, niż tym co zobaczyli.
    Nie jestem niewolnikiem chciwości
    Nie czekam na objęcia twej fałszywej uczciwości
    Nigdy nie byłam na sprzedaż, mimo tego, że myślisz że wiesz czego chcę
    Więc niech zostanie postanowione
    Niech ta muzyka służy paktowi
    Niech się szerzy jak zaraza
    Niechaj zrodzi szlachetny owoc
    Tego jest więcej niż na pierwszy rzut oka
    Tego jest więcej, niż wynosi cena już wysoka
    Jeśli nie widzisz nieba, sztucznego światła już ci nie potrzeba
    Nie mogę przewidzieć swojej ścieżki, ale oni nie widzą mojej przeszłości
    Uciekam przed błyskiem, wbiegając wprost w podmuch
    Góra egoizmu zbudowana na stercie śmieci
    To dokładnie to co otrzymujesz, kiedy wszystkiego nie przewidujesz.

    To nie jest właściwa droga
    Ale to moja droga
    Zack Hemsey - Droga, tłumaczenie julekkrzebietke

    Prolog
    Wojna. Wojna się nie zmienia. Tylko w mediach i holo wygląda pięknie i schludnie. Paru żołnierzy biegnących za innym trzymającym flagę. Cięcie. Wstąp do armii, odmień swoje życie. Gdy leżysz w okopach, we własnych wymiocinach i krwi, patrząc w oczy trupowi, którego masz na wyciągacie ręki, tak blisko jak kochanka, wojna traci sens. Życie także.
    Nikt już nie pamiętał o co rozpoczął się konflikt, który trwał od wielu lat. Może tylko politycy. Dlaczego planeta nazwana Eden zmieniła się w piekło. Dlaczego konflikt przerodził się w wojnę w świecie, który miał być idealny. Ale stało się. Wojna trwała od pół roku. A populacja Edenu nie była zbyt duża. Dlatego do wojska przyjmowano coraz młodszych. Moje życie, straciło sens gdy zmarła matka. Ojca nie znałam. Gdy kryzys zajrzał w oczy ludziom, gdy brakowało lekarstw i pracy, brakowało jedzenia, armia była szansą. Dostaniesz jedzenie i żołd. Jeśli przeżyjesz także rentę weterana. Cóż miałam zrobić? Wstąpiłam w wieku siedemnastu lat. Nie sądziłam, że od razu trafię na pole bitwy. Któż wysłałby rekrutów po dwutygodniowym szkoleniu na pierwszą linię frontu? Myliłam się. A może to zwiad się pomylił.

    1.
    Mieliśmy tylko zabezpieczyć jakieś lotnisko. A trafiliśmy prosto z transportowca pod ciężki ostrzał. Piechota przeciw artylerii. Pomyśleć, że zastanawiałam się, czy dam radę strzelić gdy zobaczę wroga. Pociągnąć spust, zabić. Nie miałam szans go zobaczyć. Pomarańczowo żółte chmury wybuchów dziesiątkowały dzieciaki nieprzygotowane nawet do walki. Biegłam, a ziemia drżała od eksplozji. Czarny, gęsty dym z płonących pojazdów i strąconych transportowców, wyrzucana w powietrze ziemia utrudniały widzenie. Zamieniały dzień niemal w noc. Patrzyłam na porozrywane ciała, dziesiątki ciał, rąk, nóg. Musiałam je omijać. Po kolejnym wybuchu, prawie tuż za mną, pod nogi wpadła mi część korpusu dziewczyny. Tylko kawałek, powyżej piersi, z jedną ręką. Znałam ją, to była Meg. Twarz miała nie nienaruszoną. Wydawało mi się, że przez chwilę patrzyła na mnie, a jej usta drgały. Nie bałam się już. Byłam przerażona. Kawałek dalej chłopak bez nóg błagał o pomoc. Rannych i zabitych przybywało z każdą chwilą, aż wydawało mi się, że biegnę sama, nie wiadomo po co. Po śmierć?

    Aż bieg się skończył, znów bliska eksplozja, coś uderzyło we mnie bardzo mocno, wpadłam do prowizorycznych okopów. Wprost przed swojego dowódcę. Miał otwarte oczy i usta. Ale była go tylko połowa. W głowie mi huczało, słuch straciłam chyba już dawno temu, nogi i plecy bolały, prawdopodobnie oberwałam odłamkiem. Czułam tylko drżenie ziemi. A potem ciszę. Więc to mój grób?

    Nie wiem jak długo leżałam po tym jak już ustały eksplozje. Godziny, dni? Bałam się ruszyć, przerażenie sparaliżowało mnie. Gdzie wsparcie? Gdzie transportowce ewakuacyjne? Była tylko cisza i śmierć. I kawałek nieba, który widziałam z okopu. A potem usłyszałam coś, co przeraziło mnie jeszcze bardziej, choć wydawało mi się to już niemożliwe. Strzały z broni ręcznej. Pojedyncze. Oni nie brali jeńców.

    Udawać martwą? Przeżyć? A potem co? Instynkt wziął górę nad wszystkim innym. Mój mundur był przesiąknięty krwią, nie tylko moją. Plan mógł się udać. Przykryłam się częściowo jakimś ciałem, ułożyłam w nienaturalnej pozycji. Pod ręką ukryłam sztylet. Czy dam radę go użyć? Czekałam. Aż nadszedł czas próby. Ktoś wskoczył do okopu. Oczy miałam otwarte, wpatrzone w jeden punkt, oddychałam najciszej jak potrafiłam. Byle nie mrugnąć. Bałam się, tak jak jeszcze nigdy w życiu. Ktoś stanął nade mną, pochylił się, aż znalazł w moim polu widzenia. Dziewczyna. W moim wieku. Miała szeroko otwarte oczy. Musiała coś zauważyć. Może kropelkę potu spływającą z mojego czoła. Drgnęła. Spojrzałam jej prosto w oczy. No dalej, strzelaj! Nie chcę się już dłużej bać! Ale usta ułożyły się w inne słowa. „Proszę, nie”. Patrzyła na mnie chwilę prawie dotykając lufą karabinu, a potem wykonała jeden gest. Przyłożyła palec do warg. „Siedź cicho”. I odeszła. Oszczędziła mnie. Dlaczego? Może trafiła tu tak samo jak ja? A może w moich oczach zobaczyła swój strach?

    #tworczoscwlasna #piszzwykopem #scifi
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    #piszzwykopem eh poczytał bym epopeję gdzie w post apokaliptycznym świecie ład i porządek przywracają kierowcy ciężarówek
    #bekaztransa

  •  

    UWAGA!
    konkurs jest.
    Co trzeba zrobić aby wygrać?
    Opisać w ciekwy sposób jak poszedłeś do sklepu po czipsy.
    napisać to na wykopie w tagu #idepoczipsy i upewnić się że to przeczytałem.
    Co można wygrać
    Jako biedak szczur wyślę do Ciebie ręczneie napisany list z gratulacjami i jakieś żelki, więc ja bym brał.
    dodtkowo jak pojawi się sponsor to wiesz
    #konkurs #rozdajo #piszzwykopem
    pokaż całość

    +: J................y, riizzlaa +6 innych
  •  

    Jeśli miałabym wybrać najbardziej trafne porównanie, żeby opisać miłość powiedziałabym, że miłość jest jak bieg na trzy nogi.
    Na początku cały czas się przewracacie ale nie przeszkadza wam to bo świetnie się bawicie. Wiecie, że musicie wejść we wspólny rytm, więc najpierw jedno potem drugie narzuca swoje tempo > LEWA! PRAWA! LEWA PRAWA.
    Rozumiecie to inaczej, bo dla obojga prawa oznacza inną nogę.
    Po jakimś czasie zaczynacie się rozumieć, wiecie co drugie ma na myśli i jakoś to idzie. Zdarza się, że któreś traci takt i gubi się w biegu. Ale to nic. Zadaniem tego drugiego jest was, wtedy mocno trzymać i nadać z powrotem rytmiczności. Zabawa nie polega na tym, żeby przeć do przodu, lecz na tym, żeby mieć tę drugą osobę i iść z nią ramię w ramię, nie ściskając jej przy tym za mocno.

    Stajecie się coraz bardziej bezbronni wierząc, że nie upadniecie mocno trzymani przez waszą parę. Ufacie. Tylko tyle i aż tyle. Ufacie, że możecie biec, powoli zapominając jak się chodzi samemu. Wierząc, że do samej mety będziecie zdani na siebie. Nie mając żadnej pewności, że któreś z was nie zrezygnuje przed końcem wyścigu.
    ¯\_(ツ)_/¯
    #zwiazki #piszzwykopem #milosc
    pokaż całość

  •  

    Kobieta upadła

    Usłyszała dźwięk naciskanej klamki, po czym głuche uderzenie w drzwi, jakby osoba chcąca wejść do środka miała pewność, że będzie otwarte.

    Znowu zapomniała otworzyć zamek przed powrotem swojego ukochanego do domu.

    Podbiegła do drzwi, słysząc przez nie dźwięk nerwowego podzwaniania kluczami.

    Czy po raz kolejny będą przeprowadzali rozmowę na ten temat? Oboje znali swoje argumenty na pamięć. On będzie ją przekonywał, że ten apartamentowiec jest bezpieczny. A ona nadal czuje się nieswojo, gdy jest sama w mieszkaniu przy drzwiach niezamkniętych na klucz.

    A miała takie konkretne plany na ten wieczór. Martwiła się, czy atmosfera nie prysła, otwierając Adamowi drzwi.

    Rozradowany mężczyzna wpadł do domu jak burza, nie chcąc tracić czasu na ich zamykanie, trzasnął drzwiami i niedbale rzucił torbą z laptopem. Kolejna kwestia, którą poruszali wiele razy. Ona z rodzinnego domu, w którym się nie przelewało, wyniosła szacunek dla rzeczy materialnych. On przeciwnie, uważał przedmioty jedynie za narzędzia do celu, rzeczy to tylko inna forma pieniędzy, a pieniądze zawsze da się zarobić.

    Czuła się dotknięta, gdy tak mówił.

    Ale żeby nie tracić nadziei na realizację swojego planu, nie odezwała się na ten temat słowem.

    Zadarła lekko głowę, gdy się zbliżył. Dzieliła ich spora różnica wzrostu.

    Z zagadkowym uśmiechem mężczyzna wyjął z kieszeni pudełko. Otwarcie wieczka ukazało Annie kolczyki i piękny wisiorek.

    – No ale po co złoto… – westchnęła.

    Nie lubiła w sobie tego pociągu do błyskotek. Zdecydowanie wolałaby, aby Adam wpłacił cenę tej biżuterii na konto oszczędnościowe, a jej kupił coś srebrnego. Z drugiej strony już czuła budzącą się radość na myśl o swoim wyglądzie ozdobiona takim zbytkiem.

    – Źle ci? – odparował z szelmowskim uśmiechem. – Czuję potrzebę docenienia mojej kobiety. Chcę, żeby inni widzieli, jak cię doceniam, aby od ciebie bił blask złota. Wybacz, ale to wciąż moje pieniądze i jak tak dalej pójdzie, to będzie ta intercyza, zobaczysz! - krzyczał mężczyzna z uśmiechem na ustach.

    Gdy mówił z zaangażowaniem, czasem się zapominał i swoim tubalnym głosem mówił nie tylko do niej, gdyż zapewne słyszeli go także sąsiedzi.

    Zauważył, że kobieta porusza ustami.

    – Co? – na wpół powiedział, na wpół krzyknął.
    – Mówię, że ci dziękuję – rzekła ze spuszczonymi oczyma. Patrzyła się na podłogę, pudełko trzymała zamknięte w dłoni. Ramiona wzdłuż ciała, postawa lekko przygarbiona.
    – Ależ proszę. Hej, skarbie, skąd smutek?
    – Bo na mnie krzyczysz!
    – PRZEPRASZAM! – krzyknął bezmyślnie.

    Zapadła cisza.

    – Wybaczam... – szepnęła.

    Z mężczyzny spłynął cały entuzjazm, który zastąpiła fala czułości i rozczarowania swoim zachowaniem.

    Tak się czasem mijali w życiu. Ona zapomniała otworzyć drzwi. On z emocji zapomniał o ich rytuale na powitanie.

    Tym rytuałem była chwila na przytulenie się po tym, jak nie widzieli się przez kilka lub więcej godzin. Czy miał prezent, czy nie miał, czy byli szczęśliwi, czy przygnieceni smutnym wydarzeniem, Anna domagała się przytulenia na powitanie. Zawsze. W tym celu nawet kupiła dziecięcy stołeczek, który stał przy drzwiach i na który wchodziła, aby móc po rozłące spojrzeć swojemu ukochanemu w oczy bez zadzierania głowy.

    Miała nadzieję, że ten stołeczek kiedyś wypełni swoje prawdziwe przeznaczenie. Był on sprzedawany przecież jako przedmiot dla dzieci.

    Czy byli zdrowi, czy byli chorzy. Czy zamożni, czy biedni. Czy nie mieli oka, ręki lub nogi.

    Anna domagała się przytulenia zawsze. Endorfiny wyzwolone z przytulenia ukochanego mówiły jej, że będzie dobrze. I tylko to, i aż to chciała wiedzieć. Złota biżuteria nie była dla niej ważna.

    Dla niej najważniejszy był on. I chciała, aby ona była równie ważna dla niego.

    Mężczyzna o posturze niedźwiedzia objął i mocno przytulił kobietę. Robił to używając odrobiny siły. Wiedział, że uścisk daje Annie poczucie bezpieczeństwa.

    Rozczulony jej postawą, żałował swojego grubiaństwa. Pochylił głowę i powąchał jej włosy. Wyczuwał swoje ulubione perfumy oraz lekki zapach jeszcze czegoś… Tak, to sole do kąpieli, charakterystyczny, nieco gryzący zapach, który trudno było wyczuć po spłukaniu go czystą wodą.

    Jego organizm zaczął reagować na jej bliskość. Dotyk, zapach. Ledwo słyszalnie mruknęła z zadowolenia. Słuch. Spoglądał na czubek jej głowy, podziwiając gęste włosy. Wzrok.

    Do niesłusznego, acz powszechnego mitu o istnieniu tylko pięciu zmysłów, brakowało mu jedynie smaku. Chciał poczuć jej smak.

    Jego prężniejący członek szukał swojego miejsca w ich uścisku. Kobieta na swoim brzuchu czuła każdy jego ruch.

    Pomimo narastającego podniecenia, a może dzięki niemu, Adam zmarszczył brwi. Coś w jej zachowaniu było sprzeczne, jednak nie potrafił stwierdzić, co. Zaciągnął się jej zapachem, który kontrastował z tym, co widział, a widział ją ubraną w starą koszulkę t-shirt, którą dawno powinna wyrzucić…

    Nie, ona jej nie wyrzuci. Ona ją potnie i będzie dalej używała, jako szmaty.

    Tak czy inaczej, był to strój do sprzątania. Skąd więc zapachy po kąpieli?

    Zaczynając rozumieć, odsunął ją trochę, aby się jej przyjrzeć. Koszulka była dosłownie podarta, w materiale ziała sporej wielkości dziura. Anna zawadiacko się uśmiechała. Dopiero teraz zauważył, że nie miała założonego stanika. Podniecenie kobiety było wyraźnie zauważalne.

    Wszystko stało się jasne. Zdarzało im się już przypadkiem podrzeć na sobie ubranie, gdy byli siebie tak strasznie spragnieni. Tym razem potarganie ubrania było zaplanowane.

    Jednak dostrzegł w jej oczach wyzwanie. A więc czekała ich bitwa. Bitwa, którą przeprowadzali już niejednokrotnie. Z reguły Adam przegrywał, ale postanowił, że tym razem postara się bardziej.

    Elektryzująca zabawa polegała na tym, że przegranym jest ta osoba, która nie wytrzyma z podniecenia i rzuci się całować i rozbierać partnera.

    W tej walce dozwolone były pewne fortele. Ona zmysłowo oblizała usta. On jakby od niechcenia podrażnił palcem jej sterczący sutek. Ona odwdzięczyła mu się leciutko smyrając go po kroczu opuszkami.

    Aż westchnął czując, jak w naprężonym do granic możliwości członku toruje sobie przejście naturalny lubrykant, preejakulat.

    – Za chwilę na podłodze będzie kałuża – powiedziała kobieta z trudem opanowując głos. Pod względem wydzielin z powodu podniecenia, byli do siebie podobni.
    – To ją później wytrę – uśmiechnął się.
    – A nie zechciałbyś zerwać ze mnie ubrania? – uniosła brew.

    „Ja pierdolę”, pomyślał mężczyzna. Zorientował się wcześniej, co do jej zamiarów. Nie wpadł na to, że tym razem to on powinien „przegrać” ich bitwę na podniecenie.

    Zacisnął pięść na kołnierzyku jej koszulki i szarpnął.

    Błąd!

    Materiał tracił swoje właściwości i się dziurawił, ale nie dotyczyło to zgrubienia kołnierzyka, który był wciąż na tyle mocny, aby wytrzymać szarpnięcie. Anna straciła równowagę i instynktownie wyrzuciła ręce przed siebie w obawie przed upadkiem na twarz.

    Jedną ręką trafiła Adama w krocze.

    Mężczyzna zwinął się w bólu.

    Kobieta upadła.

    Gdyby nie miał zaciśniętych oczu i nie wykrzykiwał przekleństw, zobaczyłby, jak na ziemi jego ukochana próbuje złapać oddech. Na chwilę się zapowietrzyła.

    Gdy ostatecznie udało się jej zrobić wdech, wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.

    Otępiały od bólu Adam obserwował, jak Anna wydając dźwięki zwykle wydobywające się z otworów gębowych zwierząt, w tym głównie rżenie na przemiennie z rzęrzeniem, wije się ze śmiechu na podłodze w pozycji prenatalnej. Wciąż miała problemy ze złapaniem powietrza, wydając pomiędzy napadami śmiechu przeciągłe „yyyyyyyyyyyyyć!”, po czym dalej śmiała się zalana łzami.

    Komizm sytuacji dotarł w końcu do umysłu obolałego mężczyzny, który zaczął chichotać, następnie śmiać się, aż w końcu dołączył do niekontrolowanego rechotu. Próbowali wykrztusić jakieś słowa, ale w ich stanie nie było to możliwe. Starali się nawzajem uspokoić za pomocą rąk, jednak wciąż się nie kontrolowali, a kolejne spazmy śmiechu im tego nie ułatwiały.

    Napady śmiechu stały się w końcu coraz rzadsze i cichsze. Bolały ich mięśnie szczęk i brzuchów. Opanowując ciało, Adam pomógł ukochanej wstać i usiedli na kanapie, wciąż chichocząc. Uspokajali się jeszcze przez chwilę. Nagle, gdy mogli je wymówić, słowa stały się zbędne.

    Wiedzieli, że to jeden z tych momentów ich życia, który zapamiętają na zawsze. Który nigdy się nie powtórzy. Który łączy ich mocniej, niż jakiekolwiek słowa wypowiedziane w jakichkolwiek okolicznościach, bardziej niż łamane przez tak wielu ludzi przysięgi miłości i wierności aż do śmierci.

    Zlany potem mężczyzna zaczął się rozbierać, przecież wciąż był w kurtce i marynarce. Gdy zdjął wierzchnie odzienie, Anna zaczęła powoli rozpinać guziki jego koszuli.

    Zamiast dzikiego seksu w porwanej koszulce, miłość uprawiali powoli, napawając się namiętnością.

    Rozkoszując się chwilą, Adam zaczął dostrzegać u swojej ukochanej symptomy „tego” orgazmu. Pochwowego. Podczas którego na moment zupełnie straci nad sobą kontrolę. Tego, po którym z jej oczu popłyną łzy. Mężczyzna postanowił przyspieszyć swoje ruchy. Wiedział, że jeśli nie osiągnie orgazmu zanim ona zacznie płakać, będzie musiał przerwać akt miłosny. Anna prosiła go nie raz, aby kontynuował, lecz gdy z jej oczu płynęły łzy, zdawało mu się to wręcz plugawe.

    Mimo wszystko od dłuższego czasu był to spokojny, oczyszczający, dobry płacz.

    Nie to, co kiedyś.

    Koniec

    ***

    Posłowie

    Powyższe, krótkie opowiadanie zawiera fragment odbierany jako zbyt bezpośredni, wyróżniający się. Gdybym pisał to mając na uwadze szerszą publiczność, zapewne bym go złagodził. Jednakże to opowiadanie było przesłane jako wiadomość do konkretnej osoby w konkretnym czasie i miało na celu wywołanie konkretnego efektu. Postanowiłem go nie zmieniać. Bohaterowie opowiadania inspirowani są prawdziwymi osobami.

    ***

    Redakcja: @galaxypx

    #piszzwykopem #zwiazki #tworczoscwlasna #feels
    pokaż całość

    źródło: wprawka złoto pic.jpg

    •  

      @Mordeusz: Taka już mentalność tutaj; negatywne emocje łączą ludzi, gdy mogą sobie wspólnie ponarzekać. W sumie ja bym na Twoim miejscu się cieszyła; dostałeś 10 plusów od osób, które faktycznie to przeczytały, a nie 50 komentarzy od ludzi, którzy się ucieszą, gdy będą mogli Ci pocisnąć dla fanu...

    •  

      a nie 50 komentarzy od ludzi, którzy się ucieszą, gdy będą mogli Ci pocisnąć dla fanu...

      @netefre: A niech cisną, jestem już uodporniony, miałem kiedyś na wypoku aferę to tyle jadu plusowanego na podstawie łgarstwa się wylało pod moim adresem, że chyba nic już tego nie przebije.

      A z wyglądem to rzeczywiście jest tutaj problem i źle się to czyta, powinno to wyglądać i u mnie wygląda tak, więc już wiem, że jak coś przygotowuję, to żeby od razu dodać linki do PDF, MOBI oraz EPUB i będzie wyglądało jak powinno :)

      W sumie ja bym na Twoim miejscu się cieszyła; dostałeś 10 plusów od osób, które faktycznie to przeczytały

      Ależ ja się bardzo cieszę i doceniam, droga czytelniczko, narzekam wyłącznie na formatowanie tekstu :)
      pokaż całość

      źródło: kobieta-upadla.jpg

      +: netefre
    • więcej komentarzy (2)

  •  

    Wszystkich plusujących zapiszę na kartce (kartkach) przy użyciu predom #lucznik 1303 i wyślę do jednej osoby wybranej przy użyciu mikrorandom ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    #piszzwykopem #lucznictwo

    źródło: IMG_20180217_095256.jpg

    +: G.......M, py15 +4257 innych
  •  

    "Wyłup" (część 9 #wylup )

    Z błogosławionego otępienia anhedonii wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Głośny, szorstki, bolesny wręcz hałas. Potem nastąpiło walenie w drzwi i wreszcie krzyki:
    - Hej! Wiem, że tam jesteś, odezwij się!

    Zamarłem. Grawitujący do ziemi zwisający z nosa gil zatrzymał się nagle. To stary Wąsicki. O kurwa. Stary Wąsicki z parteru, przeklęty dziad jeszcze żyje.
    - Porozmawiajmy! Jak sąsiedzi! Znasz mnie przecież. Słuchaj! Nie wiem jak ty ale ja zaczynam mieć problem z jedzeniem. Nie wiem, może masz jeszcze ale i tak ci się skończy. Nie wyszedłbyś ze mną na miasto? Razem będzie bezpieczniej...

    Mówił i mówił a ja siedziałem skulony pod ścianą modląc się by sobie poszedł. By zamiast niego przyszli wyłupić mi oczy. I przy okazji mogą też przekłuć bębenki w uszach.

    - Otwieraj kurwa te drzwi! - Grad uderzeń, dzwonek dzwoni nieprzerwanie - Otwieraj kurwa! Wiem, że jesteś widziałem jak wbiegasz do klatki a nie widziałem żebyś wychodził! Obserwuję klatkę cały czas! Cały czas kurwa! Człowieku oni mnie zajebią! Ja chodzę o lasce kurwa! Mam 89 lat! Pomóż mi! Ja też mogę ci pomóc! Zapłacę ci kurwa! Nie jadłem od trzech dni!

    Siedzę. Gil zwisa. Oczy szeroko otwarte. Milczę. Starzec wali jeszcze trochę w drzwi i odchodzi. Po jakimś czasie słyszę jak uderza w drzwi gdzieś na wyższym piętrze. Po chwili ktoś wpuszcza go do mieszkania.

    Powraca cisza.

    #powiesc #literatura #tworczoscwlasna #piszzwykopem #wylup
    pokaż całość

  •  

    "Wyłup" (część 8 #wylup )

    Przez pierwszy tydzień słyszałem nieustanny płacz niemowlaka z mieszkania obok. Synek Klaudii i Michała spod 3B. Kiedy ostatni raz ich widziałem Michał prowadził ślepą Klaudię do domu. Powiedziałem "cześć" i schowałem się. To było jakiś rok temu. A teraz ich synek wyje za ścianą. Wyje już cały tydzień. Kiedy wycie się kończy cisza jest największym szczęściem którego doświadczyłem w życiu. Płaczę całą noc. I kilka następnych.

    Kolejne tygodnie były bardzo ciche.

    #powiesc #literatura #tworczoscwlasna #piszzwykopem #wylup
    pokaż całość

  •  

    "Wyłup" (część 7 #wylup )

    Obudziłem się głodny jak nigdy wcześniej w życiu. Dawno już przeżarłem to co udało mi się zdobyć podczas ostatniego, szaleńczego wyjścia na miasto. Siedziałem teraz na łóżku. Nie myłem się od trzech miesięcy. To już trzy miesiące odkąd wszystko padło nagle w dychawicznym spazmie. Gaz, prąd, radio, internet, smartfon. Wszystko zniknęło w czarnej dziurze. Na pewno nie zdarzyło się to wszystko faktycznie w jednej chwili ale teraz, po kilku miesiącach jakoś tak to pamiętam. Jako taki nagły wdech Boga zabierający ze świata całe poczucie bezpieczeństwa i racjonalne myślenie. Gdy rzuciliśmy się na miasto, gdy umierali tamci ludzie o ciałach zadeptanych naszymi butami - wtedy nie było już powrotu. Moment zero. Społeczne katharsis.

    A potem trauma. Trwale niszcząca umysły trauma. Gdy po jakimś czasie ocknąłem się ze stuporu w jaki zazwyczaj wpada się po uczestnictwie w rzezi nie działało już zupełnie nic.

    #powiesc #literatura #tworczoscwlasna #piszzwykopem #wylup
    pokaż całość

    +: lubie-sernik, P.......y +4 innych
  •  

    "Wyłup" (czesc 2 #wylup)

    Pojawili się pierwsi celebryci. Wyłupili oczy Rihannie. Przeszła już trzy operacje plastyczne. Korporacje medyczne oferują pomoc. W internecie pojawiają się przedmioty do ochrony oczu. Gogle ze wzmocnionego szkła. Oni dalej wyłupiają oczy.

    Obrazek z telewizji. Ciemny kościół pogaszone świece. Setki ludzi w ciszy słuchają kazania bezokiego księdza. Ogłasza wyłupianie oczu darem od Boga. Wzywa do wyłupienia oczu wszystkim. Zgromadzeni ludzi krzyczą "Amen". Z ich oczodołów zieje wściekłym szaleństwem nagle wypełnionej pustki.

    Dlaczego rząd milczy? Dlaczego nas nie broni?

    Obrazek z filmu na youtube. Ślepy premier upada przed protestującym tłumem. Ochroniarze podnoszą go i szybko odciągają. Zza pierwszych rzędów lecą butelki, kamienie.
    "Nie chcemy ślepego premiera! Chcemy widzieć!". I kilka metrów dalej ci z wyłupionymi oczami - domagający się sprawiedliwości obrazy czystej rozpaczy. Tłum napiera na barykadę. Jakaś kobieta krzyczy "Wyłupili mu oczy! Przy dziecku! Przy pięcioletnim dziecku wyłupili mu oczy!". Widać dym. Ktoś upada. Obraz się chwieje i zostaje zastąpiony przez ciemność. Słychać jeszcze krzyki coraz bardziej pozbawione sensu. Gniew.

    #powiesc #literatura #tworczoscwlasna #piszzwykopem #wylup
    pokaż całość

    +: P.......y, kamilm119 +5 innych
  •  

    "Wyłup"

    Nie wstrząsnęło mną za bardzo gdy zaczęli wyłupiać oczy. Jasne, martwiłem się ale nie tak bardzo. To były sporadyczne nadużycia. Pojedyncze przypadki. Tu kogoś oślepili, tam kogoś oślepili. Jedno oko mniej, dziesięć, to nadal niewielkie liczby. Przyjąłem to do wiadomości. A jednak jakoś nieswojo. Nadepnąłem niedawno na gałkę oczną leżącą na ulicy. Tak po prostu. Musiałem coś krzyknąć bo ludzie odwrócili się w moją stronę. Podniosłem but. Czyjeś oko było już bardziej po prostu kawałkiem jakiejś okropnej mazi. Wszyscy zatrzymali się na ułamek sekundy i ruszyli dalej. Stałem tak patrząc na to oko i czułem się jakoś nieswój. Potem obudziły mnie wrzaski. Sąsiadowi spod 3A wyłupili oczy. Nawet wtedy do mnie nie dotarło. Zresztą to nie był dobry człowiek. Nigdy z nim nie rozmawiałem.

    Parę dni później wybrałem się do pobliskiej piekarni. Stanąłem przy ladzie czekając aż sprzedawca skończy grzebać w lodówce i podejdzie do mnie gdy nagle spokój miejsca naruszył nieoczekiwany hałas. Część zawartości lodówki poleciała na ziemię a sprzedawca odskoczył przestraszony. Podłoga pokryła się pobitym szkłem i napojami gazowanymi.
    - Co się stało?
    Zapytałem i wtedy sprzedawca odwrócił się w moją stronę. Zamiast oczu miał dwie grudy zaschniętej ropy. Ciekła mu ona po policzkach jak łzy. Wyłupili mu oczy a w rany najwyraźniej zdała się infekcja.
    - Kto tu? - Zajęczał. - Pomóż mi.

    Uciekłem stamtąd przerażony.

    #powiesc #literatura #tworczoscwlasna #piszzwykopem #wylup
    pokaż całość

    +: Antonyo77, P.......y +5 innych
  •  

    #literatura #ksiazka #gownowpis #heheszki #stulejacontent #mujtag #piszzwykopem #tagujetogowno
    Mircy!
    Wpadłem na zaje... (zły) pomysł xd
    Chcę przeredagować całego Pana Tadeusza tak aby przypominał pastę.
    Skoro Mickiwiecz huj mógł napisać całą powieść dwunastozgłoskowcem to ja też mogę zrobić coś równie popierdolonego xD

    pokaż spoiler Masa nawiązań to wypoku to oczywista oczywistość xDDDD

    Pierwszą stronę już mam:
    Teraz trzeba zabrać się za inwokację ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    pokaż całość

    źródło: cover.png

    +: Nieruchomy-poruszyciel, S................i +87 innych
  •  
    p..n

    +8

    kilka elementów świata #cyberpulp
    - kreacjonizm to naukowy fakt, ludzie zostali odtworzeni tysiące lat temu przez cyfrowe inteligencje (podobnie jak wiele innych form życia na post apokaliptycznej Ziemi)
    - dla ówczesnych mieszkańców świata pradawna technologia znana cyfrowym jest jak magia. np. w ludzkiej podświadomości mieści się zapis jego całego życia, istoty wyższe (cyfrowe) mogą zyskać do niej dostęp
    - nie ma internetu (dostępnego ludziom) oplatającego całą ziemię. odkrywają za to pradawne zasoby podczas wykopalisk archeologicznych, jednak są całe lata za Siecią, która równolegle żyła praktycznie nieprzerwanie od naszych czasów
    - istnieje tam forma chrześcijaństwa (estetyką wzorowana na prawosławiu), ludzie odkryli Pisma Święte z naszych czasów. uważają fakty odkryte w sieci za herezje szatana, w ich kulturze obcowanie z siecią i wyższą technologią jest ograniczone/zakazane (poza kręgiem egzorcystów, którzy mają do nich dostęp, by z nimi walczyć)
    - rzecz dzieje się w kraju jaki najlepiej znam, inspirowany jest Polską, łączę klimaty szlacheckie z cyberpunkiem, westernem, postkomuną i popkulturą lat 80 i 90
    może kiedyś coś z tego będzie ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    #cyberpunk #postapokalipsa #sciencefiction #tworczoscwlasna #piszzwykopem #conceptart
    pokaż całość

    •  

      @plen: Nie wiedziałem o co chodzi z tym Pulpem i dopiero po przeczytaniu Twojego wcześniejszego wpisu dowiedziałem się, że coś takiego tworzysz. Jak to tworzysz, jak wygląda to tworzenie, spisujesz to gdzieś oprócz wykopu i czy w ogóle spisujesz, bo w tagu widzę głównie rysunki?

    •  
      p..n

      +1

      @moooka: Spisuję, rysuję, wymyślam, łączę wszystko w jedno. Wrzucam strzępki do internetu, bo tak częściej sobie o tym przypominam niż jak mam to tylko w plikach i notatnikach. Robię to hobbystycznie, po prostu wymyślanie i sklejanie różnych elementów w całość sprawia mi przyjemność, na takiej zasadzie jak niektórym sprawia przyjemność oglądanie seriali czy sklejanie modeli ;)

      +: moooka
  •  

    Last.fm, czyli ja i statystyki

    Absurd determinizmu

    Trzy miesiące temu założyłem http://blogdawidaomuzyce.blogspot.com/ (swoją drogą mam szczęście do dobrych tytułów bloga. Kiedyś miałem http://blog-o-matematyce.blogspot.com/ ). Wpis ten początkowo miał się okazać tylko na blogu, ale doszedłem do wniosku, że wykop chyba póki co jest najlepszym miejscem na wstawianie swoich przemyśleń. Odzew szybszy. Może i niektórzy potencjalni czytelnicy nie mają konta na wykopie, ale i tak, tylu komentarzy pod swoimi wpisami nie miałem (w tak krótkim czasie) na żadnym blogu. Poza tym sama idea jest świetna. Na blogu chyba każdemu zaczyna zależeć na ilości wejść, czy komentarzy, a na youtubie ludzie nawet zarabiają na swojej twórczości. Tutaj raczej wstawia się rzeczy bezinteresownie. Liczy się tylko wymiana myśli. Może niektóre wpisy mogą ładniej wyglądać, przyciągać tytułem, czy obrazkiem, ale i tak trzeba się zmieścić w jakiejś określonej konwencji.

    Omówię tutaj starannie rzecz, która zaprząta(ła) moją głowę od kilku ładnych lat, czyli... statystyki. Temat długi, ale ja postaram zmieścić się (na potrzeby wykopu) w miarę rozsądnych granicach.

    Czasem mam wrażenie, że przedstawić swoją filozofię, podejście do życia mógłbym z wielką dokładnością i przejrzystością chyba tylko w połączeniu z opisami sytuacji z mojego życia. Na zbyt duży ekshibicjonizm nie jestem gotowy. Ale troszeczkę… może nie zaszkodzi.

    Dlaczego piszę tę notkę?

    Wierzę, że ludzie myślą podobnie i że uchwycone pojedyncze historie jednostek potrafią oddać jakąś uniwersalną prawdę.

    ***

    Od czego by tu zacząć…
    jest 31.03.2013. Eh, no dobra, 30.03.2013. Też fajnie wygląda.
    Koleżanka pisze:
    - załóż sobie last fm.
    Ja korzystam z jej rady: https://www.last.fm/pl/user/Dawidk01 , choć może jakiś głos przyszłości, mój głos mówi: last.fm zmieni Twoje życie w sposób, jaki sobie nie wyobrażasz. Pewnego dnia, po kilku latach dojdziesz do wniosku, że wplątałeś się w coś, co Tobą owładnęło i przyprawiło o poczucie niemocy. W przypływie złości skasujesz swój profil, po czym dzięki temu po raz pierwszy od dziś poczujesz się wolny.

    Już 5.05.2013. koleżanka pisze:
    - CHOLERA SKONCZ Z TYM LAST FM BO ZACZNE ZALOWAC, ZE CI TO CHOLERSTWO POKAZALAM.

    Co to w ogóle ten last.fm? Pewnie wielu wykopków go ma, no ale tak w skrócie, można sobie wyobrażać, że pozwala nam przejrzeć jakiej danego dnia o danej godzinie słuchaliśmy muzyki. Wystarczy zainstalować jakąś wtyczkę do przeglądarki, która będzie na bieżąco zapisywać w last.fm (scrobblować) jakich utworów słuchasz. Zakładając konto byłem w okresie przedmaturalnym i teraz fajnie jest, że mogę wrócić wspomnieniami do tych dni. Czyli wszystko fajnie.
    No nie do końca.

    Lubię być dokładny. W samochodzie, słuchając radia usłyszałem jakąś piosenkę. Zacząłem się zastanawiać, czy ją też wklepać do last.fm? Stwierdziłem, że tak. Przecież są takie dni, że słucham tylko muzyki z różnych innych źródeł, niż internet. Albo jak będę na koncercie, to potem we wspomnieniach na last.fm nawet tego nie zauważę.

    I tak to się wszystko nakręcało.

    ***

    Ogólnie do statystyk mam słabość. Od gimnazjum, a może już od podstawówki robiłem na przykład jakieś symulacje karier piłkarzy. Kto, ile goli, w którym sezonie strzeli. Weźmy takiego Messiego i jego sezony w La Liga (za wikipedią):

    Sezon Mecze Gole
    04/05 7 1
    05/06 17 6
    06/07 26 14
    07/08 28 10
    08/09 31 23
    09/10 35 34
    10/11 33 31
    11/12 37 50
    12/13 32 46
    13/14 31 28
    14/15 38 43
    15/16 33 26
    16/17 34 37
    17/18 34 34

    18/19 36 34
    19/20 28 22
    20/21 31 24
    21/22 33 25
    22/23 34 26
    23/24 30 22
    24/25 33 18
    25/26 27 13
    26/27 34 17
    27/28 22 7

    No dobra, od sezonu 17/18 to już sam wymyśliłem. No ale czemu by tak nie miało być? Na podstawie różnych statystyk, analizowania, można dojść nieraz do ciekawych wniosków. Na przykład u niektórych zawodników ciekawie widać cykle czteroletnie. No ale na to nie miejsce tutaj. W każdym razie takie zabawy towarzyszą mi już od długiego czasu i, można powiedzieć, rozwijam je ciągle. Ale nie wracam do statystyk, które kiedyś zrobiłem, żeby czasem nie myśleć o sobie, że coś przewidziałem. To tylko zabawa.
    Choociaż. Takie skoki narciarskie. Dzięki cyklowi 27 konkursów (często tyle jest w sezonie) czasem trafiałem na podstawie wcześniejszych występów, co będzie w następnym. A zawodnicy tłumaczą się potem, że w sumie nie wiedzą dlaczego konkurs im nie wyszedł, bo robią wszystko dobrze. Zabawne...

    Szkoda, że próbowałem w statystyki ubrać swoje życie.

    Już w 2014 po pierwszym roku studiów, dostrzegając że ludzie się uczą dużo i w ogóle jakoś to ich życie jest uporządkowane stwierdziłem, że wymyślę jakiś algorytm, który pozwoli mi prowadzić subiektywną statystykę życia. Po prostu w każdym dniu będę dawał sobie jakieś punkty za poszczególne części życia. Na przykład za naukę na studiach punkty w skali 0-50. Za muzykę, gdy odkryję coś ciekawego, albo pójdę na jakiś koncert dam sobie 0-15 punktów. Za niektóre rzeczy będą punkty minusowe.
    No i nawet prowadziłem tę statystykę kilka ładnych miesięcy. A więc oprócz codziennego zaprzątania sobie głowy muzyką na last.fm, dochodziło jeszcze myślenie w ciągu dnia o tym, ile punktów na koniec dnia sobie przyznać.

    Potem stwierdziłem: bez przesady! W sumie to z tych statystyk życia zrezygnuję i po prostu będę sobie zapisywał ile danego dnia poświęcam czasu na naukę.
    Oczywiście, w tej kwestii również byłem skrupulatny.
    Postanowiłem, że jednostką czasu będzie pół godziny. Siedziałem z zegarkiem w ręku i nabijałem kolejne godziny… średnia w ciągu kilku miesięcy, o ile pamiętam wyniosła jakieś 1,5 godziny dziennie nauki. Łącznie z czasem na uczelni. Jakim cudem? Akurat był okres, że zajęć było mało. Poza tym, gdy na przykład na 1,5 h wykładzie nie uważałem za bardzo, dałem sobie tylko 0,5 h do statystyk. I... tak... dalej…
    Często kończyło się na tym, że kończyłem zmęczony trudami dnia z jedną sesją nauki. To było straszne.

    Kiedyś postanowiłem, że trochę podgonię statystyki. Uczyłem się kilka dni ostro, ale… zachorowałem na grypę. Jak nie byłem chory od trzech lat, akurat wtedy złapałem grypę.

    “Czy to nie jest użalanie się maszyny, że jest maszyną? Niektóre maszyny mają większe możliwości. Inne uczą się stopniowo. Ale pod wpływem chwili nie można zmienić niczego. Gdy raz coś ci się uda, choć na to nie zasłużyłeś, potem będzie ci szło kilka razy jeszcze gorzej, niż byś mógł się tego spodziewać. Suma szczęścia i pecha się zawsze wyrównuje.” - myślałem czasami.

    Ale w czasie dużego kryzysu, który trwał jakieś pół roku, gdzie niesamowicie ciężko było mi się uczyć, doszedłem do wniosku, że człowiek został stworzony przez Boga z pewnymi możliwościami. Nie każdy może latać, nie każdy może być geniuszem. Choćby nie wiadomo jak się starał, los może z nim zrobić co chce. I warto zastanowić się, jaką misję mam ja do spełnienia. I nie próbować poprawiać się we wszystkim, bo tak się nie da. Ani też nie stresować się, że się nie poprawiło. Trzeba zaufać Bogu, że wie, co jest dla nas dobre. Dziękować za to co się ma, ewentualnie prosić o jakieś dary. Ale warto pamiętać, że Bóg zawsze o nas się troszczy, że Bóg żyje, że nas kocha. O ile pamiętam, był taki fragment w Ewangelii, że skoro lilie wodne wyglądają tak pięknie, choć nie troszczą się specjalnie o swój wygląd, to o ileż bardziej człowiek piękniej wygląda, człowiek, którego Bóg kocha.

    Ta myśl pozwoliła mi zdać jeden z egzaminów. Ale potem i tak wróciłem do statystyk.
    Znowu chciałem kontrolować swoje życie. Bałem się teraźniejszości. Bałem się działania, nie wiedziałem, gdzie mnie ono zaprowadzi. Znów przestałem ufać Bogu.

    Kiedyś na wykopie pisałem, że może w ramach eksperymentu artystycznego zostanę na miesiąc “Yuppie”. Po prostu, zmienię tożsamość… eh.

    ***

    Powyższy opis mojego podejścia do różnego rodzaju statystyk pozwoli pewnie lepiej zrozumieć clou sprawy, związane z portalem last.fm.

    Bo, oczywiście, portal last.fm oferuje wgląd do statystyk. Możemy zobaczyć ile w danym okresie słuchaliśmy danego utworu, albumu, czy wykonawcy. W sumie przez większość czasu użytkowania portalu tymi statystykami za bardzo się nie przejmowałem. Ale w ostatnim półroczu mocniej się nimi zająłem. Pewnie wyobrażacie sobie, z jakim skutkiem.

    Oto kilka statystyk, na które zwracałem szczególną uwagę:

    a) statystyki łączne odtworzeń, roczne i miesięczne,
    a) statystyki roczne i miesięczne odtworzeń dla poszczególnych wykonawców,
    c) statystyka, na ile odkrywam nowe utwory, czy wykonawców, oparta na swoim algorytmie.

    Oczywiście chciałem ciągle poprawiać swoje statystyki (no bo jak inaczej). Najłatwiej było w przypadku c). Po prostu poznawałem nową muzykę. Niby fajnie, ale po jakimś czasie ciągłego odkrywania człowiek dochodzi do wniosku, że gdzieś się zagubił. Może ta nowa muzyka jest fajna, ale nie ma szans na to, by na przykład dany poziom emocjonalny związany z jakimiś fajnymi wydarzeniami w moim życiu, który towarzyszy mi na przykład przy słuchaniu, ot, chociażby piosenek Brodki z płyty Granda, towarzyszył również randomowym piosenkom odtwarzanymi ze Spotify. Nie da się we wszystkim znaleźć siebie. Oczywiście, pewnie poznałem mnóstwo nowych, ciekawych wykonawców, do których z chęcią będę wracał. No i też może trochę związana, ciekawa, estetyczna rozkmina.
    Czy może podobać się równie mocno sto utworów na raz, czy sto dziewczyn na raz? Dopiero mając konto na instagramie zrozumiałem, że oglądając wkoło zdjęcia pięknych ludzi można, dosłownie, mieć odruch wymiotny, zacząć rzygać tęczą.

    Co do a). No może i łatwe zadanie. Ale… gdy wyśrubujemy statystyki, i na przykład rok temu słuchaliśmy 200 utworów (w sensie, że może jeden utwór cały czas, ale po prostu 200 scrobbli, 200 odtworzeń. No wiadomo o co chodzi), co przy założeniu, że piosenka trwa 3 minuty daje dziesięć godzin słuchania muzyki dziennie (!!!), no to, aby poprawić te statystyki trzeba się trochę namęczyć. Więc co robi Dawidk01?

    Słucha krótkich utworów.

    Spotify nie pozwala scrobblowania tych, trwających poniżej 30 sekund. A ręczne scrobblowanie mimo wszystko nie należy do przyjemnych (bo ja nigdy nie chciałem oszukiwać, i wklepywać czegoś czego nie słuchałem. Taka konsekwencja!). Na szczęście natrafiłem na… Johna Cage’a.

    Eh… jeżeli nie znacie jego muzyki to posłuchajcie. Jest tego dużo na Spotify, nie polecam.

    Jego 30-sekundowe utwory na pianino polegające na tym, że pianista wciska jakieś (wydaje się) losowe klawisze (bo melodii to tam raczej nie było) pozwoliły mi podreperować statystyki. Ale po raz pierwszy zacząłem odczuwać, że to co robię jest absurdalne, a wręcz głupie.
    W końcu też przeczytałem o jakimś utworze "There's a Riot Goin' On”, niby jakiś najkrótszy na świecie, czy coś. Na Spotify niby go przesłuchałem… 155 razy. I wklepałem ręcznie w last.fm.

    No i wreszcie, podpunkt b). Zrobiłem sobie statystyki miesięcznych odtworzeń poszczególnych (tych co lubię) wykonawców. No i gdy widziałem, że na przykład Eric Prydz ma zdecydowanie za mało odtworzeń (u mnie. Pamiętajcie, tylko u mnie!), postanawiałem, że będę tę liczbę z roku na rok powiększał.

    Ale że co? Mam prowadzić te statystyki do końca życia? A jak będę żył do setki, to mam ciągle być wyczulony na to, jakiego utworu słuchałem dzisiaj? I liczba odtworzeń Erica Prydza będzie się ciągle zwiększać… a jak umrę? Nagle spadnie? BEZ SENSU!

    Wreszcie nastąpił jakiś przełom!!!

    Nie samym last.fm żyje człowiek. To już te statystyki subiektywne życia były lepsze, bo próbowały ogarniać całe życie.
    No dobra, nie będę wybierał mniejszego zła.

    Ze statystyk można czasem wyczytać coś ciekawego. Z mojego profilu last.fm może wynikało w które dni lubię słuchać muzyki, może dało się przewidzieć mniej więcej jacy wykonawcy się mi jeszcze spodobają. A co wynika ze statystyk ulepszonych?

    Wincyj scrobbli, wincyj!
    Czyli nic.

    Mam też tak, że oglądając filmy zastanawiam się jak ocenię go na filmwebie, albo oglądam krótkie filmy. Wybieram krótkie książki, żeby dać ocenę na lubimyczytać.

    Każdą statystykę można oszukać. Podobnie miałem z grami komputerowymi. Gdy znajdowałem bug, który pozwalał łatwo wygrywać, od razu się zniechęcałem do grania.
    Zainspirował mnie również otwarty świat Gothica 3. Grając, trochę mnie to denerwowało, że równie dobrze mógłbym zabić wszystkie postaci i zostać sam w tym ogromnym świecie. I co wtedy? Czy taki bohater nie znudziłby się? Jedyny sens postaci dawała fabuła, a gdy fabuła się skończyła, postać przestała już mieć sens (co jedno jedno z zakończeń Gothica 3 na pewno mogło sugerować). Zresztą sama fabuła w świecie otwartym może mieć mało sensu, gdy odwiedzi się na początku nie te miejsca co trzeba.

    Mam wrażenie, że współczesne społeczeństwo ma pełno bugów, a prawdziwej sławy i bogactwa dobija się ten, kto te bugi znajduje.
    Chyba sztuka współczesna często opiera się na takim podejściu (a przynajmniej niektóre jej przejawy). Nieważna jest idea. Liczy się oryginalność, zaszokowanie, trywializacja.

    W sumie śmieszne, że last.fm zabugowałem totalnie utworami Johna Cage’a. Robiłem to w sumie dosyć świadomie. Wiedziałem, że to absurdalne, dlatego wolałem zrobić to takim muzykiem.

    ***

    Wracając do last.fm.
    Niby skasować można. Ale stracić to wszystko, nad czym “pracowałem” cztery lata? Toż to grzech.

    Miewałem wątpliwości, czy to co robię ma jakąkolwiek wartość. Próbuję od jakiegoś czasu obejść się bez typowej pracy, od marca nie studiuję. Wydaję mi się, że kroczę mniej więcej przemyślaną drogą życiową, i gdy z niej zbaczam, zaczynam wariować. Mam wrażenie, że, daję z siebie naprawdę bardzo mało. Może już teraz rozumiecie skąd ta moja fascynacja skokami w nieznane. Każde podjęcie wysiłku ma dla mnie jakieś znamiona takiego skoku.

    Zrozumiałem, że żadne siłowe rozwiązania nie dadzą rady, jeżeli nie będę po prostu podejmował decyzji spontanicznych. Nic nie da patrzenie się w statystyki i mówienie sobie, że aby poprawić się trochę, to jutro muszę siąść na godzinę, a pojutrze na półtorej, ale już potem mogę sobie tydzień pozwolić na luzy, bo analogiczny tydzień miesiąc temu też przebimbałem. A może lepiej sobie teraz odpuścić, to potem te statystyki będą się ładniej powtarzać.
    TO TAK NIE DZIAŁA! To jest lenistwo. Próbujemy dać egzystencji czas na wytchnienie, mówiąc: spokojnie, mam wszystko pod kontrolą.

    Nie masz.

    Liczy się tylko teraźniejszość. Żyjemy w chwili. Myślenie o nieteraźniejszości jest roztrwanianiem energii, która jest nam potrzebna do życia tu i teraz. Myślimy na przykład, że jutro o 15 weźmiemy się za trening. Po co jednak marnować energię na myślenie o tym, skoro jutro o 15 od nowa musimy podjąć trud decyzyjny i podjąć trening. Tutaj łączy się filozofia Krishnamurtiego z egzystencjalizmem. Mamy wolę i ciągle dokonujemy wyboru, więc nie możemy podjąć teraz wyboru wiążącego na całe życie. Powiedzieć: od jutra przestanę palić jest proste. Ale jeżeli nałóg w nas jest silny, to w końcu chcąc nie chcąc możemy zacząć myśleć o paleniu i od nowa podjąć decyzję, że nie palimy. Wtedy, gdy myśli na nas naciskają dokonać wyboru jest trudniej i to co mówiliśmy wczoraj przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

    Przemyślenia z powyższego akapitu umieściłem w swoim wpisie o J. Krishnamurti (którego filozofią inspirował się mocno Bruce Lee).

    To ja powinienem wykorzystywać formę, nie forma mnie!

    ***

    9.05.2017. mówię dość! Przed wciśnięciem przycisku “Zamknij konto użytkownika Dawidk01” przypominam sobie dzień, w którym konto założyłem. Dziwne trochę, że go pamiętam, ale czasem, i wtedy także, pamiętam, czuję, że dany dzień, czy sytuację będę pamiętał. Może wtedy naprawdę odczuwa się siebie z przyszłości? Może “wieczny powrót” ma miejsce?

    ***

    Czy po śmierci będziemy mieli dostęp do wszystkich statystyk swojego życia? Może w Raju będziemy mieli dostęp do każdej piosenki czy książki, jaka kiedykolwiek powstała (bo często prowadząc last.fm, filmweb, czy lubimyczytać było mi ciągle mało muzyki, filmów, książek).
    Może i tak. A może i nie. Bo:
    "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2, 9)

    Ależ emocje mną targały, gdy ten wpis pisałem.

    Na last.fm wróciłem (odzyskałem konto). Scrobbluję tylko ze Spotify. Statystyk nie robię.

    Claude Debussy - Clair de lune

    #dawidk01 #przemyslenia #piszzwykopem #filozofia #muzyka #lastfm #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    A w Polsce jak w lesie,
    Tu nie ma zamachów,
    No chyba że w sporcie,
    Gdy jest wyrzut z autu.

    Ten polski zaścianek,
    Ciemnogród Europy,
    Ostatnim bastionem
    bezpiecznych nocy.

    Wiadomo, jak wszędzie -
    Tu też można zginąć,
    Ale nie przez tych, co
    na łodziach przypłyną.

    Obudź się Europo,
    To ostatni dzwonek,
    Choć od dawna już brzmi,
    To jeszcze nie koniec.

    To od Was zależy
    Czy w prawo, czy w lewo.
    Przywódcy narodów,
    Zróbcie coś dobrego.

    #zamach #tworczoscwlasna #piszzwykopem
    pokaż całość

  •  

    hej, może zrobimy taki konkurs np. "Pisz jak Kochanowski"? albo coś? ej co wy na to? #literatura #piszzwykopem #piszjakkochanowski

    Piwnico
    W twoich zamknięty ścianach
    Ugrzęzłem w mętnych planach
    Odmiany losu mego
    O noc oddalonego

    Ostatnie przeminęły zachodu promienie
    Ja tych promieni nie utrzymam nie mnie
    Obiecane dzielić z tobą myśli
    Ku śmierci w nicości już schowane

    Odeszłaś poza świat
    To nie twoja już krew
    Nie twoja twarz

    Truchło

    Zakopać
    Zakopać
    Zakopać
    Zakopać
    Trupa
    Zakopać

    #poezja
    pokaż całość

  •  

    #gownowpis może uda się #piszzwykopem w świecie #neuroshima w końcu po to kupiłem #thinkpad x61s

    źródło: fromapp.jpg

    +: C..........e, Fevx +9 innych
  •  
    P....y

    +11

    Miałem swoje kochanie w domu. Dziewczynę to się nazywa, miała długie włosy i dwa kolana. Siedziałem przy śniadaniu i patrzyłem jak przynosi mi jajecznicę, trzy smażone jajka i chleb razowy, jeszcze ubrana w swoją pidżamkę. Piersi miała wypychające strój odpowiednio i ważyły one w stronę gruntu poprawnie. Ale jednego wieczoru odkryła sekret mój. W nocy kiedy spała przychodziłem do niej i nożyczkami obcinałem po trochu te długaśne włosy. Trzymałem je potem w plastikowym worku. Aż do wieczora. Zamknąłem się w łazience i siadłem na muszli. Nagle otworzyła drzwi moje kochani i zobaczyła jak jej włosy przyklejam klejem do jajek. Tak, doklejałem jej włosy do jąder, i czesałem grzebykiem, żeby dobrze się prezentowały. Ona nie wiedziała za bardzo co robię, ale ja ze strachu dziabnąłem ją nożyczkami prosto w czoło. Umarła na miejscu, padła na ziemie razem z piersiami co ciążyły przyzwoicie poprawnie. Jak leżała tak na ziemi, uśmiechnąłem się i dokleiłem sobie jej włosy do jajek prosto z głowy.

    #pzantypisze #piszzwykopem #literatura
    pokaż całość

    +: P......y, heliodorgi +9 innych
  •  

    Co wy wiecie o nocnej? Kiedyś to była nocna! Tagowaliśmy! Tak, by lepiej się znaleźć. Po nocach oglądaliśmy wspólnie mecze Radwańskiej #tenis - ile nie-fanów przychodziło, zawsze cierpliwie tłumaczyliśmy zasady, pisaliśmy razem opowiadania z mirkami w rolach głównych na #piszzwykopem, a mroki nocy umilał nam zabawą @choleryk ze swoją #muzykacholeryka

    #nocnazmiana kiedyś to było coś. Nie nudziliśmy się po nocach, mieliśmy co robić, byliśmy kreatywni.

    Dziś rano weszłam w gorące by poczytać do kawy i złapałam się za głowę. Panie i panowie - to nawet nie jest jakiś poziom. To podpoziom.

    Taguję #guwnoburza bo na pewno będą jakieś murki stawiać okoniem.
    pokaż całość

    +: B.....d, hoszin +43 innych
  •  

    #gownowpis #heheszki #lovecraft #pdk
    ale i #pytanie do #piszzwykopem dlaczego proza Lovecrafta jest tak straszna?

    źródło: pbs.twimg.com

    •  

      @wytrzzeszcz: bo opisując zło pozostawia bardzo wiele czytelnikowi i jego wyobraźni, ograniczając się do nazwania go plugawym, bluźnierczym, niemierzalnie przerażającym. Chyba w tym sekret.

    •  

      @wytrzzeszcz: Ponieważ potrafił bardzo dobrze budować klimat i poczucie grozy, jego opowiadania w charakterystyczny sposób wprowadzają jakąś niewyjaśnioną tajemnicę, z czasem odkrywając przed czytelnikiem coraz to bardziej szokujące fakty aż w końcu główny bohater albo traci zmysły albo życie z powodu tego co zobaczył a czytelnik musi sam potem się domyślać co się stało i czy to było na prawdę czy to jakieś halucynacje bohatera pokaż całość

    • więcej komentarzy (1)

  •  
    g....v

    +9

    #piszzwykopem #horror #creepypasta

    Dawno, dawno temu, gdy byłem jeszcze zielonką, jakiś Mireczek prosił o tłumaczenie dwóch "strasznych" historyjek z reddita. Ja, wiedziony jakąś nieopisaną chęcią niesienia bezinteresownej pomocy, postanowiłem pomóc i przetłumaczyłem jeden tekst; dzisiaj chciałbym zapomnieć o tamtym produkcie podliterackim. Ale niestety pamięć wymazać tego nie chce i z bliżej nieznanych mi powodów, postanowiłem przepisać tamto drugie opowiadanko; przepisać, bo bardziej to moja interpretacja niż tłumaczenie oryginału. Ostrzegam, że wyszedł kolejny gniot, którego jednak już nie będą miał siły poprawiać, a więc żeby nie zaginął w otchłaniach mojego dysku, wrzucam go tutaj, może ktoś go przeczyta - w co wątpię, sam bym go nie przeczytał. Oryginał O i znowu ta podludzka czcionka

    To mój pierwszy post na forum, więc może zacznę od przywitania się. Cześć!
    Dobra, teraz mogę przejść do rzeczy: zawsze miałem ze sobą jakiś dziwny problem, który przez wielu był uważany za taki… niemęski, nie wiem, wstydliwy, i – rzeczywiście – strasznie się go wstydziłem. Bałem się potworów. Nie śmiejcie się, proszę was, naprawdę bałem się potworów, i to nie tylko, gdy byłem dzieckiem, ale także w college’u, kiedy już powinienem był zachowywać się doroślej, no bo kto w końcu boi się potworów. Zawsze przed zaśnięciem dokładnie przetrząsałem wszystkie kąty w pokoju, sprawdzałem z latarką, co się dzieje pod łóżkiem – zwykle nic – albo wyjmowałem z szafy wszystkie ubrania i oświetlałem sklejkę z tyłu, wpatrując się czasami bardzo długo, czy wśród grających cieni nie pojawi się jakiś kształt czy inny duch, upiór, widmo, zmora, sukkub, diabeł, demon, szatan, mara itd. Cholera jasna, kiedy to piszę, to uświadamiam sobie, że cały czas się boję; lepiej zapalę światło, bo robi się już ciemno.
    Ale w końcu spotkałem ją – moją żonę, moją piękną Natalie. To było jak oświecenie, wydawało mi się, że przestałem się już bać tych ciemności, że kiedy jestem z nią, to wszystkie dotychczas ciemne zakamarki rozświetliły się i nic nie skrywają.
    Poznaliśmy się w college’u. Byłem wtedy trochę nieśmiały, nieobyty w kontaktach z płcią piękną, lecz mimo to kiedy pierwszy raz spojrzeliśmy sobie w oczy, to wiedziałem, że to ona – ta jedyna. I ona też to wiedziała. Brzmi to tak romantycznie, że możecie pomyśleć, iż kłamię, ale, cóż, chyba życie nie zwraca tak wiele uwagi na banały. Natalie była miła dla wszystkich, nigdy nie spotkałem tak uprzejmej osoby: zawsze służyła pomocą, robiła zbiórki na schroniska i te wszystkie inne rzeczy; naprawdę byłem tym wszystkim zafascynowany, mnie nigdy nie było stać na takie bezinteresowne gesty, jednak z jej pomocą przemogłem się: raz nawet wziąłem udział w przedstawieniu dla jakichś dzieci z domu dziecka – grałem rolę drzewa: stałem ubrany w taki stelaż, obklejony brązowym płótnem, i cały czas kiwałem się, żeby papierowe liście wyglądały, jakby szumiały na wietrze. I jeszcze jej oczy – zielone, głębokie, inteligentne, mogłem się w nie wpatrywać godzinami, co tam godzinami – całe życie. Oświadczyłem się.
    Zgodziła się. Parę tygodni później stanęliśmy przed księdzem: ja i najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek spotkałem. Z satysfakcją patrzyłem na kuzyna Przemka, który zawsze się ze mnie wyśmiewał, że nie jestem taki wysportowany, taki rozgadany, i że będę mógł się ożenić tylko z jakąś pasztetówą, gdyż żadna inna nie będzie mnie chciała. A teraz – ja stałem przy dziewczynie, która wręcz lśniła przy tej jego narzeczonej.
    Przeskoczmy dalej: jesteśmy już małżeństwem od jakiegoś czasu, pracuję jako informatyk i biorą piętnaście tysięcy na rękę, a moje życie jest po prostu wspaniałe. Nie miałem przed Natalie żadnych sekretów, powiedziałem jej wszystko: moje najgłębsze pragnienia i lęki, wszystkie namiętności i śmieszności. Pamiętam dzień, kiedy powiedziałem o moim irracjonalnym lęku przed potworami, oczekiwałem, że mnie wyśmieje, widziałem oczami wyobraźni, jak wstaje, pakuje się i wyprowadza ode mnie; ale ona tak nie zrobiła, nie mogła tego zrobić, bo przecież to była Natalie – moja Natalie. Powiedziała mi, że od dzisiaj nie mam się czego bać, będzie przy mnie stała i mnie chroniła, stanie się moim aniołem stróżem. I naprawdę: od tamtego czasu zacząłem normalnie sypiać nocami, nie budziłem się w środku nocy, oblany zimnym potem i drżący, czekając na coś, czego nie ma i co nie ma prawa przyjść. Teraz, leżąc w łóżku i odwracając głowę w prawo, widziałem tylko twarz Natalie, która czasami się budziła i otwierała oczy, i leżeliśmy tak, wpatrując się w siebie – jej zielone oczy przeszywały mnie na wylot i wyganiały z mojego serca wszystkie lęki – już nigdy nie miałem go poczuć.
    Jednak sielanka nie trwała wiecznie, wydarzyły się pewne rzeczy, które wprowadziły odrobinę niepokoju w moje dotychczas spokojne życie. Pierwszy raz spotkałem się z tym o trzeciej nad ranem: okropne pragnienie zmusiło mnie do wstania z łóżka. Sięgnąłem ręką na stolik obok w poszukiwaniu latarki, która zawsze była moją towarzyszką, kiedy musiałem zrobić coś w ciemnościach. Zapaliłem ją jeszcze w łóżku. Przysiadłem na brzegu i po omacku jąłem szukać kapci; znalazłem je, wstałem i mimowolnie spojrzałem na łóżko: Natalie nie było. Zacząłem się rozglądać, odrobinę przestraszony perspektywą przebywania w nocy samemu oraz brakiem Natalie. Wyszedłem z sypialni i wtedy usłyszałem szum wody: spojrzałem w stronę łazienki, w której paliło się światło, a przez szybę w drzwiach można było zobaczyć ludzką sylwetkę. Natalie, pomyślałem. Po chwili odwróciłem się i zszedłem po schodach do kuchni. Przechodząc przez drzwi, strasznie się przestraszyłem, poczułem jak serce przyśpiesza – ktoś stał przy zlewie. Natychmiast skierowałem na tę sylwetkę strumień światła i ze zdumieniem spostrzegłem, że to Natalie. Ale przecież dopiero co widziałem ją na górze w łazience. Powiedziałem cicho: – Natalie – a ona szybko odwróciła się do mnie i powiedziała, że ją przestraszyłem i żebym się tak nie skradał. – Ja się skradam – rzuciłem i powiedziałem, że mogę przysiąc, że dosłownie przed chwilą widziałem ją na górze w łazience. Zaśmiała się cichutko, ukazując piękne, białe i równe zęby. Powiedziała, że to nie możliwe, bo ona zeszła tylko tutaj, żeby się napić, i że musiało mi się coś przywidzieć. Rzeczywiście, byłem trochę zestresowany i mój umysł mógł mnie postraszyć jakąś chorą wizją, szczególnie, że kiedyś też zawsze wyobraźnia podsuwała mi czy to jakieś szurania, czy skrzypienie podłogi, czy też jakieś ciche szepty. Zapomniałem w ogóle o pragnieniu i poszedłem na górę położyć się do łóżka, a Natalie została w kuchni.
    Uspokojony wszedłem do sypialni i spostrzegłem, że ktoś leży w łóżku. Nogi zrobiły mi się jakby z waty, nie mogłem ruszyć się z miejsca i tylko patrzyłem przed siebie. Oświetliłem łóżko latarką: to była Natalie. Ale przecież przed chwilą była na dole. Jak mnie wyprzedziła? przecież przed chwilą była na dole, widziałem ją na dole, stała na dole przy zlewie, naprawdę nie mogła mnie minąć, przecież bym coś zobaczył, a stała na dole przy zlewie, piła – czy to była Natalie? Widziałem głowę z zwichrzonymi włosami, rozrzuconymi w nieładzie na poduszce, jedna ręka wystawała spod kołdry i leżała na mojej stronie łóżka. Jeszcze parę chwil temu to była moja ręka mojej Natalie, trzymałem ją przez sen i byliśmy razem, a teraz: nie mogłem jej poznać, to była obca ręka, obca głowa i obce włosy. Okropnie się bałem, nie mogłem się nadal ruszyć, nie chciałem się kłaść obok niej, jeśli to nadal była ona, bo jeśli nie była, to… nie wiem. Moje życie, było już tak dobrze. Nagle owa osoba się poruszyła i powoli podniosła, siadając na łóżku; przyjrzałem się dokładnie jej twarzy: wyglądała jak twarz Natalie, bez makijażu, lewa strona była odgnieciona od poduszki, jakby przez cały czas leżała tutaj, wciskając głowę w łóżko, ale przecież przed chwilą widziałem ją na dole, a jeszcze wcześniej w łazience. Natalie powiedziała zaspanym głosem: – Co tak stoisz, chodź się połóż. – Co miałem zrobić? Położyłem się, licząc, że to wszystko to tylko nocny koszmar.
    Obudziłem się nad ranem. Wpadające przez okno promienie światła rozświetliły pokój, który stracił całą atmosferę grozy, jaką emanował w nocy. Położyłem się na plecach i powoli obróciłem głowę w prawo: zobaczyłem twarz Natalie, nie miałem żadnych wątpliwości, czy to ona, czy ktoś inny. Jak w ogóle mogłem sądzić, że to nie ona? To śmieszne. Marzyłem, żeby odsłoniła zielone oczy, w których mogłem się całkowicie zatracić, tak jakby to one były moim schronem, moim bunkrem, miejscem, gdzie żadna zła siła nie mogła mnie dosięgnąć – ani ludzka, ani nadprzyrodzona.
    Po chwili Natalie także się obudziła. Uśmiechnęła się do mnie – tylko tego potrzebowałem, tego i jej oczu. Po śniadaniu spytałem się jej, co robiła w nocy. Odpowiedziała, że zeszła do kuchni napić się wody, a ja o mało co nie wystraszyłem jej na śmierć. Na usprawiedliwienie powiedziałem, że byłem zaspany, że sam ledwo pamiętam, co się wtedy działo. Oczywiście skłamałem: pamiętałem wszystko. Znowu zacząłem się zastanawiać obok kogo się położyłem w nocy. Obudziłem się na pewno obok Natalie, ale czy już wtedy tam leżała, czy przyszła później; jeśli przyszła, to obok czego leżałem i co to coś zrobiło potem, że Natalie tego nie widziała. Gdy poszła się myć, przetrząsnąłem wszystkie szafy w sypialni, sprawdziłem dokładnie, co jest pod łóżkiem, zszedłem do piwnicy, nawet strych przeszukałem. Nikogo w domu nie było oprócz naszej dwójki. Chociaż będę szczery: kiedy byłem na strychu, wydało mi się, że za domem, w ogrodzie, coś się poruszyło, a nie mógł to być żaden człowiek, który wszedłby bez pozwolenia na teren naszej posesji, ponieważ ogród był w całości odgrodzony od ulicy i jedyne doń wejście prowadziło przez zamknięty dom. Pewnie wiewiórka. Albo kot.
    Następny tydzień przeleciał bardzo spokojnie: ani razu nie zauważyłem niczego niezwykłego. Co prawda nie wstawałem już w nocy z łóżka, więc nie mogłem prowadzić dokładniejszych obserwacji. Przezornie załatwiałem przed snem wszystkie potrzeby, stawiałem obok łóżka duży kubek wody, żeby dotrwać do rana bezpiecznie w łóżku obok Natalie. Jednak niestety wydarzyło się coś, co przerwało ten stan błogiego spokoju: w niedzielę, kiedy nikt z nas nie musiał iść do pracy, Natalie obudziło mnie około jedenastej nad ranem. Powiedziała, że już wstaje i idzie do sklepu, wróci gdzieś tak za godzinę. Przytaknąłem i usnąłem. Za pół godziny wstałem, zszedłem na dół, aby się przebrać i przygotować jakieś większe niedzielne śniadanie, ponieważ chciałem sprawić niespodziankę żonie, ale niestety – chyba nic z tego: przy stole w kuchni siedziała Natalie. Powiedziałem: – Już wróciłaś, kochanie? – Ale nie doczekałem się żadnej odpowiedzi, Natalie siedziała dalej na krześle i powoli sączyła wodę. Dopiero po chwili spojrzała się na mnie zielonymi oczami i uśmiechnęła się. Uśmiech wydał mi się trochę dziwny: był taki nienaturalny, jakby lekko wymuszony. Odpowiedziałem uśmiechem i nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Nie czekając na reakcję Natalie, poszedłem do przedpokoju i otworzyłem drzwi. Wiecie kto za nimi stał? Natalie. Z uśmiechem zapytała się mnie, czy pomogę jej wnieść torby do domu. Nie zareagowałem, krew odpłynęła mi z twarzy, ona natychmiast to dostrzegła, położyła torby na progu i powiedziała: – Co się stało? – Bez słowa złapałem ją za rękę i, zostawiając otwarte drzwi z wystawionymi zakupami, zaprowadziłem ją do kuchni, gdzie już nikogo nie było. Poczułem ogromne zmęczenie, przysiadłem na wysuniętym krześle, na którym przed chwilą, mogę przysiąc, siedziała Natalie. Usiadła naprzeciw mnie i jeszcze raz spytała się, co się stało. Teraz już byłem pewny, że to nie są żadne zwidy spowodowane zmęczeniem i niewyspaniem, przecież widziałem to coś w dzień, w jasny dzień, nic nie mogło mi się przywidzieć. Opowiedziałem jej wszystko: to jak tydzień temu widziałem ją w trzech miejscach, jak dzisiaj widziałem ją w kuchni, a chwilę później przed drzwiami. W czasie mówienia zaobserwowałem, że jej twarz staje się starsza, bardziej zmęczona, jakby już raz słyszała tę historię.
    – Tak – powiedziała. – Już… Boże, to okropne, przepraszam, że ci nic nie powiedziałam… Ty mi wszystko, a ja jakieś tajemnice trzymałam. Nie mogę uwierzyć, że to znowu… Dobra, zacznę od początku. Jeśli będziesz… nic. Dobra…
    Urwała w połowie. Wstała i nalała sobie wody do szklanki, z której przed chwilą korzystało to coś. Chciałem ją ostrzec, ale słowa uwięzły mi w gardle, poczułem, że język stał się okropnie suchy, jakbym od wielu dni nic nie pił. Natalie, trzymając w dłoni szklankę, usiadła i kontynuowała już spokojniejszym głosem:
    – Miałam wtedy dziewięć lat. Pewnego razu bawiłam się w ogrodzie, huśtałam się na huśtawce, nie ważne, przyszła do mnie moja babcia. Na mój widok zrobiła takie wielkie oczy i zapytała się, co ja tutaj robię. Nic nie odpowiedziałam, przecież dobrze widziała, że bawię się. Przysiadła się koło mnie i powiedziała, że przed chwilą widziała mnie w moim pokoju. Powiedziałam: – Ale to nie możliwe, babciu, cały czas się tutaj bawię. – Chyba mi nie uwierzyła, musiała uznać, że stroję sobie z niej żarty. To był pierwszy taki przypadek. Potem to już regularnie: ktoś widział mnie gdzieś, gdzie mnie nie było, schodziłam na obiad nie schodząc na niego, raz nawet, kiedy leżałam chora w łóżku, moja wychowawczyni zadzwoniła ze szkoły, że zachowuję się jakoś dziwnie, niby cały dzień się nie odzywam, nie odpowiadam na pytania nauczycieli, tylko się dziwnie uśmiecham. Mama powiedziała, że to niemożliwe, bo przecież cały czas leżałam w łóżku. – Przerwała, napiła się wody i po chwili mówiła dalej: – Trwało to gdzieś, nie wiem, cztery czy pięć lat. Skończyło się tak samo, jak się zaczęło: nagle. Ludzie przestali mi mówić, że byłam gdzieś, gdzie mnie nie było. Wszystko po prostu wróciło do normy. Aż do teraz… chyba?
    Spojrzała się smutno, ale mi w ogóle było daleko do jakiegokolwiek strachu: patrzyłem się w jej zielone oczy i czułem się bezpiecznie. W końcu bałem się nieznanego, a teraz, gdy poznałem tę tajemnicę, to już nie mogła mnie zaskoczyć. Zapewniłem Natalie, że nic nas nie rozdzieli, że może kiedyś znajdziemy kogoś, kto pomoże nam z tą dziwną sytuacją. Smutek zniknął z jej twarzy.
    Do tej nowej sytuacji przyzwyczajałem się przez parę następnych miesięcy. Na początku było trochę dziwnie, nie bałem się już jednak, ponieważ wiedziałem, co się dzieje; co więcej: czasami dzięki temu sukkubowi czułem się bezpieczniej – w końcu wyglądał dokładnie tak samo jak Natalie, miał te same zielone oczy, jedyna różnica była w tym, że nic nie mówił, zawsze był niemy. Czasami zdarzały się jakieś nieprzyjemne sytuacje, jak na przykład, kiedy siedząc samemu w domu, spostrzegłem otwierające się drzwi od piwnicy i wychodzącą z nich postać. Sukkub stanął, popatrzył się na mnie oczami Natalie i uśmiechnął się. Zwykle w takich sytuacjach odwzajemniałem uśmiech, nawet nie wiem czemu, może on też potrzebuje jakiejś bliskości, więzi z innymi, i wybrał sobie postać Natalie, ponieważ była to osoba nad wyraz miła dla innych, także dla duchów. Musiałem wyćwiczyć parę nowych odruchów: gdy zobaczyłem Natalie, to zawsze mówiłem głośno jej imię; jeśli odpowiadała, to znaczyło, że mam do czynienia z moją żoną, a jeśli postać tylko odwracała się i niemo uśmiechała, to musiałem spotkać sukkuba. Naprawdę nie stanowiło to żadnego problemu. Była parę dosyć zabawnych przeżyć, na przykład pewnej środy kochaliśmy się z Natalie w sypialni, gdy usłyszałem kroki i zobaczyłem stojącego w drzwiach sukkuba. Wybuchnąłem śmiechem. Po chwili upiór odwrócił się i odszedł, chyba nie spodziewał się zastania nas w negliżu. Właśnie: nigdy nie spytałem się Natalie, czy kiedykolwiek widziała swoje lustrzane odbicie; nigdy nie widziałem ich w jednym miejscu w tym samym czasie: zawsze albo Natalie, albo sukkub. Mogę brzmieć trochę dziwnie, bo kto w końcu chciałbym mieszkać z jakimś duchem, który nachodzi cię w najintymniejszych sytuacjach, ale jakoś się tym nie przejmuję. Może zawsze coś było ze mną nie tak – w końcu kto się boi potworów spod łóżka w college’u.
    Ale sielanka trwała tylko do dzisiaj. Rano Natalie powiedziała mi, że babcia zaprosiła ją na obiad i, jeśli chcę, mogę z nią jechać. Nie chciało mi się, powiedziałem więc, że zostanę. Natalie wyszła z domu, a ja nie mając nic lepszego do roboty, rzuciłem się na kanapę przed telewizor. Siedziałem tak, oglądając jakiś durny film akcji, kiedy poczułem nagłą ochotę na ciasto. Jak dobrze, że akurat wczoraj upiekliśmy jabłecznik. Poszedłem do kuchni i zobaczyłem sukkuba, pijącego wodę przy zlewie. Miał nawet własną szklankę: zawsze używał tej samej, więc odkładaliśmy mu ją z boku, żeby nie musiał jej nigdzie szukać. Uśmiechnąłem się na jego widok i powiedziałem: – Jak dobrze cię widzieć. Znowu się mną opiekujesz. – Odwróciłem się do mnie i wyszczerzył zęby w uśmiechu, który wydał mi się szczery. Traktowałem go trochę jak jakieś domowe zwierzątko, zawsze tu był, zdawał się opiekować nami; tylko te zielone oczy nie pozwalały mi o nim myśleć jak o psie czy innym kocie. Wziąłem ciasto.
    Nagle usłyszałem telefon: podniosłem słuchawkę i usłyszałem głos Natalie. Zapytała się, jak mi mija czas i powiedziała, że wróci trochę później. Powiedziałem, żeby się nie martwiła, że ja i sukkub będziemy pilnować domu i żeby wróciła, kiedy będzie chciała. Nagle usłyszałem tłuczone szkło. Nie opuszczając słuchawki, odwróciłem głowę; po chwili wypadła mi z ręki, słyszałem tylko, że Natalie coraz głośniej pytała się, co się stało. Sukkub stał nieruchomo, z jego ręki ściekała krew, chyba musiał zgnieść szklankę w dłoni; jego głowa była dziwnie przekręcona i wlepiał we mnie spojrzenie, w którym nie było już nic z Natalie: jego oczy straciły ten zielony kolor, stały się całkowicie czarne jak w jakimś budżetowym horrorze. Oddychałem coraz szybciej, zimny pot oblał mi plecy, znowu poczułem się jak wtedy, gdy byłem dzieckiem i budziłem się w nocy, szukając przerażonym wzrokiem potworów w ciemnym pokoju. Ale teraz potwór stał przede mną, wlepiając we mnie oczy, penetrując moje serce, widząc wszystko, a ja nie mogłem odwrócić wzroku. Natalie cały czas krzyczała.
    Upiór się poruszył; wyciągnął prawą dłoń z ciągle wbitym szkłem w moją stronę i ruszył z wolna, wkładając w każdy krok jakby duży wysiłek. Krew skapywała kroplami na podłogę, rozpryskując się i znacząc drogę krwawymi śladami. Także jego włosy zaczęły się zmieniać, straciły swój dawny kolor i stały się całkowicie białe jak kość. Nie mogłem się ruszyć ani na krok, stałem tak sparaliżowany okropnym lękiem, czując jak moje mięśnie przemieniają się w głaz, co miałoby też dobre strony, ponieważ potwór nic by nie mógł mi zrobić, a tak stałem tylko miękki, bezbronny, tkanki udawały, że zapewniają jakąkolwiek ochronę przed pazurami czy kawałkiem ostrego szkła, które sukkub skierował w stronę mojej szyi, jakby już za chwilę miał ruszyć do zwycięskiej szarży i przebić mnie szkłem niczym kopią, podrzynając gardło. Lecz wtenczas zdarzyło się coś, co dodało mi sił; mój słuch zaczął znowu działać i mogłem usłyszeć krzyk Natalie, mówiący, abym odwrócił głowę, abym przestał się patrzeć w oczy jej sobowtóra. Wytężając całą wolę, zmusiłem zastygłe mięśnie do skurczów i rozkurczów, obróciłem głowę i przestałem go widzieć; czekałem na morderczy cios, który miał przyjść nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy; zamknąłem oczy, bym nie musiał widzieć jego twarzy, kiedy obdarowywałby mnie śmiercią – lecz nic takiego się nie stało. Powoli rozwarłem powieki i rozejrzałem się dokoła; nikogo oprócz mnie nie było w kuchni, nawet plamy krwi zniknęły z podłogi, o całym wydarzeniu przypominały tylko okruchy stłuczonej szklanki, rozrzucone po całej posadzce. Największy kawałek, który tkwił wcześniej wbity w dłoń sukkuba, leżał tuż przy mnie, tuż przy mojej nodze; na plecach poczułem dreszcz, jako że uświadomiłem sobie, iż tylko parę centymetrów dzieliło mnie od śmierci.
    Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, rzuciłem się na stojące za mną krzesło i oparłem głowę o blat stołu, zamykając oczy; chciałem chwili wytchnienia, chwili spokoju, nie myślałem, że być może on się kryje gdzieś w domu, nie obchodziło mnie to, chciałem tylko spokoju. Nie wiem, jak długo tak leżałem, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi.
    Natychmiast wstąpiły we mnie nowe siły, pobiegłem, by czym prędzej je otworzyć. To była Natalie, moja Natalie. Spojrzałem w jej zielone oczy, które niosły ze sobą ukojenie. Chwyciłem ją w swoje ramiona i z całej siły przycisnąłem swoje wargi do jej. Całowałem ją długo, miałem nadzieję, że nigdy nie będę zmuszony przestać; czułem każde wgłębienie jej warg, otwór między nimi i bijące zeń ciepło. Byliśmy jednością – i póki byliśmy razem, nic nie mogło nam zagrozić.
    Trwaliśmy tak chyba z parę minut. Wprowadziłem ją do środka, do salonu, gdzie usiedliśmy na kanapie. Wciąż się nie odzywałem, nie mogłem znaleźć słów, by opisać, co stało. Ale nie musiałem się wysilać, wydawało mi się, że Natalie świetnie rozumie, co przeżyłem przed chwilą; patrzyła się na mnie, dając mi pochłaniać widok jej oczu i ich spokój. – Oni… mówili, że coś… takiego nigdy nie powinno się wydarzyć… – powiedziała przerywając ciszę.
    Ciężko jest mi teraz usiedzieć w jednym miejscu i w ciszy spisywać te wspomnienia. Dobrze, że zapaliłem to światło: jest o wiele przyjemniej. Mam nadzieję, że udało mi się opisać wszystko tak, żebyście zrozumieli, co przeżyłem – każdą moją panikę, każdą odrobinę strachu, niepokoju i grozy, oraz każdą chwilę szczęścia i radości. Może ten wpis pomoże mi, może zadziała jak katharsis, uwolni moje spienione emocje, i pozwoli pomyśleć nad rozwiązaniem tego problemu na chłodno. Tylko jedna myśl mnie teraz nurtuje: kim są ci „oni”? Czy nam pomogą, czy też są odpowiedzialni za tę całą sytuację. O! kroki: chyba Natalie już wyszła spod prysznica.
    pokaż całość

  •  

    ciepło, coraz cieplej, więc w przededniu prawdopodobnie ostatniego tak gorącego weekendu w roku, zapraszam was w zupełnie inny czas - skoczymy w jesienny, mglisty i dżdżysty wieczór. 'następny raz' to tekst dość daleki od doskonałości - miała być bajkowo-baśniowa opowiastka w stylu neonoir o wrocławiu, a wyszła przerysowana (miejscami w niezbyt dobry sposób), trochę pedalska miłosna szmirka w sosie socrealistycznym (chociaż to akurat mi się podoba). tak czy siak - ukłony dla piastowsko-czesko-niemiecko-nazistowsko-polskiego #wroclaw. do miasta stu mostów w tym tagu jeszcze wrócimy - ale już w zupełnie innych okolicznościach.

    następny raz

    PDF| mobi| epub

    Gdzie (...) miałbym czuć się lepiej, niż tutaj, w mieście przesiedleńców? W mieście, które jest przystanią ludzi bez ojczyzny? Tutaj od wieków mieszały się wszystkie kultury, a mury twierdzy wpuszczały wszystkich, bez wyjątku. Tutaj Niemcy latami budowali i burzyli, pozostawiając po sobie ślady, których nie zatarła nawet Ar-mia Czerwona, a ta przecież, wydaje się, że potrafiła zniszczyć wszystko. Tylko tutaj komuniści postawili wielkie bloki z płyty, a ludzie wciąż korzystają z niemieckiego bruku. To miasto to nieustanna walka, twierdza, która się nigdy nie poddaje. Tutaj, chodząc ulicami, możesz niemal usłyszeć zew przeszłości, krzyki tych, którzy umarli w imię lepszej przyszłości i niezwyciężonego jutra.

    #piszzwykopem #czytajzwykopem #tworczoscwlasna #opowiadanie #wilkopowiadania
    pokaż całość

  •  

    w nawiązaniu do tego wpisu, zgodnie z zapowiedzią, wrzucam dwa teksty - a w zasadzie jeden, bo książęta poleciały już wcześniej. 3 formaty zapisu (PDF/mobi/epub) i tylko 33% pewności, czy to w ogóle działa. dwa skrajnie różne utwory, raczej krótsze niż dłuższe. fragmenty i linki poniżej. miłej lektury, mam nadzieję.

    książęta

    PDF| mobi | epub

    Wisłostrada jest szeroka jak zawsze, a przy tym pusta jak nigdy. Środek nocy jest błogosławieństwem kierowców, pęd powietrza ogłusza mnie, lecz nie daje rady zmazać słodkich perfum siedzącej obok dziewczyny. Słyszę tylko jej śmiech i wściekłe wycie koni mechanicznych pod maską; dociskam gaz do podłogi i w nagrodę czuję jej dłoń na mym udzie, zupełnie jakby chwaliła moje starania i doceniała wysiłek. Czuję, że jestem królem życia i nagle chce mi się śmiać. Obok nas, wilgotne, napite zapachem Wisły powietrze niesie po sobie echo odbywających się na plażach praskiego brzegu imprez. Mimo że jest środek nocy, Warszawa żyje.
    Za ślimakiem przy moście Łazienkowskim słyszę głośne szczeknięcie syreny. Spoglądam w lusterko, widzę czerwono-niebieski kogut na srebrnej Kii stołecznej policji i trzeźwieję w mgnieniu oka. Na budziku mam ponad sto dwadzieścia, wciskam sprzęgło razem z hamulcem i płynnie zjeżdżam na pobocze. Wyciągając telefon, kątem oka widzę, jak dziewczyna sztywnieje ze strachu, wyciąga szyję w tył, w kierunku zbliżającego się funkcjonariusza. Wybieram prędko numer do ojca, mówię do słuchawki kilka słów, a gdy policjant zbliża się do drzwi auta, wyciągam aparat w jego stronę i mówię:
    „Do ciebie”.

    w szeregu

    PDF | mobi | epub

    Szli, stale utrzymując mordercze tempo, łyskały w słońcu ich ordery, medale i skrzyły się srebrne nici wojskowych dystynkcji. Każdy z nich, żołnierzy Wehrmachtu, był uosobieniem strachu, śmierci oraz terroru, więc twarze ich przyjmowały oblicza twarde, stanowcze i nieugięte. I tylko z najbliższej odległości, przy wnikliwym spojrzeniu w żołnierskie twarze widać było, jak w ich błękitnych oczach, pod metalicznymi sklepieniami hełmów gorzały zwątpienie i płonęła męka. Hans nie rozumiał tak naprawdę, po co była ta cała wojna, dlaczego trwała tak długo i czemu wysyłano ich coraz to dalej od domu, ale nie sprzeciwiał się temu, bo ufał Führerowi i robił to, co mu kazano. Tak jak wszyscy.
    Kroczyli równo i dumnie, bo byli dywizją Wehrmachtu. Najsilniejszą, najbardziej śmiercionośną i jedyną niepokonaną armią w historii.
    A przynajmniej tak im mówiono.

    #piszzwykopem #czytajzwykopem #tworczoscwlasna #opowiadanie #wilkopowiadania

    wołam też zainteresowanych: @lazer @bolimienoga @gottov @agaja @chonakawe
    pokaż całość

    +: robekk1978, G..........s +6 innych
    •  

      @Marcin_Wilk: spoko, skonczylem wczoraj pisać. Jestem zadoeolony, ale dużo do korekty nam, wiec zanim rzuce to minie teoche.

      Wysylales do wydawnicte/gazet? Jakis feedback?

      Ja mam zamiar swoje di tygodników wyslac, czy tsm kwartalników.

    •  

      Wysylales do wydawnicte/gazet? Jakis feedback?

      @vilajnen: do wydawnictw. raczej skromny, były 2 propozycje publikacji ale tylko na zasadach współfinansowania - to mnie średnio interesuje. oprócz tego dziękujemy, nie wydajemy opowiadań, dziękujemy, ale mamy już ustalony plan wydawniczy, albo klasyczny brak odpowiedzi.

      do czasopism nie wysyłałem - mierzyłem trochę wyżej, w książki. książęta ukazały się w offowym zinie literackim, którym opiekuje się gość z jednego z wydawnictw, które mi odpowiedziały. miły epizod, dobrze wspominam. pokaż całość

    • więcej komentarzy (4)

  •  

    Mirki, jest taka sprawa. co do zasady wiem, ze trailery postów to raczej żenada, ale postanowiłem wybadać temat, zanim zacznę się się forsować.

    od kilku lat bawiłem się/bawię się w literaturę na - poziomie amatorsko-hobbystycznym. przez ten czas spod mojej ręki wyszło kilkanaście tekstów - raz krótszych, raz dłuższych, raz lepszych, raz gorszych; wszystkie jego łapią się pod to, co na lekcjach polskiego określa się jako "opowiadanie" (z wyjątkiem może jednego utworu, ale to inna historia), a bodajże dziesięć wyselekcjonowanych z całości złożyło się na tom opowiadań - książkę, którą bezskutecznie próbowałem wydać. zgarnąłem od dwóch wydawnictw całkiem dobre opinie, niestety, współcześni debiutanci muszą się chyba liczyć z tym, by najpierw włożyć w swoją karierę kilka tysi - co skutecznie mnie od zrobienia tego biznesu powstrzymało. nie narzekam, nie żalę się, business is business - rozumiem. ale chęć podzielenia się twórczością pozostała - bo przecież nie pisałem tego dla siebie, tylko moim marzeniem zawsze było to, by obudzić jakiś chociażby cień emocji w innym, obcym czytelniku.

    krótko mówiąc, sonduję, czy byłoby tutaj zainteresowanie na młodą literaturę - a to jeśli tak, w jakiej formie podanej. moje pierwsze podejście do tego na mirko przeszło raczej bez echa, ale podsunięto mi parę pomysłów w postaci formatów mobi/epub, czy coś takiego. może pdf? na pewno są ku temu wygodniejsze sposoby, niż ściana wklejonego tekstu na wykopie.

    gotowych do podzielenia się utworów jest siedemnaście. według utopijnego scenariusza, co dwa-trzy-siedem dni pod tagiem #wilkopowiadania będą się na mirko pojawiać teksty/linki do nich/linki do plików albo też będą rozpowszechniane w innej - zasugerowanej formie. zależy to tylko od tego, czy znajdzie się ktokolwiek, kto byłby tym zainteresowany.

    na zachętę chciałbym bardzo dodać, że gówna raczej nie serwuję, ale chociaż jestem z tego, co napisałem całkiem zadowolony, ocenę co do tego zjawiska pozostawiam potencjalnemu czytelnikowi. więc nie napiszę nic.

    kilkuakapitową próbkę tego, co potrafię i tego, co mi nie wychodzi, też mogę dostarczyć. past nie tworzę.

    #piszzwykopem #czytajzwykopem #tworczoscwlasna #opowiadanie #wilkopowiadania #pisanie
    pokaż całość

    +: zwierzax, g....v +4 innych
    •  

      @Marcin_Wilk ja bardzo chetnie bym przeczytal jakies inne historie warszawskich ksiazat, bo jest to ciekawie napisane i sposob narracji mi sie podoba, mimo tego ze ktos narzekal w komentarzach to jednak pasuje do historii i rozumiem zamysl

    •  

      @Marcin_Wilk:
      Zwróć się do normalnych wydawnictw, a nie do tych, które wydają za pieniądze autora.

      Jeśli wysyłasz swoje teksty do normalnego wydawnictwa i nie chcą ich drukować, to znaczy że teksty są kiepskie. Normalne wydawnictwo nigdy nie bierze kasy od autora, a wprost przeciwnie - płaci. Natomiast z zasady nie drukuje się tam grafomanii.

      Jeśli wysyłasz do wydawnictwa publikującego za pieniądze autora (self publishing), to opublikują każdy badziew, skoro to klient płaci, bo z tego przecież żyją. Dla nich niespełnieni pisarze, przekonani o własnym talencie, to źródło ich utrzymania.
      pokaż całość

      +: G..........s
    • więcej komentarzy (7)

  •  
    M.........u

    +12

    ...lubię czasami napisać coś takiego do danego utworu jak złapie mnie odpowiednia zajawka; tak, jak w tamtej chwili. ;)

    [ #muzyka #cyberpunk #moje #piszzwykopem #perturbator ]

    Idziesz ściśnięty neonowym korytarzem zmieniającym kolory z częstotliwością tak zachwycającą, co wkurwiającą dla epileptyków; znany Ci lokal klubu "Horyzont Zdarzeń" nazywany przez niektórych pieszczotliwie "Horyzontem Wrażeń" przybliża się z każdym krokiem, który energicznie stawiasz w rozwrzeszczanym i ekscentrycznym spędzie ludzi różnego wieku, trudnych do rozpoznania płci i narodowości.

    Ściany zdają się pulsować w rytm niskich dźwięków niosących się zza lustrzanej ściany, w której przelotnie widzisz swoje odbicie, na które nie chcesz zbyt długo patrzeć; młodzieniaszka z ufarbowanymi na srebrno włosami, naturalnie niebieskimi - teraz jednak niemal w stu procentach przysłoniętymi gigantycznymi źrenicami - oczach o długich, działających na cizie w jakiś niepojęty dla Ciebie sposób.

    Czujesz się bezpiecznie w drogich skórach i modnie podartych dżinsach sięgających do połowy łydek nóg odzianych w hipermodne buty na platformie, najnowszy model, najwyższa cena, prawdopodobnie jakieś japiszony będą chciały ją poznać gdy wejdziesz na ich Lożę, metki więc profilaktycznie nie odklejasz..

    Odchrząkujesz lekko, czując gorzki spływ metylenodioksypirowaleronu kupionego wcześniej po okazyjnej cenie. Nic dziwnego, że dzieciaki używają skrótu... Zastanawiasz się za ile wejdzie to coś i klniesz pod nosem, przebijając się przez kolejkę i robisz to nieco głośniej, gdy w ruch idą kolana i łokcie Na każdy głos protestu reagujesz groźną miną i wymownym wskazaniem na pozłacany kastet z wysokowytrzymałościowej stali noszony niczym biżuterię. Zaczepno-obronną, lecz biżuterię.

    Już z dala usiłujesz być zauważony i unosisz rękę w geście powitania do bramkarza. Ten, z takimi rozmiarami, z pewnością nie ma problemów z wyróżnianiem się z tłumu. Spotykacie się w końcu przed niebotycznie wysokimi schodami o krańcach zaznaczonych neontaśmą. W przelocie łapiesz skierowane ku sobie spojrzenie jakiejś dziewczyny; na początku jest tylko niewyraźną plamą w tłumie odsłoniętych brzuchów, ramion i piersi o sutkach również zaklejonych neonową taśmą, Ty jednak o dziwo zwracasz uwagę na jej oczy... Zasunięte lustrokularami. Czy to w ogóle zgodne zasadami "Horyzontu?"

    Jest w niej coś... Coś, co sprawia, że kiwasz na nią ręką witając się z bramkarzem jak ze starym kumplem. Dziewczyna, cała rozanielona, odłącza się od ogonka i staje przy Tobie, bezceremonialnie uwieszając się na ramieniu i rozciągając wargi w słodkim uśmiechu. W końcu odbijasz na czytniku swoją kartę VIP, dodając dziewczynę jako swoją towarzyszkę. Wyrwane z elektrycznego letargu drzwi ochoczo otwierają się, ukazując zapraszające wnętrze Horyzontu. Wchodzicie, a równie sprawnie zasuwające się drzwi w jednej chwili odcinają Was od czekającej reszty, a bębenki ucha zostają zaatakowane najgorętszą muzyką ostatniego tygodnia. DJ się stara, co nie zostało niezauważone przez tłum; przebiega Ci przez myśl, że musicie mieć komplet i tak też w rzeczywistości jest; gdy zegar pokazuje Ci na skórze dłoni zaledwie 01:17, z zewnątrz daje się jednak usłyszeć nie-takie-ciche jęki zawodu.

    Komplet.
    Sorry, dziewczyny, sorry, chłopaki, resztę VIPów zapraszamy do ustawienia się po prawej.

    A noc jest Wasza i jeszcze młoda.
    Ciągniesz lustrzaną lalę za rękę w kierunku Loży yuppies.

    - - -
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    +: j............n, jokefake +10 innych
  •  

    słowa, które znajdziecie poniżej, napisałem sam. z nikim nie mogłem się dogadać, żeby to wydrukować - więc najwyższy czas podzielić się nimi na innych zasadach. przecież nie pisałem tego dla siebie. smacznego.

    tekst jest zdecydowanie +18

    #piszzwykopem #czytajzwykopem #tworczoscwlasna #opowiadanie #wilkopowiadania

    'książęta'




    W każdy weekend umieram i odradzam się na nowo.
    Leżę w wypełnionej po brzegi wannie. Gorąca woda otacza mnie przyjemnie z każdej strony, swoją temperaturą koi moje zmęczone mięśnie. Przez nozdrza wdycham słodką woń soli kąpielowych i niemal jestem w stanie poczuć, jak skóra przez otwarte pory wchłania tak potrzebne mi w tej chwili składniki mineralne. W mieszkaniu panuje błoga, żałobna cisza. Zmartwychwstaję.
    Tak leżąc, z brzydkim, kpiącym uśmiechem na ustach wspominam najprzyjemniejsze momenty ostatnich dwunastu godzin. Jestem zadowolony. Wszystko, co miałem wcześniej w planach spełniło się znów i teraz, ze spokojnym, spełnionym sumieniem stawić mogę czoła chowającemu się za widmem jutra tygodniowi.
    Tak, wszystko udało się po raz kolejny. Ta sobota była nawet wyjątkowa w swej pomyślności, myślę.
    Opuszkami środkowych palców obu dłoni delikatnie masuję obolałe skronie. Leżąc wygodnie w swej wyłożonej brązowymi kafelkami łazience, zatapiam się powoli w wizje ostatniej nocy. Mam co wspominać.
    Bo działo się sporo.

    *

    Jest sobotni, ciepły wieczór. Po wyjściu z kąpieli uważnie prasuję części swojej garderoby, dokładnie trymuję zarost i wcieram w twarz krem. Chwytam za grzebień i w pełni skupienia układam fryzurę, która dzisiejszego wieczora będzie jedną z moich wizytówek. Mieszkanie wypełniają miękkie dźwięki mojej ukochanej muzyki elektronicznej, wprowadzają mnie w znajomy stan radosnego podenerwowania, które zwykle towarzyszy mi przed wyjściem do klubu. Słodka muzyka gorącego weekendu kupuje mą duszę i gdy zapinam ostatnie guziki koszuli, myślę już tylko o tym, co będę robił za kilka godzin, o ciemnym wnętrzu popularnego lokalu rozrywkowego, dusznym od zapachu perfum i dziewczęcego potu powietrzu, nieznajomych twarzach i znajomym dzwonieniu w uszach. Czuję, jak z tyłu głowy złośliwie skrada się znajome uczucie euforii. Świadom jeszcze bardzo wczesnej pory, pobudzone nerwy uspokajam małą szklaneczką whisky. Czysty alkohol rozkosznie rozlewa gorycz po przełyku, wstrząsa ciałem dreszczem gorąca i powolutku rozlewa się po żyłach, uspokajając niecierpliwe serce. Złote mililitry szkockiego single malt są wisienką na torcie mojego przygotowania i wpasowują się w mój misternie opracowany plan niczym brakujący element układanki.
    Sięgam po czarnego iPhone’a i szybkimi ruchami palców wystukuję komunikat: wyruszam, będę na miejscu za pół godziny. Chwytam kluczyki do auta, narzucam czarną marynarkę i wychodzę z domu. Windą zjeżdżam na poziom -1, do podziemnego parkingu, gdzie czeka w uśpieniu mój Nissan. Chwilę później wrzucam pierwszy bieg i po rampie wyjeżdżam w stłoczone pod różowoszarym niebem, ciepłe powietrze.
    Ulice Wilanowa są zupełnie puste. Cichy wieczór okrył już warszawską dzielnicę swym spokojem, rozlał się nad apartamentowcami niemą melodią i słodkim zapachem schnącej trawy. Nieliczni spośród moich sąsiadów, którzy nie wyruszyli na weekend na mazurskie działki, otwarli szeroko okna, uprzejmie zapraszając do swych mieszkań czerwcową noc. Nad miastem kończy się właśnie kolejny dzień i skąpane w głębokim różu słońce kryje się z za linią horyzontu, hen, gdzieś daleko po mojej lewicy, leniwie ustępując nieba nadciągającemu znad wschodu mrokowi. Rozkoszna apatia strzeżonych osiedli i głucha cisza ulic przypominają mi, że nie wszyscy w mieście będą mieli dziś tak udaną noc, jak ja.
    Uśmiecham się do tej myśli gdy mknę Wilanowską w kierunku centrum. Nie mam problemów na drodze, w kilka minut docieram do Puławskiej, gdzie wreszcie trafiam na ruch godny stolicy. Większość z następnych dziesięciu minut spędzam w moim czarnym cabrio oczekując na zielone światło. W przydługich przerwach w podróży delektuję się słodkim zapachem warszawskiej nocy – melanżem damskich perfum, niebieskich spalin i zaszczanych podziemnych przejść. Ruszam, mam wreszcie trochę szczęścia, więc pędzę przed siebie nie szczędząc pedału gazu, wyprzedzam auta przeskakując to na lewy, to na prawy pas i im bardziej zbliżam się do Śródmieścia, tym silniej czuję, że Mokotów, zupełnie jak ja, również jakby drży z podniecenia. Powietrze jest gęste od pragnienia rozrywki. Warszawa szykuje się na sobotnią noc.
    Na Placu Unii jest już dość tłoczno. Zwracam uwagę na zmierzające ku centrum dziewczyny, mój wzrok przyciągają liczne, roześmiane twarze wszelkich kolorów i kształtów, błyskotki na nadgarstkach i krótkie spodniczki, które odsłaniają nogi, które niekoniecznie zawsze powinny być odsłaniane. Mówiąc to, mam tu przede wszystkim na myśli trzy wypindrzone hieny, które ustawiły się na przejściu dla pieszych, kilka metrów od mojego auta - są niewysokie, brzydkie i skąpo odziane w opięte na fałdach tłuszczu kolorowe bluzki; trajkoczą głośno, klną po prostacku i rozsiewają wokół siebie przykrą aurę społecznych nizin. Z niesmakiem odwracam spojrzenie, moje oczy wędrują ku rozpalonemu w czerwień sygnalizatorowi. Silnik mruczy na niskich obrotach, w gotowości oczekuje na zastrzyk mocy.
    Wystrzeliwszy jak z procy, wpadam na rondo i płynnymi ruchami kierownicy prowadzę wóz po łagodnym łuku jezdni. Gnam Marszałkowską, między kamiennymi budynkami MDMu i chcąc nie chcąc, ścigam się z żółtym wagonem stołecznego tramwaju. Ciepły wiatr smaga mnie po twarzy, gdy przecinam Plac Zbawiciela, jeszcze dość opustoszały i cichy. Są to jego ostatnie minuty spokoju - każdy, kto choć raz był w Warszawie w sobotnią noc wie, że zaraz z wszystkich czterech stron świata pod kolumnady napłyną miejscowi hipsterzy i racząc się kieliszkami wina oraz kuflami podrzędnej jakości piwa, rozsiądą się wygodnie na kamiennych stopniach ulubionych klubokawiarni, dadzą znów ponieść się swojemu dumaniu, taniej filozofii i zachłannemu pragnieniu oryginalności. Nie trawiąc tej kultury, bez cienia żalu zostawiam za sobą Tęczę i wpływam spokojnie na Plac Konstytucji, gdzie zza potężnych, socrealistycznych gmachów mieszkalnych dumnie wychyla się iglica Pałacu Kultury i Nauki. Uśmiecham się w duchu na ponowne spotkanie z obliczem półwiecznego molocha, gdy ukazuje mi się w pełnej krasie na Rondzie Dmowskiego. Odczekawszy znów niecierpliwie swoje, z piskiem opon ruszam w kierunku Świętokrzyskiej, gdzie rozglądam się za miejscem parkingowym. Nie mija pięć minut, a wreszcie wysiadam z auta i staję na betonowym chodniku Śródmieścia.
    Spotykam ich pod Prudentialem. Żaden z nich nie ma jeszcze trzydziestu lat, są piękni, modnie ubrani i zepsuci do szpiku kości – zupełnie jak ja. Stojąc nonszalancko w drogi marynarkach, palą Djarumy i nie rozglądają się na boki, poświęceni rozmowie o nowym zegarku, który Roland dostał ostatnio od ojca. Plac Powstańców mieni się kolorami damskich kreacji, w świetle lamp lśnią cekiny i kolczyki, biją po oczach jaskrawe odcienie materiałów sukienek, lecz chłopaki mają to za nic i poświęceni swojej wspólnej sprawie jawnie okazują obojętność wobec rzucanych im spojrzeniom. Moi bracia nie interesują się byle kim. Mają swój styl, czują bluesa warszawskich ulic, bo dawno już nauczyli się żyć w tym mieście, gdzie rządzi pieniądz. I za to ich kocham.
    Gdy się zbliżam, wymieniamy powitania i mocno ściskamy sobie dłonie; zawieramy w ten sposób niepisaną umowę, której przedmiotem jest dzisiejsza noc.
    Nie mamy żadnego konkretnego pomysłu. Lansujemy się na Śródmieściu, kręcimy po Mazowieckiej i Kredytowej; zachodzimy nawet do Ogrodu Saskiego, gdzie chłopaki proponują mi trawę. Odmawiam bez żalu - nie palę tego gówna, mózg mi się od tego smaży i zachowuję się potem jak warzywo.
    Na nich działa to zupełnie inaczej – są jeszcze bardziej wyluzowani i jeszcze lżej usposobieni. Po wypalonym skręcie cała trójka płynie warszawskimi chodnikami przed siebie, kołysze lekko ramionami, wprawiając ciała w całkiem bezpretensjonalny swing. Trzy kroki za nimi idę ja – nieformalny, samozwańczy lider tej zatrutej, arystokratycznej paczki, w myślach snując powoli pomysły destynacji. Szczerbatymi wąwozami centrum niesie się już dudnienie muzyki z okolicznych klubów i czujemy przy tym wszyscy, że zbliża się pora decyzji i wyboru lokalu, w którym zarzucimy dziś sieci. Po drodze zachodzę do bankomatu i wyciągam forsę. Dużo. Nie mam zamiaru dziś oszczędzać.
    Siłą rzeczy pada temat pieniędzy i chłopakom momentalnie przechodzi faza. Michał opowiada o jakimś dużym kontrakcie firmy ojca, prosi mnie o radę, pytając, jak w tej sprawie postąpić możliwie czysto, w taki sposób, by kapitał poszedł w odpowiednie miejsce, a Urząd Skarbowy mógł spać spokojnie. Słucham w zamyśleniu, kiwając głową, choć wiem przecież dobrze, że strategię mają już dawno opracowaną. Michaś wspomina o tym tylko po to, bym szepnął o nim dobre słówko mojemu ojcu, ale nie mam mu tego za złe. Każdy chce mieć dobre układy z prokuraturą, szczególnie gdy ma dostęp do tak wysokiego jej szczebla.
    Jest grubo po dziesiątej wieczorem i niebo nawet w sercu Warszawy zdążyło już zrobić się czarne. Czujemy lekki dreszczyk chłodu, hulający między murami wietrzyk kąsa nas zimnymi kłami i decydujemy, że najwyższy czas wreszcie się rozgrzać i zacząć zabawę na poważnie. Nieco przez przypadek wybór pada na dobrze znany nam klub na Mazowieckiej. Chłopaki jeszcze przed wejściem przystają z boku, Roland wyciąga z kieszeni jakieś zawiniątko i cała trójka bierze po pigule. Chwilę nabijają się z małych, pomarańczowych tabletek w kształcie granatów, a ja po raz kolejny odmawiam, bynajmniej nie dlatego, że jestem święty, czy stronię od dragów, lecz nie, powód jest zgoła prozaiczny - w głowie mam już tylko ukochany, słodko-gorzki smaku alkoholu, czekam na ponowne ukąszenie dreszczu, wyostrzenie zmysłów i kontrolowane odrealnienie od tego parszywego świata. Mijamy kolejkę do selekcji, bramkarze wzbogacają się o niebieskie bilety Narodowego Banku Polskiego z obliczem Kazimierza Wielkiego i wszyscy jesteśmy zadowoleni. Nie oszczędzamy na przyjaciołach, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakiej sytuacji potrzebna będzie czyjaś przysługa. Witani uśmiechami i uprzejmością, wchodzimy w wąską bramę lokalu.
    Klub muzyczny Crimson wygląda dokładnie tak, jak go zapamiętałem. Labirynt wąskich korytarzy obitych czerwoną tapetą wiedzie do małego pomieszczenia, takiego jakby przedsionka, z którego przez potężne, wysokie przejście wchodzi się do ogromnej sali głównej. Na jej samym środku - dancefloor, po lewej - długi na kilka metrów bar, a dookoła, pod ścianami, porozrzucane są loże. Meble obite są krwistoczerwonym pluszem, który przez całą swą kadencję w Crimson widział już naprawdę niejedno.
    Bez wahania podchodzę do lady i proszę ciemnowłosą kelnerkę, żeby zawołała Martę. Mówię jej że mam pilną sprawę i nie sposób zarzucić mi w tym kłamstwa – potrzebuję ustronnego miejsca, jednego ze słynnych na pół – te lepsze pół – Warszawy Vip Roomów Crimson, bo przecież nie będziemy z kolegami siedzieć ramię w ramię razem z plebsem. Menagerka wychodzi po chwili z pokoju dla staffu. Widzę, że jest jakaś dziwna, nieco spięta i niechętna do rozmowy; słucham, jak z udawanym żalem w głosie krzyczy mi do ucha, że wszystkie pokoje są zajęte albo zarezerwowane, ale następnym razem mam zadzwonić, a przecież nie będzie problemu. Daję jej sto złotych i mówię, że to nawet nie jest zaliczka, tylko mój kaprys i uprzejmość, bo lubię ją i lubię Crimson, mam zamiar dobrze się dziś bawić i nie chce mi się myśleć o tym, czy jak wrócę z papierosa na moim fotelu nie będzie siedzieć jakaś szmata. Pieniądz daje mi bezosobowy komfort; wolę jej zapłacić jak kurwie, niż prosić się o cokolwiek, cedzić miłe słowa, przekonywać, albo co gorsza - chwytać się tego jednego, ohydnego wspomnienia feralnej nocy, kiedy to – w zasadzie zupełnie przypadkowo - wziąłem ją naraz z Ksawerym w ciasnym pomieszczeniu jej małego gabinetu.
    Pokój cudowanie znajduje się, z uśmiechem dziękuję Marcie za ubity interes i wracam do chłopaków, którzy zostali przy barze. Zaczęli już świecić oczami do jednej z dziewczyn uwijających się po drugiej stronie lady, więc mówię Rolandowi, żeby o tym zapomnieli, że to nie jest nasz target na dziś, a wszystko, co zamówili, obsługa ma przynieść do pokoju numer V. Sam zamawiam szybką whisky i w tak zwanym międzyczasie spojrzeniem obejmuję salę. Z bolesnym ukłuciem zażenowania stwierdzam, że od ostatniego czasu, kiedy tu byłem, Crimson zszedł na psy, że selekcja na bramce w zasadzie chyba już nie istnieje, bo na parkiecie niewiele jest dziewczyn, za to mnóstwo śmiesznych typków o chamskich, chłopskich mordach, którzy jeszcze trzydzieści lat temu byliby używani przez swoich ojców do orania pola. Jednak teraz, w XXI wieku, wszyscy poszli na studia i pozjeżdżali się z wszystkich zadupiów Polski do stolicy, w sobotnią noc ubierają modne w poprzednim sezonie koszule i graj muzyko, na podbój serc wyruszają prawdziwi party animals z warszawskiego city. Kręcą „chore melanże” w „całym mieście”, ale jako że żal im dwudziestu złotych na drinka - walą Żołądkową Gorzką w bramie zanim wejdą do klubu. Bawią się potem całą noc, z tymi swoimi zapitymi ryjami i przepoconymi koszulami próbują bezskutecznie cokolwiek zaruchać, a gdy wreszcie wstaje ranek i cały czar pryska - wracają sami do domów, walą konia do upadłego i nie zdjąwszy tych swoich koszul, padają mordami na poduszki. Znam ten typ aż za dobrze, są to wsiury bez nawet zalążków manier czy dobrego gustu, studenckie wsze nie warte nawet złamanego grosza, które rzygają po kiblach, zasypiają w lożach, a po wyszczaniu się nie myją nawet rąk, bo tak im spieszno z powrotem „tańczyć”.


    Swojego drinka piję szybko, bo przykry widok drażni moje poczucie estetyki. Nie chcę się nakręcać; przyszedłem się zabawić, poznać jakąś lalkę, wziąć ją na noc i w spokoju zrobić z nią, co mi tylko dusza podpowie, więc nie mam czasu na przejmowanie się bydłem. Pustą szklankę odstawiam na ladę, proszę blondynę o to samo, ale już do V-tki i daję jej złożony dwudziestozłotowy banknot zaznaczając, że to tylko ekstra, a za cały alkohol zapłacę dopiero przy wyjściu.
    Wąski, wygłuszony korytarz zaczynający się przy prawej krawędzi baru wiedzie w dół, do piwnic, gdzie ulokowano pokoje prywatne. Spokojnym krokiem przemierzam krwistoczerwony trotuar, spojrzeniem szukając przy tym na ścianie mosiężnej rzymskiej V. Czuję satysfakcję. Jestem panem tego miejsca: to mój klub, moja znajoma knajpa. Chwytam pozłacaną klamkę, popycham drzwi i mijam się w nich z uroczą dziewczyną z obsługi. Jest niewysoka, ciemno opalona i ubrana w krótką spódniczkę odsłaniającą zgrabne, dziewczęce udo. Myślę przy tym, że tak właśnie powinna wyglądać kobieta. Wychodząc, mruga do mnie okiem; robi to z takim wdziękiem, że przeszywa mnie miły dreszczyk podniecenia i byłbym chyba ruszył za nią, gdyby nie Ksawery. Woła mnie po imieniu i szelmowskim uśmiechem demaskuje moje brudne myśli. Odwzajemniam spojrzenie, przyjmuję od niego drinka i stukamy się lekko szkłem.
    „Z fartem, bracie”, mówię do niego. „Przed nami cała noc”.
    On śmieje się na to i przyznaje, że jest nagrzany, że nie popuści dzisiaj żadnej i wszystko jest OK, na dobrej drodze ku temu, byśmy wspominali dzisiejszą noc przez długie lata. Gdy to mówi, mam wrażenie, że czas na moment zatrzymuje się, że ta chwila uwiecznia się właśnie w mojej pamięci i będę mógł wracać do niej, kiedy tylko mi się będzie podobało. Czuję, że stoimy w blokach startowych. Za moment padnie strzał.
    Nasz pokoik jest raczej niewielki, a większość jego powierzchni zajmuje czarna, skórzana kanapa w kształcie podkowy. Po jej środku ulokowano ciężką, szklaną ławę, na której ląduje alkohol, nasze portfele, telefony i klucze. Pod ścianą cicho buczy mała lodóweczka. Siadam wygodnie w rogu sofy, wyciągam nogi i proszę Rolanda, by jeszcze raz pokazał mi swój zegarek. Chwilę przyglądam się srebrnej, kanciastej kopercie Girard-Perregaux i cmokam z uznaniem, choć bez zawiści. Czasomierz jest nieco nie w moim guście, za duży, choć nie sposób odmówić mu pewnego ponadczasowego piękna – wygląda i waży dokładnie tyle, ile powinien, ma równowartość nowego samochodu i jest dowodem klasy. Roland jest zachwycony moimi pochwałami, wyuczonym gestem poprawia mankiety koszuli i opada rozluźniony na oparcie kanapy. Uwielbia luksus i komplementy, które łechcą jego potrzebę uznania. W życiu przejął po ojcu pozę przebojowego biznesmena-hazardzisty, wolny czas spędza na lekturze podręczników maklerskich i obserwację giełdowych słupków, bo marzy mu się tytuł polskiego wilka z Wall Street. Historię Jordana Belforda znał jeszcze przed wielkim boomem, który nastał po głośnym filmie z Leonardo DiCaprio, a biografia znanego oszusta – wydanie zachodnie, po angielsku - zajmuje na półce w domu Rolanda szczególne miejsce już ładnych parę lat.
    Rozmowa schodzi na dużo bardziej trywialne tematy, jak kino, wakacje i rynek nieruchomości, tego typu duperele, o których gada się zawsze w chwilach względnego rozluźnienia. Odpalamy po papierosie i rozlewamy po drinku, kiedy rozlega się pukanie. Ksawery wstaje ku drzwiom, w których pojawia się zagubiony gdzieś wcześniej Michał. Nie jest sam, tuż za nim, gęsiego, skruszone wchodzą do pokoju cztery panienki. Stoją chwilę, zawstydzone, na środku pomieszczenia, niezręcznie kołysząc ze stresu biodrami na prawo i lewo do momentu, gdy Rolad zaprasza je na kanapę i uprzejmym głosem proponuje coś do picia. Wymieniamy z Ksawerym porozumiewawcze spojrzenia, dłonią maskuję lekki uśmieszek, bo obserwując, jak Michał wymienia ślinę z jedną z dupeczek nie mam złudzeń co do tego, że zaprawił się wręcz żenująco szybko.
    Siedzimy w ósemkę, pijąc i paląc może pół godziny, rozmowa jest nawet miła, lecz wychodzi w niej że niestety – ale to nie są dziewczyny, których szukamy. Choć wcale ładne, dobrze ubrane i zadbane, okazują się raczej nieinteresujące, żeby nie powiedzieć - tępe jak szpadel, a godzina jest przecież jeszcze zbyt młoda, byśmy zadowolili się półproduktami. Gdy cizie kombinują, jak rozsiąść się tak, by zamiast wszystkie w kupie, każda siedziała obok choć jednego z nas, wołam tę najbliżej siebie i mówię jej, że naleję im jeszcze po drinku i na nie będzie już chyba pora. Nie jestem zaskoczony, gdy nie rozumie, co mam na myśli i zamiast wziąć dupę w troki, sili się na głupią gadkę, jakiś żenujący tekst, którym według własnych kalkulacji zbuduje swoją pozycję i udowodni, że jest drapieżną, pewną siebie kobietą. Słuchając tych bredni nie wytrzymuję w połowie jej monologu, parskam otwarcie i każę im wypierdalać.
    Około wpół do pierwszej, po kilku kolejnych drinkach, odpowiednio już rozgrzany, podchodzę do lustra, poprawiam włosy, wkładam na powrót koszulę w spodnie i wychodzę do sali. Krew w skroniach dudni mi w rytm ciężkiego elektro, które zapuszcza dj, a żyły mam pełne promili, pychy i pożądania. Luźnym krokiem wspinam się po schodach, kieruję na dancefloor i zachowując pełen rezon szukam tej jednej, słodkiej dziewczyny, o której marzę od samego rana. W niebieskim świetle lamp, błyskach fleszy i tym potwornym, ludzkim smrodzie lustruję twarze i figury, oceniam oczy, podbródki i nogi, cały czas powtarzając „następna, następna, następna…”. Mija stanowczo zbyt dużo czasu, nim wreszcie wpada mi w oko śliczna brunetka. To ona, myślę.
    Tańczy jak cheerleaderka. Miękkimi ruchami nimfy wprawia ciało w płynne kołysanie, jej gesty są naturalne, niewymuszone i idealne do tego stopnia, że myślę nawet, że to niemożliwe, by nie były wyreżyserowane. Jest piękna, w półmroku Crimson dostrzegam jej słodką twarz i delikatne usta, subtelnie zaznaczone na bladej, skrytej pod ciemnymi włosami skórze. Zachodzę ją od tyłu, delikatnym muśnięciem dłoni po ramieniu zaznaczam swą obecność, po czym przedstawiam się i pytam, czy mogę się przyłączyć. Zgadza się, odsłania swe białe zęby w pięknym, szczerym uśmiechu, po czym zarzuca mi ręce za szyję. Mówi, że ma na imię Agnieszka.
    Próbuję dotrzymać jej kroku, lecz choć kluby to dla mnie nie pierwszyzna wiem, że jestem dla niej balastem, że na parkiecie jest urodzoną solistką i w jej tanecznym show niepotrzebny jest jej nikt. Przemieszcza się z gracją i wdziękiem, jej obroty są zachwycająco miękkie, jak rosyjskiej baleriny na olimpijskiej tafli lodu. Pachnie ciepłą, słodka nutą perfum, które rozpoznaję jako Paco Rabanne.
    Odczekawszy odpowiednio taktowny moment, znajduję dłonią jej dłoń, chwytam mocno i skierowanym wprost do ucha szeptem, zapraszam ją na drinka. Zgadza się ochoczo i ruszamy w stronę baru, lecz gdy jesteśmy już tuż, na wyciągnięcie ręki i mała szykuje się do złożenia zamówienia, nagle zmieniam kierunek, wolną ręką wskazuję na prowadzące do prywatnych lóż schody i mówię, że mam dziś rezerwację. Dostrzegam błysk w jej oku, odwracam twarz tak, by jej nie widziała i uśmiecham się brzydko. Wiem, że tym razem to ja zrobiłem dobre wrażenie.
    Gdy schodzimy mówię jej, że jestem z przyjaciółmi, lecz nie powinna się martwić, bo to chłopcy mili i uprzejmi, znam ich od o, takiego brzdąca, razem siedzieliśmy w piaskownicy, bawiliśmy się resorakami i goniliśmy z kijami po krzakach, udając że walczymy na miecze. Mam do nich pełne zaufanie, mówię i daję głowę, że nie pożałuje decyzji. Jedyny w pomieszczeniu Ksawery kręci się z telefonem i wykrzykuje do słuchawki polecenia. Uśmiechem i wyciągniętą ręką wita się z Agnieszką, gestem dłoni informuje, że musi dokończyć rozmowę i odwraca się do nas plecami. Z potoku słów, które z siebie wystrzeliwuje z prędkością karabinu maszynowego wyłapuję tylko pojedyncze: „wchodzimy”, „przetarg”, „wadium” oraz „chuj mnie to obchodzi”.
    Zapraszam dziewczynę na kanapę, rozlewam po drinku najlepszej whisky, jaką mamy w barku i przysiadam się obok. Pytam ją kim jest, skąd pochodzi i co robi na tym szarym świecie. Rozmawiamy wcale przyjemnie, z uwagą wsłuchuję się w śpiewny głos, którym Aga opowiada mi o swoich zainteresowaniach, obowiązkach i marzeniach z dzieciństwa, które realizuje od dwóch lat. Maluje na ASP, ma za sobą pierwszy wernisaż i przychylne recenzje, co rozpala płomień jej nadziei o własnej galerii sztuki, uznaniu w branży i mecenacie sponsorów. Wspominam, że mam wielu znajomych zainteresowanych malarstwem i z chęcią polecę jej twórczość – pod warunkiem, że da mi szansę zapoznać się z owocami jej pracy. Spisuję w telefonie jej numer, lecz sam nie podaję swojego. Do pokoju wracają Roland z Michałem - każdy z koleżankami. Wszyscy się sobie przedstawiamy i w jednej chwili robi się dużo gwarniej. W pewnym momencie przepraszam na moment towarzystwo i wychodzę z pokoju. Skręcam w prawo, do prywatnego dla wszystkich gości vip kibla, z kieszeni marynarki wyciągam tabletkę czystej kofeiny i łykam ją, popijając chłodną wodą z kranu. Zbliża się najważniejszy moment wieczoru i nie mogę sobie pozwolić na to, by zabrakło mi energii. Staję przy pisuarze, rozpinam rozporek i daję się ponieść płynącemu od stóp w górę lekkiemu dreszczowi, który towarzyszy uczuciu długo wyczekiwanej ulgi.
    Gdy myję twarz, do sracza wchodzi Ksawery, od progu klaszcze w dłonie, gratuluje strzału i pyta, czy nasz plan jest nadal aktualny, czy też chcę wprowadzić jakieś egoistyczne poprawki. Zapewniam go, że wszystko będzie tak, jak ustaliliśmy i dam znak, kiedy, co i jak. Wracam do mojego anioła.
    Została sama z Michałem. Upity wieprz lojalnie dotrzymał damie towarzystwa, choć nie było mnie góra cztery minuty. Jestem mu wdzięczny, w myślach zapisuję sobie, by kiedyś zrewanżować się w taki czy inny sposób i po kilku zdaniach gadki-szmatki wypraszam go z pokoju. Siadam znów blisko niej, proponuję papierosa i patrzę, jak zaciąga się dymem. Robi mi się gorąco, gdy patrzy na mnie zalotnym, lecz nie dziwkarskim spojrzeniem. W dzisiejszych czasach wyczucie to dawno zapomniana cnota.
    Wyjmuję jej papierosa z ręki i odkładam do popielniczki, delikatnym gestem obejmuję jej twarz i całuję długo w usta. Bawimy się w ten sposób przyjemną chwilę, dłonią gładzę jej szyję, bok i udo. Nagle odklejam się od jej słodkich od szminki warg i pytam, czy chce się z kimś pożegnać, bo dziś już tu nie wrócimy. Odliczam zielone banknoty i kładę je na barku. Piszę do Ksawerego że wychodzę, forsę zostawiłem tam, gdzie zawsze i jeśli zajdzie taka potrzeba, niech resztę dołożą ze swoich. Obejmuję Agę ramieniem i spleceni w uścisku wychodzimy tylnymi drzwiami klubu Crimson. Bramkarze, którzy wpuszczali mnie trzy godziny temu do klubu, stoją z papierosami na tyłach lokalu i żegnają nas najlepszymi słowami, uprzejmie życząc miłej dalszej zabawy.
    Czerwcowa warszawska noc jest rozczarowująco chłodna, wręcz zimna. Okrywam jej białą sukienkę swoją czarną marynarką, ubieram w szlachetne barwy klasycznego kontrastu i biorąc pod ramię, prowadzę w kierunku mojego auta. Wśród głuchego stukotu jej szpilek mijamy uchlanych, ubranych w grube kurtki baseballowe drechów, pojedyncze śmieci na chodniku i nawalone, wypacykowane cizie, które jeszcze nie znalazły dziś swojego miejsca. Stuk-stuk, stuk-stuk, stuk-stuk, echo naszych obcasów niesie się jak muzyka po Mazowieckiej, odbija od fasad budynków i niknie gdzieś wysoko w górze, w pobliżu jasnych żarówek miejskich lamp. Docieramy do Nissana, otwieram jej drzwi i sam wchodzę do auta z drugiej strony. Całuję ją znów, podgryzam szyję i słyszę, jak z jej ust wydobywa się niekontrolowane westchnienie; jej puls przyspiesza, mnie serce bije jak dzwon i byłbym ją rozszarpał najchętniej na miejscu, gdyby nie to, ze wyrosłem już dawno z takich zabaw i wiem, że kobiety należy smakować w ciszy i spokoju mieszkania – najlepiej własnego zresztą. Odklejam się od jej słodkich ust i polecam zapiąć pasy, bo będziemy się spieszyć.
    Wrzucam wsteczny, objeżdżamy plac Powstańców Warszawy i ruszamy Świętokrzyską w kierunku Wisły. Ulicami Śródmieścia przebijamy się przez tętniące muzyką i alkoholem miasto, mijamy imprezowiczów, ochlejów, dziwki i kieszonkowców. W końcu uwalniamy się od zwartej zabudowy ścisłego centrum, i nie szczędząc gazu mijamy szpital na Solcu. Prujemy pod wiaduktem, prosto przed siebie – do Wioślarskiej, ku rzece.
    Wisłostrada jest szeroka jak zawsze, a przy tym pusta jak nigdy. Środek nocy jest błogosławieństwem kierowców, pęd powietrza ogłusza mnie, lecz nie daje rady zmazać słodkich perfum siedzącej obok dziewczyny. Słyszę tylko jej śmiech i wściekłe wycie koni mechanicznych pod maską; dociskam gaz do podłogi i w nagrodę czuję jej dłoń na mym udzie, zupełnie jakby chwaliła moje starania i doceniała wysiłek. Czuję, że jestem królem życia i nagle chce mi się śmiać. Obok nas, wilgotne, napite zapachem Wisły powietrze niesie po sobie echo odbywających się na plażach praskiego brzegu imprez. Mimo że jest środek nocy, Warszawa żyje.
    Za ślimakiem przy moście Łazienkowskim słyszę głośne szczeknięcie syreny. Spoglądam w lusterko, widzę czerwono-niebieski kogut na srebrnej Kii stołecznej policji i trzeźwieję w mgnieniu oka. Na budziku mam ponad sto dwadzieścia, wciskam sprzęgło razem z hamulcem i płynnie zjeżdżam na pobocze. Wyciągając telefon, kątem oka widzę, jak dziewczyna sztywnieje ze strachu, wyciąga szyję w tył, w kierunku zbliżającego się funkcjonariusza. Wybieram prędko numer do ojca, mówię do słuchawki kilka słów, a gdy policjant zbliża się do drzwi auta, wyciągam aparat w jego stronę i mówię:
    „Do ciebie”.
    Po chwili zawahania bierze telefon w dłoń. Uśmiecham się do Agi, całuję ją w usta i zapewniam, że zaraz będziemy na miejscu. Rozmowa trwa krótko i gliniarz łamiącym głosem żegna się z prokuratorem apelacyjnym. Oddając mi telefon, życzy szerokiej drogi, mruczy coś o tym, że prosi, by trochę jednak zwolnić. Bez słowa wrzucam jedynkę i ruszam w kierunku Wilanowa. Agnieszce ze zdziwienia opada szczęka, z szeroko otwartymi oczami woła, że jestem niesamowity, pyta jak to zrobiłem i kim ja naprawdę jestem. Śmieję się znów. Jestem królem życia, odpowiadam.
    Dziesięć minut później jedziemy windą do mojego mieszkania. Przypieram dziewczynę do ściany, całuję łapczywie i, dość brutalnie, ręką podwijam jej krótką spódniczkę i gładzę miękki pośladek. Słyszymy sygnał, srebrne drzwi dźwigu rozsuwają się i prowadzę ją do mnie. Wszystko dzieje się w zawrotnym tempie, obraz przed oczami szaleje mi nietrzeźwo, gdy niedbale rzucam na komodę klucze. Zapraszam dziewczynę do salonu i wyciągam butelkę wódki. Agnieszka przeprasza mnie na chwilę, znika w łazience, a ja wyciągam telefon i piszę do Ksawerego. Wszystko gotowe, melduję. Pod jej nieobecność kruszę tabletkę Rohypnolu i wrzucam jej do drinka. Wspomnienia po dzisiejszej nocy będą jej zupełnie niepotrzebne.
    Mała wraca po chwili i częstuję ją wódką. Rozmawiamy o życiu, pieniądzach, znowu o jej sztuce, pytam, czy podoba jej się moje mieszkanie i co by w nim zmieniła. Pierdolimy o wszystkim i o niczym, bawię się w konwenanse, bo z jakiegoś powodu przeciąganie tej sprawy sprawia mi dziwną przyjemność. Włączam muzykę i proponuję kreskę. Nie odmawia, biały proszek rozsypuję na szklanym blacie ławy.
    Widzę, że jest już dobrze zrobiona, łasi się do mnie kokieteryjnie, siada okrakiem na kolanach i podgryza płatki mych uszu. Ulegam jej niemym namowom, płynnym, jednym ruchem rąk zrywam z niej sukienkę, dotykam gładkiej skóry na plecach i ściągam stanik. Zrzucam ją na miękki dywan, gryzę sutki, całuję po szyi, twarzy, brzuchu i udach, w końcu ściągam pozostałą na niej część bielizny, odrzucam ją w kąt i przekonuję, że świetnie mówię także po francusku.
    Jest czerwona z rozkoszy. Jej obojczyki, skóra twarzy i piersi są zarumienione, płuca chłoną hausty powietrza a ja wciąż nie przechodzę do sedna sprawy, drażniąc się tylko podprowadzam ku rozkoszy, po czym oddalam się, by po chwili zacząć znowu od nowa. Podaję jej butelkę wódki, a gdy pije prosto z gwinta pytam, czy lubi zabawić się na ostro. Z szuflady pod telewizorem wyciągam parę pluszowych kajdanek i skuwam ją nad głową. Zdejmuję spodnie.
    Robię to z nią w każdy sposób, na jaki mam ochotę. Szarpię jej piersi, gryzę po szyi, zostawiając ślady i czuję, że wszystko, co dzisiaj zażyłem zaczyna działać z pełną mocą, w moich oczach płonie ogień pożądania, dzikiej wściekłości i chuci. Mocnym uściskiem chwytam ją za gardło, podduszam lekko, zaraz potem mocniej, a ona podgryza wargi z zadowoleniem, rzężąc poleca mi nie przestawać. Daje jej lekko w twarz, syczy z bólu, ale chce jeszcze, więc otwartą dłonią wymierzam jej znów policzek. Waląc ją od tyłu, wymierzam razy w pośladki. Tracę rachubę czasu. Z dzikiego szału wytrąca mnie dzwonek do drzwi. Aga nie zauważa tego, jest w innym świecie, zatopiona w alkoholu i narkotyku dryfuje po ocenianie bólu i rozkoszy, lecz ja zrywam się na równe nogi i nie zakładając nic, wpuszczam do mieszkania Ksawerego i Michaela. W biegu mówię im, żeby szybko się ogarnęli i prędko wracam do rozłożonych na podłodze nóg Agnieszki, bo nie mogę wytrzymać już ani chwili dłużej.
    Bierzemy ją – najpierw każdy po sobie, potem wszyscy naraz. Zachowujemy się jak bestie, nie przeszkadza nam, że szczupłe, nagie ciało dziewczyny jest już zupełnie bezwładne, że otępiona zapadła w sen i nie uczestniczy aktywnie w tej zabawie. Dla zgrywy próbujemy ją obudzić – to uderzeniem w pośladek, to w piersi, to w twarz. Jej skóra miejscami jest już sina, ciemnoniebieskie żyłki rysują się pajęczynkami na policzkach i w zasadzie całym tyle. Skądś nagle na dywanie pojawia się krew. To rozjusza nas jeszcze bardziej. Wyzywamy ją od kurew – zupełnie bez celu, bo przecież wcale nas nie słyszy. Jej nieobecność męczy nas i w końcu uznajemy, że mamy dość tego maratonu. Pijąc po wódce patrzymy na rozrzucone, zmaltretowane ciało, które jeszcze dwie godziny temu było piękne niczym posąg i czujemy nudę. Decydujemy się pozbyć balastu, byle jak naciągamy na nią sukienkę, ubieramy się i ładujemy do auta. Daję kluczyki Ksaweremu i każę mu prowadzić, bo jest z nas najtrzeźwiejszy. Sam zajmuję siedzenie pasażera. Mike siada na tylnej kanapie i obiecuje zająć się na czas podróży tymi pierdolonymi zwłokami.
    Jedziemy w kierunku lasu Kabackiego, nie mając w zasadzie żadnego pomysłu, co zrobić z tym, co zostało z dziewczyny. Daleko na wschodzie zauważamy już pierwsze szarości poranka, jedziemy powoli i ostrożnie i z każdym metrem narasta w nas wrażenie, że ryzykujemy już zbyt wiele i są historie, z których nie wyciągnie nas nawet mój ojciec. Czara goryczy przelewa się, gdy Michał głosem pełnym obrzydzenia informuje, że głupia pizda zeszczała się chyba przez sen, a na dodatek czka, jakby się miała zrzygać. Wizja upierdolonej tapicerki to dla mnie już za dużo, każę Ksaweremu skręcić w pierwszą lepszą uliczkę, mówię, że poszukamy jakiejś wiaty przystankowej i wyrzucimy tam tę dziwkę, niech sobie zdycha do momentu, kiedy zajmie się nią ktoś inny. Znajdujemy idealne miejsce na tyłach jakiegoś kościoła, szybko wysiadamy z auta i zręcznie kładziemy jej ciało na ławce. Zauważam, ze zaprawiliśmy ją za mocno, zaczęła puchnąć tu i ówdzie, jej oblicze jest sine, sukienka brudna od krwi i uryny a ona sama – całkowicie nieprzytomna. Dla pewności sprawdzam jej puls. Żyje.
    Nie przedłużając sprawy, wracamy do samochodu. Patrzę na to, co zostało z Agnieszki, na jej wylewającą się spod niedbale obciągniętej sukienki pierś i przypomina mi się, jaka była śliczna jeszcze kilka godzin temu, jaka miła z niej i ciekawa dziewczyna. Zwyczajna, a jednak wyjątkowa, uprzejma i tajemnicza. Prawdziwy skarb. Umysł przeszywa mi krótka refleksja, że jest czyjąś ukochaną córką, owocem starań i przedmiotem zmartwień, obiektem wielu nieszczęśliwych westchnień, miłości i marzeń, a my wyrzucamy ją z auta jak szmatę, jak worek śmieci, bo przeoraliśmy ją wzdłuż i wszerz i nie jest nam już do niczego potrzebna. Nie robię sobie z tego zupełnie nic - co z nią będzie jest mi zupełnie obojętne.
    Jedziemy w ciszy przez modre kolory poranka. Spluwam przez otwarte okno i nagle znikąd zaczynam się śmiać. Wraz ze mną chichra się Ksawery, po chwili do wesołości dołącza Michał i wracając spokojnie do mojego mieszkania, zanosimy się śmiechem. Każdy z nas żyje za trzech innych, którzy nie mieli tyle szczęścia, by urodzić się pod odpowiednią gwiazdą. Jesteśmy nietykalni, myślę, możemy zupełnie wszystko. Jesteśmy źli do szpiku kości; podeptaliśmy dziś godność tej dziewczyny, splugawiliśmy kobiecość i prawdopodobnie złamaliśmy zdrowie na długi czas. I nikt nie zrobi nam za to zupełnie nic. Zabawiliśmy się czyimś kosztem, za pieniądze, których nawet własnoręcznie nie zarobiliśmy, lecz nie jesteśmy nic nikomu dłużni. Zaspokojeni i pełni chorej dumy z własnych poczynań, śmiejąc się, wracamy teraz do domu i będziemy pić do upadłego. Następnego dnia z pewnością odchorujemy swoje, ale już w okolicach środy każdy z nas zacznie znowu myśleć o weekendzie. Za tydzień spotkamy się znów, o tej samej porze, w centrum Warszawy, mając w głowie tylko jedno: by znowu przekroczyć granicę, podstawić poprzeczkę jeszcze wyżej, niż poprzedniej soboty, posmakować czegoś nowego, a na końcu umrzeć i zmartwychwstać po raz kolejny. I uda nam się to na pewno, bo znamy dobrze zasady tej gry.
    Jesteśmy bandą biesów w drogich marynarkach. Jesteśmy piękni, młodzi i możemy wszystko.
    My – bogowie zabawy. Książęta miasta. Królowie życia.
    pokaż całość

    •  

      @Marcin_Wilk: Tak, i z tym brakiem morału masz rację, podoba mi się ta interpretacja. Uparłem się na tym motywie zbrodni i kary - a raczej braku tego drugiego członu, i to mi przeszkodziło w takim wyłapaniu tego, co teraz czuję. Ale tak chyba jest, że zawsze szukamy tego, czego nie ma, że zawsze zwrócimy uwagę na pustkę niż na to co ją wypełnia. Taka może jakaś prymitywna chęć, taki prymitywny instynkt pojawił się u mnie, że ci bohaterowie twojego opowiadania muszą zostać ukarani, nawet jeśli to miałoby się odbyć przez jakąś deus ex machina, jakiś piorun boskiej sprawiedliwości. Ale nic z tego.

      Jak przeczytałem twój komentarz wyżej, to pomyślałem, że może w opowiadaniu zabrakło jeszcze jednej postaci, która właśnie poczułaby tę bezsilność. Lecz tym zrobiłeś bardzo sprytnie, bo tym bohaterem uczyniłeś czytelnika, który jest przecież jeszcze bardziej bezsilny niż ktoś w świecie przedstawionym. Czytamy, czujemy rosnącą złość i nienawiść do narratora i jego kolegów - i nic nie możemy zrobić. Świetna gra emocjami. Co więcej, wiemy, że dzięki wysoko postawionemu ojcu narratora żadna kara ze strony świata przedstawionego ich nie spotka. Dlatego liczyłem tak bardzo na skruchę narratora, na jakąś refleksję, żeby poczuł karę.

      Do twoje drugie opowiadanie świetne, fajnie pokazałeś takie zezwierzęcenie człowieka: w jednej chwili mówi o swojej rodzinie, o swojej córeczce, a w drugiej chwili zabija tak podobną do niej dziewczynkę. I ta myśl na końcu bardzo mi przypomina tę myśl narratora z "książąt"; też taki chwilowy wyraz skruchy bez - za pewne - przełożenia na czyny, ale jednocześnie bardziej optymistyczny, ponieważ urywasz akcję w połowie i zostawiasz ją niedopowiedzianą. Na koniec mam tylko taką uwagę techniczną - może też kwestia gustu - że w prozie współczesnej nie trzeba już używać żadnego wyznacznika myśli bohatera, to bardziej taka cecha XIX wiecznej powieści realistycznej, kiedy narrator za wszelką cenę starał się być obiektywny. I jeszcze się czepnę do przecinka po zacytowanej myśli bohatera - to taka moda z krajów angielskojęzycznych, gdzie używają przecinków zamiast myślników, których przyjęło się używać u nas. Dlatego postuluję: brońmy myślnika!

      A na koniec: stary, bierz jakiś urlop na dzieciaka, pisz książkę i debiutuj. Pisać umiesz, pomysły masz, nic więcej nie trzeba. Tu masz coś na temat wydawania książek w tym patologicznym kraju, gdzie nie czyta 65% obywateli.
      pokaż całość

    •  

      @gottov: cóż za kapitalne uczucie, kiedy ktoś, kogo nie znasz, interpretuje tekst w taki sposób, że wynosi z niego to, co wcześniej planowałeś tam wsadzić. bezbłędna interpretacja obu tekstów, dodatkowo pochlebna - wielkie, wielkie dzięki. o myślniku postaram się pamiętać.

      dzięki też za link do forum. widzę że może być to kolejne poletko, na którym być może posadzę swoją literacką grządkę. póki co - wpadaj co kilka dni do tagu, jeśli będziesz miał wolną chwilę. jeszcze kilkanaście tekstów na jako-takim poziomie czeka na moim dysku.

      do usłyszenia, mam nadzieję.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (8)

  •  

    Paweł wszedł zaspany do mieszkania.
    Była w prawdzie 16, jednak był już 12 godzinę na nogach, rano musiał testować zabezpieczenia jednej firmy,
    a potem nie miał kiedy się zdrzemnąć.
    Z laptopem pod pachą wziął kurs na swoje biuro i nie wiele myśląc otworzył drzwi.
    -Ja pierdole lis!- Krzykną gdy to zobaczył, lis spadł w szoku z leżanki pod oknem na wprost drzwi.
    -Psia krew!- zasyczał jeszcze gdy wypuszczony z łapy laptop uderzył go rantem w dolną łapę za którą się momentalnie złapał.
    -Na litość boską... ubierz się i umyj zęby... z kim ja tu muszę pracować, nawet nie kurwa pracować! z kim ja tu muszę żyć!
    Lis patrzył na wilka pełnym wstydu i zagubienia wzrokiem.
    -Nic nie mów, zakładam że to była dziwna odmiana jogi, a raczej przekonuje się, że tak było.
    Nic nie mówiąc lis szybko wciągną gacie i w mgnieniu oka zwiną się z pokoju.
    "Chyba będę musiał mu tą leżankę sprezentować bo ja już tam spać nie chce... w sumie dobry z niego ziomek" pomyślał Paweł
    i zasiadł dokańczać pracę przy biurku.
    #wytrzeszczbajdurzy #piszzwykopem #tworczoscwlasna w sumie trochę #yiff wołam @040147
    może kiedyś #pasta o #autofellatio
    pokaż całość

  •  

    #piszzwykopem #wytrzeszczbajdurzy

    pokaż spoiler przepraszam za bledy pisze na zywca z apki na androida :-(

    Quasi elektroniczny mózg
    ... Nikt za to nie wiedział co znajdowało się w jego piwnicy. Jako dobrze zarabiający samotnik mógł spędzać tam wiele czasu.

    Wejdzmy więc tam by to ujrzeć. Poza graciarnia miał tam też mała kuchnię, której sercem był dobrze oświetlony metalowy stół z odpływem, praktycznie będący bardzo dużym i plytkim zlewem, obok którego leżały narzędzia chirurgiczne, okrwawiony notes i słoik z naszpikowaną elektroniką pokrywką. Z pokoju obok odbywały się czasem piski. Tam w dużej klatce trzymał niezgorsza populacje szczurów i kilka kruków. Były to zwierzęta wrecz doskonale do tego co robił.

    Dalsze pomieszczenie zdawało się być laboratorium samego twórcy Frankenstsina. Na półkach ze starych desek w równych rzędach stały sloje, a nad każdym mały komputerek "malinka" z GPIO zanurzonym w metnej cieczy utrzymującej mózgi tych ptaków i ssaków. 2/3 slojow było oświetlone bialymi diodami LED. I tak naprawdę można było użyć mocy tylko oswielonych mózgów. Reszta spała.
    Czasem białe światło ustepowalo czerwonemu co oznaczało nie mniej ni więcej, że dana jednostka obliczeniowa umarła.Mimo stosowania RAIDów znanych z technik przechowywania danych, a mających dać nieśmiertelność całemu klastrowi, nie było dwóch takich samych mózgów.
    Praktyka pokazywała, że wiecej traci przy śmierci jednego mózgu niż, jak miało to miejsce rok temu,śmierci całej półki na skutek awarii apatury tlenowej.
    Zdawało się że to starczy: mózgi, komputerki i aparatura podtrzymania życia.
    Był jeszcze jeden problem, mózgi szczura czy kruka to nie elementy komputerow. Nie mają dokumentacji i nawet nie są powtarzalne co powoduje niebywałą trudność w napisaniu sterownika. Rozwiązanie tego problemu znajdowało się w ostatnim pomieszczeniu, gdzie stały dwie wysokie szafy wypełnione mocnymi komputerami, które snily o sterowniku. Obok spiacej pary stały kolejne cztery które uczyły się jak uczyć mózgi.

    Mimo starań mózgi nie umiały złożyć sensownego zdania w języku naturalnym mimo wytężonej pracy całej populacji. Obliczenia też wychodzily im wolno i były obarczone dużą liczbą błędów. Jednak mimo tych wad doskonale radziły sobie z problemami grafowymi, optymalizacyjnymi i tymi dla których nie znamy algorytmu. To było to co pokonywalo maszyny, dzięki wlasciwosciom mózgu kruka dobrze grały w GO i typowaly mecze. Nawet niektóre problemy NP trudne, były rozwiązywane bardzo szybko, wynikało to jednak z "intuicji", nie było więc prawidłowości.
    pytanie czy P=NP więc pozostało nadal otwarte, a odpowiedz nie miała nadejść z tej piwnicy.
    Dziś w nocy układ po raz pierwszy miał zostać podłączony do Internetu na 4h....

    pokaż spoiler @Forbot podobno malinke rozdajecie :-)
    pokaż całość

  •  

    #piszzwykopem #tworczoscwlasna #glupiewykopowezabawy #pizdolona #heheszki

    Królewna Pizdolona, wersja współczesna, wydanie dla mirków.

    Jak na razie skończył mi się zapał, jeśli będzie jakieś zainteresowanie to może napiszę dalej ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Jak sobie wyobrazicie to czytane głosem Olbrychskiego nawet ujdzie ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Mrok wieczorny - pan sędziwy,
    Przy swym kompie ma już zwidy.
    Szkliste ślepia, tłuste włosy,
    Coś pierdoli w niebogłosy.
    Bajki dziwne opowiada,
    O portalu, który badał,
    Co przenosił w dzikie kraje,
    Gdzie są dziwne obyczaje.
    Jeśli wiarę damy słowu
    -lecz nie wierzcie bez powodu-
    Był on zwany Wykoplandem
    I tam wątek miejsce miał ten.

    Siądźcie społem więc mireczki,
    Konta czarne, zieloneczki.
    Mirabelki, no a jakże,
    Pomarańcze, bordo także!
    Wpis osobno ten otwórzcie,
    I w historię się zanurzcie.
    To przygody są przegrywa,
    Choć to bajka, ponoć żywa.

    Za górami, za lasami,
    Pod stoma kondygnacjami,
    Za potrójną ognia ścianą,
    Żył #stulejarz, #przegryw, anon.
    Nie był piękny, ni bogaty,
    Przy tym strasznie też pryszczaty
    I w efekcie spierdolony -
    Nie miał też rzecz jasna żony.
    Nie wychodził z swej piwnicy,
    Nie przekraczał tej granicy.
    Siedział tylko i plusował
    #tagi, które obserwował.
    #ladnepanie ciągle ściągał,
    Zdjęć tysiące całe pobrał,
    By z wieczora i w ciemności
    Upust dać stulejarności.
    Na nic wszyscy mu gadali
    By piwnicę swoją spalił,
    Z czasem nawet jego mama
    Go Stulejem nazywała.

    Smutek go wziął jednak zrazu
    Że nie dupczył ani razu.
    A też cycka raz ostatni,
    Widział jedząc pokarm matki.
    Postanowił wtedy właśnie,
    Że tym razem zanim zaśnie,
    Da wypocząć jądrom swoim
    I zadania nie spierdoli.
    Walczył z sobą wieczór cały,
    Aż mu jajca posiwiały.
    Słabła jednak jego wola,
    Nie pomagał upór trola.
    I w krytycznym tym momemcie,
    Gdy już przerwać miał napięcie,
    Coś błysnęło, coś jebnęło,
    Żywym ogniem się zajęło!
    Wśród gorąca i pożogi,
    Zabrzmiał #krula głos złowrogi:
    "Ty co chcesz opuścić #przegryw,
    Chędoż pizdę swej królewny!
    Przeglądarkę otwórz prędzej,
    Lecz na cycki nie patrz więcej".
    Po tych słowach była cisza,
    W której anon ciężko dyszał.
    Wiedział co też zrobić musi,
    Chuć ogromną w sobie zdusił.
    Już dwukliknąć miał na liska,
    Gdy mu w głowie myśl ta błyska,
    Że za główną swoją stronę,
    Ma pornole ustawione.
    Co więc chłopak zrobi teraz??
    Począł włączać explorera...

    Jak się rzekło, tak się stało,
    Program trzy dni odpalało.
    I znów mieli, coś otwiera,
    O - ramka #jwplayer'a.
    Znowu zabrzmiał tam głos krula,
    Po piwnicy całej hulał:
    "Opuść szybko tę piwniczkę,
    Idź odszukaj tę prawiczkę,
    Co ma piczkę malusieńką,
    Ciasną i tak drobniuteńką,
    Że chuj żodyn się nie zmieści!"
    Toż to były świeże wieści!
    Z nich zaś dalej wynikało,
    Że kto kuśkę ma tak małą,
    By ją zmieścić w Pizdolone,
    Może pojąć ją za żonę.

    Tego Stulej potrzebował,
    Na tę chwilę się szykował.
    I już za drzwi daje nura
    Patrzy, znana mu postura!
    Śmieszek Leszek! Tablet w łapie,
    Z niego czyta kwestie takie:
    "Wszystkie się mireczki cieszcie,
    On z piwnicy wyszedł wreszcie!
    A że wpisy mi plusował
    I mój profil obserwował,
    Takiej mu udzielę rady:
    Pójdź za siódme wodospady,
    Tam napotkasz czarodzieja,
    Programistę, dobrodzieja."
    Nagle krzyknął: "Nie wyczymie!
    Znów obraca, gdy tak czymie!
    No nie ważne, choć do zdjęcia,
    Wrzucę w #mirko te ujęcia.
    Takie było to spotkanie,
    Jasne Stulej miał zadanie,
    Poszedł więc bez dalszej zwłoki,
    Pizdy szukać w świat szeroki.
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów