Wpis z mikrobloga

✨️ Moja rowerowa wyprawa nad morze – relacja z ekstremalnej przygody
Ponieważ aktualnie przebywam na banicji, chciałbym podzielić się z Wami relacją z mojej wyprawy rowerowej #szosa nad morze z Dolnego Śląska. Łącznie ponad 407 km w nieco ponad 18h netto, bez snu.

Już kilka tygodni wcześniej na lokalnej grupie rowerowej napisałem wpis, gdzie szukałem kompanów do od dawna planowanej przeze mnie wyprawy nad morze z okolic Bolesławca. Plan był prosty- wyruszyć w nocy by zdążyć na zachód słońca następnego dnia w Pobierowie. W komentarzach zgłosiło się kilka osób (mała miejscowość), jednak ostatecznie tylko jedna była zdecydowana mi towarzyszyć. Dzień wyjazdu nie był przypadkowy- ponieważ był to 22 czerwca, była to najkrótsza noc w roku, a dodatkowo miał nam pomóc południowy wiatr (jak się później okazało, miało to też negatywne skutki, o czym w dalszej części tekstu).

Start miał miejsce o północy w mojej wiosce. Mój kompan, którego widziałem pierwszy raz w życiu dotarł do mnie krótko wcześniej, po czym oboje wyruszyliśmy w stronę Bolesławca i dalej, w kierunku Zielonej Góry, do której dotarliśmy około godziny szóstej rano. Tam też zrobiliśmy pierwszy dłuższy postój na posiłek i kawę. Pomimo, że było wcześnie rano, temperatura zaczynała już dawać się nam we znaki, jednak po dłuższej chwili ruszyliśmy dalej.

Kolejny przystanek wynikał raczej z atrakcji turystycznej po drodze, niż potrzeby odpoczynku- szybkie zdjęcie z Rio de Świebodzineiro, telefon do domu i ruszamy dalej. Do następnego etapu naszej trasy- Gorzowa Wielkopolskiego dotarliśmy już około czternastej. Tempo naszej jazdy bardzo osłabło, głównie ze względu na ogromny upał, który wynikał właśnie z południowego napływu powietrza. Termometr w moim Garminie pokazywał wówczas 36°C, a mnie dopadł ogromny kryzys senny, ponieważ poprzedniej nocy w ogóle nie spałem. Byłem już niemalże gotów zrezygnować, ponieważ na blacie miałem dopiero 220 kilometrów, a mój organizm odmawiał posłuszeństwa z powodu niewyspania i temperatury, jednak stwierdziłem że jeżeli nie teraz, to nigdy.

Kolejny przystanek na trasie: Stargard. Było mi już bardzo źle. Upał i zmęczenie sprawiały, że nie mogłem już przyjmować jedzenia i płynów, a nie najlepsze drogi województwa lubelskiego w tym nie pomagały. Gdy dotarliśmy wieczorem do McDonalds w Stargardzie, byliśmy już niemal skłonni zrezygnować lub dojechać resztę trasy pociągiem, jednak i teraz nie poddaliśmy się. Szybka kolacja, regeneracja i smutek, że nie uda się nam dotrzeć na zachód słońca. Ruszyliśmy jednak dalej na ostatnie 100 km. Zachodziło już słońce, my po niemal dobie jazdy byliśmy już tak wycieńczeni, że nie mieliśmy nawet ochoty rozmawiać. Mój towarzysz powiedział w pewnym momencie, że odłącza się ode mnie, ponieważ ma zabookowany nocleg w miejscowości oddalonej o około 30 km od Pobierowa. Przyznam, że jazda samemu nocą nie była komfortowa- wyobraźnia robiła swoje, jednak dzielnie jechałem. Nie było już mowy o sile mięśni, jechałem już tak naprawdę siłą woli. Oczy zamykały mi się z przemęczenia, robiłem przystanki co 5-6 km .

Taki właśnie przystanek zrobiłem też na ostatnich 5 km trasy. W ostatniej miejscowości przed metą, zjechałem na przystanek autobusowy, chcąc podeprzeć się nogą... Nie wiem już, czy to but zawiódł, czy mój przemęczony mózg nie wysłał sygnału do nogi, że należy się wypiąć z bloków. Upadłem na twardy bruk, odruchowo podpierając się dłonią. Poczułem okropny ból w nadgarstku, aż zrobiło mi się słabo, dosłownie położyłem się na ulicy, chcąc nie zemdleć. Była już godzina pierwsza w nocy, w pobliżu nie było nikogo. Musiałem dotrzeć do mety chcąc nie chcąc. Z trudem podniosłem rower jedną ręką, i trzymając nią kierownicę doczołgałem się ostatnie kilometry do Pobierowa. Szybkie zdjęcie na pamiątkę, a następnie udałem się resztką sił do mojego zabookowanego wcześniej noclegu. Tam dosłownie padłem na łóżko i momentalnie zasnąłem. Mimo tego byłem naprawdę dumny, że udało mi się przejechać 400 km na raz!

Rano obudził mnie ból nadgarstka, chyba miałem gorączkę. Z trudem wstałem i zobaczyłem że ręka była opuchnięta. Ponieważ najbliższy szpital znajdował się w Kamieniu Pomorskim, do którego taksówka kosztowałaby mnie ponad 350 złotych, postanowiłem wrócić do domu, i dopiero tam udać się na SOR. Jakież miałem szczęście, kiedy spotkałem na ulicy mojego znajomego z sąsiedniej wioski, który akurat wracał tego dnia do domu! Wolałem zapłacić jemu za paliwo niż taksówkarzowi i jeszcze tego samego dnia byłem w domu. Efekt? Złamanie nadgarstka i sześć tygodni w gipsie. Obawiam się, że w tym sezonie nie uda mi się już wrócić do ultramaratonów, może dopiero późną jesienią uda mi się dojechać do czeskiej Pragi.

Była to moja największa kolarska przygoda w moim życiu i mój największy sukces sportowy. Mimo, że przypłaciłem go poważną kontuzją, jestem niesamowicie szczęśliwy i dumny z siebie, nawet jeżeli domownicy stwierdzili że nie ma się czym chwalić i jestem nienormalny że jeżdżę takie dystanse.

Poniżej przesyłam link do Stravy oraz kilka fotografii z tego wypadu.

https://strava.app.link/KdI6OaP0mVb


〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰
▶︎ Obserwuj nasz tag #mirkoanonim
〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰
· Akcje: Odpowiedz anonimowo · Więcej szczegółów
· Opublikuj swój własny wpis: Mirko Anonim
· Zaakceptował: mkarweta

💚 Dzięki Twojej dotacji możemy utrzymać projekt i wprowadzać nowe funkcje! Wspomóż projekt

mirko_anonim - ✨️ Moja rowerowa wyprawa nad morze – relacja z ekstremalnej przygody Ⓘ...

źródło: 01360e45fb45b

Pobierz
  • 6
  • Odpowiedz
  • Otrzymuj powiadomienia
    o nowych komentarzach

@mirko_anonim: Szacun! Masz moc w nogach! Też bym tyle przejechała, ale w 4 dni 😂 Takie wyprawy rowerowe to piękna sprawa, jak ręka się zrośnie to będziesz miał co wspominać 😁
  • Odpowiedz