•  

    512246 - 620 - 353 - 296 = 510977

    Maraton Rowerowy Dookoła Polski (3142km) – Relacja, przygotowania i garść zdjęć

    O MRDP pierwszy raz usłyszałem podczas jego poprzedniej edycji w 2013 roku (maraton odbywa się w cyklu czteroletnim). Wystartowało wtedy 19 osób. Czytałem relacje uczestników i wyczyn był to dla mnie niewyobrażalny. Postanowiłem wtedy, że za 4 lata… żartuję – wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wziąć w czymś takim udział :) Najdłuższym przejechanym przeze mnie jednorazowo dystansem było wtedy 90 km z prędkością 23 km/h i pełnymi sakwami. Mimo wszystko byłem dumny z tego przejazdu i chyba z 5 razy wracałem do zapisu śladu i go sobie podziwiałem. Dojechałem wtedy z okolic Zawiercia do Tychów!

    Jeszcze tego samego roku, w październiku, podjąłem wyzwanie które dłuższy czas miałem w głowie i postanowiłem spróbować dojechać do rodziny na Kujawach (pozdrawiam!) rowerem. Spakowałem namiot, wydrukowałem jakieś mapki i po 3 dniach i 340 przejechanych kilometrach dotarłem na miejsce, po drodze zaliczając swój pierwszy samotny nocleg na dziko. Nie pospałem wtedy za dobrze – obok przebiegała ruchliwa linia kolejowa, a każdy szelest trawy wzbudzał mój niepokój. Aż się łezka w oku kręci ;)

    Bardzo mnie tego typu jazda wciągnęła, więc w kolejnych latach odbyłem sporo kilkudniowych wycieczek z namiotem po Polsce i nie tylko (również z przyszłą jeszcze wtedy małżonką ;)).
    Zachęcony opisem zmagań rowerzystów z forum z jednorazowymi długimi dystansami, zacząłem próbować swoich sił również w tym kierunku. Uszosowiłem trochę swój rower MTB i zacząłem zaliczać samotnie coraz dłuższe wycieczki w systemie non-stop. Jednego roku złamałem barierę kolejno 200 , 300 (na Kujawy – tym razem na raz;)), i 400 km. Po zmianie roweru na bardziej szosowy (choć nie typowo), zacząłem nieśmiało spoglądać w kierunku trasy nad Bałtyk bezpośrednio z domu. Tym sposobem, za trzecim podejściem (jedno zakończone w Tczewie, drugie też już na Pomorzu, jednak z winy sprzętu) pokonałem trasę Katowice – Hel, tym samym łamiąc barierę 600 km.

    W międzyczasie zaliczałem też kilku i kilkunastodniowe wypady z namiotem m.in. do Rumunii i po Gran Canaria. Chociaż lubię jeździć samotnie, to zacząłem interesować się startami w bardziej zorganizowanych imprezach. Tym sposobem w 2016 roku wystartowałem w Brevecie 200 km i niedługo później w bardzo fajnym Maratonie Podróżnika na dystansie 530 km. Tu czas przejazdu zdecydowanie powyżej swoich oczekiwań (22h35m) i tym samym uzyskałem oficjalną kwalifikację do startu w Maratonie Północ – Południe (Hel – Głodówka k/Zakopanego) na dystansie 930 km. Przez własne gapiostwo (zgubienie portfela) mój dystans się wydłużył do 990 km, jednak mimo wszystko udało się dojechać na metę na 12h przed limitem wynoszącym 72h. Piękna przygoda i sporo zdobytego doświadczenia, w trudnych, jesiennych warunkach.

    Na mecie mieszczącej się w schronisku Głodówka, zaczęły się toczyć dyskusje dotyczące przyszłorocznego MRDP. Gdy pomyślałem wtedy, że miałbym jeszcze jechać kolejne 7 dni przy podobnym obciążeniu, to myśli o starcie szybko odsunąłem na bok. Tym bardziej, że byłem nieźle zmiękczony mokrą i zimną, górską końcówką  Jednak gdy już wróciłem do domu i doszedłem do siebie, myśl o starcie nie dawała mi spokoju. Okazało się, że jazda w formule samowystarczalnej to coś dla mnie. W pełni świadomy tego, że na jakąkolwiek rywalizację z innymi uczestnikami o miejsce w czołówce nie mam szans (własne ograniczenia fizyczne, sprzętowe, ale też dużo mniejsze doświadczenie), postanowiłem za jedyny cel obrać sobie ukończenie trasy w limicie 10 dni. Od tego momentu „choroba” MRDP ogarnęła mój umysł na blisko rok, w trakcie którego czyniłem przygotowania do startu. W zasadzie moją przygodę z tym maratonem można liczyć już od tego momentu, bo uważam że są one (przygotowania) nieodłącznym i także emocjonującym elementem całości :) Pewnie każdy startujący wie o czym mówię, ale moja małżonka zdecydowanie też jest w temacie :D (buziaki ;))

    Przygotowania polegały głównie na kompletowaniu i testowaniu sprzętu, ale również przygotowaniach organizmu do wysiłku. Moją największą zmorą przy długich dystansach był dotąd ból ramion, karku i kręgosłupa w odcinku szyjnym, który pojawiał się zawsze po 2-3 dniach intensywnej jazdy i tutaj upatrywałem najbardziej prawdopodobnej przyczyny potencjalnej porażki.
    Zacząłem więc stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające – nie stosowałem tu jednak jakiegoś wielkiego reżimu. W każdym razie przyniosło to efekt :)

    Strategia noclegowa również ewoluowała. Początkowo zapisałem się do kategorii Extreme, mając w planach 2 wcześniej przygotowane miejsca noclegowe. Jednak gdy jedno z nich mi wypadło, to postanowiłem jechać z własnym sprzętem noclegowym i przeniosłem się do kategorii Total Extreme, gdzie wsparcie z zewnątrz jest zakazane i trzeba być całkowicie samowystarczalnym. Dodatkowo lepiej wpisywało się to w mój ulubiony styl jazdy. Kupiłem więc mniejszy i lżejszy namiot, jednak tygodniowy, testowy wyjazd po kilku krajach na południe od PL pokazał, że w moim przypadku taka opcja na maratonie nie sprawdzi się. Za dużo czasu zajmowało mi składanie i rozkładanie majdanu.

    Ostatecznie zdecydowałem się na jazdę z samym śpiworem i dosyć lekkim (600g), dmuchanym materacem, a ewentualne noclegi pod dachem załatwiać spontanicznie w zależności od warunków i samopoczucia na trasie. Sam materac udaje mi się przetestować tylko raz, podczas maratonu Karpacki Hulaka, w którym wziąłem udział na 3 tygodnie przed startem. Sprawdziło się to wtedy nieźle – dobra izolacja od podłoża i całkiem akceptowalna wygoda, pomimo niewielkich rozmiarów.

    No, dosyć już tego wstępu, czas przejść do właściwej relacji ;)

    Start Maratonu ma miejsce 19 sierpnia o godzinie 12 w południe, spod latarni morskiej Rozewie, czyli w okolicach najbardziej wysuniętego na północ obszaru Polski.
    Na miejsce startu docieram z Katowic koleją dzień wcześniej. Początkowo jadę sam, ale już w połowie trasy cały przedział rowerowy obsadzony jest ekipą MRDP :) Podróż mija więc dosyć szybko i sympatycznie. W Gdyni przerwa na obiad i przesiadka na pociąg do Władysławowa. Dalej pierwsze doświadczenia z brukowaną nawierzchnią i późnym popołudniem meldujemy się w bazie zawodów w Jastrzębiej Górze. Wieczorem kolacja i pogaduszki z innymi uczestnikami. Atmosfera jest dosyć swobodna, nie czuć żadnej napinki czy podenerwowania i jest sympatycznie. Wieczorne rozmowy w pokoju przeciągają się prawie do północy.

    Po dosyć rwanej nocce wstajemy około godziny 6. Z balkonu na którym trzymaliśmy rowery, w oddali widać słynną latarnię. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, które przemieszczają się bardzo szybko. W nocy padał deszcz, więc jest mokro i wilgotno. Pozostaje mieć nadzieję, że do południa się trochę wyklaruje. Śniadanie w formie bufetu znika ze stołów bardzo szybko. Pomimo, że przyszedłem jako jeden z pierwszych, to po chwili nie mam w czym wybierać i udaje mi się złapać tylko 2 parówki i trochę pieczywa. Apetyt Maratończyków jest nieposkromiony  Obsługa donosi jedzenie, ale udaje mi się jeszcze załapać tylko na 2 naleśniki. Przeczekuję pierwszą falę i po dobrej godzinie w końcu udaje mi się dorwać jajecznicę. Na szczęście czasu jest jeszcze sporo i nie trzeba się gonić. W tym przypadku start w samo południe to dobre rozwiązanie. Można się na spokojnie przygotować i udaje się uniknąć niepotrzebnej nerwówki

    Pod samą latarnię idziemy niespiesznie, spacerkiem. Wygląda to trochę jak marsz skazańców ;) Robię pamiątkowe zdjęcie i odbieram trackera, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję na trasie. Przed samym startem łapie mnie jeszcze Gustav z kamerką, więc mam swoje 5 minut na filmiku ;)

    MRDP Dzień 1-2
    620 km | 3348 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1144005044

    Ostatecznie po krótkiej odprawie ruszamy o 12:10, czyli z małym opóźnieniem. Pierwszy odcinek, to wspólny przejazd do przeprawy promowej Świbno, znajdującej się na 90 km trasy. Jednocześnie jest to pierwszy punkt kontrolny. Jazda przez aglomerację trójmiejską to kompletna porażka. Ruch jest olbrzymi i wiele odcinków jest całkowicie zakorkowanych. Trzeba przeciskać się między samochodami, często zjeżdżać na pseudo – ścieżki rowerowe, lub walić na zakazie, bo innej alternatywy nie ma. Aż dziwne, że nie interweniowały tu żadne służby. Za Gdańskiem robi się w końcu luźniej. Trochę gawędzę z Gustavem oraz Stanisławem Piórkowskim. Przed promem zjawiam się na około 10 minut przed zaplanowanym kursem o 16:00. Korzystając z okazji robię jeszcze małe zakupy. Gdy wracam, prom z częścią zawodników jest już po drugiej stronie. Musza oni jednak na nas czekać, bo dopiero po przeprawie ma się tu odbyć start ostry i odtąd każdy musi już jechać wg zasad swojej kategorii.

    Dalej ruszam jako jeden z ostatnich. Planuje jechać od początku swoim tempem, więc wolę by nie mieć najmocniejszych w zasięgu wzroku i nie dać się ponieść instynktowi stadnemu ;) Mijam jeszcze transparent, ustawiony przez kibiców, informujący jak niewiele już zostało do mety :)

    W trakcie mijania kolejnych uczestników, rozpoznaję awolowego kolegę, Sylwka Banasika. Chwilę rozmawiam, bo wcześniej nie mieliśmy się okazji spotkać na żywo. W Braniewie planuję pierwszy postój na pizzę i ładowanie zapasów do jazdy nocą. Przejeżdżając przez Frombork, sprawdzam godziny otwarcia restauracji i okazuje się, że mogę nie zdążyć. Zatrzymuję się więc tutaj na zakupy i znajduję inny lokal. Robi się chłodno, więc ubieram cieplejsze ciuchy, pakuje resztę pizzy i ruszam w otchłań nocy ;) Tuż za miastem zauważam rowerzystę stojącego na poboczu. Podjeżdżam zapytać czy wszystko ok, a tu okazuje się, że to wykopowy @Qardius czeka tu na mnie ponad godzinę i jest już nieźle wymarznięty. Widział na mapie, że dojeżdżam do Fromborka, ale nie przewidział mojego postoju. Szacun że wytrwał i doczekał :D Odprowadza mnie kawałek do swojego Braniewa.

    Nocą wypatruję przed sobą kolejne migające światełka i wyprzedzam kilkanaście osób. Mazurskie drogi nie rozpieszczają jakością. Mamy też dużo hopeczek, więc nudno nie jest. Około godziny 3 mijam Stasia Piórkowskiego i Marcina Nalazka. W Węgorzewie zajeżdżam na Orlen, gdzie po chwili dojeżdża też Marcin. Hot-dog, wymiana wrażeń i dalej w drogę. Poranek witam w rejonie Puszczy Romnickiej. Czas na przejazd przez Suwalszczyznę, którą bardzo lubię. W Rutka – Tartak zatrzymuje się na śniadanie w przydrożnym sklepie. W trakcie jego konsumpcji zaczyna padać deszcz, więc chowam się pod wiatą. Po chwili słyszę głuche uderzenie. Samochód wyjeżdżający spod sklepu wyjechał pod koła motocykliście i ten przyładował w jego bok. Poszkodowany zwija się trochę z bólu, a wokół zbiera się kilku wiejskich gapiów. Przyglądam się sytuacji i widzę, że ludzie naskakują na niego i twierdza ze jechał za szybko i to jego wina i w ogóle młody wariat i mógł ich przecież wyminąć a nie się ładować na maskę. Ten jest w lekkim szoku i stwierdza że nie będzie dzwonił po policję. Polecam mu, żeby jednak to zrobił, bo wina jest ewidentnie kierowcy samochodu, nawet jeśli jechał trochę za szybko i pomijając uszkodzony sprzęt, to może się okazać że ucierpiało także jego zdrowie. Wtem doskakuje mnie jakiś dziadek i wyklina mnie od najgorszych. Grozi że zaraz stąd wyjadę z dwoma śliwami pod oczami i chce wziąć od drugiego krykę żeby mnie sprać :D Mówię, że niech tylko mnie spróbuje dotknąć… ale wtedy przypominam sobie że jadę maraton i szkoda go zakończyć w taki głupi sposób. Oczywiście w żadną bójkę bym się nie wdawał, ale sytuacja zmierzała w złym kierunku ;) Mój niedoszły napastnik uciekł do sklepu coś mamrocząc jeszcze pod nosem, a ja po przebraniu w strój przeciwdeszczowy ruszam dalej zanim zjawi się policja. Kilka km dalej mijam radiowóz.

    Za Gibami, po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Augustowa, ktoś macha do mnie spod wiaty i zaprasza do siebie. Niestety nie pamiętam imion, ale to jakaś rowerowa para kibiców częstuje wodą i naleśnikami. Twierdzą, że to dla wszystkich, więc postanawiam się skusić na jednego – dzięki, był pyszny  Trochę ciężko się stamtąd ruszyć, bo pada nieprzerwanie od rana, a teraz jakby jeszcze mocniej. Jadąc dalej, postanawiam dociągnąć tego dnia do Krynek, gdzie podobno znajdę jakieś schronisko młodzieżowe. Jestem kompletnie przemoczony, więc nocleg na dziko nie wchodzi w grę. Im bliżej wieczora, tym zimniej się robi. Ponura aura potęguje senność i zmęczenie. Jadę praktycznie bez przerwy, bo postoje nie są w tych warunkach przyjemnością. Do Krynek docieram nieźle wypruty, jednak myśl, że zaraz zrzucę z siebie to wszystko dodaje mi otuchy.

    Dopytuję policjanta o schronisko młodzieżowe ale nie jest w stanie mi pomóc. Zaczynam podejrzewać najgorsze. Dopytuje jeszcze jakąś panią i nakierowuje mnie na szkołę. Jest schronisko! Zamknięte! A numer telefonu nieaktywny. Stoję w tym deszczu podłamany i kombinuję co dalej. Do następnej opcji noclegowej prawie 50 km. Muszę jeszcze coś podziałać lub jechać dalej. Spotykam jeszcze raz tę samą kobietę i daje mi namiary na jakiś inny nocleg w tej pipidówie. Podjeżdżam pod dom, światła się świecą – jest nadzieja. Pukam, nikt nie otwiera. Znajduję numer i dzwonię, jednak kobieta od razu mówi że nie ma miejsc i się chce rozłączyć. Zagaduję jednak, że maraton, że cały dzień w deszczu, że mam materac i śpiwór, że tylko suchy kąt potrzebny, że może być garaż lub cokolwiek.
    Po chwili namysłu stwierdza, że w sumie to ma jeden pokój, ale nieposprzątany… i nie wie czy mi taki będzie odpowiadał. Mówię, że biorę na pewno :) Nalega, bym najpierw zobaczył. Okazuje się, że to porządny pokój z 3 łózkami i łazienką, a jedyny „bałagan” polega na tym, że na dwóch łóżkach jest używana pościel ;) Proponuje 20 zł, więc tym bardziej biorę z pocałowaniem ręki. Wyskakuję jeszcze na drugą stronę ulicy do karczmy na pierogi, dalej szybki prysznic i po ustawieniu budzika na 4h momentalnie zasypiam.

    MRDP Dzień 3
    353 km | 1239 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1145583685

    Śpię bite 4h bez przerwy, aż do budzika. Okaże się, że to najdłuższy nieprzerwany sen w trakcie całego maratonu. Wszystkie ubrania są nadal kompletnie mokre, bo w pokoju chłodno. Cudowne uczucie wkładać na siebie to wszystko z powrotem i wyjść o 2:30 w nocy na zewnątrz ;) Plus jest taki, że w końcu przestało padać, więc pedałując odpowiednio dynamicznie można to mokre odzienie na sobie jakoś ogrzać.

    Ruszam więc żwawo, ale po chwili coś mi nie pasuje. Dlaczego jadę na północ? Ok, jadę w złym kierunku, dobrze że się zorientowałem odpowiednio wcześnie 
    Po ciemku pokonuję jedyny szutrowy odcinek trasy (ok 5km). Po deszczach jedzie się tu dosyć kiepsko, ale bez tragedii. O poranku zajeżdżam do Hajnówki, spragniony normalnego jedzenia. Udaje mi się upolować jakiś hotel, gdzie o tej godzinie podają już śniadanie w formie bufetu. Za 20 zł mam niezłą wyżerkę, ale czasu schodzi mi tu sporo, bo nie umiem przestać jeść ;)
    Około południa ląduję w Siemiatyczach. Jestem dopiero 4 godziny po porządnym śniadaniu, ale widok baru mlecznego wywołuje u mnie taki głód, że muszę się zatrzymać. Warto było, bo w pół godziny solidnie pojadłem i jeszcze zabrałem pyszne krokiety na drogę. W Neplach przed Terespolem obowiązkowe foto z czołgiem.
    Kawałek dalej doganiam Daniela Śmieję. Dziś naszą trasę przecina sporo komórek burzowych, które gdy nadchodzą warto przeczekać, bo opad trwa chwilę, a nie jest się ponownie mokrym. Momentami wjeżdża się w rejony, gdzie kałuże są olbrzymie, a woda nadal spływa strumieniami i widać że przed chwilą lało solidnie. Robimy z Danielem taki krótki postój pod wiatą, ale ponieważ jedziemy solo, to ja zostaję jeszcze na krokieta i tym sposobem się rozdzielamy ;)
    Dalej doganiam Emesa, który poluje na jakiś sklep. Robimy wspólne zakupy we Włodawie, dołączając ponownie do Daniela. Zjadamy tutaj też wspólną kolację. Gdy zbieramy się do wyjścia, w lokalu zmienia nas Stasiu Piórkowski. Po pewnym czasie wyprzedzam Emesa, który wyjechał trochę wcześniej. Tutaj chyba widzimy się ostatni raz na trasie – odtąd będę miał do niego ciągłą stratę kilku godzin aż do mety.
    Jadąc wzdłuż Bugu docieram do Dorohuska. Zapowiada się zimna noc. Śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie jak jeden z uczestników (nie pamiętam kto) przed startem obiecywał sobie, że jak dojedzie do Bugu właśnie, to się w nim wykąpie – powodzenia ;) Ale mało kto spodziewał się, że o tej porze roku warunki tutaj będą tak fatalne.

    Mijam Biedronkę całodobową, ale w sumie mam jeszcze sporo zapasów, więc zaczynam szukać miejsca pod materac. Znajduję jakiś zespół szkolny i rozkładam się pod drzwiami. Pomimo bardzo chłodnej nocy śpię całkiem komfortowo około 4h. Oczywiście nie obyło się bez pobudek w trakcie, bo człowiek pomimo olbrzymiego zmęczenia jest ciągle nakręcony.

    MRDP Dzień 4
    296 km | 2111 m

    Strava: https://www.strava.com/activities/1147430592

    Około 4:30 jestem z powrotem na rowerze. W końcu mamy słoneczny poranek. W towarzystwie nadbużańskich mgieł zjadam zimne pierogi, które wiozę od Włodawy. Dalej przejeżdżam przez Zosin, czyli najbardziej na wschód położoną miejscowość w Polsce. W Hrubieszowie zahaczam o Orlen. Przed Tomaszowem Lubelskim, jakośc przed południem dopada mnie największy dotąd kryzys. Jestem kompletnie wykończony i ledwo jadę. Dodatkowo jestem bardzo śpiący i po prostu czuję się bardzo kiepsko i niepewnie. Gdy wjeżdżam na dosyć ruchliwą drogę robi się już zbyt niebezpiecznie, więc po prostu wchodzę w las, kładę rower, zjadam cokolwiek i tak jak stoję ładuję się na ściółkę tuż obok i momentalnie zasypiam. Po około pół godziny budzę się i oceniam swój stan. Jest trochę lepiej, ale nie jest to forma z jaką mógłbym dalej jechać. Kulam się wiec do Tomaszowa, gdzie robię duże zakupy w Biedronce i znajduję bar mleczny, gdzie posilam się porządnie. W mijanym sklepie militarnym wypatruję jeszcze odblaskową opaskę, która okazuje się idealnie pasuje na mój kuferek.
    Na tym wszystkim schodzi mi 1,5 godziny, ale warto było, bo poczułem się zdecydowanie lepiej.
    Za Narolem zaczyna padać deszcz. Na szczęście przelotny i późnym popołudniem wychodzi słońce, więc i morale idą w górę. Pierwsze góry są już w zasięgu ręki. Do Przemyśla dojeżdżam wieczorem. Robię zakupy i zamawiam jakiś makaron. Całkiem smaczny, ale nie jest to porcja maratońska ;)

    Mimo wszystko pierwsze podjazdy idą mi całkiem dobrze. Niebo się klaruje i widać pięknie gwiazdy, jednak robi się bardzo zimno. Na podjeździe pod Arłamów wyprzedzam jednego z zawodników. Prowadzi rower pod górę, jest trochę zrezygnowany. Chwilę dyskutujemy i jadę dalej. Po dość długim i zimnym zjeździe łapie mnie senność i postanawiam się zdrzemnąć. Znajduję jakieś wiaty, zaczynam się rozkładać ze śpiworem, ale przejeżdżające auto daje mi światłami po oczach, uświadamiając że nie jest to dobra miejscówka na sen. Dodatkowo zdałem sobie sprawę jak jest zimno i że najlepiej będzie rozejrzeć się za normalnym noclegiem.

    Ruszam dalej i po pokonaniu kilku wzniesień jestem w Ustrzykach Dolnych. Dzwonię na dzwonek do jakiegoś hoteliku – nikt nie otwiera. W innym trwa jakaś impreza, ale postanawiam spróbować – brak miejsc. Błądzę po jakichś uliczkach, tracąc tylko czas. Zrezygnowany i zmęczony ruszam dalej, bo co innego mi pozostało. Już przy wyjeździe z miasta dostrzegam jakiś gościniec (zdjęcie robione już o poranku), gdzie drzwi wejściowe są otwarte i nawet świeci się światło. Wchodzę do środka, ale nikogo nie ma. Znajduję numer telefonu i pomimo że jest 1 w nocy, postanawiam zadzwonić. Niestety nikt nie odbiera. Wchodzę jeszcze raz nieśmiało i rozglądam się po wnętrzu. W jednym z pokoi nasłuchuję jakieś rozmowy. Pukam więc, ale rozmowy cichną i nikt nie otwiera. Po jakimś czasie ktoś powoli otwiera drzwi. Pytam o możliwość noclegu, ale tłumaczą że sami ledwo znaleźli miejsce na nocleg i raczej kiepsko z tym będzie. Postanawiam jeszcze raz zadzwonić. Odbiera pan z zaspanym głosem. Pomimo późnej pory spokojnie odpowiada że niestety nie ma miejsc. Przepraszam za późną porę i tłumaczę sytuację. Że maraton, że śpiwór mam, że na 4 godziny itp. Mówi, że nie ma go na miejscu, bo jest obecnie na Śląsku, ale dodaje: „Pan posłucha. Proszę sobie wejść na pierwsze piętro, tam na korytarzu jest kanapa, to proszę się przespać. Niżej jest kuchnia, można zrobić herbatę itp. Jest też łazienka. Jak rano ktoś będzie pytał, to Pan ze mną rozmawiał. Powodzenia.”
    Ale ulga! Szacunek dla tego Pana za podejście :) Ostatecznie ląduję na czymś takim. Jest dobrze! Dobranoc :)

    __________________________________________________________

    Niestety czasu na pisanie relacji mam niewiele, a dodatkowo wiem, że ciężko przebrnąć jednorazowo przez taką dużą ilość tekstu, więc pozostałe części (dni 5-6-7 oraz dni 8-9-10 czyli zachód, wybrzeże i finisz) napisze w miarę możliwości niebawem. Powinno być optymalnie. Przepraszam, jeśli ktoś czuje niedosyt, ale lepsze to niż przesyt ;)

    Wszystko oczywiście pojawi się pod tagiem #byczysnarowerze

    #rower #mrdp #szosa #kolarstwo #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

    źródło: image.ibb.co

  •  

    724187 - 653 = 723534

    Maraton Tour de Silesia, dystans 540 km.

    Zapisując się na maraton wiedziałem, że będzie szansa poprawić swoją ubiegłoroczną życiówkę. Ale co to za poprawa o ledwo 10 km. To się nie opłaca jechać. Postanowiłem więc na miejsce startu dojechać rowerem i tak samo wrócić później do domu.

    Wyjeżdżam chwilę przed 8.00 w sobotę rano i po dwóch godzinach jestem już w Świerklanach, w bazie maratonu, która ulokowana jest na terenie ośrodka sportu przy lokalnej szkole podstawowej i gimnazjum. Zaczynają zjeżdżać się zawodnicy startujący na długim dystansie. Wersja mini licząca 370 km ruszała o 7.30, więc na trasie już od kilku godzin byli m. im. @Arczi-S i @Limon2g.
    Na drugie śniadanie zjadam makaron z kurczakiem, który miałem ze sobą i kręcąc się po terenie spotykam @bynon'a, a później @byczys'a (pozdrowienia dla żony!). Coś tam pogadaliśmy i trzeba powoli przygotowywać się do startu. Wszyscy trzej jesteśmy w ostatniej, piątej grupie, czyli planowo powinniśmy ruszać o 11.20. Jeszcze jakaś przedstartowa odprawa Gustava, który jest jednym z głównych organizatorów i wypuszczane są poszczególne grupy. Każda liczy ok. 13 osób, w sumie startuje 60-kilka.

    Spodziewałem się szybkiego początku, ale to przypominało raczej typową ustawkę w tygodniu niż maraton dookoła województwa. Po kilku km wyprzedzamy pierwsze, pojedyncze osoby z wcześniejszych grup. Po kilkunastu całą czwartą grupę. Część osób przyłącza się do nas. Pierwszy punkt kontrolny, w Krzyżanowicach, to tylko wejście do sklepu po pieczątkę i szybko jazda, żeby nie zgubić grupy. Pomiędzy Raciborzem a Rudami widać skutki nawałnicy, która przeszła tutaj w piątek. Na poboczach dróg mnóstwo połamanych gałęzi i przewróconych drzew.
    PK2 mieścił się na Orlenie w Pyskowicach. Był to zdaje się 103 km trasy i średnia z tego odcinka przekroczyła 36 km/h. To było dla mnie trochę za dużo. Postanowiłem zrobić o kilka minut dłuższą przerwę i dalej jechać sam albo z kimś napotkanym po drodze. @byczys i @bynon pognali z grupą.
    Ruszamy ze stacji w kilka osób, ale po pierwszym podjeździe zostaję tylko z gościem w stroju Bałtyk-Bieszczady Tour. Jedziemy po zmianach i byłoby bardzo przyjemnie, gdy nie silny boczny wiatr. Po wspólnych 50 km łapie nas deszcz. Postanawiam zatrzymać się na przystanku i założyć ochraniacze na buty. Tamten pojechał dalej. W sumie w deszczu jadę jakieś 20 minut. Jest ciepło, więc drogi szybko wysychają i już na PK3 koło Olesna zdejmuję ochraniacze i wiatrówkę.
    Na stacji spotykam parę osób, ale one właśnie się zbierają. Kupuję jakąś tortillę, bo o hot dogach zapomnij, jeśli przed chwilą przewinęło się tutaj kilkunastu ludzi...

    Prawie cała droga do punktu żywieniowego w Kłobucku mija szybko za sprawą wiatru w plecy. Gdy skręcam do restauracji, @byczys i @bynon z grupą właśnie wyjeżdżają. Oferta obiadowa jest całkiem bogata, wybieram kurczaka z ryżem i zestaw sałatek. Do tego w pakiecie 2 litry wody i dwie saszetki izotoniku. Robię niecałą godzinę postoju i w dalszą trasę zabieram się z dwójką, która przyjechała tam jakiś czas przede mną.
    Spokojnym tempem jedziemy na wschód do Koniecpola, gdzie zlokalizowany jest kolejny punkt kontrolny. Czas mija nam głównie na rozmowach na tematy okołorowerowe. Jarek, który na maraton przyjechał spod Wrocławia, traktuje go jako przygotowanie do pełnego Iron Mana, w którym będzie startował na początku września w Malborku. Z Bartkiem znamy się trochę z naszej lokalnej ustawki - Czwartkowej Rundy.
    W Koniecpolu pieczątka na stacji, chwila odpoczynku i skręcamy na południe. Jest już grubo po zmroku, a trasa z płaskiej przechodzi w jurajskie pofałdowanie. Jedna hopka za drugą. Tempo siłą rzeczy spada, ale przynajmniej nie jest nudno i nie chce się spać. W okolicach Pilicy Jarkowi kończy się picie, ale jako że nie napotykamy żadnej stacji ani otwartego sklepu, ratujemy go własnymi zapasami i jedziemy dalej. Czynną stację znajdujemy dopiero w Kluczach i tam też robimy przerwę na kawę itp. Tego było mi trzeba, bo oko już zaczynało się niebezpiecznie przymykać.

    Po ok. półtorej godziny, który to czas upływa na bezustannej jeździe góra-dół, meldujemy się na drugim punkcie żywieniowym zlokalizowanym w Bolęcinie. Tutaj już wyboru nie ma i każdy dostaje filet drobiowy z ryżem i sałatkę. W sumie zjadłbym dwie takie porcje, gdyby dawali. Kolejna godzina odpoczynku. Jarek nawet przekimał kwadrans na podłodze, bo kryzys snu miał spory. Gustav coś tam nagrywał, więc może znajdziecie nas później w jakimś filmiku na jego kanale.
    Na start dostajemy temperaturę poniżej 10 st., mgłę i podjazd do Płazy. Ale to nawet dobrze, bo od razu się człowiek rozgrzał. Kawałek przed Wieprzem, gdzie na Orlenie jest kolejny PK, spotykamy @Kuchasz'a. Wcześniej umówiliśmy się, że po mnie wyjedzie i nie zawiódł ;)
    Od Andrychowa zaczynają się góry. Na dobry początek Kocierz. Pomimo 470 km w nogach, podjazd wchodzi całkiem nieźle. Na górze ściągam nogawki i czekamy z Rafałem chwilę na pozostałych kompanów. Zjeżdżamy do Żywca i dalej kierunek na Węgierską Górkę, gdzie standardowo na Orlenie mieści się punkt kontrolny.
    Jarek i Bartek są już mocno zajechani i postanawiają zrobić dłuższą przerwę przed czekającymi ich jeszcze podjazdami. Wcinam więc tylko dwa hot dogi, zapijam kawą i ruszamy z @Kuchasz'em do Milówki. Stamtąd drogą serwisową wzdłuż S1 jedziemy do Koniakowa. Droga wojewódzka 943 na tym odcinku to jest jakieś nieporozumienie. Nie dość, że dziury, łaty i muldy, to jeszcze kilkaset metrów bruku. Od Istebnej na szczęście jest już normalnie.
    Podjazd na Kubalonkę całkiem w porządku, chociaż różnica w "świeżości nogi" pomiędzy mną a @Kuchasz'em jest widoczna gołym okiem. Przez Wisłę i Ustroń kierujemy się na Cieszyn. Przejazd przez ten ostatni mocno nadszarpuje moje siły. W zasadzie całe miasto to seria krótkich, sztywnych podjazdów. Pieczątka na Orlenie, cola, lody i jedziemy dalej, zgarniając ze sobą napotkanego na stacji maratończyka.

    Ostatnie 40 km dłuży mi się niemiłosiernie. W końcu o 12.45 docieramy do bazy maratonu, gdzie odbieram pamiątkowy medal i kończę udział w zabawie z czasem 25h 31m. Podobno dało mi to 15. czas wśród startujących na dystansie mega. Nawet spoko, bo spodziewałem się, że z czasem powyżej 25h będę jednak w ogonie stawki.
    Zjadam dwie miseczki bogracza, bo kiełbasy z grilla bym nie przełknął, a tylko takie dania są dostępne. Jeszcze chwila odpoczynku, żegnam się z Gustavem i obsługą maratonu i ruszam do domu, bo do przejechania jeszcze ponad 50 km.
    Zaraz po wyjeździe na główną drogę Garmin informuje mnie, że "Wygrałeś! Trening ukończony" i... wyłączył się. Włączam go, a tam nie ma możliwości kontynuowania trasy, ani nawet samej trasy zapisanej! Fuuuuuuuuuuuck! No ale co zrobię? Nic nie zrobię. Trzeba w domu podpiąć do komputera i zobaczymy.
    Jedziemy z @Kuchasz'em spokojnie, bo też moje nogi nie chcą pozwolić na nic więcej, a w dodatku ciągle myślę o niezapisanej trasie. By to jasny ch... Cała radość z przejechanego maratonu wyparowała niczym przebity balonik. Wkurw na maksa.
    W Pszczynie robimy przerwę na lody, żegnamy się i ostatnie kilometry do domu jadę już sam.

    Pierwsze co, to oczywiście Garmin do komputera i szukam trasy. Jest! Ale tylko 270 km... Załamka :( Szczęśliwie @Marcin_od_Tribana dobrze ogarnia takie tematy, podsunął parę pomysłów i udało się odzyskać ślad trasy. Humor od razu poprawiony :D Bo wiadomo, że jak czegoś nie ma na Stravie, to tak jakby tego w ogóle nie było.

    W imprezie tego typu startowałem pierwszy raz, więc nie będę podejmował się oceny organizacji, bo nie wiem jak to powinno wyglądać ani jak wygląda gdzieś indziej. Mogę tylko powiedzieć, że niesamowicie mi się podobało, atmosfera była bardzo przyjazna i z niecierpliwością czekam na przyszłoroczną edycję. A Gustav już zapowiedział, że łatwiej na pewno nie będzie.

    pokaż spoiler Jeszcze 2 tygodnie temu nie spodziewałem się, że Triban dostanie szansę przejechania czegoś więcej niż 100 km, a tu proszę. W pięknym stylu wrócił z emerytury. I po co te wszystkie karbony i elektroniczne przerzutki? ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    #mortalszosuje

    #rowerowyrownik #rower #szosa #wykoptribanclub #100km #200km #300km #400km #500km #600km (nr 1)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: TdS.jpg

  •  

    W osobtę wystartowałem w Pierścieniu Tysiąca Jezior, 610km na rowerze non-stop(zrobiłem 622 bo po 5cu kilometrach musiałem wrócić na start). Udało się ukończyć w mniej niż 30h co przy warunkach jakie panowały na trasie uważam za nienajgorszy wynik. Było zimno (nawet 10 stopni), mokro (deszcz padał przez jakieś 19h i te cholerne mazurski drogi. Łata na łacie. Jeszcze przez kilka dni pewnie będę miał zaniki czucia w dłoniach. Pagórki też zrobiły swoje - ok 4000m przewyższeń.
    Polecam wszystkim tę imprezę, świetny sposób na sprawdzenie się. Tym samym kwalifikacja na przyszłoroczny BBT zrobiona :)
    #rower #600km #500km #400km #300km #200km
    pokaż całość

  •  

    228 949 - 1025 = 227 924

    Poprzedni wpis był na szybko wrzucony nad ranem, jeszcze przed śniadankiem i pójściem spać. Ludziki pytały co i jak, co i kiedy bolało, itd. No to relacja po kolei. Będzie długo, ale sami się prosiliście...

    Dla pokolenia TL;DR linki do Stravy i Endomondo i bloga, gdzie jest kilka fotek więcej i w nieco lepszej rozdzielczości. W Endomondo nie działa mapa, bo nie przewidzieli, że można zrobić 1000+km, mają to naprawić. Dla tych co lubią poczytać cała reszta, a na samym dole galeria.

    Założeniem było pobić swoją dotychczasową życiówkę 737km jadąc nad morze. Zrobić to bez jazdy na kole, czyli nie chowając się za innym kolarzem (mniejszy opór powietrza, lżejsza jazda). Warunkiem niby niekoniecznym było 1000km, ale szkoda by było mając te ~800km nie próbować dokręcić dalej.

    Trochę nudnej chronologii

    Pobudka o 6 rano po jakichś 6h spania, ale z budzeniem się co chwilę. Organizm już nakręcony, więc spać smacznie się nie dało. Już jasno i w ogóle, ale nie było sensu zarywać snu, skoro i tak całe dwie noce jazdy przede mną. Śniadanko, spakowana Apidura (cywilne ubrania, trochę żarcia, dętki, etc.) na rower i o 7 start.

    Koło 15km spotykam @trace_error na wałach i śmigamy razem wzdłuż Wisły. Mniej więcej 20km dalej kolega zawraca do Krk, żeby zdążyć do pracy. Kawałek przed Alwernią pojawia się @Mortal84, mój towarzysz podróży na długo, a nawet dużo dłużej niż się zapowiadało. Pogoda póki co świetna, jedziemy w zasadzie non stop 33+km/h. Kawałek za Tychami dołącza do nas @makyo, którzy rzucił info, że na Pyrzowicach będzie lądował Antonov An-124-100. Jak wielkie jest to "bydle" można zobaczyć choćby na tym zdjęciu. Cieszyłem się jak dziecko, że taki zbieg okoliczności, że ja tu robię życiówkę i akurat tego samego dnia przyleciało cudo do Polski. Niestety wylądował 20 min przed planem i zobaczyliśmy go tylko zza płotu. Startować zaś miał o 3 nad ranem, więc sorry... W Myszkowie rozstajemy się @mayko i jedziemy dalej. Upał daje się już mocno we znaki (34.7°C w czasie jazdy, więc nie ma po co się nawet zatrzymywać, bo jeszcze gorzej), ale nie cierpimy jakoś przesadnie.

    Trochę błądzenia po łódzkim, bo primo momentami paskudne drogi, secundo remonty i zamknięte, a tertio Strava uznała, że jazda wzdłuż torowiska po jakimś szutrze to dobry pomysł. Może jednak nie. Dlatego też #zaliczgmine trochę dostało po uszach, bo została mi pojedyncza gmina w tamtych rejonach, taka brzydka dziura na mapie, czyli Ruda Maleniecka. Następnym razem. W tych też okolicach postój, bo robi się późno, a #drozdzowkarze coś muszą zjeść. I okazuje się, że obydwoje coś pokręciliśmy z matematyką i ja zgubiłem 100km, a @Mortal84 coś źle policzył czas. Ergo tak czy inaczej nie było szans, żeby dojechał do Wawy o normalnej godzinie na nocleg. Tu podziękowania dla @rdza i @masash za oferty przenocowania mojego pomocnika. Jedziemy do McD w Końskich i na miejscu okazuje się, że jak się myli Końskie z Koninem, to się je hot dogi na Orlenie.

    Nocna jazda z jedną pomyłką trasy, ale ogólnie jedzie się więcej niż dobrze. Tempo spada, ale tylko przez to, że nie widzimy ile jest na liczniku, jak sprawdzamy, to znów dociskamy ponad 30km/h. Noc ciepła, bezwietrzna, jakieś burze w oddali, ale nam nic nie przeszkadza. Rozstajemy się w Jankach. I tu koledze należą się wielkie podziękowania, bo ileż milej było jechać mając do kogo się odezwać. @Mortal84 też trochę na tym skorzystał, bo ze mną zrobił swoją pierwszą #400km, gdy jechaliśmy do Wawy w czerwcu, a teraz życiówkę #500km. Myślę, że siły na #600km też były, więc może coś pykniemy jeszcze w tym roku.

    Zaczyna się druga pięćsetka i to ta znacznie trudniejsza, bo już doba bez snu, jakieś tam skumulowane zmęczenie, ale noga podaje. Od samego rana #wmordewind. Jakby tego było mało @regyam ostrzega mnie przed ulewą w okolicach Sochaczewa, więc skręcam na południe, aby nie tracić czasu i uciec przed deszczem, licząc że sprawa rozejdzie się po kościach. Niestety front zamiast dawać nadzieję na poprawę, zrobił się znacznie gorszy. Decyzja o przebiciu się przez niego, bo inaczej nad morze nie dojadę. Niestety była to ulewa z gatunku świata nie widać, a człowiek pluje wodą. Przez godzinę, ale przemokłem już po 2min. Przez zmiany trasy musiałem nawigować nie po tym co zrobiła Strava, a wg Google'a, a zakazów dla rowerów na tony. Umarł powerbank i zaczęło się ostre oszczędzanie baterii co nie ułatwiało nawigacji. #wmordewind z gatunku tych, gdzie jechałem momentami 16-22km/h i to bynajmniej nie ze zmęczenia, bo gdy w nocy przestało wiać prędkość znów przekraczała 30km/h.

    Za to ta noc miała inną brzydką cechę. Temperatura spadła najpierw do 14 stopni, a chwilę później do 11. Ubrany w krótkie, letnie szmatki i mając tylko "folię" na deszcz na sobie myślałem, że zamarznę. Szczerze. Bez żadnego kolorowania, że było mi zimno. Myślałem, że zostanę w rowie i zamarznę. Straciłem przez to ze 2-3h. Na zatrzymywanie się na stacjach benzynowych, picie herbaty, jedzenie ciepłych rzeczy, schnięcie (bo mgła oblepiała paskudnie). Były też po prostu postoje na poboczu, gdzie skulony łapałem trochę ciepła. Niedaleko Gdańska spotkałem @Ilana i @jak_to_mozliwe, którzy wyjechali mi na przeciw i przywieźli ciepłą kurtkę. Mistrzostwo świata! Przestało mi być zimno po godzinie jazdy w niej, ale cóż za radość! Pojechaliśmy na Westerplatte i w drodze tam wybiło 1000km. Fotka nad morzem, pierwszy w moim życiu wschód słońca stojąc na plaży i szwędając się nieco po Gdańsku dojeżdżamy na ich mieszkanie około 6 rano, ciut przed upłynięciem 48h brutto. Prysznic, śniadanie, social media i około 3h snu. Pyszny obiad, kima jeszcze godzinkę i czas się zbierać. Dzięki Wojtkowi i Oli raz jeszcze za pomoc!

    Pendolino bez miejsc na rower, TLK bez miejsc na rower, więc nie zostaje nic innego jak jazda na partyzanta w TLK właśnie o 22. O 7 rano jestem na Dworcu Głównym w Krk. Pierwsza obserwacja jest taka, że poza mięśniem czworobocznym (lewa strona karku), który boli mnie zawsze, nawet po 100km, a teraz bolał po prostu znacznie bardziej, nie boli mnie nic innego. Nogi może nie świeże, ale nie ma problemu z kręceniem 30+km/h. Bardzo miła niespodzianka.

    Uwagi

    Pojawiały się pytania czy to bezpieczne? Nie sądzę i nie polecam nikomu. Sam mam związane z pracą długie doświadczenie niespania kilka dni z rzędu, więc dość dobrze to tolerowałem. Zadziwiająco dobrze. Spróbowałem się raz, przekroczyłem magiczną granicę i wystarczy.
    Nie było żadnych niebezpiecznych sytuacji niemniej jednak daleki jestem od zachęcania do takich wypadów. Trzeba cholernie dużo samokontroli. W tamtym roku było 737km. Wiedziałem na co się piszę.

    Nie robicie tego w domu. A tak na serio też tego nie róbcie. Już 24h jazda na pewno osłabia czas reakcji. Poza tym taki wypad szalenie daleki jest od bycia przyjemnym. Nieopisana jest jednakowoż satysfakcja z pokonania takiego dystansu. Czasem trzeba w życiu trochę zaryzykować.

    Co bolało? W zasadzie wszystko, ale poza wcześniej wspomnianym mięśniem czworobocznym, z którym problemy mam od lat, nic w sposób szalenie intensywny. Tyłek również nie. Jedyny problem z tyłkiem był taki, że po ulewach "pampers" mokry, więc skóra na tyłku też mokra i jakby bardziej miękka. Zaczęło to trochę przeszkadzać, tak jakby ktoś Wam robił pokrzywkę... tylko na tyłku. Bałem się, że pojawią się jakieś rany, ale w końcu wszystko wyschło i było ok. Mózg ma tak cudowną właściwość, że odcina bodźce bólowe inne niż ten najmocniejszy w danym momencie. Więc czasem bolał kark, czasem tyłek, czasem dłoń, czasem kolano, czasem znów coś innego, ale na szczęście nic w sposób, który choć przez moment stawiałby dalszą jazdę pod znakiem zapytania.

    Długofalowe problemy? Mimo lemondki, bez której byłoby znacznie gorzej, bo to zawsze dodatkowa pozycja za kierownicą. Wszystkie one ustąpiły po około 2 tyg:
    - brak, a przynajmniej ograniczone czucie w palcach serdecznych i środkowych obu rąk, od ucisku nerwu przez kierownicę,
    - czworoboczny uwierał bardzo poważnie przez kolejne dni,
    - "brak" czucia w połowie prawej stopy.

    Podsumowanie

    Czy było warto? Hell yeah! Czy to powtórzę? Chyba nie, choć tak na pewno to nigdy nic nie wiadomo. To nie jest przyjemna jazda, nie ma czasu na fotki, nie ma czasu na nic. Ciągle tyka zegar braku snu. Za dwa lata może spróbuję machnąć BB Bałtyk - Bieszczady czyli 1008km. A już za tydzień Everesting, więc trzymajcie kciuki!

    pokaż spoiler I tak tutaj nikt nie dotarł
    Musiałem dodać raz jeszcze, bo zapomniałem o równiku


    #rowerowyrownik #metaxynarowerze #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km #800km #900km #1000km (nr 1 i pewnie ostatni)
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: 2016.08.08-full.jpg

  •  

    Ups I did it... #drozdzowkarze znów atakują... 1025km bez spania, bez przerw innych niż żarcie, fizjologiczne, sklepy itd. Również bez jazdy na kole. Z #krakow nad #morze. 39h netto, trochę ponad 26km/h średnia. 5164m w górę, żeby nie było za łatwo. Pierwszy dzień bajka, drugi pogodowa tragedia. Ale się udało. Dzięki za kibicowanie.

    https://www.strava.com/activities/670815950

    Wielkie dzięki dla @Mortal84 za towarzyszenie mi przez niemal połowę dystansu. Jechał z boku lub za mną, ale miło mieć z kim pogadać.

    @faramka dzięki za załatwienie mi wmordewind przez cały dzisiejszy dzień.
    @fvck dzięki za ulewę.
    @Ilana dzięki za bruk.
    Baby... Poza tym dzięki @Ilana i @jak_to_mozliwe za odebranie mnie, ciepłą kurtkę i gościnę.

    #metaxynarowerze #rower #szosa #polska

    I sztuka dla sztuki, ale z radością rozdziewiczam nowe tagi:
    #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km #800km #900km #1000km
    pokaż całość

    źródło: fromapp.jpg

  •  

    411961 - 603 = 411358

    Druga próba zaliczenia #szejset, tym razem udana

    Próba zaczęła się już w piątek o godzinie 20, bo taki miałem plan. Mimo zapowiedzi złej pogody, postanowiłem nie odkładać startu na kolejny dzień czy kolejny weekend. Tak miałem zaplanowane! Los chciał, że na 95 kilometrze, na wyjeździe z Węgrowa, jakaś menda rozbiła butelkę na ulicy, a ja w ciemności zauważyłem ją za późno i przecinam tylną oponę. To był koniec jazdy. Opony zapasowej nie zabieram, za dużo waży i zajmuje wiele miejsca, a ryzyko jej zniszczenia jest niewielkie, jak widać, nie dość niewielkie. Wykonuję telefon, do kochanej i niezwykle wyrozumiałej żony i po niecałych dwóch godzinach siedzę w samochodzie w drodze powrotnej do domu. Jestem przekonany, że kolejna próba za rok, bo w tym nie znajdę już czasu. Rano podejmuję decyzję. Mimo zarwania nocy i zmarnowania sporej ilości energii postanawiam, że dziś wystartuję jeszcze raz, nie będę czekał kolejnego roku. Pogoda w sobotę jest strasznie paskudna, a więc to że w piątek miałem pecha, jest jednak trochę szczęściem, bo nie muszę z nią walczyć. W dzień próbuję trochę się przespać, bo mam na koncie tylko cztery godziny snu z nocy, ale nie udaje się, we krwi jest już za dużo adrenaliny.
    Przychodzi godzina dwudziesta i startuję. Wita mnie ciepła, pochmurna noc, choć pada mżawka. Jedzie się jak to w nocy. Niewielki ruch, nic nie widać, a raz na jakiś czas słychać dochodzące z lasu dźwięki łamanych gałęzi. Trzeba być maksymalnie skupionym, bo chwila nieuwagi może wiele kosztować, czego doświadczyłem dzień wcześniej. W Sokołowie uzupełniam bidony, przejeżdżam przez Bug, później Drohiczyn, którego nawet nie zauważam i dalej już w dół, wzdłuż granicy. Stacja Orlen w Sarnakach okazuje się nie być całodobową i muszę przejść w tryb oszczędzania picia, bo dolewki nie będzie. W Konstantynowie mają swoje dni i kręci się pełno pijanych ludzi. Jadę dalej i zonk. Widzę coś pięknego i ostro bogatego, Pałac w Janowie Podlaskim. No jest szał. Oświetlenie nocne robi wrażenie, ale telefon nie potrafi tego uwiecznić. Na wiadukcie nad trasą 62 dochodzi do groźnej sytuacji. Zakończony jest on dziwnymi kratkami. Ta na zjeździe łapie mnie za przednie koło i zrzuca z roweru. Szybkie oględziny, obręcz jest uszczerbiona, ale prosta. Można jechać dalej ograniczając używanie hamulca na tym kole. Trochę mniej szczęścia i byłby koniec wycieczki. Dojeżdżam do Terespola, gdzie w całodobowej (sic!) Biedronce, zaopatruję się prowiant. Na parkingu tylko wschodnie blachy, dziwna sytuacja. Jeszcze dziwniejsze jest to, ze na pobliskim blokowisku, ludzie trzymają rowery w stojakach na dworze. Co tam nie kradną? Jest już właściwie dzień, a kilkanaście minut później, słońce znajduje kawałek miejsca między chmurami, żeby pokazać, że już wstało. W drodze do Włodawy trafiam na GreenVelo. Nawet dobrze to zrobione. Asfaltowa ścieżka prowadzi przez kilkanaście kilometrów, do samego miasta. Na stacji paliw robię sobie bufet, zjadam dwie kanapki na ciepło, kawa i dalej, trzeba jechać, bo czasu nie ma. Ciężkie chmury zamieniają się w obłoczki, robi się ciepło i przyjemnie, choć wieje męczący wiatr. Kilometry lecą, okolice nudne, drogi słabej jakości, a do tego są problemy żeby naleźć otwarty sklep. Nie mogę się doczekać powrotu do cywilizacji, bo rejony Nadbużańskie, to prawdziwa pustynia. Trasy ubywa, ale nic się nie dzieje, jest nuda. W końcu mijam kopalnie Bogdanka i jestem w Łęcznej. Obmywam się w fontannie, bo upał już doskwiera mocno i pędzę do Garbowa, na bufet. Żona się zaoferowała, że przyjedzie z jedzeniem, więc zjem smaczne spaghetti, a nie byle co byle szybciej. Chwila rozmowy, odpoczynku i czas jechać dalej. Zostało do przejechania 135 kilometrów i prawie sześć godzin, raczej się wyrobię. Jak wiadomo, jak jest za dobrze, to coś się zepsuje. Za Nałęczowem trafiam do Wąwolnicy, fajny wąwóz, trochę pod górkę i na koniec szuter! Muszę prowadzić rower, żeby nie złapać kapcia. Do Kazimierza jadę czymś co tylko z nazwy jest drogę. Dziury, łaty i syf. Udaje się szczęśliwie pokonać ten ciężki odcinek, jednak tracę kilkanaście minut. Szybko, lawirując między masami ludzi, przeskakuję przez Kazimierz i już widzę [Puławy 12]. Za Puławami uzupełniam picie i kieruję się do Pionek. Przez kilka kilometrów jadę ruchliwą drogą. Kierowcy nerwusy i piraci. Zero mózgu i pojęcia jakie zagrożenie dla rowerzysty stwarzają. Przez Pionki tylko przejeżdżam i już jestem w Parku Kozienickim. Jest cień, dobry asfalt i mało samochodów. Raj. Jest też silne zmęczenie, które skumulowało się od piątku. Czuję, że doszedłem do granicy swoich możliwości i mimo, że nogi kręcą, to głowa już nie reaguje. Wiem, że w każdej chwili mogę stracić kontrole nad rowerem. Jedzenie już nie wchodzi, mogę tylko pić. Decyduję, że kończę jazdę na 600km w Warce. Dobrze, że zostało niewiele kilometrów. Przed samą metą pojawia się we mnie jakaś nowa energia, ale nie ufam jej i nie zmieniam zdania. Wyzwanie udaje się zaliczyć, dziś niczego więcej poza prysznicem już nie potrzebuję. Dałem z siebie wszystko. Mimo niesprzyjających okoliczności, podjąłem ogromne wyzwanie i udało się je ukończyć. Mogłem jechać do 650km, ale nawet ja, muszę czasem odpuścić!

    Statystyki:

    Dystans: 603 km
    Czas: ◷22:09:37
    Średnie tempo: 2:12 min/km
    Średnia prędkość: 27,19 km/h
    Kalorie: 25202 kcal
    Średni puls: ❤69.8bpm
    Maksymalny puls: ❤165bpm

    W tym tygodniu to już 603km!
    #rowerowyrownik #ruszwarszawa #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

  •  

    480258 - 658 = 479600

    Katowice – Hel

    Trzecia próba dotarcia na rowerze nad Bałtyk, w trybie jazdy NON-STOP. Dwie poprzednie próby opisywałem tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/17567301/760-231-520-759-711-katowice-tczew-zawsze-chcialem/

    http://www.wykop.pl/wpis/17854537/649-870-480-649-390-czyli-druga-proba-dojazdu-z-ka/

    W końcu się udało! 

    Tym razem w planach miałem jakiś dziki nocleg po dotarciu do celu, więc dodatkowo zabieram ze sobą śpiwór i coś na kształt karimatki (złożony arkusz folii bąbelkowej o wymiarach na oko 1x1,5m).
    Pierwotny plan jest taki, że dojeżdżam do Sopotu, następnie do południa kimam ze 2-3h i jadę dalej (już jako osobna trasa) na Hel, by mieć przetarte gminy pod wrześniowy Maraton Północ – Południe  Bo założenie mam takie, że nie uznaję za zaliczone gmin, gdy dostałem się do nich w inny sposób niż rowerem. Chyba, że wcześniej zaliczyłem je bezpośrednio z domu. Przynajmniej na razie ;)

    Tak jak ostatnio, wyjeżdżam po w miarę przespanej nocy, czyli około 7 rano (za pierwszym razem popełniłem błąd wyjeżdżając w środku nocy, przez co docelowo miałem zarwane praktycznie dwie z rzędu). Prognozy pogody są dosyć optymistyczne, ma być max 20-25 stopni i jedynie po południu straszą przelotnymi burzami. Wiać ma z zachodu, więc generalnie dla mnie z boku.

    Do Częstochowy jadę w zasadzie na pamięć. Niestety okazuje się, że przytroczony pod siodełkiem śpiwór koliduje z moimi nogami w trakcie jazdy, przez co nie mogę przyjąć optymalnej dla mnie sylwetki do jazdy. Martwi mnie to, bo przy takim dystansie może to oznaczać wystąpienie niespodziewanych kontuzji. Na szczęście po kilkudziesięciu km jakoś się to układa i jedynie majtam nim na boki podczas ruchu. W trakcie całej trasy przyjdzie mi go poprawiać kilka razy, bo troki się luzują, a po każdej takiej poprawce musi się układać od nowa.
    W Częstochowie (ok 80km) szybki postój w Macu i menu śniadaniowe. Dalej kieruję się na Łask drogą 483, by trasa nie pokrywała się z tymi z poprzednich prób. Wiatr na tym odcinku faktycznie w większość wieje z boku, jednak często zmienia kierunek na trochę bardziej czołowy, by za chwile powiać bardziej w plecki. W miejscowości Buczek (ok 180km) staje na obiad w sprawdzonym zajeździe. Z tempa jestem zadowolony (w tym miejscu mam średnią 30km/h), więc nie spieszę się jakoś bardzo i zjadam go na spokojnie. Leżę chwilę na ławce dając odpocząć plecom.
    Kolejny cel to gmina Wartkowice więc odbijam trochę w kierunku zachodnim, celowo mijając szerokim łukiem aglomerację łódzką ;) Dalej kieruję się na Łęczycę, gdzie mam wjechać na DK91, czyli drogę znaną mi już z poprzednich aktów. Chodzi znów o to, by w nocy jechać po sprawdzonej drodze o niewielkim ruchu i z szerokim poboczem.
    To właśnie przed Łęczyca spotykam podróżującego Niemca o którym wspominałem tutaj:

    http://www.wykop.pl/wpis/18271413/niemiec-napotkany-podczas-ostatniej-wycieczki-dowo/

    Trochę czasu jedziemy wspólnie, jednak jego tempo jest ślimacze, a rozmowny tez jakoś specjalnie nie jest. Żegnam się i wyrywam do przodu. W Lubieniu Kujawskim szybki postój na lody, bo spodobał mi się taki widoczek:

    https://lh3.googleusercontent.com/-9MojdmJs7g4/V2p8wcbmV6I/AAAAAAAAP1E/8_uMSqijmeYgWs_uFwpk7CPbGSAq4PeGACCo/s800/upload_-1

    W Kowalu zaopatrzam się w prowiant na noc i o zmierzchu melduję się we Włocławku (320km). Zjadam kolację , ubieram długie ciuchy i w drogę. Noc jest gwieździsta, a księżyc daje niezłe światło. W zasadzie całkowita poświata słońca przestaje być na horyzoncie widoczna dopiero około 1 w nocy, by w okolicy 3 znów się zacząć pojawiać.
    Przez Toruń przebijam się dosyć sprawnie i w Stolnie odbijam na KD55 w kierunku Grudziądza. Ponieważ wyjazd traktuję też turystycznie, a nie tylko z parciem na przód, postanawiam tym razem obejrzeć centrum tego miasta. Szybko się zniechęcam, bo drogi to istna brukowa katorga, a dodatkowo z jakiejś knajpy wybiega grupka kilku dresików i uciekają w jakąś obskurną bramę. Za chwilę z naprzeciwka biegnie trzech zamaskowanych typków. Robię odwrót i spadam stąd.
    Po powrocie na lewy brzeg Wisły (wcześniej przejechałem na prawy w Toruniu), łapie mnie pierwszy kryzys tej wycieczki. Wjeżdżam na serię pagórków. Prędkość leci ostro w dół, zaczyna mnie wszystko boleć i wyraźnie słabnę. Łamie mnie też sen i kulam się powoli, zastanawiając się co się dzieje. Wiem! Zrobiło się dużo chłodniej i całkowicie zapomniałem o piciu! Przecież nie piłem prawie nic od kilku godzin. Podpijam więc wodę i ślamazarnie odliczam kilometry pozostałe do słynnej stacji BP w Dobrym ;)
    Na miejscu standardowo pomidorówka z pieczywem i puszka coli. Wchodzi jak marzenie i fajnie mnie rozgrzewa. Po chwili łapie się na tym, że siedząc przy stole 2 czy 3 razy odcina mnie sen. Żeby nie zanurkować głową w talerzu dopijam colę i zbieram się w dalszą trasę.

    Po kilku kilometrach mijam miejsce, w którym ostatnio zakończyłem swój wypad z powodu awarii, jednak tym razem jadę dalej ;) Poranek jest piękny, więc morale lecą ostro w górę. Wszystkie niedogodności przechodzą i czuje się nieźle. Kilka km przed Tczewem robię sobie postój na jakimś przydrożnym miejscu postojowym i w promieniach słońca i przebieram się na krótko. Ahh co za cudowne uczucie zdjąć buty! Chodzę sobie w koło w samych skarpetkach, takie to przyjemne ;)

    Wiatr zgodnie z prognozami zmienia kierunek na południowy i około godziny 10 melduję się w Gdańsku. Uciekam z drogi na ścieżkę rowerową biegnącą wałem Kanału Raduni. Trochę brukowato, jednak dla mnie fajna alternatywa po wielu kilometrach jazdy z samochodami. Dodatkowo mój cel jest blisko, więc przechodzą w tryb relax. W ten sposób dojeżdżam do centrum, pstrykam fotki żurawiem, Neptunem itp. I próbuje przedostać się do Sopotu. Niestety tu zaczyna się logistyczna porażka. Miasto jest częściowo rozkopane, ścieżki dla rowerów często urywają się. Ruch się nasila, a kierowcy nie traktują tutaj rowerzystów zbyt przyjaźnie. Tłukę się więc po tych zdziadziałych ścieżkach, co chwilę się zatrzymując. Średnia z 28km/h leci dosyć szybko w dół, pomimo, że jest „mocna”, bo wyrobiona na dystansie ponad 500km.

    W Sopocie fotka przy molo itp. oraz pierwsze moczenie kół Awola w morskiej wodzie ;) Czuję się świetnie, więc postanawiam nie kończyć tutaj swojej wycieczki jak zaplanowałem, a dojechać prosto na Hel i stamtąd wrócić do Trójmiasta pociągiem. W Gdyni mijam stację PKP, na której widzę pociąg do Katowic, który ma odjechać za 20 minut. Przez chwilę myślę czy jednak do niego nie wskoczyć, jednak po chwili stwierdzam że bez sensu – przecież nie po to targam ze sobą tyle km śpiwór, żeby teraz po prostu wrócić i z niego nie skorzystać 
    Gdzieś przed Redą uzupełniam bidon resztą wody gazowanej której nie dopiłem pod sklepem, czego efektem był wystrzał wieczka. Od razu się zatrzymałem, jednak już po chwili jeden z samochodów mi po nim przejeżdża. Wkurzam się, bo bez niego mi się wszystko rozlewa i musze od tej pory jechać z wypełnioną max połową objętości. Po chwili nadciągają czarne chmury i zaczyna lać. Chowam się na przystanku i tu łapie mnie drugi z kryzysów – tym razem psychiczny. Mam czarne myśli: może trzeba było wsiąść w ten pociąg? Może sobie za dużo wyobrażałem? Może z tym Helem to już przesadziłem? Przecież teraz będzie już mokro i nieprzyjemnie, a do tego mam bidon inwalidę.

    Wykorzystuję przymusowy postój i zjadam zapasy jedzenia. Po około pół godziny przestaje padać, więc postanawiam powoli kulać się dalej i ewentualnie wsiąść w pociąg gdzieś wcześniej. Błotników brak, więc po chwili mam mokre plecy i śpiwór. Na szczęści pogoda się klaruje. Ba! Robi się pięknie i asfalty szybko wysychają.
    Kawałek za Puckiem wjeżdżam na ładną asfaltową ścieżkę rowerową. Pytam jakiegoś dziadka, czy przypadkiem zaraz się nie skończy, żeby nie władować się w jakieś szutry. Mówi, że jest asfalt do samego Władysławowa. Tym asfaltem okazują się jakieś stare puzzle, ale i tak nie żałuję, bo prowadzi ładnie wzdłuż wybrzeża, a na horyzoncie zaczyna być widoczna mierzeja.

    We Władysławowie odbijam na moja ostatnią prostą, na Hel pozostaje nieco ponad 30 km. W zasadzie to 30 km po drodze rowerowej identycznej jak ta do wcześniej. Tłukę się więc i podziewam nadmorskie krajobrazy. Wcześniej byłem tutaj tylko raz, w Jastarni. Spałem wtedy na polu namiotowym po którymś z Openerów, ale jakoś nie kojarzę okolicy ;)
    Na Hel docieram o godzinie 18, na godzinę przed ostatnim pociągiem. Zajeżdżam jeszcze pod latarnię, robię małe zakupy i ładuję się do przedziału, który jest już pełen innych rowerzystów. Na następnych stacjach ludzie z rowerami nie mają już gdzie wsiąść. Miałem nadzieję się tu zdrzemnąć, jednak pozostaje mi koczowanie na podłodze pod kiblem.

    W Gdyni jem kolację w dworcowym Macu (ochrona wyprasza mój rower na zewnątrz;)) i planuję w końcu jakiś nocleg. Początkowo chcę się dostać na plażę Babie Doły (kilkanaście km), jednak z uwagi na późną godzinę i wczesny odjazd pociągu (5:07), postanawiam znaleźć coś w pobliżu. Trafiam na plażę miejską, jednak jest tutaj sporo imprezujących grupek ludzi. Jadę więc do końca bulwaru, gdzie zaczyna się mały skrawek bardziej dzikiego wybrzeża. Ktoś pali ognisko, jednak z uwagi na późną porę postanawiam się gdzie ulokować. Wchodzę do śpiwora, buty pod głowę i około północy zasypiam.

    Jakoś parę minut po trzeciej budzi mnie szum fal. Robi się już jasno, więc postanawiam się zbierać, podziwiając przy tym wschód słońca:

    https://lh3.googleusercontent.com/-P_Dj169knCY/V2qA4HLYw9I/AAAAAAAAP28/MeSnaypAFGkAfA5HYbqC90AEb1YpwUPbgCCo/s912/upload_-1

    https://lh3.googleusercontent.com/-qP1E04oUio0/V2qA7-ge-XI/AAAAAAAAP28/u8w3rkXky6swcgQifNVs_7eGIZ6URSrIgCCo/s912/upload_-1

    W końcu wszystkie cele osiągnięte! Przejazd Katowice – Bałtyk w trybie non-stop i wschód witany na wybrzeżu  Satysfakcja z jego osiągnięcia ogromna. Udało się też trochę zobaczyć, więc turystyczny pierwiastek zachowany.

    Jeszcze kilka lat temu nawet bym nie wpadł na taki pomysł, a do niedawna wydawał mi się on trochę nierealny, ale gdzieś tam siedział z tyłu głowy i sobie kiełkował ;)

    Tutaj więcej zdjęć z telefonu. Nie są może super ekstra pokolorowane, ale przez to lepiej oddają faktyczny klimat miejsca:

    https://picasaweb.google.com/103328722292581463380/6298983967605420113#

    Strava:

    https://www.strava.com/activities/614835759

    Endo (trochę zepsuty ślad):

    https://www.endomondo.com/users/6488624/workouts/749042203

    #byczysnarowerze #rower #100km #200km #300km #400km #500km no i pierwszy raz #600km (rekord przejazdu solo poprawiony o 138km)

    W tym tygodniu to już 658km!
    #rowerowyrownik #ruszkatowice #100km #200km #300km #400km #500km #600km
    pokaż całość

  •  

    260 618 - 737 = 259 881

    O dziwo udało się pobić życiówkę w jednym przejeździe. Trasa #krakow -> #gliwice -> #opole -> #wroclaw -> #kalisz -> #warszawa. Czas netto 28h 31min. 10 min snu w rowie zresetowało organizm zarówno wydolnościowo jak i zasypianie za kierownicą. Trasa dokładna w pierwszym komentarzu.

    Nie wyspałem się, bo mdliło mnie całą noc przed wyjazdem, nie dałem rady zjeść rano makaronu z tego samego powody, ale liczyłem, że w trasie przejdzie. Od startu upał (30 °C) i wmordewind od Niemca. Pierwsze 100km rzygania, ale zakładałem, że potem będzie tylko lepiej. Nie było, po 150km wizyta w aptece, dostałem jakiś lek i od 200km znaczna poprawa. 300km we Wrocku, cała noc jazdy i nad ranem niestety popsuły się plany, bo chciałem jechać nad morze odwiedzając po drodzę @KonniQ, ale front z deszczem przegonił mnie na wschód. Ostatnie 80km z @michnic - jednak obok siebie, więc bez draftingu, niemniej jednak miło było mieć z kim pogadać. Powrót pociągiem do Krakowa i jeszcze 8km do domu (czyli łącznie 745).

    Wracam do domu i o 1:30 nieoznakowana Insignia mnie zatrzymuje, panowie każą dmuchać - na pewno wyglądałem jak imprezowicz na kolarce i w stroju + Apidura z bagażami...

    W przyszłym roku pewnie do 1000 spróbuję podejść, bo gdyby nie senność, to nogi dawały jeszcze spokojnie radę. Dziś w zasadzie żadnych bolesności, trochę zmęczenia z niewyspania i nieco ciężkie nogi.

    #metaxynarowerze (są tam inne moje wypady) #100km #200km #300km #400km #500km #600km #700km (jakże miło rozdziewiczyć kolejny tag) #rower #szosa (ależ fura tagów) #rowerowyrownik
    pokaż całość

    źródło: 2015.08.29.jpg

  •  

    10 019 - 607 = 9 412

    Każdy chce wiedzieć jak mi wczoraj szło, jak to jest przejechać jednego dnia pół Polski na rowerze. Mam z tym spory problem, bo było to najintensywniejsze 25 godzin mojego życia i ciężko mi jest zebrać wszystko w całość. Spróbuję więc po kolei. Będzie długo, chociaż krótko jak tylko potrafię.

    W piątek po dziewiętnastej położyłem się spać. Udało mi się zasnąć tak wcześnie bez problemu, widać podświadomość już wiedziała na co się szykować. Pobudka po godzinie 23 i śniadanie czy nie wiem jak to nazwać. Ale posiłek, owsianka, bueee nienawidzę i zawsze jem na siłę. Pakowanie ostatnich rzeczy i 00:05 ruszam w drogę. Noc cieplutka, chyba z 18 stopni. Wyjazd z Warszawy wiódł przez całe miasto, non stop czerwone światło. W efekcie na wyjeździe, średnia prędkość 24km/h. Słabo, ale teraz już będzie szybciej. Jest ciemna noc, jadę przez wsie, lasy, łąki, pola… tzn. tak mi się wydaje, bo widzę tyle, co lampka oświetla, a więc jakieś 2 metry na boki i z 10 metrów do przodu. Ale jedzie się przyjemnie, jest chłodno i żadnego ruchu ulicznego. Jedynie niepokojące były odgłosy łamanych gałęzi gdzieś w ciemności. Coś dużego widać miało za ciasno. Ja pędzę dalej, na spotkanie z porankiem. W międzyczasie chcę zjeść kanapeczkę i okazuje się, że wcale nie jest chłodno. Ręce mam zmarznięte i zdrętwiałe na tyle, że nie potrafię nimi operować. Z trudnością sięgam do tylnej kieszeni. Trudno, czekam więc na promienie słońca, za kilka godzin mnie rozgrzeją. Jasno zaczęło się robić po godzinie trzeciej, a świt wita mnie na trasie o 4:30, jestem godzinę od Łomży. Jedzie się dobrze, ale jest to główna trasa na mazury, więc jest spory ruch samochodów, w tym tirów. Za Łomżą, zjeżdżam z głównej trasy i teraz nikt mi nie przeszkadza. Nadal jest jeszcze chłodno, humor jak najbardziej dopisuje, kilometry pochłaniam. Przed samym Rucianym-Nida chcę przy cwaniakować i postanawiam trochę przyciąć trasę. I to jest pierwszy błąd, którego konsekwencje mają wpływ na przyszłe decyzje. Droga którą wybrałem, okazała się strasznie nierównym szutrem. 5km dało się we znaki. Zamiast zyskać, straciłem, ale jestem na etapie, że nie widzę jeszcze problemu. to dopiero 230 kilometr. W Rucianem organizuję sobie pierwszy postój. Zjadam pól kilograma arbuza i mleko skondensowane, uzupełniam bidony i ruszam dalej. Zaczyna robić się ciepło, a właściwie gorąco. Po niedługiej chwili jestem w Mikołajkach. Ładuję się na most, robię fotki, przejazd przez ryneczek i dalej w drogę. Ponownie wracam na ruchliwą szosę, która wiedzie do Giżycka. Zdecydowanie najbardziej malowniczy odcinek dnia. Jadę często nad brzegami jezior i patrzę jak ludzie bawią się w wodzie. Ja się gotuję, mimo że pędzę. Jest Giżycko. Jadę na Twierdzę Boyen, do portu i coś zjeść. Tracę chwilę bo szukam jakiegoś lokalu, kończę w budzie z kurczakiem z rożna. W sumie pyszniejszego kurczaka nigdy nie jadłem, więc polecam tego przy rondzie w centrum miasta. Jeszcze tylko wizyta w sklepie po wodę i dalej w do Sztynortu. Tu właśnie pojawia się pierwsza wątpliwość, czy wyrobię się do północy. Jest połowa drogi, mam tylko 10 minut zapasu, a wiadomo, że zmęczenie będzie narastało. Staram się jechać nieco szybciej, żeby budować bufor. Nie jest łatwo. Upał szaleje, na horyzoncie pojawiają się pierwsze chmury i wiatr zaczyna się wzmagać. Na szczęście, głowa jeszcze jest w dobrym nastroju, więc i noga podaje. Przez chwilę myślę, czy nie zostawić Sztynortu i jechać od razu do Węgorzewa. Nie. Błąd ze mianą trasy przed Rucianem, spowodował, że już nie zmieniam trasy. W drodze powrotnej z mostu w Sztynorcie, jadę na plażę i robię sobie przerwę w wodzie. No miłe to było, umyć się i ochłodzić trochę. Niestety, po restarcie, przez długie kilometry, nie potrafię odzyskać tempa. Droga zaczyna być męczarnią. Jestem w Węgorzewie. Powietrze staje się gęste i nagle zaczyna padać deszcz. Robię więc sobie przerwę na puszkę Coli, a w tym czasie pogoda stabilizuje się. Mogę jechać dalej, ale już trochę brakuje radości. Jak to mówią, nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Więc robi się gorzej. Przed Gierłożą, droga zamienia się bruk, po którym nie da się jechać. Ratuję się 20cm piaskowego pobocza, ale tracę sporo czasu i masę energii. Okazuje się, że na bruku pęka opakowanie jednego z żeli, więc muszę zrobić porządek. Do tego power bank przestaje ładować telefon. Mam 73% baterii, co wystarczy mi na 8-9 godzin. Jestem mocno zniechęcony do wszystkiego. To już prawdziwe zmęczenie. Przebijam się przez ten kawałek i już wiem, że nie mam czasu na żadne postoje. Przejeżdżam Gierłoż i Kętrzyn. Przed wyjazdem, mówiłem że Mazurskie górki mnie nie zabiją. Pomyliłem się. Droga do Mrągowa, jest jakimś cudem ciągłym podjazdem. Tu miałem już absolutnie dosyć. W Mrągowie zatrzymuję się na kawę i dużą kanapkę. Muszę jakoś odbudować morale. Dzwonię do Stacha, że mam problem z prądem, ustalamy jak to rozegrać. Wracam na trasę, jakby trochę świeższy. Górki skończyły się, do nogi wróciła moc, a słońce nie dokucza jakoś strasznie, bo je chmury blokują. Pędzę ile potrafię, a goni mnie ilość energii jaka pozostała w telefonie. Robi się strasznie nudno. Nie mogę włączyć muzyki ani zadzwonić, bo oszczędzam prąd. Zaczyna zmierzchać. Czuję coraz większy ból w kolanach, ale tylko jak schodzę z roweru, więc nie schodzę. Droga do Przasnysza dłuży się niemiłosiernie. Tylko te różowe słupy, pozwalają trochę oderwać się od monotonni. Mijam odcinek drogi, na którym leżą drzewa powyrywane z korzeniami, a towarzyszą im te słabsze, połamane. Zdjęć nie robię, bo mam tylko 5% baterii, a nie wiem kiedy uda się ją naładować. Tyłek zaczyna domagać się wolnego, już nie potrafię znaleźć wygodnej pozycji. Jestem w Przasnyszu, ustalam ze Stachem gdzie na niego czekam. Pan w sklepie podłączył mi telefon do prądu. Jest jakaś poprawa sytuacji. Niestety, ale przerwa była za długa. Po 20 minutach odpoczynku, nie mam ochoty na dalszą jazdę. Boję się, że zostanę gdzieś w polu i padnę na ryj. Mam ochotę usiąść na krawężniku i płakać. Bolą mnie kolana i dupa, a jeszcze 100km do domu. Namawiam Stacha, żeby trochę podjechał ze mną (on na motorze), żebym się rozkręcił, a dalej to już pójdzie. Towarzystwo, to jednak cudowna rzecz. Obok Stacha jedzie mi się łatwiej, jest ciężko, ale kręcę. Z Elizą ustalamy, że nie będę jechał do samego domu, zabierze mnie z Legionowa. Stachu chce ze mną jechać do samego końca. Pewnie i lepiej, bo byłem potwornie zmęczony i mogło stać się wszystko. Udaje się dojechać do mety. Jest radość i duma. 25 godzin na rowerze i 607km dystansu. Zadanie zdecydowanie mnie przerosło, ale się nie poddałem. Kolejna granica została przekroczona, ale dziś boję się jeszcze wyznaczać kolejną.

    Dzięki wielkie dla Stacha, bo mi niemal życie uratował. Dozgonna wdzięczność.
    Dziękuję też Elizie, że mnie z piekła wyrwała.
    Dziękuję również wszystkim za troskę, motywację, gratulacje i słowa uznania. Czytałem po drodze wasze wpisy i wiem, że bez nich nie dał bym rady. Nie spodziewałem się, że społeczność ze strony ze śmiesznymi obrazkami, może być tak zaangażowana w sprawy jakiegoś nikogo. To miłe i daje dużo do myślenia.

    #szejset nie udało się, będzie o co walczyć, bo już wiem jak to zrobić dobrze
    Oficjalnie rozdziewiczam tagi #500km oraz #600km. Zapraszam kolegów ich użycia, to przyjemnie uczucie

    #rower #szosa #wykopfocusclub #rowerowyrownik #100km #200km #300km #400km
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów