Aktywne Wpisy

saintie +17

gram_w_mahjonga +124
#wykop #moderacja #topwszechczasow
Serio, wykopie. Robicie wszystko, żeby przestać tu się udzielać.
Dla wyjaśnienia - CO ROKU zapraszam na discordowy czat - czat, który praktycznie się kojarzy z wykopem. Czemu akurat teraz to problem? Zapewne nie doczekam się odpowiedzi na odwołanie.
Serio, wykopie. Robicie wszystko, żeby przestać tu się udzielać.
Dla wyjaśnienia - CO ROKU zapraszam na discordowy czat - czat, który praktycznie się kojarzy z wykopem. Czemu akurat teraz to problem? Zapewne nie doczekam się odpowiedzi na odwołanie.
źródło: top usuniey
Pobierz





Dodaję jeszcze raz, bo całkowicie zapomniałam tagów.
Tekst będzie pewnie trochę przydługawy, no ale może akurat komuś się nudzi.
Będzie to opowieść o dwóch związkach i o moim jakimś kurcze upośledzeniu uczuciowym, czy nie wiem jak to inaczej nazwać.
Lvl 30 here, w poprzednim zwiąku byłam 4 lata prawie. Mam nadzieje ze moj poprzedni #niebieskipasek #niebieskipasek nie czyta mikro, bo jak tak, to w ogóle zapadnę się pod ziemię. Otóż na początku wszystko ładnie, pięknie, no jak to zwykle bywa. Bywały kłótnie i jego dość spore nerwy, ale nie wiem - na początku nie widziałam sygnałów, albo je ignorowałam. Od zawsze po kłótni bardzo długo zajmowało mu dojście do siebie. Z czasem po 1,5 roku jakoś kłótnie były coraz częściej i to o pierdoły. Czasem przeradzały się w takie awantury, że były krzyki, niemiłe słowa. Nerwy głównie wychodziły z jego strony, chociaż nie mówię, że ja byłam święta. Ale to on potrafił powiedzieć raniące słowa. Po każdej kłótni potrzebował bardzo dużo czasu, siedział sam, grał na kompie, nie można było się do niego odezwać, dotknąć, przytulić, bo się niemiłosiernie wkurzał. Raz na czas była większa awantura, parę razy usłyszałam "zamknij ryja" czy coś podobnego. Zostawianie mnie samej na ulicy też się zdarzało. Ignorowanie, udawanie, że mnie nie słyszy, wyrywanie się, jak chcę przytulić. Ja byłam ... uzależniona? Nie wiem jak to nazwać. Ale jego humory na mnie tak wpływały bardzo, że jak było źle, to ja nie mogłam sobie dać z tym rady. Płakałam z bezsilności, ze stresu, jeść nie mogłam, na niczym się skupić, po prostu godziny / dni wyjęte z życia póki on nie zechce ze mną porozmawiać. Zazwyczaj wyglądało to tak, że ja się chciałam pogodzić, olać sprawę, on nie chciał. Ja go prosiłam, on mnie ignorował. Do tego stopnia się go "prosiłam" o uwagę i o czas, że wyznaczał mi godziny np. "za 3h możemy porozmawiać" i jak się odezwałam chociaż 5min wcześniej to był w---w. Ja przez te 3h (czasem 5, czasem cały dzień) siedziałam jak na szpilkach, starając się jakoś trzymać kupy. Potem była chwila rozmowy, jego w---w, i znowu cisza. I tak parę razy, aż udawało się dogadać. Ja ciągnęłam w jedną stronę, on w drugą, nie dało się ustalić jakiegoś kompromisu. Jednak jak się dogadywaliśmy to czułam się jak w niebie, najszczęśliwsza dziewczyna pod słońcem. Jak na początku, a na początku oboje czuliśmy się jakbyśmy znali się całe życie, no normalnie taki związek na jaki każdy czeka od zawsze, bratnie dusze.
Czułam się tak bardzo od niego i jego humorów uzależniona. Widziałam, że jemu jest też źle, ale całkiem inaczej sobie z tym radzi niż ja. Ja potrzebowałam bliskości, on chciał spokoju. Ostatni rok to był już totalny koszmar. Praktycznie co drugi-trzeci dzień kłótnia i potem dzień czy dwa dni godzenia się i dochodzenia do siebie. I dzień sielanki. W rezultacie tyle problemów się nawarstwiło, że on nie chciał rozmawiać o niczym, a ja o wszystkim, bo nie dawałam sobie z tym rady. On zostawał po godzinach w pracy, nie chciał wracać do domu, kasa była najważniejsza. W rezultacie już praktycznie wcale ze sobą nie rozmawialiśmy, i związek umarł. Z mojej strony przynajmniej. On twierdził, że się pogubił, nie daje sobie rady, ale nie dawał sobie pomóc. Walczyłam długo, ale każda moja próba rozmowy kończyła się jego nerwami "bo Ty znowu chcesz rozmawiać", on chciał po prostu być, w spokoju, żeby problemy zniknęły same. Nawet była sytuacja, gdzie chciałam mu dać ten jego wymarzony spokój i powiedziałam, żeby się odezwał jak się uspokoi i będzie miał ochotę rozmawiać - po miesiącu ciszy nie wytrzymałam i sama się odezwałam i usłyszałam tylko, że nie ma mi nic do powiedzenia. Oczywiście cały czas utrzymywał, że kocha, że mu zależy, że będzie dobrze. Tak się od siebie oddaliliśmy, że po pół roku przesiedzianym i przepłakanym w domu, z milionowymi próbami z mojej strony na rozmowę i tysiącami pomysłów na poprawę nie miałam już siły i podjęłam decyzję o rozstaniu (co też nie było proste, bo nawet nie miał ochoty się ze mną spotkać, więc nie miałam mu jak nowin przekazać). Po rozstaniu on uznał mnie za największego wroga, bo złamałam mu serce i go oszukałam, nie starałam się zrozumieć. Kontakt się urwał.
Po jakimś czasie poznałam innego faceta i mimo początkowych oporów i niechęci do jakiegokolwiek związku po poprzednim, po paru miesiącach zdecydowałam się spróbować z nowym. Facet totalne przeciwieństwo tamtego. Spokojny (nie takie ciepłe kluchy, ale nie też taki nerwus), chce o wszystkim rozmawiać. Zawsze mogę na niego liczyć, nie zostawia mnie nigdy z problemem, zawsze chce rozwiązać problem, zawsze jest obok. Przejmuje się tak samo jak ja, zawsze chce przytulić. Nie robi problemu z byle gówna. To on jest tym, co mówi "daj spokój, to drobnostka, nie ma sensu się o to kłócić". Chce wychodzić do ludzi (tamten stronił od ludzi), ma tysiące pomysłów, jest uśmiechnięty, otwarty. No facet, którego zawsze chciałam. Po prostu był obok i nie uciekał ode mnie.
A ja? A ja się zmieniam w swojego byłego. Na początku było super, byłam wniebowzięta, że mam takiego faceta. Były między nami małe nieporozumienia, ale to bardziej spowodowane tym, że on jest taki "roztrzepany", dużo mówi, nie zawsze do końca logicznie, coś tam chlapnie, nie pomyśli. A ja jestem rzeczowa, do bólu logiczna, i często nie rozumiem o co mu chodzi, albo tego, że coś powie, a za 5min powie całkiem co innego. Ja muszę mieć wszystko jasno, dokładnie, wszystko zrozumieć, a on taki bardziej lekkoduch. Co powodowało tysiące pytań z mojej strony zanim dochodziliśmy do porozumienia w jakiejś bagatelnej sprawie, no ale udawało się. Nie powiem, bywało to męczące, ale zawsze były to jakieś pierdoły. I nie wiem, czy mnie to "dogadywanie się" zmęczyło, czy jak, ale zmieniłam się totalnie. Mam faceta, o którym zawsze marzyłam, a ja się zmieniam w potwora. Posprzeczamy się i dla mnie to nie jest problem nie porozmawiać o tym i siedzieć tak cały dzień bez rozmowy (tak jak to robił mój były). Jest źle, on chce odpuścić, a ja nie, brnę dalej. On chce mnie przytulić, ja się wyrywam (nigdy w życiu tak nie robiłam!). Głos w głowie mi krzyczy "co ty głupia robisz" a ja nie umiem nad tym zapanować. On mi mówi, że będzie dobrze i że mnie kocha, a ja mam tylko ochotę odpowiedzieć "daj mi spokój, zostaw mnie, mam Cię dość". Im bardziej on chce, tym bardziej ja się odsuwam i zamykam w sobie.
A nawet jak się dogadamy, to już od pewnego czasu nie czuję takiego super szczęścia jak wtedy, kiedy się z byłym dogadałam. Powoli zaczynam rozumieć zachowanie swojego byłego i to, że im bardziej ja pchałam, tym bardziej on się odsuwał, i może też był pogubiony w tym tak jak ja i nie wiedział co zrobić, bo czuł się zapędzony w róg, a to wcale nie oznaczało, że mu nie zależało. Tak samo, jak mi zależy teraz. Ale kompletnie nie mam pojęcia z czego to zachowanie wynika. Może wtedy byliśmy super dopasowaną parą i ja swoim zachowaniem sprawiłam, że on się tak zamknął w sobie i ja tylko to pogarszałam, odsunęliśmy się od siebie i wszystko jebło? Może gdyby nie to, nadal bylibyśmy idealną parą?
A może teraz będzie dokładnie taki sam schemat, i to ja się odsunę i zrobię te wszystkie świństwa swojemu facetowi? Jestem na dobrej drodze. I znowu wszystko jebnie, nie wiem czemu.
Już zaczynam myśleć, że to jakieś schematy psychologiczne, że coś jest w zachowaniu mojego faceta, co na mój mózg tak działa, że się zamykam i wycofuję, tak samo jak to działało na mojego byłego moje zachowanie? Mój obecny zachowuje się dokładnie tak samo jak ja w poprzednim związku. Czemu wtedy tak łaknęłam bliskości i uwagi, a teraz ją mam i mam ochotę się zamknąć sama w pokoju? Nie wiem już co mam ze sobą zrobić, dobija mnie to. Tracę ochotę na cokolwiek, nie mam motywacji do niczego. Zaczynam się czuć jak mój były, z którego z dnia na dzień uchodziła chęć do czegokolwiek na moich oczach a ja nie wiedziałam co z tym zrobić.
Pomóżcie, bo kopię sama pod sobą dołek...
PS. Nawet teraz dostrzegam mnóstwo podobieństw. Myślałam, że dziś będzie fajny dzień. Zrobimy razem coś do jedzenia, coś obejrzymy, napijemy się piwka. I było fajnie, dopóki mi coś nie podpasowało i nerwy już w ciągu 5min. I straciłam ochotę na cokolwiek - jedzenie, rozmowę, jakiekolwiek wyjście. Dokładnie jak miał mój były, przez co nie raz trzeba było zmieniać plany. Nie wiadomo było kiedy mu jebnie humor, bo mógł w każdej chwili z powodu najmniejszej sprzeczki i wtedy o jakichkolwiek wspólnych planach mogłam zapomnieć tego dnia. Tak samo ja mam teraz. Mam ochotę się zamknąć sama w pokoju i żeby zostawił mnie w spokoju.
Kolejna rzecz. W sprzeczkach z byłym czasem z nerwów przedrzeźniałam jego ton głosu. On strasznie tego nie lubił i w-------o go to niemiłosiernie, więc starałam się tak nie robić. Nie rozumiałam tego, bo jak on mnie przedrzeźniał to mnie to raczej śmieszyło. Teraz mój obecny robi to samo: w złości mnie przedrzeźnia, a mnie taki w---w bierze, że zaczynam na niego krzyczeć. Jeeezu jestem potworem, w kogo ja się zmieniam? Co się dzieje?
#niebieskiepaski #rozowepaski #zwiazki #zalesie #feels i troche #logikarozowychpaskow
Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo
Kliknij tutaj, aby wysłać OPowi anonimową wiadomość prywatną
Post dodany za pomocą skryptu AnonimoweMirkoWyznania ( https://mirkowyznania.eu ) Zaakceptował: Asterling
Potrzebujesz chorych akcji, braku stabilnosci, glupich emocji i nie potrafisz bez nich funkcjonowac. Wczesniej Ty bylas stroną je znoszącą, a teraz sama je prowokujesz.
Dobrze, ze sobie zdajesz z tego sprawe, ale nie krzywdz obecnego partnera - idz (albo moze nawet razem idzcie) na jakas terapie, do psychologa.
Wizyta u specjalisty do dobry kierunek :)
Ten komentarz został dodany przez osobę dodającą wpis (OP)
Zaakceptował: Asterling
Ten komentarz został dodany przez osobę dodającą wpis (OP)
Zaakceptował: Asterling